Prolog
Zdjęty lękiem patrzył na swój dom. Upiorna chałupa stała tam, gdzie
zawsze. Trochę na uboczu, za ciągiem garaży, przy zjeździe w gęstwinę,
wcale nie tak daleko od torów kolejowych z jednej i świeżo wybudowanego
osiedla bloków z drugiej strony. Bezlistne pnącza winobluszczu oplatały
ją niczym utkany przez pająka kokon. Zdawały się trzymać w szponach całą
konstrukcję, rozsypujący się komin i pokryte szronem okna, płot, na
którym przesiadywały kruki i wrony, a nawet stracha na wróble, który
straszył jedynie dzieci sąsiadów. Obejście spowijała gęsta mgła, w oddali szczekał pies. W izbie tańczyły płomienie świec.
Chłopiec mocniej chwycił palec opiekunki.
-?Cieszysz się? -?zapytała, kucając obok niego.
Pokręcił głową. Pociągnął nosem. Miał na sobie grubą kurtkę zapinaną na
guziki, wysokie buty z kożuszkiem, wełnianą czapkę i gruby szalik, na
dłoniach rękawiczki z jednym palcem. I wcale się nie cieszył.
-?Twój ojciec już cię nie skrzywdzi. Odszedł. -?Kobieta posłała chłopcu
oszczędny uśmiech. Poprawiła mu zachodzącą na oczy grzywkę, pstryknęła
go w nos. -?Jesteś urodzonym szczęściarzem. Nie zapominaj o tym.
-?Ale ja nie chcę -?wymamrotał chłopiec.
-?Jestem pewna, że mama zadba o twoje bezpieczeństwo. A ja od czasu do
czasu będę do was zaglądać, pasuje?
Na twarzy malca pojawił się grymas świadczący o tym, że zaraz się
rozpłacze. Zdziwiła się, bo chłopak płakał rzadko, prawie wcale. Zwykle
nie marudził, posłusznie wykonywał polecenia i często się modlił. Nie
był problemowym dzieckiem jak wiele innych w placówce. Pomyślała, że
trauma, jakiej doświadczył w tym domu, wyryła w głowie chłopca trwałe
piętno. Co z tego, skoro sędzina sądu rodzinnego miała odmienne zdanie.
A może po prostu go nie miała? Czy w ogóle próbowała zrozumieć, co tu
się wydarzyło?
-?Ja nie chcę, nie chcę, nie chcę -?powtarzał malec, tuląc się do
płaszcza kobiety.
-?Mama na pewno bardzo się za tobą stęskniła. Poza tym nie wiem, czy
zdajesz sobie sprawę, ale w domu czeka na ciebie ktoś jeszcze.
-?Nie, nie, nie...
-?Nie, nie ojciec, spokojnie. Ojca już nie ma. -?Zreflektowała się. -
Jest ktoś inny. Nie mówiłam tego wcześniej, bo chciałam zrobić ci
niespodziankę.
-?Niespodziankę? -?Ton chłopca zdradzał ciekawość.
Kobieta wyjęła z kieszeni starą grzechotkę z wizerunkiem misia.
Potrząsnęła nią i wsunęła ją w drobną dłoń.
-?Masz. Dasz ją siostrzyczce. Na pewno się ucieszy.
Chłopiec spojrzał na zabawkę i upuścił ją na ziemię. Spadła w śnieg.
-?Nie chcę -?powtórzył.
Kobieta podniosła grzechotkę, westchnęła. Wytarła ją o poły płaszcza. Z wyrokami sądu nie szło dyskutować. Chłopiec musiał wrócić do domu
rodzinnego. Tak stanowiło prawo.
-?Musimy iść -?rzuciła szorstko i zrobiła krok do przodu. Szarpnęła za
wiotką rączkę. -?Zobaczysz, będzie dobrze. Wszystko się ułoży -?dodała.
Chłopiec się rozpłakał, ale ruszył za opiekunką. Drobił małymi
kroczkami, a pod podeszwami skrzypiał śnieg, dom się zbliżał, rósł,
potężniał, pochłaniał jego świat. Nędzny płot, na nim czarne ptaszyska,
coś zaszeleściło w chaszczach, w mroku rozbłysły ślepia, może kota, a może jakiegoś potwora. Oplatające chałupę pnącza wyciągały szponiaste
paluchy, strach na wróble spoglądał na nich z góry, szczerząc domalowane
kły, psy wyły smętnie, żałośnie. Zgrzytnęły zawiasy, ostrzegawczo, bo
tam zło przecież, tyle zła, tylko ból i cierpienie.
-?Nie chcę -?wymamrotał malec, ale kobieta go nie usłyszała albo słyszeć
nie chciała. Podeszła pod drzwi. Zapukała. Posłała mu blady uśmiech.
-?Zobaczysz. Wszystko się ułoży -?powtórzyła, wtedy chłopiec posikał się
w majtki.
Zabrzmiała kołysanka, skrzypnęły deski, znów kołysanka. Kroki, gwizd
czajnika, płacz niemowlęcia. Klamka. Zgrzyt zawiasów. Ciepło izby.
-?Dobry wieczór.
-?Dobry wieczór.
Chłopiec uniósł głowę. Spojrzał w twarz matki. Trzymała przy piersi
opatuloną w koce istotkę i szeroko się do niego uśmiechała. Uśmiech
miała brzydki, bezzębny. Ale to nie była jej wina, bo sama sobie tych
zębów nie wyrwała, zostały wybite pięściami i trzonkiem od łopaty albo
wideł, nie był pewny. Zdjęła mu czapkę, zmierzwiła czuprynę, przytuliła
do pokaźnego brzucha, był ciepły i miękki.
-?To Rozalka -?przedstawiła siostrzyczkę, nachylając się z przyssanym do
piersi niemowlęciem. -?Czyż nie jest piękna?
Chłopiec pomyślał, że Rozalka nie ma w sobie nic pięknego. Jest małą
żarłoczną kreaturą, która tylko je, płacze i brudzi pieluchy. Zawstydził
się, bo sam przed chwilą zmoczył majtki. Nikt nie mógł się o tym
dowiedzieć.
Przez następny kwadrans siedział przy piecu w zaduchu izby, susząc mokre
spodnie, udając, że grzeje zmarznięte stopy i dłonie. Bezzębna matka
oprowadzała kobietę po chałupie, pokazywała palcami tu i tam,
gestykulowała. Potem usiadły przy herbacie, kobieta wyjęła dokumenty i długopis, podsunęła je matce, a matka je podpisała. Wstały i podały
sobie dłonie, kobieta spojrzała na chłopca, powtórzyła, żeby się nie
martwił i że wszystko będzie dobrze, potem jeszcze dodała "z Bogiem" i wyszła.
Nastała upiorna cisza. A potem coś trzasnęło w sklepieniu. W krokwiach.
Pewnie pnącza, pomyślał chłopiec. To one zaciskają się na chałupie, aby
ją zgnieść, zadusić, zrobić z niej miazgę. To miejsce tylko na to
zasługuje, na zniszczenie.
Dlaczego nie dokończą dzieła?
Matka przekręciła zamki i zasunęła rygiel. Odwróciła się, pogłaskała
córeczkę po czole, wbiła wzrok w siedzącego przy piecu malca. Siedział
po turecku, udając, że ich nie widzi. Tak bardzo go kochała...
-?Od dziś w tym domu nikt nikogo krzywdzić nie będzie -?szepnęła do
niemowlęcia, rozkołysała je i nucąc kołysankę sennie ruszyła w kierunku
pieca.
Cichutko, dziecino, nie mów nic,
I nie kładź się blisko krawędzi...
Cichutko, dziecino, nie mów nic,
Bo przyjdzie i twe ciało uwędzi...
Cichutko, dziecino...
Matka zamilkła. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w syna. Dlaczego nie
szukał jej dotyku? Dlaczego udawał, że jej nie widzi? Przecież zrobiłaby
wszystko, aby go ochronić, ocalić przed złem, uszczęśliwić. Zresztą
udowodniła swoją nieskończoną miłość. Potwora już w domu nie było. I nigdy nie wróci.
Pomyślała, że chłopcu brakuje bliskości, wszak teraz będzie musiała
obdzielić miłością oboje. Dlatego odłożyła córkę do kołyski i przykucnęła obok syna. Pogłaskała go po głowie, przytuliła do nagiej
piersi.
-?Twoja kolej -?rzekła.
Chłopiec wiedział, że jest już za duży, ale nie chciał robić mamie
przykrości. Mama przecież bardzo go kochała. Dlatego przylgnął do piersi
i zaczął ją łapczywie ssać.
Rozdział 1
Igor Brudny otworzył oczy. Zamrugał. Tępy ból w skroniach przemieścił
się do płata czołowego. Zlękniony widokiem, który się przed nim
rozpostarł, pospiesznie zamknął je z powrotem. W ustach czuł smak
padliny. Przez kolejnych kilkadziesiąt sekund udawał martwego. Na
dłuższą metę to jednak nie miało sensu. Trwał tak jeszcze chwilę, w końcu pogodził się z tym faktem i z duszą na ramieniu uniósł jedną
powiekę, następnie drugą. Przy nieznanym mu aneksie kuchennym pląsały
trzy rozczochrane brunetki. Każda miała na sobie taki sam T-shirt i identyczne legginsy. W zawieszonym na ścianie telewizorze leciał
dokument o krokodylach, a w powietrzu unosił się zapach smażonego boczku
i cebuli.
Robią jajecznicę, pomyślał. Brunetki zawirowały i zespoliły się w jedną,
chwilę później znów się rozdzieliły. Jak pantofelek albo euglena
zielona, bo tyle pamiętał z lekcji biologii. Zaczęły rozbijać jajka i mieszać zawartość, solić, pieprzyć. Zalały sześć kubków z kawą.
Nie jest dobrze, pomyślał. Ból w płacie czołowym wzmógł się, poczuł też
rwanie w boku, a gdy lekko się skręcił, bolało go już całe ciało.
Przebłysk pamięci. Ulica, ryk silnika, czterech cwaniaków. Atrakcyjna
brunetka. Instynktownie przekręcił głowę w stronę lustra zawieszonego na
ścianie. Aż dziw, jakie rzeczy człowiek pamięta. Przez chwilę przyglądał
się swojemu odbiciu. Przynajmniej nie musiał już spekulować. Ewidentnie
dostał wpierdol. Zagadką pozostawało, dlaczego tak srogi.
Wtedy zorientował się, że nie ma na sobie spodni, koszulki i skarpet.
Zestrachany zerknął pod koc.
-?Reszta jest na suszarce -?usłyszał ciepły kobiecy głos. -?Wyprałam je
zaraz po przyjściu. Były poplamione krwią.
-?Czyją?
-?Was wszystkich.
Brudny spuścił nogi z kanapy. Drugi raz w ciągu ostatnich miesięcy
obudził się w mieszkaniu obcej kobiety. Drugi raz z obitą mordą. Za
pierwszym razem dał się ponieść chwili i wylądowali w łóżku. Po
wszystkim miał strasznego moralniaka. Dziewczyna okazała się studentką
trzeciego roku medycyny. Ta tutaj wyglądała na starszą. Na pewno po
trzydziestce. Gorzej, że nie wiedział o niej nic więcej.
-?Jak masz na imię? -?zapytał.
-?Nie pamiętasz?
-?Nie.
-?Zofia.
Doszedł do wniosku, że nie musi się przedstawiać. Albo zrobił to
wczoraj, albo poradziła sobie sama. Broń, telefon, portfel, odznaka i legitymacja leżały na blacie. Jeśli jeszcze jakimś cudem nie znała jego
gęby z telewizji, to na pewno już go sobie wygooglowała.
-?Za jakieś dwie godzinki twoje rzeczy powinny być suche -?powiedziała,
kładąc mu talerz z jajecznicą pod nosem. -?I chciałabym podziękować ci
za to, co dla mnie zrobiłeś. Gdyby nie ty, to nie wiem, jak by się to
skończyło.
-?Czyli co?
-?Może jednak zawieźć cię do szpitala?
Nic głupszego nie mogła zaproponować. Założył też, że nie zrobiła tego
do tej pory, bo wcześniej zakomunikował jej, aby tego nie robiła.
Cokolwiek się tam wczoraj wydarzyło.
-?Nic mi nie będzie -?oznajmił. -?Co się stało?
-?Uratowałeś mnie przed grupą zakapturzonych gnojków. Niestety, mieli
przewagę czterech do jednego. Wlali ci, ale w pewnym momencie
zorientowali się, że jesteś gliną, i uciekli. Będziesz ich ścigał?
-?Możesz przynieść mi ciuchy?
-?Są jeszcze mokre.
Brudny skupił się na jedzeniu. Był głodny jak wilk i pragnął pozbyć się
smaku krwi. Zofia zaczęła mocować się z zawieszonymi na suszarce
ubraniami. Miała ładną buzię i sprężyste ciało, gibkie ruchy. Spod
rękawka wystawała obszerna blizna po oparzeniu. Trochę przypominała tę,
którą na policzku miała Julka.
Chwilę później komplet ciuchów wylądował na wersalce. Zofia wyszła i przymknęła drzwi. Brudny pomyślał, że to dobry znak. Do niczego między
nimi nie doszło.
Pospiesznie się ubrał, chwycił broń, zajrzał do komory, sprawdził
magazynek, wcisnął ją za pasek. Spodnie rzeczywiście były jeszcze
wilgotne, nogawki po prostu mokre. Pomyślał, że śniadanie dokończy u siebie. Stąd należało się natychmiast ewakuować.
-?Musisz już iść, co? -?zapytała, stając w progu. Pomyślał, że z tym
kubkiem w dłoni wygląda bardzo seksownie, a gdy oparła się o framugę,
dostrzegł coś, co wcześniej mu umknęło. Luźny T-shirt długi czas ukrywał
wyraźnie zarysowany brzuszek ciążowy, dopiero teraz wyeksponowany.
-?To nie powinno się wydarzyć -?odparł zmieszany.
-?Co takiego?
-?To.
-?Zostawisz mi swój numer?
Brudny prawie się zakrztusił. Odstawił kubek z kawą. O co tej kobiecie
chodziło? Gdzie był jej facet?
-?W sumie jesteś moim wybawcą -?dodała. -?Poza tym jako odpowiedzialna
obywatelka powinnam chyba zgłosić napaść na policję, mam rację?
Szach i mat, pomyślał. Że też zawsze musi wpakować się w jakiś gnój.
Przez ostatnie miesiące zraził do siebie chyba wszystkich. Kolegów i koleżanek w pracy nie miał, ale teraz zastąpili ich prawie sami
wrogowie. Każdy patrzył na niego przez pryzmat tego, jak zachował się
wobec Julki. Trudno było nazwać ich inaczej niż baranami, ale co miał
zrobić. Walka z plotką przypominała tę z wiatrakami, próżna próba
przeciwstawienia się ludzkiej naturze. Ludzie od zawsze gadali, choć
najczęściej gówno wiedzieli, a ich wyobrażenia nie miały nic wspólnego z rzeczywistością. Igor nie miał zamiaru tego prostować, sprawa żyła więc
własnym życiem. Niestety -?choć gdyby go zapytali, z pewnością by
zaprotestował -?to w końcu odbiło się na pracy. Do sądu wpłynęły cztery
pozwy, w każdym zarzut zbyt brutalnego traktowania podejrzanego, raz
świadka. Do tego zaczął pić, bywało, że po służbie wałęsał się po
melinach bez celu. Naczelnik wydziału nie chciał z nim gadać, nawet
Czarnecki przestał zapraszać go na kawę.
-?Kocham cię jak syna, ale musisz doprowadzić się do porządku. Jesteś
mężczyzną, wiesz, co powinieneś zrobić -?powiedział mu pewnego dnia w chwili słabości, nie mogąc już patrzeć, jak się stacza.
Łatwo mu było mówić. Nie był w jego sytuacji. Nie wiedział, co
powiedziała mu Julka, gdy trzykrotnie próbował naprawić swoje błędy. Za
pierwszym razem go przegoniła tak, jak przegania się bezpańskiego
kundla, który nasrał pod furtką, za drugim jak namolnego domokrążcę, za
trzecim przelał na jej konto okrągły milion złotych ze sprzedaży swojego
mieszkania w Warszawie. Chciał dobrze, ale nie miał już innego pomysłu,
bo wciąż nie chciała go słuchać, straciła do niego zaufanie. Nie
przekonał jej nawet ów milion w założeniu mający pokryć szereg operacji
plastycznych, na które nigdy nie mogłaby sobie pozwolić, bo wszystkie
swoje oszczędności wydała na kupienie dla nich domu, dziś już nie ich,
lecz jej, on mieszkał w wynajmowanej kawalerce w centrum miasta.
-?Kiedyś miałeś klasę, Igor -?powiedziała mu, a potem odesłała milion z powrotem na jego konto. Cokolwiek o niej mówić, miała swój honor. Za to
ją kochał, ale ona go już chyba nie, wszystko szlag trafił.
Dlaczego była taka uparta? Dlaczego uwierzyła Jagnie? Dlaczego...?
-?A jajecznica przynajmniej smakowała? -?wyrwała go z zamyślenia Zofia.
-?Tak -?odparł, odchrząknął. -?A jeśli chodzi o zgłoszenie napaści... Masz
do tego pełne prawo i...
-?Może po prostu dasz mi swój numer? -?Uśmiechnęła się, kokieteryjnie
wyciągając zza pazuchy karteczkę z długopisem. -?A jak dojdziesz do
siebie, to zadzwonię i podam ci nazwisko tego, który rozkwasił ci nos...
-?Wiesz, jak się nazywa?
-?Tak się składa, że kojarzę te gęby.
Brudny pomyślał, że obie wersje są do dupy. Pierwsza oznaczała, że owa
Zofia będzie musiała oficjalnie zgłosić napaść, a tym samym udać się do
komendy i złożyć zeznania. Pojawienie się w protokole nazwiska pijanego
nadkomisarza wydziału kryminalnego, zresztą powszechnie kojarzonego nie
tylko w komendzie, który w niepohamowanym dążeniu do autodestrukcji wdał
się po służbie w awanturę z czterema zakapturzonymi typami, nie
przysporzyłoby mu dodatkowych punktów zarówno u naczelnika wydziału, jak
i u komendanta. W drugim przypadku Zofia narażała go na nieprzyjemność
obcowania z nią w nieokreślonej przyszłości, co gorsza, przekazana
wiedza o delikwentach, którzy obili mu ryj, w jego aktualnym stanie
mogłaby stać się zbyt kusząca, aby nie wykorzystać jej do załatwienia
sprawy z pominięciem uciążliwych procedur.
Igor bez słowa zapisał jej swój numer.
-?Wiedz tylko, że przyciągam kłopoty -?oznajmił, wręczając kobiecie
świstek.
-?Zapamiętam -?odparła.
Brudny posłał jej krzywy uśmiech. Poszukał wzrokiem butów, nie bez trudu
je włożył, podniósł się, przypadkiem przeniósł wzrok na lustro. Bywało
gorzej, ale musiał uczciwie przyznać, że wpierdol był srogi. Opuchlizna
u nasady nosa sugerowała, że ten może być złamany, do tego rozcięcie nad
górną wargą i śliwka pod okiem. Mógłby straszyć dzieci.
-?Przystojniak z ciebie, nie ma co -?rzuciła Zofia, trochę prześmiewczo,
a trochę na poważnie. -?Raz jeszcze dzięki za to, co dla mnie zrobiłeś.
Niewielu mężczyzn by się odważyło.
Brudny skinął głową, przekręcił zamek i wyszedł z mieszkania. Schodząc
po schodach, czuł, że świat wiruje i zbiera mu się na wymioty. Nie miał
pojęcia, że dokładnie w tym samym momencie dwunastoletni Mateusz Kocjan
szarpie się z czarnym workiem na śmieci, w którym zaraz natknie się na
coś, co sprawi, że do końca życia będzie cierpiał na trudną do
wyleczenia traumę. I już nigdy więcej nie pójdzie do lasu na grzyby.
Rozdział 2
Ciepły sierpniowy poranek przywitał go zapachem smażonych naleśników.
Paweł Baszta otworzył powieki. Czuł się kiepsko, a w zasadzie źle.
Najchętniej nie wstawałby dziś z łóżka, ale niedziela rządziła się
swoimi prawami. Msza, potem obiad z matką, w końcu cr?me de la cr?me
dnia, czyli mecz żużlowy jego ukochanego Falubazu. Pomyślał, że to
będzie fajny dzień, dlatego sięgnął po leżący na nocnej szafce smartfon
i włączył ulubioną stronę z filmami porno. Wklepał kluczowe słowa,
wyszukiwarka wypluła listę wyników, dokonał wyboru i zajął się robotą.
Trwało to kilkadziesiąt sekund. Po wszystkim wytarł nasienie w chusteczkę i pomyślał, że fajnie by było mieć rozgarniętych kolegów, bo
wtedy mogliby zrobić jakiejś dziwce to samo co ci Murzyni tej
blondyneczce.
-?Pawełku! Zejdźże już na dół. Ileż można spać, na Boga?
Czasem zastanawiał się, czy matka nie jest jakimś zaprogramowanym
robotem. Te same teksty, te same ruchy, to samo jedzenie. Niedzielny
plan dnia nie zmieniał się od lat. Każdy koniec tygodnia wyglądał niemal
identycznie i powoli zaczynał powątpiewać, czy wina przypadkiem nie leży
po jej stronie. Przecież, czy tego chciał, czy nie, też była kobietą.
Niby matką, owszem, ale jednak zamiast pisiora miała kuciapę, zresztą
równo przez ojca, tfu, chuj mu na grób, spenetrowaną, czego
niezaprzeczalnym dowodem była jego obecność w tymże pokoju. On z kolei
wychodził z założenia, że wszystkie kobiety to kurwy. Paweł Baszta miał
trzydzieści dziewięć lat i nienawidził kobiet.
Zwlókł z łóżka swoje tłuste ciało, beknął i włożył majtki. Miały dziurę
w kroku, ale przecież i tak nie planował się przed nikim rozbierać, więc
się tym specjalnie nie przejął. Ubrał się, dyskretnie schował w zamkniętej dłoni chusteczkę i poszedł do łazienki. Wyrzucił ją do muszli
klozetowej, spuścił wodę, umył twarz i pachy, wyszczotkował zęby. Napiął
bicepsy, ale niechętnie stwierdził, że wciąż daleko mu do Jasona
Stathama. Poprawił coraz szybciej uciekającą grzywkę, nałożył żel, użył
taniego antyperspirantu, wytarł ręce w ręcznik i zszedł na dół.
-?No w końcu -?mruknęła matka. Miała na sobie podomkę w liście, której
szczerze nienawidził. -?Naleśniki za chwilę będą zimne. Poza tym zaraz
na mszę trzeba iść -?dodała.
-?Zdążymy, mamcia, zdążymy -?odparł.
-?Zawsze to powtarzasz, a potem musimy gnać na złamanie karku. Kiedyś
nogę sobie przez ciebie złamię. Albo jeszcze gorzej.
-?Niczego sobie nie złamiesz.
-?Nie bądź taki mądry. I jedz!
Paweł uznał, że dalsza dyskusja jest bezcelowa. Matki przegadać się nie
dało, co gorsza, wczoraj przepił ostatnie pieniądze, a że od lat
nagminnie uchylał się od uczciwego zarabiania, to nie miał na bilet na
dzisiejszy mecz. To oznaczało, że będzie musiał z matką negocjować,
czego nienawidził równie mocno jak liberałów, pedałów i pokrak z LGBT
plus. W jego rozumowaniu jakakolwiek dyskusja z kobietą z pozycji
petenta była nie do zaakceptowania, a tę przykrą konieczność tłumaczył
sobie faktem, że przecież matka to matka i kurwą jak wszystkie inne baby
być nie mogła. Prawda była jednak bardziej prozaiczna. Paweł po prostu
nie miał innego wyboru.
-?Gdzieś ty wczoraj był? -?zagaiła matka, stawiając mu przed nosem kubek
z kawą. -?Idzie ci z gęby jak z gorzelni...
-?Z chłopakami byłem.
-?Znów po parkach wódkę rozpijaliście?
-?Nie po parkach. I nie wódkę.
-?Nie kłam matki.
-?Prawdę mówię.
-?A jakieś dziewuchy tam były? Przedstawisz mi w końcu jakąś?
-?Mama nie ma nic innego do roboty, tylko o baby wypytywać?
-?Ile to już masz lat, Pawełku? Ustatkować się trzeba. Co będzie, jak
mnie zabraknie? Kto ci będzie obiadki robił?
-?Mama nie przesadza. Sam se umiem zrobić.
-?Ach tak? -?Matka skrzyżowała dłonie pod obfitymi piersiami. -?Stara
jestem, ale pamięć wciąż mam dobrą. I jakoś sobie nie przypominam, żebyś
kiedykolwiek ręce w gary włożył.
-?Eee tam.
-?Chleb też nie rośnie na drzewach. Znalazłbyś w końcu jakąś porządną
robotę, to może i jakaś dziewucha spojrzałaby na ciebie łaskawszym
okiem. A nie tylko piwko i gry komputerowe. Toż to szachrajstwo
najgorsze. Oczy psują.
-?Mama się uspokoi, bo nerwy nie służą ani zdrowiu, ani urodzie.
-?A tych twoich kolegów głąbów też mam po dziurki w nosie. Sprowadzają
cię na złą drogę.
-?Mama się od moich kolegów odpier...
Paweł zamilkł. Taka eskalacja nie była wskazana. Matka nie tolerowała
przekleństw pod swoim dachem i potrafiła brudną szmatą zdzielić przez
łeb bez ostrzeżenia. Poza tym musiał mieć na uwadze fakt, że wciąż nie
ma kasy na bilet. Jedno słowo za dużo mogło przekreślić wszystkie
starania. O ile byłoby łatwiej, gdyby emerytura matki lądowała
bezpośrednio w jego rękach...
Ta przelotna myśl sprawiła, że znów się podniecił. Poczuł usilną
potrzebę szybkiego pozbycia się wewnętrznego napięcia, więc nie
dojadłszy ostatniego naleśnika, pobiegł na górę. Otworzył laptop,
wklepał słowa klucze, zsunął spodnie i w akompaniamencie pomruków
czterech czarnoskórych drabów i jęków filigranowej blondynki pospiesznie
wytarmosił, co trzeba. Gdy robił pauzę, aby się wytrzeć, film dotarł do
sto dwudziestej siódmej sekundy.
-?Pawełku!
-?Ja pierdolę...
Matka nie potrafiła uszanować żadnych świętości. Irytowała go coraz
częściej. W kółko nawijała o mszach, ustatkowaniu się, podjęciu pracy.
Nic nie rozumiała. Żyła w swoim wyimaginowanym świecie teleturniejów dla
debili i tych wszystkich Trudnych spraw dla jeszcze większych debili.
Nie rozumiała, że świat, jaki wszyscy znają, znalazł się na krawędzi. I jeśli tak dalej pójdzie, to naturalne przymioty mężczyzn przestaną mieć
znaczenie, a oni sami zostaną wyrugowani ze społeczeństwa. Siła, męstwo,
honor, patriotyzm -?te cnoty w dzisiejszym świecie, coraz częściej na
różnych poziomach zarządzanym przez kobiety, przestawały mieć znaczenie,
co gorsza, baby zaczęły zapuszczać brody i dorabiać sobie kutasy. W jakim celu? Paweł nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.
Wszystko to robiły dlatego, żeby z czasem ich wyeliminować.
Juliusz Machulski to był jednak gość. Przewidział przyszłość. To już się
działo!
Paweł zacisnął nerwowo pięści. Gdyby miał tu jakąś pod ręką...
Suki jebane. Chciały, żeby im otwierać drzwi, płacić za kino i kolacje,
kupować błyskotki, najlepiej zaś wozić im te tłuste dupy sportowymi
samochodami i budować wille z trzema łazienkami i basenem. Ale gdy jeden
jedyny raz facet miał gorszy dzień, to od razu go wyśmiewały i rozpowiadały o wszystkim suczym koleżankom, te dodawały swoje, plotka
szła w świat. Facet w oczach lokalnej społeczności stawał się niedojdą,
niewartym pożałowania nieudacznikiem. W tym czasie one, znalazłszy
nadzianego frajera, latały sobie po Paryżach czy innych Dubajach, gdzie
za dolary połykały męskie klocki. Baby były obrzydliwe. Gardził nimi.
Pałał do nich szczerą, nieskrępowaną nienawiścią.
-?Jebać je -?burknął do siebie i wyjął z szafy świeżo uprasowaną białą
koszulę. Matka zawsze wymagała, aby do kościoła chodził ubrany
odświętnie.
Włożył ją, zapiął guzik pod szyją, krawata wiązać nie zamierzał. Nie
mogła mu rozkazywać we wszystkim. Był mężczyzną i miał prawo do swojego
zdania. Krawata nosić nie miał zamiaru i koniec. Nic jej do tego!
-?Krawat mógłbyś założyć -?powiedziała, gdy pojawił się w progu kuchni.
Paweł przewrócił oczami. -?No co? -?Poprawiła mu kołnierzyk. -?Dobrze
dobrany krawat dodaje chłopu męskości. A i łatwiej przyciągnąć
spojrzenia potencjalnych kandydatek na żonę.
-?Możemy już iść?
Matka posłała mu serdeczny uśmiech i wyszli z mieszkania. Ruszyli
cuchnącym korytarzem, minęli klienta niekryjącej się ze swoim małym
kurwidołkiem Baśki Obuchowicz, przeszli obok drzwi państwa Wiśniewskich,
tam trwała nieustanna awantura, przemknęli obok mieszkania starej
wariatki Moskalewiczowej, w końcu opuścili kamienicę i ostrożnie zeszli
po schodkach.
-?Pan Paweł Baszta?
Paweł obrócił się, średnio zaskoczony. Nie znał tych mężczyzn, ale
podejrzewał, w jakim celu mogli się tu pojawić. Nie mówił tego matce,
ale dziś pragnął pomodlić się o to, aby po niego nie przyszli.
-?Tak -?bąknął niepewnie.
-?Pójdzie pan z nami.
-?A kim panowie są? -?wtrąciła się matka.
-?Aspirant Adam Jagielski z komendy miejskiej. To posterunkowy Wiktor
Mucha.
-?Też z komendy miejskiej -?uzupełnił kompan.
-?Panowie z policji? -?Matka spojrzała na syna, który spuścił wzrok. -
Pawełku, co ci panowie od ciebie chcą?
-?Nie wiem.
-?Przeciwnie -?rzucił Jagielski. -?Dobrze wiesz. I rusz dupę, bo skujemy
cię pod klatką.
-?Ależ panowie!
-?Pani nie przeszkadza w czynnościach, bo...
-?Bo co?
-?Przestań, mamo. Wstydu narobisz.
-?Pani posłucha syna. Idziemy czy najpierw obrączkujemy?
-?Idziemy.
-?Coś ty narobił? Pawełek...
-?Nic. Idź na mszę.
I poszli. Aspirant Jagielski, posterunkowy Mucha i genetycznie
nienawidzący kobiet obywatel Baszta. W drodze do zaparkowanego kawałek
dalej radiowozu Paweł pomyślał, że nadszedł czas, aby pokazać charakter.
Nie złamią go, choćby skały srały. Będzie milczał jak grób.
Rozdział 3
-?Ten facet kogoś mi przypomina...
Starszy aspirant sztabowy Mściwój Kruszwica zatrzymał nagranie i zrobił
zbliżenie. Wgryzł się w kanapkę z tuńczykiem i odczekał swoje. Obraz z kamery przemysłowej był kiepskiej jakości, ale bystry obserwator mógł
rozpoznać charakterystyczne cechy człapiącego mężczyzny. Pomagała mu
niezidentyfikowana kobieta.
-?Po co mi to pokazujesz? -?zapytał Brudny.
-?Bo jako jedyny jeszcze cię lubię. Trochę...
-?Skasuj to.
-?Tak się składa, że nie bardzo mogę.
-?Bo?
-?Dostaliśmy wytyczne, aby zebrać i zabezpieczyć wszystkie możliwe
nagrania dotyczące napaści na kobiety z ostatniego miesiąca.
-?Co się dzieje?
-?Tydzień temu jakiś dzieciak podczas grzybobrania znalazł w lesie głowę
kobiety. -?Kruszwica odszedł od ekranu i wyjrzał przez okno. -?To
stosunkowo świeża sprawa, bo według Obojko głowa tej laski leżała w ziemi nie dłużej niż dwa, może trzy miesiące. Do tego DNA jest zgodne z materiałem porównawczym znalezionym niedawno w odpływie kanalizacyjnym.
-?Mówisz o tej stopie?
-?Yhy.
Brudny nerwowo podrapał się po policzku. Opuchlizna z nosa i górnej
wargi zdążyła się zmniejszyć, ale siniaki dopiero nabierały kolorów. Ten
pod okiem, krwawo-bordowy z piękną zieloną aureolą, prezentował się
nadzwyczaj efektownie. Ale to nie one były teraz jego największym
zmartwieniem. I nawet nie to, że nagranie mogło trafić w ręce naczelnika
wydziału Roberta Czyża, bo akurat nim przejmował się najmniej. Gorzej
sprawa miała się z komendantem Romualdem Czarneckim. To on tu rozdawał
karty, a jeśli Igor dowiadywał się o głowie dopiero teraz, warto było
zadać sobie pytanie o kwestię zaufania. Konkluzja przyszła szybko i wcale nie była dla Brudnego miła. Wszystko wskazywało na to, że stary
przyjaciel co najmniej w niego zwątpił.
Nagrabiłeś sobie, Brudny, pomyślał. Spojrzał na zajadającego kanapkę
Kruszwicę. Do niego nie mógł mieć żadnych pretensji. Chłop zachował się
w porządku.
-?I co dalej z tym robimy? -?zapytał.
-?Tak się składa, że całą czwórkę mamy na dołku. Zwinęliśmy ich wczoraj.
Powiedziałbym, że to dość osobliwe przypadki.
Brudny pomyślał, że miło by było sobie z nimi pogawędzić.
-?Ale rozumiesz... -?dodał Kruszwica, robiąc wymowną minę.
-?Naprawdę? -?Brudny się skrzywił.
Mściwój wytarł dłonie w spodnie. Przełknął ostatni kęs.
-?Dla mnie to nie problem, ale wiesz, jak jest -?powiedział. -?Po
pierwsze to utajniona akcja, a po drugie ostatnio nie masz dobrych kart,
że się tak wyrażę...
-?Jakich kart? Co ty pieprzysz?
-?Wiesz, o co mi chodzi, Igor. Lubię cię i szanuję, ale gdybym cię do
nich wpuścił, to narobiłbym sobie gnoju. Może pójdź oficjalnie pogadać z Czarneckim. We mnie na pewno będziesz miał wsparcie.
-?Brzmisz jak gadająca pizda.
-?A to takie istnieją?
Żart Kruszwicy był lichy. Brudny otworzył okno i wyjął z kieszeni paczkę
papierosów. W komendzie obowiązywał zakaz palenia, ale w pomieszczeniach
należących do wydziału kryminalnego i tak wiecznie cuchnęło dymem.
Trudno było oczekiwać od podwładnych, że przerzucą się na kulki
antystresowe albo wycinanki origami. Kryminalny to była czarna dziura.
Każdego dnia wysysał z pracujących tu policjantów życiodajną energię,
aby po kilku latach wypluć ludzkie wraki. Tu mało kto był normalny,
przynajmniej w powszechnym rozumieniu tego słowa. Dlatego na palenie
wciąż przymykano oko.
Brudny się zaciągnął, tytoń zaskwierczał.
-?Pójdę do niego -?oznajmił. Tak naprawdę od dłuższego czasu nosił się z tym zamiarem. Chciał go poinformować, że chce się przenieść. Do
Poznania, Wrocławia, Gdańska. Dokądkolwiek. Tu czuł się jak piąte koło u wozu.
-?Czegoś jeszcze ci nie powiedziałem...
Komisarz nie skomentował. Zaciągnął się.
-?Sprawdziliśmy tych ludków i jeden z nich miał epizod w sierocińcu.
Wciąż milcząc, Igor przeniósł wzrok na kompana.
-?Sierocińcu hieronimek -?uzupełnił Kruszwica, wyraźnie niepewny, czy
powinien o tym wspominać.
I tym razem aspirantowi odpowiedziała cisza. Brudny raz jeszcze mocno
się zaciągnął, wypuścił dym, wystrzelił niedopałek za okno i wbił wzrok
w skąpany w słońcu park. Na polanie dokazywały dzieciaki.
-?Jak się nazywa? -?zapytał.
-?Paweł Baszta.
-?Baszta?
Brudny pospiesznie przeszukał pamięć, ale najwyraźniej to nazwisko było
mu obce.
-?Który rocznik?
-?Osiem osiem.
-?Hmm...
Historia zatoczyła koło, pomyślał. Jeśli to nie była pomyłka, to
wpierdol spuścił mu facet, który za jego czasów u hieronimek był
siusiumajtkiem. Ci parę lat od niego młodsi i tak mieli nieporównywalnie
lepiej. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych Gwidona dokonała
poważnych korekt w działalności placówki. Wyraźnie poluzowała surowe
zasady, ograniczyła kary cielesne i odwiedziny jurnych księży. Czy to z obawy przed bożym gniewem, czy powiciem diabła, którym w jej oczach stał
się syn jednej z gwałconych wychowanek? A może po prostu zmianą ustroju,
która utrudniała niemal jawne prowadzenie burdelu dla księży i wysoko
sytuowanych w partii pedofilów? Ale nawet wtedy dzieciaki nie miały
lekko. Na palcach jednej ręki można było znaleźć te, które opuściły mury
klasztoru bez jakiejś traumy.
-?Przesłuchałeś go?
-?Na razie tylko zmiękczyłem.
-?Więc ja z nim pogadam.
-?Nie mam nic przeciwko, tylko...
-?Ogarnę to.
Nic więcej nie dodając, Brudny wyszedł z pokoju i od razu ruszył w stronę gabinetu komendanta. Kruszwica odprowadził go wzrokiem do drzwi.
Pomyślał, że będzie z tego gnój.
* * *
Inspektor Romuald Czarnecki akurat zastanawiał się nad wynikami oględzin
znalezionej przed tygodniem głowy wciąż niezidentyfikowanej kobiety.
Miał złe przeczucie.
Wtedy usłyszał pukanie. Nie zdążył jednak wypowiedzieć słowa, gdy w progu stanął nadkomisarz Brudny.
-?Cześć. Przyszedłem pogadać -?oznajmił gość.
-?W końcu. Usiądź.
Brudny zajął miejsce na krześle po przeciwnej stronie biurka. Czarnecki
odłożył akta, westchnął.
-?Słucham.
-?Chcę, żebyś mnie włączył do śledztwa w sprawie morderstwa tej
poćwiartowanej kobiety.
-?Już wywąchałeś? Kto ci powiedział? A zresztą...
-?Przydziel mnie.
-?A widziałeś siebie w lustrze?
-?Bywało gorzej.
-?Nie rozmawiaj ze mną w ten sposób. Doskonale wiesz, o co mi chodzi.
Źle wyglądasz, Igor. Pijesz. Ta sytuacja cię przytłacza. I zamiast
próbować znaleźć rozwiązanie, tylko dolewasz oliwy do ognia. Nie mogę
cię wiecznie kryć...
-?Dasz mi tę sprawę czy nie?
-?A jaką mam gwarancję, że będziesz trzymać się procedur?
-?Nie masz. Ale możesz mi zaufać.
-?Zaufanie wymaga czasu...
Brudny nerwowo podrapał się po brodzie. Już kiedyś to słyszał. Tymi
słowami Czarnecki zwrócił się do niego podczas ich pierwszej rozmowy,
krótko po tym, jak wparował do sali, gdzie właśnie montowano grupę
dochodzeniowo-śledczą mającą zająć się sprawą morderstw dokonanych przez
faceta z jego facjatą. Obaj znaleźli się wówczas w bardzo skomplikowanej
sytuacji. Wtedy, z naturalnym dla doświadczonego śledczego dystansem,
ostatecznie sobie zawierzyli.
-?Przestałeś mi ufać? -?zapytał.
-?Uważam, że nie jesteś w swoim najlepszym momencie.
-?To nie jest odpowiedź.
-?Ufam, ale... -?Czarnecki poprawił okulary i nachylił się nad stołem -
...nawet jeśli uważam cię za najlepszego gliniarza, z jakim kiedykolwiek
przyszło mi pracować, to nie mogę tolerować twoich wybryków w nieskończoność. Nie jesteś świętą krową, Igor. Nie dajesz przykładu
młodym, a przecież jesteś tu legendą. Każdy posterunkowy chciałby być
taki jak ty. Tymczasem widzę i słyszę, co pokątnie o tobie mówią.
Zresztą spójrz w lustro. Nie tak powinna wyglądać legenda. Jeszcze
chwila i po legendzie nie pozostanie żaden ślad.
Brudny poczuł się jak żółtodziób. Nikt inny nie potrafił besztać swoich
podwładnych z taką klasą, jak czynił to Czarnecki.
-?W dupie mam legendę i to, co mówią i myślą o mnie inni. Poza tobą -
odparł po chwili niezręcznego milczenia. -?Dołącz mnie do tego śledztwa,
a znajdę tego sukinsyna, który pociął tę kobietę.
Czarnecki zmrużył oczy. Tu czaiło się drugie dno.
-?Dlaczego tak ci na tym zależy?
-?Powiedzmy, że nie lubię, gdy kobietom dzieje się krzywda.
-?Igor...
-?Po prostu mnie dołącz.
-?Za bardzo się angażujesz...
-?Widzisz to? -?Brudny przystawił palec do siniaka pod okiem. -?To ślad
po bucie faceta, który chciał zawinąć do samochodu pewną kobietę.
Precyzyjnie rzecz ujmując, jednego z czterech. I tak się składa, że
wszyscy oni są na dole, a niejaki Paweł Baszta to wychowanek hieronimek.
Czarnecki przez chwilę wpatrywał się w Brudnego z niedowierzaniem, w końcu odchylił się na krześle i parsknął śmiechem.
-?Nie do wiary -?rzucił w eter. -?Po prostu nie do wiary. Powiedz mi,
Igor, jak ty to robisz?
-?Co?
-?No to. Jesteś jak magnes. Ty naprawdę przyciągasz wszystkie możliwe
kłopoty.
-?Już tak mam.
Atmosfera zrobiła się luźniejsza. Igor już wiedział, że dopnie swego.
Miał asa w rękawie, bo bez niego mogli ich co najwyżej postraszyć.
Jakość filmu z kamery przemysłowej nie pozwalała na zidentyfikowanie ani
jego samego, ani napastowanej kobiety, więc w przypadku braku złożenia
zawiadomienia o przestępstwie Kruszwica miał w zasadzie związane ręce,
mógł zatrzymanych co najwyżej postraszyć. A to czasem działało, a czasami nie. Co innego, gdyby Brudny pojawił się w pokoju przesłuchań.
Napaść na policjanta, nawet niebędącego na służbie, to już był zupełnie
inny kaliber przestępstwa. Z takim argumentem Brudny do spółki z Kruszwicą mieliby wszystkie karty w ręku.
-?Masz moją zgodę -?oznajmił w końcu Czarnecki. -?Ale przypominam, że
śledztwem kieruje Mściwój. Czy to jasne? -?dodał, przesuwając akta w jego stronę.
-?Jak słońce. -?Brudny zgarnął teczkę.
-?Gdy tak mówisz, zawsze zaczynam się bać.
-?Pójdę popracować.
-?Idź. Nie mogę na ciebie patrzeć.
Gdy drzwi za Brudnym się zatrzasnęły, inspektor Czarnecki wstał i sięgnął po konewkę. Podlał stojącą na parapecie paprotkę, odstawił ją,
poluzował krawat. Pomyślał, że ten facet potrafi normalnie funkcjonować
tylko wtedy, gdy jest naprawdę źle. I ta myśl nagle bardzo go
zaniepokoiła.
Rozdział 4
Cela była mała, chłodna i nie miała okna. Paweł Baszta siedział na
pryczy z podciągniętymi do klatki piersiowej nogami i się trząsł. W jego
głowie panował nieskrępowany chaos. Od urodzenia nie był zbyt lotny,
więc po pierwsze trudno było mu zapanować nad natłokiem ponurych myśli,
a po drugie owe myśli przeradzały się w coraz to bardziej upiorne
scenariusze. Świadomość, że może trafić do więzienia, była dla niego
absolutnie przytłaczająca. Na filmach nigdy nie wyglądało to dobrze.
Prawie zawsze znalazł się w nich jakiś wytatuowany drab, który miał
inklinacje do szukania miłości pośród świeżego narybku. Czy to pod
prysznicem, czy w jakimś zacienionym zakątku pralni. Boże uchowaj...
To, co uczynił, nie dawało mu spokoju. Bywało, że czuł do siebie odrazę,
aby kilka chwil później pękać z dumy. No bo czy one na to nie
zasługiwały? Owszem, zasługiwały. Na to i jeszcze więcej. Ona była
personifikacją wszystkich tych obrzydliwych kobiet, gatunku niższego, w oczywisty sposób mężczyźnie podległego, za wszelką cenę próbującego
zanegować naturalny porządek świata, wierzącego, że są w stanie napluć
mężczyźnie w twarz.
Kto od tysięcy lat dawał im dach nad głową? Kto przynosił do domu jadło?
Karmił je, poił? Kto je utrzymywał i bronił przed dzikimi zwierzętami i atakami wrogów?
Kiedyś kobiety przynajmniej potrafiły się odwdzięczyć. A dziś? Wszystko
stanęło na głowie. Zamiast zajmować się domem i co wieczór zaspokajać
swoich chlebodawców, robiły kariery, pokazywały dupy na Instagramie i w kółko skarżyły się na łamach gazet i portali internetowych, jak to są
zaniedbywane i dyskryminowane, ba, publicznie narzekały, że -?o zgrozo!
-?nie są wystarczająco zaspokajane przez swoich mężczyzn. Publicznie, w telewizji, nie kryjąc własnej tożsamości! Czasem myślał, że ci
islamiści, srał ich pies, dobrze robią, zakrywając im szmatami te podłe
ryje. Albo że wycinają im łechtaczki i potem wszystko to zaszywają. Są,
jacy są, ale przynajmniej potrafią sprowadzić babę do parteru i trzymać
ją za mordę, żeby za bardzo nie fikała.
Tylko co teraz? Co, jeśli ich nie wypuszczą? Przecież ona może tam
zdechnąć...
Najbardziej obawiał się tego, że pozostali się rozprują. Pyra, Gruby i Truposz nie byli twardzielami i to trzeba uczciwie przyznać. Na takich
jak oni w najlepszym razie mówiło się nerdy. Nieatrakcyjni, zwykle otyli
bądź przeciwnie, wyglądający na ofiary Holocaustu pryszczaci okularnicy
z zerową szansą na poderwanie choćby średnio atrakcyjnej dziewczyny, w kółko siedzący przed komputerem, regularnie tłukący po sieci w gry
komputerowe albo walący konia do gangbangów. On nie był wyjątkiem. Paweł
Baszta też czuł się przegrywem, choć oficjalnie nigdy się do tego nie
przyznawał. W przeciwieństwie do Pyry, Grubego i Truposza on jednak
postanowił wyjść ze strefy komfortu i udowodnić, że jest prawdziwym
mężczyzną.
No źle to wyszło.
Szczęknął zamek. Baszta się wzdrygnął. Drzwi się otwarły.
-?Wyjdź -?rzucił mężczyzna w mundurze policjanta.
Baszta wstał, przełknął ślinę, oczami wyobraźni ujrzał siebie
prowadzonego na spacerniak albo pod prysznice. Boże uchowaj...
Dwie minuty później nie był jednak na spacerniaku, bo takiego w komendzie nie ma, ani pod więziennymi prysznicami, których również w budowie gmachu nie zaplanowano. Paweł Baszta znalazł się w pokoju
przesłuchań z lustrem weneckim, stołem, trzema krzesłami i kamerą. W środku siedziało dwóch mężczyzn, w tym jeden z zieloną śliwą pod okiem,
efektem kontaktu jego buta z twarzą tegoż mężczyzny, bo wraz z Pyrą,
Grubym i Truposzem postanowili udowodnić światu, że to oni są
prawdziwymi twardzielami.
-?Siadaj -?rzucił oschle ten drugi, bez śliwy pod okiem, ale z ramionami, na których widać było każdy mięsień i żyłę, dokładnie takich,
o jakich marzyli on, Pyra, Gruby i Truposz, tyle że mało robili, aby
takie mieć. -?Wiesz, dlaczego zostałeś zatrzymany?
Baszta postanowił nie pękać. Mimo to spuścił głowę i wbił wzrok w podłogę. Lękał się spojrzeć w oczy gliniarza ze śliwą pod okiem.
-?Pytałem o coś...
-?Nie...
-?A mnie pamiętasz? -?zagaił Brudny. Nachylił się nad stołem, a Kruszwica siłą zmusił Basztę, aby spojrzał mu w oczy. -?Bo tak się
składa, że ja ciebie całkiem dobrze. Twoich spedalonych koleżków też. A wiesz, co to dla was oznacza?
Baszta zaczął drżeć. W oczach zebrały się łzy. Nici z napinania się,
pomyślał. Nie był twardzielem.
-?To oznacza, że pójdziecie siedzieć. Artykuł dwieście dwadzieścia dwa
Kodeksu karnego mówi o tym, że za naruszenie nietykalności cielesnej
policjanta można trafić za kratki na trzy lata. Ale prokurator nie
oskarży was z tego paragrafu. Prokurator dopierdoli wam artykuł dwieście
dwadzieścia trzy, czyli czynną napaść na funkcjonariusza publicznego, a ponieważ atak został zarejestrowany przez kamerę przemysłową i się z tego nie wybronicie, grozi wam kara do dziesięciu lat pozbawienia
wolności. Ja z kolei dopilnuję, aby po ogłoszeniu wyroku i dostarczeniu
was do więzienia strażnicy zadbali o wasze potrzeby natury cielesnej. A raczej o potrzeby stałych bywalców, zwykle jurnych i gotowych dostarczyć
niezapomnianych wspomnień, abyście przez cały pobyt mieli odpowiednie
towarzystwo. Wiesz, co chcę przez to powiedzieć?
-?Ja... ja... przepraszam.
-?W dupie mam twoje przeprosiny. -?Brudny z powrotem oparł się na
krześle. Wyjął papierosa, zapalił, wydmuchał dym. -?Ale może jest
sposób, aby uniknąć tego wszystkiego...
Baszta zrobił wielkie oczy i Brudny pomyślał, że coś tu chyba nie gra.
Nie zdążył jednak wyrazić swoich wątpliwości, bo głos zabrał Kruszwica.
-?Nasi technicy już przejrzeli wasze sprzęty i znaleźli tam sporo
ciekawych rzeczy -?powiedział. -?A tak się składa, że w ostatnim czasie
grzebiemy się w podobnych klimatach.
-?Nie rozumiem...
-?Znamy wasze poglądy i wiemy, że należycie do społeczności niejakich
inceli, to jest... poczekaj... -?Kruszwica zerknął na wyświetlacz smartfona
-?...subkultury ludzi, którzy definiują samych siebie jako osoby niezdolne
do znalezienia partnera seksualnego. Według wujka Google'a jesteście
mizoginami i rasistami, przepełnia was żal i nienawiść do kobiet, macie
niską samoocenę i głosicie męską supremację. Jest więcej, ale może nam
wszystkim tego oszczędzę. Czy w jakiejś kwestii się pomyliłem?
Baszta nerwowo pokręcił głową.
-?Czy ja... czy... to znaczy...
-?Chcesz coś powiedzieć? -?zapytał Brudny.
-?Czy ja... mogę prosić o adwokata?
Salę przesłuchań wypełnił rechot obu policjantów. Wyglądali na szczerze
rozbawionych. W pewnym momencie Brudny huknął pięścią w stół z taką
siłą, że aż podskoczyła leżąca na nim paczka papierosów.
-?Posłuchaj, gnoju -?warknął. -?Możesz sobie myśleć, że jesteś chuj wie
kim, możesz sobie nienawidzić czarnych, migrantów i kobiet, ale tutaj
będziesz odpowiadał na moje pytania. W przeciwnym wypadku wyszlifują ci
dupę, jak to kiedyś robili u hieronimek...
Jeśli Baszta jeszcze przed chwilą miał w sobie jakiekolwiek pokłady
odwagi, tak teraz skurczył się do rozmiarów karalucha. Jego wyraz twarzy
też niespecjalnie różnił się od owadziego.
-?Ale jeśli chcesz tego adwokata... -?zainicjował Kruszwica, wtedy Baszta
się zmoczył.
-?Ja pierdolę.
-?Kolejny?
-?Litości. Co z was za faceci?
-?Ale wstyd.
-?Mizogin pierdolony. Męski, kurwa, supremator.
-?A jak zaraz się zesra?
-?Wypluj to.
-?Nie wierzę.
-?Nie...
Pomieszczenie znów rozdarł grzmot pięści uderzającej w stół. Branie
przesłuchiwanego na tak zwane huki było najprostszą i najczęstszą metodą
przesłuchań stosowaną w policji. Na większość zgarniętych z ulicy
wyrostków i leszczy pokroju Baszty wystarczyło pokrzyczeć, pogrozić,
walnąć w stół czy wspomnieć o odsiadce w towarzystwie zatwardziałego
recydywisty. Wtedy ich języki rozplątywały się błyskawicznie, a wizja
należnego im skądinąd adwokata oddalała się na tyle, że przesłuchujący
mogli swobodnie wyciągać z delikwenta kolejne interesujące ich
informacje, zwykle dotyczące grubszych spraw, nad którymi akurat
pracowali. Potem zwykle ich wypuszczali, najczęściej z nieformalnie
przybitą umową wzajemnej współpracy. Tak kryminalni werbowali kolejne
tak zwane ucha.
-?A teraz mów, co wiesz -?rzucił Brudny. -?My sobie ładnie włączymy
kamerkę i mikrofon, a ty powiesz nam wszystko, o co cię zapytamy,
pasuje?
Podbródek Baszty zatrząsł się jak u czterolatka, który właśnie w tłumie
stracił z oczu matkę. Z odrazą spojrzał na plamę w kroku.
-?Na zmianę gaci przyjdzie czas. Teraz się spowiadaj -?rzucił Kruszwica
i dał znak kolegom za lustrem weneckim, aby uruchomić sprzęt
nagrywający.
-?Pytanie numer jeden. Dlaczego molestowałeś tamtą kobietę?
Gdy Paweł Baszta, a potem każdy z jego kompanów odpowiadali na pytania
śledczych, całkiem niedaleko pewna kobieta kuliła się na cuchnącym
materacu w ciemnej piwnicy jednej z zielonogórskich kamienic. Była
brudna, obolała i głodna, ale nader wszystko spragniona. Jej myśli
krążyły wokół tego, aby przegryźć sobie żyły.
Rozdział 5
Ból piersi nie pozwalał jej zasnąć. Kobieta poruszyła się, a ciemność
zadygotała. Ścianami sutereny popełzł brzęk łańcuchów, w końcu wślizgnął
się w szpary między cegłami i zgasł. Jęknęła, bo zastane ścięgna
zaprotestowały, poprawiła pozycję i znów zastygła w bezruchu.
Dzień i noc zlały się w czekanie na śmierć. Jak długo tu przebywała?
Mogła tylko podejrzewać, bo gdyby nie zmiany temperatury, nie miałaby
żadnych punktów odniesienia. Przez większość czasu panowała głucha cisza
i egipskie ciemności. Jej słuch wyostrzył się na tyle, że słyszała
spacerującego po podłodze karalucha. Kilka takich ubiła gołymi rękoma,
co jeszcze jakiś czas temu byłoby nie do pomyślenia, tak panicznie się
ich bała. Pomyślała, że "jakiś czas temu" brzmi dziś surrealistycznie. W tej rzeczywistości nie istniał już czas. Czas się skończył. Pozostało
trwanie. Nie było życia przed. Nie ma teraz. Nie będzie po. Jest tylko
nieustające cierpienie.
Dlaczego jeszcze żyje? Jak długo każe jej to robić?
Trzy razy próbowała się zabić. Niepotrzebnie sprawiła sobie tylko więcej
bólu, straciła zęby i paznokcie, przeguby owinięto jej grubą warstwą
materiału, szorstkiego, drażniącego, łańcuch skrócono, aby nie mogła
wziąć rozbiegu i roztrzaskać czaszki o mur, bo ten jeden jedyny raz
naprawdę była bliska celu, wszak w kompletnym mroku umysł łatwo oszukać,
ściany nie widać, można pójść na całość. Los chciał jednak inaczej,
czaszka nie pękła, a na czole wyrósł ogromny guz i przyszły migreny,
nieustające, intensywne, koszmarne.
Nie chciała już żyć.
A tym bardziej dawać nowego życia.
Wzdrygnęła się, gdy usłyszała szczęk otwieranych zamków. Jeden, drugi,
trzeci. I stalowy rygiel. Drzwi zaskrzypiały i przez moment do jej uszu
dotarło coś więcej niż człapanie karalucha i bicie własnego serca. Głos
dojrzały, stateczny, dźwięczny. Należał do mężczyzny wydającego się
jedynie ulotnym wspomnieniem życia, które jej odebrano. Mężczyzna ów
nazywał się Hubert Urbański i z właściwą sobie emfazą pytał uczestnika
teleturnieju, czy aby na pewno zaznaczyć odpowiedź C.
Wraz z podmuchem świeżego powietrza głos prowadzącego umilkł, drzwi z powrotem się zatrzasnęły, a ona zaczęła dygotać. Kroki, szuranie. Co
zrobi jej tym razem?
Ciemność znów zafalowała, chwilę później na podłodze wylądowała miska z kaszą i czymś jeszcze, może sosem z grzybów jak ostatnio.
Usłyszała złośliwy chichot, a potem kroki zaczęły się oddalać, drzwi
zaskrzypiały, Hubert Urbański ogłosił przerwę i znów nastała głucha
cisza.
Kobieta poszukała dłońmi miski i zanurzyła palce w ciepłej kaszy, którą
pospiesznie włożyła do spękanych ust. Pomyślała, że to coś nigdy nie
pozwoli jej umrzeć.