Igor Brudny (tom 8). Fetysz - Przemysław Piotrowski

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Zdjęty lękiem patrzył na swój dom. Upiorna cha­łupa stała tam, gdzie zawsze. Tro­chę na ubo­czu, za cią­giem garaży, przy zjeź­dzie w gęstwinę, wcale nie tak daleko od torów kole­jo­wych z jed­nej i świeżo wybu­do­wa­nego osie­dla blo­ków z dru­giej strony. Bez­listne pną­cza wino­blusz­czu opla­tały ją niczym utkany przez pająka kokon. Zda­wały się trzy­mać w szpo­nach całą kon­struk­cję, roz­sy­pu­jący się komin i pokryte szro­nem okna, płot, na któ­rym prze­sia­dy­wały kruki i wrony, a nawet stra­cha na wró­ble, który stra­szył jedy­nie dzieci sąsia­dów. Obej­ście spo­wi­jała gęsta mgła, w oddali szcze­kał pies. W izbie tań­czyły pło­mie­nie świec.

Chło­piec moc­niej chwy­cił palec opie­kunki.

-?Cie­szysz się? -?zapy­tała, kuca­jąc obok niego.

Pokrę­cił głową. Pocią­gnął nosem. Miał na sobie grubą kurtkę zapi­naną na guziki, wyso­kie buty z kożusz­kiem, weł­nianą czapkę i gruby sza­lik, na dło­niach ręka­wiczki z jed­nym pal­cem. I wcale się nie cie­szył.

-?Twój ojciec już cię nie skrzyw­dzi. Odszedł. -?Kobieta posłała chłopcu oszczędny uśmiech. Popra­wiła mu zacho­dzącą na oczy grzywkę, pstryk­nęła go w nos. -?Jesteś uro­dzo­nym szczę­ścia­rzem. Nie zapo­mi­naj o tym.

-?Ale ja nie chcę -?wymam­ro­tał chło­piec.

-?Jestem pewna, że mama zadba o twoje bez­pie­czeń­stwo. A ja od czasu do czasu będę do was zaglą­dać, pasuje?

Na twa­rzy malca poja­wił się gry­mas świad­czący o tym, że zaraz się roz­pła­cze. Zdzi­wiła się, bo chło­pak pła­kał rzadko, pra­wie wcale. Zwy­kle nie maru­dził, posłusz­nie wyko­ny­wał pole­ce­nia i czę­sto się modlił. Nie był pro­ble­mo­wym dziec­kiem jak wiele innych w pla­cówce. Pomy­ślała, że trauma, jakiej doświad­czył w tym domu, wyryła w gło­wie chłopca trwałe piętno. Co z tego, skoro sędzina sądu rodzin­nego miała odmienne zda­nie. A może po pro­stu go nie miała? Czy w ogóle pró­bo­wała zro­zu­mieć, co tu się wyda­rzyło?

-?Ja nie chcę, nie chcę, nie chcę -?powta­rzał malec, tuląc się do płasz­cza kobiety.

-?Mama na pewno bar­dzo się za tobą stę­sk­niła. Poza tym nie wiem, czy zda­jesz sobie sprawę, ale w domu czeka na cie­bie ktoś jesz­cze.

-?Nie, nie, nie...

-?Nie, nie ojciec, spo­koj­nie. Ojca już nie ma. -?Zre­flek­to­wała się. - Jest ktoś inny. Nie mówi­łam tego wcze­śniej, bo chcia­łam zro­bić ci nie­spo­dziankę.

-?Nie­spo­dziankę? -?Ton chłopca zdra­dzał cie­ka­wość.

Kobieta wyjęła z kie­szeni starą grze­chotkę z wize­run­kiem misia. Potrzą­snęła nią i wsu­nęła ją w drobną dłoń.

-?Masz. Dasz ją sio­strzyczce. Na pewno się ucie­szy.

Chło­piec spoj­rzał na zabawkę i upu­ścił ją na zie­mię. Spa­dła w śnieg.

-?Nie chcę -?powtó­rzył.

Kobieta pod­nio­sła grze­chotkę, wes­tchnęła. Wytarła ją o poły płasz­cza. Z wyro­kami sądu nie szło dys­ku­to­wać. Chło­piec musiał wró­cić do domu rodzin­nego. Tak sta­no­wiło prawo.

-?Musimy iść -?rzu­ciła szorstko i zro­biła krok do przodu. Szarp­nęła za wiotką rączkę. -?Zoba­czysz, będzie dobrze. Wszystko się ułoży -?dodała.

Chło­piec się roz­pła­kał, ale ruszył za opie­kunką. Dro­bił małymi krocz­kami, a pod pode­szwami skrzy­piał śnieg, dom się zbli­żał, rósł, potęż­niał, pochła­niał jego świat. Nędzny płot, na nim czarne pta­szy­ska, coś zasze­le­ściło w chasz­czach, w mroku roz­bły­sły śle­pia, może kota, a może jakie­goś potwora. Opla­ta­jące cha­łupę pną­cza wycią­gały szpo­nia­ste palu­chy, strach na wró­ble spo­glą­dał na nich z góry, szcze­rząc doma­lo­wane kły, psy wyły smęt­nie, żało­śnie. Zgrzyt­nęły zawiasy, ostrze­gaw­czo, bo tam zło prze­cież, tyle zła, tylko ból i cier­pie­nie.

-?Nie chcę -?wymam­ro­tał malec, ale kobieta go nie usły­szała albo sły­szeć nie chciała. Pode­szła pod drzwi. Zapu­kała. Posłała mu blady uśmiech.

-?Zoba­czysz. Wszystko się ułoży -?powtó­rzyła, wtedy chło­piec posi­kał się w majtki.

Zabrzmiała koły­sanka, skrzyp­nęły deski, znów koły­sanka. Kroki, gwizd czaj­nika, płacz nie­mow­lę­cia. Klamka. Zgrzyt zawia­sów. Cie­pło izby.

-?Dobry wie­czór.

-?Dobry wie­czór.

Chło­piec uniósł głowę. Spoj­rzał w twarz matki. Trzy­mała przy piersi opa­tu­loną w koce istotkę i sze­roko się do niego uśmie­chała. Uśmiech miała brzydki, bez­zębny. Ale to nie była jej wina, bo sama sobie tych zębów nie wyrwała, zostały wybite pię­ściami i trzon­kiem od łopaty albo wideł, nie był pewny. Zdjęła mu czapkę, zmierz­wiła czu­prynę, przy­tu­liła do pokaź­nego brzu­cha, był cie­pły i miękki.

-?To Rozalka -?przed­sta­wiła sio­strzyczkę, nachy­la­jąc się z przy­ssa­nym do piersi nie­mow­lę­ciem. -?Czyż nie jest piękna?

Chło­piec pomy­ślał, że Rozalka nie ma w sobie nic pięk­nego. Jest małą żar­łoczną kre­aturą, która tylko je, pła­cze i bru­dzi pie­lu­chy. Zawsty­dził się, bo sam przed chwilą zmo­czył majtki. Nikt nie mógł się o tym dowie­dzieć.

Przez następny kwa­drans sie­dział przy piecu w zadu­chu izby, susząc mokre spodnie, uda­jąc, że grzeje zmar­z­nięte stopy i dło­nie. Bez­zębna matka opro­wa­dzała kobietę po cha­łu­pie, poka­zy­wała pal­cami tu i tam, gesty­ku­lo­wała. Potem usia­dły przy her­ba­cie, kobieta wyjęła doku­menty i dłu­go­pis, pod­su­nęła je matce, a matka je pod­pi­sała. Wstały i podały sobie dło­nie, kobieta spoj­rzała na chłopca, powtó­rzyła, żeby się nie mar­twił i że wszystko będzie dobrze, potem jesz­cze dodała "z Bogiem" i wyszła.

Nastała upiorna cisza. A potem coś trza­snęło w skle­pie­niu. W kro­kwiach. Pew­nie pną­cza, pomy­ślał chło­piec. To one zaci­skają się na cha­łu­pie, aby ją zgnieść, zadu­sić, zro­bić z niej mia­zgę. To miej­sce tylko na to zasłu­guje, na znisz­cze­nie.

Dla­czego nie dokoń­czą dzieła?

Matka prze­krę­ciła zamki i zasu­nęła rygiel. Odwró­ciła się, pogła­skała córeczkę po czole, wbiła wzrok w sie­dzą­cego przy piecu malca. Sie­dział po turecku, uda­jąc, że ich nie widzi. Tak bar­dzo go kochała...

-?Od dziś w tym domu nikt nikogo krzyw­dzić nie będzie -?szep­nęła do nie­mow­lę­cia, roz­ko­ły­sała je i nucąc koły­sankę sen­nie ruszyła w kie­runku pieca.

Cichutko, dzie­cino, nie mów nic,

I nie kładź się bli­sko kra­wę­dzi...

Cichutko, dzie­cino, nie mów nic,

Bo przyj­dzie i twe ciało uwę­dzi...

Cichutko, dzie­cino...

Matka zamil­kła. Przez dłuż­szą chwilę wpa­try­wała się w syna. Dla­czego nie szu­kał jej dotyku? Dla­czego uda­wał, że jej nie widzi? Prze­cież zro­bi­łaby wszystko, aby go ochro­nić, oca­lić przed złem, uszczę­śli­wić. Zresztą udo­wod­niła swoją nie­skoń­czoną miłość. Potwora już w domu nie było. I ni­gdy nie wróci.

Pomy­ślała, że chłopcu bra­kuje bli­sko­ści, wszak teraz będzie musiała obdzie­lić miło­ścią oboje. Dla­tego odło­żyła córkę do koły­ski i przy­kuc­nęła obok syna. Pogła­skała go po gło­wie, przy­tu­liła do nagiej piersi.

-?Twoja kolej -?rze­kła.

Chło­piec wie­dział, że jest już za duży, ale nie chciał robić mamie przy­kro­ści. Mama prze­cież bar­dzo go kochała. Dla­tego przy­lgnął do piersi i zaczął ją łap­czy­wie ssać.

Rozdział 1

Igor Brudny otwo­rzył oczy. Zamru­gał. Tępy ból w skro­niach prze­mie­ścił się do płata czo­ło­wego. Zlęk­niony wido­kiem, który się przed nim roz­po­starł, pospiesz­nie zamknął je z powro­tem. W ustach czuł smak padliny. Przez kolej­nych kil­ka­dzie­siąt sekund uda­wał mar­twego. Na dłuż­szą metę to jed­nak nie miało sensu. Trwał tak jesz­cze chwilę, w końcu pogo­dził się z tym fak­tem i z duszą na ramie­niu uniósł jedną powiekę, następ­nie drugą. Przy nie­zna­nym mu anek­sie kuchen­nym plą­sały trzy roz­czo­chrane bru­netki. Każda miała na sobie taki sam T-shirt i iden­tyczne leg­ginsy. W zawie­szo­nym na ścia­nie tele­wi­zo­rze leciał doku­ment o kro­ko­dy­lach, a w powie­trzu uno­sił się zapach sma­żo­nego boczku i cebuli.

Robią jajecz­nicę, pomy­ślał. Bru­netki zawi­ro­wały i zespo­liły się w jedną, chwilę póź­niej znów się roz­dzie­liły. Jak pan­to­fe­lek albo euglena zie­lona, bo tyle pamię­tał z lek­cji bio­lo­gii. Zaczęły roz­bi­jać jajka i mie­szać zawar­tość, solić, pie­przyć. Zalały sześć kub­ków z kawą.

Nie jest dobrze, pomy­ślał. Ból w pła­cie czo­ło­wym wzmógł się, poczuł też rwa­nie w boku, a gdy lekko się skrę­cił, bolało go już całe ciało. Prze­błysk pamięci. Ulica, ryk sil­nika, czte­rech cwa­nia­ków. Atrak­cyjna bru­netka. Instynk­tow­nie prze­krę­cił głowę w stronę lustra zawie­szo­nego na ścia­nie. Aż dziw, jakie rze­czy czło­wiek pamięta. Przez chwilę przy­glą­dał się swo­jemu odbi­ciu. Przy­naj­mniej nie musiał już spe­ku­lo­wać. Ewi­dent­nie dostał wpier­dol. Zagadką pozo­sta­wało, dla­czego tak srogi.

Wtedy zorien­to­wał się, że nie ma na sobie spodni, koszulki i skar­pet. Zestra­chany zer­k­nął pod koc.

-?Reszta jest na suszarce -?usły­szał cie­pły kobiecy głos. -?Wypra­łam je zaraz po przyj­ściu. Były popla­mione krwią.

-?Czyją?

-?Was wszyst­kich.

Brudny spu­ścił nogi z kanapy. Drugi raz w ciągu ostat­nich mie­sięcy obu­dził się w miesz­ka­niu obcej kobiety. Drugi raz z obitą mordą. Za pierw­szym razem dał się ponieść chwili i wylą­do­wali w łóżku. Po wszyst­kim miał strasz­nego moral­niaka. Dziew­czyna oka­zała się stu­dentką trze­ciego roku medy­cyny. Ta tutaj wyglą­dała na star­szą. Na pewno po trzy­dzie­stce. Gorzej, że nie wie­dział o niej nic wię­cej.

-?Jak masz na imię? -?zapy­tał.

-?Nie pamię­tasz?

-?Nie.

-?Zofia.

Doszedł do wnio­sku, że nie musi się przed­sta­wiać. Albo zro­bił to wczo­raj, albo pora­dziła sobie sama. Broń, tele­fon, port­fel, odznaka i legi­ty­ma­cja leżały na bla­cie. Jeśli jesz­cze jakimś cudem nie znała jego gęby z tele­wi­zji, to na pewno już go sobie wygo­oglo­wała.

-?Za jakieś dwie godzinki twoje rze­czy powinny być suche -?powie­działa, kła­dąc mu talerz z jajecz­nicą pod nosem. -?I chcia­ła­bym podzię­ko­wać ci za to, co dla mnie zro­bi­łeś. Gdyby nie ty, to nie wiem, jak by się to skoń­czyło.

-?Czyli co?

-?Może jed­nak zawieźć cię do szpi­tala?

Nic głup­szego nie mogła zapro­po­no­wać. Zało­żył też, że nie zro­biła tego do tej pory, bo wcze­śniej zako­mu­ni­ko­wał jej, aby tego nie robiła. Cokol­wiek się tam wczo­raj wyda­rzyło.

-?Nic mi nie będzie -?oznaj­mił. -?Co się stało?

-?Ura­to­wa­łeś mnie przed grupą zakap­tu­rzo­nych gnoj­ków. Nie­stety, mieli prze­wagę czte­rech do jed­nego. Wlali ci, ale w pew­nym momen­cie zorien­to­wali się, że jesteś gliną, i ucie­kli. Będziesz ich ści­gał?

-?Możesz przy­nieść mi ciu­chy?

-?Są jesz­cze mokre.

Brudny sku­pił się na jedze­niu. Był głodny jak wilk i pra­gnął pozbyć się smaku krwi. Zofia zaczęła moco­wać się z zawie­szo­nymi na suszarce ubra­niami. Miała ładną buzię i sprę­ży­ste ciało, gib­kie ruchy. Spod rękawka wysta­wała obszerna bli­zna po opa­rze­niu. Tro­chę przy­po­mi­nała tę, którą na policzku miała Julka.

Chwilę póź­niej kom­plet ciu­chów wylą­do­wał na wer­salce. Zofia wyszła i przy­mknęła drzwi. Brudny pomy­ślał, że to dobry znak. Do niczego mię­dzy nimi nie doszło.

Pospiesz­nie się ubrał, chwy­cił broń, zaj­rzał do komory, spraw­dził maga­zy­nek, wci­snął ją za pasek. Spodnie rze­czy­wi­ście były jesz­cze wil­gotne, nogawki po pro­stu mokre. Pomy­ślał, że śnia­da­nie dokoń­czy u sie­bie. Stąd nale­żało się natych­miast ewa­ku­ować.

-?Musisz już iść, co? -?zapy­tała, sta­jąc w progu. Pomy­ślał, że z tym kub­kiem w dłoni wygląda bar­dzo sek­sow­nie, a gdy oparła się o fra­mugę, dostrzegł coś, co wcze­śniej mu umknęło. Luźny T-shirt długi czas ukry­wał wyraź­nie zary­so­wany brzu­szek cią­żowy, dopiero teraz wyeks­po­no­wany.

-?To nie powinno się wyda­rzyć -?odparł zmie­szany.

-?Co takiego?

-?To.

-?Zosta­wisz mi swój numer?

Brudny pra­wie się zakrztu­sił. Odsta­wił kubek z kawą. O co tej kobie­cie cho­dziło? Gdzie był jej facet?

-?W sumie jesteś moim wybawcą -?dodała. -?Poza tym jako odpo­wie­dzialna oby­wa­telka powin­nam chyba zgło­sić napaść na poli­cję, mam rację?

Szach i mat, pomy­ślał. Że też zawsze musi wpa­ko­wać się w jakiś gnój. Przez ostat­nie mie­siące zra­ził do sie­bie chyba wszyst­kich. Kole­gów i kole­ża­nek w pracy nie miał, ale teraz zastą­pili ich pra­wie sami wro­go­wie. Każdy patrzył na niego przez pry­zmat tego, jak zacho­wał się wobec Julki. Trudno było nazwać ich ina­czej niż bara­nami, ale co miał zro­bić. Walka z plotką przy­po­mi­nała tę z wia­tra­kami, próżna próba prze­ciw­sta­wie­nia się ludz­kiej natu­rze. Ludzie od zawsze gadali, choć naj­czę­ściej gówno wie­dzieli, a ich wyobra­że­nia nie miały nic wspól­nego z rze­czy­wi­sto­ścią. Igor nie miał zamiaru tego pro­sto­wać, sprawa żyła więc wła­snym życiem. Nie­stety -?choć gdyby go zapy­tali, z pew­no­ścią by zapro­te­sto­wał -?to w końcu odbiło się na pracy. Do sądu wpły­nęły cztery pozwy, w każ­dym zarzut zbyt bru­tal­nego trak­to­wa­nia podej­rza­nego, raz świadka. Do tego zaczął pić, bywało, że po służ­bie wałę­sał się po meli­nach bez celu. Naczel­nik wydziału nie chciał z nim gadać, nawet Czar­necki prze­stał zapra­szać go na kawę.

-?Kocham cię jak syna, ale musisz dopro­wa­dzić się do porządku. Jesteś męż­czy­zną, wiesz, co powi­nie­neś zro­bić -?powie­dział mu pew­nego dnia w chwili sła­bo­ści, nie mogąc już patrzeć, jak się sta­cza.

Łatwo mu było mówić. Nie był w jego sytu­acji. Nie wie­dział, co powie­działa mu Julka, gdy trzy­krot­nie pró­bo­wał napra­wić swoje błędy. Za pierw­szym razem go prze­go­niła tak, jak prze­ga­nia się bez­pań­skiego kun­dla, który nasrał pod furtką, za dru­gim jak namol­nego domo­krążcę, za trze­cim prze­lał na jej konto okrą­gły milion zło­tych ze sprze­daży swo­jego miesz­ka­nia w War­sza­wie. Chciał dobrze, ale nie miał już innego pomy­słu, bo wciąż nie chciała go słu­chać, stra­ciła do niego zaufa­nie. Nie prze­ko­nał jej nawet ów milion w zało­że­niu mający pokryć sze­reg ope­ra­cji pla­stycz­nych, na które ni­gdy nie mogłaby sobie pozwo­lić, bo wszyst­kie swoje oszczęd­no­ści wydała na kupie­nie dla nich domu, dziś już nie ich, lecz jej, on miesz­kał w wynaj­mo­wa­nej kawa­lerce w cen­trum mia­sta.

-?Kie­dyś mia­łeś klasę, Igor -?powie­działa mu, a potem ode­słała milion z powro­tem na jego konto. Cokol­wiek o niej mówić, miała swój honor. Za to ją kochał, ale ona go już chyba nie, wszystko szlag tra­fił.

Dla­czego była taka uparta? Dla­czego uwie­rzyła Jagnie? Dla­czego...?

-?A jajecz­nica przy­naj­mniej sma­ko­wała? -?wyrwała go z zamy­śle­nia Zofia.

-?Tak -?odparł, odchrząk­nął. -?A jeśli cho­dzi o zgło­sze­nie napa­ści... Masz do tego pełne prawo i...

-?Może po pro­stu dasz mi swój numer? -?Uśmiech­nęła się, kokie­te­ryj­nie wycią­ga­jąc zza pazu­chy kar­teczkę z dłu­go­pi­sem. -?A jak doj­dziesz do sie­bie, to zadzwo­nię i podam ci nazwi­sko tego, który roz­kwa­sił ci nos...

-?Wiesz, jak się nazywa?

-?Tak się składa, że koja­rzę te gęby.

Brudny pomy­ślał, że obie wer­sje są do dupy. Pierw­sza ozna­czała, że owa Zofia będzie musiała ofi­cjal­nie zgło­sić napaść, a tym samym udać się do komendy i zło­żyć zezna­nia. Poja­wie­nie się w pro­to­kole nazwi­ska pija­nego nad­ko­mi­sa­rza wydziału kry­mi­nal­nego, zresztą powszech­nie koja­rzo­nego nie tylko w komen­dzie, który w nie­po­ha­mo­wa­nym dąże­niu do auto­de­struk­cji wdał się po służ­bie w awan­turę z czte­rema zakap­tu­rzo­nymi typami, nie przy­spo­rzy­łoby mu dodat­ko­wych punk­tów zarówno u naczel­nika wydziału, jak i u komen­danta. W dru­gim przy­padku Zofia nara­żała go na nie­przy­jem­ność obco­wa­nia z nią w nie­okre­ślo­nej przy­szło­ści, co gor­sza, prze­ka­zana wie­dza o deli­kwen­tach, któ­rzy obili mu ryj, w jego aktu­al­nym sta­nie mogłaby stać się zbyt kusząca, aby nie wyko­rzy­stać jej do zała­twie­nia sprawy z pomi­nię­ciem uciąż­li­wych pro­ce­dur.

Igor bez słowa zapi­sał jej swój numer.

-?Wiedz tylko, że przy­cią­gam kło­poty -?oznaj­mił, wrę­cza­jąc kobie­cie świ­stek.

-?Zapa­mię­tam -?odparła.

Brudny posłał jej krzywy uśmiech. Poszu­kał wzro­kiem butów, nie bez trudu je wło­żył, pod­niósł się, przy­pad­kiem prze­niósł wzrok na lustro. Bywało gorzej, ale musiał uczci­wie przy­znać, że wpier­dol był srogi. Opu­chli­zna u nasady nosa suge­ro­wała, że ten może być zła­many, do tego roz­cię­cie nad górną wargą i śliwka pod okiem. Mógłby stra­szyć dzieci.

-?Przy­stoj­niak z cie­bie, nie ma co -?rzu­ciła Zofia, tro­chę prze­śmiew­czo, a tro­chę na poważ­nie. -?Raz jesz­cze dzięki za to, co dla mnie zro­bi­łeś. Nie­wielu męż­czyzn by się odwa­żyło.

Brudny ski­nął głową, prze­krę­cił zamek i wyszedł z miesz­ka­nia. Scho­dząc po scho­dach, czuł, że świat wiruje i zbiera mu się na wymioty. Nie miał poję­cia, że dokład­nie w tym samym momen­cie dwu­na­sto­letni Mate­usz Kocjan szar­pie się z czar­nym wor­kiem na śmieci, w któ­rym zaraz natknie się na coś, co sprawi, że do końca życia będzie cier­piał na trudną do wyle­cze­nia traumę. I już ni­gdy wię­cej nie pój­dzie do lasu na grzyby.

Rozdział 2

Cie­pły sierp­niowy pora­nek przy­wi­tał go zapa­chem sma­żo­nych nale­śni­ków. Paweł Baszta otwo­rzył powieki. Czuł się kiep­sko, a w zasa­dzie źle. Naj­chęt­niej nie wsta­wałby dziś z łóżka, ale nie­dziela rzą­dziła się swo­imi pra­wami. Msza, potem obiad z matką, w końcu cr?me de la cr?me dnia, czyli mecz żuż­lowy jego uko­cha­nego Falu­bazu. Pomy­ślał, że to będzie fajny dzień, dla­tego się­gnął po leżący na noc­nej szafce smart­fon i włą­czył ulu­bioną stronę z fil­mami porno. Wkle­pał klu­czowe słowa, wyszu­ki­warka wypluła listę wyni­ków, doko­nał wyboru i zajął się robotą. Trwało to kil­ka­dzie­siąt sekund. Po wszyst­kim wytarł nasie­nie w chu­s­teczkę i pomy­ślał, że faj­nie by było mieć roz­gar­nię­tych kole­gów, bo wtedy mogliby zro­bić jakiejś dziwce to samo co ci Murzyni tej blon­dy­neczce.

-?Pawełku! Zejdźże już na dół. Ileż można spać, na Boga?

Cza­sem zasta­na­wiał się, czy matka nie jest jakimś zapro­gra­mo­wa­nym robo­tem. Te same tek­sty, te same ruchy, to samo jedze­nie. Nie­dzielny plan dnia nie zmie­niał się od lat. Każdy koniec tygo­dnia wyglą­dał nie­mal iden­tycz­nie i powoli zaczy­nał powąt­pie­wać, czy wina przy­pad­kiem nie leży po jej stro­nie. Prze­cież, czy tego chciał, czy nie, też była kobietą. Niby matką, ow­szem, ale jed­nak zamiast pisiora miała kuciapę, zresztą równo przez ojca, tfu, chuj mu na grób, spe­ne­tro­waną, czego nie­za­prze­czal­nym dowo­dem była jego obec­ność w tymże pokoju. On z kolei wycho­dził z zało­że­nia, że wszyst­kie kobiety to kurwy. Paweł Baszta miał trzy­dzie­ści dzie­więć lat i nie­na­wi­dził kobiet.

Zwlókł z łóżka swoje tłu­ste ciało, bek­nął i wło­żył majtki. Miały dziurę w kroku, ale prze­cież i tak nie pla­no­wał się przed nikim roz­bie­rać, więc się tym spe­cjal­nie nie prze­jął. Ubrał się, dys­kret­nie scho­wał w zamknię­tej dłoni chu­s­teczkę i poszedł do łazienki. Wyrzu­cił ją do muszli klo­ze­to­wej, spu­ścił wodę, umył twarz i pachy, wyszczot­ko­wał zęby. Napiął bicepsy, ale nie­chęt­nie stwier­dził, że wciąż daleko mu do Jasona Sta­thama. Popra­wił coraz szyb­ciej ucie­ka­jącą grzywkę, nało­żył żel, użył taniego anty­per­spi­rantu, wytarł ręce w ręcz­nik i zszedł na dół.

-?No w końcu -?mruk­nęła matka. Miała na sobie podomkę w liście, któ­rej szcze­rze nie­na­wi­dził. -?Nale­śniki za chwilę będą zimne. Poza tym zaraz na mszę trzeba iść -?dodała.

-?Zdą­żymy, mam­cia, zdą­żymy -?odparł.

-?Zawsze to powta­rzasz, a potem musimy gnać na zła­ma­nie karku. Kie­dyś nogę sobie przez cie­bie zła­mię. Albo jesz­cze gorzej.

-?Niczego sobie nie zła­miesz.

-?Nie bądź taki mądry. I jedz!

Paweł uznał, że dal­sza dys­ku­sja jest bez­ce­lowa. Matki prze­ga­dać się nie dało, co gor­sza, wczo­raj prze­pił ostat­nie pie­nią­dze, a że od lat nagmin­nie uchy­lał się od uczci­wego zara­bia­nia, to nie miał na bilet na dzi­siej­szy mecz. To ozna­czało, że będzie musiał z matką nego­cjo­wać, czego nie­na­wi­dził rów­nie mocno jak libe­ra­łów, peda­łów i pokrak z LGBT plus. W jego rozu­mo­wa­niu jaka­kol­wiek dys­ku­sja z kobietą z pozy­cji petenta była nie do zaak­cep­to­wa­nia, a tę przy­krą koniecz­ność tłu­ma­czył sobie fak­tem, że prze­cież matka to matka i kurwą jak wszyst­kie inne baby być nie mogła. Prawda była jed­nak bar­dziej pro­za­iczna. Paweł po pro­stu nie miał innego wyboru.

-?Gdzieś ty wczo­raj był? -?zaga­iła matka, sta­wia­jąc mu przed nosem kubek z kawą. -?Idzie ci z gęby jak z gorzelni...

-?Z chło­pa­kami byłem.

-?Znów po par­kach wódkę roz­pi­ja­li­ście?

-?Nie po par­kach. I nie wódkę.

-?Nie kłam matki.

-?Prawdę mówię.

-?A jakieś dzie­wu­chy tam były? Przed­sta­wisz mi w końcu jakąś?

-?Mama nie ma nic innego do roboty, tylko o baby wypy­ty­wać?

-?Ile to już masz lat, Pawełku? Ustat­ko­wać się trzeba. Co będzie, jak mnie zabrak­nie? Kto ci będzie obiadki robił?

-?Mama nie prze­sa­dza. Sam se umiem zro­bić.

-?Ach tak? -?Matka skrzy­żo­wała dło­nie pod obfi­tymi pier­siami. -?Stara jestem, ale pamięć wciąż mam dobrą. I jakoś sobie nie przy­po­mi­nam, żebyś kie­dy­kol­wiek ręce w gary wło­żył.

-?Eee tam.

-?Chleb też nie rośnie na drze­wach. Zna­la­zł­byś w końcu jakąś porządną robotę, to może i jakaś dzie­wu­cha spoj­rza­łaby na cie­bie łaskaw­szym okiem. A nie tylko piwko i gry kom­pu­te­rowe. Toż to sza­chraj­stwo naj­gor­sze. Oczy psują.

-?Mama się uspo­koi, bo nerwy nie służą ani zdro­wiu, ani uro­dzie.

-?A tych two­ich kole­gów głą­bów też mam po dziurki w nosie. Spro­wa­dzają cię na złą drogę.

-?Mama się od moich kole­gów odpier...

Paweł zamilkł. Taka eska­la­cja nie była wska­zana. Matka nie tole­ro­wała prze­kleństw pod swoim dachem i potra­fiła brudną szmatą zdzie­lić przez łeb bez ostrze­że­nia. Poza tym musiał mieć na uwa­dze fakt, że wciąż nie ma kasy na bilet. Jedno słowo za dużo mogło prze­kre­ślić wszyst­kie sta­ra­nia. O ile byłoby łatwiej, gdyby eme­ry­tura matki lądo­wała bez­po­śred­nio w jego rękach...

Ta prze­lotna myśl spra­wiła, że znów się pod­nie­cił. Poczuł usilną potrzebę szyb­kiego pozby­cia się wewnętrz­nego napię­cia, więc nie dojadł­szy ostat­niego nale­śnika, pobiegł na górę. Otwo­rzył lap­top, wkle­pał słowa klu­cze, zsu­nął spodnie i w akom­pa­nia­men­cie pomru­ków czte­rech czar­no­skó­rych dra­bów i jęków fili­gra­no­wej blon­dynki pospiesz­nie wytar­mo­sił, co trzeba. Gdy robił pauzę, aby się wytrzeć, film dotarł do sto dwu­dzie­stej siód­mej sekundy.

-?Pawełku!

-?Ja pier­dolę...

Matka nie potra­fiła usza­no­wać żad­nych świę­to­ści. Iry­to­wała go coraz czę­ściej. W kółko nawi­jała o mszach, ustat­ko­wa­niu się, pod­ję­ciu pracy. Nic nie rozu­miała. Żyła w swoim wyima­gi­no­wa­nym świe­cie tele­tur­nie­jów dla debili i tych wszyst­kich Trud­nych spraw dla jesz­cze więk­szych debili. Nie rozu­miała, że świat, jaki wszy­scy znają, zna­lazł się na kra­wę­dzi. I jeśli tak dalej pój­dzie, to natu­ralne przy­mioty męż­czyzn prze­staną mieć zna­cze­nie, a oni sami zostaną wyru­go­wani ze spo­łe­czeń­stwa. Siła, męstwo, honor, patrio­tyzm -?te cnoty w dzi­siej­szym świe­cie, coraz czę­ściej na róż­nych pozio­mach zarzą­dza­nym przez kobiety, prze­sta­wały mieć zna­cze­nie, co gor­sza, baby zaczęły zapusz­czać brody i dora­biać sobie kutasy. W jakim celu? Paweł nie miał co do tego naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Wszystko to robiły dla­tego, żeby z cza­sem ich wyeli­mi­no­wać.

Juliusz Machul­ski to był jed­nak gość. Prze­wi­dział przy­szłość. To już się działo!

Paweł zaci­snął ner­wowo pię­ści. Gdyby miał tu jakąś pod ręką...

Suki jebane. Chciały, żeby im otwie­rać drzwi, pła­cić za kino i kola­cje, kupo­wać bły­skotki, naj­le­piej zaś wozić im te tłu­ste dupy spor­to­wymi samo­cho­dami i budo­wać wille z trzema łazien­kami i base­nem. Ale gdy jeden jedyny raz facet miał gor­szy dzień, to od razu go wyśmie­wały i roz­po­wia­dały o wszyst­kim suczym kole­żan­kom, te doda­wały swoje, plotka szła w świat. Facet w oczach lokal­nej spo­łecz­no­ści sta­wał się nie­dojdą, nie­war­tym poża­ło­wa­nia nie­udacz­ni­kiem. W tym cza­sie one, zna­la­zł­szy nadzia­nego fra­jera, latały sobie po Pary­żach czy innych Duba­jach, gdzie za dolary poły­kały męskie klocki. Baby były obrzy­dliwe. Gar­dził nimi. Pałał do nich szczerą, nie­skrę­po­waną nie­na­wi­ścią.

-?Jebać je -?burk­nął do sie­bie i wyjął z szafy świeżo upra­so­waną białą koszulę. Matka zawsze wyma­gała, aby do kościoła cho­dził ubrany odświęt­nie.

Wło­żył ją, zapiął guzik pod szyją, kra­wata wią­zać nie zamie­rzał. Nie mogła mu roz­ka­zy­wać we wszyst­kim. Był męż­czy­zną i miał prawo do swo­jego zda­nia. Kra­wata nosić nie miał zamiaru i koniec. Nic jej do tego!

-?Kra­wat mógł­byś zało­żyć -?powie­działa, gdy poja­wił się w progu kuchni. Paweł prze­wró­cił oczami. -?No co? -?Popra­wiła mu koł­nie­rzyk. -?Dobrze dobrany kra­wat dodaje chłopu męsko­ści. A i łatwiej przy­cią­gnąć spoj­rze­nia poten­cjal­nych kan­dy­da­tek na żonę.

-?Możemy już iść?

Matka posłała mu ser­deczny uśmiech i wyszli z miesz­ka­nia. Ruszyli cuch­ną­cym kory­ta­rzem, minęli klienta nie­kry­ją­cej się ze swoim małym kur­wi­doł­kiem Baśki Obu­cho­wicz, prze­szli obok drzwi pań­stwa Wiśniew­skich, tam trwała nie­ustanna awan­tura, prze­mknęli obok miesz­ka­nia sta­rej wariatki Moska­le­wi­czo­wej, w końcu opu­ścili kamie­nicę i ostroż­nie zeszli po schod­kach.

-?Pan Paweł Baszta?

Paweł obró­cił się, śred­nio zasko­czony. Nie znał tych męż­czyzn, ale podej­rze­wał, w jakim celu mogli się tu poja­wić. Nie mówił tego matce, ale dziś pra­gnął pomo­dlić się o to, aby po niego nie przy­szli.

-?Tak -?bąk­nął nie­pew­nie.

-?Pój­dzie pan z nami.

-?A kim pano­wie są? -?wtrą­ciła się matka.

-?Aspi­rant Adam Jagiel­ski z komendy miej­skiej. To poste­run­kowy Wik­tor Mucha.

-?Też z komendy miej­skiej -?uzu­peł­nił kom­pan.

-?Pano­wie z poli­cji? -?Matka spoj­rzała na syna, który spu­ścił wzrok. - Pawełku, co ci pano­wie od cie­bie chcą?

-?Nie wiem.

-?Prze­ciw­nie -?rzu­cił Jagiel­ski. -?Dobrze wiesz. I rusz dupę, bo sku­jemy cię pod klatką.

-?Ależ pano­wie!

-?Pani nie prze­szka­dza w czyn­no­ściach, bo...

-?Bo co?

-?Prze­stań, mamo. Wstydu naro­bisz.

-?Pani posłu­cha syna. Idziemy czy naj­pierw obrącz­ku­jemy?

-?Idziemy.

-?Coś ty naro­bił? Pawe­łek...

-?Nic. Idź na mszę.

I poszli. Aspi­rant Jagiel­ski, poste­run­kowy Mucha i gene­tycz­nie nie­na­wi­dzący kobiet oby­wa­tel Baszta. W dro­dze do zapar­ko­wa­nego kawa­łek dalej radio­wozu Paweł pomy­ślał, że nad­szedł czas, aby poka­zać cha­rak­ter. Nie zła­mią go, choćby skały srały. Będzie mil­czał jak grób.

Rozdział 3

-?Ten facet kogoś mi przy­po­mina...

Star­szy aspi­rant szta­bowy Mści­wój Krusz­wica zatrzy­mał nagra­nie i zro­bił zbli­że­nie. Wgryzł się w kanapkę z tuń­czy­kiem i odcze­kał swoje. Obraz z kamery prze­my­sło­wej był kiep­skiej jako­ści, ale bystry obser­wa­tor mógł roz­po­znać cha­rak­te­ry­styczne cechy czła­pią­cego męż­czy­zny. Poma­gała mu nie­zi­den­ty­fi­ko­wana kobieta.

-?Po co mi to poka­zu­jesz? -?zapy­tał Brudny.

-?Bo jako jedyny jesz­cze cię lubię. Tro­chę...

-?Ska­suj to.

-?Tak się składa, że nie bar­dzo mogę.

-?Bo?

-?Dosta­li­śmy wytyczne, aby zebrać i zabez­pie­czyć wszyst­kie moż­liwe nagra­nia doty­czące napa­ści na kobiety z ostat­niego mie­siąca.

-?Co się dzieje?

-?Tydzień temu jakiś dzie­ciak pod­czas grzy­bo­bra­nia zna­lazł w lesie głowę kobiety. -?Krusz­wica odszedł od ekranu i wyj­rzał przez okno. -?To sto­sun­kowo świeża sprawa, bo według Obojko głowa tej laski leżała w ziemi nie dłu­żej niż dwa, może trzy mie­siące. Do tego DNA jest zgodne z mate­ria­łem porów­naw­czym zna­le­zio­nym nie­dawno w odpły­wie kana­li­za­cyj­nym.

-?Mówisz o tej sto­pie?

-?Yhy.

Brudny ner­wowo podra­pał się po policzku. Opu­chli­zna z nosa i gór­nej wargi zdą­żyła się zmniej­szyć, ale siniaki dopiero nabie­rały kolo­rów. Ten pod okiem, krwawo-bor­dowy z piękną zie­loną aure­olą, pre­zen­to­wał się nad­zwy­czaj efek­tow­nie. Ale to nie one były teraz jego naj­więk­szym zmar­twie­niem. I nawet nie to, że nagra­nie mogło tra­fić w ręce naczel­nika wydziału Roberta Czyża, bo aku­rat nim przej­mo­wał się naj­mniej. Gorzej sprawa miała się z komen­dan­tem Romu­al­dem Czar­nec­kim. To on tu roz­da­wał karty, a jeśli Igor dowia­dy­wał się o gło­wie dopiero teraz, warto było zadać sobie pyta­nie o kwe­stię zaufa­nia. Kon­klu­zja przy­szła szybko i wcale nie była dla Brud­nego miła. Wszystko wska­zy­wało na to, że stary przy­ja­ciel co naj­mniej w niego zwąt­pił.

Nagra­bi­łeś sobie, Brudny, pomy­ślał. Spoj­rzał na zaja­da­ją­cego kanapkę Krusz­wicę. Do niego nie mógł mieć żad­nych pre­ten­sji. Chłop zacho­wał się w porządku.

-?I co dalej z tym robimy? -?zapy­tał.

-?Tak się składa, że całą czwórkę mamy na dołku. Zwi­nę­li­śmy ich wczo­raj. Powie­dział­bym, że to dość oso­bliwe przy­padki.

Brudny pomy­ślał, że miło by było sobie z nimi poga­wę­dzić.

-?Ale rozu­miesz... -?dodał Krusz­wica, robiąc wymowną minę.

-?Naprawdę? -?Brudny się skrzy­wił.

Mści­wój wytarł dło­nie w spodnie. Prze­łknął ostatni kęs.

-?Dla mnie to nie pro­blem, ale wiesz, jak jest -?powie­dział. -?Po pierw­sze to utaj­niona akcja, a po dru­gie ostat­nio nie masz dobrych kart, że się tak wyrażę...

-?Jakich kart? Co ty pie­przysz?

-?Wiesz, o co mi cho­dzi, Igor. Lubię cię i sza­nuję, ale gdy­bym cię do nich wpu­ścił, to naro­bił­bym sobie gnoju. Może pójdź ofi­cjal­nie poga­dać z Czar­nec­kim. We mnie na pewno będziesz miał wspar­cie.

-?Brzmisz jak gada­jąca pizda.

-?A to takie ist­nieją?

Żart Krusz­wicy był lichy. Brudny otwo­rzył okno i wyjął z kie­szeni paczkę papie­ro­sów. W komen­dzie obo­wią­zy­wał zakaz pale­nia, ale w pomiesz­cze­niach nale­żą­cych do wydziału kry­mi­nal­nego i tak wiecz­nie cuch­nęło dymem. Trudno było ocze­ki­wać od pod­wład­nych, że prze­rzucą się na kulki anty­stre­sowe albo wyci­nanki ori­gami. Kry­mi­nalny to była czarna dziura. Każ­dego dnia wysy­sał z pra­cu­ją­cych tu poli­cjan­tów życio­dajną ener­gię, aby po kilku latach wypluć ludz­kie wraki. Tu mało kto był nor­malny, przy­naj­mniej w powszech­nym rozu­mie­niu tego słowa. Dla­tego na pale­nie wciąż przy­my­kano oko.

Brudny się zacią­gnął, tytoń zaskwier­czał.

-?Pójdę do niego -?oznaj­mił. Tak naprawdę od dłuż­szego czasu nosił się z tym zamia­rem. Chciał go poin­for­mo­wać, że chce się prze­nieść. Do Pozna­nia, Wro­cła­wia, Gdań­ska. Dokąd­kol­wiek. Tu czuł się jak piąte koło u wozu.

-?Cze­goś jesz­cze ci nie powie­dzia­łem...

Komi­sarz nie sko­men­to­wał. Zacią­gnął się.

-?Spraw­dzi­li­śmy tych lud­ków i jeden z nich miał epi­zod w sie­ro­cińcu.

Wciąż mil­cząc, Igor prze­niósł wzrok na kom­pana.

-?Sie­ro­cińcu hie­ro­ni­mek -?uzu­peł­nił Krusz­wica, wyraź­nie nie­pewny, czy powi­nien o tym wspo­mi­nać.

I tym razem aspi­ran­towi odpo­wie­działa cisza. Brudny raz jesz­cze mocno się zacią­gnął, wypu­ścił dym, wystrze­lił nie­do­pa­łek za okno i wbił wzrok w ską­pany w słońcu park. Na pola­nie doka­zy­wały dzie­ciaki.

-?Jak się nazywa? -?zapy­tał.

-?Paweł Baszta.

-?Baszta?

Brudny pospiesz­nie prze­szu­kał pamięć, ale naj­wy­raź­niej to nazwi­sko było mu obce.

-?Który rocz­nik?

-?Osiem osiem.

-?Hmm...

Histo­ria zato­czyła koło, pomy­ślał. Jeśli to nie była pomyłka, to wpier­dol spu­ścił mu facet, który za jego cza­sów u hie­ro­ni­mek był siu­siu­majt­kiem. Ci parę lat od niego młodsi i tak mieli nie­po­rów­ny­wal­nie lepiej. W dru­giej poło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych Gwi­dona doko­nała poważ­nych korekt w dzia­łal­no­ści pla­cówki. Wyraź­nie polu­zo­wała surowe zasady, ogra­ni­czyła kary cie­le­sne i odwie­dziny jur­nych księży. Czy to z obawy przed bożym gnie­wem, czy powi­ciem dia­bła, któ­rym w jej oczach stał się syn jed­nej z gwał­co­nych wycho­wa­nek? A może po pro­stu zmianą ustroju, która utrud­niała nie­mal jawne pro­wa­dze­nie bur­delu dla księży i wysoko sytu­owa­nych w par­tii pedo­fi­lów? Ale nawet wtedy dzie­ciaki nie miały lekko. Na pal­cach jed­nej ręki można było zna­leźć te, które opu­ściły mury klasz­toru bez jakiejś traumy.

-?Prze­słu­cha­łeś go?

-?Na razie tylko zmięk­czy­łem.

-?Więc ja z nim poga­dam.

-?Nie mam nic prze­ciwko, tylko...

-?Ogarnę to.

Nic wię­cej nie doda­jąc, Brudny wyszedł z pokoju i od razu ruszył w stronę gabi­netu komen­danta. Krusz­wica odpro­wa­dził go wzro­kiem do drzwi. Pomy­ślał, że będzie z tego gnój.

* * *

Inspek­tor Romu­ald Czar­necki aku­rat zasta­na­wiał się nad wyni­kami oglę­dzin zna­le­zio­nej przed tygo­dniem głowy wciąż nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nej kobiety. Miał złe prze­czu­cie.

Wtedy usły­szał puka­nie. Nie zdą­żył jed­nak wypo­wie­dzieć słowa, gdy w progu sta­nął nad­ko­mi­sarz Brudny.

-?Cześć. Przy­sze­dłem poga­dać -?oznaj­mił gość.

-?W końcu. Usiądź.

Brudny zajął miej­sce na krze­śle po prze­ciw­nej stro­nie biurka. Czar­necki odło­żył akta, wes­tchnął.

-?Słu­cham.

-?Chcę, żebyś mnie włą­czył do śledz­twa w spra­wie mor­der­stwa tej poćwiar­to­wa­nej kobiety.

-?Już wywą­cha­łeś? Kto ci powie­dział? A zresztą...

-?Przy­dziel mnie.

-?A widzia­łeś sie­bie w lustrze?

-?Bywało gorzej.

-?Nie roz­ma­wiaj ze mną w ten spo­sób. Dosko­nale wiesz, o co mi cho­dzi. Źle wyglą­dasz, Igor. Pijesz. Ta sytu­acja cię przy­tła­cza. I zamiast pró­bo­wać zna­leźć roz­wią­za­nie, tylko dole­wasz oliwy do ognia. Nie mogę cię wiecz­nie kryć...

-?Dasz mi tę sprawę czy nie?

-?A jaką mam gwa­ran­cję, że będziesz trzy­mać się pro­ce­dur?

-?Nie masz. Ale możesz mi zaufać.

-?Zaufa­nie wymaga czasu...

Brudny ner­wowo podra­pał się po bro­dzie. Już kie­dyś to sły­szał. Tymi sło­wami Czar­necki zwró­cił się do niego pod­czas ich pierw­szej roz­mowy, krótko po tym, jak wpa­ro­wał do sali, gdzie wła­śnie mon­to­wano grupę docho­dze­niowo-śled­czą mającą zająć się sprawą mor­derstw doko­na­nych przez faceta z jego facjatą. Obaj zna­leźli się wów­czas w bar­dzo skom­pli­ko­wa­nej sytu­acji. Wtedy, z natu­ral­nym dla doświad­czo­nego śled­czego dystan­sem, osta­tecz­nie sobie zawie­rzyli.

-?Prze­sta­łeś mi ufać? -?zapy­tał.

-?Uwa­żam, że nie jesteś w swoim naj­lep­szym momen­cie.

-?To nie jest odpo­wiedź.

-?Ufam, ale... -?Czar­necki popra­wił oku­lary i nachy­lił się nad sto­łem - ...nawet jeśli uwa­żam cię za naj­lep­szego gli­nia­rza, z jakim kie­dy­kol­wiek przy­szło mi pra­co­wać, to nie mogę tole­ro­wać two­ich wybry­ków w nie­skoń­czo­ność. Nie jesteś świętą krową, Igor. Nie dajesz przy­kładu mło­dym, a prze­cież jesteś tu legendą. Każdy poste­run­kowy chciałby być taki jak ty. Tym­cza­sem widzę i sły­szę, co pokąt­nie o tobie mówią. Zresztą spójrz w lustro. Nie tak powinna wyglą­dać legenda. Jesz­cze chwila i po legen­dzie nie pozo­sta­nie żaden ślad.

Brudny poczuł się jak żół­to­dziób. Nikt inny nie potra­fił besz­tać swo­ich pod­wład­nych z taką klasą, jak czy­nił to Czar­necki.

-?W dupie mam legendę i to, co mówią i myślą o mnie inni. Poza tobą - odparł po chwili nie­zręcz­nego mil­cze­nia. -?Dołącz mnie do tego śledz­twa, a znajdę tego sukin­syna, który pociął tę kobietę.

Czar­necki zmru­żył oczy. Tu cza­iło się dru­gie dno.

-?Dla­czego tak ci na tym zależy?

-?Powiedzmy, że nie lubię, gdy kobie­tom dzieje się krzywda.

-?Igor...

-?Po pro­stu mnie dołącz.

-?Za bar­dzo się anga­żu­jesz...

-?Widzisz to? -?Brudny przy­sta­wił palec do siniaka pod okiem. -?To ślad po bucie faceta, który chciał zawi­nąć do samo­chodu pewną kobietę. Pre­cy­zyj­nie rzecz ujmu­jąc, jed­nego z czte­rech. I tak się składa, że wszy­scy oni są na dole, a nie­jaki Paweł Baszta to wycho­wa­nek hie­ro­ni­mek.

Czar­necki przez chwilę wpa­try­wał się w Brud­nego z nie­do­wie­rza­niem, w końcu odchy­lił się na krze­śle i par­sk­nął śmie­chem.

-?Nie do wiary -?rzu­cił w eter. -?Po pro­stu nie do wiary. Powiedz mi, Igor, jak ty to robisz?

-?Co?

-?No to. Jesteś jak magnes. Ty naprawdę przy­cią­gasz wszyst­kie moż­liwe kło­poty.

-?Już tak mam.

Atmos­fera zro­biła się luź­niej­sza. Igor już wie­dział, że dopnie swego. Miał asa w ręka­wie, bo bez niego mogli ich co naj­wy­żej postra­szyć. Jakość filmu z kamery prze­my­sło­wej nie pozwa­lała na ziden­ty­fi­ko­wa­nie ani jego samego, ani napa­sto­wa­nej kobiety, więc w przy­padku braku zło­że­nia zawia­do­mie­nia o prze­stęp­stwie Krusz­wica miał w zasa­dzie zwią­zane ręce, mógł zatrzy­ma­nych co naj­wy­żej postra­szyć. A to cza­sem dzia­łało, a cza­sami nie. Co innego, gdyby Brudny poja­wił się w pokoju prze­słu­chań. Napaść na poli­cjanta, nawet nie­bę­dą­cego na służ­bie, to już był zupeł­nie inny kali­ber prze­stęp­stwa. Z takim argu­men­tem Brudny do spółki z Krusz­wicą mie­liby wszyst­kie karty w ręku.

-?Masz moją zgodę -?oznaj­mił w końcu Czar­necki. -?Ale przy­po­mi­nam, że śledz­twem kie­ruje Mści­wój. Czy to jasne? -?dodał, prze­su­wa­jąc akta w jego stronę.

-?Jak słońce. -?Brudny zgar­nął teczkę.

-?Gdy tak mówisz, zawsze zaczy­nam się bać.

-?Pójdę popra­co­wać.

-?Idź. Nie mogę na cie­bie patrzeć.

Gdy drzwi za Brud­nym się zatrza­snęły, inspek­tor Czar­necki wstał i się­gnął po konewkę. Pod­lał sto­jącą na para­pe­cie paprotkę, odsta­wił ją, polu­zo­wał kra­wat. Pomy­ślał, że ten facet potrafi nor­mal­nie funk­cjo­no­wać tylko wtedy, gdy jest naprawdę źle. I ta myśl nagle bar­dzo go zanie­po­ko­iła.

Rozdział 4

Cela była mała, chłodna i nie miała okna. Paweł Baszta sie­dział na pry­czy z pod­cią­gnię­tymi do klatki pier­sio­wej nogami i się trząsł. W jego gło­wie pano­wał nie­skrę­po­wany chaos. Od uro­dze­nia nie był zbyt lotny, więc po pierw­sze trudno było mu zapa­no­wać nad natło­kiem ponu­rych myśli, a po dru­gie owe myśli prze­ra­dzały się w coraz to bar­dziej upiorne sce­na­riu­sze. Świa­do­mość, że może tra­fić do wię­zie­nia, była dla niego abso­lut­nie przy­tła­cza­jąca. Na fil­mach ni­gdy nie wyglą­dało to dobrze. Pra­wie zawsze zna­lazł się w nich jakiś wyta­tu­owany drab, który miał inkli­na­cje do szu­ka­nia miło­ści pośród świe­żego narybku. Czy to pod prysz­ni­cem, czy w jakimś zacie­nio­nym zakątku pralni. Boże ucho­waj...

To, co uczy­nił, nie dawało mu spo­koju. Bywało, że czuł do sie­bie odrazę, aby kilka chwil póź­niej pękać z dumy. No bo czy one na to nie zasłu­gi­wały? Ow­szem, zasłu­gi­wały. Na to i jesz­cze wię­cej. Ona była per­so­ni­fi­ka­cją wszyst­kich tych obrzy­dli­wych kobiet, gatunku niż­szego, w oczy­wi­sty spo­sób męż­czyź­nie pod­le­głego, za wszelką cenę pró­bu­ją­cego zane­go­wać natu­ralny porzą­dek świata, wie­rzą­cego, że są w sta­nie napluć męż­czyź­nie w twarz.

Kto od tysięcy lat dawał im dach nad głową? Kto przy­no­sił do domu jadło? Kar­mił je, poił? Kto je utrzy­my­wał i bro­nił przed dzi­kimi zwie­rzę­tami i ata­kami wro­gów?

Kie­dyś kobiety przy­naj­mniej potra­fiły się odwdzię­czyć. A dziś? Wszystko sta­nęło na gło­wie. Zamiast zaj­mo­wać się domem i co wie­czór zaspo­ka­jać swo­ich chle­bo­daw­ców, robiły kariery, poka­zy­wały dupy na Insta­gra­mie i w kółko skar­żyły się na łamach gazet i por­tali inter­ne­to­wych, jak to są zanie­dby­wane i dys­kry­mi­no­wane, ba, publicz­nie narze­kały, że -?o zgrozo! -?nie są wystar­cza­jąco zaspo­ka­jane przez swo­ich męż­czyzn. Publicz­nie, w tele­wi­zji, nie kry­jąc wła­snej toż­sa­mo­ści! Cza­sem myślał, że ci isla­mi­ści, srał ich pies, dobrze robią, zakry­wa­jąc im szma­tami te podłe ryje. Albo że wyci­nają im łech­taczki i potem wszystko to zaszy­wają. Są, jacy są, ale przy­naj­mniej potra­fią spro­wa­dzić babę do par­teru i trzy­mać ją za mordę, żeby za bar­dzo nie fikała.

Tylko co teraz? Co, jeśli ich nie wypusz­czą? Prze­cież ona może tam zdech­nąć...

Naj­bar­dziej oba­wiał się tego, że pozo­stali się roz­prują. Pyra, Gruby i Tru­posz nie byli twar­dzie­lami i to trzeba uczci­wie przy­znać. Na takich jak oni w naj­lep­szym razie mówiło się nerdy. Nie­atrak­cyjni, zwy­kle otyli bądź prze­ciw­nie, wyglą­da­jący na ofiary Holo­cau­stu prysz­czaci oku­lar­nicy z zerową szansą na pode­rwa­nie choćby śred­nio atrak­cyj­nej dziew­czyny, w kółko sie­dzący przed kom­pu­te­rem, regu­lar­nie tłu­kący po sieci w gry kom­pu­te­rowe albo walący konia do gang­ban­gów. On nie był wyjąt­kiem. Paweł Baszta też czuł się prze­gry­wem, choć ofi­cjal­nie ni­gdy się do tego nie przy­zna­wał. W prze­ci­wień­stwie do Pyry, Gru­bego i Tru­posza on jed­nak posta­no­wił wyjść ze strefy kom­fortu i udo­wod­nić, że jest praw­dzi­wym męż­czy­zną.

No źle to wyszło.

Szczęk­nął zamek. Baszta się wzdry­gnął. Drzwi się otwarły.

-?Wyjdź -?rzu­cił męż­czy­zna w mun­du­rze poli­cjanta.

Baszta wstał, prze­łknął ślinę, oczami wyobraźni ujrzał sie­bie pro­wa­dzo­nego na spa­cer­niak albo pod prysz­nice. Boże ucho­waj...

Dwie minuty póź­niej nie był jed­nak na spa­cer­niaku, bo takiego w komen­dzie nie ma, ani pod wię­zien­nymi prysz­ni­cami, któ­rych rów­nież w budo­wie gma­chu nie zapla­no­wano. Paweł Baszta zna­lazł się w pokoju prze­słu­chań z lustrem wenec­kim, sto­łem, trzema krze­słami i kamerą. W środku sie­działo dwóch męż­czyzn, w tym jeden z zie­loną śliwą pod okiem, efek­tem kon­taktu jego buta z twa­rzą tegoż męż­czyzny, bo wraz z Pyrą, Gru­bym i Tru­po­szem posta­no­wili udo­wod­nić światu, że to oni są praw­dzi­wymi twar­dzie­lami.

-?Sia­daj -?rzu­cił oschle ten drugi, bez śliwy pod okiem, ale z ramio­nami, na któ­rych widać było każdy mię­sień i żyłę, dokład­nie takich, o jakich marzyli on, Pyra, Gruby i Tru­posz, tyle że mało robili, aby takie mieć. -?Wiesz, dla­czego zosta­łeś zatrzy­many?

Baszta posta­no­wił nie pękać. Mimo to spu­ścił głowę i wbił wzrok w pod­łogę. Lękał się spoj­rzeć w oczy gli­nia­rza ze śliwą pod okiem.

-?Pyta­łem o coś...

-?Nie...

-?A mnie pamię­tasz? -?zagaił Brudny. Nachy­lił się nad sto­łem, a Krusz­wica siłą zmu­sił Basztę, aby spoj­rzał mu w oczy. -?Bo tak się składa, że ja cie­bie cał­kiem dobrze. Two­ich spe­da­lo­nych koleż­ków też. A wiesz, co to dla was ozna­cza?

Baszta zaczął drżeć. W oczach zebrały się łzy. Nici z napi­na­nia się, pomy­ślał. Nie był twar­dzie­lem.

-?To ozna­cza, że pój­dzie­cie sie­dzieć. Arty­kuł dwie­ście dwa­dzie­ścia dwa Kodeksu kar­nego mówi o tym, że za naru­sze­nie nie­ty­kal­no­ści cie­le­snej poli­cjanta można tra­fić za kratki na trzy lata. Ale pro­ku­ra­tor nie oskarży was z tego para­grafu. Pro­ku­ra­tor dopier­doli wam arty­kuł dwie­ście dwa­dzie­ścia trzy, czyli czynną napaść na funk­cjo­na­riu­sza publicz­nego, a ponie­waż atak został zare­je­stro­wany przez kamerę prze­my­słową i się z tego nie wybro­ni­cie, grozi wam kara do dzie­się­ciu lat pozba­wie­nia wol­no­ści. Ja z kolei dopil­nuję, aby po ogło­sze­niu wyroku i dostar­cze­niu was do wię­zie­nia straż­nicy zadbali o wasze potrzeby natury cie­le­snej. A raczej o potrzeby sta­łych bywal­ców, zwy­kle jur­nych i goto­wych dostar­czyć nie­za­po­mnia­nych wspo­mnień, aby­ście przez cały pobyt mieli odpo­wied­nie towa­rzy­stwo. Wiesz, co chcę przez to powie­dzieć?

-?Ja... ja... prze­pra­szam.

-?W dupie mam twoje prze­pro­siny. -?Brudny z powro­tem oparł się na krze­śle. Wyjął papie­rosa, zapa­lił, wydmu­chał dym. -?Ale może jest spo­sób, aby unik­nąć tego wszyst­kiego...

Baszta zro­bił wiel­kie oczy i Brudny pomy­ślał, że coś tu chyba nie gra. Nie zdą­żył jed­nak wyra­zić swo­ich wąt­pli­wo­ści, bo głos zabrał Krusz­wica.

-?Nasi tech­nicy już przej­rzeli wasze sprzęty i zna­leźli tam sporo cie­ka­wych rze­czy -?powie­dział. -?A tak się składa, że w ostat­nim cza­sie grze­biemy się w podob­nych kli­ma­tach.

-?Nie rozu­miem...

-?Znamy wasze poglądy i wiemy, że nale­ży­cie do spo­łecz­no­ści nie­ja­kich inceli, to jest... pocze­kaj... -?Krusz­wica zer­k­nął na wyświe­tlacz smart­fona -?...sub­kul­tury ludzi, któ­rzy defi­niują samych sie­bie jako osoby nie­zdolne do zna­le­zie­nia part­nera sek­su­al­nego. Według wujka Google'a jeste­ście mizo­gi­nami i rasi­stami, prze­peł­nia was żal i nie­na­wiść do kobiet, macie niską samo­ocenę i gło­si­cie męską supre­ma­cję. Jest wię­cej, ale może nam wszyst­kim tego oszczę­dzę. Czy w jakiejś kwe­stii się pomy­li­łem?

Baszta ner­wowo pokrę­cił głową.

-?Czy ja... czy... to zna­czy...

-?Chcesz coś powie­dzieć? -?zapy­tał Brudny.

-?Czy ja... mogę pro­sić o adwo­kata?

Salę prze­słu­chań wypeł­nił rechot obu poli­cjan­tów. Wyglą­dali na szcze­rze roz­ba­wio­nych. W pew­nym momen­cie Brudny huk­nął pię­ścią w stół z taką siłą, że aż pod­sko­czyła leżąca na nim paczka papie­ro­sów.

-?Posłu­chaj, gnoju -?wark­nął. -?Możesz sobie myśleć, że jesteś chuj wie kim, możesz sobie nie­na­wi­dzić czar­nych, migran­tów i kobiet, ale tutaj będziesz odpo­wia­dał na moje pyta­nia. W prze­ciw­nym wypadku wyszli­fują ci dupę, jak to kie­dyś robili u hie­ro­ni­mek...

Jeśli Baszta jesz­cze przed chwilą miał w sobie jakie­kol­wiek pokłady odwagi, tak teraz skur­czył się do roz­mia­rów kara­lu­cha. Jego wyraz twa­rzy też nie­spe­cjal­nie róż­nił się od owa­dziego.

-?Ale jeśli chcesz tego adwo­kata... -?zaini­cjo­wał Krusz­wica, wtedy Baszta się zmo­czył.

-?Ja pier­dolę.

-?Kolejny?

-?Lito­ści. Co z was za faceci?

-?Ale wstyd.

-?Mizo­gin pier­do­lony. Męski, kurwa, supre­ma­tor.

-?A jak zaraz się zesra?

-?Wypluj to.

-?Nie wie­rzę.

-?Nie...

Pomiesz­cze­nie znów roz­darł grzmot pię­ści ude­rza­ją­cej w stół. Bra­nie prze­słu­chi­wa­nego na tak zwane huki było naj­prost­szą i naj­częst­szą metodą prze­słu­chań sto­so­waną w poli­cji. Na więk­szość zgar­nię­tych z ulicy wyrost­ków i lesz­czy pokroju Baszty wystar­czyło pokrzy­czeć, pogro­zić, wal­nąć w stół czy wspo­mnieć o odsiadce w towa­rzy­stwie zatwar­dzia­łego recy­dy­wi­sty. Wtedy ich języki roz­plą­ty­wały się bły­ska­wicz­nie, a wizja należ­nego im skąd­inąd adwo­kata odda­lała się na tyle, że prze­słu­chu­jący mogli swo­bod­nie wycią­gać z deli­kwenta kolejne inte­re­su­jące ich infor­ma­cje, zwy­kle doty­czące grub­szych spraw, nad któ­rymi aku­rat pra­co­wali. Potem zwy­kle ich wypusz­czali, naj­czę­ściej z nie­for­mal­nie przy­bitą umową wza­jem­nej współ­pracy. Tak kry­mi­nalni wer­bo­wali kolejne tak zwane ucha.

-?A teraz mów, co wiesz -?rzu­cił Brudny. -?My sobie ład­nie włą­czymy kamerkę i mikro­fon, a ty powiesz nam wszystko, o co cię zapy­tamy, pasuje?

Pod­bró­dek Baszty zatrząsł się jak u czte­ro­latka, który wła­śnie w tłu­mie stra­cił z oczu matkę. Z odrazą spoj­rzał na plamę w kroku.

-?Na zmianę gaci przyj­dzie czas. Teraz się spo­wia­daj -?rzu­cił Krusz­wica i dał znak kole­gom za lustrem wenec­kim, aby uru­cho­mić sprzęt nagry­wa­jący.

-?Pyta­nie numer jeden. Dla­czego mole­sto­wa­łeś tamtą kobietę?

Gdy Paweł Baszta, a potem każdy z jego kom­pa­nów odpo­wia­dali na pyta­nia śled­czych, cał­kiem nie­da­leko pewna kobieta kuliła się na cuch­ną­cym mate­racu w ciem­nej piw­nicy jed­nej z zie­lo­no­gór­skich kamie­nic. Była brudna, obo­lała i głodna, ale nader wszystko spra­gniona. Jej myśli krą­żyły wokół tego, aby prze­gryźć sobie żyły.

Rozdział 5

Ból piersi nie pozwa­lał jej zasnąć. Kobieta poru­szyła się, a ciem­ność zady­go­tała. Ścia­nami sute­reny popełzł brzęk łań­cu­chów, w końcu wśli­zgnął się w szpary mię­dzy cegłami i zgasł. Jęk­nęła, bo zastane ścię­gna zapro­te­sto­wały, popra­wiła pozy­cję i znów zasty­gła w bez­ru­chu.

Dzień i noc zlały się w cze­ka­nie na śmierć. Jak długo tu prze­by­wała? Mogła tylko podej­rze­wać, bo gdyby nie zmiany tem­pe­ra­tury, nie mia­łaby żad­nych punk­tów odnie­sie­nia. Przez więk­szość czasu pano­wała głu­cha cisza i egip­skie ciem­no­ści. Jej słuch wyostrzył się na tyle, że sły­szała spa­ce­ru­ją­cego po pod­ło­dze kara­lu­cha. Kilka takich ubiła gołymi rękoma, co jesz­cze jakiś czas temu byłoby nie do pomy­śle­nia, tak panicz­nie się ich bała. Pomy­ślała, że "jakiś czas temu" brzmi dziś sur­re­ali­stycz­nie. W tej rze­czy­wi­sto­ści nie ist­niał już czas. Czas się skoń­czył. Pozo­stało trwa­nie. Nie było życia przed. Nie ma teraz. Nie będzie po. Jest tylko nie­usta­jące cier­pie­nie.

Dla­czego jesz­cze żyje? Jak długo każe jej to robić?

Trzy razy pró­bo­wała się zabić. Nie­po­trzeb­nie spra­wiła sobie tylko wię­cej bólu, stra­ciła zęby i paznok­cie, prze­guby owi­nięto jej grubą war­stwą mate­riału, szorst­kiego, draż­nią­cego, łań­cuch skró­cono, aby nie mogła wziąć roz­biegu i roz­trza­skać czaszki o mur, bo ten jeden jedyny raz naprawdę była bli­ska celu, wszak w kom­plet­nym mroku umysł łatwo oszu­kać, ściany nie widać, można pójść na całość. Los chciał jed­nak ina­czej, czaszka nie pękła, a na czole wyrósł ogromny guz i przy­szły migreny, nie­usta­jące, inten­sywne, kosz­marne.

Nie chciała już żyć.

A tym bar­dziej dawać nowego życia.

Wzdry­gnęła się, gdy usły­szała szczęk otwie­ra­nych zam­ków. Jeden, drugi, trzeci. I sta­lowy rygiel. Drzwi zaskrzy­piały i przez moment do jej uszu dotarło coś wię­cej niż czła­pa­nie kara­lu­cha i bicie wła­snego serca. Głos doj­rzały, sta­teczny, dźwięczny. Nale­żał do męż­czy­zny wyda­ją­cego się jedy­nie ulot­nym wspo­mnie­niem życia, które jej ode­brano. Męż­czy­zna ów nazy­wał się Hubert Urbań­ski i z wła­ściwą sobie emfazą pytał uczest­nika tele­tur­nieju, czy aby na pewno zazna­czyć odpo­wiedź C.

Wraz z podmu­chem świe­żego powie­trza głos pro­wa­dzą­cego umilkł, drzwi z powro­tem się zatrza­snęły, a ona zaczęła dygo­tać. Kroki, szu­ra­nie. Co zrobi jej tym razem?

Ciem­ność znów zafa­lo­wała, chwilę póź­niej na pod­ło­dze wylą­do­wała miska z kaszą i czymś jesz­cze, może sosem z grzy­bów jak ostat­nio.

Usły­szała zło­śliwy chi­chot, a potem kroki zaczęły się odda­lać, drzwi zaskrzy­piały, Hubert Urbań­ski ogło­sił prze­rwę i znów nastała głu­cha cisza.

Kobieta poszu­kała dłońmi miski i zanu­rzyła palce w cie­płej kaszy, którą pospiesz­nie wło­żyła do spę­ka­nych ust. Pomy­ślała, że to coś ni­gdy nie pozwoli jej umrzeć.