Prolog
Betoniarka ryknęła niczym monstrum z piekielnych czeluści.
Bęben powoli zaczął się obracać. Rytmicznie, mozolnie, wytrwale. Echo
jej ryku poniosło się po przestronnej piwnicy i wsiąkło w wilgotne mury.
W zastałym powietrzu unosiły się drobinki cementu i woń drewna
cedrowego, a wokół walały się pozostałości po odbytym rytuale. Fiolki z wonnymi olejkami, kawałki bandaży, pędzle, skalpel, palce, uszy. Podłoże
było rozmokłe i grząskie, tak że kalosze, które miał na nogach, zapadały
się w przesiąkniętej krwią ziemi. Jej specyficzny zapach nieustannie
drażnił mu nozdrza.
Mężczyzna przeniósł wzrok na szczelnie owiniętą bandażami ofiarę. Wciąż
żyła. Wiła się niczym robal pochwycony w pajęczą sieć, wydając z siebie
nieokreślone, bulgoczące dźwięki. Wyglądała obrzydliwie, odrażająco. Nie
było w niej nic ludzkiego.
Ale czy kiedykolwiek było? Czy nie zasłużyła sobie na taki los?
Zasłużyła. Mężczyzna nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Cierpienie
tej wijącej się glisty i tak nie mogło zadośćuczynić wyrządzonym przez
nią krzywdom. Zniszczyła wiele żyć. Złamała niezliczoną liczbę dusz.
Mężczyzna był tego pewny, a przynajmniej tak to sobie tłumaczył. Może
dlatego, że tak było łatwiej? A może dlatego, że podskórnie szukał
usprawiedliwienia? Wtedy się nie wahał i robił to, co należało, wszak
jego uczucia tu się nie liczyły. On był tylko aniołem zemsty, posłańcem,
bożym pomazańcem mającym osądzić i ukarać grzeszników, którzy dopuścili
się tak niecnych czynów.
Tylko dlaczego nie czuje ulgi? Dlaczego w ogóle nic nie czuje?
Mężczyzna ściągnął kaptur i wytarł pot z czoła. Splunął na spętaną
bandażami ofiarę. Mógł jej dodatkowo naubliżać, zadać jej jeszcze więcej
bólu, upodlić ją. Zrezygnował jednak. Nie miał już na to siły, poza tym
niczego by to nie zmieniło. Zrozumiał, że i tak nic nie poczuje. Nawet
satysfakcji. Prędzej wstyd i obrzydzenie. Chyba też lęk,
niedefiniowalny, ale jednak namacalny. Unoszący się pomiędzy fruwającymi
w powietrzu drobinkami cementu, podlany wonią własnego potu i parującej
krwi ofiary. Jego dusza i tak na zawsze będzie przeklęta. Jeszcze więcej
cierpienia nic tu nie da. On swoje zrobił. Już niedługo pozostanie
posprzątać i pomyśleć, co dalej. Jak jeść, jak oddychać, jak żyć z tą
traumą, która przecież nigdy nie odejdzie. Pozostanie w nim na zawsze.
Zresztą nie tylko z nim...
Betoniarka obracała się powoli, zagłuszając swoim rytmicznym rykiem
odgłosy miotającej się w dole ofiary. Zresztą i tak nikt by jej nie
usłyszał. Stara chałupa stała z dala od innych zabudowań i od dawien
dawna nikt w niej nie mieszkał. Pustostan już dawno popadł w ruinę i nawet dzieciaki przestały tu przychodzić. Teraz interesowały ich tylko
komputery.
Sprawdził przelewającą się masę i sięgnął po kolejny worek z cementem.
Dosypał do bębna, dolał wody. Piasku wystarczyło. Odczekał jeszcze kilka
minut, pozwalając maszynie pracować, a gdy płynny beton uzyskał
odpowiednią gęstość, zbliżył się do wykopanego grobu.
-?Smaż się w piekle, gnoju -?syknął i pociągnął wajchę.
Gęsta masa zaczęła powoli, acz systematycznie wylewać się z bębna.
Kolejny jęk ofiary stłumił płynny beton.
Rozdział 1
Poza upierdliwie bzyczącą muchą szelest przekładanych dokumentów był
jedynym dźwiękiem wypełniającym skromny w wystroju gabinet komendanta
Romualda Czarneckiego. Inspektor poprawił krawat i zajął miejsce
naprzeciwko świeżo upieczonego nadkomisarza. Uśmiechnął się zachęcająco,
ale Igor Brudny w odpowiedzi tylko nieznacznie się skrzywił. Czarnecki
milczał więc do momentu, aż jego podwładny zamknął teczkę z aktami.
Wciąż miał zabandażowaną lewą dłoń.
-?No i co o tym myślisz? -?zapytał, gdy Brudny wygodniej rozparł się w krześle.
-?Wygląda to nawet ciekawie, ale wciąż nie wiem, dlaczego chcesz mi
wlepić sprawę sprzed prawie pięciu lat. Gdzie jest haczyk?
-?Owszem, haczyk jest. I to niejeden -?przyznał Czarnecki. Poprawił
zsuwające się okulary. -?Zapewne się zorientowałeś, że sprawa dotyczy
śmierci niezidentyfikowanego mężczyzny, który według wyników z laboratorium jest prawdopodobnie Arabem. Jego wiek oszacowano na
dwadzieścia do trzydziestu lat.
-?Spora rozpiętość... -?Brudny wymownie uniósł brwi, ale nic więcej nie
dodał. Czarnecki odebrał to jako sygnał, że ma mówić dalej.
-?Sam widzisz. Zwłoki są zmumifikowane, ale zachowane w całkiem niezłym
stanie. Choć, i to dość istotne, nie tak dobrym, żeby można to było
uznać za robotę specjalisty. Na pewno jednak twoją uwagę zwróciła jedna
kwestia...
-?Dlatego powiedziałem, że to nawet interesujące.
-?Czyli się nie pomyliłem. Wiedziałem, że cię to zaciekawi.
-?No... -?Brudny odchrząknął. -?Nie na tyle, aby zapałać miłością do
zajmowania się jakimś trupem, o którym nic nie wiadomo. Rozumiem, że
balsamowanie i owijanie w szmaty żyjącego jeszcze człowieka to dość
niecodzienna praktyka, ale te akta są tak chude, a informacje tak skąpe,
że prędzej bym odnalazł Bursztynową Komnatę.
-?Poczekaj. -?Czarnecki sięgnął do szuflady i wyjął plik kolejnych
dokumentów. Położył je przed nadkomisarzem. -?Tak jak wspomniałem
wcześniej, pojawiły się pewne okoliczności, które zmusiły mnie, aby raz
jeszcze przyjrzeć się sprawie. Tekst jest już przetłumaczony, więc
możesz śmiało czytać.
Brudny przyjrzał się spiętym dokumentom. Jego brwi uniosły się
nieznacznie, gdy dostrzegł logo, na którym znajdowała się przebita
mieczem kula ziemska.
-?Interpol? -?mruknął sam do siebie.
-?Dostałem z centrali tę notę jakieś dwa tygodnie temu. Egipska policja
prosi w niej o pomoc w zidentyfikowaniu trojga zwłok, na które trochę
ponad miesiąc temu natrafiono w Hurghadzie. Zapewne nie zwróciłoby to
mojej uwagi, gdyby nie fakt, że wszystkie trzy ofiary również są
zmumifikowane.
-?Kontynuuj...
Czarnecki z satysfakcją wyczuł nutę zaciekawienia w głosie rozmówcy.
-?Zainteresowałem się sprawą z dwóch konkretnych powodów, a co za tym
idzie, dokładnie wszystko zweryfikowałem. Po pierwsze opis ichniego
patomorfologa jest zbieżny z opinią Roberta dotyczącą zwłok znalezionych
u nas cztery i pół roku temu. Po drugie, i to jest powód, dla którego
Egipcjanie zwrócili się po pomoc do Interpolu, lokalny lekarz sądowy
stwierdził podczas oględzin, że przynajmniej jedna z ofiar
prawdopodobnie pochodzi z Polski.
-?Na jakiej podstawie wysnuł taki wniosek? -?spytał Brudny, coraz
bardziej łakomie omiatając wzrokiem kolejne linijki tekstu.
-?Patomorfolog zdołał odszyfrować tatuaż na skórze denata. Widniał na
nim husarz dosiadający konia, z chorągwią z białym orłem. Zdjęcia masz
na następnej stronie.
Brudny podrapał się po brodzie i upił łyk kawy. Ta zaparzona przez
Czarneckiego zawsze smakowała wybornie.
-?No dobra... -?bąknął. -?Ten rycerzyk nawet trochę przypomina husarza, a orzeł orła. -?Odłożył dokumenty. -?Muszę przyznać, że rozbudziłeś moją
ciekawość, ale nie do końca wiem, w jakiej roli miałbym tu występować.
Przecież Interpol ma u nas swoich oficerów łącznikowych.
-?Szczerze?
-?Mają to w dupie? -?To w zasadzie nie było pytanie.
-?Osobiście ująłbym to inaczej, ale generalnie do tego się to sprowadza.
Nikt nie pali się, żeby zająć się tą sprawą, bo nikt nie ma punktu
zaczepienia.
-?Ale ty masz...
-?My mamy, Igor. -?Czarnecki położył nacisk na słowo "my". -?Egipcjanie
szukają pomocy, więc mam zamiar zgłosić do tej sprawy ciebie.
-?Żartujesz? -?Brudny wyglądał na szczerze zaskoczonego.
-?Nie śmiałbym. I nie tylko dlatego, że uważam cię za świetnego
policjanta. Tak się składa, że zwłoki tych trzech osób znaleziono pod
gruzami jednego ze starych domów przy okazji wyburzania osiedla pod nowy
hotel. Tuż przy Titanic King's Palace...
-?Teraz to już na pewno żartujesz...
-?Niestety nie -?odparł Czarnecki. -?Wiem, że w ubiegłym roku byłeś w tym hotelu z Julką na wakacjach. Zakładam, że trochę poznałeś teren i tamtejszy klimat. Dlatego, jeśli strona egipska nie będzie oponować, to
polecisz do Hurghady i wybadasz temat.
-?Ale przecież ja nawet nie dogadam się po angielsku...
-?Nie szkodzi. Polecisz z młodszą aspirant Jagną Witos. Ona zna go
świetnie.
-?A nie z Julką? Ona też mówi płynnie po angielsku.
-?Z początku taki był plan, ale gdy dotarła do mnie informacja o tym, że
Julka została ranna i przez najbliższe dni będzie niedyspozycyjna,
zacząłem przeglądać papiery innych funkcjonariuszy. Z Jagną pracowałem
kiedyś w Gorzowie. To bardzo dobra, ambitna i skuteczna policjantka.
Okazało się, że studiowała arabistykę i nawet mówi trochę w dialekcie
egipskim. Zna też teren, bo przed laty pracowała w Egipcie jako
animatorka.
Brudny odetchnął głęboko. W najśmielszych snach nie podejrzewał, że jak
tylko dostanie z powrotem legitymację, od razu trafi mu się tego typu
robota. Spodziewał się, że w pierwszej kolejności będzie musiał pomóc
Julce, zwłaszcza że chwilowo była niedysponowana. Może przejąć od niej
kilka śledztw, w tym to dotyczące morderstwa, o którym wspominała
jeszcze w Bieszczadach. Ale wylot do Egiptu? I to z jakąś młodszą
aspirant Jagną Witos?
-?Rozmawiałeś o tym z Julką? -?Brudny chwycił się ostatniej deski
ratunku.
-?W zasadzie nie ma nic przeciwko.
-?W zasadzie? -?Igor zmarszczył brwi. Przyjrzał się przełożonemu, który
nagle wyraźnie zakłopotany spuścił wzrok na papiery. -?Coś mi tu
śmierdzi... -?mruknął.
-?Ofertę wyślę zaraz, więc odpowiedź powinienem dostać w ciągu
najbliższych kilkunastu, może kilkudziesięciu godzin -?kontynuował
Czarnecki, ale w jego tonie zaszła wyraźna zmiana. Ewidentnie powiedział
jedno słowo za dużo, a teraz próbował ukryć zmieszanie. -?Będziesz miał
czas, aby obejrzeć ciało i zastanowić się, jak ugryźć temat. W razie
czego uprzedzę Mariolkę, żeby była dyspozycyjna.
Mariola Kostecka pracowała w Wydziale Poszukiwań i Identyfikacji Osób.
Już kilka razy pomogła Brudnemu przy różnych okazjach. Pomyślał, że
jeśli miałby zająć się sprawą, to w pierwszej kolejności musi spotkać
się właśnie z nią. No, oczywiście poza Julką, upomniał się w myślach.
Właśnie, Julką! Cholera jasna! Przecież to było oczywiste. Julka musiała
o tym wiedzieć już wcześniej.
-?Zaplanowaliście to, prawda? -?zapytał.
-?Skąd ten pomysł? -?odparł Czarnecki, nieumiejętnie próbując ukryć
rozbawienie.
-?Romek...
Brudny wymownie pogroził palcem. Czarnecki jeszcze przez chwilę trzymał
fason, ale w końcu postanowił złożyć broń.
-?No dobra, masz mnie -?przyznał. -?Z nią pogadałem o tym w pierwszej
kolejności. Wszak na wakacjach w Hurghadzie byliście razem.
-?I do tej pory milczała... -?Igor z niedowierzaniem pokręcił głową.
-?Skoro już jesteś mój, to ci powiem. -?Czarnecki posłał mu zawadiacki
uśmiech. -?Wysłałem Julkę w te Bieszczady, żeby w końcu przemówiła ci do
rozumu. Ta sprawa miała być wabikiem, żebyś wreszcie wrócił. Ale ty na
miejscu wsiąkłeś już w inną i nawet nie miała okazji z tobą porozmawiać.
Planowo chciałem wysłać was tam razem, ale... cóż... może to i lepiej, bo
Jagna zna temat.
-?Spiskowaliście wspólnie przeciwko mnie?
-?Od razu tam spiskowaliście. Jeśli już, to w dobrej wierze. I nie
przeciwko tobie, ale dla ciebie. Po prostu uznaliśmy, że najlepiej
będzie, jak wrócisz tu, gdzie twoje miejsce. Jesteś zbyt dobrym gliną,
żeby marnować swój potencjał. Zresztą po raz kolejny to udowodniłeś, a my ostatecznie nie musieliśmy wprowadzać planu w życie. Cieszę się, że
sam podjąłeś decyzję o powrocie.
-?Nie zapomnę ci tego, Romek -?rzucił Brudny, wstając z krzesła. -?Idę
rozmówić się z Julką.
-?Dokumenty -?zwrócił mu uwagę Czarnecki.
Brudny chwycił je w garść. Tak naprawdę nie był bardzo zły, raczej
zaskoczony. Posłał szefowi przesadnie srogie spojrzenie, przygryzł dolną
wargę, pokręcił głową, w końcu jego usta ułożyły się w grymas czegoś, co
przy dużej porcji dobrej woli można by uznać za uśmiech.
-?Odpłacę ci się, Romek -?rzucił. -?Naprawdę, od dziś oglądaj się przez
ramię.
-?Odpłać mi się, rozwiązując tę sprawę. I jak będziesz gadał z Julką, to
pamiętaj, że to był mój pomysł -?rzucił na odchodne, zanim drzwi za
Brudnym się zatrzasnęły.
Czarnecki jeszcze przez chwilę patrzył przed siebie. W końcu rozparł się
w fotelu, odchrząknął i zadowolony z siebie upił łyk kawy. Uśmiechnął
się pod nosem. Tego dnia już nic ani nikt nie miał prawa zepsuć mu
humoru.
Rozdział 2
W tle snuły się popołudniowe wiadomości. Julka przechadzała się po domu
z konewką w dłoni i podlewała kwiaty. Pogwizdywała, aby trochę stłumić
niepokojące myśli. Miała mieszane uczucia, bo gdy Czarnecki porozmawiał
z nią o zmianie planów, poczuła ukłucie rozczarowania. Bardzo chciała
polecieć z Igorem do Egiptu. Czuła, że to znowu by ich zbliżyło.
Niestety, pewnych rzeczy nie mogła przeskoczyć. Rana musiała się wpierw
zagoić, a ona wrócić do służby. Na L4 taka wyprawa była absolutnie
wykluczona.
Przy ostatniej doniczce przesadziła i nadmiar wody zebrał się w podstawce. Zaklęła pod nosem, bo myślami była gdzie indziej. Po raz
kolejny w ciągu ostatniej godziny wyjęła smartfon i na Instagramie
odnalazła profil Jagny Witos. Kliknęła na zdjęcie, które drażniło ją
najbardziej.
-?Tylko spróbuj, gówniaro... -?mruknęła nienawistnie do wyświetlacza, na
którym widniała młoda, szczupła i piekielnie atrakcyjna brunetka. Miała
duże brązowe oczy, prosty nos, pełne usta i cerę gładką jak nastolatka.
Na tym ujęciu patrzyła na lazurową zatoczkę gdzieś na końcu świata,
trzymając się jednej z linek, na której wisiała huśtawka plażowa.
Błękitne bikini leżało na niej perfekcyjnie, niczym n a jednej z gwiazd
"Vogue'a". Julka pomyślała, że dziewczyna nie może być tak idealna i na
pewno użyła jakichś filtrów. Ścisnęła mocniej obudowę smartfona. -?Nawet
mi się nie waż, dziewczynko -?powtórzyła, wtedy usłyszała dźwięk
przekręcanego zamka.
Szybko wyłączyła smartfon i poprawiła opadający kosmyk włosów. Zmusiła
się do bezpretensjonalnego uśmiechu.
-?Cześć -?rzuciła, gdy Igor znalazł się w wiatrołapie.
-?Cześć.
Dali sobie buziaka na powitanie. Brudny ściągnął buty, powiesił płaszcz
i rzucił klucze na komodę.
-?Ładnie żeście to sobie z Romkiem wykombinowali -?wypalił prostu z mostu. -?Długo jeszcze planowałaś to przede mną ukrywać?
-?Cóż... -?Julka zrobiła oczy kota ze Shreka. -?Wybacz, kochanie. -
Podeszła bliżej i zawiesiła mu ręce na szyi. -?Chciałam ci powiedzieć,
ale ty byłeś wtedy w swoim świecie. Smolarzy, szeptuch, legend i dymiących retort. Nawet byś mnie nie wysłuchał.
-?Tego już nigdy się nie dowiesz.
-?Wiem. Przepraszam. Kocham cię.
Julka zbliżyła usta do jego ust. Przez chwilę się wzbraniał, ale
ostatecznie odwzajemnił pocałunek.
-?Rozumiem o tyle o ile, ale dla jasności, Julka... To był ostatni taki
numer. Nie znoszę, gdy się ze mną pogrywa. Nawet w taki sposób.
-?Ja po prostu się o ciebie bałam.
-?To cię średnio tłumaczy.
-?Obiecuję -?ucięła i raz jeszcze go pocałowała.
Chwilę później Igor klepnął partnerkę w pośladek i całkiem wyswobodził
się z uścisku. Podszedł do lodówki, z której wyjął dwa kabanosy. Połknął
je niemal na raz i zaczął wyciągać plastry żółtego sera.
-?Poczekaj, właśnie zamierzałam zrobić obiad -?rzuciła, lekko
skonsternowana.
-?A co jemy?
-?A na co masz ochotę?
-?Hmm...
-?W takim razie zaserwuję nam wątróbkę. Dawno jej nie jedliśmy, a mam
wrażenie, że obojgu nam potrzeba więcej żelaza. Ostatnio nie brakuje mi
wolnego czasu, więc zaczęłam czytać o kulinarnych trendach i uważam, że
powinniśmy zacząć trochę lepiej się odżywiać.
Brudny spojrzał na Julkę, jakby zamiast niej nad posadzką lewitowała
szamanka voodoo. Pomyślał, że gdy baba nie pracuje, to w jej mózgu
zaczyna dochodzić do wyjątkowo niekorzystnych zmian. Przez myśl
przemknęła mu wizja komisarz Zawadzkiej popijającej herbatkę z koleżankami pokroju tych, którym usta pokąsały pszczoły, a włosy trafił
piorun. Była to wizja tak przerażająca, że niemal poczuł fizyczny ból w płacie czołowym.
-?Lepiej przestań czytać te głupoty -?powiedział, bo porażony widziadłem
nie był w stanie wyartykułować czegoś sensowniejszego. W ramach protestu
wepchnął jeszcze plaster żółtego sera do ust. -?Według tych durnych
pismaków teraz to już wszystko jest szkodliwe. Mięso rakotwórcze, mleko
trujące, nabiał szkodliwy, a ryby pełne metali ciężkich -?wyliczał,
mlaskając. -?Ostatnio nawet kabanosy i ser wzięli na celownik. To co my
niby mamy jeść?
-?Dziś wątróbkę z ziemniakami i mizerią.
-?Hmm...
Tylko jedna osoba na świecie potrafiła sprowadzić go na ziemię w tak
brutalny i zarazem pełen gracji sposób. Kochał ją za to i jednocześnie
nienawidził. Wobec braku argumentów posłał jej przepraszający uśmiech i zniknął w toalecie.
Julka wzięła się do przygotowywania obiadu. Wszystkie składniki miała
pod ręką, więc uwinęła się w niecałe dwadzieścia minut, które Brudny
przeznaczył na czyszczenie broni. Posiłek zjedli wspólnie przy stole w kuchni. Igor nie omieszkał trochę podreperować swojej reputacji.
Wychwalał jej zdolności kulinarne do tego stopnia, że już sama nie była
pewna, czy mówi prawdę, czy sobie z niej kpi. Wchłonął jednak wszystko z takim apetytem, że zastanawiała się, czy zaraz nie wyliże talerza.
Sytuacja wymagała dodatkowego zaangażowania, więc Brudny umył patelnię i garnek, a talerze i sztućce włożył do zmywarki. Następnie zrobił dwie
kawy, które zabrali na taras. Temperatura była w sam raz, a słońce,
które akurat wychynęło zza przemykających po niebie białych obłoków,
przyjemnie przygrzewało. U sąsiada za płotem jak zwykle ujadał pies.
Usiedli na krzesełkach ogrodowych i zapalili.
-?Co wiesz na temat tego trupa? -?spytał.
-?Nie wgryzałam się w temat -?odparła Julka, pociągając swojego Heet-a.
-?Ale to naprawdę ciekawa rzecz. Dogadałeś się już w tej sprawie z Czarneckim?
-?Dostałem polecenie służbowe.
-?Czyli co? Nie leży ci? -?Przeniosła wzrok na partnera.
-?Wygląda interesująco, ale Romek wlepił mi do pomocy jakąś babkę z Gorzowa. Wojas czy... czekaj... Witos chyba. Tak się nazywa. Jagna Witos.
Słyszałaś kiedyś o niej?
-?Nie znam.
Pomyślała, że słowa nie kłamią. Nigdy jej na żywo nie widziała ani z nią
nie rozmawiała. Zdjęcia na Instagramie przecież się nie liczą. No dobra,
może nie tylko na Instagramie, ale to bez znaczenia. Julka jej nie znała
i tego postanowiła się trzymać.
-?No ja właśnie też nie. -?Brudny odchrząknął. -?Jakaś młodsza aspirant
z kryminalnego. Romek mówi, że dobra, ale ja... -?westchnął. -?Wiesz, jak
mi się pracuje z obcymi. I to jeszcze w Egipcie, gdzie nawet nie wiem,
czy się na miejscu dogadam.
-?Ostatnio szło ci całkiem nieźle. Twój angielski wcale nie jest taki
zły.
-?Daj spokój. Ledwo dukam. W każdym razie wracając do tej Witos, to
babka studiowała arabistykę, zna płynnie angielski i podobno gada nawet
po arabsku. Dodatkowo mieszkała w Hurghadzie przez kilka lat, bo robiła
tam jakiś staż czy coś. Przecież ja będę przy niej wyglądał jak
półgłówek.
-?A ty w ogóle ją widziałeś?
-?Jutro o dziewiątej rano ma się stawić w gabinecie u Czarneckiego. Mamy
ustalić zasady współpracy i takie tam. Ogólnie... -?Brudny zrobił krótką
pauzę -?no jakoś wcale mi się to nie podoba.
-?Może nie będzie aż tak źle...
-?Okaże się. -?Brudny spojrzał na przelatującego im nad głowami bociana.
Odprowadził go wzrokiem do momentu, gdy ten zniknął za zielonymi już o tej porze koronami drzew pobliskiego parku. -?Wracając do tematu, wypiję
kawę i zabieram się do tych akt. Nie ma tego wiele, ale chcę się
przynajmniej zorientować w temacie, zanim spotkam się z tą Witos.
-?Chcesz błysnąć intelektem przed młodszą koleżanką?
Brudny prychnął z politowaniem. Przez krótką chwilę chciał to jakoś
skomentować, ale ostatecznie zrezygnował. Coraz mocniej irytowały go te
przytyki. Zaczęło się, gdy siedział w swojej samotni w Bieszczadach.
Niby dowcipne, a jednak bardziej przypominały rozżarzone szpilki niż
niegroźne żarty. Co gorsza, wiele z nich było nacechowanych zazdrością o inne kobiety. Gdyby tylko jeszcze kiedyś dał Julce jakiś powód...
-?Jutro po spotkaniu u Czarneckiego pojedziemy do kostnicy obejrzeć tego
trupa -?rzucił w końcu.
-?Jeśli nie masz nic przeciwko, to chętnie się z tobą zabiorę.
-?W porządku.
Brudny wrzucił peta do wiadra z popiołem, wstał z krzesła i zniknął w salonie. Julka pomyślała, że trochę się wygłupiła, ale nic nie mogła
poradzić, że ta cała Witos wyprowadza ją z równowagi. Nie puści go do
tego Egiptu, jeśli wcześniej nie spojrzy jej w oczy. Dziewczyna musi
wiedzieć, że każda próba ingerencji w status quo, spotka się z natychmiastową reakcją.
Z tym postanowieniem Julia Zawadzka podniosła się z krzesła i ruszyła do
łazienki. Lata pracy w tym zawodzie nauczyły ją, że z facetami trzeba
jak z dziećmi. Działać na podstawowe instynkty. Dlatego dziś zerżnie go
tak, że jutro nawet nie pomyśli o seksie, chociażby patrzył w te
wielkie, brązowe oczy młodszej aspirant Jagny Witos.
Rozdział 3
Na niewielkim, zamontowanym przy drzwiach bladoniebieskim ekranie
świeciła się liczba trzydzieści osiem.
Idealna temperatura, pomyślał i nacisnął klamkę. Z wnętrza przestronnego
pomieszczenia buchnęło gorące powietrze. Ten moment nieodmiennie
kojarzył mu się z otwarciem piekarnika, z którego korzystał nader
często. Lubił pieczone mięso. Najlepiej drób, choć nie gardził wołowiną
i baraniną. Gustował też w rybach i owocach morza. Z tych ostatnich
najbardziej cenił sobie krewetki, które bez skrępowania można było jeść
palcami. Tak jak kiedyś. Jak tysiące lat temu.
Wcześniej sprawdził też wilgotność. Liczba, która wyświetliła się na
ekranie, wprowadziła u niego pewną nerwowość. Czterdzieści sześć procent
zawartości pary w powietrzu było granicą, której nie mógł przekraczać,
aby jego kolekcja pozostała nienaruszona. Trochę jak z obrazami
najznamienitszych malarzy. One też, aby nie uległy zniszczeniu, musiały
utrzymywać stałą temperaturę i wilgotność.
Pod tym względem był bardzo skrupulatny, dlatego zaraz po przekroczeniu
progu zamknął drzwi i przyjrzał się jednemu z dwóch cicho bzyczących
osuszaczy powietrza. Pojemnik ze skroploną wodą był prawie pełny.
Ostrożnie, ab y nie uronić ani kropli, wyjął go, a następnie wystawił na
klatkę schodową. Chwilę później to samo zrobił z drugim, który był
wypełniony zaledwie do połowy. Ustawił nowe parametry i stwierdził, że
musi zadbać o nowe urządzenie. Już raz jedno się zepsuło, a pech chciał,
że akurat przez dłuższy czas był nieobecny i nie mógł doglądać swojej
kolekcji. Po powrocie omal nie wyzionął ducha, bo na jednym z eksponatów
pojawiły się plamki. Musiał włożyć wiele trudu, aby pozbyć się grzyba.
Nauczkę, jaką otrzymał, zapamiętał jednak bardzo dobrze. Dlatego od
pięciu lat w pomieszczeniu pracowały dwa osuszacze powietrza, w trzeci
zaś, pomyślał, należało zaopatrzyć się jak najszybciej.
Poprawił szeroki, inkrustowany barwnymi kamieniami pas i obciągnął
lnianą szatę. Zawsze dbał, aby była śnieżnobiała i nienagannie
uprasowana. W tej kwestii był pedantem. Ręcznie robione sandały z bydlęcej skóry regularnie pastował, a wonne olejki i świece kupował u źródła. Nigdy do końca nie pogodził się z tym, że część jego artefaktów
nie jest oryginalna, ale nawet jeśli było go stać na ich pozyskanie na
czarnym rynku, ryzyko wpadki wydawało się zbyt duże. Coś za coś,
pomyślał, spoglądając na swoje blade odbicie w szklanej gablocie.
Uśmiechnął się, gdy jego wzrok skupił się na jej zawartości. Tu nie mógł
sobie niczego zarzucić. Była oryginalna w stu procentach.
Przemknął wzrokiem po trzynastu zmumifikowanych ciałach. Były ułożone za
szybą, w szklanych sarkofagach, pod kątem sześćdziesięciu stopni, nogami
w stronę obserwatora. Jego trofea. Czyste, nieskazitelne, olśniewająco
piękne.
Na każdym zatrzymał się na kilka chwil, próbując przywołać w pamięci
tamte wspaniałe momenty. Momenty ukojenia, gdy kolejna dusza ulatywała w otchłań nieskończoności, potem zaś czas mozolnej pracy, której efekty
pyszniły się na ścianie. Za każdym razem dbał, aby dusze mieszkające
niegdyś w tych zasuszonych powłokach odpokutowały za wszystkie
popełnione za życia grzechy. I za grzechy do siebie podobnych.
Ostatnia myśl przywołała obrazy, do których nie lubił wracać.
Deprymowały go, sprawiały, że znów czuł się słaby, bezbronny i bezsilny.
Zdusił je w zarodku, bo na szczęście nauczył sobie z nimi radzić.
Antidotum znajdowało się w pokoju obok. Uśmiechnął się na tę myśl,
odwrócił się na pięcie i wyszedł.
Otworzył drugie drzwi. Drewniane podeszwy jego skórzanych sandałów
zastukały złowrogo o posadzkę. Zatrzymał się przy ścianie. Na haku
wisiała maska imitująca pysk szakala. Zdjął ją i z pietyzmem założył na
twarz. Przeniósł wzrok na szeroką ławę, na której leżał mężczyzna
szczelnie owinięty lnianymi bandażami. Spod materiału wystawały tylko
spierzchnięte usta.
-?Allahu akbar, Allahu akbar, Allahu akbar -?mamrotały nieustannie,
choć prawie w ogóle się nie ruszały.
Mężczyzna w białej szacie położył palce na jego wargach, jakby usypiał
małe dziecko.
-?Cśśś... -?szepnął, nachylając się nad nim. Poczuł unoszący się nad
ciałem wonny zapach żywicy z drzewa cedrowego. -?Już prawie
odpokutowałeś za grzechy. Już prawie odpokutowałeś... -?dodał, po czym
przeniósł wzrok na stojący na półce słoik miodu.
Wyprostował się i chwycił w dłonie szklane naczynie. Odkręcił nakrętkę.
Puściła z lekkim zgrzytem, wywołując u zabandażowanego mężczyzny falę
jeszcze żarliwszych modłów. Zaciągnął się głęboko aromatem miodu, który
rozjuszył jego zmysły, więc zniecierpliwiony sięgnął po drewnianą łyżkę
i zatopił ją w gęstej, złocistej masie. Wyborna słodycz, stwierdził, gdy
przytknął ją do ust. Chwilę później powoli, aby nie uronić ani kropli,
przeniósł łyżkę w okolice spierzchniętych warg obandażowanego mężczyzny.
Dopiero wtedy ostrożnie ją przechylił.
-?Piiiij... -?szepnął. -?Piiiiiiiiiij...
Mruknął z zadowolenia, bo jego cierpliwość w końcu została nagrodzona.
Nie przestając karmić ofiary, złośliwie przeniósł wzrok na drugi słój. W nim nie było miodu. Drugi słój wypełniały dziesiątki dorodnych
karaczanów.
Rozdział 4
Chłód kostnicy był niczym wobec mroźnej aury, jaką roztaczała wokół
siebie ta mało atrakcyjna blondynka. Jagna Witos odczuła to już w momencie, gdy przekroczyła próg gabinetu komendanta. Ta kobieta jednym
spojrzeniem sprawiła, że poczuła się, jakby stanęła pod lodowatymi
wodami Niagary.
-?Miło mi poznać, aspirantko Witos. Słyszałam o pani same dobre rzeczy -
powiedziała, podając jej dłoń, ale w kobiecym języku brzmiało to mniej
więcej jak "Nie podobasz mi się, smarkulo, i lepiej nie wchodź mi w drogę".
-?Dziękuję, komisarz Zawadzka. Ja o pani również słyszałam tylko
superlatywy. Bardzo się cieszę, że będziemy mogli współpracować -
odparła, nie bez powodu używając formy "mogli". Średnio rozgarnięta
adresatka mogła rozkodować jej słowa jako "Nie napinaj się tak, bo to
słabe. Poza tym to nie ty jedziesz z nim do Egiptu".
Nieszczery uśmiech "komisarzowej" i kilka kurtuazyjnych zdań podszytych
zrozumiałymi tylko dla kobiet podtekstami, które wymieniły w następnej
kolejności, utwierdziły ją w przekonaniu, że będzie musiała na siebie
uważać podwójnie. Pomyślała, że wkracza na terytorium obsikane i oznaczone, ale jakoś musi się w tym niesprzyjającym środowisku odnaleźć.
Zresztą jakie miała wyjście?
Wraz ze zgrzytem wysuwanego z chłodni ciała atmosfera stała się jeszcze
mroźniejsza. Witos czuła na sobie lodowate spojrzenia nadkomisarz
Zawadzkiej i zdecydowanie mniej zimne nadkomisarza Brudnego.
Patomorfolog Magdalena Obojko jako jedyna wydawała się nie ulegać
panującemu w pomieszczeniu napięciu. Popijała przez słomkę własnoręcznie
zrobiony koktajl z natki pietruszki, siorbiąc niemiłosiernie.
-?Oto nasz N.N., pieszczotliwie nazywany przez nas Muminkiem -
przedstawiła nakryte niebieskim prześcieradłem zwłoki. Spod materiału
wystawały jedynie poczerniałe, wysuszone stopy. Na paluchu wisiała
zawieszka z numerem. Ponieważ Obojko nie doczekała się żadnej reakcji ze
strony gości, odstawiła plastikowy pojemnik z napojem i ściągnęła
nakrycie. -?Leży tu blisko pięć lat. Co prawda jeść nie woła, ale
szczerze mówiąc, to wolałabym się go już pozbyć. Tylko niepotrzebnie
zajmuje miejsce.
-?Przystojniak -?rzuciła Witos, drapiąc się po policzku. Często robiła
to bezwiednie, bo kiedyś straszyła tam mało apetyczna blizna, pamiątka z przeszłości.
-?Co kto lubi. -?Julka natychmiast wykorzystała okazję, aby wbić Jagnie
szpilkę.
Witos ucięła dyskusję w zarodku. Pomyślała, że bardziej musi pilnować
tego, co mówi. Przynajmniej jeszcze dzień lub dwa. Przeniosła wzrok na
Brudnego. Na jego świeżo ogolonej twarzy próżno było szukać oznak
jakichkolwiek emocji. Wyglądał wręcz na znudzonego.
Szybko wróciła pamięcią do wszystkich informacji zawartych w aktach z tamtego okresu. Według nich zwłoki zostały znalezione przypadkiem przez
operatora koparki podczas uzbrajania terenu pod nowo budowaną halę
jednej z firm handlującej butami na terenie specjalnej strefy
ekonomicznej w podzielonogórskim Nowym Kisielinie. Stojącą na drodze
starą, od lat niezamieszkaną ruderę na wniosek władz miasta zdecydowano
się wyburzyć. Z początku nikt nie przejął się znalezioną w piwnicy
dziwną, niepasującą do całości wylewką, ale wszystko się zmieniło, gdy
robotnicy zaczęli kruszyć beton. Okazało się, że w środku znajdowały się
szczelnie owinięte bandażami zwłoki przypominające egipską mumię.
Oczywiście prace wstrzymano, a znalezisko trafiło do prosektorium, gdzie
zajął się nim doświadczony lekarz medycyny sądowej, Robert Krzywicki.
Wyniki jego badania były co najmniej interesujące. Okazało się, że
ofiara zginęła sześć do ośmiu lat wcześniej, a przed śmiercią była
torturowana, na co wskazywały obrażenia narządów wewnętrznych oraz wiele
złamań, głównie kości kończyn dolnych i górnych, które według
patomorfologa powstały wskutek wykorzystania dużego tępego narzędzia,
najprawdopodobniej młotka, a raczej młota. Mężczyzna dodatkowo był
pozbawiony oczu, uszu, języka i przyrodzenia, a całkiem dobrze zachowana
skóra zdradzała ślady po oparzeniach i nacięciach. Krzywicki stwierdził
też brak oznak walki. Patomorfologa najbardziej zdziwił natomiast fakt,
że w trzewiach znaleziono kilkadziesiąt tłustych karaluchów. Niestety,
badania daktyloskopijne nie przyniosły żadnych rezultatów, a genetyczne
okazały się gwoździem do trumny całego śledztwa. Te drugie wykazały, że
nieszczęśnik najprawdopodobniej pochodził z Bliskiego Wschodu, to z kolei sprawiło, że wobec niemożności jego identyfikacji oraz z braku
innych dowodów zwłoki schowano do zamrażarki, a sprawę odłożono na
półkę.
-?Prawie pięć lat temu śledczy uznali to za trochę dziwny i niecodzienny
przejaw walki o wpływy pomiędzy przemytnikami imigrantów -?tłumaczył jej
kilka dni temu komendant Czarnecki. -?Ówczesny naczelnik wydziału miał
na głowie swoje problemy, nie dysponował wystarczającą liczbą ludzi, aby
się tym zająć, więc ostatecznie odpuścił, ale z racji tak niecodziennego
i osobliwego przypadku na wszelki wypadek postanowił przekazać zwłoki do
kostnicy. Jednym słowem miał nosa.
Rzeczywiście, trudno było z tym polemizować, bo według akt, które do
Interpolu wysłała egipska policja, okoliczności znalezionych w Hurghadzie zwłok były niemal identyczne. Wszystkie trzy ofiary również
odkryto w starej, od lat niezamieszkanej ruderze, wszystkie trzy były
przed śmiercią torturowane, a następnie szczelnie owinięte bandażami i zalane betonem. Wszystkie trzy -?i to jakoś niespecjalnie pasowało to
całej tej inscenizacji -?nie zostały natomiast pozbawione narządów
wewnętrznych, co mając na uwadze fakt, że komuś zależało, aby zbrodnia
nosiła znamiona rytuału opartego na staroegipskich wierzeniach i zakończonego mumifikacją, wydawało się wyjątkową amatorszczyzną.
-?Rzuciło się wam w oczy coś, czego nie ma w raporcie Roberta? -
przerwał jej przemyślenia Brudny. Nachylał się nad zasuszonym ciałem i wydawał się nie kierować pytania konkretnie do żadnej z obecnych w salce
kobiet. Witos postanowiła pierwsza zabrać głos.
-?Fascynacja egipskimi wierzeniami? -?zaryzykowała.
-?Hmm...
-?Według profesora Żukowskiego sposób potraktowania, a następnie
pochowania zwłok raczej wyklucza taką hipotezę -?odezwała się Julka.
Akta śledztwa zawierały między innymi rozmowę z wykładającym na
Uniwersytecie Zielonogórskim oraz Wrocławskim profesorem historii
Markiem Żukowskim. Habilitację uzyskał, zgłębiając dzieje i kulturę
starożytnego Egiptu, więc podparto się jego wiedzą. W ocenie naukowca
wykorzystanie kilku olejków i zabandażowanie zwłok nie miało jednak z pradawnym rytuałem wiele wspólnego.
-?Ja chętnie bym z nim porozmawiała -?rzuciła Witos.
-?W jakim celu?
-?Choćby dlatego, że znaleziono troje takich samych zwłok w Egipcie.
Poza tym, wybaczcie, ale z protokołu tamtej rozmowy jasno wynika, że
przeprowadzający ją sierżant nie miał zielonego pojęcia, jakie zadawać
pytania.
-?Nie zaszkodzi -?mruknął Brudny, który właśnie przyglądał się resztkom
uzębienia denata. -?Uda się ogarnąć to jeszcze przed wyjazdem?
-?Jasne.
-?Co dalej? -?zapytał.
-?Ja nie mam nic do dodania -?oznajmiła Obojko.
-?Wrzucę to na bęben -?ofiarowała się Julka. -?W ostatnim czasie problem
imigrantów tylko narasta, w związku z czym KSIP jest pełny
najróżniejszych, często naprawdę dziwnych przypadków. Może trafi się
coś, co można by do tego przykleić.
-?W porządku. Pani aspirant?
-?Wystarczy Jagna.
-?Zatem Jagna? Jeszcze jakieś uwagi?
Ton Brudnego nie zmienił się nawet odrobinę, jakby w ogóle jej nie
zauważał. Trzymał głowę tak nisko, że przypominał psa, który obwąchuje
trupa. Witos poczuła się trochę zmieszana. W biurze Czarneckiego
przedstawili się sobie po imieniu, więc miała nadzieję, że tak już
zostanie. Tymczasem wychodziło na to, że najwyraźniej się pomyliła.
Zanim zdążyła się zastanowić nad odpowiedzią, uprzedziła ja Julka.
-?Żukowski twierdzi, że to najprawdopodobniej mistyfikacja i ja bym się
z tym raczej zgodziła -?oznajmiła. -?Po pierwsze ofiara najpierw była
torturowana, po drugie została zabalsamowana jeszcze za życia, a po
trzecie po śmierci nie zostały usunięte narządy wewnętrzne. Nie
twierdzę, że na pewno mam rację, ale mnie to bardziej wygląda na jakąś
próbę skierowania podejrzeń na kogoś, kto taką specjalistyczną wiedzę z zakresu mumifikacji posiada.
-?Co sugerujesz? -?Brudny chwycił w dłoń jeden z rachitycznych, czarnych
palców trupa.
-?Pewnie na to trochę za wcześnie, ale sprawdziłabym grono osób, które
zawodowo bądź hobbystycznie interesują się kulturą egipską. Takich
pasjonatów egiptologii nie powinno być w mieście zbyt wielu.
-?Motyw?
-?Może ich być mnóstwo, począwszy od zawodu miłosnego po nieoddane
długi.
-?Twoja pierwsza myśl?
-?No... -?Julka wyglądała na zbitą z tropu.
-?Tak po prostu. Co podpowiada ci kobieca intuicja?
-?Miłość, nienawiść, zemsta. Wszystkie te trzy emocje często się ze sobą
łączą. A teraz, wiesz... -?Julka posłała krótkie spojrzenie Jagnie -?takie
wakacyjne przygody to norma.
-?Zatem sugerujesz, że to kobieta?
-?Nie ma na świecie nic gorszego niż oszukana i zdradzona kobieta. -
Zmiana tonu Zawadzkiej była ledwo wyczuwalna, ale wprawione ucho Jagny
bezbłędnie wychwyciło tę drobną różnicę. Witos postanowiła nie reagować.
-?Ale równie dobrze to mógł być facet -?dodała Julia nieco bardziej
żartobliwie. -?Gejów w naszym społeczeństwie przecież nie brakuje.
-?Hmm...
Brudny wyprostował się i potarł zdrową dłonią ogolone policzki. Na razie
nie miał pomysłu, jak ugryźć tę sprawę, i czuł, że jeśli będzie chciał
ją rozwikłać, to trzeba będzie zacząć od ponownego przesłuchania
wszystkich, których zeznania znalazły się w aktach sprzed pięciu lat.
Pomysł, aby na pierwszy ogień wziąć w obroty Żukowskiego wydał mu się
dobry o tyle, że facet mógł rzucić trochę światła na sam proces
mumifikacji. Taka wiedza mogła się też przydać w Egipcie.
-?Jakiś inny motyw? -?zapytał. -?Myślicie, że zabójstwa mógł dokonać
jakiś egiptofil? Jest w ogóle takie słowo?
-?Egiptolodzy mogliby się obrazić. -?Witos się uśmiechnęła, po czym
zaraz dodała: -?Z akt wynika, że wykluczono możliwość fascynacji kulturą
egipską, ale ja bym jej nie odrzucała. To, czego nie mamy, to właśnie
motyw. A biorąc pod uwagę obrażenia, jakie sprawca zadał ofierze, ten
musiał być naprawdę silny. Zresztą te karaluchy... brr... -?Teatralnie się
wzdrygnęła. -?Ktoś musiał mieć naprawdę nierówno pod kopułą.
-?Ten wątek rzeczywiście wydaje się potraktowany po macoszemu. Te
karaluchy to nie mają jakiegoś związku ze skarabeuszami? -?Brudny
podniósł wzrok znad trupa i spojrzał na aspirantkę.
-?To skojarzenie jest jak najbardziej uprawnione. Tylko że skarabeusze w kulturze egipskiej są symbolem szczęścia. Nie mam pomysłu, dlaczego
miałyby zostać wykorzystane, aby zadać drugiemu człowiekowi tak
wyrafinowaną torturę. -?Jagna zmarszczyła czoło. -?Ale pomyślę -?dodała.
-?To w sumie może być istotny aspekt.
-?Świetnie. Jeszcze ktoś coś?
-?Mnie pasuje tu wszystko poza tym, co ustalili śledczy -?oznajmiła
Julka. -?Porachunki gangów przemytników? Komu by się chciało robić takie
rzeczy? I kto miałby cel, aby później betonować zwłoki?
-?Facet komuś bardzo podpadł i ten ktoś chciał mu dać solidną nauczkę -
zasugerowała Witos.
-?Czy my dalej mówimy o przemytnikach?
-?Nie wiem. Po prostu niczego nie wykluczam.
Jagna pomyślała, że najchętniej rąbnęłaby teraz "komisarzową" prosto w twarz. Najlepiej pięścią. Do tej paskudnej blizny na policzku dodałaby
coś od siebie. Na przykład złamany nos.
-?A ty, Igor, co myślisz? -?zapytała Julka.
-?Myślę, że trzeba pogadać z tym Żukowskim. To będzie dobry początek, bo
za cholerę nic mi się tu nie klei. Pojadę do niego z tobą -?zwrócił się
do Witos.
-?Okej.
Po tych słowach zapadła cisza, którą głośnym siorbnięciem przerwała
Obojko.
-?Jeśli to wszystko, to Muminek wraca do lodówki -?oznajmiła i nie
słysząc protestów, z powrotem przykryła zwłoki, które z cichym zgrzytem
wróciły do chłodni. -?Wybaczcie, że nie zaproponuję herbaty, ale mam
roboty po kokardy -?dodała, sygnalizując, że najlepiej będzie, jak
zostawią ją samą. Chwilę później troje policjantów w milczeniu opuściło
kostnicę.
Rozdział 5
Przesadzam, ewidentnie przesadzam, to nie jestem ja, nie ja -?powtarzała
sobie w myślach Julka. Co z tego, gdy przed oczami przewijał jej się
film z reakcji Igora na widok wypiętych pośladków Witos. Niby tylko
upuściła telefon, ale Julka była niemal pewna, że aspirantka zrobiła to
z pełną premedytacją. Zaraz po wyjściu z prosektorium zadzwoniła do niej
jakaś przyjaciółka, a przynajmniej tak wywnioskowała z ich krótkiej
rozmowy. Oddaliła się kilka metrów, aby pogadać, a potem nagle bum,
urządzenie wylądowało na ulicy. Witos nie schyliła się jednak jak
normalny człowiek. Musiała zrobić to na prostych nogach, aby pokazać,
jak jest wygimnastykowana, a do tego podnosiła go, jakby trenowała jogę
albo jakieś tai-chi. Brudny, oczywiście, nie przepuścił okazji i musiał
wlepić gały w jej tyłek.
Może jednak przesadzam -?zastanawiała się, nerwowo stukając długopisem o blat ławy. W sumie to przecież zwykły chłop. Każdy by spojrzał. No,
chociaż zerknął. W mocno zmaskulinizowanej policji podteksty seksualne
fruwały w dyskusjach nie rzadziej niż "kurwy" i "chuje". Policjanci
publicznie potrafili poddawać koleżanki ocenie. Że ta czy tamta ma
"fajną dupę" albo "duże cycki", zwykle po kryjomu dodając coś bardziej
sprośnego. Przełożeni zwykle przymykali oko i reagowali tylko w skrajnych sytuacjach, co sprawiało, że policja była tym silnie
przesiąknięta. Ona się do tego przyzwyczaiła i nawet jej to nie
przeszkadzało. Każda kobieta decydująca się na tę robotę musiała do tego
przywyknąć i to zaakceptować, w innym wypadku prędzej czy później
siadało jej na głowę albo ściągała mundur.
No tak! Ta sucz pewnie chętnie by się przed nim rozebrała -?dodała w myślach, a potem poczuła się jak głupia. Chorobliwa zazdrość? Przecież
taka nie jestem! Jasna cholera!
Nalała sobie kolejną lampkę wina. Ekran laptopa pulsował jej przed
oczami. Osiemnaście otwartych kart, z tego szesnaście odnośników
dotyczących Jagny Witos. Trzydzieści jeden lat. Skorpion. Osiem lat w policji, z czego cztery w wydziale kryminalnym. Metr siedemdziesiąt dwa,
sześćdziesiąt kilogramów, numer buta trzydzieści dziewięć i pół. Włosy
ciemne, proste, do łopatek. Duże piwne oczy, naturalnie pełne usta,
śnieżnobiałe zęby. Wymiary prawie wzorcowe: dziewięćdziesiąt -
sześćdziesiąt dwa -?dziewięćdziesiąt osiem. Każdy projektant mody
przyczepiłby się do za dużego tyłka, ale nawet Julka musiała przyznać,
że pośladki tej gówniary są idealnie krągłe, a odchylenie od ideału to
raczej efekt ciężkich treningów na siłowni niż niedopatrzenia ze strony
matki natury. Przy niej, do tego z tą paskudną blizną na policzku, czuła
się jak szara mysz. Niby jak miała się nie denerwować, puszczając tę
pindę z Igorem do ciepłego Egiptu?
Uspokój się. Igor to facet z zasadami. Nie zdradzi cię, nawet gdy ta
suka cichaczem wślizgnie mu się pod kołdrę. Nie zrobi tego, bo cię
kocha. Ale jesteś tego pewna? Czy mu wystarczasz? A może już się tobą
znudził? No bo po co wyjechał w te cholerne Bieszczady i siedział tam
sam ponad pół roku? Zdarzało się, że nie dzwonił tygodniami i...
Natłok myśli wydawał się nie do opanowania. Kolejne instagramowe slajdy
z półnagą Witos bombardowały ją niczym salwy rosyjskich katiuszy. W zwiewnej sukience na tle palmowego gaju, w skąpym bikini w lazurowej
wodzie, w basenie, na siłowni, na ławce z torebką Diora. Skąd miała na
to wszystko kasę? Na pewno ma nadzianego gacha. Tylko dlaczego nie ma go
na żadnych zdjęciach? Momentami Julka odnosiła wrażenie, że tego nie
zniesie, a chwilę później patrzyła w swoje odbicie z politowaniem. Chyba
jeszcze nigdy nie miała takich wahań nastroju. Ta dziewczyna kompletnie
wyprowadziła ją z równowagi, a Igor jedynie dolał oliwy do ognia.
Naprawdę nie mógł puścić jej do profesorka samej? Musiał pojechać tam
razem z nią?
Julka wyjęła kolejnego heetsa. Popielniczka była już pełna, co
oznaczała, że w kilka godzin wypaliła prawie całą paczkę, co gorsza, w tym czasie nie zrobiła prawie nic. Teoretycznie nie musiała, ale sama
się do tego zobligowała. Czarnecki się nie upierał.
-?Moim zdaniem powinnaś odpoczywać, ale akurat do tego cię nie zmuszę,
więc rób, jak uważasz -?powiedział, gdy zaproponowała, że w czasie
eskapady Igora będzie pilotować temat z domu. Wtedy jeszcze nie
wiedziała, z kim jej facet poleci do Egiptu, więc decyzję podjęła pod
wpływem impulsu. I trochę z nudów. Czuła się już stosunkowo dobrze, rana
po bełcie goiła się szybko, choć momentami rwał ją mięsień przy łopatce.
Jeszcze nie mogła wrócić do czynnej służby, ale chciała pomóc.
Teraz czuła, że traci grunt pod nogami, a jej psychika robi kolejne
fikołki, z których każdy kolejny wydawał się bardziej bolesny od
poprzedniego. Dlaczego tak to przeżywała? Nie ufała mu? Bo tej Witos na
pewno nie. Miała nieodparte wrażenie, że za tą wytapetowaną maską kryje
się naprawdę wredne i perfidne oblicze. Była niemal pewna, że gówniara
wykorzystałaby każdą okazję, i dziwiła się, że Igor tego nie widzi. Co
gorsza, nawet nie próbuje.
Julka dopiła wino i wyszła na taras. Musiała się przewietrzyć. Wystawiła
twarz ku słońcu. Promienie przyjemnie pieściły skórę. Aby oczyścić
umysł, chwyciła siekierę i rozłupała kilkanaście pniaków. Nie szło jej
najlepiej, bo były twarde i grube, poza tym przynajmniej raz w drewnie
zobaczyła twarz Witos. Dopiero wtedy trochę ochłonęła, a nawet nieco się
zlękła. To zaszło za daleko -?pomyślała i wytarłszy pot z czoła, wróciła
do salonu.
Godzinę później miała już spis osób, z którymi warto byłoby się spotkać.
Na pierwszy ogień wytypowała niejakiego Grzegorza Baumanna, ożenionego z Samirą, półkrwi Egipcjanką, właściciela lokalu z sziszą, odwiedzanego
głównie przez młodzież. Facet miał wcześniej drobne zatargi z prawem i do tej pory ciągnął się za nim smród związany między innymi z przemytem
papierosów i alkoholu. W drugim rzucie postanowiła dotrzeć do niejakiej
Barbary Lakiernik, pseudonim Hiena, sutenerki i właścicielki kilkunastu
mieszkań, które wynajmowały od niej podróżujące po Polsce prostytutki. W środowisku policyjnym była znana, ale cechował ją taki spryt, że trudno
było jej cokolwiek udowodnić, bo w teorii pobierała od swoich pracownic
kasę jedynie za wynajem. Wszyscy jednak wiedzieli, że dysponowała
kilkoma stałymi pracownicami o orientalnej urodzie, które trzymała w zanadrzu jako luksusowy dodatek do wszystkich spotkań zapracowanych
przedsiębiorców, polityków czy partnerów b iznesowych robiących akurat
interesy w zachodniej Polsce. Jedną z takich dziewczyn była Egipcjanka o pseudonimie Rahma, za której towarzystwo podobno trzeba było płacić
nawet dziesięć tysięcy euro za noc. Uwagę Zawadzkiej zwrócił również
właściciel orientalnej knajpy, czterdziestopięcioletni Mohamed
Abdelwahab, Egipcjanin, który od dwóch dekad mieszkał w Polsce, oraz
jego rodak, pięćdziesięciodziewięcioletni kardiochirurg Omar Zaki,
zresztą świetny specjalista i szanowany obywatel miasta, od lat z polskim paszportem, żoną Polką i dorosłym synem. Postanowiła zapisać
jeszcze niejaką Martę Dziubę, trzydziestosześcioletnią właścicielkę
sklepu z egipskimi duperelami, która podróżowała do Egiptu nawet
kilkanaście razy w roku. Zanotowała też, że w areszcie trzymano trzech
przemytników ludzi, którzy czekali na proces. Właścicieli biur podróży i czterech egipskich studentów, którzy w ramach wymiany pomiędzy
uniwersytetami uczyli się Zielonej Górze, jedynie sobie zaznaczyła jako
ewentualną pomoc merytoryczną. I to by było na tyle, jeśli chodzi o obecność ludzi z kraju faraonów w Winnym Grodzie.
Niezbyt dużo -?pomyślała, gdy to wszystko podsumowała. Zrobiła sobie
jeszcze kanapkę z żółtym serem, pomidorem i szczypiorkiem, po czym
zadzwoniła do Igora.
-?I jak tam? -?zapytała, gdy się przywitali. W tle dało się słyszeć gwar
deptaka.
-?Profesorka nie ma w mieście -?odparł. -?Jest na jakimś sympozjum
naukowym w Berlinie i ma wrócić dopiero za kilka dni. A co u ciebie?
Pomyślała, że gdyby zechciała mu zreferować ostatnie kilka godzin ze
swojego życia, to pewnie uznałby ją za wariatkę.
-?Coś tam wygrzebałam, choć nie ma tego wiele. Jeszcze nie skończyłam... -
skłamała. Nie chciała, aby zaraz poprosił o przesłanie wyników, bo jak
go znała, pewnie od razu wziąłby się do roboty.
-?Ja tu miałem za to lekkie spięcie z Romkiem.
-?Ooo...
-?Wyobrażasz sobie, że mam tam lecieć bez broni?
-?No... -?zawahała się -?takie są zasady. Nie wiedziałeś?
-?Jakoś nigdy specjalnie się nie interesowałem.
-?No i co?
-?No i nic. Walther zostanie w sejfie.
-?Ma to swoje dobre strony.
-?Tak? Niby jakie?
-?Może wtedy tak namiętnie nie będziesz szukał guza.
-?No tak, jasne. Poczekaj sekundę.
Julka usłyszała tłumiony przez dzwony kościelne głos Witos i drugi,
najwyraźniej należący do kelnera, w końcu brzęk sztućców i już dobrze
słyszalne "smacznego".
-?Jesteś? -?upewniła się Julka.
-?Tak, ale zadzwonię później, bo kelner właśnie przyniósł tę ichnią
koftę. Jestem z Jagną w ogródku egipskiej knajpy na deptaku. I muszę
przyznać, że to mięsko wygląda nawet apetycznie.
W tle poniósł się wybuch śmiechu Witos, która chwilę później
przeprosiła. Julka zacisnęła pięść. Apetyczne mięsko -?pomyślała. Już ja
ci, kurwa, dam apetyczne mięsko.
-?No to smacznego -?rzuciła przez zaciśnięte zęby i się rozłączyła.
Przez dłuższy moment gniewnie wpatrywała się w wyświetlacz smartfona.
Igor był tak grubo ciosany, że rzeczywiście m ógł palnąć taki tekst bez
głębszej refleksji. I ten jej pieprzony śmiech...
Julka gwałtownie chwyciła laptopa i skasowała z listy Mohameda
Abdelwahaba. Mogła tylko wierzyć, że skoro tam jedli, to nie tylko
dlatego, że nagle dopadł ich wilczy głód. Nalała do kieliszka wina i wypiła je duszkiem. Pomyślała, że ta suka jest nie tylko cwana, ale i wyjątkowo bezczelna. A ona tak tego na pewno nie zostawi.
Rozdział 6
Rankiem dnia następnego Brudnego obudził tłukący w dachówki deszcz.
Julka już kręciła się po domu i sądząc po dobywających się z kuchni
zapachach, robiła tosty. Zerknął na budzik. Wskazywał siódmą dwanaście,
więc miał jeszcze trochę czasu. Poszedł do łazienki, ogarnął się i w samych spodniach wkroczył do salonu.
-?Cześć -?przywitał się, całując partnerkę w kark.
-?Cześć -?odparła, przekładając na patelni umoczony w surowym jajku
chleb. -?Głodny?
-?Jak wilk.
-?Usiądź. Tosty zaraz będą gotowe.
Na stole stał już kubek z zaparzoną kawą. Upił łyk i przez chwilę
obserwował krzątającą się w kuchni Julkę. Jej ruchy były nienaturalne,
jakby nerwowe. Ton głosu też wydawał się bardziej szorstki niż
zazwyczaj. Domyślał się dlaczego, ale nie zamierzał zaczynać tego
tematu, bo w jego ocenie było to tak głupie, że aż śmieszne. Tak
naprawdę zorientował się już poprzedniego wieczoru. Julka lubiła się
ostro pieprzyć, ale wczoraj zachowywała się tak, jakby chciała urwać mu
przyrodzenie. Nawet mu się podobało, choć momentami balansowali na
granicy bólu, który nie sprawiał mu już przyjemności. Nie wygadała się
jednak. Po wszystkim obejrzeli kolejny odcinek Wikingów i poszli spać.
-?Jakie masz dziś plany? -?zapytała, gdy postawiła talerze na stole.
-?Najpierw jadę do fabryki, a potem zobaczymy -?odparł, wgryzając się w tost.
-?Może tym razem będziecie mieli więcej szczęścia...
Znów wydało mu się, że położyła nienaturalny nacisk na słowo
"będziecie". Nie skomentował tego, bo uznał, że być może jednak
przesadza i doszukuje się rzeczy, których nie ma. Ale szczęście by się
przydało -?pomyślał. Poprzedniego dnia nie udało im się spotkać ani z profesorem, ani z właścicielem knajpy, w której zjadł z Jagną obiad.
"Szefa nie ma -?oznajmił kelner. -?Dziś rano wyjechał z synem na ryby i ma wrócić dopiero późnym wieczorem".
Uznali, że aż tak bardzo się nie pali, aby nachodzić go po nocy, więc
zostawili swoje wizytówki i uprzedzili, że spróbują nawiązać kontakt
następnego dnia. Brudny odwiózł Witos do współpracującego z komendą
hotelu "Pod Dębem" i wrócił do domu, gdzie przejrzał listę od Julki, ale
już nie poruszał sprawy śledztwa.
Teraz, gdy wcisnął do ust ostatni kawałek tostu, znów poszukał jej
wzrokiem. Wydruk leżał na półce oddzielającej kuchnię od salonu. Chwycił
go i od razu koszmarnie upaćkał. Julka posłała mu pełne politowania
spojrzenie i wręczyła chusteczkę. Wytarł tłuste paluchy i brodę.
-?Ta twoja lista jest całkiem interesująca -?powiedział, sięgając po
kubek z kawą. Poszukał wzrokiem popielniczki.
-?Wystawiłam ją na taras.
-?Dlaczego?
-?Ostatnio fajki, a zwłaszcza pozostawione w popielniczce kiepy,
strasznie mi cuchną. -?Skrzywiła się z niesmakiem. -?Chyba pod twoją
nieobecność odzwyczaiłam się od smrodu papierochów.
-?A te twoje to niby nie śmierdzą?
-?Na pewno mniej.
-?A ja ci powiem, że jednak śmierdzą. Wiesz czym?
-?No...
-?Pierdami.
Julka przez chwilę próbowała się powtrzymać, ale w końcu wybuchnęła
śmiechem. Jej IQOS czasem rzeczywiście wydawał z siebie niecodzienne
zapachy. Nie wiedziała, od czego to zależy, ale zdarzało się, że przy
uruchamianiu zajeżdżał schodzonymi skarpetami albo właśnie czymś, co
mogło się kojarzyć z bąkami.
-?No dobra -?przyznała mu rację. -?Ale już chyba wolę pierdy, które da
się wywietrzyć w kilka sekund, niż ten wsiąkający we wszystko dym. Nawet
nie zauważyłeś, że wymieniłam firanki, na które już nie mogłam patrzyć.
Brudny zerknął na okno. Firanki rzeczywiście były inne.
-?Uprałam też narożnik, fotele, koce i kupiłam nowe poszewki na jaśki.
Te pochłaniacze brzydkich zapachów również nie stoją tu dla ozdoby. -
Wskazała na kilka obłych urządzeń na półkach i parapetach.
-?No właśnie miałem o nie pytać. Myślałem, że to jakieś rozpylacze
zapachów.
-?Odświeżacze stoją tam, tam i tam. -?Wskazała na dekoracyjne szklane
buteleczki z powciskanymi w nie patyczkami. -?Miałam pół roku, żeby się
ponudzić. Nie wiem, czy widziałeś, ale naprawiłam też zacinające się
drzwi szafy, wymieniłam uszczelkę w przeciekającym kranie, pomalowałam
ściany w sypialni i polakierowałam z zewnątrz drewutnię.
-?Kran i drewutnię widziałem -?obruszył się, trochę zbyt teatralnie. Za
drewutnię rzeczywiście chciał ją pochwalić, ale jakoś nie było okazji.
Przemalowanie ścian z białego na biały mu jednak umknęło.
-?Wszystko to zrobiłam tymi oto ręcami. -?Julka wystawiła dłonie w jego
kierunku i zamachała palcami. -?Całuj je, całuj, bo takiej kobiety nie
znajdziesz nigdzie indziej na świecie.
-?To prawda -?przyznał Brudny, po czym nachylił się nad stołem i z pietyzmem wycałował każdy palec z osobna.
-?No -?mruknęła Julka z zadowoleniem. -?A od dziś to palimy papierochy
albo na dworze, albo w garażu. Jak chcesz, mogę ci towarzyszyć, aby nie
śmierdziało ci w salonie pierdami.
Nieco napięta atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Pocałowali się nad
stołem, a potem Brudny podniósł się z krzesła i namierzywszy na komodzie
paczkę papierosów, chwycił ją i ruszył w kierunku wyjścia na taras. Gdy
otworzył drzwi balkonowe, a zacinające krople deszczu zrosiły mu włosy
na klatce piersiowej, zamknął je i posławszy Julce wymowne spojrzenie,
udał się do garażu.
Do komendy dotarł o ósmej trzydzieści. Wszedł do biura, które od wczoraj
dzielił z Julką i Mściwojem Kruszwicą, po czym w pierwszej kolejności
odwinął z folii kanapkę z jajkiem i majonezem i włączył przypadły mu w udziale komputer. Miał pół godziny, aby trochę ogarnąć system, rozeznać
się w folderach, ustawić hasła i poukładać wszystko pod siebie, więc
zmusił się, aby skupić się na tym nudnym zadaniu. Zanim się obejrzał,
usłyszał pukanie do drzwi. Chwilę później w progu stanęła Jagna Witos. W rękach trzymała dwie kawy na wynos.
-?Wzięłam panu czarną, bo chyba taką pan pije -?powiedziała, uśmiechając
się od ucha do ucha. Miała na sobie obcisłe dżinsy, wciśniętą za pasek
koszulę, a na nogach lśniące skórzane botki. Głowę nakryła skórzanym
kaszkietem, który o dziwo pasował jak ulał.
Igor pomyślał, że dziewczyna naprawdę potrafi wnieść do pokoju trochę
słońca.
-?Może skończmy już z tym panowaniem -?zasugerował, gdy odebrał od niej
papierowy kubek. Odchylił się w obrotowym krześle.
-?No tak, jakoś wczoraj nie byłam pewna, jak się do... ciebie zwracać.
-?Czasem bywam szorstki w obyciu. Mów mi Igor.
Podali sobie ręce. Witos nieznacznie dygnęła i znów szeroko się
uśmiechnęła.
-?A ja jestem Jagna. -?Witos oparła się pośladkami o biurko Kruszwicy. -
Dla przyjaciół Jaga. Wiesz, jak Baba Jaga z bajki o Jasiu i Małgosi.
-?Ale na dzieci nie polujesz... -?Brudny uniósł lewą brew.
-?Tylko na te bardzo niegrzeczne -?odparła, puszczając do niego oko.
-?No dobra. -?Westchnął. -?Trzymam koleżankę za słowo.
Wskazał jej miejsce, a sam zasiadł z powrotem do klawiatury. Nie
zamierzał się z nią zbytnio spoufalać, bo rzadko spoufalał się z kimkolwiek, i dla Witos nie chciał robić wyjątku. Co prawda babka
wydawała mu się konkretna, ale jednak trochę naiwna i momentami zbyt
nachalna. Poprzedniego dnia w knajpie musiał ją stopować, bo gadała jak
najęta i po pewnym czasie zaczęła działać mu na nerwy. Między i nnymi
dlatego tamtego popołudnia przez cały czas zwracał się do niej
oficjalnie. Dziś jednak dziwnie szybko uległ jej urokowi i pomyślał, że
chyba niepotrzebnie. Postanowił, że poszło jej zbyt łatwo i aby nie
odebrała tego gestu w opaczny sposób, wyśle ją dziś z powrotem do tej
knajpy, a sam spróbuje namierzyć Hienę. Plan, zanim jeszcze zdążył na
dobre wykiełkować, spalił jednak na panewce w momencie, gdy odezwał się
jego smartfon. Brudny odebrał i zamienił z rozmówcą kilka zdań. Spojrzał
na nie do końca wiedzącą co ze sobą począć aspirantkę.
-?Szef nas woła -?oznajmił i wstał z krzesła.
-?O! -?Witos aż podskoczyła. -?Czyli będzie co robić.
-?To się jeszcze okaże. Wiem tyle, że otrzymał odpowiedź z Egiptu i chce
nas widzieć.
* * *
Czarnecki zaprosił ich do kącika gabinetu, w którym umieszczono
niewielki narożnik i dwa fotele. Na ławie stał talerzyk z ciasteczkami w kształcie zwierzątek oraz drugi z pokrojonymi waflami na wagę.
Sekretarkę poprosił o kawę tylko dla siebie, bo Brudny i Witos przyszli
ze swoimi.
-?Jak się macie? -?zapytał.
-?W porządku -?odparł Igor, a Jagna potwierdziła.
-?Bardzo mnie to cieszy. -?Czarnecki wskazał gestem talerzyki ze
słodkościami. Chwilę później jedno z naczyń stało się lżejsze o dwa
wafelki. -?Zatem poprosiłem was, bo chcę poinformować, że strona egipska
potwierdziła gotowość do współpracy. Szybko się uwinęli, więc
najwyraźniej im zależy. Najbliższy lot z Poznania do Hurghady jest jutro
o godzinie piątej trzydzieści pięć rano. Ktoś was zawiezie.
-?Pojadę swoim -?powiedział Brudny.
-?Jak chcesz. Powrotnego biletu na razie nie rezerwujemy. W tej sprawie
będę czekał na wieści od was.
-?Gdzie będziemy nocować?
-?Strona egipska ma do wieczora przesłać namiary, ale z tego, co wiem,
to chcą was zakwaterować w okolicach komendy. W każdym razie na luksusy
nie liczcie.
-?To tuż przy lotnisku -?odezwała się Witos. -?Domyślam się, że w dzielnicy Kawther, pomiędzy dzielnicami Sakkala i hotelową Village Road.
Nie jest tam tak źle.
-?Jest pani przygotowana, aspirantko Witos -?zauważył Czarnecki.
-?Po prostu trochę znam te tereny. -?Jagna delikatnie się zarumieniła.
-?Znajomość terenu na pewno się przyda. Rozumiem, że oboje macie ważne
paszporty.
Brudny i Witos skinęli, jakby to pytanie było nie na miejscu.
-?Kto jest naszym kontaktem w Egipcie? -?zapytał Igor, upijając łyk
kawy.
-?Kapitan Mohamed Abdel Hassan. Od początku zajmuje się sprawą
odnalezionych zwłok. Tu macie zdjęcie i kilka podstawowych informacji na
jego temat. -?Czarnecki przekazał podwładnym dwie chude teczki. -?Nie ma
tego wiele, bo Egipcjanie nie są skorzy do dzielenia się informacjami o swoich ludziach. Przynajmniej z obcokrajowcami. Załączyłem też mapę
Hurghady z kilkoma kluczowymi lokalizacjami jak komenda, prosektorium
czy miejsce odnalezienia zwłok oraz biuletyn informacyjny dotyczący paru
faktów na temat kraju i różnic kulturowych, jakie możecie napotkać.
-?Kto odbierze nas z lotniska?
-?Kapitan Hassan ma to zrobić osobiście. Strona egipska prosi również o absolutną dyskrecję. Sprawa została tam utajniona, aby nie budzić
niezdrowego zainteresowania, zwłaszcza wśród przyjezdnych. Nikt tam nie
chce rozgłosu, bo jakikolwiek przeciek mógłby wywołać nieprzewidziane
skutki w ruchu turystycznym, a ta gałąź gospodarki odpowiada za blisko
trzydzieści procent PKB.
-?To prawda -?zgodziła się Witos. -?Ostatnie ataki rekinów wystarczająco
zachwiały pozycją branży.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki