Żandarm szarpnął Jana Paderewskiego i przywiązał do konia.
- Zostaw! - Chłopiec podbiegł do oprawcy i rzucił się na niego. Malutkie zaciśnięte piąstki waliły na oślep. - Czego chcecie od mojego tatusia? Zostawcie go!
Żandarm roześmiał się drwiąco i odpędzał Ignasia jak natrętną muchę. Ten jednak nie pozwalał się zbyć. Naraz poczuł na plecach piekący ból. Bicz okręcił się wokół drobnego czteroletniego ciałka, raniąc je bezlitośnie. Malec nie zapłakał. Wyprostował się dumnie i spojrzał na żandarma z bezgraniczną pogardą. Świszczący odgłos rzemienia przeciął powietrze jeszcze raz. Chłopiec skulił ramionka. Końcówka bicza dosięgnęła policzka i głowy. Po złotordzawych bujnych lokach spłynęła krew.
- Bądź dzielny, synku. Ojczyzna nas potrzebuje - usłyszał krzepiące słowa ojca. Jan Paderewski z bezsilnej złości zacisnął zakute w kajdany pięści, lecz szepnął łagodnie: - Ignasiu, kocham cię. Bez względu na wszystko, nie rozpaczaj.
Pozostali żandarmi wypadli z domu, dźwigając ze sobą pełne torby jedzenia, odzieży i czego się dało. Wskoczyli na konie i ruszyli, ciągnąc za sobą więźnia. Ignasiowi serce zawyło z rozpaczy. Jasne ubranko przesiąkło krwią. Plecy piekły niemiłosiernie.
Naraz wszystko ucichło. Chłopiec stał oszołomiony. Przetarł czoło. Zdziwiony, dostrzegł, że dłonie ma umazane krwią.
Niespiesznym krokiem na środek podwórka wyszedł kogut i rozdarł się na całą okolicę: "Kukuryyyyyku!". Zatrzepotał skrzydłami, po czym jak gdyby nigdy nic zabrał się żwawo do skubania trawy.
Drzwi drewnianej komórki zaskrzypiały przeciągle. Chłopiec spojrzał w tamtą stronę. Stała w nich Antosia. Trzęsła się jak w febrze. W drżących dłoniach trzymała jajka. Jedno z nich pękło i żółta maź spływała jej między palcami.
- Zbierałam jajka. - Chlipnęła. - Chciałam, chciałam... zrobić śniadanie. - Naraz załkała na cały głos: - Ignasiu, zabrali tatusia.
Chłopiec podbiegł do siostry. Objął ją drobnymi rączkami.
- Ciii, Antosiu, bądź dzielna.
- I co z nami będzie? - Dziewczynka rękawem sweterka wycierała łzy. Jajka wypadły jej z rąk i wszystkie się rozbiły. Jak na komendę przyleciały kury i zabrały się do wydziobywania zdobyczy.
- Ciiii, nie płacz, siostrzyczko. Tatuś powiedział, że mamy być dzielni, bo Polska nas potrzebuje.
Dzieci przytuliły się do siebie. Sześcioletnią Antosią wstrząsały dreszcze.