Prolog
Dawno, dawno temu... - mówiła Cindy, pulchna
i rumiana dziesięciolatka ze złotymi włosami związanymi w kucyk,
czekając na werandzie. Brodę wspierała na kolanie opatrzonym plastrem z emoji w kształcie uśmiechniętej kupy, który zakrywał wyjątkowo paskudny
strupek. - ...pewna dziewczyna czekała na swego księcia z bajki, który
niósł jej bezcenny skarb. Wciąż się nie pojawiał, a jedyną pociechą
Cindy była myśl, że jeśli luby się spóźni, ona dostanie za darmo pizzę
zgodnie ze złotą zasadą restauracji Marco: Na czas albo nie płacisz.
Cindy miała wiele marzeń, a na szczycie tej listy plasowała się
nadzieja, że pewnego dnia ta magiczna zasada w końcu się ziści i los
obdarzy ją darmową pizzą. Już parę razy była bliska triumfu, ale jak
dotąd zawsze musiała obejść się smakiem.
Biała toyota yaris oblepiona naklejkami głoszącymi takie hasła jak JEZUS
NADCHODZI (WYGLĄDAJ, JAKBYŚ COŚ ROBIŁ) i MOJA DRUGA FURA TO TARDIS
zatrzymał się gwałtownie z jękiem hamulców, a ze środka wyskoczył
szczupły nastolatek w wyblakłej koszulce z logiem restauracji Marco i pudełkiem z pizzą w dłoni.
- No, nareszcie! - rzuciła Cindy, zrywając się na nogi. - Mało zabrakło,
żebyś wisiał mi darmową pizzę, Blake!
Na dźwięk swojego imienia chłopak potknął się o kamień i omal nie
upuścił pudełka.
Cindy aż się wzdrygnęła na myśl o swojej pizzy plaskającej na chodnik
sosem do dołu.
- Zdążyłem? - zipnął Blake.
Cindy zerknęła na komórkę i podniosła ją tak, żeby pokazać mu ekran.
- Ledwo - odparła, przekazując mu nowiutką dwudziestodolarówkę od taty.
Blake pokręcił głową.
- Któregoś dnia dostaniesz swoją darmową pizzę, Cindy.
Policzki dziewczynki oblały się rumieńcem. Zapamiętał jej imię.
Przystojny, sporo starszy chłopak znał jej imię. A darmowa pizza? Cóż,
kiedyś się doczeka. To przeznaczenie. Dobrą pizzę miała zapisaną w gwiazdach.
Stała tak z ciepłym pudełkiem w dłoniach, odprowadzając wzrokiem auto
Blake'a, aż zniknęło za zamglonym horyzontem Burbank, dzielnicy Los
Angeles. Pobiegła do domu.
- Tato! Pizza!
W tym domu wyznawano tylko jedną religię: Pizzowe Czwartki. Cindy i jej
tata jedli teraz w salonie prosto z pudełka. Ich trzynastoletni szpic
miniaturowy Mac dreptał wokół stolika kawowego, posapując z nadzieją, że
skapnie mu kawałek pepperoni.
Mac był o trzy lata starszy od Cindy i jakimś cudem przeżył każde
możliwe psie schorzenie, aż jej ojciec Simon zaczął żartować, że ten
pies przeżyje i jego. Mac był prezentem na zgodę, który tata Cindy
podarował jej mamie po kłótni na temat posiadania dzieci. Ilene, mama
dziewczynki, była na nie gotowa, a tata wręcz przeciwnie. Ale pies, jak
się okazało, wcale nie był najlepszym prezentem dla żony, której zaczął
właśnie tykać zegar biologiczny. Simon odkrył swój błąd, gdy pewnego
dnia Mac pożarł jego ulubione buty, a potem wymagał kosztownego zabiegu
usunięcia ich przeżutych kawałków z jelit. Dziecko przynajmniej było
mniej łase na buty.
Dwa poronienia i trzy lata prób, aż w końcu doczekali się swojego cudu.
Cindy Eleanor Woods. Nawet Jego Wysokość Mac powitał ją z otwartymi
łapami. To było nam pisane, stwierdził Simon, gdy Ilene po raz pierwszy
wzięła córeczkę w ramiona. I mimo długich lat pełnych rozczarowań i bólu
żona musiała przyznać mu rację.
Cindy uwielbiała tę historię. Wiedziała, że dla ojca wspomnienia o matce
były z wielu względów bolesne, lecz sama kochała słuchać o mamie
wszystkich opowieści, które nie należały do niej, czy to dlatego, że
wydarzyły się, kiedy była za mała, aby je pamiętać, czy też dlatego, że
w ogóle nie było jej jeszcze na świecie. Takie historie były jak skarby,
które czekały na odkrycie. Dawały poczucie, jakby jej mama wciąż żyła w jakiejś rzeczywistości, w której tworzyła nowe bezcenne wspomnienia.
- Cindy, słonko - odezwał się tata, podając jej serwetkę. - Chciałbym
porozmawiać o czymś ważnym.
- Okej - odpowiedziała niepewnie. Kiedy dorośli tak mówili, zawsze mieli
na myśli coś smutnego.
- Po pierwsze, chcę, żebyś wiedziała, że bardzo cię kocham. - Simon
pokręcił głową i zaśmiał się pod nosem. - Gdyby twoja mama tutaj była,
powiedziałaby, że gadam, jakbym się urwałz Ulicy Sezamkowej.
Cindy zaczęła wiercić się niespokojnie i posłała mu markotny, ale
zachęcający uśmiech, którym prosiła go, żeby wreszcie to z siebie
wyrzucił.
- Kocham nas - ciągnął. - Kocham życie, które sobie zbudowaliśmy, nawet
jeśli nie wygląda tak, jak kiedyś je sobie wyobrażałem. I nie chcę,
żebyś pomyślała, że w ten sposób próbuję zastąpić jakoś nasze życie...
albo mamę. Nikt nie mógłby jej zastąpić. Wiem to aż za dobrze.
- Tato, po prostu to powiedz. Już dobrze. Powiedz, błagam - poprosiła,
przypominając sobie strach, który czuła, gdy doszczętnie zdruzgotany nie
mógł zebrać się, by powiedzieć jej o śmierci mamy. Wiedziała, że mamy
już nie było, i chciała, aby ta wiadomość spadła na nią jak najszybciej.
Chciała ją zerwać jak plaster.
- Spotkałem kogoś. Kogoś, kogo bardzo lubię.
Cindy pokiwała głową, podsuwając Macowi ogryziony brzeg pizzy, ale pies
natychmiast go wypluł, gdy zorientował się, że to nie pepperoni.
- Co to znaczy spotkałeś? Że tak w sklepie?
- Nie... Umawiam się z kimś. Chodzimy ze sobą. Na poważnie. - Simon
zaśmiał się, czym zaskoczył nawet siebie. - Ona ma dwie córki mniej
więcej w twoim wieku. Wydaje mi się, że naprawdę się polubicie. Jeśli...
Jeśli wszystko potoczy się jak trzeba, będziesz miała siostry, o których
marzyłaś.
W brzuchu Cindy pęczniała niepewność. Rzeczywiście, od zawsze marzyła o siostrze lub dwóch, ale to było dawniej, gdy żyła mama i marzenie dało
się spełnić.
- Pomyślałem, że moglibyśmy niedługo zjeść razem obiad, żeby się poznać
- powiedział tata.
- Tutaj? - spytała Cindy, zerkając w stronę kuchni, wciąż pełnej
wspomnień o rodzicach, gdy razem gotowali, kłócili się, tańczyli i robili te wszystkie rzeczy, które czynią z domu prawdziwy dom.
- No, nie - odparł, podążając za jej spojrzeniem. - Nie, jeśli tego nie
chcesz. Możemy zacząć od bardziej neutralnego miejsca. Może ten lokal z minigolfem i foodtruckiem, w którym serwują pyszne tacosy?
Cindy skinęła głową. Te wszystkie straszne doświadczenia sprawiły, że
tata stał się dla niej oparciem. Zawsze mogła na niego liczyć.
Wiedziała, że on też zasługiwał, by mieć kogoś, na kim mógłby się
oprzeć, ale myśl, że miałby zacząć być z kimś innym... przytulać, całować,
śmiać się, iść dalej... Wszystko to oznaczało jedno: jej mamy naprawdę już
nie było.
- Zaczniemy powoli - obiecał, z jej zmarszczonych brwi wyczytując
wahanie i niepokój. - I niezależnie od wszystkiego zawsze będziemy mieć
siebie nawzajem. Wszyscy inni, którzy pojawią się w naszym życiu, to
tylko wisienka na torcie.
Cindy się uśmiechnęła.
- To fajne. Wisienka na torcie. - Mimowolnie zaczęła wyobrażać sobie
swoje nowe potencjalne siostry. Czy były ładne? Mądre? Szczupłe?
Zabawne? Złośliwe? Cindy zerknęła na swój wystający brzuch i piżamę z niedopasowaną do spodni górą. Czy ją polubią? Prowadziła raczej
samotnicze życie. Miała to zapisane w swoich genach jedynaczki.
Simon rozsiadł się w fotelu z wyświechtaną książką w cienkiej okładce i Makiem na kolanach, zostawiając Cindy pilot od telewizora. Skakała po
kanałach, aż jej uwagę przykuł tłumek pięknych kobiet. Program
przypominał konkurs piękności, ale kobiety nie stały na scenie.
Znajdowały się przed ogromną posiadłością, która przypominała bardziej
pałac niż dom. Zachwycające szerokie schody prowadziły do imponujących
drzwi wejściowych z wieżyczkami po obu stronach.
Każda z kandydatek miała na sobie oszałamiającą suknię wieczorową i idealnie dopasowane szpilki, w których ich nogi wyglądały, jakby nie
miały końca. Wśród falban błyszczały buty wysadzane kryształkami -
niektóre wiązane paskami, które wiły się wokół kostek jak w baletkach, a inne stonowane i eleganckie niczym sportowe auta.
Mężczyzna o kręconych czarnych włosach, ubrany w elegancki garnitur
stanął naprzeciwko kobiet i zwrócił się do kamery.
- Dobry wieczór. Przed państwem wielka premiera "Zanim wybije północ".
Jestem Chad Winkle, gospodarz programu. Mam zaszczyt przedstawić wam
rewolucyjny eksperyment społeczny pomysłu awangardowej producentki Eriki
Tremaine.
Simon podniósł wzrok na telewizor.
- Dwadzieścia cztery kobiety i jeden kawaler do wzięcia - ciągnął Chad.
- Czy odnajdą miłość, zanim zegar wybije północ? Zostańcie z nami.
Znowu ujęcie na lśniącą tęczę kreacji i butów, a Cindy aż sapnęła,
oczarowana tym widokiem.
- Rany, te wszystkie buty...
Simon z zakłopotaną miną odłożył książkę.
- Jak one w nich chodzą? Niektóre wyglądają, jakby przywiązały sobie
noże do stóp.
- Są piękne.
Simon zachichotał.
- Nie tak piękne, jak ty.
Cindy wykrzywiła usta z teatralną odrazą, ale jej zaczerwienione
policzki zdradzały prawdę.
- Fuj, tato. Chodziło mi o buty.
- Kiedy poznałem twoją mamę, miała szafę pełną butów, w których w ogóle
nie chodziła - powiedział. - Po prostu lubiła je mieć.
- Co? - zdziwiła się Cindy. - O czym ty mówisz? Jedyne eleganckie buty,
które miała mama, to niebieskie trzewiczki z waszego wesela.
Miała na myśli satynowe buty na obcasach z ostrymi noskami. Mama na ślub
zafarbowała je na prześliczny odcień głębokiego lazuru, który po paru
latach wypłowiał do bladego błękitu. Cindy trzymała je pod łóżkiem w oryginalnym pudełku razem z sekretnikiem mamy dla bezpieczeństwa ukrytym
w jednym z nosków.
- Miała je na sobie w drodze do ołtarza, ale wyskoczyła z nich, gdy
tylko rozpoczęła się ceremonia. - Simon uśmiechnął się szeroko. - Twoja
babcia była bardzo niezadowolona.
Cindy niewiele wiedziała o swoich dziadkach prócz tego, że ci od strony
mamy byli nadęci i uważali, że Simon pozbawił ich córkę szans na wygodne
i dostatnie życie, na które zasługiwała.
- Ale miała też sporo eleganckich butów do pracy, pochowanych w różnych
zakamarkach.
Cindy ponownie odwróciła się do telewizora.
- Gdyby wolno mi było chodzić na obcasach, wkładałabym je codziennie,
nawet gdybym miała je nosić na rękach.
Simon parsknął śmiechem.
- W takim razie dobrze, że ci nie wolno.
- Któregoś dnia... - mruknęła Cindy wpatrzona we wdzięczące się z ekranu
zachwycające kobiety. - Któregoś dnia.
Rozdział pierwszy
Dobra, czekaj - mówię. - Tym razem ja
usiądę na walizce, a ty spróbujesz ją zamknąć. W końcu jestem od ciebie
znacznie cięższa.
Sierra, cała zasapana, wyciąga do mnie rękę, a ja pomagam jej wstać.
- Cin, już trzy razy dygałyśmy na pocztę, żeby odesłać twoje buty do
domu. Nie bij posłańca, ale... może powinnaś się z częścią...
- Cii! Nie wypowiadaj tego na głos! - Siadam na walizce, wydymając usta
z żalu. - Czy to zbrodnia mieć fioła na punkcie butów? - pytam.
Zdaję sobie sprawę, że mówię jak niepoprawna materialistka, ale każda
para łączy się z konkretnym wspomnieniem. Para, na którą tyle
oszczędzałam. Para, którą kupiłam na randkę. Na wesele. Na pogrzeb... I kilka par, które sama zaprojektowałam. Buty to dla mnie coś więcej niż
obsesja. To sens mojego zawodowego życia. A przynajmniej tak sądziłam do
niedawna.
Sierra przykuca, żeby pomajstrować przy klamrach, po czym spogląda na
mnie spod zmarszczonych gęstych brwi.
- Jaka diagnoza, pani doktor? - pytam.
- Trzy pary - odpowiada. - Jeśli pożegnasz się z trzema parami, możesz
jeszcze zdążyć na samolot. I zanim piśniesz mi tu o kolejnym locie,
zaznaczę, że nie stać cię na opłatę za zmianę biletu.
Na słowa "stać cię" i "opłata" prostuję się jak struna.
- No dobra, już dobra.
Wstaję i otwieram walizkę, czule muskając palcami wszystkie szpilki,
trampki i koturny. Każdy pasek, wstążkę, ćwiek i kamyk. W każdym z tych
butów kryje się jakaś historia. W końcu nie wparadowałam tak po prostu
do Saksa1 i nie kupiłam pierwszej pary od Manolo Blahnika w regularnej cenie.
Lata zajęło mi przeczesywania piwnic, eBaya, Poshmarka, a nawet
craigslist w poszukiwaniu wszystkiego od Steve'a Maddena, przez LuMac po
Gucciego. A niektóre pary są nawet cenniejsze. Niektóre są absolutnie
niepowtarzalne. Oryginalne Cindy Woodsy.
Podaję Sierrze czerwone lakierowane szpilki w kotki od Kate Spade.
- Zawsze podobały ci się najbardziej - mówię. - A mnie i tak przydałyby
się pół rozmiaru większe.
Przytula je do piersi, a w jej oczach pojawia się błysk.
- Och, nie mogłabym - wzdycha. - Ale i tak je wezmę.
Parskam śmiechem, ale pod powiekami pieką mnie łzy. Tata zmarł, gdy
byłam w ostatniej klasie liceum, a ja nie potrafiłam sobie wtedy
wyobrazić, jak mogłaby wyglądać moja przyszłość ani czy w ogóle czekała
mnie jakaś przyszłość, którą warto było sobie wyobrażać. Niemal
zrezygnowałam z przeprowadzki do Nowego Jorku i planowałam złapać jakieś
zajęcia w państwowym college'u w oczekiwaniu, aż wymyślę, co dalej.
Chciałam zostać w znajomym otoczeniu, w miejscu, które przypominało mi
tatę, ale w rodzinnym mieście została mi tylko macocha i przyszywane
siostry. Wtedy poznałam Sierrę, tę niesamowitą dziewczynę z wrodzonym
urokiem osobistym, która pochodzi z wielgachnej greckiej rodziny i dogada się absolutnie z każdym. Gdyby nie Sierra, nie poradziłabym sobie
w NYC. Nie wierzę w przeznaczenie, ale gdybym wierzyła, fakt, że to
Sierra była moją współlokatorką na pierwszym roku, byłby najbardziej
niezbitym dowodem na jego istnienie, jaki mogę sobie wyobrazić. Teraz,
tydzień po zakończeniu studiów, Sierra jest dla mnie jak siostra, i to
siostra, którą sama sobie wybrałam. Tata mówił, że rodzina, którą się
wybiera, jest równie ważna jak ta, w której się rodzisz. Gdyby po
czterech latach w Parsons School of Design uważała, że poza spotkaniem
Sierry nic dobrego mnie tam nie spotkało (a po koszmarze, jakim był mój
ostatni semestr, to nie jest dalekie od prawdy), i tak zdecydowałabym
się na te studia jeszcze raz.
Wciskam klapki Balenciagi i ulubione loafersy z Targetu2 (no
hej, nie trzymam się tylko najwyższej półki) do torby podręcznej i zamykam walizkę.
Mój telefon wibruje, gdy nadchodzi powiadomienie.
- Przyjechał mój Lyft. - Biorę głęboki oddech, próbując powstrzymać
cisnące się do oczu łzy. - No dobrze, nadszedł ten moment - mówię do
Sierry.
Przyciągam ją do siebie i mocno przytulam.
- Kocham cię, kocham cię, kocham cię - powtarzamy obie raz za razem.
- FaceTime codziennie - mówi.
- Dwa razy dziennie - obiecuję.
- I to nie jest na zawsze, prawda? - rzuca Sierra desperacko.
Sierra zostaje w Nowym Jorku. Jej staż przerodził się z fuchę na pół
etatu. Pracuje jako asystentka asystentki buyerki damskiej odzieży
sportowej w Macy's. A poza godzinami odbębnia dodatkowe zmiany jako
baristka, żeby jakoś związać koniec z końcem. Może szału nie ma, ale to
i tak znacznie więcej, niż ja zdołałam ogarnąć, kiedy wszystko nagle mi
się rozleciało i ledwo zaliczyłam ostatni rok.
W milczeniu kiwam głową wtuloną w jej ramię, wiedząc, że jeśli coś
powiem, nie zdołam powstrzymać płaczu.
- Potrzebujemy tylko chwili, by zaplanować nasze kolejne kroki.
Pamiętaj, niańczenie to krótki przystanek, żebyś odsapnęła i stanęła na
nogi. Tylko na jakiś czas.
- Na jakiś czas.
Pakuję do samochodu moje trzy walizki i torbę podręczną, wymieniamy
ostatnie płaczliwe pożegnanie. Wsiadam.
- Lotnisko JFK? - upewnia się kierowca, stukając w ekran jednego
telefonu, a drugi przyciskając ramieniem do policzka.
Unoszę kciuk do góry i ruszamy. Mam ochotę poprosić go, żeby zwolnił i pozwolił mi porządnie pożegnać się z tym miastem i wszystkimi moimi
miejscówkami.
Stacja pierwszej linii metra na Dwudziestej Ósmej ulicy. Mój spożywczak.
Kot rezydent w spożywczaku. Moja ulubiona knajpa z peruwiańskim
kurczakiem. Wiecznie migoczący telebim przed Madison Square Garden. Mój
ukochany koreański salon urody z najlepszymi na świecie maseczkami. Ale
wszystko to przemija rozmazaną smugą, podobnie jak ostatnie cztery lata,
i zanim zdążę się obejrzeć, z półgodzinnym zapasem docieram na lotnisko.
Biegnę jeszcze do kiosku, żeby kupić parę czasopism, ale w ofercie są
tylko przeróżne Kardashianki i Sabrina Parker, więc decyduję się jedynie
na małe kule śnieżne dla trojaczków i butelkę wody. Przed wyjściem kręci
się już stadko mężczyzn w luźnych spodniach i sportowych kurtkach, jakby
ktoś miał zwędzić im sprzed nosa miejsca w klasie biznes, jeśli nie
dopadną ich pierwsi.
Erica, moja macocha, wysłała mi wystarczającą sumę, żebym mogła sama
załapać się na pierwszą klasę. To miał być prezent na zakończenie
studiów, ale wykorzystałam te pieniądze na przewiezienie większości
mojej obuwniczej kolekcji na drugi koniec kraju. Erica pewnie
zapłaciłaby i za to, ale nie ma żadnego podręcznika, który wyłuszczałby
tajniki pielęgnacji relacji z macochą i strategie proszenia o pieniądze
po nagłej śmierci ojca.
Kiedy zmarł, sześć miesięcy mieszkałam z macochą i przyszywanymi
siostrami. Chociaż wprowadziliśmy się do niej, gdy pobrali się latem
przed moją dziewiątą klasą, przez pół roku po jego śmierci miałam
poczucie, jakby ktoś nagle wrzucił mnie w cudze życie. Erica i jej córki
Anna i Drew wiedziały, jak żyć bez taty. Ale ja... nie. Po tym, jak
wyjechałam na studia, Erica kupiła dom i rozpoczęła gruntowny remont,
który wreszcie ukończyła w zeszłym roku. Jedynym miejscem, które
stanowiło dla mnie namiastkę domu, było mieszkanie, z którego właśnie
się wyprowadziłam.
Dzwoni telefon, a ja spodziewam się, że to Sierra już sprawdza, jak
sobie radzę. Ale to nie ona.
- Hej - mówię.
- Kochanie - odzywa się Erica czule. - Żadnych przygód przy kontroli
bezpieczeństwa? Zarejestrowałyśmy cię do przepustki CLEAR. Ostatnio
kolejka do wstępnej kontroli TSA jest niemal zawsze dłuższa od kolejki
do kontroli bezpieczeństwa.
- Ale ja przecież naprawdę rzadko latam - mówię.
- Trojaczki zaraz wyjdą ze skóry, tak nie mogą się ciebie doczekać.
Uwierzysz, że latem skończą cztery lata? Poślę mojego kierowcę, żeby cię
odebrał.
- Mogę zamówić sobie Lyfta - protestuję, przedzierając się przez gromadę
nastolatków na szkolnej wycieczce. - Przepra... - Potykam się nagle i chwytam najbliższego podłokietnika.
Czyjaś dłoń łapie mnie za przedramię, pozwalając mi złapać równowagę, a gdy podnoszę wzrok, niemal siedzę na kolanach gościa, który mógłby być
dublerem księcia z bajki. Ciemne włosy i ciemnobrązowe oczy z plamkami
bursztynu. Oliwkowa cera. Nasze spojrzenia spotykają się, zastygają na
chwilę.
- Lyfta! - prycha Erica ze zgrozą. - Nowy parking dla taksówek na LAX to
prawdziwy horror. Nalegam...
- Słuchaj, Erica, wybacz, muszę kończyć.
Kiedy wstaję, policzki mi płoną i jestem czerwona jak burak.
- Strasznie przepraszam - zwracam się do Księcia z Bajki.
Uśmiecha się szeroko, a jego zęby są tak białe, że przysięgłabym, że to
zasługa Photoshopa, gdybym zobaczyła je na zdjęciu.
- Aaaa! - wydaje z siebie teatralny okrzyk. - Nie wchodź na lawę!
Marszczę czoło, próbując zrozumieć, o czym mówi.
Jego śnieżnobiały uśmiech blednie.
- No wiesz, lawa? Z dzieciństwa? Podłoga to lawa! Skacz z poduszki na
poduszkę!
- Aaaaa! No tak, racja... W dzieciństwie chyba za dużo czasu spędziłam z nosem w książkach.
- Ja też czytam - zarzeka się on natychmiast.
- Absolutnie nie zamierzałam sugerować, że nie czytasz - zapewniam,
próbując ratować sytuację.
- Zapraszamy na pokład grupę A! - Przez trzask głośników przebija się
głos pracownika lotniska.
Książę z Bajki wstaje i tak, oczywiście, do tego wszystkiego jest
jeszcze wysoki.
- To ja. Eee, przepraszam.
Odwracam się.
- Nie wdepnij w lawę! - wołam za nim, gdy wymija rząd siedzeń, przy
których zbierają się inni pasażerowie pierwszej klasy.
- Nie wdepnij w lawę? - powtarzam pod nosem.
Siedząca obok grupa nastolatków zaczyna chichotać.
- Niezła gadka - odzywa się białoskóra dziewczyna z gęstymi kasztanowymi
lokami związanymi w gładki kucyk.
- Daruj sobie, dobra? - odgryzam się, przepychając się alejką, żeby
poczekać na moją grupę. Natychmiast żałuję swojej reakcji. Jak
zgorzkniała stara panna! Złośliwe nastolatki i niezręczne spotkania z Księciem z Bajki. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają.
Rozdział drugi
Ledwo wchodzę na pokład samolotu, zaczynam
żałować, że zrezygnowałam z klasy biznes. Przesuwam się, kołysząc z boku
na bok, żeby biodrami przypadkiem nie zahaczyć o któregoś ze
szczęśliwców w pierwszej klasie delektujących się już mimozami i krwawymi mary. Docieram do mojego rzędu, a drobna starsza kobieta
podnosi się z fotela przy przejściu, gdy z cichym stęknięciem ładuję
torbę na półkę.
Na moim miejscu przy oknie siedzi król wszystkich ziomali - biały typek
w koszulce polo z postawionym kołnierzem i odblaskowymi okularami
przeciwsłonecznymi, z których teraz spogląda z nich na mnie własna
zawiedziona twarz. Po prostu cudownie.
- Przepraszam - mówię do Króla Elo - ale to moje miejsce. - Pokazuję mu
ekran telefonu, a na nim elektroniczny bilet.
Nawet nie drgnie.
- Nie szkodzi, słonko, i tak wszyscy lecimy w tym samym kierunku.
Czuję, jak zebrany za mną tłumek zaczyna tracić cierpliwość, podobnie
jak ja.
- Zgadza się - odpowiadam powoli i wyraźnie, jak pani przedszkolanka. -
Każdy na przypisanym sobie miejscu.
Gość burczy pod nosem, nerwowym ruchem podbija podłokietnik i opada na
właściwe miejsce pośrodku. Muszę przecisnąć się przed nim, co jest nie
lada wyczynem dla każdego, a tym bardziej dla dziewczyny plus size
podróżującej puszką sardynek.
Siadam i modlę się, żeby pas bezpieczeństwa był wystarczająco długi. Z samolotami to zawsze loteria. Czasem pasy są zupełnie w porządku, a innym razem mogłabym przysiąc, że ich projektanci brali pod uwagę
wyłącznie dzieci. Na szczęście tym razem mogę przypiąć się bezpiecznie
bez proszenia załogi o przedłużacz.
Zamykam oczy i wciskam ciało w ścianę samolotu. Kolejne sześć godzin
albo prześpię, albo udam, że to robię, bo nie zamierzam rozmawiać z tym
męskim rozkrokiem dłużej niż to konieczne.
Nie wiem, czy to za sprawą wyczerpania, czy determinacji, ale udaje mi
się przekimać pierwsze dwie godziny, a gdy w końcu wyglądam przez okno,
pod nami rozciągają się bezkresne równiny Środkowego Zachodu. Obudził
mnie Król Elo podnoszący się, żeby pójść do toalety.
Kobieta siedząca od przejścia zerka na mnie, gdy się nad nią przeciska.
Wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia.
Wykorzystuję chwilę wolności, by sięgnąć do mojej torby po słuchawki i sprawdzić ofertę multimedialną linii lotniczej.
- Hej! Przepraszam? - odzywa się znajomy głos.
Podnoszę wzrok, który ląduje na Księciu z Bajki wyciągającym do mnie
jeden z moich klapków Balenciagi. Zerka na kobietę siedzącą przy
przejściu.
- Przepraszam, że tak wiszę - mówi, po czym znów zwraca się do mnie: -
Zdaje się, że zgubiłaś to podczas naszej... małej kraksy.
Nie udaje mi się powstrzymać parsknięcia.
- Tak byś to nazwał?
Uśmiecha się.
- Oglądam dużo Masterpiece Theater, dobra?
- Och, serio? A preferujesz Downton Abbey czy też może Poldarka?
- Skoro pytasz, to dałbym się pociąć za Śmierć w Pemberley.
- Aha, czyli stara ciotka z ciebie.
Kobieta od przejścia posyła mi urażone spojrzenie.
- I nic w tym złego! - dodaję zbyt głośno i dziękuję losowi za nagły ryk
silników.
W tym momencie wraca Król Elo. Łypie na Księcia z Bajki, instynktownie
prostując ramiona i nadymając nozdrza. Faceci tacy jak on to gatunek, z którym nie mam najmniejszej ochoty zapoznawać się bliżej.
- Hej - mówi Książę.
Król wystawia brodę do przodu.
- Siema.
Książę wskazuje jego miejsce.
- Ty tu siedzisz?
Król odpowiada skinieniem głowy, a ja dziwię się, że nie wali się
pięściami w pierś, żeby oznaczyć swój teren.
- Byłbyś skłonny się zamienić? - Książę z Bajki pokazuje fotel kilka
rzędów dalej. - Tam od strony przejścia, dodatkowe miejsce na nogi.
Królu patrzy na mnie.
- Ten koleś cię niepokoi?
- Eee, nie - zapewniam, nie mogąc powstrzymać cichego prychnięcia.
Król znów łypie na Księcia.
A ten odpowiada rozbrajającym uśmiechem, który działa na absolutnie
każdą żywą istotę.
- Chciałbym tylko pogadać ze starą przyjaciółką. Wieki się nie
widzieliśmy.
Król parska śmiechem.
- No jak tak, to się wie, byczku! Psze... aszam - dodaje, przewieszając
się nad kobietą od przejścia. Rzuca mi ostatnie spojrzenie. - Wybacz,
mała, dodatkowe miejsce na nogi, sama rozumiesz!
No, tym "byczkiem" prawie mnie urzekł, ale musiał oczywiście wszystko
spaprać "małą".
Po szybkiej wymianie bagaży Książę siada koło mnie, a ja zamartwiam się
tym, że moje szerokie biodra naruszają jego osobistą przestrzeń.
- Mogę opuścić mój podłokietnik, jeśli chcesz - proponuję, już
wyobrażając sobie siniak, jaki zostawi na moim udzie.
- Nie ma potrzeby, dziękuję. - Książę z zamyśloną miną sięga między
własne nogi i zaczyna macać pod fotelem.
- Wszystko w porządku tam w dole? - pytam.
Na jego twarzy pojawia się przelotny grymas skrępowania.
- Eee... Sprawdzałem, czy mam kamizelkę ratunkową.
Nachylam się do niego.
- Ale wiesz, że lecimy wyłącznie nad lądem, co nie? - szepczę.
- Moglibyśmy rozbić się na jeziorze - odpowiada z powagą. - Albo rzece.
Wyjątkowo szerokiej rzece. Nigdy nie wiadomo.
Unoszę ręce pojednawczo.
- Absolutna racja.
- To wcale nie takie neurotyczne - rzuca defensywnie. - Chcę być tylko
przygotowany.
Szybko sprawdzam pod własnym fotelem.
- Zwarta i gotowa.
- Aha, jeśli myślisz, że odstawiam teatrzyk, to powinnaś zobaczyć mnie w helikopterze. Wolałbym leżeć na golasa w dole pełnym skorpionów.
- To... Interesująca wizja - przyznaję, nie mogąc zignorować ciepłych
rumieńców na policzkach, gdy myślę o tym, jak wyglądałby na golasa.
- Kto w ogóle z własnej woli lata helikopterami? Jeśli zepsuje się
śmigło, to mogiła.
- Są jak motocykle przestworzy - rzucam lekko żartobliwie.
- No właśnie! Dziękuję. Cóż, skoro już znasz mój największy lęk, wierzę,
że gdy przyjdzie czas, pomożesz mi z maską wypadającą z panelu nad
głową.
- Uroczyście przysięgam: upewnię się, że moja jest prawidłowo założona,
zanim pomogę w jej założeniu wszystkim siedzącym w pobliżu dzieciom, w tym tobie.
- Dzięki. - Błyska zębami w uśmiechu.
Czuję w piersi to radosne drżenie, które pojawia się wtedy, gdy
spotykamy kogoś o podobnym poczuciu humoru. To jak skakanie po stacjach
radiowych. Szum, szum, szum i nagle... klik! Ktoś nadaje na tych samych
falach.
Siedzimy tak przez kilka chwil w kompletnej ciszy, wpatrując się tępo w ekrany w zagłówkach. W końcu kobieta przy przejściu prycha, po czym
ponownie wkłada słuchawki i wraca do swojej krzyżówki.
- Dodatkowe miejsce na nogi? Tylko tyle? - zagaduję. - Wyglądasz mi na
gościa z pierwszej klasy. - I mówię to szczerze. Przeciągam wzrokiem po
jego bielutkiej koszulce, dopasowanych ciemnych jeansach, oliwkowej
bomberce i trampkach małej australijskiej marki, która na dniach podbije
świat.
- No, skoro pytasz, miałem bilet na pierwszą, ale przegapiłem lot i musiałem brać, co zostało.
Wydaję pełen współczucia jęk.
- No, przegapiony lot to koszmar.
Wzrusza ramionami.
- Nie jest tak źle.
Muszę zacisnąć usta, żeby powstrzymać je od wygięcia się w głupawym
uśmieszku.
- To co się stało? Korki? Kręcili ci serial pod domem? Jazda na JFK to
heroiczna przeprawa.
Parska śmiechem.
- Miałem wątpliwości co do samej podróży. Zastanawiałem się, czy jej nie
odłożyć albo w ogóle odwołać.
Wzdycham, opadając na oparcie fotela.
- Też wcale nie chciałam wyjeżdżać, ale na tę chwilę nie miałam innej
opcji.
Stuka w ekran w roztargnieniu, aż w końcu pokazuje logo "Zanim wybije
północ".
- Widziałaś to kiedyś?
- Raz czy dwa mi się zdarzyło - kłamię bezczelnie.
- Wiesz, słyszałem, że ci faceci przechodzą bardziej rygorystyczną
kontrolę przeszłości niż kandydaci na wiceprezydenta. - Przewija kilka
sezonów, aż trafia na ten z Tylerem Buchananem. - I wiem na sto procent,
że typ zostawił dziewczynę, którą wybrał, dla jednej z producentek
programu.
Muszę zacisnąć zęby, by nie powtórzyć jak papuga tego, co
odpowiedziałaby na to Erica: "Nie potwierdzam i nie zaprzeczam". Książę
z Bajki zna część prawdy. Tylerowi skradł serce producent, a nie
producentka.
- Poważnie? - mówię zamiast tego. - W sumie zastanawiam się, kto może
liczyć na to, że znajdzie prawdziwą miłość w takim programie, ale
przynajmniej głupota ich wszystkich dostarcza nam, widzom, sporo
rozrywki.
Uśmiecha się sztywno i wzdycha.
- Przynajmniej na coś się przydaje.
Głośny klekot oznajmia przybycie stewardessy pchającej wózek z napojami,
a Książę zamawia sobie whiskey.
- I to, co ona sobie zażyczy - dodaje.
Stewardessa praktycznie się do niego mizdrzy.
Unoszę pospiesznie rękę.
- Poproszę tylko piwo imbirowe.
- No co ty - obrusza się Książę.
- Hm, no dobra, to może szampana.
Stewardessa wypełnia mój plastikowy kubeczek po same brzegi. Szampan
jest wątpliwej jakości, ale przynajmniej go nie żałują. Stewardessa
przesuwa się do kolejnego rzędu, a mój Książę z Bajki unosi swój kubek.
- Za przegapione loty i transkontynentalne podróże, których możemy
wkrótce pożałować!
Śmieję się i stukam kubkiem w jego kubek.
- Za... to właśnie!
Przez resztę lotu siedzimy z słuchawkami na uszach. Ja decyduję się na
jakieś stare odcinki Biura, a on ogląda Terminatora 2. (To nie
stalking, jeśli siedzi się z kimś tyłek w tyłek w klasie ekonomicznej,
dobra?).
Po wylądowaniu niemal wszyscy zrywają się w momencie, gdy gaśnie sygnał
zapiąć pasy.
- Na świecie są dwa rodzaje ludzi - mówi Książę, chowając słuchawki do
torby. - Tacy, którzy wstają od razu, niezależnie od tego, jak daleko
mają do wyjścia, i tacy, którzy czekają w swoim fotelu jak cywilizowani
ludzie.
- O to, to! - wtóruję mu. - Nic mnie tak nie wkurza.
Zerkam przed siebie i dostrzegam Króla Elo przepychającego się do
przejścia.
- Chyba odkryliśmy, którym typem jest twój stary kumpel - odzywa się
Książę.
Gdy nadchodzi nasza kolej, podnosi się i pomaga wyjąć z półki bagaże
wszystkim, którzy tego potrzebują. Wystarcza mu jedno spojrzenie na
etykietę pasażerską w kształcie buta na wysokim obcasie, by wydedukować:
- To musi być twoje.
Śmieję się.
- No tak, kręcą mnie buty.
Ruszam przejściem do wyjścia, a gdy odwracam się, by sprawdzić, czy mój
kolega z bajki idzie za mną, widzę, że utknął i wciąż pomaga innym z bagażami. Z jednej strony bardzo mnie to ujmuje, ale z drugiej
mimowolnie zaczynam się zastanawiać, jak radzi sobie z wytyczaniem
granic w codziennym życiu.
Wychodzę na rękaw i rzucam się pędem do toalety, bo szampan nieubłaganie
dociera do końca swojej podróży przez moje ciało.
Po wyjściu z łazienki czekam kilka minut w nadziei, że jeszcze go
złapię. Nawet nie zapytałam go o imię. W końcu się poddaję i truchtam do
odbioru bagażu, gdzie rządek kierowców w garniturach stoi z iPadami
wyświetlającymi nazwiska ich pasażerów.
Wśród nich czeka na mnie wysoki łysy białoskóry mężczyzna w czarnym
garniturze i okularach przeciwsłonecznych. Na jego ekranie wyświetla się
napis: TREMAINE.
Jestem już bardzo blisko, gdy w końcu zwraca na mnie uwagę.
- Tremaine? - zagaduję.
- Aha, tak. Pani Tremaine? - upewnia się.
- Właściwie to Woods, ale może być Cindy - odpowiadam. - A pan to...?
- Bruce Anthony Colombo trzeci, ale może być Bruce.
- Miło cię poznać, Bruce. Nowy w zespole Eriki?
- Nowy to może nie. Ale świeżo na wyłączność.
W ciągu ostatnich czterech lat kariera Eriki wystrzeliła w kosmos, więc
nic dziwnego, że ma teraz własnego szofera.
- Mam wózek na walizki. - Bruce gestem pokazuje na taśmę bagażową. -
Możemy?
- Mogą nam się przydać takie dwa - rzucam skrępowana.
Stoimy i czekamy całe wieki. (Wskazówka dla nowicjuszy na LAX: Nigdy,
ale to przenigdy nie nadawajcie bagażu. Ja niestety nie miałam wyboru).
- Utknęłaś w bagażowym piekle, co?
Odwracam się i staję twarzą w twarz z Księciem z Bajki, nieco wymiętym
po długim locie i z włosami zmierzwionymi od ciągłego przeczesywania ich
palcami.
- Ty też? - pytam.
Pokazuje na swój bagaż podręczny.
- Czekam tylko na mojego kierowcę.
- Przepraszam - wtrąca Bruce. - Pani Cindy, wygląda na to, że jedna z pani walizek została uszkodzona w podróży. Jest cała poklejona taśmą i wydaje mi się, że powinniśmy pomówić z linią lotniczą. Wszędzie tacy
sami partacze. Nawet bagażu nie dowiozą na miejsce w jednym kawałku.
Cholera! Modlę się, by wszystkie buty były na swoim miejscu. Nie ma nic
gorszego od wybrakowanej pary.
- Och, no dobrze, tak. Zaraz się tym zajmę.
Książę chichocze.
- Czyli tak masz na imię. Cindy.
- Miałam zamiar się przedstawić - zapewniam.
- W każdym razie ja jestem Henry - odpowiada.
Bruce odchrząkuje.
- Wygląda na to, że kolejna walizka...
- Lepiej się tym zajmij - mówi Henry.
Kiwam głową.
- Tak, no to... miło było cię poznać, Ksią... Henry. Dzięki za uratowanie
mnie od lawy i najgorszego współpasażera świata.
Jego kolej na kiwnięcie głową.
- Nie wspominając o usłudze lokalizacji i dostawy zgubionych klapków.
- Nigdy ci tego nie zapomnę! - wołam przez ramię, ruszając za Bruce'em
do stanowiska obsługi klienta.
Rozdział trzeci
W tym mieście Ericę Tremaine kojarzy każdy.
Gdy byłam w dziesiątej klasie, magazyn "Hollywood Reporter" nazwał ją
nową królową reality show. Jej specjalnością (i prawdziwą kopalnią
złota) są programy randkowe. Pierwsze kroki stawiała na początku lat
dziewięćdziesiątych w programie randkowym na MTV, gdzie jedna osoba
jeździła taksówką po dużym mieście, jednocześnie odbywając ekspresowe
randki z pasażerami, których wiozła. Główni bohaterowie odbierali i podwozili kilkoro kandydatów, a na koniec wybierali osobę, którą
chcieliby poznać bliżej. Kariera Eriki nabrała rumieńców, gdy byłam w gimnazjum. To wtedy przedstawiła pomysł na pogram pod tytułem "Zanim
wybije północ". Teraz prowadzi całą franczyzę, w której poza jej złotym
dzieckiem jest też mnóstwo przeróżnych odszczepek.
Nie nazwałabym jej ciepłą ani nawet matczyną, ale mój tata szczerze
kochał ją i jej córki Drew i Annę, więc ja także je kocham. Nie za naszą
relację, bo na wiele sposobów wciąż są dla mnie trochę obce, ale za to,
co ta relacja symbolizuje - ostatnią żywą więź, która łączy mnie z tatą.
Bruce parkuje na półokrągłym podjeździe rozległej i całkowicie
odnowionej posiadłości w stylu mid-century modern w dzielnicy
Silverlake, a ja natychmiast dostrzegam jedno z trojaczków, które zerka
na mnie zza zasłony przez wielkie okno panoramiczne, zanim ktoś odciąga
je w głąb salonu.
- Eee, jedną chwileczkę... - mruczy Bruce, niezgrabnie sięgając po
telefon.
Zaglądam mu przez ramię i widzę, jak wystukuje wielkimi literami: PTAK
JEST W GNIEŹDZIE.
W końcu dodaję dwa do dwóch, a w oczach kręcą mi się łzy. Tak, jest mi
potwornie smutno, że musiałam zostawić Nowy Jork i moją wybraną rodzinę,
ale powrót do domu mimo wszystko trochę mnie wzrusza, nawet jeśli domem
jest teraz pokój gościnny w nowej wypasionej chacie Eriki, gdzie
spędziłam dotąd tylko kilka dni podczas przerwy świątecznej.
Bruce łapie moje spojrzenie w lusterku wewnętrznym.
- Pani Cindy, eee, wniosę pani walizki, jeśli chce pani już wejść.
Biorę moją torbę podręczną i zostawiam mu resztę bagaży. (Nie chciałabym
zepsuć wszystkim niespodzianki, którą dla mnie przygotowali, ani kazać
im czekać dłużej, niż to konieczne).
Przekręcam gałkę i odkrywam, że drzwi są otwarte.
- Hej, hej?! - wołam, a mój głos niesie się echem aż do salonu. - Jest
tu kto?
Zza jednego z foteli rozlega się cichutki chichot.
- Halooooooooo? - wołam dalej, wczuwając się w rolę.
- Niespodzianka! - wykrzykują trojaczki, wyskakując zza mebli z ręcznie
wykonanymi tabliczkami w małych rączkach.
- Cindy! - piszczą chórem Drew i Anna. Obie paradują korytarzem w najbardziej stylowych strojach do jogi, jakie widziałam. Drew ma na
sobie śnieżnobiały komplet z siateczkową aplikacją wzdłuż nogawek, a Anna paseczkowy zestaw w kolorze taupe tylko odrobinę ciemniejszy od
odcienia jej skóry. Obie są jak gazele, ich idealne jasnobrązowe włosy
mienią się złocistym połyskiem, a zwykle alabastrowa cera jest
ciemniejsza o kilka tonów dzięki samoopalaczowi, którego działanie
prezentowały w kręconym właśnie domowym filmiku instruktażowym.
- Ale szałowe wdzianka! - komplementuję, gdy przytulają mnie z obu
stron, a trojaczki atakują moje kolana.
- Podoba się? - pyta Drew.
- Dzięki, kochana - mówi Anna. - Kręciłyśmy dziś materiał na post
sponsorowany.
- Możemy na luzie załatwić ci taki komplet.
Anna teatralnie wciąga powietrze.
- O rany, totalnie powinnyśmy ogarnąć jakiś kolab we trzy. Ach! Jak
dobrze mieć cię w domu.
Gdyby Instagram był żywą istotą (a czasem mam wrażenie, że może tak
być), byłby Drew i Anną. Często są brane za bliźniaczki, ale w rzeczywistości dzieli je dziewięć miesięcy. Serio, jedynymi cechami, po
których da się je odróżnić, są pieprzyk na ramieniu Anny i pełniejsze
usta Drew. (Chociaż przed ostatnimi świętami Anna wstrzyknęła sobie
wypełniacze, po czym nawet Erica myliła ją z Drew). Obie skończyły
liceum rok przede mną. Potem przez pierwsze kilka miesięcy próbowały ze
studiami i dorywczymi pracami, aż w końcu założyły kanał na YouTubie,
który nazwały PrawieJakBliźniaczki, i od tamtego czasu zostały
influencerkami na pełen etat.
- Jak minął lot? - dopytuje Drew. - Orzeszki były na ciepło czy w temperaturze pokojowej?
- Poprosiłaś pilota o przypinkę ze skrzydłami? - pyta Gus, z rękoma
oplecionymi wokół mojej nogi i cienką otoczką z czekolady wokół ust.
- Ojej, kompletnie zapomniałam - odpowiadam.
- Przywiozłaś nam pamiątki z Nowego Jorku? - pyta przesłodka mała Mary.
- Tak się składa, że mogę mieć w torbie małą niespodziankę albo dwie -
mówię, dziękując sobie w duchu, że pomyślałam o kupieniu tych trzech
śnieżnych kul w kiosku przed wejściem do samolotu.
Jack odstawia triumfalny taniec i wymachuje piąstkami w powietrzu.
- Tak!
Moje serce drży, gdy oglądam ich radosne poruszenie. Trojaczki urodziła
matka zastępcza, którą Erica i tata wybrali wspólnie przed jego nagłą
śmiercią. Po długich namysłach Erica mimo wszystko zdecydowała się na tę
ciążę, a ja początkowo byłam na nią wściekła... Ale potem się urodziły, a ja miałam poczucie, jakbym odzyskała trzy okruszki taty. Jakbyśmy
wszystkie je odzyskały.
- Nie, słuchaj... - Erica wychodzi z kuchni z telefonem przyszpilonym
między uchem a ramieniem. Moja macocha wyglądałaby jak żyleta nawet w wyciągniętych dresach, ale zazwyczaj wybiera garnitury z szerokimi
nogawkami. Siwe włosy nosi przycięte w kanciastego, geometrycznego boba,
który idealnie podkreśla jej ostre kości policzkowe. Gdyby Anna Wintour
i Katherine Hepburn miały dziecko, nazywałoby się Erica Tremaine. -
Kurka! Przegapiłam niespodziankę? - Wzdycha i rzuca do telefonu: -
Wróćmy do tego później.
- Nic nie szkodzi! - zapewniam. Naprawdę nie oczekiwałam niczego
specjalnego.
Przywołuje mnie obiema rękoma, a ja kuśtykam do niej z Gusem wciąż
owiniętym wokół nogi.
- Moja kochana! - mówi, przytulając mnie mocno. Bardzo łatwo jest poddać
się jej czułości, więc pozwalam ciału do niej przylgnąć. - Nałożyłaś
maseczkę na ostatnie pół godziny przed lądowaniem, jak ci radziłam?
Powietrze w samolocie zawsze rujnuje mi cerę.
- Nie, ale porządnie nakremuję się dziś przed snem - obiecuję.
Puszcza mnie i robi krok do tyłu, by mi się przyjrzeć, a ja widzę, że
jej oczy lśnią od łez. Wiem, czemu. To samo widzę, kiedy patrzę w lustro: tata. Jego szczęka. Jego nos. Jego oczy. Ponoć mama mu
zazdrościła, że tak bardzo go przypominam, a jej wcale.
- Bardzo się cieszę, że wróciłaś do domu - szepcze w końcu Erica. - No
dobrze, zamówimy sobie sushi na wieczór! Anna? Drew? Lepiej, żebyście
nie miały dziś żadnych planów. Ogłaszam wieczór w gronie rodzinnym.
Anna coś stęka pod nosem, a ja mam wrażenie, że słyszę słowo "randka",
ale Drew kopie ją w kostkę.
Przywykłam do odwiedzin trwających tylko kilka dni z okazji różnych
świąt, więc nie wiem, czego spodziewać się po wspólnym codziennym życiu.
Czy rodzinne wieczory to teraz stały punkt programu? Nie było ich, gdy
wszystkie chodziłyśmy do liceum. Co więcej, pamiętam wiele sytuacji, gdy
tata gotował dla nas trzech, a talerz dla Eriki zostawiał w lodówce.
Nigdy nie narzekał z tego powodu. Wiedział, w co się pakuje, żeniąc się
z Ericą - nie miał co liczyć na częste rodzinne wieczory.
Bruce wtaszcza ostatnią walizkę, a Erica musi lecieć na spotkanie, ale
wcześniej wmanewrowuje Annę i Drew w pilnowanie trojaczków, a mnie każe
wziąć prysznic i uciąć sobie drzemkę.
Ku mojemu zaskoczeniu instaluje mnie w małym domku gościnnym przy
basenie na tyłach posiadłości. Twierdzi, że potrzebuję własnej
przestrzeni (przyznaję jej rację, choć w Nowym Jorku o takiej
przestrzeni mogłam tylko pomarzyć), a to przynajmniej zmotywowało ją,
żeby wyremontować ten domek wcześniej niż później.
To zdecydowany skok na kolejny poziom po gościnnym pokoju obok sypialni
trojaczków.
Po długim gorącym prysznicu padam na łóżko, żeby zadzwonić do Sierry.
Telefon dzwoni i dzwoni i już mam się poddać, gdy na ekranie w końcu
pojawia się jej twarz. Wydaje się prawie niemożliwe, że jeszcze tego
samego dnia widziałam ją na żywo. Tamten moment wydaje się odległy o lata świetlne. Różnica czasu między NYC i LA rozciągnęła mój dzień o dodatkowe trzy godziny.
- C! - woła, przekrzykując dudniący house'owy kawałek. - Jesteśmy u Grahama! Brakuje tu ciebie!
- Mnie też się tam brakuje - odpowiadam.
- Co? - Głośnik trzeszczy. - Nie słyszę!
- Napisz później! - wrzeszczę na cały głos w moim cichym pokoju.
- Sierra! Wracaj tu! - woła ktoś za jej plecami.
- Nic nie słyszę, ale kocham cię! Cieszę się, że bezpiecznie dotarłaś do
celu. Napiszę później!
Kiwam głową i macham. Ekran telefonu gaśnie, a ja odkładam go na nocny
stolik i zwijam się w kłębek. To miał być mój wielki rok. Miałam
skończyć studia z wyczesanym portfolio i zgarnąć kilka niesamowitych
ofert pracy. Ale nie tak potoczyło się moje ostatnie dwanaście miesięcy
w Parsons.
Zamiast fali sukcesów jak tsunami spadła na mnie żałoba po tacie, którą
do tej pory ignorowałam i wypierałam. Tata umarł. Erica mimo to
zdecydowała się na jego dziecko. A ja wyjechałam do Nowego Jorku, żeby
uciec od uczuć, jakie to we mnie wywoływało. Dawałam sobie radę. Ludzie
byli zaskoczeni, jak dobrze radziłam sobie w tak trudnej sytuacji. Do
czasu, kiedy Erica poprzedniego lata w końcu przeniosła się do nowego
domu, a ja wróciłam na Święto Pracy, żeby spakować klamoty z mojego
pokoju i przejrzeć parę rzeczy taty, które Erica dla mnie odłożyła.
Wtedy wszystko znów we mnie uderzyło, ale tym razem dołożyły się do tego
trzy lata zaczopowanego bólu, który czekał przyczajony. Świeża fala
żałoby nie tylko po tacie, ale i po mamie, bo wśród tych rzeczy było też
kilka pamiątek po niej. Drobna biżuteria, którą zachował na moje
specjalne okazje takie jak zakończenie szkoły czy ślub. Przygniotła mnie
lawina życiowych kamieni milowych, których nie dane mi było z nimi
przeżyć.
I od tamtego czasu ledwo mogę się zmusić do rysowania. Cała radość
tworzenia prysła. Nie znajduję już w tym ucieczki, ponieważ od takiej
żałoby nie da się uciec. Ale może któregoś dnia żal ucichnie na tyle,
żebym mogła wrócić do projektowania. Może... Moje myśli zwalniają,
pozwalając mi w końcu odpłynąć w sen.
Rozdział czwarty
Anna piszczy z ekscytacji, kiedy
rozpakowuje kolację, a Drew i ja pomagamy trojaczkom nakryć do stołu.
- Ale pysznie pachnie - jęczy Drew.
- Widelec po lewej, Jackie - przypominam, stając mu za plecami. - Mary,
przyniesiesz serwetki?
- A ja co mam robić? - pyta Gus, a z nosa zjeżdżają mu okrągłe okularki.
- Może zbierzesz zamówienia na napoje?
Kiwa głową z zapałem i zaczyna od Anny.
Erica wyłania się ze swojego gabinetu. Bierze głęboki wdech.
- Potrzebuję ginu z tonikiem.
- Gus, słyszałeś? - pytam.
Gus studiuje notatniczek, w którym zaczął zapisywać życzenia.
- Jak to się pisze?
Drew i ja parskamy śmiechem.
- Lepiej mu pomogę - mówię.
Przejmuję przygotowanie dorosłych napojów, a Gus zbiera kartony z sokami
dla siebie, Mary i Jacka.
Po kilku wstrząśniętych i mieszanych próbach i błędach (w zakresie
koktajli daleko mi do ekspertki), nasza siódemka w końcu sadowi przy
długim stole Eriki.
Pani domu zasiada u szczytu, a ja obok niej. Erica wyjmuje z uszu
bezprzewodowe słuchawki i kładzie je na stole.
- Koniec z telefonami przy stole - mówi do mnie.
- Brawo! - odpowiadam. - Ogromny postęp.
Erica śmieje się głucho.
- Codzienna walka. Ale moja ekspertka od coachingu rodzinnego
powiedziała, że to kluczowe.
- Coaching rodzinny? - pytam.
- Tak - wtrąca Drew. - Nasza droga matka zatrudniła sobie guru od
rodzicielstwa, żeby potowarzyszyła jej w przeprawie przez trudy
wychowywania potomstwa.
- Gdzie była ta guru, kiedy byłyśmy małe? - pyta Anna z udawanym
wyrzutem.
Erica uśmiecha się i przewraca oczami.
- Może wasze dzieciństwo było chaotyczne, ale ten chaos połączył nas
żelazną więzią. Ile kobiet może powiedzieć, że wychowało się w przyczepie produkcyjnej?
Drew wzrusza ramionami.
- Pewnie coś koło jednej trzeciej Los Angeles - mówi i zwraca się do
mnie: - Ta ekspertka zabroniła Erice przerywać posiłki ze względu na
pracę, przepisała rodzinne wieczory co drugi tydzień i, uwaga, koniec z pracą na planie. Przekazała pałeczkę.
- Brawo! - powtarzam.
Ta wersja Eriki, a nawet sam fakt, że jest tutaj, a nie w pracy, jest
dla mnie nowy i zaskakujący.
Erica wzdycha.
- To prawda. Ujarzmili mnie. Brakuje mi adrenaliny z planu, ale
przynajmniej w końcu odkryłam luksus wysypiania się. - Odchrząkuje. -
Dobra, dzieciarnia, słuchajcie.
Otaczające mnie przyrodnie i przybrane rodzeństwo wznosi szklanki i kartony z sokiem.
Cała uwaga skupia się na Erice, a ona uśmiecha się promiennie.
- Nasza najdroższa Cindy w końcu do nas wróciła. Cindy, skarbie, kochamy
cię. Wiem, że potrzebujesz czasu, żeby podjąć decyzję o dalszych
życiowych krokach, ale cokolwiek postanowisz, bez wątpienia czeka cię
wspaniała przyszłość.
- Zdrowie Cindy! - woła Anna i stukamy się szklankami.
- Ach wy! - mówię wzruszona.
Wprawdzie to nie jest dzika noc na mieście w towarzystwie Sierry, ale
może jakiś czas z rodziną... powiedzmy kwartał... nie będzie znów taki zły.
Wychylam się nad stołem i wznoszę toast, po czym stukamy się kieliszkami
i kartonowymi kubeczkami.
Trojaczki zabierają się do pałaszowania smażonego ryżu, a Anna, Drew,
Erica i ja rzucamy się na sushi.
Po zwyczajowej ciszy, która zapada przy smacznym posiłku, Eryka zwraca
się do Anny:
- Victor dzisiaj wpadnie?
- Zerwali - oznajmia Drew, zanim siostra zdąży odpowiedzieć.
- Drew! - woła Anna.
- Skoro mama już wie, trudniej ci będzie przyjąć go z powrotem, gdy się
będzie płaszczył.
- Uf, walisz prosto z mostu - wtrącam.
Erica nachyla się do Drew i bierze Annę za rękę.
- Przykro mi kochanie, ale na pewno znajdziesz sobie kogoś, kto naprawdę
na ciebie zasługuje. On nie potrafi zagrzać długo miejsca w żadnej
pracy.
Anna prycha.
- Victor ma pracę.
- Kiepskie zarządzanie twoją szafą na Poshmarku się nie liczy -
stwierdza Drew.
- Auć. - Wsysam powietrze przez zęby. - Lepiej ci bez niego, Anno.
Naprawdę nie mieści mi się w głowie, jak Anna i Drew mogły się w ogóle
zadawać z takim przegrywem jak Victor.
Telefon Eriki odzywa się z jej kieszeni i wszyscy teraz patrzymy na nią.
- Mamo - odzywa się Anna - możesz odebrać. Niczego nie udowadniasz,
olewając telefony. Naprawdę, to żaden kłopot.
- Żaden kłopot! - piszczy Mary, a za nią Jack i Gus.
Erica wyciąga telefon i zamiast odebrać, dzielnie wysyła wiadomość
głosową.
- Cokolwiek to jest, poczeka, aż skończę obiad - mówi, jakby próbowała
przekonać samą siebie. - No dobrze, Cindy, opowiadaj o swoim końcowym
projekcie.
Otwieram usta, żeby powiedzieć, jak to promotor zlitował się i pozwolił
mi wystawić moje własnoręcznie zaprojektowane i wykonane buty z zagranicznej wymiany na trzecim roku, że tak naprawdę przez ostatnie
dziewięć miesięcy zdołałam się zmusić tylko do zupełnego minimum i że to
w ogóle cud, że pozwolili mi skończyć studia. Ale ubiega mnie Drew.
- Był absolutnie zajefajny! - woła/
- Zajefajny! - wrzeszczy Jack.
Drew zagryza wargę.
- Wybacz - szepcze.
- Jackie - mówi Erica - to nie jest słowo, którego używamy poza domem,
jasne?
Jack salutuje sprężyście.
- Zajejasne!
Erica przewraca oczami.
- Będę musiała się z tego wytłumaczyć Genevie na kolejnej sesji
coachingowej. Cin, tak mi szkoda, że nie byłam na twoim pokazie końcowym
i wręczeniu dyplomów.
- Ale wysłałaś godne zastępstwo - zapewniam ją.
Erica nie mogła przylecieć do mnie z drugiego końca kontynentu - to był
najgorętszy okres castingu do kolejnego sezonu "Zanim wybije północ", a poza tym musiałaby przytargać ze sobą trojaczki. Posłała Annę i Drew.
Dziewczyny zjawiły się na graduacji z krowimi dzwonkami i gdy weszłam na
scenę po swój dyplom, narobiły takiego rabanu, że niemal dorównały
siedzącej za nami włoskiej rodzinie.
- A potem... o matko - mówi Anna. - Cindy zabrała nas na epicką imprezę
graduacyjną, którą rodzice jej znajomych z roku urządzili na dachu
Radiator Building, i przysięgam, był taki moment, że pomyślałam: Hej, w sumie mogłabym się odnaleźć w tym Nowym Jorku.
Drew parska śmiechem.
- Ale szybko ci przeszło.
- Uczucie było przelotne, ale szczere. - Anna kładzie mi głowę na
ramieniu. - Cindy by mnie przeszkoliła, co, Cin?
- Anno, moja droga, słodka siostrzyczko - mówię, a to słowo nawet po
tylu latach dziwnie brzmi w moich ustach - nie wiem, jak ci to
powiedzieć, ale nie wydaje mi się, żebyś była stworzona do jeżdżenia
komunikacją miejską.
Erica wybucha śmiechem, a trojaczki wymieniają zdezorientowane
spojrzenia.
- Dorosłe żarty - kwituje Gus, wzdychając z politowaniem.
Telefon Eriki znów się odzywa, zagłuszając nasz śmiech. Erica zerka,
żeby sprawdzić kto to.
- Och, kurczaki - mówi. - To mi zajmie sekundkę. - Przekręca się na
swoim krześle i zaczyna mówić do bezprzewodowej słuchawki.
- Powiem na ciebie! - oświadcza Mary śpiewnie.
Erica wzdycha ciężko i posyła Mary wymowne spojrzenie.
- Beck, masz dziesięć sekund - mówi do słuchawki. - Jestem w trakcie
rodzinnej kolacji.
Wszyscy patrzymy, jak przysłuchuje się z uwagą.
- Tutaj? Przed domem? - Erica ponownie wzdycha i zwraca się do nas: -
Dostawicie jeszcze jeden talerz?
- Robi się - melduje Drew.
Erica wstaje i rusza do drzwi.
- Dobra, zaraz cię wpuszczę.
Chwilę później wraca w towarzystwie tęgiej białej kobiety z podgolonymi
czarnymi włosami, ubranej w glany, podwinięte jeansy, białą koszulkę i czerwone szelki, które w jej przypadku wyglądają na niezbędny element
stroju, a nie modny dodatek.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki