If the shoe fits. Zanim wybije północ - Julie Murphy

Kup ebooka

40.50 zł
34.43 zł (33,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Dawno, dawno temu... - mówiła Cindy, pulchna i rumiana dzie­się­cio­latka ze zło­tymi wło­sami zwią­za­nymi w kucyk, cze­ka­jąc na weran­dzie. Brodę wspie­rała na kola­nie opa­trzo­nym pla­strem z emoji w kształ­cie uśmiech­nię­tej kupy, który zakry­wał wyjąt­kowo paskudny stru­pek. - ...pewna dziew­czyna cze­kała na swego księ­cia z bajki, który niósł jej bez­cenny skarb. Wciąż się nie poja­wiał, a jedyną pocie­chą Cindy była myśl, że jeśli luby się spóźni, ona dosta­nie za darmo pizzę zgod­nie ze złotą zasadą restau­ra­cji Marco: Na czas albo nie pła­cisz.

Cindy miała wiele marzeń, a na szczy­cie tej listy pla­so­wała się nadzieja, że pew­nego dnia ta magiczna zasada w końcu się ziści i los obda­rzy ją dar­mową pizzą. Już parę razy była bli­ska triumfu, ale jak dotąd zawsze musiała obejść się sma­kiem.

Biała toyota yaris oble­piona naklej­kami gło­szą­cymi takie hasła jak JEZUS NAD­CHO­DZI (WYGLĄ­DAJ, JAK­BYŚ COŚ ROBIŁ) i MOJA DRUGA FURA TO TAR­DIS zatrzy­mał się gwał­tow­nie z jękiem hamul­ców, a ze środka wysko­czył szczu­pły nasto­la­tek w wybla­kłej koszulce z logiem restau­ra­cji Marco i pudeł­kiem z pizzą w dłoni.

- No, naresz­cie! - rzu­ciła Cindy, zry­wa­jąc się na nogi. - Mało zabra­kło, żebyś wisiał mi dar­mową pizzę, Blake!

Na dźwięk swo­jego imie­nia chło­pak potknął się o kamień i omal nie upu­ścił pudełka.

Cindy aż się wzdry­gnęła na myśl o swo­jej pizzy pla­ska­ją­cej na chod­nik sosem do dołu.

- Zdą­ży­łem? - zip­nął Blake.

Cindy zer­k­nęła na komórkę i pod­nio­sła ją tak, żeby poka­zać mu ekran.

- Ledwo - odparła, prze­ka­zu­jąc mu nowiutką dwu­dzie­sto­do­la­rówkę od taty.

Blake pokrę­cił głową.

- Któ­re­goś dnia dosta­niesz swoją dar­mową pizzę, Cindy.

Policzki dziew­czynki oblały się rumień­cem. Zapa­mię­tał jej imię. Przy­stojny, sporo star­szy chło­pak znał jej imię. A dar­mowa pizza? Cóż, kie­dyś się doczeka. To prze­zna­cze­nie. Dobrą pizzę miała zapi­saną w gwiaz­dach.

Stała tak z cie­płym pudeł­kiem w dło­niach, odpro­wa­dza­jąc wzro­kiem auto Blake'a, aż znik­nęło za zamglo­nym hory­zon­tem Bur­bank, dziel­nicy Los Ange­les. Pobie­gła do domu.

- Tato! Pizza!

W tym domu wyzna­wano tylko jedną reli­gię: Piz­zowe Czwartki. Cindy i jej tata jedli teraz w salo­nie pro­sto z pudełka. Ich trzy­na­sto­letni szpic minia­tu­rowy Mac drep­tał wokół sto­lika kawo­wego, posa­pu­jąc z nadzieją, że skap­nie mu kawa­łek pep­pe­roni.

Mac był o trzy lata star­szy od Cindy i jakimś cudem prze­żył każde moż­liwe psie scho­rze­nie, aż jej ojciec Simon zaczął żar­to­wać, że ten pies prze­żyje i jego. Mac był pre­zen­tem na zgodę, który tata Cindy poda­ro­wał jej mamie po kłótni na temat posia­da­nia dzieci. Ilene, mama dziew­czynki, była na nie gotowa, a tata wręcz prze­ciw­nie. Ale pies, jak się oka­zało, wcale nie był naj­lep­szym pre­zen­tem dla żony, któ­rej zaczął wła­śnie tykać zegar bio­lo­giczny. Simon odkrył swój błąd, gdy pew­nego dnia Mac pożarł jego ulu­bione buty, a potem wyma­gał kosz­tow­nego zabiegu usu­nię­cia ich prze­żu­tych kawał­ków z jelit. Dziecko przy­naj­mniej było mniej łase na buty.

Dwa poro­nie­nia i trzy lata prób, aż w końcu docze­kali się swo­jego cudu. Cindy Ele­anor Woods. Nawet Jego Wyso­kość Mac powi­tał ją z otwar­tymi łapami. To było nam pisane, stwier­dził Simon, gdy Ilene po raz pierw­szy wzięła córeczkę w ramiona. I mimo dłu­gich lat peł­nych roz­cza­ro­wań i bólu żona musiała przy­znać mu rację.

Cindy uwiel­biała tę histo­rię. Wie­działa, że dla ojca wspo­mnie­nia o matce były z wielu wzglę­dów bole­sne, lecz sama kochała słu­chać o mamie wszyst­kich opo­wie­ści, które nie nale­żały do niej, czy to dla­tego, że wyda­rzyły się, kiedy była za mała, aby je pamię­tać, czy też dla­tego, że w ogóle nie było jej jesz­cze na świe­cie. Takie histo­rie były jak skarby, które cze­kały na odkry­cie. Dawały poczu­cie, jakby jej mama wciąż żyła w jakiejś rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej two­rzyła nowe bez­cenne wspo­mnie­nia.

- Cindy, słonko - ode­zwał się tata, poda­jąc jej ser­wetkę. - Chciał­bym poroz­ma­wiać o czymś waż­nym.

- Okej - odpo­wie­działa nie­pew­nie. Kiedy doro­śli tak mówili, zawsze mieli na myśli coś smut­nego.

- Po pierw­sze, chcę, żebyś wie­działa, że bar­dzo cię kocham. - Simon pokrę­cił głową i zaśmiał się pod nosem. - Gdyby twoja mama tutaj była, powie­działaby, że gadam, jak­bym się urwałz Ulicy Sezam­ko­wej.

Cindy zaczęła wier­cić się nie­spo­koj­nie i posłała mu mar­kotny, ale zachę­ca­jący uśmiech, któ­rym pro­siła go, żeby wresz­cie to z sie­bie wyrzu­cił.

- Kocham nas - cią­gnął. - Kocham życie, które sobie zbu­do­wa­li­śmy, nawet jeśli nie wygląda tak, jak kie­dyś je sobie wyobra­ża­łem. I nie chcę, żebyś pomy­ślała, że w ten spo­sób pró­buję zastą­pić jakoś nasze życie... albo mamę. Nikt nie mógłby jej zastą­pić. Wiem to aż za dobrze.

- Tato, po pro­stu to powiedz. Już dobrze. Powiedz, bła­gam - popro­siła, przy­po­mi­na­jąc sobie strach, który czuła, gdy doszczęt­nie zdru­zgo­tany nie mógł zebrać się, by powie­dzieć jej o śmierci mamy. Wie­działa, że mamy już nie było, i chciała, aby ta wia­do­mość spa­dła na nią jak naj­szyb­ciej. Chciała ją zerwać jak pla­ster.

- Spo­tka­łem kogoś. Kogoś, kogo bar­dzo lubię.

Cindy poki­wała głową, pod­su­wa­jąc Macowi ogry­ziony brzeg pizzy, ale pies natych­miast go wypluł, gdy zorien­to­wał się, że to nie pep­pe­roni.

- Co to zna­czy spo­tka­łeś? Że tak w skle­pie?

- Nie... Uma­wiam się z kimś. Cho­dzimy ze sobą. Na poważ­nie. - Simon zaśmiał się, czym zasko­czył nawet sie­bie. - Ona ma dwie córki mniej wię­cej w twoim wieku. Wydaje mi się, że naprawdę się polu­bi­cie. Jeśli... Jeśli wszystko poto­czy się jak trzeba, będziesz miała sio­stry, o któ­rych marzy­łaś.

W brzu­chu Cindy pęcz­niała nie­pew­ność. Rze­czy­wi­ście, od zawsze marzyła o sio­strze lub dwóch, ale to było daw­niej, gdy żyła mama i marze­nie dało się speł­nić.

- Pomy­śla­łem, że mogli­by­śmy nie­długo zjeść razem obiad, żeby się poznać - powie­dział tata.

- Tutaj? - spy­tała Cindy, zer­ka­jąc w stronę kuchni, wciąż peł­nej wspo­mnień o rodzi­cach, gdy razem goto­wali, kłó­cili się, tań­czyli i robili te wszyst­kie rze­czy, które czy­nią z domu praw­dziwy dom.

- No, nie - odparł, podą­ża­jąc za jej spoj­rze­niem. - Nie, jeśli tego nie chcesz. Możemy zacząć od bar­dziej neu­tral­nego miej­sca. Może ten lokal z mini­gol­fem i food­truc­kiem, w któ­rym ser­wują pyszne tacosy?

Cindy ski­nęła głową. Te wszyst­kie straszne doświad­cze­nia spra­wiły, że tata stał się dla niej opar­ciem. Zawsze mogła na niego liczyć. Wie­działa, że on też zasłu­gi­wał, by mieć kogoś, na kim mógłby się oprzeć, ale myśl, że miałby zacząć być z kimś innym... przy­tu­lać, cało­wać, śmiać się, iść dalej... Wszystko to ozna­czało jedno: jej mamy naprawdę już nie było.

- Zaczniemy powoli - obie­cał, z jej zmarsz­czo­nych brwi wyczy­tu­jąc waha­nie i nie­po­kój. - I nie­za­leż­nie od wszyst­kiego zawsze będziemy mieć sie­bie nawza­jem. Wszy­scy inni, któ­rzy poja­wią się w naszym życiu, to tylko wisienka na tor­cie.

Cindy się uśmiech­nęła.

- To fajne. Wisienka na tor­cie. - Mimo­wol­nie zaczęła wyobra­żać sobie swoje nowe poten­cjalne sio­stry. Czy były ładne? Mądre? Szczu­płe? Zabawne? Zło­śliwe? Cindy zer­k­nęła na swój wysta­jący brzuch i piżamę z nie­do­pa­so­waną do spodni górą. Czy ją polu­bią? Pro­wa­dziła raczej samot­ni­cze życie. Miała to zapi­sane w swo­ich genach jedy­naczki.

Simon roz­siadł się w fotelu z wyświech­taną książką w cien­kiej okładce i Makiem na kola­nach, zosta­wia­jąc Cindy pilot od tele­wi­zora. Ska­kała po kana­łach, aż jej uwagę przy­kuł tłu­mek pięk­nych kobiet. Pro­gram przy­po­mi­nał kon­kurs pięk­no­ści, ale kobiety nie stały na sce­nie. Znaj­do­wały się przed ogromną posia­dło­ścią, która przy­po­mi­nała bar­dziej pałac niż dom. Zachwy­ca­jące sze­ro­kie schody pro­wa­dziły do impo­nu­ją­cych drzwi wej­ścio­wych z wie­życz­kami po obu stro­nach.

Każda z kan­dy­da­tek miała na sobie osza­ła­mia­jącą suk­nię wie­czo­rową i ide­al­nie dopa­so­wane szpilki, w któ­rych ich nogi wyglą­dały, jakby nie miały końca. Wśród fal­ban błysz­czały buty wysa­dzane krysz­tał­kami - nie­które wią­zane paskami, które wiły się wokół kostek jak w balet­kach, a inne sto­no­wane i ele­ganc­kie niczym spor­towe auta.

Męż­czy­zna o krę­co­nych czar­nych wło­sach, ubrany w ele­gancki gar­ni­tur sta­nął naprze­ciwko kobiet i zwró­cił się do kamery.

- Dobry wie­czór. Przed pań­stwem wielka pre­miera "Zanim wybije pół­noc". Jestem Chad Win­kle, gospo­darz pro­gramu. Mam zaszczyt przed­sta­wić wam rewo­lu­cyjny eks­pe­ry­ment spo­łeczny pomy­słu awan­gar­do­wej pro­du­centki Eriki Tre­ma­ine.

Simon pod­niósł wzrok na tele­wi­zor.

- Dwa­dzie­ścia cztery kobiety i jeden kawa­ler do wzię­cia - cią­gnął Chad. - Czy odnajdą miłość, zanim zegar wybije pół­noc? Zostań­cie z nami.

Znowu uję­cie na lśniącą tęczę kre­acji i butów, a Cindy aż sap­nęła, ocza­ro­wana tym wido­kiem.

- Rany, te wszyst­kie buty...

Simon z zakło­po­taną miną odło­żył książkę.

- Jak one w nich cho­dzą? Nie­które wyglą­dają, jakby przy­wią­zały sobie noże do stóp.

- Są piękne.

Simon zachi­cho­tał.

- Nie tak piękne, jak ty.

Cindy wykrzy­wiła usta z teatralną odrazą, ale jej zaczer­wie­nione policzki zdra­dzały prawdę.

- Fuj, tato. Cho­dziło mi o buty.

- Kiedy pozna­łem twoją mamę, miała szafę pełną butów, w któ­rych w ogóle nie cho­dziła - powie­dział. - Po pro­stu lubiła je mieć.

- Co? - zdzi­wiła się Cindy. - O czym ty mówisz? Jedyne ele­ganc­kie buty, które miała mama, to nie­bie­skie trze­wiczki z waszego wesela.

Miała na myśli saty­nowe buty na obca­sach z ostrymi noskami. Mama na ślub zafar­bo­wała je na prze­śliczny odcień głę­bo­kiego lazuru, który po paru latach wypło­wiał do bla­dego błę­kitu. Cindy trzy­mała je pod łóż­kiem w ory­gi­nal­nym pudełku razem z sekret­ni­kiem mamy dla bez­pie­czeń­stwa ukry­tym w jed­nym z nosków.

- Miała je na sobie w dro­dze do ołta­rza, ale wysko­czyła z nich, gdy tylko roz­po­częła się cere­mo­nia. - Simon uśmiech­nął się sze­roko. - Twoja bab­cia była bar­dzo nie­za­do­wo­lona.

Cindy nie­wiele wie­działa o swo­ich dziad­kach prócz tego, że ci od strony mamy byli nadęci i uwa­żali, że Simon pozba­wił ich córkę szans na wygodne i dostat­nie życie, na które zasłu­gi­wała.

- Ale miała też sporo ele­ganc­kich butów do pracy, pocho­wa­nych w róż­nych zaka­mar­kach.

Cindy ponow­nie odwró­ciła się do tele­wi­zora.

- Gdyby wolno mi było cho­dzić na obca­sach, wkła­da­ła­bym je codzien­nie, nawet gdy­bym miała je nosić na rękach.

Simon par­sk­nął śmie­chem.

- W takim razie dobrze, że ci nie wolno.

- Któ­re­goś dnia... - mruk­nęła Cindy wpa­trzona we wdzię­czące się z ekranu zachwy­ca­jące kobiety. - Któ­re­goś dnia.

Rozdział pierwszy

Dobra, cze­kaj - mówię. - Tym razem ja usiądę na walizce, a ty spró­bu­jesz ją zamknąć. W końcu jestem od cie­bie znacz­nie cięż­sza.

Sierra, cała zasa­pana, wyciąga do mnie rękę, a ja poma­gam jej wstać.

- Cin, już trzy razy dyga­ły­śmy na pocztę, żeby ode­słać twoje buty do domu. Nie bij posłańca, ale... może powin­naś się z czę­ścią...

- Cii! Nie wypo­wia­daj tego na głos! - Sia­dam na walizce, wydy­ma­jąc usta z żalu. - Czy to zbrod­nia mieć fioła na punk­cie butów? - pytam.

Zdaję sobie sprawę, że mówię jak nie­po­prawna mate­ria­listka, ale każda para łączy się z kon­kret­nym wspo­mnie­niem. Para, na którą tyle oszczę­dza­łam. Para, którą kupi­łam na randkę. Na wesele. Na pogrzeb... I kilka par, które sama zapro­jek­to­wa­łam. Buty to dla mnie coś wię­cej niż obse­sja. To sens mojego zawo­do­wego życia. A przy­naj­mniej tak sądzi­łam do nie­dawna.

Sierra przy­kuca, żeby pomaj­stro­wać przy klam­rach, po czym spo­gląda na mnie spod zmarsz­czo­nych gęstych brwi.

- Jaka dia­gnoza, pani dok­tor? - pytam.

- Trzy pary - odpo­wiada. - Jeśli poże­gnasz się z trzema parami, możesz jesz­cze zdą­żyć na samo­lot. I zanim piśniesz mi tu o kolej­nym locie, zazna­czę, że nie stać cię na opłatę za zmianę biletu.

Na słowa "stać cię" i "opłata" pro­stuję się jak struna.

- No dobra, już dobra.

Wstaję i otwie­ram walizkę, czule muska­jąc pal­cami wszyst­kie szpilki, trampki i koturny. Każdy pasek, wstążkę, ćwiek i kamyk. W każ­dym z tych butów kryje się jakaś histo­ria. W końcu nie wpa­ra­do­wa­łam tak po pro­stu do Saksa1 i nie kupi­łam pierw­szej pary od Manolo Blah­nika w regu­lar­nej cenie.

Lata zajęło mi prze­cze­sy­wa­nia piw­nic, eBaya, Posh­marka, a nawet cra­ig­slist w poszu­ki­wa­niu wszyst­kiego od Steve'a Mad­dena, przez LuMac po Guc­ciego. A nie­które pary są nawet cen­niej­sze. Nie­które są abso­lut­nie nie­po­wta­rzalne. Ory­gi­nalne Cindy Woodsy.

Podaję Sier­rze czer­wone lakie­ro­wane szpilki w kotki od Kate Spade.

- Zawsze podo­bały ci się naj­bar­dziej - mówię. - A mnie i tak przy­da­łyby się pół roz­miaru więk­sze.

Przy­tula je do piersi, a w jej oczach poja­wia się błysk.

- Och, nie mogła­bym - wzdy­cha. - Ale i tak je wezmę.

Par­skam śmie­chem, ale pod powie­kami pieką mnie łzy. Tata zmarł, gdy byłam w ostat­niej kla­sie liceum, a ja nie potra­fi­łam sobie wtedy wyobra­zić, jak mogłaby wyglą­dać moja przy­szłość ani czy w ogóle cze­kała mnie jakaś przy­szłość, którą warto było sobie wyobra­żać. Nie­mal zre­zy­gno­wa­łam z prze­pro­wadzki do Nowego Jorku i pla­no­wa­łam zła­pać jakieś zaję­cia w pań­stwo­wym col­lege'u w ocze­ki­wa­niu, aż wymy­ślę, co dalej. Chcia­łam zostać w zna­jo­mym oto­cze­niu, w miej­scu, które przy­po­mi­nało mi tatę, ale w rodzin­nym mie­ście została mi tylko maco­cha i przy­szy­wane sio­stry. Wtedy pozna­łam Sierrę, tę nie­sa­mo­witą dziew­czynę z wro­dzo­nym uro­kiem oso­bi­stym, która pocho­dzi z wiel­gach­nej grec­kiej rodziny i dogada się abso­lut­nie z każ­dym. Gdyby nie Sierra, nie pora­dzi­ła­bym sobie w NYC. Nie wie­rzę w prze­zna­cze­nie, ale gdy­bym wie­rzyła, fakt, że to Sierra była moją współ­lo­ka­torką na pierw­szym roku, byłby naj­bar­dziej nie­zbi­tym dowo­dem na jego ist­nie­nie, jaki mogę sobie wyobra­zić. Teraz, tydzień po zakoń­cze­niu stu­diów, Sierra jest dla mnie jak sio­stra, i to sio­stra, którą sama sobie wybra­łam. Tata mówił, że rodzina, którą się wybiera, jest rów­nie ważna jak ta, w któ­rej się rodzisz. Gdyby po czte­rech latach w Par­sons School of Design uwa­żała, że poza spo­tka­niem Sierry nic dobrego mnie tam nie spo­tkało (a po kosz­ma­rze, jakim był mój ostatni semestr, to nie jest dale­kie od prawdy), i tak zde­cy­do­wa­ła­bym się na te stu­dia jesz­cze raz.

Wci­skam klapki Balen­ciagi i ulu­bione loafersy z Tar­getu2 (no hej, nie trzy­mam się tylko naj­wyż­szej półki) do torby pod­ręcz­nej i zamy­kam walizkę.

Mój tele­fon wibruje, gdy nad­cho­dzi powia­do­mie­nie.

- Przy­je­chał mój Lyft. - Biorę głę­boki oddech, pró­bu­jąc powstrzy­mać cisnące się do oczu łzy. - No dobrze, nad­szedł ten moment - mówię do Sierry.

Przy­cią­gam ją do sie­bie i mocno przy­tu­lam.

- Kocham cię, kocham cię, kocham cię - powta­rzamy obie raz za razem.

- Face­Time codzien­nie - mówi.

- Dwa razy dzien­nie - obie­cuję.

- I to nie jest na zawsze, prawda? - rzuca Sierra despe­racko.

Sierra zostaje w Nowym Jorku. Jej staż prze­ro­dził się z fuchę na pół etatu. Pra­cuje jako asy­stentka asy­stentki buy­erki dam­skiej odzieży spor­to­wej w Macy's. A poza godzi­nami odbęb­nia dodat­kowe zmiany jako baristka, żeby jakoś zwią­zać koniec z koń­cem. Może szału nie ma, ale to i tak znacz­nie wię­cej, niż ja zdo­ła­łam ogar­nąć, kiedy wszystko nagle mi się roz­le­ciało i ledwo zali­czy­łam ostatni rok.

W mil­cze­niu kiwam głową wtu­loną w jej ramię, wie­dząc, że jeśli coś powiem, nie zdo­łam powstrzy­mać pła­czu.

- Potrze­bu­jemy tylko chwili, by zapla­no­wać nasze kolejne kroki. Pamię­taj, niań­cze­nie to krótki przy­sta­nek, żebyś odsap­nęła i sta­nęła na nogi. Tylko na jakiś czas.

- Na jakiś czas.

Pakuję do samo­chodu moje trzy walizki i torbę pod­ręczną, wymie­niamy ostat­nie płacz­liwe poże­gna­nie. Wsia­dam.

- Lot­ni­sko JFK? - upew­nia się kie­rowca, stu­ka­jąc w ekran jed­nego tele­fonu, a drugi przy­ci­ska­jąc ramie­niem do policzka.

Uno­szę kciuk do góry i ruszamy. Mam ochotę popro­sić go, żeby zwol­nił i pozwo­lił mi porząd­nie poże­gnać się z tym mia­stem i wszyst­kimi moimi miej­sców­kami.

Sta­cja pierw­szej linii metra na Dwu­dzie­stej Ósmej ulicy. Mój spo­żyw­czak. Kot rezy­dent w spo­żyw­czaku. Moja ulu­biona knajpa z peru­wiań­skim kur­cza­kiem. Wiecz­nie migo­czący tele­bim przed Madi­son Squ­are Gar­den. Mój uko­chany kore­ań­ski salon urody z naj­lep­szymi na świe­cie masecz­kami. Ale wszystko to prze­mija roz­ma­zaną smugą, podob­nie jak ostat­nie cztery lata, i zanim zdążę się obej­rzeć, z pół­go­dzin­nym zapa­sem docie­ram na lot­ni­sko.

Bie­gnę jesz­cze do kio­sku, żeby kupić parę cza­so­pism, ale w ofer­cie są tylko prze­różne Kar­da­shianki i Sabrina Par­ker, więc decy­duję się jedy­nie na małe kule śnieżne dla tro­jacz­ków i butelkę wody. Przed wyj­ściem kręci się już stadko męż­czyzn w luź­nych spodniach i spor­to­wych kurt­kach, jakby ktoś miał zwę­dzić im sprzed nosa miej­sca w kla­sie biz­nes, jeśli nie dopadną ich pierwsi.

Erica, moja maco­cha, wysłała mi wystar­cza­jącą sumę, żebym mogła sama zała­pać się na pierw­szą klasę. To miał być pre­zent na zakoń­cze­nie stu­diów, ale wyko­rzy­sta­łam te pie­nią­dze na prze­wie­zie­nie więk­szo­ści mojej obuw­ni­czej kolek­cji na drugi koniec kraju. Erica pew­nie zapła­ci­łaby i za to, ale nie ma żad­nego pod­ręcz­nika, który wyłusz­czałby taj­niki pie­lę­gna­cji rela­cji z maco­chą i stra­te­gie pro­sze­nia o pie­nią­dze po nagłej śmierci ojca.

Kiedy zmarł, sześć mie­sięcy miesz­ka­łam z maco­chą i przy­szy­wa­nymi sio­strami. Cho­ciaż wpro­wa­dzi­li­śmy się do niej, gdy pobrali się latem przed moją dzie­wiątą klasą, przez pół roku po jego śmierci mia­łam poczu­cie, jakby ktoś nagle wrzu­cił mnie w cudze życie. Erica i jej córki Anna i Drew wie­działy, jak żyć bez taty. Ale ja... nie. Po tym, jak wyje­cha­łam na stu­dia, Erica kupiła dom i roz­po­częła grun­towny remont, który wresz­cie ukoń­czyła w zeszłym roku. Jedy­nym miej­scem, które sta­no­wiło dla mnie namiastkę domu, było miesz­ka­nie, z któ­rego wła­śnie się wypro­wa­dzi­łam.

Dzwoni tele­fon, a ja spo­dzie­wam się, że to Sierra już spraw­dza, jak sobie radzę. Ale to nie ona.

- Hej - mówię.

- Kocha­nie - odzywa się Erica czule. - Żad­nych przy­gód przy kon­troli bez­pie­czeń­stwa? Zare­je­stro­wa­ły­śmy cię do prze­pustki CLEAR. Ostat­nio kolejka do wstęp­nej kon­troli TSA jest nie­mal zawsze dłuż­sza od kolejki do kon­troli bez­pie­czeń­stwa.

- Ale ja prze­cież naprawdę rzadko latam - mówię.

- Tro­jaczki zaraz wyjdą ze skóry, tak nie mogą się cie­bie docze­kać. Uwie­rzysz, że latem skoń­czą cztery lata? Poślę mojego kie­rowcę, żeby cię ode­brał.

- Mogę zamó­wić sobie Lyfta - pro­te­stuję, prze­dzie­ra­jąc się przez gro­madę nasto­lat­ków na szkol­nej wycieczce. - Prze­pra... - Poty­kam się nagle i chwy­tam naj­bliż­szego pod­ło­kiet­nika.

Czy­jaś dłoń łapie mnie za przed­ra­mię, pozwa­la­jąc mi zła­pać rów­no­wagę, a gdy pod­no­szę wzrok, nie­mal sie­dzę na kola­nach gościa, który mógłby być duble­rem księ­cia z bajki. Ciemne włosy i ciem­no­brą­zowe oczy z plam­kami bursz­tynu. Oliw­kowa cera. Nasze spoj­rze­nia spo­ty­kają się, zasty­gają na chwilę.

- Lyfta! - pry­cha Erica ze zgrozą. - Nowy par­king dla tak­só­wek na LAX to praw­dziwy hor­ror. Nale­gam...

- Słu­chaj, Erica, wybacz, muszę koń­czyć.

Kiedy wstaję, policzki mi płoną i jestem czer­wona jak burak.

- Strasz­nie prze­pra­szam - zwra­cam się do Księ­cia z Bajki.

Uśmie­cha się sze­roko, a jego zęby są tak białe, że przy­się­gła­bym, że to zasługa Pho­to­shopa, gdy­bym zoba­czyła je na zdję­ciu.

- Aaaa! - wydaje z sie­bie teatralny okrzyk. - Nie wchodź na lawę!

Marsz­czę czoło, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, o czym mówi.

Jego śnież­no­biały uśmiech bled­nie.

- No wiesz, lawa? Z dzie­ciń­stwa? Pod­łoga to lawa! Skacz z poduszki na poduszkę!

- Aaaaa! No tak, racja... W dzie­ciń­stwie chyba za dużo czasu spę­dzi­łam z nosem w książ­kach.

- Ja też czy­tam - zarzeka się on natych­miast.

- Abso­lut­nie nie zamie­rza­łam suge­ro­wać, że nie czy­tasz - zapew­niam, pró­bu­jąc rato­wać sytu­ację.

- Zapra­szamy na pokład grupę A! - Przez trzask gło­śni­ków prze­bija się głos pra­cow­nika lot­ni­ska.

Książę z Bajki wstaje i tak, oczy­wi­ście, do tego wszyst­kiego jest jesz­cze wysoki.

- To ja. Eee, prze­pra­szam.

Odwra­cam się.

- Nie wdep­nij w lawę! - wołam za nim, gdy wymija rząd sie­dzeń, przy któ­rych zbie­rają się inni pasa­że­ro­wie pierw­szej klasy.

- Nie wdep­nij w lawę? - powta­rzam pod nosem.

Sie­dząca obok grupa nasto­lat­ków zaczyna chi­cho­tać.

- Nie­zła gadka - odzywa się bia­ło­skóra dziew­czyna z gęstymi kasz­ta­no­wymi lokami zwią­za­nymi w gładki kucyk.

- Daruj sobie, dobra? - odgry­zam się, prze­py­cha­jąc się alejką, żeby pocze­kać na moją grupę. Natych­miast żałuję swo­jej reak­cji. Jak zgorzk­niała stara panna! Zło­śliwe nasto­latki i nie­zręczne spo­tka­nia z Księ­ciem z Bajki. Nie­które rze­czy ni­gdy się nie zmie­niają.

Rozdział drugi

Ledwo wcho­dzę na pokład samo­lotu, zaczy­nam żało­wać, że zre­zy­gno­wa­łam z klasy biz­nes. Prze­su­wam się, koły­sząc z boku na bok, żeby bio­drami przy­pad­kiem nie zaha­czyć o któ­re­goś ze szczę­śliw­ców w pierw­szej kla­sie delek­tu­ją­cych się już mimo­zami i krwa­wymi mary. Docie­ram do mojego rzędu, a drobna star­sza kobieta pod­nosi się z fotela przy przej­ściu, gdy z cichym stęk­nię­ciem ładuję torbę na półkę.

Na moim miej­scu przy oknie sie­dzi król wszyst­kich zio­mali - biały typek w koszulce polo z posta­wio­nym koł­nie­rzem i odbla­sko­wymi oku­la­rami prze­ciw­sło­necz­nymi, z któ­rych teraz spo­gląda z nich na mnie wła­sna zawie­dziona twarz. Po pro­stu cudow­nie.

- Prze­pra­szam - mówię do Króla Elo - ale to moje miej­sce. - Poka­zuję mu ekran tele­fonu, a na nim elek­tro­niczny bilet.

Nawet nie drgnie.

- Nie szko­dzi, słonko, i tak wszy­scy lecimy w tym samym kie­runku.

Czuję, jak zebrany za mną tłu­mek zaczyna tra­cić cier­pli­wość, podob­nie jak ja.

- Zga­dza się - odpo­wia­dam powoli i wyraź­nie, jak pani przed­szko­lanka. - Każdy na przy­pi­sa­nym sobie miej­scu.

Gość bur­czy pod nosem, ner­wo­wym ruchem pod­bija pod­ło­kiet­nik i opada na wła­ściwe miej­sce pośrodku. Muszę prze­ci­snąć się przed nim, co jest nie lada wyczy­nem dla każ­dego, a tym bar­dziej dla dziew­czyny plus size podró­żu­ją­cej puszką sar­dy­nek.

Sia­dam i modlę się, żeby pas bez­pie­czeń­stwa był wystar­cza­jąco długi. Z samo­lo­tami to zawsze lote­ria. Cza­sem pasy są zupeł­nie w porządku, a innym razem mogła­bym przy­siąc, że ich pro­jek­tanci brali pod uwagę wyłącz­nie dzieci. Na szczę­ście tym razem mogę przy­piąć się bez­piecz­nie bez pro­sze­nia załogi o prze­dłu­żacz.

Zamy­kam oczy i wci­skam ciało w ścianę samo­lotu. Kolejne sześć godzin albo prze­śpię, albo udam, że to robię, bo nie zamie­rzam roz­ma­wiać z tym męskim roz­kro­kiem dłu­żej niż to konieczne.

Nie wiem, czy to za sprawą wyczer­pa­nia, czy deter­mi­na­cji, ale udaje mi się prze­ki­mać pierw­sze dwie godziny, a gdy w końcu wyglą­dam przez okno, pod nami roz­cią­gają się bez­kre­sne rów­niny Środ­ko­wego Zachodu. Obu­dził mnie Król Elo pod­no­szący się, żeby pójść do toa­lety.

Kobieta sie­dząca od przej­ścia zerka na mnie, gdy się nad nią prze­ci­ska. Wymie­niamy poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia.

Wyko­rzy­stuję chwilę wol­no­ści, by się­gnąć do mojej torby po słu­chawki i spraw­dzić ofertę mul­ti­me­dialną linii lot­ni­czej.

- Hej! Prze­pra­szam? - odzywa się zna­jomy głos.

Pod­no­szę wzrok, który ląduje na Księ­ciu z Bajki wycią­ga­ją­cym do mnie jeden z moich klap­ków Balen­ciagi. Zerka na kobietę sie­dzącą przy przej­ściu.

- Prze­pra­szam, że tak wiszę - mówi, po czym znów zwraca się do mnie: - Zdaje się, że zgu­bi­łaś to pod­czas naszej... małej kraksy.

Nie udaje mi się powstrzy­mać par­sk­nię­cia.

- Tak byś to nazwał?

Uśmie­cha się.

- Oglą­dam dużo Master­piece The­ater, dobra?

- Och, serio? A pre­fe­ru­jesz Down­ton Abbey czy też może Poldarka?

- Skoro pytasz, to dał­bym się pociąć za Śmierć w Pem­ber­ley.

- Aha, czyli stara ciotka z cie­bie.

Kobieta od przej­ścia posyła mi ura­żone spoj­rze­nie.

- I nic w tym złego! - dodaję zbyt gło­śno i dzię­kuję losowi za nagły ryk sil­ni­ków.

W tym momen­cie wraca Król Elo. Łypie na Księ­cia z Bajki, instynk­tow­nie pro­stu­jąc ramiona i nady­ma­jąc noz­drza. Faceci tacy jak on to gatu­nek, z któ­rym nie mam naj­mniej­szej ochoty zapo­zna­wać się bli­żej.

- Hej - mówi Książę.

Król wysta­wia brodę do przodu.

- Siema.

Książę wska­zuje jego miej­sce.

- Ty tu sie­dzisz?

Król odpo­wiada ski­nie­niem głowy, a ja dzi­wię się, że nie wali się pię­ściami w pierś, żeby ozna­czyć swój teren.

- Był­byś skłonny się zamie­nić? - Książę z Bajki poka­zuje fotel kilka rzę­dów dalej. - Tam od strony przej­ścia, dodat­kowe miej­sce na nogi.

Królu patrzy na mnie.

- Ten koleś cię nie­po­koi?

- Eee, nie - zapew­niam, nie mogąc powstrzy­mać cichego prych­nię­cia.

Król znów łypie na Księ­cia.

A ten odpo­wiada roz­bra­ja­ją­cym uśmie­chem, który działa na abso­lut­nie każdą żywą istotę.

- Chciał­bym tylko poga­dać ze starą przy­ja­ciółką. Wieki się nie widzie­li­śmy.

Król par­ska śmie­chem.

- No jak tak, to się wie, byczku! Psze... aszam - dodaje, prze­wie­sza­jąc się nad kobietą od przej­ścia. Rzuca mi ostat­nie spoj­rze­nie. - Wybacz, mała, dodat­kowe miej­sce na nogi, sama rozu­miesz!

No, tym "bycz­kiem" pra­wie mnie urzekł, ale musiał oczy­wi­ście wszystko spa­prać "małą".

Po szyb­kiej wymia­nie bagaży Książę siada koło mnie, a ja zamar­twiam się tym, że moje sze­ro­kie bio­dra naru­szają jego oso­bi­stą prze­strzeń.

- Mogę opu­ścić mój pod­ło­kiet­nik, jeśli chcesz - pro­po­nuję, już wyobra­ża­jąc sobie siniak, jaki zostawi na moim udzie.

- Nie ma potrzeby, dzię­kuję. - Książę z zamy­śloną miną sięga mię­dzy wła­sne nogi i zaczyna macać pod fote­lem.

- Wszystko w porządku tam w dole? - pytam.

Na jego twa­rzy poja­wia się prze­lotny gry­mas skrę­po­wa­nia.

- Eee... Spraw­dza­łem, czy mam kami­zelkę ratun­kową.

Nachy­lam się do niego.

- Ale wiesz, że lecimy wyłącz­nie nad lądem, co nie? - szep­czę.

- Mogli­by­śmy roz­bić się na jezio­rze - odpo­wiada z powagą. - Albo rzece. Wyjąt­kowo sze­ro­kiej rzece. Ni­gdy nie wia­domo.

Uno­szę ręce pojed­naw­czo.

- Abso­lutna racja.

- To wcale nie takie neu­ro­tyczne - rzuca defen­syw­nie. - Chcę być tylko przy­go­to­wany.

Szybko spraw­dzam pod wła­snym fote­lem.

- Zwarta i gotowa.

- Aha, jeśli myślisz, że odsta­wiam teatrzyk, to powin­naś zoba­czyć mnie w heli­kop­te­rze. Wolał­bym leżeć na golasa w dole peł­nym skor­pio­nów.

- To... Inte­re­su­jąca wizja - przy­znaję, nie mogąc zigno­ro­wać cie­płych rumień­ców na policz­kach, gdy myślę o tym, jak wyglą­dałby na golasa.

- Kto w ogóle z wła­snej woli lata heli­kop­te­rami? Jeśli zepsuje się śmi­gło, to mogiła.

- Są jak moto­cy­kle prze­stwo­rzy - rzu­cam lekko żar­to­bli­wie.

- No wła­śnie! Dzię­kuję. Cóż, skoro już znasz mój naj­więk­szy lęk, wie­rzę, że gdy przyj­dzie czas, pomo­żesz mi z maską wypa­da­jącą z panelu nad głową.

- Uro­czy­ście przy­się­gam: upew­nię się, że moja jest pra­wi­dłowo zało­żona, zanim pomogę w jej zało­że­niu wszyst­kim sie­dzą­cym w pobliżu dzie­ciom, w tym tobie.

- Dzięki. - Bły­ska zębami w uśmie­chu.

Czuję w piersi to rado­sne drże­nie, które poja­wia się wtedy, gdy spo­ty­kamy kogoś o podob­nym poczu­ciu humoru. To jak ska­ka­nie po sta­cjach radio­wych. Szum, szum, szum i nagle... klik! Ktoś nadaje na tych samych falach.

Sie­dzimy tak przez kilka chwil w kom­plet­nej ciszy, wpa­tru­jąc się tępo w ekrany w zagłów­kach. W końcu kobieta przy przej­ściu pry­cha, po czym ponow­nie wkłada słu­chawki i wraca do swo­jej krzy­żówki.

- Dodat­kowe miej­sce na nogi? Tylko tyle? - zaga­duję. - Wyglą­dasz mi na gościa z pierw­szej klasy. - I mówię to szcze­rze. Prze­cią­gam wzro­kiem po jego bie­lut­kiej koszulce, dopa­so­wa­nych ciem­nych jean­sach, oliw­ko­wej bom­berce i tramp­kach małej austra­lij­skiej marki, która na dniach pod­bije świat.

- No, skoro pytasz, mia­łem bilet na pierw­szą, ale prze­ga­pi­łem lot i musia­łem brać, co zostało.

Wydaję pełen współ­czu­cia jęk.

- No, prze­ga­piony lot to kosz­mar.

Wzru­sza ramio­nami.

- Nie jest tak źle.

Muszę zaci­snąć usta, żeby powstrzy­mać je od wygię­cia się w głu­pa­wym uśmieszku.

- To co się stało? Korki? Krę­cili ci serial pod domem? Jazda na JFK to hero­iczna prze­prawa.

Par­ska śmie­chem.

- Mia­łem wąt­pli­wo­ści co do samej podróży. Zasta­na­wia­łem się, czy jej nie odło­żyć albo w ogóle odwo­łać.

Wzdy­cham, opa­da­jąc na opar­cie fotela.

- Też wcale nie chcia­łam wyjeż­dżać, ale na tę chwilę nie mia­łam innej opcji.

Stuka w ekran w roz­tar­gnie­niu, aż w końcu poka­zuje logo "Zanim wybije pół­noc".

- Widzia­łaś to kie­dyś?

- Raz czy dwa mi się zda­rzyło - kła­mię bez­czel­nie.

- Wiesz, sły­sza­łem, że ci faceci prze­cho­dzą bar­dziej rygo­ry­styczną kon­trolę prze­szło­ści niż kan­dy­daci na wice­pre­zy­denta. - Prze­wija kilka sezo­nów, aż tra­fia na ten z Tyle­rem Bucha­na­nem. - I wiem na sto pro­cent, że typ zosta­wił dziew­czynę, którą wybrał, dla jed­nej z pro­du­cen­tek pro­gramu.

Muszę zaci­snąć zęby, by nie powtó­rzyć jak papuga tego, co odpo­wie­dzia­łaby na to Erica: "Nie potwier­dzam i nie zaprze­czam". Książę z Bajki zna część prawdy. Tyle­rowi skradł serce pro­du­cent, a nie pro­du­centka.

- Poważ­nie? - mówię zamiast tego. - W sumie zasta­na­wiam się, kto może liczyć na to, że znaj­dzie praw­dziwą miłość w takim pro­gra­mie, ale przy­naj­mniej głu­pota ich wszyst­kich dostar­cza nam, widzom, sporo roz­rywki.

Uśmie­cha się sztywno i wzdy­cha.

- Przy­naj­mniej na coś się przy­daje.

Gło­śny kle­kot oznaj­mia przy­by­cie ste­war­dessy pcha­ją­cej wózek z napo­jami, a Książę zama­wia sobie whi­skey.

- I to, co ona sobie zaży­czy - dodaje.

Ste­war­dessa prak­tycz­nie się do niego miz­drzy.

Uno­szę pospiesz­nie rękę.

- Popro­szę tylko piwo imbi­rowe.

- No co ty - obru­sza się Książę.

- Hm, no dobra, to może szam­pana.

Ste­war­dessa wypeł­nia mój pla­sti­kowy kube­czek po same brzegi. Szam­pan jest wąt­pli­wej jako­ści, ale przy­naj­mniej go nie żałują. Ste­war­dessa prze­suwa się do kolej­nego rzędu, a mój Książę z Bajki unosi swój kubek.

- Za prze­ga­pione loty i trans­kon­ty­nen­talne podróże, któ­rych możemy wkrótce poża­ło­wać!

Śmieję się i stu­kam kub­kiem w jego kubek.

- Za... to wła­śnie!

Przez resztę lotu sie­dzimy z słu­chaw­kami na uszach. Ja decy­duję się na jakieś stare odcinki Biura, a on ogląda Ter­mi­na­tora 2. (To nie stal­king, jeśli sie­dzi się z kimś tyłek w tyłek w kla­sie eko­no­micz­nej, dobra?).

Po wylą­do­wa­niu nie­mal wszy­scy zry­wają się w momen­cie, gdy gaśnie sygnał zapiąć pasy.

- Na świe­cie są dwa rodzaje ludzi - mówi Książę, cho­wa­jąc słu­chawki do torby. - Tacy, któ­rzy wstają od razu, nie­za­leż­nie od tego, jak daleko mają do wyj­ścia, i tacy, któ­rzy cze­kają w swoim fotelu jak cywi­li­zo­wani ludzie.

- O to, to! - wtó­ruję mu. - Nic mnie tak nie wku­rza.

Zer­kam przed sie­bie i dostrze­gam Króla Elo prze­py­cha­ją­cego się do przej­ścia.

- Chyba odkry­li­śmy, któ­rym typem jest twój stary kum­pel - odzywa się Książę.

Gdy nad­cho­dzi nasza kolej, pod­nosi się i pomaga wyjąć z półki bagaże wszyst­kim, któ­rzy tego potrze­bują. Wystar­cza mu jedno spoj­rze­nie na ety­kietę pasa­żer­ską w kształ­cie buta na wyso­kim obca­sie, by wyde­du­ko­wać:

- To musi być twoje.

Śmieję się.

- No tak, kręcą mnie buty.

Ruszam przej­ściem do wyj­ścia, a gdy odwra­cam się, by spraw­dzić, czy mój kolega z bajki idzie za mną, widzę, że utknął i wciąż pomaga innym z baga­żami. Z jed­nej strony bar­dzo mnie to ujmuje, ale z dru­giej mimo­wol­nie zaczy­nam się zasta­na­wiać, jak radzi sobie z wyty­cza­niem gra­nic w codzien­nym życiu.

Wycho­dzę na rękaw i rzu­cam się pędem do toa­lety, bo szam­pan nie­ubła­ga­nie dociera do końca swo­jej podróży przez moje ciało.

Po wyj­ściu z łazienki cze­kam kilka minut w nadziei, że jesz­cze go zła­pię. Nawet nie zapy­ta­łam go o imię. W końcu się pod­daję i truch­tam do odbioru bagażu, gdzie rzą­dek kie­row­ców w gar­ni­tu­rach stoi z iPa­dami wyświe­tla­ją­cymi nazwi­ska ich pasa­że­rów.

Wśród nich czeka na mnie wysoki łysy bia­ło­skóry męż­czy­zna w czar­nym gar­ni­tu­rze i oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych. Na jego ekra­nie wyświe­tla się napis: TRE­MA­INE.

Jestem już bar­dzo bli­sko, gdy w końcu zwraca na mnie uwagę.

- Tre­ma­ine? - zaga­duję.

- Aha, tak. Pani Tre­ma­ine? - upew­nia się.

- Wła­ści­wie to Woods, ale może być Cindy - odpo­wia­dam. - A pan to...?

- Bruce Anthony Colombo trzeci, ale może być Bruce.

- Miło cię poznać, Bruce. Nowy w zespole Eriki?

- Nowy to może nie. Ale świeżo na wyłącz­ność.

W ciągu ostat­nich czte­rech lat kariera Eriki wystrze­liła w kosmos, więc nic dziw­nego, że ma teraz wła­snego szo­fera.

- Mam wózek na walizki. - Bruce gestem poka­zuje na taśmę baga­żową. - Możemy?

- Mogą nam się przy­dać takie dwa - rzu­cam skrę­po­wana.

Sto­imy i cze­kamy całe wieki. (Wska­zówka dla nowi­cju­szy na LAX: Ni­gdy, ale to prze­nigdy nie nada­waj­cie bagażu. Ja nie­stety nie mia­łam wyboru).

- Utknę­łaś w baga­żo­wym pie­kle, co?

Odwra­cam się i staję twa­rzą w twarz z Księ­ciem z Bajki, nieco wymię­tym po dłu­gim locie i z wło­sami zmierz­wio­nymi od cią­głego prze­cze­sy­wa­nia ich pal­cami.

- Ty też? - pytam.

Poka­zuje na swój bagaż pod­ręczny.

- Cze­kam tylko na mojego kie­rowcę.

- Prze­pra­szam - wtrąca Bruce. - Pani Cindy, wygląda na to, że jedna z pani wali­zek została uszko­dzona w podróży. Jest cała pokle­jona taśmą i wydaje mi się, że powin­ni­śmy pomó­wić z linią lot­ni­czą. Wszę­dzie tacy sami par­ta­cze. Nawet bagażu nie dowiozą na miej­sce w jed­nym kawałku.

Cho­lera! Modlę się, by wszyst­kie buty były na swoim miej­scu. Nie ma nic gor­szego od wybra­ko­wa­nej pary.

- Och, no dobrze, tak. Zaraz się tym zajmę.

Książę chi­cho­cze.

- Czyli tak masz na imię. Cindy.

- Mia­łam zamiar się przed­sta­wić - zapew­niam.

- W każ­dym razie ja jestem Henry - odpo­wiada.

Bruce odchrzą­kuje.

- Wygląda na to, że kolejna walizka...

- Lepiej się tym zaj­mij - mówi Henry.

Kiwam głową.

- Tak, no to... miło było cię poznać, Ksią... Henry. Dzięki za ura­to­wa­nie mnie od lawy i naj­gor­szego współ­pa­sa­żera świata.

Jego kolej na kiw­nię­cie głową.

- Nie wspo­mi­na­jąc o usłu­dze loka­li­za­cji i dostawy zgu­bio­nych klap­ków.

- Ni­gdy ci tego nie zapo­mnę! - wołam przez ramię, rusza­jąc za Bruce'em do sta­no­wi­ska obsługi klienta.

Rozdział trzeci

W tym mie­ście Ericę Tre­ma­ine koja­rzy każdy. Gdy byłam w dzie­sią­tej kla­sie, maga­zyn "Hol­ly­wood Repor­ter" nazwał ją nową kró­lową reality show. Jej spe­cjal­no­ścią (i praw­dziwą kopal­nią złota) są pro­gramy rand­kowe. Pierw­sze kroki sta­wiała na początku lat dzie­więć­dzie­sią­tych w pro­gra­mie rand­ko­wym na MTV, gdzie jedna osoba jeź­dziła tak­sówką po dużym mie­ście, jed­no­cze­śnie odby­wa­jąc eks­pre­sowe randki z pasa­że­rami, któ­rych wio­zła. Główni boha­te­ro­wie odbie­rali i pod­wo­zili kil­koro kan­dy­da­tów, a na koniec wybie­rali osobę, którą chcie­liby poznać bli­żej. Kariera Eriki nabrała rumień­ców, gdy byłam w gim­na­zjum. To wtedy przed­sta­wiła pomysł na pogram pod tytu­łem "Zanim wybije pół­noc". Teraz pro­wa­dzi całą fran­czyzę, w któ­rej poza jej zło­tym dziec­kiem jest też mnó­stwo prze­róż­nych odszcze­pek.

Nie nazwa­ła­bym jej cie­płą ani nawet mat­czyną, ale mój tata szcze­rze kochał ją i jej córki Drew i Annę, więc ja także je kocham. Nie za naszą rela­cję, bo na wiele spo­so­bów wciąż są dla mnie tro­chę obce, ale za to, co ta rela­cja sym­bo­li­zuje - ostat­nią żywą więź, która łączy mnie z tatą.

Bruce par­kuje na pół­okrą­głym pod­jeź­dzie roz­le­głej i cał­ko­wi­cie odno­wio­nej posia­dło­ści w stylu mid-cen­tury modern w dziel­nicy Silver­lake, a ja natych­miast dostrze­gam jedno z tro­jacz­ków, które zerka na mnie zza zasłony przez wiel­kie okno pano­ra­miczne, zanim ktoś odciąga je w głąb salonu.

- Eee, jedną chwi­leczkę... - mru­czy Bruce, nie­zgrab­nie się­ga­jąc po tele­fon.

Zaglą­dam mu przez ramię i widzę, jak wystu­kuje wiel­kimi lite­rami: PTAK JEST W GNIEŹ­DZIE.

W końcu dodaję dwa do dwóch, a w oczach kręcą mi się łzy. Tak, jest mi potwor­nie smutno, że musia­łam zosta­wić Nowy Jork i moją wybraną rodzinę, ale powrót do domu mimo wszystko tro­chę mnie wzru­sza, nawet jeśli domem jest teraz pokój gościnny w nowej wypa­sio­nej cha­cie Eriki, gdzie spę­dzi­łam dotąd tylko kilka dni pod­czas prze­rwy świą­tecz­nej.

Bruce łapie moje spoj­rze­nie w lusterku wewnętrz­nym.

- Pani Cindy, eee, wniosę pani walizki, jeśli chce pani już wejść.

Biorę moją torbę pod­ręczną i zosta­wiam mu resztę bagaży. (Nie chcia­ła­bym zepsuć wszyst­kim nie­spo­dzianki, którą dla mnie przy­go­to­wali, ani kazać im cze­kać dłu­żej, niż to konieczne).

Prze­krę­cam gałkę i odkry­wam, że drzwi są otwarte.

- Hej, hej?! - wołam, a mój głos nie­sie się echem aż do salonu. - Jest tu kto?

Zza jed­nego z foteli roz­lega się cichutki chi­chot.

- Halo­oooooooo? - wołam dalej, wczu­wa­jąc się w rolę.

- Nie­spo­dzianka! - wykrzy­kują tro­jaczki, wyska­ku­jąc zza mebli z ręcz­nie wyko­na­nymi tablicz­kami w małych rącz­kach.

- Cindy! - pisz­czą chó­rem Drew i Anna. Obie para­dują kory­ta­rzem w naj­bar­dziej sty­lo­wych stro­jach do jogi, jakie widzia­łam. Drew ma na sobie śnież­no­biały kom­plet z sia­tecz­kową apli­ka­cją wzdłuż noga­wek, a Anna pasecz­kowy zestaw w kolo­rze taupe tylko odro­binę ciem­niej­szy od odcie­nia jej skóry. Obie są jak gazele, ich ide­alne jasno­brą­zowe włosy mie­nią się zło­ci­stym poły­skiem, a zwy­kle ala­ba­strowa cera jest ciem­niej­sza o kilka tonów dzięki samo­opa­la­czowi, któ­rego dzia­ła­nie pre­zen­to­wały w krę­co­nym wła­śnie domo­wym fil­miku instruk­ta­żo­wym.

- Ale sza­łowe wdzianka! - kom­ple­men­tuję, gdy przy­tu­lają mnie z obu stron, a tro­jaczki ata­kują moje kolana.

- Podoba się? - pyta Drew.

- Dzięki, kochana - mówi Anna. - Krę­ci­ły­śmy dziś mate­riał na post spon­so­ro­wany.

- Możemy na luzie zała­twić ci taki kom­plet.

Anna teatral­nie wciąga powie­trze.

- O rany, total­nie powin­ny­śmy ogar­nąć jakiś kolab we trzy. Ach! Jak dobrze mieć cię w domu.

Gdyby Insta­gram był żywą istotą (a cza­sem mam wra­że­nie, że może tak być), byłby Drew i Anną. Czę­sto są brane za bliź­niaczki, ale w rze­czy­wi­sto­ści dzieli je dzie­więć mie­sięcy. Serio, jedy­nymi cechami, po któ­rych da się je odróż­nić, są pie­przyk na ramie­niu Anny i peł­niej­sze usta Drew. (Cho­ciaż przed ostat­nimi świę­tami Anna wstrzyk­nęła sobie wypeł­nia­cze, po czym nawet Erica myliła ją z Drew). Obie skoń­czyły liceum rok przede mną. Potem przez pierw­sze kilka mie­sięcy pró­bo­wały ze stu­diami i doryw­czymi pra­cami, aż w końcu zało­żyły kanał na YouTu­bie, który nazwały Pra­wie­Jak­Bliź­niaczki, i od tam­tego czasu zostały influ­en­cer­kami na pełen etat.

- Jak minął lot? - dopy­tuje Drew. - Orzeszki były na cie­pło czy w tem­pe­ra­tu­rze poko­jo­wej?

- Popro­si­łaś pilota o przy­pinkę ze skrzy­dłami? - pyta Gus, z rękoma ople­cio­nymi wokół mojej nogi i cienką otoczką z cze­ko­lady wokół ust.

- Ojej, kom­plet­nie zapo­mnia­łam - odpo­wia­dam.

- Przy­wio­złaś nam pamiątki z Nowego Jorku? - pyta prze­słodka mała Mary.

- Tak się składa, że mogę mieć w tor­bie małą nie­spo­dziankę albo dwie - mówię, dzię­ku­jąc sobie w duchu, że pomy­śla­łam o kupie­niu tych trzech śnież­nych kul w kio­sku przed wej­ściem do samo­lotu.

Jack odsta­wia trium­falny taniec i wyma­chuje piąst­kami w powie­trzu.

- Tak!

Moje serce drży, gdy oglą­dam ich rado­sne poru­sze­nie. Tro­jaczki uro­dziła matka zastęp­cza, którą Erica i tata wybrali wspól­nie przed jego nagłą śmier­cią. Po dłu­gich namy­słach Erica mimo wszystko zde­cy­do­wała się na tę ciążę, a ja począt­kowo byłam na nią wście­kła... Ale potem się uro­dziły, a ja mia­łam poczu­cie, jak­bym odzy­skała trzy okruszki taty. Jak­by­śmy wszyst­kie je odzy­skały.

- Nie, słu­chaj... - Erica wycho­dzi z kuchni z tele­fo­nem przy­szpi­lo­nym mię­dzy uchem a ramie­niem. Moja maco­cha wyglą­da­łaby jak żyleta nawet w wycią­gnię­tych dre­sach, ale zazwy­czaj wybiera gar­ni­tury z sze­ro­kimi nogaw­kami. Siwe włosy nosi przy­cięte w kan­cia­stego, geo­me­trycz­nego boba, który ide­al­nie pod­kre­śla jej ostre kości policz­kowe. Gdyby Anna Win­tour i Kathe­rine Hep­burn miały dziecko, nazy­wa­łoby się Erica Tre­ma­ine. - Kurka! Prze­ga­pi­łam nie­spo­dziankę? - Wzdy­cha i rzuca do tele­fonu: - Wróćmy do tego póź­niej.

- Nic nie szko­dzi! - zapew­niam. Naprawdę nie ocze­ki­wa­łam niczego spe­cjal­nego.

Przy­wo­łuje mnie obiema rękoma, a ja kuś­ty­kam do niej z Gusem wciąż owi­nię­tym wokół nogi.

- Moja kochana! - mówi, przy­tu­la­jąc mnie mocno. Bar­dzo łatwo jest pod­dać się jej czu­ło­ści, więc pozwa­lam ciału do niej przy­lgnąć. - Nało­ży­łaś maseczkę na ostat­nie pół godziny przed lądo­wa­niem, jak ci radzi­łam? Powie­trze w samo­lo­cie zawsze ruj­nuje mi cerę.

- Nie, ale porząd­nie nakre­muję się dziś przed snem - obie­cuję.

Pusz­cza mnie i robi krok do tyłu, by mi się przyj­rzeć, a ja widzę, że jej oczy lśnią od łez. Wiem, czemu. To samo widzę, kiedy patrzę w lustro: tata. Jego szczęka. Jego nos. Jego oczy. Ponoć mama mu zazdro­ściła, że tak bar­dzo go przy­po­mi­nam, a jej wcale.

- Bar­dzo się cie­szę, że wró­ci­łaś do domu - szep­cze w końcu Erica. - No dobrze, zamó­wimy sobie sushi na wie­czór! Anna? Drew? Lepiej, żeby­ście nie miały dziś żad­nych pla­nów. Ogła­szam wie­czór w gro­nie rodzin­nym.

Anna coś stęka pod nosem, a ja mam wra­że­nie, że sły­szę słowo "randka", ale Drew kopie ją w kostkę.

Przy­wy­kłam do odwie­dzin trwa­ją­cych tylko kilka dni z oka­zji róż­nych świąt, więc nie wiem, czego spo­dzie­wać się po wspól­nym codzien­nym życiu. Czy rodzinne wie­czory to teraz stały punkt pro­gramu? Nie było ich, gdy wszyst­kie cho­dzi­ły­śmy do liceum. Co wię­cej, pamię­tam wiele sytu­acji, gdy tata goto­wał dla nas trzech, a talerz dla Eriki zosta­wiał w lodówce. Ni­gdy nie narze­kał z tego powodu. Wie­dział, w co się pakuje, żeniąc się z Ericą - nie miał co liczyć na czę­ste rodzinne wie­czory.

Bruce wtasz­cza ostat­nią walizkę, a Erica musi lecieć na spo­tka­nie, ale wcze­śniej wma­new­ro­wuje Annę i Drew w pil­no­wa­nie tro­jacz­ków, a mnie każe wziąć prysz­nic i uciąć sobie drzemkę.

Ku mojemu zasko­cze­niu insta­luje mnie w małym domku gościn­nym przy base­nie na tyłach posia­dło­ści. Twier­dzi, że potrze­buję wła­snej prze­strzeni (przy­znaję jej rację, choć w Nowym Jorku o takiej prze­strzeni mogłam tylko poma­rzyć), a to przy­naj­mniej zmo­ty­wo­wało ją, żeby wyre­mon­to­wać ten domek wcze­śniej niż póź­niej.

To zde­cy­do­wany skok na kolejny poziom po gościn­nym pokoju obok sypialni tro­jacz­ków.

Po dłu­gim gorą­cym prysz­nicu padam na łóżko, żeby zadzwo­nić do Sierry. Tele­fon dzwoni i dzwoni i już mam się pod­dać, gdy na ekra­nie w końcu poja­wia się jej twarz. Wydaje się pra­wie nie­moż­liwe, że jesz­cze tego samego dnia widzia­łam ją na żywo. Tam­ten moment wydaje się odle­gły o lata świetlne. Róż­nica czasu mię­dzy NYC i LA roz­cią­gnęła mój dzień o dodat­kowe trzy godziny.

- C! - woła, prze­krzy­ku­jąc dud­niący house'owy kawa­łek. - Jeste­śmy u Gra­hama! Bra­kuje tu cie­bie!

- Mnie też się tam bra­kuje - odpo­wia­dam.

- Co? - Gło­śnik trzesz­czy. - Nie sły­szę!

- Napisz póź­niej! - wrzesz­czę na cały głos w moim cichym pokoju.

- Sierra! Wra­caj tu! - woła ktoś za jej ple­cami.

- Nic nie sły­szę, ale kocham cię! Cie­szę się, że bez­piecz­nie dotar­łaś do celu. Napi­szę póź­niej!

Kiwam głową i macham. Ekran tele­fonu gaśnie, a ja odkła­dam go na nocny sto­lik i zwi­jam się w kłę­bek. To miał być mój wielki rok. Mia­łam skoń­czyć stu­dia z wycze­sa­nym port­fo­lio i zgar­nąć kilka nie­sa­mo­wi­tych ofert pracy. Ale nie tak poto­czyło się moje ostat­nie dwa­na­ście mie­sięcy w Par­sons.

Zamiast fali suk­ce­sów jak tsu­nami spa­dła na mnie żałoba po tacie, którą do tej pory igno­ro­wa­łam i wypie­ra­łam. Tata umarł. Erica mimo to zde­cy­do­wała się na jego dziecko. A ja wyje­cha­łam do Nowego Jorku, żeby uciec od uczuć, jakie to we mnie wywo­ły­wało. Dawa­łam sobie radę. Ludzie byli zasko­czeni, jak dobrze radzi­łam sobie w tak trud­nej sytu­acji. Do czasu, kiedy Erica poprzed­niego lata w końcu prze­nio­sła się do nowego domu, a ja wró­ci­łam na Święto Pracy, żeby spa­ko­wać kla­moty z mojego pokoju i przej­rzeć parę rze­czy taty, które Erica dla mnie odło­żyła. Wtedy wszystko znów we mnie ude­rzyło, ale tym razem doło­żyły się do tego trzy lata zaczo­po­wa­nego bólu, który cze­kał przy­cza­jony. Świeża fala żałoby nie tylko po tacie, ale i po mamie, bo wśród tych rze­czy było też kilka pamią­tek po niej. Drobna biżu­te­ria, którą zacho­wał na moje spe­cjalne oka­zje takie jak zakoń­cze­nie szkoły czy ślub. Przy­gnio­tła mnie lawina życio­wych kamieni milo­wych, któ­rych nie dane mi było z nimi prze­żyć.

I od tam­tego czasu ledwo mogę się zmu­sić do ryso­wa­nia. Cała radość two­rze­nia pry­sła. Nie znaj­duję już w tym ucieczki, ponie­waż od takiej żałoby nie da się uciec. Ale może któ­re­goś dnia żal ucich­nie na tyle, żebym mogła wró­cić do pro­jek­to­wa­nia. Może... Moje myśli zwal­niają, pozwa­la­jąc mi w końcu odpły­nąć w sen.

Rozdział czwarty

Anna pisz­czy z eks­cy­ta­cji, kiedy roz­pa­ko­wuje kola­cję, a Drew i ja poma­gamy tro­jacz­kom nakryć do stołu.

- Ale pysz­nie pach­nie - jęczy Drew.

- Wide­lec po lewej, Jac­kie - przy­po­mi­nam, sta­jąc mu za ple­cami. - Mary, przy­nie­siesz ser­wetki?

- A ja co mam robić? - pyta Gus, a z nosa zjeż­dżają mu okrą­głe oku­larki.

- Może zbie­rzesz zamó­wie­nia na napoje?

Kiwa głową z zapa­łem i zaczyna od Anny.

Erica wyła­nia się ze swo­jego gabi­netu. Bie­rze głę­boki wdech.

- Potrze­buję ginu z toni­kiem.

- Gus, sły­sza­łeś? - pytam.

Gus stu­diuje notat­ni­czek, w któ­rym zaczął zapi­sy­wać życze­nia.

- Jak to się pisze?

Drew i ja par­skamy śmie­chem.

- Lepiej mu pomogę - mówię.

Przej­muję przy­go­to­wa­nie doro­słych napo­jów, a Gus zbiera kar­tony z sokami dla sie­bie, Mary i Jacka.

Po kilku wstrzą­śnię­tych i mie­sza­nych pró­bach i błę­dach (w zakre­sie kok­tajli daleko mi do eks­pertki), nasza sió­demka w końcu sadowi przy dłu­gim stole Eriki.

Pani domu zasiada u szczytu, a ja obok niej. Erica wyj­muje z uszu bez­prze­wo­dowe słu­chawki i kła­dzie je na stole.

- Koniec z tele­fo­nami przy stole - mówi do mnie.

- Brawo! - odpo­wia­dam. - Ogromny postęp.

Erica śmieje się głu­cho.

- Codzienna walka. Ale moja eks­pertka od coachingu rodzin­nego powie­działa, że to klu­czowe.

- Coaching rodzinny? - pytam.

- Tak - wtrąca Drew. - Nasza droga matka zatrud­niła sobie guru od rodzi­ciel­stwa, żeby poto­wa­rzy­szyła jej w prze­pra­wie przez trudy wycho­wy­wa­nia potom­stwa.

- Gdzie była ta guru, kiedy były­śmy małe? - pyta Anna z uda­wa­nym wyrzu­tem.

Erica uśmie­cha się i prze­wraca oczami.

- Może wasze dzie­ciń­stwo było cha­otyczne, ale ten chaos połą­czył nas żela­zną wię­zią. Ile kobiet może powie­dzieć, że wycho­wało się w przy­cze­pie pro­duk­cyj­nej?

Drew wzru­sza ramio­nami.

- Pew­nie coś koło jed­nej trze­ciej Los Ange­les - mówi i zwraca się do mnie: - Ta eks­pertka zabro­niła Erice prze­ry­wać posiłki ze względu na pracę, prze­pi­sała rodzinne wie­czory co drugi tydzień i, uwaga, koniec z pracą na pla­nie. Prze­ka­zała pałeczkę.

- Brawo! - powta­rzam.

Ta wer­sja Eriki, a nawet sam fakt, że jest tutaj, a nie w pracy, jest dla mnie nowy i zaska­ku­jący.

Erica wzdy­cha.

- To prawda. Ujarz­mili mnie. Bra­kuje mi adre­na­liny z planu, ale przy­naj­mniej w końcu odkry­łam luk­sus wysy­pia­nia się. - Odchrzą­kuje. - Dobra, dzie­ciar­nia, słu­chaj­cie.

Ota­cza­jące mnie przy­rod­nie i przy­brane rodzeń­stwo wznosi szklanki i kar­tony z sokiem.

Cała uwaga sku­pia się na Erice, a ona uśmie­cha się pro­mien­nie.

- Nasza naj­droż­sza Cindy w końcu do nas wró­ciła. Cindy, skar­bie, kochamy cię. Wiem, że potrze­bu­jesz czasu, żeby pod­jąć decy­zję o dal­szych życio­wych kro­kach, ale cokol­wiek posta­no­wisz, bez wąt­pie­nia czeka cię wspa­niała przy­szłość.

- Zdro­wie Cindy! - woła Anna i stu­kamy się szklan­kami.

- Ach wy! - mówię wzru­szona.

Wpraw­dzie to nie jest dzika noc na mie­ście w towa­rzy­stwie Sierry, ale może jakiś czas z rodziną... powiedzmy kwar­tał... nie będzie znów taki zły.

Wychy­lam się nad sto­łem i wzno­szę toast, po czym stu­kamy się kie­lisz­kami i kar­to­no­wymi kubecz­kami.

Tro­jaczki zabie­rają się do pała­szo­wa­nia sma­żo­nego ryżu, a Anna, Drew, Erica i ja rzu­camy się na sushi.

Po zwy­cza­jo­wej ciszy, która zapada przy smacz­nym posiłku, Eryka zwraca się do Anny:

- Vic­tor dzi­siaj wpad­nie?

- Zerwali - oznaj­mia Drew, zanim sio­stra zdąży odpo­wie­dzieć.

- Drew! - woła Anna.

- Skoro mama już wie, trud­niej ci będzie przy­jąć go z powro­tem, gdy się będzie płasz­czył.

- Uf, walisz pro­sto z mostu - wtrą­cam.

Erica nachyla się do Drew i bie­rze Annę za rękę.

- Przy­kro mi kocha­nie, ale na pewno znaj­dziesz sobie kogoś, kto naprawdę na cie­bie zasłu­guje. On nie potrafi zagrzać długo miej­sca w żad­nej pracy.

Anna pry­cha.

- Vic­tor ma pracę.

- Kiep­skie zarzą­dza­nie twoją szafą na Posh­marku się nie liczy - stwier­dza Drew.

- Auć. - Wsy­sam powie­trze przez zęby. - Lepiej ci bez niego, Anno.

Naprawdę nie mie­ści mi się w gło­wie, jak Anna i Drew mogły się w ogóle zada­wać z takim prze­gry­wem jak Vic­tor.

Tele­fon Eriki odzywa się z jej kie­szeni i wszy­scy teraz patrzymy na nią.

- Mamo - odzywa się Anna - możesz ode­brać. Niczego nie udo­wad­niasz, ole­wa­jąc tele­fony. Naprawdę, to żaden kło­pot.

- Żaden kło­pot! - pisz­czy Mary, a za nią Jack i Gus.

Erica wyciąga tele­fon i zamiast ode­brać, dziel­nie wysyła wia­do­mość gło­sową.

- Cokol­wiek to jest, poczeka, aż skoń­czę obiad - mówi, jakby pró­bo­wała prze­ko­nać samą sie­bie. - No dobrze, Cindy, opo­wia­daj o swoim koń­co­wym pro­jek­cie.

Otwie­ram usta, żeby powie­dzieć, jak to pro­mo­tor zli­to­wał się i pozwo­lił mi wysta­wić moje wła­sno­ręcz­nie zapro­jek­to­wane i wyko­nane buty z zagra­nicz­nej wymiany na trze­cim roku, że tak naprawdę przez ostat­nie dzie­więć mie­sięcy zdo­ła­łam się zmu­sić tylko do zupeł­nego mini­mum i że to w ogóle cud, że pozwo­lili mi skoń­czyć stu­dia. Ale ubiega mnie Drew.

- Był abso­lut­nie zaje­fajny! - woła/

- Zaje­fajny! - wrzesz­czy Jack.

Drew zagryza wargę.

- Wybacz - szep­cze.

- Jac­kie - mówi Erica - to nie jest słowo, któ­rego uży­wamy poza domem, jasne?

Jack salu­tuje sprę­ży­ście.

- Zaje­ja­sne!

Erica prze­wraca oczami.

- Będę musiała się z tego wytłu­ma­czyć Gene­vie na kolej­nej sesji coachin­go­wej. Cin, tak mi szkoda, że nie byłam na twoim poka­zie koń­co­wym i wrę­cze­niu dyplo­mów.

- Ale wysła­łaś godne zastęp­stwo - zapew­niam ją.

Erica nie mogła przy­le­cieć do mnie z dru­giego końca kon­ty­nentu - to był naj­go­ręt­szy okres castingu do kolej­nego sezonu "Zanim wybije pół­noc", a poza tym musia­łaby przy­tar­gać ze sobą tro­jaczki. Posłała Annę i Drew. Dziew­czyny zja­wiły się na gra­du­acji z kro­wimi dzwon­kami i gdy weszłam na scenę po swój dyplom, naro­biły takiego rabanu, że nie­mal dorów­nały sie­dzą­cej za nami wło­skiej rodzi­nie.

- A potem... o matko - mówi Anna. - Cindy zabrała nas na epicką imprezę gra­du­acyjną, którą rodzice jej zna­jo­mych z roku urzą­dzili na dachu Radia­tor Buil­ding, i przy­się­gam, był taki moment, że pomy­śla­łam: Hej, w sumie mogła­bym się odna­leźć w tym Nowym Jorku.

Drew par­ska śmie­chem.

- Ale szybko ci prze­szło.

- Uczu­cie było prze­lotne, ale szczere. - Anna kła­dzie mi głowę na ramie­niu. - Cindy by mnie prze­szko­liła, co, Cin?

- Anno, moja droga, słodka sio­strzyczko - mówię, a to słowo nawet po tylu latach dziw­nie brzmi w moich ustach - nie wiem, jak ci to powie­dzieć, ale nie wydaje mi się, żebyś była stwo­rzona do jeż­dże­nia komu­ni­ka­cją miej­ską.

Erica wybu­cha śmie­chem, a tro­jaczki wymie­niają zdez­o­rien­to­wane spoj­rze­nia.

- Doro­słe żarty - kwi­tuje Gus, wzdy­cha­jąc z poli­to­wa­niem.

Tele­fon Eriki znów się odzywa, zagłu­sza­jąc nasz śmiech. Erica zerka, żeby spraw­dzić kto to.

- Och, kur­czaki - mówi. - To mi zaj­mie sekundkę. - Prze­kręca się na swoim krze­śle i zaczyna mówić do bez­prze­wo­do­wej słu­chawki.

- Powiem na cie­bie! - oświad­cza Mary śpiew­nie.

Erica wzdy­cha ciężko i posyła Mary wymowne spoj­rze­nie.

- Beck, masz dzie­sięć sekund - mówi do słu­chawki. - Jestem w trak­cie rodzin­nej kola­cji.

Wszy­scy patrzymy, jak przy­słu­chuje się z uwagą.

- Tutaj? Przed domem? - Erica ponow­nie wzdy­cha i zwraca się do nas: - Dosta­wi­cie jesz­cze jeden talerz?

- Robi się - mel­duje Drew.

Erica wstaje i rusza do drzwi.

- Dobra, zaraz cię wpusz­czę.

Chwilę póź­niej wraca w towa­rzy­stwie tęgiej bia­łej kobiety z pod­go­lo­nymi czar­nymi wło­sami, ubra­nej w glany, pod­wi­nięte jeansy, białą koszulkę i czer­wone szelki, które w jej przy­padku wyglą­dają na nie­zbędny ele­ment stroju, a nie modny doda­tek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki