Rozdział 5
Violetta poprawiła swoją perfekcyjną fryzurę i już miała brać się do poprawiania czerwonej szminki, kiedy zadzwonił dzwoneczek nad drzwiami wejściowymi i do środka weszła Mia. Choć zwróciła uwagę na elegancką damę z lusterkiem, zatrzymała się i powędrowała spojrzeniem po pomieszczeniu. Nie sposób się było napatrzeć na te szklane dzieła sztuki, które zdobiły szafki, postumenty i całą ścianę. Były tam miseczki, kieliszki do wina, szklanki, zarówno takie na specjalne okazje, jak i do użytku codziennego, oraz niespotykana, interesująca dekoracja ścienna z reflektorem punktowym z tyłu, który rozświetlał dzieło na niebiesko, zielono i czerwono. Prace Violetty była niesamowicie spójne z jej osobowością. Zarówno ją, jak i jej dzieła cechowały wyraziste kolory, a do tego zawziętość i postępowość. Zawziętość, bo dzieła te wyróżniały się zupełnie tak jak ona, kiedy natrafiając raz za razem na silny opór, nie dawała się stłamsić i narzucić sobie roli kury domowej, aż w końcu otworzyła własną firmę. Postępowość, bo Violetta była jedną z niewielu, którzy opanowali piaskowanie głębokie, co oznaczało, że potrafiła stworzyć wgłębienie, czyniąc w ten sposób obraz trójwymiarowym.
Po ich pierwszym spotkaniu Mia odrobiła pracę domową i przeczytała o tej starszej kobiecie wszystko, co znalazła w sieci. Violettę postrzegano jako wojowniczkę o prawa kobiet, ale nie taką, która stoi na barykadach, wygrażając pięściami, tylko taką, która pracuje w ciszy. Która krzewi u młodszego pokolenia swoje myślenie na temat własnej wartości i niezależności, a przez to zaszczepia poczucie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Właśnie dlatego tak ochoczo wyławiała nowe talenty, najchętniej zaś młode dziewczyny, mające gorsze warunki rozwoju niż ona, która pochodziła z zamożnego domu, a jej rodzice byli ludźmi wolnymi od uprzedzeń i nigdy nie stawali na drodze ani jej, ani jej chęci tworzenia.
Violetta nie była kobietą przesadnie okazującą zadowolenie, tylko raczej taką, która chwali, nieporadnie klepiąc po ramieniu i zachęcając do dalszej pracy. "Staraj się być najlepszą wersją siebie" - brzmiało jej życiowe motto, dla leni bowiem nie miała w ogóle tolerancji.
"Tak długo, jak twój mózg działa, istnieją rzeczy do zrobienia dla siebie lub innych" - powiedziała Violetta w wywiadzie, który przeczytała Mia. Właściwie to nieprawdopodobne, że ani Gia, ani Elena o niej nie słyszały. Przecież w zasadzie kierowały się podobnymi wartościami i wyznawały podobne poglądy. Poza tym kobiety miały zbliżony do Violetty bagaż doświadczeń, który sprawił, że wybrały izolację na wsi, a do miasteczka wybierały się najczęściej tylko po to, żeby kupić potrzebne rzeczy. Fakt, że mieszkańcy byli później nieprzychylnie nastawieni, z powodu fatalnego incydentu z jednym z lokatorów Gii, nie ułatwił sprawy. Mia naprawdę nie mogła się doczekać, aż przedstawi sobie wszystkie panie podczas wernisażu, który miał się odbyć już wkrótce. Właśnie dlatego umówiła się na spotkanie z Violettą tutaj, żeby ustalić ostatnie szczegóły uroczystego otwarcia wystawy. Mię skręciło w żołądku, kiedy pomyślała, że za około tygodnia to miejsce zapełni się odwiedzającymi, którzy przyjdą podziwiać właśnie jej prace, a może nawet stwierdzą, że fotografie są warte parę euro, i będą je chcieli powiesić na ścianie we własnym salonie.
Violetta schowała kieszonkowe lusterko do torebki, a kiedy ruszyła ku Mii, wciąż stojącej przy drzwiach, dźwięk, który wydawały buty na niewysokim obcasie, odbił się echem w całym pomieszczeniu. Ogromne kolczyki z pereł z czymś, co prawdopodobnie było błyszczącymi diamentami, kołysały się ciężko w płatkach uszu przy każdym kroku. Wszystkie pasma włosów znajdowały się na swoim miejscu, a makijaż był doskonały. Widok starszej kobiety skłonił Mię do refleksji nad własną aparycją i dziewczyna zaczęła żywić nadzieję, że sama wygląda wystarczająco reprezentacyjnie i profesjonalnie. Na szczęście nie musiała się przynajmniej niepokoić, że nie zrozumie angielskiego z charakterystycznym włoskim akcentem, ponieważ wszystkie lata spędzone za granicą sprawiły, że Violetta posługiwała się nienaganną angielszczyzną. Poza tym Mia przez ostatni rok, szczególnie dzięki uporowi Sandra, zaczęła też trochę rozumieć włoski.
Różowa marynarka opięła się na piersi, kiedy Violetta wyciągnęła rękę, żeby się przywitać.
- Cara mia - powiedziała, uśmiechając się chłodno, choć życzliwie, a głęboko osadzone orzechowobrązowe oczy przymrużyły się z zaciekawieniem. - Jak się czujesz?
- Dziękuję, świetnie. - Mia nachyliła się lekko, żeby złożyć pocałunek na każdym z policzków Violetty. - A ty?
Mimo że Violetta nigdy nie dała powodów, by tak sądzić, Mia za każdym razem, kiedy rozmawiały, zastanawiała się, czy zwracając się do kobiety, powinna dodać "pani Agnelli" - wydawało jej się, że tak by wypadało. Violetta któregoś razu zdradziła, że jej nazwisko oznacza "jagnię", a Mia z rozbawieniem zauważyła, że o kobiecie można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest potulna jak baranek.
- Bardzo dobrze - odpowiedziała Violetta, odwróciła się i ruszyła przodem do małej kuchni na zapleczu. - A gdzie masz dzisiaj Penny?
- Musiała zostać w domu, bo nie chciałam, żeby siedziała na zewnątrz w palącym słońcu.
Weszły do kuchni, w której na stole stały dwie filiżanki ze spodkami, a przy każdej leżała serwetka.
- Mądrze zrobiłaś. Wysłałam swojego asystenta po kawę, ale nie pojmuję, czemu wszystko zajmuje mu tak dużo czasu. Przecież kawiarnia jest rzut beretem stąd, a on wyszedł ponad kwadrans temu. - Violetta głośno westchnęła. - Na szczęście to przynajmniej miły chłopak, bo inaczej nie wiem, jak długo bym z nim wytrzymała.
Tyle co usadowiły się na krzesłach, a dzwonek przy drzwiach zabrzęczał po raz drugi. Już z oddali słychać było dyszącego z wysiłku asystenta i jego zbliżające się szybkie kroki. Chwilę później pojawił się w drzwiach z czerwoną, lekko opuchniętą twarzą i widocznymi plamami potu pod pachami.
- Scusi - wysapał. - Musiałem wrócić do kawiarni, bo nie byłem pewien, czy chciała pani espresso czy cappuccino. Kupiłem więc i to, i to.
- Ile razy jeszcze będę musiała to powtarzać? - zapytała Violetta, głośno wzdychając. - Piję es-pres-so. - Każdą sylabę wyraźnie zaakcentowała. - Zawsze espresso. Cappuccino pije się tylko do śniadania, później już nie.
Asystent stuknął się w czoło.
- No tak, nie wiem, jak mogę ciągle o tym zapominać!
- Mnie się też to nie mieści w głowie, ale cóż, mój nieżyjący mąż był taki sam - wymamrotała Violetta i odgoniła gestem dłoni młodzieńca, kiedy już je obsłużył.
Mia zachowała dla siebie, że wolałaby cappuccino zamiast czarnej, smolistej kawy.
- Więc jak się teraz masz? - zaczęła Violetta, kiedy zostały same.
Mia poprawiła się na krześle.
- Zdenerwowana.
- Prawidłowo, w przeciwnym razie byłoby coś nie tak. To napawa lękiem, kiedy ma się wypuścić swoje dzieła, żeby zaczęły żyć własnym życiem u kogoś innego.
Mia przytaknęła.
- Tak, tak właśnie się czuję.
- Większość spraw przed wernisażem jest już w każdym razie załatwiona, więc przynajmniej o to nie musisz się martwić. Mam nadzieję, że się nie obrazisz, ale w ramach poczęstunku pozwoliłam sobie zamówić kanapeczki u kobiety, która zazwyczaj pomaga mi przy takich okazjach, zadba nawet o zorganizowanie szampana i innych napojów.
Mia uniosła brwi.
- Obrazić się? - wykrztusiła. - Boże, na pewno nie! Jestem raczej niezmiernie wdzięczna. - Przełknęła, żeby móc kontynuować. - Ale nie wiem, jak zdołam teraz za to wszystko zapłacić...
- Jakoś to załatwimy. Zawsze lubiłam przygotowywać takie spotkania, a ponieważ nie odbywają się zbyt często, robię to jeszcze chętniej. I mam przecież do pomocy Christiana. - Wymienienie imienia asystenta sprawiło, że Violetta przewróciła oczami. - Jest tylko jeden warunek.
- Jaki?
- Że ubierzesz się bardziej wizytowo niż dzisiaj. - Wykonała gest w kierunku dżinsów Mii i białej bluzki z krótkimi rękawami. - Dress for success, jak to powtarzam.
Mia uśmiechnęła się szeroko.
- Coś wymyślę.