Idzie nowe - Åsa Bonelli

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Epilog

Je­dze­nie, je­dze­nie, je­dze­nie i jesz­cze wię­cej je­dze­nia. Wzdłuż, wszerz i po prze­kąt­nej. I na­poje, mu­zyka i roz­mowy mię­dzy ludźmi, któ­rych pełno było w ogródku. Była tam ro­dzina San­dra, Gia, Elena, Clara i na­wet jej tata, który przy­jął za­pro­sze­nie, po­zo­sta­wione w ich skrzynce na li­sty. Zja­wiła się też Vio­letta i wierna swo­jemu zwy­cza­jowi, zwy­my­ślała Chri­stiana za ja­kąś drob­nostkę, co z ko­lei do­pro­wa­dziło do tego, że ten wy­pił dusz­kiem szam­pana z kie­liszka. Był też ma­szy­ni­sta z po­ciągu i jego matka, która wy­raź­nie cie­szyła się z za­pro­sze­nia.

Na­wet psy w za­gro­dzie czuły, że jest uro­czy­ście, gdy pa­ła­szo­wały gril­lo­wa­nego kur­czaka wy­mie­sza­nego z do­mo­wymi klop­si­kami. Zro­bie­nie ich trwało wiecz­ność, ale było warto.

Bo była to uro­czy­stość.

Uro­czy­stość i pora, żeby świę­to­wać z tylu po­wo­dów.

Mia sta­nęła na jed­nym z krze­seł, dała znać Cla­rze, żeby przy­ci­szyła mu­zykę, i stuk­nęła łyżką w swój kie­li­szek. Na­tych­miast ucichł gwar i cała uwaga zo­stała skie­ro­wana w jej stronę.

- Chcia­łam tylko po­wie­dzieć parę słów, za­nim za­czniemy jeść, bo jak prze­cież wia­domo, kiedy już usią­dziemy, to nie usły­szymy swo­jego głosu.

Roz­legł się śmiech.

Mia kon­ty­nu­owała.

- Za­pro­si­li­śmy was tu dziś z kilku po­wo­dów. Jed­nym z nich jest to, że Clara wresz­cie po­zbyła się gipsu, a coś ta­kiego trzeba ko­niecz­nie uczcić.

Clara za­śmiała się i przy­tak­nęła, a Mia za­częła mó­wić da­lej:

- Dru­gim po­wo­dem jest to, że Elena do­stała się na kurs na asy­stenta osób z uza­leż­nie­niem i za­cznie stu­dio­wać już je­sie­nią.

Wy­brzmiały gło­śne gra­tu­la­cje i unie­siono kie­liszki.

- Gia zaś za­częła z gminą roz­mowy o tym, żeby to miej­sce stało się cer­ty­fi­ko­wa­nym ośrod­kiem te­ra­pii uza­leż­nień, w któ­rym psy będą po­ma­gać w le­cze­niu. - Mia unio­sła kie­li­szek w stronę obu ko­biet, które za­wsty­dzone się uśmiech­nęły. - Je­ste­ście tego tak cho­ler­nie warte. To wszystko oczy­wi­ście ozna­cza też, że za­groda musi się ja­koś na­zy­wać. - Mia ze­sko­czyła z krze­sła, znik­nęła za do­mem, wró­ciła i uro­czy­ście się wy­pro­sto­wała. - Więc ni­niej­szym na­da­jemy ci na­zwę Villa Pe­ace and Paws, bo o to wła­śnie tu­taj cho­dzi, kiedy się tu tra­fia: o spo­kój i psie łapy. Niech żyją, hip, hip, hurra!

Po­chwalne krzyki po­nio­sły się echem po ogro­dzie, a na­stęp­nie Mia po­pry­skała fa­sadę domu tym, co zo­stało w jej kie­liszku.

- Je­stem też prze­szczę­śliwa, że pra­wie wszyst­kie moje prace się sprze­dały i że za­cznę przy­go­to­wy­wać nowy zbiór. Więc zdro­wie wszyst­kim! Dzię­kuję, że przy­szli­ście. Zaj­mu­je­cie ważne miej­sce w na­szym ży­ciu i za­wsze je­ste­ście tu mile wi­dziani.

Wszy­scy wspól­nie wznie­śli to­ast i gdy gwar tro­chę ucichł, przy­szła ko­lej na Gię, żeby za­stu­kać w kie­li­szek.

- Tak, bar­dzo się cie­szymy, że mo­żemy się spo­tkać w ta­kim gro­nie. Tylko czy przy­pad­kiem ko­goś nie bra­kuje?

Mia, nic nie ro­zu­mie­jąc, zmarsz­czyła brwi. A póź­niej coś za ple­cami spra­wiło, że się od­wró­ciła. Trzask trojga za­my­ka­ją­cych się drzwi sa­mo­chodu.

I pro­szę.

Przy skraju drogi stali wszy­scy czworo z ra­do­ścią wy­pi­saną na twa­rzach.

Mama, tata, Molly i Lu­cas.

I wła­śnie w tym mo­men­cie ten okropny ob­raz, który wszystko psuł i był źró­dłem tak ogrom­nego wstydu, że nie po­tra­fiła z ni­kim o tym po­roz­ma­wiać, stra­cił całą swoją moc.

Rozdział 1

Przy­jem­nie się sie­działo na ku­dła­tym dy­wa­nie obok łóżka. Był od­po­wied­nio miękki i z nie­zbyt gę­stym wło­siem, więc nie ro­biło się za cie­pło. Miło było też po­sta­wić na nim stopy, kiedy dzwo­nił bu­dzik, choć ona wo­lała wtedy ra­czej za­ko­pać się jesz­cze głę­biej w prze­ście­ra­dło, koł­drę i po­duszki. Za­miast tego mu­siała wsta­wać, by roz­pra­wić się z dniem. Na do­da­tek ta­kim, który nie róż­nił się od reszty, i wy­glą­dał do­kład­nie tak samo jak po­zo­stałe trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć. Wstać, ubrać się, umyć zęby, zjeść śnia­da­nie i póź­niej w drogę. Małe no­życzki do pa­znokci nie cią­żyły w dłoni. Przy­glą­dała się zwę­ża­ją­cej się ścię­tej kra­wę­dzi za­koń­czo­nej szpi­cza­stym ostrzem. Prze­su­nęła pal­cem wska­zu­ją­cym po kon­tu­rze zim­nego me­talu i za­trzy­mała się na wą­skiej czę­ści. Jak za­cza­ro­wana wpa­try­wała się w ko­niu­szek palca, co­raz moc­niej do­ci­ska­jąc go do ostrego czubka, i ob­ser­wo­wała po­głę­bia­jącą się bruzdę w skó­rze. Za każ­dym ra­zem fa­scy­no­wało ją to tak samo. Bo to oczy­wi­ście nie pierw­szy raz. Nie, w tej sy­tu­acji można było ją na­zwać pro­fe­sjo­na­listką. Pro­fe­sjo­na­listką w na­ci­na­niu skóry. Gdyby ogło­sić za­wody, sta­nę­łaby na naj­wyż­szym stop­niu po­dium.

Od­su­nęła pa­lec i pod­cią­gnęła rę­kaw ko­szulki. Gdy spoj­rzała na liczne rany na przed­ra­mie­niu, przez chwilę czuła, jak smu­tek wy­peł­nia jej klatkę pier­siową. Choć na swój spo­sób było w tym coś pięk­nego. To po­twier­dzało, że żyje, że na­prawdę tu jest. Że składa się z mię­śni, ko­ści i krwi. Na­wet je­śli naj­czę­ściej tego nie czuła. Jak te­raz. Była prze­zro­czy­sta. Wręcz nie­wi­dzialna. Nie­wi­dzialna i nic nie­zna­cząca. Bo nie ist­niał nikt, kto by ją do­strzegł. Czy ra­czej nikt, kto chciał ją zo­ba­czyć, za­miast świa­do­mie od­rzu­cać. Inni byli prze­cież dużo bar­dziej in­te­re­su­jący i mo­gli się na coś przy­dać. A wszy­scy wie­dzieli, że ona nie przy­da­wała się do wielu rze­czy. Naj­czę­ściej i naj­chęt­niej trzy­mała się z boku i sie­działa ci­cho. Uda­wała, że nie sły­szy, je­żeli ktoś, wbrew wszel­kim ocze­ki­wa­niom, za­czy­nał z nią roz­mowę. Tylko kogo pró­bo­wała oszu­kać? Je­żeli ktoś po­świę­cał jej uwagę, to dla­tego, że za­sta­na­wiał się, która go­dzina albo gdzie jest naj­bliż­szy ban­ko­mat.

Ona jed­nak w więk­szym lub mniej­szym stop­niu to za­ak­cep­to­wała. Tak po pro­stu było. Ale nie zmie­niało to faktu, że te małe zia­renka bólu ro­sły, aż sta­wały się gi­gan­tycz­nych roz­mia­rów klu­chą, któ­rej w końcu nie dało się udźwi­gnąć. Wtedy po­ma­gały tylko no­życzki do pa­znokci.

Pró­bo­wała po­li­czyć, ile czasu mi­nęło od ostat­niego razu. Ty­dzień, dwa? Nie, przy­po­mniała so­bie i za­sko­czyła ją ta myśl. Mi­nęły trzy ty­go­dnie. Tyle że ostat­nio było dość ci­cho i spo­koj­nie. Bez zbyt­niej go­ry­czy wy­pa­la­ją­cej od środka. Wszystko jed­nak ma swój kres i dziś naj­nor­mal­niej w świe­cie skoń­czyło się jak zwy­kle. Wszystko wró­ciło, roz­dzie­ra­jąc, szar­piąc, pod­gry­za­jąc, aż w gar­dle za­le­gła klu­cha. Przy­tkała drogi od­de­chowe, aż dzwo­niło w uszach. Je­dyne, co dziew­czyna sły­szała, to wła­sny od­dech. Czuła kłu­cie w pal­cach dłoni i stóp.

Zna­la­zła od­po­wied­nie miej­sce na ra­mie­niu. Per­fek­cyjny ka­wa­łek, gdzie skóra była miękka i cienka. Nie bę­dzie sta­wiać zbyt­niego oporu, tylko ule­gnie pod na­ci­skiem me­talu i pra­gnie­nia. Przy­ło­żyła ko­niu­szek do skóry. Wzdry­gnęła się lekko, kiedy zimno ze­tknęło się z cie­płem. Od­chy­liła głowę do tyłu i oparła o ramę łóżka, za­mknęła oczy i po­czuła na­ra­sta­jący spo­kój.

Wkrótce, wkrótce.

Bez naj­mniej­szego wa­ha­nia do­ci­snęła. Me­tal wbił się głę­boko w jej ciało. En­dor­finy po­pły­nęły z prą­dem krwi w ży­łach. Otwo­rzyła oczy i po­dą­żyła wzro­kiem za dło­nią trzy­ma­jącą no­życzki ro­biącą po­ziome na­cię­cie. Zo­ba­czyła, jak skóra się roz­stą­piła. Otwo­rzyła się. Spo­koj­nie przy­glą­dała się wy­pły­wa­ją­cej czer­wieni o me­ta­licz­nym po­smaku i za­pa­chu. Ciecz ście­kała po przed­ra­mie­niu i ka­pała na spodnie. Jako eks­pertka w sa­mo­oka­le­cza­niu przy­go­to­wa­nym ka­wał­kiem pa­pieru za­ta­mo­wała krew, za­nim ta zdą­żyła jesz­cze bar­dziej spla­mić ubra­nia. Nie­po­trzeb­nie się tak po­bru­dziła. Mocno przy­ci­snęła pa­pier do otwar­tej rany. Wsłu­chi­wała się w swoje wnę­trze, od­cięła się. Bo te­raz i tylko te­raz było to moż­liwe. To te­raz pa­no­wał zu­pełny spo­kój. Od­pie­rał cię­żar na szyi, gła­dząc ją po po­liczku.

Roz­luź­nij się i przyj­mij mój dar, mó­wił.

Rozdział 2

- Na zdro­wie! - Trzy na po­zór różne ko­biety unio­sły zgod­nie kie­liszki do za­ró­żo­wio­nego nieba.

Mię prze­peł­niało cie­pło, kiedy ob­ser­wo­wała Gię, mą­drą i ser­deczną, oraz jej nieco upier­dliwą i in­tro­wer­tyczną córkę Elenę, które otwo­rzyły serca i dom dla tej roz­trzę­sio­nej dziew­czyny - Mii z prze­szło­ści. Dziew­czyny, która zo­stała zmu­szona do prze­war­to­ścio­wa­nia swo­jego ży­cia i która do­kład­nie rok póź­niej my­ślała i za­cho­wy­wała się zu­peł­nie ina­czej. Kie­dyś naj­waż­niej­sze były dla niej po­goń za laj­kami na In­sta­gra­mie i ak­cep­ta­cja fa­nów. Tamto ży­cie, co Mia wy­raź­nie te­raz do­strze­gała, róż­niło się zu­peł­nie od tego, które wio­dła dzi­siaj. Nie było w nim już su­kie­nek z ce­ki­nami, sta­ran­nie na­ło­żo­nego ma­ki­jażu, mar­ko­wych to­re­bek i do­pa­so­wa­nych do nich bu­tów ani im­prez w opa­rach al­ko­holu. W trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć dni za­mie­niła to wszystko na cięż­kie tra­pery, prze­tarte szorty, po­si­nia­czone nogi i po­ła­mane pa­znok­cie. Za­częła na­wet roz­wa­żać, czy ko­szula w kratkę mimo wszystko nie jest aż taka brzydka. Rude włosy, które wcze­śniej swo­bod­nie opa­dały na plecy ni­czym gę­sta za­słona, te­raz były naj­czę­ściej cia­sno zwią­zane w koń­ski ogon, żeby nie prze­szka­dzać w co­dzien­nej pracy w schro­ni­sku. Tusz do rzęs i kredkę do oczu, prze­gnane do ko­sme­tyczki, Mia wyj­mo­wała zaś je­dy­nie na spe­cjalne oka­zje.

- Gra­tu­la­cje z oka­zji rocz­nicy! - po­wie­działa Gia i uśmiech­nęła się, aż jej brą­zowe oczy stały się wą­skimi szpar­kami. - Je­ste­śmy z cie­bie nie­sa­mo­wi­cie dumne! Prawda, Elena?

Córka przy­tak­nęła.

- Tak! I po­my­śleć, że na­wet z cie­bie mo­gli być lu­dzie. Kiedy od­bie­ra­łam cię z lot­ni­ska i kiedy wy­sia­da­łaś z sa­mo­chodu, w ogóle się tego nie spo­dzie­wa­łam. Przy­glą­da­łam ci się w lu­sterku wstecz­nym, gdy pod­je­cha­ły­śmy pod dom. Gdy­byś tylko wi­działa swoją minę! - Elena otwo­rzyła sze­roko oczy i roz­dzia­wiła bu­zię, uda­jąc prze­ra­że­nie.

Mia klep­nęła ją w ra­mię.

- Wcale tak nie wy­glą­da­łam! - Zbli­żyła do ust szam­pankę i zro­biła łyk soku po­ma­rań­czo­wego.

- Ależ tak, tak wła­śnie wy­glą­da­łaś - skon­tro­wała Elena, wy­ła­wia­jąc tru­skawkę, która utknęła na dnie kie­liszka.

Mia od­po­wie­działa prych­nię­ciem, choć wie­działa, że dziew­czyna ma ra­cję. Z pew­no­ścią przy­po­mi­nała złotą rybkę wy­rzu­coną na su­chy ląd, kiedy jej ro­man­tyczny ob­raz To­ska­nii roz­padł się na ka­wałki. I gdy w na­stęp­nej chwili po­zba­wiono ją za­równo ko­mórki, jak i ta­bletu - tak, wtedy ka­ta­strofa stała się fak­tem. Te­raz ła­two było się z tego śmiać, ale w tam­tym mo­men­cie Mia na­prawdę są­dziła, że jej ży­cie do­bie­gło końca.

Mięk­kie mu­śnię­cie łydki spra­wiło, że Mia spoj­rzała w dół. Uśmiech­nęła się i kuc­nęła. Ko­chana, ko­chana Penny. Wierna i naj­lo­jal­niej­sza ko­le­żanka, która cho­dziła za Mią krok w krok. Która za­le­wała ją bez­wa­run­kową mi­ło­ścią i pa­trzyła na swo­jego czło­wieka spoj­rze­niem peł­nym uwiel­bie­nia.

Mia prze­cią­gnęła pal­cami po je­dwa­bi­stej sier­ści i jak to miała ostat­nio w zwy­czaju, wy­cze­sała koł­tun, który za­czął się two­rzyć za przed­nią łapą. Mimo że Penny za­wsze była krótko ostrzy­żona, jej de­li­katne włosy miały de­ner­wu­jącą ten­den­cję do plą­ta­nia się i trudno je było roz­dzie­lić, je­śli zwle­kało się z tym za długo. Wtedy je­dy­nym roz­wią­za­niem oka­zy­wało się wzię­cie no­ży­czek i od­cię­cie kłębka.

Penny wci­snęła się mię­dzy ko­lana Mii i sta­nęła na tyl­nych ła­pach, przed­nie kła­dąc na ra­mio­nach przy­ja­ciółki. Prych­nęła, a póź­niej za­częła tań­czyć ję­zy­kiem po twa­rzy dziew­czyny, sza­leń­czo wy­ma­chu­jąc ogo­nem.

- O fuj, ble! - wy­bu­chła Mia, spy­cha­jąc Penny. - Prze­cież wiesz, co o tym mó­wi­ły­śmy. Nie chcę na­wet my­śleć, gdzie ten ję­zyk był wcze­śniej, więc dzię­kuję, to bar­dzo miłe, ale nic z tego. - Wy­tarła twarz wierz­chem dłoni. - Siad!

Penny z ob­ra­żoną miną wy­ko­nała po­le­ce­nie, ale dała upust nie­za­do­wo­le­niu nie­mal nie­sły­szal­nym szczek­nię­ciem.

Mia prze­wró­ciła oczami.

- Nic tym nie wskó­rasz, prze­cież wiesz.

Wes­tchnąw­szy, Penny osu­nęła się z ko­lan i po­ło­żyła na brzu­chu na lekko wil­got­nej od wie­czoru tra­wie, głowę umiesz­cza­jąc na przed­nich ła­pach. Była taka uro­cza, że Mia pra­wie po­ża­ło­wała, że nie po­zwo­liła suczce oka­zać mi­ło­ści w ulu­biony spo­sób.

- No, opo­wia­daj już: co dla nas przy­go­to­wa­łaś?

Gia i Elena usia­dły na po­ma­lo­wa­nych na biało że­la­znych krze­słach pa­su­ją­cych do okrą­głego sto­lika w ta­kim sa­mym stylu. Był to za­kup, za który wła­ści­cielki domu po­winny być Mii wdzięczne. Cały kom­plet kosz­to­wał mniej niż ty­siąc pięć­set ko­ron i pa­so­wał ide­al­nie do ogrodu, już nie tak za­ro­śnię­tego jak kie­dyś. Do tego Mia także się przy­czy­niła.

- Zo­ba­czy­cie. - Uśmiech­nęła się i ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, wy­mknęła się przy­pil­no­wać, żeby to, co py­kało na ku­chence, się nie przy­pa­liło.

Rozdział 3

Wnę­trze domu także prze­szło zdu­mie­wa­jącą me­ta­mor­fozę, od­kąd nowa lo­ka­torka stała się jego czę­ścią. W przed­po­koju nie trzeba już było uwa­żać na to, gdzie się sta­wia stopy, żeby nie za­ry­zy­ko­wać po­tknię­cia o stos bu­tów i kapci, które wcze­śniej blo­ko­wały wej­ście. Te­raz to, co nie­uży­wane, zo­stało albo wy­rzu­cone, albo wy­dane lo­kal­nej or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej. Ga­zety i inne stare śmieci, które z ja­kie­goś nie­po­ję­tego po­wodu zaj­mo­wały naj­wyż­szą półkę w przed­po­koju, od­de­le­go­wano na ma­ku­la­turę, a kar­di­gany i cien­kie kurtki za­wi­sły upo­rząd­ko­wane na wie­sza­kach. Znisz­czony szma­ciany dy­wa­nik zo­stał wy­mie­niony na bar­dziej prak­tyczny chod­nik z two­rzywa sztucz­nego, który ła­two było utrzy­mać w czy­sto­ści i wy­trze­pać. Mo­ski­tiera w drzwiach nie speł­niała już swo­jej funk­cji, więc wy­mie­niono ją na no­wiu­sieńką.

Mocny za­pach mie­szanki czosnku, pas­saty po­mi­do­ro­wej i cy­tryny uno­sił się w przed­po­koju, po­wo­du­jąc, że ślina na­pły­nęła Mii do ust. Czy nie prze­szła dziś sa­mej sie­bie? Na ku­chence de­li­kat­nie pyr­kało so­czy­ste wło­skie osso­buco z cie­lę­ciny za­ku­pio­nej w skle­pie z wę­dliną Enza, wujka San­dra. Mia uśmiech­nęła się do sie­bie na wspo­mnie­nie afery, jaką Enzo zro­bił z tego, że zde­cy­do­wała się ku­pić naj­lep­szy ka­wa­łek mięsa, jaki miał za ladą. Z tro­ską o tę naj­cen­niej­szą rzecz osu­szył mięso, a póź­niej za­wi­nął je w gruby ka­wa­łek pa­pieru i tę ładną pa­czuszkę zwią­zał sznur­kiem ko­nop­nym. Kiedy już prze­ka­zał paczkę i z nie­malże za­wsty­dzoną miną przy­jął za­płatę, naj­pierw zło­żył dło­nie, a póź­niej ma­cha­jąc rę­kami, zbli­żył się do Mii.

- Ella Ma­donna! - wy­krzyk­nął i prze­szedł na ła­maną an­gielsz­czy­znę, któ­rej zro­zu­mie­nie za­jęło Mii dłuż­szą chwilę: - Z tym mię­sem od­nie­siesz dziś wie­czo­rem suk­ces! - Po­słał jej gło­śnego ca­łusa. - Excel­lente!

Enzo był wspa­niały. Gło­śny, cie­pły, ha­ła­śliwy - do­kład­nie taki, jak wielu wy­obraża so­bie Wło­cha w star­szym wieku. Jego ży­ciową pa­sją było je­dze­nie i to od niego Mia do­stała kilka po­my­słów na ko­la­cje, to także on uczył ją, co ro­bić, żeby wy­do­być naj­lep­sze smaki. Mia za­wsze lu­biła go­to­wać, ale nie opła­cało się stać przy ku­chence i wy­si­lać przy ko­la­cji dla tylko jed­nej osoby. Te­raz było jed­nak ina­czej. Te­raz była oczy­wi­stą czę­ścią ca­ło­ści, co nie na­stą­piło ot tak, z dnia na dzień, lecz sta­no­wiło kon­se­kwen­cję tego, że te trzy ko­biety więk­szość czasu spę­dzały w swoim to­wa­rzy­stwie. I oczy­wi­ście był też San­dro. Z róż­no­ko­lo­ro­wymi oczami, które spra­wiały, że Mii mię­kły ko­lana za każ­dym ra­zem, kiedy na nią pa­trzył. Jakby prze­ni­kał ją na wskroś i wie­dział do­kład­nie, co my­śli, czuje czy też czego chce w da­nej chwili.

Trzeba to po pro­stu przy­znać - za­ko­chała się po uszy w tym chu­dym chło­paku, zu­peł­nie róż­nym od tych, z któ­rymi wcze­śniej by­łaby skłonna wejść w ja­ką­kol­wiek re­la­cję. Na­wet przy­godę na jedną noc. Nie, kie­dyś po­do­bali jej się umię­śnieni chłopcy, nie­po­tra­fiący mi­nąć wy­stawy bez przej­rze­nia się w niej, żeby spraw­dzić fry­zurę i po­pra­wić spodnie, tak by faj­nie wy­glą­dały na wą­skich bio­drach. Tacy, któ­rych spoj­rze­nie wy­da­wało się nie mieć praw­dzi­wej głębi i nie zdra­dzało żad­nego za­in­te­re­so­wa­nia świa­tem. Ale Mia była ostat­nią osobą, która po­winna ich osą­dzać. Bo niby jaka wtedy była? No wła­śnie - do­kład­nie taka sama.

Lecz choć San­dro i ona byli tak bli­scy okre­śle­nia "para", jak tylko się dało, bar­dzo ostroż­nie sta­wiali ko­lejne kroki. Mimo że ich zwią­zek trwał już po­nad sześć mie­sięcy, wciąż nie spę­dzili ze sobą ani jed­nej nocy. Bo Mia się bała. Nie tego, że San­dro ją roz­cza­ruje czy coś po­dob­nego; cho­dziło o to, że Mia ni­gdy wcze­śniej nie do­świad­czyła ta­kiej więzi. Uczu­cie było tak praw­dziwe i głę­bo­kie, że cza­sami aż bo­lało ją w klatce. Wtedy ogar­niał ją strach. Strach, że seks przy­ćmi to, co jest naj­waż­niej­sze. Trosz­cze­nie się, dba­nie o tę drugą po­łówkę i mi­łość do Mii jako osoby, a nie tylko do ciała, które do­star­cza fi­zycz­nej roz­ko­szy. Oczy­wi­ście, było to tak po­krę­cone, że Mia sama miała kło­pot, by zro­zu­mieć wła­sne my­śli, ale San­dro, wie­dząc o jej wąt­pli­wo­ściach, za­pew­nił ją, że mają mnó­stwo czasu i nie mu­szą się z ni­czym spie­szyć. Na Boga, prze­cież nie­któ­rzy naj­pierw na­wet biorą ślub, a do­piero póź­niej upra­wiają seks!

Mia od­su­nęła te my­śli na bok i skon­cen­tro­wała się na za­war­to­ści że­liw­nego garnka. Ostrym no­żem ostroż­nie po­dłu­bała w ka­wałku mięsa i po­ki­wała głową za­do­wo­lona, kiedy cie­lę­cina pra­wie od­pa­dła od ko­ści. Była de­li­katna i do­sko­nale ugo­to­wana, bę­dzie się więc do­słow­nie roz­pły­wać w ustach. Mia skosz­to­wała sosu i zde­cy­do­wała, że po­trzeba jesz­cze odro­biny wina, żeby zba­lan­so­wać smaki po­trawy.

Nie mo­gła się do­cze­kać re­ak­cji Gii i Eleny na wi­dok tego, z czym za­ser­wuje im osso­buco. Za­miast zwy­cza­jo­wego ma­ka­ronu czy ri­sotta Mia po­sta­no­wiła zro­bić ku­skus z ka­la­fio­rem i soją, który miał na­sy­cić, ale nie za­pchać im brzu­chów i nie wpro­wa­dzić w śpiączkę po po­siłku.

Ku swo­jemu za­sko­cze­niu Mia zna­la­zła w jed­nej z gór­nych sza­fek sze­roki por­ce­la­nowy pół­mi­sek w ma­ro­kań­ski wzór, który świet­nie się nada­wał do po­da­nia je­dze­nia. Wy­ło­żyła na niego da­nie i przy­ozdo­biła ga­łązką ba­zy­lii. Go­tową mie­szankę z ku­sku­sem i ma­łymi kwia­tami ka­la­fiora i soją także prze­ło­żyła na pół­mi­sek, mniej­szy i biały. Na ko­niec po­sy­pała mię­sną po­trawkę obo­wiąz­kową gre­mo­latą zro­bioną z mięty, skórki cy­try­no­wej i czosnku i wzięła po pół­mi­sku do każ­dej ręki. Te­raz będą świę­to­wać! I to, że od roku jest trzeźwa, i to, że wresz­cie po­dzieli się z nimi ra­do­sną wia­do­mo­ścią, którą w so­bie nosi.

Rozdział 4

- Mia, to jest tak do­bre, że za­raz się po­pła­czę. - Gia od­chy­liła się na krze­śle, wzdy­cha­jąc i gła­dząc się po brzu­chu. - Po­żywne je­dze­nie może być na­prawdę smaczne.

- Prze­cież cały czas to po­wta­rzam - od­po­wie­działa Mia. - Jest tyle lep­szych al­ter­na­tyw dla tych wszyst­kich tłu­stych so­sów do ma­ka­ronu i cia­sta, któ­rymi tak upar­cie się opy­cha­cie.

- No nie wiem, nie po­wie­dzia­ła­bym, że się opy­chamy.

Elena wy­grze­bała wy­ka­łaczką resztkę je­dze­nia z przed­niego zęba i po­krę­ciła głową, po­ka­zu­jąc, że zga­dza się z mamą.

- Nie, na pewno nie.

- A poza tym - kon­ty­nu­owała Gia - jedno chyba nie musi wy­klu­czać dru­giego. Pew­nych rze­czy du­sza się do­maga, przy­naj­mniej od czasu do czasu. Jak na przy­kład świe­żych cor­netti wy­peł­nio­nych ak­sa­mit­nym kre­mem cze­ko­la­do­wym.

- Tak, z tym rze­czy­wi­ście mogę się zgo­dzić - po­wie­działa Mia i się roz­ma­rzyła.

Te wy­pieki były na­prawdę cu­downe. Co to Gia po­wie­działa pierw­szego ranka, kiedy Mia wpa­dła do kuchni ze skwa­szoną miną i obu­rzała się, że na śnia­da­nie za­ser­wo­wano ciastka? A, no tak! "Tak bli­sko nieba, jak tylko się da". W tych sło­wach kryła się odro­bina prawdy.

- Ni­gdy nie my­śla­łaś, żeby zo­stać ku­charką? - Gia prze­cią­gnęła pal­cem po brzegu ta­le­rza, zbie­ra­jąc resztkę sosu po­mi­do­ro­wego, który szybko zli­zała.

- Nie, go­to­wa­nie to coś, co ro­bię, bo jest fajne. Nie dla­tego, że mu­szę. A pro­pos faj­nych rze­czy. Chcę wam coś opo­wie­dzieć.

Elena wy­pro­sto­wała się na krze­śle.

- Nie mów, że je­steś w ciąży?!

Mia otwo­rzyła sze­roko oczy.

- Co? Nie! Ab­so­lut­nie nie. - Strzep­nęła z ko­lana kilka okru­chów chleba. - Boże, aż stra­ci­łam wą­tek.

- Ale słodko! Zo­bacz, czer­wieni się. - Elena prych­nęła i znowu po­pra­wiła się na krze­śle. - Prze­pra­szam, mów da­lej.

Mia od­chrząk­nęła.

- Ko­ja­rzy­cie tę małą ga­le­rię, do któ­rej można dojść, je­śli się skręci w prawo za­miast w lewo w dro­dze do rynku?

- Tak - od­po­wie­działy zgod­nie Gia i Elena.

- Nie wiem, czy wie­cie, kto jest jej wła­ści­cie­lem.

Ko­biety po­krę­ciły głową.

- Okej, w każ­dym ra­zie wła­ści­cielką jest sza­le­nie bo­gata star­sza pani, która ma na imię Vio­letta. Jest naj­bar­dziej sty­lową babką, jaką kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam, za­wsze cho­dzi w gar­sonce i ma do­sko­nałą fry­zurę. Jest też bar­dzo zdolną twór­czy­nią wy­ro­bów ze szkła, a wcze­śniej - bo te­raz już nie daje rady - ro­biła fan­ta­styczne dmu­chane kie­liszki do wina, mi­seczki i pół­mi­ski. Na­dal jej nie ko­ja­rzy­cie?

Pod­czas gdy Mia opo­wia­dała, Gia i Elena na­chy­liły się i uważ­nie słu­chały. Znowu po­trzą­snęły gło­wami.

- Nie­sa­mo­wite, ale z was ere­mitki - wy­mam­ro­tała Mia. - W każ­dym ra­zie, kiedy pew­nego dnia by­łam z Penny w wio­sce i ro­bi­łam zdję­cia, wpa­dłam przez przy­pa­dek na Vio­lettę i za­cie­ka­wiło ją, czy je­stem tu­rystką. Po­wie­dzia­łam, że fo­to­gra­fo­wa­nie to moja pa­sja, i po­ka­za­łam jej w apa­ra­cie kilka zdjęć. I wie­cie co?

- Nie, co? - Gia sie­działa jak na szpil­kach.

Mia nie po­tra­fiła dłu­żej kryć ra­do­ści, więc na jej twa­rzy po­ja­wił się uśmiech od­zwier­cie­dla­jący to, co czuła.

- Tak bar­dzo spodo­bały jej się moje zdję­cia, że chcia­łaby je wy­sta­wić w swo­jej ga­le­rii! Da­cie wiarę?! Stwier­dziła, że po­tra­fię od­na­leźć w pro­sto­cie i co­dzien­no­ści to, co piękne i uni­kalne, pod­czas gdy inni le­dwo to do­strze­gają.

Sie­dzą­cym z sze­roko otwar­tymi oczami Gii i Ele­nie opa­dły szczęki, a chwilę póź­niej ko­biety ska­kały i pisz­czały z ra­do­ści, aż psy w kojcu za do­mem za­częły wyć i szcze­kać. Ha­łas także Penny po­sta­wił na równe nogi, a wy­buch ra­do­ści tak jej się udzie­lił, że za­częła drep­tać, ro­biąc małe kółka.

- Tylko czy wy­na­ję­cie ga­le­rii nie jest zbyt dro­gie? - Mię­dzy brwiami za­tro­ska­nej Gii po­ja­wiła się zmarszczka.

- To wła­śnie jest fan­ta­styczne. Vio­letta chce po­móc w tym za­kre­sie mło­dym ar­ty­stom, dla­tego weź­mie moje prace w ko­mis na trzy mie­siące.

- W ko­mis?

- Tak, to zna­czy, że do­sta­nie ja­kiś pro­cent z tego, co sprze­dam, ale wcze­śniej nie będę jej mu­siała nic pła­cić. W ten spo­sób, z eko­no­micz­nego punku wi­dze­nia, w ogóle nie ry­zy­kuję.

- Prze­cież to wspa­niale! - Gia chwy­ciła po­nad sto­łem dło­nie Mii i je uści­snęła.

- Co nie? Więc te­raz mu­szę po­pra­co­wać nad zdję­ciami, które będą pa­so­wać do wy­stawy, a póź­niej za­pla­no­wać wer­ni­saż. - Mó­wiąc to, Mia szybko zer­k­nęła na Elenę, bo przy­po­mniała so­bie, że ta prze­cież przez pe­wien czas utrzy­my­wała się z fo­to­gra­fo­wa­nia. Była wtedy fo­to­grafką mody, ale po­sta­no­wiła wy­sko­czyć z tej ka­ru­zeli, kiedy uświa­do­miła so­bie, co po­wierz­chow­ność i stres ro­biły z mo­del­kami i że tak na­prawdę w pe­wien spo­sób także ona po­no­siła za to winę. - Elena, czy to dla cie­bie okej? - za­py­tała ci­cho Mia.

Ele­nie pra­wie udało się zro­bić minę, jakby nie wie­działa, o co cho­dzi, Mia jed­nak do­strze­gła, że Elena spo­waż­niała, sły­sząc py­ta­nie.

- Oczy­wi­ście, że tak - od­rze­kła, wy­ko­nu­jąc ręką za­ma­szy­sty gest. - Dla­czego mia­łoby nie być?

Mia wzru­szyła ra­mio­nami.

- Ech, no nie wiem. Może dla­tego, że wiem, jaka je­steś do­bra, i że gdy­byś mi nie po­ży­czyła swo­jego sta­rego apa­ratu, coś ta­kiego ni­gdy by się nie wy­da­rzyło.

Mię­dzy trzema ko­bie­tami za­pa­dła ci­sza. Sły­chać było wiatr po­ru­sza­jący się wśród drzew, bzy­cze­nie trzmieli wo­kół nie­dawno za­sa­dzo­nych kwia­tów i szcze­ka­nie jed­nego z setki psów w kojcu, pró­bu­ją­cego zwró­cić na sie­bie uwagę.

W końcu Elena unio­sła brodę i spoj­rzała pro­sto na Mię.

- To już nie jest część mo­jego ży­cia. To prze­szłość i ma nią po­zo­stać. Nie przej­muj się tym, tylko dzia­łaj. Ale pa­mię­taj o mnie, kiedy sta­niesz się bo­gata i sławna i bę­dziesz sprze­da­wać zdję­cia w roz­mia­rze pocz­tó­wek za setki ty­sięcy. Nie za­po­mnij, kto cię stwo­rzył. - Elena mie­rzyła Mię wzro­kiem. A póź­niej kur­tyna po­wagi opa­dła i za­śmiała się w głos.

Rozdział 5

Vio­letta po­pra­wiła swoją per­fek­cyjną fry­zurę i już miała brać się do po­pra­wia­nia czer­wo­nej szminki, kiedy za­dzwo­nił dzwo­ne­czek nad drzwiami wej­ścio­wymi i do środka we­szła Mia. Choć zwró­ciła uwagę na ele­gancką damę z lu­ster­kiem, za­trzy­mała się i po­wę­dro­wała spoj­rze­niem po po­miesz­cze­niu. Nie spo­sób się było na­pa­trzeć na te szklane dzieła sztuki, które zdo­biły szafki, po­stu­menty i całą ścianę. Były tam mi­seczki, kie­liszki do wina, szklanki, za­równo ta­kie na spe­cjalne oka­zje, jak i do użytku co­dzien­nego, oraz nie­spo­ty­kana, in­te­re­su­jąca de­ko­ra­cja ścienna z re­flek­to­rem punk­to­wym z tyłu, który roz­świe­tlał dzieło na nie­bie­sko, zie­lono i czer­wono. Prace Vio­letty była nie­sa­mo­wi­cie spójne z jej oso­bo­wo­ścią. Za­równo ją, jak i jej dzieła ce­cho­wały wy­ra­zi­ste ko­lory, a do tego za­wzię­tość i po­stę­po­wość. Za­wzię­tość, bo dzieła te wy­róż­niały się zu­peł­nie tak jak ona, kiedy na­tra­fia­jąc raz za ra­zem na silny opór, nie da­wała się stłam­sić i na­rzu­cić so­bie roli kury do­mo­wej, aż w końcu otwo­rzyła wła­sną firmę. Po­stę­po­wość, bo Vio­letta była jedną z nie­wielu, któ­rzy opa­no­wali pia­sko­wa­nie głę­bo­kie, co ozna­czało, że po­tra­fiła stwo­rzyć wgłę­bie­nie, czy­niąc w ten spo­sób ob­raz trój­wy­mia­ro­wym.

Po ich pierw­szym spo­tka­niu Mia od­ro­biła pracę do­mową i prze­czy­tała o tej star­szej ko­bie­cie wszystko, co zna­la­zła w sieci. Vio­lettę po­strze­gano jako wo­jow­niczkę o prawa ko­biet, ale nie taką, która stoi na ba­ry­ka­dach, wy­gra­ża­jąc pię­ściami, tylko taką, która pra­cuje w ci­szy. Która krzewi u młod­szego po­ko­le­nia swoje my­śle­nie na te­mat wła­snej war­to­ści i nie­za­leż­no­ści, a przez to za­szcze­pia po­czu­cie, że nie ma rze­czy nie­moż­li­wych. Wła­śnie dla­tego tak ocho­czo wy­ła­wiała nowe ta­lenty, naj­chęt­niej zaś młode dziew­czyny, ma­jące gor­sze wa­runki roz­woju niż ona, która po­cho­dziła z za­moż­nego domu, a jej ro­dzice byli ludźmi wol­nymi od uprze­dzeń i ni­gdy nie sta­wali na dro­dze ani jej, ani jej chęci two­rze­nia.

Vio­letta nie była ko­bietą prze­sad­nie oka­zu­jącą za­do­wo­le­nie, tylko ra­czej taką, która chwali, nie­po­rad­nie kle­piąc po ra­mie­niu i za­chę­ca­jąc do dal­szej pracy. "Sta­raj się być naj­lep­szą wer­sją sie­bie" - brzmiało jej ży­ciowe motto, dla leni bo­wiem nie miała w ogóle to­le­ran­cji.

"Tak długo, jak twój mózg działa, ist­nieją rze­czy do zro­bie­nia dla sie­bie lub in­nych" - po­wie­działa Vio­letta w wy­wia­dzie, który prze­czy­tała Mia. Wła­ści­wie to nie­praw­do­po­dobne, że ani Gia, ani Elena o niej nie sły­szały. Prze­cież w za­sa­dzie kie­ro­wały się po­dob­nymi war­to­ściami i wy­zna­wały po­dobne po­glądy. Poza tym ko­biety miały zbli­żony do Vio­letty ba­gaż do­świad­czeń, który spra­wił, że wy­brały izo­la­cję na wsi, a do mia­steczka wy­bie­rały się naj­czę­ściej tylko po to, żeby ku­pić po­trzebne rze­czy. Fakt, że miesz­kańcy byli póź­niej nie­przy­chyl­nie na­sta­wieni, z po­wodu fa­tal­nego in­cy­dentu z jed­nym z lo­ka­to­rów Gii, nie uła­twił sprawy. Mia na­prawdę nie mo­gła się do­cze­kać, aż przed­stawi so­bie wszyst­kie pa­nie pod­czas wer­ni­sażu, który miał się od­być już wkrótce. Wła­śnie dla­tego umó­wiła się na spo­tka­nie z Vio­lettą tu­taj, żeby usta­lić ostat­nie szcze­góły uro­czy­stego otwar­cia wy­stawy. Mię skrę­ciło w żo­łądku, kiedy po­my­ślała, że za około ty­go­dnia to miej­sce za­pełni się od­wie­dza­ją­cymi, któ­rzy przyjdą po­dzi­wiać wła­śnie jej prace, a może na­wet stwier­dzą, że fo­to­gra­fie są warte parę euro, i będą je chcieli po­wie­sić na ścia­nie we wła­snym sa­lo­nie.

Vio­letta scho­wała kie­szon­kowe lu­sterko do to­rebki, a kiedy ru­szyła ku Mii, wciąż sto­ją­cej przy drzwiach, dźwięk, który wy­da­wały buty na nie­wy­so­kim ob­ca­sie, od­bił się echem w ca­łym po­miesz­cze­niu. Ogromne kol­czyki z pe­reł z czymś, co praw­do­po­dob­nie było błysz­czą­cymi dia­men­tami, ko­ły­sały się ciężko w płat­kach uszu przy każ­dym kroku. Wszyst­kie pa­sma wło­sów znaj­do­wały się na swoim miej­scu, a ma­ki­jaż był do­sko­nały. Wi­dok star­szej ko­biety skło­nił Mię do re­flek­sji nad wła­sną apa­ry­cją i dziew­czyna za­częła ży­wić na­dzieję, że sama wy­gląda wy­star­cza­jąco re­pre­zen­ta­cyj­nie i pro­fe­sjo­nal­nie. Na szczę­ście nie mu­siała się przy­naj­mniej nie­po­koić, że nie zro­zu­mie an­giel­skiego z cha­rak­te­ry­stycz­nym wło­skim ak­cen­tem, po­nie­waż wszyst­kie lata spę­dzone za gra­nicą spra­wiły, że Vio­letta po­słu­gi­wała się nie­na­ganną an­gielsz­czy­zną. Poza tym Mia przez ostatni rok, szcze­gól­nie dzięki upo­rowi San­dra, za­częła też tro­chę ro­zu­mieć wło­ski.

Ró­żowa ma­ry­narka opięła się na piersi, kiedy Vio­letta wy­cią­gnęła rękę, żeby się przy­wi­tać.

- Cara mia - po­wie­działa, uśmie­cha­jąc się chłodno, choć życz­li­wie, a głę­boko osa­dzone orze­cho­wo­brą­zowe oczy przy­mru­żyły się z za­cie­ka­wie­niem. - Jak się czu­jesz?

- Dzię­kuję, świet­nie. - Mia na­chy­liła się lekko, żeby zło­żyć po­ca­łu­nek na każ­dym z po­licz­ków Vio­letty. - A ty?

Mimo że Vio­letta ni­gdy nie dała po­wo­dów, by tak są­dzić, Mia za każ­dym ra­zem, kiedy roz­ma­wiały, za­sta­na­wiała się, czy zwra­ca­jąc się do ko­biety, po­winna do­dać "pani Agnelli" - wy­da­wało jej się, że tak by wy­pa­dało. Vio­letta któ­re­goś razu zdra­dziła, że jej na­zwi­sko ozna­cza "ja­gnię", a Mia z roz­ba­wie­niem za­uwa­żyła, że o ko­bie­cie można po­wie­dzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest po­tulna jak ba­ra­nek.

- Bar­dzo do­brze - od­po­wie­działa Vio­letta, od­wró­ciła się i ru­szyła przo­dem do ma­łej kuchni na za­ple­czu. - A gdzie masz dzi­siaj Penny?

- Mu­siała zo­stać w domu, bo nie chcia­łam, żeby sie­działa na ze­wnątrz w pa­lą­cym słońcu.

We­szły do kuchni, w któ­rej na stole stały dwie fi­li­żanki ze spodkami, a przy każ­dej le­żała ser­wetka.

- Mą­drze zro­bi­łaś. Wy­sła­łam swo­jego asy­stenta po kawę, ale nie poj­muję, czemu wszystko zaj­muje mu tak dużo czasu. Prze­cież ka­wiar­nia jest rzut be­re­tem stąd, a on wy­szedł po­nad kwa­drans temu. - Vio­letta gło­śno wes­tchnęła. - Na szczę­ście to przy­naj­mniej miły chło­pak, bo ina­czej nie wiem, jak długo bym z nim wy­trzy­mała.

Tyle co usa­do­wiły się na krze­słach, a dzwo­nek przy drzwiach za­brzę­czał po raz drugi. Już z od­dali sły­chać było dy­szą­cego z wy­siłku asy­stenta i jego zbli­ża­jące się szyb­kie kroki. Chwilę póź­niej po­ja­wił się w drzwiach z czer­woną, lekko opuch­niętą twa­rzą i wi­docz­nymi pla­mami potu pod pa­chami.

- Scusi - wy­sa­pał. - Mu­sia­łem wró­cić do ka­wiarni, bo nie by­łem pe­wien, czy chciała pani espresso czy cap­puc­cino. Ku­pi­łem więc i to, i to.

- Ile razy jesz­cze będę mu­siała to po­wta­rzać? - za­py­tała Vio­letta, gło­śno wzdy­cha­jąc. - Piję es-pres-so. - Każdą sy­labę wy­raź­nie za­ak­cen­to­wała. - Za­wsze espresso. Cap­puc­cino pije się tylko do śnia­da­nia, póź­niej już nie.

Asy­stent stuk­nął się w czoło.

- No tak, nie wiem, jak mogę cią­gle o tym za­po­mi­nać!

- Mnie się też to nie mie­ści w gło­wie, ale cóż, mój nie­ży­jący mąż był taki sam - wy­mam­ro­tała Vio­letta i od­go­niła ge­stem dłoni mło­dzieńca, kiedy już je ob­słu­żył.

Mia za­cho­wała dla sie­bie, że wo­la­łaby cap­puc­cino za­miast czar­nej, smo­li­stej kawy.

- Więc jak się te­raz masz? - za­częła Vio­letta, kiedy zo­stały same.

Mia po­pra­wiła się na krze­śle.

- Zde­ner­wo­wana.

- Pra­wi­dłowo, w prze­ciw­nym ra­zie by­łoby coś nie tak. To na­pawa lę­kiem, kiedy ma się wy­pu­ścić swoje dzieła, żeby za­częły żyć wła­snym ży­ciem u ko­goś in­nego.

Mia przy­tak­nęła.

- Tak, tak wła­śnie się czuję.

- Więk­szość spraw przed wer­ni­sa­żem jest już w każ­dym ra­zie za­ła­twiona, więc przy­naj­mniej o to nie mu­sisz się mar­twić. Mam na­dzieję, że się nie ob­ra­zisz, ale w ra­mach po­czę­stunku po­zwo­li­łam so­bie za­mó­wić ka­na­peczki u ko­biety, która za­zwy­czaj po­maga mi przy ta­kich oka­zjach, za­dba na­wet o zor­ga­ni­zo­wa­nie szam­pana i in­nych na­po­jów.

Mia unio­sła brwi.

- Ob­ra­zić się? - wy­krztu­siła. - Boże, na pewno nie! Je­stem ra­czej nie­zmier­nie wdzięczna. - Prze­łknęła, żeby móc kon­ty­nu­ować. - Ale nie wiem, jak zdo­łam te­raz za to wszystko za­pła­cić...

- Ja­koś to za­ła­twimy. Za­wsze lu­bi­łam przy­go­to­wy­wać ta­kie spo­tka­nia, a po­nie­waż nie od­by­wają się zbyt czę­sto, ro­bię to jesz­cze chęt­niej. I mam prze­cież do po­mocy Chri­stiana. - Wy­mie­nie­nie imie­nia asy­stenta spra­wiło, że Vio­letta prze­wró­ciła oczami. - Jest tylko je­den wa­ru­nek.

- Jaki?

- Że ubie­rzesz się bar­dziej wi­zy­towo niż dzi­siaj. - Wy­ko­nała gest w kie­runku dżin­sów Mii i bia­łej bluzki z krót­kimi rę­ka­wami. - Dress for suc­cess, jak to po­wta­rzam.

Mia uśmiech­nęła się sze­roko.

- Coś wy­my­ślę.

Rozdział 6

Mia spoj­rzała przez obiek­tyw apa­ratu na sło­necz­nie żółte bu­dynki i ko­cie łby, które przez lata zo­stały wy­gła­dzone przez ty­siące bu­tów. Nie­trudno było so­bie wy­obra­zić, jak sto lat temu uliczki tęt­niły ży­ciem - o tej po­rze dnia w cen­trum to­czyły się za­cie­kłe ne­go­cja­cje cen sera, świe­żych wa­rzyw i chleba. Wózki z to­wa­rami stu­ko­tały na ka­mie­ni­stych dro­gach, a matki upo­mi­nały swoje dzieci, gdy te szu­kały oka­zji, by szybko zła­pać jabłko albo doj­rza­łego po­mi­dora, a po­tem czmych­nąć ze zdo­by­czą, nim ktoś zdąży zła­pać je za ucho czy ko­smyk wło­sów.

Dzi­siaj wszystko wy­glą­dało na bar­dziej upo­rząd­ko­wane. Oto­czony skle­pami główny plac z fon­tanną na środku stał się miej­scem spon­ta­nicz­nych spo­tkań. Schody wo­kół fon­tanny były naj­czę­ściej za­jęte przez lu­dzi, któ­rzy od­po­czy­wali od cie­pła, chło­dząc się lo­dami lub gra­nitą zro­bioną z kru­szo­nego lodu w róż­nych sma­kach.

Mii udało się uchwy­cić na zdję­ciu ostatni pro­mień słońca, który przy­lgnął do jed­nej z ka­le­nic, a po­tem pod­dał się i zo­sta­wił uliczkę w cie­niu.

Dziew­czyna od­wró­ciła się w stronę ga­le­rii i po­ma­chała na po­że­gna­nie Vio­let­cie, która za­pew­niła zde­cy­do­wa­nie, że nie po­trze­buje żad­nej po­mocy, i przy­stą­piła do przy­go­to­wy­wa­nia miej­sca na duże i małe prace Mii. Jej fo­to­gra­fie miały ozdo­bić ściany, za­stę­pu­jąc na ja­kiś czas dzieła wła­ści­cielki. Na­wet asy­stent wziął się do pracy i Mia, mimo od­le­gło­ści, czuła i wi­działa iry­ta­cję, którą wzbu­dzał w Vio­let­cie, choć prze­cież ro­bił wszystko, by spro­stać wy­ma­ga­niom sze­fo­wej. Chi­cho­cząc, Mia zo­sta­wiła za sobą tę za­pra­co­waną parę i udała się w stronę sklepu Enza w na­dziei, że San­dro nie wy­szedł cze­goś za­ła­twić. Wy­ło­wiła z torby na apa­rat ko­pertę i wy­gła­dziła je­den z ro­gów, który się za­giął.

Po­dob­nie jak w ga­le­rii, także tu­taj nad drzwiami wi­siał dzwo­nek. W skle­pie było aku­rat pu­sto, pew­nie dla­tego, że wcze­snym po­po­łu­dniem więk­szość lu­dzi jesz­cze pra­co­wała. Mii bar­dzo to od­po­wia­dało, bo chciała po­roz­ma­wiać chwilę z San­drem. Zza lady do­cho­dziły od­głosy prze­su­wa­nia, stęk­nię­cia i sa­pa­nie. Mia nie za­mie­rzała prze­szka­dzać temu, kto tak wal­czył z czymś na za­ple­czu, i ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, po­sta­no­wiła przej­rzeć oliwy sma­kowe upchnięte na pół­kach. Zde­cy­do­wała się na jedną bu­telkę z chili i jedną z czosn­kiem. Kiedy po pię­ciu mi­nu­tach wciąż nikt się nie zja­wił za ladą, Mia zde­cy­do­wa­nie za­dzwo­niła dzwon­kiem, by przy­wo­łać ob­sługę. Za­słona nie­mal na­tych­miast się od­su­nęła i uka­zał się San­dro z ze­stre­so­wa­nym spoj­rze­niem i krę­co­nymi wło­sami oka­la­ją­cymi owalną twarz ni­czym chmura.

- Och, cześć, moja wła­sna Mrów­cza Księż­niczko! - San­dro chęt­nie sko­rzy­stał z oka­zji, by przy­po­mnieć Mii o ich pierw­szym spo­tka­niu, kiedy ura­to­wał ją przed ar­mią zło­śli­wych mró­wek. Ob­szedł ladę i zło­żył miękki i cie­pły po­ca­łu­nek na ustach Mii. - Wy­czu­łaś, że wła­śnie o to­bie my­śla­łem?

Obej­mu­jąc San­dra w ta­lii, skryła się w jego ra­mio­nach i wwier­ciła nos w za­głę­bie­nie u pod­stawy jego szyi. Jakby pró­bo­wała we­trzeć w sie­bie jego za­pach. Bo wie­działa, że świet­nie z nią współ­gra. Cały San­dro do niej pa­so­wał, tak jak ona do niego. Byli do sie­bie tak do­brze do­pa­so­wani, że naj­mniej­sza myśl, że mo­gliby się zwią­zać z kimś in­nym, nie mie­ściła im się w gło­wach. Gdyby ro­dzice Mii nie pod­jęli de­cy­zji bez jej wie­dzy i nie zmu­sili córki do przy­jazdu tu­taj, praw­do­po­dob­nie oboje by­liby obec­nie w in­nych związ­kach. Choć wy­da­wało się to te­raz nie do po­my­śle­nia.

- Tak, prze­cież tak po­winno być - od­parła Mia, przy­tu­liła go jesz­cze moc­niej, po­ca­ło­wała w pła­tek ucha, a póź­niej zwol­niła uścisk. - Ale przy­szłam też, żeby ci to dać. - Ni­komu z prze­cho­dzą­cych obok nie umknę­łaby duma, którą roz­ta­czała wo­kół sie­bie Mia, kiedy po­da­wała mu ko­pertę. Z przodu wid­niało pełne na­zwi­sko San­dra: Ales­san­dro Vit­to­rio Gio­lotti, wy­dru­ko­wane zło­tymi ozdob­nymi li­te­rami.

- Oj, ja­kie piękne! Co to jest?

- Otwórz, to zo­ba­czysz. - Mia czer­pała przy­jem­ność z na­pię­cia to­wa­rzy­szą­cego ocze­ki­wa­niu na jego re­ak­cję.

San­dro po­słu­chał Mii. Jego re­ak­cja była do­kład­nie taka, na jaką li­czyła - po­woli do­cie­rało do niego, czego do­ty­czyło to oso­bi­ste za­pro­sze­nie. Usta po­ru­szały się ci­cho i im bar­dziej za­głę­biał się w tekst, tym więk­sze były jego oczy.

Ni­niej­szym za­pra­szamy Ales­san­dra Gio­lot­tiego na wer­ni­saż wy­stawy fo­to­gra­fii Mii Blom­wall "Obec­ność", która od­bę­dzie się w Ga­le­rii Mo­rani 18 czerwca w go­dzi­nach 17.00-20.00.

Kiedy San­dro skoń­czył czy­tać, spoj­rzał na Mię i przy­cią­gnął ją do sie­bie, mocno przy­tu­la­jąc.

- Cu­downa wia­do­mość! Dla­czego nic mi nie po­wie­dzia­łaś?

- Chcia­łam ci zro­bić nie­spo­dziankę. - Mia się uśmiech­nęła. - Tylko ty, Vio­letta, Gia i Elena do­sta­nie­cie ode mnie za­pro­sze­nia. Po­zo­sta­łych Vio­letta ma za­pro­sić przez stronę mia­steczka na Fa­ce­bo­oku. Ro­zu­miesz? Sie­dem­dzie­się­cio­let­nia dama, która two­rzy event na Fa­ce­bo­oku! Czy to nie jest cool?

En­tu­zjazm Mii roz­śmie­szył San­dra.

- Tak, jest, na­prawdę! Ale cze­kaj, po­wie­dzia­łaś: Vio­letta? Czy to nie ta, która jest wła­ści­cielką ga­le­rii szkła tam da­lej? - Wska­zał na drugą stronę rynku.

- Do­kład­nie! Nie­sa­mo­wi­cie bo­gata i wy­my­śliła so­bie, że wy­różni moje zdję­cia.

- Wy­my­śliła? W two­ich ustach brzmi to tak, jakby miała za mało ro­boty, zo­ba­czyła cię i po­my­ślała: "A niech to! Wy­gląda na ko­goś, kto mógłby być ma­łym mi­łym pro­jek­tem".

Po­liczki Mii po­czer­wie­niały z za­kło­po­ta­nia.

- Chyba coś w tym stylu, tak.

- Ech, prze­stań. Je­śli sama sie­bie nie trak­tu­jesz po­waż­nie, dla­czego mie­liby to ro­bić inni? Uwierz w sie­bie, a je­śli na­wet nic z tego nie wyj­dzie, so what? Naj­gor­sze, co się może stać, to że bę­dziesz się do­brze ba­wić.

- Tak, to chyba prawda.

San­dro spoj­rzał raz jesz­cze na za­pro­sze­nie i na­gle po­smut­niał.

- Więc wer­ni­saż jest mię­dzy piątą a ósmą?

Mia ski­nęła głową.

- Za nie­cały ty­dzień.

- Tak mi przy­kro, ale nie mogę wyjść tak wcze­śnie.

- Dla­czego? Je­stem pewna, że je­śli wy­tłu­ma­czysz En­zowi, to zro­zu­mie, że mu­sisz skoń­czyć wcze­śniej.

- Też je­stem tego pe­wien, ale Enza zła­pał po­strzał i to dla­tego je­stem tu sam i lekko ze­stre­so­wany. Nie pierw­szy raz mu się to przy­tra­fia, ostat­nio le­żał w łóżku przez po­nad ty­dzień, nie mo­gąc ani dźwi­gać, ani po­dej­mo­wać ja­kie­go­kol­wiek wy­siłku przez kilka dni po tym, jak mu w miarę prze­szło.

- O nie, biedny! Prze­każ mu ode mnie ży­cze­nia szyb­kiego po­wrotu do zdro­wia.

- Oczy­wi­ście. Ale wła­śnie dla­tego ra­czej nie będę mógł przyjść przed za­mknię­ciem około siód­mej. A póź­niej jesz­cze mu­szę po­sprzą­tać, prze­li­czyć kasę i za­nieść pie­nią­dze do banku. Mogę być u cie­bie naj­wcze­śniej mniej wię­cej za kwa­drans ósma.

- W po­rządku, przyj­dziesz, o któ­rej bę­dziesz mógł. Naj­waż­niej­sze, że się zja­wisz.

- To do­brze! - San­dro ski­nął w stronę za­ple­cza. - Słu­chaj, może po­szła­byś ze mną na za­ple­cze, że­by­śmy... - Jego brwi po­ru­szyły się w górę i w dół.

- You wish! - za­śmiała się Mia. - Ale mogę ci po­móc, je­śli chcesz.

San­dro wes­tchnął te­atral­nie.

- Je­steś strasz­nie nudna. Do­bra, to chodź. Je­śli wo­lisz dźwi­gać kon­serwy, za­miast po­czuć moje go­rące po­żą­da­nie, twoja strata.

- Tak! Taka je­stem nudna.

San­dro po­krę­cił głową zre­zy­gno­wany, ale uśmiech­nął się, kiedy się od­wra­cał, więc Mia sko­rzy­stała z oka­zji i klep­nęła go mocno w pupę.