Idź, postaw wartownika - Harper Lee

-
Proszę czekać

1

Już od Atlanty spo­glą­dała przez okno wagonu restau­ra­cyj­nego z nie­mal fizyczną przy­jem­no­ścią. Pijąc kawę do śnia­da­nia, patrzyła, jak ostat­nie wzgó­rza Geo­r­gii ustę­pują miej­sca czer­wo­nej ziemi i jak poja­wiają się kryte bla­chą domy, sto­jące pośrodku poza­mia­ta­nych podwó­rek z nie­od­łącz­nymi wer­be­nami na grząd­kach oto­czo­nych pobie­lo­nymi opo­nami. Uśmiech­nęła się sze­roko na widok pierw­szej anteny tele­wi­zyj­nej na nie­po­ma­lo­wa­nym domku murzyń­skiej rodziny, a im było ich wię­cej, tym bar­dziej się rado­wała.

Jean Louise Finch zawsze podró­żo­wała samo­lo­tem, ale piątą doroczną piel­grzymkę do domu - z Nowego Jorku do węzła May­comb - posta­no­wiła odbyć koleją. Po pierw­sze, gdy leciała po raz ostatni, umie­rała ze stra­chu, bo pilot wybrał kurs przez śro­dek tor­nada. Po dru­gie, podróż samo­lo­tem ozna­cza­łaby, że ojciec musiałby wstać o trze­ciej nad ranem i prze­je­chać sto mil, by ode­brać ją z Mobile, w dodatku przed całym dniem pracy. Miał sie­dem­dzie­siąt dwa lata; to już nie było fair.

Cie­szyła się, że wybrała pociąg. Bar­dzo się zmie­niły od czasu jej dzie­ciń­stwa, a nowe doświad­cze­nie było dla niej zabawne. Kiedy wci­skała umiej­sco­wiony w ścia­nie przy­cisk, zja­wiał się ste­ward niczym otyły dżinn. Na jej roz­kaz z innej ściany wyska­ki­wała umy­walka z nie­rdzew­nej stali, znaj­do­wała się tam też toa­leta, na któ­rej można było oprzeć stopy. Jean Louise posta­no­wiła, że nie da się zastra­szyć instruk­cjom, które roz­miesz­czono w prze­dziale - szum­nie zwa­nym salo­ni­kiem - lecz gdy poprzed­niej nocy ukła­dała się do snu, zatrza­snęła się w ścia­nie wraz z koją, nie sko­rzy­stała bowiem z dobrej rady, by zacią­gnąć dźwi­gnię za wspor­niki. Z opre­sji wyba­wił dziew­czynę wspo­mniany ste­ward, co nie­stety kosz­to­wało ją nieco zaże­no­wa­nia, jako że zazwy­czaj sypiała w samej blu­zie od piżamy.

Miała szczę­ście, że wła­śnie patro­lo­wał kory­tarz, gdy utknęła w potrza­sku.

- Zaraz panienkę wycią­gnę - zawo­łał, usły­szaw­szy łomo­ta­nie.

- Pro­szę, nie! - odpo­wie­działa. - Wystar­czy, że powie mi pan, jak stąd wyjść.

- Pomogę pani odwró­cony ple­cami - obie­cał i tak też uczy­nił.

Ran­kiem, gdy się obu­dziła, pociąg toczył się wolno przez zwrot­nice na tere­nach kole­jo­wych pod Atlantą. Tym razem postą­piła zgod­nie z instruk­cją i pozo­stała w pościeli do czasu, aż za oknem mignął Col­lege Park. Ubrała się w swoim stylu "May­comb": w szare por­tki, czarną bluzkę bez ręka­wów, białe skar­petki i pan­to­fle. Choć od spo­tka­nia dzie­liły ją cztery godziny, już nie­mal sły­szała pełne dez­apro­baty prych­nię­cie ciotki Ale­xan­dry.

Gdy zaczy­nała czwartą fili­żankę kawy, pociąg Cre­scent Limi­ted niczym olbrzy­mia gęś dono­śnym gło­sem pozdro­wił swego part­nera zmie­rza­ją­cego na pół­noc i mostem nad Chat­ta­ho­ochee wto­czył się do Ala­bamy.

Chat­ta­ho­ochee jest sze­roka i błot­ni­sta. Tego dnia poziom wody był niski; żółta łacha pia­sku zmie­niła nurt rzeki w wątłą strużkę. Być może zimą zaczyna śpie­wać, pomy­ślała. Rety, nie pamię­tam ani linijki tego wier­sza. Gdym wędro­wał doli­nami? Nie, to nie to. A w ogóle, cho­dziło o ptac­two wodne czy o wodo­spady?

Skar­ciła się w duchu za nie­sforne myśli, gdy sko­ja­rzyła, że poeta Sid­ney Lanier musiał mieć w sobie coś z jej dawno zmar­łego kuzyna, Joshui Sin­gle­tona St. Cla­ira, któ­rego pry­watny lite­racki rezer­wat roz­cią­gał się od "czar­nego pasa po Bayou La Batre. Ciotka Jean Louise czę­sto sta­wiała kuzyna Joshuę za przy­kład, wzo­rzec pozo­sta­jący poza wszelką kry­tyką: miał to być czło­wiek wiel­kiego for­matu, przed­wcze­śnie zga­sły poeta, Jean Louise zaś dobrze by zro­biła, gdyby zacho­wała ową chlubę rodziny we wdzięcz­nej pamięci. Por­trety istot­nie przy­no­siły fami­lii zaszczyt - kuzyn Joshua żywo przy­po­mi­nał wynędz­nia­łego Alger­nona Swin­burne'a.

Jean Louise uśmiech­nęła się mimo­wol­nie, wspo­mi­na­jąc chwilę, w któ­rej ojciec wyja­wił jej resztę prawdy. Istot­nie, talent kuzyna Joshuy zgasł przed­wcze­śnie, lecz nie z woli Boga, ale wsku­tek spraw zgoła przy­ziem­nych.

Wstą­piw­szy na uni­wer­sy­tet, kuzyn Joshua stu­dio­wał nazbyt ciężko i roz­my­ślał prze­sad­nie, do tego stop­nia, że stał się posta­cią żyw­cem wyjętą z dzie­więt­na­stego stu­le­cia. Nosił z upodo­ba­niem pele­rynę typu Inver­ness oraz pan­cerne buty kawa­le­ryj­skie, wyko­nane przez kowala wedle jego pro­jektu. Fru­stra­cję kuzyna Joshui wywo­łała reak­cja władz na to, że pró­bo­wał zastrze­lić rek­tora uczelni, który w jego mnie­ma­niu potra­fił jedy­nie "gospo­da­ro­wać ście­kami". Zarzut był nie­wąt­pli­wie słuszny, jed­nak trudno uspra­wie­dli­wić nim napaść z bro­nią w ręku. Dzięki temu, że spora kwota po cichu zmie­niła wła­ści­ciela, udało się kuzyna Joshuę prze­nieść na drugą stronę torów, do pań­stwo­wej insty­tu­cji dla nie­od­po­wie­dzial­nych, gdzie pozo­stał do końca swo­ich dni. Podobno od tam­tej pory zacho­wy­wał się cał­kiem roz­sąd­nie, póki ktoś nie wymie­nił przy nim nazwi­ska rek­tora, wtedy bowiem kuzyn z okrop­nym gry­ma­sem na twa­rzy przyj­mo­wał postawę żura­wia krzy­kli­wego. Potra­fił w niej wytrwać osiem godzin i wię­cej, żadna siła nie mogła go zmu­sić do opusz­cze­nia nogi, póki nie zapo­mniał o swym wrogu. W lep­sze dni kuzyn Joshua czy­ty­wał grekę, a jedyne, co po nim zostało, to cie­niutki tomik wier­szy wydany pry­wat­nym nakła­dem w Tusca­lo­osie. Poezja ta tak bar­dzo wyprze­dziła swoje czasy, że do dziś nikt jej jesz­cze nie odszy­fro­wał, jed­nak ciotka Jean Louise na­dal, podobno zupeł­nie przy­pad­kiem, trzyma ów zbio­rek w dość widocz­nym miej­scu, a mia­no­wi­cie na stole w salo­nie.

Jean Louise roze­śmiała się gło­śno i natych­miast rozej­rzała wokół, by spraw­dzić, czy nikt nie sły­szał. Ojciec miał wyjąt­kowy dar ośmie­sza­nia wykła­dów swej sio­stry na temat wyż­szo­ści któ­re­go­kol­wiek z Fin­chów. Zawsze dopo­wia­dał córce resztę histo­rii, po cichu i z powagą, lecz Jean Louise miała cza­sem wra­że­nie, że dostrzega wtedy w oczach Atti­cusa Fin­cha zna­jome figlarne bły­ski - a może to tylko świa­tło tań­czyło w szkłach jego oku­la­rów? Ni­gdy nie była pewna.

Pej­zaż za oknem prze­su­wał się leni­wie, gdyż pociąg wyraź­nie zwol­nił bieg. Aż po hory­zont widać było jedy­nie pastwi­ska i czarne syl­wetki krów. Jean Louise zasta­na­wiała się, dla­czego ni­gdy nie przy­szło jej do głowy, że to taki piękny kraj.

Sta­cja w Mont­go­mery gnieź­dziła się u szczytu głę­bo­kiego zakola rzeki Ala­bama. Gdy Jean Louise wysia­dła na chwilę z pociągu, żeby roz­pro­sto­wać nogi, bez­barw­ność dworca, jego oświe­tle­nie i bukiet oso­bli­wych zapa­chów wydały jej się zna­jome, ale cze­goś bra­ko­wało. Grzej­ni­ków paro­wych, o wła­śnie! I kole­ja­rza z łomem wła­żą­cego pod wagon. Brzęku metalu i gło­śnego ss-ss-sss, gdy z insta­la­cji buchała biała para, a pasa­że­ro­wie czuli się jak w sto­ło­wym pod­grze­wa­czu. W nowych wago­nach były grzej­niki ole­jowe.

Cał­kiem bez powodu zawład­nął nią dawny lęk. Nie odwie­dzała tego dworca od dwu­dzie­stu lat. Kiedy jako dziecko przy­była do sto­licy stanu z Atti­cu­sem, prze­ra­ziła ją myśl o tym, że pociąg roz­ko­ły­sze się na nad­brzeż­nym torze i spad­nie, a wtedy wszy­scy utoną. Zapo­mniała o stra­chu, gdy wró­ciła do wagonu i ruszyła w stronę domu.

Pociąg stu­ko­tał na torze prze­ci­na­ją­cym sosnowe lasy, a gdy mijał polanę z bocz­nicą, zatrą­bił pogar­dli­wie na krzy­kli­wie poma­lo­waną loko­mo­tywę z dzwo­no­wa­tym komi­nem, muze­alny egzem­plarz z godłem kon­cernu drzew­nego. Cre­scent Limi­ted mógł połknąć ją w cało­ści i jesz­cze zosta­łoby miej­sce. Gre­enville, Ever­green, węzeł May­comb.

Popro­siła kon­duk­tora, by nie zapo­mniał jej wypu­ścić, ale że ów kon­duk­tor był sędzi­wym czło­wie­kiem, domy­ślała się, jakiego spłata psi­kusa: pozwoli, by pociąg prze­mknął przez Węzeł Kole­jowy May­comb jak nie­to­perz z pie­kła rodem i zatrzy­mał się ćwierć mili za sta­cyjką, a potem powie na poże­gna­nie, że bar­dzo żałuje, ale pra­wie zapo­mniał. Pociągi się zmie­niały, ale kon­duk­torzy nie. Dow­cip z przy­stan­kami na żąda­nie i panien­kami-pasa­żer­kami naj­wy­raź­niej był w ich mnie­ma­niu nie­śmier­telny. Atti­cus, który potra­fił prze­wi­dy­wać zagrywki wszyst­kich kon­duk­torów od Nowego Orle­anu po Cin­cin­nati, natu­ral­nie cze­kałby na nią nie wię­cej niż sześć kro­ków od miej­sca, w któ­rym musia­łaby wysiąść.

Jej domem było hrab­stwo May­comb, tery­to­rium dłu­gie może na sie­dem­dzie­siąt mil, a w naj­szer­szym miej­scu się­ga­jące trzy­dzie­stu; głu­sza nakra­piana maleń­kimi osa­dami, z któ­rych naj­więk­sza to sto­łeczne mia­steczko May­comb. Jesz­cze cał­kiem nie­dawno hrab­stwo było tak odcięte od spraw kra­jo­wych, że jego miesz­kańcy, nie­świa­domi poli­tycz­nych upodo­bań Połu­dnia w ostat­nim dzie­więć­dzie­się­cio­le­ciu, na­dal gło­so­wali na repu­bli­ka­nów. Nie dojeż­dżały tam pociągi, a nazwa Węzeł Kole­jowy May­comb była czy­sto grzecz­no­ściowa, bo sama sta­cja znaj­do­wała się dwa­dzie­ścia mil od gra­nicy, w hrab­stwie Abbott. Auto­busy kur­so­wały nie­re­gu­lar­nie i w zasa­dzie doni­kąd; rząd fede­ralny prze­ciął oko­liczne bagna tylko jedną czy dwiema szo­sami, by lud­ność miała któ­rędy stąd uciec. Jed­nak nie­wielu oby­wa­teli korzy­stało z tych dróg, bo i po co? Kto nie potrze­bo­wał wiele, ten zna­lazł tu dość dla sie­bie.

Mia­sto oraz hrab­stwo wzięły swą nazwę od puł­kow­nika Masona May­comba, czło­wieka, któ­rego nad­mierna pew­ność sie­bie i nie­by­wały upór prze­kra­czały zdol­ność poj­mo­wa­nia nawet osób wier­nie towa­rzy­szą­cych mu w woj­nie z ple­mie­niem Kri­ków. Tery­to­rium, na któ­rym miał dzia­łać, poło­żone na skraju przy­brzeż­nych rów­nin, było pagór­ko­wate na pół­nocy i pła­skie na połu­dniu. Puł­kow­nik May­comb, prze­ko­nany, że India­nie nie cier­pią wal­czyć na rów­ninach, tro­pił ich na pół­noc­nej rubieży. Gdy jego prze­ło­żony, gene­rał, odkrył, że May­comb włó­czy się wśród wzgórz, pod­czas gdy Kri­ko­wie sie­dzą w każ­dym sosno­wym zagaj­niku na połu­dniu, wysłał doń zaufa­nego indiań­skiego gońca ze zwię­złym roz­ka­zem: "Idź pan na połu­dnie, do cho­lery". May­comb jed­nak, prze­ko­nany, że to pod­stęp Kri­ków, któ­rzy jakoby chcieli wcią­gnąć go w pułapkę (czyż nie dowo­dził nimi błę­kit­no­oki, rudo­włosy dia­beł?1), wziął zaufa­nego indiań­skiego gońca do nie­woli, po czym ruszył jesz­cze dalej na pół­noc. W końcu jego oddział cał­kiem się zagu­bił w pier­wot­nych lasach Ala­bamy i tam też tkwił, w sta­nie kom­plet­nego sko­ło­wa­nia, do końca wojen.

Gdy minęło już dosta­tecz­nie wiele lat, by puł­kow­nik May­comb nabrał prze­ko­na­nia, iż roz­kaz przy­nie­siony przez gońca jed­nak mógł być praw­dziwy, pode­rwał swych ludzi do mar­szu na połu­dnie. Po dro­dze żoł­nie­rze napo­tkali osad­ni­ków napły­wa­ją­cych w głąb lądu i od nich dowie­dzieli się, że wojny indiań­skie dobie­gły końca. Prawdę mówiąc, żoł­nie­rze i osad­nicy tak się polu­bili, że zostali przod­kami Jean Louise Finch, sam puł­kow­nik May­comb zaś udał się w dal­szą drogę, aż do mia­sta, które dziś znamy jako Mobile, pra­gnąc dopil­no­wać, by jego osią­gnię­cia zostały nale­ży­cie doce­nione. Ofi­cjalna histo­ria stanu jakoś nie potwier­dza tej prawdy, jed­nak takie są fakty prze­ka­zy­wane drogą ustną z poko­le­nia na poko­le­nie i zna je każdy miesz­ka­niec May­comb.

- ...i przy­niosę bagaże panienki - powie­dział ste­ward.

Jean Louise podą­żyła za nim z wagonu restau­ra­cyj­nego do swego prze­działu. Wyjęła z port­fela dwa dolary: jed­nego za usługę, a dru­giego w podzię­ko­wa­niu za uwol­nie­nie ostat­niej nocy. Pociąg natu­ral­nie prze­mknął przez sta­cyjkę jak nie­to­perz z pie­kła rodem i zatrzy­mał się 440 jar­dów dalej. Zaraz też zja­wił się kon­duk­tor. Szcze­rząc zęby w uśmie­chu, wyznał, że bar­dzo żałuje, ale pra­wie zapo­mniał. Jean Louise odpo­wie­działa mu uśmie­chem i z lek­kim znie­cier­pli­wie­niem zacze­kała, aż ste­ward roz­łoży żółty sto­pień. Gdy pomógł jej zejść, wrę­czyła mu dwa bank­noty.

Ojciec na nią nie cze­kał.

Powio­dła spoj­rze­niem po torach w kie­runku sta­cji i zoba­czyła na malut­kim pero­nie rosłego męż­czy­znę, który zaraz zesko­czył na zie­mię, wybie­ga­jąc na spo­tka­nie.

Zamknął ją w niedź­wie­dzim uści­sku, a potem odsu­nął nieco i poca­ło­wał w usta - naj­pierw siar­czy­ście, a potem deli­kat­nie.

- Nie tutaj, Hank - mruk­nęła zado­wo­lona.

- Cicho, dziew­czyno - odpo­wie­dział, obej­mu­jąc dłońmi jej twarz. - Jeśli zechcę, będę cię cało­wał nawet na scho­dach sądu.

Szczę­śli­wym posia­da­czem prawa do cało­wa­nia jej nawet na scho­dach sądu był Henry Clin­ton, przy­ja­ciel od dziecka, towa­rzysz jej brata oraz - gdyby tylko dalej tak ją cało­wał - przy­szły mąż. "Kochaj, kogo chcesz, ale wychodź za swo­ich" - tak brzmiała zasada, którą Jean Louise poj­mo­wała wręcz instynk­tow­nie. Henry Clin­ton był z tej samej gliny co ona, dla­tego prze­strze­ga­nie zasady nie wyma­gało szcze­gól­nego trudu.

Ramię przy ramie­niu poma­sze­ro­wali po walizkę.

- Co z Atti­cu­sem? - spy­tała.

- Dło­nie i barki dają mu dziś popa­lić.

- W takim sta­nie nie może pro­wa­dzić, prawda?

Henry ugiął palce pra­wej dłoni do połowy i odparł:

- Raczej nie jest w sta­nie zaci­snąć pię­ści. W takie dni panna Ale­xan­dra musi mu wią­zać buty i zapi­nać koszulę. Nawet brzy­twy nie utrzyma.

Jean Louise pokrę­ciła głową. Była za stara na to, by się pie­klić na nie­spra­wie­dli­wość losu, ale i za młoda, by przy­jąć bez walki wia­do­mość o cięż­kiej cho­ro­bie ojca.

- Naprawdę nic się nie da zro­bić?

- Prze­cież wiesz, że nie - odpo­wie­dział Henry. - Przyj­muje sie­dem­dzie­siąt gra­nów2 aspi­ryny dzien­nie, to wszystko.

Henry dźwi­gnął jej ciężką walizkę i ruszyli w stronę samo­chodu. Zasta­na­wiała się, w jaki spo­sób zacho­wy­wa­łaby się, gdyby co drugi dzień miała tak cier­pieć. Z pew­no­ścią nie jak Atti­cus: gdy ktoś go pytał o samo­po­czu­cie, odpo­wia­dał, ale ni­gdy się nie skar­żył, nie widział powodu, by mówić o sobie, skoro jego stan się nie zmie­niał.

Henry dowie­dział się o jego cho­ro­bie przez przy­pa­dek. Pew­nego dnia, gdy pra­co­wali w piw­nicy archi­wum nad sprawą tytułu wła­sno­ści do pew­nej nie­ru­cho­mo­ści, Atti­cus się­gnął po ciężką księgę hipo­teczną, pobladł nagle i upu­ścił ją na pod­łogę.

- Co się dzieje? - spy­tał wtedy Henry.

- Reu­ma­to­idalne zapa­le­nie sta­wów. Mógł­byś pod­nieść? - popro­sił Atti­cus.

Henry zapy­tał, jak długo to trwa, a Atti­cus odrzekł, że sześć mie­sięcy. Jean Louise już wie? Nie. Zatem lepiej będzie ją zawia­do­mić.

Jeśli to zro­bisz, przy­leci tu i będzie pró­bo­wała mnie niań­czyć, a jedyny spo­sób na tę cho­robę jest pro­sty: nie mogę pozwo­lić, żeby mnie poko­nała.

Temat był zamknięty.

- Chcesz pro­wa­dzić? - spy­tał Henry.

- Nie wygłu­piaj się - odparła.

Choć była powa­ża­nym kie­rowcą, nie­na­wi­dziła posłu­gi­wać się mecha­ni­zmami bar­dziej skom­pli­ko­wa­nymi niż agrafka: skła­da­nie leżaka było dla niej czyn­no­ścią wysoce iry­tu­jącą, ni­gdy też nie nauczyła się jeź­dzić na rowe­rze i pisać na maszy­nie, a ryby łowiła za pomocą kija. Jej ulu­bioną grą był golf, albo­wiem liczyły się w nim zale­d­wie trzy skład­niki: kij, mała piłeczka oraz odpo­wiedni stan umy­słu.

Zie­lona z zazdro­ści przy­glą­dała się, jak Henry bez wysiłku panuje nad wozem. Samo­chody są jego słu­gami, pomy­ślała.

- Wspo­ma­ga­nie kie­row­nicy? Auto­ma­tyczna skrzy­nia bie­gów? - spy­tała.

- Jasne.

- A co będzie, jeśli to wszystko się zepsuje? Nie masz nawet dźwi­gni zmiany bie­gów. Wtedy będziesz miał pro­blem, prawda?

- Wszystko się nie zepsuje.

- Skąd wiesz?

- Na tym polega wiara. Chodź do mnie.

Wiara w Gene­ral Motors. Poło­żyła głowę na jego ramie­niu.

- Hank - ode­zwała się po chwili. - Tak naprawdę... Co ci się stało?

Powta­rzali ten żart od lat. Różowa bli­zna zaczy­nała się pod jego pra­wym okiem, zaha­czała o noz­drze i bie­gła uko­sem przez górną wargę. Pod wargą zaś nosił sześć sztucz­nych zębów, lecz nawet Jean Louise nie mogła go namó­wić, by je wyjął i poka­zał. W takim sta­nie powró­cił z wojny. Podobno jakiś Nie­miec, chyba głów­nie po to, by wyra­zić swoje nie­za­do­wo­le­nie z racji zakoń­cze­nia wojny, zdzie­lił go w twarz kolbą kara­binu. Jean Louise posta­no­wiła wie­rzyć, że to praw­do­po­dobna histo­ria, cho­ciaż... Skoro ist­niały już działa strze­la­jące za hory­zont, bom­bowce B-17, broń rakie­towa i tak dalej, Henry naj­pew­niej ni­gdy nie zna­lazł się tak bli­sko Niem­ców.

- Powiem ci, skar­bie - odparł. - Sie­dzie­li­śmy w ber­liń­skiej piw­nicy. Wypi­li­śmy wszy­scy odro­binę za dużo i zaczęła się bójka... Chcia­łaś usły­szeć wia­ry­godną wer­sję, prawda? I co, teraz za mnie wyj­dziesz?

- Jesz­cze nie.

- Dla­czego?

- Chcę być jak dok­tor Schwe­it­zer i bawić się do trzy­dziestki.

- O, ten się bawił - odparł ponuro Henry.

Jean Louise wśli­znęła się pod jego ramię.

- Wiesz, co mam na myśli - powie­działa.

- Wiem.

Nie było porząd­niej­szego mło­dzieńca, jak twier­dzili miesz­kańcy May­comb, niż Henry Clin­ton. Jean Louise była tego samego zda­nia. Pocho­dził z połu­dnio­wego krańca hrab­stwa. Wkrótce po tym, jak przy­szedł na świat, jego ojciec porzu­cił rodzinę. Matka pra­co­wała dniem i nocą w skle­piku na skrzy­żo­wa­niu dróg, by móc posłać syna do publicz­nych szkół w May­comb. Henry, odkąd skoń­czył dwa­na­ście lat, pomiesz­ki­wał na stan­cji naprze­ciwko domu Fin­chów, a fakt ten czy­nił go posta­cią nie­prze­ciętną: był sam sobie panem, wol­nym od wła­dzy kucha­rek, ogrod­ni­ków czy rodzi­ców. Był też cztery lata star­szy od Jean Louise, w tym wieku to ogromna róż­nica. Drwił z niej, a ona go uwiel­biała. Gdy miał czter­na­ście lat, matka go odumarła i został prak­tycz­nie z niczym. Atti­cus Finch zaopie­ko­wał się skrom­nym spad­kiem - więk­szość kwoty, którą udało się pozy­skać ze sprze­daży skle­piku, pochło­nęły koszta pogrzebu - i skry­cie zasi­lał go wła­snymi pie­niędzmi, chło­pa­kowi zaś zała­twił pracę sprze­dawcy w Jit­ney Jun­gle, oczy­wi­ście po lek­cjach. Henry skoń­czył szkołę i wstą­pił do woj­ska, a gdy wojna dobie­gła końca, poszedł na uni­wer­sy­tet i stu­dio­wał prawo.

Mniej wię­cej wtedy umarł nagle brat Jean Louise, a gdy kosz­mar tam­tych dni dobiegł końca, Atti­cus, który zawsze marzył o tym, że prze­każe synowi swą prak­tykę, posta­no­wił wziąć pod skrzy­dła innego mło­dzieńca. W cał­kiem natu­ralny spo­sób wybrał Henry'ego, a ten z cza­sem stał się jego prawą ręką i jego oczami. Estyma, którą młody praw­nik darzył swego dobro­czyńcę, wkrótce prze­ro­dziła się w szczere odda­nie - Henry trak­to­wał Atti­cusa Fin­cha jak ojca.

Co się jed­nak tyczy Jean Louise, ni­gdy nie uwa­żał jej za sio­strę. Przez wszyst­kie te lata, które spę­dził na woj­nie i na stu­diach, zmie­niła się z krnąbr­nej dzie­wu­chy w ogrod­nicz­kach o men­tal­no­ści rewol­we­rowca w cał­kiem nie­złą podo­bi­znę ludz­kiej istoty. Gdy co roku przy­jeż­dżała do May­comb z dwu­ty­go­dniową wizytą, uma­wiał się z nią na randki. Choć na­dal ruszała się jak trzy­na­sto­letni chło­pak i gar­dziła wszel­kimi kobie­cymi ozdo­bami, była dla niego tak skoń­cze­nie kobieca, że nie mógł się nie zako­chać. Nie­trudno było na nią patrzeć, a jesz­cze łatwiej spę­dzać z nią czas, choć w żad­nym sen­sie tego słowa nie była "łatwą" osobą. Nosiła w sobie nie­po­kój ducha, któ­rego nie umiał roz­gryźć, wie­dział jed­nak, że to ta jedyna. Pra­gnął ją chro­nić, zamie­rzał się z nią oże­nić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Naj­praw­do­po­dob­niej cho­dzi o Wil­liama A. Bow­lesa, Anglika, który przez pewien czas uwa­żał się za wodza wszyst­kich Indian w tych stro­nach (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­ma­cza). [wróć]

Jed­nostka masy w kra­jach anglo­sa­skich. [wróć]