CZĘŚĆ PIERWSZA
ROUSSEAU I HEGEL W JEDNEJ OSOBIE
Bonn, rok 1836. Grupa studentów z Trewiru przed gospodą Pod Białym Koniem. Czwarta stojąca postać od prawej to młody Karol Marks. Litografia, której autorem jest David Levi Elkan, okaże się najstarszą zachowaną do naszych czasów podobizną bohatera tej książki.
PANICZ
Przez większość pierwszych dwunastu lat małżeństwa Henrietta była w ciąży. Maurycy Dawid przyszedł na świat w październiku 1815, Sophie w listopadzie 1816, Karol - bohater tej książki i adresat licznych listów od rodziców, w których jego imię zapisywano jako Carl - w maju 1818, Herman w sierpniu 1819, Henrietta juniorka w październiku 1820, Luiza w listopadzie 1821, Emilia w październiku 1822, Karolina w lipcu 1824, a Edward w kwietniu 1826. Dwaj bracia Karola nie dożyli dorosłości: najstarszy zmarł przed czwartymi urodzinami (czyli niecały rok po narodzinach Karola), najmłodszy w wieku 11 lat. Jak na pierwszą połowę XIX wieku nie był to zły wynik. Grupowy chrzest siedmiorga Marksiąt odbył się 26 sierpnia 1824, ale ich matka ociągała się z porzuceniem judaizmu przez jeszcze ponad rok, do listopada 1825. Oznaczało to, że tylko Edward urodził się we w pełni luterańskiej rodzinie[10].
O dzieciństwie Karola, oprócz dat narodzin, chrztów i przeprowadzki, nie wiadomo wiele. Będąc po śmierci brata najstarszym chłopcem w grupie, zajął dominującą pozycję i zmuszał resztę rodzeństwa do udziału w wymyślonych przez siebie zabawach. Na plus zapisało mu się to, że posłuszny udział nagradzał ciekawymi opowieściami. Do dwunastego roku życia, co było normą u zamożnych rodzin, nie chodził do szkoły. Prywatni nauczyciele zatrudnieni przez Heinricha okazali się na tyle dobrzy, że Karola przyjęto od razu do trzeciej klasy miejskiego gimnazjum. Gdy tam trafił, psotami zdobył popularność, a ciętym językiem - respekt[11]. Egzamin maturalny, do którego przystąpił w sierpniu 1835 roku, obejmował matematykę, tłumaczenia z francuskiego i ze starożytnej greki na niemiecki oraz z niemieckiego na łacinę, a także trzy zachowane do dziś eseje. Dwa z nich nie wykraczają ponad poprawne odzwierciedlenie treści zajęć. Trzeci, Refleksje młodego człowieka o wyborze zawodu, wyróżnia się z paru powodów. Marks pięciokrotnie przywołuje Boga, podczas gdy nawet ci jego koledzy, którzy chcieli zostać pastorami, wspominali go w swoich pracach mniej intensywnie, a połowa klasy nie zrobiła tego w ogóle. Co więcej, przyjmuje szeroką antropologiczną perspektywę, dostrzega wpływ relacji społecznych na kształtowanie jednostki (we wczesnym wieku XIX rzecz dość nowatorska, zwłaszcza wśród gimnazjalistów) oraz wymownie milczy o zawodach urzędnika, oficera i prawnika, które stanowiły najbardziej oczywiste ścieżki kariery. Jeden z oceniających nauczycieli wytknął Karolowi "przesadną pogoń za rzadkimi wyrazami". Z matematyki młody Marks dostał ocenę dostateczną, a z francuskiego - zaledwie mierną. W ogólnej klasyfikacji znalazł się na ósmej pozycji wśród 32 uczniów, którzy przystąpili do matury[12].
Wczesnym rankiem w połowie października 1835 roku - niecałe trzy tygodnie po otrzymaniu świadectwa dojrzałości - siedemnastoletni Karol wsiadł na łódź, która zawiozła go w dół Mozeli. W Koblencji, gdzie Mozela wpada do Renu, przesiadł się na większy parostatek i nazajutrz znalazł się w Bonn[13]. 17 października rozpoczął studia na wydziale prawa tamtejszego uniwersytetu. Ulokowana w piętnastotysięcznym miasteczku uczelnia miała w sumie siedmiuset studentów i była równie młoda jak oni sami. Założono ją, by zintegrować potomków lokalnej katolickiej elity z dziedzicami junkierskich latyfundiów, przybyłych z rdzennych wschodnich prowincji królestwa. Ten eksperyment okazał się, w ocenie Jonathana Sperbera, raczej nieudany i bliski kontakt obu grup studentów prowadził częściej do konfliktów niż do budowy wspólnej pruskiej tożsamości[14]. Według oficjalnego transkryptu Karol sumiennie uczęszczał na wykłady, wiadomo również, że dołączył - romantyzm właśnie przecież rozkwitał - do kółka poetyckiego. Gros czasu spędzał w gronie studentów z Trewiru i okolic, przesiadując w knajpach, pijąc na umór i wdając się w bójki. To wtedy za sprawą ciemnej karnacji nadano mu ksywkę Maur. Broniąc honoru nadreńskich mieszczan, stanął do pojedynku z młodym junkrem, którego nazwisko zatarło się już na kartach historii - mimo iż zachowały się wzmianki o ranie na głowie Karola i o jego odsiadce w areszcie[15].
Zdaniem niektórych biografów to właśnie powyższe zdarzenia skłoniły Heinricha, by przenieść syna na uniwersytet w Berlinie. Porównując odległości między Trewirem a Bonn (135 kilometrów, w latach trzydziestych XIX wieku ponad dzień drogi) oraz Berlinem (640 kilometrów, pięć do siedmiu dni dyliżansem), wyjaśnienie to wydaje się dziwne: trudną młodzież trzyma się raczej bliżej niż dalej od domu. Dlatego możliwe, że pobyt w Bonn od początku był planowany na rok, po którym oswojony z uniwersytecką rzeczywistością chłopiec przeniesie się do Berlina, gdzie poziom nauczania na uniwersytecie był wyższy, a możliwości nawiązania znajomości ułatwiających późniejszą karierę prawnika bez porównania większe[16]. Po wielkim zerwaniu, którego Herszel-Heinrich dokonał w imię własnego społecznego awansu, jego syn miał być symbolem kontynuacji: ukończyć prestiżowe studia, wrócić do Trewiru, dołączyć do ojcowskiej praktyki adwokackiej i stopniowo ją przejąć. Być może rzeczywiście tak by się stało, gdyby Heinrich nie umarł, gdy Karol był na trzecim roku studiów. Jednak listy, które wymieniali ze sobą w drugiej połowie 1837 roku, uświadamiają, dlaczego sprawa nie była tak prosta, jak się wydawała.
W liście z 12 sierpnia Heinrich zarzuca Karolowi egoizm, porywczość, słomiany zapał oraz łatwe uleganie przeciwnościom losu - i stara się przygotować go do dorosłego życia, przekonując, że emocjonalna stabilność jest najważniejszą rzeczą, którą będzie mógł dać swojej przyszłej rodzinie[*5]. Osiem dni później - pisząc z uzdrowiska Ems - ojciec domaga się raportu z pierwszego roku spędzonego w Berlinie i planu zajęć na następny rok, który według ówczesnych norm mógł być ostatnim na uniwersytecie. Odpowiedź Karola nie przetrwała do naszych czasów, ale najwyraźniej już sama jej forma tylko potwierdziła rodzicielskie obawy, że synowi brakuje samodyscypliny, konsekwencji i systematyczności koniecznych nie tylko w zawodzie prawnika, lecz także w innych rolach społecznych. Na początku listu z 17 listopada Heinrich wypomina synowi, że otrzymał tekst "bez formy ani treści, nic niemówiący wyrwany fragment [...] i co gorsze bardzo gorzki". Zrezygnowanym tonem przyznaje, że zawody adwokata, sędziego i urzędnika nie są dla Karola atrakcyjne, ale delikatnie tonuje swoje wcześniejsze poparcie dla synowskiego pomysłu, by zostać wykładowcą akademickim w dziedzinie prawa lub filozofii, nazywając go "przedwczesną wizją" i starając się mu uświadomić, że również ta ścieżka kariery wymaga systematycznego wysiłku - choć na pewno jawiła mu się ona jako lepsza opcja niż zawodowe zajęcie się pisaniem wierszy lub krytyką teatralną, co Karol zapowiadał w innych listach z tego samego roku[17].
Datowany na 10 listopada (a więc prawdopodobnie przywieziony do Trewiru tym samym dyliżansem, którym nadano do Berlina list Heinricha z 17 listopada) list Karola zawiera - zamiast oczekiwanego przez ojca od sierpnia planu studiów - pełne egzaltacji rozważania o punktach zwrotnych w historii i parę akapitów o filozofii Hegla, z których wynikało, że autor planuje poświęcić życie jej zgłębieniu. W Niemczech lat trzydziestych XIX wieku był to pomysł równie mało oryginalny i źle rokujący finansowo, co wcześniejsze fantazje o byciu poetą lub krytykiem, więc nie mógł zadowolić Heinricha. W liście z 9 grudnia przypomniał synowi o obowiązkach, jakie ma wobec rodziców, skarcił go, że nie utrzymuje kontaktów towarzyskich w Berlinie, które pomógł mu nawiązać, oraz - to znacznie boleśniejsze - że w ostatnim liście nie zainteresował się zdrowiem rodziny, mimo iż wiedział, że jego najmłodszy brat Edward choruje (chłopiec zmarł na gruźlicę pięć dni później). Wreszcie, nie bez uszczypliwości, poruszył kwestię finansów:
[...] jakbyśmy byli bogaczami, mój Pan Syn wydał w ciągu roku 700 talarów, mimo braku zgody i wbrew wszelkiemu zwyczajowi, podczas gdy najbogatsi wydają mniej niż 500. I czemu? Oddaję mu, że nie jest hulaką ani marnotrawcą. Ale jak człowiek, który co tydzień lub dwa odkrywa nowy system i musi zniszczyć swoje stare prace, które w mozole tworzył, jak może, pytam się, zamartwiać się drobiazgami? Jak może poddać się małostkowości porządku?[18]
Dla mniej wyrozumiałego i kochającego ojca niż Heinrich już sam poziom synowskich wydatków - nawet gdyby potomek wykazywał się systematycznością, a studia postępowały według przejrzystego planu - byłby powodem, żeby natychmiast ściągnąć cugle. Kwota 700 talarów jako roczny koszt utrzymania jednej osoby była bardzo wysoka, bez względu na to, czy przeliczać ją według płac, czy siły nabywczej. Niemiecki robotnik z lat trzydziestych XIX wieku musiał pracować na nią przez siedem lat. Heinrich zarabiał tyle w pół roku, ale miał na utrzymaniu żonę i siedmioro innych dzieci (w tym pięć córek, którym powinien zapewnić posag), musiał opłacić własne wydatki medyczne, a skończywszy właśnie sześćdziesiątkę, na pewno chciał odłożyć coś na stare lata. Z punktu widzenia rodzinnej ekonomii - mówimy o czasach sprzed ubezpieczeń zdrowotnych i emerytalnych - studia Karola miały być inwestycją, która jak najszybciej powinna zacząć się zwracać w postaci finansowego wsparcia dla młodszego rodzeństwa. Ruch w górę społecznej drabiny w przypadku większości rodzin trwa dłużej niż jedno pokolenie, a majątek zgromadzony przez Marksów w ciągu dwudziestoletniej praktyki adwokackiej Heinricha - nawet uwzględniając solidny posag Henrietty - nie był wystarczająco duży, by rodzina mogła żyć z procentów.
Nie jest do końca jasne, czy Karol świadomie ignorował oczekiwania pod swoim adresem, czy też nieświadomie przeszacowywał finansową pozycję rodziny lub nie potrafił odnieść jej do własnych potrzeb. Obie możliwości świadczą o nim źle. Pierwsza sugeruje niezdolność do altruizmu (co kłóci się z wizerunkiem myśliciela i polityka motywowanego dobrem ludzkości), druga kwestionuje wizerunek Marksa jako przenikliwego ekonomicznego analityka. Listy Heinricha, w których wypomina synowi zarówno obojętność na to, co dzieje się z jego rodzeństwem, jak i niezdolność do przejrzystego prowadzenia rachunków (ten wątek zaczął się już po paru miesiącach w Bonn), wskazują, że i jedno, i drugie jest przynajmniej częściowo prawdą. Z drugiej strony, jeżeli głównym celem przenosin z Bonn do Berlina było nawiązanie kontaktów wśród pruskiej elity, to Karol podczas pierwszego roku w stolicy osiągnął więcej, niż było w zasięgu prowincjonalnego adwokata. Jak relacjonuje Robert-Jean Longuet (szczególną perspektywą tego biografa jeszcze się zajmiemy), "często bierze udział w wieczorkach Bettiny von Arnim, demokratki, która lubi zbierać w swoim pięknym domu - starym pałacu hrabiów Raczyńskich[*6] - ludzi o przeciwstawnych poglądach, by wywołać ożywione dyskusje. W ten sposób spotykają się tam często reakcjoniści, jak jej szwagier profesor von Savigny i Pitt-Arnim, twarzą w twarz z Brunonem Bauerem, doktorem Oppenheimem, który uwielbiał profesora Gansa (adwersarza profesora von Savigny'ego), Karl Marx, jeden z beniaminków, i wielu innych"[19]. Choć bywanie w takim towarzystwie nie musiało się wiązać z dużymi kosztami, to jednak mogło - dobre ubranie, przyjazd eleganckim powozem i wręczenie gospodyni bukietu kwiatów raczej nie były źle widziane. Karol był także bywalcem modnej kawiarni Stehely, miejsca spotkań członków Młodych Niemiec, która udostępniała gościom nieprawomyślną prasę. Książki (w pierwszej połowie XIX wieku relatywnie droższe niż dziś) oraz bilety do teatru (drogie, jeśli chce się siedzieć blisko ustosunkowanych znajomych) stanowiły ważne pozycje na jego liście wydatków[20].
W zaginionym liście z przełomu lat 1837 i 1838 Karol obiecał poprawę. List Heinricha datowany na 10 lutego 1838 roku - ostatni, który zachował się do naszych czasów - utrzymany jest w koncyliacyjnym tonie. Sześć dni później Henrietta raportowała Karolowi o trwającej od wielu tygodni chorobie ojca, która jednak zdawała się powoli ustępować. Po długiej nieobecności młody Marks przyjechał do Trewiru na Wielkanoc, która wypadła 15 kwietnia - w sześćdziesiąte pierwsze urodziny Heinricha - i został do 7 maja. Heinrich zmarł trzy dni po jego wyjeździe.
Biografowie Karola Marksa - poczynając od jego córki Eleonory - często podkreślają silną więź łączącą go z ojcem. Karol z emfazą wychwalał intelektualne przymioty Heinricha i nie rozstawał się ponoć z jego dagerotypowym portretem[21]. Nie ma podstaw, by wątpić, że synowski sentyment był szczery - ale wiele wskazuje na to, że pojawił się poniewczasie, całe lata po śmierci Heinricha i w okresie, kiedy Karol wyrzucał sobie, że nie zdołał powtórzyć życiowego sukcesu ojca. Porównanie musiało być tym bardziej dojmujące, że pozycja startowa Karola - o czym Heinrich często mu przypominał - była o niebo lepsza: gimnazjum zamiast jesziwy, pełne studia zamiast rocznego podstawowego kursu prawa, możliwość wykorzystania ojcowskich kontaktów zamiast mozolnego wczołgiwania się w szeregi prowincjonalnej socjety.
Kodeks Napoleona, wciąż wówczas obowiązujący w Nadrenii, wcale nie był tak postępowy, jak zapisał się w potocznej pamięci. Według jego postanowień dwudziestoletni Karol nie był jeszcze pełnoletni, a kobiety (nawet wdowy) nie miały pełnej zdolności prawnej, co oznaczało, że małoletnim wyznaczano opiekunów prawnych. Była to dla Karola dobra wiadomość, bo matkę już wtedy postrzegał jako małostkową prostaczkę, której skąpstwo blokowało mu świetlane akademickie perspektywy. Mediacja przyznanego Karolowi opiekuna, trewirskiego adwokata Johanna Heinricha Schlinka, doprowadziła do ugody, na mocy której Henrietta wypłaciła Karolowi 160 talarów na dokończenie studiów, a także pożyczyła mu 950 talarów pod zastaw jego udziału w spadku po Heinrichu i jako zaliczkę spadku po samej Henrietcie[22]. Te ustalenia, dziś nieco szokujące obcesowością, nie były w XIX wieku - kiedy mężczyźni umierali całe dziesięciolecia przed swoimi żonami, pozostawiając liczne potomstwo w różnym wieku, a posagi stanowiły ważny składnik majątków - niczym szczególnym. Były także dość hojne dla Karola. Jak miało się okazać po podliczeniu rodzinnych aktywów w czerwcu 1841 roku, na każde z żyjących dzieci przypadły 362 talary z ojcowskiego (a więc nie wliczając posagu Henrietty i otrzymanych przez nią spadków) majątku. Suma wydatków w ciągu sześcioletnich studiów Maura kilkunastokrotnie przewyższyła tę kwotę[23]. Było to oczywiście ze szkodą dla reszty rodzeństwa i sprawiło, że dwie młodsze siostry Karola nie stanowiły dobrych partii i dopiero w późnym jak na standardy epoki wieku - odpowiednio trzydziestu dwóch i trzydziestu siedmiu lat - wyszły za mąż. Ostatecznie, jak zobaczymy, żyły długo i szczęśliwie, ale żadną miarą nie usprawiedliwia to niegospodarności ich brata, który mając do dyspozycji w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze ponad 100 tysięcy euro, i tak kupował na kredyt książki, ubrania i jedzenie. Księgarz, krawiec i właściciel sklepu kolonialnego bezskutecznie starali się odzyskać zaciągnięte przez niego długi za pośrednictwem uniwersytetu[24].
Berlin, rok 1831. Georg Wilhelm Friedrich Hegel sportretowany przez Jakoba Schlesingera. Najbardziej wpływowy niemiecki filozof pierwszej połowy XIX wieku parę miesięcy później umrze na cholerę.
IDEA ABSOLUTNA
Berlińskie życie intelektualne toczyło się w studenckich latach Marksa wokół spuścizny Georga Wilhelma Friedricha Hegla - myśliciela, którego potrójne imię (jego składowe przeplatały się wśród pruskich królów), zawiły język oraz ponury portret z ostatnich miesięcy przed śmiercią są uosobieniem mrocznego potencjału niemieckiej filozofii. Poglądy Hegla wywarły wielki wpływ na kolejne pokolenia europejskich intelektualistów, choć sukces ten zdają się zawdzięczać głównie temu, że trudno było je zrozumieć. Możliwie przystępnie - choć prześmiewczo - wykłada je w Szkicach niepopularnych Bertrand Russell:
rzeczywistość realna jest ponadczasowa [...] ale istnieje również rzeczywistość pozorna, na którą składa się codzienny świat usytuowany w czasie i przestrzeni. Tylko logika może określić charakter realnej rzeczywistości, istnieje bowiem tylko jeden rodzaj możliwej rzeczywistości, który nie jest wewnętrznie sprzeczny. Jest to tak zwana Idea Absolutna. Hegel definiuje ją następująco: "Idea jako jedność idei podmiotowej i przedmiotowej jest pojęciem idei, które za przedmiot ma ideę jako taką, którego więc ona jest obiektywnym przedmiotem; jest to obiektywny przedmiot, w który zbiegły się wszystkie określenia". Nie chciałbym oczywiście psuć jakimkolwiek komentarzem obezwładniającej jasności tego zdania, ale w istocie to samo dałoby się powiedzieć innymi słowami: Idea Absolutna to czysta myśl myśląca o czystej myśli. Hegel, ku swojej satysfakcji, dowiódł, że cała Rzeczywistość jest myślą, z czego wynika, że myśl nie jest w stanie myśleć o niczym innym, tylko o myśli, nie ma bowiem niczego innego, o czym myśleć by można[25].
"O ile Absolut - Russell kontynuuje wykład heglowskiego systemu - nigdy nie myśli o niczym poza sobą samym, bo wie, że wszystko inne jest złudzeniem, o tyle my, zmuszeni żyć w świecie zjawisk i jako niewolnicy czasowego procesu [...] musimy sobie wyobrażać, jakoby przylądek Horn istniał sam w sobie, a nie tylko jako idea w boskim umyśle. Kiedy wydaje nam się, że myślimy o przylądku Horn, to wówczas w rzeczywistości zachodzi taki proces, że Absolut uświadamia sobie myśl o przylądku Horn. Istotnie, taka myśl go nawiedza, a raczej taki aspekt przybiera myśl, którą tenże Absolut nieustannie i ponadczasowo przemyśla, i tak wygląda jedyna rzeczywistość dotycząca przylądka Horn"[26]. Dla dalszego ciągu wywodu kluczowy jest "czysto logiczny proces zwany dialektyką, polegający na ujawnianiu sprzeczności w abstrakcyjnych ideach i korygowaniu ich poprzez czynienie mniej abstrakcyjnymi. Każda z tych abstrakcyjnych idei pojawia się jako stadium w rozwoju Idei Właściwej, a jej stadium ostatnim jest Idea Absolutna. [...] Proces historyczny - ciągnie Russell - powtarza logiczny rozwój dialektyki, ale dlaczego tak się dzieje, Hegel nigdy nie wyjawił. Można by pomyśleć - jako że metafizyka odnosi się podobno do całej Rzeczywistości - że ten równoległy proces odbywający się w czasie będzie miał charakter kosmiczny, ale nic z tych rzeczy: jest czysto ziemski, dotyczy spisanej historii, i to takiej (choć wydaje się to niewiarygodne), którą Hegel akurat znał. Różne narody w różnych epokach ucieleśniały stadia rozwoju Idei. O Chinach Hegel wiedział tylko tyle, że są, ilustrowały więc kategorię Bytu. Cała jego wiedza o Indiach sprowadzała się do tego, że buddyści wierzą w nirwanę, Indie stanowiły więc przykład kategorii Nicości. Grecy i Rzymianie zajmowali trochę dalsze miejsca. Wszystkie ostatnie stadia przypadły Niemcom, którzy od czasu upadku Rzymu stali się jedynymi nosicielami Idei, a w roku 1830 zaś prawie już zrealizowali Ideę Absolutną"[27].
Oczywiście, jeżeli Idea Absolutna jest doskonała - a doskonała być musi, skoro jest jedynym rzeczywistym bytem - to sposób jej urzeczywistnienia, czyli cały przebieg historii, nie może być niedoskonały, a w każdym razie nie może być przedmiotem ludzkich osądów. Prowadzi to do stwierdzenia, że wszystko, co się wydarza, jest dobre, ponieważ przybliża do wyższej formy bytu. Naga militarna siła zyskuje w ten sposób niezasłużone przymioty moralne. W oczach Hegla - który wbrew złośliwościom Russella wiedział o Indiach nieco więcej niż to, że zamieszkiwali je buddyjscy nihiliści - pokonanie dwudziestotysięcznych wojsk nawaba Bengalu przez pięciuset żołnierzy Kompanii Wschodnioindyjskiej było spektakularnym przykładem historycznego postępu. Czy jednak tak samo interpretowałby wydarzenia z połowy XIII wieku? W 1241 roku mongolscy koczownicy rozgromili pod Legnicą polskie i morawskie rycerstwo oraz templariuszy, joannitów i Krzyżaków. W roku 1258 zdobyli Bagdad, wówczas jedno z największych i najbardziej technicznie zaawansowanych miast globu, i wymordowali kilkaset tysięcy jego mieszkańców. Czy świadczyło to o wyższym stopniu ich rozwoju niż światów chrześcijaństwa i islamu w XIII wieku?
"Każdego, kto jeszcze z nadzieją myśli, że człowiek jest stworzeniem mniej lub bardziej rozumnym - Russell składa się do zadania ostatecznego ciosu - zdumiewa powodzenie tego steku bzdur. W czasach Hegla prawie wszyscy młodzi wykształceni Niemcy przyjęli jego system. Można to zrozumieć, podsycał on bowiem niemiecką dumę narodową. Bardziej zaskakujący jest jednak sukces systemu poglądów Hegla za granicą. W czasach mojej młodości - Russell urodził się w roku 1872, w 1893 ukończył studia matematyczne, a w 1895 zaczął wykładać filozofię - większość wykładowców filozofii na brytyjskich i amerykańskich uniwersytetach stanowili hegliści, sądziłem więc, że w systemie tym musi tkwić jakieś ziarno prawdy. Trwałem w tym przekonaniu, dopóki sam nie przeczytałem Hegla, a na dobre wyleczyło mnie odkrycie, że wszystko, co miał do powiedzenia na temat filozofii matematyki, było czystym nonsensem"[28].
Shlomo Avineri - historyk idei młodszy o dwa pokolenia od Russella i słabiej przywiązany do empiryzmu - przekonuje, że Hegel wcale nie pochwalał wojny ani do niej nie nawoływał, a wszystko, co chciał powiedzieć, to to, że tak samo jak zakaźna choroba pozwala dowieść zdrowia organizmu, który zaatakowała, tak wojna sprawdza faktyczny stan państwa[29]. W dodatku kluczowym elementem heglowskiej koncepcji postępu i logiki dziejów miały być nie militarne zwycięstwa, lecz wielcy przywódcy, którzy je odnosili. Idea - zwana także Duchem Dziejów lub Chytrym Rozumem - używa ich bowiem jako narzędzi, by wepchnąć ludzkość na wyższy poziom organizacji, wiedzy i samoświadomości[*7]. W ujęciu Avineriego "Napoleona czy Cezara motywowały do działania drobne ambicje, a nie przekonanie o własnej dziejowej misji; mimo to jednak niewidzialna dłoń historii nawet te mało lotne pobudki potrafiła wyzyskać dla wyższych celów. Namiętności, ambicje, zazdrość, chciwość i tym podobne są więc przez Hegla postrzegane jako pomocnicy urzeczywistniającego się w dziejach rozumu. [...] Los jednostek grających pierwszoplanowe role na scenie dziejów nie jest najważniejszy. Jeśli brać pod uwagę ich osobiste cele i dążenia, zazwyczaj kończyły się one fiaskiem. Liczy się jednak nie to, co chcieli osiągnąć, ale to, co faktycznie osiągnęli: "Kiedy cel został osiągnięty, odpadają niby próżna łupina od jądra owocu. Umierają młodo jak Aleksander [Macedoński], giną zamordowani jak Cezar, zsyłani są na św. Helenę, jak Napoleon""[30].
Inaczej niż wielu wieszczów historycznej celowości Hegel nie przedstawił jasnej wizji stanu docelowego, do którego wielcy przywódcy nieświadomie prowadzili ludzkość. Ograniczył się, jak wiemy, do wyodrębnienia pokonanych już etapów: orientalnego (niepomny szyderstw Russella i tego, że Hegel mieszał w jednym pojęciu trzy tak różne kultury jak chińska, indyjska i perska, Avineri chwali go jako jednego z pierwszych zachodnich myślicieli, którzy byli zdolni przezwyciężyć eurocentryczne ograniczenia)[31], helleńsko-rzymskiego i chrześcijańsko-germańskiego (przy czym za "germańskie" Hegel uważał wszystkie europejskie państwa założone we wczesnym średniowieczu przez dotychczasowych barbarzyńców). Przechodzeniu poszczególnych etapów towarzyszyło stopniowe poszerzanie zakresu wolności: w orientalnych despotiach wolny był tylko jeden człowiek (władca), w greckich polis i rzymskiej republice - nieliczni obywatele, a chrześcijańskie koncepty równości wobec Boga i życia pozagrobowego przyniosły możliwość, że wolni będą wszyscy ludzie[32]. W czasach najnowszych, już za życia Hegla, rewolucja francuska na moment przybliżyła tę możliwość w sferze politycznej, a jej trwałym dziedzictwem okazało się zniesienie formalnego podziału na stany - rzecz zwiększająca wolumen wolności, choć niebędąca jeszcze jej upowszechnieniem. W przebłyskach szczerości Hegel przewidywał, że współczesny mu etap nie jest ostatnim, a rosnące znaczenie Rosji i Ameryki wskazywało na kolejny akt wielkiego dziejowego dramatu[33]. Szerszej publiczności nie wahał się jednak zapewniać, że historia właśnie dobiegła kresu, z czego wynikał cały ciąg tez równie wątpliwych, co politycznie użytecznych, złośliwie podsumowanych przez Russella: "prawdziwa wolność polega na posłuszeństwie wobec absolutnego autorytetu, wolność słowa jest złem, monarchia absolutna jest dobrem, państwo pruskie szczytowym osiągnięciem, wojna dobrem, a międzynarodowa organizacja zajmująca się pokojowym rozstrzyganiem konfliktów byłaby nieszczęściem dla świata"[34].
Będąc od 1818 roku profesorem berlińskiego uniwersytetu - tego samego, na którym później miał studiować Marks - Hegel miał oczywiście dobre praktyczne powody, by chcieć się przypodobać jego fundatorom. Peany ku czci monarchii Hohenzollernów niekoniecznie jednak były przejawem koniunkturalizmu. Przemiany, jakim na przełomie XVIII i XIX wieku uległy europejskie państwa i społeczeństwa, stanowiły idealną ilustrację ulubionego przez Hegla dialektycznego modelu: przedrewolucyjny porządek był tezą, rewolucja antytezą, a świat, który wyłonił się z trwającego ćwierć wieku zamętu w roku 1815 - syntezą starego i nowego. W latach dwudziestych XIX wieku wiele wskazywało przy tym, że synteza ta jest szczególnie udana w Prusach, które zagrożone unicestwieniem przez Napoleona potrafiły się na nowo określić. Kilkusetletnią tradycję monarchii połączyły z nowoczesną, opartą na francuskich wzorach administracją, a pobożny konserwatyzm - z wolnomyślnym empiryzmem. Według Avineriego Hegel był przeciwny romantycznemu nacjonalizmowi szerzącemu się wśród ówczesnych niemieckich studentów i chciał daleko idących reform politycznych i społecznych, a monarchistyczna retoryka służyła mu tylko do zamaskowania radykalizmu postulatów. Równocześnie kwestionował jednak - czym z biegiem czasu zyskał wrogów wśród liberałów takich jak Russell - wiarę, że swobodne interakcje racjonalnych jednostek, o ile tylko uwolnić je od fizycznego przymusu i religijnych dogmatów, prowadzą do stanu społecznej harmonii. Dzieje się tak dlatego, że racjonalny porządek transakcji, którego areną jest w heglowskiej terminologii społeczeństwo obywatelskie, nie jest jedynym, w jakim działają ludzie: równie istotne są rodzina i państwo, oparte o zgoła odmienne mechanizmy przynależności i motywacji.
Rozrzutny syn trewirskiego adwokata zainteresował się filozofią Hegla pół roku po przybyciu do Berlina. Wiosną 1837 roku przeprowadził się z dotychczasowej stancji tuż obok uniwersytetu (Mittelstrasse 61) do rybackiej wioski Stralow na ówczesnych przedmieściach[*8]. Dołączył tam do nieformalnego "klubu doktorów", który zrzeszał młodych wykładowców akademickich, wśród nich Brunona Bauera, uważanego dziś za najwybitniejszego po Feuerbachu młodoheglistę, oraz jego szwagra Adolfa Rutenberga[35]. Doktorzy byli o dobrą dekadę starsi od Marksa, a więc mieli okazję bezpośrednio zetknąć się z Heglem, który wykładał do roku 1831, kiedy umarł na cholerę (jego ostatnie słowa brzmiały jak ostrzeżenie: Von allen meinen Schülern hat mich nur ein einziger verstanden. - Und der hat mich falsch verstanden; "Ze wszystkich moich uczniów zrozumiał mnie jeden jedyny - a i ten zrozumiał mnie źle").
Ten bezpośredni kontakt ma istotne znaczenie, ponieważ - w przeciwieństwie do lektury opublikowanych prac filozofa - umożliwiał przekazanie najbardziej rewolucyjnej części dorobku. Jej zarys odnajdziemy w notatkach do dwóch edycji kursu Filozofii realnej, który Hegel wygłosił na uniwersytecie w Jenie w latach 1803-1804 oraz 1805-1806. Notatki te zredagowano i wydano ponad sto lat po śmierci autora[36], więc postawione w nich tezy nie mogły dotrzeć do Marksa inną drogą niż ustna. Należy założyć, że starsi koledzy zreferowali mu najbardziej nieprawomyślne poglądy mistrza, które sami usłyszeli w prywatnej rozmowie lub jako dygresje podczas wykładów wygłaszanych w latach dwudziestych w Berlinie (raczej nie jako część ich głównej narracji, bo ta została odtworzona na podstawie notatek Hegla i wydana wnet po jego śmierci).
W tak zwanych rękopisach jeńskich Hegel zwraca uwagę na intersubiektywny charakter pojęcia własności: tylko za sprawą potwierdzenia własności przez innych członków społeczeństwa jednostka posiadająca (czyli fizycznie kontrolująca) daną rzecz staje się jej właścicielem. Utrzymanie społecznego konsensusu w kwestii praw jednostek do rozporządzania rzeczami jest konieczne do utrzymania prawa własności, a samo jej pojęcie jest, jak pisze Avineri, "momentem ludzkiej walki o uznanie"[37]. Podmiotami tego uznania mogą być, dodajmy, jedynie inni ludzie - a to oznacza możliwość potencjalnie nieograniczonej redystrybucji, jeżeli panujący konsensus na temat obecnych praw własności ulegnie załamaniu.
Inspiracją dla późniejszych pism Marksa mogą być także heglowskie rozważania o pracy. O ile człowiek pierwotny, jak zwierzę, konsumuje naturę i niszczy stworzone przez nią przedmioty, to ludzie współcześni są zdolni zaspokoić swoje potrzeby za pomocą własnej twórczości, czyli właśnie pracy. Świadomość, pożądając przedmiotu, popycha człowieka do stworzenia go, przekształcenia potrzeby z subiektywnej zachcianki w zewnętrzną, obiektywną siłę. Oznacza to, że praca nie może być odruchowa, a jej intencjonalność uosabia ludzką moc tworzenia i jest uzewnętrznieniem ludzkich zdolności, choć równocześnie bywa źródłem frustracji[38].
Podobnie jak własność, praca nie może zaistnieć poza społeczeństwem. Bogactwo narodów (traktat Adama Smitha wydano w roku 1776, a więc prawie 30 lat przed jeńskimi wykładami z filozofii realnej) otwiera sugestywny opis, jak podział pracy na różne etapy, z których każdy wykonywany jest przez inną osobę, pozwala im wspólnie zrobić o wiele więcej szpilek, niż wynosiłaby suma indywidualnych produkcji. Oznacza to jednak, jęczy Hegel, że "człowiek nie produkuje już tego, czego potrzebuje, ani nie potrzebuje już tego, co produkuje. [...] Jego praca staje się czymś ogólnym, formalnym, abstrakcyjnym [...]. Jego praca i jego własność nie są tym, czym są dla niego, ale tym, czym są dla wszystkich. Zaspokojenie potrzeb jest ogólną zależnością wszystkich od wszystkich, znika tu pewność i przekonanie, że jakaś praca jednostki jest bezpośrednio adekwatna do jej konkretnej potrzeby"[39]. Im większa specjalizacja, tym więcej dóbr społeczeństwo jest w stanie wytworzyć. W im mniejszym stopniu praca zaspokaja bezpośrednie potrzeby wykonujących ją osób, tym bardziej produktywna się staje. Ludzkość osiąga coraz większy komfort za cenę coraz większej alienacji. Nabierająca właśnie rozpędu mechanizacja produkcji tylko przyspieszy i spotęguje ten proces. Nie jest do końca jasne, dlaczego Hegel nie poprzestał na opisie zjawiska i nadał mu negatywny, zgoła tragiczny, charakter. Marks, w którego tekstach termin "alienacja" będzie się często pojawiać, miał pójść jego śladem.
Analizując jeńskie wykłady z filozofii realnej, Avineri zauważa, że heglowski opis powstającego właśnie społeczeństwa przemysłowego zawiera analizę jego klasowej struktury. Hegel otwartym tekstem stwierdza, że "masa ludności jest skazana na ogłupiającą, niezdrową i niepewną pracę w fabrykach, manufakturach, kopalniach itp.", "fabryki i manufaktury opierają swoje istnienie na niedoli", a ogólne stosunki produkcji "skazują tłumy na surowe życie i otępienie w pracy i biedzie, aby inni mogli gromadzić fortuny", ponieważ "nierówność jest sama w sobie konieczna, gdyż bogactwo ma tendencję do akumulacji i pomnażania się". Z powyższych obserwacji Hegel wysnuwa wniosek, że szybka ekspansja rynku wymaga ciągle rosnących i wciąż zmieniających się potrzeb. "Krój ubrań czy styl umeblowania pomieszczeń nie są niczym niezmiennym. Ta ciągła zmiana jest istotna i racjonalna, bardziej racjonalna niż przywiązanie do jednej mody bazujące na wyobrażeniu, że można znaleźć w danej formie jakąś stałość"[40]. Jak się okazuje, kluczowe elementy krytyki dziewiętnastowiecznej gospodarki przemysłowej - nieuniknioność wyzysku, postępujące rozwarstwienie, akumulacja kapitału i kreacja sztucznych potrzeb w imię powiększenia rynków zbytu - zostały sformułowane, także pod względem retorycznym, parę dekad przed powstaniem Manifestu komunistycznego i Kapitału.
Intelektualnym pośrednikiem między Heglem a Marksem mógł być, niezależnie od członków "klubu doktorów", Eduard Gans. Ten syn żydowskiego bankiera w 1819 roku uzyskał w Heidelbergu (a więc poza Prusami) tytuł doktora praw i powróciwszy do rodzinnego Berlina, starał się o pozycję wykładowcy na stołecznym uniwersytecie. Powoływał się przy tym na dekret emancypacyjny z roku 1812, przyzwalający na zatrudnianie Żydów jako nauczycieli. Wniosek Gansa został storpedowany przez samego Friedricha Carla von Savigny'ego, byłego rektora berlińskiego uniwersytetu i założyciela tak zwanej pruskiej historycznej szkoły prawa, która podkreślała związek prawa zwyczajowego z organicznie rozwijającym się narodem i - w konsekwencji - sprzeciwiała się jego kodyfikacji. W zachowanej opinii von Savigny dowodzi, że nie tylko Gans, ale też jakikolwiek inny Żyd nie może uczyć Niemców prawa. Sprawa została rozstrzygnięta przez samego króla, który odwołał postanowienia edyktu dopuszczające zatrudnianie Żydów na stanowiskach akademickich i wprost stwierdził, że Gans nie może zostać adiunktem. Werdykt ten, nazywany "Lex Gans", przyciągnął dużą uwagę opinii publicznej[41].
Niedopuszczony do wykładania Gans poświęcił się pisaniu traktatu o prawie spadkowym w kontekście historii powszechnej, co było jawnym wyzwaniem dla nacjonalistów skupionych wokół von Savigny'ego. Uniwersalistyczne podejście Gansa szeroko czerpało z heglowskiej Filozofii prawa, a sam Gans zaprzyjaźnił się z uczniami Hegla i odegrał kluczową rolę przy zakładaniu "Jahrbücher für wissenschaftliche Kritik" (Roczniki Krytyki Naukowej), które przez 20 lat były środowiskowym pismem heglistów. W 1825 roku, tak samo jak parę lat wcześniej Herszel Lewi przemieniający się w Heinricha Marksa, Gans przyjął chrzest. Ten ruch oraz drobna zmiana koniunktury politycznej otworzyły mu wreszcie drzwi do berlińskiego uniwersytetu. W roku 1828 otrzymał z rąk króla - tego samego, który wcześniej wykluczył go jako Żyda - nominację profesorską. W latach trzydziestych XIX wieku prowadził zajęcia z "europejskiego, a w szczególności niemieckiego prawa konstytucyjnego" oraz z prawa karnego i międzynarodowego. Wykłady te przyciągały nieraz i tysiąc osób, również spoza uniwersytetu, co było solą w oku policji politycznej. Gans mówił w nich między innymi, że "historia epoki nowożytnej jest historią wielkiej rewolucji. W przeszłości [w siedemnastowiecznej Anglii] rewolucję przeprowadziła szlachta; potem [we Francji w 1789] elity stanu trzeciego, z pomocą ludu, w znaczeniu biedoty, motłochu. Ale trzecia rewolucja będzie dziełem tego motłochu, całej wielkiej masy tych, którzy nie mają przywileju ani własności; kiedy nadejdzie, świat zadrży w posadach"[42]. Jesienią 1836 roku - a więc na samym początku pobytu w Berlinie - Marks zapisał się na prowadzone przez Gansa zajęcia z prawa karnego, których słuchał ponoć (tak przynajmniej odnotowano w jego indeksie) "bardzo pilnie"[43].
Berlin, koniec lat trzydziestych XIX wieku. Po przenosinach z Bonn Karol Marks porzuci prawo i zacznie studiować filozofię. Pracę doktorską obroni eksternistycznie w Jenie w roku 1841. Autor nieznany.
DOKTOR (ZAOCZNIE)
Po tym, jak Marks zaniechał studiów na wydziale prawa, wiemy tylko o dwóch kursach akademickich, na które był zapisany. Można tłumaczyć to tym, że po śmierci Heinricha musiał ograniczyć wydatki (czesne opłacane było od kursu), a zgłębianie filozofii zaczął od nieformalnego rozeznania się jako wolny słuchacz w różnych potencjalnie interesujących wykładach, co nie zostało odnotowane przez uniwersytecką biurokrację. Jest to możliwe, choć - znając wcześniejsze i późniejsze zwyczaje Maura - takie wyjaśnienie wydaje się przeceniać jego oszczędność i zdolność planowania. Bardziej prawdopodobna jest wersja mówiąca o chaotycznych próbach napisania końcowej dysertacji. Zapewne już wtedy pracował parotygodniowymi zrywami, w czasie których zgłębiał nowe zagadnienie, przepisywał długie fragmenty książek do notatników - by wreszcie dojść w kolejnej książce do fragmentu, który obalał całą naszkicowaną już tezę. Życie towarzyskie - czego w ciągu stuleci doświadczyły miliony studentów - piętrzyło dodatkowe trudności. Na przykład, w sposób typowy dla miejsca i epoki, ważnym zajęciem młodego Marksa w roku 1839 stała się nauka strzelania. Powód był banalny: daleki kuzyn jego pozostawionej w Trewirze narzeczonej złośliwie skomentował jej wcześniejsze i szybko zerwane zaręczyny, co według ówczesnych norm wymagało obrony honoru w drodze pojedynku. Do wymiany strzałów ostatecznie nie doszło, ale stracony czas liczył się w miesiącach[44].
Wreszcie 15 kwietnia 1841 roku, trzy tygodnie przed swoimi dwudziestymi trzecimi urodzinami, Karol Marks ukończył studia. Znaczenie tego faktu jest niemal tak samo trudne do opisania w dzisiejszych kategoriach jak przeliczenie talarów na euro. Z jednej strony, liczba studentów była kilkaset razy mniejsza niż obecnie. Jeszcze w roku 1885 (a więc pół wieku po tym, jak Maur zaczął studia w Bonn, ale wcześniejszymi danymi nie dysponujemy) na wszystkich niemieckich uniwersytetach studiowało łącznie 27 tysięcy osób, czyli mniej niż co dziesiąty absolwent gimnazjum i mniej więcej jeden na stu czterdziestu chłopców (szkolnictwo na poziomie podstawowym było już wówczas powszechne, obowiązkowe i obejmowało 7,5 miliona dzieci obojga płci). Zakładając zerowy bilans międzynarodowych migracji studenckich, było to jakieś pół promila ogólnej populacji[45].
Z drugiej strony, mała ilość nie jest gwarancją wysokiej jakości. Marks był jednym z paru tysięcy najlepiej wykształconych Niemców ze swojego rocznika, ale warsztat analityczny tego elitarnego grona (rozważania o zasobie wiedzy byłyby absurdalne wobec rozwoju nauki w ciągu ostatnich dwóch stuleci) wcale niekoniecznie dorównywałby temu prezentowanemu przez równie małą grupę najlepszych absolwentów urodzonych w roku 2000. Jak pisze Fritz Ringer, amerykański historyk specjalizujący się w dziejach niemieckiej edukacji, "po roku 1834 niemieckie uniwersytety nie stosowały egzaminów wstępnych, nie nadzorowały programów studiów swoich studentów ani nie testowały i nie oceniały ich postępów w nauce. Miały obowiązek wpisać na listę studentów każdego, kto miał klasyczną maturę (Abitur), i rzadko kiedy przyjmowały tych, którzy jej nie mieli"[46]. Minimum trzyletnie studia - w trakcie których należało wysłuchać określonych wykładów - uprawniały do udziału w państwowych egzaminach otwierających drogę do prestiżowej i dobrze płatnej pracy w administracji (lub - to niezrealizowany przez Karola plan Heinricha - do praktyki adwokackiej). Wielu studentów na takim egzaminie kończyło akademicką przygodę. Napisania końcowej dysertacji dającej tytuł doktora, ale de facto będącej odpowiednikiem dzisiejszej pracy magisterskiej, podejmowali się głównie ci, którzy chcieli zostać na uczelni jako wykładowcy. Poświęcali na to z reguły zaledwie parę miesięcy pod koniec czwartego roku studiów, a rezultat rzadko kiedy wnosił cokolwiek nowego do dorobku nauki. Przypadek Marksa był szczególny nie tylko dlatego, że jego praca doktorska została dostrzeżona przez następne pokolenia filozofów. Nietypowe było również to, że tytuł doktora uzyskał później niż większość jego rówieśników i nie w Berlinie, gdzie studiował, lecz eksternistycznie w Jenie.
Wyjaśnień, dlaczego Karol zakończył studia w ten sposób, jest parę i są one dobrym miernikiem stosunku do samego Marksa. Najmniej przychylni biografowie i komentatorzy podkreślają, że Jena była jedynym niemieckim uniwersytetem, który od doktoranta nie wymagał uczęszczania na jakiekolwiek zajęcia przed złożeniem pracy ani nawet fizycznej obecności na obronie. Wysłanie tam dysertacji było według nich pójściem po linii najmniejszego oporu. Fani Marksa odpowiadają, że przedwczesna śmierć Eduarda Gansa w maju 1839 roku pozbawiła go potencjalnego promotora w Berlinie, a konserwatyzm pozostałych profesorów kazał spodziewać się kłopotów z obroną doskonałej, ale radykalnej w konkluzjach pracy. Wreszcie, w pół drogi między złośliwościami a uwielbieniem, padają argumenty stricte praktycznej natury: Marks nie mógł obronić doktoratu w Berlinie, ponieważ wypełniwszy latem 1840 zwyczajowy czteroletni czas studiów, nie złożył na czas podania o przedłużenie i został skreślony z listy studentów. Poza tym mniej rygorystyczna procedura administracyjna oznaczała, że koszty uzyskania doktoratu w Jenie były niższe niż w Berlinie. Rzutowało to na prestiż dyplomu, ale nie mogło nie mieć znaczenia dla dwudziestoparolatka kłócącego się z matką o pieniądze[47].
Rozprawa doktorska Marksa nosiła tytuł Różnice między demokrytejską a epikurejską filozofią przyrody i była pod silnym wpływem Wykładów z historii filozofii Hegla, które uczniowie zmarłego filozofa opublikowali w latach 1833-1836[48]. Temat, dziś tchnący biblioteczno-licealną nudą, w ówczesnych Prusach wydawał się politycznie aktualny i przez to atrakcyjny. Jak wyjaśniał Leszek Kołakowski, "młodohegliści interesowali się intensywnie światem filozofii hellenistycznej. Dopatrywali się sugestywnych analogii między sytuacją, w której zmierzch panhelleńskich ideałów po Aleksandrze Wielkim łączył się z rozpadem wielkiej syntezy arystotelesowskiej, a własnymi ich czasami, kiedy to również wygasły nadzieje napoleońskiej jedności Europy i zarazem widoczny był rozkład wszechobejmującej syntezy filozoficznej, jaką Hegel był podjął"[49].
Sednem dysertacji Marksa było przeprowadzenie rozróżnienia między dwiema odmianami materializmu. Zarówno Demokryt, jak i Epikur wierzyli (bo nie dało się tego w starożytności empirycznie sprawdzić), że świat składa się z atomów. Demokryt szedł jednak w tej wierze o wiele dalej, podkreślając, że atomy istnieją obiektywnie, stanowiąc nieodzowny budulec wszystkiego, co materialne. Sposób, w jaki się łączą, jest przypadkowy, ale ten przypadek determinuje wszystkie naturalne - w tym zachodzące w ludziach i z udziałem ludzi - procesy. Epikur, około 120 lat młodszy od Demokryta, nie uważał tymczasem teorii głoszącej istnienie atomów za obiektywnie prawdziwą, lecz jedynie za model pozwalający na opisanie i interpretację świata. Z tych dwóch, dogmatycznej i krytycznej, odmian atomistycznego materializmu młody Marks, jak przekonuje Norman Levine, wolał tę drugą. "Epikurejskie podejście opierało się na przekonaniu, że świadomość była ogólnym powszechnikiem i czyniła myśl zasadą napędzającą świat [...] Na tym etapie rozwoju Marksa nacisk był położony na świadomość [...] było to częścią racjonalistycznego uprzedzenia lewicy heglowskiej"[50]. Epikur był bohaterem pozytywnym również dlatego, że krytykował zabobony i niszczył mity, które spełniwszy swoją rolę, przestały być już potrzebne. Marks z aprobatą cytował epikurejski aforyzm, w myśl którego "nie ten jest bezbożnikiem, kto odrzuca bogów pospólstwa, ale ten, kto wmawia [tzn. przypisuje] poglądy pospólstwa bogom", i błyskotliwie zauważał, że realna egzystencja bogów sprowadza się do tego, że przekonanie o ich istnieniu kieruje ludzkimi działaniami.
Mizeria rynku pracy dla aspirujących intelektualistów nie jest nowym zjawiskiem. Według wyliczeń Jonathana Sperbera w latach 1820-1840 liczba pruskich absolwentów prawa wzrosła trzykrotnie, podczas gdy płatnych państwowych posad, które wymagały prawniczego wykształcenia - zaledwie o jedną piątą[51]. Marks porzucił tę ścieżkę kariery, ale perspektywy zatrudnienia młodego filozofa były jeszcze gorsze. Tryb uzyskania doktoratu - korespondencyjnie na uniwersytecie, na którym nigdy nie studiował - przekreślał najbardziej wtedy i w następnych stuleciach konwencjonalny scenariusz, czyli zostanie na uczelni dzięki protekcji promotora.
Marks miał jednak przyjaciela, którego poznał razem z innymi członkami "klubu doktorów" latem 1837 roku. Bruno Bauer był o dziewięć lat starszy od Marksa i wykładał filozofię w czasie, kiedy Karol dopiero zaczynał ją studiować. W roku 1839, w jednym z ostatnich gestów wsparcia młodoheglistów przez ministra oświaty von Altensteina (tego samego, który ponad dekadę wcześniej przeforsował profesurę Gansa), Bauer został przeniesiony z Berlina do Bonn. Mianowano go tam profesorem teologii (awans, na który w Berlinie musiałby czekać o wiele dłużej), a on niemal natychmiast zaczął planować zatrudnienie Marksa: wysłał mu uniwersyteckie wymagania dla wykładowców, ponaglał go do obrony dyplomu, a nawet zaproponował tematy kursów, które Maur mógłby prowadzić[52]. W czasie, kiedy Marks cyzelował swoją rozprawę doktorską, poglądy Bauera stawały się coraz bardziej radykalne. Krytyczne omówienia ewangelii według Świętego Jana (1840) i ewangelii synoptycznych (1841), w których między innymi podał w wątpliwość istnienie Jezusa, wywołały powszechną konsternację.
Zmiana króla (na tron wstąpił głęboko religijny Fryderyk Wilhelm IV) i śmierć von Altensteina w roku 1840 oznaczały zaostrzenie antyliberalnej i antyoświeceniowej reakcji. Gdy Marks wreszcie skończył studia (i przekonał się, że oczekiwany spadek po ojcu jest o wiele mniejszy, niż sobie wyobrażał), atmosfera wokół Bauera była już tak zła, że zatrudnienie kogokolwiek z jego rekomendacji na państwowym uniwersytecie było absolutnie wykluczone. Marks jednak i tak spędził w Bonn prawie rok, przygotowując pracę habilitacyjną, której obrona była wymagana od potencjalnych wykładowców. Pracował także nad zarysem kursu logiki, który miał prowadzić.
Ministerstwo oświaty szykowało się tymczasem do ostatecznej rozprawy z Bauerem. W poszanowaniu dla akademickich konwenansów rozesłano do innych profesorów teologii ankietę z pytaniem, czy poglądy Bauera nadają się do upowszechniania wśród studentów, których większość stanowili przyszli pastorowie. Wynik tych konsultacji był zaskakujący tylko o tyle, że jeden z zapytanych udzielił odpowiedzi twierdzącej. W marcu 1842 roku, krótko przed Wielkanocą, Bruno Bauer został pozbawiony katedry na bońskim uniwersytecie. Uczcił to wspólnie z Marksem wycieczką do pobliskiego Bad Godesberg, gdzie dosiadając wynajętych osłów, sparodiowali wjazd Jezusa do Jerozolimy[53]. Ta facecja zakończyła akademicki etap w życiu Maura. Podobnie jak większości postępowych uczniów Hegla, uniwersytecka - a więc państwowa - posada w coraz bardziej konserwatywnych Prusach nie była mu pisana. Jego pierwsza (i jak się miało okazać, w zasadzie jedyna) stała praca i tak jednak niosła ze sobą spory ładunek prestiżu.
[...]