IDol - Marian Kowalski

Kup ebooka

13.66 zł
11.61 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jest czas rodzenia i czas umierania; czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzone.

Księga Kaznodziei Salomona [Księga Eklezjasta] 3.1 Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne, Warszawa 1975

 

Kiedy Bóg pożałował wreszcie poniewczasie, że stworzył był ludzki gatunek i przerażony skutkami własnej lekkomyślności postanowił potopić nieudane swoje podobizny, uznał, jak wiadomo, Noego za jedyną figurę godną ocalenia. Popełnił przy tym jedną nierozwagę i jedną niesprawiedliwość. Nierozwagę - bo mógł już na tyle znać ludzi, aby przewidzieć, że jeżeli choć jedna para ludzka zostanie na ziemi, wszystko się zacznie od nowa i po paru latach wrócą wszystkie kłopoty. Niesprawiedliwość - bo zezłościły go tylko ludzkie zbrodnie, więc po co przy okazji wytępił wszystkie zwierzęta, które w końcu nie były winne?

Leszek Kołakowski, Klucz niebieski albo opowieści budujące z historii świętej zebrane ku pouczeniu i przestrodze.

Warszawa, PIW [1964] str. 14

 

 

 

Część pierwsza

Kiedy od Morza Śródziemnego do Morza Północnego i Bałtyku, od Pirenejów do Karpat upowszechniły się programy partii Zasada i Sprawiedliwość, stara Unia Europejska - bezlitośnie krytykowana za inercję zasiedziałych na stanowiskach urzędników - przekształciła się w Centrum Danych o Ludności. Zmiana nazwy, nie do końca określonych zadań, pozwoliła na powoływanie, praktycznie bez ograniczeń, instytutów zatrudniających bliższych i dalszych krewnych.

Prawo stworzenia regionalnego instytutu dostała także wyspa Uznam, jedna z dwóch głównych wysp oddzielających Zalew Szczeciński od Morza Bałtyckiego, przed wielu laty awanport Szczecina, w zachodniej części z ośrodkiem badającym tajną broń Hitlera, której rakietowe pociski balistyczne mogły zadecydować o losach II wojny światowej.

Instytut Danych o Ludności góruje nad kurortem trzema dziewiętnastopiętrowymi skrzydłami, w słoneczne dni połyskującymi aluminiowymi blachami w stalowych ramach, kolektorami słonecznymi oraz szybami Pilington Activ Blue z neutralną niebieską barwą odbicia. Stoi w lewobrzeżnej nadmorskiej dzielnicy Świnoujścia, na wyspie odciętej od stałego lądu wodami Świny, Zalewu Szczecińskiego, Piany i Morzem Bałtyckim. Zatem jej łączność z lądem jest możliwa tylko promami. Miasto nie jest wielkie. Gdy rozciągają się nad nim mgły, to sprawia złudzenie wynurzającego się z oparów bajecznego świata, na którego obejście nie trzeba więcej niż pięciu godzin. W dni pogodne jest zawieszone między błękitem nieba i wody, wówczas wydaje się nieco większe, na poznanie którego trzeba by poświęcić sześć, a nawet osiem godzin. Przez jeden miesiąc zimowy - tak krótko trwa tutaj ta pora roku - miasto jest sparaliżowane mrozem. Kra na Odrze, Świnie zatyka koryto rzeki tym, naciera na szalandy, na sterburty1* i bakburty statków, barek. Nieraz bywa jeszcze i tak, że sztorm i wiatry północne powodują cofkę i wówczas sytuacja staje się dramatyczna. Wydłuża się kotwiczenie statków na przedportowych akwenach, armatorzy straszą zarząd portu żądaniem kar postojowych. Nie chodzą promy, wojsko detonuje zatory dynamitem, ruszają lodołamacze z załogami w grubych sztormiakach i wtedy mieszkańcy dość dotkliwie odczuwają status wyspiarzy. W urzędzie miejskim radni wypijając wiele dzbanków mocnej kawy zwanej szatanem albo siekierą rozpoczynają gorącą dyskusję na temat konieczności budowy tunelu lub mostu, kandydaci na radnych, posłów i do Sejmu w swoje programy wpisują niezwłoczne pochylenie się nad kwestią połączeń wyspy z lądem, liczne delegacje udają się do krajów, w których tunele czy mosty buduje się w szybkim tempie. Ta polityczna euforia wokół projektów trwa do czasu, aż saperzy i lodołamacze nie rozkruszą kry, ale kiedy z przystani znów odbiją promy, wszyscy zapominają o niedawno palącym problemie, by pochylić się nad nowym - nad kwestią wczasowiczów nadciągających na wyspę jak biblijna szarańcza, nad uchodźcami z Syrii, Afganistanu, Erytrei czekającymi na okazję wypłynięcia z portu do krajów skandynawskich, gdzie mogą liczyć na większe wsparcie socjalne. Wówczas wiele delegacji z miasta jeździ do różnych światowych kurortów, by zobaczyć, jak w nich organizuje się życie dla turystów, dla uchodźców, by nie stali się zmorą dla stałych mieszkańców w ośrodku wczasowym.

Skrzydła Instytutu Danych o Ludności przy ul. Uzdrowiskowej nie posiadały specjalnych oznaczeń. Tylko środkowe chlubi się wielkim napisem złożonym ze złotych liter IDoL i jedynie do niego mieli prawo zaglądać interesanci, a do podziemi sprowadzano podejrzanych o naruszenie zasad współżycia w społeczeństwie, których przestępstwo wykryli pracownicy IDoLa. Dwa boczne służyły wyłącznie gromadzeniu akt, dokumentów, nad którymi czuwały armie funkcjonariuszy. W lewym skrzydle zbierano materiały dotyczące spraw do 2000 roku, w prawym - po 2000.

Władysław Nowik - urodą mocno przypominający Omara Sharifa z czasów, gdy grał w Zielonym lodzie, w Niebiańskim psie, w Pałacu gier (filmy wciąż puszczano w sezonie letnim oraz przedświątecznym z bardzo długimi komentarzami znawców kina) - urzędował w prawym skrzydle IDoLa na IX piętrze z widokiem na morze, w gabinecie o metrażu sporym, jaki przysługiwał zatrudnionym tej rangi - dyrektorowi Dokumentacji Nagrań. W klimatyzowanym pomieszczeniu w centrum stało olbrzymie, tradycyjne mahoniowe biurko cokołowe, fornirowane, nawiązujące stylem do mebli z XVIII wieku. Przed nim tapicerowany fotel o wydłużonym siedzeniu, z mahoniu, wystylizowany na dziewiętnastowieczną berżerę. Środek gabinetu zajmował stół z blatem zakończonym półokrągło, z dwudziestoma krzesłami z oparciami w formie drabinek. Wszystkie meble miały stanowić wyraźny dystans między odległą przeszłością a teraźniejszością. Nowoczesny sprzęt: komputery, telewizory, monitory rozmieszczono na kilku stolikach pochodzących z antykwariatów lub wbudowano w ściany.

Dyrektor właśnie skończył odprawę z podwładnymi, omiótł wzrokiem pusty gabinet, skrzywił się na widok iPada z dużym ekranem pozostawionego na stole przez zawsze roztargnionego Bolesława Owczarka, głównego programistę, zerknął na zegarek. Za piętnaście minut ma spotkać się z żoną w kawiarni na XIX piętrze.

Jako członek kapituły przyznającej jubileuszowe odznaczenia raz jeszcze zerknął na długą listę pracowników, współpracowników oraz sympatyków Firmy. Nie próbował zastanawiać się komu i za co zamierzano je wręczać; wyróżnieni na pewno odbiorą z głębokim przekonaniem, że na nie zasługują, a inni wysłuchujący komunikatu albo będą mieli tę wiadomość w nosie, albo znajdą nazwiska znajomych, których powinni unikać.

Poprawił mankiety białej koszuli ze złotymi spinkami z logo IDoLa i przeszedł do sekretariatu nazwanego przez niego Pokojem Śnieżnych Bluzek. Przy trzech biurkach wbijały wzrok w monitory trzy dziewczyny w nienagannie świeżych, białych bluzeczkach z długimi rękawami, ze stójkami dochodzącymi do niemalże przejrzystych małżowin usznych. Blond włosy przycięte były regulaminowo nad karczkami, uczesane gładko bez jakichkolwiek ozdób. Zgodnie z przepisami na przegubach ich chudziutkich rąk wystawały z rękawów tylko zegareczki zakupione dla wszystkich w firmie Mirex z dyskretnym logo IDoLa. Nie nosiły pierścionków czy obrączek, kolczyków. Były do siebie podobne, bardzo podobne, wszystkie z oczyma ze szkłami kontaktowymi, więc koniecznością stało się przypięcie do ich bluzek wizytówek z imionami: Weronika, Justyna, Lucyna. Kiedy mężczyzna wszedł do ich pokoju, równocześnie oderwały zaczerwienione ptasie oczka od monitorów i czekały.

- Lucyno, proszę Bolesławowi Owczarkowi dostarczyć pozostawionego iPada. - Wymieniona dziewczyna wstała i wyszła zza biurka. - Nie musi pani ukrywać przed nim, że zdarza się mu to nie po raz pierwszy. Jego roztargnienie niepokoi mnie. Konieczna jest uaktualniona opinia z gabinetu psychiatrycznego. Jego karta pracownika IDoLa traci wkrótce ważność. Nie rozumiem, dlaczego odkłada badanie na ostatnią chwilę. Ma do tego prawo, ale taka postawa gry na zwłokę bywa irytująca. Nie zaszkodzi mu powiedzieć, że aż tak bardzo nie jest obłożony zadaniami, by jeden z podstawowych obowiązków odsuwać i odsuwać do granicy przyzwoitości. Właśnie - przyzwoitości! - Starał się sobie przypomnieć, kto go protegował do pracy w Firmie. Ktoś z centrali czy z miejscowych baronów? Facet czuje się bardzo pewien siebie, można go spotkać na różnych korytarzach zawsze nerwowo spieszącego się, z gorączkowym błyskiem w oczach. Może dlatego, że dzięki dostępowi do informacji bardzo dużo wie o każdym pracowniku i gdy zechce, to może wykorzystać. Plotkarz, czy coś knuje? Koniecznie trzeba się mu bliżej przyjrzeć, trochę powęszyć, by nie było za późno ma smutny wniosek, że na własnych piersiach hodowało się żmiję. - I już w drzwiach: - Jadę do kawiarni. A stamtąd do miasta - poinformował swe najbliższe pracownice z obsługi gabinetu.

Dwie dziewczyny skinęły tylko główkami i oczy ich natychmiast powróciły do monitorów, trzecia przeszła do gabinetu. Kiedy mijała go, poczuł zapach konwalii - delikatny jak świeżego wiosennego bukieciku, jeden z tych dopuszczalnych przez surowy regulamin przewidujący wszystko, zaakceptowany po rocznym pochylaniu się przez członków brukselskiej komisji do spraw zapachów oraz komisji do spraw molestowania w instytucjach państwowych.

Miał do pracownic niemalże ojcowski stosunek. Współczuł im, że nie mogą żyć jak inne w ich wieku. Nie mają znajomych, przyjaciół, nie chodzą na randki. Zobligowane do zachowania tajemnicy przysięgami, oświadczeniami, zobowiązaniami składanymi pisemnie, odzwyczaiły się w ogóle odzywać. Prawdopodobnie nawet marzyć. Gdy w Pokoju Śnieżnych Bluzek pojawiali się pracownicy z pobliskich pięter, nie nawiązywały z nimi rozmów, nie zbywały choćby zdawkowymi uśmiechami. Patrzyły na przybyłych ptasimi koralikami oczu tak długo, aż tamci uświadamiali sobie, po co oraz do kogo przyszli i, posyłając nic nie znaczące uśmiechy w stronę kamiennych twarzyczek, znikali w drzwiach gabinetu dyrektora Nowika.

Mężczyzna lubił lokal na ostatnim piętrze wieżowca. Z okien rozciągał się widok na morze, na piaszczystą łachę plaży, na nabrzeża portowe, terminal promowy, terminal LNG, czyli gazoport, w którym przeładowywano skroplony gaz ziemny z Kataru. Dawne bardziej tradycyjne urządzenia przeładunkowe, od lat zbędne, bo stary port właściwie stracił swe gospodarcze znaczenie, stanowiły teraz część skansenu z eksponatami rybołówstwa, przystani jachtowej w rozległym Parku Przymorskim, na skraju którego stanęły baraki dla imigrantów, uchodźców. Raz po raz statki z kontenerami płynęły do Szczecina, a nadbrzeża na wyspie ożywiali żeglarze, uczestnicy różnych regat: Solidarności, Jednomyślności, Zgodności, Wspólnoty - oczywiście zawsze z dodaniem kogoś czy czegoś.

W kawiarni było pusto. Ledwo zajął stolik przy panoramicznym oknie, zaraz podeszła kelnerka wyglądem nie odbiegająca od dziewcząt z Pokoju Śnieżnych Bluzek, za to z mniejszą liczbą zakazów, zobowiązań do milczenia, oświadczeń o zachowaniu tajemnic służbowych, na głowie z białym czepkiem obrzeżonym złotymi nitkami, nakryciem ozdobionym literkami IDoLa. Dlatego mogła sobie pozwolić na szeroki uśmiech odsłaniający dwa rzędy zdrowych, lśniących ząbków zapewne czyszczonych pastą Colgate Total, 612 Hour Protection, nad akceptacją której długo pochylali się urzędnicy unijnej komisji w Brukseli, a potem skuteczność badali stomatolodzy w centralnym gabinecie IDoLa.

- Spotkanie z żoneczką? - Pozwoliła sobie na spoufalenie dziewczyna pachnąca konwaliami, wonią dominującą w wieżowcu, po endoprotezie lewego biodra.

To pytanie uświadomiło mężczyźnie, że odkąd pracuje na stanowisku dyrektora w prawym skrzydle IDoLa, to z niewielu znajomymi bywa w kawiarence na XIX piętrze. Po przejściu do pracy w IDoLu dawni przyjaciele, koledzy odsunęli się od niego. A przecież gdyby wyłączyć wszystkie obiektywy - pomyślał - byłoby tu całkiem przyjemnie spotkać się z kimś bliskim, powspominać czasy, dawne czasy, gdy nie zapisywano na płytkach wszędzie zainstalowanych kamer bezpieczeństwa społecznego każdej rozmowy, wydarzenia nawet najbardziej pozornie błahego, niby bez znaczenia dla narodu, państwa, świata. Na wszelki wypadek. I z niezwykłej gorliwości pracowników IDoLa, pragnących się wykazać dobrą robotą zasługującą na kwartalne oraz roczne premie, na kilkudniowe wycieczki do Brukseli z zakwaterowaniem w stale rozbudowywanych luksusowych hotelach dla urzędników z regionów.

- Tak, z żoną - odpowiedział dziewczynie lakonicznie.

- Co podać? - spytała, a jej nieco wypukły brzuszek lekko kołysał się przed oczyma mężczyzny. Bruksela takiego swobodnego zachowania jeszcze kelnerkom nie zabraniała.

To pytanie zawsze sprawiało mu kłopot. Podatnicy utrzymujący IDoLa zadbali, by jego pracownikom, szczególnie kierownictwu, nigdy niczego nie brakowało. Wielkie lodówki w pomieszczeniach przy gabinetach pełne były napojów, słodyczy i ciągle je uzupełniano nowymi produktami. Przypominało to dobrowolne legendarne podkarmianie wawelskiego smoka po to, by nie opuszczał swego miejsca. Mężczyzna przeglądał kartę nie tyle z przekonania, że znajdzie w niej coś nowego, zaskakującego choćby nazwą, co z dawnego przyzwyczajenia gościa zasiadającego przy kawiarnianym stoliku.

- Czekoladowe lody - poprosił.

Na pewno obserwujący go zespół szefa policyjnej kontroli pracowników IDoLa nie może się nadziwić upodobaniom dyrektora. Znów lody! Czekoladowe! Dlaczego? Co w nich widzi? Wkrótce nazwą go... Nie, jeżeli sam im nie podsunie przezwiska, oni go nie wymyślą. W życiu nie przeczytali żadnej książki, nie wiedzą, co to złośliwość, żart. Robią swoje, pożywią się w restauracji IDoLa, idą do domów, siadają przed monitorami telewizorów i szczęśliwi, bo syci, bo mają pracę, zapadają w drzemkę.

Wysoka kelnerka, kołysząc biodrami, pośladkami opiętymi granatową spódniczkę mini, skierowała kroki do bufetu z sennie wpatrzoną w dal barmanką po mastektomii. Kiedy swego czasu Władysław Nowik przeglądał zgromadzone materiały o kelnerce, Barbarze Augustyniak, zdziwił się, że można przeżyć tyle lat i nie mieć własnego życiorysu. To, co o niej znalazł, pasowałoby do miliona innych dziewcząt z jej rocznika: przedszkole, szkoła, kurs. Co taka niebrzydka dziewczyna zrobi z resztą życia? Małżeństwo, dzieci, ich przedszkola, ich szkoły, ich kursy...

W brukselskiej komisji nie zapomniano o uwodzących pupciami i wkrótce dadzą Basi powód do wzbogacenia życiorysu, do przeżycia stresu, może nawet buntu, gdy wyjdzie ustawa o długości spódniczek dziewcząt zatrudnionych w zakładach gastronomicznych, o granicy napinania odzieży na ciele. No cóż, są normy europejskie dla sportowców, powinny też być dla zatrudnionych w usługach. Ma jeszcze trochę czasu dla siebie, bo w Brukseli powstaje jedna z ważniejszych ustaw o dziedziczności foteli urzędników, co przyniesie państwom unijnym wielkie oszczędności. Mógłby uprzedzić ten fakt, powiedzieć jej o zamiarach komisji. Byłoby to bardzo ludzkie i zarazem niesamowicie głupie, bo kamery utrwaliłyby tę scenę przekazywania informacji o pracach w Brukseli, a szef musiałby p o c h y l i ć się nad sprawą, miałby też prawo do analizy regulaminu firmy, do komentarzy, do dyscyplinowania.

Niech zatem dziewczyna pozostanie w swej codzienności, w kokonie banału.

No, przynajmniej jego syn, Eryk, nie żyje tuzinkowo, niewolniczo, nijako, tak zgodnie z oczekiwaniami urzędników państwowych instytucji. Kłopot dla rodziców? Owszem, ale i duma, że mimo wszystko wyrasta na kogoś wyróżniającego się zachowaniem i w działaniu. Ważne, że w porę uwalnia się spod wpływów matki, która śledziła każdy jego krok, przestrzegała przed niebezpieczeństwami. Była bliska rozpaczy, gdy usłyszała o jego pomyśle. Eryk miał niezwykłe plany. Nie kryjąc się z niechęcią do polityki i wszelkich struktur przez nich tworzonych, jako społeczeństwu zbędnych, ograniczających wolność, drwiąc z otaczającej rzeczywistości, zamierzał powołać IOL - Instytut Ocalenia Ludzkości imienia Jaroslava Haška, swego czasu członka stowarzyszenia Anarchistycznych Burzycieli, autora Dobrego wojaka Szwejka i innych osobliwych historyjek.

Dziewczyna przyniosła lody i wróciła do przerwanego zajęcia - układania pod kloszem owoców barwami zachęcającymi do konsumpcji, ale tylko one były piękne, bo ich miąższ przypominał watę, pozbawiony był soku i smaku - efekt wieloletnich eksperymentów sadowników realizujących unijne przepisy, określające wielkość, kształt, cenę, tylko smak i wartości odżywcze pozostawiając naturze, a ona okazała się bezsilna wobec potęgi nauki.

Do kawiarni wsunął się cicho ze szczurzą mordką, z rozbieganymi oczkami Raczek, były pracownik urzędu bezpieczeństwa, w gmachu IDoLa emeryt czujący się swojsko. No cóż, mógł uważać się za jednego z prekursorów instytucji zbierającej dane o obywatelach, a już na pewno za eksperymentatora metod jej pracy, jednego z pierwszych recenzentów. Ile razy miał okazję, to nie krył podziwu dla nowej firmy, dla jej sposobów gromadzenia informacji, docierania do źródeł, dla nadzwyczaj zdolnych pracowników wyławiających obywateli, którzy mogliby społeczeństwu zaszkodzić myśleniem czy działaniem. Pozdrowił Władysława Nowika, obrzucił go Judaszowym spojrzeniem, lecz siadł z dala od niego, bo zdawał sobie sprawę, że ten wie o nim zbyt wiele, by kiedykolwiek bez odrazy podać mu rękę, więc wolał nie ryzykować, nie narażać się na przykre doznanie.

Chwilę potem zajrzał do kawiarni Bolesław Owczarek, ale gdy zobaczył swego przełożonego, chociaż Raczek pozdrawiał go podniesioną ręką, skinieniem zapraszał do swego stolika, ten szybko się wycofał.

Ta sytuacja nie podobała się Nowikowi, jeszcze mocniej utwierdziła go w podejrzeniach wobec swego pracownika. Tak, koniecznie musi przyjrzeć się mu wnikliwie, gruntownie zbadać jego związki z otoczeniem spoza IDoLa. Bo, niestety, w tym doskonale urządzonym świecie zbyt wiele czyha na człowieka zasadzek.

 

*

 

Gloria, żona Władysława Nowika, nie lubiła się spóźniać. Tym bardziej właśnie na to spotkanie z mężem, gdy tak wiele miała do przekazania złych wiadomości. Ale, jak codziennie, starała się mieć kontakt ze swym bratem, z Cezarym Pawlikiem, który - jej zdaniem - w czasie ostrego małżeńskiego kryzysu wymaga z jej strony większego zainteresowania. Nie mogła mu go zapewnić, chyba nikt już nie potrafi, więc przynajmniej próbowała codziennie mieć pewność, że wciąż żyje, nie do końca stracił świadomość, w jakim świecie egzystuje.

Niestety, na próby połączenia się z nim zatroskanej siostry nie reagował.

 

*

 

Cezarego Pawlika, świetnego programisty, intrygowało właśnie w tym czasie tylko to, co działo się na ekranie laptopa - nieznany rozmówca czekał na aktualizację. Nie miał ani sił, ani ochoty zajmować się intruzem. Był zajęty sobą. Z astenicznym zmęczeniem przeniósł wzrok z ekranu na dłonie. Jego ciało owładnęła fibrylacja. Mimowolne skurcze zaczęły się od nóg i dobiegły do rąk. Rozpostarł dłonie nad klawiaturą laptopa i przyglądał się im z zainteresowaniem, jakby nagle odkrył coś obcego, niepokojącego. Przez ekran przesuwały się kolorowe obrazy, w pionie i poziomie paski skrótów wiadomości, reklam, a on patrzył na drżenie rąk i próbował odgadnąć, jaką przekazują mu informację o stanie zdrowia. Poczuł w żołądku ssanie - fizjologiczny przekaz, którego nie mógł zlekceważyć. Zaniechał oglądania rąk. Ssanie było silniejsze od niepokoju wywołanego drżeniem. To skłoniło go do próby dźwignięcia się z fotela. Jakby owładnęła nim astazja. Nie od razu udało się mu wstać, bo wszystkie kości, mięśnie od dłuższego czasu, zbyt długiego, zamarły w postawie wyczekiwania w fotelu przed monitorem na to, co prześlą do odczytu operatorzy sieci internetowych i komórkowych. Nie potrafił oderwać się od siedzenia, wyprostować. Musiał bardzo mocno wspomóc się łokciami wciśniętymi w oparcie. Dopiero wówczas mógł z zadowoleniem stwierdzić, że nie cierpiał na abazję, osiągnął to, do czego zmierzał - lemuro-praprzodek istoty ludzkiej - prostował się, dochodził do pionowej postawy. Darwinius masillae z dumą patrzący przed siebie - pokpiwał ze swych uczuć, myśli - przeniósł spojrzenie ponad ekran laptopa. Kto i kiedy zamontował w oknach automatycznie przesuwane kotary? - próbował zgadnąć. O ile dobrze pamięta, to były w nich jeszcze żaluzje w jasno stalowym kolorze. Cóż, postęp dokonuje się niezależnie od woli jednostki, nie liczy się z nią, wdziera się automatycznie wszędzie tam, gdzie widzi dla siebie szansę zaistnienia. Taki jest współczesny świat, takie rządzą nim prawa. Już chyba niezależnie od człowieka. Łatwo w tych czasach uwierzyć w ingerencję sił spoza Ziemi. Nie miał pretensji do kroczącego postępu, do sposobu przenikania w jego życie; przynależność do społeczeństwa zobowiązywała do przyjmowania ustalonych zasad, godzenia się na wszystko, co podnosiło go w hierarchii żywych istot dumnie kroczących od Homo habilis ku współczesnemu człowieczeństwu. No i ewentualnie do obecności tych przybyszy z odległych galaktyk.

Przezwyciężając ból w krzyżu (do cholery, że na to nie ma sposobu! Co robią mądrale w białych kitlach w laboratoriach? Końską maść zalecają! Lek ich pradziadków!), obrócił się w lewo, obejmując wzrokiem część sterylnego mieszkania, z przedmiotami najbardziej niezbędnymi do zaspokajania potrzeb: tapczan, fotel przed plazmowym ekranem telewizora z maksymalną przekątną osiąganą przez producenta i wielki krzak róży z kolorowego szkła, który miał wystarczyć do złagodzenia ewentualnego głodu estetycznego.

Skręcił w prawo i skierował się do części nazwanej terminem sprzed rewolucji techniczno-przemysłowej kuchnią. Prócz dostępu do wody, elektrycznego z metalicznym połyskiem czajnika do jej zagotowania, lodówki, nic więcej nie uprawniało do nazywania tego pomieszczenia kuchnią. Niezliczone ilości opakowań z tabletkami na półkach raczej mogłyby przywodzić na myśl nieźle wyposażoną aptekę na lotnisku czy na stacji metra.

Jemu wystarczyły zimne kęsy jakiejś papkowatej masy zawiniętej w folię, trzy tabletki z opakowania z czerwonym paskiem, szklanka wody do uspokojenia zbuntowanego żołądka. W łazience zerknął w lustro. Kilkudniowy zarost pokrył kremem wyciśniętym z tubki z autoreklamą z jednej strony, a szeroką informacją o produkcie, składzie, jego właściwościach, ostrzeżeniami po drugiej; roztarł po twarzy i po chwili wraz z włoskami usunął papierowym ręcznikiem. Skropił twarz wodą toaletową z firmy kontynuującej tradycje Pierre Cardin. Lubił zapach cedru. Nie żałował więc wody, niemalże oblewał się nią cały. Kiedy oddawał mocz ze wszystkimi jego składnikami w normie, co stwierdziły czujniki zamontowane w klozetowej muszli, poczuł się już lepiej. Przeszedł żwawym krokiem do nasłonecznionej salki z przyrządami gimnastycznymi, siadł w głębokim fotelu i poddał się kilkuminutowym wibracjom zastępującymi ćwiczenia gimnastyczne.

Syty, odświeżony, w doskonałym samopoczuciu, mógł podjąć się zadań, jakie nań czekały. Dopiero teraz zaskoczyła go cisza w mieszkaniu, nieobecność An. Spojrzał na wskaźnik czasowy u dołu ekranu. Czyżby wyszła wcześniej niż zwykle? Powinna zmienić pracę, przyjąć takie warunki, jakie on dla siebie wynegocjował - zajęcie w domu, czas nienormowany, liczą się efekty, dokonania. Cha, cha, cha!

An... kiedyś dziewczyna nie z tego świata! Było w niej tyle serdeczności w zimowe wieczory, gdy otulona ciepłem welurowej bluzy przytulała go zziębniętego do siebie! Bo jemu na tej wyspie z częstymi opadami, z północnymi wiatrami od morza zawsze było zimno. Zdawała się czytać myśli męża. Kiedyś taka zgodna z jego poglądami na wszystko, na rzeczy ważne i mało istotne. A teraz osoba niepasująca do niego. I wcale nie chodzi mu o niepotrzebny przeszczep włosów, który miał ją zmienić, odmłodzić. Ani o wstrzykiwanie w zmarszczki wokół ust botoksu, toksyny botulinowej, co gwarantować miało ich powab. Poglądy należałoby zweryfikować. Dla takiej, jaka jest, powinno się odkryć jakąś planetę. Z wielką ilością jaskiń, z bizonami pędzonymi przez prerie czy sawanny, z myśliwymi z przepaskami na biodrach przynoszącymi jej do pilnowanego ogniska łup z polowań. Gdyby z jej życia wyeliminowano zabiegi kosmetyczne, to można by stwierdzić, że stanowczo nie nadąża za wciąż prącym do przodu ku nowościom światem. Z pięknymi przeszczepionymi włosami, z wabiącymi mięsistością ustami wlecze się w ariergardzie ludzkości, taszcząc wspomnienia zaczynające się od zaimka "kiedyś" albo od przysłówka "dawniej", ze łzami użalając się nad tym, co musiało minąć bezpowrotnie jak dinozaury, jak neandertalczycy. Podejrzewał, że byłaby gotowa zgodzić się na włosy, jakie nosiła przed przeszczepem, ba, nawet na kształty paleolitycznej Wenus z Willendorfu, na krępą, otyłą babskość, byleby znów miała okazję przyglądać się walce samców na rykowisku o dostęp do niej. An - wieczna zagadka, nieprzewidywalność. Kto wie, czy jego niechęć do płciowości An nie wzięła się z oglądania filmów o jeleniach w okresie rui? Samce zdają się walczyć na śmierć i życie, a łania z podniesionym ogonkiem czeka, nic tylko czeka, do jasnej cholery czeka na rozstrzygnięcie starcia o nią. Ta zwierzęca obojętność, to poddawanie się wyborowi dokonywanemu poza aktywnym udziałem samicy zawsze oburzało Cezarego, więcej - inspirowało do głębszych przemyśleń o prawdziwych właściwościach kobiety, a przede wszystkim An. Do pewnego czasu nie miał specjalnych powodów, by uskarżać się na nią. Ich życie układało się poprawnie, biegło wyznaczonymi przez pewne obowiązki koleinami, stanowiło przyzwyczajenie do siebie w domu. Odkąd syn Robert poszedł za swoją łanią, małżeńskie relacje jeszcze bardziej się pogorszyły. Tak bardzo, że An coraz częściej zadawała pytanie: Właściwie to po co jesteś mi potrzebny? Nawet nie próbował na nie odpowiedzieć, ale gdy ono powtarzało się coraz częściej, nie potrafił kryć irytacji. Najchętniej odgrodziłby komputer i siebie od An jakąś dźwiękoszczelną ścianą i miałby wówczas święty spokój od dręczącego nachalnością pytania o sens pozostawania razem z An. Mógł je lekceważyć, zignorować jak wiele innych problemów mało istotnych dla człowieka szczęśliwego z samego faktu istnienia w świecie, który mu odpowiada; w technicznym świecie stworzonym dla jego inteligencji i potrzeb poznawania, poszukiwania, odkrywania. Nie potrafił, dręczyło go nagabywanie An, a jednak nie umiał zdobyć się na racjonalną decyzję i odejść od niej. Nieraz, patrząc na nią, odnosił wrażenie, że ta łania mimo wszystko najchętniej zaprowadziłaby go na jakieś rykowisko i cierpliwie czekała na stoczenie walki o nią. Ale to już nie dla niego takie wyzwania! Daleki był od poddawania się prymitywnym instynktownym przyzwyczajeniom. Ach, od tylu spraw był bardzo, ale to bardzo, kosmicznie daleko.

Powrócił do fotela przed laptopem. Nieznany rozmówca wciąż czekał na zainteresowanie. Cezary Pawlik dopiero teraz zauważył leżącą na urządzeniu książkę. An należała do tych istot, które starały się udowodnić wieczną żywotność wynalazku Johannesa Gutenberga, XV - wiecznego mogunckiego drukarza. Wolała przerzucać papierowe strony, niż patrzeć w ekran czytnika. Jak być szczęśliwym - odczytał z miękkiej okładki dziełka niemieckiego doradcy w dziedzinie problemów emocjonalnych. Między kartami książki, przed rozdziałem Pomóż swemu szczęściu znalazł liścik do siebie. Oczywiście, cała w tym działaniu An. Ona nie wysyłała sms-ów, nie nagrywała się, ona pisała! Wiadomość, która powinna zmienić jego życie. Powinna być jak grom z jasnego nieba, ale była tylko przekazem informacji. An długo i dość zawile uzasadniała odejście od niego, porzucenie go, by ułożyć sobie życie na nowo, do czego ma prawo. Taka decyzja, jak i forma rozstania specjalnie go nie zaskoczyły. Dawno powinni się rozejść. Dobrze się stało. An czego innego oczekuje od życia niż on, niech więc szuka tego czegoś. Dobrze jej życzy. Zasługuje na to. Jest nie najgorszą kobietą. Nawet gdy marudziła, to nigdy za długo, do zniesienia, nie podnosząc zbyt wysoko głosu. No i teraz ten wspaniały krok w nowe życie bez zawracania mu głowy! Tak cichutko opuściła mieszkanie. Cóż, będzie musiał wśród uchodźców czy imigrantów z Półwyspu Arabskiego rozejrzeć się za jakąś dochodzącą pomocą domową, która przejmie po An obowiązki zaopatrywania lodówki, zmianą pościeli, ręczników, bielizny, odnoszeniem brudnych rzeczy do pralni.

Z uczuciem, jakby ubyło mu coś ciężkiego, dokuczliwego, jakby pozbył się balastu hamującego jego parcie do przodu, w przyszłość, już bez miłośniczki wynalazku Gutenberga, zerknął na ekran laptopa. Zlikwidował intruza. Miał też kilka nowych wiadomości: oferty mieszkaniowe, z banków, z biur podróży. I od syna, Roberta. Cezary odebrał wiadomość przekazaną pośrednio od synowej. Pochodziła z Lagosu.

Się ma. Kurczę, znów niestety, w Afryce. Siara. Piekło. Zajebisty gorąc i wilgoć dobijają mnie. To klimat dla jebniętych. W każdym afrykańskim porcie walcownia z pieprzonymi spaślakami, łachudrami z wybuczonymi brzuchami, w spodniach z długimi, głębokimi kieszeniami, w które zgarniają bakszysz: papierosy, piwo, soki, wody mineralne, wódę. I tylko by szamali co w pentrze. Dziabnięci ledwo trzymają się relingów, spilają jak z łosiejką do swych kleci, do swych nygusic z granatnikami jak arbuzy. Nie ma o czym z nimi dziamać. Tylko by szamali i szamali. Korupcja niewyobrażalna, upokarzająca człowieczeństwo i podważająca wszelkie zasady moralne. Jobla można tu dostać. Czuję odrazę do nich i Czarnego Lądu, najchętniej scwelowałbym stąd. Spiknij się z moimi. Szacun.

Spojrzał na datę nadania. Boże, kto sprawia mu takiego figla i podrzuca wiadomości sprzed wielu lat? Po co? An? Chciała mu przypomnieć, że ma syna? Cezary usunął wiadomość. Mamy synek nigdy z niczego nie był zadowolony. Na pewno nie czytał książki studiowanej przez matkę: Jak być szczęśliwym. Gdziekolwiek się pojawiał, zawsze znajdował powód do narzekania, jakby świat składał się wyłącznie z ciemnych odcieni. Na pytanie: "jak się żyje?" zawsze padała taka sama odpowiedź: jestem na dnie z pięcioma metrami mułu. Cezary pamięta, jak przed wielu laty ojciec z Lagosu pozdrawiał, ciesząc się z pobytu na egzotycznym lądzie podrównikowego kraju. Donosił, że wiezie prezenty: wspaniałe rzeźby z mahoniu, obrzędowe maski, bodajże z drewna tekowego małpki symbolizujące główne ludzkie cnoty cenione na Czarnym Lądzie. Kartka była niezwykle kolorowa, wypełniała ją tańcząca dziewczyna z plemienia Joruba - piękna, w szerokim uśmiechu ukazująca biel zębów, czarnymi dłońmi powstrzymująca unoszącą ją ku błękitnemu niebu wielobarwną szatę. Czyżby świat tak bardzo się zmienił, że zabrakło już nad lagoską laguną czarnych dziewcząt w kolorowych szatach, czy po prostu Robert był malkontentem nigdzie nieznajdującym dla siebie właściwego miejsca? Jak z nim wytrzymuje Beata, urodziwa żona z temperamentem, z poczuciem humoru, przepadająca za życiem towarzyskim w pubach, na dyskotekach? Tacy faceci jak Robert nie powinni robić kariery. Co za słownictwo! Gówniarski żargon! Czy takim językiem wypowiada się ktoś, kogo czeka awans na stanowisko kapitana, na Pierwszego po Bogu na pokładzie statku?

Wszedł w Google, dotarł do najciekawszych haseł związanych z Lagosem. Niestety, musiał tym razem synowi przyznać rację, że stojąc w tym porcie mało miał powodów do zadowolenia, a jeszcze mniej do zachwytów. Lepiej będzie dla niego i jego żony, jak statek opuści lagunę. I oby bez AIDS. Co tego naiwniaka pchnęło do tak niebezpiecznego zawodu? Niezwykłe opowieści dziadka o egzotycznych lądach, o możliwości przeżywania przygód, jakich nie doświadczy w żadnym innym zawodzie? Gdyby posłuchał ojca, siedziałby teraz w zacisznym mieszkanku i klikał w klawiaturę, wędrując bezpiecznie po całym świecie.

Ad, informatyczna obsługa Firmy zatrudniającej Cezarego Pawlika, przypominała o zbliżającym się terminie sprawozdawczości; nadciągał wielkimi krokami, był nieuchronny, bezlitośnie decydował o przyszłości zleceniobiorcy. Ale nawet w tej sytuacji zagrożenia nie potrafił sobie odmówić małej codziennej przyjemności - partyjki szachów, w której grze mógł się wykazać matematycznymi zdolnościami przewidywania ruchów przeciwnika. Jeżeli się mylił, to zawsze pozostawała możliwość cofnięcia pionków czy figury, co gwarantowało mu prawdopodobną wygraną. W statystyce rozegranych partii w poziomie dziewiątego stopnia trudności na dziesięć możliwych prowadził tysiąc dziewięćset pięćdziesiąt osiem wygranymi w stosunku do sześćdziesiąt siedem zremisowanych i miał tylko dwanaście przegranych. Tak było i tym razem. Cofał ruchy chyba z czterdzieści kilka razy, w końcu doprowadzając do wygranej przez siebie. Nęciło go, by po tysiąc dziewięćset pięćdziesiątej dziewiątej partii rozpocząć tysiąc dziewięćset sześćdziesiątą, ale Ad nie dawała mu spokoju, uparcie nękała powtarzającymi się komunikatami o upływającym czasie, zbliżającym się terminie kontaktu z Firmą i oddania zleconej pracy. Chętnie poznałby tego kogoś ze sztabu dowodzenia, przypuszczał, że jest to kobieta w zamierzchłych czasach pełniąca rolę sekretarki, następnie awansująca do funkcji asystentki. Nigdy nie był w Firmie, nie widział ani szefa, ani jego najbliższych współpracowników, bo to nie było konieczne. Nie tęsknił za nimi, za rozmowami przy biurkach, za wspólnie spędzanym w soboty czy niedziele wolnym czasem, jak to miało miejsce w Firmie An. Ona z koleżankami nawet imieniny obchodziła w miejscu pracy! I koniecznie w weekendowe dni gdzieś się z nimi wybierała, aby być razem, kontynuować wątki niedokończonych rozmów. Niewyobrażalnie groteskowa sytuacja! Chorobliwy pęd do stadnego życia w zatomizowanym świecie.

Był już gotowy do podjęcia zadań na rzecz Firmy, ale żył w głębokim przekonaniu, że praca nie zając, nie ucieknie, dał się więc skusić wiadomościom ze świata. Przepadał za nimi. Zawsze utwierdzały go o mądrym, słusznie dokonanym wyborze miejsca zamieszkania i charakteru pracy. Zewsząd spływały potoki sensacyjnych informacji: tsunami, powodzie, wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi, pożary lasów, epidemie, wojny, katastrofy górnicze, lotnicze. Tysiące ofiar, tysiące przedwczesnych zgonów, tysiące tragedii wywołujących łzy.

Spływ wiadomości ze świata i z kraju psychicznie dołował. Nigdzie nie dzieje się dobrze, przeciwnie - bardzo źle. Do komunikatów z pól bitewnych i terrorystycznych gwałtach na cywilnej ludności dochodziły doniesienia o poczynaniach zboczeńców, desperatów. O tempora! O mores! Po głównym wydaniu dziennika na monitorze pojawiał się komentarz o schodzącym z ringu pobitym bokserze. - Nie wystarczy stanąć naprzeciwko rywala, trzeba umieć zachować wobec niego dystans.

Dla Cezarego Pawlika taką odskocznią od atakujących go ponurych wieści była gra w szachy z komputerowym automatem. Zaletą jej było cofanie ruchu nieprzynoszącego korzyści, tak więc wygrywał każdą partię. Przeciwnik tej możliwości nie miał. Choć można by uważać, że walka taka nie daleko odbiegała od sportowych zasad - każe zwycięstwo wnosiło w jego życie radość istnienia w podłym, zakłamanym, złym świecie.

A on - proszę! - w bezpiecznym ciepełku przed klawiaturą laptopa, przed oknem na świat, a jedynym powodem do niepokoju są ludzie z baraków przepełnionych uchodźcami, imigrantami z Półwyspu Arabskiego, z Azji, Afryki. Za chwilę zagra w szachy, ale wcześniej podzieli się swymi uczuciem z internautami. Otworzył swój blog, wszedł w blogosferę. Pisanie zawsze przychodziło mu z łatwością, należał do chętnie wypowiadających się blogerów, na wszystkie możliwe tematy, dzięki czemu miał dużą liczbę anonimowych komentatorów korzystających z tego powszechnie dostępnego medium komunikacyjnego. Większość hejterów wyżywała się na nim jak na łysej szkapie, ujeżdżała go jak bronowłokę, dając upust swoim uczuciom, może kompleksom. Nawet najbardziej obraźliwe słowa nie bolały go, cieszył się, że istnieje wśród tylu i dla tylu, że wywołuje w nich takie emocje. Nieraz przesadzał w słowach, nie zawsze pisał tak, jak myślał, wszystko po to, by prowokować innych do wypowiedzi, do buntu przeciwko niemu. Rzadko kiedy blogerzy zyskiwali sobie sympatię czytelników, skoro i on nie mógł na nią liczyć, to przynajmniej chciałby zostać najbardziej znienawidzonym autorem. Co mu to szkodziło? Nic. Co zyskiwał? Satysfakcję, że nie jest tuzinkowy, wyróżnia się, wpisuje się w umysły odbiorców oryginalnymi sformułowaniami, odkryciami, poglądami, atakami. Tym razem z agresywnością bulteriera dopadł rodaka z Brukseli, urzędnika Centrum Danych o Ludności, za wywiad odsłaniający jego anachroniczne poglądy na temat szkolnictwa, wychowania, kształcenia. Cezary Pawlik nie miał w tej sprawie doświadczenia, mógł się tylko odwołać do przeżyć z okresu swojej podstawowej edukacji oraz nauki syna. Uważał, że to wystarczy, by urzędasowi dołożyć. Nie miał właściwie prawa do dyskutowania z autorytetami w tej dziedzinie życia społecznego, ale żył w kraju o takim ustroju, że każdy, jeżeli przyjdzie mu na to ochota, może bredzić do woli, bajać, obrażać. A ponieważ przychodziło mu z łatwością formułowanie zdań na każdy temat, więc i tym razem swobodnie, z pasją zwierzył się ze swoich marzeń z czasów, gdy siedział w uczniowskiej ławce, a także z okresu, gdy chodził na semestralne wywiadówki syna. Po wyczerpaniu inwektyw pod adresem posła: Dupka, Głupka, Pomyleńca, Kołka, Gamonia, Bałwana, Tumana, Cepa, Tłumoka, Świra, Błazna (cha, cha, pisanymi dużymi literami!) - przystąpił do konkretu. Ilu z nich potrafi napisać skrypt strony internetowej? Poruszać się swobodnie w środowisku Photoshopa? Uważał, że najpiękniejsze marzenia o idealnym państwie, o najlepszym życiu rodziły się nie w zamkniętych pomieszczeniach szkolnych, a w cieniu oliwnych gajów, gdzie na ścieżkach z pucharkami wina w rękach, w przewiewnych chitonach przechadzali się greccy myśliciele. (Był dumny z tego stwierdzenia, szczególnie z przypomnienia sobie o stroju greckich mężczyzn, chitonach, na które określenie trafił przypadkowo, przeglądając informacje o modzie. Spodobało się mu, zapamiętał, by kiedyś się nim popisać.) Teraz dzieci codzienną drogę do szkoły przebywają w tłumie podróżnych nie zawsze chętnie korzystających z mydła i środków odświeżających. Obce im są rozważania o strukturze państwowej, o postawach życiowych. Uginając się pod ciężarem zbytecznej wiedzy, która niczemu nie służy, daje tylko zatrudnienie w szkołach wybitnym specjalistom zapewne niemogącym doczekać się czasów, gdy w końcu zamilkną wszyscy reformatorzy w oświacie, a w życie wcieli najlepsze plany edukacyjne magia czarodziejskiej różdżki. Sprowadzałyby się do jednego: dzieci uczą się tego, co będzie im w życiu zbędne. Przed pójściem do szkoły każde przeszłoby solidne i wszechstronne badania, które określiłyby zdolności, zainteresowania kandydata kierowanego do odpowiedniego typu szkoły, klasy. Nie każde musi przez wiele, wiele lat rysować, a to choinkę, a to Świętego Mikołaja pod nią, papieża, sławnego rodaka! Wiele dzieci uwolniono by od uczenia się przedmiotów, których nie lubią, a w przyszłości wiedza zdobyta na lekcjach tych przedmiotów okazałaby się w ogóle nieprzydatna. To nie uczeń w szkole powinien przymuszać się do opanowania wiedzy-balastu, to program szkolny powinien być dostosowany do możliwości i potrzeb wychowanka! Może wówczas okazałoby się, że ludzkie szare komórki są lepiej wykorzystywane, a absolwenci takich szkół bardziej społeczeństwu przydatni? Niepoprawne marzycielstwo? - pytał się i zaraz odpowiadał: - Marzyciele nie są leniami uciekającymi przed ciężarem odpowiedzialności, pracy. Ich myślenie wynika z niezgody na to, co wydaje się im absurdem, jest buntem przeciwko pewnej zastanej rzeczywistości, wobec której mają krytyczny stosunek.

"Ja również nie zgodziłbym się z nazwaniem mnie leniuchem. Pracowałem dużo, bardzo dużo, by mieć dobre stopnie w każdym semestrze, z każdego przedmiotu. By widzieć zadowolenie moich rodziców, że mają pracowite, zdolne dziecko. Po latach nauki nikt mnie nie spytał, czy szkolna edukacja daje mi przyjemność? Nikt o to nie pytał, bo wiadomo, że moja odpowiedź nie miałaby dla nikogo żadnego znaczenia. Szczególnie dla twórców programów nauczania i dla ich realizatorów. Szkoda. Tak chciałbym przynajmniej wówczas nie słyszeć na kilku lekcjach niektórych przedmiotów, szczególnie tych umieszczanych na końcu świadectw, jakie są one dla mnie ważne, jak powinienem się przykładać do nich. Tak marzyło mi się prawo do wyboru, prawo do wolności od niektórych obowiązków i prawo do przyjęcia przeze mnie wybranych obowiązków. Przynajmniej w szkole, przed wejściem w życie odpowiedzialne".

Przeczytał tekst raz, drugi, zastanawiając się, czy ten głupek, kołek, świr, tłumok załapie to, o co mu chodzi, kursywą dodał jeszcze motto: Nie rzucajmy pereł przed wieprze, potem kliknął w klawisz "publikuj". Był z siebie zadowolony, jakby udało się mu pozbyć zbytecznego ciężaru, uciążliwych złogów myśli przerzucanych na innych. Niech czytają, głowią się nad tym, co wyrzucił z siebie i niechaj podejmują z nim polemikę. Jak będzie trzeba, to umieści jeszcze nieco inwektyw i trochę argumentów przeciwko dzisiejszemu szkolnictwu, administracji w oświacie; wiele hejtów aż ciśnie się mu pod palce nad klawiaturą.

Przeleciał kilka blogów. Każdemu autorowi dołożył, jednym powściągliwie, innym niemiłosiernie, nie żałując błota; a niech tam, skoro nie brak im odwagi na dzielenie się swymi poglądami, tupetu na chęć zaistnienia w świadomości blogerów. W prowadzonej statystyce uszczypliwości miał osiemdziesięcioprocentową przewagę nad innymi blogerami. Zdecydowanie prowadził, wygrywał w swym światku. Sprawiało mu to ogromną satysfakcję, życiu dodawało głębszego sensu istnienia, blasku. O, potrafi robić użytek ze swych szarych komórek!

Pulsujący monit komunikatora znów czekał na udostępnienie mu ekranu laptopa. Również Ad, jak natrętna reklama w nadmiarze wyprodukowanego artykułu, przypominała o sobie. Pominął firmowy przekaz, zastanowił się, co powinien zrobić ze stale wpraszającym się niezidentyfikowanym programem. W końcu ciekawość przeważyła nad obawą o zawirusowanie sprzętu, wpuścił intruza.

- No, nareszcie, Dupku!

Nazywanie go "dupkiem" nie było dla Cezarego niczym szczególnym, jakimś niezwykłym zaskoczeniem, bo już gorsze epitety mu przypisywano. Ale ten "dupek" był napisany dużą literą! Tylko on sobie przypisywał to prawo, przed chwilą obrażając w ten sposób urzędasa z Brukseli. Ktoś go przedrzeźnia? Przypadek czy świadomy wybór, jakby nadawca zamierzał mu złośliwie nadać nowe imię, tak jak to czynił Cezary ze swymi przeciwnikami. Zastanawiał się nad odpowiedzią. Postanowił tym razem nie być agresywny i w ten sposób dać tamtemu do zrozumienia, że nie z byle kim usiłuje nawiązać kontakt, lecz z człowiekiem kulturalnym, opanowanym, liczącym się ze słowami, a ripostuje bezczelnemu typowi, bo zdaje sobie sprawę, jak złożone jest społeczeństwo, jego język, obycie, z czym należy się liczyć.

Nieznany numer, którego nie miał na liście kontaktów, natarczywie starał się rozpocząć rozmowę.

- Znamy się? - wysłał pytanie.

- Tak, Głupku, ciebie i twe literackie pierwociny. - I znów "głupek" wyróżniony dużą literą!

- Przechwałki.

- Od młodzieńczych próbek po teksty ostatnie, Pomyleńcze - nadeszło natychmiastowe zapewnienie. - Oczywiście i "pomyleniec" nie był gorszy w zapisie od "głupka"!

Twarz Cezarego Pawlika stężała w napięciu.

- Nie wierzę.

I niedowiarek zaraz na ekranie mógł przeczytać jedno ze swych opowiadań napisanych w młodości.

Cezary zdumiał się. Tak, niewątpliwie to jeden z jego tekstów. Przypomniano mu twórczość sprzed lat, gdy żył jeszcze innymi wyobrażeniami o swoim miejscu w świecie, marzeniami o niezwykłej przyszłości, miał inną niż teraz wrażliwość na ludzi. Chciał pisać. Nawet zaczął. Ale po zakupie pierwszego komputera, pierwszym wejściu w Internet, młodzieńcze plany zginęły, jak mucha w pajęczej sieci, tak on pozwolił się opleść systemami sieciowymi, a gdy na klawiaturze zaczynał wystukiwać słowo "ser...", to maszyna nie kończyła przez dopisanie "ce", lecz zawsze "wer", bo serwer, oprogramowanie usługowe, były mu bliższe od serca, od narządu mięśniowego tłoczącego krew. W jego organizm co innego wpompowano.

Po nadaniu opowiadania posypały się informacje o jego autorze. Nieprzyjemne, bolesne.

- Zamurowało cię, Kołku? - sekował go intruz, wyzwisko pisząc dużą literą.

- Nigdzie tej miniaturki nie publikowałem.

- Twoje uczucie, Gamoniu, przybrały formę zapisu, zmaterializowało się, więc zaistniało.

- Nie upowszechniłem tego tekstu - upierał się Cezary Pawlik.

- Nie musiałeś o tym wiedzieć. Świat ma właściwości pamięci dyskowej, to co powstało, istnieje, nie ulega zniszczeniu. Jest w tym tyle samo dobra co zła, szlachetnych intencji co przekleństwa. Jak myślisz, Tumanie, to piękna dla ciebie wiadomość czy przerażająca swą ohydą?

Cezary Pawlik nie miał wątpliwości, czego może oczekiwać od intruza dysponującego o nim totalną wiedzą. Wykopano przeciwko niemu topór wojenny, wyprowadzono go z przyjaznego środowiska pamięci operacyjnej na ścieżkę bitewną przeciwko nieprzyjaznym bitom. Po co? By mu dopiec, a może nawet unicestwić!

Czy wiedza o nim nie pochodzi z IDoLa?

Nie wytrzymał napięcia, nie potrafił dłużej nad sobą panować.

- Na takich, jak na ciebie, Tłumoku - rewanżował się wyzwiskiem za wyzwisko - jest jeden niezawodny sposób: kliknięcie w niewielki czerwony krzyżyk. Zaraz to zrobię i przestaniesz istnieć, Hebesie!

I usunął go z ekranu. Lecz nie ze swej głowy. Myśl o tym, że gdzieś w przestrzeni jest zapisane wszystko, co jego dotyczy, nie dawała mu spokoju. Chciałby wiedzieć, jaki jego obraz tłucze się wśród cząsteczek materii, do której ktoś dysponujący lepszym sprzętem może dotrzeć? Bo to chyba nie jest zabawa kogoś ze znajomych? Nie ma takich. Pewną wiedzę o nim ma An, Robert i jego żona Beata. Skąpą. Niewystarczającą do chełpienia się nią. I z jakich powodów mieliby mu dokuczać? Są normalnymi ludźmi, którzy pierwszą sylabę słowa "ser" nie kończą drugą sylabą "wer". Mają serca. Nawet gdy w nich coraz mniej miejsca dla niego. Pogodzili się z tym, że w rodzinie jest świrus i nie zamierzają go ani leczyć, ani mu szkodzić, skoro mu z tym dobrze.

I nagle ten potok informacji o nim nie wiadomo od kogo, po co? Zawstydzał go. Poczuł się osaczony. Tłukł się z myślami, nie umiał dla siebie znaleźć miejsca w internetowej sieci. Ogarniało go coraz większe zawstydzenie. Dotąd czuł się tak dobrze, żył spokojnie od jednego wejścia w Internet do drugiego, aż tu nagle jak grom z jasnego nieba weryfikacja opinii o nim. Oto kim może się okazać? Zaczął z pamięci wywoływać obrazy z przeszłości, które mogłyby mu psuć reputację, niszczyć spokój duszy. No i nazbierał nieco drobnostek, na początku niby bez większego znaczenia, ale całość składała się na bardzo nieciekawy obraz człowieka nędznego, o podłym charakterze, niskich instynktach samozachowawczych. Czy właśnie do takich faktów dotarł także intruz z Internetu? Chciałby wierzyć, że nie, że zainteresowania tamtego niewiele wykraczają poza to, co zapisał na dysku, a zatem to, co dotyczy literackich próbek i może blogów. Z takim stanem rzeczy mógłby się pogodzić, jakoś przełknąłby tę gorzką pigułę. Ale nie może wykluczyć, że wiedza tamtego o nim jest znacznie szersza. Powrócił więc do szperania w zakamarkach pamięci i im dłużej to trwało, tym bardziej pogrążał się w smutku, popadał w apatię. A zatem t a k i m był człowiekiem! - stwierdzał z goryczą, z żalem o nieodwracalności czynów, postępków. An odeszła od niego, bo miała ku temu powody. W ostatnim liściku do męża tyle razy to uzasadniała. An potrzebuje mężczyzny. Nie fiksata zaabsorbowanego internetowym sprzętem bez reszty, poddającego się falom informacji, unoszącego się na nich w chorobliwym zadowoleniu ich odbierania, przeżywania. Mężczyzny... Patrzył na to słowo i zastanawiał się nad jego definicją. Nie przychodziło mu to łatwo, więc wszedł w Google. Znalazł wiele sentencji, aforyzmów , rozprawek na temat stereotypów mężczyzny w filmie, w literaturze, lecz nigdzie prostego, jednoznacznego określenia. Czy zatem powinien się wstydzić, że jego była żona szuka prawdziwego mężczyzny dla siebie? Phi! W końcu stworzył rodzinę, został ojcem, dzięki niemu An poznała, czym jest macierzyństwo. Czy to mało? Być może nie był najlepszym mężem, niewiele poświęcał żonie czasu, ale z obowiązków ojca wywiązał się dobrze, wychował syna na porządnego człowieka, twórcę kolejnej rodziny, podstawowej komórki w społeczeństwie.

Nigdy nie odczuwał takiego zmęczenia jak teraz. Nie, to nie zmęczenie, to stres, apatia, niezdolność do jasnego myślenia, działania. Dłonie drżały mu bardziej niż kiedykolwiek, ekran laptopa przestał go przyciągać, wydawał się obcy, wrogi. Nic dziwnego. Po zniknięciu sentencji o mężczyznach klikał, klikał, a na nim wciąż tylko wielkie litery układające się w pytanie: I co, Dupku? A zatem sprzęt padł. Wszystko zniknęło, pozostało jedynie pytanie skierowane do Dupka i poza ekranem ten, który go osacza.

Coraz boleśniej odczuwał pustkę, otaczającą go nicość, obezwładniającą niemoc, chorobliwy bezruch. Poza wrogością zionącą w słowach wypełniających cały ekran nic więcej nie istniało. Nie, nie, jeszcze były jego drżące dłonie i coraz wolniej bijące serce.

Czy to już śmierć?

Intruz jeszcze nie pozwalał mu umierać. Na ekranie pojawiła się statystyka wyników gry w szachy, statystyka blogów. To wszystko zostało przeliczone na godziny. Do nich intruz dodał czas poświęcony odbieranym informacjom. Godziny przeliczył na dni, tygodnie, miesiące. Przerażające dane. Właściwie od dłuższego czasu jego życie sprowadzało się do jednego - do przesiadywania przed ekranem laptopa.

I znów cały ekran wypełniło pytanie:

- I co ty na to, Świrze?

Cezary nie potrafił odgadnąć, do czego intruz zmierza. A ten jakby czytał w jego myślach - przedstawił wykres wykorzystania zmysłów przez Cezarego Pawlika. Wyglądał żałośnie. Niektóre jakby w ogóle były mu niepotrzebne, zanikały jak atawistyczna kość ogonowa.

I na ekranie kolejne wielkie litery układające się w zapytanie:

- Czy wiesz, Błaźnie, w jakim miejscu ma An, twoja żona, znamię wielkości bałtyckiej muszelki? Nie miał pojęcia. Intruz posunął się za daleko w bezczelności. Gdyby mógł, odpowiedziałby tak, że poszłoby mu w pięty. Zamyślił się. W pięty... Dlaczego właśnie w pięty? Skąd zna to powiedzenie? I jeszcze jedno: Mam więcej w pięcie, niż ktoś tam w głowie. By rozwiać wątpliwości, to musiałby pogrzebać w Googlu. Nie ma czasu. Niestety, intruz chce go chyba wykończyć. Skąd dysponuje taką wiedzą o An? Nie z Googlu. Ma dostęp do niej, do jej ciała. Gdzie? W sypialni, w toalecie? A może An nie należała do wiernych żon i gdzieś z kimś dopadł ich ukryty obiektyw aparatu, by później w ten sposób zdobytym materiałem szantażować? Czy ten fakt nie jest prawdziwym motywem odejścia An od Cezarego? Małżeńska zdrada. Dramat wkradający się w ich życie. Przynajmniej tak tę sytuację określają blogerzy. A Cezary? Uczestniczył w tych dyskusjach niechętnie, powściągliwie. Temat o tyle go tylko interesował, o ile dotykał modyfikowania emocji człowieka przyszłości. Lecz mądrych dyskutantów zdolnych skupić się wokół tego zagadnienia nie było wielu, ci, którzy mieliby coś do powiedzenia, szanowali swój czas, poświęcając go na prowadzenie badań, a gadatliwi właściciele blogów, podejmujący każdy podrzucany problem, zdradzali płytkość umysłów, dawali upust chamstwu, brali anonimowy odwet za swe nieudane życie.

Czy tego rodzaju obserwacje wchodzą w zakres działania IDoLa? - zastanawiał się. Musi kiedyś o to spytać Glorię, niech wyciągnie trochę informacji od męża.

Znamię wielkości bałtyckiej muszelki... Seks z An. Nigdy nie potrafili dorównać tym z ekranu telewizyjnego czy z laptopa. Wielkie namiętności mogli jedynie oglądać, sami nie przeżywając ich nigdy. Wydawało im się, że gdyby podczas zbliżeń zachowywali się tak jak tamci z ekranu, to byliby tylko śmiesznymi naśladowcami wzbudzającymi chichot. Przez jakiś czas odbywali stosunki, nawet dość regularnie, bardziej dla higieny, z obowiązków obyczajowych niż z potrzeb. Nigdy nie odczuwał pragnienia lepszego poznawania ciała An. Pytanie blondynki Lili, granej w filmie Dziewczyna moich koszmarów przez Malin Akerman, czy ma wygolić, by partner widział lepiej, uznał za kuriozalne, niestosowne nawet w amerykańskiej popkulturze. Nie chciałby go słyszeć z ust An. Zresztą żona też nigdy nie zachęcała do dokładniejszego poznawania swego ciała. Znamię wielkości... Kryło się gdzieś poza granicami dostępu wzroku. Ale nie dla intruza. I ta świadomość najpierw wywołała u niego zdziwienie, a potem uczucie wzrastającej zazdrości. Jeszcze do niedawna należąca do niego An, nie całkowicie była jego, tylko jego. Przez lata były w niej miejsca nieodkryte, które teraz stają się własnością kogoś innego, jakby innej An, kobiety ze znamieniem wielkości bałtyckiej muszelki.

Jeżeli małżeństwo jest ustawicznym polem walki płci, jeżeli An go zdradziła, to został pokonany na punkty. Urażono jego męską ambicję. On An był wierny. Mniejsza o to, z jakich powodów, ale był, nie uganiał się za spódnicami - jak to dawniej określano - nie nawiązywał nowych znajomości z kobietami w celu ich skonsumowania. Ona nie. Jeden punkt dla niej. Nim się pobrali - zaczął grzebać w pamięci - miał pewne przygody z dziewczętami. Z niektórymi dłuższe, z innymi przelotne, z jednymi wpisujące się w życiorys, z innymi nie pozostawiając nic, kompletnie nic, nawet imienia partnerki. Wisia... Była dziewczyną pierwszego zauroczenia wszystkim, co niosła jej płeć. Wciąż jak żywą ma przed oczyma: główka wysoko uniesiona, włosy odsłaniające szyję, uszy, piersi wyzywająco wysunięte przed siebie, obie dłonie w dużych tylnych kieszeniach spodni obejmujące pośladki... Te ręce na tyłku opiętym dżinsowym materiałem bardziej niż co innego wywoływały w nim gotowość seksualną, chłopięcą ochotę, budziło erotyczny apetyt. Pamięta każdy szczegół jej ciała, najmniejsze pieprzyki. Co tam bałtycka muszelka! Pieprzyki! Drobniutkie dwa ziarenka, znamionka niewiele większe od czarnego maku, na lewem pośladku!

Odetchnął z ulgą. To odkrycie wystarczyło mu, by wynik walki płci z An uznać za remisowy.

- Dupku, kogo chcesz oszukać? - pytał ten, co opanował ekran. - Sięgasz aż w tak odległą przeszłość? Skoro tak, to mogę ci o An opowiedzieć kilka pikantnych historyjek.

Nad mężczyzną waliło się niebo dotąd nijakie, bezbarwne, teraz z burzowymi chmurami. Nigdy nie interesował się przeszłością An. Nie miał na to czasu ani ochoty. Teraz został do tego przymuszony. Zawirusowany sprzęt popychał go w czas odległy, w krainy nieznane. Nie chce tam wchodzić, woli pozostać w swoim czasie, w swojej krainie. Gdyby umiał się modlić, zacząłby o przywrócenie stanu sprzed kilku godzin. A tymczasem na ekranie zdjęcia An z widocznym znamieniem wielkości bałtyckiej muszelki. Zamknął oczy. Nie na wiele się to zdało, obrazy i tak przenikały do jego świadomości, dręcząc boleśnie, wywołując uczucia, jakich dotąd nigdy nie doznawał. Drżącymi dłońmi rzucił się na klawiaturę, uderzał w nią z całą mocą. I nic! Przerażający go seans trwał i trwał.

- Fiksacie, żyłeś bez marzeń, może teraz masz je? - pytano z ekranu. - Oprócz prawa do korzystania z Internetu?

Miał jedno - jeżeli straciłby dostęp do laptopa, to wolałby zamienić się z synem, z Robertem, i buszować gdzieś po afrykańskich brzegach, ciesząc oczy ich dzikością, egzotyką, kiedyś tak chętnie opisywaną przez ojca.

Nie musiał długo czekać na obrazy z Czarnego Lądu. Na sypkim piasku plaży nad laguną Robert obejmuje czarnoskórą dziewczynę z plemienia Joruba. Ich pozycja nie budzi wątpliwości - w cieniu palmy, pod tropikalnym niebem nie oszczędzają się w pomysłach. Nie o takim upale pisał w e-mailu, nie taką Afrykę przeklinał i nie z niej tęsknił za europejska cywilizacją. Przecież nie musiał zwierzać się z niczego, tym bardziej przesyłać żadnego kłamstwa. Czego oczy nie widzą, to serce nie boli. Oszczędza Beatę, chwała mu za to, ale czy kłamstwo jest nieodzownym elementem ludzkiego bytu? Skrywamy je przed bliskimi i wydaje się, że to wystarczy, by je wymazać z życia, ale przecież ono mimo wszystko istnieje.

Te obrazy o synu w Afryce przygnębiły Cezarego Pawlika. Robert może nigdy nie będzie aż tak do bólu szczery, by w końcu przedstawić się takim, jakim jest naprawdę. Ale teraz, ile razy ojciec popatrzy na niego, spojrzy na Beatę, to nie zapomni o tym, jaką zna prawdę o nim.

Po co komu ta wiedza o szarych, maleńkich istotkach? - zastanawiał się. - I to sprzed ilu lat?

- Naukowy establishment wyznaczył jeden niepodważalny imperatyw - odpowiadał intruz. - Tylko kontrola ludzkich działań indywidualnych czy w organizacjach takich jak Grupa Abu Sajaf, Grupa Islamska Al-Kaida ETA, Brygady Męczenników Al-Aksa gwarantują społeczeństwu bezpieczeństwo. Realizacja tego totalnego postulatu wyeliminuje spontaniczne zachowanie jednostek, zapobiegnie zamachom podobnym do tych jak terrorystyczny w londyńskim metrze, w Nowym Jorku na World Trade Center czy na stacji w Madrycie albo w moskiewskim metrze, na ulicach Bagdadu, w Grecji, na Kaukazie, w Kaszmirze, w Syrii.

A moja rola? - rozważał Cezary Pawlik z pogłębiającą się depresyjną nerwicą.

Intruz czytał w jego myślach.

- Każda cywilizacja ma swe sposoby na utrwalanie ważnych i mniej istotnych wydarzeń dotyczących społeczeństw i jednostek. Gliniane tabliczki sprzed dwóch tysięcy lat, odkryte w mieście Ebla, czy tabliczki z bibliotecznych zbiorów asyryjskiego króla Assurbanipata znacznie różnią się sposobem i bogactwem informacji od bizona utrwalonego ochrą na ścianie jaskini Altamira sprzed dwunastu tysięcy lat w jaskiniach gór Hoggar. Ale to zapisy o podobnych funkcjach. Nasza cywilizacja poszła dalej w utrwalaniu informacji o nas. To chyba normalny proces, prawda ? Poszerzyła o nowe regiony zainteresowań dotąd uważane za mniej ważne. Stąd zainteresowanie tobą, Dupku. Jesteś niezbędny dla naszej cywilizacji jak ochra dla jaskiniowców, jak rylec dla autorów wypowiadających się na glinianych tabliczkach. Będziesz naszym narzędziem. Szczególnym, bo obdarzony w niezwykłą wrażliwość, w rzadko spotykane u komputerowców literackie zdolności. Takich werbujemy, wyznaczając im konkretne zadania. Przecież nie możemy poprzestawać tylko na przedstawicielach pokolenia twego syna! Kto ich zrozumie za dziesięć, dwadzieścia lat? Kumasz? - I po chwili: - I jeszcze jedno, rzecz najważniejsza: należysz do tych, którzy łatwo poddawali się kierowniczej sile sprawowanej przez innych. Pamiętasz, jak ojciec wynosił ci przed dom rowerek i pozostawiał wśród kolegów? Jeden z nich, nieco starszy, panował nad wami. Przepadał za ustawianiem kierownic. Po jego ingerencji wpadaliście na siebie i z potłuczonymi kolanami, łokciami wracaliście do domów, gdzie ojcowie musieli naprawiać rowerki. Okazało się, że wasze kierownice ustawiał zezujący chłopak przekonany, że wszyscy powinni tak je widzieć, jak on. Ale ani ty, ani żaden z kolegów nie miał odwagi przeciwstawić się mu. Od tamtych czasów chyba się nie zmieniłeś, co, Dupku?

Ta przyszłość obserwatora, kronikarza , połączona z rolą kapusia, donosiciela nie odpowiadała Cezaremu Pawlikowi, ale był bezwolny, nie potrafił wyrazić swego sprzeciwu tak jak wówczas, gdy poddawał się woli patrzącego zezem na świat kolegi. Siedział więc mocno wciśnięty w fotel i bezmyślnie gapił się w ekran laptopa przywłaszczony sobie przez intruza. Czuł, jak jego zmaltretowany tułów powoli staje się ochrą, a wskazujący palec drżącej dłoni rylcem. Poddawał się. Godził się dla jakiejś niejasnej przyszłości podpatrywać i utrwalać teraźniejszość. Jego materiał jako egzemplarz obowiązkowy trafi do instytucji podobnej do Biblioteki Stanów Zjednoczonych. A może nawet do niej, powiększając milionowe zbiory dokumentów, książek, rękopisów, map, atlasów, filmów? W ręce jednego z pięciu tysięcy pracowników? Jeżeli nie z IDOLa, to kto wie, czy intruz nie jest jednym z nich?

Jaki świat stworzyliśmy? - zadawał sobie pytanie. - Jeszcze trochę, a nie da się w nim żyć. Czy znajdą się siły uwalniające go od tego koszmaru? Jest nadzieja powrotu do starych prostych zasad po prostu bycia człowiekiem?

 

*

 

Wreszcie Gloria przyszła do kawiarenki, mimo swych czterdziestu pięciu lat krocząca przez salę lekko, niosąc na wysokich obcasach zgrabną figurę, rozglądając się wokół oczyma jasnymi, osadzonymi w twarzy ze świeżą cerą. Tylko jej delikatnie zarysowany podbródek drżał niespokojnie i zdradzał zdenerwowanie. Była świadoma, że obserwuje ją kilka par oczu, że wszystko, co za chwilę powie, zostanie utrwalone na płycie DVD i umieszczone w archiwum na kilka dziesięcioleci, a może nawet na dłużej. A jednak wybrała to miejsce na spotkanie z mężem, bo w tej epoce powszechnej inwigilacji każde inne nie byłoby lepsze. Tu przynajmniej jawnie mogła demonstrować lekceważenie kamer, podsłuchów i nie musiała - jak gdzie indziej - grać naiwnej, nieświadomej, gdzie i w jakich czasach żyje.

Mąż wstał, podsunął jej krzesło.

O, to zachowanie dżentelmena! Na pewno bardzo musiało zbulwersować obserwatorów; z podobnym nie mieli okazji zbyt często się spotykać. Dawno już zapomniano o czasach, gdy obowiązywał staroświecki savoir-vivre. Jak i o cnotach godnych naśladowania, upowszechnianych w legendach o rycerzach. Obecnie przestrzegano innych zasad zachowań, praw dyktowanych przez instytucje sprawujące władzę, odpowiadające za ład i porządek.

Kiedy Gloria długo wypytywała dziewczynę z wypukłym brzuszkiem tuż przy oczach Władysława o rodzaj ciastka, z której pochodzi cukierni, mąż mógł stwierdzić, że w ciągu tylu lat ich współżycia niewiele się zmieniła, wciąż zamęcza kelnerki i kelnerów pytaniami o to, co zamierza skonsumować. Panicznie bała się zatrucia. Bardziej od inwigilacji, wchodzenia w jej życie z buciorami. W okresie narzeczeństwa, gdy system śledzenia obywateli nie był jeszcze tak bardzo rozwinięty i nie planowano w miastach budowy IDoLi, wzruszała go swą dociekliwością konsumentki. Dzięki temu i on unikał zatruć i dożył pięknego wieku bez większych dolegliwości gastrycznych. W nowszych czasach, gdy obserwacje obywateli nabrały rozmachu i wciągnięto w nie zdobycze najnowszej techniki, jej zachowanie stało się dość kłopotliwe, szczególnie wtedy, gdy Gloria, korespondentka mediów centralnych z terenu, niby to w rozmowie o jedzeniu, przy okazji, mimochodem pragnęła zbyt wiele dowiedzieć się o ludziach decydujących o gospodarce czy życiu jako takim.

- Nie dzwonił do ciebie? - spytała, gdy już zdecydowała się na wybór ciastka i kawy.

Domyślił się, że chodzi o syna, Eryka.

Zaprzeczył ruchem głowy.

- A zapewniał, że skontaktuje się z tobą.

- Wiesz, że nie przepada za rozmową ze mną. To dla nas krępująca sytuacja, gdy dwóch mężczyzn o tak różnych poglądach, postawach ma prowadzić spokojny dialog.

Nie rozumiał pokolenia syna. Nawet na taką sytuację, jaka była w kraju, oni - w porównaniu z nim, z jego pokoleniem - mieli wiele możliwości wyboru. Może za dużo? Pamięta zakończenie studiów przez syna. Eryk chętnie o tym dniu opowiadał, ale chyba nie umiał wyciągnąć właściwego wniosku.

Pubów w mieście było sporo. Po półgodzinnej sprzeczce, w końcu wybrali ten z od groma propozycją napojów ze słodu i brzeczki: piwa fermentacji górnej, dolnej lub spontanicznej, piwa jęczmienne, pszeniczne, żytnie, owsiane, z prosa, sorgo, ryżu, także z kukurydzy, z przeróżnymi dodatkami wzbogacającymi smak, na słodzie z wód pochodzących z gleb wielu kontynentów, wysp, gór, piwa butelkowane i z beczki, podawane w szklankach, kuflach szklanych i ceramicznych na podstawkach zakupionych na giełdach birofilów. Właściciel zachęcał do miejsca w ogródku z olbrzymimi parasolami, oferował też jedno z trzech pomieszczeń w piwnicy z gotyckimi sklepieniami. W pierwszym ustawiono stoły sosnowe z zydlami, w drugim modrzewiowe z ławami z tego samego drewna, a w trzecim jeden dębowy sprawiający wrażenie solidności, zaś krzesła z dobrze wyprofilowanymi oparciami w kształcie wygiętych liści w ramie, gwarantowały wygodę. To ostatnie pomieszczenie, usytuowane z boku, jakby było częścią innej piwnicy, zapewniało biesiadowanie bez skrępowania, bez udziału osób niepożądanych. Świeżo upieczeni magistrzy nie od razu dokonali wyboru miejsca na pożegnalne spotkanie. Jednemu odpowiadał ogródek, bo przyjemnie posiedzieć na powietrzu, innemu salka ze stołem z desek sosnowych, bo w niej chłodno, jeszcze jednemu pomieszczenie ze stołami z desek modrzewiowych. Magister Jan Zaciura długo musiał nakłaniać do zajęcia małej salki z jednym stołem. Owszem, widziano jej zalety, ale też i wady. Gwarantowała co prawda odosobnienie, ale powietrza w niej było mało, światła też niewiele. W końcu mu ustąpiono i wszyscy zasiedli przy dębowym stole, na krzesłach z oparciami w kształcie liści. Do nie mniejszego sporu doszło przy wyborze piwa. Było ich od licha i trochę. Sytuacja się powtarzała - gdy kilku kumpli zeszło się w piwiarni, to nieraz dłużej się kłócono, co zamówić, niż pito. Kelner miał wystarczająco dużo gości do obsługi, by mógł sobie pozwolić na przysłuchiwanie się marudzącym. - Jest nowa dostawa - przebił się przez zgiełk magistrów. - Tradycyjnie warzone, komponentami nawiązujące do sathi, piwa przed wiekami powalającego z nóg Finów, Sathi? Nazwa nikomu nic nie mówiła, więc zachęcała do poznania obcego smaku, tym bardziej że piwo miało być powalające. Po chwili przed magistrami stanęły ciężkie, cylindryczne szklanice pełne jasnego napoju o łagodnym bukiecie. Kręcono nosami. Ono miało tak uderzać do głowy, że myliły się kierunki świata, linie poziome i pionowe? Degustowano, smakowano z poznawczą pasją, w końcu dorwano się do kufli i zaczęto namiętnie z nich pociągać. - Panowie - przemówił magister Jan Zaciura z wysoko podniesionym kuflem. - Tyle lat razem, więc niech to spotkanie będzie pożegnaniem uczelni, lecz nie naszym rozstaniem. Prekariusze łączcie się! Ruszmy razem w świat! Czeka na nas! Podbijemy go zespół wespół! - Wezwanie wszystkim spodobało się, ale gdy po trzeciej rundzie głośno rozważano, dokąd to pójść czy pojechać z dyplomami magistrów w aktówkach, do zgody nie doszło. We współczesnym świecie, przy otwarciu granic, jest w czym wybierać, gdzie szukać dla siebie miejsca. Od cholery opcji z Anglii, Szkocji, Irlandii, Niemiec, a nawet z Tajlandii, Chin! Bezlik ofert, propozycji co niemiara, zatrzęsienie świata rozwijającego się według odważnych projektów czekających na realizację młodych, zdolnych, wykształconych. Tylko jechać i brać kasiorę! Kiedy opuszczali piwiarnię, nie na tyle piwo zwaliło ich z nóg, by nie zdawali sobie sprawy, że są cztery strony świata, a w każdej z nich przyjmowano ich z otwartymi ramionami. Tylko nie w ojczyźnie.

- Wciąż musicie o polityce? - spytała Gloria.

- Nawet jeżeli unikamy oczywistych tematów, dalekich od aktualnych wydarzeń, to też politykujemy.

Gloria spojrzała w stronę kamery rejestrującej spotkanie.

- Mam do ciebie żal, że za wcześnie usłyszał: teraz żyjesz, synu, na własny rachunek.

- Skończył wówczas osiemnaście lat.

- Ale pozostał naszym dzieckiem.

- Owszem: krew z krwi. Ale to nie znaczy, że ma robić, myśleć tak, jak mu nakażemy. - Ta wypowiedź przed śledzącą kamerą była bardzo odważna i gdy wyjdzie poza regionalną komórkę, to zwierzchnikom da wiele do myślenia: czy jest aż tak głupi, że głosi zuchwałe poglądy, czy tak przebiegły, bo czuje nadciągające zmiany? - To nie jest nasz niewolnik! - stwierdził z naciskiem na zaimek. - Nie jest niczyim poddanym!

- Chciałeś się uwolnić od ojcowskich obowiązków - zarzucała mężowi. Więcej: uważała, że był bardzo zadowolony z odejścia syna, bo między nią a mężem stosunki oziębiły się, zatem wolał nie mieć w domu świadka częstych sprzeczek.

- Jest człowiekiem niezależnym - powrócił do wcześniejszego argumentu. - Niech w pełni posmakuje życia.

- Już nie.

- Co znaczy: już nie?

- Nie jest wolny - westchnęła. - A tego, co teraz doświadcza, nikt mu o zdrowych zmysłach nie zazdrości. Szczególnie normalny ojciec nie powinien.

Spojrzał na nią badawczo.

- O co tym razem chodzi? - spytał z odętą miną.

- Dzwonił do mnie z aresztu. - Przytknęła palce do oczu, ocierając pierwsze łzy. - Tego życia może kosztować przez długie miesiące... lata. - Otarła kolejne łzy. - Wiesz, jak powoli dochodzi się do prawdy. - Zaśmiała się histerycznie. - Właściwie to należałoby zamknąć cały naród, no, sporą część, i czekać na dowody niewinności. Przez lata wielu urzędników miałoby święty spokój.

- Przemawia przez ciebie gorycz matki - usprawiedliwiał żonę. - W co się wplątał?

Ludzkość zawsze była podzielona na posłusznie kroczących koleinami wyznaczonymi przez Coś lub Kogoś i na zbuntowanych przeciw Czemuś lub Komuś, wciąż idących swymi ścieżkami, wplątanych - ach, jakie trafne określenie! - na wkręconych w coś, co zagraża lub przynajmniej może w przyszłości okazać się niebezpieczne dla Tych lub Tamtych strzegących dróg obstawionych przez siebie znakami zakazów, nakazów, ostrzeżeń. Przez ostatnie stulecia trakty wyznaczyły partie, a urzędnicy partyjnych spetryfikowanych rządów pilnowali przestrzegania przez obywateli zasad poruszania się, myślenia, życia. I panicznie drżeli, gdy pojawiali się obywatele próbujący łamać ustalone zasady. Bali się tych wplątanych w Bóg wie co, bo wiedzieli, że w końcu stworzą jakąś partię i dojdą do władzy, ogłoszą nowe prawdy, nowe zasady współżycia. Co mądrzejsi urzędnicy, ci z odległą perspektywą przejścia na emerytury, woleli nie za bardzo dokuczać wplątanym, a nawet dyskretnie z nimi sympatyzowali, licząc w przyszłości na ich pamięć, wdzięczność i łaskę.

Do tych ostatnich zamierzała trafić Gloria.

- Twoja matka, Brygida, zna tylu partyjnych działaczy, aktywistów z różnych stowarzyszeń - zaczęła się zwierzać ze swych planów. - Mogłaby pojechać z nami do województwa, odszukać dawnych znajomych, porozmawiać z nimi i wybronić Eryka, przynajmniej zwolnić go z aresztu.

Kiedy przodkowie Nowików po drugiej wojnie światowej i przesunięciu granic państwowych opuszczali Drohobycz, z zawziętością myśleli o jednym: jak już jechać to jak najdalej od tego miejsca im odebranego, jechać i jechać, najlepiej w jakąś leśną głusz, choćby na wyspę okoloną wzburzonymi wodami. Wiozący ich towarowy pociąg przenosił w nieznane krajobrazy, przejeżdżał przez wiele mostów, pędził groblami, leśnymi duktami, wysapywał się na stacjach opuszczonych, zapomnianych przez ludzi, ale wyspy wciąż jak nie było, tak nadal nic jej nie zapowiadało. Jednak należeli do ludzi upartych w swej nadziei, w wierze w istnienie wysepki dla nich, więc w końcu koła wagonów dudniąc i zgrzytając na zwrotnicach, wtoczyły się na tor prowadzący donikąd - przed dyszącą ostatnim wysiłkiem lokomotywą była już tylko wielka woda. Wybrane przez nich miasto miało w nazwie tyle spółgłosek miękkich, że na początku wydawało się niepoważne w swym istnieniu. Ale przecież sama wyspa wymarzona przez nich jako miejsce zapomnienia i oczyszczenia po wojnie była jak nie z rzeczywistego świata. Właśnie niewątpliwą jego zaletę stanowiło to, że leżało na wyspie, ba, na wielu wyspach! Postanowili zostać w nim i rozpocząć nowe życie repatriantów ze wschodnich kresów na zachodnich rubieżach kraju. Tu ich syn Marcin zdał maturę, odbył służbę wojskową w marynarce wojennej i stąd wyruszył na morze. W przerwach między jednym rejsem a drugim poślubił Jadwigę, z którego związku przyszła na świat Zofia, a ta urodziła Marię, a Maria Brygidę, matkę Władysława.

- Wątpię, by chciała wejść na prom.

Dla Brygidy długo promy były tym, czym dla innych tramwaje czy autobusy. Na nich żegnała się z mężem wypływającym z Nadbrzeża Górników w kolejne morskie rejsy do portów śródziemnomorskich czy azjatyckich, a kilka lat później oczekiwała na wracającego z rejsów promu kursującego do Ystad. Niestety, nim przypłynęła też delegacja armatora z wyrazami współczucia po katastrofie morskiego promu.

- Dla ciebie i naszego syna to zrobi - upierała się Gloria z pojawiającym się wyrazem zaciętości na twarzy. - Nie pamiętasz jej zachwytów nad wyjątkową osobowością Eryka?

Ulubionymi epitetami Brygidy były określenia charakteryzujące wyjątkowość. Upodobanie to wzięło się z jej miłości do literatury poznawanej z prawdziwym zamiłowaniem i uporem na rozpoczętych studiach zaocznych. Pod tym słowem kryły się wszystkie możliwe zalety, jakimi pragnęła obdarzyć synów. Kiedy urodziła dwóch, to pierwszemu dała na imię Władysław, dla uczczenia zapomnianego rewolucyjnego poety - Broniewskiego, drugiemu Melchior, by upamiętnić Wańkowicza, zapomnianego ostatniego szlacheckiego gawędziarza o kresach, ojczyzny utraconej. Życzliwy stosunek do owych przymiotników pogłębiła pamięć o śmierci męża, na pewno nie bohatera, ale zasługującego na to choćby z powodu długoletniego dochodzenia rodziny o odszkodowanie od armatora, co nazwisko Nowika uczyniło sławnym, popularnym, wyjątkowym. Cóż, każdy jest tylko synem konkretnej epoki, wyjątkowym na miarę możliwości swoich czasów. Po tym tragicznym wydarzeniu zaczęła uważać, że sens życia tkwi w czynach wielkich, bohaterskich. Najpierw zachęcała swych uczniów, a potem synów, do naśladowania ludzi godnych pamięci. Władysław i Melchior byli tak do siebie podobni, że aby ich nie mylić, latem musiała wprowadzać specjalne oznaczenia koszulek, a zimą sweterków. "Dzieci są wszystkie takie same" - twierdził z belferską powagą nauczyciel-eksperymentator pracujący nad wyhodowaniem odmiany domowego królika, którego mięso nabrałoby naturalnego wyraźnego kwaskowatego smaku. - "To my, dorośli, obdarzamy ich cechami szczególnymi, wyróżniającymi". Mylił się. Każdy nowy miesiąc w ich życiu dorzucał to jednemu, to drugiemu znamion indywidualnych.

Jak wszyscy chłopcy podczas roku szkolnego Władysław i Melchior czas swój dzielili na dwie nierówne części: na tę mniejszą składały się obowiązki narzucone przez szkołę, część drugą wypełniały przyjemności płynące z bliskiego sąsiedztwa morza, zapomnianych w nadmorskich zaroślach bunkrów artylerii przeciwlotniczej, rozdziawiających czarne czeluście na myszkujących chłopaków, także złom zbankrutowanych stoczni, wraki statków, które wpłynęły do portu i nie miały już dokąd popłynąć, no i stare pruskie forty Gerharda. Woda umacniała w nich tężyznę fizyczną, zarośla budziły instynkty myśliwskie. Matka nie ograniczała im swobody. Nawet gdy znalazła w domu stos książek i różnych papierów przyniesionych przez Władka z piwnicy zrujnowanej biblioteki, placówki nikomu już niepotrzebnej, nie miała tego synowi za złe, uwierzyła mu, gdy powiedział, że to dla niej przytaszczył, by oceniła, ile co jest warte? Książki były bardzo stare, pochodziły jeszcze z wyszabrowanej biblioteki księcia Ludwika Wirtemberskiego, przewędrowały ze zwycięską w drugiej wojnie światowej armią długą drogę sponiewierania do tego stopnia, że przestały dla kogokolwiek stanowić jakąś wartość, porzucono je w piwnicy na żer szczurów, a gdy biblioteka padła, po prostu zapomniano o nich. W ten sposób książki te weszły do księgozbioru Brygidy.

Kiedy chłopcy kończyli pierwszy etap edukacji, ich życiorysy załączone do podań składanych w sekretariacie w szkole ponadpodstawowej, ograniczały się do trzech linijek. Brygida patrzyła na te trzy wiersze na jednym arkuszu i na trzy wiersze na drugim ze zdumieniem. Przez tyle lat w ich życiu nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego! Właśnie pisała pracę semestralną, zainspirowana znalezionymi przez syna książkami, na temat poglądów księżnej Marii Anny Wirtemberskiej w jej twórczości i niewiele miała czasu dla dzieci, ale z nowym rokiem, z poczuciem winy, postanowiła przystąpić do pedagogicznego działania. Zresztą zmusiły ją do tego pewne incydenty w szkole. Władek podglądał dziewczyny w szatni przy sali gimnastycznej, obmacywał je na korytarzach. Najbardziej na jego zachowanie skarżyli się Wojnarowie, rodzice ładnej dziewczyny, Zofii. Nie lubili Nowików, nie tolerowali Brygidy - wyniosłej nauczycielki, która zamiast zająć się półsierotami, podjęła studia. Cechowała ich niezwykła prostota życia, a nade wszystko prawdomówność granicząca z okrutną szczerością. Boleśnie dotknęli czułej struny Brygidy, kiedy powiedzieli, co myślą o jej synalkach oraz ich matce.

Zofia miała wówczas czternaście lat i już była świadoma urody, jaką natura hojnie ją obdarowała. Z dumą wysoko nosiła drobną główkę o delikatnym profilu. Chlubiła się długimi włosami, zalotnymi kędziorkami nad czołem, tuż przed uszami - dwoma jasnobursztynowymi listeczkami. Jej twarz zawsze była za mgiełką owych włosów. Uśmiech rzadko pojawiał się na jej twarzy, ale gdy już znalazła powody do uśmiechu, obdarzanie nim jeszcze bardziej podkreślało jej niezwykłą urodę. Smarkateria daleko pozostawała za granicami jakichkolwiek jej zainteresowań. Wiedziała o istnieniu rówieśników, nieraz nawet przyjmowała ich hołdy, tego i owego obdarowywała łaskawym spojrzeniem niebieskich oczu; jak wiatr dotknęła ramienia, dłoni - i to wszystko. Nad morze czy do lasu chodziła z chłopcami ze starszych klas, z nimi tańczyła na szkolnych wieczorkach, koło nich siadała podczas imprez. Oziębłość Zofii doprowadzała Władka Nowika do furii, w dzikiej nienawiści rozpowszechniał o niej plugawe plotki, po ogrodzie Wojnarów rozrzucał nadmuchane prezerwatywy, utopił w Świnie Marcinka - jej ulubionego kota. W tym trudnym dla niego okresie pomocną dłoń wyciągnęła matka. Nie dochodząc przyczyn agresywności syna, jego opryskliwości wobec wszystkich, po wyczerpaniu argumentów, że powinien brać przykład ze zrównoważonego Melchiora, zawsze pogodnego i przyjaźnie usposobionego do świata, zachęciła go do zainteresowania się działalnością tak zwanej młodzieżówki przy rządzącej partii. Spoglądał na tę przynętę nieufnie, trącał ostrożnie jak gryzoń przed pułapką, jednak w końcu chwycił ją. Stał się bywalcem klubów. Zapisał się do organizacji. Tańczył z ogniem, śpiewał, krzyczał, robił tyle hałasu, ile właśnie było trzeba, by zdusić w sobie rozpaczliwy głos tęsknoty za Zofią. Na krótko przed maturą Brygida z niemałym zdumieniem stwierdziła, że bliźniacy zaczynają się różnić. Twarz Melchiora zachowała dziecięcą łagodność, promieniała pogodą, podczas gdy Władka wyrażała zaciętość i pogardę wobec otoczenia. Przeszukała ich rzeczy. W szufladzie Władka znalazła kilkanaście prezerwatyw (szesnaście), a w fotograficznej ciemni Melchiora obok zdjęć Zofii wiersze jej dedykowane! (osiemnaście). Oba odkrycia zmartwiły ją w równym stopniu. Matkę przerażała dojrzałość Władka i durzenie się Melchiora w mało sympatycznej córce Wojnarów. Po tym odkryciu w jej pamiętniku pozostał trwały ślad: Boję się, że żaden z moich synów nie będzie godny nazwiska ojca. Oby przynajmniej Melchior został poetą drukującym w czasopismach pozaregionalnych, a Władek liczącym się działaczem ponadpowiatowym. Na pytanie przyjaciółki Anny Rostalskiej, w którego bardziej wierzy, bez wahania odpowiedziała, że we Władka. Dlaczego? Bo to twardy chłopak, wie, czego chce, jest ambitny. Mówiła o tym z wielkim przekonaniem, każdą cechę charakteru podkreślając ruchem długiego noża myśliwskiego z ozdobną rękojeścią, zdobyczą Władka w zrujnowanej willi. Założę się, że przez życie pójdzie ostro - tu dźgnęła nożem w niewidzialnego przeciwnika.

Po maturze bliźniaków Brygida na przystani promowej rozstawała się z synami wyjeżdżającymi na wstępne egzaminy na wyższe uczelnie. Drogi jej synów się rozchodziły: Melchior wyjeżdżał do Szczecina do szkoły morskiej, a Władek do Wrocławia na studia filozoficzne.

Kto by przypuszczał, że Władysław zrobi błyskawiczna karierę?

Ten dziwkarz?!

Nigdy nie krył się przed kumplami ze swymi sukcesami w podboju dziewcząt. Na przykład chętnie opowiadał, że Irenę Kadzińską deflorował w maturalnej klasie. Dziewczyna nie wzbudzała w żadnym z chłopaków zainteresowania, unikano stale ogryzającej paznokcie. Była w ostatniej dwudziestce dziewcząt i gdyby nie on, Bóg wie, do którego roku życia mogłaby chodzić z dziewiczym wianuszkiem na głowie. Do pubu czy klubu przychodziła ze starszym bratem, który po dwóch godzinach grzania stołka, zabierał rozgoryczoną i zrozpaczoną swym niepowodzeniem siostrę do domu. Brygida właśnie zbierała materiały na temat prekursorskiego charakteru twórczości księżnej Marii Anny Wirtemberskiej, więc niewiele miała czasu dla syna. Najczęściej nie zauważała jego późnych powrotów do domu, nie słyszała też, jak pewnej nocy zakrada się do kredensu, gdzie przechowywała na wszelki wypadek - jak mawiała - butelkę taniej wódki. Władek wziął ją do swego pokoju i opróżnił do połowy. Nieprzytomny, zataczając się po drodze, z pijackim uporem jakoś dotarł pod dom Ireny, która wcześniej mu uległa. Zbagatelizował ostrzeżenie matki dziewczyny, odepchnął z progu ojca i natrętnie wciskał się w mrok sieni. Rano podrzucono go na próg domu Nowików pobitego, z zakrwawioną twarzą. Brygida przyglądając się synowi, w pierwszej chwili bała się, że spotkało ją największe nieszczęście - śmierć najbliższej osoby, dopiero zapach alkoholu rozwiał jej czarne myśli. A dziewczyna świetnie zdała maturę i równie dobrze egzamin wstępny na studia medyczne we Wrocławiu, potem jako jedna z niewielu zaliczała semestr po semestrze, ale z coraz mniejszym entuzjazmem, w coraz większej samotności. Otrzymała od rodziców pokaźną część tego, co przypadło jej ze sprzedaży po dziadkowym sklepie rzeźniczym, kupiła sobie pokoik na jedenastym piętrze i urządziła gustowne, ciepłe gniazdko. Na roku szybko rozeszła się ta wiadomość i odtąd większość prywatek przyszłych medyków odbywała się u niej. Jej błękitne oczy nabrały blasku, zawsze czymś przerażona buzia dojrzała w wyrazie szlachetności, a drobne ciało odkrywało przed wzrokiem mężczyzn wielką zmysłowość. Zaczęła się inaczej ubierać, nosiła jakieś przedziwne ciuchy z artystyczną nonszalancją, co powodowało, że każde jej pojawienie się robiło wrażenie i wywoływało komentarze. Dobiegło końca jedno z przyjęć na jedenastym piętrze, Irena odprowadziła do drzwi gości i żegnała się serdecznie. Został tylko Władek. Stał na środku pokoju i powoli sączył ostatniego drinka. " Koniec przyjęcia" - zakomunikowała mu zaambarasowana sprzątaniem po gościach. A on pił dalej. "Nie śpieszysz się" - zauważyła sarkastycznie. Wyjął słomkę z ust i z rozbrajającą szczerością wyznał, że właśnie tak się składa, że nie ma dokąd pójść. Tak bywa. Popatrzyła nań bardziej z grzeczności niż z zainteresowaniem dla jego kłopotu. " To nie dom noclegowy... Miałbyś ochotę mnie znów przelecieć?" Odstawił szklankę po drinku. "Zapomnij, co powiedziałem" - rzekł i ruszył w stronę drzwi. Dotykał już klamki, gdy nagle jego widok wywołał w niej współczucie. Może stało się tak dlatego, że długa szyja chłopaka zdawała się jeszcze bardziej wydłużyć? Dzielący ich lodowiec topniał. Pozwoliła mu spędzić noc na polowym łóżku, które trzymała dla odwiedzającego ją brata. A rano zaprosiła na śniadanie. Jadł niewiele, bez apetytu. Spytała, czy mu nie smakuje? Przyznał, że mu nie odpowiada polska kuchnia. Roześmiała się i zauważyła złośliwie, że coraz więcej otacza ją snobów, ale gdy mówił o kuchni francuskiej, słuchała go chętnie, urzeczona nazwami, które pierwszy raz obijały się jej o uszy. Zaimponował, jeszcze bardziej była nim oczarowana, gdy zaczął opowiadać o swych wyjazdach do Francji z delegacją z uczelni. Zapominała o jego niestałości uczuć, zaprosiła na obiad. Nie miała pojęcia dlaczego, ale chciała się przed nim popisać kulinarnymi umiejętnościami. Od rana robiła zakupy, przygotowywała produkty, gotowała. Ozdobiła stół, postawiła na nim kwiaty, świece. Przyszedł z bukietem róż, jadł z apetytem i nie szczędził komplementów. "Zostaniesz na noc?" - zagadnęła przy deserze. Był zaskoczony propozycją, przynajmniej takie sprawiał wrażenie, tłumaczył się, że naprawdę wczoraj nie miał się gdzie podziać. Spytała wprost, czy nie czuje, że jest u niej mile widziany? Zmarszczył brwi i zrobił aluzję do niewygodnego polowego łóżka. Spojrzała nań z przyganą w oczach. " A musiałeś na nim przeleżeć całą noc?" Pokiwał smętnie głową: " To mi wygląda na oskarżenie. Jak cię mam przeprosić za sprawienie zawodu?" Rzuciła w jego stronę serwetką. " A idź do diabła!" Nie posłuchał, nie poszedł, został. Nie pozwolił jej rozkładać polowego łóżka. Zbliżył się do niej i ze spokojem graniczącym z ospałością rozbierał. Gdyby miała większe doświadczenie w tej mierze, to mogłaby poczuć się obrażona. Zdejmował z niej bluzkę, stanik, spódnicę, rajstopy, majteczki tak obojętnie, jakby był dekoratorem witryny sklepowej rozbierającym manekina, by przygotować nową propozycję. Wreszcie stanęła przed nim naga. Jedną ręką zasłaniała piersi, drugą łono. Nie musiała, bo i tak nie patrzył na nią. Rozbierał się spokojnie i pedantycznie układał rzeczy na fotelu. "Jesteś zabezpieczona?" - spytał. Wstyd jej było się przyznać, że nie pomyślała o tym, bała się też, że zaniecha dalszego rozbierania się, przeciwnie, ubierze się i wyjdzie, pozostawiając ją z naiwnością, głupotą i dawnym wspomnieniem. Skłamała.

- No nie wiem - zastanawiał się. - Matka dawno przestała we mnie wierzyć, najchętniej oddałaby mnie pod kuratelę Melchiora.

Gloria zaprotestowała:

- Co ty opowiadasz! Szanuje cię.

Nie zgadzał się z żoną:

- Wątpię. Ani mnie, ani tego, co robiłem i co robię, nie pochwalała i nie pochwala.

Na wyspę docierały do niej wiadomości z Wrocławia.

W wolnej chwili, między jedną a drugą zapisywaną w pamiętniku stroną, Brygida skreśliła krótki list do Melchiora. Zawierał same polecenia: powinien zająć się biednym bratem, byłoby wskazane, gdyby przy jakiejś dobrej okazji zapoznał go z godną uwagi dziewczyną, która mądrze pokierowałaby jego dalszym losem.

Melchior przeleciał wówczas wzrokiem przez linijki równo stawianych liter raz, drugi, ale wciąż nie mógł zrozumieć, o co matce chodzi? Ma być niańką Władeczka? Przecież dotąd świetnie sobie radził! Wieloznaczność listu drażniła go. Pogodził się z tym, że zawsze nadużywała epitetów, szafowała nimi bez umiaru, natomiast trudniej było mu akceptować aluzyjność połączoną z lakonicznym wyrażaniem imperatywnych myśli. Podczas studiów niewiele miał czasu dla siebie, jeszcze mniej dla matki i brata. Uczył się pilnie, dużą wagę przykładał do języków obcych, chodził na dodatkowe zajęcia, by nadrobić straty w edukacji zdobywanej w prowincjonalnej szkole. Do domu przyjeżdżał niechętnie, o Zofię, pierwszą muzę swoich wierszy, nie zagadnął nigdy, choć matka wiedziała, że nie przestał pisać liryków jej dedykowanych. Rośnie na odludka - stwierdziła z niepokojem, gdy w nim dojrzewała coraz większa tęsknota za morzem, za dalekimi kontynentami. - Założę się, że ten chłopak chce czegoś dokonać, aby komuś zaimponować. Mój Boże, Ameryka odkryta, proch wynaleziony! Czy pamięta o tym? - odnotowała w pamiętniku. Niepokój matki o przyszłość Władka Melchior przyjął z mściwą satysfakcją - widocznie kochany braciszek dostał po nosie! Chętnie widziałby go pognębionego przez los, wówczas mógłby pokpiwać sobie z niego, z jego pewności siebie, która tak drażniła wszystkich. I może przestałby się przechwalać zdobytymi dziewczętami! Do spotkania braci nie doszło, statek, na który Melchior zamustrował, właśnie wypływał z portu. Kochana mamo - napisał na widokówce ze Szczecina z czterema okienkami wypełnionymi pejzażami portowego miasta - b i e d n y Władeczek musi sobie sam radzić. Miejmy nadzieję, że nie będziemy się za niego wstydzić. Nim statek odbił od kei, myślał jeszcze o bracie i troskliwej matce zawsze większe nadzieje wiąże z Władeczkiem, lecz gdy z siłowni doszedł równomierny, uspokajający szum, stał się twardym obieżyświatem. Bez wzruszenia przeszedł Świnę, minął promową przystań Świnoujścia z turystami zazdrośnie odprowadzającymi statek wychodzący w daleki rejs, stawę Młyny zbudowaną w kształcie wiatraka, główki falochronów. Już na redzie, gdzie oddawano pilota, zapisał w swym poetyckim notatniku: Morze z gładką powierzchnią zwykle dalekie jest od przeciętnych o nim wyobrażeń. Wręcz oczekuje się burzy, rozkołysania statku, zakłócenia porządku rzeczy, sytuacji niebezpiecznych. Czy nie jest tak dlatego, że spokojne potęguje morską nudę, a wzburzone mąci monotonię bytu? Kiedy z polera na portowym

nabrzeżu zdjęto cumy, ktoś z szalupowego pokładu powiedział: Teraz wreszcie coś się zacznie dziać. Co miał na myśli, łatwo zgadnąć. Znudzony kilkudniowym wyczekiwaniem na wyjście z portu ma nadzieję na namiastkę przygody, na coś, czego mu tak w codziennym życiu brakowało. A tymczasem morze jest spokojne, sztorm na lądzie. - I po chwili dopisał jeszcze: - O mnie się myśli jak o bardzo spokojnym człowieku. A kto dostrzeże burzę we mnie?

 

- Zadzwoń do Brygidy - nalegała Gloria. - Przekonaj, by pojechała z nami.

- To nie jest dobry pomysł, by ją absorbować naszymi sprawami.

- Proszę - błagała.

Uległ w końcu prośbom żony, wyciągnął z wewnętrznej kieszonki marynarki komórkę i wybrał numer do matki. Był wolny, ale nie odbierała. Odczekał chwilę, po informacji operatora o braku połączenia ekran wygasł, więc jeszcze raz spróbował. I tym razem bez pozytywnego rezultatu.

- Widocznie wyszła z domu. Kamery ją znajdą, to się skontaktuję.

Gloria wstała.

- Nie sądzę, by ci na tym specjalnie zależało. Nie traćmy czasu, spróbujmy działać bez niej. Też masz przecież znajomości.

- Czy powinniśmy angażować w tę sprawę moich zwierzchników?

- Proszę - raz jeszcze powtórzyła błagalnie.

Wiedział, że dalszy opór byłby bezsensowny .

Zjechali windą na parking, wsiedli do samochodu i ruszyli w kierunku promowej przystani. Ulice pełne były portretów kandydujących w lokalnych wyborach do władz samorządowych. Co latarnia, słup - uśmiechnięta gęba kandydata, numer na liście. Jakie zdrowe uzębienie mają kandydaci! Które wybrać? Co jakiś czas na słupie latarni portret Brygidy - także z wszystkimi zębami mającymi zjednać sobie wyborców.

Wjechali w ulicę z plakatami kandydatów ośmieszanych. Temu i owemu na zęby nakładano bardzo widoczne plomby, innemu poszerzano oczy wyrażające zdumienie, Brygidzie dorysowano od ucha do ucha sumiaste sarmackie wąsy, a jej hasła wyborcze przykrył napis: wyjątkowa. Przedstawiciele komitetów wyborczych niemrawo zdejmowali zniszczone plakaty, zastępując nowymi. Zachowując pewien dystans, przyglądali się tym działaniom szalikowcy związani z klubem piłki nożnej na wyspie, gotowi do wszczęcia bandytek, uchodźcy oraz imigranci nie do końca rozumiejący sytuację.

- Mogłaby już dać sobie spokój z wyborami - mruknął syn kandydującej.

- Skoro ją to bawi - zauważyła Gloria.

- Wybory nie powinny być dla niej zabawą.

- Powiedz jej to, może cię posłucha.

- Ba, gdyby nie lekceważyła tego, co inni mówią o niej. Jestem ciekaw, czy widziała swój portret wzbogacony długimi wąsami? Jeżeli natrafiła na taki, to na pewno w sposób dla siebie właściwy zinterpretowała ten fakt.

Podjeżdżając do promu, mężczyzna kątem oka zobaczył leżącą na ławce kobietę z twarzą

przykrytą gazetą, ociekała wodą.

 

*

 

Pierwsi opuszczający prom łączący wyspę ze stałym lądem zawsze się śpieszą, biegną do taksówek, na przystanek autobusowy, do pozostawionych na parkingu samochodów, albo decydują się na szybki marsz do centrum miasta, czy do jeszcze bardziej oddalonych sanatoriów, pensjonatów, hoteli nadmorskich. Jako ostatni wysiadali uchodźcy oraz imigranci udający się po zasiłki.

Nikt z pasażerów nie zwrócił uwagi na ociekającą wodą na ławce kobietę. A nawet gdyby ktoś na nią spojrzał, nie od razu stwierdziłby, że pierwsze kroki na wyspie postawił obok denatki właśnie wydobytej z rzeki. Leżąca na ławce, odmalowanej w tym letnim sezonie zieloną farbą, jakby nie dbając o opinię przechodniów, odpoczywała w słońcu.

- O, bulwa! To Jej Wysokość Brygida Nowik, kandydatka do władz! - stwierdził bez wahania cumowniczy, Adam Wojnar, wyrośnięty osiłek z wyzywającą miną. Bosakiem wydobył jej zakleszczone ciało między odbojnicami przystani, położył na ławce. Na chwilę oddalił się, by odnieść narzędzie na swoje miejsce. Potem zaklął: - Psiamać!

- Kto by przypuszczał, że tak skończy, kurde! - rzekł drugi cumowniczy, z komórką w ręce, powiadamiający policję o zdarzeniu na promowej przystani, Bogdan Kadziński, szczupły, o ciemnym zaroście i smutnym spojrzeniu głęboko osadzonych oczu. Dokąd po śmierci ta komunistka pójdzie?

- Jaka z niej komunistka? Chciała tylko, by była granica między życiem świeckim a religijnym. Niczego więcej nie domagała się.

- To nie wszystkim się podobało.

- No to i teraz mają radochę.

Ułożono ciało na kei.

-Umarł król, niech żyje król. Psiakość! Każdy ma to, na co zasłużył - orzekł pierwszy cumowniczy i wsparł się przekleństwem.

- Co prawda, to prawda - zgodził się z nim drugi cumowniczy. - Była nauczycielką, kurdebalans! - Co chciała, to mogła wbić w czerepy uczniów. Mądre, czy głupie, ale szło od niej.

- Dziwaczejącą nauczycielką - dorzucił pierwszy cumowniczy Adam Wojnar. -Sakramencko, kurka wodna!

- Z wodą sodową w głowie, kurde! Wysoko mierzyła. A los dla niej był inaczej pisany, kurzmać!

- A jednak prawie się jej udało. Może widziała plakat, na którym domalowano jej wąsy? Mogła ten fakt bardzo przeżyć. Była wrażliwa, wyjątkowo wrażliwa.

- Za dużo powiedziane, taka twoja mać! Z takiego powodu nikt mądry nie skacze do wody. Może nie była aż tak mądra.

- O zmarłych nie wypada źle mówić.

- A myśleć?

- Kto zabroni?

- A myślami dzielić się z innymi?

- Można.

- To spytałbym Skarbnicę Wiedzy: po cholerę było mi wkuwać, że Jurand pochodził ze Spychowa - ofiara przemocy krzyżackiej?

- Albo Zbyszko z Bogdańca - szlachetny rycerzyk? Komu wbić chciała jego cnoty rycerskie? - Dołączył kumpel do kolejnego retorycznego pytania. - Zdadzą się one dziś komuś na co?

- No właśnie. Po co? - pytał głębokim głosem mężczyzna z poczuciem doznanej krzywdy. - Lub że Maria Wirtemberska-Czartoryska, wyjątkowa, powinna być wzorem dla wszystkich polskich kobiet!

- Bo tylko tyle miała w głowie! - zazgrzytał zębami drugi. - W domu, gdzie bieda piszczała, o jednym gadka: jak wiązać koniec z końcem, a ona prowadzi pod Kraków, Malbork, Grunwald! I do pałacyku Marii Wirtemberskiej-Czartoryskiej.

- Swoich chłopaków to wychować nie umiała - orzekł pierwszy cumownik Adam Wojnar. - Mówią, że najgorszymi rodzicami są nauczyciele, psiamać!

- Teoretycy, którzy nie dają sobie rady z rzeczywistością - dorzucił z satysfakcją drugi cumownik. I po chwili wycedził: - Kurdebalans, dzieci aktorów znajdują miejsce na scenie, politycznych kłamców - poza krajem, a nauczycielskie dzieciaki wykolejają się i robią dość podejrzane kariery, jak Władeczek. A pamiętasz osławionego agenta Tomka sprzed półwiecza? Też z rodziny nauczycielskiej. I to od kilku pokoleń. Tyle filmów o nim nakręcono. A w każdym okazuje się czarnym charakterem. Widać nadmiar teorii pedagogicznych dzieciom szkodzi.

Słońce z zenitu powoli osuwało się na zachodnią część miasta, zalewając wraz z potokiem turystów Plac Wolności, gwiaździście ściągający ku sobie ulice Armii Krajowej, Józefa Piłsudskiego, Józefa Bema, Grunwaldzką. Grzało tropikalnie. Spoczęło na twarzy denatki, osuszyło z kropel wody długie czarne rzęsy, piwne oczy o łagodnym spojrzeniu zwróconym w błękitne niebo z kołującymi mewami.

- Nie może się dość napatrzeć na ten świat - zauważył drugi cumownik. - Kurde! Jakby życia jej nie starczyło, bo zmarnowała.

- Przez tyle lat przyglądała się mu i co z tego wynikło? - pytał Adam Wojnar, zerkający na denatkę z wyraźną niechęcią. - Psiadusza! - Może ją czymś przykryć? - Zastanawiał się, pocierając dłonią twarz sczerniałą od słońca.

- A masz czym, kurde? - odrzekł drugi cumowniczy, rzutem spinningowym posyłając daleko na wodę żarzącego się peta.

Pierwszy cumowniczy podniósł z ulicy portret Brygidy z wąsami.

- Nie, przynajmniej po śmierci jej nie dokuczajmy. Może i swym życiem zasłużyła na pogardę, ale po śmierci to tylko nieboszczyk i uszanować należy. Jak każdego innego bez względu, o co walczył.

Podszedł do kosza, pogrzebał w nim.

- Choćby gazetą jakąś. To przecież też okrywa nie gorzej od, na przykład, od kurtki, jaką zwykle kładą na nieboszczykach policjanci w kryminalnych amerykańskich filmach - rzekł bardzo wyraźnie protekcyjnym tonem pierwszy cumowniczy.

- Robi się to dla nieżywego czy żywych?

- Jest zwyczaj i tyle, psiamać! Szanować go trzeba. Tak jak w Ameryce.

- Nie mam, kurde, nic przeciwko niemu - zapewnił szybko drugi cumowniczy. - Amerykańcy wiedzą, co robią, co uznają za słuszne a co nie. Dobrze, że tyle ich filmów u nas, przynajmniej i my wiemy, jak się zachować. W szkole tego nie uczą.

Pierwszy cumowniczy wydobył z kosza regionalny tygodnik Młyny, nie zmięty, tylko złożony dokładnie jakby ktoś pozostawiał go do dalszej lektury czy użytkowania. Rozłożył go i nakrył nim twarz denatki. Jej oczy mogły teraz pośmiertnie przelatywać czarne kolumny druku z miejscowymi wiadomościami.

- Dobrze, że prócz tabletów są jeszcze drukowane czasopisma - zauważył pierwszy cumownik. Gdyby ich zabrakło, to mielibyśmy problem z przykryciem denatki.

- Jej syn, Władek, kręcił się koło waszej Zofii - przypomniał sobie drugi cumowniczy. -Kurde, jak bączek koło spódniczki się obracał, aż wsunął się pod nią.

- Wielu chłopakom się podobała - zlekceważył uwagę tamtego Adam Wojnar.

- Nie tak jak jemu - zamruczał z cicha, niepewnie Bogdan Kadziński. - Kurdebalans, to był i został dziwkarz! Nie wyrósł na Zbyszka z Bogdańca ani na Juranda ze Spychowa.

- Waszej Irence też głowę zawracał, psubrat! - przypomniał koledze złośliwie Adam Wojnar. - Sakramencko.

Tamten splunął pod ławkę z denatką.

-Tak swych synalków wychowywała, wyjątkowa baba z wąsami! - rzekł zdławionym głosem Kadziński. - Jej śmierć nie przywróci do życia naszej Irenki.

- Wciąż się zastanawiam, dlaczego wasza Irena skoczyła z jedenastego piętra? - spytał pierwszy cumownik, zapalając papierosa. - Dochodzenie, psiamać, w tej sprawie ciągnęło się i ciągnęło, jak to u nas w zwyczaju, nie to, co w amerykańskich filmach, ale nie przypominam sobie, czym się skończyło?

Kadziński ściągnął wargi, chwilę trzymał tak, jakby nie chciał przez nie wypuścić cisnących się słów, jednak nie wytrzymał i wyrzucił z siebie:

- Policja przeszukała całe mieszkanie Ireny. Dziewczyny w jej wieku mają jakieś notesy, piszą pamiętniki albo listy do rodziny, przyjaciółek. Po niej został maleńki kalendarzyk z datami zajęć na uczelni, z numerami telefonów do rodziców. - Z kim zaciążyła?- zastanawiałem się, kurde, gdy usłyszałem wynik sekcji zwłok. Pytałem sąsiadów. Tylu młodych ludzi u niej bywało! Kto by pomyślał, u Ireny? Z jednym częściej ją widzieli. Nie znali nazwiska, słyszeli tylko, jak mówiła do niego "Władku". I z opisu też można by na niego wskazywać. Spytałem Władeczka o kontakty z Ireną we Wrocławiu. Wyparł się. Poprosiłem policję, by mi raz jeszcze pozwolili zajrzeć do jej kalendarzyka i znalazłem w nim telefon do Nowika. Powiedziałem mu o tym, a on w nos mi parsknął, no bo co z tego wynika, kurde?

Pierwszy cumownik głęboko zaciągnął się dymem papierosa.

- To mógł być on, psubrat! I popatrz, jaką karierę zrobił! Tylko dla takich jak on miejsce na szczytach. Jak nie pojawią się kosmici, to nikt nie zrobi porządku z takimi draniami. Boska Opatrzność nie wystarcza w tych cholernych czasach.

- Chętnie w jakąś ciemną noc przycisnąłbym go do muru, ale czy przez to przywrócę Irenie życie? - zastanawiał się drugi cumownik. - Tylko biedy bym się napytał, kurdebalans! Bo gdzie w tym kraju szukać sprawiedliwości?

- Masz go na wątrobie.

- Żeby tylko jego! - wykrzyknął ostrym głosem tamten. - I matkę także! - wyznał z trudnością i usiłował odchrząknąć. Daremnie. Długo dławił się, jakby żółć napłynęła mu do ust.

Wyobrażał sobie ostatni ranek siostry. Świtało, gdy wzięła prysznic, bardzo dokładnie wytarła ręcznikiem ciało, nakremowała twarz, skropiła się perfumami z drzewa sandałowego. Ubrała się, jakby miała pojechać w daleką podróż. Patrzyła chwilę przez otwarte okno na budzące się miasto, coraz bardziej obce, w którym nie biło żywiej ani jedno serce na myśl o niej. Ranny powiew nie ostudził rozpalonej głowy. Gdy już leżała pod wieżowcem, jeżeli to nie wietrzyk dalej muskał jej włosy, to ten pęd powietrza między jedenastym piętrem a parterem. Wolniej od niej opadał na chodnik zapach perfum z drzewa sandałowego.

- Nie ty jeden masz do tej rodziny pretensje. - Zabrzmiało to jak pocieszenie.

- Poszedłem porozmawiać z jego matką. Sam nie wiem, co przez to chciałem osiągnąć? Ot, taka potrzeba roztrząsania sprawy, szukania odpowiedzi u każdego: wroga czy przyjaciela, byle zbliżyć się do prawdy.

Policyjny wóz prosto z promu skierował się pod dom Brygidy Nowik. Pytali o związki syna z Ireną Kadzińską. Nie potrafiła zaspokoić ciekawości policjantów, a po ich wyjściu była głęboko przekonana, że Władek nie miał z tymi tragicznymi okolicznościami we Wrocławiu nic wspólnego. W swym skrupulatnie prowadzonym pamiętniku zapisała sentencjonalną myśl: Czy złu można zapobiec? Czy zło nie jest po to, by dobro, szlachetność, poświęcenie biło większym blaskiem? Na tych retorycznych pytaniach poprzestała, nie miała zbyt wiele czasu dla cudzych spraw, nawet dla syna, bowiem wciąż podążała tropem księżnej Marii Anny Wirtemberskiej, bo właśnie odkryła, że ta nie najpiękniejsza córka Izabeli Czartoryskiej była bękartem, córką króla Stanisława Augusta. Długi nos ją zdradził. O ileż dla tej dziewczyny byłoby lepiej, gdyby ojcem został Armand de Lauzon, który dał matce Izabeli przystojnego syna Konstantego, albo hetman hrabia Franciszek Ksawery Branicki, ojciec Gabrieli, Zofii, czy chociażby książę Mikołaj Repnin, ojciec Adama Jerzego lub Kazimierz Rzewuski, ojciec Cecylii Beydale. Już Teresa, jedyne ślubne dziecko, była urodziwsza od Marii Anny. To odkrycie niszczyło szlachetny portret księżnej, budziło wiele moralnych wątpliwości. Ale ważniejszy był upowszechniany mit; po niektórych narodach nie prawdziwe historie pozostają, a mity, legendy, bajdy!

Nad promową przystanią przeleciało liczne stado biało-popielatych rybitw, zakołowało i z głośnym krii-arr, kik, kik osiadło na miejsce opuszczone przez turystów, dopadając jakichś resztek jedzenia. Z promu zszedł na nadbrzeże siwobrody chief pokładowy Marcin Rudka.

- Widziałem z pokładu przez lornetkę, jak wyciągaliście. To ktoś stąd? - spytał, wskazując głową w stronę ławki z leżącą na niej topielicą. - Czy zamiejscowa?

- Jak najbardziej stąd, psiakość! - Odparł pierwszy cumowniczy. - Grono ciała pedagogicznego. Niezmordowana wychowawczyni pokoleń. Matka ważnej osoby w mieście.

Siwobrody w białej koszuli z krótkimi rękawami, z lśniącymi w słońcu złotymi naramiennikami, w granatowych spodniach i czarnych półbutach, wyglądał odświętnie przy tamtych z brudnymi roboczymi rękawicami zatkniętymi za parciane pasy spodni wytartych, z tłustymi, ciemnymi plamami. Stał kilka kroków od nich i wahał się, czy podejść do denatki, wtedy musiałby przejść między tymi smoluchami, ryzykując zetknięcie się z brudem nadbrzeża, którego ślady nosili tamci zawsze, odkąd z nimi współpracuje, od kiedy uczył ich zwrotu: panie chiefie. Nie pomogło, teraz też zlekceważyli jego stopień. Ma zażądać, by odsłonili tygodnik Młyny z jej twarzy? Nie są jego podwładnymi i często dawali mu odczuć swą niezależność "od tego z promu", więc obawiał się, że i tym razem zademonstrują wobec niego zawodową niechęć. Wolał więc podejść i zajrzeć pod rozłożony tygodnik. Nie zdziwił się, gdy zobaczył twarz Brygidy Nowik.

- Taak! - Przeciągnął samogłoskę, nakrywając gazetą twarz denatki. - Tak musiało się skończyć. Tyle razy tu przychodziła, stawała na samym krańcu nadbrzeża, na jego krawędzi, za pachołkami, tak blisko wody, że nawet dla polerów tam już nie ma miejsca... Przychodziła, stawała... Mówię wam, na samej krawędzi... Wystarczyło, żeby rybitwa musnęła ją skrzydłem, a już mogłaby wpaść do wody... Stawała i czekała... Zawsze nad samą wodą, tak blisko, że wiatr mógłby ją do niej zepchnąć...Nie widziałem, żeby wchodziła kiedyś na prom. Ona zjawiała się na promowej przystani po to tylko, by stać na brzegu, zawsze tak samo, nad samą wodą, jej buty wystawały poza krawędź... Słowo daję, to było niesamowite! Tkwiła na kei jak posąg. Jak ulał pasowała do amerykańskiego horroru czy thrillera. O, w Ameryce wykorzystano by jej istnienie. Nie u nas, nie, nie. Już się do jej obecności przyzwyczajałem. Zabraknie mi jej. - Westchnął ciężko. - Będzie teraz pusto na kei .

- Znał pan ją, kurde? - spytał drugi cumowniczy.

- Bardziej jej męża. Zapraszał do siebie, graliśmy w szachy, popijając piwo, gdy ona pisała swoje elaboraty naukowe albo po prostu konspekty na lekcje. Była ambitną kobietą. Dziwiłem się, że tkwi na tej wyspie, zamiast szukać lepszego miejsca poza nią. Cóż, wielu z nas zachowuje się podobnie jak ona.

Odsunął się nieco.

Brygida nie budziła w nim sympatii. Była zbyt wyniosła w środowisku, w którym przyszło jej żyć. Nie umiała rozmawiać z mężem ani z jego przyjaciółmi. Chyba nigdy nie pokochała morza, a po śmierci męża to prawdopodobieństwo ustąpiło pewności. Pisywała do Młynów, tygodnika społeczno-kulturalnego Wybrzeża, przeprowadzała wywiady z ludźmi morza, z poetami i prozaikami z klubu marynistycznego, lecz było to tylko wykonywanie pewnych usług dla podreperowania domowego budżetu prowincjonalnej nauczycielki, matki dwóch synów.

Miesiące poszukiwań śladów obecności księżnej Marii Anny Wirtemberskiej na Pomorzu minęły i Brygida Nowik rozpoczęła pracę układania zdań o niej w podrozdziały i rozdziały. Szło jej opornie. Od samego początku doskonale wiedziała, co chce o księżnej powiedzieć, ale gdy przychodziło do pisania, w głowie czuła pustkę, zamęt, pod pióro cisnęły się słowa najmniej odpowiednie. Brała wówczas z półki jakąś książkę, czytała kilka zdań, pół strony, lecz rzadko kiedy znajdowała w cudzych myślach coś dla siebie, swojej pracy. Z coraz większymi wątpliwościami chwytała za pióro, stosik z zapisanymi kartkami rósł leniwie. Już wolała pisać pamiętnik, opowiadanie albo pójść przeprowadzić z kimś wywiad do czasopisma. Nigdzie nie jest powiedziane - odnotowała w grubym zeszycie - że muszę o niej pisać. Któregoś dnia zgarnęła notatki o księżnej do szuflady, w której kiedyś znalazła prezerwatywy syna, uśmiechnęła się melancholijnie jak przy pożegnaniu kogoś drogiego, z kim się rozstaje, bo rozłąka ta jest konieczna i wcale nie tak bolesna. A jednak nie umiała zapomnieć o księżnej, jej życie przeniknęło w życie Brygidy, a los Brygidy w pewnym stopniu stał się losem księżnej. Szczegóły były nieważne, dawno nauczyła się je lekceważyć. Ilość dzieci i współżycie z mężem, a więc to co najbardziej różniło obie kobiety, nie było przeszkodą w utożsamianiu się, prawdopodobnie dlatego, że związek widziała na wyższym poziomie, w duchowej wspólnocie. Troska o los narodu nas połączyła - zanotowała. Podczas spacerów uświadamiała sobie, że niewiele będzie w stanie sama dać dowodów patriotyzmu, a jako matka dwóch synów ma sobie sporo do zarzucenia - zaniedbała ich, puściła w świat z wątłymi zasadami. - Zęby, pazury, ostry dziób - pocieszał ją Wacław Sędziński krzyżujący gołębia z mewą - dziedziczy się lub wykształca odpowiednio do potrzeb. Idąc z duchem czasu, przyjęła zlecenie na wywiady o charakterze politycznym. Kto wie, czy nie jest to dla mnie szansa na działanie dla dobra kraju; mogę takimi materiałami kształtować współczesne postawy patriotyczne - zwierzyła się w swym pamiętniku. Zaczęła od okropnego spotkania z Raczkiem, byłym pracownikiem urzędu bezpieczeństwa, który miał jej przekazać kilka ważnych informacji o mieszkańcach wyspy, szczególnie o ludziach związanych z morzem. Od pierwszej chwili znajomości poczuła do niego niechęć. Krzyżówka szczura z dobrze ułożonym psiakiem! Bobrowaty pyszczek robił przyjazne miny, rozdziawiał się w uśmiechu, szczerzył pożółkłe od papierosów strugi, mrużył chytrze oczka. Musiała jednak przyznać, że miał porywający sposób mówienia. A usta mu się nie zamykały. Tyle miał do przekazania! Należał do tego typu ludzi, którzy szli na wyższe uczelnie nie po to, by studiować, lecz podpatrywać wykładowców, asystentów. Potrafił naśladować każdego, w każdym odkrywając cechy śmieszne. O ludzkich wadach mógł ględzić i ględzić godzinami. Jego życie składało się z podglądania i mówienia o tym. - Chcesz być kimś, to patrz i zastanawiaj się, dlaczego jedni coś osiągają, a drudzy nic - brzmiała jego dewiza. Miał wielkie aspiracje, pragnął się znaleźć wśród tych, którym się udało. Nie krył się z marzeniem, że zamierza szukać dla siebie miejsca bardzo wysoko. - Przyszłość należy do tych, co służą teraźniejszości - uważał wówczas. Nie przewidział zmian rządu, upadku tych, którym służył. Został na lodzie, z upowszechnianą o nim informacją, że jest na liście agentów, co wcale nie przeszkadzało mu żyć dalej spokojnie i kontynuować donoszenie na tych, z którymi dążył do kariery. Brygida znudzona ogólnikami, zaczęła się domagać konkretów, nazwisk. Kiedy padło Marcina Rudki, nie chciała wierzyć. Przyjaciel męża! A jednak. Donosił na męża i na nią, szczególnie na nią, zajmującą się jakąś arystokratyczną rodziną. Po co? Wiadomo, by mącić uczniom w głowach o przeszłości narodowej. W raportach Marcina Rudki portret Brygidy został przedstawiony jako reakcjonistki. Po tym spotkaniu ze szczurzo podobnym Raczkiem, umówiła się z dawnym przyjacielem męża. Przyjął ją ciepło, ale gdy tylko oznajmiła, w jakim celu przyszła, rozdzieliła ich ściana lodu, a po chwili - nie tłumacząc się ze swej przeszłości szpicla - wyprosił z mieszkania. Brygida nie odpuściła tematu i z dziennikarską pasją drążyła go, wciągając w krąg osób zainteresowanych coraz więcej mieszkańców wyspy. Im bardziej sprawa nabierała rozgłosu, tym mniej chief Marcin Rudka miał przyjaciół, co nie przeszkadzało mu zachować pogody ducha, bo nikt go do sądu nie wzywał, nie oskarżał. Robił tylko to, czego tamte czasy od niego wymagały. Gdyby żył w innych, może zostałby Konradem Wallenrodem.

- Każdy, kto właził na prom, mógł ją potrącić, psiakrew! - zauważył pierwszy cumownik, Adam Wojnar, patrząc na chiefa zmrużonymi w słońcu oczyma. - Sakramencko łatwo to by przyszło zrobić. Mało tu kręci się takich, których jedna gęba podobna do drugiej i nigdy nie powiesz, kto jest kim? A wciąż ich zewsząd na wyspę przybywa.

- Tak, każdy - zgodził się szybko tamten. - Nawet nie musiałby wchodzić na prom. Mógł stać obok, pchnąć lekko w ramię, chlup, i stać dalej, jakby nic się nie stało - stwierdzał z nieukrywanym zadowoleniem, że tak łatwo można rozstrzygnąć o ludzkim losie, szczególnie takim, jak denatki.

-Tak, mogło być i tak, kurde! - przyznał drugi cumownik, Bogdan Kadziński, zerkając na kolegę. - Wszystko zależy od tego, kiedy to się wydarzyło, gdzie kto wówczas był?

Chief się roześmiał.

- Chyba nikogo ze stojących tu pan nie podejrzewa?

- Nie - mruknął drugi cumownik. - Ja tylko staram się tak myśleć, jakby policja nas przesłuchiwała, kurdebalans. A oni mają listę pytań. Jak w amerykańskich filmach kryminalnych. Tylko że o końcowe wnioski u nas trudno.

- Dla tych z sekcji kryminalnej każdy, z kim przeprowadzają wywiad, tak długo jest podejrzany, dopóki nie znajdą winnego. A podejrzanych może być wielu. - Uśmiechem poprzedził dalszą wypowiedź, w której zamierzał przekazać pewną złotą myśl. - Czytałem kiedyś, że każdy człowiek po czterdziestce jest kanalią. Może ktoś też tak uważał i bez skrupułów postanowił pozbyć się jednej kanalii? - Wzruszył ramionami, jakby strząsał z siebie to podejrzenie. - Powiadomiliście policję? - spytał chief.

- Oczywiście.

- Nie śpieszą się - zauważył z sarkazmem chief. - Nikt. Ani prokurator, ani lekarz.

- Do nieboszczyka nigdy nie gnają jak po ogień - zgodził się z nim pierwszy cumownik. - Mandatu nie wlepią, no to po co pośpiech?

- A potem narzekają: świadków nie ma, ślady zatarte - mówił chief.

Wzdłuż Nadbrzeża Postojowego biegło rytmiczne stukanie kijów Nordic Walking. Kobieta zbliżyła się do kei przy Wybrzeżu Władysława IV, zatrzymała się na wysokości promowej przystani, zaledwie kilka metrów od ławki ze zwłokami. Strój właścicielki kijów - lekkich, karbonowych, z amortyzatorami, ze stalowymi grotami, z korkową rękojeścią i rękawicami - przypominał epokę skautingu, amerykańskich drużyn defilujących z proporczykami zwierząt z Yellowstone National Park. Ta seniorka zorganizowanych przemarszów dzieci Roberta Baden-Powella mogłaby należeć do zastępu wiewiórek, drużyny leśnych ludzi, hufca Wiejmy do lasu. Bluza, spodnie, buty miały barwy rude, a prowokująco zawadiacko przekrzywiony na prawe ramię beret był koloru obumierających jesienią liści brzozy. Przez ramię miała przerzucony plecak w odcieniu wrzosowego miodu. Wsunęła kijki pod lewą pachę, sięgnęła do plecaka, wydobyła z niego foliową torebkę z kromkami chleba i zaczęła kruszyć nad wodą.

-Taś, taś, taś - popiskiwała radośnie, wabiąco.

Ptactwo jakby czekało na to zaproszenie. Nie wiadomo skąd pojawiły się długoszyje łabędzie, a nad głową karmicielki zaskrzeczały rybitwy. Podlatywały też gołębie, więc kobieta rzucała im przed dzioby okruchy chleba na chodnik.

- No, macie, macie - szeptała z miłością świętego Franciszka z Asyżu i skrupulatnie czyściła foliową torebkę z każdej drobiny, wytrzepywała ją nad głowami ptaków. - Najedzcie się, a potem lećcie i nasrajcie na urząd miasta i głowy darmozjadów tam siedzących za biurkami.

Od lat żyła nienawiścią do urzędu. Po każdych wyborach do władz samorządowych większą. Po śmierci męża, usamodzielnieniu się jedynaczki Anny, która wychodząc za Rostalskiego, opuściła rodzinny dom i zamieszkała u męża, staruszka zajmowała obszerną willę przy placu, na którym postanowiono zbudować ostatni przystanek kolei łączącej Świnoujście z niemieckimi kurortami: Ahlbeck, Heringsdorf, Bansin, Zempin. Córka chciała wziąć matkę do siebie, urzędnicy proponowali ładne mieszkanie zastępcze w czteropiętrowym bloku, ale ona uparcie twierdziła, że dość już ma przesiedleńczej akcji ze wschodnich kresów na zachodnie i chce umrzeć "na swoim". Nie umierała, odbywała regularne spacery i trzymała się zdrowo, nie korzystając z Funduszu Ochrony Zdrowia, w przychodni pojawiając się tylko po to, by obrażać biały personel, wykpiwać ciągłe domaganie się podwyżek pensji.

Bystre oczka staruszki dostrzegły małe zgromadzenie przy ławce z topielicą. Wzięła w obie dłonie kijki, wsparła się na nich raz, drugi, trzeci i stanęła przed mężczyznami. Od razu się zorientowała w sytuacji. Jej pomarszczona twarz przypominająca zagubione na szafie jabłko, które przezimowało, a potem jeszcze z uporem przetrwało wiosnę, ale już ulegające upalnemu latu, twarz więdnąca, ratująca się tylko myszkującym wzrokiem członkini zastępu wiewiórek, pochyliła się nad ławką z trupem. Oparła się o kijki jak narciarz przed startem.

- Pierwsza pomoc udzielona? - Zaczęła rzeczowy wywiad. Odczekała chwilę, lecz nie otrzymała odpowiedzi. - Kto to? - zadała drugie pytanie głosem skrzekliwym, bardziej przypominającym dźwięki zaniepokojonego ptaka niż kobiety.

Żaden z mężczyzn nie miał ochoty na rozmowę ze staruszką wierzącą, że podtrzyma swą żywotność dwoma kijami Nordic Walking. Codziennie o tej samej porze, w deszczu czy w słońcu, obstukiwała całe Wybrzeże Władysława IV, by zginąć z oczu śledzących ją w okolicach Basenu Północnego, prawdopodobnie zmierzając w stronę Fortu Anioła, skąd - jeśli nie dołączyła do zastępu aniołków z niebieskimi proporczykami - mogła pójść falochronem do Stawy Młyny, stając przy niej jak drugi symbol wyspy.

Nie otrzymawszy odpowiedzi, podeszła do ławki, kijem w prawej ręce uniosła tygodnik znad głowy topielicy.

- No i doczekała się! - wrzasnęła z dziką satysfakcją w równym stopniu nienawidząca Brygidy Nowikowej, jak i urzędników miejskich. - Spełniło się życzenie niejednego, kto ją znał dobrze. Przemądrzałe, apodyktyczne babsko! Wszystko wiedziała lepiej od innych, jakby światło mądrości spłynęło na nią z czasów przeszłych, z grobów, ze zmurszałych książek, których zatrutą stęchlizną oddychała codziennie.

Znów wsparła się o dwa kije. Sprawiała wrażenie stracha na wróble rozpiętego między dwiema podporami lekko rozkołysanymi starczą nierównowagą. Jej oczy płonęły nienawiścią. Gdyby Brygida żyła, teraz przestałaby pod ciężarem oskarżycielskiego wzroku. W tej kruchej istocie zwisającej z kijów była już tylko miłość do ptaków i nienawiść do reszty świata.

- Gdzie to ona przeczytała, że nie wolno dokarmiać głodnego ptactwa? Głosicielka prawd wielkich, niezwykłych! - szydziła kobieta rozkrzyżowana między kijami. - Tą mądrością córkę mi zbałamuciła, jej duszę zatruła, ale ode mnie wara! Swoje wiem, robię, co chcę. Taka jest prawda.

Amalia Zbylik, matka Anny Rostalskiej, razem z Brygidą Nowik tworzyły zarząd Stowarzyszenia Kulturalnego Wyspa. Różnorodne zainteresowania Brygidy sprawiły, że regionalne stowarzyszenie zaczęło się zajmować tylu sprawami naraz, że stało się uciążliwe dla miasta i jej członków. - Brygida Nowik najchętniej wyręczyłaby wszystkie instytucje w mieście od działań statutowych i przejęłaby do pozastatutowej działalności Stowarzyszenia - stwierdzano na posiedzeniach radnych. Ale co zrobić z kimś, kto dla dobra mieszkańców wyspy pragnie przejąć na siebie tyle obowiązków? Dać jedno odznaczenie, drugie, trzecie. Jej wciąż tego było mało i miejscowi urzędnicy zamęczali się swą bezradnością wobec pazernej wdowy. Również i członkowie Stowarzyszenia dość mieli Brygidy, wciąż knuli przeciwko niej, jednak bezskutecznie jakby nad nią pieczę sprawowały nadziemskie siły. - A niech ją szlag trafi! - krzyczał zdesperowany przewodniczący do spraw kultury na wyspie. - To babsko nas wykończy!

- Kto ją wyciągnął z wody? - spytała dociekliwa staruszka. - Znów nie usłyszała odpowiedzi. - Nie trzeba było, powinna spłynąć do morza, w zapomnienie. A tak zaraz się znajdzie ktoś, kto zaproponuje nazwę ulicy z jej nazwiskiem albo postawienie pomnika. -Westchnęła. - Ta wyspa mogła być czysta jak kryształ! Ale znaleźli się na niej tacy, którzy chcieli przypomnieć nam, że mieliśmy armię taką i owaką, ludzi takich i owakich. A po co nam ta pamięć? Tyle ładnych ptaków pod niebem i na wodzie, w zaroślach i pod okapami okien. Ich nazw na wszystkie ulice miasta by wystarczyło. I nie trzeba by co jakiś czas zmieniać nazw placów, ulic, zastępując jedną pamięć historyczną inną pamięcią niby wciąż lepszą, prawdziwszą. A jak było z ulicą Ronalda Wilsona Reagana, prezydenta USA, który wspierał polską "Solidarność"? Brygida Nowik zaproponowała upamiętnić jego nazwiskiem jedną z ulic. Zbuntowaliśmy się, bo po co nam amerykańskie nazwiska na ulicach. A ona: jak dowiedzą się w Waszyngtonie o waszych głosach sprzeciwu, to dojdzie do międzynarodowego konfliktu! Ulegliśmy jej. No a teraz na pewno ktoś zechce upamiętnić Brygidę Nowik. A niech tam. Przylecą kosmici, to posprzątają za nas ten cholerny bałagan. - Szurnęła kijkami, obróciła się do mężczyzn. - Na dwunastą dzwoniono? - Pierwszy cumowniczy potwierdził skinieniem głowy. - Jak policjanci są poza wyspą, to się naczekamy - stwierdziła staruszka. - Ja tyle czasu nie mam.

- Nie lubiła jej pani, kurde! - stwierdził drugi cumowniczy.

- Nie lubiłam? - parsknęła kobieta. - Nienawidziłam! Nie mogłam patrzeć na tę ideologiczną manipulantkę swojego życiorysu i cudzych biografii. Wszyscy wiedzieli, że niechętnie utrzymywała kontakty z rodziną. Bała się, że sępy rzucą się na to, co mąż z morza przywiezie, na tę inność kolorową w szarej naszej rzeczywistości. Żadnych kontaktów nie miała też ze swym szwagrem, Romualdem, stoczniowcem. Bóg wie, jaką śmiercią zginął, na jaką pamięć zasłużył. Szedł z tymi, co domagali się praw dla ludzi pracy. Czy był w pierwszym szeregu, czy w ostatnim, nikt nie wie. Kule świstały to z przodu, to z boku, to przed nimi, to w nich. Zginął i tyle. Co niósł? Sztandar? Transparent czy tylko torbę ze śrubami przygotowanymi na mundurowych? Nikt nie wie. Zginął. Dla Brygidy długo to nie było ważne, rada, że pochowali go na koszt miasta. Nigdy o nim nie wspominała. Aż do czasu, gdy nadeszła pora i ster nawy państwowej ujął rząd, który pamięcią o zmarłych wspierał się na każdym kroku, pomniki im stawiał, ulice, place ich nazwiskami nazywał. I dopiero wtedy ogłosiła światu, że miała szwagra męczennika, bohatera narodowego godnego świętej pamięci! Taka była!

Brygida w nie tak odległej przeszłości lubiła epitety charakteryzujące niezwykłość, później dawała pierwszeństwo określeniom używanym powszechnie. - Z wiekiem - tłumaczyła się przed przyjaciółką Anną Rostalską - odżywa pamięć, w jej zakamarkach ujawniają się szczegóły, do których nie przywiązywaliśmy dotąd odpowiedniej wagi. I tak po latach przypomniała sobie o wielkiej zażyłości ze szwagrem, ona jedna wiedziała, że umierając krzyknął: " Niech żyje Polska". Po jakimś czasie rozszerzyła ten okrzyk o dwa epitety: wolna i sprawiedliwa. O ile pierwsza część okrzyku umierającego stoczniowca wiodła Brygidę po ścieżce patriotyzmu, to druga otwierała furtkę polityce.

- Człowiek współczesny - przekonywała przyjaciółkę - stroniący od polityki to kaleka. A polityka to gra o nasze przetrwanie, o miejsce w świecie, o pozycję społeczną. O zrozumienie człowieka przez człowieka, uszanowania jego poglądów. Człowiek, bez znaczenia, w co wierzy, co wyznaje, jest człowiekiem. W tej grze najważniejszym argumentem była śmierć stoczniowca w rodzinie Nowików. Wykorzystywała ją metodycznie, w czym znacznie pomogło jej wieloletnie zbieranie materiałów o księżnej Wirtemberskiej. Rosła legenda o szwagrze Brygidy. Jeżeli nie postulowano postawienia mu pomnika, to tylko dlatego, że tę funkcję spełniała Brygida, postać coraz bardziej zasługująca na szacunek wyspiarzy. W różnych okolicznościach, w kłopotliwych sytuacjach Romuald, urodzony na wyspie, stawał się ostatecznym autorytetem, cytowane przez Brygidę jego myśli stanowiły podstawę zasad moralnych, polityczną wykładnię. Częste powoływanie się na jego rzekome opinie spowodowało, że niektórzy zaczęli go uważać za wielkiego patriotę odkrytego przez Brygidę, za polityka, reformatora ustroju. Brygidzie proponowano wstąpienie do różnych partii, stowarzyszeń, organizacji. W każdej byłaby witana z entuzjazmem, na stojąco, z okrzykami uwielbienia. Przyjęła deklarację ze związku kombatantów, wypełniła ankietę prawie zgodnie z faktami i została członkinią, co natychmiast znalazło odbicie w jej publicznych wystąpieniach. Przemawiała już nie tylko jako szwagierka stoczniowca - ofiary upadającego rządu - jej przeszłość, skoro należała do kombatantów, również zasługiwała na szacunek. Zaimek m y rozciągał panowanie Brygidy nad przestrzeniami czystymi, przezroczystymi, w których mogłyby stanąć szklane domy z marzeń Stefana Żeromskiego. Wkrótce stanowisko Brygidy zaczęło się kojarzyć przede wszystkim z wiecami, zebraniami. Im więcej przebywała wśród tłumu, tym mniej miała ludzi życzliwych, nawet Anna Rostalska unikała jej teraz. Prometeizm - zapisała Brygida w swym pamiętniku - nigdy nie był zjawiskiem powszechnym, rodził się w bolesnej samotności. Ten epitet zapisywała i skreślała, potem znów powracała do niego, tworząc na stronie osobliwą piramidkę przekonań i wątpliwości. Zwyciężyło umiłowanie określeń niezwykłych. Ale nie w snach odzierających ze złudy życia wśród ludzi mających swoją pamięć, nie kryjących się z nią. Sen skazywał ją na okrutną samotność i milczenie. Kiedy się budziła, nie wiedziała, co ją bardziej przerażało - samotność czy konieczność milczenia. Przed jednym i drugim uciekała do ludzi ze słowami niemającymi większego związku z tym, co padało z mównic. Słuchali i dziwili się - jeszcze bardziej nieufni, ostrożni. Nie mogę ich porwać do czynu - skarżyła się na kartach pamiętnika. - Gdybym umiała skrzyżować ideę z rzeczywistością, jak Wacław Sędziński gołębia z mewą, przynajmniej jednego byłabym pewna - rozbudziłabym ich wyobraźnię. Są tacy nieufni do wszystkiego, co mówię. Nie podejmują ze mną dyskusji, po prostu odrzucają moje sugestie.

Pewnego popołudnia spacerując, dotarła do zrujnowanej willi biblioteki, z której Władysław wydobywał pamiątki z przeszłości. Skoro znalazła się tu cząstka historii, choćby najbardziej przypadkowo, dlaczego to miejsce nie ma stać się historią, choćby nieco naciągniętą. Czyż właśnie nie tak powstają mity służące istocie ludzkiej? - zastanawiała się, pochylona nad kartami swego pamiętnika. I tak zrodziła się idea, która miała zaktywizować wyspiarzy. Na naszych oczach popada w ruinę cząstka historii, ratujmy dziedzictwo narodowe! - przekonywała. Jeszcze nie miała odwagi mówić o konieczności pamiętania o księciu Ludwiku, który w potrzebie zawiódł kraj ojczysty Marii Anny. Wolała opowiadać o Marii Annie, o jej patriotyzmie. Następnego dnia padły jej słowa przygany z powodu odcinania się od korzeni, zapominania o chwalebnej przeszłości. Na ogół wiedziano o historycznych zainteresowaniach Brygidy, lecz mało kto mógł przypuszczać, że udowodni, iż księżna Maria Anna Wirtemberska to nie tylko wzór kobiety-patriotki, ale także korzenie współczesnego patriotyzmu. Ze wstydem spoglądano w stronę ruiny, od tej chwili zwanej pałacykiem Marii Anny i wahano się, co z nim zrobić. Opinie były podzielone, rozstrzygnięcie sporu leżało w rękach Brygidy. Planom odbudowy nadano imponujące rozmiary. Projektant i społeczni konsultanci zakładali, że powinno to być c o ś, z czego można być dumnym. Wokół tego wieloznacznego zaimka rozpętała się burza. Skoro już inwestuje się społeczne pieniądze w jakieś przedsięwzięcie, niech społeczeństwo ma z tego jakiś pożytek. Nauczyciele chcieli z pałacyku zrobić dom nauczyciela, działacze kultury -ośrodek kultury, oczywiście p r ę ż n y, członkom stronnictw politycznych był potrzebny ośrodek szkolenia, służbie zdrowia - szpital, młode matki głosowały za przedszkolem, kombatanci za domem spokojnej starości, dyrekcja lasów państwowych rozwój i efekty ekonomiczne uzależniała od posiadania nowego obiektu administracyjno-szkoleniowego. Po latach dewastacji willi okazało się, że jest wielu chętnych do jej użytkowania po odbudowie. Zdaje się - pisała Brygida w pamiętniku - że prędzej Sędzińskiemu uda się skrzyżować wielbłąda ze słoniem, niż mnie pogodzić ludzi w sprawie współtworzenia obiektu mitu. Bezsilna wobec wielkich potrzeb i małych możliwości zaspokajania ich, pozostawiła tę sprawę swemu naturalnemu biegowi, sama zaś zajęła się zbieraniem pamiątek z epoki księżnej. W gorących apelach do wyspiarzy prosiła o znoszenie wszystkiego, co mogłoby wzbogacić przyszły obiekt. Zwróciła na siebie uwagę władz wojewódzkich. - Pani marnuje na prowincji talent, rozprasza go na drobne sprawy - komplementował ją Franciszek Rybarczyk. - W tym miasteczku osiągnęła pani swój cel, to znaczy zbyt wiele, by jeszcze mogła na coś więcej liczyć. Ma pani odznaczenia, medale, w tym najważniejszy - Komisji Edukacji Narodowej, no i popularność graniczącą z niechęcią. Pora uciekać z wyspy, bo tacy ludzie jak pani drażnią, zbyt często rzucają się w oczy na małej przestrzeni i choćby dlatego trzeba iść dalej, myśleć o awansie w większym mieście. W województwie ważniejsze problemy czekają na rozwiązanie. A tych, co mają odwagę krytycznie oceniać rzeczywistość, proponować nowe rozwiązanie - tak mało. - Cieszyły ją te opinie, ale daleka była od pochopnych decyzji. Żyła samotnie, ale dobrze jej było na wyspie. - Boisz się nowych wezwań, ludzi - zarzucał jej Wacław Sędziński. - Jedź tam, możesz wiele zrobić dla takich maluczkich jak ja. Nieraz jedno słówko wystarczy. Pomóż mi uzyskać większy dostęp do starych fortów. Dokonam czegoś więcej od krzyżówki krów z krainy Pinzgau. Mam pomysł. Moje krowy nie tylko będą wysokomleczne, z wielką wagą, ale inne od wszystkich czworonożnych bydląt. Wyobraź sobie, że gdy inne krowy w oborach wydzielają około trzystu litrów metanu, moje już tylko dwieście. Ale i tego za dużo dla urzędników. Dla dalszych eksperymentów potrzebuję więcej miejsca. Było jej przykro, że nawet on wyobraża sobie dalsze życie na wyspie bez niej, myśli tylko o swych eksperymentach, egoista! I nie pomogła mu.

Może wszystkim na złość pozostawała na wyspie?

- Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy - wymamrotała nabożnie staruszka wsparta o kije Nordic Walking i wiarę w Boską sprawiedliwość. - A jak nie On się zechce nami zająć, uczynią to kosmici.

Pod ławką zbierała się coraz większa kałuża, do której ciągnęły szeregiem mrówki rudnice, podskakiwały do niej wróble.

- Nikt jej tu nie chciał, więc stało się, co miało się stać - mówiła dalej kobieta coraz bardziej pochylona ze swym zmęczeniem i nienawiścią.

Z ulicy Jana z Kolna, prowadzącej w stronę fortów, gdzie na działce pod murami prowadził naukowe doświadczenia Wacław Sędziński, wyszedł sprężystym, wojskowym krokiem niestrudzony od wielu lat eksperymentator, mężczyzna trzymający się prosto, z głową przesadnie niesioną sztywno, z wysuniętą przed siebie białą laską. Podszedł do skupionych przy ławce. Nie musiał zaglądać pod rozłożone czasopismo, tylko spojrzał na leżące zwłoki, już wiedział: Brygida, nikt inny, jego przyjaciółka.

Postukał laską.

- Ktoś zna okoliczności śmierci? - spytał krótko.

Odpowiedzią było milczenie wszystkich.

- Policja powiadomiona? - indagował dalej.

Cumownicy twierdząco skinęli głowami.

- Sądzę, że najlepiej byłoby powierzyć sprawę tym z sekcji kryminalnej wojewódzkiej komendy - rzekł Sędziński. - Nie wiem tylko czy jest możliwe pominięcie pewnych procedur.

- Dlaczego, psiakość? - spytał Adam Wojnar, pierwszy cumowniczy. - Jestem sakramencko ciekawy.

- W takich sprawach nasi nie mają doświadczeń. Sekcja kryminalna ma wakaty. Ci, co są, przeprowadzą kilka wywiadów, spiszą protokół i na tym poprzestaną. I koniec dochodzenia.

- Tej ewentualności nie można wykluczyć - wtrącił się chief Cezary Raczek, sięgając do kieszonki koszuli po gumę do żucia.

- Nie w przypadku Brygidy Nowik.

- A to dlaczego?

- Była na wyspie kimś. I za dużo miała wrogów.

- A pan należał do wrogów czy jej przyjaciół? - Uśmiechnął się ironicznie chief.

Sędziński wolałby nie usłyszeć tego pytania. Czy o n a była jego przyjaciółką? Kilka dni temu koło Muszli Koncertowej odbywała się impreza. Brygidę wywołano na scenę, przedstawiono turystom, wczasowiczom, wyspiarzom. Jeszcze nie zdążyła postawić nogi na pierwszym stopniu schodów prowadzących na scenę, gdy on, Wacław Sędziński, już był przy niej, wsparł ją, pomógł utrzymać się na rozchwierutanych deskach. Cieszył się z oklasków, jakimi ją witano, a potem, powtarzał: - Jesteś kimś, Brygidko, naprawdę jesteś kimś! Zaproponował przyniesienie kawy. Roześmiała się. Wypije z nim w kawiarni. - Robisz dobrą robotę. Dzięki tobie ludzie chcą działać. Potrafisz ich mobilizować. Teraz cała Polska wie o księżnej Marii Annie. A ona popijała małymi łyczkami mocną, czarną kawę, której nie słodziła, bo cukier to puste kalorie, a ona musi dbać o sylwetkę. - Oczywiście! - zgodził się z nią natychmiast. - Wyobrażam sobie, ile kaw i herbat wypijasz dziennie. Każde stanowisko ma swoje plusy i minusy. Śmiała się. Przecież nie zajmuje żadnego stanowiska! Przymrużył oczy. - Wszystko zależy od perspektyw, jakie ma człowiek. - Zapewniła, że nie piastuje żadnego stanowiska, nie ma wpływu na nic. Nie wierzył jej, mrużył oczy i chytrze się uśmiechał. - Chcesz powiedzieć, że moją sprawą, moimi eksperymentami nie potrafisz nikogo zainteresować? - spytał bezceremonialnie i bez cienia żalu. - "A czy ja mam o to do ciebie pretensję? Rozumiem, że każda rzecz wymaga swego miejsca, czasu. Poczekam. Tak jak i moje eksperymenty, jak pałacyk Marii Anny". Powiedziała wówczas, by na nic nie czekał. Ona mu w niczym nie pomoże. Jeszcze bardziej zmrużył oczy i powiedział, że wie, jakiego zachodu wymaga każda sprawa na wyższym szczeblu, jak trzeba koło niej chodzić, tu się uśmiechnąć, tam zaprosić na kawę czy wódeczkę, zaproponować kilkudniowy wypoczynek nad morzem. Ludzie mogą mieć brzuchy pełne, a podsuniesz im pod usta smaczny kąsek - nie odmówią. - Pomożesz? - spytał. Uśmiechała się i przecząco kręciła głową - nie, nie, nie. Kategorycznie nie! Niech na nią nie liczy! Absolutnie.

- Była bardzo samotna - stwierdził Wacław Sędziński. - A tak dużo chciała zrobić dla wielu ludzi. Może dlatego nie mogła mieć przyjaciół?

- A cóż takiego niby zamierzała dokonać? - zastanawiała się głośno staruszka. - Wszystko, co robiła, to z myślą o sobie, o swojej karierze.

- To bardzo niesprawiedliwa ocena - orzekł Wacław Sędziński. - Zasługuje na lepszą.

- Nikt na wyspie nie będzie jej bronił! - upierała się tamta.

Z uliczek, ulic, placów sączyli się promowi pasażerowie. Śpieszyli się. Ten i ów przystanął na chwilę przy ławce, popatrzył - topielica, trup przykryty czasopismem - i szedł dalej, na prom, pod trap prowadzący na pokład dla pasażerów. Rzadko kto spytał, kim jest denatka? A kto był ciekawski i usłyszał odpowiedź, pokiwał głową ni to ze współczuciem, ni to ze zdumieniem i przechodził dalej. Z metalicznym hałasem wjeżdżały samochody osobowe i dostawcze.

Do ławki podbiegła blisko sześćdziesięcioletnia kobieta z mocno przyprószonymi siwizną czarnymi włosami wysoko upiętymi w kok. Bez wahania podniosła czasopismo Młyny znad zwłok i natychmiast, najwidoczniej przerażona odkryciem potwierdzającym jej wcześniejsze przypuszczenia, je opuściła, zakrywając twarz Brygidy.

- Znała ją pani, psiamać? - spytał pierwszy cumowniczy.

- Taką jej pani przepowiedziała śmierć? - zagadnął ironicznie chief.

- Chodziła do wróżki, kurde? - dziwił się drugi cumowniczy.

- Cóż, była kobietą - mruknął chief.

- Urodziła synów, tyle z niej kobiecości. - Parsknęła staruszka coraz bardziej rozchwiana na kijkach. - Zapracowali na jej emeryturę, zapracowali.

Wróżka z ulicy Zbigniewa Herberta odsunęła się od ławki.

- Tak to musiało się skończyć, właśnie tak, a nie inaczej - mówiła, przeciągając samogłoski, jakby to oświadczenie zamierzała zmienić w elegię nad nieboszczką.

Od wielu lat przepowiadała Brygidzie przyszłość, a ona głęboko wierzyła w każde wypowiedziane słowo nad starymi, podniszczonymi kartami. Kiedy usłyszała, że jej szczęście przypłynie z lądu, ale sama musi je wypatrzeć, zaczęła chodzić na promową przystań i wyglądać tego, co jest dla niej przeznaczeniem. Mijały dni, tygodnie, miesiące, a ona nie mogła się doczekać spełnienia wróżby.

- Wybacz, kochana, wybacz. - Kobieta otarła z oczu łzy. - Nie tym to powinno się skończyć, nie tak, kochana, nie tak. Tyle goryczy było w tobie, ty potrafiłaś z nią iść przez życie, ale woda jej udźwignąć nie mogła. - Odwróciła się w stronę stojących, Przygryzła dolną wargę, długo się powstrzymywała przed otwarciem ust, w końcu jednak błysnęły w słońcu jej zęby, a w oczach zapłonęło gniewne oskarżenie. Padło jakieś jedno słowo, lecz nie dotarło do nikogo, zamarło w połowie drogi.

- Co, co ona powiedziała, psiajucha? - rozpytywał pierwszy cumowniczy.

- Chyba nie po polsku, kurde - miał wątpliwości drugi cumowniczy.

- Chciała pani coś jeszcze rzec? - zwrócił się chief z pytaniem do wróżki.

Kobieta, powiewając długą, szeroką spódnicą, odpłynęła na prom.

Z prawego brzegu Świny dobiegł odgłos syreny policyjnego wozu, zamrugały światła uprzywilejowanego samochodu w akcji. Chief pierwszy zszedł z kei, zaraz po nim, wystukując równomierny rytm grotami kijków, oddaliła się wiewiórko-podobna. Opuścił denatkę eksperymentator, poszli też w stronę lin leżących na polerach cumownicy.

Rozległy się dzwonki sygnalizujące odbijanie promu z przystani.

Na środku rzeki minął się z drugim promem zmierzającym do nadbrzeża Władysława IV, do betonowego koryta.

Z centrum miasta pędziła z wyjącą syreną karetka pogotowia.

Na niebie pojawiły się delikatne włókna cirrusów, napływające na krążek słońca.

Cumownicy stali na brzegu, czekając na zakończenie manewrów dobijania promu, obłożyli polery cumami. Na sygnale zjechał z promu policyjny samochód i zatrzymał się przy ławce z denatką. Wysiadło dwóch policjantów, podeszli do ławki, zajrzeli pod czasopismo Młyny leżące na głowie topielicy. Jeden z nich wyciągnął gruby notes, drugi sięgnął po telefoniczny aparat. Cały czas bezradnie, niespokojnie rozglądali się wokoło w poszukiwaniu punktu zaczepu do rozpoczęcia spisywania protokółu.

Z promu zjeżdżały samochody, przepływał tłum turystów, wczasowiczów, wyspiarzy.

Mało kto miał czas, by stanąć przy wydobytych ze Świny zwłokach topielicy.

Tylko policjanci nigdzie się nie śpieszyli.

- Przejdź się po pączki - starszy rangą dał polecenie drugiemu.

Chwilę potem, jak w amerykańskim filmie kryminalnym, policjanci zajadali się cukierniczym wyrobem; do spadających z ust na chodnik okruszków lukru podbiegały wróble, z drobnym łupem siadały na ławce obok zwłok Jej Wysokości.

*

 

Samochód - napędzany ekologicznymi jednostkami wysokoprężnymi z filtrami stałych cząstek - mknął drogą szybkiego ruchu z północy na południe, mijał kolejne pola golfowe, parkingi, restauracje, hotele, wieże stacji przekaźnikowych sieci telefonii komórkowych, telewizji i znów pola golfowe, parkingi, restauracje, hotele. Od czasu do czasu zza morenowych wzgórz bieliły się wiatrowe elektrownie, których skrzydła równomiernie, monotonnie mełły powietrze między ziemią a nisko wiszącymi chmurami.

Na drodze S3 ruch o tej porze dnia był niewielki, większość samochodów już zmierzała do wybranych celów, kierowcy parkowali. Władysław Nowik jechał zatem spokojnie, nie denerwując się obecnością piratów, narkomanów, mijał słupki radarowe, a nawet stojące na poboczu patrole policyjne; funkcjonariusze pełniący służbę brali udział we włoskim strajku, byli obecni w pracy, ale nie podejmowali czynności służbowych, protestując w ten sposób przeciwko rządowi nieprzewidującemu podwyżek pensji w opracowywanym na przyszły rok budżecie. Mógł więc prowadzić z żoną rozmowę, ale nie miał ochoty. Wydawało się mu, że powiedzieli sobie już wszystko. Gloria na początku podróży bawiła się elektrycznie regulowanymi fotelami, cieszyła oczy skórzaną tapicerką, komputerem pokładowym, radiotelefonem, bezprzewodowym Internetem, włączyła radio, lecz kiedy zaczęły się hałaśliwe reklamy, natychmiast je wyłączyła. Nie cierpiała reklam, coraz częściej stwierdzała, że powstają w agencjach, gdzie jest powszechne przekonaniu o zidioceniu konsumentów wiecznie głodnych, chodzących prawie nago, mieszkających byle jak i byle gdzie i niezdolnych do samodzielnego zaspokajania swoich potrzeb.

- Po co ci tyle różnych gadżetów w samochodzie? - zagadnęła, omiatając gestem ręki wnętrze. - Przecież i tak z tego nie korzystasz. Kiedy byłeś w dłuższej podróży?

- Takie są normy wyposażenia - tłumaczył żonie, którą podejrzewał, że chętnie na ten temat napisałaby artykuł-donos o pieniądzach podatników wydawanych na życie urzędników w luksusie. - Żebyś widziała wozy tych z centrali! Miliony euro na autostradzie. Cóż, władza musi się dobrze prezentować. Czy król chodził w zwykłych portkach i marynarce? A prałaci, biskupi, kardynałowie, papież? Kilogramy bogactwa dźwigają i każdy z tym nie tylko godzi się, ale jeszcze podziwia za ową inność.

Gloria ponownie łączyła się z Brygidą. Tym razem już tylko po to, by sprawdzić, co się z nią dzieje? Bezskutecznie. Szukała też kontaktu z bratem. Też daremnie.

 

*

 

W tym właśnie czasie Cezary Pawlik poczuł na ramieniu czyjąś dłoń, położoną delikatnie, ostrożnie, by go nie przerazić nieoczekiwaną obecnością kogoś za plecami. Przynajmniej kilka razy An tak się zachowywała na początku małżeństwa, gdy z synkiem na ręce podchodziła do niego wbitego w fotel przed ekranem. Ale nawet nie musiała sygnalizować swej obecności dotykiem, on rozpoznawał ją po zapachu. An wtedy, a więc dawno, dawno temu odurzała wonią jaśminu. Później straciła wszelki zapach, była już tylko bezwonnym ciałem, marudzeniem, krzykiem rozpaczy. Ta dłoń na ramieniu Cezarego pachniała. Czym? Ubogą miał w tym zakresie wiedzę, bo Internet wciąż był bezradny wobec zapachów, nie przekazywał żadnego. To miła woń, do zaakceptowania. Mogłaby wypełnić całe pomieszczenie, nie miałby nic przeciwko temu.

Chciał położyć drżącą dłoń na tamtej. Bez skutku. Pragnął nieco odwrócić głowę, tak ją skręcić w lewo lub w prawo, by zobaczyć kolejnego intruza w pokoju, tym razem pojawiającego się nie na ekranie laptopa, a za jego plecami. Ten ktoś odgadł jego pragnienia, bo pomógł wstać, obrócić się w lewo. Dopiero teraz mógł stwierdzić, kto go odwiedził - dziewczyna w granatowej spódnicy w formie trapezu, w żakieciku w takim samym kolorze, w białej koszuli i krawatce, o miłej, uśmiechającej się twarzyczce. Podejrzewał, że taki ubiór obowiązuje pracownice jednego ze skrzydeł IDoLa.

- Mam nadzieję, że nie zjawiłam się za późno, że udało mi się uprzedzić tego kogoś, kto od dłuższego czasu stara się ciebie skaperować. Jesteś dla nas zbyt cennym pracownikiem, byśmy łatwo pogodzili się z twoim odejściem... - przekonywał go łagodny, śpiewny głosik wydobywany z ptasiego gardziołka. - Nie oddamy cię nikomu! - Głos zadrżał stanowczym tonem: - Nikomu! Nikomu! Jesteś za dobry, byśmy mogli cię stracić.

Mężczyzna przyglądał się dziewczynie. Nie wyglądała na sięgającą po wsparcie botoksu. Jej zapach budził w nim uśpione dotąd zmysły. Chciał o niej wiedzieć więcej, niż widział i czuł. Zaczął nieśmiało:

- Jak ci na imię?

Jego ciekawość zaskoczyła ją. Jej błękitne oczy spojrzały w jego.

- W Firmie mówią na mnie Ad.

- To nie jest imię!

- Oczywiście, że nie, ale wystarczy dla pytającego o mnie.

- Kiedy wracasz do domu, z twoim powrotem przestajesz już być tylko tą, co w Firmie, odzyskujesz swe imię - przekonywał Mądrala.

Jej oczy nie kryły zdumienia.

- Nigdy w ten sposób nie myślałam o sobie.

- Może zatem nadszedł ten czas? - stwierdzał mężczyzna z obrazem rykowiska w pamięci.

Nie rozumiała go. Albo grała taką. Do twarzy jej było z tą niewiedzą.

- Wiem, że jesteś dobrym szachistą. Proszę cię jednak, byś mnie oszczędził i nie próbował zaszachować, zamatować. Jestem w pracy, płacą mi za to i dlatego pragnę z zadania nałożonego na mnie wywiązać się jak najlepiej. - Zamknęła laptopa i wzięła pod pachę. - Ten jest zawirusowany. Czeka na ciebie nowy, doskonalszy. Całe mieszkanie jest podejrzane, niebezpieczne dla ciebie, dla Firmy. Zabieram laptopa i ciebie. Przed domem czeka samochód, zawiozę cię w bezpieczne miejsce, z którego pojedziesz na urlop.

- Dokąd?

- Nad ciepłe morze, nad bardzo ciepłe.

- Seszele?

- Morze?

- Sam mam jechać?

Uśmiechnęła się.

- Chcesz z sobą zabrać kogoś?

Cezary Pawlik bacznie przyjrzał się dziewczynie. Odnajdował w niej coś intrygującego, godnego odkrywania. Miała piękne, gęste i chyba naturalne włosy. Chętnie poznałby na jej ciele jakieś znaki szczególne, godne pamięci, coś w rodzaju znamienia wielkości bałtyckiej muszelki.

- Może ktoś jeszcze w Firmie ma prawo do urlopu i chciałby pobyć nad ciepłym morzem? - spytał tonem, w którym kryła się składana dziewczynie propozycja.

Prowadziła go w stronę wyjścia.

- Jesteś taki słaby - stwierdziła ze smutkiem. - Nic dziwnego, że powinien pojechać z tobą ktoś, kto zapewni ci opiekę.

- Właśnie to miałem na myśli, pytając, czy jadę sam.

- Osoba towarzysząca ci musi być spolegliwa, która miałaby oko na skarbnicę wiedzy o naszej Firmie - mówiła dziewczyna przed drzwiami samochodu. - Morale w Firmie jest uzależnione od stopnia spójności z zespołem. Możesz je podnieść.

- Ja i ktoś jeszcze, człowiek o najwyższym stopniu zaufania. - Uśmiechnął się znacząco do dziewczyny.

- To uczciwe z twojej strony tak patrzeć na nową sytuację, jaka powstała.

- Staram się być lojalny wobec Firmy, z którą jestem związany od tylu lat.

- Przedstawię twoją propozycję Zarządowi. Tak się składa, że mam niewykorzystany urlop. Mogłabym ci więc towarzyszyć nad ciepłe morze.

Kiedy zajęli miejsce na tylnym siedzeniu w samochodzie, objął dziewczynę ramieniem. - A zatem jak ci na imię?

Przytuliła się do niego.

- Na odpowiedzi na niektóre pytania musi być odpowiedni czas i właściwe miejsce.

Chętnie się z nią zgodził. Zamknął oczy, natychmiast zapadając w drzemkę, śniąc o pięknym dla siebie czasie.

 

*

 

Kiedy Nowikowie przejechali przez Regalicę i Odrę, z bulwaru biegnącego pod bryłą zrekonstruowanego renesansowego zamku, skręcili na most prowadzący na wyspę Grodzką. To na niej stanęły gmachy Zachodniego Centrum IDoLa. Legitymując się identyfikatorem, Władysław Nowik przebył trzy bramki i stanął na placu. Parkingowy w niebieskim garniturze, ze złotym napisem na plecach IDoL, otworzył drzwi od strony pasażerki i wysunął przed nią otwartą dłoń. Głoria położyła na niej pięć euro. Wtedy mężczyzna podszedł do drzwi od strony kierowcy, powtórzył czynność i gest dłoni. Otrzymał kolejne pięć euro.

- Dziś ruch mały - zauważył Nowik, ustępując parkingowemu miejsca przy kierownicy.

- Ano, jak tak będzie do końca miesiąca, to niewiele do pensyjki dorobię - stwierdził tamten, nie kryjąc irytacji członka Społeczeństwa Niezadowolonego. - A nasze białe kołnierzyki ze wszystkich pięter Centrum nie tylko podniosły sobie wynagrodzenie, ale jeszcze Rada Nadzorcza przyznała im gigantyczne premie. W perspektywie mają jeszcze atrakcyjne kurso-wycieczki do hoteli z pięcioma gwiazdkami. Za co, pytam? A oni: zgodnie z prawem. Z prawem? A kto je ustanowił? I dla kogo? To znaczy: komu ma służyć? O, nie o to walczyliśmy, życie ryzykując, krew przelewając. Nie, nie! Pomniki nam nie wystarczą. Modlitwy do św. Jana Pawła II nie pomagają, cudu nie ma! Pielgrzymowanie do sanktuarium Najświętszej Maryi Panny w Licheniu też nic nie daje.

Nowik spojrzał w stronę obserwującej go kamery.

- Nie boi się pan stracić pracy?

- Zasiłek dla bezrobotnych jest niewiele mniejszy od moich poborów. Takie prawo ustanowili pod naszym naciskiem! - Zachichotał. - Mamy w tych niepewnych czasach sukinkotów w garści, co?

- Może doczeka się pan awansu?

- Nie mam szans. W genach otrzymałem nie najlepszy przekaz: zainteresowania dalekie od techniki, jeszcze dalsze od polityki. A dziś wiadomo, co jest siłą napędową w społeczeństwie: inżynieria i polityka. Nie masz tych zdolności, no to na margines życia społecznego i gospodarczego.

W recepcji wyłożonej marmurowymi płytami, ze stolikami pośród głębokich klubowych foteli, Nowik poprosił o połączenie z gabinetem dyrektora Dokumentacji Nagrań, ze swoim odpowiednikiem na szczeblu wyższym, z bezpośrednim przełożonym. Niestety, nie ma go, poszedł na sądową rozprawę.

- Dyrektor najczęściej przebywa w sądzie - usprawiedliwiała go dziewczyna w śnieżnej bluzce z długimi rękawami. - Tylu obywateli pragnie coś komuś udowodnić, albo że jest uczciwym człowiekiem, albo że był oszukiwany przez niemoralnych urzędników. - Po chwili dorzuciła jeszcze usprawiedliwienie nieobecności swego szefa: - Dziś rozprawa jest szczególnie ważna. Po ośmiu latach prawdopodobnie w końcu zapadnie wyrok.

- W jakiej sprawie? - zainteresowała się Gloria.

- Osiem lat temu urzędnika szczebla powiatowego oskarżono o molestowanie pracownicy. Jest duża szansa, że ten schorowany siedemdziesięciolatek wreszcie się przyzna i pogodzi ze skazującym go wyrokiem.

- No to zapowiada się dzień zwycięstwa sądu - mruknęła Gloria niekryjąca ironii.

- I satysfakcji poszkodowanej - dorzucił podobnym tonem mąż.

Dziewczyna westchnęła.

- Poszkodowana nie żyje od trzech lat.

- Ale sprawiedliwości stanie się zadość - kpiła Gloria.

- Kiedy człowiek nie jest pewien jutra, to nie zastanawia się nad tym, czym jest sprawiedliwość - stwierdziła dziewczyna.

Mężczyzna z żalem spojrzał na żonę.

- Niepotrzebnie przyjechaliśmy. Dyrektor bierze udział w tak ważnym posiedzeniu sądu! To strata czasu. Nie załatwimy niczego. Spróbujmy sami dotrzeć do syna w areszcie.

Gloria była uparta.

- Przecież nie o to tylko chodzi. Staniemy przed nim i co mu powiemy? - Wzruszyła lekko ramionami. Tylko jednego dyrektora znasz? Spróbuj z kimś innym - poradziła. - Mało ich w tym gmaszysku? A wszyscy ważni!

Poprosił recepcjonistkę o skontaktowanie z zastępcą dyrektora. Po chwili usłyszał, jak odczytuje z wizytówki jego nazwisko, funkcję i nazwę miasta, z którego przyjechał.

- Macie państwo szczęście, za trzydzieści minut zostaniecie przyjęci. Proponuję odwiedzić kawiarnię i poczekać, ciesząc oczy panoramą na port, wyspę, miasto. I polecam bardzo smaczne ciasteczka, jakie otrzymaliśmy prosto z brukselskiej cukierni. Prawdopodobnie nasi deputowani zajadają się nimi i wciąż brakuje im słów zachwytu dla tamtejszego wyrobu.

Widok z okien kawiarni był rozległy. Przy większości nabrzeży cumowały jednostki swego czasu pływające - rzeczne i morskie - przewożące towary z różnych portów świata. Teraz po trapach wspinały się na nie szkolne wycieczki witane przez bileterów w marynarskich mundurach kapitanów, chiefów, absolwentów najpopularniejszych wyższych uczelni turystyki i rekreacji. Stały też okręty sprzed stuleci, a na nich załogi w historycznych uniformach czekały na turystów wysiadających z klimatyzowanych autokarów parkujących na kejach.

Z dźwigów na nabrzeżach tylko z kilku opadały łańcuchy w czeluści luków ładunkowych, więcej tkwiło w nieruchawej bezużyteczności jak zmagazynowane teatralne dekoracje po sztuce zdjętej z afisza.

Sporą część terenów poza miastem zajmowały cmentarze. Jeden z nich, przy ul. Ku Słońcu, był już z końcem XX wieku zamknięty dla pochówków, drugi - przy ul. Brodnickiej, z piecem krematoryjnym - otwarty przede wszystkim dla zmarłych w przeludnionej zachodniej części Europy. Uznawano tylko pochówki urnowe lub rozsypywanie prochów na Łące Pamięci, której wzór wykorzystano z hitlerowskiego obozu zagłady z czasów II wojny światowej w Auschwitz. Ulice były wyludnione, bo większość mieszkańców zatrudniała się przy ceremoniach pogrzebowych, w chórach, orkiestrach czy po prostu występowała w roli statystów podnoszących rangę żegnania zmarłego. Interesanci z południa Europy do zakresu usług pogrzebowych często wpisywali także głośne opłakiwanie, więc przy pochówku Greków, Serbów duża grupa mieszkańców otrzymywała stosowną zapłatę za wylane w pochodzie za trumną i nad mogiłą łzy, jęki żalu czy rozpaczy.

Na wielkim placu parkingowym opodal cmentarza, przed gigantyczną spalarnią śmieci, stały wyładowane odpadami ciężarówki z rejestracjami miast: Hamburg, Hanower, Berlin, Frankfurt.

Nad dawnym terenem stoczni, przed której bramą stały wysokie krzyże upamiętniające heroiczną walkę robotników o prawa dla siebie, panowała cisza, spokojnie szybowały mewy nie płoszone żadnym uderzeniem młotka, skrzypem dźwigu - obecnie dwudziestowiecznych eksponatów muzealnych z mosiężnymi tabliczkami z wygrawerowanymi informacjami: narzędzia ginących zawodów, i niżej na przykład - obcęgi, młotek. Wszędzie nad wodą ożywiali pejzaż wędkarze moczący wędziska niekoniecznie po to, aby złowić rybę, lecz by pod byle pretekstem powracać do miejsc bliskich sercu stoczniowców, dokerów, marynarzy.

Na lotnisku nad Jeziorem Dąbskim lądował kolejny transportowy samolot z kadłubem ozdobionym niezwykle starannie wymalowanymi gałązkami świerku. Przywiózł trumny, na odbiór których czekały cmentarne ekipy z firmy Orion, pracownicy w nienagannie czarnych garniturach i białych rękawiczkach, w olbrzymich czarnych kapeluszach oraz wielka orkiestra składająca się z byłych filharmoników, po zamknięciu tej kulturalnej, lecz zbyt kosztownej w utrzymaniu instytucji.

Podeszła kelnerka w śnieżnej bluzce i obcisłej granatowej spódniczce mini. Nowikowie zamówili ciasteczka z Brukseli i kawę.

- Zaraz podam - powiedziała dziewczyna.

- Poleca pani? - upewniała się Gloria.

- Właściwie nic innego teraz nie mamy. Poprzedni dostawca nie wytrzymał konkurencji i zbankrutował. Stara się o kredyt na otwarcie restauracji przy cmentarzu o wąskiej specjalności: stypy - informowała smutnym głosem dziewczyna.

- Jest pani dobrze zorientowana w sytuacji - pochwaliła ją Gloria, która nigdy nie szczędziła komplementów ludziom z branży usługowej, szczególnie w miejscach takich jak restauracje, kawiarnie. Była bowiem przekonana, że w ten sposób zyska sympatię obsługi, a ta zaoszczędzi jej takich przykrych niespodzianek, jak na przykład plucie do zupy czy kawy. Starała się zrozumieć, jakie są przyczyny owego antagonizmu w społeczeństwie, z którym można się spotkać na każdym kroku. Mimo wielu wysiłków nie zbliżyła się do prawdy, poprzestając na banalnych konstatacjach, że to konflikt klasowy.

- Mówię o moim ojcu.

- Przykro to słyszeć - współczuła kobieta. - Jak ci na imię?

- To ważne?

- Lubię wiedzieć, z kim rozmawiam.

Małgosia Sajkowska przedstawiła się i odeszła w stronę bufetu.

Cóż znaczy życiowa klęska jednego człowieka w świecie tak spokojnym, uporządkowanym jak ten? W świecie podobnym do pacynki bursztynu z zastygłym w niej życiem drobnej, niepozornej muszki? Gdyby ci zatrzymujący Eryka myśleli podobnie, to daliby mu spokój. Ale najprawdopodobniej oni inaczej widzą świat, młodego zbuntowanego w nim człowieka, człowieka jako zagrożenie tego ładu w martwej żywicy. Idiotyzm!

- Gdybyś inaczej Erykiem pokierował - westchnęła Gloria - to nie siedziałby teraz w areszcie wśród jakichś oprychów, ćpunów, wywrotowców.

Zawsze oceniała ludzi według swego kodeksu postępowania, zachowań. Dla niej człowieczeństwo sprowadzało się do spełniania przez jednostkę społecznych oczekiwań, a ściślej przez wybrańców ustalających w poselskich ławach, co jest dobre, potrzebne, a co nie. Po prostu do wykonywania obywatelskich obowiązków. On zawsze podważał taką ocenę. Ach, od jak dawna! Nie on wychowywał Eryka, a Gloria. Dbała o dobór kolegów, lektur, filmów. Sprawdzała wykonanie zadań domowych, poprawiała wypracowania. Na tym tle często dochodziło do poważnych sprzeczek. W którejś klasie szkoły podstawowej Eryk miał napisać wypracowanie na temat pojmowania człowieczeństwa. Władysław przypadkowo usłyszał odczytywaną z pasją pracę i natychmiast poznał wpływ Glorii. Syn w konwencji felietonu pisał, że jego dzień zaczyna się spotkaniem z rodzicami i świnką morską, a więc od oczekiwań od niego, jak i co ma zjeść, jak się ubrać, jak iść do szkoły, by dojść bezpiecznie. Świnka popiskiwaniem domagała się gałązki pietruszki. Spełniając te wszystkie oczekiwania, czuł się istotą ludzką gotową do potyczki z dalszymi wymogami stawianymi mu przez szkołę i różne okoliczności. I tak właśnie codziennie przestrzegając przyjętych społecznie zasad, realizując program zamówień, stawał się dojrzałym i odpowiedzialnym człowiekiem. Ple, ple, ple! Władysław się oburzył: - No, a oczekiwanie jednostki, jej nic się nie należy? Niechętnie ustępowała i pozwalała synowi dopisać, że nastolatek niewiele oczekuje: chce dobrze zjeść, mieć w telewizji atrakcyjne filmy. Ple, ple, ple.

- Kiedy dziś rozmawiał z tobą, to uskarżał się na coś? - spytał Władysław.

- Nie znasz go? Dla niego wszystko jest przygodą.

- To niezła postawa wobec życia.

- Wolałabym w tym momencie nie słyszeć podobnych zachwytów wyczynami syna.

Mężczyzna sposępniał.

- Kocham go takim, jakim jest i nieraz mam podejrzenia, że pragniesz go kochać za to, czym chcesz, by był.

- Jestem matką i nie wszystkie porażki potrafiłabym znieść spokojnie, nie winiąc siebie czy ciebie.

- Nie oszczędzaj mnie, wiem, że przede wszystkim do mnie masz żal, że poszedł nie tą drogą, jaką ty mu wskazywałaś.

Nie zaprzeczyła.

Kelnerka przyniosła ciastka i kawy.

- Ani ty, ani ja nie wiemy, jakimi drogami powinno iść jego pokolenie - powiedział, wbijając widelczyk w ciastko ukształtowane na wzór gmachu europejskiego parlamentu. Kawałeczek brukselskiego wypieku poddawał przez chwilę próbie i ocenie kubkom smakowym. - Nie wydaje mi się, by w czymkolwiek było lepsze od tych, jakie dotąd jadłem tu. - Rodził się w nim bunt, bunt ojca zatrzymanego w areszcie syna i bunt oszukanego konsumenta sprowadzanych brukselskich ciastek. Oba motywy wyrażania niezadowolenia były w tym samym stopniu istotne, ale ten ostatni przeważył, zadecydował o postawie zdesperowanego obywatela.

- Musisz o tym mówić? - Żona nie kryła irytacji.

- Myślałem, że będę miał powód do wyrażenia uznania za dokonanie kolejnego mądrego, lepszego dla wszystkich wyboru, a tymczasem nie, podano mi gniota z ideologicznym przybraniem. Nie akceptuję tego, nie trawię i nikt mnie nie zmusi do przełykania czegoś, co mi nie odpowiada.

- Jak na swój wiek i zajmowaną społeczną pozycję zachowujesz się nieodpowiedzialnie.

- Skąd to przekonanie? Może ktoś czeka na szczerą opinię o tych ciastkach?

- Uważaj, naiwny człowieku, bo ktoś złoży ci podziękowanie na urzędowym druczku.

Demonstracyjnie odsunął talerzyk z niedojedzonym ciastkiem.

- Co ty wyprawiasz! - zganiła go.

- Wyrażam sprzeciw. Nie będę jadł byle czego, nawet gdyby to sprowadzono z cukierni watykańskiej i nosiło nazwę świętego Jana Pawła II i było pobłogosławione przez jego następcę, Franciszka!

- Posuwasz się za daleko. Jesteś bardzo nieostrożny. Gorzej - nieodpowiedzialny!

- Moje kubki smakowe, mój żołądek! I będę bronił ich suwerenności.

- Nie bądź śmieszny. Wielkie słowa zostaw parlamentarzystom, konstytucjonalistom, dyplomatom - pouczała szeptem. - Jesteś maleńkim zjadaczem ciasteczka i tyle. Najwyżej możesz powiedzieć, że nie odpowiada twemu smakowi. - I jeszcze ciszej: - Nie zapomnij, po co przyjechaliśmy.

Odsuwali kubki po wypitej kawie, gdy kelnerka poinformowała o zaproszeniu przez zastępcę dyrektora.

- I co, nie smakowało? - spytała, spoglądając na talerzyk Nowika.

- Wcale. - Nie krył rozczarowania mężczyzna. - Zrobione według receptury dla dzieciaków z nadwagą!

- Zaniosłam takie samo ciastko ojcu. Nie zjadł więcej niż pan.

Mężczyzna wstał.

- Niech napisze o brukselskim wypieku opinię i złoży ją, gdzie trzeba. Może nie będzie musiał otwierać restauracji z przeznaczeniem na uroczystości pogrzebowe - poradził, regulując kartą bankową rachunek.

- Wierzy pan w sens takiej walki? - Powątpiewała kelnerka. - Mogę sobie tylko zaszkodzić.

- A o ojcu kto ma pamiętać? Przed panią wiele lat życia, a przed nim co? Już tylko poczucie

porażki, klęski?

Wstała też Gloria.

- Przestań, kochanie, buntować panią Małgosię. Co cię napadło? Wiesz, ile masz do emerytury? Pomożesz jej, jak znajdzie się na bruku? Pójdzie do agencji zatrudniającej na pogrzeby płaczki? Albo przyjmie wieloletnią opiekę nad jakimiś grobami? Źle jej tutaj?

- Dostanie zasiłek nie mniejszy od jej wynagrodzenia tutaj! - prychnął ze złością.

- Słyszałam, że mają zmieniać tablice Obiekt strzeżony ... Jest ich wiele, nawet na miejskich szaletach. Informacja ma uwzględniać niewidomych, a więc ma być wprowadzone pismo punktowe, alfabet Braille'a. Producent liczy na kolosalne zamówienia. Już szuka pracowników. Zgłosi się ojciec, to będzie miał pracę. Byle do emerytury.

Nowik opuszczając kawiarnię, ścisnął lekko, przelotnie ramię dziewczyny, dodając jej otuchy.

- Głowa do góry - szepnął konfidencjonalnie. - Pozdrowienia dla ojca, mistrza cukiernictwa, pani Małgosiu! Niech nie traci nadziei, może jeszcze za jego życia powrócimy do starych przepisów wypieku ciast!

Wielkość gabinetu zastępcy dyrektora świadczyła o randze stanowiska, umeblowanie o szacunku podatników do pełnionej funkcji. I o wysokim własnym mniemaniu. Od ostatniego pobytu Nowika u Grzegorza Kazberuka minęły zaledwie dwa tygodnie, a nie poznawał pomieszczenia. Zniknęły stylizowane meble z minionych epok - biurko cokołowe, stół z blatem zakończonym półokrągło, krzesła, fotele, a nawet zegar w obudowie z drewna mahoniowego. Wyposażenie uległo takim zmianom, jakby odszedł poprzedni użytkownik, a nowy miał inny gust, odmienny stosunek do przedmiotów, otoczenia. Mahoń zastąpiono kolorowym metalem, szkłem, ciężkie meble lekkimi, o przezroczystych konstrukcjach przypominających ważki zatrzymane w locie.

Nowik nie potrafił ukrywać zaskoczenia i zdumienia; jednego był pewien: w Centrali zachodzą j a k i e ś zmiany, o których nie ma jeszcze żadnych oficjalnych informacji. Może sobie wyobrazić, co się dzieje w Stołecznej Centrali! Tam decyzje zapadają z wyprzedzeniem kilku miesięcy, niestety przekazywane są niżej dość opieszale, by coś na tym ugrać, kogoś z przydatnych w trakcie transformacji nie skrzywdzić. Gdyby Nowik nie zjawił się tu nieoczekiwanie, to na wiadomość o zachodzących zmianach musiałby jeszcze jakiś czas poczekać. Nie za długo, skoro Grzegorz Kazberuk - dwa lata po przeszczepie serca - przyjął go w swoim gabinecie i nie zamierza przed nim ukrywać, co się aktualnie święci przy biurkach w IDoLach. Nigdy nie krył sympatii do Nowika. Gdyby nie wyraźny stopień służbowej zależności, mógłby go uważać za przyjaciela. W tych instytucjach takie pojęcia nie istnieją. Ich drogi nieraz się krzyżowały i stale okazywało się, że myślą podobnie, dążą do tego samego. Nawet na najbardziej wzburzonych falach wydarzeń potrafili się utrzymywać, nie szli na dno, nie tonęli, lecz dopływali do spokojnych przystani. Zawsze znajdowali dla siebie zajęcie nie tyle wymagające specjalnych kwalifikacji, ile zdecydowanego działania w takim stopniu i zakresie, w jakim tego od nich oczekiwano. Najbardziej zbliżyli się podczas wizyt Grzegorza Kazberuka w IDoLu na wyspie. Autor pracy magisterskiej Etyczne paradygmaty IDoLi lubił dobre, markowe alkohole i rozrywki godne wybrańców losu. W pewnym sensie mieli na siebie haki, kwity, ale żaden z nich nie zamierzał po nie sięgnąć. Po co? Co by osiągnęli? Zajmowane stanowiska zadowalały ambicje jednego i drugiego, a walka dla samej walki była poniżej ich godności. Kazberuk nawet po obronie pracy doktorskiej Dysjunkcje misji IDoLi sprzed wielkiej reformy pozostał taki sam. Nie rozumieli tych, którzy kopali pod innymi dołki tylko z potrzeby samego kopania, co podrzucali świnie jedynie dlatego, że sprawiało to im przyjemność. Oni byli ponad takimi, należeli do lepszej grupy w społeczeństwie.

Gospodarz gabinetu wyszedł zza mebla spełniającego funkcję biurka, choć wcale nim nie był, a stanowił najnowocześniejszy wymysł projektanta wnętrz, może mało praktyczny, za to na pewno nie mający sobie równych w dotychczasowym wyposażeniu instytucji. Grzegorz Kazberuk był rówieśnikiem Nowika, ale starzał się od niego szybciej, siwiał od czoła i dlatego włosy czesał do przodu, co wyglądało dość niepoważnie, jakby zamierzał się chwalić resztką owłosienia głowy, ale wciąż z jakichś powodów odsuwał termin przeszczepu włosów. Był średniego wzrostu, korpulentny, z okrągłą twarzą z głęboko osadzonymi ciemnymi oczyma pod krzaczastymi brwiami. Dumnie nosił piwny brzuszek. Wyciągnięta na powitanie dłoń miała pulchność niedopieczonego, zakalcowatego ciasta, serdelkowate palce kończyły nadzwyczaj zadbane, równo, krótko obcięte paznokcie, dokładnie tak jak przewidywała to norma brukselska.

Uśmiechał się serdecznie, z miejsca wzbudzając zaufanie.

- Przepraszam, kochani, że musieliście czekać. Miałem gościa - usprawiedliwiał się, całując równocześnie dłoń Glorii. - Jak zwykle tobie nic dodać, niczego odjąć. Chodząca doskonałość - komplementował kobietę. - Ozdobo wyspy.

Gloria poczuła się nieco zakłopotana.

- Ach, potrafisz bałamucić słówkami.

- Nie taki miałem cel, nie taki, kochana! - wykrzykiwał niezwykle rozbawiony Kazberuk z niepohamowanym upodobaniem do nadużywania słów "kochany", "drogi", "kochani". - Zasługujesz na adorację. - Wysoki rangą urzędnik IDoLa przyznał się Nowikowi, że stara się wzbogacić ubogie słownictwo, zatem sięga do słowników i przyswaja sobie wyrazy mniej używane; niestety zawodowe obowiązki nie pozwalają mu na poświęcanie tej inicjatywie zbyt wiele czasu, więc wciąż jest przy wyrazach zaczynających się od litery "a". - Ach, pozwól się admirować w obecności męża.

Wziął potem kordialnie w ramiona Nowika.

- Jestem rad, że cię widzę. Bardzo, mój drogi - rzekł, a w jego głosie była wielka serdeczność, radość ze spotkania.

Kiedy wypuścił gościa z ramion, ten spytał:

- Jak tam twoje serduszko?

- Zegarmistrzowskie cacko! - Śmiał się gospodarz. - Chodzi bez zakłóceń.

Nowik spostrzegł, że w gabinecie, w którym przecież nieraz bywał, zmieniło się umeblowanie. Uwaga pośrednio zmierzała do podjęcia ważniejszego tematu sprawy, z jaką przyjechali do Centrali.

- Nie da się ukryć, co? - Śmiał się Kazberuk, a jego mięsiste usta długo drżały w lekkim rozchyleniu, aż obeschły ze śliny, więc końcem języka zwilżył je. - A ty zachowujesz się, jakbyś wyczuł pismo nosem. Masz węch, mój drogi! O, pozazdrościć tego zmysłu! - wykrzykiwał słowa podziwu.

Nowik zawiesił na nim pytające spojrzenie.

- Przestaniesz mówić zagadkami? Niby co miałbym wyczuwać? - spytał chłodno.

Gospodarz poprosił gości do stolika, sprowadził dziewczynę z sekretariatu w białej bluzeczce, w granatowej spódniczce i spytał, na co Nowikowie mają ochotę: na kawę, herbatę, soki, ciasteczka? Zamówili schłodzoną niegazowaną wodę z alpejskich źródeł.

Kazberuk pokiwał w powietrzu tłustym wskazującym palcem.

- Obserwowaliśmy cię w kawiarni. Tej scenki z unijnym ciastkiem lepiej nie zorganizowałby zawodowy reżyser z opozycji. Masz, mój drogi Władeczku, intuicję. Na twoją wyspę niby nie docierają nowinki, przecieki z sekretnych spotkań, a szybciej od innych wiesz, co w trawie piszczy, umiesz znaleźć się w pierwszym szeregu, jakbyś w ważnych miejscach miał własne podsłuchy. Jak zawsze, mój drogi, jak zawsze w samą porę.

- A zatem coś się kroi nowego? - podpytywał Nowik.

Gospodarz zmrużył oczka.

- Przyglądając się tobie przy brukselskim ciasteczku, podejrzewałem, że jest jakiś przeciek z centrali.

- Przeciek czego?

- Reglamentowanych wiadomości zgodnie z ustawą o dostępie do informacji publicznych. Ale one najczęściej nie wystarczają. Tak jak przed laty nie respektowano tabliczek wkopywanych w trawniki, klomby: "Nie deptać! Nie wprowadzać psów!". By osiągnąć zamierzony cel, to trzeba było ogradzać te miejsca, stawiać zasieki, ba, druty kolczaste! - Zaśmiał się. - Nie mam pojęcia, jak wychować podwładnych na lojalnych wobec Firmy pracowników.

- Tracisz zaufanie do swoich ludzi?

- Nie do wszystkich! Ciebie raz jeszcze muszę podziwiać, mój drogi, za nadzwyczajny zmysł, za niesamowitą intuicję, z jaką kroczysz przez życie. Sam wiesz, jak łatwo u nas znaleźć się na samym dnie. Ale ciebie, mój drogi, to nie dotyczy, bo potrafisz trzymać się powierzchni, płynąć na grzbietach fal wzburzonego morza. Morza? Co ja mówię? Mój Boże! Oceanu! I teraz także, mój drogi. Jesteś oddanym Firmie, nie uciekasz do podstępnych form w zdobywaniu najświeższych informacji. Masz intuicję, mój drogi!

Nowik uśmiechnął się z wyrazem skromności.

- Boję się, że w czymś mnie przeceniasz.

- Ja? Skądże znowu! Dawno z nikim nie rozmawiałem tak szczerze, otwarcie, mój drogi. Wciąż masz opinię adherenta właściwej partii w centrali.

Nowik spojrzał w stronę rejestrującej to spotkanie kamery.

- To nie pułapka na ciebie. - Kolejny raz zaśmiał się Kazberuk. - To uzupełnienie materiału, jakie dołączę do tego z kawiarni. - Położył ciężką dłoń na ramieniu Nowika. - Pozostajesz w drużynie! Pierwszy ci gratuluję, mój drogi. - Wyprostował się, odsapnął. - A trochę naszych odpadnie. Trudno, w historii ludzkości zawsze byli i będą wygrani i przegrani - orzekł z salomonową mądrością. - My należymy do tych idących z tarczą!

- Piękne słowa, a konkretnie co znaczą?

Dziewczyna w białej bluzce podała szklanki z niegazowaną wodą z alpejskich źródeł i kubełek z kostkami lodu.

Nowik oczekiwał odpowiedzi na postawione pytanie. Kazberuk podniósł dwa palce jak Chrystus z tryptyku z Mikuszowic Rozesłanie apostołów, a zatem polskiego dzieła, a zatem reprodukcji godnej rozpowszechniania, polecanego przez prawicową partię władzy Zasada i Sprawiedliwość i obwieścił:

- Wieje wiatr historii, kochani. Idzie nowe, kochani. Dla niektórych to będzie ciężka próba adaptacji. - Westchnął. - Wyczerpały się idee, skompromitowało się zarządzanie centralne

z receptami na wypiek ciasteczek, z wymogami co do wielkości i krzywizny banana, długości i stopnia opinania tyłeczków naszych dziewcząt chodzących w spódniczkach mini. Społeczeństwo w nosie ma kontrolowanie życia, buntuje się przeciwko rozbudowywanemu aparatowi ucisku.

Nowik ze smutkiem pokiwał głową.

- Można się było tego spodziewać. A zatem koniec IDoLi.

Dłoń Kazberuka opadła na kolano.

- Nie żartuj. Kto jak kto, mój drogi, ale ty najlepiej wiesz, że nigdy bardziej nie będziemy przydatni jak właśnie teraz. W naszych rękach jest bank informacji o ludziach, więc my rozdajemy karty w tej grze, inaczej mówiąc: jednych odsuwamy od koryta, drugich dopuszczamy do niego. - Całe lata naszej pracy, trud tysięcy pracowników w centralach. I w terenie nie pójdzie na marne. Jesteśmy przygotowani do wprowadzenia społeczeństwa na nowe drogi bez rewolucyjnego rozlewu krwi, bez anarchistycznego rujnowania gospodarki.

- A ta nowa droga... - przerwał mu Nowik. - Co możesz o niej więcej powiedzieć?

- Abstrahuję od drobnych korekt. Powiem tak: siłą napędową stanie się technologia. To dzięki niej będziemy budować społeczność transformacyjną, aktywnie uczestniczącą w polityce, kulturze. - Westchnął głęboko, z ulgą. - Wszak o to zawsze tobie i mnie chodziło, prawda, mój drogi?

Nie było sensu mu zaprzeczać, przecież dzięki opinii, jaką miał o nim Kazberuk, nie straci pracy.

- A co na to Bruksela? - spytał Nowik.

- Ach, Bruksela, Bruksela! - parskał Kazberuk. Jego lekceważący ton w głosie zaintrygował Nowika, wzbudził czujność. - Moi kochani, parlamentarzyści zakleszczyli się w fotelach, zadławili dietami. Bruksela się sypie. I to od lat. Wielu ludzi stamtąd nawet nie domyśla się, co ich czeka. Bruk. Ich miejsca zajmą komputery zbierające informacje płynące ze wszystkich wyborczych okręgów i one będą przetwarzać dane, formułować ustawy, zarządzenia taniej, szybciej, sprawniej, demokratyczniej. Mogę się już teraz założyć o swoją pierwszą przyszłą pensję, że one znajdą rozwiązanie dla takich problemów, jak narastanie zachowań antyspołecznych, rozkład rodziny, zanik etosu pracy, nad którymi od lat siedzą wysoko opłaceni, wyjałowieni intelektualnie urzędnicy i członkowie Europejskiego Parlamentu. - Wzniósł oczy pod sufit. - Bogu dzięki, te czasy się kończą, nadciągają nowe! - Pochylił się w stronę swych gości. - Wiecie, co stało się kroplą przebierającą miarkę? - Odczekał chwilę, potem z wielką pogardą wyrzucił z siebie: - Ci z Brukseli o aberracyjnych umysłach, niepohamowanej żądzy decydowania o wszystkim, o każdej pierdułce, chcieli przeforsować dziedziczność swych miejsc w parlamencie, w urzędach unijnych! Nie dostaną absolucji, w imię sprawiedliwości, demokracji obejdziemy się z nimi surowo. Na myśl o takich ogarnia mnie abominacja. Padną, a my ich zastąpimy we wszystkim. Z ludźmi, jakich mamy, stać nas na to.

- Tak, słyszałem coś niecoś o tym - rzekł Nowik. - W pewnym stopniu pomysł dziedziczenia już jest realizowany, choć bardzo, bardzo zakamuflowany.

Kazberuk popatrzył na niego z niedowierzaniem w oczach.

- Skąd ta wiedza? - pytał. - W przyszłości... nie, ab hinc... od zaraz trzeba pomyśleć o większej ochronie informacji. Ja nie mam nic przeciwko temu, że ty wiesz tyle co ja, ale gdyby ta wiadomość dotarła do osób nieodpowiedzialnych... Jednak jakaś hierarchia obowiązuje, a z nią wtajemniczenia. Jej brak może okazać się niebezpieczny.

Gloria niespokojnie wierciła się.

- My do ciebie z pewną sprawą - zaczęła nieśmiało.

Kazberuk ucałował jej dłoń, potem na chwilę położył na niej swoją z brązowymi plamami wątrobowymi.

- Przepraszam, moja droga, że zanudzam cię służbowymi sprawami, ale nadarzyła się okazja, bym podzielił się z Władeczkiem nowinkami. Już w niedalekiej przyszłości nie dojdzie do takiej sytuacji, że piękna kobieta siedzi i ledwo udaje się jej ukryć znużenie męską rozmową. Wszystkie s p r a w y, twoje, z którymi przybyłaś, i nasze męskie przejmą robociki, a my będziemy cieszyć się swoim towarzystwem, rozmowami na miłe tematy, a roboty odwalą za nas ciężką pracę. - Zreflektował się. - No, na początek pozostawimy pewne prace dla emigrantów z krajów nienadążających za rozwojem cywilizacji. Pamiętacie historię Ameryki Północnej? Aby mogła zakwitnąć, potrzebowała wielu niewolników, bardzo dużo. A Niemcy gastarbeiterów, społecznych abnegatów.

- Męskie marzenia! - Gloria zlekceważyła wizję przyszłości. - Mrzonki.

- Wkrótce się o tym przekonasz, że to nie rojenia - zapewnił Kazberuk.

- Naprawdę mamy już tak zaawansowaną technologię, że ludzkie losy będziemy mogli powierzyć robotom?- Nowik również nie dowierzał.

- Program certyfikowania umiejętności komputerowych już jest zakończony. Jesteśmy w stanie... jakby to powiedzieć... ad interim... tymczasowym. Pozostała do zrealizowania kosmetyczna obróbka w kilku ośrodkach, adekwatna do potrzeb uwzględniających istnienie licznych grup terrorystycznych, przestępczych, narkomanów, fundamentalistów pewnych sekt religijnych. Nie wolno zapomnieć, że to też współczesna społeczność biorąca udział w kształtowaniu opinii, a zatem współtworząca obraz nowego ustroju, niestety, niemająca pojęcia o aksjologii.

- Co będziemy robić w IDoLach? - spytał Nowik.

- Absolutnie to co dotychczas, mój drogi. Trzeba sprawdzać, stale obserwować przydatność obywateli, spełnianie przez nich społecznych oczekiwań.

Gloria niemalże podskoczyła z radości.

- Społeczne oczekiwania... Właśnie tego uczyłam syna od dziecka. I z tym Eryk opuścił dom rodzinny.

Kazberuk sięgnął po jej dłoń i ucałował.

- Jesteście tak udanym małżeństwem, kochani! Potraficie wyprzedzać wydarzenia, kochani. Jakże wam szczerze zazdroszczę, kochani.

Gloria westchnęła ciężko.

- Niestety nie ma czego.

Oczy Kazberuka spoczęły na zasmuconej twarzy Glorii.

- Udane małżeństwo, dobrze wychowany syn... Czego więcej potrzebujecie do szczęścia, kochani? - spytał zaskoczony reakcją Glorii?

Spytana odchrząknęła kilka razy.

- Eryk został aresztowany - oznajmiła głosem ściszonym do szeptu.

- Siedzi?

- W areszcie.

- Na pewno?

- Dlatego przyjechaliśmy do ciebie, byś nam dopomógł wydostać go stamtąd.

Kazberuk nie krył radości.

- Naprawdę? Syn Władysława Nowika aresztowany! Cudownie!

- Czy to temat dobry do żartów? - zastanawiała się głośno Gloria. - Nasz kłopot bawi cię? Tylko na pierwszą rozprawę może czekać kilka lat, a potem... Boże, przecież mogę nie doczekać jego wyjścia na wolność!

Mężczyzna nie przestawał się uśmiechać.

- Władeczku drogi, macie udany dzień! Aresztowanie kogoś w tym czasie, gdy wieje wiatr historii, gdy zapowiadają się wielkie zmiany, to jak wyróżnienie najwyższym odznaczeniem państwowym, to bilet do kariery. Idzie młodość, zasłużeni ideolodzy na zasłużoną emeryturę!

- Nie rozumiem - wyznała Gloria. - Kto jak kto, ale ty najlepiej wiesz, ile może przesiedzieć w areszcie w oczekiwaniu na proces. Winny czy nie - wiele, wiele miesięcy. Przecież byle jaką sprawę sądy ciągną latami!

- A niech nawet trochę posiedzi, kochani. Wzbogaci życiorys. Wyjdzie stamtąd jako męczennik minionych czasów, bohater walczący o nowe, lepsze, doskonalsze! - wykrzykiwał z wielkim zapałem.

- Nie wiem, jak jest w areszcie, ale wydaje się mi, że każda spędzona tam minuta, to ciężki sprawdzian dla młodego człowieka. - Gloria była bliska płaczu. - Nie chcę, by cierpiał. Nie chcę w domu bohatera, męczennika. Pragnę, by jak najprędzej stamtąd wyszedł.

Kazberuk spoważniał.

- Nie staraj się odbierać mu szansy na dobre miejsce w społeczeństwie - prosił Glorię. - To nie abderyta. On mądrze, mocno, twardo wchodzi w życie społecznie odpowiedzialne. Może stanąć na wysokim podium, kochana. Ilu mieliśmy w historii przywódców, którzy kariery nie zaczynali w więzieniu? Więzienie to trampolina dla polityków. Tam krzepną ich poglądy, kiełkują pomysły, powstają programy odnowy, cierpiący na abulię mężnieją, znajdują ochotę do działań, poszukiwań.

- Czy tak zachowałbyś się wobec swego dziecka?

Nie powinna zadawać tego pytania. Córka Kazberuka z matką opuściły go kilka lat temu, wyjeżdżając na zawsze do Kanady, porzucając go z jednego powodu: nie mogły pogodzić się z rolą, jaką pełnił. Nie były subtelne w określaniu jego obowiązków zawodowych, nazwały je tak, jak o nich krytycznie myślały i rozstały się z płatnym szpiclem. Nie zamierzały korzystać z należnych im pieniędzy, tak w pogardzie miały jego pracę i wszelki z niej dochód. Nigdy nie zatelefonowały, nie napisały kartki. Wymazały go ze swego życia i ukryły się gdzieś w opierających się zniszczeniu lasach.

Kazberuk przeszedł się po gabinecie.

- Nie wszystkich można mierzyć jednakową miarą. Głowy noszą kapelusze o różnych rozmiarach - mówił powoli, starając się odzyskać psychiczną równowagę. - Wydawało się mi, że jesteśmy do siebie bardzo podobni. Inaczej nie usłyszałabyś tego, co powiedziałem o waszym synu, jego szansie na karierę. - Zatrzymał się przed Glorią. - Nie za mocno przemawia przez ciebie matczyny egoizm? Jesteś pewna, że on chce tego samego co ty? A może pragnie trochę pożyć w dyskomfortowych warunkach, pocierpieć, by stanąć przed rówieśnikami jak męczennik, bohater i porwać ich do czynu, poprowadzić nową drogą, do innej rzeczywistości?

- Eryk nie nadaje się ani na męczennika, ani na bohatera. Jestem przekonana, że w areszcie znalazł się przez pomyłkę i o niczym innym nie marzy, jak tylko o wyjściu na wolność.

Kazberuk popatrzył na Władysława Nowika.

- Jesteś podobnego zdania, Władeczku?

Nowik spojrzał prosto w oczy gospodarza.

- Przyjechaliśmy z nadzieją na pomoc w uzyskaniu z nim widzenia. To w tej chwili dla nas najważniejsze. Myślę, że od niego samego dowiemy się, czy liczy na naszą pomoc, czy woli, aby nikt w jego życie się nie wtrącał.

- Skoro tak, skoro tak - powtarzał Kazberuk z wyrazem niezadowolenia na twarzy. - To nie najrozsądniejsze stanowisko. - Podszedł do mebla pełniącego rolę biurka, które biurkiem w sensie tradycyjnym nie było, wcisnął jeden z wielu kolorowych guziczków na pulpicie, łącząc się z fonoteką. - Ale skoro tak, skoro tak, to sięgnę do nagrań i zobaczymy, co o nim zebrano u nas - wymruczał i zwrócił głowę w stronę wielkiego ekranu.

Po chwili jedną czwartą ściany wypełniła głowa ciemnowłosego chłopaka o dość zagadkowym uśmieszku na mięsistych ustach. Ostro zarysowany podbródek oznaczał stanowczość, upór, zaciętość. Piwne oczy wyrażały dumę, z kpiną patrzyły na rodziców i Kazberuka. Pod portretem umieszczono kursywą podpis: Eryk Nowik. Twórca tego przekazu mógłby dodać jeszcze: zbuntowany młodzieniec.

- Od kiedy go obserwowano? - spytała Gloria.

- Jak wszedł w okres dojrzałości, życia odpowiedzialnego - wyjaśnił Kazberuk z wielką powagą, bardzo dobitnie akcentując słowa: dojrzałość, odpowiedzialność.

Kobieta zwróciła się do męża:

- Wiedziałeś o tym?

- Eryk nie stanowił wyjątku. Bo dlaczego miałby? - odparł żonie. - Inwigilowano go jak każdego, przez lata zbierano dokumentację o nim. Przecież był moim synem!

Z głośnika sączył się melodyjny głos komentatora Bolesława Owczarka, który jakby był synem Krystyny Czubówny, lektorki większości filmów przyrodniczych przełomu XX i XXI wieku.

- Mógł ci przynajmniej powiedzieć, że to on rozpracowuje naszego syna! - oburzała się zaskoczona Gloria.

- Wiadomo, że robił to, kochana, ktoś z wyspy, ktoś z ludzi twego męża - stwierdził Kazberuk. - Miał specjalne zlecenie, Władeczek nie musiał o nim wiedzieć. Nie powinien, kochani.

Więcej nie przerywano już narracji Bolesława Owczarka.

- O premierze studenckiego teatrzyku Paradox dowiedział się z początkiem wiosennego semestru z afisza na bramie Collegium Maximu. Na długiej liście wykonawców znalazł nazwisko Iwy Kosik. Z przedstawienia prawdopodobnie wyniósł niewiele, zrozumiał tylko tyle, że banda oprychów o oliwkowych cerach, w galabijach, chce zabić bogatą i piękną dziewczynę i czynu tego dokonała. Iwa grała rolę Inez, zastraszonej głuchoniemej, żywą mimiką wyrażająca swe nieszczęście i protest. Eryk Nowik chyba nie ogarnął treści całej sztuki, bo śledził tylko grę Iwy. Wiedział, dlaczego poszedł do teatrzyku. Kupił dla niej kwiaty. Po zapadnięciu kurtyny klaskał z takim zapałem, że z wiązanki zostały żałosne kikuty. Zabawny facet. Nie zauważył tego i rzucił się z badylami w jej stronę. Kiedy znalazł się na scenie, widownia powitała go huraganem śmiechu. Odkrył przyczynę wesołości, ale nie mógł się już wycofać. Zawahał się sekundę, dwie, wybierał ofiarę, w końcu wcisnął wiąchę jednemu z mężczyzn odtwarzających oprycha. "Buzi, buzi!" - wrzeszczano z sali. Iwa patrzyła na skołowanego Eryka i też się śmiała.

- Sprawia sympatyczne wrażenie - oceniła dziewczynę Gloria. - Nie wspominał nam o niej.

- To chyba normalne - uważał mąż. - Chłopięce zauroczenie i tyle.

- Na jego miejscu kupiłabym jej porządny bukiet kwiatów i umówiłabym się na randkę.

Kolejne ujęcia przedstawiały Eryka w pokoju przy otwartym oknie. Czytał, gdy ktoś zastukał do drzwi. Cisnął podręcznikiem i wrzaskliwie zaprosił intruza do środka. Na progu stanął jego rówieśnik w okularach krótkowidza, z paczuszką w ręce.

- To student polonistyki - komentował narrator - Ryszard Nalewajko. Przygotowywał na seminarium referat o Marii Annie Wirtemberskiej. Pojechał do Brygidy Nowik, by porozmawiać z nią - właścicielką nieznanych listów księżnej. Przywiózł od niej kiełbasę, smalec, słoik miodu. Do tego wszystkiego dołączony był wycinek z prasy zatytułowany "Obecność nauczycieli w kulturze regionu". Nalewajko był nią zachwycony: co za oczytanie, jaka dociekliwość umysłu! Umówił się z Erykiem na lampkę wina. Pili je w małym pokoiku przy placu biskupa Nankera. Pod ścianami na podłodze siedzieli chłopcy i dziewczęta. Było to spotkanie z siwobrodym mężczyzną w okularach, Janem Pietraszką. Mówca nawiązywał do książki, do której już nie zagląda - jak wyznał - kontakt z nią urwał się mu w szkolnej ławce na obrazie spięć i przemian ideowych, społecznych, moralnych. Jego pokoleniu jest ona już zbędna, ale młodsze powinno wziąć ją do ręki i zastanowić się, w jakim żyje okresie, czego się od niego oczekuje. Wśród obecnych była też Iwa Kosik. - Pamiętajcie - mówił siwobrody - że metafizyczną osnowę świata stanowi działanie. Jedynym grzechem, jaki możecie popełnić, jest bierność. - Wzniósł szklankę. - Za waszą młodość, za waszą młodzieńczą zdolność do czynów, za waszą przyszłość. Ona do was należy, nie pozwólcie nikomu wam jej odebrać.

- Kim był ów mędrzec? - spytał Nowik, nie kryjąc sarkazmu.

- Profesor z uniwersytetu. Sam niezdolny do działania, ale chętnie podburzający młodzież.

Gloria zaczęła się irytować.

- Rozumiem teraz, dlaczego IDoL potrzebuje wciąż nowych pomieszczeń, budynków, pieniędzy i ludzi do pracy. Zawsze wam za ciasno, za mało, chcecie się rozrastać i rozrastać, w nowych pomieszczeniach gromadzić pierdółki funta kłaków niewarte!

Kazberuk roześmiał się głośno.

- Moja droga, masz rację. I naszej instytucji, w tej postaci, w jakiej jest, grozi to samo co przed tysiącami lat gigantycznym dinozaurom - zagłada. Robimy wszystko, by czas agonii odsunąć. Wierzę, iż naszemu pokoleniu to się jeszcze uda.

- Darujmy sobie dalszych szczegółów ze studenckiego życia - prosiła Gloria. - Możesz, Grzegorzu, pokazać nam dzień zatrzymania Eryka? To jest dla nas najważniejsze.

- Sądziłem, że warto poznać początki spiskowania - uważał Kazberuk. - Gdzie i kto miał największy wpływ na Eryka?

- Nie przesadzaj z tym spiskowaniem, to była studencka przygoda - przerwała mu Gloria.

- I zauroczenie dziewczyną - dorzucił jej mąż.

- Skoro tak, skoro tak - pomruczał Kazberuk i podszedł do pulpitu z przyciskami. - Nie chcecie lepiej poznać życia syna od czasu studiów aż do podjęcia pracy, trudno, nie będę zmuszał.

- Nie mamy na to tyle czasu - usprawiedliwiała się Gloria.

Po chwili ekran wypełniła głowa Eryka; zdejmował z niej kask, wstrząsał włosami, doprowadzając je do jako takiego wyglądu, a obok rozpuszczone bujne, jasne włosy Iwy.

- Znajomość przetrwała - stwierdziła Gloria. - Chłopak ma gust i jest stały w uczuciach. Jestem ciekawa, kiedy kupił jej kwiaty, bo że wręczył je dziewczynie, tego jestem pewna. Ta znajomość warta jest podtrzymania. Ona ma... - zastanawiała się nad właściwym określeniem - ma naturalną urodę, wiele wdzięku. Nawet po jeździe na motocyklu. - I do męża: - Nigdy nie woziłeś mnie motocyklem.

- Bo nie lubiłaś jazdy na motorze - odrzekł mąż.

- Nie znalazłeś dość argumentów, by mnie przekonać do dwóch kółek.

Kolejne sceny tworzone przez Iwę utrzymane były w konwencji metakabaretu.

Oto gość zaproszony do studia z zastygłą złością na twarzy, z nienawiścią utopioną w rybich oczach poszerzających się z każdą minutą aż do wielkości ekranu, wychodzących poza niego, boleśnie dopadał mózgu Glorii.

- Kogo tak nienawidzi? Mordercę swej matki? Barbarzyńców mających na sumieniu zniszczenie jego kraju? Nie, nie, on tylko odmawia komuś prawa do występowania, dezawuuje działalność wszystkich, którzy nie należą do jego partii, opozycyjnej partii rybookiego żółknącego od złości i nienawiści, zapowiadającego objęcie rządu. Ma genialny program na urządzenie lepszego świata!

- Tak - zgodził się Kazberuk. - To wybutlowany, facet po hipnopedii - jakby go określił autor Nowego wspaniałego świata, Aldous Huxley.

- Co za język!

- On nie poddaje w wątpliwość, on kontestuje. Jego partia nie tylko jest twórcza, ale konstruktywna i kompetentna w budowaniu nowej rzeczywistości politycznej i gospodarczej.

- Cóż to za świat?

- Kto go stworzył?

- Nie Aldous Huxley?

Rybooki wszedł w ten świat i wskazywał rozwieszone na ścianach wieżowców hasła:

Człowieczeństwo tkwi w idei.

Wiara i tylko wiara wyzwala.

Dobro i piękno w tragedii.

 

Pod każde hasło prowadziły łuki triumfalne, a marmurowe tablice ze złotymi kapitalikami informowały, przed jaką instytucją przechodzień się znalazł.

- Oto jest Pałac Idei - objaśniał podprowadzonej pod bramę grupie w szpitalnych szlafrokach. - Świątynia mądrości otoczona tak samo wysokim szacunkiem, jak i pogardą. Na ścianach ślady dowodzące prób zniszczenia, a wszystkie nowe dobudówki przekonują o celowości istnienia centrum idei.

Szpitalnicy z trudem wcisnęli się w chłód obszernego korytarza prowadzącego na olbrzymi dziedziniec, bo właśnie wybiegali z niego posłańcy z opasłymi torbami listonoszy. Każdy z nich na koszulce z przodu i z tyłu miał wypisaną nazwę przenoszonej przesyłki:

Judaizm

Katolicyzm

Islamizm

Hinduizm

Buddyzm

 

Biegli na place, gdzie wygłodzony tłum natychmiast wyszarpywał im przesyłki, pożerał je, pęczniał od sytości, napełniał się tymi ideami jak balony helem i ulatywał w stronę swojej katedry, katedry dla wyznawców pożartej idei.

Szpitalnicy zajrzeli do biblioteki. Przy pulpitach w aureolach świateł biurowych lamp siedzieli mędrcy tworzący nowe idee. Trochę przypominali zaniedbanych pustelników, trochę szewców przy kopytach jak w sztuce Witkacego, a niektórzy robotników przy warsztatach jak w dramacie Gerharta Hauptmanna. Byli wśród nich także i tacy, którzy z wyglądu mogliby być natchnionymi poetami profetycznie recytującymi wiersze do dwunastu słuchaczy. Kilku upodobniło się do malarzy szukających łączenia światła z cieniem. Jeszcze inni sprawiali wrażenie, jakby przed chwilą odłożyli batuty i w napięciu, w poważnym skupieniu czekali na chwilę, gdy znów staną przed orkiestrą i wywołają zachwyt słuchaczy, wmuzykowstąpienie.

Nad głowami z łopotem skrzydeł przeleciały łabędzie z baśni Hansa Christiana Andersena, a próbował je dogonić dyskutujący z ojcem mitologiczny Ikar; na gapiących się spadło kilka kropel ciepłego wosku.

- Pomieszane z poplątanym - chłodno oceniła sytuację Gloria. - Nie rozumiem celu cofania się do mitów!

- Z czego się bierze wiara? - zastanawiał się Kazberuk wyglądający w tej chwili na uduchowionego poetę, na profetyzującego twórcę. - Z drobnych śladów, z ledwo uchwytnych przesłań z nieba.

- Jeżeli o mnie chodzi, to jestem racjonalistą - wyznał Władysław. - Racjonalizm jest mi potrzebny nie tylko jako zasada bytu indywidualnego, on pozwala mi widzieć związki powszechne, ogólne. Żadnej wiary, z fideizmem skończyłem w przedszkolu.

- Więc jak, mój drogi, wytłumaczysz przyszłość, do której zmierzamy? - Dał chwilę do namysłu, potem dorzucił: - Nie zawsze jest odpowiedni czas na wyjaśnienie tego, co nas niepokoi. Ale ręczę, że on nadejdzie. I domyślam się, kto go nam przyniesie!

- Lecz czy wówczas będę tym wyjaśnieniem zainteresowany?

Kazberuk odprowadzał wzrokiem łabędzie oraz spadającego Ikara.

- Czyżbyśmy znaleźli się w świecie stworzonym przez ludzkie myśli, artystyczne wizje? - zastanawiał się.

Rybooki podprowadził pod kolejną bramę. Z tablicy informacyjnej można było odcyfrować, że jest to Pałac Promocji. I z jego korytarza wybiegali posłańcy, byli ubrani w białe i czarne koszulki z różnymi napisami:

 

Wolność dobrem ludzkości.

Precz z gejami i lesbijkami.

Moje ciało do mnie należy.

Precz z mordercami dzieci w łonie matek.

 

- Ci posłańcy - objaśniał rybooki - noszą różne koszulki, bo tak zwany pijar może być biały lub czarny. W tym świecie stworzonym na podwalinach starej, sprawdzonej w przeszłości demokracji, zachowuje się równowagę sił. Na ogół nie wynika z tego nic dobrego, ale ożywia ludzkość, napędza klientów do sądów, posiłkuje polityków, dziennikarzy. Zmusza do wyraźnego zajmowania stanowisk, bronienia ich przed atakami przeciwników. Tryby maszyny pracują. I o to przede wszystkim chodzi.

- Twórcy chaosu, zamętu - mruknęła Gloria.

- Żywy nurt rzeki niesie wszystko - rzekł sentencjonalnie Kazberuk.

W sąsiedztwie stał Pałac Dokumentacji.

- Zgromadzono w nim wszystkie, absolutnie wszystkie dokumenty stworzone przez ludzkość - zapewniał rybooki. - Kroniki zwycięzców i pokonanych. Zapiski głupców i mędrców. Z każdego kontynentu. - Uśmiechnął się do redaktora. - Na łamach czasopisma opisuje pan naszą rzeczywistość, można powiedzieć, że chce być kronikarzem swego pokolenia, sędzią czynów rozważnych i nierozważnych. Zapewniam: miałby pan tu dość dowodów na poparcie swych tez, jak i na ich obalenie. W tubach znajdzie pan zwoje znad Morza Martwego, a na półkach kartony z teczkami wszystkich służb wywiadowczych. Jest tu też Całun Turyński, Arka Mojżesza i inne cenne dzieła ludzkości. Tu, tylko tu, jest przechowywana prawda o ludzkości. Może ma pan ochotę zatrzymać się dłużej? I na przykład poszperać w zaginionych aktach ikon swoich czasów? Tak, tak, zaginionych! Właśnie to specyfika tej biblioteki : jest w niej absolutnie wszystko, co kiedyś istniało. A w skarbcach nawet kielich Graala, złoto Jerozolimy, skarb templariuszy, bursztynowa komnata, skrzynie z cennymi zbiorami ukrytymi przez wojennych zwycięzców.

- Czy to nie o nas? - śmiał się Kazberuk. - Nie chcę być prorokiem nieszczęść, ale takie teksty przygotowują grunt do wielkich zmian. Na tak uprawiane pole, gdy trafi ziarno zła, szybko wybuja z niego roślina potężniejsza od Drzewa Poznania. Będzie jak... jak - szukał odpowiedniego porównania - jak inwazyjny kaukaski barszcz Sosnowskiego.

- Przypuśćmy, że jakaś prawda zostanie odkryta, co się z nią stanie? - zastanawiał się Władysław.

Odpowiedzi udzielił z ekranu rybooki:

- Odbiorą ją posłańcy i rozniosą po świecie, a pan będzie czekał na reakcje. Po jakimś czasie wybiegną stąd posłańcy z innymi rewelacjami i będzie się można do nich odnieść ze swego punktu widzenia, zgodnie ze swymi zasadami, poglądami, wiedzą i w takim zakresie, na jaki pozwala naukowy warsztat.

- To jest chore! - szepnęła Gloria.

- Oczywiście, dlatego są tu hufce lekarzy. - Znów zachichotał Kazberuk. - Czekają na chorych, ich brak odebrałby im prawo istnienia.

- Więc jakiś sens w tym jest - zgodził się Władysław.

- Widzisz w tym świecie miejsce dla siebie? - spytał podchwytliwie Kazberuk.

- Dlaczego nie? Gdyby był taki mus.

- A ty, moja droga ? - zwrócił się gospodarz do Glorii.

Nie kryła zakłopotania.

- Wydaje mi się, że wszystko tu zostało sklasyfikowane, nazwane, poukładane na półkach, zawieszone na hakach, zamknięte w tubach. Co miałabym w takim świecie robić? Poezja - wzniosła rękę w patetycznym geście - żyje tym, co nienazwane, niezdefiniowane, dalekie od hałaśliwie wykrzykiwanych haseł ideologicznych. Z tego świata wzięłabym chętnie tylko nasze zdziwienie, jakiego doświadczamy na każdym kroku.

- A zatem bunt przeciwko temu porządkowi?

- Zdecydowany sprzeciw!

- Tak, to już nie jest objaw wyważonego obywatelskiego nieposłuszeństwa.

Śmiech Kazberuka stał się nie do zniesienia, był gorszy od łoskotu fal bijących o klif.

- No to mam dla was niespodziankę: to jest wasz świat, w którym chcecie czy nie, przyjdzie wam żyć. Tak, wam, wam! Nie odległym pokoleniom, ale waszemu, mojemu.

- Żartujesz! - oburzyła się Gloria.

- Tworzy go nie tylko artystyczna wyobraźnia, ale pragnienia wielu polityków, strategów z armią gotową ruszyć przeciwko wszystkim i wszystkiemu, byle mogli wykazać się wodzowskim talentem dowodzenia, talentem bez wartości bez wojen, najazdów.

A rybooki z ekranu wykrzykiwał:

- Zaraz dostaniecie zadania, zapoznacie się z codziennymi obowiązkami.

I kukiełki na scenie rozpoczęły nowe życie według regulaminu przekazanego przez rybookiego, w domach na tyłach pałaców, do których codziennie zmierzali z regularnością dobrze ustawionych mechanizmów, by wykonywać powierzone zadania. Praca jak praca, nie należała do ciężkich, nie trzeba się było nią przejmować. Codzienny obowiązek i tyle. Mieli wszystko, co do bytowania potrzebowały ich ciała: dach nad głowami, wodne łóżka do snu, wyśmienite posiłki przynoszone przez posłańców z różnych restauracji. Wypoczywali w basenach odnowy biologicznej, wzmacniali mięśnie w salach ćwiczeń.

Tylko ta bolesna świadomość, że poza nimi toczy się inne życie, działanie ludzi, od których zależy ich los, dręczyła, nie dawała spać spokojnie, podrywała z foteli przed telewizorami. Mogli poznać każdy dokument, komentarz do niego, komentarz do komentarza, wypowiedzi internautów, bo niczego przed nimi nie ukrywano. Mieli też prawo znać poglądy każdego deputowanego do europejskiego parlamentu, prezydenta, premiera, ministrów, raporty o stanie ich zdrowia, bo to gwarantował im system ustroju, raz po raz przypominała konstytucja. Codziennie z kanałów telewizyjnych płynęły rzeki informacji, spowolniony ciężki nurt niósł bełkot deputowanych, plusy minusów i minusy plusów, za, a nawet przeciw, oczywiste oczywistości, prawdy materialne. Zalew informacji obezwładniał, spływające frazesy odbierały ochotę nie tylko do słuchania, ale i do życia.

Boleśnie ciążyło to, co do nich docierało.

- Byłam jak szklanka świeżego mleka w laboratorium mikrobiologa Louisa Pasteura -zwierzała się omdlałym głosem szarooka A. - Dostały się do niej bakterie i zaczęła się fermentacja. Ze mną podobnie. Zbrukano mnie.

Nie tylko ona tak się czuła. Wszyscy gorzknieli, kwaśnieli. Kiedy co wieczór z prawem do wiedzy, informacji zasiadali przed ekranami telewizorów, mieli wrażenie, że nie w fotelach się zanurzali, ale w kałużach brudu, w bajorach nieczystości, w trzęsawiskach wrogości, pogardy, nienawiści.

- Samo chrzanienie! - oburzała się inna kobieta. - Z tej paplaniny nic nie wynika! Mącą nam w głowach i tyle. Czy muszą?

- Widać, że tak - odmrukiwał mężczyzna D.

- Ale po co? - pytała z uporem tamta.

- Oni wiedzą.

- Nie każdy szum dla zdrowia jest dobry - twierdził B. i władczo domagał się akceptacji tego, co powiedział. - Najgorszy jest szum informacyjny. Rozwiązałem setki tasiemek przy teczkach z dokumentami, zapoznałem się z nimi wnikliwie. Ci z Pałacu Dokumentacji to mistrzowie zniechęcania do wyciągania jakichkolwiek wniosków. Czyta się, bo czyta i ani chce się temu wierzyć, ani nie. I kto wie, co jest oryginałem, co falsyfikatem, co prawdą, a co mistyfikacją, co wycinkiem rzeczywistości, a co jej atrapą. - Uśmiechnął się gorzko. - Gdybym teraz miał żyć z honorarium, umarłym z głodu. Nie chce mi się pisać, nie mam odwagi wypowiadać się na żaden temat, o którym dotąd swobodnie rozprawiałem i z tego faktu czerpałem radość bycia tym, kim byłem.

Poeta czekał na przylot łabędzi Hansa Christiana Andersena i Ikara, ale od dłuższego czasu niebo było boleśnie puste i tylko w teatrze można było oglądać Ikara i łabędzie zaklęte przez twórcę z Fionii. On chciał oglądać żywe ptaki. Zaprosił szarooką na wycieczkę do ZOO. Było zamknięte.

Do bramy przykuli się łańcuchami ekolodzy, obrońcy zwierząt, członkowie towarzystw humanitarnych, stowarzyszeń, bractw przeróżnych, organizacji, związków o tak długich nazwach, że ich odczytywanie mogło się przeciągać do choroby starczej ślepoty.

Podjechały samochody z napisami catering, posłańcy w białych fartuchach wynosili kuchenne pojemniki z jedzeniem, składane stoliczki, naczynia jednorazowego użytku, rolki z ręcznikami kuchennymi. Protestujący jedli długo i z apetytem, a zaspokoiwszy głód i pragnienie, przypomnieli sobie o motywach swej obecności pod bramą ZOO: głośno wykrzykiwali hasła, cytowali fragmenty swoich statutów, rzucali cyframi, datami, nazwiskami. Nie zabrakło też skandowania fragmentów księgi kanonicznej Żydów Apokalpisy, chóralnego śpiewu Dies irae. Oczy i usta tych oplatanych łańcuchami kierowały się na jedynych świadków protestu - na poetę i jego przyjaciółkę.

Wydzierający się tłum był obrzydliwy, budził wstręt i przerażenie. Poeta nie chciał sobie wyobrażać sytuacji, co by się stało, gdyby łańcuchy pękły, a rozwścieczona falanga rzuciłaby się w ich stronę - niemych świadków, bezstronnych obserwatorów niezdolnych do zrozumienia intencji tych spod bramy. Wyglądali znacznie groźniej niż kibice przegrywającej drużyny w piłce nożnej. I groteskowi, gdy pobrzękując łańcuchami, szli w stronę przenośnych szaletów, "toj tojów".

Szarooka omdlała w ramionach poety.

- Nie mam czym oddychać. Weź mnie stąd. Jak najdalej... - prosiła zamierającym w potwornym wrzasku szeptem

Mężczyzna rozglądał się za jakąś pomocą, lecz znikąd nie mógł się jej spodziewać, bo wszyscy byli zajęci wykrzykiwaniem haseł protestu. Wziął więc ją na ręce i coraz bardziej więdnącą roślinkę poniósł do domu.

- Zewsząd sączy się trucizna, jad nienawiści. Tracimy ochotę do życia. Obumieramy. Pozostają z nas szkielety z pozorami człowieczeństwa - mówił B., z politowaniem patrząc na szarooką tracącą dziewczęcą urodę.

- Powinniśmy uwierzyć, że naprawdę był Ikar, były łabędzie Andersena.

- I co z tego? - wymruczał jakiś malkontent.

- W tragizm losu ludzkiego wpisana jest ucieczka! Dobro i piękno tkwi w tragedii - poeta przypomniał jedno z haseł odczytanych ze ścian pałaców. - Wybierzmy dobro.

- Zacznie pan zbierać pióra i kleić skrzydła? - spytał grobowym głosem malkontent. - Dokąd chce pan odlecieć?

- Rozpocznę od modlitw - wyznał poeta. - Od suplikacji o uwolnienie.

- Ich skuteczność trudno sprawdzić - stwierdził sceptycznie B. - Tylko nieliczne cuda rzekomo dowodzą o potrzebie wznoszenia rąk ku Niebu.

- Od czegoś trzeba jednak wyjść - zgodziła się z poetą szarooka A. - Każda forma błagania będzie lepsza od wysiadywania przed telewizyjnymi ekranami, z których sączy się dla nas codzienny pokarm i od połykania tabletek szczęścia z endorfiny. Przynajmniej dająca nadzieję na zmianę losu.

Poeta zebrał hospitalizowanych w pustej katedrze, gdzie jeszcze nie ustawiono ołtarza żadnemu bogu, bo trwały protesty za i przeciw każdemu z proponowanych, i gorąco się modlił najpiękniejszymi słowami poezji, wiary i nadziei o powrót do swego świata.

Wyłoniła się kolejna przykrość, bo głos z tej katedry nie mógł przebić murów, wysokiego sklepienia.

O tym poeta nie wiedział i dalej gorąco modlił się o wyzwolenie, a słowa bębniły coraz głośniej, wypełniały zimną przestrzeń między podłogą a sklepieniem.

 

Dalsze sceny budziły coraz większy niepokój Władysława i Glorii. Dokumentalny film przedstawiał młodych zachowujących się jak spiskowcy: szeptali coś niewyraźnie, knuli. Wreszcie feralnego dnia kamera wyłowiła Eryka i jego dziewczynę w ulicznym tłumie pod transparentem: "DOŚĆ BRUKSELIZACJI!" Za nim niesiono plansze, na jednej przedstawiano rozwarte nożyczki, a pod nimi podpis: "Dajcie instrukcję obsługi". Niewątpliwie była to kpina z brukselskich urzędników dążących do regulowania wszystkiego, nawet najprostszych rzeczy, czynności, jak swego czasu instrukcja korzystania z kaloszy czy używania rękawic kuchennych. Na innych planszach podawano zarobki pracowników w Brukseli. Momentami, krótkimi skeczami, manifestacja przypominała Latający cyrk Monty Pythona z ubiegłego stulecia, sugerując, że co kiedyś mogło znaleźć się tylko w programie kabaretowym, teraz jest rzeczywistością.

No nie, nie! - myślała Gloria. - Na co on się porywa? Z czym? Z motyką na księżyc. Co robi ze swym życiem? Zamiast umawiać się na randki ze śliczną dziewczyną, chodzi na manifestacje.

- Interesujące, prawda, kochani? - zagadnął Kazberuk, zacierając pulchne, z wątrobianymi plamami dłonie. - Piękna młodość. Nowe niejasne jeszcze idee w powijakach. Jest lepiej, niż w pierwszej chwili przypuszczałem. Drogi Władeczku, ten chłopak musi być nasz! Tacy jak on tworzą zręby pod nowe! Umie wcielać w życie postulaty siwobrodego. I ta jego dziewczyna z niesamowitą wyobraźnią! Potrafi pobudzić wyobraźnię, odpowiednio pokierowana okaże się nam bardzo przydatna.

Gloria przyglądała się ruchliwym ustom syna na ekranie.

- Co on mówi? - próbowała zgadnąć.

- Nieważne - machnął lekceważąco ręką Kazberuk.

- Dla mnie tak. Chcę wiedzieć, za co go zamknęli?

- Obojętne, co tam mruczy, co wykrzykuje, na pewno coś w rodzaju: Precz z hałastrą, kohortą urzędasów! Albo coś w tym rodzaju. Ważne, że jest w pochodzie pod transparentem przeciwko strukturom konstytucyjnie uznanym. To wystarczy.

- Ale nie mnie - upierała się Gloria. - Czy ta manifestacja była legalna?

Kazberuk podszedł do pulpitu i powtórzył pytanie Glorii.

- Nie, nie była - odparł po chwili. - A zatem nie pomoże święty Boże! Moi ludzie nie cierpią na amnezję, nie popuszczą.

Kobieta, dzwoniąc zębami o szklankę, wypiła dwa łyki wody.

- Wywrotowiec w nielegalnej manifestacji! - wykrzyknęła przerażona. - Wyobrażam sobie, jak długo potrwają przesłuchania, zbieranie dowodów... Nie, Władku - zwróciła się do męża - musimy go wydostać. - I zaraz do Kazberuka: - Pomożesz nam?

Tamten twierdząco skinął głową.

- Cierpliwości, cierpliwości... - Zastanawiał się chwilę. - Zrobię to dla was, kochani, ale przyrzeknijcie, że nie będziecie mu przeszkadzać w tym, jak po opuszczeniu aresztu zamierza żyć. Niech będzie kowalem swego losu. Pozwólcie mu być asertywnym.

Gloria kilka razy z aprobatą potrząsnęła głową, a mąż podziwiał swego przełożonego w przyswajaniu sobie wyrazów mało używanych; już jest przy "as..." Tak wiele pozostało mu jeszcze do: awersji, azymutu...

- Jak sobie pościeli, tak się wyśpi. To uczciwa propozycja - rzekł Nowik. - Jest dzieckiem swoich czasów. Zeitgeist.2 Młody też ma prawo od czasu do czasu coś zakwestionować. W imię czasu, w jakim żyje.

Kazberuk spojrzał na niego podejrzliwie.

- Oczywiście, oczywiście - przytaknął szybko, tak szybko, by jego gość nie domyślił się, że wpędza go w kozi róg.

Czerwony guzik w pulpicie wzywał go. Wysłuchał kogoś z jakiejś pracowni i raz po raz prosił o powtórzenie informacji. W końcu podszedł do stolika z już stojącymi przy nim gośćmi gotowymi do opuszczenia gabinetu.

- Mam dla was złą wiadomość - rzekł cicho, martwym głosem, takim, jakim przekazuje się bolesne wieści. -Twoja matka, Władku, nie żyje. Przyjmij szczere wyrazy współczucia. Wiesz, jak ją szanowałem, ceniłem. Glorio, przykro mi, że spada na ciebie tyle nieoczekiwanych, żałosnych nowin. Tak to już jest, że nieszczęścia chodzą parami.

Chwilę patrzeli nań niedowierzająco.

- Jak umarła? Gdzie? - spytał Nowik.

- Wyłowiono ją z rzeki.

- Co?

- Koło promowej przystani. Kiedy moi ludzie otwierali materiały z nazwiskiem Nowik, przypadkowo trafili na najświeższą informację o jej śmierci. News wydawał mi się tak nieprawdopodobny, że poprosiłem o kilkakrotne sprawdzenie. Niestety, wszystkie źródła go potwierdzają.

Nowik długo nie mógł uwolnić z gardła dalszych pytań.

- Wypadek?

Kazberuk lekko wzruszył ramionami.

- Zeigeist, powiadasz - starał się zapamiętać to słowo zaczynające się od "z", zatem odległe w słowniku od wyrazów rozpoczynających się literką "a". - I po chwili rzeczowo: - Postaramy się, by ta śmierć miała jakiś większy wymiar, była godna tej niezwykłej kobiety. - Wskazał miejsca przy stoliku. - Siadajcie, obejrzymy jej ostatnie godziny życia. - Zeigest - mruczał cicho.