Rozdział I
Tamta dziewczyna, tak mało o niej wiesz
Ma siłę, by marzyć i tak zazdroszczę jej*
- Dzień dobry, idiotko.
Szybko płuczę twarz letnią wodą, żeby zbyt długo nie patrzeć na siebie w lustrze. Życie to tylko krótki czas między pryszczami a zmarszczkami, a ja chyba je przegapiłam. Dziś naprawdę czuję się jak przystało na mój wiek. Trzydzieści pięć lat... czyli, jak zwykł mawiać mój mąż, jestem po trzydziestce, lub - jak ja o sobie myślę - jestem przed czterdziestką.
Nie mam siły robić makijażu, tylko zapaćkam sobie te popękane naczynka na policzkach lekko zeschniętym podkładem. Czy gdy sięgałam po buteleczkę, ta wyślizgnęła mi się z rąk i obiła nieco glazurę umywalki? Oczywiście. Czy ta sama minikatastrofa spowodowała chlapnięcie fluidu na przed chwilą założone ubranie? Jeszcze jak. Przebarwienia na skórze będą musiały pozostać widoczne dla świata, bo już nie mam ani czasu, ani czystych ubrań na zmianę.
Czując, jak nadciąga migrena, wbiegam do sypialni, ze sterty ciuchów leżących na rowerku stacjonarnym wybieram pstrokaty, kolorowy sweter i zakładam go na poplamione ubranie. Istnieje dom, w którym taki sprzęt faktycznie służy do ćwiczeń, a nie jako drogi wieszak?
Mam gonitwę myśli. Gdy schodzę po schodach, aż mnie ściska w dołku. Znowu nie zdążę. W końcu mnie zwolnią. Wyglądam okropnie. Boli mnie kolano, trzeba by w końcu zrzucić parę kilo, jak radził ortopeda, i go tak nie obciążać. Kolana, nie ortopedy...
Wchodzę do kuchni. Ze słowotoku myślowego wyrywa mnie głos Jaśka:
- Dzień dobry, myszko. - Uśmiecha się poczciwie.
- Czyli że jestem taka szara i pospolita? - pytam z typowym dla siebie przekąsem. Nie daje się sprowokować mojemu złemu humorowi. Podchodzi do mnie i całuje w czoło, ale ja nie czuję z tego powodu ani szczęścia, ani ulgi w bólu głowy.
- Dobrego dnia. - Niewzruszony moim chłodem podaje mi tabletkę przeciwbólową i wodę do popicia.
Kącik moich ust unosi się ledwo widocznie, ale jemu to wystarcza i znów uśmiecha się do mnie czule. Jak on mnie dobrze zna.
Zawsze, gdy się spóźniam, dopada mnie migrena. Jako małolata nabijałam się z tych wszystkich znerwicowanych bab, które łykają tabletki jak cukierki z nawet najbardziej błahego powodu. Cóż... uważaj, z kogo się śmiejesz.
- Podwieźć cię?
W odpowiedzi tylko kręcę głową, bo przełykam kapsułkę. Jeszcze tego brakowało, żebyś ty też się spóźnił przeze mnie, myślę, ale nie wypowiadam tych słów na głos. Grzęzną mi w gardle jak to gorzkie lekarstwo. Nie zasługuję na takiego męża. Odchrząkuję kilka razy, biorę ze stołu swoją torebkę i wychodzę z domu.
***
Mam prawo jazdy. Zapisałam się na kurs w dniu osiemnastych urodzin, jak te wszystkie "fajne" dzieciaki. Zdałam za pierwszym razem, rodzice byli dumni, a koledzy i koleżanki zazdrośni. Miałam predyspozycje do tego, by stać się przyzwoitym kierowcą, a jednak jadę dziś do pracy autobusem. Dlaczego? Gdy weszłam w dorosłość, zaczęłam się wycofywać zarówno z prowadzenia auta, jak i z całego swojego rozrywkowego życia. Nie siedziałam za kółkiem od dobrych kilku lat i mimo że w garażu stoi uroczy garbus w moim ulubionym turkusowym kolorze, to zwyczajnie boję się nim jeździć. Nie wiem, czemu tak jest, bo nie miałam żadnego wypadku ani stosu mandatów na koncie, które mogłyby mnie skutecznie zniechęcić. Nawet oczekiwanie w deszczu czy upale na przystanku albo opóźnienia nie potrafią mnie przekonać, by znów prowadzić auto. Zresztą na moich pigułkach na uspokojenie jest wyraźnie napisane, że siadanie za kierownicą to kiepski pomysł, więc mam świetną wymówkę.
Rozsiadam się na swoim ulubionym miejscu w pięćdziesiątce dwójce. Jedzie najszybciej do przychodni i ma jedno pojedyncze siedzenie tuż przy tylnym wyjściu. Moje miejsce.
Już na przystanku włożyłam do uszu słuchawki, odcinając się od reszty świata. Dzięki tej idealnej strategii nie muszę wychodzić poza swoją strefę komfortu i rozmawiać z obcymi.
Moja ręka odruchowo sięga do torebki po telefon, a palec klika w różowo-pomarańczową ikonkę. Bezmyślnie scrolluję zdjęcia. Ktoś jest na urlopie, ktoś kupił auto, komuś urodziło się dziecko, ktoś wrzucił zdjęcie psa, inny przebiegł maraton, a znajoma ze studiów wydała książkę. Sami ludzie sukcesu. Ewidentnie robią te rzeczy tylko po to, żeby zrobić mi na złość. Nie lajkuję ani nie komentuję, ale i tak kciuk wędruje w górę i w dół, dając mojemu mózgowi zastrzyk dopaminy, irytacji i niezdrowej zazdrości. Pławię się w tych emocjach, mimo że jednocześnie są niepożądane. Czuję, jak od nieprzyjemnych myśli robię miny, które pogłębiają zmarszczki, nadając mi jędzowaty wyraz twarzy.
Zauważam post sponsorowany z ładną sukienką. Modelka wygląda w niej obłędnie, też bym chciała tak się prezentować. Ale mam za szerokie biodra, imponującą oponkę na brzuchu i obwisłe ramiona. No i nie potrafię tak zgrabnie zapozować, makijaż też nie jest moją mocną stroną. Może gdybym kupiła tę sukienkę i nowe kosmetyki, też bym się tak uśmiechała?
Podnoszę głowę znad ekranu i klnę pod nosem. Oczywiście social media skradły całą moją uwagę i przegapiłam przystanek. Podrywam się z siedzenia i impulsywnie naciskam guzik "stop", ale kierowca jest bezwzględny. Wszyscy się na mnie gapią, więc nie mam śmiałości, żeby poprosić go, by wypuścił mnie, gdy zatrzymał się na czerwonym świetle.
W gimnazjum nie byłam taką niedorajdą... Z drugiego końca autobusu potrafiłam poprosić kierowcę, by otworzył drzwi, i w piruecie wyskoczyć. Wtedy wzrok postronnych nie był oceniający i tłamszący, a pełen podziwu i pożądany. Ale tamtej pewnej siebie dziewczyny już nie ma. Jestem tylko ja. Kasia.
Z pochmurną miną wychodzę z autobusu i biegnę w stronę przychodni. Mam dwie możliwości: iść dłuższą drogą naokoło i spóźnić się jeszcze bardziej albo leźć na przełaj przez trawnik i ryzykować upapranie błotem. Wybieram obie te opcje. Przewracam się na śliskiej trawie i zanim udaje mi się ogarnąć i dotrzeć na chodnik, jestem już koncertowo spóźniona.
Przed gabinetem stoi już tabun pacjentów i trzech przedstawicieli medycznych. Nie patrząc nikomu w oczy, znikam w pokoju socjalnym. Szybko ściągam sweter, przez kark przerzucam stetoskop i narzucam fartuch lekarski, zapinam go bardzo skrupulatnie, aby ukryć plamę na bluzce, jednocześnie odwlekając moment rozpoczęcia pracy. Wdech i wydech - i przemykam przez tłum do swojej celi, a po piętach już depcze mi pan Bogdan, siedemdziesięcioośmioletni emeryt z zespołem metabolicznym, osteoporozą i zamiłowaniem do czytania biografii pewnego słynnego austriackiego akwarelisty. To będzie długi dzień...
***
Zawsze chciałam leczyć ludzi, co bardzo cieszyło moich rodziców, bo według nich istniały tylko trzy zawody: prawnik, lekarz i hańba rodzinna. Już jako trzylatka badałam wszystkie swoje misie i lalki. Podawałam im lekarstwa w formie malinowych żelek, smarowałam maścią, za którą służył mi krem do twarzy mamy, i mierzyłam gorączkę starym szklanym termometrem. Szybko dowiedziałam się, jak fajnie rtęć zachowuje się na parkiecie.
Chęć ratowania ludzkiego życia towarzyszyła mi przez całą młodość i była motorem napędowym do nauki. Potem przyszła jednak szara rzeczywistość, rozczarowanie możliwościami, i pasja zgasła, pozostawiając mnie totalnie wypaloną. Chciałabym kiedyś na nowo poczuć tę iskrę siły, która we mnie drzemała. Bo ja wciąż ją pamiętam, choć wspomnienie tego uczucia spełnienia zaczyna stopniowo blaknąć.
Z rozmyślań wyrywa mnie głos pana Bogdana:
- To te niebieskie rano i wieczorem, a białe... połówkę przed posiłkiem? - pyta zmarnowany i pochyla się w stronę biurka, jakbym miała odpowiedź wypisaną na twarzy.
- Na odwrót, stary ośle.
Na szczęście dla mojej reputacji te słowa padają nie z moich ust, a z ust żony pana Bogdana, która weszła do gabinetu zaraz za swoim mężem. Kiwam jednak głową, bo lepiej bym tego nie ujęła. W ich rodzinie największy posłuch ma siedmioletni jamnik, a na drugim miejscu pani Marysia. Kobieta, która - skoro już się tu pojawiła - wprowadzi w życiu biednego Bogdana prawdziwy reżim.
- Już zapisuję. - Zmuszam się do nikłego uśmiechu i dużymi literami notuję zalecenia, jednocześnie powtarzając wszystko po raz drugi. - Ma pan nadciśnienie, cukrzycę typu drugiego, hipercholesterolemię i stłuszczoną wątrobę. Źle się pan czuje, bo nie brał pan leków - zwracam się do staruszka, a chyba powinnam do pani Marysi. - Tu recepta, a tu rozpiska, co i kiedy brać.
Nie pomyliłam się. Po kwity natychmiast sięga żona.
- Wypadałoby również przejść na dietę. - Tu już z premedytacją zwracam się do kobiety. - Proszę, aby mąż jadł lekkostrawne dania. Więcej warzyw i białego mięsa.
- Dieta. Białe mięso. Oczywiście, pani doktor, już ja go przypilnuję. - Groźnie łypie na skulonego mężczyznę, po czym wsuwa papiery do torebki. - Dziękujemy, pani doktor.
Gdy tylko wychodzą, w drzwiach już pojawia się następna pacjentka. Pani Ola wypomina mi moje spóźnienie, a następnie barwnie opisuje, od której to czekała przed gabinetem, żeby zająć miejsce w kolejce.
I tak minęło mi następne siedem godzin, a gdy już nie wiedziałam, jak się nazywam, zabroniłam wchodzić kolejnemu pacjentowi, tłumacząc się teleporadami. Ciężko oparłam się na krześle, wzięłam łyk zimnej kawy i faktycznie sięgnęłam po telefon, ale zamiast dać odpocząć głowie, niemal nieświadomie zajrzałam do Instagrama.
Scroll. Scroll. Scroll. Scroll. Scroll. Pukanie. Scroll. Scroll.
- Pani doktor?
- Przecież przed gabinetem wisi kartka "Nie wchodzić bez wezwania lekarza"! - wykrzykuję w stronę nieśmiałej staruszki i zanim kończę zdanie, już czuję się z tą reakcją paskudnie. Drzwi zamykają się gwałtownie, a mnie jest zwyczajnie wstyd.
Dlaczego zareagowałam tak impulsywnie? Jestem w pracy, moi pacjenci są dla mnie ważni, wykonuję odpowiedzialny zawód, nie powinnam zachowywać się jak skończona łajza.
Spoglądam na zegarek i orientuję się, że moja pięciominutowa przerwa trwa już trzy kwadranse. Czterdzieści pięć minut, podczas których nie skończyłam pić kawy, nie wyszłam do toalety ani nie poplotkowałam z dziewczynami na recepcji. Tylko social media.
Przenoszę wzrok w dół i widzę, że w dłoni wciąż trzymam telefon z otwartą apką. Patrzę na zdjęcie dodane cztery minuty temu przez olivia_miretti_official. Widnieje na nim bezdyskusyjnie piękna dziewczyna o długich blond włosach - co nie umyka mojej uwadze - bez rozdwojonych końcówek. Promiennie się uśmiecha idealnie białymi zębami - musi wydawać fortunę na dentystę. Jej ciemnobrązowe oczy są zdecydowanie mniej podkrążone niż moje.
W tle widać luksusowy jacht, zjawiskową włoską lagunę w promieniach zachodzącego słońca. Co za kicz. Przepiękny kicz...
Rzucam okiem na krótki opis pod fotką.
Na jakiś czas wracam do Polski! Kto na szybką kawkę po latach?
Impulsywnie wchodzę w komentarze i zostawiam swój.
Ja.
I odkładam telefon.
Próbuję wrócić do rzeczywistości, więc sięgam po kartotekę pani Barbary. Chwilę przeglądam papiery i ostatnie zalecenia, ale nie potrafię się skupić. Gdzieś z tyłu głowy czuję, że zrobiłam coś niewłaściwego. Najgorsze, że moje sumienie wcale nie ma na myśli bezpodstawnego naskoczenia na staruszkę czekającą na korytarzu.
Odkładam dokumenty i znów podnoszę telefon. Co ja sobie myślałam?
Szybko szukam swojego komentarza, żeby go usunąć. Na pewno jeszcze go nie odczytała. W tej samej sekundzie widzę wyskakującą czerwoną kropeczkę na serduszku w prawym górnym rogu.
Powiadomienie...
Zamieram, gdy dociera do mnie, co to znaczy. Musiała zobaczyć moją odpowiedź pod postem. Przeszywa mnie dreszcz, gdy telefon wibruje, a w górze ekranu wyskakuje komunikat o wiadomości prywatnej.
Jestem idiotką.
* Sylwia Grzeszczak, Tamta dziewczyna.