Identyfikacja - Michael Tsokos

Reflow text when sidebars are open.
Ta mała dziwka w ogóle nie kapowała, zupełnie. W każdym razie robiła wrażenie, jakby nic do niej nie docierało. A przecież objaśnił jej to bardzo dokładnie, nie raz i nie dwa. Ale ona gapiła się tylko na niego baranim wzrokiem, a z jej fiołkowych oczu kapało jak z zepsutych kranów.
- Mam panu nogi na szyję...? - Znowu zaczęła beczeć. - Ja nie mogę... nie chcę... nie rozumiem tego... Dlaczego mnie pan po prostu nie wypuści?
Musiał zrobić głęboki wdech.
- Jesteśmy na ty - przypomniał jej. - Już zapomniałaś? - Uszczypnął ją w brodawkę lewej piersi. - Jana. Tak masz przecież na imię, prawda?
Przytaknęła i dalej beczała.
- Zapamiętaj, że mam na imię Barry.
Nie była to specjalnie genialna ksywka, bo w prawdziwym życiu miał na imię Harry. Ale przecież nie o to chodziło. Harry to było jego jasne ja, Barry to mroczne. Jak doktor Jekyll i Mr. Hyde. Uwielbiał to porównanie.
Leżała na przedpotopowym łóżku z wyrobionym materacem, on przykucnął obok niej. Oboje byli nadzy. Włączył ogrzewanie elektryczne, było przytulnie ciepło. Nie miała więc powodu do narzekania, chociaż jeszcze nie tak dawno myślała, że jest w drodze do swojego kiczowatego singielskiego mieszkania na obrzeżach miasta, gdzie nikt na nią nie czekał z wyjątkiem kolekcji pluszowych misiów.
Jana o brązowych, kędzierzawych włosach. Wysportowana sylwetka, ale z uroczymi krągłościami. Strasznie mu jej było żal, kiedy obserwował ją przez ostatnie dni. Taka młoda, taka ładna i taka samotna. To, że zabrał ją z przystanku autobusowego położonego na terenach przemysłowych i przywiózł tutaj, było właściwie wyrazem miłości bliźniego. Tutaj, to znaczy do jego podziemnego zabawowego hostelu.
Wyposażenie było skąpe, ale praktyczne. Stół z pękniętym plastikowym blatem, dwa skrzypiące drewniane krzesła, wszystko przynajmniej sprzed trzydziestu lat. W jednym kącie plastikowy prysznic, obok toaleta chemiczna. W drugim - pokryty pleśnią zlew w kombinacji z ultranowoczesną mikrofalówką i zepsutą, już od nie wiadomo kiedy, lodówką. Pod sufitem paliła się żarówka, a co pięć minut, z cichym szumem, włączał się nawiew. Na stole piętrzyły się opakowania gotowych potraw w rodzaju Oryginalna Thai Curry czy Danie Jednogarnkowe Według Przepisu Babuni, czego chcieć więcej?
To prawda, że obok stalowych drzwi stało jeszcze dziesięć zgrzewek wody mineralnej w plastikowych butelkach. A walizka lekarska, którą Barry umieścił w zasięgu ręki, po swojej stronie łóżka, zawierała wszystko, tylko nie to, czego człowiek mógłby potrzebować w trakcie takiego wypadu pod ziemię. Na przykład sześć ampułek laxophorinu, opiatu importowanego bezpośrednio z Moskwy, buteleczkę liquid ecstasy własnej produkcji, kilka opakowań viagry, prawie sto gramów rosyjskiej kokainy najwyższej jakości, całe mnóstwo strzykawek jednorazowych i igieł, a do tego rzecz jasna oficjalny arsenał lekarza pogotowia. Ostatecznie był przecież lekarzem z własnym gabinetem w Wandlitzsee pod Berlinem.
- Podoba ci się tu, mała?
Żadnej reakcji. Jej monotonny płacz się nie liczył. Chciał usłyszeć od niej, że jej się podoba. Ale wiedział, że wcześniej czy później będzie go zapewniała ze łzami w oczach, jak cudowne jest to miejsce. A także on, Barry, jej lover.
Hej, twoją najnowszą zdobyczą jest najprawdziwszy doktor! Nieźle, jak na byłą studentkę pedagogiki, która przerwała naukę, a teraz haruje w dyskoncie na pierwszą zmianę. A do tego z miejsca związek na całe życie, ty dziwko, pomyślał Barry. Przynajmniej jeśli chodzi o twoje życie.
Na razie nie wykazywała jeszcze odpowiedniego entuzjazmu, ale to przyjdzie z czasem. On z pewnością nie będzie tu przeszkodą. Absolutnie nie można było mu zarzucić, że jest nudziarzem.
- Już samo łóżko jest zabytkiem muzealnym - zachwalał swój bunkier. - Gdzie indziej trzeba płacić za wstęp, żeby coś takiego tylko zobaczyć. - Do głosu dołączył radosną nutkę, tak jak robią to prowadzący audycje w radiu. - A gdybyś w muzeum próbowała przemycić się do niebiańskiego łoża księżniczki, to natychmiast nadbiegliby strażnicy i diabli wiedzą, co by z tobą zrobili.
Jej płacz stawał się coraz bardziej histeryczny, ale Barry'ego nie zbijało to z tropu.
- Poza tym powietrze tutaj jest o wiele lepsze. - Wyjaśnił jej przy tej okazji, że własnymi rękami zainstalował elektronicznie sterowany system wentylacyjny, ponieważ nie ma tutaj rzecz jasna żadnych okien. - Pomyśl tylko, jesteśmy prawie trzy metry pod ziemią.
Spojrzał na nią badawczo, a ona chlipnęła, wciągając z powrotem gluta i przytaknęła niepewnie.
Żeby końcówki rur wentylacji na powierzchni ziemi nie były widoczne, zakamuflował je bardzo gęstymi krzakami. Ale o tym nie wspomniał, ponieważ uznał, że zabrzmiałoby to defensywnie. Jakby niepokoiło go to, że ktoś mógłby odkryć jego podziemny bunkier. Co oczywiście nie było dalekie od prawdy, ale to przecież nie powód, żeby to ciągle wałkować.
Nieprzyjemne myśli się wypiera, a wszystko inne to mentalna masturbacja. Tak w każdym razie widział to Barry.
Berlin, Treptowers. Jednostka Federalnego Urzędu Kryminalnego "Przypadkii nadzwyczajne". Pokój konferencyjny. Wtorek 5 września godz. 7.30.
Profesor Paul Herzfeld, wyraźnie w dobrym humorze, otworzył punktualnie o wpół do ósmej poranną naradę. Przed nim leżał stos skoroszytów, na których królował jego smartfon, nowiuteńki blackberry o imponujących rozmiarach. Herzfeld, wbrew swoim dotychczasowym zwyczajom, stał za krzesłem na końcu stołu konferencyjnego, jakby chciał od razu wygłosić mowę albo pośpieszyć na inne spotkanie.
Raczej to drugie, pomyślał doktor Fred Abel.
Przemawiało za tym również i to, że szef jednostki "Przypadki nadzwyczajne" Federalnego Urzędu Kryminalnego pojawił się w granatowym garniturze z kamizelką i krawatem. Biały fartuch lekarski narzucił tylko prawdopodobnie ze względów formalnych, nie zapinając go nawet. Abel, jako jego wice, był przyzwyczajony do zastępowania swojego szefa, zarówno podczas tego typu spotkań, jak i na sali sekcyjnej. Herzfeld był znanym na całym świecie lekarzem medycyny sądowej i stąd też często wyjeżdżał na konferencje czy też na zadania specjalne na wszystkich kontynentach.
- Czekają na nas nowe, ciekawe przypadki, panie i panowie - powiedział Herzfeld. Jego oczy błyszczały, niski, dźwięczny głos wypełniał umeblowane szarymi meblami pomieszczenie. Ze swoim wzrostem ponad metr dziewięćdziesiąt oraz fizjonomią znanego aktora hollywoodzkiego był imponującą postacią. Nawet japoński lekarz, doktor Takahito Hayashi, przebywający u nich jako gość, chłonął każde jego słowo, mimo że prawie nie znał niemieckiego.
- Podejrzenie o stosowanie tortury podtapiania w dzielnicy rządowej - kontynuował Herzfeld. - O całej sytuacji poinformuje państwa zaraz doktor Horstmar z Wydziału Medycyny Sądowej w klinice Charité. - Skinął głową w kierunku młodzieńczo wyglądającego mężczyzny w wieku około trzydziestu pięciu lat, który siedział w tylnej części stołu i przeglądał bladoróżowy skoroszyt. Abel wyczuwał wręcz napięcie emanujące od kolegi z Charité.
Zgromadzili się w pozbawionym okien pomieszczeniu konferencyjnym w Treptowers nad brzegiem Szprewy, w którym odbywały się zawsze poranne narady ze wszystkimi pracownikami ich wydziału. Ten kompleks biurowy zawdzięczał swoją nazwę wysokiej na sto dwadzieścia pięć metrów, wyłożonej szkłem wieży, która dominowała nad resztą praktycznych i pozbawionych raczej polotu budynków tego zespołu usytuowanego w południowej części stolicy Niemiec. Jednak wspaniałym widokiem, jaki roztaczał się z tarasu na dachu, Abel i jego koledzy nie mieli okazji się rozkoszować: ich jednostka specjalna medycyny sądowej miała siedzibę na drugim podziemnym poziomie.
Mimo że w pokoju narad było raczej chłodno, to na jasnoniebieskiej koszuli Horstmara było widać plamy potu wielkości krążków CD. Kolega jest na pełnej adrenalinie, przeleciało przez głowę Ablowi. Wydawało się, że Horstmar czuje na sobie jego spojrzenie. Podniósł wzrok znad akt i spojrzał przenikliwie na Abla.
Gorączka łowcy. Obudził się jego kryminalistyczny instynkt, pomyślał Abel i skinął mu głową z namiastką uśmiechu. Odczuwał mimowolną sympatię do tego młodszego o dziesięć lat mężczyzny. Tylko niewielu lekarzy medycyny sądowej czuło powołanie, żeby jako "komisarz z piłą do kości" brać aktywny udział w dochodzeniu, a wśród tych specjalistów nieliczne etaty w jednostce "Przypadki nadzwyczajne" Federalnego Urzędu Kryminalnego, cieszyły się ogromnym wzięciem. Abel propozycję pracy od Herzfelda przyjął cztery lata temu i szybko awansował na jego zastępcę, kiedy poprzedni wice odszedł z powodu wieku. Od pierwszego dnia w jednostce Herzfelda Abel był przekonany, że właśnie znalazł pracę swoich marzeń.
- Ponadto jest jeszcze jeden domniemany seryjny morderca. - Herzfeld przerwał na chwilę i przesunął wzrokiem po pierwszej stronie swojego skoroszytu, który wyjął ze stosu. - Uważna młoda koleżanka z Brandenburskiego Instytutu Krajowego - ciągnął - dokonała w krematorium, przed spaleniem zgodnie z wymogami przepisów, oględzin zwłok mężczyzny, który rzekomo zmarł na zaburzenia czynności wątroby, i dokonała przy tym dziwnego odkrycia. Według aktu zgonu ten pięćdziesięciosześcioletni agent obrotu nieruchomościami miał w wątrobie przerzuty raka jelita grubego, w stadium nieuleczalnym. Podejrzenie koleżanki wzbudził fakt, że podczas zewnętrznych oględzin zwłok nie stwierdziła żółtawego zabarwienia skóry czy też spojówek zmarłego, jak należało tego oczekiwać w przypadku przerzutów i wynikającej z nich żółtaczki. Wręcz przeciwnie: jego skóra i spojówki były "białe jak lilie", by użyć sformułowania tej koleżanki.
Krótko spojrzał w kierunku doktora Muraua, który ułożył usta w dzióbek i kiwnął głową z uznaniem. Murau był znakomitym lekarzem medycyny sądowej, ale równie imponująca była jego znajomość mrocznej poezji. Podobno ten trzydziestopięciolatek, z niewielkim wystającym brzuszkiem, znał na pamięć wszystkie wiersze Baudelaire'a i Gottfrieda Benna. Ponieważ ich jednostka specjalizowała się w wyjaśnianiu szczególnie okrutnych czy niezwykłych przypadków, to właściwie każdego dnia na ich stołach sekcyjnych lądowały przedziwnie poranione szczątki ludzkich ciał. Murau, jako typowy wiedeńczyk, miał zawsze w pogotowiu kilka makabrycznych wersów i wyrafinowanych złośliwości własnego autorstwa, które trafnie komentowały leżące przed nimi przykłady zawiłości ludzkich losów.
- Wiedziałem, że spodoba się panu to określenie - skomentował jego reakcję Herzfeld i zagrzmiał swoim przypominającym fanfary śmiechem.
Był w wyjątkowo dobrym nastroju. Abel usiłował wyobrazić sobie to, bez wątpienia, spektakularne zadanie specjalne, które wprawiło Herzfelda w tak znakomity humor. Już kilka dni temu wezwano go do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Jak przypadkowo dowiedział się Abel, w tym naprędce zwołanym spotkaniu uczestniczył, oprócz ministra spraw zagranicznych i prokuratora generalnego, także minister spraw wewnętrznych i obrony.
- Niestety, nasza koleżanka z Brandenburgii nie może osobiście wyjaśnić dokonanego przez siebie odkrycia, ponieważ wypadły jej inne zajęcia - ciągnął Herzfeld - czego należy żałować, nie tylko z powodów zawodowych.
Przesunął wzrokiem po zebranych, jakby miał nadzieję, odkryć wśród nich ową młodą patolożkę. Herzfeld, podobnie jak jego odpowiednik z wyglądu w Hollywood, uchodził za kobieciarza i wdawał się niekiedy w dyskretne flirty. Jednakże od lat był w stałym związku i tak jak Abel zwracał ogromną uwagę na to, żeby nie łączyć relacji zawodowych z miłosnymi. Wynikająca z takiej hormonalnej mieszanki mikstura była z reguły wybuchowa i z ogromną trudnością dawała się ponownie rozdzielić na pierwotne składniki.
- Nasza koleżanka odkryła także świeże nakłucie w lewym dole podkolanowym zmarłego - referował dalej Herzfeld.
Abel od razu poczuł ukłucie, jednakże nie w okolicy podkolanowej. Słowa Herzfelda ożywiły coś w jego pamięci.
- Nakłucie to było na obrzeżach podbiegnięte krwią w kolorze ciemnoczerwonawym, a więc musiało zostać zrobione tuż przed zgonem mężczyzny - dodał Herzfeld. - Przed około sześcioma miesiącami był podobny przypadek, dlatego Urząd Kryminalny przejął tę sprawę i zarządził dokonanie obdukcji. Pierwszy zmarły to przedsiębiorca przemysłowy Rainer Bunting. Podczas badań toksykologicznych we krwi ofiary znaleziono opioid pochodzenia rosyjskiego. W obu przypadkach akt zgonu został wystawiony przez internistę doktora Haralda Lenskiego. Prowadzi on gabinet w Wandlitzsee w północnym Berlinie. Według naszej bazy danych nie był dotychczas podejrzany ani w sprawach karnych, ani związanych z działalnością zawodową.
Abel miał problemy ze skupieniem się na donośnym potoku słów Herzfelda. Nazwisko Lenskiego nic mu nie mówiło, ale był pewny, że zajmował się już kiedyś sprawcą, który wstrzyknął swojej ofierze śmiertelną truciznę pod kolano. Jednak kto to był i kiedy, za nic nie mógł sobie przypomnieć.
- Zgadzasz się, Fred?
Herzfeld położył dłoń na ramieniu siedzącego obok niego Abla. Wszyscy spojrzeli na niego pełni oczekiwania.
- Sorry, zamyśliłem się - wymamrotał Abel. - Coś przeoczyłem?
- Nic ważnego - zapewnił go Herzfeld. - Właśnie przekazałem ci kierownictwo jednostki, ponieważ bezpośrednio po naszej naradzie muszę wziąć udział w następnym spotkaniu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Poza tym zaproponowałem jeszcze, żebyś osobiście dokonał sekcji domniemanej ofiary tortury podtapiania. Ta sprawa może być politycznie bardzo niewygodna.
Abel skinął głową.
- Nic się nie martw, przypilnuję tego - powiedział specjalnie nieco ogólnikowo. Po cichu postanowił jednak, że dokona obdukcji zwłok z tym tajemniczym nakłuciem w okolicy podkolanowej. Ale o tym powiadomi swojego szefa dopiero w rozmowie w cztery oczy, gdy tylko na własny użytek uporządkuje sobie powody podjęcia takiej właśnie decyzji.
Natomiast ofiarą tortury podtapiania mógł zająć się zasłużony lekarz naczelny, doktor Martin Scherz, który jak zwykle siedział ze skwaszoną miną między Ablem i lekarzem asystentem doktor Sabine Yao, drobną Niemką chińskiego pochodzenia o twarzy porcelanowej lalki. Jednak Abel musiał w takim przypadku bardzo uważać, żeby ten gruboskórny lekarz nie wpisał do protokołu sekcyjnego zbyt pochopnych wniosków. Scherz był wprawdzie jednym z najlepszych i najbardziej doświadczonych lekarzy medycyny sądowej, z jakim Abel pracował dotychczas, ale wyglądało na to, że ten pozbawiony empatii odludek posiada znajomość natury ludzkiej jedynie w stosunku do zmarłych. Jeżeli natomiast chodziło o żywych ludzi, ich motywy i sposoby działania, to skłaniał się do koszmarnie błędnych ocen. A tortury podtapiania należały z pewnością do tematów bardzo drażliwych.
- Wpadnij tak około dwunastej do mojego biura, Fred - dodał Herzfeld. - Chodzi o krótką podróż na dziki wschód naszego kontynentu, która jest wręcz wymarzona dla ciebie.
Abel znów skinął głową.
- Do dwunastej powinniśmy zakończyć obdukcje.
Abel wychwycił zawistne spojrzenie Horstmara. Jednak w myślach nadal poszukiwał tej tajemniczej sprawy z przeszłości, w której główną rolę odgrywało ukryte pod kolanem nakłucie.
- W takim razie oddaję głos doktorowi Horstmarowi - Herzfeld zwrócił się z jowialnym uśmiechem do patologa z Charité. - Proszę nam wyjaśnić, co skłoniło pana do sformułowania hipotezy mówiącej, że w jednym z budynków Bundestagu mogło dojść do zastosowania tortury podtapiania ze śmiertelnym skutkiem.
Berlin, Treptowers. Jednostka Federalnego Urzędu Kryminalnego "Przypadkii nadzwyczajne". Pokój konferencyjny. Wtorek 5 września godz. 8.05
To jest Moah Aslewi - powiedział Horstmar - kurdyjski Turek, który pracował jako sprzątacz w parlamencie Berlina.
Zaczął nerwowo naciskać przyciski na pilocie wielkości karty kredytowej. Plamy potu pod jego pachami znacznie się powiększyły. Ale proporcjonalnie do tego wydawała się wzrastać suchość w jego ustach. Ze zdenerwowania jego głos pobrzmiewał wręcz metalicznie.
W końcu rzutnik komputerowy, po kilku nieudanych próbach, poddał się jego woli i na ekranie pojawił się portret krępego mieszkańca Orientu. Aslewi miał na szyi przewiązaną chustę palestyńską, a na twarzy uśmiech, który w pewnym sensie był zaprzeczeniem jego gniewnie błyszczących oczu.
Ambicja Horstmara jest większa niż myślałem, powiedział do siebie Abel. Wyglądało na to, że kolega z Charité opracował całość akt tego przypadku w formie prezentacji w PowerPoincie. Godne podziwu.
Chłodzący wiatrak umocowanego pod sufitem rzutnika wydawał jednak denerwujący odgłos kołatania, tak że z trudem można było zrozumieć, co mówi Horstmar.
- A tak wyglądał Aslewi, kiedy znaleźli go funkcjonariusze dyżurnej jednostki policji kryminalnej. W pomieszczeniu piwnicznym Paul-Löbe-Haus, budynku parlamentu w dzielnicy rządowej. - Horstmar znów nacisnął na pilota. - Byłem na miejscu znalezienia zwłok razem z technikami kryminalistycznymi. To są zdjęcia zmarłego tak, jak zastali go funkcjonariusze.
Na ekranie pojawiło się jaskrawo oświetlone pomieszczenie piwniczne: otynkowane betonowe ściany, na jasnej cementowej podłodze Aslewi w pozycji na plecach i z nagim torsem i w niebieskich spodniach roboczych. Nie żył już od dłuższego czasu, jak można było łatwo rozpoznać po silnie wykształconych plamach opadowych. Obok niego leżał złożony stół do tapetowania, poza tym piwnica była pusta. Usta Aslewiego były szeroko rozwarte, jakby do ostatniej chwili próbował złapać powietrze.
Horstmar pokazał w szybkim tempie kolejne fotografie ramion, nóg i górnej części ciała Aslewiego, w dalekich jak i bliskich planach. Czerwonawobrązowe obtarcia wokół nadgarstków i stawów skokowych były już pokryte strupami. Dobrze widoczne były również półkoliste czerwonawe i ciemnofioletowe wybroczyny podskórne na bocznych powierzchniach jego torsu. Prawdopodobnie został skrępowany w pozycji siedzącej lub leżącej, więzami biegnącymi wokół górnej części ciała i dodatkowymi na rękach i stopach.
Zdjęcia jego twarzy ukazywały przeciętnego mężczyznę około czterdziestu pięciu lat z gęstymi, czarnymi włosami, wyrazistymi brwiami i bujnymi wąsami. Tym większą uwagę zwracały okrągłe, czerwonawofioletowe przebarwienia skóry w obszarze żuchwy, które z pewnością powstały w wyniku przytrzymywania rękami. Prawdopodobnie usta Aslewiego były otwierane przemocą. Takie ślady Abel znał z przypadków szczególnie brutalnego maltretowania dzieci, kiedy oprawcy zmuszali swoje ofiary do jedzenia zepsutego lub zbyt ostrego pożywienia albo picia takich płynów.
Abel spojrzał szybko po zebranych. Wyglądało na to, że zgromadzeni koledzy byli tak samo zafascynowani wywodami Horstmara, jak on sam.
Po kolejnym kliknięciu w pilota na ekranie pojawiły się nagie zwłoki Aslewiego leżące na stole w sali sekcyjnej. Horstmar oblizał spierzchnięte wargi i wyskrzeczał:
- Denat miał czterdzieści dwa lata, a więc był stosunkowo młody. Nie ma informacji o przebytych chorobach, poza tym drzwi piwnicy nie były zamknięte. - Znów chwycił za pilota. Na ekranie pojawiły się mocno powiększone fotografie z dokonanej sekcji serca i płuc.
- Wczoraj wieczorem dokonałem natychmiastowej sekcji - kontynuował swój wywód Horstmar - i stwierdziłem, że Aslewi doznał nie tylko zawału serca, jak mogą to państwo tutaj zauważyć.
Wskazał na fotografię w dużym powiększeniu, na której, równomiernie zazwyczaj brązowy mięsień serca był wyraźnie bledszy niż normalnie, z wyraźnymi jasnoczerwonymi punktowymi krwawymi wybroczynami.
- Ten mężczyzna miał poza tym wodę w płucach - kontynuował Horstmar. - I nie mówię tutaj o pienistej wydzielinie, jaką odnajdujemy przy zwykłym obrzęku płuc, powstałym w wyniku na przykład ataku serca. Tutaj dostała się ona do płuc przez tchawicę, a więc została wprowadzona z zewnątrz, jakby utonął. I w zasadzie tak było.
Horstmar wskazał na zdjęcia obu płuc, które leżały oddzielnie, w metalowej misie na stole sekcyjnym. Były wyraźnie przesiąknięte wodą. Sporo płynu wydostało się także z oskrzeli i zgromadziło w misce, tak że płuca wydawały się wręcz w tym pływać.
- Zawał serca był skutkiem utopienia względnie silnej reakcji stresowej ciała tuż przed śmiercią - ciągnął Horstmar. - Serce Aslewiego było do tego momentu całkowicie zdrowe. Żadnego stwardnienia tętnic wieńcowych, nic. Utonięcie w przypadku osoby, która nie została wyciągnięta z wody, jak ustaliłem na podstawie własnych poszukiwań, występuje często przy metodzie tortur, która zyskała smutną sławę jako waterboarding. Przypominają sobie z pewnością państwo relacje na temat skandalu z torturami w Abu Ghureib podczas okupacji Iraku przez Stany Zjednoczone i ujawnione później fakty na temat sposobów traktowania więźniów w Guantanamo.
Na twarzy Horstmara widać było przez moment wahanie, ale potem wyraźnie się przemógł.
- Śledczy z wydziału zabójstw prowadzący dochodzenie odkryli poza tym, że Aslewi był w przeszłości aktywnym członkiem kurdyjskiego Hezbollahu - mówił dalej Horstmar. - Na podstawie mojego protokołu sekcji dochodzenie przejęła wasza instytucja. Z tego powodu jestem dzisiaj u państwa. O ile słyszałem powołana ma zostać specjalna komisja w tej sprawie, ale o tym państwo zapewne już wiedzą.
Po tych słowach Horstmar zamilkł i spojrzał z wyczekiwaniem na Herzfelda i Abla. Wyglądało na to, że przezwyciężył swoją tremę, ponieważ sprawiał teraz wrażenie dumnego i pewnego siebie. Oraz żądnego należnych pochwał ze strony Herzfelda i Abla.
Na podstawie własnych poszukiwań, no popatrz, pomyślał Abel. Żal mu było Horstmara, ten biedak wypalał się wręcz przez swoją ambicję. Jednak jeżeli oczekiwał z ich strony czegoś więcej niż głośno wyrażonej pochwały, to się po prostu przeliczył.
Herzfeld, jak się wydawało, w ogóle nie zauważał ambicji kolegi z Charité. Skończył pisać mejla na swoim smartfonie i skinął głową w kierunku Horstmara z roztargnionym uśmiechem.
- Znakomita robota, panie kolego - pochwalił go. - Tym samym przejmujemy oficjalnie sprawę Aslewiego. Doktor Abel dokona powtórnej sekcji zmarłego, żeby się upewnić, że nie popełnił pan żadnego błędu. Serdeczne dzięki. Poświęcił nam pan ogromnie dużo ze swojego drogocennego czasu.
Po tych słowach twarz Horstmara stała się tak szara, jak metalowe szafki przy ścianie za jego plecami.
Herzfeld przeglądał akta sprawy.
- Dochodzeniem kieruje pani nadkomisarz Lubitz - powiedział tonem świadczącym, że to dobra wiadomość. - Zdolna i doświadczona funkcjonariuszka. Jeżeli podejrzenie o tortury podtapiania jest słuszne, to ona to potwierdzi.
Przesunął skoroszyt w kierunku Abla i wziął do ręki kolejne akta ze stosu. Horstmar zbierał swoje notatki i upychał w aktówce.
- Niech ktoś wyłączy ten cholerny aparat - wyburczał Scherz. Jego podwójny podbródek drżał z wściekłości pod wystrzępioną brodą. Także dłoń Horstmara drżała, kiedy po raz ostatni wziął pilota. Wyłączył rzutnik i denerwujący odgłos wiatraka ucichł.
Horstmar obszedł stół ze spuszczoną głową i wciągnął rękę do Herzfelda.
- Do widzenia, panie profesorze - powiedział głosem idącego na zesłanie. - To był dla mnie wielki zaszczyt...
- I wzajemnie. Raz jeszcze, wielkie dzięki.
Herzfeld podniósł się, Abel poszedł za jego przykładem. Ze swoim metr osiemdziesiąt dziewięć, także nie zaliczał się do niskich, ale jego przełożony przewyższał go jeszcze o kilka centymetrów. Uścisnęli dłoń Horstmara. Błagalny wręcz wzrok kolegi z Charité spowodował, że postanowił odprowadzić go do drzwi.
- Jeżeli jednostka specjalna potrzebowałaby fachowego wsparcia... - wydusił z siebie Horstmar.
- ...to pomyślimy o panu - zapewnił go Abel, co jednak zabrzmiało tyleż szczerze, co i wieloznacznie.
- W końcu to ja dostarczyłem solidny zastrzyk dowodów - podbił stawkę Horstmar.
Abel słuchał go już tyko jednym uchem. Zastrzyk, przemknęło mu przez głowę, a jego myśli znów skierowały się ku sprawie z jego przeszłości, w której ofiara została zamordowana zastrzykiem trucizny w okolicę podkolanową. Kiedy i gdzie to się wydarzyło?
W tym samym momencie ktoś zapukał do drzwi. Abel, który miał już rękę na klamce, otworzył je, a na progu pojawiła się sekretarka Renate Hübner. Skinęła głową Ablowi i krokiem robota pomaszerowała w stronę Herzfelda.
- Panie dyrektorze, Ministerstwo Spraw Zagranicznych. - Jak zawsze mówiła tak jednostajnym tonem, jak przestarzała nawigacja samochodowa. Również jej podłużna twarz, z wyraźnie widocznymi siekaczami, pozostała nieruchoma, kiedy podawała Herzfeldowi bezprzewodową słuchawkę.
Herzfeld wsunął smartfon do prawej wewnętrznej kieszeni swojej szytej na miarę marynarki. Drugą ręką wziął telefon od pani Hübner.
- Dzień dobry, pani sekretarz stanu. Już jadę.
Naddniestrze. Gospoda wiejska w Pilipczy pod Tyraspolem. Cztery lata wcześniej.
No to się zgadzamy - powiedział Zwiria i spojrzał przenikliwie na swojego brata.
Tioma chciał odwrócić wzrok, ale Zwiria zmusił go do spojrzenia mu w oczy. Zawsze tak było, jak daleko Tioma sięgał pamięcią. Jego brat był tylko o szesnaście miesięcy starszy od niego, ale Zwirii udało się jakoś utrzymać pozycję dominującą z okresu dzieciństwa. A nawet ją umocnić. To duży Zwiria decydował, co będą robili. A mały Tioma był posłuszny.
A przecież obaj przekroczyli już czterdziestkę. I posiadali majątek w kwocie około dwudziestu pięciu milionów - euro, rzecz jasna, a nie jakichś tam naddniestrzańskich rubli. Ale także w odniesieniu do ich wspólnego dziedzictwa Zwiria miał głos decydujący.
- Okay? - zapytał i spojrzał groźnie na Tiomę.
Tioma skinął niechętnie głową. Nie ufał temu kontraktowi, jaki Zwiria sporządził dla nich obu. Ale jeszcze mniej ufał własnej odwadze w kwestii wyrażenia sprzeciwu. Był prawie tak samo wysoki, szeroki w ramionach i jasnowłosy jak jego brat. Ale wszędzie, gdzie pojawiali się razem, każdy od razu wyczuwał, że szefem jest Zwiria. A Tioma co najwyżej jego zastępcą.
Dlatego właśnie podział ich przedsiębiorstwa był początkowo pomysłem Tiomy. Żeby nie musiał mieć ciągle poczucia, że jest zdominowany przez Zwirię. Jednak jego brat tak ochoczo zaakceptował ten plan, że Tiomie ciarki przeszły po plecach. I to Zwiria zaproponował, żeby spotkali się, jak spiskowcy, tutaj w gospodzie w Pilipczy, odległej wsi, daleko od bram naddniestrzańskiej stolicy, Tyraspolu. Bez świadków i nawet bez ochroniarzy, którzy zwykle nie odstępowali ich na krok w miejscach publicznych.
- Tu nie potrzebujemy goryli - stwierdził Zwiria. - W Naddniestrzu nie mamy już żadnych wrogów. Ojczulek wszystkich wydusił.
Tioma nie był tego taki pewny. Musiał jednak przyznać, że ich "ojczulek", i jego równie potężny sojusznik, oczyścili politykę i gospodarkę kraju ze wszelkich możliwych przeciwników. Nie mówiąc już o różnych klanach przestępców, które w latach dziewięćdziesiątych kontrolowały praktycznie cały region. Obecnie członkowie tych syndykatów albo nie żyli, albo rozpierzchli się na wszystkie strony świata.
Mimo to nie powinniśmy czuć się zbyt pewnie, pomyślał Tioma.
O tak wczesnej godzinie przedpołudniowej nie było w tej mrocznej knajpie nikogo poza nimi - z wyjątkiem gospodarza, starego człowieka o krzywych nogach, który był w zasadzie głuchy jak pień i siedział za swoją ladą sztywny, jak drewniany posąg. Na dworze z bezchmurnego nieba lał się sierpniowy żar, jednak w środku, pod glinianym sufitem, było tak chłodno, że Tioma niemal trząsł się z zimna.
Zwiria podniósł kieliszek i wzniósł toast. Tioma z wahaniem także wziął do ręki kieliszek i upił trochę ciężkiego, czerwonego wina.
Zamówili najlepsze z tego, co mogła przyrządzić kuchnia tej małej wiejskiej knajpy. Barszcz z kawałkami jagnięciny, potem duszonego królika z białą i czerwoną fasolą, w końcu turta dulce, besarabskie ciasto z orzechów włoskich, miodu i maku. Właściwie były to ulubione dania Tiomy, ale teraz zjadł i wypił niewiele. Od miesięcy nie miał apetytu. W przeciwieństwie do swojego brata, który praktycznie sam opróżnił miski i talerze.
- W takim razie podsumuję krótko to, co zaraz obaj podpiszemy - powiedział Zwiria. - Żeby nie było żadnych nieporozumień.
Przekartkował kontrakt, który leżał przed nim w dwóch egzemplarzach. Wystarczyłoby, żeby Tioma lekko się pochylił i mógłby przysunąć sobie kopię umowy po brudnym stole, ale nawet do tego brakowało mu niezbędnej energii. Zupełnie, jakby przed dwoma miesiącami odeszła od niego nie tylko żona, ale wraz z nią wszystko, czego potrzebował do życia. Zwłaszcza poczucie własnej wartości i życiową odwagę. Zarówno jednego, jak i drugiego i tak nigdy nie miał zbyt dużo, w przeciwieństwie do Zwirii, który od zawsze tryskał pewnością siebie.
- Jak obaj wiemy - powiedział Zwiria - nasz ojczulek uważa za konieczne, abyśmy odziedziczony kombinat utrzymali w całości i wspólnie nim kierowali. Dwóch dyrektorów, z których żaden nie może sam zdecydować o czymkolwiek. Ale mieszany koncern złożony z przemysłu chemicznego i optycznego nie ma jednak, kurwa, żadnego sensu. Poza tym wkurza mnie, tak samo jak ciebie, to, że musimy uzgadniać każde gówno. Ty też tak uważasz, prawda Tioma?
Zwiria znów spojrzał na niego groźnie, a Tioma ponownie przytaknął. Jasnoniebieskie oczy jego brata miały tę władzę nad nim właściwie od zawsze. Niekiedy Tioma myślał, że jego bunt powinien zacząć się od tego, żeby zmusić Zwirię do nazywania go właściwym imieniem. Jak dorosłego mężczyznę, a nie małego chłopca. "Tioma" i "Zwiria" to były dziecinne zdrobnienia ich prawdziwych imion, także "ojczulek" nie był ich właściwym ojcem. Ale zmuszenie Zwirii do czegokolwiek było tak prawdopodobne, jak zawrócenie nurtu Dniestru, którego koryto ciągnie się od Karpat po Morze Czarne.
- Z tych powodów postanowiliśmy - ciągnął Zwiria - że ty od zaraz będziesz kierował częścią optyczną, a ja przejmę kontrolę nad obszarem chemicznym. Na zewnątrz wszystko pozostaje tak, jak jest; w naszej umowie ustalamy tylko, że nie będziemy sobie wzajemnie szczali do zupy. Od teraz będziesz podpisywał wszystko, co ja przedłożę ci z mojego obszaru, a ja będę robił tak samo w drugą stronę.
Jednak Tomie coś bardzo nie pasowało w tej umowie, i nie były to z całą pewnością przekleństwa, którymi Zwiria okraszał każde swoje zdanie. Ale nie był w stanie powiedzieć, co w tej umowie, czy też w ich spotkaniu tutaj, było podejrzane. Z pozoru planowany podział był sprawiedliwy i jasny. Zwiria kazał sporządzić ekspertyzę, z której wynikało, że obie części przedsiębiorstwa są warte mniej więcej tyle samo. Według szacunków renomowanego biura rzeczoznawców w Moskwie część optyczna miała nawet lepsze perspektywy wzrostu, tak że proponowany podział byłby dla Tiomy wręcz korzystniejszy.
- No to podpisujemy, tak? - zapytał Zwiria, trzymając już swoje złote pióro w dłoni. Pasowało do jego złotego roleksa i złotego łańcucha na szyi.
Tioma nigdy nie odważyłby się tak ostentacyjnie chełpić bogactwem, jak robił to Zwiria. Nosił zawsze dżinsy, koszulkę polo i sneakersy. Natomiast jego brat miał złocisty krawat do szytego na miarę garnituru w jodełkę i gruby jak kciuk złoty łańcuch na lewym nadgarstku. Nawet jego bmw było w złotym kolorze, a każda z jego byłych kochanek otrzymywała od niego na pożegnanie ten sam prezent: etui ze złotym pierścionkiem i łańcuszek na szyję ze złotym medalionem. Zwiria musiał mieć mnóstwo tych etui, ponieważ przerób kochanek miał imponujący. Nierzadko zdarzało się, że Tioma w którymś z ekskluzywnych klubów Tyraspolu czy Moskwy spotykał młodą piękność, która nosiła standardową biżuterię Zwirii. Pewnego razu brat pokazał mu dokładnie taki medalion: kiczowate serce, w którego wnętrzu przyklejony był na stałe mocno upiększony portret Zwirii.
Atrament jeszcze błyszczał wilgocią, kiedy Zwiria podsunął mu przez stół pierwszą kopię umowy ze swoim podpisem.
- Znowu pewnie nie masz nic do pisania? - Wyszczerzył zęby do Tiomy. - Poczekaj, dostaniesz moje.
Podpisał także drugi egzemplarz i także przysunął go po stole, dokładając wielkodusznym gestem swoje pióro.
- Ach, Tioma, mój mały, co ty byś zrobił beze mnie. Ale od teraz musisz już sam sobie radzić.
Arogancki uśmieszek nagle zniknął z jego twarzy. Tioma szybko dokończył podpisywanie, potem odwrócił się i spojrzał w kierunku, w którym Zwiria wpatrywał się z mrocznym wyrazem twarzy.
W drzwiach stał napakowany mężczyzna z czarnymi włosami zaczesanymi żelem do tyłu. Miał na sobie rozciągnięty szary garnitur, a w ręku trzymał pistolet automatyczny glock z lufą wycelowaną w głowę Zwirii. Kiedy wszedł do gospody, stęknęły pod jego ciężarem wyrobione deski podłogi. Tuż za nim pojawiło się dwóch innych mężczyzn, chudych jak szakale, każdy uzbrojony w AK-47, lepiej znane jako kałasznikow.
- Nawet nie myślcie o sięganiu do kieszeni! - szczeknął ten z nażelowaną fryzurą, zapewne przywódca. - Natychmiast ruszać tyłki z krzeseł! I chcę widzieć wasze łapska. No, szybciej!
Zwiria i Tioma spojrzeli po sobie.
- Gdyby wiedzieli, kim jesteśmy, to posraliby się w gacie - powiedział cicho Zwiria.
Tioma nie był tego taki pewny, ale swoje przemyślenia zachował dla siebie. Przywódca dał znak jednemu ze swoich ludzi. Ten przewiesił kałasznikowa przez ramię, podszedł do Zwirii i Tiomy i szybko ich obmacał.
- Te dupki są czyste - zameldował. Był ubrany, tak jak ego towarzysz, który nadal celował z karabinu w obu braci, w podkoszulkę i wojskowe spodnie z maskującym wzorkiem, do tego znoszone buty żołnierskie.
Być może ci dwaj to też bracia, przeleciało przez głowę Tiomie. Typ, który ich rewidował miał krzywy podbródek, ale poza tym obaj wyglądali tak samo. Chudzi, o szarej skórze, z zepsutymi zębami i przerzedzonymi, brunatnymi jak błoto włosami, spod których prześwitywała skóra głowy.
- Wyprowadźcie ich! - rozkazał przywódca. Gwałtownym gestem wskazał na drzwi kuchenne z tyłu pomieszczenia szynku. Na jego lewej dłoni błysnął gruby, srebrny sygnet.
Zwiria i Tioma, każdy z lufą AK-47 między łopatkami, zostali brutalnie wyprowadzeni przez tylne drzwi na zewnątrz. Gospodarza nie było nigdzie widać, prawdopodobnie zmył się na swoich krzywych nogach.
Nie ukrywają swoich twarzy przed nami, przeleciało przez głowę Tiomie. Albo rzeczywiście nie wiedzą, kim jesteśmy, albo jest im to obojętne, ponieważ mają zlecenie nas zabić.
Niewielka rosyjska kryta ciężarówka typu GAZ-66 czekała na podwórzu z włączonym silnikiem.
- Oni chcą nas zabić! - wyszeptał Tioma do brata.
- Stul pysk! - wrzasnął przywódca. W swoim szarym nieforemnym garniturze wyglądał jak zwykły urzędnik średniego szczebla z Federacji Rosyjskiej. Jednak jego umięśniona sylwetka i stalowe spojrzenie emanowały brutalną stanowczością.
- Jesteśmy... - wyrzucił z siebie Tioma, ale więcej nie zdążył.
Kolba kałasznikowa uderzyła w tył jego głowy. Jęknął zamroczony i zamilkł.
- Nie będę tego powtarzał - ciągnął przywódca. - Wiemy, kim jesteście. Mam zadanie zabrać was stąd, a wy nie macie najmniejszej szansy nam w tym przeszkodzić. Możecie tylko sobie wybrać, czy od razu wyprujemy z was flaki, czy też dotrzecie do miejsca przeznaczenia w miarę dobrym stanie.
Typ z krzywą żuchwą wybuchnął wariackim śmiechem, a jego szef wyszczerzył do niego zęby. Plik niedbale złożonych papierów wystawał z kieszeni jego marynarki.
Tioma pomyślał mimowolnie, czy to aby nie jest jego umowa ze Zwirią, ale to nie miało najmniejszego sensu.
- Jeszcze jakieś pytania, dupki?
Zwiria pokręcił głową.
- Już nie żyjecie, parszywi idioci - powiedział, a jego głos brzmiał znów tak mocno i pewnie, jak zazwyczaj. - Tylko jeszcze o tym nie wiecie.
Jeden z mężczyzn podszedł do niego i splunął mu prosto w twarz. Kiedy Zwiria odruchowo podniósł rękę, mężczyzna uderzył go kolbą karabinu w bok głowy. Zwiria zaczął przeklinać, ale za moment zamilkł. Z miną wyrażającą najwyższe niedowierzanie patrzył na swoją dłoń, którą przesunął po skroni. Była cała pomazana krwią.
Także Tioma wciąż był lekko zamroczony. Dlaczego Zwiria jest tak bardzo wytrącony z równowagi, zastanawiał się mgliście. Wygląda, jakby nie mógł po prostu pojąć, co się z nami dzieje.
- Związać, ale już! - wrzasnął przywódca i otworzył tylne drzwi budy ciężarówki. - Ty bierzesz tego tu, Wadik, a ty, Witalij, drugiego!
Witalij, typ z prostą żuchwą, wyjął z ciężarówki dwie długie na łokieć opaski zaciskowe do mocowania kabli. Wadik, najpierw Zwirii, a potem Tiomie, wykręcił ręce na plecy, a Witalij założył im opaski na nadgarstki i brutalnie zacisnął. Tioma poczuł natychmiast jak drętwieją mu dłonie.
Popchnęli obu braci do wnętrza ciężarówki. Potem wsiedli za swoimi więźniami i rozkazali im usiąść na bocznej ławce. Sami zajęli miejsca na ławce naprzeciwko, przy czym broń nadal kierowali w Zwirię i Tiomę.
Przywódca zatrzasnął tylną klapę transportera. Tioma usłyszał, jak z przodu otwierają się drzwi obok kierowcy i znów zatrzaskują. Nie widział, co dzieje się na zewnątrz, ponieważ ciężarówka miała tylko niewielkie okna na górze w bocznych ścianach.
- Ruszamy! - krzyknął przywódca.
- Rozkaz, panie lejtnancie! - Kierowca wrzucił z łoskotem bieg, potem ciężarówka ruszyła z charakterystycznym wyciem silnika.
- Na pomoc! - wrzasnął Tioma, najgłośniej, jak tylko mógł. - Zostaliśmy porwani!
Kopał w blaszaną podłogę ciężarówki, chociaż było raczej oczywiste, że nikt na zewnątrz go nie usłyszy. Tych niewielkich nie do zdarcia ciężarówek typu GAZ-66 nie produkowano już od dwudziestu lat, ale mimo to były wszechobecne na ulicach Naddniestrza. Także Tioma miał jeden taki egzemplarz, polakierowany na ciemnozielony kolor z wyblakłą czerwoną gwiazdą nad przednią szybą. Niekiedy jeździł nim godzinami po okolicy, żeby oczyścić głowę ze złych myśli. Maszyna huczała i grzechotała tak potwornie, że człowiek nie słyszał własnych słów.
Wadik i Witalij uśmiechali się szyderczo. Mimo to Tioma krzyczał i tupał dalej, nawet wtedy, gdy Zwiria wykonał gest ręką, jakby chciał powiedzieć: Uspokój się już, poradzimy sobie. Tioma jednak zdawał sobie sprawę, że zbyt wiele okazji do buntowania się - czy to przeciwko własnemu bratu, czy też komukolwiek innemu - nie będzie już miał.
Naddniestrze. Ruiny budynku fabryki. Cztery lata wcześniej.
Kierowca tak mocno nacisnął na hamulec, że Tiomę rzuciło na brata.
- Przestań wreszcie się wydzierać! - krzyknął na niego Zwiria.
Tioma prawie tego nie słyszał. Dawno już zachrypł, gardło go paliło. Ale krzyczał nadal niezmordowanie.
- Pomocy! Czy ktoś tam jest? Zostaliśmy porwani! Wyciągnijcie nas stąd!
Nieustannie też kopał obiema stopami w podłogę z blachy. Wadik "krzywa morda" i jego kompan Witalij w ogóle nie zwracali na niego uwagi. Jedyną osobą, w całym otoczeniu, która reagowała na krzyki Tiomy, był jego brat.
Transporter jechał w żółwim tempie po wyboistym podłożu naszpikowanym ogromnymi dziurami. Zwiria i Tioma, mając skrępowane z tyłu ręce, nie mogli się niczego przytrzymać i z ogromnym trudem utrzymywali równowagę. GAZ-66 kołysał się na wszystkie strony jak jolka przy wietrze o sile dziesięciu stopni w skali Beauforta.
Kiedy kierowca po raz kolejny zahamował i jednocześnie gwałtownie skręcił w lewo, Zwiria spadł z ławki i uderzył twarzą o zardzewiałą podłogę ciężarówki. Podniósł głowę i spojrzał na Tiomę. W wyniku upadku rozciął sobie czoło i z mniej więcej dwucentymetrowej rany wypływała krew. Na lewej skroni miał ogromnego guza, a jego włosy były pozlepiane krwią aż do ucha. Wyglądał groteskowo, jak oszalały klaun, który na chybił trafił pomalował się czerwoną szminką.
Jednak Tiomę, bardziej niż ta spora ilość krwi, zaniepokoił wyraz twarzy brata.
Zwiria nadal wygląda tak, jakby nie skapował jeszcze co się tutaj dzieje. A przecież zwykle nie jest taki tępy, pomyślał Tioma. Myślał, że nikt się nie odważy nas zaatakować. No i, jak widać, pomylił się. Co jest w tym tak trudnego do zrozumienia?
Kiedy Zwiria, przeklinając, usiłował się podnieść, tylne drzwi otworzyły się gwałtownie. Tioma, mrużąc oczy, spoglądał w jasny prostokąt światła i rozpoznał przywódcę w rozciągniętym szarym garniturze. Gruby sygnet błyszczał na jego lewej dłoni. Wcześniej kierowca nazwał go lejtnantem, czyli porucznikiem. Tioma zastanawiał się, czy to była tylko ksywa, czy też stopień służbowy - w armii albo gdzie indziej.
Napakowany lejtnant pochylił się, złapał Zwirię za kostki i zaczął ciągnąć na zewnątrz, twarzą po blaszanej podłodze.
- Do kurwy nędzy, urwę ci za to jaja! - Głos Zwirii załamywał się i był zniekształcony bólem.
Lejtnant złapał go za skrępowane z tyłu ramiona i próbował brutalnie wyciągnąć z ciężarówki.
- Ty zasrany gnoju! - krzyczał Zwiria. Chciał kopnąć swojego prześladowcę, ale ten zrobił krok w bok. Zwiria, szamocząc się, spadł z ciężarówki i uderzył o asfalt.
Wadik zamachał kałasznikowem.
- No, dalej, nie bądź taki nieśmiały! - krzyknął na Tiomę. - Wyłaź. Teraz dopiero będzie party!
Tioma podniósł się z trudem. Wszystko wskazywało na to, że Wadik "krzywa morda" jest psychopatycznym sadystą z ilorazem inteligencji szczura kanałowego. Kiedy Tioma stał pochylony do przodu w drzwiach, żeby zejść na zewnątrz, Wadik kopnął go z całej siły w plecy, tak że Tioma wyleciał z ciężarówki, jak rozkładający się nóż sprężynowy. Uderzył przy tym głową o ramę drzwi i ostry ból przeszył mu czaszkę. Upadł na asfalt barkiem do przodu. Krew spływała mu z włosów i kapała do oczu. Zamrugał gwałtownie, ale nadal nic nie widział, a ręce miał skrępowane z tyłu.
- Oni nas zabiją! - krzyknął znów Tioma.
Razem ze Zwirią popędzono go kopniakami i uderzeniami w stronę budynku fabryki, wyłaniającego się spoza dziko rosnących krzaków i stosów niedających się zidentyfikować odpadów. Ziemia były usiana dziurami i kamiennymi bryłami, tak że Tioma potykał się prawie za każdym krokiem.
- Gdyby chcieli tylko okupu, to nosiliby maski! Powiedz coś, Zwiria! Co mamy robić?
Zwiria, z przekleństwem na ustach, upadł na ziemię obok niego. Lejtnant poderwał go do góry za skrępowane ręce, a Zwiria krzyknął z bólu.
- Stul gębę, Tioma! - wycharczał, dysząc. - Kiedy wreszcie skapujesz, co tu się dzieje?
Dotychczas to Tioma uważał, że Zwiria nie pojmuje, w jakich znaleźli się opałach. Czyżby to jednak jemu, Tiomie, coś tutaj umknęło?
W każdym razie od tej chwili rzeczywiście trzymał język za zębami, chociaż było to głównie skutkiem wyczerpania. Nie czuł już rąk, ale tym mocniej dokuczał mu ból w głowie i w plecach. Wszystko wokół niego było jakby zanurzone w czerwonej mgle.
Z krwawych oparów wyłoniła się nagle pokryta rdzą, otwierana do góry brama w rozpadającym się ceglanym murze. Brama była podniesiona na tyle wysoko, że mógł przez nią przejść dorosły mężczyzna średniego wzrostu. Zwiria i Tioma musieli schylić głowy. Kiedy Tioma odwrócił się, przechodząc przez nią, zobaczył, że za nimi szli już tylko lejtnant i Wadik. Przez moment obaj wydali mu się nierzeczywistymi istotami, jak postacie z jakiejś komputerowej strzelanki.
Witalij został zapewne z kierowcą przy ciężarówce, żeby trzymać wartę. Cały ten obszar robił wrażenie, jakby przez ostatnie dwadzieścia lat nie pojawił się tu żaden człowiek.
Tioma tak mocno pokręcił głową, że krople krwi rozprysnęły się na wszystkie strony. Przez chwilę w miarę wyraźnie widział. Znajdowali się w gigantycznej hali fabrycznej, zastawionej niekończącymi się szeregami zardzewiałych maszyn produkcyjnych. Przez wąskie, zabrudzone okna wpadało tylko niewiele dziennego światła. Jednak Tioma rozpoznał tokarki i frezarki starego typu, nieużywane prawdopodobnie już od wielu lat. Wszystko pokryte było kurzem i pajęczynami.
Zakład mechaniki precyzyjnej z czasów Związku Radzieckiego, pomyślał.
Daleko w głębi hali zauważył mocno zbudowanego mężczyznę z łysą głową, ubranego w sięgający prawie kostek skórzany płaszcz. Stał oparty o jeden z filarów obok jasnoniebieskiego metalowego kontenera, z rękami założonymi na potężną klatkę piersiową.
Mając oczy zaklejone zaschniętą krwią, Tioma nie był w stanie dostrzec dokładniej rysów twarzy łysego. Mimo to mężczyzna wydał mu się znajomy.
Przekręcił głowę na bok. Zwiria wysunął podbródek do przodu i wpatrywał się w łysego w skórzanym płaszczu, sprawiając wrażenie, jakby gotował się ze złości.
Tioma obserwował go w napięciu i nagle doznał olśnienia: Zwiria chciał go wydać! A teraz jest wściekły, bo sam musi, podobnie jak i ja, dostać za swoje!
Czy to miało jakiś sens? Tioma nie potrafił jeszcze tego nazwać ani tym bardziej skonkretyzować, ale czuł, że jest na właściwym tropie.
Na tropie twojej zdrady, braciszku.
Wtedy otrzymał potężny cios w potylicę. Zdążył jeszcze zobaczyć, jak Zwiria również pada obok niego na ziemię. Potem wszystko przykryła czerń.
Berlin, Treptowers. Jednostka Federalnego Urzędu Kryminalnego "Przypadkii nadzwyczajne". Sala sekcyjna. Wtorek 5 września godz. 9.45.
W sali sekcyjnej uderzył Abla kwaśny odór pochodzący głównie z jelit wyjmowanych ze zwłok. U laików tego typu zniuansowane zapachy, wydobywające się ze zwłok, wywoływały zazwyczaj odruch obrzydzenia, aż do mdłości włącznie. Natomiast doświadczeni lekarze medycyny sądowej z tej gamy zapachów śmierci odczytywali niekiedy istotne informacje, na przykład o uszkodzeniu nerek z ich ostrym, zawierającym amoniak zapachem czy też o zaawansowanej cukrzycy z jej słodkawymi oparami, jakie wydobywały się z rozciętych organów, budząc skojarzenia z przejrzałymi owocami.
Dopływ ciał był niewyczerpany. W sali sekcyjnej stały cztery stoły do obdukcji i nierzadko zdarzało się, że pracowano przy wszystkich naraz. Tego przedpołudnia jeden z błyszczących metalowych stołów pozostawał jednakże pusty. Profesor Herzfeld konferował z rządem federalnym, a Murau musiał stawić się przed sądem jako rzeczoznawca w procesie o zabójstwo.
Technicy przywozili zmarłych poddawanych sekcji danego dnia na specjalnych wózkach, służących do transportu zwłok z chłodni na stoły sekcyjne i z powrotem. Każde ciało kładli na pustym stole ze stali szlachetnej. Wcześniej zwłoki wsuwane były kolejno do tomografu komputerowego w celu stwierdzenia, czy struktura kostna nie zawiera ukrytych złamań albo czy w ciele nie znajdują się metalowe przedmioty, na przykład pociski czy też złamane igły strzykawek. Od kiedy Herzfeld przeforsował zakup tego drogiego aparatu, w ciałach zmarłych zlokalizowano już najbardziej nieprawdopodobne przedmioty: od połkniętych kluczy, poprzez instrumenty medyczne, pozostawione przez zapomnienie po operacjach aż do odłamanych ostrzy noży włącznie.
- Doktorze Scherz, proszę przejąć Aslewiego. - Abel wskazał na sprzątacza pochodzenia kurdyjskiego, leżącego teraz na plecach na jednym ze stołów; na ciele Aslewiego, od obojczyków do kości łonowej, widniał szew w kształcie litery Y - podpis kolegi Horstmara z Charité, który dokonał jego sekcji już poprzedniego dnia.
Scherz zrobił zaskoczoną minę.
- O ile dobrze zrozumiałem szefa, to miał pan osobiście... - Przerwał w połowie zdania, a jego twarz przybrała zwykły, ponury wyraz. - Biorę, jak jest - powiedział. - A zwykle jest marnie.
Abel chciał już udzielić mu kilku dobrych rad, ale w końcu powstrzymał się od jakichkolwiek komentarzy. Scherz swoją nienaganną ekspertyzę doprawi, jak zazwyczaj, kilkoma jeżącymi włos na głowie wnioskami natury kryminalistycznej, czy też nawet politycznej, a Abel, jak zwykle, usunie co bardziej absurdalne zdania. Potem Scherz będzie urażony, a w konsekwencji popadnie w jeszcze bardziej ponury nastrój niż zwykle, ale zmienioną ekspertyzę podpisze bez protestów. Abel będzie ją kontrasygnował, a później ani on, ani Scherz nigdy już nie poruszą tego tematu.
Ten wzorzec współpracy z tak uzdolnionym i jednocześnie tak wyobcowanym ze świata kolegą sprawdzał się jak najbardziej - tylko że w tym konkretnym przypadku Abel musiał być czujny w jeszcze większym stopniu niż zwykle. Oficjalna ekspertyza Federalnego Urzędu Kryminalnego, w którym pomówiono by na przykład CIA o stosowanie tortur i zabijanie w budynku niemieckiego parlamentu, mogłaby wywołać komplikacje natury dyplomatycznej, których Abel wolał raczej sobie nie wyobrażać.
Jednak będzie musiał zaryzykować, bo sam nie zrobi sekcji domniemanej ofiary tortury podtapiania, lecz człowieka, który rzekomo zmarł w wyniku przerzutów do wątroby. Abel czuł coraz mocniej, że za tym niepozornym nakłuciem od zastrzyku w dole podkolanowym u agenta nieruchomości kryje się coś o wiele poważniejszego. A jego przeczucia rzadko prowadziły na manowce.
- Przejmuję ten rzekomo źle wystawiony akt zgonu - powiedział Abel.
Wzięli się do pracy. Każdy lekarz dokonujący obdukcji miał pod bokiem asystenta. Abel, podobnie jak cały zespół, zamienił swoje prywatne ubranie na standardowy roboczy kombinezon: górna część z krótkimi rękawami i długie spodnie z niebieskiej bawełny, do tego gumowe buty i fartuch.
Scherz przepędził na bok asystenta sekcyjnego i pochylił się nad martwym ciałem, żeby ocenić jego stan zewnętrzny.
- Niezbyt dobrze zaszyte rozcięcie Y od obojczyków do kości łonowej pochodzi z pierwszej sekcji dokonanej w klinice Charité - mówił do dyktafonu umocowanego nad stołem sekcyjnym. - Górne i dolne kończyny, jak również przednia strona ciała wykazują wiele zranień: obwodowe otarcia i podbiegnięcia krwawe na nadgarstkach i stawach skokowych, jak również w okolicach klatki piersiowej, pochodzą prawdopodobnie od ciasno założonych więzów; poza tym podbiegnięcia krwawe odpowiadają śladom po chwycie palcami, po każdej stronie kącików ust. Zmiany te nie powstały post mortem, lecz tuż przed śmiercią.
Scherz otworzył usta zmarłego i odchylił górną i dolną wargę, tak żeby móc dokładnie obejrzeć śluzówkę jamy ustnej i dziąsła.
- Odciski palców, które musiały znajdować się w formie imadła wokół żuchwy, są wyraźnie widoczne. Prawdopodobnie sprawca lub sprawcy otworzyli usta Aslewiego przemocą - wskazówka na torturę podtapiania, jaka jest typowa dla działań tajnych służb USA, a zwłaszcza CIA.
Abel, który na sąsiednim stole dokonywał sekcji agenta obrotu nieruchomościami Dominika Kreislera, słuchał jednym uchem tego, co Scherz mamrocze do swojego dyktafonu. Kiedy lekarz naczelny wymienił CIA, Abel cały się wzdrygnął. W tej kwestii zgadzał się całkowicie z Scherzem: że tortura podtapiania, znana jako waterboarding, symulująca tonięcie jest jedną z metod stosowanych, w ulepszonej formie, przez ekspertów tajnych służb USA, jako instrument w walce z islamskim terroryzmem. Stąd też spore prawdopodobieństwo, że również i w tym przypadku można było podejrzewać sprawcę lub sprawców z kręgów tajnych służb amerykańskich. Jednakże obraz, jaki widoczny był na pierwszy rzut oka, nie zawsze - a nawet bardzo rzadko - zgadzał się z rzeczywistym przebiegiem wypadków. Jednak dla żyjącego jak odludek naczelnego lekarza pozór i prawda były z reguły tożsame.
Scherz bez słowa wziął od asystenta przygotowany nóż sekcyjny, żeby po raz drugi otworzyć przednią stronę ciała Moaha Aslewiego. Jednym szybkim cięciem, pociągniętym od podbródka do obszaru spojenia łonowego, przeciął szew zrobiony przez Horstmara. Obydwa duże płaty skóry opadły na boki, przez co dostępne stały się narządy w brzuchu i w klatce piersiowej zmarłego.
Abel obserwował go jeszcze kątem oka przez kilka chwil. W końcu jednak, mając złe przeczucia, jeśli idzie o eskapady Scherza w kwestii Aslewiego, skoncentrował się na zmarłym agencie obrotu nieruchomościami.
Naddniestrze. Ruiny budynku fabryki. Cztery lata wcześniej.
Brzęk łańcuchów wyrwał Tiomę z ogłuszenia. Chciał otworzyć oczy, ale były tak sklejone, że nie mógł unieść powiek. Leżał na chropowatym, nierównym podłożu, czuł dokładnie każde jego najmniejsze wgłębienie, każdą rysę.
Jestem nagi, pomyślał zamroczony, mam tylko majtki. Co tu się dzieje?
Ręce miał nadal skrępowane, ale już nie na plecach. Leżał wyciągnięty na brzuchu, z ramionami wyciągniętymi nad głową, jak pływak przed skokiem do wody. Także kostki miał skrępowane opaskami zaciskowymi do kabli.
Nagle poczuł bolesne pociągnięcie za nadgarstki. Znów zabrzęczały łańcuchy, zazgrzytała wciągarka, jak przy starodawnym wielokrążku.
Tioma został podciągnięty za ręce do góry aż jego stopy dotknęły ziemi. Ramiona miał wyciągnięte pionowo nad głowę.
Łańcuchy nadal brzęczały. Po milimetrze podciągano go dalej, w końcu dotykał podłoża tylko czubkami palców. Wtedy brzęk i zgrzytanie ustały, a Tioma stał cały drżący i czekał, co stanie się teraz.
Po jego prawym boku przesunął się jakiś zimny, metalowy przedmiot, zatrzymując się w okolicy piersi.
- Ten sukinsyn cały się obsmarkał - powiedział lejtnant - nic już nie widzi. Wyczyść mu gębę, bo inaczej przegapi własny pożegnalny występ!
Wadik przejechał Tiomie kawałkiem szorstkiej szmaty po oczach. Było to uczucie, jakby starto mu powieki i brwi, ale potem przynajmniej coś widział.
W następnej jednak chwili zapragnął oślepnąć. I ogłuchnąć, i stracić wszelkie czucie.
Był rzeczywiście rozebrany do bokserek. Ubrania jego i Zwirii leżały na kupie obok metalowego kontenera. Wadik stał tak blisko, że Tioma czuł jego kwaśny oddech, a wykręcony na lewo podbródek wyglądał z tej odległości jeszcze bardziej groteskowo, jak u postaci z komiksu. W prawej ręce trzymał ogromnych rozmiarów cęgi, które szybko przystawił do jednej z brodawek sutkowych Tiomy.
Zwiria stał dwa kroki obok Tiomy, również z uniesionymi do góry ramionami, przyczepionymi do łańcucha podwieszonego gdzieś pod dachem hali. Drugi łańcuch łączył, dokładnie tak samo, jak u Tiomy, więzy u stóp z żelazną obręczą w podłodze. Jego brat dygotał z wysiłku, żeby utrzymać ciężar ciała na czubkach palców, a także zapewne z szoku. Jego twarz była nienaturalnie blada, w każdym razie tam, gdzie nie była pomazana krwią, i błyszczała od wyschniętego potu. Patrzył nieruchomo przed siebie i wyglądało na to, jakby nie zwracał w ogóle uwagi na to, co dzieje się wokół niego.
- Zwiria - wyrzęził z trudem Tioma.
Przeraził się własnego głosu. Zwiria w ogóle nie zareagował. Przed nim stał lejtnant z długimi cęgami w dłoni.
- Zabawimy się w małą grę - powiedział. - Zasady są tak proste, że zrozumieją je nawet takie ptasie móżdżki, jak wy. Najpierw Wadik obetnie brodawkę sutkową twojemu bratu, a ty ją zjesz. Potem twój brat dostanie twoją do żarcia. Następnie przyjdzie kolej na wasze palce u nóg. Ale tych nie musicie żreć na surowo, ugotujemy z nich dla was gulasz. I mimo że odcinanie palców na pewno diabelnie boli, to będziecie sobie życzyli, żeby to nigdy się nie skończyło, ponieważ później przejdziemy do jeszcze bardziej wrażliwych części ciała.
Szczęknął kilka razy ostrymi, ząbkowanymi brzegami cęgów.
Zwiria spuścił głowę, żeby nie patrzeć na lejtnanta. Ale ten mężczyzna w szarym garniturze wcisnął mu obcęgi pod brodę i zmusił do spojrzenia w oczy.
- Jakieś pytania? - powtórzył.
Zwiria dygotał na cały ciele.
- Przyprowadź waszego generała! - wyrzucił z siebie. - Nie gadam z niższymi szczeblem, takimi jak ty. Zgnijesz w lochu piwnicznym, kiedy generał dowie się, co tu odstawiasz!
- Jaki generał? Nie mam pojęcia o czym mówisz, obsrana mordo.
Zwiria ostentacyjnie wciągnął gluty do nosa i chciał najwyraźniej opluć lejtnanta, ale ten niedbałym ruchem uderzył go obcęgami w twarz i Zwiria zakrztusił się własnymi smarkami.
- Był tu przed chwilą - wyrzucił z siebie, dysząc, Zwiria. - Więc przestań pieprzyć, tylko zawołaj tu Burkianowa!
Burkianow! - przemknęło przez głowę Tiomy. To dlatego ten człowiek w skórzanym płaszczu wydał mu się tak znajomy! Oczywiście, pomyślał, to musiał być Burkianow, którego wszyscy nazywają "Generałem".
Tioma rzadko widywał go z bliska. Burkianow często bywał wprawdzie w domu "ojczulka", ale zawsze był osłaniany przez mnóstwo ochroniarzy i ważniaków. Poza tym nikt nie przebywał chętnie w jego pobliżu, jeżeli dało się tego uniknąć. Człowiek ten miał oczy jak studnie i roztaczał wokół siebie aurę komendanta obozu koncentracyjnego.
- Dosyć tych bzdur. - Lejtnant chrząknął i pstryknął palcami w kierunku Wadika. - Zaczynaj!
Robił wrażenie wręcz znudzonego, w przeciwieństwie do swojego podwładnego, którego oczy zaczęły błyszczeć jeszcze większym szaleństwem niż dotąd.
- Robisz tylko to, co ci każę, Wadik. - Porucznik obserwował go, jak bombę, która może wybuchnąć w każdej chwili. - Na początek brodawki sutkowe! - rozkazał.
Tioma zamknął oczy, dygocąc niepowstrzymanie.
Zwiria, proszę! - chciał błagać. Zrób coś, żeby te typy nas wypuściły! W końcu ty nas w to przecież wpakowałeś!
Ale Tioma stracił całkowicie kontrolę nad własnym ciałem. Nie potrafił wykrztusić ani słowa, a z jego ust wydobyło się tylko nieartykułowane skomlenie, które jeszcze bardziej go zszokowało.
Wadik przyłożył zębate ostrza cęgów do lewej brodawki sutkowej Tiomy i ścisnął.
Berlin, Treptowers. Jednostka Federalnego Urzędu Kryminalnego "Przypadkii nadzwyczajne". Sala sekcyjna. Wtorek 5 września godz. 10.10.
Na stole sekcyjnym przed Ablem leżały rozebrane zwłoki średniego wzrostu mężczyzny, który, jak na to wyglądało, dbał za swojego życia o sylwetkę. Dominik Kreisler był szczupły i miał tylko niewielką ilość podskórnej warstwy tłuszczu. Jego mięśnie były, jak na pięćdziesięciosześciolatka, zaskakująco dobrze rozwinięte. Według aktu zgonu ten agent obrotu nieruchomościami musiał być fizycznym wrakiem, wychudzonym, o żółtawej skórze. W wyniku rzekomego raka jelita grubego jego funkcje trawienne powinny być właściwie bardzo ograniczone, a rzekomo zaatakowana przez przerzuty wątroba nie byłaby w stanie odprowadzić żółci do przewodu pokarmowego, co musiałoby doprowadzić do znacznego podwyższenia bilirubiny we krwi, zatem do żółtaczki typowej w tego typu schorzeniach.
Zmarły i jego akt zgonu tak bardzo nie pasowali do siebie, że w innych okolicznościach Abel podejrzewałby zamianę ciał. Ale pomyłka była wykluczona, mimo że na akcie zgonu jasno i wyraźnie zaznaczono:
Bezpośrednia przyczyna śmierci: zaburzenie czynności wątroby w następstwie rozsiewu nowotworowego, w tym ognisk przerzutowych w wątrobie
Przyczyna pierwotna: zaawansowany nowotwór złośliwy jelita grubego
Rodzaj śmierci: śmierć naturalna
Oględziny ciała nie przyniosły żadnych wskazówek co do możliwej przyczyny zgonu, zmarły nie wykazywał żadnych widocznych świeżych lub starszych zranień, ani krwiaków na rękach i przedramionach, jakie powstają zwykle przy obronie przed napastnikiem, ani blizn, które wskazywałyby na wcześniejsze wypadki albo operacje z przeszłości. Ponieważ śmierć mężczyzny nastąpiła przed tygodniem, stężenie pośmiertne już ustąpiło w znacznym stopniu.
Abel wraz z asystentką Brittą Gerlach przewrócił zmarłego na brzuch. Wyraźnie występujące plamy opadowe na tylnej części ciała nie były niczym dziwnym ze względu na lokalizację i kolor, nie było także żadnych innych oznak wskazujących na nietypowe pochodzenie. Abel zaznaczył to w swoim dyktowanym protokole, potem zajął się lewą okolicą podkolanową zmarłego. Koleżanka z Instytutu Krajowego musiała mieć sokoli wzrok, żeby podczas oględzin w krematorium zauważyć to niewielkie nakłucie w zgięciu kolana.
- Proszę mi podać okulary z lupą - powiedział Abel.
Asystentka podsunęła mu oprawki do okularów zaopatrzone w potężne szkła powiększające, podobne do tych, jakich używają chirurdzy podczas przeprowadzania mikrozabiegów. Abel założył okulary z lupą, pochylił się nad zmarłym i przyglądał się nakłuciu nie większemu od główki szpilki. W części centralnej było lekko wklęsłe, a na obrzeżach podbiegnięte krwią w kolorze ciemnoczerwonym, co wskazywało, że musiało zostać zrobione bezpośrednio przed zgonem.
Abel chętnie pracował z Brittą Gerlach. Małomówna asystentka miała prawie czterdziestkę i od dwóch lata należała do jego zespołu. Była zawsze uważna w trakcie wykonywanych czynności i nawet w wyjątkowych sytuacjach zachowywała zimną krew. Rutynowo sfotografowała miejsce nakłucia pod różnymi kątami. W tym czasie Abel mówił swoje uwagi do dyktafonu. Następnie wziął znów skalpel do ręki i wyciął miejsce nakłucia wraz z szerokim na centymetr marginesem wokoło, włącznie ze skórą oraz podskórną warstwą tłuszczu. Podzielił ten kawałek nożem na dwie równe połówki, przy czym bardzo uważał, żeby cięcie przebiegało dokładnie w poprzek kanału nakłucia i prawdopodobnego kanału wlotu. Jedną połówkę włożył do plastikowej torebki wypełnionej w dwóch trzecich formaliną, żeby później zbadać ją pod mikroskopem. Drugą połówkę odłożył, bez żadnych dodatków środków konserwujących i utrwalających do pozostałych dowodów rzeczowych w celu przeprowadzenia późniejszych badań w laboratorium.
Badania chemiczno-toksykologiczne krwi, organów wewnętrznych, a zwłaszcza tego kawałka tkanki z miejscem nakłucia wykażą, czy Dominik Kreisler rzeczywiście został zabity w wyniku iniekcji trucizny w obrębie dołu podkolanowego. Jeżeli hipoteza robocza Abla była słuszna, to sprawca, czy też sprawcy, musieli prawdopodobnie użyć silnego analgetyku zawierającego pochodne morfiny, który przy odpowiednim przedawkowaniu prowadzi do zgonu w wyniku zatrzymania oddechu. Abel był już teraz przekonany, że podczas sekcji nie znajdzie żadnych wskazówek dotyczących innej przyczyny śmierci - nie mówiąc już o organach zżartych przez raka. W każdym razie nie było żadnych poszlak uzasadniających diagnozę doktora Lenskiego, który wypisał akt zgonu.
Mimo to Abel pozostawał do końca sekcji bardzo skoncentrowany. Britta rozcięła jelito na całej długości wynoszącej ponad pięć metrów, a następnie przepłukała je pod bieżącą wodą. Zgodnie z oczekiwaniami jelito agenta nieruchomości nie wykazywało żadnych śladów raka. Także w jego wątrobie nie znaleziono patologicznych zmian. Kreisler trenował zapewne nie tylko swoje ciało, ale także trzymał się z daleka od alkoholu i innych trujących substancji.
- Z tymi naczyniami krwionośnymi i z takim sercem mógłby dożyć stu lat - powiedział Abel bardziej do siebie niż do Britty Gerlach.
Potężny obrzęk płuc zmarłego czynił coraz bardziej prawdopodobną diagnozę: bezdech w wyniku intoksykacji. Zwłaszcza że był to w ogóle jedyny narząd ze zmianami patologicznymi, jaki Abel mógł udokumentować w swoim protokole sekcyjnym.
Pobrane próbki krwi i tkanek, razem z kawałkiem wyciętej tkanki z miejscem nakłucia, polecił Bricie Gerlach przekazać do laboratorium Federalnego Urzędu Kryminalnego.
- Proszę przekazać doktorowi Fuchsowi, że wyniki potrzebuję dzisiaj do godziny siedemnastej - powiedział jej na drogę. - On jest już przyzwyczajony do tych moich niecierpiących zwłoki przypadków.
Kiwnął głową w jej kierunku i w tej samej chwili przypomniał sobie, jaka sprawa z dawnych lat kojarzy mu się z przypadkiem zgonu Dominika Kreislera.
Wtedy byłem jeszcze studentem.
Z otchłani jego pamięci wyłoniło się także imię: Bettina, niestety bez nazwiska.
Kim była ta Bettina? Koleżanka ze studiów medycznych w Hanowerze? I co dokładnie stało się z nią wtedy?
Z głębi sali sekcyjnej zbliżał się do niego Scherz z charakterystycznym sapaniem.
- Jedną chwileczkę, panie Scherz - powiedział Abel. - Zaraz będę w pełni do pana dyspozycji. - Przetarł dłonią twarz.
Bettina Selzer. Tak miała na nazwisko. Zobaczył także przed sobą jej twarz. Beauty Queen o blond włosach. Jak na mój gust zbyt afektowana, ale większość moich kolegów wzdychała do niej.
Abel pokręcił głową zadziwiony tymi wspomnieniami, które tak nagle się pojawiły.
Byłem jeszcze na początku studiów i wtedy jeszcze miałem zamiar studiować naukowe podstawy medycyny, kiedy pojawiła się informacja o śmierci Bettiny. Podobno została otruta substancją, którą wstrzyknięto jej w okolicę podkolanową.
Naddniestrze. Ruiny budynku fabryki. Cztery lata wcześniej.
Kiedy Wadik zacisnął cęgi, Tiomę przeszył ognisty ból. Zmusił się, żeby nie otworzyć oczu, ale i tak wyobraził sobie tę straszną, krwawiącą dziurę po wyrwanej przez tego szaleńca brodawce sutkowej. Ból promieniował we wszystkich kierunkach, aż do mózgu, i w dół, do genitaliów. Tiomie zrobiło się niedobrze, wszystkimi porami lał się z niego pot, serce biło mu jak szalone, gubiąc przy tym rytm.
- Żryj, zasrana mordo! - rozkazał lejtnant dwa kroki dalej.
Tioma nie patrzył w tamtą stronę, ale odgłosy były jednoznaczne. Zwiria dyszał i przeklinał. Metal uderzył o kości, potem dobiegł ohydny zgrzyt. Lejtnant otworzył usta Zwirii cęgami, łamiąc mu przy tym zęby. Zwiria dławił się i jęczał.
- Połykaj! - nakazał lejtnant.
Nagle Tioma poczuł zapach spalenizny. Początkowo myślał, że ma halucynacje, ale potem poczuł po lewej stronie swojej piersi nowy palący ból. Zaskwierczało i zaleciało spaloną skórą i topiącą się tkanką tłuszczową, kiedy Wadik przyłożył płomień palnika do cięcia tam, gdzie zamiast jego brodawki sutkowej ziała czarna dziura.
- Masz szczęście, że w wojsku byłem sanitariuszem - poinformował go Wadik. - Zamykanie rany palnikiem jest tak samo dobre, jak zszycie. A przede wszystkim idzie szybciej! - Jego podkoszulka maskująca była poplamiona krwią.
Moją krwią, pomyślał Tioma i szybko zamknął oczy.
- Gdzie są ci z kotłem, do cholery jasnej? - zaklął lejtnant. - Witalij! Lew! - zaczął krzyczeć na cały głos. - Leniwe gnojki, przynieście tu kocioł polowy!
Od strony bramy dobiegły ciężkie kroki.
- A teraz odwrotnie - powiedział lejtnant i przystawił cęgi do piersi Zwirii. Potem jednak gwałtownie zrobił krok do tyłu. - No, coś takiego - rzucił z udawanym zdziwieniem i plasnął się dłonią w czoło. - Zupełnie zapomniałem objaśnić wam pozostałe reguły tej gry! Ale na szczęście są bardzo proste. Musicie tylko cały swój majątek przepisać na Władimira Bousejewa, wtedy będziecie mogli natychmiast pójść do domu. Chociaż wtedy nie będziecie już mieli niestety żadnego domu.
- Pocałuj mnie gdzieś! - wrzasnął Zwiria. - Wolę dać się pokrajać na kawałki niż oddać wam chociaż jednego rubla!
- Proszę bardzo - odparł lejtnant bez cienia jakiejkolwiek nawet emocji.
- Kim jest ten zasrany Bousejew? - wrzeszczał dalej Zwiria. - Należycie przecież do tego cholernego Generała, a ten, jak wiadomo, nazywa się...
Lejtnant niespodziewanie uderzył cęgami w splot słoneczny Zwirii, który zamilkł, rzężąc.
- Wreszcie coś się zaczyna dziać! - Wadik zaczął szczypać na oślep obcęgami Tiomę w piersi i brzuch.
- Przestań, idioto! - ryknął na niego lejtnant. - Tutaj gramy ściśle według zasad, kiedy wreszcie to skapujesz? Przypomnij sobie lepiej, co się stało z twoim kumplem Ronią.
- Kurwa, tak, tego daliśmy psom na pożarcie - wymamrotał Wadik. - Rozkaz Generała, bo Ronia jakiemuś typowi przewiercił się do mózgu.
- To nie całkiem tak - objaśnił mu lejtnant. - Błąd Roni polegał na tym, że przewiercił czaszkę Siergiejowi Romonowowi, nie czekając na odpowiedni rozkaz!
Tioma o mało nie dostał zawału, kiedy usłyszał to nazwisko. Z Siergiejem Romanowem chodził do szkoły. Jeszcze ostatniej jesieni grali razem w Tyraspolu w tym samym klubie golfowym. Wtedy Siergiej objął kierownictwo kilku firm, które utworzyli jego ojciec i stryj w ostatniej dekadzie. Krótko potem Siergiej nagle zniknął. Pojawił się dopiero po kilku miesiącach, a Tioma ledwo go rozpoznał. Kuśtykał, jąkał się i nie był w stanie skoncentrować się na jednej rzeczy dłużej niż pięć sekund. Rzekomo po "wypadku sportowym" spędził wiele miesięcy w klinice rehabilitacyjnej. Tioma długo zastanawiał się, w wyniku jakich wypadków przy uprawianiu sportu można odnieść takie obrażenia, zwłaszcza kiedy, tak jak było to w przypadku Siergieja, uprawia się praktycznie tylko golf. Tioma nie bardzo też rozumiał to, co krążyło w formie plotek, a mianowicie, że większość imperium firmowego Siergieja znalazła się w rękach tajemniczej spółki udziałowców.
Teraz znał już odpowiedź i ze strachu posikał się w swoje bokserki. Siergiej Romanow był wprawdzie chodzącym, czy może lepiej kuśtykającym, dowodem na to, że Generał niekoniecznie zawsze każe szlachtować swoje ofiary, ale dla Tiomy nie było to żadnym pocieszeniem.
Wolałbym już raczej umrzeć, pomyślał, niż jak Siergiej wegetować jako podrygujący wrak.
Z tych rozważań wyrwał go gulgocący krzyk Zwirii. Kiedy podniósł wzrok, Wadik podsuwał mu właśnie na otwartej dłoni okrwawioną brodawkę sutkową razem z okrągłym kawałkiem rozerwanej tkanki.
- Dobrze pogryź, zasrańcu - powiedział Wadik. - A potem połykamy!
Berlin, Treptowers. Jednostka Federalnego Urzędu Kryminalnego "Przypadkii nadzwyczajne". Sala sekcyjna. Wtorek 5 września godz. 11.23.
Ten Aslewi ma wątrobę jak młody facet - powiedział Scherz. - To typowe dla fanatycznego, ortodoksyjnego muzułmanina. W końcu prorok surowo zabronił im picia alkoholu.
Lekarz naczelny sapał jak lokomotywa parowa, jego czoło błyszczało od potu.
- Nie każdy abstynent jest od razu islamistą - wtrącił Abel.
Wiedział jednak z bolesnego doświadczenia, że bardzo trudno zawrócić nieokrzesanego Scherza z raz obranego kierunku - zupełnie jak lokomotywę parową, która nabierze pędu.
- Zobaczy pan - upierał się Scherz - że moja argumentacja dowodowa jest nie do zbicia, można powiedzieć: absolutnie wodoszczelna.
To, że użycie wyrażenia "wodoszczelna" akurat w przypadku podejrzenia waterboardingu jest raczej niestosowne, nie przeszło nawet przez myśl temu gruboskórnemu człowiekowi.
- Kolega Horstmar z Charité miał całkowitą rację w ocenie jego stanu. Aslewi był zdrów w każdym calu - ciągnął Scherz. - Ktoś taki nie dostaje ni stąd, ni zowąd zawału serca. A mimo to jego serce nosi ślady niedawnego zawału. Niech pan spojrzy.
Abel poszedł za nim do stołu sekcyjnego w głębi sali. W misce operacyjnej leżało badane już wcześniej przez Horstmara serce tego Turka kurdyjskiego pochodzenia. Mięsień sercowy był w licznych obszarach parocentymetrowej średnicy wyraźnie bielszy, a także wykazywał w nich jasnoczerwone krwotoki wewnętrzne.
Scherz podstawił miskę Ablowi pod nos.
- Serce Aslewiego było całkowicie zdrowe. Żadnego przerostu masy mięśniowej, dobra przepustowość naczyń wieńcowych i zastawki sercowe w znakomitym stanie. Żeby wywołać taki wzorzec ataku serca, jego prześladowca musiał mu nieźle dołożyć. Albo poprzez środki medyczne lub narkotyki, wyzwalające stany paniki i tym samym potężne reakcje stresowe, albo poprzez wprowadzenie ofiary, w sposób brutalny, w stan ekstremalnego strachu.
Abel przytaknął.
- Widzę to podobnie, panie kolego. Czy na narządach były jakiekolwiek oznaki zatrucia lekarstwami lub narkotykami?
- Najmniejszych - wyrzucił z siebie, sapiąc, Scherz. - Toksykologia dojdzie do tych samych wniosków, mogę się założyć. Niech pan spojrzy na to.
Wziął do ręki drugą miskę operacyjną. Znajdowały się na niej obydwa, zbadane już wcześniej, płuca, z których nadal wypływało sporo wody.
- Płuca są pełne wody. Po same brzegi - wyjaśnił Scherz. - Także i tutaj przyłączam się do wniosku Horstmara. Przyczyną było wprowadzenie z zewnątrz wody, która poprzez tchawicę przedostała się aż do głębokich partii płuc. Włącznie z rozpoznaniem dotyczącym serca oraz wybroczyn krwawych wynikających z duszenia w jego mięśniach szkieletowych jest to oczywista wskazówka na to, że Aslewi został wprawiony w stan śmiertelnego strachu w wyniku tortury podtapiania!
Sapiąc, odwrócił się do zmarłego na stole sekcyjnym i wskazał na odsłonięte, zabarwione na brązowo mięśnie górnej połowy ciała, które zawierały liczne ciemnoczerwonawe, podbiegnięte krwią rozerwania.
- Dla mnie jest to jasne, jak słońce, co działo się w ostatnich minutach przed zgonem Aslewiego, i to w piwnicy niemieckiego parlamentu. To wręcz nie do wiary!
Lekarz naczelny coraz bardziej się nakręcał. Abel znał go na tyle dobrze, żeby zdawać sobie sprawę, jak pracuje jego głowa. Mimo to słuchał uważnie Scherza. W kwestiach dotyczących medycyny sądowej jego starszy kolega prawie zawsze miał absolutną rację. Dopiero kiedy wchodził dodatkowo w rolę kryminologa, zawsze się zagalopowywał.
- Jak wiadomo, przy torturze podtapiania ofiara unieruchamiana jest w pozycji na plecach, tak że głowa znajduje się niżej niż płuca - mówił mentorskim tonem Scherz. - Na twarz kładziona jest chusta i polewana wodą. Tym samym wyzwolony zostaje u ofiary odruch dławienia się, a oddychanie zostaje zaburzone. Ale w wyniku niższego położenia głowy ofierze nie wlewa się zazwyczaj przy tej torturze woda do płuc.
- Do tego momentu całkowicie podzielam pana zdanie - wtrącił Abel, ale Scherz notorycznie ignorował zdanie swoich współbliźnich.
- Wzorzec śladów po więzach na nadgarstkach i kostkach oraz na górnej części jego ciała jest jednoznaczny - kontynuował Scherz. - Najpierw, w celu dokonania waterboardingu, unieruchomiono go w pozycji na plecach, najprawdopodobniej na stole do tapetowania, który został znaleziony tam w piwnicy. Ale inaczej niż w zwykłych tego typu przypadkach, płuca Aslewiego wypełnione są po brzegi wodą. Zapewne coś tutaj poszło nie tak. Ale na to jest tylko jedno rozsądne wytłumaczenie: Aslewi był w śmiertelnym strachu. Ta tortura go zabiła.
Scherz zrobił krótką pauzę, żeby przejechać językiem po wargach.
- Jego hormonalna składowa stresu pracuje na pełnych obrotach - ciągnął. - Jego ciśnienie nieustannie wzrasta, a naczynia wieńcowe kurczą się aż do momentu, kiedy mięsień sercowy nie otrzymuje odpowiedniej ilości tlenu. A więc dostaje ataku angina pectoris. W wyniku tego popada oczywiście w coraz większy stres, zawał jest już tuż-tuż. Jego oprawcy musieli to zauważyć i podczas gdy woda ciągle leciała mu po twarzy, przenieśli go do pozycji siedzącej. Dostaje ataku serca, kiedy siedzi, a woda nadal leci przez przemokniętą ścierkę na jego twarzy. A to oznacza, że jego głowa znajduje się w pozycji wyższej od płuc.
Scherz przerwał znowu, żeby przenikliwie spojrzeć na Abla.
- Jego usta były z całą pewnością szeroko otwarte, ponieważ na przemian kurczowo próbował łapać powietrze i krzyczeć o pomoc. W ten sposób woda mogła przedostać się do płuc nie tylko poprzez dziurki w nosie, ale także usta. A to oznaczało dla niego fajrant. Koniec, kropka!
Scherz przerwał, dyszący i spocony. Abel o mało sam nie otworzył ust ze zdziwienia. Gdyby jego koledzy nie opuścili już sali sekcyjnej, to z pewnością zareagowaliby podobnie.
Abel jeszcze nigdy nie słyszał, żeby zdziwaczały lekarz naczelny wypowiedział tyle słów naraz, w dodatku z takim ożywieniem i takim przekonaniem. Zazwyczaj Scherz prawie nie otwierał ust, kiedy dyktował do protokołu swoje odkrycia i wnioski jako lekarz medycyny sądowej. Wyglądało jednak na to, że przypadek Aslewiego z jakiegoś powodu, bardzo go poruszył.
- Tak więc śmierć rzeczywiście nastąpiła w wyniku utopienia - dodał Scherz - jednakże wtedy Aslewi był już umierający z powodu ataku serca. Gdyby nie utopił się, to kilka minut później zmarłby na atak serca. To się nazywa właśnie koincydencją zdarzeń.
- Skąd pan wie, że on sam nie wyrwał się i nie usiadł w pozycji wyprostowanej? - zapytał Abel. Bo wiedział bardzo wyraźnie, do czego zmierzają wnioski dowodowe lekarza naczelnego, i starał się z całych sił go od nich odwieść. Ale nie robił sobie raczej złudzeń pod tym względem.
- Ekstremalnie nieprawdopodobne - odpowiedział Scherz. - Skoro dopóki był na siłach, nie udało mu się wyprostować do pozycji siedzącej, to po kilkugodzinnych torturach sztuka ta tym bardziej by się mu nie udała.
Abel wzruszył ramionami i przytaknął. Niewiele można było przeciwstawić również i temu argumentowi. Mimo to jego intuicja mówiła mu, że lekarz naczelny myli się co do swojego podejrzenia skierowanego przeciwko CIA.
- Przyjmijmy, że Aslewi rzeczywiście zmarł w wyniku tortury podtapiania, jak pan to właśnie przedstawił - powiedział Abel. - W takim przypadku jednak sprawca nie mógł być zawodowcem. Perwersyjna logika tej metody tortur polega właśnie na tym, że ofiara przeżywa ją bez widocznych cielesnych uszkodzeń.
Scherz tak mocno pokręcił głową, że jego wystrzępiona broda zatrzęsła się wraz z podwójnym podbródkiem.
- Całkiem niedawno leciał na Arte film dokumentalny. Wynikało z niego w sposób jasny, że CIA w ten właśnie sposób i tą metodą zabiła wiele ze swoich ofiar w Abu Ghureib i w Guantanamo. Najpierw wyciskali z nich odpowiednie informacje. A potem, żeby zatuszować swoje czyny, unosili głowy ofiar na tyle wysoko, żeby woda przedostała się do płuc. W ten sposób ofiary były dosłownie topione za pomocą jednego wielkiego łyka wody.
Abel ze zdumieniem przyjął do wiadomości, że Scherz w wolnym czasie ogląda reportaże na kanale kulturalnym Arte. Nigdy by tego nie przypuszczał. I to byłoby na tyle, jeżeli chodzi o znajomość ludzkiej natury, powiedział sam do siebie.
- W przypadku waterboardingu chodzi o rodzaj tortur, który jest głównie stosowany przez tajne służby USA w walce przeciwko islamistycznemu terroryzmowi - pouczał go dalej niewzruszony Scherz. - Aslewi to były aktywista kurdyjskiego Hezbollahu, a więc radykalnej islamskiej organizacji terrorystycznej. To przemawia w sposób jednoznaczny za tym, że mamy tutaj do czynienia z jednym lub kilkoma sprawcami ze środowiska tajnych służb amerykańskich, którzy prowadzą działania w ramach tajnej operacji przeciwko islamskim komórkom terrorystycznym.
- A dlaczego akurat w piwnicy gmachu parlamentu? Czy także i na to ma pan gotowe wyjaśnienie?
Scherz wydał z siebie jedno ze swoich charakterystycznych chrząknięć.
- Aslewi pracował tam jako sprzątacz. Prawdopodobnie był uśpionym agentem, którego przemycił Hezbollah albo Państwo Islamskie, żeby przygotować zamach samobójczy.
Abel nabrał głęboko powietrza. Najwyraźniej Scherza kompletnie już poniosło.
Powoli jednak również Abel zaczął się poważnie niepokoić. Ale nie z powodu rzekomo przygotowywanego ataku, ponieważ ewentualność, że islamscy terroryści bez wiedzy Federalnej Służby Wywiadowczej BND kręcą się po parlamencie, nadal wydawała mu się czymś absurdalnym. Zaczął jednak zadawać sobie pytanie, czy tym razem lekarz naczelny przyjmie bez sprzeciwów ingerencje Abla w jego raport, wykreślające te szaleńcze teorie spiskowe. I co powie na to Herzfeld, kiedy dowie się, że Abel zignorował jego polecenie i nie zajął się osobiście sprawą Aslewiego.
- Musi pan poinformować Herzfelda! - wyrzucił z siebie Scherz, jakby w odpowiedzi na jego myśli. - Szef musi natychmiast powiadomić Federalnego Prokuratora Generalnego! Zagraża nam niebezpieczeństwo!
- To, co Herzfeld i ja musimy zrobić, proszę pozostawić naszej trosce. - Abel poklepał go po ramieniu, żeby złagodzić ostrość tych słów. - Jest pan znakomitym lekarzem medycyny sądowej - dodał zaraz. - Proszę sporządzić teraz swoją ekspertyzę, a wszystko pozostałe proszę pozostawić w gestii odpowiednich szczebli.
Abel powątpiewał, czy Scherz usłyszał tę ostatnią radę - nie mówiąc już o zastosowaniu się do niej, gdyby nawet przyjął ją do wiadomości. W każdym razie lekarz naczelny ruszył już w kierunku przebieralni, zanim Abel zdołał dokończyć ostatnie zdanie.
No, trudno, pomyślał. Najlepiej powiem Herzfeldowi całą prawdę, zanim wybuchnie tutaj bomba - odpalona jednakże przez Scherza, a nie islamistycznych terrorystów.
Dopiero kiedy jechał windą na górę, do biura Herzfelda, przypomniał sobie, że jego szef chciał go wysłać ze specjalnym zadaniem "na dziki wschód Europy". Normalnie ucieszyłby się z takiej małej przygody, ale w obecnej sytuacji powiększyło to tylko jego niepokój.
Jeżeli Herzfeld na zlecenie rządu federalnego będzie przebywał gdzieś na drugim końcu świata, a ja w tym samym czasie trafię na jakąś Wołoszczyznę, to kto będzie uważał, żeby Scherz nie sprowokował w tym czasie jakiegoś dyplomatycznego skandalu?
Naddniestrze. Ruiny budynku fabryki. Cztery lata wcześniej.
Między Zwirią a Tiomą stał kocher na gaz z butli z czymś w rodzaju kociołka na gulasz na wierzchu. To przestarzałe urządzenie przytaszczyli Witalij i Lew, a Wadik uruchomił palnik. Woda już się gotowała w żeliwnym garnku.
- Wystarczy, że podpiszesz - powiedział lejtnant tonem wyzbytym z jakichkolwiek emocji, przykucając przed Zwirią. Zwiria zaczął szarpać łańcuchem, którym jego stopy były przymocowane do podłoża. Lejtnant przyłożył cęgi do lewego dużego palca od nogi Zwirii i zapytał obojętnie: - Podpiszesz?
Zwiria targał więzami na stopach i rzucał głową we wszystkie strony. Tioma przeczuwał, że Zwiria raczej umrze, niż zgodzi się na żądania prześladowców.
- Myślałem, że to się nazywa przepisać - dodał Wadik.
- To jest to samo, kretynie! - warknął na niego lejtnant.
Tioma usiłował rozpaczliwie zwrócić na siebie uwagę lejtnanta. Jednak gardło miał całkowicie ściśnięte, a całe ciało wręcz sparaliżowane. Wydawał z siebie tylko nieartykułowane pojękiwania. Czuł się potwornie, miał wrażenie, że zaraz starci przytomność. Ale przedtem musiał koniecznie przekazać swoją wiadomość.
- Podpiszę! - udało mu się w końcu wykrztusić. - Dostaniecie wszystko... wszystko, co do mnie należy... Gdzie, gdzie...
Zwiria ryczał i szarpał łańcuchami. Kocioł z wodą bulgotał. Tioma tylko z ogromnym trudem rozumiał, co lejtnant mamrocze do siebie, przykucnięty nad stopami Zwirii.
- Tu nie chodzi o ciebie, mały. Twoją nędzną firmę i tak już dawno przyrzekł Generałowi.
Odsunął cęgi od stopy Zwirii, sprawdził ostrość ich kantów i znów je przyłożył.
- Co ty gadasz?! - krzyknął Zwiria. - Nie wierz w ani jedno jego słowo, Tioma, on kłamie!
Tioma pokręcił tylko bezsilnie głową. Nie chciał teraz słuchać zapewnień Zwirii, w które i tak by nie uwierzył. Chciał posłuchać tego, co ma do powiedzenia lejtnant, żeby wreszcie móc zrozumieć, co tutaj jest grane. Zawroty głowy były coraz silniejsze. Nie miał już wiele czasu, zaraz straci przytomność. Jego serce biło jak oszalałe, co chwila gubiąc rytm. Był cały zlany potem i jednocześnie marzł tak okropnie, jakby wsadzono go do chłodni.
Chłodnia na trupy, pomyślał Tioma. Jeżeli teraz zemdleję, to być może nigdy już się nie obudzę.
- Tylko, że twój brat mądrala totalnie się przeliczył - ciągnął lejtnant. Nadal mówił tonem tak pozbawionym emocji, jakby czytał prognozę pogody. - Generał chce nie tylko twoją połówkę, mały, ale także pozostały kawałek. No więc, podpiszesz teraz? - zapytał znowu, nie podnosząc nawet głowy w kierunku Zwirii.
- Wolę zdechnąć, niż wsadzić wam chociaż jednego rubla do tyłka! - krzyknął Zwiria.
Lejtnant zacisnął cęgi i z ostrym chrzęstem przeciął kości dużego palca od nogi Zwirii. W tym momencie Tioma zemdlał po raz drugi.
Koniec wersji demonstracyjnej