1
SARAH MORGAN
Kiedy wyszłam za Boba, wiedziałam od samego początku, że pewnego dnia się z nim rozwiodę, bo faceci są jak prawnicy. Nie można im ufać. Dobrze o tym wiem, bo jestem prawniczką... podobnie jak on. Mój mąż siedzi naprzeciw mnie przy stole konferencyjnym dla dwudziestu osób, ale dziś w pomieszczeniu jest nas tylko czworo: ja, Bob i nasi prawnicy. Staram się nie patrzeć na mężczyznę, z którym spędziłam ostatnie dwanaście lat. Czuję jednak na sobie spojrzenie jego ciemnych oczu, więc unoszę wzrok tylko po to, żeby on go odwrócił. Dwa górne guziki jego wykrochmalonej, białej koszuli są rozpięte, a krawat zwisa luźno z szyi. Pomimo chłodu panującego w pomieszczeniu na jego czole dostrzegam drobne kropelki potu.
- Mój klient jest zainteresowany ugodą. - Brad podciąga rękaw marynarki, pokazując swojego złotego roleksa. Wygląda to tak, jakby próbował powiedzieć: "zobaczcie, jakim jestem świetnym prawnikiem". Ma zaczesane do tyłu blond włosy i gładko ogoloną twarz, przez co stanowi całkowite przeciwieństwo mojego męża, który ma ciemne, dłuższe włosy i kilkudniowy zarost. Brad jest adwokatem Boba, jego wieloletnim przyjacielem i wyjątkową gnidą. Wie doskonale, jak postępować, by osiągać założone cele, ale to nic szczególnego, bo ja również wiem.
- To absolutnie nie wchodzi w grę - odpowiada chłodno Jess. Unosi wyżej głowę i prostuje się na krześle. Jess jest moją adwokatką i robi wszystko zgodnie z przepisami. To prawdziwa yin dla mojego yang.
- Sarah, to była jednorazowa sytuacja. - Bob zaciska zęby i pociera czoło, jakby próbował się wybudzić z nocnego koszmaru. Ale to jest obecnie nasze życie, nasza rzeczywistość, a to przez niego tutaj siedzimy. - Przysięgam. Jeden raz.
Czy nie właśnie to mówi każdy facet? Jednorazowa przygoda. Wypadek, błąd w ocenie sytuacji, coś całkowicie nieplanowanego, co już nigdy więcej się nie powtórzy. Coś, co nie miało żadnego znaczenia. Ona nie miała żadnego znaczenia. Tak, wszyscy tak mówią, ale tylko gdy zostaną przyłapani. Nie żałują tego, co zrobili. Żałują, że nie byli wystarczająco ostrożni. A Bob w ogóle się od nich nie różni. Jest taki sam jak wszyscy.
Brad rzuca mu porozumiewawcze spojrzenie i kręci lekko głową, sygnalizując, żeby nic więcej nie mówił. Widzę, że trudno wcielić się Bobowi w rolę klienta, a nie prawnika, ale ustępuje - wypuszcza powietrze z płuc, osuwa się nieco na krześle i zakłada ręce na piersi.
- Chciałbym powtórzyć, że mój klient przyjmuje pełną odpowiedzialność za swój poważny błąd w ocenie i zgodził się wziąć udział w sześciu sesjach doradczych, aby doprowadzić do ugody - informuje Brad, splatając dłonie na wysokości twarzy. Promienie słońca wpadają spomiędzy częściowo otwartych żaluzji i trafiają w roleksa, który rzuca kalejdoskopową tęczę na ścianę.
- Pański klient powinien wziąć udział w takich sesjach, zanim okazał się niewierny. - Jess wydyma wargi i powoli przesuwa kartkę po blacie. - Oto żądania pani Morgan.
Bob uwalnia ręce i pochyla się do przodu. Zabiera kartkę, zanim udaje się to zrobić jego prawnikowi. Mruży oczy i marszczy czoło, czytając pobieżnie treść. Widać wyraźnie, że nie podoba mu się to, co widzi, ale taki właśnie był nasz cel.
- Nie ma mowy - odpowiada i rzuca kartką. Brad łapie ją w powietrzu, kładzie na stole i wygładza dłonią.
- Uważamy, że to uczciwa oferta - oświadcza Jess.
Brad unosi wzrok i patrzy jej prosto w oczy.
- Mój klient nie zrezygnuje z opieki nad córką. Nie zrzeknie się również swojego miejsca w zarządzie Morgan Foundation ani udziałów w organizacji charytatywnej.
- Nie zamierzam nas skreślić... kropka - mówi łagodnym tonem Bob. Wyciąga w moją stronę rękę, mając nadzieję, że ja zrobię to samo. Zabieram dłonie ze stołu i kładę je na kolanach. - Sarah, proszę...
Gryzę się w język, żeby mu nie odpowiedzieć, bo wiem dobrze, że milczenie zaboli go bardziej niż jakakolwiek cięta riposta. A zamierzam skrzywdzić go tak samo, jak on skrzywdził mnie.
- Moja klientka nie jest zainteresowana żadną ugodą - wyjaśnia Jess.
Brad pochyla się w stronę Boba i szepcze mu coś do ucha. Mój mąż pąsowieje z każdym usłyszanym słowem, a mięśnie szczęki uwydatniają się na policzkach, kiedy jeszcze mocniej zaciska zęby.
Brad kończy swój cichy wywód, odchrząkuje i prostuje się na krześle.
- Skoro nie jesteśmy w stanie dokonać jakichkolwiek postępów, proponuję przeniesienie tego spotkania na późniejszy termin.
- Celem tych spotkań nie jest naprawa tego małżeństwa. Tak się nie stanie, Brad. Jedynym oczekiwanym postępem byłoby porozumienie w sprawie podziału majątku i przekazania prawa do opieki nad Summer. Chciałabym powtórzyć, że pani Morgan oczekiwała czystego, sprawnego i prywatnego rozwodu. Nie chcemy wywlekać go poza prywatne spotkania ani walczyć w sądzie, ale zrobimy to, jeśli zostaniemy do tego zmuszone - mówi Jess i zaciska na koniec usta w cienką linię.
Po tych słowach wstaję z krzesła, wygładzam spódniczkę i zapinam blezer.
- Rozumiem - odpowiada Brad, po czym zaczyna pakować aktówkę, ostentacyjny i krzykliwy produkt firmy Herm?s. - Mój asystent skontaktuje się w celu ustalenia kolejnego terminu.
Bob wstaje i patrzy mi w oczy. Jest ode mnie o głowę wyższy, barczysty i wysportowany. Włosy w kolorze pieprzu z solą bardzo do niego pasują, to samo tyczy się zmarszczek na czole. Wydaje się mądry i dystyngowany, choć w ogóle tak się nie zachowuje.
- Zadzwonię do ciebie później, Sarah - mówi Jess, kiedy ruszam w stronę drzwi.
Zatrzymuję się i kiwam głową w reakcji na jej słowa.
- Sarah, zaczekaj - woła za mną Bob.
Idę dalej, ignorując go całkowicie, ale jego dłoń na moim ramieniu sprawia, że staję jak wryta. Serce kołacze mi o żebra.
- Proszę - dodaje.
Wzdycham ciężko i odwracam się do mojego męża. Ledwie widzę go stojącego przede mną, bo traktuję go już jako część mojej przeszłości. On nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy, a ja nie wiem, jak mu to uzmysłowić.
- Słucham.
Mój głos pozbawiony jest wszelkich emocji, bo wszystko, co czułam do męża, zniknęło w chwili, kiedy dowiedziałam się o jego niewierności.
- Nie rób tego, proszę - mówi zdławionym szeptem.
Rozpaczliwie szuka kontaktu wzrokowego, jakby wierzył, że w ten sposób znów nas połączy. Na tym świecie nie ma już jednak dla nas miejsca, bo nie mogę być żoną kogoś, komu nie ufam. Dla mnie zaufanie jest jak szkło. Kiedy pęknie, nie da się go ponownie skleić, a jeśli będzie się próbowało, skończy się to pokaleczonymi palcami. Nadaje się więc już tylko do wyrzucenia.
- Masz szczęście, że najgorszą rzeczą, którą ci robię, jest wzięcie z tobą rozwodu - odpowiadam łagodnie, niemal kojąco.
- Czy to pogróżka? - pyta, a na jego twarzy maluje się niedowierzanie.
- Wiesz, że nie jestem mściwa, Bob.
Ściąga brwi i zaczyna prężyć pierś, rzucając mi wyzwanie, ale dość już widziałam. Kręcę głową, obracam się na pięcie i idę w stronę windy. Woła mnie jeszcze kilkakrotnie, coraz ciszej w miarę zwiększającej się odległości. A może po prostu traci już wiarę.
Świetnie. Mam nadzieję, że to właśnie to.
Bob naprawdę testuje moją cierpliwość. Zależało mi jedynie na szybkim i pozbawionym rozgłosu rozwodzie. Takim jak jego romans. Ale nie, on musi walczyć ze mną na każdym kroku, bo wciąż wierzy, że zdołamy to przepracować. To kompletna bzdura i z pewnością w głębi duszy o tym wie. Próbowałam zachowywać się kulturalnie ze względu na naszą córkę, która wciąż żyje w błogiej nieświadomości i nie ma pojęcia, co się zbliża. Czekam z przekazaniem jej prawdy, aż dojdziemy do porozumienia i emocje opadną, żebym mogła skupić się już tylko na niej. Chyba tylko mi zależy na uczuciach i dobrobycie naszej córki.
Naciskam przycisk przywoływania windy i czekam. Wciąż czuję za plecami obecność Boba, ale się nie odwracam. Naprawdę wolałabym, żeby sprawy potoczyły się inaczej. Bo miały się tak potoczyć. Rodzicielstwo ma z założenia czynić cię lepszym człowiekiem, a przynajmniej kazać ci myśleć, że takowym jesteś. Macierzyństwo zmieniło mnie zgodnie z przypuszczeniami, ale bycie ojcem najwyraźniej w ogóle nie wpłynęło na Boba. Oszukał nie tylko mnie, lecz całą naszą rodzinę. Na dodatek udawał, że jest przyzwoity, a taki być nie potrafi.
Kabina zatrzymuje się z brzękiem dzwonka. Wchodzę do środka, naciskam przycisk z napisem "lobby" i unoszę podbródek, zerkając na Boba. Stoi na końcu korytarza, nie spuszczając ze mnie wzroku, jakbyśmy szykowali się do walki bokserskiej. Na jego twarzy panuje żal i smutek, ale dostrzegam coś jeszcze - coś, co widziałam już wcześniej. Tylko nie potrafię tego określić. Nie odrywamy od siebie spojrzeń, dopóki nie przecinają ich zasuwające się drzwi.
Winda rusza w dół, zwiększając dzielący nas dystans. Byliśmy ze sobą dłużej niż dekadę, ale pobraliśmy się nieco ponad rok temu. Bob ma szczęście, że nie jestem już tą samą kobietą, którą byłam przy Adamie, moim pierwszym mężu. Gdybym miała z Adamem dzieci, może wciąż bylibyśmy razem. Ale jak już powiedziałam, macierzyństwo mnie zmieniło, choć powiadają, że ludzie się nie zmieniają. Nieprawda. W głębi jesteśmy tym, kim jesteśmy, ale to wcale nie oznacza, że jakaś część nas nie może z czasem zmięknąć lub stwardnieć.