Idealny kłamca - Jolanta Żuber

Kup ebooka

42.90 zł
32.18 zł (26,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

An­tek

Wolno wsta­łem z ka­napy. Dziś by­łem bar­dziej znu­dzony niż zwy­kle, bo tata wy­szedł i scho­wał pi­lota do te­le­wi­zora w ra­mach kary za to, że wczo­raj nie od­mó­wi­łem mo­dli­twy za ko­lejny do­bry dzień. Wciąż ka­zał mi się tylko mo­dlić. Za Szy­mona, Pawła, mamę i za niego. Za mnie po­dobno mo­dlili się inni, bo je­śli zro­bił­bym to sam, wtedy mo­dli­twa mo­głaby oka­zać się nie­sku­teczna. Ja i tak tro­chę oszu­ki­wa­łem, bo za­zwy­czaj mó­wi­łem Bogu tylko to, co chcia­łem do­stać. Nie lu­bi­łem się mo­dlić za mo­ich braci, bo to mię­dzy in­nymi przez nich zna­la­złem się w tym opusz­czo­nym domu. Wiem, że gdyby tu byli, tata da­lej byłby taki sam jak wcze­śniej, a te­raz zu­peł­nie zwa­rio­wał od tej swo­jej mo­dli­twy i by­cia po­boż­nym. Mó­wił, że mu­simy od­po­ku­to­wać za grze­chy braci, które do­tknęły na­szą ro­dzinę. Nie zga­dza­łem się z tym. Dla­czego mamy od­po­wia­dać za czy­jeś uczynki? Czy Szy­mon i Pa­weł nie mo­gli zro­bić tego sami? Chciał­bym, żeby było jak daw­niej, kiedy miesz­ka­li­śmy w piątkę w na­szym domku w gó­rach, z któ­rego mia­łem wi­dok na oko­liczne szczyty. Tu nie było żad­nego przy­jem­nego wi­doku. Zu­peł­nie nic, tylko ja­kieś pola i krzaki, gdzie nie można na­wet w spo­koju po­ko­pać piłką. Wszystko miało taki brudny zie­lony ko­lor jak w woj­sku, je­dy­nie ko­lo­rowe fi­gurki świę­tych i ob­razki usta­wione na każ­dym z pa­ra­pe­tów prze­ła­my­wały tę mo­no­to­nię.

Od lo­dówki do sto­jaka z no­żami było dwa i pół kroku, a od niego do ko­mórki, w któ­rej mama trzy­mała za­pasy sło­ików i cza­sami no­co­wała, trzy duże. Mój świat krę­cił się wo­kół kro­ków i liczb, bo to po­zwa­lało na mo­ment ode­gnać my­śli od tego, co stało się kilka mie­sięcy temu i co trwa do dziś. Ale po ko­lei...

Mój pierw­szy brat, Pa­weł, miał szes­na­ście lat, kiedy wy­pro­wa­dził się z na­szego domu. Tata mó­wił, że jest nie­wdzięcz­ni­kiem, bo wszedł na ha­niebną drogę i sprze­daje się ja­kimś bo­ga­tym fa­ce­tom za pie­nią­dze. Mó­wił też, że trzeba się za niego żar­li­wie mo­dlić, żeby czas go tro­chę zmie­nił i spro­wa­dził znowu na ścieżkę nor­mal­no­ści. Nie wie­rzy­łem, że to się kie­dy­kol­wiek sta­nie, bo tyle lat już go nie było, tyle mo­dlitw od­mó­wi­li­śmy i wszystko na nic, więc chyba do­brze mu w ta­kiej sy­tu­acji.

Mój drugi brat, Szy­mon, to prze­ci­wień­stwo pierw­szego. Do­bry, cno­tliwy za­kon­nik. Wstą­pił tam po ukoń­cze­niu dzie­więt­na­stu lat. Mama i tata nie od­wie­dzali go, bo po­dobno nie można. Nie­wiele z tego ro­zu­mia­łem, ale mó­wili coś o obo­wią­zu­ją­cym ry­go­rze i za­mknię­ciu. Wie­dzia­łem tylko, że nie mają te­le­wi­zo­rów, ta­ble­tów, sło­dy­czy, te­le­fo­nów ani ogól­nie ni­czego, co mo­głoby być uwa­żane za nie­po­trzebne. A prze­cież pa­mię­ta­łem, jak Szy­mon wy­pi­jał li­trami colę i grał w gry na kom­pu­te­rze. Na po­czątku my­śla­łem, że to ja­kiś ka­wał, kiedy tata po­wie­dział mi, że brat nie bę­dzie z nami miesz­kał, bo musi się prze­pro­wa­dzić do ja­kie­goś klasz­toru. Pę­ka­łem ze śmie­chu, ale Szy­mo­nowi wcale nie było we­soło, jakby coś się w nim zmie­niło; prze­stał się wy­głu­piać i rze­czy­wi­ście po­twier­dził słowa ro­dzi­ców. Tro­chę szkoda, bo te­raz nie mieli tam nic - oprócz swo­ich czy­stych su­mień i co­dzien­nych mszy albo mo­dlitw. Z tego względu za niego pa­cierz też od­ma­wia­łem rzadko, bo prze­cież i tak miał tego nad­miar. Ale oczy­wi­ście ta­cie mó­wi­łem, że obu wspo­mi­nam w mo­dli­twie.

On na­dal ich ko­chał, choć to ja od za­wsze by­łem jego ulu­bio­nym sy­nem. Mia­łem czy­stą kartę, a on wciąż żył na­dzieją, że nie pójdę w ślady braci. Nie zro­bi­łem tego i na pewno nie zro­bię, bo nie in­te­re­sują mnie chłopcy, a mo­dli­twy mam już tyle, że wszystko mi się prze­le­wało. Nie zniósł­bym wię­cej. Cza­sem za­sta­na­wia­łem się tylko, dla­czego tak dużo jej po­trze­bo­wa­li­śmy.

Jest jesz­cze mama, Pa­try­cja. Od za­wsze pra­co­wała w bi­blio­tece i ota­czała się sto­sem ksią­żek. Od­kąd pa­mię­tam, no­siła wiel­kie, kan­cia­ste oku­lary i za­wsze miała zwią­zane włosy. Była ładna, bo ani szczer­bata, ani wy­chu­dzona, tylko wciąż taka za­my­ślona, jakby świat wo­kół niej nie ist­niał. Te­raz roz­my­ślała czę­ściej niż wtedy, gdy miesz­ka­li­śmy w domu w gó­rach. Cza­sem na­wet mnie to prze­ra­żało, bo za­nim od­po­wie­działa na py­ta­nie, mi­jały dłu­gie mi­nuty. Kie­dyś była tro­chę we­sel­sza, ale my­ślę, że tak jak ja nie lu­biła tego domu; bra­ko­wało jej gór­skiego po­wie­trza i po­przed­niej pracy. Co­raz czę­ściej prze­by­wała w ko­mórce, co­raz dłu­żej tam spała. Wie­lo­krot­nie przy­ła­pa­łem ją na tym, jak rano wy­śli­zgi­wała się po ci­chu spo­mię­dzy pó­łek. Kiedy mnie zo­ba­czyła, uda­wała, że do­piero tam we­szła, ale ja zna­łem prawdę. Całe szczę­ście, że sło­iki nie za­wa­liły się na nią. Od­kąd prze­nie­śli­śmy się do blusz­czo­wego domu, była taka zmę­czona. Zda­rzało się, że za­sy­piała też przy stole, na ka­na­pie, bo w ko­mórce mu­siało być jej bar­dzo nie­wy­god­nie.

Mama była tro­chę mniej wy­ma­ga­jąca niż tata, sama cza­sem za­po­mi­nała o mo­dli­twie. Pa­mię­tam, jak kie­dyś przed pój­ściem spać nie wzięła ksią­żeczki, nie od­mó­wiła także dzie­siątki ró­żańca, nie po­ca­ło­wała na­wet świę­tej fi­gurki i nie prze­że­gnała się przed ob­raz­kiem. Tata się wku­rzył. Nie do­stała la­nia jak ja, bo była na to za duża, ale tata wciąż krzy­czał, że nie można o tym za­po­mi­nać. Że je­ste­śmy już na do­brej dro­dze, aby w końcu oczy­ścić się z grze­chów i za­cząć jesz­cze raz. Nie ro­zu­mia­łem, co to do­kład­nie zna­czy, ale kiedy ko­lej­nego wie­czoru mama klę­czała zwró­cona twa­rzą do ob­razu, a pod jej ko­la­nami były ziarna gro­chu, zda­łem so­bie sprawę, że trzeba prze­strze­gać tych za­sad. Pil­no­wa­łem póź­niej, żeby ni­gdy nie za­po­mnieć o wie­czor­nej mo­dli­twie, bo tak dłu­gie klę­cze­nie wy­da­wało mi się mało przy­jemne.

Ach, był­bym za­po­mniał. Była jesz­cze moja sio­strzyczka, Gaja. Miesz­kała z nami przez dwa ty­go­dnie i wtedy czu­łem się tro­chę mniej sa­motny, ale od­kąd mu­siała znik­nąć, znów by­łem sam.

Ja i moje kroki.

***

Wy­glą­da­łem przez okno, kiedy tata przy­ci­nał ga­łę­zie na wy­so­kich krze­wach. Dom nie­mal z każ­dej strony po­ro­śnięty był blusz­czem. Z drogi nie spo­sób było od­na­leźć wej­ścia do niego, jak w tej bajce o Śpią­cej Kró­lew­nie, któ­rej za­mek przez sto lat zdą­żył po­ro­snąć krze­wami.

Tata miał dłu­gie no­życe, które zręcz­nie ści­nały ga­łę­zie. Lu­bi­łem pa­trzeć, jak to robi, ob­ser­wo­wać jego siłę i spa­da­jące li­ście, które wi­ro­wały na wie­trze. Znaj­do­wał się pew­nie w od­le­gło­ści nie więk­szej niż dwa­dzie­ścia kro­ków od okna, ale nie mo­głem do niego wyjść, bo dziś znów zo­sta­łem uka­rany. Spę­dza­łem czas w domu przez tę głu­pią mo­dli­twę, o któ­rej za­po­mnia­łem. Te nowe za­sady były dziwne, nie lu­bi­łem ich, wo­la­łem te, które były wcze­śniej - nikt nie mu­siał mo­dlić się aż tyle, usta­wiać ob­ra­zów i fi­gu­rek. Wy­star­czyło po­wie­dzieć kilka słów przed snem i mama była za­do­wo­lona, a tata to na­wet o to nie py­tał. Te­raz rzadko kiedy cho­dził uśmiech­nięty. Cho­ciaż my­ślę, że mo­dli­li­śmy się wię­cej niż nie­jedna ro­dzina i tak na­prawdę wię­cej niż kto­kol­wiek w ciągu ostat­nich lat. Ale jego nic nie cie­szyło, wciąż był po­nury, miał dziwną minę, zu­peł­nie inną od tej, którą wi­dy­wa­łem na jego twa­rzy, gdy miesz­ka­li­śmy w gó­rach. Tam by­li­śmy szczę­śliwi. A tu, na od­lu­dziu, w blusz­czo­wym domku, ni­komu się nie po­do­bało.

- To tylko tak na ra­zie - mó­wił tata, kiedy pew­nego let­niego wie­czoru pa­ko­wa­li­śmy wa­lizki do du­żego sa­mo­chodu.

- Ale ja nie chcę wy­jeż­dżać! Nie chcę zo­sta­wiać na­szego domu! - krzy­cza­łem i tu­pa­łem jak małe dziecko, cho­ciaż skoń­czy­łem już czter­na­ście lat.

Mimo to tata nie zgo­dził się, że­by­śmy zo­stali. Pa­mię­tam, że po­bie­głem wtedy do mamy i pró­bo­wa­łem ją prze­ko­nać, na­wet tro­chę pła­ka­łem, bo to za­wsze na nią dzia­łało. Ona jed­nak sie­działa z ka­mienną twa­rzą, zwró­cona do okna, i po­wta­rzała, że tak bę­dzie le­piej. Ale jak może być le­piej, kiedy zo­sta­wiasz dom, ko­le­gów, wszystko, co ko­chasz, i wy­jeż­dżasz gdzieś, gdzie nie znasz ni­kogo? Zmiany wcale nie są do­bre. Nie dla nas. Może dla do­ro­słych, któ­rzy czę­sto po­wta­rzają, że za­czy­nają ży­cie od nowa, bo roz­padł im się zwią­zek albo zwol­niono ich z pracy. Ja nie chcia­łem za­czy­nać ni­czego od nowa.

- Mamo, ale dla­czego nie mo­żemy zo­stać tu­taj? Prze­cież do­piero co re­mon­to­wa­li­śmy po­kój Gai, ten dom jest taki piękny, taki duży! Ma­cie ja­kieś kło­poty?

- Nie bra­kuje nam pie­nię­dzy, Toni, je­śli o to py­tasz - od­po­wie­działa su­cho.

Za­wsze na­zy­wała mnie tak piesz­czo­tli­wie, bo twier­dziła, że to pa­suje do mnie bar­dziej niż zwy­kłe "An­tek", ale lu­bi­łem to. Czu­łem się wtedy wy­róż­niony, bo Pa­weł i Szy­mon nie mieli ani ta­kich zdrob­nień, ani wzglę­dów u mamy.

Zmarszczka na jej czole się uwy­dat­niła. Wciąż pa­trzyła przez okno na gór­skie szczyty po­lane bia­łym pu­chem.

- Mamy pie­nią­dze. Dużo pie­nię­dzy.

- To dla­czego mu­simy wy­je­chać?

- Nie zro­zu­miesz.

- Skąd wiesz?

- Toni!

- Chyba mam prawo wie­dzieć? - na­le­ga­łem.

- Cza­sem trzeba po­dej­mo­wać pewne de­cy­zje, na­wet je­śli się tego nie chce. Skar­bie, nie martw się, przy­zwy­cza­isz się do no­wego miej­sca. Tata mó­wił, że tam jest tro­chę inny kli­mat, cie­plej, niż­sze ci­śnie­nie, dużo drzew. - Przy­gar­nęła mnie do sie­bie i po­gła­skała po gło­wie jak małe dziecko.

- Czy to, co mó­wił tata, to prawda? Od­zy­skamy Gaję?

Mama wciąż wpa­try­wała się w okno, nie­ru­choma, blada. Czu­łem jed­nak, że po tym py­ta­niu in­ten­syw­ność jej piesz­czoty stała się wy­raź­niej­sza. Od­su­ną­łem się lekko i po­pa­trzy­łem w jej nie­bie­skie oczy, które w po­łą­cze­niu z czar­nymi wło­sami dziś wy­glą­dały upior­nie.

- Gaja bę­dzie znowu z nami?

- Nie wiem. Je­śli tata tak mó­wił, to może coś w tym jest.

- A Pa­weł? Szy­mon? Oni wszy­scy zo­staną tu? Wła­ści­wie do­kąd je­dziemy?

- Gdzieś da­lej, chyba za mia­sto. Tam bę­dzie tro­chę spo­koj­niej. Szy­mon nie może opusz­czać za­konu, te­raz tam jest jego dom, a Pa­weł, cóż... My­ślę, że woli swoje miesz­ka­nie, poza tym tata nie zgo­dziłby się, żeby miesz­kał tu­taj, kiedy... kiedy...

- Kiedy wciąż robi te brzyd­kie rze­czy, tak? Ale prze­cież mó­wi­łaś, że nie bra­kuje nam pie­nię­dzy, nie mo­gła­byś dać ich Paw­łowi, żeby nie mu­siał jeź­dzić do tych fa­ce­tów?

Mama wes­tchnęła. Po­tarła ręką o rękę i wi­dzia­łem, że od­po­wiedź przy­cho­dzi jej z tru­dem.

- On nie weź­mie na­szych pie­nię­dzy, ko­cha­nie. Ale to za­wsze bę­dzie jego dom, więc je­śli ze­chce, może do niego wró­cić. Szy­mon oczy­wi­ście też. Nie sprze­da­jemy go, po pro­stu na ra­zie mu­simy się prze­pro­wa­dzić, pewne zmiany są nie­unik­nione.

- Ale wró­cimy tu nie­długo? To coś ta­kiego jak dłu­gie wa­ka­cje? - Otwo­rzy­łem sze­roko oczy, bo wciąż nie­wiele ro­zu­mia­łem. Zwłasz­cza że jesz­cze mie­siąc temu tata la­tał jak sza­lony i prze­bu­do­wy­wał po­łowę domu, żeby Gai było wy­god­nie.

Biedna mała Gaja, mó­wiła mama, kiedy znik­nęła. Głu­pia Gaja, pod­po­wia­dał głos w mo­jej gło­wie. To przez nią wszystko się ze­psuło, te­raz mu­sie­li­śmy je­chać gdzieś, gdzie nikt nas nie zna. Może nie­po­trzeb­nie py­ta­łem o to, czy do nas wróci, bo mama znów tak strasz­nie po­smut­niała? Choć by­łem już duży i rzadko kiedy się wzru­sza­łem, pa­mię­tam, że pła­ka­łem przez po­łowę drogi do no­wego miej­sca, i wy­da­wało mi się, że ma­mie też było smutno i źle. Sie­działa mil­cząca, tylko tata cią­gle mó­wił i mó­wił o no­wym domu, o pew­nych zmia­nach, ja­kie miały na­dejść, o za­sa­dach, mo­dli­twie.

- ...tam bę­dziemy bez­piecz­niejsi, zmiany są bar­dzo po­trzebne, bo w gó­rach nie za­zna­li­by­śmy już szczę­ścia. Lu­dzie nie dają nam zu­peł­nie żyć, uwzięli się na nas okrop­nie. Ostat­nie dni były bar­dzo cięż­kie, ale uda się to wszystko od­bu­do­wać i prze­pro­sić Boga za prze­szłe krzywdy. Prawda, ko­cha­nie?

- Co? - Mama wy­rwała się z za­my­śle­nia. - A, tak. Zmiany, zmiany. Na pewno bę­dzie wspa­niale.

- Czy lu­dzie są dla nas nie­do­brzy przez Pawła? Czy to dla­tego, że Gaja mu­siała znik­nąć, tato? Wi­dzia­łem te na­pisy na bra­mie. My­ślą, że coś jej zro­bi­li­śmy? - za­py­ta­łem, kiedy za­trzy­ma­li­śmy się na jed­nej ze sta­cji, żeby zjeść hot dogi i na­peł­nić bak.

Lu­bi­łem ją, cho­ciaż była taka po­marsz­czona i pisz­cząca, bar­dzo ją lu­bi­łem. Ale te­raz jej nie lu­bię, bo my­ślę, że gdyby była da­lej z nami, ni­g­dzie by­śmy nie mu­sieli wy­jeż­dżać. Nikt nie rzu­całby tymi ka­mie­niami w okno i nie ry­so­wał po na­szych ścia­nach dziw­nych cza­szek.

Sły­sza­łem wtedy, jak mama ci­cho za­łkała, a po­tem za­tkała ręką usta.

- Igor, Igor, zrób coś, bo ja w ten spo­sób nie mogę. Nie dam rady. Po­wiedz mu, po­wiedz, że to nie my!

- Toni, weź głę­boki od­dech i opa­nuj się, bo twoja hi­ste­ria w ni­czym nie po­może. Pa­mię­taj: je­ste­śmy do­brzy. A Gaja wróci. Je­śli bę­dziemy długo i żar­li­wie się mo­dlić i kiedy tylko mama doj­dzie do sie­bie, kiedy wszy­scy się tro­chę po­zbie­ramy, ona wróci. Obie­cuję ci to, synu.

Przez całą drogę nie po­ru­sza­li­śmy już tego te­matu, ale ja wciąż za­sta­na­wia­łem się, kiedy na­stąpi ten mo­ment, w któ­rym Gaja znów bę­dzie z nami, i czy wtedy my też wró­cimy do domu. Nie wi­dzia­łem jesz­cze miej­sca, w któ­rym mie­li­śmy za­miesz­kać, ale czu­łem, że bę­dzie dużo gor­sze niż po­przed­nie.

Kiedy do­je­cha­li­śmy do celu i tata po­wie­dział, że to tu­taj, a po­tem uśmiech­nął się nie­mrawo, znie­ru­cho­mia­łem. Tuż przed nami była pustka. Drzewa, po­roz­rzu­cane ga­łę­zie, ja­kaś ru­dera i opusz­czone fa­bryki albo coś po­dob­nego do nich. W każ­dym ra­zie wiel­kie i brzyd­kie. To nie było to, o czym my­śla­łem. To nie był dom. To na pewno nie mógł być nasz dom.

Ale kilka mi­nut póź­niej, kiedy tata za­niósł tam wa­lizki, moja na­dzieja pry­sła.

- Wcho­dzi­cie? Trzeba prze­cież się roz­pa­ko­wać - rzu­cił, gdy wy­szedł po ko­lejną z to­reb. Nie mo­głem ode­rwać wzroku od jego ka­mien­nej twa­rzy, jakby zu­peł­nie nie wpły­nęło na niego to miej­sce, do któ­rego nas przy­wiózł.

- Je­steś pewny, że to tu­taj? - za­gad­nęła ci­cho mama, a on je­dy­nie kiw­nął głową i ko­lejny raz wy­mi­nął ją w dro­dze po ba­gaże.

A więc nie mia­łem już złu­dzeń. To miał być nasz nowy dom. Na szczę­ście tym­cza­sowy. Prze­cież nie mo­gli­śmy miesz­kać w ta­kim miej­scu przez dłuż­szy czas, prawda

***

Dni mi­jały, a my wciąż po­zo­sta­wa­li­śmy na od­lu­dziu. Wła­śnie dziś mi­nęło pół roku, od­kąd tata przy­wiózł nas do blusz­czo­wego domku. Gaja jesz­cze nie wró­ciła, a mama ro­biła się co­raz bled­sza. Uśmie­chała się tylko wtedy, gdy wy­jeż­dżała do pracy, ale gdy wra­cała, znów na twa­rzy po­ja­wiał się tylko po­nury gry­mas. Poza tym schu­dła. Su­kienki wi­siały na niej jak na wie­sza­kach, a długi war­kocz fran­cu­ski, który za­wsze za­pla­tała, był już tylko my­sim ogon­kiem. Je­dy­nie ga­łę­zie wo­kół domu i ostre li­ście ro­sły jak sza­lone.

Ode­tchną­łem głę­boko i znów sku­pi­łem wzrok na wi­doku za oknem. Tata pod­niósł se­ka­tor do góry i wy­ko­nał kilka szyb­kich ru­chów. Uśmiech­nął się do mnie, mimo że jesz­cze dwie go­dziny temu krzy­czał, że je­stem nie­wdzięcz­nym i ze­psu­tym dziec­kiem. Oczy­wi­ście od­wza­jem­ni­łem uśmiech, bo nie chcia­łem się znowu na­ra­żać, i wzią­łem do ręki pierw­szą lep­szą książkę. Czas w tym miej­scu pły­nął wol­niej niż gdzie­kol­wiek. Wy­cze­ki­wa­łem wie­czoru, a póź­niej po­ranka, by­leby tylko urwać się stąd na kilka go­dzin i po­być z ko­le­gami. Przez parę chwil po­żyć ich ży­ciem i opo­wie­ściami o nor­mal­nym domu bez za­sad, kar i blusz­czu, który za­ci­skał się wo­kół bu­dynku.

A z dnia na dzień co­raz bar­dziej także wo­kół nas sa­mych. Mia­łem dość. Sześć dłu­gich mie­sięcy spra­wiło, że coś za­czy­nało się we mnie bun­to­wać. Po­trze­bo­wa­łem nor­mal­no­ści, a nie pa­mię­ta­łem już na­wet jej smaku. Od­rzu­ci­łem książkę i - mimo ko­lej­nego głu­piego za­kazu - ru­szy­łem do taty. Może je­śli spy­tam, czy mu po­móc, bę­dzie dla mnie mil­szy?

Otwo­rzy­łem drew­niane drzwi, które skrzy­piały jesz­cze bar­dziej, od­kąd się tu wpro­wa­dzi­li­śmy, i przedar­łem się przez za­słonę z blusz­czu. By­łem zły, że tata - za­miast przy­ci­nać to, co po­ra­sta dom - za­jął się je­dy­nie krze­wami. Dla­czego po­zwa­lał, by okna były prze­sło­nięte wła­śnie w ten spo­sób? Zro­bi­łem kilka kro­ków w jego stronę.

- Toni - zwró­cił się do mnie od razu, kiedy sta­ną­łem przy nim. Usta miał za­ci­śnięte, a jego twarz na­wet i tym ra­zem nie wy­ra­żała żad­nych emo­cji. - Mia­łeś zo­stać w domu i czy­tać książkę.

- Chcę ci po­móc - od­po­wie­dzia­łem pew­nie, ale on uniósł je­dy­nie brew i odło­żył na mo­ment se­ka­tor.

- Masz po­ję­cie, synu, że w tym domu obo­wią­zują pewne za­sady? Że od­kąd wy­pro­wa­dzi­li­śmy się z Biesz­czad, sta­ramy się żyć we­dług okre­ślo­nych re­guł?

- Tak, ale... - za­czą­łem, choć wie­dzia­łem, że nie da mi dojść do głosu.

- Mo­dli­twa o prze­ba­cze­nie. To jest te­raz prio­ry­tet, więc je­śli nie po­tra­fisz speł­nić choć tej jed­nej rze­czy, to w jaki spo­sób chcesz mi po­móc?

Wy­glą­dał na wku­rzo­nego, choć wi­dzia­łem, że jesz­cze się ha­mo­wał, na pewno chciał po­wie­dzieć coś moc­niej­szego. Wziął do ręki se­ka­tor i znów uniósł do góry, tym ra­zem wy­ko­nu­jąc szybki ruch. Ga­łę­zie opa­dły z trza­skiem na zie­mię, a w niego wstą­pił ja­kiś dziwny szał, bo ciął raz po raz, nie zwra­ca­jąc uwagi na mnie ani na to, że ostrze nie daje już rady.

- Tato...

- Idź do domu, Toni. Za­mknij się i po pro­stu wróć do ksią­żek, bo nie chcę słu­chać już tych two­ich głu­pich wy­mó­wek. Mia­łeś do wy­ko­na­nia jedną rzecz - syk­nął i szybko otarł pot z czoła. - Uklęk­nąć i po­mo­dlić się, prze­pro­sić za wszyst­kie grze­chy na­szej ro­dziny. - Jego głos stał się do­no­śniej­szy, a od­dech wy­raź­nie przy­spie­szył. - Ale znów tego nie zro­bi­łeś. Do cho­lery, ro­bi­cie wszystko nie tak, psu­je­cie to, co so­bie za­pla­no­wa­łem. A ja wiem! - za­śmiał się zło­wiesz­czo. - Wiem, że je­śli wszystko po­szłoby zgod­nie z pla­nem, to za kilka dni, może ty­go­dni, mama za­szłaby w ciążę i wresz­cie prze­pro­wa­dzi­li­by­śmy się do in­nego miej­sca. Ale nie! - krzyk­nął i złą­czył se­ka­tor. - Nie mo­głeś wy­ko­nać pro­stego za­da­nia, za­wsze mu­sisz ro­bić coś na prze­kór!

Ode­tchną­łem głę­boko. Chcia­łem czuć gniew i bar­dzo sta­ra­łem się, by mój głos brzmiał pew­nie, ale on nie prze­sta­wał mó­wić i się na­krę­cać. Na­gle od­rzu­cił se­ka­tor i za­ci­snął ręce w pię­ści.

- Gdy­byś się po­słu­chał, gdy­by­ście wszy­scy ro­bili to, co do was na­leży, nie sta­łoby się nic złego! A te­raz jej nie ma i nic tego nie zmieni! Ty prze­klęty ba­cho­rze, je­steś tak samo nie­udolny jak twoi bra­cia. Ni­czego nie po­tra­fisz zro­bić do­brze!

Chry­ste. Co w niego wstą­piło? Pa­trzy­łem, jak z mi­nuty na mi­nutę sta­wał się co­raz bar­dziej czer­wony. Mia­łem wra­że­nie, że za chwilę mnie ude­rzy, a kiedy znów się­gnął po se­ka­tor, mo­men­tal­nie się uchy­li­łem. Spoj­rzał na mnie gniew­nym wzro­kiem i mach­nął je­dy­nie ręką.

- Ja też nie chcia­łem, żeby ode­szła - rzu­ci­łem. - Gdyby Gaja żyła, wszystko by­łoby do­brze.

- Gaja... - po­wtó­rzył. - Ona wróci. Mu­simy się tylko po­sta­rać, a moja có­reczka znów tu bę­dzie i tym ra­zem bę­dzie tak, jak na­leży. Tamto dziecko... było złe. Tak. Trzeba my­śleć w ten spo­sób - do­dał bez­gło­śnie i spoj­rzał gdzieś w dal. Otwo­rzy­łem sze­rzej oczy, a wiatr roz­wie­wał oka­la­jące dom li­ście blusz­czu.

- Jak to złe?

- Idź do domu - wark­nął.

- O czym ty mó­wisz?

- Idź do tego cho­ler­nego domu i nie wy­chodź, do­póki ci nie po­wiem! - krzyk­nął i wtedy cały mój mi­sterny plan, by jak naj­szyb­ciej dać mu do zro­zu­mie­nia, że za­sady, które wpro­wa­dził, i cała ta prze­pro­wadzka były błę­dem, spa­lił na pa­newce.

Wy­stra­szy­łem się. Tym ra­zem na­prawdę - wi­dzia­łem w jego oczach, że je­śli znów za­pro­te­stuję, zrobi coś gor­szego niż tylko krzyki i groźby, a tym ra­zem nie chcia­łem do­stać la­nia. W gło­wie jed­nak wciąż mia­łem jego słowa i ten pu­sty wzrok, któ­rym wpa­try­wał się w prze­strzeń. Dla­czego mó­wił, że Gaja była zła? Prze­cież... roz­pa­czał po niej tak samo jak mama, a może na­wet jesz­cze bar­dziej?

Roz­dział 2

Pa­try­cja

Dzień w bi­blio­tece dłu­żył się nie­mi­ło­sier­nie. Lu­dzie przy­cho­dzili co prawda od­dać książki i wy­po­ży­czyć coś no­wego, ale ja pa­trzy­łam tylko na ze­gar i mia­łam wra­że­nie, że jego wska­zówki nie po­ru­szają się wcale. Kie­dyś lu­bi­łam swoją pracę, ale te­raz na­wet ona nie spra­wiała mi żad­nej przy­jem­no­ści - to były je­dy­nie głu­pie go­dziny od ósmej do szes­na­stej. Od­bie­ra­nie bzdur­nych te­le­fo­nów, or­ga­ni­zo­wa­nie spo­tkań au­tor­skich i wy­słu­chi­wa­nie nie­speł­nio­nych po­etek, które mia­sto wci­skało nam na ja­kieś wie­czorki li­te­rac­kie.

O pięt­na­stej mo­dli­twa.

Ese­mes Igora wy­rwał mnie z za­my­śle­nia i spra­wił, że na mo­jej skó­rze po­ja­wił się nie­przy­jemny dreszcz. Póź­niej przy­szła ko­lejna wia­do­mość.

Włącz ka­merę i ustaw te­le­fon przed sobą, że­bym wi­dział, że to ro­bisz. Słowa mają być wy­po­wia­dane wy­raź­nie, nie spiesz się, bo bę­dziesz je po­wta­rzać, do­póki nie wy­ko­nasz tego po­praw­nie.

Moje palce już wy­stu­ki­wały od­po­wiedź, że to na­prawdę głu­pie i po­win­ni­śmy ze wszyst­kim skoń­czyć, ale wie­dzia­łam, że to spro­wa­dzi tylko więk­sze kło­poty. A po po­wro­cie do domu będę mu­siała zmie­rzyć się z jego gnie­wem, dla­tego scho­wa­łam swoją dumę do kie­szeni i ro­zej­rza­łam się po bi­blio­tece. W ką­cie sie­działo tylko kil­koro dzie­cia­ków; prze­pi­sy­wali coś ze słow­nika, więc ode­szłam za re­gał i po­łą­czy­łam się z Igo­rem na What­sAp­pie. Za­mknę­łam oczy i zro­bi­łam znak krzyża - choć czu­łam, jak moje po­liczki płoną ze wstydu - a po­tem ci­cho, twa­rzą do te­le­fonu, zmó­wi­łam krótką mo­dli­twę, pro­sząc jed­no­cze­śnie w my­ślach Boga, żeby nikt tej szopki nie usły­szał. Na szczę­ście wszy­scy byli za­jęci swo­imi spra­wami, a Igor usa­tys­fak­cjo­no­wany, więc kiedy tylko rzu­ci­łam koń­cowe "amen", całe na­pię­cie ze mnie ze­szło. On na­tych­miast prze­rwał po­łą­cze­nie, ale za­raz po­tem na­pi­sał, że to wszystko dla na­szego do­bra i je­śli bę­dziemy to kon­ty­nu­ować, to na pewno los ze­śle nam nową Gaję. Znacz­nie lep­szą od po­przed­niej.

Ale czy Bóg mógł wy­słu­chać ko­goś, kto mo­dli się z obo­wiązku? Kto wcale nie jest w tym wszyst­kim szczery, a te co­dzienne po­le­ce­nia po pro­stu go do­bi­jają? Wąt­pię. Igor jed­nak w to wie­rzył. Ob­se­syj­nie wie­rzył, że tylko to nam po­może, a ja wie­dzia­łam, że żadna siła wyż­sza nie sprawi, że na­gle zajdę w ciążę i zmyję z sie­bie po­przed­nie grze­chy.

Po­pra­wi­łam oku­lary i za­ję­łam się książ­kami, które nie­dawno przy­je­chały do bi­blio­teki i trzeba je było od­po­wied­nio opi­sać. Z jed­nej strony dzień dłu­żył mi się strasz­nie, a z dru­giej - nie chcia­łam po­wrotu do blusz­czo­wego domku i tego, co tam na mnie cze­kało. Igor mó­wił, że prze­cież ży­jemy jak nor­malna ro­dzina, wy­cho­dzimy do pracy, nie za­my­kamy się jak dzi­wacy, cho­ciaż po tam­tej sy­tu­acji po­win­ni­śmy za­paść się pod zie­mię. Ale to nie­prawda. Nic nie było nor­malne. Od pół roku nic już nie było ta­kie samo. Ży­li­śmy od mo­dli­twy do mo­dli­twy, od nocy do nocy. A te były naj­gor­sze. Kiedy tylko czu­łam na so­bie jego wzrok, kiedy szep­tał mi do ucha to swoje: "Pa­try­cjo, już czas", do­pa­dała mnie gę­sia skórka.

Za­mknę­łam oczy i wró­ci­łam pa­mię­cią do dnia, w któ­rym uro­dziła się Gaja. Igor osza­lał z ra­do­ści na punk­cie swo­jej pierw­szej córki. Do szpi­tala przy­wiózł całe torby ubra­nek, smocz­ków, pie­luch, jak­bym uro­dziła co naj­mniej tro­jaczki, i - je­śli mam być szczera - to osza­la­łam z mi­ło­ści i ra­do­ści zu­peł­nie jak on. Moja ide­alna księż­niczka, pierw­sza có­reczka. Wy­ma­rzona.

Toni przy­glą­dał się sio­strze z za­cie­ka­wie­niem, a kiedy do­tknął jej po­liczka i po­gła­skał de­li­kat­nie, mała łza spły­nęła po moim po­liczku. Wie­dzia­łam, że bę­dzie cu­dow­nym bra­tem i te­raz wszystko się zmieni, znów bę­dziemy pełną ro­dziną, a my­śli o Pawle i Szy­mo­nie, któ­rzy wy­brali taką, a nie inną drogę, zejdą na dal­szy plan. Ale póź­niej... póź­niej wszystko się zmie­niło. Prze­łknę­łam ner­wowo ślinę, bo przy­wo­ły­wa­łam to wspo­mnie­nie i jed­no­cze­śnie chcia­łam, żeby jak naj­szyb­ciej znik­nęło. Na szczę­ście usły­sza­łam głos zza kom­pu­tera i wtedy wszystko się roz­ma­zało.

A ja znów by­łam tu i te­raz, jak lalka za­wie­szona na sznur­kach, wy­ko­nu­jąca se­rię po­le­ceń i wy­uczo­nych uśmie­chów, by­leby tylko stwa­rzać po­zory nor­mal­no­ści.

Masz nor­malną pracę, Pa­try­cjo. Masz dom w spo­koj­nej oko­licy.

Masz ko­cha­ją­cego męża i dziel­nego syna przy so­bie.

Ale ja wi­dzia­łam to ina­czej. Mia­łam pracę, która wy­peł­niała mi czas, bo ina­czej po­wie­si­ła­bym się na pierw­szym sznurku. Mia­łam dom na od­lu­dziu i mo­dli­twę o od­ku­pie­nie, któ­rej nie­na­wi­dzi­łam.

Mia­łam męża, który w nocy zmie­niał się w ko­goś zu­peł­nie in­nego. Oraz syna, któ­remu bra­ko­wało swo­body i kon­tak­tów z daw­nymi ko­le­gami. Żadna z tych rze­czy, o któ­rych mó­wił Igor, nie była nor­malna.

Masz mnie, Pa­try­cjo. Wciąż masz mnie, cho­ciaż już dawno po­wi­nie­nem cię zo­sta­wić, ale za bar­dzo cię ko­cham, żeby to zro­bić. Nie­na­wi­dzę sie­bie za to, ale taka jest prawda. Roz­grze­szam cię za wszystko, co zro­bi­łaś, ale nie je­stem Bo­giem. To Jego po­win­naś jesz­cze pro­sić o prze­ba­cze­nie.

Za­ci­snę­łam po­wieki, aż bo­lało. A może ja wcale nie ża­ło­wa­łam? Może chcia­łam, żeby tak się stało, i to on po­wi­nien od­po­ku­to­wać za wszystko, przed czym ucie­kał? Nie zda­wał so­bie sprawy, że ja do­sko­nale wie­dzia­łam, przed czym tak się cho­wał. Ide­alne kłam­stwo prze­stało być ide­alne w mo­men­cie, gdy po­zna­łam prawdę, a on, Igor, już na za­wsze stra­cił w mo­ich oczach.

***

Za­mknę­łam drzwi bi­blio­teki i wdy­cha­łam świeże wio­senne po­wie­trze. Czu­łam zde­ner­wo­wa­nie, gdy skie­ro­wa­łam się do sa­mo­chodu. Chcia­łam wró­cić inną drogą, dłuż­szą, ale Toni na pewno się za mną stę­sk­nił i miał już dość sa­mot­no­ści. Kiedy uru­cho­mi­łam sil­nik, by­łam jesz­cze bar­dziej ze­stre­so­wana niż wcze­śniej, bo uświa­do­mi­łam so­bie, że wła­śnie dziś Gaja mia­łaby nieco po­nad pół roku. Czy sie­dzia­łaby już? A może mia­łaby te same pro­blemy roz­wo­jowe co Toni w jej wieku? Może sły­sza­ła­bym już pierw­sze sy­laby, które skła­dają się na to wy­cze­kane "mamo"? Chry­ste.

Przy­spie­szy­łam i wto­pi­łam się w wie­czorny ko­rek, który z mi­nuty na mi­nutę gi­nął gdzieś w od­dali. By­łam już na pu­stej dro­dze pro­wa­dzą­cej do blusz­czo­wego domu. Na szczę­ście dni były co­raz dłuż­sze. Tam, gdzie się prze­pro­wa­dzi­li­śmy, nie po­sta­wiono żad­nej la­tarni, a droga była wą­ska i wy­bo­ista. Po zmroku ciężko się pro­wa­dziło. Zimą... zimą było ze mną źle, więc to Igor za­wo­ził mnie i przy­wo­ził z po­wro­tem, bo nie by­łam w sta­nie spo­koj­nie pro­wa­dzić. Nie przy­zna­wa­łam się, ale nie tylko zmrok mnie pa­ra­li­żo­wał, głów­nie po­wo­do­wało to wspo­mnie­nie ma­lut­kiej Gai. Mo­men­tami my­śla­łam, by skrę­cić sa­mo­cho­dem na prze­ciw­le­gły pas, a kiedy Igor przy­spie­szał, mia­łam ob­se­syjne wręcz my­śli, by wy­trą­cić mu kie­row­nicę z rąk. Może ja­kimś cu­dem to za­uwa­żył i dla­tego, gdy po­pro­si­łam o to, by to on nas za­wo­ził, nie od­mó­wił. By­łam mu za to wdzięczna. To chyba je­dyna po­zy­tywna rzecz, jaką mo­głam z nim po­wią­zać. Chwi­lowa wdzięcz­ność.

Od­dy­cha­łam co­raz szyb­ciej i bar­dziej płytko, gdy po kwa­dran­sie pod­je­cha­łam pod blusz­czowy do­mek. Igor już nie pra­co­wał w ogro­dzie, ro­bił wła­śnie ko­la­cję dla To­niego. Ja nie mia­łam ochoty na krzą­ta­nie się w kuchni. Sta­ra­łam się trzy­mać, ale w środku coś roz­ry­wało mnie ka­wa­łek po ka­wałku. We­szłam pod prysz­nic. Za­zwy­czaj woda tu była le­dwo let­nia, ale tym ra­zem zro­biła się lo­do­wato zimna. Chwilę póź­niej ża­rówka w de­ko­ra­cyj­nej lam­pie za­mi­go­tała i zga­sła. Trwało to do­słow­nie kilka se­kund, jed­nak wy­star­czyło, żeby prze­szedł mnie dreszcz nie­po­koju, a tętno przy­spie­szyło. Wy­obraź­nia pod­su­wała mi różne wy­ja­śnie­nia tej sy­tu­acji. Od zwy­kłej awa­rii, która na od­lu­dziu nie jest ni­czym nie­zwy­kłym, po głu­pie żarty Igora. Kiedy świa­tło znów się po­ja­wiło, ode­tchnę­łam z ulgą, cho­ciaż coś z tyłu głowy mó­wiło mi, że ten dom jest zły nie tylko przez to, co ro­bił mój mąż, ale i przez to, że w jego mu­rach kryła się jesz­cze inna hi­sto­ria. A może po pro­stu wa­rio­wa­łam i nie było się czym de­ner­wo­wać?

Wy­tar­łam się szybko i po­ma­sze­ro­wa­łam do sa­lonu. Usia­dłam na ka­na­pie, wpa­tru­jąc się w za­słonę. Bluszcz roz­ra­stał się tak bar­dzo, że na­wet mimo od­sło­nię­tych okien nie­wiele było wi­dać. Toni ukła­dał od nie­chce­nia puz­zle. Wi­dok gór­skich szczy­tów na ma­łych ka­wa­łecz­kach, które do­pa­so­wy­wał do sie­bie, wpra­wiał mnie we wzru­sze­nie, jak więk­szość rze­czy tu­taj. Kie­dyś nie roz­kle­ja­łam się tak szybko. By­łam twarda, rzadko się uża­la­łam nad sobą, ale to wszystko, co działo się od utraty Gai, zu­peł­nie mnie za­ła­mało. Po­trze­bo­wa­łam ko­goś sil­nego i sta­now­czego, ko­goś ta­kiego jak mój mąż lata temu, by za­cząć nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. Ale te­raz jego siła nie miała w so­bie nic po­krze­pia­ją­cego.

W końcu usie­dli­śmy wszy­scy do ko­la­cji, którą po­prze­dziła krótka mo­dli­twa i po­dzię­ko­wa­nie za to, że mo­gli­śmy za­cząć na nowo.

- ...amen. Smacz­nego, ko­chani. - Igor uśmie­chał się do nas, cho­ciaż wie­dzia­łam, że ten uśmiech to jedna z jego te­atral­nych, wy­uczo­nych ról. Ra­czej gry­mas niż mina szczę­śli­wego czło­wieka. - Jak w pracy, ko­cha­nie? - Wie­dzia­łam, że tym też nie był za­in­te­re­so­wany, ale grzecz­nie od­po­wie­dzia­łam, że to samo co za­wsze. Jego tro­skli­wość od mie­sięcy była pod­szyta już tylko nutką fał­szy­wo­ści.

- Dziś był tro­chę mniej­szy ruch i mia­łam wię­cej czasu na nad­ro­bie­nie za­le­głych za­jęć. A to­bie jak mi­nął?

- Ogar­ną­łem tylko jedno zle­ce­nie w stu­diu, a po­tem po­rząd­ko­wa­łem ogród, do­póki twój syn nie po­sta­no­wił mi prze­szko­dzić.

- Nasz syn - po­pra­wi­łam go, ale on je­dy­nie uniósł ką­cik warg i za­jął się je­dze­niem zupy. Pa­trzy­łam, jak ze sto­ic­kim spo­ko­jem pod­nosi łyżkę, a po­tem od­kłada ją i wy­ciera ro­giem bia­łej ser­wety usta. Te, które kie­dyś uwiel­bia­łam ca­ło­wać, te, które te­raz szep­tały mi je­dy­nie straszne rze­czy. Igor przy­gryzł lekko wargi i po­tarł ob­rączkę.

- Tak. Nasz nie­wdzięczny syn, który my­śli, że ba­wimy się w ja­kąś głu­pią grę, że to wy­cieczka, z któ­rej za chwilę wró­cimy. - Jego ton był chłodny, nie wy­ra­żał żad­nych emo­cji. - Syn, który nie sto­suje się do za­sad, choć prze­cież jest tym grzecz­nym dziec­kiem, tym ulu­bio­nym. Więc dla­czego? - Wbił we mnie wzrok, ale po­krę­ci­łam je­dy­nie głową. - Po­wiem ci dla­czego: bo cię ob­ser­wuje. Wie, że naj­chęt­niej już te­raz ucie­kła­byś stąd, i za­czyna się bun­to­wać, ale ja na to nie po­zwolę, Pa­try­cjo. Je­ste­śmy ro­dziną i ra­zem przej­dziemy przez to wszystko, co wy­daje ci się dziwne.

- Dziwne? To jest... - Chcia­łam do­dać "chore i po­pie­przone", ale ska­pi­tu­lo­wa­łam. Prze­wró­ci­łam je­dy­nie oczami i przy­glą­da­łam mu się bez słowa, bo czy­tał ze mnie jak z otwar­tej księgi.

- Jedz - po­na­glił.

- Za­raz.

- Zjedz te­raz, bo za chwilę bę­dzie zimne! - Lekko pod­niósł głos, a ja spu­ści­łam wzrok na ta­lerz. At­mos­fera w ma­łej ja­dalni stała się nie do wy­trzy­ma­nia, od­li­cza­łam je­dy­nie se­kundy, by skoń­czyć po­si­łek, za­mknąć się choć na chwilę w ła­zience i po­być sama ze sobą.

- Chciał­bym za­pro­sić tu ko­goś - ode­zwał się na­gle Toni, nie pa­trząc na Igora, choć na pewno zda­wał so­bie sprawę, że ten znów od­mówi.

- Jesz­cze nie te­raz.

- A kiedy? Nu­dzę się tu­taj. Nu­dzę, ro­zu­miesz? - Sły­sza­łam pre­ten­sję w jego gło­sie, ale sta­ra­łam się nie prze­ry­wać. Pod­świa­do­mie chcia­łam, żeby wy­buch­nął i po­wie­dział ojcu to, co sie­działo we mnie od mie­sięcy. To miej­sce mnie za­bi­jało. Dzień po dniu.

- Toni... - Igor ści­skał wi­de­lec. Wi­dzia­łam, jak pró­buje pa­no­wać nad sobą, ale był co­raz bliż­szy wy­bu­chu gniewu. - Jak tylko wszystko się ułoży, na pewno za­pro­sisz ko­goś do sie­bie. Prze­cież mo­żemy cię za­wieźć do Adama, Ka­mila. To mili chłopcy, ich ro­dzice też są do­brymi ludźmi.

- To nie są moi ko­le­dzy. Lu­bię Krzyśka.

- Krzy­siek jest z nie­peł­nej ro­dziny.

- I co to zmie­nia? - Toni wzru­szył ra­mio­nami.

- Niby nic, ale to nie­od­po­wiedni ko­lega dla cie­bie. Ma złe wzorce, mógłby ci coś na­ga­dać albo ścią­gnąć na złą drogę, a my sta­ramy się żyć do­brze. - Igor pod­niósł szklankę i wy­pił dusz­kiem wodę, a po­tem prze­niósł wzrok na mnie. Sku­li­łam się pod jego spoj­rze­niem, bo wy­da­wało mi się, że na­wią­zuje wła­śnie do mnie. Ale on do­po­wie­dział, że Pa­weł też wpadł w złe to­wa­rzy­stwo i skoń­czył, jak skoń­czył.

- Ja nie je­stem nim! Nie będę się od­da­wał fa­ce­tom, tato! - Toni wstał i za­ci­snął pię­ści. - Chcę wró­cić do domu. Chcę do mo­jej daw­nej szkoły i zna­jo­mych. Dziś mija pół roku, od­kąd przy­je­cha­li­śmy do tej okrop­nej ru­dery, w któ­rej na­wet przez okno nie można wyj­rzeć, bo wszę­dzie są krzaki. Dla­czego ich nie wy­tniemy? Dla­czego nie mo­żemy nor­mal­nie pa­trzeć przez wszyst­kie okna, tylko przez to, które wy­cho­dzi na tył domu? Tu ni­kogo nie ma, a wciąż się cho­wamy, jak­by­śmy byli ja­cyś trę­do­waci. Ni­czego nie ro­zu­miem! Dla­czego mu­simy ro­bić to wszystko jak ja­cyś dzi­wacy?

- Tak jest bez­piecz­niej. Poza tym mó­wi­łem już coś na te­mat po­wrotu. Wy­je­dziemy stąd do­piero wtedy, gdy od­zy­skamy na­szą Gaję.

- Czyli kiedy?

- To za­leży głów­nie od mamy.

- Mamo? - Toni pa­trzył na mnie prze­ni­kli­wie. - Chcę wró­cić do domu, nie mogę tu już wy­trzy­mać, nie daję rady...

Ja też, synu, ja też!

- To nie ta­kie pro­ste, ko­cha­nie - od­po­wie­dzia­łam zgod­nie z prawdą. - Na pewno wy­je­dziemy, gdy tylko za­mkniemy z tatą pewne sprawy. Wró­cisz do daw­nej szkoły i ko­le­gów, ale... jesz­cze nie te­raz.

- A kiedy? Kiedy?! Nie­na­wi­dzę jej, wiesz? Nie­na­wi­dzę Gai, bo gdyby się nie uro­dziła, a po­tem nie znik­nęła, nie mu­sie­li­by­śmy tu­taj przy­jeż­dżać. Nie­na­wi­dzę tego domu, mo­dli­twy i tych okrop­nych ga­łęzi, które ude­rzają co noc w okna. I tego, że śpisz w ko­mórce. I je­steś dziwna. Oboje je­ste­ście dziwni! Może na­prawdę to wy ją za­bi­li­ście i lu­dzie mó­wią prawdę! - wy­buch­nął.

- Dość! - Igor ude­rzył pię­ścią w stół. - Usiądź, gów­nia­rzu, do­kończ je­dze­nie i po pro­stu za­mknij gębę na ten te­mat, bo nie masz o ni­czym po­ję­cia. Pa­weł też za­czy­nał od kłótni, a po­tem się wy­pro­wa­dził i pusz­cza jak zwy­kła... - Za­ci­snął usta, ale nie do­koń­czył. - Gdyby mo­dlił się gor­li­wiej, gdyby słu­chał wszyst­kiego, co do niego mó­wi­łem, by­łoby w po­rządku!

- To nie Pa­weł jest pro­ble­mem - rzu­cił Toni.

- A kto?

- Nie wiem. Może za­py­taj Boga, bo skoro wszystko mu mó­wisz, to na pewno bę­dzie wie­dział, ja prze­cież je­stem tylko nie­wdzięcz­nym dziec­kiem!

- Ni­gdy się tak nie za­cho­wy­wa­łeś. Toni... - Spoj­rza­łam na niego zdez­o­rien­to­wana.

- Bo nie mia­łem po­wodu, bo wie­rzy­łem, że to tylko na chwilę, ale wy cią­gle kła­mie­cie. Jest coś, o czym nie wiem, dla­tego tu je­ste­śmy, dla­tego mu­simy się ukry­wać jak szczury! Ale i tak ucieknę - za­śmiał się przez łzy - a wy mnie nie zła­pie­cie, zo­sta­nie­cie so­bie tu­taj, w tym głu­pim blusz­czu!

- Dość tego, smar­ka­czu! - wrza­snął Igor. - Zo­staw ta­lerz i idź do swo­jego po­koju. Nie zjesz ju­tro śnia­da­nia, to może te wszyst­kie głu­poty wyjdą ci z głowy. Do po­koju! - wark­nął, a Toni za­ci­snął je­dy­nie pię­ści i osten­ta­cyj­nie od­su­nął się od stołu.

- Do­brze, tato. Trzy­maj nas tu da­lej jak zwie­rzęta w klatce. Może w końcu te krzaki cał­ko­wi­cie ode­tną drogę do domu i bę­dziemy uwię­zieni na za­wsze. Na pewno tego byś chciał, nie?

- Jesz­cze słowo, a po­ża­łu­jesz! - Igor mie­rzył go wście­kłym wzro­kiem.

- I tak nie będę się mo­dlił. To ni­czego nie zmie­nia, jest tylko co­raz go­rzej! - wy­buch­nął. W jego oczach znów do­strze­głam łzy. - Mama wcale nie za­cho­dzi w ciążę, a Gai jak nie było, tak nie ma. Mam dość cze­ka­nia, dość sze­ściu dłu­gich mie­sięcy w tym miej­scu. Nie­na­wi­dzę go! I wiesz co? Ty też go nie zno­sisz. Wcale nie je­steś tu szczę­śliwy, bo nikt nie byłby za­do­wo­lony, miesz­ka­jąc na od­lu­dziu. Tato, pro­szę... - Na­gle zmie­nił ton. - Wy­jedźmy, nie chcę tu dłu­żej być, to miej­sce jest okropne.

- My­ślisz, kurwa, że chcia­łem tu przy­jeż­dżać? My­ślisz, że mi tu do­brze? Że nie wo­la­łem swo­jego domu za­miast tej brud­nej klitki? Gdyby twoja matka... - za­czął, ale na­tych­miast prze­rwa­łam. Nie chcia­łam, by wcią­gał dziecko w na­sze sprawy i ob­wi­niał mnie za prze­pro­wadzkę.

- Dość. Toni, po­słu­chaj taty i idź do po­koju, a póź­niej po­roz­ma­wiamy.

- Ja­sne. Po­ga­damy i jak zwy­kle nic z tego nie wy­nik­nie. Pójdę, bo ja tak chcę, a wy so­bie siedź­cie do rana i roz­ma­wiaj­cie o za­sa­dach! Aa, mamo, tylko nie za­po­mnij iść do łóżka, za­miast spać w ko­mórce, bo w końcu półki się na cie­bie za­walą i też umrzesz! - krzyk­nął, a mnie prze­szedł dreszcz.

To... za­bo­lało. Gdyby wie­dział, że wcale nie chcia­łam tam być, może nie byłby tak okrutny, ale nie po­tra­fi­łam się wy­tłu­ma­czyć. Nie chcia­łam wcią­gać go w to ba­gno, w któ­rym tkwi­łam od pół roku, więc pewne sprawy wo­la­łam prze­mil­czeć, ale gdy tak wpa­try­wa­łam się w jego twarz, do­szło do mnie, jak strasz­nie to wszystko prze­ży­wał.

- Chcę, żeby wró­cił mój tata, ten, z któ­rym można było po­roz­ma­wiać o wszyst­kim, a nie ja­kiś psy­chol, co cią­gle każe się mo­dlić i ukry­wać, mimo że ni­kogo tu nie ma! Przed kim ty się cho­wasz, tato? Co ta­kiego złego zro­bi­li­śmy? Dzieci umie­rają wszę­dzie i nikt się nie wy­pro­wa­dza.

To było dla niego za dużo. Igor wstał i gwał­tow­nie szarp­nął To­niego za rękę.

- Chcesz zo­ba­czyć psy­chola? Tak? - war­czał pod no­sem, cią­gnąc go za sobą. - To wchodź tam, gdzie śpi matka, i nie wyj­dziesz do rana, a jak za­czniesz się du­sić i bać, to bę­dziesz mu­siał so­bie wy­dra­pać dziurę w tych drzwiach, smar­ka­czu. Wtedy do­ce­nisz, że masz wy­godne łóżko i swój po­kój. My­ślisz, że to za­bawa? Da­lej, kurwa, my­ślisz, że to wy­cieczka do lasu? - Po­pchnął go na drzwi, za któ­rymi była ko­mórka. - Nie, to nie jest wy­cieczka, przy­zwy­cza­jaj się do tej my­śli, że nie je­ste­śmy tu na chwilę.

- To nie­nor­malne! Nie chcę się wciąż ukry­wać! Mamo?

- Zje­dzą nas żyw­cem, jak wró­cimy, więc do­ceń, smar­ka­czu, że masz tu­taj spo­kój i ci­szę. Do­ceń, że nikt nie puka ci w okno. Już za­po­mnia­łeś, jak ktoś zbił szybę, jak ka­mień o mały włos nie wy­lą­do­wał na two­jej twa­rzy? Chcesz tam wró­cić? Pro­szę bar­dzo. Wy­pier­da­laj.

- Igor! Nie mów tak, nie w ten spo­sób. - Za­tka­łam usta rę­kami i pa­trzy­łam, jak obaj się sza­mo­czą.

- Bę­dziesz mo­dlił się tak długo, jak długo ja uznam to za sto­sowne. Za braci, za mamę, za sie­bie. Ro­zu­miesz? To ja - za­ak­cen­to­wał - je­stem tu od usta­la­nia, co bę­dziemy ro­bić, a czego nie. - Znów pchnął go na ścianę. Mie­rzyli się wzro­kiem. Po­de­szłam bli­żej i do­tknę­łam ra­mie­nia Igora.

- Zo­staw... Toni ma prawo nie go­dzić się na ta­kie wa­runki! To jesz­cze dziecko, bra­kuje mu ko­le­gów, daw­nych zna­jo­mych, zro­zum go. - Spró­bo­wa­łam ode­pchnąć męża. Wi­dzia­łam, jak wal­czy ze sobą, żeby nie ude­rzyć chło­paka, w końcu jed­nak nie wy­trzy­mał i spo­licz­ko­wał go, drugą ręką wciąż przy­trzy­mu­jąc syna tuż przy ścia­nie. Toni syk­nął, a ja mo­men­tal­nie za­mknę­łam oczy, bo prze­szedł mnie dreszcz. Ten dom spra­wiał, że od­da­la­li­śmy się od sie­bie, że agre­sja brała górę nad roz­sąd­kiem.

- Ni­gdy wię­cej nie na­zwie mnie psy­cho­lem. Je­śli ktoś tu jest wa­ria­tem, to na pewno nie ja - fuk­nął i jak gdyby ni­gdy nic, od­szedł w kie­runku stołu.

- A wła­śnie, że je­steś chory! Oboje je­ste­ście - wrza­snął Toni i po­biegł na górę. Chwilę po­tem usły­sza­łam trza­śnię­cie drzwiami.

Ode­tchnę­łam gło­śno. Z jed­nej strony cie­szy­łam się, że syn się po­sta­wił, z dru­giej wie­dzia­łam, że spo­wo­duje to więk­szą fru­stra­cję Igora w nocy. A tym sa­mym i mój ból.

- Za­do­wo­lona? - prych­nął. - Patrz, jak go roz­pu­ści­łaś, ale ja nie dam sobą tak po­mia­tać. Póki jest pod moim da­chem, bę­dzie ro­bił to, co ze­chcę. Przy­je­cha­li­śmy tu w jed­nym celu: od­po­ku­to­wać wszyst­kie grze­chy i za­cząć sta­ra­nia o Gaję, nie mogę so­bie po­zwo­lić na żadne nie­ści­sło­ści.

- Ude­rzy­łeś syna.

- Na­le­żało mu się. Gdyby cie­bie na­zwał wa­riatką, zro­bił­bym to samo, my­ślisz, że za­leży mi tylko na sza­cunku dla mnie? Je­śli bę­dziemy po­zwa­lać so­bie na nie­sub­or­dy­na­cję, to wszystko szlag trafi i nasz dom bę­dzie znów zwy­kłym bu­dyn­kiem, a nie oazą, w któ­rej znaj­du­jemy uko­je­nie.

Z nie­wia­do­mych przy­czyn przy­szło mi do głowy, by po­wie­dzieć mu, że to wcale nie jest nasz dom i Toni nie chce tu być, ale za­miast tego oznaj­mi­łam:

- On ma ra­cję. Po­wi­nien sam de­cy­do­wać, z kim bę­dzie się spo­ty­kał. Jest grzecz­nym chłop­cem, nie spra­wia pro­ble­mów i nie są­dzę, żeby kie­dy­kol­wiek stało się z nim to, co z Paw­łem.

- Grzeczni chłopcy, mó­wisz. Je­śli jest z nimi tak samo jak z tymi grzecz­nymi dziew­czyn­kami, to wtedy twoja teo­ria upada. Jak mó­wili na cie­bie, ko­cha­nie? Grzeczna, śliczna Pati. Ku­rew­ska, nie­wdzięczna la­dacz­nica, mó­wię ja!

Za­mknę­łam oczy. Te słowa bo­lały, ale było w nich ziarno prawdy. Bo prze­cież tak na­zy­wało się ko­biety, które zdra­dzały swo­ich mę­żów dla chwi­lo­wej ucie­chy. Ko­biety ta­kie jak ja... Sęk w tym, że nie mia­łam wy­rzu­tów su­mie­nia, ja­kich by ocze­ki­wał. Tuż przed zdradą po­zna­łam se­kret Igora. Brudny, okropny po­stę­pek mo­jego męża, przy któ­rym moje prze­wi­nie­nie bla­dło i tra­ciło na zna­cze­niu. Ale nie mo­głam mu jesz­cze o tym po­wie­dzieć. Nie mo­głam też ni­g­dzie tego zgło­sić, bo to by znisz­czyło moją ro­dzinę. Za­bi­łoby resztkę mi­ło­ści To­niego do ojca i jego jesz­cze dzie­cięcą wiarę w to, że nie mamy nic za uszami. A... mie­li­śmy wiele, tylko on nie mógł się o tym do­wie­dzieć.

- Pew­nie masz ra­cję - zdo­by­łam się tylko na to. - Ale Toni jest inny, ni­gdy nie zro­biłby ni­czego ta­kiego, to ko­chane dziecko.

Igor opu­ścił głowę, prze­żu­wał wolno kęs za kę­sem i nie od­po­wia­dał już na moje prośby, by dać sy­nowi wię­cej swo­body. Nie na­wią­zy­wał też do tego, kiedy wró­cimy do domu w gó­rach, choć prze­cież zna­łam prawdę. Wró­cimy, gdy Gaja znów bę­dzie z nami.

Uro­dzisz mi córkę. Bę­dzie na­sza. Moja i twoja, Pa­try­cjo. Je­śli uda się szybko, może po­je­dziemy do domu. Może lu­dzie za­po­mną, że spla­mi­łaś na­sze mał­żeń­stwo. To jest twoja kara.

- Jak zmy­jesz na­czy­nia po ko­la­cji, przyjdź do ła­zienki. Dziś nie chcę tego ro­bić w ko­mórce, chcę wi­dzieć nas w lu­strze. W świe­tle. Masz te­raz płodne, co? - py­tał mnie o to, jakby za­ga­dy­wał o po­godę, a mnie mdliło na sam dźwięk tego okre­śle­nia.

Czu­łam się jak kró­lik do­świad­czalny. Kró­lik wy­ko­rzy­sty­wany do eks­pe­ry­mentu. I tym wła­śnie by­łam. Od­kąd zna­leź­li­śmy się w blusz­czo­wym domku, Igor usil­nie sta­rał się, bym za­szła w ko­lejną ciążę. A ja się ba­łam. Ba­łam się, że je­śli się uda, nie po­ko­cham tego dziecka, które nie zo­sta­nie po­częte z mi­ło­ści, tylko z dziw­nego przy­musu. Ale jesz­cze gor­szym lę­kiem na­pa­wała mnie myśl, że uro­dzi się syn. Co wtedy? Co zrobi Igor? Prze­cież nie miał nad tym kon­troli, nie mógł za­pla­no­wać płci, a chciał tylko jej. Ko­lej­nej córki.

- Dziś boli mnie brzuch, chyba okres przyj­dzie wcze­śniej - rzu­ci­łam nie­śmiało, ale usły­sza­łam jego szy­der­czy śmiech.

- Dwa ty­go­dnie wcze­śniej? Prze­cież masz owu­la­cję. To ide­alny dzień, żeby spło­dzić na­szą córkę. Mu­sisz to od­po­ku­to­wać, ko­cha­nie. By­ła­byś bar­dzo nie­wdzięczna, gdy­byś po­zba­wiła nas ta­kiego daru. Prze­cież wiesz, że wtedy bę­dziemy na­prawdę szczę­śliwi, wtedy w końcu bę­dziemy pełną ro­dziną. Mia­łem trójkę dzieci. Pawła, Szy­mona i To­niego. Pa­weł nie jest już moim sy­nem, od­kąd robi te obrzy­dliwe rze­czy, więc po­trze­buję córki na jego miej­sce. I na miej­sce tam­tej Gai.

- Igor... - po­wtó­rzy­łam ci­cho jego imię, ale to już od dawna nie dzia­łało. Nie mia­łam żad­nej wła­dzy, od­kąd do­wie­dział się o mo­jej zdra­dzie.

- Pa­try­cjo?

- Na­prawdę źle się czuję dziś, może ju­tro rano przed pracą? Je­den dzień nie zrobi róż­nicy.

Znów prych­nął.

- Po pro­stu przyjdź do ła­zienki. Im szyb­ciej Gaja bę­dzie na świe­cie, tym szyb­ciej bę­dziemy szczę­śliwi i wró­cimy do tej ca­łej nor­mal­no­ści, o którą tak pro­si­cie. Prze­cież to przez cie­bie tu je­ste­śmy, to przez cie­bie Toni nie jest wśród swo­ich ko­le­gów. Kotku, przez twoją cho­lerną zdradę mu­sie­li­śmy się wy­nieść z domu, bo nie da­wali nam żyć. Ty je­steś je­dyną osobą od­po­wie­dzialną za obecny stan rze­czy.

- Ale nie mu­sie­li­śmy ucie­kać do ta­kiego miej­sca!

- Mnie się tu po­doba. Nie ma lu­dzi, nikt nie za­gląda w okna, nie ma wścib­skich spoj­rzeń. I nikt nie usły­szy krzyku. A ty cza­sem lu­bisz to ro­bić, prawda?

Za­ci­snę­łam usta.

- To nie dom. To wię­zie­nie. Blusz­czowe wię­zie­nie!

- Za­mknij się, głu­pia. Je­śli nie chcesz po­znać praw­dzi­wego zna­cze­nia tych słów, to po pro­stu za­mknij się! - rzu­cił chłodno. Pa­trzy­li­śmy na sie­bie z wro­go­ścią, po daw­nej mi­ło­ści nie zo­stał na­wet ślad.

Tym ra­zem to ja za­ci­snę­łam pię­ści. Czu­łam, że lada chwila znów wy­buchnę pła­czem. Roz­pacz­li­wie pró­bo­wa­łam od­na­leźć w Igo­rze tego męż­czy­znę, któ­rego po­zna­łam lata temu. Opie­kuń­czego, dba­ją­cego o ro­dzinę, ale te wspo­mnie­nia były tak od­le­głe... A na­wet je­śli ja­kieś przy­cho­dziło mi na myśl, to wy­star­czyło jego zimne spoj­rze­nie i wra­cało wszystko to, co było tu i te­raz. Chłód. Ciem­ność. Od­lu­dzie. Mo­dli­twa. Seks.

Nie chcę. Nie chcę mieć wię­cej dzieci, po­wta­rza­łam bez­gło­śnie, choć mój mózg mó­wił co in­nego. Utrata Gai była tak do­tkliwa, że chcia­łam ją za­stą­pić kimś in­nym.

- Je­śli uro­dzi się syn... - za­czę­łam, ale on nie dał mi dojść do głosu.

- Bę­dziemy mieć córkę. I bę­dzie nie­winna, nie po­zwolę, by stało się z nią coś ta­kiego jak z Paw­łem czy z tobą.

A je­śli nie? Je­śli nie? Nie­spo­kojne my­śli krą­żyły po mo­jej gło­wie, ale Igor uprze­dził mnie i od­po­wie­dział:

- Bę­dziemy sta­rać się tak długo, aż to bę­dzie dziew­czynka.

- To nie za­leży od nas.

- Więc le­piej, żeby los był dla nas ła­skawy. Wstaw na­czy­nia do zmy­warki, a ja pójdę po­roz­ma­wiać z To­nim, bo robi się co­raz bar­dziej wy­szcze­kany, i po­tem po­cze­kam na cie­bie w ła­zience. Nie wchodź do po­koju, sam się zajmę tym gów­nia­rzem.

Uśmiech­nął się jak daw­niej, ale ja nie czu­łam się na si­łach, by to od­wza­jem­nić. Nie czu­łam się na si­łach do ni­czego oprócz funk­cjo­no­wa­nia w try­bie praca-dom-praca. Nie chcia­łam też od­cho­dzić, mimo że na pewno po­ra­dzi­ła­bym so­bie fi­nan­sowo jako sa­motna matka, a Toni był na tyle duży, że nie po­trze­bo­wałby sta­łej opieki, gdy­bym cho­dziła do pracy. Mimo to ja­kaś cząstka mo­jej du­szy chciała jesz­cze przez parę chwil zo­stać z Igo­rem. Nie z przy­zwy­cza­je­nia. Nie z na­dziei, że się nam ułoży, lecz z głu­piego prze­świad­cze­nia, że on też po­wi­nien od­po­ku­to­wać za wszystko, co zro­bił. I to ja po­win­nam go uka­rać. Mu­sia­łam tylko mieć plan na to, by się ze­mścić.

I czas. Dużo czasu.

Wznio­słam oczy do góry i wpa­try­wa­łam się w drew­niane skle­pie­nie, jak­bym wi­działa tam praw­dziwe niebo i gwiazdy. A po­tem po­pro­si­łam w du­chu, żeby los czy co­kol­wiek, co nami rzą­dzi, spra­wił, abym miała córkę. Je­śli już mu­sia­łam być w ciąży, je­śli nie mia­łam in­nego wyj­ścia, niech to bę­dzie córka. Gaja.

Wtedy te męki się skoń­czą. Wtedy prze­tnę ten cho­lerny bluszcz, a Igor zo­sta­nie sam ze swoją winą i swoim brud­nym su­mie­niem.

Roz­dział 3

Pa­try­cja

Z ła­zienki sły­sza­łam, jak Toni znów wy­dziera się na Igora. Od ko­la­cji nie prze­szła mu złość na ojca. Za­wsze był taki wraż­liwy na ból, słowa in­nych, ale i na zmiany, które ostat­nio wciąż nas do­ty­kały. Igor tłu­ma­czył mu, że jego za­cho­wa­nie było nie­wła­ściwe i dla ni­kogo to nie jest ła­twa sy­tu­acja. Obie­cy­wał, że je­śli bar­dzo się po­sta­ramy, to wróci do ko­le­gów i daw­nej szkoły, ale te wi­zje sta­wały się co­raz bar­dziej od­le­głe. Po­woli prze­sta­wa­łam w nie wie­rzyć...

Ode­tchnę­łam głę­boko i po­pra­wi­łam ma­ki­jaż, bo zmy­cie go sta­wiało mnie od razu w gor­szym świe­tle. Igor uwa­żał, że skoro zdra­dzi­łam go, bę­dąc wy­ma­lo­waną "jak la­dacz­nica", on też za­słu­gi­wał na to samo. Prze­su­nę­łam pędz­lem po po­liczku i roz­sma­ro­wa­łam na nim bron­zer, a po­tem szminką pod­kre­śli­łam pełne usta. Wciąż by­łam piękną ko­bietą, ale ostat­nie mie­siące spra­wiły, że moja cera po­sza­rzała, a pod oczami wid­niały cie­nie. Brzuch też nie wró­cił do formy sprzed po­rodu - za­mie­nił się w coś mięk­kiego, w po­duszkę, która z ła­two­ścią amor­ty­zo­wa­łaby ude­rze­nia. Dla­czego o tym po­my­śla­łam? Prze­cież Igor ni­gdy mnie nie ude­rzył. Na­wet wtedy, gdy do­wie­dział się o zdra­dzie, wy­star­czyła mu je­dy­nie słowna agre­sja. To na To­nim wy­ła­do­wy­wał swoją złość... Nie­mniej te dziwne my­śli gdzieś się we mnie za­gnieź­dziły.

Usia­dłam na brzegu wanny i ob­ser­wo­wa­łam swoje od­bi­cie w ma­łym lu­strze. Ła­zienka była je­dy­nym ład­nym miej­scem w tym domku. Miała piękną ar­ma­turę i czarne płytki, które - mimo wid­nie­ją­cego na nich ku­rzu - i tak da­wały olśnie­wa­jący efekt. Splo­tłam ręce i cze­ka­łam, aż Igor do­łą­czy do mnie. Ale choć rze­czy­wi­ście dziś by­łam w środku cy­klu i po­win­nam kwit­nąć, nie mia­łam żad­nej ochoty na seks.

Mia­łaś piękny dom, Pa­try­cjo.

Mia­łaś piękną có­reczkę, pracę ma­rzeń i przy­ja­ciół. Mo­żesz tam wró­cić, mo­żesz tam wró­cić, je­śli tylko bę­dziesz chciała. Po­sta­raj się.

Za­ci­snę­łam zęby. Pró­bo­wa­łam skie­ro­wać my­śli na inny tor, kiedy Igor po­ja­wił się w ła­zience ubrany je­dy­nie w ciemne spodnie. Gdyby zo­ba­czył go ktoś inny, uznałby, że jest nie tylko przy­stojny, ale i do­brze zbu­do­wany. Mimo swo­ich czter­dzie­stu dwóch lat wy­glą­dał wciąż tak do­brze jak kie­dyś. Dżin­sowe spodnie lekko zwi­sały - już po­zba­wione pa­ska. Na twa­rzy był wi­doczny kil­ku­dniowy za­rost. Gdyby nie to, co zro­bił... Może umia­ła­bym pa­trzeć na niego oczami in­nych ko­biet. Pró­bo­wa­łam, z ca­łych sił pró­bo­wa­łam wró­cić my­ślami do mo­mentu, gdy spło­dzi­li­śmy Pawła, Szy­mona czy To­niego. Na­wet w naj­bar­dziej na­mięt­nych chwi­lach mój mąż był czuły i de­li­katny, aż do... Nie. Nie chcia­łam o tym my­śleć.

Wró­ci­łam pa­mię­cią do okresu sprzed kil­ku­na­stu lat. Miesz­ka­li­śmy wszy­scy w piątkę w domu w gó­rach. Noc. Ciemno. Wino, ko­la­cja i my wpa­tru­jący się w niebo pełne gwiazd. Przez na­tłok wspo­mnień prze­bi­jał się szum wody. Spo­glą­da­łam na Igora, który pa­trzył na mnie z za­ciętą miną, ale po chwili zo­ba­czy­łam, jak znów się uśmiech­nął. Kie­dyś to wła­śnie ten jego uśmiech mnie za­uro­czył. Był nieco ło­bu­zer­ski, jak u se­ria­lo­wego chło­paka z są­siedz­twa.

Nie wiem, co było tego przy­czyną, ale ta ła­godna twarz spra­wiła, że po­czu­łam się tro­chę bar­dziej po­krze­piona. Wy­cią­gnął do mnie rękę.

- Chodź, umyję cię.

Chrząk­nę­łam, bo by­łam już pod prysz­ni­cem, ale chcia­łam mieć to jak naj­szyb­ciej za sobą. Umia­łam uda­wać. Umia­łam to ro­bić rów­nie do­brze jak on.

Su­nę­łam wolno w jego stronę. Zrzu­ci­łam szla­frok, a po­tem majtki i sta­nik, by wresz­cie sta­nąć pod stru­mie­niem cie­płej - o dziwo! - wody. Szyba prysz­ni­cowa mo­men­tal­nie po­kryła się parą. Igor przy­glą­dał mi się przez mo­ment, a po­tem ścią­gnął ubra­nie i do­łą­czył do mnie.

Chcia­łam się roz­paść. Kuc­nąć pod tą wodą i roz­pła­kać - jak zwy­kle, gdy zo­sta­wa­łam sama - ale nie mo­głam oka­zać sła­bo­ści.

Pierw­szy do­tyk spra­wił, że coś prze­wró­ciło mi się w żo­łądku. Wie­dzia­łam, że Igor nie pla­nuje żad­nej gry wstęp­nej, że li­czy się tylko jego za­do­wo­le­nie. Sam akt. Mimo tego on się­gnął po żel i wy­lał na rękę, a po­tem de­li­kat­nie, na­prawdę bar­dzo sub­tel­nie mył mnie.

- By­łaś bar­dzo brudna, Pa­try­cjo - rzu­cił. - Ale już jest do­brze. Zmy­łem z cie­bie wszystko, co złe.

Dwu­znacz­ność tych słów była iry­tu­jąca, pie­kła, bo­lała. Jed­nak wie­dzia­łam, że on był jesz­cze bar­dziej brudny. Tak na­prawdę oboje by­li­śmy ska­żeni i sta­ra­li­śmy się ze­trzeć coś, czego nie zmyje ża­den płyn ani de­ter­gent.

- Roz­luź­nij się. - To brzmiało jak ko­menda. Su­che, bez­na­miętne po­le­ce­nie. - Jak bę­dziesz bar­dzo mo­kra, to wtedy...

- Wiem, jak działa ko­biece ciało - prze­rwa­łam szybko, bo na­prawdę nie chcia­łam słu­chać o moim ślu­zie ani o tym, że plem­niki wolą wil­goć. Kiw­nął głową i ob­ró­cił mnie w swoją stronę. Od­rzu­cił myjkę, która spa­dła gdzieś da­leko, po czym wpił się w moje usta gwał­tow­nie i szybko. Pod­da­łam się temu, bo nie chcia­łam pro­te­sto­wać, nie chcia­łam od­ma­wiać, krzy­czeć, żeby Toni nie usły­szał. Nie mo­głam być tą, którą mąż bie­rze wbrew jej woli. To zda­rza się in­nym, in­nym!

Wma­wia­łam so­bie, że tak jest le­piej, a może po pro­stu nie chcia­łam prze­ko­nać się, co by było, gdy­bym się po­sta­wiła? Za­mknę­łam oczy i zna­la­złam się w prze­szło­ści. Kil­ka­na­ście lat młod­sza i szczę­śliw­sza. Upra­wia­łam seks z męż­czy­zną mo­jego ży­cia, a żadne pro­blemy jesz­cze nas nie do­ty­czyły. Wla­łam w ten akt cały swój żal, całą swoją go­rycz i nie­prze­tra­wioną ża­łobę, ale mimo to, mimo tych sta­rań, kiedy Igor osią­gnął speł­nie­nie, po mo­ich po­licz­kach znów po­le­ciały łzy.

Je­steś słaba, Pa­try­cjo.

Ileż można się ma­zać? Weź się w garść i za­cznij wdra­żać w ży­cie swój plan. Krok po kroku.

Pa­try­cjo, sły­szysz? Sły­szysz?

Otwo­rzy­łam oczy, a kro­ple wody mie­szały się z mo­imi łzami. Od­wró­cona ty­łem do Igora na szczę­ście nie by­łam zmu­szona, by mu to po­ka­zy­wać.

- Oby to za­dzia­łało - wes­tchnął. - Bo mam wra­że­nie, że już ni­gdy nie do­cze­kam się córki, a wtedy... - Na­chy­lił się nade mną i skub­nął w ucho. - Zo­sta­niemy tu na dużo dłu­żej. A może na za­wsze? - Jego głos był zimny, prze­szy­wał na wskroś.

Dwie mi­nuty póź­niej wy­tar­łam się i ru­szy­łam do sy­pialni. Ob­ję­łam swój miękki brzuch, który te­raz wy­da­wał się jesz­cze bar­dziej pa­skudny, i sku­lona w em­brio­nal­nej po­zy­cji, pró­bo­wa­łam za­snąć. Na próżno. Już po chwili usły­sza­łam głos Igora, który py­tał, czy na pewno od­mó­wi­łam mo­dli­twę przed snem, w któ­rej prze­pra­sza­łam za to, co się stało, i dzię­ko­wa­łam za ko­lejny do­bry dzień.

Nie mia­łam siły na kłót­nie, dla­tego po­słusz­nie wsta­łam i klęk­nę­łam przy łóżku, ale w du­chu nie od­mó­wi­łam żad­nej mo­dli­twy. A przy­naj­mniej nie ta­kiej, ja­kiej ży­czyłby so­bie on. Za­miast do Boga zwra­ca­łam się do ko­goś in­nego, a na moje usta ci­snęło się po pro­stu: "Idź do dia­bła".

Kiedy po­ło­ży­li­śmy się oboje do łóżka, od­wró­ci­łam się na drugi bok i za­mknę­łam oczy.

- Może trzy­maj nogi w gó­rze, co? - Długo nie na­cie­szy­łam się ci­szą. - A ju­tro znów wró­cimy do ko­mórki. Nie po­do­ba­łaś mi się w świe­tle. Tro­chę zbrzy­dłaś po tam­tej ciąży i cycki ci wi­szą, a prze­cież kar­mi­łaś krótko, więc naj­le­piej bę­dzie nam w ciem­no­ści. Do­szłaś cho­ciaż?

Za­ci­snę­łam wargi.

- Tak.

Na­chy­lił się nade mną i rzu­cił pro­sto do ucha:

- Nie kłam, Pa­try­cjo. Wcale nie mia­łaś or­ga­zmu.

- Skąd...

- Wsłu­chaj się w swój głos, kiedy kła­miesz. Od­kąd wy­szło, że Gaja to nie moja córka, przy każ­dym kłam­stwie in­to­na­cja jest zu­peł­nie inna. Jak­byś się mnie bała - za­wie­sił głos. - Bo­isz się wła­snego męża, skar­bie? Prze­cież ja cię chro­nię. Gdyby nie ja... Gdy­bym nie dał ci dru­giej szansy po zdra­dzie, nie mia­ła­byś ni­kogo. Dla­czego nie do­szłaś? Prze­cież w cza­sie owu­la­cji bar­dzo się chce i ko­bie­tom ła­two o speł­nie­nie. Wy­daje mi się, że słabo się sta­rasz o na­szą Gaję.

Mia­łam ochotę za­kryć po­duszką uszy, nie słu­chać tych wszyst­kich bredni na te­mat cy­klu i mo­jego ciała, ale on mó­wił i mó­wił.

- A może ty lu­bisz z uży­ciem siły, co? Z Ka­ro­lem tak mia­łaś? - Jego głos, mimo ostrych słów, był tak spo­kojny... I wła­śnie to naj­bar­dziej mnie nie­po­ko­iło. Na­gle zna­lazł się tuż nade mną. Przy­ci­snął mnie do łóżka i wpa­try­wał się w moje oczy, a jego ręce błą­dziły po szyi.

- Mógł­bym cię tu udu­sić i nikt by na­wet tego nie usły­szał. - Uśmiech­nął się i przez mo­ment na­pa­wał moim stra­chem. Ści­snął ręce, a ja po­czu­łam, jak mo­men­tal­nie bra­kuje mi tchu. Za­czę­łam wierz­gać no­gami i do­piero wtedy roz­luź­nił chwyt.

- Ni­gdy wię­cej tak nie rób - wy­sa­pa­łam. Czu­łam się oszo­ło­miona i odrę­twiała przez spo­sób, w jaki się ze mną ob­szedł. Bez­duszny i po­zba­wiony na­wet odro­biny daw­nej czu­ło­ści. - Zwa­rio­wa­łeś?

- Oj, Patka, żar­to­wa­łem. Je­steś strasz­nie sztywna. Le­piej, że­byś uro­dziła już to dziecko, bo seks z tobą jest taki mę­czący. Zero za­an­ga­żo­wa­nia. Jak­bym ru­chał dmu­chaną lalkę, a nie żonę. A te­raz weź, kurwa, te nogi do góry!

Roz­dział 4

Pa­try­cja

Obu­dził mnie kosz­mar. Ten sam od wielu mie­sięcy. Krzyk, prze­raź­liwy jęk no­wo­rodka w łó­żeczku i ja bie­gnąca zo­ba­czyć, co się dzieje. A po­tem ci­sza. Jakby coś na­gle w jego ma­łym umy­śle się prze­sta­wiło, ka­zało być ci­cho. I ten brak ja­kie­go­kol­wiek dźwięku był gor­szy niż wszystko inne. Dźwi­gnę­łam się do po­zy­cji sie­dzą­cej i pa­trzy­łam, jak Igor jesz­cze śpi. Ciem­ność i zimno w tym domu po­ra­żały mnie do głębi. Przy­po­mnia­łam so­bie, jak to na­prawdę było. Dwa ty­go­dnie spę­dzone z Gają i ta pa­miętna środa, kiedy w domu po­ja­wił się Ka­rol. Fa­cet, z któ­rym spę­dzi­łam w ba­rze do­brych kilka go­dzin, a po­tem tra­fi­li­śmy ra­zem do łóżka. Głu­pia przy­goda, skok w bok i wie­czór nie­wart za­pa­mię­ta­nia, który jed­nak od­ci­snął swoje piętno.

Ka­rol był oj­cem Gai. Nie są­dzi­łam, że bę­dzie chciał się do niej przy­znać, ale kiedy prze­stą­pił próg na­szego domu, za­częło się pie­kło. Nie in­te­re­so­wał się córką, gdy by­łam w ciąży, wy­sy­łał je­dy­nie zdaw­kowe wia­do­mo­ści, że to zbyt duża kom­pli­ka­cja, a ja nie chcia­łam od niego żad­nych ali­men­tów. Wszystko za­pla­no­wa­łam tak, by to Igor był oj­cem dziecka. Miał ni­gdy nie po­znać prawdy i mo­głoby się udać. Na­prawdę mo­głoby być do­brze.

Od słowa do słowa, Ka­rol wy­znał, że prze­my­ślał wszystko i chciałby uczest­ni­czyć w ży­ciu dziecka, że nie może po­zwo­lić na to, by ktoś inny ro­ścił so­bie do niego prawo. Za­mar­łam. Pa­trzy­łam to na Igora, to na Ka­rola, ko­ły­sząc Gaję w ra­mio­nach, ale mimo to córka nie chciała prze­stać pła­kać.

- O czym on mówi, Pa­try­cja? O czym on, do ja­snej cho­lery, mówi?! Znasz go?

Igor pa­trzył na mnie naj­pierw zdez­o­rien­to­wany, a po­tem wku­rzony, ale wy­czy­tał z mo­jej twa­rzy, że to prawda. Do­tar­cie pod­czas ich kłótni do łó­żeczka, które znaj­do­wało się na pię­trze, za­jęło mi zde­cy­do­wa­nie wię­cej czasu niż zwy­kle. Ko­lana mia­łam jak z waty. Uspo­ko­je­nie pła­czą­cego ma­leń­stwa trwało ko­lejne pięt­na­ście mi­nut. Wszystko się na­gle po­sy­pało. Cały mój plan za­tar­cia śla­dów zdrady zo­stał zni­we­czony, bo on, fa­cet z baru, na­gle po­czuł w so­bie po­trzebę za­opie­ko­wa­nia się córką ob­cej ko­biety. Ba­łam się zejść. Pa­mię­tam, że bar­dzo się ba­łam, kiedy do­tar­łam do sa­lonu, ale Ka­rola już tam nie było. Od­głosy kłótni uci­chły, a w miej­scu, gdzie stali wcze­śniej, cze­kał je­dy­nie Igor. Miał czer­woną twarz i za­ci­skał pię­ści.

- Wie­dzia­łem. Wie­dzia­łem, że Pa­weł nie po­szedł się pusz­czać ot tak! To twoje geny, twoje ku­rew­skie geny.

Igor mó­wił i mó­wił, wciąż mnie wy­zy­wa­jąc, i choć miał ra­cję, to wcale nie było mi wstyd. Tam­tego wie­czoru, gdy tra­fi­łam do baru z Ka­ro­lem, do­wie­dzia­łam się cze­goś o Igo­rze. To był cios, któ­rego nie mo­głam znieść, przy­naj­mniej nie na trzeźwo. Wy­szłam pod pre­tek­stem spę­dze­nia wie­czoru u ko­le­żanki i upi­łam się w pierw­szym pod­rzęd­nym ba­rze. Al­ko­hol to kiep­skie roz­wią­za­nie, ale było mi wstyd za wła­snego męża i pró­bo­wa­łam uto­pić ten żal w pro­cen­tach. Za­po­mnia­łam o ca­łym świe­cie, o za­sa­dach, mo­ral­no­ści, na­wet o za­bez­pie­cze­niu. Po­tem wszystko po­szło zbyt szybko.

- Gdzie jest Gaja? - za­py­tał na­gle Igor.

- W swoim łó­żeczku, śpi. - Spoj­rza­łam na niego po­dejrz­li­wie, bo prze­cież do­sko­nale wi­dział, jak wcho­dzi­łam z dziec­kiem po scho­dach na górę.

- Do­brze. Niech śpi. Wie­czo­rem wyj­dziesz z domu z To­nim, bo dawno nie by­li­ście ni­g­dzie ra­zem. Ja zo­stanę z Gają. Od­cią­gniesz mleko i zo­sta­wisz bu­telkę, że­bym mógł ją na­kar­mić. Nie mam ochoty te­raz na cie­bie pa­trzeć. Mu­szę po­my­śleć.

Wy­da­wał się prze­ko­nany do tego, co mówi, ale ja nie ro­zu­mia­łam, skąd na­gle ten ła­godny ton. Do­piero co wy­zy­wał mnie od naj­gor­szych. To brzmiało jak ja­kiś beł­kot sza­leńca.

- Zdra­dzi­łaś mnie, zdra­dzi­łaś po tylu la­tach. Ja bym cię ni­gdy... - Znów za­ci­snął pię­ści i spoj­rzał przez okno. - Mo­głaś mi po­wie­dzieć, że cze­goś ci bra­kuje, czy ko­niecz­nie mu­sia­łaś iść do in­nego? Jak Toni to przyj­mie?

- Jego w to nie mie­szaj.

- My­śla­łaś o nim, gdy to ro­bi­łaś? Kurwa, my­śla­łaś o czym­kol­wiek? Na­wet się nie za­bez­pie­czy­łaś, a mi przy­po­mi­na­łaś o tym na­wet w naj­bar­dziej spon­ta­nicz­nym sek­sie. A nie, prze­pra­szam, ja­kiś ty­dzień po tym, jak niby ko­le­żanka od­wio­zła cię za­laną w trupa, ła­ska­wie po­zwo­li­łaś bez pre­zer­wa­tywy. Niech po­my­ślę... Dla­czego? Je­steś od­ra­ża­jąca!

Spu­ści­łam głowę.

Ty też. Ty też, ko­cha­nie. Ale jesz­cze ci nie po­wiem, że wiem o tym. Jesz­cze nie.

Za­miast tego oznaj­mi­łam, że nie mam ochoty wy­cho­dzić i trzeba usta­lić pewne rze­czy, skoro już wia­domo, że Ka­rol nie od­pu­ści.

- To nie była pro­po­zy­cja. A temu świ­rowi nic się nie na­leży. Gaja jest moja. Na­sza. Od po­czątku była i nikt nie za­bie­rze mi na­szej dziew­czynki. - Zbli­żył się do mnie, ale szybko się od­su­nę­łam. Nie mia­łam po­ję­cia, czy ze­chce mnie uka­rać, wo­la­łam być ostrożna. Ale on spoj­rzał mi w oczy ła­god­nie i znów po­wtó­rzył, że chce zo­stać sam na sam z córką, a prze­by­wa­nie ze mną dziś za bar­dzo go boli. I że mnie to też do­brze zrobi, bo je­stem zmę­czona.

- Po­wiem ma­mie, żeby przy­szła. Nie miała jesz­cze oka­zji zo­ba­czyć wnuczki - za­ak­cen­to­wał ostat­nie słowo. Chcia­łam ko­lejny raz za­pro­te­sto­wać, bo mia­łam wra­że­nie, że w tej ca­łej zło­ści i roz­pa­czy Igor nie za­opie­kuje się nią na­le­ży­cie, ale wtedy na dole po­ja­wił się Toni.

- Chcesz iść z mamą na pizzę i au­to­maty?

Chło­pak uśmiech­nął się od ucha do ucha. To prawda, od dwóch ty­go­dni, od­kąd uro­dziła się Gaja, nie mia­łam zbyt wielu oka­zji, by z nim po­być. Córka była spo­koj­nym nie­mow­la­kiem, ale wciąż bu­dziła się z drze­mek i trzeba było ją ko­ły­sać. W nocy też mu­sia­łam ra­dzić so­bie sama.

- Ja­sne, że tak. A Gaja? - Toni zer­k­nął na górę.

- Zo­sta­nie ze mną.

- Wła­ści­wie to jesz­cze nie po­sta­no­wi­li­śmy... - za­czę­łam, ale Igor znów prze­rwał.

- Chyba nie za­wie­dziesz dziecka, co? Na­leży ci się od­po­czy­nek, a my z bab­cią po­ra­dzimy so­bie bar­dzo do­brze. Wy­cho­wa­łem trójkę dzieci, więc chyba mogę zo­stać z córką na dwie go­dziny, prawda?

Córką. Czyli wszystko ja­sne. Wciąż jest twoja. Wciąż chcesz, by była tylko na­sza. To do­brze, to bar­dzo do­brze. Nie chcę zmian.

- O któ­rej bę­dzie bab­cia?

- Za ja­kąś go­dzinę.

- Su­per. To idę do­koń­czyć grę, za­wo­łaj mnie, jak bę­dziemy je­chać - rzu­cił Toni i znik­nął na pię­trze.

- Ni­czego nie usta­li­łam - rzu­ci­łam po­de­ner­wo­wana. - Nie mo­żesz...

- Mogę. Ty mo­głaś łaj­da­czyć się z ja­kimś szczu­rem, więc ja też mogę. I po­wiem ci wię­cej. Zro­bisz to, co chcę. Wyj­dziesz z tego domu, bo je­steś winna dziecku tro­chę czasu, i bę­dziesz się świet­nie ba­wić. A ja po­my­ślę, co zro­bić, żeby się to wszystko nie wy­dało, bo jak ten fa­cet za­cznie trą­bić na prawo i lewo, że cię puk­nął, to obojgu nam się obe­rwie. Trzeba go uci­szyć, a jak cię wi­dzę, to po pro­stu mam ochotę coś roz­wa­lić, więc le­piej, że­byś wy­szła.

- Prze­pra­szam.

- Sły­szysz, jak to brzmi? Prze­pra­szam, ko­cha­nie, że uro­dzi­łam dziecko in­nemu - iro­ni­zo­wał. - Nie chcę o tym sły­szeć. Nie chcę, że­byś mnie prze­pra­szała. I nie chcę cię te­raz wi­dzieć. Gaja jest na­sza. Je­śli będę mu­siał zro­bić coś z tym fa­ce­tem, to bądź pewna, że to zro­bię, ale nie od­dam mu jej.

Nie­po­strze­że­nie dla mnie sa­mej przez ten gru­bo­skórny ton i su­rowy wy­raz oczu, któ­rym osło­nił swoje wnę­trze, wy­do­stało się kilka łez. Przy­glą­da­łam mu się uważ­nie.

- Nie je­steś warta mo­jego pła­czu, ale uro­dzi­łaś córkę, o któ­rej za­wsze ma­rzy­łem. Nie po­zwolę, żeby kto­kol­wiek mi ją za­brał, na­wet je­śli to nie ja je­stem jej bio­lo­gicz­nym oj­cem.

Przy­tak­nę­łam. Wie­dzia­łam, że Igor zaj­mie się wszyst­kim i nie po­zwoli na to, by Ka­rol wmie­szał się w na­sze ży­cie. Nie chcia­łam te­stów na oj­co­stwo, jego od­wie­dzin, tłu­ma­cze­nia To­niemu, co się wy­da­rzyło, ani tego wstydu, gdy pa­trzy­łam mu w oczy. Nie chcia­łam pie­przo­nej ro­dziny pat­chwor­ko­wej.

- Do­brze, zro­bimy, jak so­bie ży­czysz.

Gdy­bym wie­działa, jak skoń­czy się tam­ten wie­czór i że od tam­tej pory bę­dziemy ro­bić tylko to, co każe Igor, dwa razy za­sta­no­wi­ła­bym się nad od­po­wie­dzią i wyj­ściem z domu.

Roz­dział 5

Pa­try­cja

Rano wma­wia­łam so­bie, że to, co zro­bił Igor, było ko­lej­nym snem, bo prze­cież ni­gdy się tak nie za­cho­wy­wał. Gdy ze­szłam na śnia­da­nie, on jak zwy­kle przy­wi­tał mnie bu­zia­kiem. Jed­nak kiedy - za­miast zło­żyć go w po­li­czek - mu­snął moją szyję i de­li­kat­nie do­tknął jej pal­cami, za­sty­głam.

- Jak się spało? - Za­brał się do ro­bie­nia śnia­da­nia.

To on, od­kąd się prze­pro­wa­dzi­li­śmy, przy­rzą­dzał je dla mnie i To­niego, bo głów­nie pra­co­wał z domu, a my szybko wy­cho­dzi­li­śmy. Czuć było za­pach ja­kiejś ostrej przy­prawy. W środku ro­biło się już duszno, ale wie­dzia­łam, że pro­sze­nie Igora o na­pra­wie­nie okna tak, by dało się je uchy­lić, mi­jało się z ce­lem. Za­wsze miał go­tową od­po­wiedź: "Bluszcz nas osła­nia i daje przy­jemny chłód, je­śli ci go­rąco, to po pro­stu się roz­bierz albo włącz wia­trak".

Wy­ję­łam z szafki ku­bek i na­la­łam so­bie prze­fil­tro­wa­nej wody. Dziś nie by­łam w sta­nie ni­czego prze­łknąć, za­sta­na­wia­łam się, jak za­cząć roz­mowę, jak po­wie­dzieć, że wczo­raj na­prawdę się wy­stra­szy­łam.

- Śred­nio spa­łam - od­po­wie­dzia­łam w końcu na jego py­ta­nie.

- My­ślisz, że tym ra­zem się uda?

- Co?

- Nie co, tylko dziecko. Może trzeba dziś ja­koś ina­czej, już sam nie wiem. Bar­dzo bym chciał, żeby Ga­ju­nia już ro­sła w twoim brzu­chu. - Nie ro­zu­mia­łam jego za­cho­wa­nia, raz wład­czy i szy­der­czy, raz na­cho­dziły go ja­kieś sen­ty­menty. A może to ja wa­rio­wa­łam?

- Po­trze­buję od­po­czynku - oznaj­mi­łam. - Nie mo­żemy tego ro­bić co­dzien­nie, to chyba tak nie wy­pali.

- A jak?

- Nie wiem. Trzeba zwol­nić. Za dużo stresu, a to wszystko działa na nie­ko­rzyść.

- A czym ty się niby stre­su­jesz?

Się­gnął do pa­telni i za­mie­szał na niej ja­jecz­nicę. Drew­niana łyżka skro­bała ci­cho po te­flo­nie. Wszyst­kie ostre na­rzę­dzia były za­bro­nione, Igor po­zba­wił nas nie tylko do­stępu do nor­mal­nego ży­cia, ale i zwy­kłych rze­czy, które w kuchni uwa­ża­li­śmy od za­wsze za nie­zbędne. Może my­ślał, że któ­reś z nas zrobi mu krzywdę? A może to on... on chciał po­zbyć się cze­goś, co spro­wo­ko­wa­łoby agre­sję? Nie mia­łam po­ję­cia, ale ogra­ni­czył wszystko do mi­ni­mum, tłu­ma­cząc to ko­lej­nymi za­sa­dami, ko­niecz­no­ścią od­ku­pie­nia grze­chów i wy­zby­cia się nad­miaru rze­czy. Miało być skrom­nie, a wy­szło co naj­mniej dziw­nie.

- Tym do­mem - od­po­wie­dzia­łam w końcu.

- Roz­ma­wia­li­śmy na ten te­mat wiele razy, je­śli tylko uro­dzi się dziecko, prze­nie­siemy się z po­wro­tem. A może już na­wet, jak bę­dziesz w ciąży, że­byś miała lep­sze wa­runki, skar­bie. Wszystko dla two­jego do­bra. - W jego gło­sie po­brzmie­wała prze­śmiew­cza nuta. - Dla­tego po­sta­raj się tym ra­zem i niech wresz­cie za­sko­czy. My­ślisz, że ja nie mam zmar­twień? Zdra­dzi­łaś mnie, po­tem twój ko­chaś roz­pu­ścił plotki na całą na­szą ro­dzinę, że to my zro­bi­li­śmy coś dziecku, a lu­dzie to łyk­nęli. Brzmi śred­nio, co? Pa­mię­tasz, jak pi­sali o nas w ko­men­ta­rzach pod ar­ty­ku­łem w jed­nym z tych dur­nych pism? Dzięki mnie masz cho­ciaż tro­chę spo­koju i nikt nie wy­tyka cię pal­cami, więc bądź tak miła i nie pieprz głu­pot, że masz tu ja­kiś stres. To głu­sza, w ta­kich miej­scach się od­po­czywa, sły­sza­łaś, żeby ktoś stre­so­wał się w ta­kim miej­scu? Niby czym? Spo­dzie­wasz się tu niedź­wie­dzi czy może wil­ków?

- Do­brze wiesz, że nie o tym mó­wię.

- Nic ci tu nie grozi, więc nie świ­ruj.

Poza tobą, ty je­steś naj­więk­szym za­gro­że­niem.

- Nie­po­trzeb­nie wy­jeż­dża­li­śmy. W końcu prze­sta­liby mó­wić o nas te straszne rze­czy.

- Mor­dercy, suka, pusz­czal­ska... - wy­li­czał na pal­cach ko­lejne wy­zwi­ska. Na nic się zdały na­sze tłu­ma­cze­nia i to, że wie­dzie­li­śmy, jaka jest prawda, lu­dzie w na­szej miej­sco­wo­ści ob­rali zu­peł­nie inną nar­ra­cję. Na szczę­ście tylko oni, bo ani po­li­cja, ani le­ka­rze nie zna­leźli żad­nych oznak świad­czą­cych o tym, że do śmierci Gai przy­czy­nił się ktoś trzeci. Ode­szła słodko w cza­sie snu...

- Prze­stań, prze­stań już. - Zła­pa­łam się za uszy, nie chcia­łam so­bie tego przy­po­mi­nać.

Igor wciąż wkła­dał mi do głowy tę samą śpiewkę. On był naj­lep­szy, a ja - winna ca­łej sy­tu­acji - mo­głam się je­dy­nie mo­dlić o od­ku­pie­nie. Jak na za­wo­ła­nie za­py­tał:

- Mo­dli­łaś się dziś?

Przy­tak­nę­łam.

- Kła­miesz. Znowu kła­miesz! Wi­dzia­łem przez drzwi, że wsta­łaś i nie uklę­kłaś! Ty głu­pia suko! - wark­nął.

- Ale mo­dli­łam się po ci­chu, w du­chu! Nie mu­szę klę­kać, żeby... - nie zdą­ży­łam do­koń­czyć, bo Igor zła­pał mnie za szyję i przy­ci­snął do blatu. Znów za­czął pod­du­szać i na­pa­wał się tym stra­chem, jaki we mnie wzbu­dzał.

- Prze­stań kła­mać i cią­gle na­rze­kać! Nie­na­wi­dzę tego. Nie­na­wi­dzę tych two­ich la­men­tów, tłu­ma­cze­nia, które na nic się zdaje, po pro­stu nie zno­szę ta­kiego skom­le­nia! Masz mi dać to dziecko, a je­śli nie, to bę­dziemy tu sie­dzieć do usra­nej śmierci! My­ślisz po­dob­nie jak Toni, że to żart? Że zro­bi­li­śmy so­bie pie­przone wa­ka­cje na od­lu­dziu dla roz­rywki? - za­re­cho­tał i za­ci­snął dło­nie moc­niej. Wcią­gnę­łam po­wie­trze, znów czu­łam ten sam ro­dzaj stra­chu co wczo­raj. Na wi­dok lo­do­wa­tego gniewu w jego oczach serce wa­liło mi jak osza­lałe.

Nie ude­rzy cię. Ni­gdy tego nie ro­bił, my­śla­łam. Ale ta ręka na mo­jej szyi... To też nie było nor­malne.

- Pój­dziesz te­raz do sy­pialni, uklęk­niesz przed łóż­kiem i prze­pro­sisz Boga za swoje grze­chy z Ka­ro­lem. Prze­pro­sisz za to, że się bun­tu­jesz, a po­tem wró­cisz tu i pój­dziemy do ko­mórki, póki Toni śpi. Tam dam ci lek­cję po­kory.

Pró­bo­wa­łam po­krę­cić głową. Nie chcia­łam tego. Nie te­raz.

- Nie­długo wy­cho­dzę do pracy - za­czę­łam, ale on od razu mi prze­rwał i ro­ze­śmiał się gło­śno.

- Wy­star­czy nam chwila. - Za­brał rękę z mo­jej szyi, a ja szybko i gło­śno ode­tchnę­łam. Skóra na mo­ich ra­mio­nach po­kryła się gę­sią skórką. Z dnia na dzień co­raz mniej po­zna­wa­łam wła­snego męża. - Ko­cham cię, dla­czego je­steś taka nie­po­słuszna? - szep­nął mi do ucha, ale ton jego głosu brzmiał tak, jakby tak na­prawdę chciał mi wy­znać coś zu­peł­nie in­nego. To, że się mnie brzy­dzi i pew­nego dnia po­su­nie się o krok da­lej. Za­ci­śnie rękę na szyi moc­niej, niż po­wi­nien.

- Obie­cuję, że wie­czo­rem pój­dziemy do łóżka - wy­chry­pia­łam.

- Nie obie­cuj rze­czy, któ­rych nie chcesz speł­nić, poza tym mó­wi­łem już, że w świe­tle jed­nak mi się nie po­do­basz, chcę cię po ciemku.

- A ja chcę z tym skoń­czyć - za­czę­łam pro­sić.

Znów by­łam po pro­stu miękką klu­ską, która za­miast się po­sta­wić, brała go na li­tość. Po krót­kim prze­bły­sku na­dziei, wy­wo­ła­nym do­brym hu­mo­rem Igora, znów do­tarła do mnie prze­ra­ża­jąca bez­na­dziej­ność sy­tu­acji, w któ­rej się zna­la­złam. Mu­szę dzia­łać szyb­ciej, od­kryć przed nim to, co wiem, i ze­mścić się. Wpa­try­wa­łam się w to, co zo­stało z mo­jego męża, i za­sta­na­wia­łam się, kim on wła­ści­wie jest. Kim się stał, kiedy prze­nie­śli­śmy się tu­taj. Czy to miej­sce tak na niego dzia­łało? Czy świa­do­mość tego, że go zdra­dzi­łam?

Zrób coś.

Po­wiedz mu, że wiesz o jego kłam­stwach. Po­wiedz, że nie jest już ide­al­nym oszu­stem.

Wes­tchnę­łam ciężko i po­ma­sze­ro­wa­łam do sy­pialni. Igor zdjął pa­tel­nię z gazu, a po­tem ru­szył za mną. Kiedy klęk­nę­łam, przy­glą­dał się to moim ustom, to ty­ka­ją­cym wska­zów­kom ze­gara, jakby od­li­czał mi czas. Za krótko - do po­prawki. Za długo - co ta­kiego mó­wi­łaś? Opar­łam głowę o łóżko i pró­bo­wa­łam wy­ma­zać z pa­mięci po­przed­nie ży­cie, to, które mia­łam, za­nim do­wie­dzia­łam się o se­kre­tach Igora. Kiedy na mo­ment znik­nął, za­czę­łam ude­rzać pię­ścią w ma­te­rac raz po raz, obie­cu­jąc so­bie, że nie prze­stanę, do­póki nie spo­tka nas coś do­brego. Coś dziw­nego działo się z moim umy­słem, czu­łam w so­bie taką bez­sil­ność, a jed­no­cze­śnie ogar­nia­jący mnie szał, że chcia­łam coś roz­wa­lić. Zer­k­nę­łam na okno. Li­ście blusz­czu ude­rzały o szybę, a kiedy wiatr się na­si­lił, do­łą­czyły też do nich dłu­gie i cien­kie ga­łę­zie. Wzdry­gnę­łam się, a po­tem uświa­do­mi­łam so­bie, jak kosz­mar­nie wy­glą­dało te­raz moje ży­cie, skoro ba­łam się drzew i krze­wów. Jak bar­dzo by­łam prze­peł­niona lę­kiem, że naj­mniej­szy sze­lest po­wo­do­wał we mnie nie­po­kój.

Ode­tchnę­łam głę­boko i już mia­łam udać się do ła­zienki, kiedy Igor do­padł do mnie, chwy­cił za rękę i po­pro­wa­dził w stronę ma­łego po­miesz­cze­nia, w któ­rym trzy­ma­li­śmy za­pasy. Je­śli za­czę­ła­bym krzy­czeć, obu­dziłby się Toni i wtedy mąż dałby mi spo­kój, ale wie­czo­rem... Za­ci­snę­łam po­wieki na myśl o jego chłod­nym spoj­rze­niu i opla­ta­ją­cej szyję ręce tak mocno, że aż po­czu­łam ból. Zdo­by­łam się osta­tecz­nie tylko na krót­kie "nie", ale la­ment w moim gło­sie za­brzmiał nie tak, jak po­wi­nien, bo je­dy­nie go to roz­wście­czyło.

- Za­gramy w na­szą grę - po­wie­dział, kiedy zna­leź­li­śmy się za ciem­nymi drzwiami ko­mórki. Było cia­sno, ocie­ra­li­śmy się o sie­bie, a zna­le­zie­nie wol­nego miej­sca gra­ni­czyło z cu­dem. - Je­ste­śmy tu­taj, bo ko­lejny raz nie wy­peł­ni­łaś za­sad, które obo­wią­zują, Pa­try­cjo.

Po­czu­łam, że z moją twa­rzą dzieje się coś dziw­nego, chcia­łam od­wró­cić wzrok, ale to w ni­czym nie po­mo­gło, bo już za chwilę z oczu po­le­ciały łzy. Na­gle za­bra­kło mi tchu, jakby to miej­sce spra­wiało, że się du­si­łam.

- Chcę stąd wyjść! - pod­nio­słam głos.

- Wyj­dziemy, ale do­piero, kiedy zro­zu­miesz swój błąd. Ostat­nio zda­rzają ci się same wpadki, pora, byś na­uczyła się sza­cunku do za­sad, skoro nie mia­łaś go wo­bec na­szego mał­żeń­stwa. Od­wróć się ty­łem i zdej­mij spodnie i majtki. Za­dam ci pięć py­tań, wiesz, co się sta­nie, kiedy od­po­wiesz źle, prawda?

Od­dy­cha­łam szybko, ale czu­łam, że za chwilę wpadnę w ja­kąś pa­nikę, roz­pacz­li­wie wcią­ga­łam po­wie­trze, bo wie­dzia­łam, oczy­wi­ście, że wie­dzia­łam. Usły­sza­łam brzęk pa­ska od spodni. Cała się spię­łam, ale za­miast ucie­kać, nogi mia­łam jak z waty, mo­głam tylko trwać i sku­pić się na ca­łej tej po­pa­pra­nej grze.

- Na jaki film po­szli­śmy, gdy umó­wi­łaś się ze mną po raz pierw­szy?

Po­czu­łam ulgę. To było pro­ste.

- Obcy.

- Do­brze. Co mia­łem na so­bie, kiedy przy­je­cha­łem po cie­bie do szpi­tala w dzień wy­pisu Gai?

- Ko... ko­szulę - za­czę­łam się ją­kać, bo do­szło do mnie, że nie za­pa­mię­ta­łam jej ko­loru. - Błę­kitną ko­szulę - za­ry­zy­ko­wa­łam - i ja­sne spodnie.

- Ja­sne? A ko­lor? Białe? Brą­zowe? Kon­kret­nie - wy­ce­dził. - Nie pa­mię­tasz, w co by­łem ubrany w tak ważny dzień? Masz jesz­cze dzie­sięć se­kund.

- Igor...

- Pięć.

- Brą­zowe. Te, które wkła­dasz za­zwy­czaj na spo­tka­nia z klien­tami.

Usły­sza­łam ci­chy śmiech.

- By­łem w czar­nych dżin­sach - wy­ja­śnił, a ja za­ci­snę­łam wargi, bo już po chwili po­czu­łam coś, co wpra­wiło mnie w osłu­pie­nie. By­łam go­towa na to, że Igor ze­chce mnie wy­ko­rzy­stać, ale on za­miast tego ude­rzył mnie pa­sem. Wy­gię­łam się do tyłu i syk­nę­łam z bólu. Po raz pierw­szy, od­kąd by­li­śmy mał­żeń­stwem, zro­bił coś... ta­kiego. Znie­ru­cho­mia­łam.

- Co to ma zna­czyć? - po­wie­dzia­łam wolno, ale on zda­wał się nie przej­mo­wać mo­imi py­ta­niami, bo już po chwili znów grał w swoją grę.

- Nu­mer PE­SEL two­jego uko­cha­nego syna.

- Na­tych­miast prze­stań. - Pró­bo­wa­łam się od­wró­cić i wy­rwać, ale przy­ci­snął mi twarz do ściany i przy­gniótł sobą.

- Dzie­sięć se­kund.

Od­dy­cha­łam szybko, płytko. Nie zna­łam tego nu­meru, ale wie­dzia­łam już, do czego dą­żył Igor: chciał spraw­dzić, jak wiele szcze­gó­łów do­ty­czą­cych na­szej ro­dziny mia­łam w pa­mięci. Je­śli mało - by­łam nie­wdzięczna.

- Znam tylko pierw­sze sześć cyfr.

- Toni, twój uko­chany syn, ma już czter­na­ście lat, a ty mi mó­wisz, że pa­mię­tasz tylko datę jego uro­dzin? Co z cie­bie za matka? A to, jak pusz­cza­łaś się z Ka­ro­lem, pa­mię­tasz? Na pewno tak - wy­ce­dził i znów ude­rzył, a ja czu­łam, jak osu­wam się wzdłuż ściany. Ude­rze­nie było tak mocne, że nie spo­sób było nie roz­szy­fro­wać, jak bar­dzo Igor jest zły.

- Nie bij. - Nie wiem, jak zdo­ła­łam to z sie­bie wy­du­sić. Ni­gdy bym się nie spo­dzie­wała, że ta­kie słowa padną w na­szym mał­żeń­stwie. - Nie rób tego, będę się pil­no­wać. Pro­szę, Toni może nas usły­szeć.

- Śpi. Kiedy da­łem ci te kol­czyki z nie­bie­skimi ka­mie­niami? Na jaką oka­zję?

- Rocz­nica ślubu - od­po­wie­dzia­łam bez wa­ha­nia, ale już za mo­ment do­tknę­łam ust ręką, bo to była nie­prawda. - Nie, cze­kaj, na moje uro­dziny!

- En­tli­czek, pen­tli­czek, czer­wony sto­li­czek, na kogo wy­pad­nie, na tego bęc, co? To nie wy­li­czanka, skar­bie, trzeba było po­my­śleć nad pierw­szą od­po­wie­dzią. - Po­chy­lił się nade mną. - Twój ty­łek za­słu­guje tylko na to. Na karę. - Świst pa­ska prze­ciął po­wie­trze. Ten cios za­bo­lał tak mocno, że aż zro­biło mi się ciemno przed oczami, wi­dzia­łam mroczki, a do­cho­dzący do mnie głos Igora wy­da­wał się jakby za mgłą.

- Ja­kie mam ma­rze­nia?

- Gaja - wy­sa­pa­łam - chcesz mieć córkę.

- Co jesz­cze?

- Wy­stawa two­ich prac.

- Gdzie?

- W ga­le­rii.

- Kurwa, py­tam, w ja­kim mie­ście. Gdzie chciał­bym po­ka­zać swoje zdję­cia?

- Nie wiem, nie wiem! - ska­pi­tu­lo­wa­łam.

- Ty głu­pia suko, nie wiesz o mężu zu­peł­nie nic. Nie in­te­re­su­jesz się nami, je­dyne, co ci było w gło­wie, to na­rą­bać się i od­dać in­nemu. - Ko­lejny raz ude­rzył mnie, a z mo­ich ust wy­rwał się szloch. - Te­raz bę­dziesz pa­mię­tać, że w blusz­czo­wym domu nie ma miej­sca na sa­mo­wolę, za­sady są święte i prze­strze­ga­nie ich jest obo­wiąz­kiem każ­dego. Wy­trzyj twarz z tych smar­ków i przyjdź na śnia­da­nie, które przy­go­to­wa­łem, tylko za­cho­wuj się nor­mal­nie. Je­śli nie... Będę zmu­szony opo­wie­dzieć To­niemu, co z cie­bie za matka. Ciesz się, że jesz­cze z tobą je­stem, głu­pia cipo!

Otwo­rzył drzwi i jak gdyby ni­gdy nic wy­szedł, a ja osu­nę­łam się wzdłuż ściany. Mia­łam ochotę uciec, ale jak to zro­bić, kiedy oboje mie­li­śmy tak wiele na su­mie­niu? Kiedy naj­bar­dziej w świe­cie nie chcia­łam, by syn do­wie­dział się o moim wy­stępku... Szybko do­pro­wa­dzi­łam się do po­rządku i wró­ci­łam do kuchni. Igor kon­ty­nu­ował przy­go­to­wy­wa­nie śnia­da­nia. Nu­cił pod no­sem ja­kąś pio­senkę i uda­wał, że wszystko jest w po­rządku.

- Ty nie jesz - po­wie­dział ostro do To­niego. - Pa­mię­tasz, że masz karę?

- Nie bę­dziesz chyba gło­dził syna?

- Musi zro­zu­mieć, że w tym domu pa­nują od­po­wied­nie za­sady. I nie, nie zje. Niech kupi so­bie coś w dro­dze do szkoły.

Po­pa­trzy­łam na To­niego. Prze­wró­cił je­dy­nie oczami i się­gnął po dzba­nek z fil­tro­waną wodą.

- A pić można? Czy na to też jest za­kaz?

- Nie bądź sar­ka­styczny. Jak wró­cisz ze szkoły, pój­dziesz ze mną ciąć ga­łę­zie i może tro­chę spo­kor­nie­jesz. Mo­dli­łeś się?

Przy­tak­nął.

- Prze­pro­si­łeś Boga za wczo­raj­sze za­cho­wa­nie, grze­chy brata i mamy?

- Igor... - pró­bo­wa­łam prze­rwać.

- Niech od­po­wie.

- Tak. A ty za swoje w sto­sunku do mamy też prze­pra­szasz?

Na usta ci­snęło mi się: "Je­den do jed­nego", ale stłu­mi­łam par­sk­nię­cie i wy­cze­ki­wa­łam od­po­wie­dzi.

- Oczy­wi­ście - oznaj­mił po chwili Igor.

- Kiedy wróci Gaja? - Toni tym ra­zem zwró­cił się do mnie. W jego gło­sie nie wy­czu­łam tej sa­mej tro­ski co za­wsze, tylko wy­rzuty. Mi­nęło kilka se­kund, za­nim od­po­wie­dzia­łam:

- Nie wiem. Może za mie­siąc.

- A może za rok. A może ni­gdy! Mam dość! Mam dość cze­ka­nia! - krzyk­nął. Od­sta­wił szklankę z wodą i po­biegł pro­sto do swo­jego po­koju, a po­tem trza­snął drzwiami.

- To twoja wina. Roz­pu­ści­łaś to dziecko i po­zwala so­bie na wszystko, ale skoro po­stę­puje w ten spo­sób, dziś znów nie obej­rzy te­le­wi­zji ani nie zo­ba­czy te­le­fonu. A wie­czo­rem od­mówi li­ta­nię, bo wstę­puje w niego coś bar­dzo złego, nie po­zwolę na to.

Wes­tchnę­łam gło­śno i ru­szy­łam w kie­runku ła­zienki. Stra­ci­łam ape­tyt. Chcia­łam jak naj­szyb­ciej stąd wyjść, za­po­mnieć o wczo­raj­szym wie­czo­rze i dzi­siej­szym po­ranku. Za­po­mnieć o blusz­czu, który przy­ra­stał do tego domu z dnia na dzień co­raz bar­dziej. Było mi szkoda To­niego. Igor po­zba­wił go wszyst­kiego, co do­bre i po­trzebne w na­sto­let­nim wieku. To­wa­rzy­stwa ulu­bio­nych ko­le­gów, wyjść do kina, pierw­szych spo­tkań z dziew­czy­nami, roz­wi­ja­nia pa­sji. Mu­sia­łam dzia­łać szyb­ciej. Ja­kimś spo­so­bem ura­to­wać nas od tych za­sad i nie po­zwo­lić, by­śmy uwa­żali je za nor­malne.

Bo to byłby nasz ko­niec. Mój i To­niego.

Roz­dział 6

Pa­try­cja

W pracy nieco ode­tchnę­łam. Dziś mia­łam mieć zmianę z Iwoną, dziew­czyną, która pra­co­wała tu od kilku lat i z którą do­brze się do­ga­dy­wa­łam.

- Mamy sporo no­wo­ści - rzu­ciła we­soło, kiedy tylko prze­stą­pi­łam próg bi­blio­teki. - Dziś nie bę­dziemy się nu­dzić, bo trzeba przy­go­to­wać spo­tka­nie au­tor­skie na wie­czór, Zo­sia ma je po­pro­wa­dzić.

- Hm?

- Za­po­mnia­łaś? Prze­cież za­pro­si­li­śmy Czor­nyja, sama o to za­bie­ga­łaś. - Po­pra­wiła włosy, jakby męż­czy­zna miał ją tu zo­ba­czyć. - Zo­bacz, taki nie­po­zorny, a pi­sze o tych wszyst­kich psy­cho­pa­tach i mor­der­cach, jakby uro­dził się z pió­rem w ręku.

- Ja­sne - rzu­ci­łam su­cho. Przez sy­tu­ację z Igo­rem czu­łam się zu­peł­nie sko­ło­wana. - Przy­go­tu­jemy wszystko - do­da­łam z prze­pra­sza­jącą miną.

- Coś nie tak? Wy­glą­dasz, jak­byś słabo spała. Pła­ka­łaś?

- Mam tro­chę pro­ble­mów z... - Szu­ka­łam wła­ści­wego słowa. - ...z To­nim. Wiesz, za­czyna się bun­to­wać, są kłót­nie.

- Też bym się bun­to­wała, jak­bym miesz­kała w ta­kiej chatce jak wy. Nie mo­że­cie się prze­nieść bli­żej mia­sta? Idzie lato, będą bu­rze, tam pew­nie za­raz za­brak­nie prądu i wody. Bę­dzie ciemno. - Iwona mó­wiła i mó­wiła, ale na mnie nie ro­biło to już wra­że­nia. Skąd mo­gła wie­dzieć, że w ciem­no­ści spę­dza­łam śred­nio kilka nocy w mie­siącu?

Igor naj­pierw za­pro­wa­dzał mnie do ma­łej i za­tę­chłej ko­mórki, w któ­rej, jak to ład­nie okre­ślał, sta­ra­li­śmy się o Gaję, a po­tem - w za­leż­no­ści od hu­moru - albo mnie wy­pusz­czał, albo zo­sta­wiał tam na noc. Je­śli mo­dli­łam się i by­łam po­słuszna, mo­głam wyjść, je­śli coś mu się w ciągu dnia nie po­do­bało, ka­zał mi tam zo­stać. Otwie­rał drzwi nad ra­nem, kiedy Toni jesz­cze spał, i tym swoim ni­skim gło­sem py­tał, czy do­brze mi­nęła mi noc. Za­ci­snę­łam zęby na wspo­mnie­nie jego tonu, siłą woli po­wstrzy­mu­jąc łzy i sło­wo­tok, który już wy­do­sta­wał się z gar­dła. Po­czu­łam prze­możną po­trzebę, by prze­lać to, co nam robi, na ko­goś in­nego. Ale czy kto­kol­wiek zro­zu­miałby, przez co prze­cho­dzę? To py­ta­nie je­dy­nie za­wi­sło w po­wie­trzu mię­dzy nami, bo w osta­tecz­nym roz­ra­chunku ni­czego nie wy­ja­wi­łam.

- Na pewno cho­dzi tylko o To­niego?

- Tak. Okres doj­rze­wa­nia jest cho­ler­nie trudny, ale nie bę­dziemy o tym roz­ma­wiać, mamy sporo pracy, prawda? Czor­nyj...

Uśmiech­nęła się na wspo­mnie­nie o nim.

- A, tak. To ty zaj­mij się no­wo­ściami, a ja przy­niosę już pla­katy i za­cznę or­ga­ni­zo­wać ką­cik.

Kiw­nę­łam głową i usia­dłam za biur­kiem. Wy­ję­łam te­le­fon i na­pi­sa­łam do To­niego.

Prze­pra­szam za tatę. Też chcia­ła­bym, by było jak daw­niej... Pro­szę, po­sta­raj się go zro­zu­mieć.

Od­po­wiedź przy­szła bły­ska­wicz­nie.

Nie i nie. Chcę do domu, mamo. To ty się po­sta­raj zajść w tę ciążę i wtedy wró­cimy.

Wy­peł­niło mnie uczu­cie go­rąca na myśl o ko­lej­nym dziecku i wąt­pli­wo­ści, czy na pewno do­brze ro­bimy, bo może jed­nak le­piej by­łoby ucie­kać? Ale wtedy Toni do­wie­działby się, że Gaja nie była jego ro­dzoną sio­strą, wtedy Igor nie po­niósłby kary za to, co kie­dyś zro­bił. A może... Może po­win­nam uda­wać? Ku­pić test, były na­wet do­stępne fał­szywe próbki mo­czu do sprze­daży; wszystko da­łoby się zor­ga­ni­zo­wać, by­leby tylko wró­cić do na­szego domu, a po­tem osta­tecz­nie roz­pra­wić się z Igo­rem.

Serce przy­spie­szyło mi mo­men­tal­nie na myśl, że to mo­głoby się udać. Zy­ska­ła­bym pięć, może sześć ty­go­dni, za­nim nie ka­załby mi iść do le­ka­rza i po­ka­zać do­wodu w po­staci USG, a przez ten czas...

- Nie wiem, czy do­brze to wy­gląda - usły­sza­łam na­gle głos ko­le­żanki.

Iwona prze­sta­wiała ja­kieś szta­lugi, a ilość pla­ka­tów i in­nych ma­te­ria­łów była taka, jakby miał nas od­wie­dzić sam Nesb?. Szybko za­mknę­łam prze­glą­darkę w te­le­fo­nie, w któ­rej zdą­ży­łam już wpi­sać ha­sło "fał­szywe te­sty", i ru­szy­łam do niej. W gło­wie jed­nak wciąż mia­łam to, czy warto by­łoby za­in­we­sto­wać w taki wła­śnie plan. Na­gle urzą­dze­nie za­wi­bro­wało. Wy­ję­łam je i spoj­rza­łam na wy­świe­tlacz - to Igor. Czego chciał? Nie mia­łam ochoty z nim roz­ma­wiać i choć wie­dzia­łam, że to złe, od­rzu­ci­łam po­łą­cze­nie i wró­ci­łam do pracy. W kie­szeni po­czu­łam jesz­cze raz wi­bra­cje, te­le­fon wy­da­wał ci­che dźwięki, które ozna­czały tylko jedno: groźbę. Je­śli od­rzucę, uka­rze mnie. Za­ci­snę­łam po­wieki, a po­tem ska­pi­tu­lo­wa­łam i na­ci­snę­łam zie­loną słu­chawkę.

- Pa­try­cjo... - za­czął tym swoim mrocz­nym gło­sem, który nie zno­sił sprze­ciwu. - Czy nie mó­wi­łem ci, że po­win­naś od­bie­rać te­le­fon?

- Je­stem w pracy.

- Ja też.

- Igor, pro­szę...

- Ja też pra­cuję, a ty, na­wet je­śli mia­łaś lu­dzi w bi­blio­tece, mo­głaś ode­brać i mnie o tym po­in­for­mo­wać.

- O co cho­dzi? - za­py­ta­łam, zmie­nia­jąc te­mat.

- Zna­la­złem twoje ta­bletki.

Cho­lera. Wcią­gnę­łam szybko po­wie­trze. W mo­jej gło­wie po­ja­wiła się mgli­sta myśl, że wszystko stra­cone, bo prze­cież nie wy­tłu­ma­czę się, nie z tego.

- Grze­ba­łeś w mo­ich rze­czach?

- Za­ży­wa­łaś ta­bletki, kiedy od pół roku sta­ram się zro­bić ci dziecko? - od­po­wie­dział py­ta­niem na py­ta­nie.

- To nie tak.

- A jak? Od czego jest an­ty­kon­cep­cja?

Pró­bo­wa­łam wziąć głę­boki od­dech, ale po­czu­łam, jak trzęsę się z nie­po­koju.

- Bra­łam je tylko przez chwilę. Krótko po tym, jak się prze­pro­wa­dzi­li­śmy. Igor, po­roz­ma­wiamy w domu, nie chcę tu. Nie przy wszyst­kich.

- Zdra­dzi­łaś mnie, a po­tem nie było cię, kiedy twoja córka umie­rała. Wy­je­cha­łem i za­bra­łem na­szą ro­dzinę z gór, że­byś była bez­pieczna i nie mu­siała się mie­rzyć z głu­pimi są­sia­dami. Chcia­łem tylko jed­nego: że­byś dała mi córkę, a ty mó­wisz, że bra­łaś ta­bletki? Wiesz, że to cał­ko­wi­cie roz­re­gu­lo­wuje cykl? - mó­wił co­raz gło­śniej. - Że być może leję w cie­bie jak w ze­psutą dziurę, bo nic tam nie gra? Wiesz, że po­win­naś za to od­po­ku­to­wać? Ale tym ra­zem nie wy­star­czy zwy­kła mo­dli­twa, zła­ma­łaś za­sady. Sprze­ci­wi­łaś się temu, o co wal­czymy.

- Prze­pra­szam. To było tylko kilka pa­sty­lek.

- Nie kłam! - krzyk­nął. - Za chwilę pod­jadę pod twoją pracę, wyj­dziesz stam­tąd pod ja­kimś pre­tek­stem, ta twoja ko­le­ża­neczka na pewno cię wy­pu­ści.

- Po co?

- Nie wiesz? - za­py­tał z iro­nią. - Za­gramy so­bie w grę, ale tro­chę zmie­nimy za­sady.

Po tych sło­wach roz­łą­czył się, a mnie prze­szedł dreszcz. Zmiana za­sad... Do­sko­nale wie­dzia­łam, co miał na my­śli, a to było znacz­nie gor­sze od tego, co ro­bi­li­śmy wie­czo­rami, gor­sze niż spę­dza­nie czasu w ko­mórce, bo Igor brzy­dził się mo­jego ciała i mo­jego spoj­rze­nia, gor­sze niż wszystko, o czym kie­dy­kol­wiek śni­łam w kosz­ma­rach.

Przy­trzy­ma­łam się ściany. Jak mo­głam za­po­mnieć o wy­rzu­ce­niu tego pu­dełka? Prze­cież za­wsze by­łam roz­ważna, tym­cza­sem po­peł­ni­łam tak głupi błąd. Ner­wowo roz­glą­da­łam się po po­koju peł­nym sprzę­tów, które wy­ko­rzy­sty­wa­li­śmy na tego ro­dzaju spo­tka­nia, aż na­gle mój wzrok spo­czął na ma­łym no­żyku do pa­pieru, któ­rym jesz­cze przed chwilą prze­ci­na­ły­śmy ta­śmę. Opu­ści­łam po­wieki, a spod gru­bych, ciem­nych rzęs wy­pły­nęły łzy. Wolno do­tarły do ust, po­czu­łam ich słony smak. Wy­cią­gnę­łam rękę po no­żyk i scho­wa­łam do kie­szeni, to był im­puls, coś ka­zało mi po niego się­gnąć.

- Weź­miemy jesz­cze to krze­sło - usły­sza­łam za sobą. - Jezu, Pa­try­cja, wy­glą­dasz, jak­byś zo­ba­czyła du­cha. Na­prawdę wszystko do­brze? Źle się czu­jesz? Chcesz wyjść na po­wie­trze?

Nie, nie, chcę tu zo­stać.

- Tak - od­po­wie­dzia­łam, choć głos w gło­wie mó­wił co in­nego. - Mu­szę się prze­wie­trzyć. Za­raz... wrócę, okej?

- Iść z tobą?

- Nie. Po pro­stu mar­twię się To­nim, słabo spa­łam, mało ja­dłam. Pójdę po ja­kiś sok i sa­łatkę, a po­tem wrócę i prze­nie­siemy resztę rze­czy.

Przy­tak­nęła. Na szczę­ście uwie­rzyła mi we wszystko, a ja za­bra­łam to­rebkę i wolno ru­szy­łam w kie­runku wyj­ścia. Czu­łam nie­po­kój, a im bar­dziej zbli­ża­łam się do par­kingu, tym było go­rzej.

Pięć mi­nut. Dzie­sięć. Nie ru­szy­łam się z miej­sca. Wciąż sie­dzia­łam w sa­mo­cho­dzie, bo do­sko­nale wie­dzia­łam, że to i tak mnie nie omi­nie. Opar­łam się o szybę, czu­łam przy­spie­szone bi­cie serca, kiedy zo­ba­czy­łam, jak Igor za­trzy­muje się tuż przy mo­ich drzwiach. Za­ci­snę­łam palce jed­nej ręki tak, że aż zbie­lały, wi­dzia­łam, jak ro­bią się sine. Co­raz bar­dziej krę­ciło mi się w gło­wie. By­łam pewna, że jesz­cze chwila i ze­mdleję, je­śli nie za­cznę od­dy­chać głę­biej.

- Wy­siądź. - Otwo­rzył mi drzwi. Jego mina nie wy­ra­żała zu­peł­nie ni­czego, ale ja i tak wie­dzia­łam, że był zły. Nogi mia­łam jak z waty, ale twardo szłam ra­zem z nim, za­sta­na­wia­jąc się, do­kąd nas za­pro­wa­dzi.

- Pa­try­cja - za­czął zimno, kiedy za­pię­łam pasy. - Po­wiedz, czy na­prawdę tak nam ze sobą źle? Czy je­stem aż ta­kim skur­wie­lem?

Tak, ko­cha­nie.

- Nie - rzu­ci­łam ci­cho.

- Bo wiesz, tak so­bie my­ślę, że może po­wi­nie­nem był cię zo­sta­wić, kiedy do­wie­dzia­łem się, że mnie zdra­dzi­łaś. Po­wi­nie­nem po­wie­dzieć To­niemu, że je­steś nie­wdzięczna, że upi­łaś się i wsko­czy­łaś tam­temu fa­ce­towi do łóżka. Może... - Za­wie­sił głos i bęb­nił pal­cami jed­nej ręki o kie­row­nicę. - ...to by­łoby naj­lep­sze wyj­ście? Czy wła­śnie tak na­le­żało zro­bić?

- Nie - znów od­po­wie­dzia­łam krótko.

- Czyli uwa­żasz, że po­stą­pi­łem wła­ści­wie i szla­chet­nie?

Ode­tchnę­łam głę­boko, pró­bo­wa­łam skon­cen­tro­wać się na od­po­wia­da­niu zwięźle i na te­mat, ale nie by­łam w sta­nie ze­brać my­śli, dla­tego to on znów kon­ty­nu­ował:

- Chyba je­stem dla cie­bie zbyt do­bry, ale ty tego nie do­ce­niasz. Dla­tego po­każę ci, co mo­gło się stać, gdy­bym zde­cy­do­wał się na tamto wyj­ście. Po­każę ci, jak wy­gląda praw­dziwy wstyd, wstyd, który prze­peł­niałby cię od środka, gdyby twój syn, twój uko­chany Toni, do­wie­dział się, że jego ma­mu­sia jed­nak nie jest taka ide­alna.

- Prze­pro­si­łam cię, nie mu­simy ni­czego ro­bić.

Par­sk­nął śmie­chem.

- Je­śli nie sto­su­jesz się do za­sad, które usta­li­łem, mu­sisz po­nieść karę, przy­po­mnieć so­bie, jak to jest, kiedy po­liczki płoną z za­że­no­wa­nia. A my­śla­łem, że mamy to już za sobą. Ni­czego się nie na­uczy­łaś, skar­bie. - Uśmiech­nął się lekko i do­piero, gdy skoń­czył mó­wić, spoj­rzał na mnie. Pa­trzy­łam na jego pre­cy­zyjne ru­chy, per­fek­cyj­nie wy­pra­so­waną ko­szulę i lniane spodnie. Igor za­wsze był taki ele­gancki, jakby wciąż szy­ko­wał się na ja­kieś przy­ję­cie. Pach­niał... pach­niał tak samo jak wtedy, gdy się po­zna­li­śmy. Cała ta otoczka ide­al­nego męż­czy­zny, jaką roz­ta­czał wo­kół sie­bie, po­zo­sta­wała w sprzecz­no­ści z jego za­cho­wa­niem, kiedy by­li­śmy we dwoje. Wtedy nie był już w mo­ich oczach ide­ałem fa­ceta, tylko ide­al­nym kłamcą. Po­two­rem. Kimś, kto za dnia za­kła­dał ma­skę, a w nocy wy­my­ślał co­raz gor­sze rze­czy.

- Więc... tak już bę­dzie za­wsze? Każde moje po­tknię­cie bę­dzie ka­rane?

- Oczy­wi­ście, że nie. Tylko te dzia­ła­nia, które z pre­me­dy­ta­cją wy­mie­rzasz prze­ciwko mnie i na­szej ro­dzi­nie. Pa­mię­tasz, o czym roz­ma­wia­li­śmy przed wy­jaz­dem? Obie­ca­łem, że uchro­nię i cie­bie, i To­niego przed ludźmi, ale w za­mian mia­łaś dać mi córkę, która ode­szła.

- Nie chcia­łam za­cho­dzić w ciążę tak krótko od po­rodu.

- Mam to gdzieś! - wark­nął na­gle. - Na­prawdę mam gdzieś twoje zda­nie, przy­je­cha­li­śmy tu w jed­nym celu i do­pro­wa­dzimy sprawę do końca. - Przy­spie­szył.

- Do­kąd mnie za­bie­rasz?

- Do­wiesz się w swoim cza­sie.

Mknę­li­śmy przez lu­bel­skie uliczki, ale cała po­dróż nie trwała długo. Igor za­trzy­mał się przed jed­nym z ho­teli, ale do­sko­nale wie­dzia­łam, że nie je­cha­li­śmy tam, by upra­wiać seks, tym ra­zem to nie było to...

- Po­kój dwa­na­ście. - Zga­sił sil­nik i wy­siadł z sa­mo­chodu. Zo­ba­czy­łam, jak wyj­muje lap­topa i bie­rze go ze sobą. Po co?

Ru­szy­łam za nim, no­żyk w kie­szeni wy­da­wał się tak ciężki. Dło­nie zro­biły się mo­kre od potu. Czu­łam gwał­towne bi­cie serca, bo Igor ni­gdy nie pla­no­wał w ra­mach kary ni­czego nor­mal­nego. Przy­po­mnia­łam so­bie, jak ostat­nim ra­zem po­rwał mi ubra­nia i ka­zał w ten spo­sób wra­cać do domu przez cen­trum han­dlowe. Wzrok lu­dzi, gdy mia­łam na so­bie po­szar­paną bluzkę, po­darte raj­stopy i spód­nicę tak po­dziu­ra­wioną, że było mi wi­dać całą pupę, przy­pra­wiał mnie o gę­sią skórkę. Tak... wsty­dzi­łam się. Kosz­mar­nie wsty­dzi­łam się tego, jak wtedy wy­glą­da­łam, a Igor wtła­czał mi do głowy śpiewkę, że to nic w po­rów­na­niu z tym, co by­łoby, gdyby i on od­wró­cił się ode mnie. Dla­tego te­raz mia­łam świa­do­mość, że nic mi­łego mnie z jego strony nie spo­tka, a w gło­wie ukła­da­łam plan obrony.

Igor za­brał klucz z re­cep­cji i ru­szy­li­śmy do po­koju. Cze­ka­nie na wy­my­śloną przez niego karę było praw­dziwą męką. Dla­czego wciąż się na to zga­dza­łam? Dla­czego bra­ko­wało mi od­wagi, żeby sta­wić mu czoła i prze­stać ślepo wy­peł­niać jego roz­kazy, tylko po­zwa­la­łam sobą dy­ry­go­wać jak ma­rio­netka?

- Pa­mię­tasz tę stronę, na którą kie­dyś wcho­dzi­li­śmy, gdy na świe­cie był je­dy­nie Pa­weł?

Usiadł koło mnie, a ja ner­wowo drgnę­łam. Przy­su­nął nocną szafkę na wprost nas i uru­cho­mił lap­topa, a po­tem wpi­sał w wy­szu­ki­warkę ha­sło. Dwa klik­nię­cia wy­star­czyły, że­bym zo­rien­to­wała się, co miał na my­śli.

- Chyba nie chcesz, że­bym to oglą­dała z tobą? - Zer­k­nę­łam w bok, ręce wciąż mia­łam sple­cione cia­sno.

- Nie chcę. Tym ra­zem to cie­bie będą oglą­dać, to ty po­ka­żesz się lu­dziom.

Nie mo­głam wy­krztu­sić z sie­bie ani słowa, o czym on mó­wił? Strona, którą po­ka­zy­wał, za­wie­rała ama­tor­skie filmy por­no­gra­ficzne, na któ­rych dziew­czyny zbie­rały ja­kieś że­tony. Kie­dyś, gdy by­li­śmy młodsi, rze­czy­wi­ście oglą­da­li­śmy różne po­kazy, ale ni­gdy nie po­my­śle­li­śmy o tym, że­by­śmy sami mieli co­kol­wiek tam po­ka­zać.

- Za­ło­ży­łem konto. To dwa klik­nię­cia. Na­zy­wasz się tak. - Wska­zał na ekran.

Prze­bie­głam wzro­kiem po li­ter­kach i zro­biło mi się nie­do­brze po prze­czy­ta­niu nicka "pusz­czal­ska­zona". W ustach mia­łam su­cho, kiedy Igor zlu­stro­wał mnie od stóp do głów.

- Roz­bierz się do spodni i po­ka­żemy cię pa­nom. Twój tłu­sty brzuch, któ­rego nie zdą­ży­łaś jesz­cze zrzu­cić, i cycki. Wstań i zdej­mij bluzkę, a po­tem sta­nik. Włą­czę ka­merę, a ty za­czniesz się do­ty­kać.

- Osza­la­łeś? Na pewno tego nie zro­bię - fuk­nę­łam.

- Ow­szem, zro­bisz. Je­śli nie, w tej chwili dzwo­nię do To­niego i mó­wię mu prawdę. O tym, że Gaja nie była moją córką, i o na­szej roz­mo­wie w dzień jej śmierci. O tym, co po­wie­dzia­łaś mi w sa­mo­cho­dzie, gdy wra­ca­li­śmy ze szpi­tala. O wszyst­kim, Pa­try­cjo.

- Nie mo­żesz... to go znisz­czy.

- Więc? - Wska­zał na lap­top. - Chyba nie masz aż tak dłu­giej prze­rwy w pracy, co? Usiądź przed kom­pu­te­rem i roz­bierz się. Chcę, że­byś po­ka­zała swój szpetny i kłam­liwy ryj na­pa­lo­nym fa­ce­tom, któ­rzy będą cię wy­zy­wać. Na to wła­śnie za­słu­gu­jesz. Na po­nie­wie­ra­nie, głu­pia suko! - krzyk­nął i po­pchnął mnie lekko do przodu, a za­raz po­tem roz­siadł się wy­god­nie w fo­telu. - Na co cze­kasz?

Od­dy­cha­łam wolno. Nogi same za­pro­wa­dziły mnie w jego kie­runku. Sły­sza­łam bi­cie swo­jego serca, tłu­kło się wście­kle, gdy jed­nym szyb­kim ru­chem wy­ję­łam no­żyk. W gło­wie po­ja­wił się ob­raz, w któ­rym dźgnę­łam Igora tak, że nie miał siły się już pod­nieść. Krót­kie, cien­kie ostrze prze­szyło jego klatkę pier­siową, a ja zo­ba­czy­łam zu­pełną pustkę. Czarny po­piół za­miast du­szy, który wy­le­wał się ze­wsząd. Nikt nie krzyk­nął: "Zo­staw go w spo­koju", bo by­li­śmy sami, nikt nie za­re­ago­wał, a dla niego był to ja­sny sy­gnał, że nie może mi wię­cej ro­bić tych wszyst­kich strasz­nych rze­czy. Ale kiedy rze­czy­wi­ście wy­ce­lo­wa­łam, ob­raz z pa­mięci znik­nął, a Igor zła­pał mnie za nad­gar­stek i przy­trzy­mał rękę w gó­rze.

- Co ty, kurwa, wy­ra­biasz? - syk­nął, a w jego wzroku wi­dać było, jak bar­dzo jest zły. Serce zje­chało mi w dół, zu­peł­nie prze­sta­łam je czuć. Wie­dzia­łam, że te­raz zde­ner­wuje się jesz­cze bar­dziej, ale tym ra­zem to ja chcia­łam być górą, obro­nić się, nie dać po­ni­żyć i zro­bić mu to, na co za­słu­gi­wał. - Do ła­zienki - wrza­snął i po­cią­gnął mnie za włosy za sobą.

To bo­lało. Pie­kło! Za­mknął gwał­tow­nie drzwi, a po­tem ci­snął mną o ścianę pod prysz­ni­cem. Po­czu­łam zimne płytki, a chwilę póź­niej z nosa po­le­ciała strużka krwi. Igor wciąż trzy­mał w swo­jej ręce no­żyk, oba­wia­łam się, że ze­chce go użyć, bo kiedy pa­trzył na ostrze, w jego oczach cza­iło się nie­zdrowe pod­nie­ce­nie. Cho­lera... Co ja naj­lep­szego zro­bi­łam?

Je­steś dzielna, Pa­try­cjo. Mu­sisz spró­bo­wać raz jesz­cze. A te­raz po pro­stu prze­trwaj. Uda się. Uda...

- Po­kur­wiło cię? Zu­peł­nie osza­la­łaś, idiotko, czy co? Co chcia­łaś zro­bić? - Trzy­mał mnie za szyję i znów pod­du­szał tak, że nie mo­głam nic od­po­wie­dzieć. Wi­dzia­łam za to, jak od­pina klamrę od pa­ska, na­tych­miast zro­biło mi się prze­raź­li­wie zimno na myśl o tym, że po raz ko­lejny za­mie­rza mnie zgwał­cić i tym ra­zem bę­dzie bru­talny. - Głu­pia suka. Ni­gdy wię­cej tego nie zro­bisz, ro­zu­miesz? - Przy­tak­nę­łam, szy­ku­jąc się na to, co za­raz zrobi, jed­nak za­miast jego skóry tuż przy mo­jej po­czu­łam cie­pło na spodniach i draż­niący noz­drza smród amo­niaku. - Te­raz bę­dziesz mu­siała to zdjąć - syk­nął i kiedy wy­próż­nił się na mnie, szybko za­piął roz­po­rek.

Czu­łam, że lada mo­ment zwy­mio­tuję, to było znacz­nie gor­sze niż wstyd, gdy wy­ko­rzy­sty­wał mnie wbrew woli. Nie mia­łam ze sobą żad­nych in­nych ubrań, zu­peł­nie nic, więc kiedy na­gle wy­szedł i trza­snął drzwiami od ła­zienki, opar­łam się o umy­walkę i drżą­cymi rę­kami zdję­łam spodnie i bluzkę. Wszystko rzu­ci­łam pod prysz­nic. Po­czu­łam, jak robi mi się na prze­mian zimno i go­rąco. Od­krę­ci­łam wodę i uży­łam my­dła, które się tam znaj­do­wało, by zmyć z sie­bie brud i resztki wstydu. Po po­licz­kach spły­wały mi łzy, mie­szały się z wodą, ale to pa­lące uczu­cie we­wnątrz klatki pier­sio­wej nie ga­sło. Po­wta­rza­łam so­bie w gło­wie, że to tylko sen, głupi kosz­mar, z któ­rego za­raz się obu­dzę, ale świa­do­mość re­al­no­ści tej sy­tu­acji do­bi­jała się do mnie zbyt mocno.

By­łam zu­peł­nie do ni­czego, pró­bo­wa­łam za­ata­ko­wać go i po­le­głam od razu, a on po pro­stu się na mnie za­ła­twił. Łzy ska­py­wały jedna po dru­giej, bo w naj­gor­szych my­ślach nie przy­pusz­cza­łam, że po­trak­tuje mnie w ten spo­sób. Jak mia­łam wró­cić do sa­mo­chodu? Do pracy? Nie mo­głam pójść w tych ubra­niach, które le­żały mo­kre, więc owi­nę­łam się ręcz­ni­kiem i wolno uchy­li­łam drzwi. Igora już tam nie było. Ode­tchnę­łam głę­boko i się­gnę­łam po te­le­fon, który le­żał na ma­łej noc­nej szafce, a póź­niej wy­bra­łam nu­mer do pracy. Mu­sia­łam po­pro­sić o wolne... Nie mo­głam się tam po­ja­wić, nie w ta­kim sta­nie. Czu­łam się obrzy­dli­wie, nie tylko przez to, co uczy­nił Igor, ale i przez to, że nie mia­łam siły się bro­nić.

Nic nie mo­głam zro­bić. Gdyby wy­znał prawdę na mój te­mat... Miał ra­cję - by­ła­bym skoń­czona w oczach To­niego. Przy­mknę­łam po­wieki i za­czę­łam szlo­chać. Sie­dzia­łam tam do mo­mentu, aż ubra­nia nie wy­schły od po­dmu­chów su­szarki. Po­tem wy­szłam.

W sa­mo­cho­dzie wciąż czu­łam draż­niący za­pach, który zo­stał na spodniach. Od­dy­cha­łam płytko, nie ru­sza­łam się i nie my­śla­łam o ni­czym, jak­bym... wła­śnie umie­rała. Mia­łam ochotę wró­cić do domu, po raz ko­lejny wejść pod prysz­nic, zmyć z sie­bie ten wstyd i brud, a po­tem przy­tu­lić się do To­niego i za­po­mnieć o tym, co się wy­da­rzyło. Nie szu­kać żad­nego uspra­wie­dli­wie­nia tej par­szy­wej sy­tu­acji. Nie przy­po­mi­nać so­bie, że mój wła­sny mąż na­si­kał na mnie w ho­te­lo­wej ła­zience, a po­tem po pro­stu z niej wy­szedł.

***

- Wszystko w po­rządku, skar­bie? Późno wró­ci­łaś.

Słowa Igora brzmiały na po­zór nor­mal­nie, ale do­sko­nale wie­dzia­łam, że czaił się w nich sar­kazm.

- Po pracy po­szłam na mia­sto, po­trze­bo­wa­łam po­być wśród nor­mal­nych lu­dzi - od­gry­złam się i z tru­dem spoj­rza­łam mu w oczy. Po dro­dze do domu mia­łam dużo czasu, by przy­jąć do wia­do­mo­ści, że to, co się stało w ho­telu, nie było sen­nym kosz­ma­rem. Obie­ca­łam so­bie, że łzy, które wy­la­łam w tam­tej ła­zience, będą ostat­nimi, ja­kie mój mąż u mnie wy­wo­łał.

- Zro­bi­łem ci ko­la­cję. Twój ulu­biony ma­ka­ron ze szpi­na­kiem. Usiądź - za­czął i mocno po­cią­gnął no­sem. - Albo nie, naj­pierw weź prysz­nic, mu­sia­łaś chyba mocno zmę­czyć się tymi spa­ce­rami, bo czuć od cie­bie przy­kry za­pach.

Zi­gno­ro­wa­łam jego uwagę, choć gula, która na­tych­miast po­ja­wiła się w gar­dle, nie­mal spra­wiła, że z mo­ich ust wy­darł się szloch. Za­mknę­łam jed­nak oczy i ko­lejny raz sta­nę­łam pod chłodną wodą, a po­tem wresz­cie prze­bra­łam się w czy­ste ubra­nia. Nie czu­łam głodu. Nie chcia­łam tej ko­la­cji. Sie­dzia­łam zu­peł­nie nie­ru­chomo, zwró­cona twa­rzą w kie­runku nie­wiel­kiego sy­pial­nia­nego okna, tak by pro­mie­nie za­cho­dzą­cego słońca pa­dały na moje ciało. Nie wi­dzia­łam ni­czego oprócz ga­łęzi i li­ści, a na­wet gdyby - wi­dok i tak byłby okrut­nie smętny. Jak okiem się­gnąć, wszę­dzie tylko drzewa, krzewy i żwir.

- Pa­try­cjo?

Wzię­łam głę­boki od­dech, za­nim Igor zna­lazł się koło mnie.

- Mu­sisz wie­dzieć, że gdy­byś nie wy­sko­czyła na mnie z tym no­żem, to ni­gdy by się nie wy­da­rzyło. Bez względu na to, czy mi wie­rzysz, czy nie, na­prawdę wo­lał­bym unik­nąć ta­kich roz­wią­zań.

- Na­si­ka­łeś na mnie. - Po­zba­wio­nym emo­cji gło­sem da­łam mu do zro­zu­mie­nia, że nic tego nie tłu­ma­czy. - Na swoją żonę, na matkę two­jego syna, na czło­wieka.

- Chcia­łaś mnie za­bić.

- Bzdura.

Prawda. Tego wła­śnie chcia­łam.

- Po­win­naś się na­uczyć kła­mać, bo śred­nio ci to wy­cho­dzi. Dziś po­zwo­li­łem To­niemu zo­stać dłu­żej z ko­legą, wróci za ja­kąś go­dzinę, więc mamy tro­chę czasu, żeby usta­lić pewne kwe­stie. Przede wszyst­kim ni­gdy wię­cej nie uży­jesz żad­nego ostrego na­rzę­dzia. Nie bę­dziesz też ły­kać ta­ble­tek, wszyst­kie leki będę wy­dzie­lał ja. Dam ci też chwilę prze­rwy od sto­sun­ków, że­byś, jak to stwier­dzi­łaś, zdą­żyła się od­stre­so­wać, ale póź­niej znów za­czniemy pra­co­wać nad na­szą Ga­ju­nią... - Za­wie­sił głos, jakby chciał dać mi czas na re­ak­cję, może li­czył na po­dzię­ko­wa­nie za prze­rwę?

Jed­nak ja nie zdo­by­łam się na wy­po­wie­dze­nie na­wet kilku słów. Igor więc kon­ty­nu­ował. Gła­skał mnie po ra­mie­niu i opo­wia­dał o tym, jak bę­dzie wy­glą­dało na­sze ży­cie, gdy znów zajdę w ciążę, i jak bar­dzo o mnie za­dba. Roz­ta­czał wi­zje raj­skiej co­dzien­no­ści, końca wszyst­kich za­sad i po­wrotu do cza­sów bez mo­dlitw, ale z ja­kie­goś po­wodu te słowa wcale nie przy­no­siły mi ulgi. Za­pa­dła długa, prze­raź­liwa ci­sza. Nie po­tra­fi­łam upo­rać się z nad­mia­rem emo­cji, mia­łam wra­że­nie, że jesz­cze chwila wspól­nej roz­mowy, a po­padnę w ja­kiś trans.

Na­gle ukrył głowę w dło­niach. Przez mo­ment na­iw­nie my­śla­łam, że chce mnie bła­gać o wy­ba­cze­nie, ale kiedy ode­zwał się, zro­zu­mia­łam, że jest cał­ko­wi­cie po­pa­prany.

- Gdy­bym dał ci te­raz ten nóż z po­wro­tem... Uży­ła­byś go? Chcia­ła­byś mnie skrzyw­dzić, Pa­try­cjo? - Ani na mo­ment nie spusz­czał ze mnie wzroku. - Czy je­śli obie­cam ci, że nie będę się bro­nił, na­zna­czysz mnie?

- Za­da­jesz za dużo py­tań.

- Więc za­dam ci jedno kon­kretne. Co chcia­łaś zro­bić w ho­telu?

Serce tłu­kło mi się wście­kle, ale mimo ro­sną­cego tętna słowa gładko prze­szły mi przez usta.

- Po­zbyć się je­dy­nego źró­dła na­szych pro­ble­mów - rzu­ci­łam krótko, a po­tem wy­szłam do kuchni, dumna, że tym ra­zem nie oka­za­łam sła­bo­ści. I że może, ale tylko może, to mały krok do ze­msty.

Tylko czy mo­gła­bym być tak okrutna jak Igor? Krzyw­dzić, ska­zy­wać na cier­pie­nie i czer­pać z tego sa­tys­fak­cję?

***

W nocy pa­dło ogrze­wa­nie. W tej prze­klę­tej dziu­rze, którą tylko mój mąż na­zy­wał do­mem, zro­biło się prze­raź­li­wie zimno, i choć była koń­cówka wio­sny, mia­łam wra­że­nie, że le­piej by­łoby nam na dwo­rze. Na­cią­gnę­łam koł­drę na sie­bie, a on ru­szył spraw­dzić, co się dzieje. Toni spał już dawno, ale ja nie mo­głam zmru­żyć oka po tym, co mi zro­bił w ho­telu. Prze­by­wa­nie w tym przy­bytku bez­na­dziei jesz­cze bar­dziej mnie do­bi­jało, a nie­moż­ność zna­le­zie­nia po­cie­chy w ra­mio­nach wy­ro­zu­mia­łego męża tylko po­głę­biała ten stan. Wyj­rza­łam przez okno. Dłu­gie ga­łę­zie drzew ude­rzały o szyby. Ni­gdy nie by­łam zbyt bo­jaź­liwa, ale wiatr wzma­gał się co­raz bar­dziej i bar­dziej, a trza­ski na­si­lały się. To tylko głu­pie ga­łę­zie, tłu­ma­czy­łam so­bie. Mimo to nie udało mi się usnąć, tym­cza­sem Igor po po­wro­cie chra­pał w naj­lep­sze... Było zimno, prze­raź­li­wie zimno.

Na­gle usły­sza­łam ha­łas, ktoś pu­kał do drzwi. Kto to mógł być? Prze­cież tu ni­kogo w po­bliżu nie ma, by­li­śmy tylko my. Za­wią­za­łam szla­frok i ru­szy­łam na dół, bo ten ktoś był wy­jąt­kowo na­tar­czywy. Nie mie­li­śmy wi­zjera, więc wyj­rza­łam dys­kret­nie przez okno wy­cho­dzące na nie­wielki ga­nek. Wiatr od­sło­nił na chwilę ga­łę­zie i pa­trzy­łam te­raz na prze­mo­czo­nego męż­czy­znę.

Po chwili wa­ha­nia otwo­rzy­łam. Przede mną stał umię­śniony nie­zna­jomy w spor­to­wej blu­zie i spra­nych czar­nych dżin­sach. Jego krót­kie, ja­sne włosy przy­kryte były czapką, jaką no­szą ty­powi chłopcy z osie­dla, ale on sam mógł mieć już pod czter­dziestkę. W ręku trzy­mał zmię­tego pa­pie­rosa bez fil­tra, rów­nie prze­mo­czo­nego jak on sam.

- Do­bry wie­czór - za­czął. - Prze­pra­szam, że o tej po­rze. Nie chcia­łem obu­dzić, to zna­czy tro­chę na to wła­śnie li­czy­łem - ją­kał się i tłu­ma­czył jak małe dziecko.

- Słu­cham? Po­trze­buje pan cze­goś?

- Po­goda jest fa­talna, zbo­czy­łem z trasy i do­tar­łem tu­taj, żeby na chwilę się schro­nić - oznaj­mił tuż po tym, jak zlu­stro­wa­łam go od stóp do głów. - Nie dam rady te­raz je­chać, nic nie wi­dzę w tym desz­czu. Mógł­bym? - Wska­zał na wnę­trze domu.

- Nie. Nie wiem. To zna­czy... Kim pan wła­ści­wie jest?

- Er­nest, miło mi. - Wy­cią­gnął dużą dłoń. Na ser­decz­nym palcu wid­niała ob­rączka. Może to śmieszne, ale ten mały ka­wa­łek me­talu tro­chę mnie uspo­koił. Gdzieś w pod­świa­do­mo­ści po­ja­wiła się myśl, że żo­naty fa­cet sta­wał się dla Igora mniej­szym za­gro­że­niem, a tym sa­mym od­da­lał widmo pro­ble­mów.

- Nie chcia­łem na­cho­dzić was o tej po­rze, ale chyba nie mam wyj­ścia. To je­dyny bu­dy­nek, który do­strze­głem po­mię­dzy tą ścianą lasu. Pró­buję do­stać się za Lu­blin.

Pa­trzy­łam na niego z sze­roko otwar­tymi oczami. Prze­mo­czony, ale wciąż bez­tro­sko uśmiech­nięty, jakby ni­gdy nic pró­bo­wał we­drzeć się do środka. Co zro­biłby Igor? Nie mu­sia­łam się długo za­sta­na­wiać, bo już po dwóch mi­nu­tach po­ja­wił się w sa­lo­nie.

- Nie usnę w tym zim­nie. Co znowu nie tak? Cho­lerny piec nie działa. - Po­cie­rał ręce o sie­bie. Pod­niósł głowę do­piero wtedy, gdy fa­cet po­now­nie się ode­zwał. Nie mu­sia­łam na­wet pa­trzeć na twarz Igora, żeby po sa­mym to­nie głosu do­my­ślić się, że nie jest za­do­wo­lony z tej nie­spo­dzie­wa­nej wi­zyty.

- Do­bry wie­czór - przy­wi­tał się gość.

- Do­bry wie­czór. Nie za późno na od­wie­dziny? - za­grzmiał mój mąż. Za­wsze bez­po­średni, je­dy­nie przy klien­tach grał mi­łego.

- Tak. Już prze­pra­sza­łem pa­nią, ale bu­rza jest co­raz sil­niej­sza, więc szu­kam schro­nie­nia. Rano za­raz od­jadę - do­dał nie­zna­jomy.

- To nie ho­tel.

- Ro­zu­miem, ja­sne. Za­płacę, je­śli trzeba, chciał­bym się tylko na chwilę schro­nić.

- Pro­szę po­słu­chać - za­czął Igor, a ja już wie­dzia­łam, że Er­nest wy­lą­duje w au­cie za kilka mi­nut. W każ­dym męż­czyź­nie wi­dział po­ten­cjal­nego wroga, z któ­rym mo­głoby mnie łą­czyć coś wię­cej. - Nie przyj­mu­jemy go­ści. Bar­dzo nam przy­kro, że pan za­błą­dził, ale tu nie ma miej­sca. Dzie­sięć ki­lo­me­trów stąd jest sta­cja, może tam pana prze­no­cują? A po­tem za­czyna się wio­ska i za­raz za nią Lu­blin. Na wsi jest mały pen­sjo­nat.

- Tu mi bę­dzie do­brze - uśmiech­nął się tam­ten. - Za­płacę. Dużo.

- Nie chcemy pie­nię­dzy. Wyjdź. - Igor prze­szedł gładko na ty.

- Zdrzemnę się tu, na ka­na­pie. Pro­szę. Ru­szę, jak tylko zrobi się widno, nie spra­wię kło­potu. Na­prawdę nie chciał­bym te­raz je­chać. - Spoj­rzał przez małe okno. W jego oczach do­strze­głam coś w ro­dzaju stra­chu, wy­glą­dał tak, jakby rze­czy­wi­ście bał się bu­rzy. Wy­da­wało mi się na­wet, że drży przy każ­dym moc­niej­szym grzmo­cie.

- Jezu, chyba po­wie­dzia­łem wy­raź­nie, że tu nie ma miej­sca dla go­ści. - Igor za­ci­snął pię­ści.

Po­sta­no­wi­łam za­re­ago­wać.

- Niech pan zo­sta­nie, za oknem fak­tycz­nie jest nie­cie­ka­wie - oznaj­mi­łam. - Tu, na ka­na­pie, można prze­cze­kać naj­więk­szą ulewę.

- A ty co? Straż­niczka za­gu­bio­nych? - par­sk­nął mój mąż, ale zwie­sił luźno ręce i zwró­cił się do Er­ne­sta: - Znasz się na pie­cach?

Chwila za­sta­no­wie­nia.

- Tro­chę. Mu­siał­bym spoj­rzeć.

- Więc twoją za­płatą bę­dzie na­pra­wie­nie tego cho­ler­nego sprzętu. Ale nie myśl, że bę­dziesz spał tu sam, nie wy­glą­dasz mi na go­ścia z do­brymi in­ten­cjami. - Wska­zał na czapkę i sze­ro­kie spodnie, a po­tem spoj­rzał na mnie. No tak, oczy­wi­ście, wi­dział w nim ko­lej­nego po­ten­cjal­nego ko­chanka.

Przez mo­ment obaj mie­rzyli się wzro­kiem, ale w końcu wszystko zo­stało usta­lone. Męż­czy­zna mógł schro­nić się na kilka go­dzin, ale naj­pierw miał spra­wić, żeby było nam cie­pło. Na szczę­ście dys­po­no­wał więk­szymi umie­jęt­no­ściami niż Igor i w końcu mu się to udało. Może to dziwne, bo wpu­ści­li­śmy ob­cego fa­ceta do domu pod­czas bu­rzy, ale nie czu­łam nie­po­koju. Chcia­łam, żeby zo­stał. Żeby szlag tra­fił jego sa­mo­chód i za­miesz­kał tu na ja­kiś czas, a wtedy ja nie mu­sia­ła­bym mie­rzyć się z tym wszyst­kim, co ro­bił mój mąż. Byłby obok ktoś, kto by mnie bro­nił, skoro wciąż nie umia­łam so­bie po­móc sama.

Po­ście­li­łam mu na ka­na­pie i zro­bi­łam her­batę. Igor wciąż mnie ob­ser­wo­wał, jakby do­szu­ki­wał się w moim za­cho­wa­niu pod­tek­stów, ale ro­bi­łam tylko to, co na­le­żało. Co zro­biłby każdy, de­cy­du­jąc się na przy­ję­cie ko­goś pod swój dach. Zwłasz­cza że za­nim wnę­trze się na­grzeje, mi­nie tro­chę czasu.

- To nie jest zbyt przy­ja­zne miej­sce - za­czął Er­nest, kiedy Igor znów znik­nął w ko­tłowni. - Ani dla mał­żeń­stwa, ani... - Zer­k­nął na zdję­cie sto­jące na sto­liku. - ...dla dziecka. Po­win­ni­ście zna­leźć inne schro­nie­nie.

- Tu nam do­brze - oznaj­mi­łam, pró­bu­jąc prze­ko­nać samą sie­bie. Prze­cież nie­na­wi­dzi­łam tego domu. Tak bar­dzo, jak tylko się dało.

- Jak może być do­brze w ta­kim miej­scu? - Za­wie­sił głos w ocze­ki­wa­niu na moją od­po­wiedź, ale je­dyne, co przy­cho­dziło mi na myśl, to to, że ma ra­cję. Na­chy­lił się do mnie. - Gdy­bym nie miał wy­boru, nie prze­jeż­dżał­bym tędy. O tej cha­łu­pie mó­wią, że śmier­dzi śmier­cią. Mam na­dzieję, że fak­tycz­nie wam się tu po­doba, ale je­śli kie­dyś bę­dzie ina­czej, je­śli za­uwa­ży­cie coś nie­po­ko­ją­cego, mu­si­cie wiać. To już dawno po­winno zo­stać ro­ze­brane. Zrów­nane z zie­mią.

- Do­ce­niamy pana tro­skę, ale je­ste­śmy tu tylko chwi­lowo. Nie wią­żemy z tym miej­scem przy­szło­ści.

Jak tylko uro­dzi się Gaja, wró­cimy do domu. Obie­cuję.

- To zro­zu­miałe. Tak, to wła­ściwe po­dej­ście.

- A pan? Do­kąd zmie­rzał, bo za­po­mnia­łam?

- Ka­wa­łek za Lu­blin.

- Do sa­mego mia­sta to ja­kieś dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów, nie­da­leko.

- Przy obec­nej po­go­dzie...

- Droga by­łaby dłuż­sza - do­koń­czy­łam.

Uśmiech­nął się i po­tarł czoło. Było w nim coś dziw­nego, miał taki hip­no­ty­zu­jący wzrok i spe­cy­ficzny spo­kój w so­bie. Chcia­łam po­cią­gnąć te­mat do­mnie­ma­nych śmierci, o któ­rych mó­wił, ale czu­łam, że póź­niej mogę być jesz­cze bar­dziej przy­bita tym do­mem. Na szczę­ście nie mia­łam czasu na roz­terki, bo wró­cił Igor.

- Do­bra, były jesz­cze ja­kieś małe pro­blemy, ale po­winno dzia­łać. Idź na górę, a ja zo­stanę przy na­szym go­ściu. Roz­łożę so­bie fo­tel, a kiedy skoń­czy się ta ulewa, od­pro­wa­dzę go do drzwi - do­dał iro­nicz­nie.

Ski­nę­łam głową. W za­sa­dzie ta­kie roz­wią­za­nie wy­da­wało się roz­sądne. Fa­cet przy­je­chał tu zni­kąd, opo­wia­dał dziwne rze­czy, a śro­dek nocy i to, że by­li­śmy na zu­peł­nym pust­ko­wiu, nie li­cząc ruin fa­brycz­nych, mo­gło za­chę­cać do złych uczyn­ków. Za­kry­łam się szczel­niej szla­fro­kiem i we­szłam na pię­tro. Noc bez Igora była przy­wi­le­jem. Po raz pierw­szy czu­łam się zre­lak­so­wana we wła­snym łóżku, sama, bez męża obok. Nikt nie bę­dzie mnie bu­dził ran­kiem, żeby od­mó­wić mo­dli­twę i wma­wiać mi, że po­trze­buję prze­mocy, by osią­gnąć speł­nie­nie. Nikt nie do­tknie mo­jej szyi i nie za­cznie du­sić...

Za­ko­pa­łam się pod koł­drą. Fak­tycz­nie, bu­rza roz­sza­lała się na do­bre. Gdy­bym była w na­szym domu w Biesz­cza­dach, nie prze­ra­ża­łoby mnie to aż tak. Usnę­ła­bym spo­koj­nie, słu­cha­jąc szumu desz­czu; tu jed­nak mia­łam wra­że­nie, że lada mo­ment dach się za­wali. Oczy­wi­ście nie było tak źle. Prze­ży­li­śmy już kilka wio­sen­nych burz, ale wy­obraź­nia pod­po­wia­dała mi wiele dziw­nych rze­czy. Z mi­nuty na mi­nutę pra­co­wała na wyż­szych ob­ro­tach, bo prze­cież do mia­sta mie­li­śmy ka­wa­łek, a dom wcale nie był tak sta­bilny. Gdyby za­wiał moc­niej­szy wiatr albo któ­reś z drzew się prze­wró­ciło, to byłby praw­dziwy kosz­mar.

Ten jed­nak nie przy­szedł w nocy. Za­czął się rano.

Pro­log

Zboże tego lata było wy­jąt­kowo uro­dzajne, ale tym ra­zem kłosy nie po­ru­szały się na wie­trze, trą­cane de­li­kat­nie jego po­dmu­chem, lecz szu­miały w moim umy­śle zło­wrogo, jakby już wie­działy, co się sta­nie. Pięć mi­nut póź­niej ja też mia­łam się do­wie­dzieć. Pró­bo­wa­łam ucie­kać, ale wy­nisz­czone w ostat­nich mie­sią­cach ciało, brak od­po­wied­niej ilo­ści wody i okrutna spie­kota spra­wiły, że nogi od­ma­wiały mi po­słu­szeń­stwa, choć umysł na­ma­wiał do ko­lej­nego wy­siłku. Opar­łam się o mur i od­wró­ci­łam do tyłu. Czu­łam, jak wszystko przede mną wi­ruje, jak po­stać męż­czy­zny roz­mywa się, a w oczach mo­men­tami dwoi się i troi. Bła­ga­łam w my­ślach, by­leby tylko ze­mdleć i nic nie czuć.

Ostat­kiem sił pró­bo­wa­łam krzyk­nąć, choć był to ra­czej krzyk w głu­chą prze­strzeń, do sie­bie, bo w pro­mie­niu dwu­dzie­stu ki­lo­me­trów - oprócz nas - nie było ży­wego du­cha. Ale mu­sia­łam to zro­bić; jak ina­czej dać ży­ciu znak, że nie po­winno się koń­czyć w ten spo­sób?

Kłosy znów po­ru­szyły się zło­wrogo, do­sko­nale wi­dzia­łam ich złoty ko­lor i przy­po­mnia­łam so­bie, jak kie­dyś, dawno temu, lu­bi­łam tu z nim przy­cho­dzić. Ra­zem ob­ser­wo­wa­li­śmy, jak doj­rze­wają w słońcu i snu­li­śmy plany na przy­szłość, która ry­so­wała się w ja­snych bar­wach. Te­raz ta myśl była tak wy­raźna, tak uchwytna, jakby to było wczo­raj, ale gdy zbli­żył się do mnie na wy­cią­gnię­cie ręki, czar prysł. Mia­łam wra­że­nie, że całe pole wy­glą­dało na ob­lane czer­woną farbą jesz­cze na mo­ment przed tym, jak nóż wy­lą­do­wał na­gle w moim brzu­chu. Zimne sta­lowe oczy męż­czy­zny przede mną na­peł­niły się prze­ra­że­niem, jakby zdał so­bie sprawę, że to, co zro­bił, jest nie­od­wra­calne i po­ciąga za sobą ko­lejne na­stęp­stwo.

Ja też o tym wie­dzia­łam. Bę­dzie mu­siał mnie za­bić. Od­dy­cha­łam więc płytko, krótko, by­leby nie zwie­lo­krot­niać bólu, a on - za­miast ująć mnie w ra­miona i za­cząć prze­pra­szać - ska­zał na ko­lejne cier­pie­nie. Wy­jął nóż i wbił w brzuch raz jesz­cze, tym ra­zem niemo bła­ga­jąc o wy­ba­cze­nie. Ostrze było ni­czym z ka­mie­nia. Zimne, nie­przy­jemne. Za­czę­łam krzy­czeć, ale szybko za­tkał mi usta. Resztki iskie­rek, które za­zwy­czaj mia­łam w oczach, znik­nęły, gdy osu­nę­łam się wzdłuż muru, szep­cząc bez­gło­śnie w stronę kło­sów. Upa­dłam na su­chą zie­mię, włosy w ko­lo­rze doj­rza­łej psze­nicy roz­sy­pały się nie­mal wszę­dzie, a z ust wy­le­ciała ślina. Za­nim za­mknę­łam po­wieki, do­strze­głam, jak po­chyla się nade mną ktoś jesz­cze. Czyjś but trą­cał mnie, jak­bym była rze­czą, ale krzyki, które sły­sza­łam, gdy bie­głam przed sie­bie, te­raz uci­chły. Nikt ich już nie po­trze­bo­wał, skoro wszystko zo­stało prze­są­dzone. Wolno za­mknę­łam po­wieki. Jesz­cze przez chwilę prze­su­wały się pod nimi cie­nie już nie lu­dzi, a po­two­rów, które tylko spraw­dzały, gdzie tym ra­zem wbić nóż. Było co­raz trud­niej usły­szeć głosy i zro­zu­mieć, co tak na­prawdę się stało. Po­woli, po­wo­lutku od­pły­wa­łam, a oni zro­bili to, co było na­tu­ral­nym na­stęp­stwem - spraw­dzili, czy na pewno prze­sta­łam od­dy­chać. Po­czu­łam mie­sza­ninę wody ko­loń­skiej i potu.

Dasz radę. Rusz się. Mu­sisz żyć. Spró­buj...

Prze­su­nę­łam ręką po su­chej ziemi, pró­bo­wa­łam wy­ma­cać co­kol­wiek, co po­zwo­li­łoby mi na ja­ką­kol­wiek obronę, ale nic ta­kiego nie od­na­la­złam.

- Nie­długo się wy­krwawi - usły­sza­łam. - Zo­staw już!

- Trzeba ją do­bić, te­raz! Ty pie­przony idioto. Co zro­bi­łeś?

- Ja? Ja zro­bi­łem?! - Krzyk roz­no­sił się co­raz da­lej i da­lej, a ja po­czu­łam to samo ostrze co wcze­śniej. Serce przy­spie­szyło, a po­tem jakby prze­sta­łam je sły­szeć.

Tik-tak. Tik-tak.

W końcu na­de­szło naj­trud­niej­sze - po­go­dze­nie się z lo­sem i nie­udaną próbą ucieczki. Po­go­dze­nie się z tym, że ulo­ko­wa­łam uczu­cia w nie­wła­ści­wej oso­bie i że mi­łość wcale nie koń­czy się ma­gicz­nym "żyli długo i szczę­śli­wie".

Kłosy szu­miały już tylko le­ciutko, a błę­kitny bez­kres roz­ta­czał się wszę­dzie, jakby ni­gdy nic się tu nie wy­da­rzyło. Nie udało się, choć tak bar­dzo pra­gnę­łam żyć. Po tylu mie­sią­cach bez słońca roz­pacz­li­wie po­trze­bo­wa­łam na­pa­wać się jego bla­skiem.

Tik-tak.

- Co zro­bi­łeś? Co... my, kurwa, zro­bi­li­śmy?

- Nic. Ro­zu­miesz? Nie było tego!