Rozdział 6
Patrycja
W pracy nieco odetchnęłam. Dziś miałam mieć zmianę z Iwoną, dziewczyną, która pracowała tu od kilku lat i z którą dobrze się dogadywałam.
- Mamy sporo nowości - rzuciła wesoło, kiedy tylko przestąpiłam próg biblioteki. - Dziś nie będziemy się nudzić, bo trzeba przygotować spotkanie autorskie na wieczór, Zosia ma je poprowadzić.
- Hm?
- Zapomniałaś? Przecież zaprosiliśmy Czornyja, sama o to zabiegałaś. - Poprawiła włosy, jakby mężczyzna miał ją tu zobaczyć. - Zobacz, taki niepozorny, a pisze o tych wszystkich psychopatach i mordercach, jakby urodził się z piórem w ręku.
- Jasne - rzuciłam sucho. Przez sytuację z Igorem czułam się zupełnie skołowana. - Przygotujemy wszystko - dodałam z przepraszającą miną.
- Coś nie tak? Wyglądasz, jakbyś słabo spała. Płakałaś?
- Mam trochę problemów z... - Szukałam właściwego słowa. - ...z Tonim. Wiesz, zaczyna się buntować, są kłótnie.
- Też bym się buntowała, jakbym mieszkała w takiej chatce jak wy. Nie możecie się przenieść bliżej miasta? Idzie lato, będą burze, tam pewnie zaraz zabraknie prądu i wody. Będzie ciemno. - Iwona mówiła i mówiła, ale na mnie nie robiło to już wrażenia. Skąd mogła wiedzieć, że w ciemności spędzałam średnio kilka nocy w miesiącu?
Igor najpierw zaprowadzał mnie do małej i zatęchłej komórki, w której, jak to ładnie określał, staraliśmy się o Gaję, a potem - w zależności od humoru - albo mnie wypuszczał, albo zostawiał tam na noc. Jeśli modliłam się i byłam posłuszna, mogłam wyjść, jeśli coś mu się w ciągu dnia nie podobało, kazał mi tam zostać. Otwierał drzwi nad ranem, kiedy Toni jeszcze spał, i tym swoim niskim głosem pytał, czy dobrze minęła mi noc. Zacisnęłam zęby na wspomnienie jego tonu, siłą woli powstrzymując łzy i słowotok, który już wydostawał się z gardła. Poczułam przemożną potrzebę, by przelać to, co nam robi, na kogoś innego. Ale czy ktokolwiek zrozumiałby, przez co przechodzę? To pytanie jedynie zawisło w powietrzu między nami, bo w ostatecznym rozrachunku niczego nie wyjawiłam.
- Na pewno chodzi tylko o Toniego?
- Tak. Okres dojrzewania jest cholernie trudny, ale nie będziemy o tym rozmawiać, mamy sporo pracy, prawda? Czornyj...
Uśmiechnęła się na wspomnienie o nim.
- A, tak. To ty zajmij się nowościami, a ja przyniosę już plakaty i zacznę organizować kącik.
Kiwnęłam głową i usiadłam za biurkiem. Wyjęłam telefon i napisałam do Toniego.
Przepraszam za tatę. Też chciałabym, by było jak dawniej... Proszę, postaraj się go zrozumieć.
Odpowiedź przyszła błyskawicznie.
Nie i nie. Chcę do domu, mamo. To ty się postaraj zajść w tę ciążę i wtedy wrócimy.
Wypełniło mnie uczucie gorąca na myśl o kolejnym dziecku i wątpliwości, czy na pewno dobrze robimy, bo może jednak lepiej byłoby uciekać? Ale wtedy Toni dowiedziałby się, że Gaja nie była jego rodzoną siostrą, wtedy Igor nie poniósłby kary za to, co kiedyś zrobił. A może... Może powinnam udawać? Kupić test, były nawet dostępne fałszywe próbki moczu do sprzedaży; wszystko dałoby się zorganizować, byleby tylko wrócić do naszego domu, a potem ostatecznie rozprawić się z Igorem.
Serce przyspieszyło mi momentalnie na myśl, że to mogłoby się udać. Zyskałabym pięć, może sześć tygodni, zanim nie kazałby mi iść do lekarza i pokazać dowodu w postaci USG, a przez ten czas...
- Nie wiem, czy dobrze to wygląda - usłyszałam nagle głos koleżanki.
Iwona przestawiała jakieś sztalugi, a ilość plakatów i innych materiałów była taka, jakby miał nas odwiedzić sam Nesb?. Szybko zamknęłam przeglądarkę w telefonie, w której zdążyłam już wpisać hasło "fałszywe testy", i ruszyłam do niej. W głowie jednak wciąż miałam to, czy warto byłoby zainwestować w taki właśnie plan. Nagle urządzenie zawibrowało. Wyjęłam je i spojrzałam na wyświetlacz - to Igor. Czego chciał? Nie miałam ochoty z nim rozmawiać i choć wiedziałam, że to złe, odrzuciłam połączenie i wróciłam do pracy. W kieszeni poczułam jeszcze raz wibracje, telefon wydawał ciche dźwięki, które oznaczały tylko jedno: groźbę. Jeśli odrzucę, ukarze mnie. Zacisnęłam powieki, a potem skapitulowałam i nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Patrycjo... - zaczął tym swoim mrocznym głosem, który nie znosił sprzeciwu. - Czy nie mówiłem ci, że powinnaś odbierać telefon?
- Jestem w pracy.
- Ja też.
- Igor, proszę...
- Ja też pracuję, a ty, nawet jeśli miałaś ludzi w bibliotece, mogłaś odebrać i mnie o tym poinformować.
- O co chodzi? - zapytałam, zmieniając temat.
- Znalazłem twoje tabletki.
Cholera. Wciągnęłam szybko powietrze. W mojej głowie pojawiła się mglista myśl, że wszystko stracone, bo przecież nie wytłumaczę się, nie z tego.
- Grzebałeś w moich rzeczach?
- Zażywałaś tabletki, kiedy od pół roku staram się zrobić ci dziecko? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- To nie tak.
- A jak? Od czego jest antykoncepcja?
Próbowałam wziąć głęboki oddech, ale poczułam, jak trzęsę się z niepokoju.
- Brałam je tylko przez chwilę. Krótko po tym, jak się przeprowadziliśmy. Igor, porozmawiamy w domu, nie chcę tu. Nie przy wszystkich.
- Zdradziłaś mnie, a potem nie było cię, kiedy twoja córka umierała. Wyjechałem i zabrałem naszą rodzinę z gór, żebyś była bezpieczna i nie musiała się mierzyć z głupimi sąsiadami. Chciałem tylko jednego: żebyś dała mi córkę, a ty mówisz, że brałaś tabletki? Wiesz, że to całkowicie rozregulowuje cykl? - mówił coraz głośniej. - Że być może leję w ciebie jak w zepsutą dziurę, bo nic tam nie gra? Wiesz, że powinnaś za to odpokutować? Ale tym razem nie wystarczy zwykła modlitwa, złamałaś zasady. Sprzeciwiłaś się temu, o co walczymy.
- Przepraszam. To było tylko kilka pastylek.
- Nie kłam! - krzyknął. - Za chwilę podjadę pod twoją pracę, wyjdziesz stamtąd pod jakimś pretekstem, ta twoja koleżaneczka na pewno cię wypuści.
- Po co?
- Nie wiesz? - zapytał z ironią. - Zagramy sobie w grę, ale trochę zmienimy zasady.
Po tych słowach rozłączył się, a mnie przeszedł dreszcz. Zmiana zasad... Doskonale wiedziałam, co miał na myśli, a to było znacznie gorsze od tego, co robiliśmy wieczorami, gorsze niż spędzanie czasu w komórce, bo Igor brzydził się mojego ciała i mojego spojrzenia, gorsze niż wszystko, o czym kiedykolwiek śniłam w koszmarach.
Przytrzymałam się ściany. Jak mogłam zapomnieć o wyrzuceniu tego pudełka? Przecież zawsze byłam rozważna, tymczasem popełniłam tak głupi błąd. Nerwowo rozglądałam się po pokoju pełnym sprzętów, które wykorzystywaliśmy na tego rodzaju spotkania, aż nagle mój wzrok spoczął na małym nożyku do papieru, którym jeszcze przed chwilą przecinałyśmy taśmę. Opuściłam powieki, a spod grubych, ciemnych rzęs wypłynęły łzy. Wolno dotarły do ust, poczułam ich słony smak. Wyciągnęłam rękę po nożyk i schowałam do kieszeni, to był impuls, coś kazało mi po niego sięgnąć.
- Weźmiemy jeszcze to krzesło - usłyszałam za sobą. - Jezu, Patrycja, wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha. Naprawdę wszystko dobrze? Źle się czujesz? Chcesz wyjść na powietrze?
Nie, nie, chcę tu zostać.
- Tak - odpowiedziałam, choć głos w głowie mówił co innego. - Muszę się przewietrzyć. Zaraz... wrócę, okej?
- Iść z tobą?
- Nie. Po prostu martwię się Tonim, słabo spałam, mało jadłam. Pójdę po jakiś sok i sałatkę, a potem wrócę i przeniesiemy resztę rzeczy.
Przytaknęła. Na szczęście uwierzyła mi we wszystko, a ja zabrałam torebkę i wolno ruszyłam w kierunku wyjścia. Czułam niepokój, a im bardziej zbliżałam się do parkingu, tym było gorzej.
Pięć minut. Dziesięć. Nie ruszyłam się z miejsca. Wciąż siedziałam w samochodzie, bo doskonale wiedziałam, że to i tak mnie nie ominie. Oparłam się o szybę, czułam przyspieszone bicie serca, kiedy zobaczyłam, jak Igor zatrzymuje się tuż przy moich drzwiach. Zacisnęłam palce jednej ręki tak, że aż zbielały, widziałam, jak robią się sine. Coraz bardziej kręciło mi się w głowie. Byłam pewna, że jeszcze chwila i zemdleję, jeśli nie zacznę oddychać głębiej.
- Wysiądź. - Otworzył mi drzwi. Jego mina nie wyrażała zupełnie niczego, ale ja i tak wiedziałam, że był zły. Nogi miałam jak z waty, ale twardo szłam razem z nim, zastanawiając się, dokąd nas zaprowadzi.
- Patrycja - zaczął zimno, kiedy zapięłam pasy. - Powiedz, czy naprawdę tak nam ze sobą źle? Czy jestem aż takim skurwielem?
Tak, kochanie.
- Nie - rzuciłam cicho.
- Bo wiesz, tak sobie myślę, że może powinienem był cię zostawić, kiedy dowiedziałem się, że mnie zdradziłaś. Powinienem powiedzieć Toniemu, że jesteś niewdzięczna, że upiłaś się i wskoczyłaś tamtemu facetowi do łóżka. Może... - Zawiesił głos i bębnił palcami jednej ręki o kierownicę. - ...to byłoby najlepsze wyjście? Czy właśnie tak należało zrobić?
- Nie - znów odpowiedziałam krótko.
- Czyli uważasz, że postąpiłem właściwie i szlachetnie?
Odetchnęłam głęboko, próbowałam skoncentrować się na odpowiadaniu zwięźle i na temat, ale nie byłam w stanie zebrać myśli, dlatego to on znów kontynuował:
- Chyba jestem dla ciebie zbyt dobry, ale ty tego nie doceniasz. Dlatego pokażę ci, co mogło się stać, gdybym zdecydował się na tamto wyjście. Pokażę ci, jak wygląda prawdziwy wstyd, wstyd, który przepełniałby cię od środka, gdyby twój syn, twój ukochany Toni, dowiedział się, że jego mamusia jednak nie jest taka idealna.
- Przeprosiłam cię, nie musimy niczego robić.
Parsknął śmiechem.
- Jeśli nie stosujesz się do zasad, które ustaliłem, musisz ponieść karę, przypomnieć sobie, jak to jest, kiedy policzki płoną z zażenowania. A myślałem, że mamy to już za sobą. Niczego się nie nauczyłaś, skarbie. - Uśmiechnął się lekko i dopiero, gdy skończył mówić, spojrzał na mnie. Patrzyłam na jego precyzyjne ruchy, perfekcyjnie wyprasowaną koszulę i lniane spodnie. Igor zawsze był taki elegancki, jakby wciąż szykował się na jakieś przyjęcie. Pachniał... pachniał tak samo jak wtedy, gdy się poznaliśmy. Cała ta otoczka idealnego mężczyzny, jaką roztaczał wokół siebie, pozostawała w sprzeczności z jego zachowaniem, kiedy byliśmy we dwoje. Wtedy nie był już w moich oczach ideałem faceta, tylko idealnym kłamcą. Potworem. Kimś, kto za dnia zakładał maskę, a w nocy wymyślał coraz gorsze rzeczy.
- Więc... tak już będzie zawsze? Każde moje potknięcie będzie karane?
- Oczywiście, że nie. Tylko te działania, które z premedytacją wymierzasz przeciwko mnie i naszej rodzinie. Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy przed wyjazdem? Obiecałem, że uchronię i ciebie, i Toniego przed ludźmi, ale w zamian miałaś dać mi córkę, która odeszła.
- Nie chciałam zachodzić w ciążę tak krótko od porodu.
- Mam to gdzieś! - warknął nagle. - Naprawdę mam gdzieś twoje zdanie, przyjechaliśmy tu w jednym celu i doprowadzimy sprawę do końca. - Przyspieszył.
- Dokąd mnie zabierasz?
- Dowiesz się w swoim czasie.
Mknęliśmy przez lubelskie uliczki, ale cała podróż nie trwała długo. Igor zatrzymał się przed jednym z hoteli, ale doskonale wiedziałam, że nie jechaliśmy tam, by uprawiać seks, tym razem to nie było to...
- Pokój dwanaście. - Zgasił silnik i wysiadł z samochodu. Zobaczyłam, jak wyjmuje laptopa i bierze go ze sobą. Po co?
Ruszyłam za nim, nożyk w kieszeni wydawał się tak ciężki. Dłonie zrobiły się mokre od potu. Czułam gwałtowne bicie serca, bo Igor nigdy nie planował w ramach kary niczego normalnego. Przypomniałam sobie, jak ostatnim razem porwał mi ubrania i kazał w ten sposób wracać do domu przez centrum handlowe. Wzrok ludzi, gdy miałam na sobie poszarpaną bluzkę, podarte rajstopy i spódnicę tak podziurawioną, że było mi widać całą pupę, przyprawiał mnie o gęsią skórkę. Tak... wstydziłam się. Koszmarnie wstydziłam się tego, jak wtedy wyglądałam, a Igor wtłaczał mi do głowy śpiewkę, że to nic w porównaniu z tym, co byłoby, gdyby i on odwrócił się ode mnie. Dlatego teraz miałam świadomość, że nic miłego mnie z jego strony nie spotka, a w głowie układałam plan obrony.
Igor zabrał klucz z recepcji i ruszyliśmy do pokoju. Czekanie na wymyśloną przez niego karę było prawdziwą męką. Dlaczego wciąż się na to zgadzałam? Dlaczego brakowało mi odwagi, żeby stawić mu czoła i przestać ślepo wypełniać jego rozkazy, tylko pozwalałam sobą dyrygować jak marionetka?
- Pamiętasz tę stronę, na którą kiedyś wchodziliśmy, gdy na świecie był jedynie Paweł?
Usiadł koło mnie, a ja nerwowo drgnęłam. Przysunął nocną szafkę na wprost nas i uruchomił laptopa, a potem wpisał w wyszukiwarkę hasło. Dwa kliknięcia wystarczyły, żebym zorientowała się, co miał na myśli.
- Chyba nie chcesz, żebym to oglądała z tobą? - Zerknęłam w bok, ręce wciąż miałam splecione ciasno.
- Nie chcę. Tym razem to ciebie będą oglądać, to ty pokażesz się ludziom.
Nie mogłam wykrztusić z siebie ani słowa, o czym on mówił? Strona, którą pokazywał, zawierała amatorskie filmy pornograficzne, na których dziewczyny zbierały jakieś żetony. Kiedyś, gdy byliśmy młodsi, rzeczywiście oglądaliśmy różne pokazy, ale nigdy nie pomyśleliśmy o tym, żebyśmy sami mieli cokolwiek tam pokazać.
- Założyłem konto. To dwa kliknięcia. Nazywasz się tak. - Wskazał na ekran.
Przebiegłam wzrokiem po literkach i zrobiło mi się niedobrze po przeczytaniu nicka "puszczalskazona". W ustach miałam sucho, kiedy Igor zlustrował mnie od stóp do głów.
- Rozbierz się do spodni i pokażemy cię panom. Twój tłusty brzuch, którego nie zdążyłaś jeszcze zrzucić, i cycki. Wstań i zdejmij bluzkę, a potem stanik. Włączę kamerę, a ty zaczniesz się dotykać.
- Oszalałeś? Na pewno tego nie zrobię - fuknęłam.
- Owszem, zrobisz. Jeśli nie, w tej chwili dzwonię do Toniego i mówię mu prawdę. O tym, że Gaja nie była moją córką, i o naszej rozmowie w dzień jej śmierci. O tym, co powiedziałaś mi w samochodzie, gdy wracaliśmy ze szpitala. O wszystkim, Patrycjo.
- Nie możesz... to go zniszczy.
- Więc? - Wskazał na laptop. - Chyba nie masz aż tak długiej przerwy w pracy, co? Usiądź przed komputerem i rozbierz się. Chcę, żebyś pokazała swój szpetny i kłamliwy ryj napalonym facetom, którzy będą cię wyzywać. Na to właśnie zasługujesz. Na poniewieranie, głupia suko! - krzyknął i popchnął mnie lekko do przodu, a zaraz potem rozsiadł się wygodnie w fotelu. - Na co czekasz?
Oddychałam wolno. Nogi same zaprowadziły mnie w jego kierunku. Słyszałam bicie swojego serca, tłukło się wściekle, gdy jednym szybkim ruchem wyjęłam nożyk. W głowie pojawił się obraz, w którym dźgnęłam Igora tak, że nie miał siły się już podnieść. Krótkie, cienkie ostrze przeszyło jego klatkę piersiową, a ja zobaczyłam zupełną pustkę. Czarny popiół zamiast duszy, który wylewał się zewsząd. Nikt nie krzyknął: "Zostaw go w spokoju", bo byliśmy sami, nikt nie zareagował, a dla niego był to jasny sygnał, że nie może mi więcej robić tych wszystkich strasznych rzeczy. Ale kiedy rzeczywiście wycelowałam, obraz z pamięci zniknął, a Igor złapał mnie za nadgarstek i przytrzymał rękę w górze.
- Co ty, kurwa, wyrabiasz? - syknął, a w jego wzroku widać było, jak bardzo jest zły. Serce zjechało mi w dół, zupełnie przestałam je czuć. Wiedziałam, że teraz zdenerwuje się jeszcze bardziej, ale tym razem to ja chciałam być górą, obronić się, nie dać poniżyć i zrobić mu to, na co zasługiwał. - Do łazienki - wrzasnął i pociągnął mnie za włosy za sobą.
To bolało. Piekło! Zamknął gwałtownie drzwi, a potem cisnął mną o ścianę pod prysznicem. Poczułam zimne płytki, a chwilę później z nosa poleciała strużka krwi. Igor wciąż trzymał w swojej ręce nożyk, obawiałam się, że zechce go użyć, bo kiedy patrzył na ostrze, w jego oczach czaiło się niezdrowe podniecenie. Cholera... Co ja najlepszego zrobiłam?
Jesteś dzielna, Patrycjo. Musisz spróbować raz jeszcze. A teraz po prostu przetrwaj. Uda się. Uda...
- Pokurwiło cię? Zupełnie oszalałaś, idiotko, czy co? Co chciałaś zrobić? - Trzymał mnie za szyję i znów podduszał tak, że nie mogłam nic odpowiedzieć. Widziałam za to, jak odpina klamrę od paska, natychmiast zrobiło mi się przeraźliwie zimno na myśl o tym, że po raz kolejny zamierza mnie zgwałcić i tym razem będzie brutalny. - Głupia suka. Nigdy więcej tego nie zrobisz, rozumiesz? - Przytaknęłam, szykując się na to, co zaraz zrobi, jednak zamiast jego skóry tuż przy mojej poczułam ciepło na spodniach i drażniący nozdrza smród amoniaku. - Teraz będziesz musiała to zdjąć - syknął i kiedy wypróżnił się na mnie, szybko zapiął rozporek.
Czułam, że lada moment zwymiotuję, to było znacznie gorsze niż wstyd, gdy wykorzystywał mnie wbrew woli. Nie miałam ze sobą żadnych innych ubrań, zupełnie nic, więc kiedy nagle wyszedł i trzasnął drzwiami od łazienki, oparłam się o umywalkę i drżącymi rękami zdjęłam spodnie i bluzkę. Wszystko rzuciłam pod prysznic. Poczułam, jak robi mi się na przemian zimno i gorąco. Odkręciłam wodę i użyłam mydła, które się tam znajdowało, by zmyć z siebie brud i resztki wstydu. Po policzkach spływały mi łzy, mieszały się z wodą, ale to palące uczucie wewnątrz klatki piersiowej nie gasło. Powtarzałam sobie w głowie, że to tylko sen, głupi koszmar, z którego zaraz się obudzę, ale świadomość realności tej sytuacji dobijała się do mnie zbyt mocno.
Byłam zupełnie do niczego, próbowałam zaatakować go i poległam od razu, a on po prostu się na mnie załatwił. Łzy skapywały jedna po drugiej, bo w najgorszych myślach nie przypuszczałam, że potraktuje mnie w ten sposób. Jak miałam wrócić do samochodu? Do pracy? Nie mogłam pójść w tych ubraniach, które leżały mokre, więc owinęłam się ręcznikiem i wolno uchyliłam drzwi. Igora już tam nie było. Odetchnęłam głęboko i sięgnęłam po telefon, który leżał na małej nocnej szafce, a później wybrałam numer do pracy. Musiałam poprosić o wolne... Nie mogłam się tam pojawić, nie w takim stanie. Czułam się obrzydliwie, nie tylko przez to, co uczynił Igor, ale i przez to, że nie miałam siły się bronić.
Nic nie mogłam zrobić. Gdyby wyznał prawdę na mój temat... Miał rację - byłabym skończona w oczach Toniego. Przymknęłam powieki i zaczęłam szlochać. Siedziałam tam do momentu, aż ubrania nie wyschły od podmuchów suszarki. Potem wyszłam.
W samochodzie wciąż czułam drażniący zapach, który został na spodniach. Oddychałam płytko, nie ruszałam się i nie myślałam o niczym, jakbym... właśnie umierała. Miałam ochotę wrócić do domu, po raz kolejny wejść pod prysznic, zmyć z siebie ten wstyd i brud, a potem przytulić się do Toniego i zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Nie szukać żadnego usprawiedliwienia tej parszywej sytuacji. Nie przypominać sobie, że mój własny mąż nasikał na mnie w hotelowej łazience, a potem po prostu z niej wyszedł.
***
- Wszystko w porządku, skarbie? Późno wróciłaś.
Słowa Igora brzmiały na pozór normalnie, ale doskonale wiedziałam, że czaił się w nich sarkazm.
- Po pracy poszłam na miasto, potrzebowałam pobyć wśród normalnych ludzi - odgryzłam się i z trudem spojrzałam mu w oczy. Po drodze do domu miałam dużo czasu, by przyjąć do wiadomości, że to, co się stało w hotelu, nie było sennym koszmarem. Obiecałam sobie, że łzy, które wylałam w tamtej łazience, będą ostatnimi, jakie mój mąż u mnie wywołał.
- Zrobiłem ci kolację. Twój ulubiony makaron ze szpinakiem. Usiądź - zaczął i mocno pociągnął nosem. - Albo nie, najpierw weź prysznic, musiałaś chyba mocno zmęczyć się tymi spacerami, bo czuć od ciebie przykry zapach.
Zignorowałam jego uwagę, choć gula, która natychmiast pojawiła się w gardle, niemal sprawiła, że z moich ust wydarł się szloch. Zamknęłam jednak oczy i kolejny raz stanęłam pod chłodną wodą, a potem wreszcie przebrałam się w czyste ubrania. Nie czułam głodu. Nie chciałam tej kolacji. Siedziałam zupełnie nieruchomo, zwrócona twarzą w kierunku niewielkiego sypialnianego okna, tak by promienie zachodzącego słońca padały na moje ciało. Nie widziałam niczego oprócz gałęzi i liści, a nawet gdyby - widok i tak byłby okrutnie smętny. Jak okiem sięgnąć, wszędzie tylko drzewa, krzewy i żwir.
- Patrycjo?
Wzięłam głęboki oddech, zanim Igor znalazł się koło mnie.
- Musisz wiedzieć, że gdybyś nie wyskoczyła na mnie z tym nożem, to nigdy by się nie wydarzyło. Bez względu na to, czy mi wierzysz, czy nie, naprawdę wolałbym uniknąć takich rozwiązań.
- Nasikałeś na mnie. - Pozbawionym emocji głosem dałam mu do zrozumienia, że nic tego nie tłumaczy. - Na swoją żonę, na matkę twojego syna, na człowieka.
- Chciałaś mnie zabić.
- Bzdura.
Prawda. Tego właśnie chciałam.
- Powinnaś się nauczyć kłamać, bo średnio ci to wychodzi. Dziś pozwoliłem Toniemu zostać dłużej z kolegą, wróci za jakąś godzinę, więc mamy trochę czasu, żeby ustalić pewne kwestie. Przede wszystkim nigdy więcej nie użyjesz żadnego ostrego narzędzia. Nie będziesz też łykać tabletek, wszystkie leki będę wydzielał ja. Dam ci też chwilę przerwy od stosunków, żebyś, jak to stwierdziłaś, zdążyła się odstresować, ale później znów zaczniemy pracować nad naszą Gajunią... - Zawiesił głos, jakby chciał dać mi czas na reakcję, może liczył na podziękowanie za przerwę?
Jednak ja nie zdobyłam się na wypowiedzenie nawet kilku słów. Igor więc kontynuował. Głaskał mnie po ramieniu i opowiadał o tym, jak będzie wyglądało nasze życie, gdy znów zajdę w ciążę, i jak bardzo o mnie zadba. Roztaczał wizje rajskiej codzienności, końca wszystkich zasad i powrotu do czasów bez modlitw, ale z jakiegoś powodu te słowa wcale nie przynosiły mi ulgi. Zapadła długa, przeraźliwa cisza. Nie potrafiłam uporać się z nadmiarem emocji, miałam wrażenie, że jeszcze chwila wspólnej rozmowy, a popadnę w jakiś trans.
Nagle ukrył głowę w dłoniach. Przez moment naiwnie myślałam, że chce mnie błagać o wybaczenie, ale kiedy odezwał się, zrozumiałam, że jest całkowicie popaprany.
- Gdybym dał ci teraz ten nóż z powrotem... Użyłabyś go? Chciałabyś mnie skrzywdzić, Patrycjo? - Ani na moment nie spuszczał ze mnie wzroku. - Czy jeśli obiecam ci, że nie będę się bronił, naznaczysz mnie?
- Zadajesz za dużo pytań.
- Więc zadam ci jedno konkretne. Co chciałaś zrobić w hotelu?
Serce tłukło mi się wściekle, ale mimo rosnącego tętna słowa gładko przeszły mi przez usta.
- Pozbyć się jedynego źródła naszych problemów - rzuciłam krótko, a potem wyszłam do kuchni, dumna, że tym razem nie okazałam słabości. I że może, ale tylko może, to mały krok do zemsty.
Tylko czy mogłabym być tak okrutna jak Igor? Krzywdzić, skazywać na cierpienie i czerpać z tego satysfakcję?
***
W nocy padło ogrzewanie. W tej przeklętej dziurze, którą tylko mój mąż nazywał domem, zrobiło się przeraźliwie zimno, i choć była końcówka wiosny, miałam wrażenie, że lepiej byłoby nam na dworze. Naciągnęłam kołdrę na siebie, a on ruszył sprawdzić, co się dzieje. Toni spał już dawno, ale ja nie mogłam zmrużyć oka po tym, co mi zrobił w hotelu. Przebywanie w tym przybytku beznadziei jeszcze bardziej mnie dobijało, a niemożność znalezienia pociechy w ramionach wyrozumiałego męża tylko pogłębiała ten stan. Wyjrzałam przez okno. Długie gałęzie drzew uderzały o szyby. Nigdy nie byłam zbyt bojaźliwa, ale wiatr wzmagał się coraz bardziej i bardziej, a trzaski nasilały się. To tylko głupie gałęzie, tłumaczyłam sobie. Mimo to nie udało mi się usnąć, tymczasem Igor po powrocie chrapał w najlepsze... Było zimno, przeraźliwie zimno.
Nagle usłyszałam hałas, ktoś pukał do drzwi. Kto to mógł być? Przecież tu nikogo w pobliżu nie ma, byliśmy tylko my. Zawiązałam szlafrok i ruszyłam na dół, bo ten ktoś był wyjątkowo natarczywy. Nie mieliśmy wizjera, więc wyjrzałam dyskretnie przez okno wychodzące na niewielki ganek. Wiatr odsłonił na chwilę gałęzie i patrzyłam teraz na przemoczonego mężczyznę.
Po chwili wahania otworzyłam. Przede mną stał umięśniony nieznajomy w sportowej bluzie i spranych czarnych dżinsach. Jego krótkie, jasne włosy przykryte były czapką, jaką noszą typowi chłopcy z osiedla, ale on sam mógł mieć już pod czterdziestkę. W ręku trzymał zmiętego papierosa bez filtra, równie przemoczonego jak on sam.
- Dobry wieczór - zaczął. - Przepraszam, że o tej porze. Nie chciałem obudzić, to znaczy trochę na to właśnie liczyłem - jąkał się i tłumaczył jak małe dziecko.
- Słucham? Potrzebuje pan czegoś?
- Pogoda jest fatalna, zboczyłem z trasy i dotarłem tutaj, żeby na chwilę się schronić - oznajmił tuż po tym, jak zlustrowałam go od stóp do głów. - Nie dam rady teraz jechać, nic nie widzę w tym deszczu. Mógłbym? - Wskazał na wnętrze domu.
- Nie. Nie wiem. To znaczy... Kim pan właściwie jest?
- Ernest, miło mi. - Wyciągnął dużą dłoń. Na serdecznym palcu widniała obrączka. Może to śmieszne, ale ten mały kawałek metalu trochę mnie uspokoił. Gdzieś w podświadomości pojawiła się myśl, że żonaty facet stawał się dla Igora mniejszym zagrożeniem, a tym samym oddalał widmo problemów.
- Nie chciałem nachodzić was o tej porze, ale chyba nie mam wyjścia. To jedyny budynek, który dostrzegłem pomiędzy tą ścianą lasu. Próbuję dostać się za Lublin.
Patrzyłam na niego z szeroko otwartymi oczami. Przemoczony, ale wciąż beztrosko uśmiechnięty, jakby nigdy nic próbował wedrzeć się do środka. Co zrobiłby Igor? Nie musiałam się długo zastanawiać, bo już po dwóch minutach pojawił się w salonie.
- Nie usnę w tym zimnie. Co znowu nie tak? Cholerny piec nie działa. - Pocierał ręce o siebie. Podniósł głowę dopiero wtedy, gdy facet ponownie się odezwał. Nie musiałam nawet patrzeć na twarz Igora, żeby po samym tonie głosu domyślić się, że nie jest zadowolony z tej niespodziewanej wizyty.
- Dobry wieczór - przywitał się gość.
- Dobry wieczór. Nie za późno na odwiedziny? - zagrzmiał mój mąż. Zawsze bezpośredni, jedynie przy klientach grał miłego.
- Tak. Już przepraszałem panią, ale burza jest coraz silniejsza, więc szukam schronienia. Rano zaraz odjadę - dodał nieznajomy.
- To nie hotel.
- Rozumiem, jasne. Zapłacę, jeśli trzeba, chciałbym się tylko na chwilę schronić.
- Proszę posłuchać - zaczął Igor, a ja już wiedziałam, że Ernest wyląduje w aucie za kilka minut. W każdym mężczyźnie widział potencjalnego wroga, z którym mogłoby mnie łączyć coś więcej. - Nie przyjmujemy gości. Bardzo nam przykro, że pan zabłądził, ale tu nie ma miejsca. Dziesięć kilometrów stąd jest stacja, może tam pana przenocują? A potem zaczyna się wioska i zaraz za nią Lublin. Na wsi jest mały pensjonat.
- Tu mi będzie dobrze - uśmiechnął się tamten. - Zapłacę. Dużo.
- Nie chcemy pieniędzy. Wyjdź. - Igor przeszedł gładko na ty.
- Zdrzemnę się tu, na kanapie. Proszę. Ruszę, jak tylko zrobi się widno, nie sprawię kłopotu. Naprawdę nie chciałbym teraz jechać. - Spojrzał przez małe okno. W jego oczach dostrzegłam coś w rodzaju strachu, wyglądał tak, jakby rzeczywiście bał się burzy. Wydawało mi się nawet, że drży przy każdym mocniejszym grzmocie.
- Jezu, chyba powiedziałem wyraźnie, że tu nie ma miejsca dla gości. - Igor zacisnął pięści.
Postanowiłam zareagować.
- Niech pan zostanie, za oknem faktycznie jest nieciekawie - oznajmiłam. - Tu, na kanapie, można przeczekać największą ulewę.
- A ty co? Strażniczka zagubionych? - parsknął mój mąż, ale zwiesił luźno ręce i zwrócił się do Ernesta: - Znasz się na piecach?
Chwila zastanowienia.
- Trochę. Musiałbym spojrzeć.
- Więc twoją zapłatą będzie naprawienie tego cholernego sprzętu. Ale nie myśl, że będziesz spał tu sam, nie wyglądasz mi na gościa z dobrymi intencjami. - Wskazał na czapkę i szerokie spodnie, a potem spojrzał na mnie. No tak, oczywiście, widział w nim kolejnego potencjalnego kochanka.
Przez moment obaj mierzyli się wzrokiem, ale w końcu wszystko zostało ustalone. Mężczyzna mógł schronić się na kilka godzin, ale najpierw miał sprawić, żeby było nam ciepło. Na szczęście dysponował większymi umiejętnościami niż Igor i w końcu mu się to udało. Może to dziwne, bo wpuściliśmy obcego faceta do domu podczas burzy, ale nie czułam niepokoju. Chciałam, żeby został. Żeby szlag trafił jego samochód i zamieszkał tu na jakiś czas, a wtedy ja nie musiałabym mierzyć się z tym wszystkim, co robił mój mąż. Byłby obok ktoś, kto by mnie bronił, skoro wciąż nie umiałam sobie pomóc sama.
Pościeliłam mu na kanapie i zrobiłam herbatę. Igor wciąż mnie obserwował, jakby doszukiwał się w moim zachowaniu podtekstów, ale robiłam tylko to, co należało. Co zrobiłby każdy, decydując się na przyjęcie kogoś pod swój dach. Zwłaszcza że zanim wnętrze się nagrzeje, minie trochę czasu.
- To nie jest zbyt przyjazne miejsce - zaczął Ernest, kiedy Igor znów zniknął w kotłowni. - Ani dla małżeństwa, ani... - Zerknął na zdjęcie stojące na stoliku. - ...dla dziecka. Powinniście znaleźć inne schronienie.
- Tu nam dobrze - oznajmiłam, próbując przekonać samą siebie. Przecież nienawidziłam tego domu. Tak bardzo, jak tylko się dało.
- Jak może być dobrze w takim miejscu? - Zawiesił głos w oczekiwaniu na moją odpowiedź, ale jedyne, co przychodziło mi na myśl, to to, że ma rację. Nachylił się do mnie. - Gdybym nie miał wyboru, nie przejeżdżałbym tędy. O tej chałupie mówią, że śmierdzi śmiercią. Mam nadzieję, że faktycznie wam się tu podoba, ale jeśli kiedyś będzie inaczej, jeśli zauważycie coś niepokojącego, musicie wiać. To już dawno powinno zostać rozebrane. Zrównane z ziemią.
- Doceniamy pana troskę, ale jesteśmy tu tylko chwilowo. Nie wiążemy z tym miejscem przyszłości.
Jak tylko urodzi się Gaja, wrócimy do domu. Obiecuję.
- To zrozumiałe. Tak, to właściwe podejście.
- A pan? Dokąd zmierzał, bo zapomniałam?
- Kawałek za Lublin.
- Do samego miasta to jakieś dwadzieścia kilometrów, niedaleko.
- Przy obecnej pogodzie...
- Droga byłaby dłuższa - dokończyłam.
Uśmiechnął się i potarł czoło. Było w nim coś dziwnego, miał taki hipnotyzujący wzrok i specyficzny spokój w sobie. Chciałam pociągnąć temat domniemanych śmierci, o których mówił, ale czułam, że później mogę być jeszcze bardziej przybita tym domem. Na szczęście nie miałam czasu na rozterki, bo wrócił Igor.
- Dobra, były jeszcze jakieś małe problemy, ale powinno działać. Idź na górę, a ja zostanę przy naszym gościu. Rozłożę sobie fotel, a kiedy skończy się ta ulewa, odprowadzę go do drzwi - dodał ironicznie.
Skinęłam głową. W zasadzie takie rozwiązanie wydawało się rozsądne. Facet przyjechał tu znikąd, opowiadał dziwne rzeczy, a środek nocy i to, że byliśmy na zupełnym pustkowiu, nie licząc ruin fabrycznych, mogło zachęcać do złych uczynków. Zakryłam się szczelniej szlafrokiem i weszłam na piętro. Noc bez Igora była przywilejem. Po raz pierwszy czułam się zrelaksowana we własnym łóżku, sama, bez męża obok. Nikt nie będzie mnie budził rankiem, żeby odmówić modlitwę i wmawiać mi, że potrzebuję przemocy, by osiągnąć spełnienie. Nikt nie dotknie mojej szyi i nie zacznie dusić...
Zakopałam się pod kołdrą. Faktycznie, burza rozszalała się na dobre. Gdybym była w naszym domu w Bieszczadach, nie przerażałoby mnie to aż tak. Usnęłabym spokojnie, słuchając szumu deszczu; tu jednak miałam wrażenie, że lada moment dach się zawali. Oczywiście nie było tak źle. Przeżyliśmy już kilka wiosennych burz, ale wyobraźnia podpowiadała mi wiele dziwnych rzeczy. Z minuty na minutę pracowała na wyższych obrotach, bo przecież do miasta mieliśmy kawałek, a dom wcale nie był tak stabilny. Gdyby zawiał mocniejszy wiatr albo któreś z drzew się przewróciło, to byłby prawdziwy koszmar.
Ten jednak nie przyszedł w nocy. Zaczął się rano.