Idealny kadr - Katarzyna Grochowska

Reflow text when sidebars are open.
Szesnaście lat wcześniej.
Z wnętrza domu rozległ się krzyk tak głośny i przeraźliwy, że Paweł Woliński wypuścił z ręki kluczyki. Podniósł je szybko z garażowej podłogi, a potem przez kilka sekund próbował opanować drżenie dłoni na tyle, by otworzyć drzwi samochodu. Pilot zdalnego sterowania zamkiem nie działał od dawna. Na co dzień nie był mu do życia potrzebny, ale teraz byłby wybawieniem.
- Sprzątaj to szybko! I rozłóż fotel! - wrzasnęła Aneta Magiera, która właśnie doskoczyła do drzwi pasażera i otworzyła je na oścież. - Twoja żona rodzi, a ty auta należycie nie przygotowałeś?! Tylko wozisz ciągle to całe dziadostwo!
Paweł był tak zdenerwowany i przerażony zarazem, że uwaga teściowej nawet go nie dotknęła. Dlaczego Róża musiała dostać skurczów akurat teraz?! W środku nocy i to jeszcze w weekend, w który zgodzili się przenocować u jej rodziców. Miała tyle lepszych okazji, nie mówiąc o tym, że termin przypadał dopiero za dwa tygodnie. Łypnął spod byka na oddalającą się Anetę, po czym szybko zgarnął z przedniego siedzenia "to całe dziadostwo" w postaci akcesoriów fotograficznych. Róży ten artystyczny nieład nigdy nie przeszkadzał. Przyzwyczaiła się do plączących się wszędzie osłon obiektywów, kabli od ładowarek czy futerałów z zapasowymi kartami pamięci. Przerzucił na tył pojazdu wszystko wraz ze starym, niszowym modelem aparatu, który woził jako zapas, gdyby jego profesjonalna lustrzanka postanowiła ulec awarii podczas którejś z sesji. Zawsze był przezorny, przygotowany na najgorsze. A jednak przedterminowego porodu w środku nocy nie przewidział.
- Daj. Ja poprowadzę. - Teść okazał mu więcej empatii i zrozumienia, a może po prostu bał się, żeby roztrzęsiony zięć nie rozbił ich na pierwszym lepszym zakręcie.
Paweł bez słowa protestu oddał mu kluczyki i niespokojnie spojrzał na drzwi łączące garaż z wnętrzem domu. Teściowa sprowadzała już ciężarną córkę po trzystopniowych schodach. Róża jęczała i dyszała, trzymając się za wielki brzuch, a jej brązowa grzywka skleiła się na czole od potu. Torba do szpitala, którą spakowała już ponad miesiąc temu, została w ich mieszkaniu w krakowskiej Nowej Hucie. I pomyśleć, że wszystko miało się odbyć tak spokojnie, schematycznie, a tymczasem jechała na porodówkę w koszuli nocnej, bo akcja rozpoczęła się tak nagle, że nawet nie zdążyła się przebrać.
Z pomocą męża Róża wgramoliła się na przednie siedzenie pasażera, teść zasiadł za kierownicą, teściowa z tyłu za nim, a Pawłowi została ta wąska szpara za rozłożonym fotelem żony, co przy jego wzroście metr osiemdziesiąt siedem stanowiło naprawdę niewiele miejsca.
Wyjechali z garażu prosto w czarną toń październikowej nocy. Na zewnątrz było mgliście i lodowato; temperatura musiała oscylować w okolicach zera, bo i w samochodzie od razu zrobiło się zimno, choć buzujące emocje skutecznie podgrzewały atmosferę. Teść starał się jechać szybko, lecz ostrożnie. Nad opustoszałymi drogami rozlewała się gęsta biała zawiesina, a światła reflektorów pojazdu nie były w stanie przedrzeć się dalej niż na jakieś trzy metry do przodu. Drobną ulgę przynosił jedynie fakt, że tylko pięć kilometrów dzieliło dom Magierów od szpitala, w którym miała urodzić się Zoja.
To Róża wybrała właśnie takie imię. Paweł był początkowo bardzo temu przeciwny. Wolałby Zosię. Brzmiało podobnie, lecz pospolicie i być może dzięki temu oszczędziłoby ich córce w przyszłości przykrych incydentów w szkole. Dzieci nie lubią odmienności, nawet w kwestii imion. Ale Róża się uparła. Tłumaczyła, że ona również ma rzadkie imię i jest z niego dumna; że "Zoja" znaczy "życie" i wciskała mu inne dyrdymały, choć Paweł wiedział, że wybrała je dlatego, bo właśnie takie nosiła tytułowa bohaterka jej ukochanej książki Danielle Steel. W końcu się poddał i wyraził zgodę na Zoję. Najważniejsze, by ich pierwsza wymarzona córeczka urodziła się zdrowa.
- Ale paskudna noc. Że się Zojunia pcha na ten świat akurat teraz... - zagaił teść, chcąc przerwać wreszcie nerwową, pełną napięcia ciszę, którą zakłócało wyłącznie ciężkie dyszenie Róży. - A wiesz, córuś, że ty się w taką samą pogodę rodziłaś? Może to tradycja rodzinna.
- Co ty za bzdury, Heniek, opowiadasz... - wtrąciła skrzekliwym głosem jego małżonka. - Słońce świeciło. Róża w samo południe się przecież urodziła! Myli ci się z córką Iwonki z naprzeciwka, co ją do szpitala wiozłeś.
- A tak, rzeczywiście, to sąsiadka była.
- Widzisz? Chciałeś kielicha z Pawłem machnąć wieczorem. Całe szczęście, że wam nie pozwoliłam, bo ciekawe, kto by prowadził w taką pogodę. Ja na pewno nie. Dobrze przeczuwałam, że coś może być. Jestem lepsza niż ten twój lekarz. Dopiero co na wizycie byłaś, i co? Nie poznał się, że będziesz rodzić? - zwróciła się do córki.
W odpowiedzi Róża tylko zasapała.
- A mówiłam ci, idź do Bresiowej - ciągnęła teściowa. - Ona Lidkę prowadziła, a potem też jej córkę. I co z tego, że stara? Dobrze, bo doświadczona i zna się na rzeczy, a nie jak ci wszyscy... Uważaj!!! - krzyknęła nagle na całe gardło.
Teść gwałtownie skręcił kierownicą, w ostatniej chwili odbijając w bok przed kobietą stojącą na środku drogi. Samochód wpadł w poślizg i mimo wdepniętego hamulca zatrzymał się dopiero po kilku kolejnych metrach.
- Jezus Maria! Przejechałeś ją?! - Przerażona Aneta odwróciła głowę, próbując wypatrzyć coś przez tylną szybę.
Teść, blady jak ściana, zrobił to samo.
- Nie... Na pewno nie... Ale było blisko...
Całą trójką w napięciu wpatrywali się w gęstą mgłę zawieszoną nad asfaltem, która w świetle pobliskiej latarni przybierała nienaturalne odcienie błękitu. Tylko Róża była w innym świecie, jęcząc i nie mając siły, by choćby zerknąć do tyłu.
- Jest tam! - Paweł aż się wzdrygnął, wskazując palcem na zarys drobnej sylwetki wyłaniającej się z mgły.
Teściowej kamień spadł z serca. Teraz, gdy miała już pewność, że jej mąż nie trafi za kratki za śmiertelne potrącenie, znów mogła pozwolić sobie na agresywny ton.
- Chyba jakaś ćpunka albo pijana. Kto normalny szlaja się w taką pogodę, w nocy, środkiem ulicy?! A może to jakiś podstęp?! Mało to w telewizji ostrzegają? Ja już słyszałam takie historie! Jeden bandzior się kładzie na drodze, symuluje, że potrącony, a drugi w tym czasie siedzi w krzakach i wyskakuje z nożem!
- Ale ja naprawdę prawie ją rozjechałem - odparł teść.
- Jedź. Jak żyje i jest na nogach, to jedź.
Stojąca na jezdni kobieta nagle się poruszyła. Mgliste woale okrywały ją całą, lecz dało się dostrzec, że odwróciła głowę i jakby dopiero wówczas zdała sobie sprawę, że samochód, który ją minął, nie odjechał. Jej drobna sylwetka zaczęła niebywale szybko się do nich przybliżać.
- Jezu! Ona tu biegnie! - krzyknęła w panice Aneta.
- Może potrzebuje pomocy?! - Paweł machinalnie chwycił za klamkę.
- Ani się waż wysiadać! - huknęła na niego i impulsywnie uderzyła męża w ramię. - Jedź, Henryk! Jedź!
- Tylko zapytam!
- Ja rodzę!!! - zawyła Róża, a to jedno zdanie przesądziło o wszystkim.
Teść wcisnął pedał gazu, ruszając z piskiem opon i zostawiając w tyle biegnącą ku nim kobietę. Paweł jeszcze raz odwrócił głowę. Spojrzał na jej ciemną postać w otoce mgły o błękitnym odcieniu, jej włosy szarpane wiatrem, ręce, które rozłożyła w niezrozumiałym dla niego geście - ta sceneria zahipnotyzowała go tak bardzo, że odruchowo, wręcz instynktownie, chwycił za swój stary aparat leżący tuż obok. Lata praktyk i doświadczenia w fotografii pozwoliły mu w dwie sekundy ustawić parametry, złapać ostrość, wykadrować. Zanim ich samochód skręcił na skrzyżowaniu, zdążył zrobić jedno jedyne zdjęcie - jak się miało okazać, najważniejsze w jego karierze.
Odrzuciwszy aparat, od razu wyciągnął z kieszeni komórkę. Nie zamierzał zostawić nieznajomej bez pomocy, ze świadomością, że może zginąć pod kołami innego pojazdu. Wybrał numer alarmowy i przekazał policyjnemu dyspozytorowi okoliczności zajścia. Zgłoszenie zostało przyjęte, a na miejsce wysłany patrol. Uspokojony odetchnął z ulgą, a gdy dotarli pod szpital, całą uwagę oddał już wyłącznie żonie.
Dwie godziny później na świecie pojawiła się Zoja.
Miękkie światło lamp rozlewało się po białych ścianach studia Green Rose, otulając wnętrze ciepłą, domową aurą. Na tle płótna o kremowej barwie stała czteroosobowa rodzina: małżeństwo z dwiema córkami. Jedna z dziewczynek, ośmioletnia Hania, przed obiektywem czuła się jak ryba w wodzie. Miała na sobie czerwoną sukienkę księżniczki, a na bezwłosą główkę założyła koronę. Na zdjęciach nie chciała być w chustce - bliscy tak często powtarzali jej, że jest piękna, że brak włosów nie był dla niej krępujący. Radowała się pełną buzią. Przytulający się do niej rodzice również się uśmiechali, choć w środku przecież krzyczeli. Bólem, złością, niemocą. Nawet Paweł, który stał za obiektywem kawałek dalej, słyszał podobny wrzask głęboko w sobie. Choć wierzył w Boga, pewnych Jego decyzji nie potrafił zrozumieć. Mógł tylko je akceptować, tak jak czyniła Hania. Kilka zdjęć wykonał, kadrując wyłącznie na jej promienną twarzyczkę tak blisko, jakby nie dowierzał, że w tych wymęczonych chorobą oczach może tkwić tyle radości. Potem znów oddalił obraz za pomocą obiektywu, by ująć w scenie jej mamę, tatę i trzymiesięczną siostrzyczkę.
Parę dni przed sesją Paweł spotkał się z rodzicami dziewczynek na zapoznawczej kawie. Praktykował ten zwyczaj przy tego typu zleceniach; to pomagało nie tylko lepiej się poznać, zrozumieć, lecz także sprawić, że atmosfera podczas sesji była swobodniejsza, co oczywiście wpływało na jakość i wartość emocjonalną zdjęć.
Państwo Barliccy byli małżeństwem od dziesięciu lat, z chorobą starszej córki walczyli od dwóch. Paweł tak wiele razy słyszał podobne historie: niepozorne objawy, a potem diagnoza zwalająca z nóg i rujnująca uporządkowane życie. W organizmie Hani przeklęty nowotwór rozpanoszył się tak szybko, że zaskoczyło to nawet lekarzy. Medycyna, która jeszcze na początku dawała im nadzieję, zaczęła być bezsilna. Wszyscy mieli świadomość, że przegrywają tę walkę.
Podobno niektórzy bardzo nietaktownie zadawali państwu Barlickim pytanie, dlaczego w obliczu tak strasznej choroby jednego dziecka, zdecydowali się na drugie. "By mieć dla kogo żyć", brzmiała odpowiedź. Aby w tym dramacie, który ich spotkał, a którego finalna część zbliżała się do nich wielkimi krokami, mieć siły do tego, by przeżyć kolejny poranek. By być zmuszonym wstać z łóżka, bo obok jest druga istotka, czekająca na ten ogrom miłości, który pozostałby w próżni.
Z bardzo podobnych powodów on i Róża zdecydowali się powiększyć rodzinę o kolejne dziecko. Kiedy Zoja była mała, troska o nią przybierała niemal obsesyjne rozmiary - każda błahostka wywoływała panikę. Jej płacz bez wyraźnej przyczyny, lekki spadek wagi, kolki, świszczący kaszel przy przeziębieniu, gorączka bez innych objawów - wszystko to uruchamiało w ich głowach najczarniejsze scenariusze. Świadomość, że mogliby ją nagle stracić, rwała im serca na strzępy.
W końcu zrozumieli, że nie mogą tak funkcjonować. Że potrzebują czegoś, co przecięłoby ten ciągły lęk, co - brutalnie rzecz ujmując - dałoby im alternatywę do życia, i tak pojawiła się myśl o powiększeniu rodziny. Los jednak okazał się przekorny. Od chwili decyzji o kolejnym dziecku do upragnionych dwóch kresek na teście minęło aż siedem lat. W tym czasie zdążyli nieco odpuścić w nadopiekuńczości wobec Zoi. I właśnie wtedy, kiedy zaczęli żyć spokojniej, na świat przyszedł Tymek.
Nikt jeszcze wówczas nie przypuszczał, że ten najcięższy, druzgocący cios, którego tak bardzo się bali, spadnie na ich rodzinę z zupełnie niespodziewanej strony...
- Mamy to. Gotowe. Będzie z czego wybierać - zakomunikował Paweł, odsuwając aparat od twarzy. Uśmiechnął się do matki dziewczynek, a ta odwzajemniła się tym samym.
- Dziękujemy, sprawnie poszło. A mała tak spokojna, jak jeszcze nigdy... - Gdy tylko to powiedziała, niemowlę nagle zaczęło płakać.
- Kupa - stwierdził ojciec. - Czułem już od dziesięciu minut, ale nie chciałem przerywać zdjęć. Możemy córeczkę tutaj przewinąć? - Zwracając się do Pawła, wskazał na kanapę.
- Oczywiście. Proszę na spokojnie zająć się dzieckiem - odparł z uprzejmością, po czym wycofał się, by dać im przestrzeń.
Podszedł do biurka stojącego w kącie pomieszczenia. Ostrożnie odłożył aparat, zabezpieczył obiektyw, wyciągnął kartę pamięci i wsunął do małego pudełeczka, do którego dokleił karteczkę z nazwiskiem klientów. Zatracił się w tej rutynie tak bardzo, że nawet nie usłyszał, kiedy podeszła do niego Hania.
- Było super, proszę pana! Nie mogę się doczekać, aż zobaczę gotowe zdjęcia!
Paweł odwrócił się i spojrzał na jej rozpromienioną buzię. Miała w oczach tyle radości, że poczuł, jak jej emocje przechodzą na niego.
- Cieszę się, że ci się podobało.
- Bardzo! Gdybym dorosła, to mogłabym tak pracować. Przebierać się, chodzić po wybiegu i mieć duuużo zdjęć! - W jej głosiku brzmiała tak wielka ekscytacja, niewinność, dziecięca nadzieja.
Pawłowi nie umknęło wyrażenie, którego użyła, a które boleśnie ścisnęło go za serce. "Gdybym dorosła". Nie: "Gdy dorosnę...", lecz "gdybym"... Mimochodem zerknął na jej rodziców, którzy wciąż zajmowali się młodszą z córek.
- Byłaś cudowną modelką. Najlepszą, jaką miałem - rzekł do Hani, a ona rozszerzyła oczy, uszczęśliwiona tym komplementem.
- Naprawdę?
- Naprawdę.
- Nie poszłoby mi tak dobrze, gdyby nie ten piękny strój! Mama mi uszyła. Czułam się jak księżniczka. - Spojrzała w dół na swoją kreację, po czym poprawiła diademik, który prawie zsunął się z jej głowy. - I jeszcze ta korona od pana... Jest śliczna. Widziałam podobną w Krainie lodu!
- Możesz ją zatrzymać.
- Ale super! Dziękuję! - Ściągnęła ozdobę i mocno przycisnęła do siebie. Choć uśmiech nawet na sekundę nie schodził z jej buzi, nagle jakby przygasł. Dziewczynka rozważała coś w myślach przez moment, a potem znów podniosła wzrok na Pawła i zapytała ciszej: - Proszę pana... A może pan wie, czy w niebie są zabawki?
To było jak uderzenie pięścią w brzuch. Zastygł wpatrzony w jej okrągłe oczka, pełne niewinności, ufne, lecz z iskrą lęku, który skrywała głęboko w sobie, a którego nie powinna była odczuwać. Nie w wieku ośmiu lat. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Nim zdążył się otrząsnąć, z odsieczą przybyła mu pani Barlicka.
- Haneczko, chodź, skarbie. Wracamy do domku. Tata pomoże ci się ubrać! - zawołała córkę z drugiego końca studia, a następnie sama podeszła do Pawła, nieświadoma pytania, które zawisło w powietrzu. - Dziękujemy za fantastyczną atmosferę. To była nasza pierwsza rodzinna sesja. Nawet nie sądziłam, że będziemy się czuć tak swobodnie. Hania już dawno nie była taka szczęśliwa. - Obdarzyła go serdecznym spojrzeniem, po czym wręczyła odliczoną gotówkę. Przyjął ją od niej zdrętwiałymi palcami. - Proszę zadzwonić od razu, gdy zdjęcia będą gotowe do odbioru. Do zobaczenia.
Paweł lekko skinął głową i z zaciśniętym gardłem odprowadził wzrokiem Hanię, która z koroną w rączce pomachała mu na pożegnanie.
*
Kwadrans później wsiadł do wysłużonej Renówki i odjechał spod studia. Dotarł pod swój blok na nowohuckim osiedlu, zostawił samochód, a następnie ruszył pieszo do pobliskiego baru. Jego starszy o dwa lata brat Artur czekał już na niego przy tym samym stoliku co zawsze, jakby mebel nieformalnie należał do nich. Czwartkowe posiadówki już dawno stały się ich tradycją. Mogli sobie na to pozwolić z dwóch powodów: Artur pracował w trybie czterodniowym i to właśnie czwartki teściowa Pawła zarezerwowała sobie jako dni, kiedy spędzała czas z Zoją i Tymkiem.
Paweł potrzebował tych krótkich wypadów z bratem; były dla niego jak terapia. Artur doskonale zdawał sobie z tego sprawę, dlatego traktował je z równą powagą jak spotkania z kontrahentami biznesowymi z branży IT, w której pracował. Bracia Wolińscy różnili się pod wieloma względami, zarówno podejściem do życia, jak i wyglądem. Artur golił głowę do zera, zaś z pietyzmem pielęgnował brodę, podczas gdy Paweł wolał krótki, lekki zarost i włosy, które dało się przeczesać grzebieniem. Dla młodszego z braci rodzina była najważniejsza, marzył o niej, odkąd sięgał pamięcią, natomiast Artur zawsze cenił niezależność i indywidualność. Mijali się w wielu poglądach, stylu życia, zainteresowaniach czy planach na przyszłość. A mimo to jeden za drugiego wskoczyłby w ogień.
Wychowali się w niewielkiej wsi na Pomorzu, w zwyczajnej, kochającej się rodzinie. Rodzice nie spełniali każdej ich zachcianki, lecz nie brakowało im tego, co najważniejsze. Chodzili najedzeni, schludnie ubrani, nie musieli o nic walczyć, poświęcali czas na naukę, aż w końcu przyszła pora na wyfrunięcie z gniazda. Oczywiście pierwszy wyjechał Artur, na studia do Krakowa. Mieszkał na stancji i przecierał szlaki młodszemu bratu, który dołączył dwa lata później. I tak już tutaj zostali, razem. Nie wyobrażali sobie życia w różnych miastach. Łatwiej było opuścić rodziców, których odwiedzali w każde święta i w jeden tydzień wakacji, niż zgodzić się, by to ich dzieliła odległość. Dla Pawła Artur był nie tylko bratem, ale i przyjacielem, jedynym, jakiego miał. Uczestniczył we wszystkich najważniejszych momentach jego życia, począwszy od nauki jazdy na rowerze, aż po świadkowanie na ślubie. Był ulubionym wujkiem jego dzieci, choć nie zdecydował się na własne. Ściślej mówiąc, nie zdecydował się nawet na to, by dzielić codzienność z drugą osobą, co regularnie stawało się tematem dyskusji z matką. Suszyła mu o to głowę za każdym razem, zbulwersowana faktem, że jej pierworodny postanowił zostać starym kawalerem. Chciała nawet wziąć sprawy we własne ręce i umawiać go z córkami koleżanek, aż w końcu zażądała, by Artur przynajmniej spróbował poznać kogoś przez Internet. Jedna z ciotek podpowiedziała jej, że to teraz modne.
Artur miał tak bardzo dosyć jej gadania, że w końcu skapitulował. Zawsze był posłusznym synem, dlatego spełnił prośbę strapionej rodzicielki i założył konto na jednym z portali randkowych. Nie zamieścił zdjęcia. Jedynie kilkuzdaniowy opis: "Łysy i bezdzietny z wyboru. Miałem kota, ale uciekł, gdy tylko usłyszał, jak chrapię. Na pierwszej randce zawsze zwracam uwagę na oczy kobiety. Jeśli je posiada, to wiem, że nie mam szans".
Do dziś nie dostał wiadomości od żadnej potencjalnej kandydatki, co niewątpliwie uznawał za sukces.
- No cześć, Pawlo! - Artur wstał z miejsca i przywitał się z bratem tak jak zawsze: mocnym klepnięciem w ramię, od którego nieraz zostawał siniak. - Co dziś bierzemy?
- Obojętnie. Ale dla mnie podwójnie - odparł posępnie.
Uśmiech zniknął z twarzy Artura, gdy zrozumiał, że ten wieczór nie będzie beztroski. Wstrzymał się jednak z zadawaniem pytań. Poszedł do baru, a po chwili wrócił z trzema kuflami piwa.
- Wedle życzenia - powiedział, stawiając jeden przed sobą, dwa przed bratem.
Paweł od razu wypił kilka solidnych łyków. Westchnął ciężko i dopiero wówczas podniósł wzrok na Artura, który przyglądał mu się z uwagą i wyczekiwaniem.
- Mam dość - oznajmił.
- Czego?
- Swojej pieprzonej pracy - wycedził Paweł przez zaciśnięte zęby. - Nie tego chciałem, kiedy zaczynałem w fotografii. Moi koledzy uwieczniają chrzty, śluby, pijanych wujków na weselach albo pracują z modelkami modowymi. Z tego się utrzymują. A ja? Wybrałem dział, który formalnie nie istnieje. I mam dość. Nie jestem żadnym cholernym misjonarzem, żeby musieć to znosić i odpowiadać na pytania umierających ośmiolatek, czy w niebie są zabawki...
Artur pokiwał głową, rozumiejąc już wszystko.
- Znowu dziecko... - Choć te słowa nie zabrzmiały jak pytanie, Paweł ponuro przytaknął. - Mówiłeś, że więcej nie będziesz przyjmował dzieci...
- A co mam zrobić? Selekcję? "Wy z babcią, to w porządku, zapraszam. Ale z dzieckiem idźcie sobie gdzieś indziej" - oburzył się w emocjach. - Nie potrafię tak. Mam, kurwa, za dobre serce. Nie umiem odmówić, gdy przychodzą akurat do mnie... Bo ktoś im mnie polecił, bo słyszeli, że ja "będę wiedział, jak się zachować" - prychnął. - Gówno prawda. Wcale nie wiem, jak się zachować. Dzisiejsze pytanie ścięło mnie z nóg. Dzieciństwo jest po to, by się śmiać, bawić, cieszyć się życiem, a nie... umierać. A to właśnie dzieci przychodzi najwięcej...
- Nigdy się nie wtrącałem, ale od początku uważałem, że fotografowanie ludzi śmiertelnie chorych jest bardzo złym pomysłem. To jak praca na onkologii albo w prosektorium, tylko estetycznie zapakowana. Żeby obcować ze śmiercią, trzeba mieć stalową psychikę. Podziwiam, że wytrzymałeś tyle lat. - Artur zrobił pauzę i upił łyk piwa. - Ale z jednym się zgadzam. Masz za dobre serce. Masochistycznie za dobre... dlatego nie wierzę, że rzucisz tę robotę.
- To już postanowione, na sto procent. Jutro mam ostatnią klientkę. Potem Green Rose przestaje istnieć - zadeklarował twardo Paweł, a głos nawet mu nie zadrżał przy ostatnich słowach.
Choć Artur wciąż nie wyglądał na przekonanego, zdecydował się przyjąć tę wersję.
- No dobrze... To co w takim razie zamierzasz robić? Wrócisz do fotografowania ślubów?
- Nie. Przynajmniej nie teraz. Potrzebuję detoksu od aparatu. Wypaliłem się. Patrzę przez obiektyw i nie czuję niczego... Tylko gniew i cholerną niesprawiedliwość. - Przygasł znowu, wbijając wzrok w kufel piwa.
- Studiowałeś grafikę komputerową. Znasz programy do obróbki zdjęć. Może coś w tym kierunku?
- Może...
- Nie bez powodu pytam. U mnie w firmie szukają grafika. Na razie zbierają CV, potem ruszy konkurs. Mam dobre relacje z szefem, więc mogę szepnąć słówko, żeby zwrócili uwagę na twoją kandydaturę.
Paweł raptem podniósł spojrzenie na brata. Jego twarz pojaśniała, a w oczach błysnęła iskra zapału.
- Naprawdę? Mógłbyś?
- Pod jednym warunkiem: wchodzisz w to na serio. Nie chcę usłyszeć za miesiąc, że aparat cię woła, do drzwi zapukała biedna, chora sierotka i wracasz do branży. Poręczę za ciebie i nie zamierzam potem świecić oczami.
- Przecież mnie znasz. Nie wystawię cię, a decyzję już podjąłem. Myślałem o tym od dawna, a dziś przelała się czara goryczy. Naprawdę potrzebuję przerwy. Nie sprzedaję aparatu, ale jeśli kiedyś wrócę, to tylko hobbystycznie i na małą skalę... - Wypowiedź zakłóciła mu melodia dzwoniącego telefonu. Paweł spojrzał na obcy numer na wyświetlaczu i odebrał, doskonale wiedząc, czego się spodziewać.
- Dobry wieczór, czy dodzwoniłam się do pana Wolińskiego? - odezwał się delikatny kobiecy głos.
- Zgadza się.
- Nazywam się Kinga Dyjan. Dzwonię w sprawie sesji zdjęciowej...
- Niestety, już nie przyjmuję zleceń - przerwał jej łagodnie, lecz stanowczo.
Kobieta wyraźnie się zdziwiła.
- Och, jak to? Od kiedy?
- Od dzisiaj. Przykro mi.
Rozłączył się szybko, nieelegancko, lecz zrobił to w popłochu, by przypadkiem jej kolejne zdanie nie wpłynęło już w żaden sposób na jego decyzję. Po raz pierwszy naprawdę komuś odmówił. Serce biło mu jak oszalałe, kiedy przeniósł wzrok na brata.
- Widzisz? Nie żartowałem. - Uśmiechnął się półgębkiem.
Artur patrzył na niego z wyrazem szoku i zdumienia. Po chwili również i jego twarz się rozpromieniła.
- A zatem chyba trzeba wznieść toast. - Uniósł kufel, a Paweł ochoczo zrobił to samo. - Za nowy rozdział, a raczej za nowy kadr w twoim życiu. Podjąłeś bardzo dobrą decyzję, Pawlo. Może w końcu trochę odżyjesz. Pamiętaj, że nic nie jesteś winien Róży.
To rzucone na głos imię sprawiło, że przez ciało Pawła przemknął dreszcz.
- Za nowy kadr... - powtórzył cicho i stuknął kuflem o kufel brata.
Tylko on jeden wiedział, że ten "nowy kadr", za który wznosił toast, to tylko niestaranna odbitka życia, które bezpowrotnie było już za nim.
*
Paweł wracał do domu piechotą, czując w ciele dziwne mrowienie. Bynajmniej nie był to skutek wypitego wcześniej alkoholu, lecz decyzji, którą podjął, a która echem rozbrzmiewała w jego głowie.
Green Rose przestaje istnieć. Ten górnolotny, chwalebny projekt; inicjatywa, którą zapoczątkowała Róża. To właśnie ona potrafiła dostrzec sens tam, gdzie inni widzieli tylko cierpienie. Jej dobre serce czasami przypominało Pawłowi studnię, z której można było czerpać bez końca. Już w dniu, kiedy ją poznał, zrozumiał, że jest wyjątkowa. Pamiętał ten moment tak wyraźnie: wielka aula uniwersytetu, dziesiątki studentów i ona - w lekkiej sukience do kolan. Z mikrofonem w dłoni stanęła pośrodku, by jako przewodnicząca roku przekazać garść informacji. Zaczęła mówić o tym, że studia to nie tylko etap zdobywania wiedzy i nowych przyjaźni, lecz także wyjątkowa okazja, by zrobić coś, na co wcześniej brakowało dojrzałości, a na co później może zabraknąć czasu. Opowiadała o wolontariatach; miała ze sobą całą listę miejsc, w których można było pomóc: od schronisk dla zwierząt, przez domy opieki, aż po hospicja.
- Filantropka roku - parsknął kpiąco jeden z jego kolegów, jednak Paweł go zignorował.
Zasłuchał się w jej przemowie. Od kiedy wyszła na środek auli, był nią oczarowany. Naturalna, piękna, z subtelnym uśmiechem. Jej brązowe włosy z grzywką zaczesaną na bok miękko opadały na ramiona, a duże ciemne oczy błyszczały ognikami entuzjazmu. W pewnym momencie ich spojrzenia przypadkowo się spotkały. Dostrzegła w nim zainteresowanie i zaczęła mówić jakby tylko do niego. A on wówczas przepadł całkowicie.
Odważył się do niej zagadnąć już następnego dnia, gdy natknął się na nią na korytarzu, między wykładami. Powiedział, że chciałby się zapisać na wolontariat, i zapytał, który poleca.
- Och, to zależy przede wszystkim od ciebie... Od twojej wrażliwości, odporności psychicznej... - odpowiedziała tak ciepłym, niemal troskliwym głosem, że aż zmiękły mu kolana.
- A ty? Gdzie chodzisz?
- Do DPS-u.
- Więc wybieram ten.
Róża zarumieniła się i obdarzyła go uśmiechem, jakby doskonale zrozumiała jego intencje. Wymienili się numerami, umówili na najbliższy weekend, a jego serce robiło salto ze szczęścia, mimo świadomości, co tak naprawdę go czeka.
Pierwsza wizyta w Domu Pomocy Społecznej była dla niego trudnym doświadczeniem. Zderzył się z cierpieniem, samotnością, bólem i przemijaniem. Czuł się jak przestraszony szczeniak wyrzucony na środku autostrady, ale Róża pomogła mu się w tym odnaleźć. Staruszkowie ją uwielbiali, a on coraz bardziej ją podziwiał. Wspólna praca zbliżyła ich do tego stopnia, że trzy lata później zostali małżeństwem.
Ich miłość kwitła, dobrze im się wiodło, a na świecie pojawiła się Zoja. Pawłowi, który od wielu lat pasjonował się fotografią, udało się zrobić to, o czym marzył - swoje hobby zamienił w pracę. Jeździł z aparatem po rozmaitych uroczystościach; uwieczniał chrzciny, komunie, śluby i wesela. Chwytał ulotne szczęście z najważniejszych momentów ludzkiego życia, sprawiając, że pamięć o nich stawała się wieczna. Róża za to wciąż oddawała swoje serce i dobroć innym, tak jak czyniła na studiach.
Pewnego dnia wróciła do domu z hospicjum, w którym pomagała, i już w przedpokoju rzekła do niego z entuzjazmem:
- Wiesz... Jest taki plan. Może wziąłbyś aparat i zrobił kilka pamiątkowych zdjęć podopiecznym i ich rodzinom? Rzuciłam ten pomysł mimochodem, a sporo osób jest zainteresowanych. Ładnie się ubiorą, zorganizuję makijażystkę. Poczuliby się wyjątkowo.
Paweł zgodził się bez wahania. Nie potrafił jej odmówić, choć żołądek od razu zacisnął mu się ze stresu. Nigdy wcześniej nie był w hospicjum; co najwyżej odprowadzał Różę pod drzwi. Bał się, że powie coś nieodpowiedniego, że nie będzie wiedział, jak się zachować w stosunku do ludzi tak ciężko chorych, stojących u kresu życia. Wolno mu z nimi żartować? Czy jednak powinien utrzymywać powagę?
- Bądź sobą - powiedziała Róża, gdy podzielił się z nią obawami. - Traktuj ich normalnie. To takie same osoby jak ty czy ja. Nie chcą w każdej sekundzie pamiętać o chorobie, ale wiedzą, że ona jest. Nie musisz się przesadnie gryźć w język.
Tak też Paweł zrobił. Był sobą i to wystarczyło, by podopieczni hospicjum, choć zmęczeni i sponiewierani przez choroby, otworzyli się przed nim, gdy stał za obiektywem. Uśmiechali się, ekscytowali chwilą beztroskiej radości, jakby na moment zapomnieli o nieubłaganej rzeczywistości. Emocje tego dnia wywołały u Pawła potężny ból głowy, ale czuł satysfakcję. Wówczas jeszcze nie podejrzewał, że to, co miało być jednorazowym doświadczeniem, pochłonie go na lata.
Gdy tylko oddał gotowe zdjęcia, posypały się kolejne prośby. Pocztą pantoflową przekazywano sobie jego nazwisko. Zachwalano, że wyszło pięknie, z atmosferą. Niosły się rozmowy, wymiany doświadczeń. A to, że ktoś był już kiedyś u pewnego fotografa, ale tamten zachowywał się sztywno, mając minę, jakby fotografował ciało w grobie. A inny biadolił i współczuł na pokaz, co budziło jedynie złość i niechęć. A u Pawła tak swobodnie, normalnie, jak u przyjaciela.
Róża współpracowała z wieloma placówkami. Miała ukończone kursy opiekunki i pielęgniarki, pomagała w DPS-ach, hospicjach, znała wielu lekarzy i ludzi z branży charytatywnej, którzy robili rzeczy ważne, choć często niewidzialne. Pomysł tego typu unikalnych sesji zdjęciowych szybko rozlał się po Krakowie i okolicach. I to właśnie z inicjatywy Róży powstało studio Green Rose.
Nazwa była pomysłem Pawła. Symbolizowała nie tylko imię jego ukochanej żony, ale i całą ideę projektu. Kwiat... Piękny, lecz delikatny, nietrwały, z kolcami niczym ludzkie życie. Zieleń była kolorem nadziei dla każdego, kto stawał przed obiektywem. Bo to właśnie nadzieja trzymała się ich najdłużej, a często i do samego końca.
Ale dziś Paweł czuł, że dotarł do kresu tej drogi i nadziei już tam nie było. Zwiędnął jak ich Zielona Róża. Pasja stała się ciężarem, przykrym obowiązkiem. Nie potrafił już dłużej patrzeć przez obiektyw na oczy, które niejednokrotnie gasły, nim zdążył dopracować i wywołać zdjęcia. Każda taka sesja była dla niego jak rana. Zanim jedna się zabliźniła, już otwierała się kolejna. Nie dawał rady znosić tego przez kolejne tygodnie, miesiące, lata.
Rześkie wieczorne powietrze nieco ostudziło w nim emocje, które zostały przywiane przez wspomnienia. W końcu dotarł do swojego bloku - długiego, szarego kolosa, który wyrósł w Nowej Hucie jeszcze w latach sześćdziesiątych. To spółdzielcze mieszkanie na czwartym piętrze udało im się dostać z Różą niedługo po ślubie. Windy nie było, ale Paweł przyzwyczaił się już do codziennych przebieżek po schodach z torbami pełnymi zakupów czy z fotograficznym sprzętem. Wdrapał się na piętro, wsunął klucz do zamka i z zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że drzwi nie są zamknięte. Wszedł do środka, a na widok teściowej siedzącej w kuchni zdziwił się jeszcze bardziej. Nigdy nie czekała na jego powrót. Odprowadzała dzieci i znikała jak najszybciej, jakby wręcz pragnęła zminimalizować kontakty z zięciem do zera.
- Coś się stało? - zapytał szczerze zaniepokojony. - Gdzie dzieciaki?
- W swoich pokojach. Tymek chyba już śpi, a Zoja się uczy na jutrzejszy sprawdzian. - Aneta Magiera zmierzyła go cierpkim wzrokiem. Siedziała sztywno, z nogą założoną na nogę i z drogą torebką, którą szczelnie trzymała w ramionach, jakby pod stołem czaił się ktoś, kto zechce jej ją wyrwać. Siwiejące włosy z pasemkami miała dziś wytapirowane mocniej niż zwykle. Fryzura przypominała Pawłowi gniazdo szerszeni i kąciki jego ust uniosły się nieznacznie na to skojarzenie.
- Cóż... Dziękuję, że mama tu z nimi zaczekała, choć niepotrzebnie. Zoja to odpowiedzialna dziewczyna i wzorowa siostra. Doskonale sobie radzi - rzucił mimochodem, dając delikatną aluzję, że teściowa może już iść.
- Czekałam na ciebie, bo mam sprawę. Chcę zabrać dzieci na wakacje, na początku lipca, na dwa tygodnie. Chyba nie masz nic przeciwko?
- Nie mam - odpowiedział bez wahania.
- To dobrze, bo już wykupiłam wczasy. Musisz mi tylko napisać zgodę.
- Jaką zgodę?
- No taką, żebym nie miała problemów na lotnisku. Dzieciaki są niepełnoletnie, więc muszę mieć zgodę rodzica, że je zabieram za granicę. Potem trzeba to przetłumaczyć u notariusza i...
- Zaraz, moment - przerwał jej, marszcząc brwi. - Jakie lotnisko? Jaka zagranica? Myślałem, że chodzi o wakacje nad morzem, jak zawsze.
- No, nad morzem, ale tym razem Śródziemnym. We Francji.
Paweł stanął jak wryty.
- Nie ma mowy.
- Co? - Aneta Magiera z miejsca się nastroszyła. - Niby dlaczego nie?! Ja już zarezerwowałam!
- Bo to dwa tygodnie we Francji! Nawet mnie mama nie zapytała, czy mnie na to stać!
- To wiadome, że cię nie stać. Ciebie nigdy na nic nie stać - prychnęła. - Nie chcę od ciebie żadnych pieniędzy. Sama zafunduję dzieciom wyjazd. Wystarczy, że podpiszesz zgodę.
- A jak mi mama ich nie odda? - wypalił nagle, w zupełnym odruchu, sam zaskoczony, że ta irracjonalna, pełna obaw myśl wymknęła mu się przez usta.
Aneta wybałuszyła oczy.
- Ciebie chyba Bóg opuścił - parsknęła kpiąco. - A niby czemu miałabym ci ich nie oddać? Są twoje. Niestety. Chyba za dużo wypiłeś, że gadasz takie bzdety. Zresztą czuć od ciebie piwskiem. - Zgromiwszy go spojrzeniem, wstała z krzesła i ruszyła przez kuchnię. - Zastanów się. Dzieciaki jeszcze nic nie wiedzą, ale jestem pewna, że się ucieszą. Tymuś mi mówił, że chciałby popływać w ciepłym morzu, a Zoja na pewno chętnie pobiega po sklepach z modnymi ciuchami. Mieliby jakiś relaks i odskocznię po tym wszystkim... - ucięła i zatrzymała się w progu, gdzie znów odwróciła się do Pawła. - I jeszcze jedno. Coś sobie ostatnio przemyślałam i wolałabym, abyś przestał nazywać mnie "mamą". To już przecież nieaktualne.
- Słucham? - Te słowa wprawiły go w osłupienie. - Jak zatem mam się zwracać?
- Nie wiem. Możesz "pani", bo po imieniu będzie jeszcze dziwniej.
- A dzieci? Też mają mówić "pani"?
- Zdurniałeś? - Aneta spojrzała na niego krzywo. - Oczywiście, że nie. To są moje wnuki i nigdy nie przestaną nimi być. Ale ty zięciem już nie jesteś - spuentowała i nie czekając na żadną odpowiedź, wyszła z mieszkania.
Paweł usiadł na krześle. Przetarł zmęczone oczy, a jego ramiona opadły pod ciężarem bezradności. Nigdy nie przepadał za tą kobietą, lecz to jawne odrzucenie z jej strony sprawiło mu ból większy, niż byłby w stanie przypuszczać.
Aneta Magiera miała jednak rację. Z formalnego punktu widzenia nie był już członkiem jej rodziny.
Ponieważ Róża nie żyła.