Idealny dom dla kobiet - André Miroire

Kup ebooka

24.50 zł
20.34 zł (20,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Idealny Dom dla KobietAndré Miroire

9 lip­ca

Idę tam, bo w koń­cu je­stem dzien­ni­kar­ką. Z po­czu­cia czy­ste­go obo­wiąz­ku, bez żad­nych spe­cjal­nych emo­cji, czy pod­nie­ce­nia fak­tem spo­tka­nia z nie­zna­nym, w tym nud­nym, pre­ten­sjo­nal­nie głu­pim kra­ju, gdzie na­wet mi­lio­ne­rzy nie wie­dzą, jak z kla­są wy­dać swo­je pie­nią­dze. Pew­nie dla­te­go ten pro­jekt wy­my­śli­li Ame­ry­ka­nie. Nie mia­łam wy­bo­ru. Po kil­ku ty­go­dniach sta­rań i ocze­ki­wa­nia, wy­peł­nie­niu an­kie­ty - wresz­cie wczo­raj, na ty­dzień przed urlo­pem, do­sta­łam to za­pro­sze­nie. Więc idę. Na­stęp­ny wpis za kil­ka dni. Całe szczę­ście, że przy­najm­niej tu­taj mogę za­pi­sać to, co na­praw­dę my­ślę, a cze­go nie mó­wię na­wet Basi. Do­bra­noc i ca­łu­sy, moje Guru! Idę. Gdy­by ktoś kie­dyś zna­lazł ten pa­mięt­nik, to zna­czy, że umar­łam. Mam na­dzie­ję, że będą to moje wnu­ki.

Na­wet w pa­mięt­ni­ku nie mogę być do koń­ca szcze­ra - po­my­śla­ła z lek­kim ża­lem. - Cho­ciaż chy­ba i tak tro­chę prze­sa­dzi­łam. W koń­cu i tak prze­cież nie zo­sta­nę pi­sar­ką - uśmiech­nę­ła się sama do swo­ich my­śli, wspo­mi­na­jąc daw­ne ma­rze­nia o peł­nym fa­scy­nu­ją­cych spo­tkań ży­ciu. Odło­ży­ła do szu­fla­dy opra­wio­ny w ko­lo­ro­wy de­seń no­tat­nik. Wpraw­nym okiem rzu­ci­ła jesz­cze na zo­sta­wia­ny ba­ła­gan: nie­za­sła­ne, wiel­kie, mał­żeń­skie łoże, no­wo­cze­sny, za­sta­wio­ny fla­ko­ni­ka­mi z ostat­nich per­fu­miar­skich eks­pe­ry­men­tów kre­dens pod ścia­ną, pu­sty, zim­ny te­raz eks­pres Bial­let­tie­go na sto­li­ku. Wszyst­ko na swo­im miej­scu. Za kil­ka­dzie­siąt go­dzin z po­wro­tem, mała drzem­ka (chy­ba od­sta­wią mnie z po­wro­tem?), w po­łu­dnie śnia­da­nie na ta­ra­sie z wi­do­kiem na po­kry­te zie­le­nią wzgó­rza, ar­ty­kuł, a po­tem już tyl­ko - pa­ko­wa­nie. A za kil­ka dni - adieu! Uśmiech­nę­ła się do lu­stra na myśl o pla­no­wa­nych wa­ka­cjach. Spraw­dzi­ła to­reb­kę. Kar­net za­pro­sze­nia, szmin­ka, róż, błysz­czyk, cień do po­wiek, no­tat­nik, dłu­go­pis, dyk­ta­fon. Wszyst­ko na miej­scu. Wy­łą­czy­ła pry­wat­ną ko­mór­kę i odło­ży­ła ją na pół­ce w przed­po­ko­ju. Świa­tło, ostat­ni rzut oka na ciem­ne te­raz wnę­trze, a po­tem na smut­ny, oświe­tlo­ny gołą, sa­mot­ną ża­rów­ką ko­ry­tarz. Za­mknę­ła drzwi i za­czę­ła scho­dzić po pu­stych o tej po­rze, sze­ro­kich, sta­rych, choć na szczę­ście do­brze utrzy­ma­nych scho­dach ka­mie­ni­cy. Na uli­cy pa­no­wał zwy­kły ruch cie­płe­go, miej­skie­go wie­czo­ru. Ro­zej­rza­ła się. Jest! Tak­sów­ka sta­ła pod sa­mym do­mem, ale tak­sów­karz jak zwy­kle po­my­lił wej­ście.

- Wy­raź­nie mó­wi­łam 31 b. Ale oni za­wsze się mylą. Zbyt rzad­ko jeż­dżę tak­sów­ka­mi - po­my­śla­ła, z ża­lem zer­ka­jąc na swój za­par­ko­wa­ny z boku sa­mo­chód. Nie­ste­ty, taki dali wa­ru­nek. Spo­ty­ka­my się i je­dzie­my na miej­sce ich li­mu­zy­ną. - Głu­pi mas­su­dzi. I jesz­cze obie­cu­ją przy­jem­ność dla każ­de­go. To zna­czy: dla każ­dej - po­pra­wi­ła się w my­śli. - Ale już nie­dłu­go zli­kwi­du­je­my ten pro­blem. Cie­ka­we jak zor­ga­ni­zu­ją mi po­dróż. Na pew­no sa­mo­lot. Po wszyst­kim opi­szę ten ich przy­by­tek i zy­skam sła­wę i pie­nią­dze. Na Pu­lit­ze­ra z pew­no­ścią wy­star­czy jed­na do­brze na­pi­sa­na stro­na - w koń­cu to Ide­al­ny dom dla ko­biet! - za­śmia­ła się w du­chu, cho­ciaż w głę­bi du­szy czu­ła mimo wszyst­ko na­ra­sta­ją­cy od wczo­raj po­wo­li, acz nie­uchron­nie lek­ki nie­po­kój. - Cie­ka­we, co tym ra­zem wy­my­śli­li - po­my­śla­ła. Ofi­cjal­nie to tyl­ko zwy­kły bur­del. Tyle, że su­per strze­żo­ny. Co do resz­ty, zo­ba­czy­my.

- Pod ga­le­rię! - za­rzą­dzi­ła.

- Oczy­wi­ście! - uśmiech­nął się, spo­glą­da­jąc na nią z lu­ster­ka kie­row­ca.

Ru­szy­li z pi­skiem opon, spraw­nie włą­cza­jąc się do nie­wiel­kie­go o tej po­rze ru­chu. Po­zer - po­my­śla­ła, pa­trząc na ko­lej­ne, prze­su­wa­ją­ce się za oknem ob­raz­ki: mi­ga­ją­ce co­raz gę­ściej i co­raz ja­śniej­sze re­kla­my zna­nych skle­pów, logo zna­nych ma­rek i ga­dże­tów, obo­jęt­nie prze­cho­dzą­cy obok nich zre­lak­so­wa­ni i wy­raź­nie upo­je­ni let­nim wie­czo­rem prze­chod­nie. Ja­kaś para: mło­dy męż­czy­zna, a wła­ści­wie chło­pak, przy­stoj­ny, obej­mu­je mło­dą dziew­czy­nę w czer­wo­nej, zwiew­nej, je­dwab­nej su­kien­ce, szep­cząc jej coś do ucha. Mo­ni­que ką­tem oka do­strze­ga twarz prze­ra­żo­nej, wpa­da­ją­cej nie­mal w hi­ste­rię dziew­czy­ny i zno­wu prze­chod­nie, ja­kiś męż­czy­zna w czar­nej skó­rze wsia­da­ją­cy na har­leya i za­pusz­cza­ją­cy po­tęż­ny sil­nik, mi­ja­ją­cy ich sza­ry ka­brio­let z po­ły­sku­ją­cym w świe­tle mi­ga­cza logo mer­ce­de­sa, neo­ny ko­lej­nych, do­brze zna­nych z co­dzien­nych spa­ce­rów skle­pów.

- Na rand­kę? - za­gad­nął kie­row­ca, nie prze­sta­jąc lu­stro­wać wzro­kiem sie­dzą­cej z tyłu atrak­cyj­nej pa­sa­żer­ki.

- Pro­szę?

- O tej po­rze chy­ba na rand­kę!

- Nie, służ­bo­wo... - za­wa­ha­ła się. - Prze­pra­szam, ale mu­szę jesz­cze coś zro­bić! - rzu­ci­ła.

- Ja­sne! - uśmiech­nął się wy­ro­zu­mia­le, od­wra­ca­jąc się.

Nie cze­ka­jąc na ko­lej­ne py­ta­nie, się­gnę­ła do to­reb­ki, wy­ję­ła oto­czo­ny pla­ty­no­wą ram­ką, wy­sa­dza­ny ma­leń­ki­mi bry­lan­ci­ka­mi, czar­ny te­le­fon i po chwi­li stu­ka­nia wy­sła­ła SMS. - Te­raz do­brze - po­my­śla­ła. Po dzie­się­ciu mi­nu­tach mil­czą­cej jaz­dy do­je­cha­li na miej­sce.

- Pod bocz­ne wej­ście za ro­giem, po­pro­szę! - po­pra­wi­ła się.

Ru­szy­li i po kil­ku­na­stu se­kun­dach skrę­ci­li w bocz­ną, jak zwy­kle sła­bo oświe­tlo­ną, po­grą­żo­ną te­raz w lek­kim pół­mro­ku ulicz­kę.

- Pro­szę się za­trzy­mać tu­taj! - wska­za­ła na miej­sce za sto­ją­cą kil­ka­na­ście me­trów da­lej li­mu­zy­ną.

- No, no! Ład­ne au­tko! - za­piał z za­chwy­tu kie­row­ca. - Bo­ga­ty na­rze­czo­ny?

- Nie pana spra­wa! - ucię­ła, się­ga­jąc do to­reb­ki. - Po­win­no wy­star­czyć - po­da­ła mu bank­not i, nie cze­ka­jąc na resz­tę, wy­szła na chod­nik.

Ro­zej­rza­ła się, ale poza sa­mo­cho­dem na po­grą­żo­nej w głę­bo­kim cie­niu, pu­stej o tej po­rze ulicz­ce zo­ba­czy­ła tyl­ko w jej głę­bi ja­kiś wy­cho­dzą­cy na głów­ną ale­ję, ku świa­tłu, cień czło­wie­ka. - Męż­czy­zna - za­no­to­wa­ła w pa­mię­ci. - Ra­czej nie sta­ry. Wy­so­ki. Ta­kie szcze­gó­ły po­tem się przy­da­ją - po­my­śla­ła. Tak­sów­ka od­je­cha­ła, zni­ka­jąc w przy­ja­znych pro­mie­niach je­dy­nej, świe­cą­cej już, po­mi­mo dnia la­tar­ni. Spoj­rza­ła na za­par­ko­wa­ną przed nią li­mu­zy­nę. W ciem­nym, le­d­wie wi­docz­nym przez małą, tyl­ną szyb­kę wnę­trzu ry­so­wa­ła się ciem­na syl­wet­ka sie­dzą­ce­go, za­sty­głe­go w bez­ru­chu na tyl­nej ka­na­pie męż­czy­zny. Przez le­d­wie uchy­lo­ne okien­ko wy­do­sta­wa­ła się nie­zbyt moc­na, ale cha­rak­te­ry­stycz­na struż­ka dymu. - Cy­ga­ro - po­my­śla­ła. - Co za kicz! Cie­ka­we, czy dla wszyst­kich urzą­dza­ją taki cyrk, czy to tyl­ko na cześć wy­jąt­ko­wo bo­ga­tej ko­bie­ty. Gdy­by tyl­ko chcie­li, szyb­ko do­wie­dzie­li­by się, kim je­stem na­praw­dę. Nie ist­nie­je cór­ka mi­lio­ne­ra Mal­col­ma H. z Gu­ern­sey. I na pew­no nie miesz­ka w tym kra­ju i w tym wła­śnie mie­ście. I to był­by już ko­niec mo­jej hi­sto­rii. A na­wet nie zdą­ży­łam na­pi­sać tej po­wie­ści - po­my­śla­ła z ża­lem, jak­by z góry nie­świa­do­mie za­kła­da­jąc, że nie cze­ka jej tam nic do­bre­go. W naj­gor­szym ra­zie skoń­czy się tak, jak po­przed­nio. - Cie­ka­we, co by po­wie­dzie­li, gdy­bym przy­szła tu w to­wa­rzy­stwie męż­czy­zny... Ale z dru­giej stro­ny - taki za­wód - lu­bi­ła ten dresz­czyk emo­cji przed pierw­szym kon­tak­tem, pierw­szą wy­mia­ną słów, pierw­szym spoj­rze­niem w oczy. Jej pier­wot­ny, dzien­ni­kar­ski zmysł ob­ser­wa­cji nig­dy jej nie za­wiódł. - Na­wet na St. Lu­cia - po­my­śla­ła. Ani na Ukra­inie. Za­wsze w ta­kich sy­tu­acjach, po krót­kiej chwi­li wa­ha­nia, jej in­stynkt, cie­ka­wość i do­świad­cze­nie zwy­cię­ża­ły i pro­wa­dzi­ły do­kład­nie tam, gdzie chcia­ła. Do suk­ce­su. - Te­raz też tak bę­dzie - po­my­śla­ła, idąc w kie­run­ku ol­brzy­miej, bia­łej li­mu­zy­ny, nie my­śląc o szcze­gó­łach swo­je­go za­da­nia. Wy­cią­gnę­ła wy­dru­ko­wa­ne na ma­łym, przy­pró­szo­nym zło­ty­mi płat­ka­mi kar­to­ni­ku za­pro­sze­nie i po­da­ła przez uchy­lo­ne okno. Męż­czy­zna w środ­ku na­wet nie drgnął. Po dwóch se­kun­dach za­wie­sze­nia jego ręka po­ja­wi­ła się w uchy­lo­nej prze­strze­ni okna, wzię­ła po­da­ny przed­miot i wy­co­fa­ła się do wnę­trza, cho­wa­jąc ni­czym przed­po­to­po­wy jasz­czur w swo­jej ja­ski­ni. Drzwi z dru­giej stro­ny otwo­rzy­ły się nie­mal bez­sze­lest­nie. Zro­zu­mia­ła za­pro­sze­nie, obe­szła sa­mo­chód i wsia­dła.

- Mo­ni­que...

- Nie trze­ba! - prze­rwał jej na­tych­miast. Wiem, kim pani jest. Wy­star­czy za­pro­sze­nie.

Nie­co chra­pli­wy, znisz­czo­ny ty­to­niem i pew­nie al­ko­ho­lem głos był je­dy­nym szcze­gó­łem, ja­kim w pierw­szej chwi­li zdo­ła­ła od­no­to­wać. I za­pach do­bre­go ty­to­niu. - Zna­jo­my, chy­ba ku­bań­ski - po­my­śla­ła. Ciem­ne wnę­trze sa­mo­cho­du i bar­dziej niż ską­pe świa­tło z po­zba­wio­ne­go już słoń­ca za­uł­ka nie po­zwa­la­ło do­strzec nic, poza mięk­ki­mi rę­ka­wicz­ka­mi, ostrym pro­fi­lem i ra­czej szczu­płą syl­wet­ką nie­zna­jo­me­go są­sia­da. Męż­czy­zna mu­siał w ja­kiś, so­bie tyl­ko zna­ny spo­sób, dać znać sie­dzą­ce­mu za szy­bą da­le­ko z przo­du kie­row­cy, bo sil­nik li­mu­zy­ny za­czął na­gle pra­co­wać. Ru­szy­li.

- Zna pani za­sa­dy?

- Chy­ba tak - za­wa­ha­ła się.

- Żad­nych py­tań w cza­sie do­jaz­du. Na miej­scu to pani za­de­cy­du­je, czy i kie­dy wej­dzie pani do środ­ka. Pro­szę to za­ło­żyć! - po­dał jej ciem­ne, ela­stycz­ne, nie­zwy­kle do­kład­nie przy­le­ga­ją­ce do twa­rzy, czar­ne oku­la­ry.

- Ale ja przez to nic nie wi­dzę! - za­pro­te­sto­wa­ła.

- Wła­śnie o to cho­dzi! - uciął. - I tak ma być do­pó­ki nie przy­je­dzie­my na miej­sce. Nie przyj­mu­je­my przy­pad­ko­wych go­ści. I na ra­zie nie mamy pro­gra­mu dla sta­łych klien­tów. W każ­dym ra­zie nie tu, w Eu­ro­pie. Miej­sce na ra­zie jest ta­jem­ni­cą. Więc je­śli spró­bu­je pani je zdjąć, na­tych­miast za­wró­ci­my! I nie zwra­ca­my pie­nię­dzy. To ma być dla pani czy­sta przy­jem­ność. Ale osta­tecz­nie to pani po­dej­mie de­cy­zję - po­wtó­rzył su­cho, pew­nym sie­bie gło­sem, do­bit­nie ak­cen­tu­jąc każ­dą sy­la­bę. - Wzię­ła pani ta­blet­kę? To tyl­ko ła­god­ny śro­dek uspo­ka­ja­ją­cy, po­zwo­li pani przy­jem­niej spę­dzić po­dróż do celu.

Przy­tak­nę­ła. Męż­czy­zna za­cią­gnął się cy­ga­rem i po­grą­żył w głu­chym mil­cze­niu. Je­cha­li de­li­kat­nie, mięk­ko, ale szyb­ko. Przez szpa­rę w oknie po dru­giej stro­nie wiał przy­jem­ny, let­ni wia­te­rek, któ­re­go ślad od cza­su do cza­su do­cie­rał do jej po­licz­ka, mu­ska­jąc de­li­kat­nym chło­dem, jesz­cze nie­daw­no spie­czo­ne od słoń­ca usta. Za­pa­da­jąc się osta­tecz­nie w mięk­kim, obi­tym de­li­kat­ną skó­rą fo­te­lu po­czu­ła się nie­przy­zwo­icie do­brze i spo­koj­nie. Sztyw­ny, for­mal­ny, ema­nu­ją­cy od męż­czy­zny spo­kój miał jed­nak w so­bie coś ko­ją­ce­go, po­dob­nie jak mi­mo­wol­nie, ale bez opo­ru przy­swa­ja­ny po­smak do­bre­go ty­to­niu w jej ustach, łech­cą­ce­go pod­nie­bie­nie mi­łym wspo­mnie­niem faj­ki jej ojca. Ty­toń z da­le­kich kon­ty­nen­tów, za­mknię­ty w czer­wo­nym, ele­ganc­kim okrą­głym bla­sza­nym pu­deł­ku, za­my­ka­nym na dziw­ny wy­gię­ty za­trzask, któ­re­go wiecz­ko zdo­bił ry­su­nek no­bli­we­go an­giel­skie­go ary­sto­kra­ty, a może ka­pi­ta­na z faj­ką.

- Czy...?

- Pro­szę już o nic nie py­tać!

- Ale kie­dy i jak...? - Mo­ni­que pod­ję­ła ko­lej­ną pró­bę do­wie­dze­nia się cze­goś wię­cej.

- Bę­dzie­my na miej­scu za go­dzi­nę - prze­rwał. - Mia­ła pani nie za­da­wać py­tań!

- Ja­sne - wes­tchnę­ła.

Mi­ja­ły ko­lej­ne mi­nu­ty nie­za­kłó­co­nej żad­nym in­cy­den­tem jaz­dy. Rien a fa­ire1 - po­my­śla­ła, wy­obra­ża­jąc so­bie sie­bie w roli Bru­ce'a Lee, w owej sce­nie, w któ­rej, za­mknię­ty w czte­rech go­łych ścia­nach wię­zie­nia, spo­koj­nie sia­da, za­rzu­ca nun­cza­ko na szy­ję i za­my­ka oczy, bez cie­nia emo­cji cze­ka­jąc na mo­ment, w któ­rym zno­wu bę­dzie mógł pod­jąć wal­kę. Ale do­pie­ro wów­czas, kie­dy otwo­rzą się drzwi. Wsu­nę­ła się, a ra­czej wtu­li­ła głę­biej w czar­ną skó­rę nie­przy­zwo­icie dłu­giej ka­na­py, ma­chi­nal­nie ma­ca­jąc w to­reb­ce przy­jem­nie ele­ganc­ki kształt służ­bo­wej ko­mór­ki. Ko­lej­ne mi­nu­ty. Jej my­śli kon­cen­tro­wa­ły się te­raz wo­kół nie­ty­po­we­go za­da­nia. Męż­czy­zna ani razu nie od­wró­cił się, żeby na nią spoj­rzeć. Oku­la­ry unie­moż­li­wia­ły jej przy­glą­da­nie się to­wa­rzy­szo­wi po­dró­ży i dro­dze, z któ­rej w pew­nym mo­men­cie wy­ło­wi­ła tyl­ko zna­jo­my, choć nie­co stę­pio­ny dźwięk prze­jaz­du ko­le­jo­we­go. Ja­kiś klak­son, od­głos po­je­dyn­cze­go mi­ja­ją­ce­go ich sa­mo­cho­du, mo­to­cykl, od­le­gły gwiz­dek po­li­cjan­ta (czyż­by ja­kiś wy­pa­dek?), ko­lej­ny sa­mo­chód, po­tem cię­ża­rów­ka. Bar­dziej wy­czu­ła, niż usły­sza­ła, jak męż­czy­zna gasi cy­ga­ro i wy­rzu­ca za okno nie­do­pa­łek. De­li­kat­ny szmer do­my­ka­nej szpa­ry okna sa­mo­cho­du, osta­tecz­nie od­ci­na­ją­cy ją od świa­ta ze­wnętrz­ne­go, świa­ta tego zwy­kłe­go do­tąd, cie­płe­go, let­nie­go wie­czo­ru i lu­dzi idą­cych do pubu, czy na im­pre­zę, od aro­ma­tu do­bre­go, zga­szo­ne­go te­raz cy­ga­ra, za­mknię­te­go w mkną­cej ci­cho, a ra­czej co­raz wol­niej pły­ną­cej po uli­cach, a może już po ja­kiejś dro­dze, czy au­to­stra­dzie li­mu­zy­ny. Po­czu­ła sen­ność. - Ta­blet­ka? A może to cy­ga­ro było "spe­cjal­ne"? - po­my­śla­ła, za­my­ka­jąc po­wo­li, wbrew so­bie cięż­kie te­raz od snu i z każ­dą chwi­lą co­raz wię­cej wa­żą­ce oczy. Cy­ga­ro z ma­ri­hu­aną? Nie­moż­li­we. Cie­pło. Po­czu­ła, jak nie­co zbyt gru­ba war­stwa ma­ki­ja­żu de­li­kat­nie, po­wo­li pod­da­je się kro­pel­kom potu per­lą­cym się na jej czo­le, le­ni­wie spły­wa­jąc po po­licz­kach, to­ru­jąc so­bie dro­gę przez de­li­kat­ny róż w kie­run­ku pod­bród­ka. - Ale prze­cież i on by usnął... Nie­moż­li­we... - zdo­ła­ła po­my­śleć, za­nim jej gło­wa osu­nę­ła się bez­wład­nie na ra­mię, za­pa­da­jąc ca­łym cię­ża­rem w głę­bo­ki, spo­koj­ny sen. Sa­mo­chód wje­chał na au­to­stra­dę i przez ko­lej­ne go­dzi­ny wiózł po­grą­żo­nych w mil­cze­niu pa­sa­że­rów wśród za­pa­da­ją­cej po­wo­li, jak­by od nie­chce­nia nocy, su­nąc pod mi­ga­ją­cy­mi co ja­kiś czas ko­lej­ny­mi, nie­bie­ski­mi ta­bli­ca­mi kie­run­ków i zjaz­dów, skrzy­żo­wań au­to­strad i wia­duk­tów. Wkrót­ce po­tem wje­cha­li na pły­tę pry­wat­ne­go lot­ni­ska, a po­tem po plat­for­mie - na po­kład du­że­go trans­por­tow­ca. Mimo po­tęż­ne­go huku sil­ni­ków ko­bie­ta nie po­ru­szy­ła się, śniąc wła­śnie o da­le­kim ato­lu z sa­mot­ną, nie­ustan­nie tar­ga­ną przez wiatr kró­lew­ską pal­mą - ob­ra­zie za­pa­mię­ta­nym ze swo­jej ostat­niej wy­pra­wy na Ka­ra­iby. Nie­wy­raź­ne, nik­ną­ce w za­ka­mar­kach pa­mię­ci, zmik­so­wa­ne ni­czym w fan­ta­stycz­nie przy­go­do­wym fil­mie sma­głe, ni­skie po­sta­ci męż­czyzn w ko­lo­ro­wych ko­szu­lach i ha­waj­skich szor­tach, strze­la­ją­cy w ich kie­run­ku z gan­ku ol­brzy­miej ha­cjen­dy ze zna­nym jej już okrzy­kiem na ustach: Mas­sud!

***

Ko­bie­ta otwo­rzy­ła oczy. Star­szy por­tier w pro­stej, sza­rej li­be­rii po­chy­lał się nad nią życz­li­wie, po­ma­ga­jąc jej wy­siąść z li­mu­zy­ny. - Gdzie ja je­stem? Na miej­scu? Ile go­dzin mi­nę­ło? - wy­po­czę­ta, choć nie­co za­spa­na (jak to moż­li­we? - prze­cież nie było aż tak wy­god­nie), spoj­rza­ła na ze­ga­rek, ale za­miast zna­jo­mej tar­czy Qu­ar­tie­ra uj­rza­ła no­wo­cze­sny, opra­wio­ny w czar­ną, pla­sti­ko­wą opraw­kę elek­tro­nicz­ny ga­dżet.

- To pani prze­pust­ka. Praw­da, że ład­na? - uśmiech­nął się do­bro­tli­wie, jed­nak w jego oczach do­strze­gła coś na kształt bły­sku zdzi­wie­nia, za­kło­po­ta­nia, a może na­wet moc­no skry­wa­nej tro­ski.

- A mój ze­ga­rek i to­reb­ka?

- Po­zwo­li­li­śmy so­bie je za­brać i za­bez­pie­czyć. Taka za­sa­da, ma­de­mo­isel­le. Żad­nych to­re­bek, żad­nych ga­dże­tów. De­po­zyt. U nas będą bez­piecz­nie. Od­bie­rze je pani przy wyj­ściu, albo ode­śle­my je wprost do domu, czy ho­te­lu - we­dle ży­cze­nia.

- Ale...

- Więc jak?

- Od­bio­rę sama. Chwi­lecz­kę - się­gnę­ła do to­reb­ki, na ko­mór­ce, nie pa­trząc, wy­stu­ka­ła dwie li­te­ry i na­ci­snę­ła wy­ślij. Go­to­we, po­my­śla­ła, po­da­jąc męż­czyź­nie to­reb­kę.

- Do­sko­na­le! Pro­szę się nie mar­twić. Nie za­wie­dzie­my pani, za­pew­niam! - uśmiech­nął się sztyw­no, pro­fe­sjo­nal­nie, choć zda­ło się jej i tym ra­zem do­strzec w jego spoj­rze­niu coś in­ne­go, nie­ty­po­we­go - coś na kształt za­mar­łe­go w po­ło­wie dro­gi po­ro­zu­mie­waw­cze­go mru­gnię­cia.

Ro­zej­rza­ła się. Sta­ła we wnę­trzu, a ra­czej pod ko­pu­łą pod­jaz­du bu­dyn­ku, ko­ja­rzą­ce­go się jej od razu i na­tręt­nie z pew­nym wy­pa­trzo­nym kie­dyś hôtel par­ti­cu­lier na wy­spie świę­te­go Lu­dwi­ka. Ja­sny ka­mień, pro­ste, nie­mal nie­zau­wa­żal­ne ozdo­by na fa­sa­dzie, nie­zbyt już sy­me­trycz­na, zna­czą­ca dzie­dzi­niec kost­ka. Przed nią otwie­ra­ły się wiel­kie, wspa­nia­łe, po­nad trzy­me­tro­wej wy­so­ko­ści drew­nia­ne odrzwia, w któ­rych za­miast sta­re­go zam­ku za­mon­to­wa­no ja­kieś elek­tro­nicz­ne za­bez­pie­cze­nie na kar­tę. - Jak w ho­te­lu - po­my­śla­ła. - Sieć Châte­aux&Re­la­is za­pra­sza dys­tyn­go­wa­nych go­ści w swo­je skrom­ne, zam­ko­we pro­gi - nie­mal par­sk­nę­ła śmie­chem na swo­ją myśl o tym, jak mo­gło­by wy­glą­dać ta­kie po­wi­ta­nie. Li­mu­zy­na od­je­cha­ła. Dys­tyn­go­wa­ny, kor­pu­lent­ny por­tier stał te­raz nie­ru­cho­mo, za­sty­gły w za­pra­sza­ją­cym ge­ście z przy­kle­jo­nym do twa­rzy, w peł­ni już pro­fe­sjo­nal­nym uśmie­chem fran­cu­skie­go con­cier­ge'a, któ­ry wy­ro­zu­mia­le cze­ka na de­cy­zję swo­je­go go­ścia. Wo­kół pa­no­wa­ła ci­sza i po­mi­mo, że po wy­jeź­dzie sa­mo­cho­du bra­ma za­su­nę­ła się, szyb­ko i sku­tecz­nie od­ci­na­jąc ją od ze­wnętrz­ne­go świa­ta, zdo­ła­ła zo­rien­to­wać się, że tam - na ze­wnątrz - pa­nu­je noc i ra­czej nie jest to peł­na od­gło­sów sa­mo­cho­dów, mo­to­cy­kli i prze­chod­ni noc w cen­trum no­wo­cze­sne­go, du­że­go mia­sta. Ra­czej ci­sza po­ło­żo­ne­go na pe­ry­fe­riach, oto­czo­ne­go mil­cze­niem po­dob­nych doń istot do­mo­stwa, po­grą­żo­ne­go w od­wiecz­nym spo­ko­ju bez­tro­ski o spra­wy ma­te­rial­ne, o któ­re inni wal­czą na co dzień gdzieś tam, poza mu­ra­mi tego ta­jem­ni­cze­go domu, czy ra­czej re­zy­den­cji, do któ­rej opi­su przy­cho­dzi­ło jej na myśl je­dy­nie hisz­pań­skie sło­wo okre­śla­ją­ce isto­tę za­mknię­tą w so­bie, po­grą­żo­ną w za­du­mie au­to­re­flek­sji i ci­che­go, wła­ści­wie śle­pe­go i bez­gło­śne­go spoj­rze­nia na ota­cza­ją­cy ją świat: en­si­mi­sma­do. Mi­nę­ło kil­ka­na­ście, może kil­ka­dzie­siąt se­kund, za­nim ko­bie­ta zdą­ży­ła zdać so­bie spra­wę z ogar­nia­ją­ce­go ją dziw­ne­go od­czu­cia wy­po­czyn­ku i od­da­le­nia, jak­by gdzieś po­mię­dzy spę­dzi­ła całe wa­ka­cje, prze­spa­ła całą noc, z dala od dzien­ni­kar­skiej ru­ty­ny, pro­fe­sjo­na­li­zmu za­wo­dow­ca i ca­łej tej otocz­ki oso­by, któ­ra na co dzień chce być zim­na i sku­tecz­na, cza­sem jed­nak od­kry­wa, na­wet przed męż­czy­zna­mi, że jest inna, że w głę­bi sa­mej sie­bie jest prze­ci­wień­stwem zim­ne­go pro­fe­sjo­na­li­zmu, prze­ci­wień­stwem na­sta­wie­nia na zysk i na sto­ry, po­spiesz­ne­go i pew­ne­go zbie­ra­nia ma­te­ria­łu, po­rów­na­nia kil­ku wer­sji i hi­sto­rii. Wy­ko­naj i za­po­mnij! En­ter! Sta­ła te­raz nie­zde­cy­do­wa­na przed wiel­ki­mi, dę­bo­wy­mi drzwia­mi, ni­czym mała dziew­czyn­ka, któ­ra boi się prze­kro­czyć ko­lej­ny, waż­ny próg i wie, że może się wy­co­fać, że tak na­praw­dę żad­na siła (na­wet roz­kaz z agen­cji) nie może jej zmu­sić do jego prze­kro­cze­nia. Tyl­ko czy­sta cie­ka­wość, żeby nie rzec voy­eu­ryzm, ka­za­ła jej od­po­wie­dzieć na ich ostat­ni te­le­fon, po­da­jąc się za ko­goś in­ne­go, a po­tem w koń­cu wsiąść do tej dziw­nej li­mu­zy­ny, któ­ra wy­wio­zła ją tu - nie wia­do­mo gdzie - naj­pew­niej na pe­ry­fe­ria wiel­kie­go Pa­ry­ża.

- Jaka jest pani de­cy­zja? Wcho­dzi pani, czy się wy­co­fu­je? Nie ma po­śpie­chu, oczy­wi­ście - do­dał szyb­ko - ale... - za­wie­sił głos. Jego sza­re, nie­mal sta­lo­we, do­brze kom­po­nu­ją­ce się z ubio­rem oczy były te­raz spo­koj­ne i zde­cy­do­wa­ne.

- Oczy­wi­ście, że wcho­dzę! - zro­bi­ła krok do przo­du w kie­run­ku drzwi i spoj­rza­ła nań py­ta­ją­co. - Drzwi nie otwie­ra­ją się... - szep­nę­ła, zła na sie­bie za to, że w ostat­nim ułam­ku se­kun­dy po­czu­ła zno­wu ten na­gły prze­błysk bra­ku od­wa­gi.

Męż­czy­zna, uśmie­cha­jąc się pro­tek­cjo­nal­nie, ła­god­nym ge­stem się­gnął ku jej nad­garst­ko­wi, od­sło­nił tar­czę prze­pust­ki i zwró­cił ją ku urzą­dze­niu przy zam­ku, któ­re na­tych­miast za­pa­li­ło zie­lo­ny punk­cik czyt­ni­ka, po­wo­du­jąc, że drzwi za­czę­ły po­wo­li, ma­je­sta­tycz­nie roz­wie­rać się, uka­zu­jąc wy­ście­ła­ne czer­wo­nym dy­wa­nem, oświe­tlo­ne wspa­nia­łym ży­ran­do­lem u ko­pu­ły wnę­trze pysz­ne­go, kla­sycz­nie ba­ro­ko­we­go fran­cu­skie­go we­sty­bu­lu.

- Pro­szę - wska­zał ge­stem wnę­trze przy­byt­ku. - Win­da jest w głę­bi po pra­wej. Po­zna pani po ta­kim sa­mym zam­ku jak ten. Mi­łe­go wie­czo­ru, ma­de­mo­isel­le!

Mer­ci - od­po­wie­dzia­ła ma­chi­nal­nie, nie za­sta­na­wia­jąc się, dla­cze­go męż­czy­zna użył okre­śle­nia wie­czór na coś, co ewi­dent­nie było nocą. A może na­wet przed­świ­tem. No, i ta win­da w ta­kim wnę­trzu - wzdry­gnę­ła się.

- Gdy­by pani chcia­ła prze­rwać zwie­dza­nie, wy­star­czy tyl­ko na­ci­snąć przy­cisk przy tar­czy...

- Dzię­ku­ję - po­wtó­rzy­ła.

We­szła do środ­ka. Drzwi za­mknę­ły się za nią po­wo­li, lecz nie­odwo­łal­nie. Wto­pi­ła się w ogrom­ne, pu­ste, lecz nie­przy­tła­cza­ją­ce, ocie­plo­ne sto­no­wa­nym, lek­ko żół­ta­wym, miej­sca­mi in­ten­syw­nym świa­tłem i ży­wy­mi, mi­ły­mi dla oka ko­lo­ra­mi, przy­po­mi­na­ją­cy­mi wnę­trze XVII-wiecz­nych fran­cu­skich pa­ła­cy­ków. - Bra­ku­je tyl­ko kur­ty­zan - po­my­śla­ła, zbli­ża­jąc tar­czę ze­gar­ka do urzą­dze­nia przy win­dzie, któ­rą zna­la­zła do­kład­nie tam, gdzie wska­zał jej to con­cier­ge. Roz­legł się szmer otwie­ra­nych drzwi no­wo­cze­snej win­dy i wów­czas usły­sza­ła cha­rak­te­ry­stycz­ny, zna­jo­my dźwięk kon­tro­l­ki. Spoj­rza­ła na gład­ki, ni­czym nie­ska­żo­ny alu­mi­nio­wy pul­pit, na któ­rym zwy­kle w ta­kich miej­scach znaj­do­wa­ły się przy­ci­ski. Win­da za­mknę­ła się, a po­tem ru­szy­ła, szyb­ko, choć de­li­kat­nie za­głę­bia­jąc się w nie­zna­ne pod­zie­mia. Spoj­rza­ła w lu­stro i ma­chi­nal­nie po­pra­wi­ła so­bie wło­sy. - No, to za­czy­na­my - po­my­śla­ła.

***

W nie­zbyt ob­szer­nym po­miesz­cze­niu, w któ­rym sie­dział oko­ło czter­dzie­sto­let­ni męż­czy­zna je­dy­nym przy­cią­ga­ją­cym uwa­gę przed­mio­tem była wiel­ka, ope­ra­cyj­na mapa Ka­li­for­nii.

- De­tek­ty­wie! - usły­szał.

- Słu­cham!? - Jack od­wró­cił się, z lek­kim skrzy­wie­niem re­agu­jąc na za­czep­kę. Nie lu­bił, gdy za­trzy­mu­je się go aku­rat w mo­men­cie, kie­dy zde­cy­do­wał się już wyjść, za­koń­czyć ko­lej­ny, prze­ry­wa­ny zgło­sze­nia­mi o za­gi­nię­ciach, ko­lej­ny­mi ofia­ra­mi wy­pad­ków, czy gwał­tów dzień.

- Do­sta­li­śmy zgło­sze­nie z Eu­ro­py w spra­wie mas­su­dów.

- Zno­wu ko­goś zna­leź­li?

- Nie, tym ra­zem nasi ko­le­dzy z Pa­ry­ża zgło­si­li, że nasi, a ra­czej Pań­scy - wska­za­ła na nie­go pal­cem, jak­by w ge­ście oskar­że­nia - sta­rzy zna­jo­mi za­pro­si­li do sie­bie... dzien­ni­kar­kę.

- Dzien­ni­kar­kę? Chcą so­bie zro­bić re­kla­mę? Gdzie? - za­gad­nął, nie spo­dzie­wa­jąc się, że wła­śnie w tym mo­men­cie za­czy­na się w jego ży­ciu zu­peł­nie nowy etap.

- W Pa­ry­żu. Pana ulu­bio­nym mie­ście na świe­cie - rzu­ci­ła, na­śla­du­jąc spo­sób jego mó­wie­nia, uśmie­cha­jąc się przy tym sar­ka­stycz­nie i uka­zu­jąc fan­ta­stycz­nie bia­łe zęby w opra­wie ciem­nych, wpa­da­ją­cych w kar­min warg.

Cool!

- Po­dob­no nie wie­dzą, że to dzien­ni­kar­ka. My­ślą, że to po pro­stu mło­da, bo­ga­ta ko­bie­ta. Jesz­cze jed­na klient­ka z ich gru­py do­ce­lo­wej, któ­rą moż­na ła­two zma­ni­pu­lo­wać. Cho­ler­ni dzien­ni­ka­rze - po­my­ślał. - Jak na lep.

- A co mnie do tego? Tę spra­wę już daw­no prze­ję­li fe­de­ral­ni.

- Tak, ale Ja­mes twier­dzi, że to może być na­sza duża szan­sa. Kie­dy wyj­dzie, po­win­ni­śmy z nią po­roz­ma­wiać w spra­wie RPS. Wie Pan, ja­kie oni mają me­to­dy. Uwieść, oswo­ić, po­ka­zać ma­cie­rzy­sty Dom, a po­tem wy­ko­rzy­stać. Je­śli wyj­dzie - wró­ci i po­je­dzie na Ka­ra­iby, do ich cen­tra­li - do Domu. A to by już nas bar­dzo in­te­re­so­wa­ło. Więc może war­to spró­bo­wać.

- Co? Mam ją po­niań­czyć? Rzu­cić wszyst­ko i co? A może śle­dzić ją z sa­te­li­ty?

- Nie wiem, ale dzwo­ni­li z Wy­dzia­łu, że­byś tam wpadł. Dzi­siaj! - do­da­ła z na­ci­skiem.

- Ja­sne, bo aku­rat ja­kaś... - za­wa­hał się, szu­ka­jąc wła­ści­we­go okre­śle­nia - ...ko­bie­ta szu­ka so­bie ma­te­ria­łu i chce za­ro­bić for­tu­nę za pierw­szy ma­te­riał o fir­mie, któ­ra ist­nie­je tyl­ko w miej­skiej le­gen­dzie Pa­ry­ża i na ja­kiejś cho­ler­nej, za­gu­bio­nej na Ka­ra­ibach wy­spie. Świet­nie!

- Zmy­kaj! Nie py­skuj! - usły­szał w od­po­wie­dzi nie zno­szą­cy sprze­ci­wu głos pani ka­pi­tan.

Mach­nął ręką i ru­szył, trza­ska­jąc drzwia­mi i zo­sta­wia­jąc za prze­zro­czy­stą szy­bą uśmie­cha­ją­cą się szel­mow­sko prze­ło­żo­ną. - Ja­sne, może tym ra­zem się uda - mruk­nął wście­kły. - A ja mam odło­żyć wszyst­ko na bok - mecz, spo­tka­nie z Har­rym - bo gdzieś tam na dru­giej pół­ku­li ja­kiejś ba­bie za­chcia­ło się sen­sa­cji - spoj­rzał na ze­ga­rek. Za­czął li­czyć. - Dwie go­dzi­ny do San­ta Mo­ni­ca, co naj­mniej go­dzi­nę na miej­scu (duet Ja­mes i Ro­bert nig­dy nie za­wo­dzą, z każ­dym z osob­na daje so­bie radę w dzie­sięć mi­nut, ale ra­zem za­wsze tak go za­ga­da­ją, że przy naj­błah­szej na­wet spra­wie, czy no­wej in­for­ma­cji w spra­wie, któ­rą pro­wa­dzą tra­ci się co naj­mniej go­dzi­nę, za­nim po­wie­dzą co­kol­wiek fak­tycz­nie sen­sow­ne­go), po­tem go­dzi­na do domu, po dro­dze szyb­ka ko­la­cja, piwo (już po me­czu - po­my­ślał). Wy­lą­du­ję w domu gru­bo po pół­no­cy - mruk­nął do sie­bie, czu­jąc na­ra­sta­ją­cą złość. Wsiadł za kie­row­ni­cę wy­słu­żo­ne­go Pon­tia­ca i po chwi­li z pi­skiem opon ru­szył, opusz­cza­jąc pod­ziem­ny ga­raż wy­dzia­łu spe­cjal­ne­go po­li­cji LA, włą­cza­jąc się w wart­ki wciąż nurt po­po­łu­dnio­wych, su­ną­cych w pro­mie­niach go­rą­ce­go jesz­cze, ka­li­for­nij­skie­go słoń­ca aut.

Po­mo­gę so­bie - po­my­ślał, i włą­cza­jąc sy­re­nę po­li­cyj­ną za­czął ostro wy­prze­dzać ko­lej­ne ja­dą­ce przed nim sa­mo­cho­dy. Włą­czył ma­gne­to­fon i na­sta­wił mu­zy­kę na peł­ny re­gu­la­tor. Ro­xet­te za­wsze po­ma­ga­ło mu w mo­men­tach, kie­dy mu­siał się skon­cen­tro­wać i jak naj­szyb­ciej prze­bić przez mia­sto. - Co praw­da nie jest to do­kład­nie joy­ri­de2 - po­my­ślał (jak zwy­kle), ale za­wsze do przo­du. Ko­lej­ne, mi­ja­ne na czer­wo­nym świe­tle prze­czni­ce. - Tak ...just a lit­tle bit dan­ge­ro­us... jest tro­chę nie­bez­piecz­na, owszem, dla sie­bie - po­my­ślał, słu­cha­jąc po raz ty­sięcz­ny ulu­bio­ne­go ka­wał­ka. Ja­kiś żół­ty Ca­dil­lac omal nie wje­chał mu w bok sa­mo­cho­du, ha­mu­jąc w ostat­niej chwi­li, au­to­bus szkol­ny, kie­row­ca, któ­re­go twarz do­strzegł ką­tem oka, li­sten to your he­art, ja­sne, słu­chaj gło­su swo­je­go ser­ca, usu­wa­ją­cy się w po­pło­chu prze­chod­nie, she's got the look3, wsia­da­ją­cy spo­koj­nie do pa­tro­lo­we­go wozu ja­kiś po­li­cjant z pa­tro­lu, yeah, she's got the lo­oook, ster­czą­cy na ze­wnątrz w ocze­ki­wa­niu na klien­tów Chiń­czyk, I wish I co­uld fly... - Ja też chciał­bym umieć la­tać, szcze­gól­nie te­raz - po­my­ślał, skrę­ca­jąc gwał­tow­nie kie­row­ni­cą. Ko­lej­ne zdzi­wio­ne i znie­sma­czo­ne wła­sną nie­mo­cą wo­bec wy­ją­cej tuż obok po­li­cyj­nej sy­re­ny miny kie­row­ców mi­ja­nych sa­mo­cho­dów, joy­ri­de aga­in... Po go­dzi­nie i pię­ciu, czy sze­ściu prze­słu­cha­niach tego sa­me­go mix'u zo­ba­czył wresz­cie zna­jo­my wjazd do sza­re­go, nie­po­zor­ne­go, wto­pio­ne­go w sze­reg in­nych, po­dob­nych do sie­bie blo­ków bu­dyn­ku. Nie za­trzy­mu­jąc się, się­gnął do skryt­ki po pi­lo­ta, otwie­ra­jąc nie­ozna­czo­ny wjazd do pod­ziem­ne­go ga­ra­żu. Po chwi­li - na­bu­zo­wa­ny jaz­dą, por­cją ostrej mu­zy­ki, po­po­łu­dnio­wym upa­łem (ta cho­ler­na, nie­dzia­ła­ją­ca kli­ma­ty­za­cja), nie­chę­cią do świa­ta i lu­dzi - wpadł do po­ło­żo­ne­go w am­fi­la­dzie in­nych, po­dob­nych ja­skiń, na ostat­nim pię­trze biu­ra z nic nie­zna­czą­cym skró­tem na ta­blicz­ce: STD.

- Cześć, co się dzie­je? - rzu­cił w kie­run­ku sie­dzą­ce­go na fo­te­lu przy kom­pu­te­rze krę­pe­go, mło­de­go męż­czy­zny wpa­da­jąc ni­czym bom­ba do nie­wiel­kie­go po­miesz­cze­nia.

- Ja­mes! - za­wo­łał tam­ten, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na nutę za­czep­ki w gło­sie swo­je­go go­ścia od­wró­cił się, i po­ma­ga­jąc so­bie ge­stem wy­wo­łał zza prze­zro­czy­stej szy­by ko­le­gę z są­sied­nie­go biu­ra.

- Już idę - rzu­cił Ro­bert. Szyb­kim, nie­co roz­ba­wio­nym spoj­rze­niem ogar­nął całą sce­nę: wście­kłe­go Jac­ka, ga­pio­wa­tą jak zwy­kle bez­rad­ność ko­le­gi i, kry­ją­cą się wła­śnie za ho­ry­zon­tem okna, ol­brzy­mią, pur­pu­ro­wą tar­czę słoń­ca. - Za chwi­lę za­to­pi się w oce­anie. Też bym tak chciał - po­my­ślał.

- No więc, co z tego, że ja­kaś pie­przo­na dzien­ni­kar­ka... - za­czął De­tek­tyw, chcąc jak naj­szyb­ciej przejść do me­ri­tum.

- Nie de­ner­wuj się, Jack, sia­daj i po­słu­chaj! - Ro­bert za­wsze wie­dział, jak usa­dzić przy­ja­cie­la, jak lu­bił na­zy­wać w du­chu De­tek­ty­wa (nig­dy nie byli na­wet na pi­wie).

- Jean-Clau­de dzwo­nił i po­wie­dział...

- Dro­gi, ko­cha­ny, pie­przo­ny, jo­wial­ny Jean-Clau­de - wy­re­cy­to­wał na­bu­zo­wa­ny jesz­cze jaz­dą i pa­nu­ją­cym na ze­wnątrz upa­łem Jack w od­po­wie­dzi. - Tak, tak, wiem, ja­kaś dzien­ni­kar­ka zde­cy­do­wa­ła się wy­brać do Domu dla Ko­biet, czy jak to tam oni na­zy­wa­ją na uży­tek tych na­iw­nych...

- ...spra­gnio­nych wra­żeń - uciął Ro­bert.

- ...la­sek...

- ...ko­biet...

- Nie­waż­ne! Więc cze­góż tak waż­ne­go ten wasz fran­cu­ski ko­ne­ser, mon cher ami Jean-Clau­de, się do­wie­dział, że mnie tu, kur­wa, ścią­ga­cie? - rzu­cił.

Na mo­ment uspo­ko­jo­ny wy­rzu­co­ną pro­sto w twarz ko­le­gi ko­lej­ną wią­zan­ką opadł w koń­cu na pod­su­nię­ty mu fo­tel. Ro­bert spoj­rzał na nie­go przez mo­ment bez sło­wa, wy­mie­nia­jąc z ko­le­gą po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia.

- Za­cznij­my od po­cząt­ku, OK? - jego głos tchnął spo­ko­jem. Się­gnął po lap­top, od­pa­lił go i włą­czył rzut­nik na ścia­nę.

- Za­czy­na się - po­my­ślał zre­zy­gno­wa­ny Jack.

- Jak wiesz, Mas­sud to jed­no­cze­śnie imię i sym­bol, wy­cią­gnię­ty z cze­lu­ści ana­to­lij­skich le­gend przez tego czło­wie­ka, któ­re­go do­brze znasz - Ro­bert ru­chem gło­wy wska­zał na ekran, na któ­rym na pod­jeź­dzie ja­kie­goś lot­ni­ska w jed­nym z raj­skich za­kąt­ków pla­ne­ty (o czym świad­czy­ły pysz­nią­ce się na tle błę­kit­ne­go nie­ba pal­my kró­lew­skie) sta­ła czar­na li­mu­zy­na, z któ­rej okna wy­chy­la­ła się, czę­ścio­wo za­kry­ta za­ro­stem twarz na oko czter­dzie­sto­let­nie­go męż­czy­zny.

- Tro­chę się po­sta­rzał. Czy to siwe pa­sem­ka? - za­kpił Jack, ru­chem gło­wy wska­zu­jąc na nie­zbyt wy­raź­ny cień na za­ro­ście.

- Daj spo­kój i słu­chaj - uciął dru­gi z męż­czyzn.

- Wciąż jesz­cze nie je­ste­śmy w sta­nie po­wie­dzieć - pod­jął Ro­bert - jaki jest zwią­zek mię­dzy po­da­niem o mę­skim od­po­wied­ni­ku Ky­be­le, któ­ry miał od­na­leźć i ukryć w ja­kiejś pie­cza­rze ja­kiś ko­smicz­ny pier­wia­stek, a idée fixe sza­leń­ca, któ­ry tego pier­wiast­ka te­raz po­szu­ku­je. Po­dob­no po to, by do­pro­wa­dzić do Wiel­kiej Jed­no­ści.

- Wiem, wiem, już daw­no nasi ana­li­ty­cy do­szli do wnio­sku, że to bzdu­ra, któ­ra ma za­kryć rze­czy­wi­ste in­ten­cje tego "Mas­su­da". Mało zresz­tą bra­ko­wa­ło, by pro­blem zo­stał roz­wią­za­ny. Dzię­ki nam, oczy­wi­ście!

- Wła­śnie. Po nie­uda­nej ak­cji na Ka­ra­ibach wszyst­ko uci­chło, ale my da­lej pra­co­wa­li­śmy nad kryp­to­ni­mem "Mas­sud". Mie­li­śmy śla­dy, na­mie­rzy­li­śmy kil­ku re­kru­tów...

- Te wa­sze sław­ne na­ra­dy w Pa­ry­żu... - mruk­nął Jack.

- Wła­śnie. Jak może już wiesz, zna­leź­li nową wy­spę, od­bu­do­wa­li Dom i la­bo­ra­to­rium. Tro­chę nas to kosz­to­wa­ło, ale w koń­cu ich na­mie­rzy­li­śmy. Się­gnę­li w ska­ły daw­no nie­czyn­ne­go wul­ka­nu...

- Jak w fil­mie o Ja­me­sie Bon­dzie - za­śmiał się Jack, nie mo­gąc po­wstrzy­mać się, by i tym ra­zem nie prze­rwać lek­ce­wa­żo­ne­mu ko­le­dze.

- Bar­dzo śmiesz­ne. Więc, jak już mó­wi­łem, od­bu­do­wa­li Dom, i to po­dob­no ze środ­ków z prze­my­tu. Mają też no­we­go adep­ta, ja­kąś waż­ną, sko­rum­po­wa­ną szy­chę ja­kie­goś upa­da­ją­ce­go re­ży­mu, któ­ra po­sta­no­wi­ła za­in­we­sto­wać część skra­dzio­nych pie­nię­dzy, za­pew­nia­jąc so­bie w ra­zie cze­go bez­piecz­ny, przez ni­ko­go nie­kon­tro­lo­wa­ny i miły azyl w ulu­bio­nym re­gio­nie świa­ta...

- Ka­ra­iby, oczy­wi­ście.

- Ka­ra­iby. Więc zna­leź­li­śmy się w im­pa­sie. Mimo cięć bu­dże­to­wych pra­co­wa­li­śmy da­lej, jak to mó­wią Hisz­pa­nie con­tra vien­to y ma­rea4... - Ro­bert za­wie­sił głos, roz­ko­szu­jąc się przez chwi­lę swo­im ka­sty­lij­skim, na­by­tym w cza­sie prak­tyk w Hisz­pa­nii, ak­cen­tem. - Wy­sła­li­śmy na­wet lu­dzi do Ha­wa­ny - tak, na wszel­ki wy­pa­dek. No i sa­te­li­ta, i tak da­lej - kla­sy­ka. Ale osta­tecz­nie wszyst­ko wy­da­wa­ło się do­brze "przy­kry­te" i le­gal­ne, bra­ko­wa­ło nam do­wo­dów, że jest in­a­czej, a jak wiesz, po za­koń­cze­niu zim­nej woj­ny nie jest już tak ła­two po pro­stu na­je­chać so­bie ja­kieś pań­stew­ko, czy na­wet małą, ka­ra­ib­ską wy­sep­kę... A bro­ni ato­mo­wej nie pro­du­ku­ją.

- Cza­sy Gre­na­dy daw­no już mi­nę­ły - wes­tchnął uda­jąc smu­tek Jack.

- Wszyst­kie Pre­da­to­ry wy­sła­li­śmy na prio­ry­te­ty, a Mi­ni­ster­stwo ani my­śla­ło nam po­ma­gać - cią­gnął nie zra­żo­ny Ro­bert.

- Świet­nie, gra­tu­lu­ję. I co da­lej? - De­tek­tyw nie zno­sił tego jego su­spen­su, mo­men­tu za­wie­sze­nia gło­su, któ­ry zmu­szał go, by po­pa­trzeć nań uważ­niej na­wet wte­dy, jak te­raz, kie­dy wciąż jesz­cze wście­kły za ścią­gnię­cie go w to nie­zbyt za­chę­ca­ją­ce miej­sce po pra­cy naj­chęt­niej by się na nie­go rzu­cił.

- Mas­su­dzi, z nie­wia­do­mych po­wo­dów, za­czę­li bu­do­wać dru­gi "Dom" w Pa­ry­żu. Nie tyl­ko go zbu­do­wa­li, ale też uru­cho­mi­li. Py­ta­nie - po co? To prze­cież o wie­le bar­dziej ry­zy­kow­ne - w środ­ku Eu­ro­py mu­sie­li się prze­cież li­czyć z tym, że będą mie­li na gło­wie róż­ne służ­by.

- No, do­bra, ale mo­żesz wresz­cie, po­wie­dzieć, co ja mam z tym, kur­wa, wspól­ne­go? I po co tu je­stem? - Jack po krót­kim od­de­chu zno­wu za­czął się nie­cier­pli­wić.

- Po­wo­li! No, więc Jean-Clau­de zdo­łał tam umie­ścić swo­je­go in­for­ma­to­ra...

- Faj­nie! - uciął. - I?

- ...ale tyl­ko na wej­ściu. Jego czło­wiek prze­słał mu zdję­cie i na tej pod­sta­wie usta­li­li­śmy o kogo cho­dzi. Car­los "Mas­sud", oczy­wi­ście.

- Faj­nie! Niech Jean-Clau­de prze­śle wy­ni­ki, rzu­cę na nie okiem - rzu­cił, ge­stem da­jąc ja­sno do zro­zu­mie­nia, że oto wła­śnie, po za­spo­ko­je­niu swo­jej cie­ka­wo­ści, pan Jack wsta­je i wy­cho­dzi.

- Po­cze­kaj. To nie wszyst­ko! Po­ja­wił się nowy gracz. To ta mło­da, nie­zbyt do­świad­czo­na dzien­ni­kar­ka, po­cho­dzą­ca z jed­ne­go z tych kra­jów na skra­ju Eu­ro­py i Azji...

- Masz na my­śli wschod­nią Eu­ro­pę? Ale my je­ste­śmy w Los An­ge­les, pa­mię­tasz? Poza tym co mnie, do kur­wy nę­dzy, ob­cho­dzi ja­kaś dzien­ni­kar­ka?! To zna­czy, co nas to ob­cho­dzi? - do­dał szyb­ko. Niech się tam roz­ko­szu­je tym ich....

- Niby nic - prze­rwał mu Ro­bert w pół zda­nia. Wiesz, że nam cho­dzi przede wszyst­kim o ich bazę na Ka­ra­ibach. Ale na ra­zie są w Pa­ry­żu, więc stam­tąd mu­si­my za­cząć. Mamy nie po­twier­dzo­ne in­for­ma­cje, że ma­cie­rzy­sty dom funk­cjo­nu­je na zwol­nio­nych ob­ro­tach, na­to­miast w Eu­ro­pie wszyst­ko idzie peł­ną parą. I na tym chy­ba się nie skoń­czy...

- Ja­sne, bu­du­ją mię­dzy­na­ro­do­wą sieć Do­mów. Może "toto" to przy­kryw­ka dla któ­re­goś z wy­wia­dów? Chiń­czy­cy? - pod­su­nął usłuż­nie pierw­szą z brze­gu, naj­mniej ab­sur­dal­ną myśl.

- Po­wi­nie­neś pi­sać po­wie­ści - w gło­sie Ro­ber­ta po raz pierw­szy po­ja­wił się cień roz­ba­wie­nia. - Spra­wa jest po­waż­na i w do­dat­ku ci go­ście, po­wta­rzam, wcho­dzą nam na nowe "ryn­ki".

- Ja­sne, ale naj­pierw mu­si­my wie­dzieć, co oni tam mają i czy to w ogó­le ma sens. Tym­cza­sem nic się nie dzie­je, więc niech Jean-Clau­de so­bie ich śle­dzi, a po­tem zo­ba­czy­my.

- A An­gel? Nie pa­mię­tasz znik­nię­cia An­gel?

- Tak, szła za nar­ko­ty­ka­mi, czy ja­kąś nie­le­gal­nie prze­my­co­ną do ja­kie­goś nie­zbyt mi­łe­go i przy­ja­zne­go nam kra­iku bom­bą... Sły­sza­łem.

- ...i znik­nę­ła, idąc do RPS!

- Pięć lat temu!

- Nie szko­dzi. Po­wta­rzam, wie­my, że nie tyl­ko nie znik­nę­li, ale wręcz prze­ciw­nie - zbu­do­wa­li ten cho­ler­ny od­dział w Eu­ro­pie i my­ślą o kra­jach Bli­skie­go Wscho­du i Afry­ki - tym ra­zem w gło­sie Ro­ber­ta po­ja­wi­ła się nuta znie­cier­pli­wie­nia.

- Faj­nie! Ko­bie­ty na ca­łym świe­cie będą za­do­wo­lo­ne. O to im prze­cież ofi­cjal­nie w tym cho­dzi, praw­da? - za­śmiał się Jack.

- Nie pieprz! Taka jest ich hi­sto­ria. Mam wszyst­ko po­wtó­rzyć?

- Dzię­ki. Wy­star­czy. To ja już lecę, bo dla mnie nie wi­dzę tu żad­nej ro­bo­ty.

- Spo­koj­nie, już koń­czę. Coś ty dziś taki ner­wo­wy? - żach­nął się Ro­bert, usa­dza­jąc wsta­ją­ce­go De­tek­ty­wa z po­wro­tem na krze­śle.

- To kończ już wresz­cie tę szop­kę i do wnio­sków, por fa­vor! - od­parł Jack, się­ga­jąc bez ce­re­gie­li po sto­ją­cy na biur­ku obok pla­sti­ko­wy ku­bek z kawą.

- Wie­my, że tam idą mi­lio­ny do­la­rów. Tak? I zni­ka­ją. Po pierw­sze skądś mu­szą je brać. Z sa­mych ko­biet i tego ich spon­so­ra nie wy­ży­ją. Więc jest coś no­we­go. Po dru­gie: na coś mu­szą te pie­nią­dze iść. Ta ich baj­ka o pierw­szym Mas­su­dzie to to­tal­na ście­ma. No i, po­wta­rzam, te ko­bie­ty naj­czę­ściej zni­ka­ją. A po­tem po­ja­wia­ją się jako nie­świa­do­mi ku­rie­rzy.

- To coś no­we­go. Wiesz co? Może spisz mi to wszyst­ko, a ja w wol­nej chwi­li po­czy­tam?

- Daj spo­kój.

- To co ja mam z tym wszyst­ki­mi zro­bić?

- Po­je­dziesz tam.

- Gdzie?

- Do Pa­ry­ża. Zaj­miesz się tą ko­bie­tą.

- Su­per! Mam się za­ba­wić w jej niań­kę? Albo nie - zrób­my Mas­su­dom czar­ny PR! Pla­ka­ty: Ko­bie­to, za­sta­nów się dwa razy, za­nim za­znasz roz­ko­szy! - tak to wi­dzę. Albo stro­na in­ter­ne­to­wa z prze­kie­ro­wa­niem! Bę­dzie szyb­ciej i sku­tecz­niej. W koń­cu Ba­rack wy­grał pre­zy­den­tu­rę dzię­ki pu­blic re­la­tions w sie­ci!

- Bar­dzo za­baw­ne. A te­raz - do rze­czy - głos Ro­ber­ta spo­waż­niał. - Ty mó­wisz po fran­cu­sku i hisz­pań­sku, znasz spra­wę i by­łeś na Ka­ra­ibach. Od dziś zno­wu pra­cu­jesz dla nas. Ma­ilem do­sta­niesz roz­ka­zy od swo­ich, a  tu masz na­sze wy­tycz­ne - po­dał mu przy­go­to­wa­ny, le­żą­cy do­tąd obok kil­ku­stro­ni­co­wy do­ku­ment. - Prze­czy­taj i zo­staw. Za trzy go­dzi­ny masz sa­mo­lot do Pa­ry­ża.

- Faj­nie, za­ba­wię się! - wark­nął zde­ner­wo­wa­ny, do­pi­ja­jąc reszt­kę zim­nej kawy z po­rzu­co­ne­go obok kub­ka, na­gle zda­jąc so­bie spra­wę, że zno­wu wpadł w łapy tych, po­żal się Boże, spe­ców od wy­wia­du.

- Po­je­dziesz, po­roz­ma­wiasz z Jean-Clau­de'em... - pod­jął, sta­ra­jąc się nadać gło­so­wi za­chę­ca­ją­ce­go tonu, nie­zra­żo­ny aro­gan­cją roz­draż­nio­ne­go Jac­ka ko­le­ga.

- Wy­sia­dły vi­deo-kon­fe­ren­cje? In­ter­net padł? Ter­ro­ry­ści od­cię­li nas od kom­pu­te­rów albo za­ra­zi­li je kiłą? - rzu­cił zno­wu wście­kły Jack. - Po-ja-ką-cho-le-rę-mam-tam-je-chać? - wy­ce­dził. Po co? Ja­sno i kla­row­nie pro­szę!

- Nie dys­ku­tuj, de­cy­zja przy­szła z góry! Tu masz jesz­cze dal­sze pa­pie­ry, do­ku­men­ty, fir­mo­wą kar­tę, tro­chę go­tów­ki, ID, kod bi­le­tu, ko­mór­kę. Twój wóz zo­sta­je w ga­ra­żu, a tak­sów­ka bę­dzie tu za... - spoj­rzał na ze­ga­rek - ...pięć mi­nut. Jean-Clau­de po­wie Ci resz­tę na miej­scu. Twój cel - roz­po­znać te­ren, śle­dzić po­stę­py Fran­cu­zów, w mia­rę moż­li­wo­ści prze­jąć dzien­ni­kar­kę po wyj­ściu, prze­pro­wa­dzić pry­wat­ny wy­wiad i, je­śli bę­dzie trze­ba, za­pro­sić ją i przy­wieźć tu­taj do nas.

- Świet­nie - De­tek­tyw cel­nym rzu­tem wrzu­cił pu­sty te­raz pla­sti­ko­wy ku­bek do sto­ją­ce­go w rogu ko­sza. - Idę do ki­bla! - wstał i, tym ra­zem nie­za­trzy­my­wa­ny już przez ni­ko­go, bez sło­wa wy­szedł na ko­ry­tarz. - Nie mo­gli wy­słać ja­kie­goś am­bit­ne­go mło­dzia­ka? - mruk­nął do sie­bie. - Dia­bli nada­li! Co ja tam będę ro­bił? W do­dat­ku na tych ich gło­do­wych die­tach... Na­wet się po­rząd­nie nie za­ba­wię - po­my­ślał.

***

Drzwi do win­dy otwo­rzy­ły się bez­sze­lest­nie. Mo­ni­que po­czu­ła świe­ży za­pach tro­pi­kal­nej zie­le­ni i po­wiew mor­skiej, nie, to nie to - ra­czej oce­anicz­nej, po­pra­wi­ła się w my­śli, cie­płej bry­zy. - Ka­ra­iby - po­my­śla­ła na­tych­miast, roz­glą­da­jąc się po zdu­mie­wa­ją­cej sce­ne­rii, jaka w per­spek­ty­wie wy­kre­owa­ne­go sztucz­nie za­cho­du słoń­ca uka­za­ła się jej oczom. Przez kil­ka se­kund nie wie­dzia­ła, gdzie się znaj­du­je. Ro­zum pod­po­wia­dał jej, że jest w ja­kimś wnę­trzu, w pod­zie­miach ja­kie­goś bu­dyn­ku. Tym­cza­sem wszyst­kie jej zmy­sły chło­nę­ły pej­zaż ma­łej, tro­pi­kal­nej wy­sep­ki z pal­ma­mi, de­li­kat­nym pia­skiem na ol­brzy­miej pla­ży i wo­nią wia­tru znad mo­rza. Bra­ko­wa­ło tyl­ko śpie­wu pta­ków. Szko­da, że to nie praw­dzi­we - po­my­śla­ła. Ro­zej­rza­ła się i po kil­ku se­kun­dach zda­ła so­bie spra­wę z roz­mia­rów stwo­rzo­nej wo­kół niej ilu­zji. Sta­ła oto po­środ­ku wiel­kiej, na­tu­ral­nej, ży­wej eks­po­zy­cji. Ro­zej­rza­ła się, ocze­ku­jąc ja­kiejś wska­zów­ki, może gło­su z góry, któ­ry po­wie jej, co da­lej, czy też wska­zów­ki na ekra­nie jej no­we­go ze­gar­ka. Nic ta­kie­go jed­nak się nie sta­ło. Po chwi­li chło­nię­cia tego nie­zwy­kle su­ge­styw­ne­go wi­do­ku za­czę­ła się w nim po­wo­li, nie­po­strze­że­nie za­ta­piać. Jej zmy­sły stra­ci­ły wszel­kie po­przed­nie od­nie­sie­nia. Przed sobą, w głę­bi, spo­strze­gła trzy za­głę­bia­ją­ce się w tro­pi­kal­ną zie­leń ścież­ki. Po­de­szła bli­żej i za­uwa­ży­ła uło­żo­ne na świe­żo ścię­tych, pal­mo­wych ga­łę­ziach, trzy kom­ple­ty ubrań, każ­de obok po­cząt­ku swo­jej ścież­ki. Naj­bar­dziej spodo­bał jej się le­żą­cy u wej­ścia ścież­ki po pra­wej kom­plet ba­weł­nia­ne­go, pod­bi­te­go je­dwa­biem pon­cho z je­dwab­ny­mi szor­ta­mi.

- Co za dzie­ci­na­da - po­my­śla­ła. - Gdzie ten przy­by­tek? Prze­cież tu nie ma ży­wej du­szy - po­my­śla­ła, po­sta­na­wia­jąc za­wró­cić. Po­de­szła do miej­sca, gdzie - jak są­dzi­ła - znaj­do­wa­ła się win­da, ta jed­nak znik­nę­ła, a na jej miej­scu po­ja­wił się oce­an. Pró­bo­wa­ła rę­ko­ma wy­ba­dać miej­sce, gdzie - jak się do­my­śla­ła - poza wi­zu­ali­za­cją, kry­ło się jej wej­ście, jed­nak jej ręce na­po­ty­ka­ły wciąż na tę samą, przy­jem­ną, cie­płą i peł­ną słoń­ca próż­nię. Pod sto­pa­mi po­czu­ła, jak wraz z ob­ra­zem cie­pła na­pły­wa kry­sta­licz­nie czy­sta, lek­ko na żół­to za­bar­wio­na od le­żą­ce­go pod nią pia­sku, woda. - Ze­ga­rek - po­my­śla­ła. Na­ci­snę­ła przy­cisk, jed­nak po kil­ku pró­bach i kil­ku­dzie­się­ciu se­kun­dach ocze­ki­wa­nia na ja­ką­kol­wiek re­ak­cję zro­zu­mia­ła, że go­spo­da­rze nie do­trzy­ma­li sło­wa i zo­sta­ła sama we wnę­trzu ol­brzy­miej ilu­zji. Po­sta­no­wi­ła zba­dać ścież­kę z pon­cho. Stą­pa­jąc ostroż­nie, zro­bi­ła kil­ka kro­ków, jed­nak po mi­nu­cie ścież­ka za­ni­ka­ła za za­krę­tem, za któ­rym po­now­nie po­ja­wiał się ten sam frag­ment pla­ży-wej­ścia na ścież­kę z pon­cho. Spró­bo­wa­ła raz jesz­cze i za mo­ment wró­ci­ła, za­ta­cza­jąc to samo, jak­by ma­gicz­ne koło. Ko­lej­na bez­owoc­na pró­ba tyl­ko ją znie­cier­pli­wi­ła.

Mu­szę się prze­brać - za­świ­ta­ła jej w gło­wie ab­sur­dal­na myśl. Się­gnę­ła po pon­cho i prze­bra­ła się, zo­sta­wia­jąc swo­je sta­ran­nie uło­żo­ne te­raz na li­ściach ubra­nie na skra­ju ścież­ki. Po­czu­ła się na­gle dziw­nie swo­bod­na. - Zo­ba­czy­my, co te­raz - po­my­śla­ła. Nie mu­sia­ła dłu­go cze­kać na od­po­wiedź. Po­zo­sta­łe ścież­ki znik­nę­ły i po­sta­no­wi­ła ru­szyć na­przód wska­za­ną jej w ten spo­sób dro­gą. Za­miast za­krę­tu ta wy­pro­sto­wa­ła się te­raz, ni­czym roz­wi­nię­ty na­gle ma­gicz­ny dy­wan i za­czę­ła opa­dać ku do­ło­wi, za­głę­bia­jąc się w, jak się oka­za­ło, nie­spo­ty­ka­ny, przy­jem­nie nie­ziem­ski, raj­ski ka­nion. Po­wie­trze wy­peł­niał aro­mat przy­po­mi­na­ją­cy mie­szan­kę ko­ko­su i ana­na­sa z nutą zie­lo­nej cy­try­ny. Nie do wia­ry! Nie­sa­mo­wi­ta rze­czy­wi­stość - po­my­śla­ła. - Mu­sie­li wy­dać for­tu­nę na samą aran­ża­cję. Bra­ku­je tyl­ko męż­czyzn. Może "dom" po pro­stu jesz­cze nie dzia­ła... Na ra­zie, oprócz tego, że nie mogę wró­cić i mu­sia­łam się prze­brać w te ab­sur­dal­nie przy­jem­ne ciu­chy nic się nie dzie­je. Zo­ba­czę, czy nie ma wyj­ścia na koń­cu tej ścież­ki, po­tem wró­cę i zba­dam dwie po­zo­sta­łe. O ile zno­wu się po­ja­wią. Pew­nie to ro­dzaj ja­kie­goś la­bi­ryn­tu, jak w we­so­łym mia­stecz­ku. Trze­ba to przejść i tyle, a na koń­cu wy­cho­dzisz z tu­ne­lu i bu­dzisz się w zwy­kły prze­wi­dy­wal­nym świe­cie do­ro­słych. Za­pła­ci­łam, więc mam. A że brak re­ak­cji - może coś się im ze­psu­ło. A może do­wie­dzie­li się, że je­stem dzien­ni­kar­ką i tak na­praw­dę chcą so­bie zro­bić re­kla­mę? Nie­do­cze­ka­nie! Zresz­tą nie po to tu przy­je­cha­łam. Za­czę­ła po­wo­li scho­dzić, opie­ra­jąc się w bar­dziej stro­mych miej­scach o wy­sta­ją­ce po obu stro­nach ze zbo­czy, jak­by wprost z nich wy­ra­sta­ją­ce, pną­cza tro­pi­kal­nych lian. Mimo, że była to tyl­ko ułu­da do­ty­ku, za­pa­chu i sma­ku - po ugry­zie­niu oka­za­ło się, że są to żywe lia­ny, uko­ro­no­wa­ne na gó­rze pa­ro­wu, w któ­ry po­wo­li, acz nie­odwo­łal­nie się za­głę­bia­ła. Po­czu­ła, że tem­pe­ra­tu­ra nie­co spa­dła. Lek­ka, przy­jem­na gę­sia skór­ka przy­po­mnia­ła jej o po­zo­sta­wio­nej u wej­ścia na ścież­kę bie­liź­nie. Przez se­kun­dę mia­ła już ocho­tę wy­co­fać się, wra­cać, zba­dać po­zo­sta­łe ścież­ki i za­cząć wal­czyć o wyj­ście. Jed­nak cie­ka­wość ka­za­ła jej zro­bić jesz­cze kil­ka kro­ków na­przód i zo­ba­czyć, co czai się za ko­lej­nym za­krę­tem; zo­ba­czyć, po­dejść, pod­nieść i skosz­to­wać le­żą­cych przed nią te­raz na ścież­ce, uło­żo­nych na tek­tu­ro­wej tacy tro­pi­kal­nych owo­ców. W pierw­szej se­kun­dzie, kie­dy uj­rza­ła sma­ko­wi­ty stos, nie mo­gła uwie­rzyć, że tu, na tym "od­lu­dziu" była na­praw­dę sama. Prze­cież we­szła tu przez śro­dek fran­cu­skie­go pa­ła­cy­ku i wie­dzia­ła, że tam na gó­rze nad nią to­czy się praw­dzi­we, zwy­kłe, co­dzien­ne, a ra­czej co­noc­ne ży­cie. Smak wy­ra­sta­ją­ce­go spo­mię­dzy roz­war­tych skó­rek ba­na­na przy­po­mniał jej naj­wspa­nial­sze ka­na­ryj­skie owo­ce, któ­rych aro­mat i miąższ o lata świetl­ne wy­prze­dzał nie­smacz­ną pap­kę, jaką pod po­sta­cią tych owo­ców ku­po­wa­ła w mar­ke­cie za ro­giem. Nie bar­dzo wie­dząc dla­cze­go, spró­bo­wa­ła ko­lej­ne­go owo­cu. Po chwi­li po­ma­rań­czo­wy miąższ gu­ja­wy spły­wał jej struż­ka­mi po szyi, za­trzy­mu­jąc się na przy­jem­nie od­prę­żo­nych, na­pię­tych i jędr­nych te­raz sut­kach. Do­brze, że mnie nikt nie wi­dzi - po­my­śla­ła, roz­glą­da­jąc się po ogra­ni­czo­nej ścia­na­mi pa­ro­wu i ko­lej­nym za­krę­tem per­spek­ty­wie. Mimo, że nie po­ru­szy­ła się, po kil­ku mi­nu­tach de­lek­to­wa­nia się owo­ca­mi na­gle z od­da­li do­szedł ją szum ja­kie­goś stru­mie­nia. Pra­gnie­nie, któ­re na­gle przy­po­mnia­ło o swo­im ist­nie­niu po go­dzi­nach po­dró­ży i snu, za­schnię­te z wra­że­nia wej­ścia w to dziw­ne miej­sce gar­dło, po­draż­nio­ne sma­kiem doj­rza­łych, słod­kich owo­ców, ka­za­ło jej te­raz pod­jąć wę­drów­kę, któ­ra przez ko­lej­ne kil­ka­na­ście mi­nut, a może se­kund, pro­wa­dzi­ła ją w kie­run­ku co­raz wy­raź­niej­sze­go szme­ru, na­stęp­nie szu­mu, a w koń­cu peł­ne­go grzmo­tu wo­do­spa­du. Po chwi­li za ko­lej­nym (- Jak to moż­li­we? - po­my­śla­ła) za­krę­tem otwo­rzy­ła się per­spek­ty­wa spo­re­go wo­do­spa­du, spa­da­ją­ce­go w utwo­rzo­ną przez na­tu­ral­ne ska­ły niec­kę, two­rząc krysz­ta­ło­wo czy­ste, błę­kit­ne, prze­glą­da­ją­ce się w błę­ki­cie nie­ba, je­zior­ko. Na jego brze­gu sta­ła taca z so­lid­nym, krysz­ta­ło­wym, wy­raź­nie sta­rym kie­li­chem, wy­peł­nio­nym nie­mal po brze­gi ru­bi­no­wym pły­nem, skrzą­cym się od za­ła­ma­nia ja­kie­goś nie­wi­docz­ne­go dla jej oczu sło­necz­ne­go pro­mie­nia. Wino, oczy­wi­ście! Ostroż­nie po­de­szła na skraj wo­do­spa­du i za­czerp­nę­ła w dło­nie zim­ne­go, kry­sta­licz­ne­go pły­nu. Spró­bo­wa­ła. Woda była świe­ża i przy­po­mi­na­ła sma­kiem naj­czyst­sze gór­skie stru­mie­nie. Prze­my­ła so­bie twarz i usia­dła na brze­gu obok kie­li­cha. - Spo­dzie­wa­łam się cze­goś in­ne­go - po­my­śla­ła. Się­gnę­ła po wino i spró­bo­wa­ła. Por­to. Tak, to do­bre, sta­re por­to! Uśmiech­nę­ła się lek­ko. - Do­brze, od­pocz­nę, a po­tem wra­cam - po­my­śla­ła. Wy­cią­gnę­ła się na roz­cią­ga­ją­cej się na­prze­ciw wo­do­spa­du nie­wiel­kiej piasz­czy­stej ła­sze i, nie wie­dząc kie­dy, za­pa­dła w głę­bo­ki, ni­czym nie zmą­co­ny sen.