Idealny Dom dla KobietAndré Miroire
9 lipca
Idę tam, bo w końcu jestem dziennikarką. Z poczucia czystego obowiązku, bez żadnych specjalnych emocji, czy podniecenia faktem spotkania z nieznanym, w tym nudnym, pretensjonalnie głupim kraju, gdzie nawet milionerzy nie wiedzą, jak z klasą wydać swoje pieniądze. Pewnie dlatego ten projekt wymyślili Amerykanie. Nie miałam wyboru. Po kilku tygodniach starań i oczekiwania, wypełnieniu ankiety - wreszcie wczoraj, na tydzień przed urlopem, dostałam to zaproszenie. Więc idę. Następny wpis za kilka dni. Całe szczęście, że przynajmniej tutaj mogę zapisać to, co naprawdę myślę, a czego nie mówię nawet Basi. Dobranoc i całusy, moje Guru! Idę. Gdyby ktoś kiedyś znalazł ten pamiętnik, to znaczy, że umarłam. Mam nadzieję, że będą to moje wnuki.
Nawet w pamiętniku nie mogę być do końca szczera - pomyślała z lekkim żalem. - Chociaż chyba i tak trochę przesadziłam. W końcu i tak przecież nie zostanę pisarką - uśmiechnęła się sama do swoich myśli, wspominając dawne marzenia o pełnym fascynujących spotkań życiu. Odłożyła do szuflady oprawiony w kolorowy deseń notatnik. Wprawnym okiem rzuciła jeszcze na zostawiany bałagan: niezasłane, wielkie, małżeńskie łoże, nowoczesny, zastawiony flakonikami z ostatnich perfumiarskich eksperymentów kredens pod ścianą, pusty, zimny teraz ekspres Biallettiego na stoliku. Wszystko na swoim miejscu. Za kilkadziesiąt godzin z powrotem, mała drzemka (chyba odstawią mnie z powrotem?), w południe śniadanie na tarasie z widokiem na pokryte zielenią wzgórza, artykuł, a potem już tylko - pakowanie. A za kilka dni - adieu! Uśmiechnęła się do lustra na myśl o planowanych wakacjach. Sprawdziła torebkę. Karnet zaproszenia, szminka, róż, błyszczyk, cień do powiek, notatnik, długopis, dyktafon. Wszystko na miejscu. Wyłączyła prywatną komórkę i odłożyła ją na półce w przedpokoju. Światło, ostatni rzut oka na ciemne teraz wnętrze, a potem na smutny, oświetlony gołą, samotną żarówką korytarz. Zamknęła drzwi i zaczęła schodzić po pustych o tej porze, szerokich, starych, choć na szczęście dobrze utrzymanych schodach kamienicy. Na ulicy panował zwykły ruch ciepłego, miejskiego wieczoru. Rozejrzała się. Jest! Taksówka stała pod samym domem, ale taksówkarz jak zwykle pomylił wejście.
- Wyraźnie mówiłam 31 b. Ale oni zawsze się mylą. Zbyt rzadko jeżdżę taksówkami - pomyślała, z żalem zerkając na swój zaparkowany z boku samochód. Niestety, taki dali warunek. Spotykamy się i jedziemy na miejsce ich limuzyną. - Głupi massudzi. I jeszcze obiecują przyjemność dla każdego. To znaczy: dla każdej - poprawiła się w myśli. - Ale już niedługo zlikwidujemy ten problem. Ciekawe jak zorganizują mi podróż. Na pewno samolot. Po wszystkim opiszę ten ich przybytek i zyskam sławę i pieniądze. Na Pulitzera z pewnością wystarczy jedna dobrze napisana strona - w końcu to Idealny dom dla kobiet! - zaśmiała się w duchu, chociaż w głębi duszy czuła mimo wszystko narastający od wczoraj powoli, acz nieuchronnie lekki niepokój. - Ciekawe, co tym razem wymyślili - pomyślała. Oficjalnie to tylko zwykły burdel. Tyle, że super strzeżony. Co do reszty, zobaczymy.
- Pod galerię! - zarządziła.
- Oczywiście! - uśmiechnął się, spoglądając na nią z lusterka kierowca.
Ruszyli z piskiem opon, sprawnie włączając się do niewielkiego o tej porze ruchu. Pozer - pomyślała, patrząc na kolejne, przesuwające się za oknem obrazki: migające coraz gęściej i coraz jaśniejsze reklamy znanych sklepów, logo znanych marek i gadżetów, obojętnie przechodzący obok nich zrelaksowani i wyraźnie upojeni letnim wieczorem przechodnie. Jakaś para: młody mężczyzna, a właściwie chłopak, przystojny, obejmuje młodą dziewczynę w czerwonej, zwiewnej, jedwabnej sukience, szepcząc jej coś do ucha. Monique kątem oka dostrzega twarz przerażonej, wpadającej niemal w histerię dziewczyny i znowu przechodnie, jakiś mężczyzna w czarnej skórze wsiadający na harleya i zapuszczający potężny silnik, mijający ich szary kabriolet z połyskującym w świetle migacza logo mercedesa, neony kolejnych, dobrze znanych z codziennych spacerów sklepów.
- Na randkę? - zagadnął kierowca, nie przestając lustrować wzrokiem siedzącej z tyłu atrakcyjnej pasażerki.
- Proszę?
- O tej porze chyba na randkę!
- Nie, służbowo... - zawahała się. - Przepraszam, ale muszę jeszcze coś zrobić! - rzuciła.
- Jasne! - uśmiechnął się wyrozumiale, odwracając się.
Nie czekając na kolejne pytanie, sięgnęła do torebki, wyjęła otoczony platynową ramką, wysadzany maleńkimi brylancikami, czarny telefon i po chwili stukania wysłała SMS. - Teraz dobrze - pomyślała. Po dziesięciu minutach milczącej jazdy dojechali na miejsce.
- Pod boczne wejście za rogiem, poproszę! - poprawiła się.
Ruszyli i po kilkunastu sekundach skręcili w boczną, jak zwykle słabo oświetloną, pogrążoną teraz w lekkim półmroku uliczkę.
- Proszę się zatrzymać tutaj! - wskazała na miejsce za stojącą kilkanaście metrów dalej limuzyną.
- No, no! Ładne autko! - zapiał z zachwytu kierowca. - Bogaty narzeczony?
- Nie pana sprawa! - ucięła, sięgając do torebki. - Powinno wystarczyć - podała mu banknot i, nie czekając na resztę, wyszła na chodnik.
Rozejrzała się, ale poza samochodem na pogrążonej w głębokim cieniu, pustej o tej porze uliczce zobaczyła tylko w jej głębi jakiś wychodzący na główną aleję, ku światłu, cień człowieka. - Mężczyzna - zanotowała w pamięci. - Raczej nie stary. Wysoki. Takie szczegóły potem się przydają - pomyślała. Taksówka odjechała, znikając w przyjaznych promieniach jedynej, świecącej już, pomimo dnia latarni. Spojrzała na zaparkowaną przed nią limuzynę. W ciemnym, ledwie widocznym przez małą, tylną szybkę wnętrzu rysowała się ciemna sylwetka siedzącego, zastygłego w bezruchu na tylnej kanapie mężczyzny. Przez ledwie uchylone okienko wydostawała się niezbyt mocna, ale charakterystyczna strużka dymu. - Cygaro - pomyślała. - Co za kicz! Ciekawe, czy dla wszystkich urządzają taki cyrk, czy to tylko na cześć wyjątkowo bogatej kobiety. Gdyby tylko chcieli, szybko dowiedzieliby się, kim jestem naprawdę. Nie istnieje córka milionera Malcolma H. z Guernsey. I na pewno nie mieszka w tym kraju i w tym właśnie mieście. I to byłby już koniec mojej historii. A nawet nie zdążyłam napisać tej powieści - pomyślała z żalem, jakby z góry nieświadomie zakładając, że nie czeka jej tam nic dobrego. W najgorszym razie skończy się tak, jak poprzednio. - Ciekawe, co by powiedzieli, gdybym przyszła tu w towarzystwie mężczyzny... Ale z drugiej strony - taki zawód - lubiła ten dreszczyk emocji przed pierwszym kontaktem, pierwszą wymianą słów, pierwszym spojrzeniem w oczy. Jej pierwotny, dziennikarski zmysł obserwacji nigdy jej nie zawiódł. - Nawet na St. Lucia - pomyślała. Ani na Ukrainie. Zawsze w takich sytuacjach, po krótkiej chwili wahania, jej instynkt, ciekawość i doświadczenie zwyciężały i prowadziły dokładnie tam, gdzie chciała. Do sukcesu. - Teraz też tak będzie - pomyślała, idąc w kierunku olbrzymiej, białej limuzyny, nie myśląc o szczegółach swojego zadania. Wyciągnęła wydrukowane na małym, przyprószonym złotymi płatkami kartoniku zaproszenie i podała przez uchylone okno. Mężczyzna w środku nawet nie drgnął. Po dwóch sekundach zawieszenia jego ręka pojawiła się w uchylonej przestrzeni okna, wzięła podany przedmiot i wycofała się do wnętrza, chowając niczym przedpotopowy jaszczur w swojej jaskini. Drzwi z drugiej strony otworzyły się niemal bezszelestnie. Zrozumiała zaproszenie, obeszła samochód i wsiadła.
- Monique...
- Nie trzeba! - przerwał jej natychmiast. Wiem, kim pani jest. Wystarczy zaproszenie.
Nieco chrapliwy, zniszczony tytoniem i pewnie alkoholem głos był jedynym szczegółem, jakim w pierwszej chwili zdołała odnotować. I zapach dobrego tytoniu. - Znajomy, chyba kubański - pomyślała. Ciemne wnętrze samochodu i bardziej niż skąpe światło z pozbawionego już słońca zaułka nie pozwalało dostrzec nic, poza miękkimi rękawiczkami, ostrym profilem i raczej szczupłą sylwetką nieznajomego sąsiada. Mężczyzna musiał w jakiś, sobie tylko znany sposób, dać znać siedzącemu za szybą daleko z przodu kierowcy, bo silnik limuzyny zaczął nagle pracować. Ruszyli.
- Zna pani zasady?
- Chyba tak - zawahała się.
- Żadnych pytań w czasie dojazdu. Na miejscu to pani zadecyduje, czy i kiedy wejdzie pani do środka. Proszę to założyć! - podał jej ciemne, elastyczne, niezwykle dokładnie przylegające do twarzy, czarne okulary.
- Ale ja przez to nic nie widzę! - zaprotestowała.
- Właśnie o to chodzi! - uciął. - I tak ma być dopóki nie przyjedziemy na miejsce. Nie przyjmujemy przypadkowych gości. I na razie nie mamy programu dla stałych klientów. W każdym razie nie tu, w Europie. Miejsce na razie jest tajemnicą. Więc jeśli spróbuje pani je zdjąć, natychmiast zawrócimy! I nie zwracamy pieniędzy. To ma być dla pani czysta przyjemność. Ale ostatecznie to pani podejmie decyzję - powtórzył sucho, pewnym siebie głosem, dobitnie akcentując każdą sylabę. - Wzięła pani tabletkę? To tylko łagodny środek uspokajający, pozwoli pani przyjemniej spędzić podróż do celu.
Przytaknęła. Mężczyzna zaciągnął się cygarem i pogrążył w głuchym milczeniu. Jechali delikatnie, miękko, ale szybko. Przez szparę w oknie po drugiej stronie wiał przyjemny, letni wiaterek, którego ślad od czasu do czasu docierał do jej policzka, muskając delikatnym chłodem, jeszcze niedawno spieczone od słońca usta. Zapadając się ostatecznie w miękkim, obitym delikatną skórą fotelu poczuła się nieprzyzwoicie dobrze i spokojnie. Sztywny, formalny, emanujący od mężczyzny spokój miał jednak w sobie coś kojącego, podobnie jak mimowolnie, ale bez oporu przyswajany posmak dobrego tytoniu w jej ustach, łechcącego podniebienie miłym wspomnieniem fajki jej ojca. Tytoń z dalekich kontynentów, zamknięty w czerwonym, eleganckim okrągłym blaszanym pudełku, zamykanym na dziwny wygięty zatrzask, którego wieczko zdobił rysunek nobliwego angielskiego arystokraty, a może kapitana z fajką.
- Czy...?
- Proszę już o nic nie pytać!
- Ale kiedy i jak...? - Monique podjęła kolejną próbę dowiedzenia się czegoś więcej.
- Będziemy na miejscu za godzinę - przerwał. - Miała pani nie zadawać pytań!
- Jasne - westchnęła.
Mijały kolejne minuty niezakłóconej żadnym incydentem jazdy. Rien a faire1 - pomyślała, wyobrażając sobie siebie w roli Bruce'a Lee, w owej scenie, w której, zamknięty w czterech gołych ścianach więzienia, spokojnie siada, zarzuca nunczako na szyję i zamyka oczy, bez cienia emocji czekając na moment, w którym znowu będzie mógł podjąć walkę. Ale dopiero wówczas, kiedy otworzą się drzwi. Wsunęła się, a raczej wtuliła głębiej w czarną skórę nieprzyzwoicie długiej kanapy, machinalnie macając w torebce przyjemnie elegancki kształt służbowej komórki. Kolejne minuty. Jej myśli koncentrowały się teraz wokół nietypowego zadania. Mężczyzna ani razu nie odwrócił się, żeby na nią spojrzeć. Okulary uniemożliwiały jej przyglądanie się towarzyszowi podróży i drodze, z której w pewnym momencie wyłowiła tylko znajomy, choć nieco stępiony dźwięk przejazdu kolejowego. Jakiś klakson, odgłos pojedynczego mijającego ich samochodu, motocykl, odległy gwizdek policjanta (czyżby jakiś wypadek?), kolejny samochód, potem ciężarówka. Bardziej wyczuła, niż usłyszała, jak mężczyzna gasi cygaro i wyrzuca za okno niedopałek. Delikatny szmer domykanej szpary okna samochodu, ostatecznie odcinający ją od świata zewnętrznego, świata tego zwykłego dotąd, ciepłego, letniego wieczoru i ludzi idących do pubu, czy na imprezę, od aromatu dobrego, zgaszonego teraz cygara, zamkniętego w mknącej cicho, a raczej coraz wolniej płynącej po ulicach, a może już po jakiejś drodze, czy autostradzie limuzyny. Poczuła senność. - Tabletka? A może to cygaro było "specjalne"? - pomyślała, zamykając powoli, wbrew sobie ciężkie teraz od snu i z każdą chwilą coraz więcej ważące oczy. Cygaro z marihuaną? Niemożliwe. Ciepło. Poczuła, jak nieco zbyt gruba warstwa makijażu delikatnie, powoli poddaje się kropelkom potu perlącym się na jej czole, leniwie spływając po policzkach, torując sobie drogę przez delikatny róż w kierunku podbródka. - Ale przecież i on by usnął... Niemożliwe... - zdołała pomyśleć, zanim jej głowa osunęła się bezwładnie na ramię, zapadając całym ciężarem w głęboki, spokojny sen. Samochód wjechał na autostradę i przez kolejne godziny wiózł pogrążonych w milczeniu pasażerów wśród zapadającej powoli, jakby od niechcenia nocy, sunąc pod migającymi co jakiś czas kolejnymi, niebieskimi tablicami kierunków i zjazdów, skrzyżowań autostrad i wiaduktów. Wkrótce potem wjechali na płytę prywatnego lotniska, a potem po platformie - na pokład dużego transportowca. Mimo potężnego huku silników kobieta nie poruszyła się, śniąc właśnie o dalekim atolu z samotną, nieustannie targaną przez wiatr królewską palmą - obrazie zapamiętanym ze swojej ostatniej wyprawy na Karaiby. Niewyraźne, niknące w zakamarkach pamięci, zmiksowane niczym w fantastycznie przygodowym filmie smagłe, niskie postaci mężczyzn w kolorowych koszulach i hawajskich szortach, strzelający w ich kierunku z ganku olbrzymiej hacjendy ze znanym jej już okrzykiem na ustach: Massud!
***
Kobieta otworzyła oczy. Starszy portier w prostej, szarej liberii pochylał się nad nią życzliwie, pomagając jej wysiąść z limuzyny. - Gdzie ja jestem? Na miejscu? Ile godzin minęło? - wypoczęta, choć nieco zaspana (jak to możliwe? - przecież nie było aż tak wygodnie), spojrzała na zegarek, ale zamiast znajomej tarczy Quartiera ujrzała nowoczesny, oprawiony w czarną, plastikową oprawkę elektroniczny gadżet.
- To pani przepustka. Prawda, że ładna? - uśmiechnął się dobrotliwie, jednak w jego oczach dostrzegła coś na kształt błysku zdziwienia, zakłopotania, a może nawet mocno skrywanej troski.
- A mój zegarek i torebka?
- Pozwoliliśmy sobie je zabrać i zabezpieczyć. Taka zasada, mademoiselle. Żadnych torebek, żadnych gadżetów. Depozyt. U nas będą bezpiecznie. Odbierze je pani przy wyjściu, albo odeślemy je wprost do domu, czy hotelu - wedle życzenia.
- Ale...
- Więc jak?
- Odbiorę sama. Chwileczkę - sięgnęła do torebki, na komórce, nie patrząc, wystukała dwie litery i nacisnęła wyślij. Gotowe, pomyślała, podając mężczyźnie torebkę.
- Doskonale! Proszę się nie martwić. Nie zawiedziemy pani, zapewniam! - uśmiechnął się sztywno, profesjonalnie, choć zdało się jej i tym razem dostrzec w jego spojrzeniu coś innego, nietypowego - coś na kształt zamarłego w połowie drogi porozumiewawczego mrugnięcia.
Rozejrzała się. Stała we wnętrzu, a raczej pod kopułą podjazdu budynku, kojarzącego się jej od razu i natrętnie z pewnym wypatrzonym kiedyś hôtel particulier na wyspie świętego Ludwika. Jasny kamień, proste, niemal niezauważalne ozdoby na fasadzie, niezbyt już symetryczna, znacząca dziedziniec kostka. Przed nią otwierały się wielkie, wspaniałe, ponad trzymetrowej wysokości drewniane odrzwia, w których zamiast starego zamku zamontowano jakieś elektroniczne zabezpieczenie na kartę. - Jak w hotelu - pomyślała. - Sieć Châteaux&Relais zaprasza dystyngowanych gości w swoje skromne, zamkowe progi - niemal parsknęła śmiechem na swoją myśl o tym, jak mogłoby wyglądać takie powitanie. Limuzyna odjechała. Dystyngowany, korpulentny portier stał teraz nieruchomo, zastygły w zapraszającym geście z przyklejonym do twarzy, w pełni już profesjonalnym uśmiechem francuskiego concierge'a, który wyrozumiale czeka na decyzję swojego gościa. Wokół panowała cisza i pomimo, że po wyjeździe samochodu brama zasunęła się, szybko i skutecznie odcinając ją od zewnętrznego świata, zdołała zorientować się, że tam - na zewnątrz - panuje noc i raczej nie jest to pełna odgłosów samochodów, motocykli i przechodni noc w centrum nowoczesnego, dużego miasta. Raczej cisza położonego na peryferiach, otoczonego milczeniem podobnych doń istot domostwa, pogrążonego w odwiecznym spokoju beztroski o sprawy materialne, o które inni walczą na co dzień gdzieś tam, poza murami tego tajemniczego domu, czy raczej rezydencji, do której opisu przychodziło jej na myśl jedynie hiszpańskie słowo określające istotę zamkniętą w sobie, pogrążoną w zadumie autorefleksji i cichego, właściwie ślepego i bezgłośnego spojrzenia na otaczający ją świat: ensimismado. Minęło kilkanaście, może kilkadziesiąt sekund, zanim kobieta zdążyła zdać sobie sprawę z ogarniającego ją dziwnego odczucia wypoczynku i oddalenia, jakby gdzieś pomiędzy spędziła całe wakacje, przespała całą noc, z dala od dziennikarskiej rutyny, profesjonalizmu zawodowca i całej tej otoczki osoby, która na co dzień chce być zimna i skuteczna, czasem jednak odkrywa, nawet przed mężczyznami, że jest inna, że w głębi samej siebie jest przeciwieństwem zimnego profesjonalizmu, przeciwieństwem nastawienia na zysk i na story, pospiesznego i pewnego zbierania materiału, porównania kilku wersji i historii. Wykonaj i zapomnij! Enter! Stała teraz niezdecydowana przed wielkimi, dębowymi drzwiami, niczym mała dziewczynka, która boi się przekroczyć kolejny, ważny próg i wie, że może się wycofać, że tak naprawdę żadna siła (nawet rozkaz z agencji) nie może jej zmusić do jego przekroczenia. Tylko czysta ciekawość, żeby nie rzec voyeuryzm, kazała jej odpowiedzieć na ich ostatni telefon, podając się za kogoś innego, a potem w końcu wsiąść do tej dziwnej limuzyny, która wywiozła ją tu - nie wiadomo gdzie - najpewniej na peryferia wielkiego Paryża.
- Jaka jest pani decyzja? Wchodzi pani, czy się wycofuje? Nie ma pośpiechu, oczywiście - dodał szybko - ale... - zawiesił głos. Jego szare, niemal stalowe, dobrze komponujące się z ubiorem oczy były teraz spokojne i zdecydowane.
- Oczywiście, że wchodzę! - zrobiła krok do przodu w kierunku drzwi i spojrzała nań pytająco. - Drzwi nie otwierają się... - szepnęła, zła na siebie za to, że w ostatnim ułamku sekundy poczuła znowu ten nagły przebłysk braku odwagi.
Mężczyzna, uśmiechając się protekcjonalnie, łagodnym gestem sięgnął ku jej nadgarstkowi, odsłonił tarczę przepustki i zwrócił ją ku urządzeniu przy zamku, które natychmiast zapaliło zielony punkcik czytnika, powodując, że drzwi zaczęły powoli, majestatycznie rozwierać się, ukazując wyściełane czerwonym dywanem, oświetlone wspaniałym żyrandolem u kopuły wnętrze pysznego, klasycznie barokowego francuskiego westybulu.
- Proszę - wskazał gestem wnętrze przybytku. - Winda jest w głębi po prawej. Pozna pani po takim samym zamku jak ten. Miłego wieczoru, mademoiselle!
- Merci - odpowiedziała machinalnie, nie zastanawiając się, dlaczego mężczyzna użył określenia wieczór na coś, co ewidentnie było nocą. A może nawet przedświtem. No, i ta winda w takim wnętrzu - wzdrygnęła się.
- Gdyby pani chciała przerwać zwiedzanie, wystarczy tylko nacisnąć przycisk przy tarczy...
- Dziękuję - powtórzyła.
Weszła do środka. Drzwi zamknęły się za nią powoli, lecz nieodwołalnie. Wtopiła się w ogromne, puste, lecz nieprzytłaczające, ocieplone stonowanym, lekko żółtawym, miejscami intensywnym światłem i żywymi, miłymi dla oka kolorami, przypominającymi wnętrze XVII-wiecznych francuskich pałacyków. - Brakuje tylko kurtyzan - pomyślała, zbliżając tarczę zegarka do urządzenia przy windzie, którą znalazła dokładnie tam, gdzie wskazał jej to concierge. Rozległ się szmer otwieranych drzwi nowoczesnej windy i wówczas usłyszała charakterystyczny, znajomy dźwięk kontrolki. Spojrzała na gładki, niczym nieskażony aluminiowy pulpit, na którym zwykle w takich miejscach znajdowały się przyciski. Winda zamknęła się, a potem ruszyła, szybko, choć delikatnie zagłębiając się w nieznane podziemia. Spojrzała w lustro i machinalnie poprawiła sobie włosy. - No, to zaczynamy - pomyślała.
***
W niezbyt obszernym pomieszczeniu, w którym siedział około czterdziestoletni mężczyzna jedynym przyciągającym uwagę przedmiotem była wielka, operacyjna mapa Kalifornii.
- Detektywie! - usłyszał.
- Słucham!? - Jack odwrócił się, z lekkim skrzywieniem reagując na zaczepkę. Nie lubił, gdy zatrzymuje się go akurat w momencie, kiedy zdecydował się już wyjść, zakończyć kolejny, przerywany zgłoszeniami o zaginięciach, kolejnymi ofiarami wypadków, czy gwałtów dzień.
- Dostaliśmy zgłoszenie z Europy w sprawie massudów.
- Znowu kogoś znaleźli?
- Nie, tym razem nasi koledzy z Paryża zgłosili, że nasi, a raczej Pańscy - wskazała na niego palcem, jakby w geście oskarżenia - starzy znajomi zaprosili do siebie... dziennikarkę.
- Dziennikarkę? Chcą sobie zrobić reklamę? Gdzie? - zagadnął, nie spodziewając się, że właśnie w tym momencie zaczyna się w jego życiu zupełnie nowy etap.
- W Paryżu. Pana ulubionym mieście na świecie - rzuciła, naśladując sposób jego mówienia, uśmiechając się przy tym sarkastycznie i ukazując fantastycznie białe zęby w oprawie ciemnych, wpadających w karmin warg.
- Cool!
- Podobno nie wiedzą, że to dziennikarka. Myślą, że to po prostu młoda, bogata kobieta. Jeszcze jedna klientka z ich grupy docelowej, którą można łatwo zmanipulować. Cholerni dziennikarze - pomyślał. - Jak na lep.
- A co mnie do tego? Tę sprawę już dawno przejęli federalni.
- Tak, ale James twierdzi, że to może być nasza duża szansa. Kiedy wyjdzie, powinniśmy z nią porozmawiać w sprawie RPS. Wie Pan, jakie oni mają metody. Uwieść, oswoić, pokazać macierzysty Dom, a potem wykorzystać. Jeśli wyjdzie - wróci i pojedzie na Karaiby, do ich centrali - do Domu. A to by już nas bardzo interesowało. Więc może warto spróbować.
- Co? Mam ją poniańczyć? Rzucić wszystko i co? A może śledzić ją z satelity?
- Nie wiem, ale dzwonili z Wydziału, żebyś tam wpadł. Dzisiaj! - dodała z naciskiem.
- Jasne, bo akurat jakaś... - zawahał się, szukając właściwego określenia - ...kobieta szuka sobie materiału i chce zarobić fortunę za pierwszy materiał o firmie, która istnieje tylko w miejskiej legendzie Paryża i na jakiejś cholernej, zagubionej na Karaibach wyspie. Świetnie!
- Zmykaj! Nie pyskuj! - usłyszał w odpowiedzi nie znoszący sprzeciwu głos pani kapitan.
Machnął ręką i ruszył, trzaskając drzwiami i zostawiając za przezroczystą szybą uśmiechającą się szelmowsko przełożoną. - Jasne, może tym razem się uda - mruknął wściekły. - A ja mam odłożyć wszystko na bok - mecz, spotkanie z Harrym - bo gdzieś tam na drugiej półkuli jakiejś babie zachciało się sensacji - spojrzał na zegarek. Zaczął liczyć. - Dwie godziny do Santa Monica, co najmniej godzinę na miejscu (duet James i Robert nigdy nie zawodzą, z każdym z osobna daje sobie radę w dziesięć minut, ale razem zawsze tak go zagadają, że przy najbłahszej nawet sprawie, czy nowej informacji w sprawie, którą prowadzą traci się co najmniej godzinę, zanim powiedzą cokolwiek faktycznie sensownego), potem godzina do domu, po drodze szybka kolacja, piwo (już po meczu - pomyślał). Wyląduję w domu grubo po północy - mruknął do siebie, czując narastającą złość. Wsiadł za kierownicę wysłużonego Pontiaca i po chwili z piskiem opon ruszył, opuszczając podziemny garaż wydziału specjalnego policji LA, włączając się w wartki wciąż nurt popołudniowych, sunących w promieniach gorącego jeszcze, kalifornijskiego słońca aut.
Pomogę sobie - pomyślał, i włączając syrenę policyjną zaczął ostro wyprzedzać kolejne jadące przed nim samochody. Włączył magnetofon i nastawił muzykę na pełny regulator. Roxette zawsze pomagało mu w momentach, kiedy musiał się skoncentrować i jak najszybciej przebić przez miasto. - Co prawda nie jest to dokładnie joyride2 - pomyślał (jak zwykle), ale zawsze do przodu. Kolejne, mijane na czerwonym świetle przecznice. - Tak ...just a little bit dangerous... jest trochę niebezpieczna, owszem, dla siebie - pomyślał, słuchając po raz tysięczny ulubionego kawałka. Jakiś żółty Cadillac omal nie wjechał mu w bok samochodu, hamując w ostatniej chwili, autobus szkolny, kierowca, którego twarz dostrzegł kątem oka, listen to your heart, jasne, słuchaj głosu swojego serca, usuwający się w popłochu przechodnie, she's got the look3, wsiadający spokojnie do patrolowego wozu jakiś policjant z patrolu, yeah, she's got the looook, sterczący na zewnątrz w oczekiwaniu na klientów Chińczyk, I wish I could fly... - Ja też chciałbym umieć latać, szczególnie teraz - pomyślał, skręcając gwałtownie kierownicą. Kolejne zdziwione i zniesmaczone własną niemocą wobec wyjącej tuż obok policyjnej syreny miny kierowców mijanych samochodów, joyride again... Po godzinie i pięciu, czy sześciu przesłuchaniach tego samego mix'u zobaczył wreszcie znajomy wjazd do szarego, niepozornego, wtopionego w szereg innych, podobnych do siebie bloków budynku. Nie zatrzymując się, sięgnął do skrytki po pilota, otwierając nieoznaczony wjazd do podziemnego garażu. Po chwili - nabuzowany jazdą, porcją ostrej muzyki, popołudniowym upałem (ta cholerna, niedziałająca klimatyzacja), niechęcią do świata i ludzi - wpadł do położonego w amfiladzie innych, podobnych jaskiń, na ostatnim piętrze biura z nic nieznaczącym skrótem na tabliczce: STD.
- Cześć, co się dzieje? - rzucił w kierunku siedzącego na fotelu przy komputerze krępego, młodego mężczyzny wpadając niczym bomba do niewielkiego pomieszczenia.
- James! - zawołał tamten, nie zwracając uwagi na nutę zaczepki w głosie swojego gościa odwrócił się, i pomagając sobie gestem wywołał zza przezroczystej szyby kolegę z sąsiedniego biura.
- Już idę - rzucił Robert. Szybkim, nieco rozbawionym spojrzeniem ogarnął całą scenę: wściekłego Jacka, gapiowatą jak zwykle bezradność kolegi i, kryjącą się właśnie za horyzontem okna, olbrzymią, purpurową tarczę słońca. - Za chwilę zatopi się w oceanie. Też bym tak chciał - pomyślał.
- No więc, co z tego, że jakaś pieprzona dziennikarka... - zaczął Detektyw, chcąc jak najszybciej przejść do meritum.
- Nie denerwuj się, Jack, siadaj i posłuchaj! - Robert zawsze wiedział, jak usadzić przyjaciela, jak lubił nazywać w duchu Detektywa (nigdy nie byli nawet na piwie).
- Jean-Claude dzwonił i powiedział...
- Drogi, kochany, pieprzony, jowialny Jean-Claude - wyrecytował nabuzowany jeszcze jazdą i panującym na zewnątrz upałem Jack w odpowiedzi. - Tak, tak, wiem, jakaś dziennikarka zdecydowała się wybrać do Domu dla Kobiet, czy jak to tam oni nazywają na użytek tych naiwnych...
- ...spragnionych wrażeń - uciął Robert.
- ...lasek...
- ...kobiet...
- Nieważne! Więc czegóż tak ważnego ten wasz francuski koneser, mon cher ami Jean-Claude, się dowiedział, że mnie tu, kurwa, ściągacie? - rzucił.
Na moment uspokojony wyrzuconą prosto w twarz kolegi kolejną wiązanką opadł w końcu na podsunięty mu fotel. Robert spojrzał na niego przez moment bez słowa, wymieniając z kolegą porozumiewawcze spojrzenia.
- Zacznijmy od początku, OK? - jego głos tchnął spokojem. Sięgnął po laptop, odpalił go i włączył rzutnik na ścianę.
- Zaczyna się - pomyślał zrezygnowany Jack.
- Jak wiesz, Massud to jednocześnie imię i symbol, wyciągnięty z czeluści anatolijskich legend przez tego człowieka, którego dobrze znasz - Robert ruchem głowy wskazał na ekran, na którym na podjeździe jakiegoś lotniska w jednym z rajskich zakątków planety (o czym świadczyły pyszniące się na tle błękitnego nieba palmy królewskie) stała czarna limuzyna, z której okna wychylała się, częściowo zakryta zarostem twarz na oko czterdziestoletniego mężczyzny.
- Trochę się postarzał. Czy to siwe pasemka? - zakpił Jack, ruchem głowy wskazując na niezbyt wyraźny cień na zaroście.
- Daj spokój i słuchaj - uciął drugi z mężczyzn.
- Wciąż jeszcze nie jesteśmy w stanie powiedzieć - podjął Robert - jaki jest związek między podaniem o męskim odpowiedniku Kybele, który miał odnaleźć i ukryć w jakiejś pieczarze jakiś kosmiczny pierwiastek, a idée fixe szaleńca, który tego pierwiastka teraz poszukuje. Podobno po to, by doprowadzić do Wielkiej Jedności.
- Wiem, wiem, już dawno nasi analitycy doszli do wniosku, że to bzdura, która ma zakryć rzeczywiste intencje tego "Massuda". Mało zresztą brakowało, by problem został rozwiązany. Dzięki nam, oczywiście!
- Właśnie. Po nieudanej akcji na Karaibach wszystko ucichło, ale my dalej pracowaliśmy nad kryptonimem "Massud". Mieliśmy ślady, namierzyliśmy kilku rekrutów...
- Te wasze sławne narady w Paryżu... - mruknął Jack.
- Właśnie. Jak może już wiesz, znaleźli nową wyspę, odbudowali Dom i laboratorium. Trochę nas to kosztowało, ale w końcu ich namierzyliśmy. Sięgnęli w skały dawno nieczynnego wulkanu...
- Jak w filmie o Jamesie Bondzie - zaśmiał się Jack, nie mogąc powstrzymać się, by i tym razem nie przerwać lekceważonemu koledze.
- Bardzo śmieszne. Więc, jak już mówiłem, odbudowali Dom, i to podobno ze środków z przemytu. Mają też nowego adepta, jakąś ważną, skorumpowaną szychę jakiegoś upadającego reżymu, która postanowiła zainwestować część skradzionych pieniędzy, zapewniając sobie w razie czego bezpieczny, przez nikogo niekontrolowany i miły azyl w ulubionym regionie świata...
- Karaiby, oczywiście.
- Karaiby. Więc znaleźliśmy się w impasie. Mimo cięć budżetowych pracowaliśmy dalej, jak to mówią Hiszpanie contra viento y marea4... - Robert zawiesił głos, rozkoszując się przez chwilę swoim kastylijskim, nabytym w czasie praktyk w Hiszpanii, akcentem. - Wysłaliśmy nawet ludzi do Hawany - tak, na wszelki wypadek. No i satelita, i tak dalej - klasyka. Ale ostatecznie wszystko wydawało się dobrze "przykryte" i legalne, brakowało nam dowodów, że jest inaczej, a jak wiesz, po zakończeniu zimnej wojny nie jest już tak łatwo po prostu najechać sobie jakieś państewko, czy nawet małą, karaibską wysepkę... A broni atomowej nie produkują.
- Czasy Grenady dawno już minęły - westchnął udając smutek Jack.
- Wszystkie Predatory wysłaliśmy na priorytety, a Ministerstwo ani myślało nam pomagać - ciągnął nie zrażony Robert.
- Świetnie, gratuluję. I co dalej? - Detektyw nie znosił tego jego suspensu, momentu zawieszenia głosu, który zmuszał go, by popatrzeć nań uważniej nawet wtedy, jak teraz, kiedy wciąż jeszcze wściekły za ściągnięcie go w to niezbyt zachęcające miejsce po pracy najchętniej by się na niego rzucił.
- Massudzi, z niewiadomych powodów, zaczęli budować drugi "Dom" w Paryżu. Nie tylko go zbudowali, ale też uruchomili. Pytanie - po co? To przecież o wiele bardziej ryzykowne - w środku Europy musieli się przecież liczyć z tym, że będą mieli na głowie różne służby.
- No, dobra, ale możesz wreszcie, powiedzieć, co ja mam z tym, kurwa, wspólnego? I po co tu jestem? - Jack po krótkim oddechu znowu zaczął się niecierpliwić.
- Powoli! No, więc Jean-Claude zdołał tam umieścić swojego informatora...
- Fajnie! - uciął. - I?
- ...ale tylko na wejściu. Jego człowiek przesłał mu zdjęcie i na tej podstawie ustaliliśmy o kogo chodzi. Carlos "Massud", oczywiście.
- Fajnie! Niech Jean-Claude prześle wyniki, rzucę na nie okiem - rzucił, gestem dając jasno do zrozumienia, że oto właśnie, po zaspokojeniu swojej ciekawości, pan Jack wstaje i wychodzi.
- Poczekaj. To nie wszystko! Pojawił się nowy gracz. To ta młoda, niezbyt doświadczona dziennikarka, pochodząca z jednego z tych krajów na skraju Europy i Azji...
- Masz na myśli wschodnią Europę? Ale my jesteśmy w Los Angeles, pamiętasz? Poza tym co mnie, do kurwy nędzy, obchodzi jakaś dziennikarka?! To znaczy, co nas to obchodzi? - dodał szybko. Niech się tam rozkoszuje tym ich....
- Niby nic - przerwał mu Robert w pół zdania. Wiesz, że nam chodzi przede wszystkim o ich bazę na Karaibach. Ale na razie są w Paryżu, więc stamtąd musimy zacząć. Mamy nie potwierdzone informacje, że macierzysty dom funkcjonuje na zwolnionych obrotach, natomiast w Europie wszystko idzie pełną parą. I na tym chyba się nie skończy...
- Jasne, budują międzynarodową sieć Domów. Może "toto" to przykrywka dla któregoś z wywiadów? Chińczycy? - podsunął usłużnie pierwszą z brzegu, najmniej absurdalną myśl.
- Powinieneś pisać powieści - w głosie Roberta po raz pierwszy pojawił się cień rozbawienia. - Sprawa jest poważna i w dodatku ci goście, powtarzam, wchodzą nam na nowe "rynki".
- Jasne, ale najpierw musimy wiedzieć, co oni tam mają i czy to w ogóle ma sens. Tymczasem nic się nie dzieje, więc niech Jean-Claude sobie ich śledzi, a potem zobaczymy.
- A Angel? Nie pamiętasz zniknięcia Angel?
- Tak, szła za narkotykami, czy jakąś nielegalnie przemyconą do jakiegoś niezbyt miłego i przyjaznego nam kraiku bombą... Słyszałem.
- ...i zniknęła, idąc do RPS!
- Pięć lat temu!
- Nie szkodzi. Powtarzam, wiemy, że nie tylko nie zniknęli, ale wręcz przeciwnie - zbudowali ten cholerny oddział w Europie i myślą o krajach Bliskiego Wschodu i Afryki - tym razem w głosie Roberta pojawiła się nuta zniecierpliwienia.
- Fajnie! Kobiety na całym świecie będą zadowolone. O to im przecież oficjalnie w tym chodzi, prawda? - zaśmiał się Jack.
- Nie pieprz! Taka jest ich historia. Mam wszystko powtórzyć?
- Dzięki. Wystarczy. To ja już lecę, bo dla mnie nie widzę tu żadnej roboty.
- Spokojnie, już kończę. Coś ty dziś taki nerwowy? - żachnął się Robert, usadzając wstającego Detektywa z powrotem na krześle.
- To kończ już wreszcie tę szopkę i do wniosków, por favor! - odparł Jack, sięgając bez ceregieli po stojący na biurku obok plastikowy kubek z kawą.
- Wiemy, że tam idą miliony dolarów. Tak? I znikają. Po pierwsze skądś muszą je brać. Z samych kobiet i tego ich sponsora nie wyżyją. Więc jest coś nowego. Po drugie: na coś muszą te pieniądze iść. Ta ich bajka o pierwszym Massudzie to totalna ściema. No i, powtarzam, te kobiety najczęściej znikają. A potem pojawiają się jako nieświadomi kurierzy.
- To coś nowego. Wiesz co? Może spisz mi to wszystko, a ja w wolnej chwili poczytam?
- Daj spokój.
- To co ja mam z tym wszystkimi zrobić?
- Pojedziesz tam.
- Gdzie?
- Do Paryża. Zajmiesz się tą kobietą.
- Super! Mam się zabawić w jej niańkę? Albo nie - zróbmy Massudom czarny PR! Plakaty: Kobieto, zastanów się dwa razy, zanim zaznasz rozkoszy! - tak to widzę. Albo strona internetowa z przekierowaniem! Będzie szybciej i skuteczniej. W końcu Barack wygrał prezydenturę dzięki public relations w sieci!
- Bardzo zabawne. A teraz - do rzeczy - głos Roberta spoważniał. - Ty mówisz po francusku i hiszpańsku, znasz sprawę i byłeś na Karaibach. Od dziś znowu pracujesz dla nas. Mailem dostaniesz rozkazy od swoich, a tu masz nasze wytyczne - podał mu przygotowany, leżący dotąd obok kilkustronicowy dokument. - Przeczytaj i zostaw. Za trzy godziny masz samolot do Paryża.
- Fajnie, zabawię się! - warknął zdenerwowany, dopijając resztkę zimnej kawy z porzuconego obok kubka, nagle zdając sobie sprawę, że znowu wpadł w łapy tych, pożal się Boże, speców od wywiadu.
- Pojedziesz, porozmawiasz z Jean-Claude'em... - podjął, starając się nadać głosowi zachęcającego tonu, niezrażony arogancją rozdrażnionego Jacka kolega.
- Wysiadły video-konferencje? Internet padł? Terroryści odcięli nas od komputerów albo zarazili je kiłą? - rzucił znowu wściekły Jack. - Po-ja-ką-cho-le-rę-mam-tam-je-chać? - wycedził. Po co? Jasno i klarownie proszę!
- Nie dyskutuj, decyzja przyszła z góry! Tu masz jeszcze dalsze papiery, dokumenty, firmową kartę, trochę gotówki, ID, kod biletu, komórkę. Twój wóz zostaje w garażu, a taksówka będzie tu za... - spojrzał na zegarek - ...pięć minut. Jean-Claude powie Ci resztę na miejscu. Twój cel - rozpoznać teren, śledzić postępy Francuzów, w miarę możliwości przejąć dziennikarkę po wyjściu, przeprowadzić prywatny wywiad i, jeśli będzie trzeba, zaprosić ją i przywieźć tutaj do nas.
- Świetnie - Detektyw celnym rzutem wrzucił pusty teraz plastikowy kubek do stojącego w rogu kosza. - Idę do kibla! - wstał i, tym razem niezatrzymywany już przez nikogo, bez słowa wyszedł na korytarz. - Nie mogli wysłać jakiegoś ambitnego młodziaka? - mruknął do siebie. - Diabli nadali! Co ja tam będę robił? W dodatku na tych ich głodowych dietach... Nawet się porządnie nie zabawię - pomyślał.
***
Drzwi do windy otworzyły się bezszelestnie. Monique poczuła świeży zapach tropikalnej zieleni i powiew morskiej, nie, to nie to - raczej oceanicznej, poprawiła się w myśli, ciepłej bryzy. - Karaiby - pomyślała natychmiast, rozglądając się po zdumiewającej scenerii, jaka w perspektywie wykreowanego sztucznie zachodu słońca ukazała się jej oczom. Przez kilka sekund nie wiedziała, gdzie się znajduje. Rozum podpowiadał jej, że jest w jakimś wnętrzu, w podziemiach jakiegoś budynku. Tymczasem wszystkie jej zmysły chłonęły pejzaż małej, tropikalnej wysepki z palmami, delikatnym piaskiem na olbrzymiej plaży i wonią wiatru znad morza. Brakowało tylko śpiewu ptaków. Szkoda, że to nie prawdziwe - pomyślała. Rozejrzała się i po kilku sekundach zdała sobie sprawę z rozmiarów stworzonej wokół niej iluzji. Stała oto pośrodku wielkiej, naturalnej, żywej ekspozycji. Rozejrzała się, oczekując jakiejś wskazówki, może głosu z góry, który powie jej, co dalej, czy też wskazówki na ekranie jej nowego zegarka. Nic takiego jednak się nie stało. Po chwili chłonięcia tego niezwykle sugestywnego widoku zaczęła się w nim powoli, niepostrzeżenie zatapiać. Jej zmysły straciły wszelkie poprzednie odniesienia. Przed sobą, w głębi, spostrzegła trzy zagłębiające się w tropikalną zieleń ścieżki. Podeszła bliżej i zauważyła ułożone na świeżo ściętych, palmowych gałęziach, trzy komplety ubrań, każde obok początku swojej ścieżki. Najbardziej spodobał jej się leżący u wejścia ścieżki po prawej komplet bawełnianego, podbitego jedwabiem poncho z jedwabnymi szortami.
- Co za dziecinada - pomyślała. - Gdzie ten przybytek? Przecież tu nie ma żywej duszy - pomyślała, postanawiając zawrócić. Podeszła do miejsca, gdzie - jak sądziła - znajdowała się winda, ta jednak zniknęła, a na jej miejscu pojawił się ocean. Próbowała rękoma wybadać miejsce, gdzie - jak się domyślała - poza wizualizacją, kryło się jej wejście, jednak jej ręce napotykały wciąż na tę samą, przyjemną, ciepłą i pełną słońca próżnię. Pod stopami poczuła, jak wraz z obrazem ciepła napływa krystalicznie czysta, lekko na żółto zabarwiona od leżącego pod nią piasku, woda. - Zegarek - pomyślała. Nacisnęła przycisk, jednak po kilku próbach i kilkudziesięciu sekundach oczekiwania na jakąkolwiek reakcję zrozumiała, że gospodarze nie dotrzymali słowa i została sama we wnętrzu olbrzymiej iluzji. Postanowiła zbadać ścieżkę z poncho. Stąpając ostrożnie, zrobiła kilka kroków, jednak po minucie ścieżka zanikała za zakrętem, za którym ponownie pojawiał się ten sam fragment plaży-wejścia na ścieżkę z poncho. Spróbowała raz jeszcze i za moment wróciła, zataczając to samo, jakby magiczne koło. Kolejna bezowocna próba tylko ją zniecierpliwiła.
Muszę się przebrać - zaświtała jej w głowie absurdalna myśl. Sięgnęła po poncho i przebrała się, zostawiając swoje starannie ułożone teraz na liściach ubranie na skraju ścieżki. Poczuła się nagle dziwnie swobodna. - Zobaczymy, co teraz - pomyślała. Nie musiała długo czekać na odpowiedź. Pozostałe ścieżki zniknęły i postanowiła ruszyć naprzód wskazaną jej w ten sposób drogą. Zamiast zakrętu ta wyprostowała się teraz, niczym rozwinięty nagle magiczny dywan i zaczęła opadać ku dołowi, zagłębiając się w, jak się okazało, niespotykany, przyjemnie nieziemski, rajski kanion. Powietrze wypełniał aromat przypominający mieszankę kokosu i ananasa z nutą zielonej cytryny. Nie do wiary! Niesamowita rzeczywistość - pomyślała. - Musieli wydać fortunę na samą aranżację. Brakuje tylko mężczyzn. Może "dom" po prostu jeszcze nie działa... Na razie, oprócz tego, że nie mogę wrócić i musiałam się przebrać w te absurdalnie przyjemne ciuchy nic się nie dzieje. Zobaczę, czy nie ma wyjścia na końcu tej ścieżki, potem wrócę i zbadam dwie pozostałe. O ile znowu się pojawią. Pewnie to rodzaj jakiegoś labiryntu, jak w wesołym miasteczku. Trzeba to przejść i tyle, a na końcu wychodzisz z tunelu i budzisz się w zwykły przewidywalnym świecie dorosłych. Zapłaciłam, więc mam. A że brak reakcji - może coś się im zepsuło. A może dowiedzieli się, że jestem dziennikarką i tak naprawdę chcą sobie zrobić reklamę? Niedoczekanie! Zresztą nie po to tu przyjechałam. Zaczęła powoli schodzić, opierając się w bardziej stromych miejscach o wystające po obu stronach ze zboczy, jakby wprost z nich wyrastające, pnącza tropikalnych lian. Mimo, że była to tylko ułuda dotyku, zapachu i smaku - po ugryzieniu okazało się, że są to żywe liany, ukoronowane na górze parowu, w który powoli, acz nieodwołalnie się zagłębiała. Poczuła, że temperatura nieco spadła. Lekka, przyjemna gęsia skórka przypomniała jej o pozostawionej u wejścia na ścieżkę bieliźnie. Przez sekundę miała już ochotę wycofać się, wracać, zbadać pozostałe ścieżki i zacząć walczyć o wyjście. Jednak ciekawość kazała jej zrobić jeszcze kilka kroków naprzód i zobaczyć, co czai się za kolejnym zakrętem; zobaczyć, podejść, podnieść i skosztować leżących przed nią teraz na ścieżce, ułożonych na tekturowej tacy tropikalnych owoców. W pierwszej sekundzie, kiedy ujrzała smakowity stos, nie mogła uwierzyć, że tu, na tym "odludziu" była naprawdę sama. Przecież weszła tu przez środek francuskiego pałacyku i wiedziała, że tam na górze nad nią toczy się prawdziwe, zwykłe, codzienne, a raczej conocne życie. Smak wyrastającego spomiędzy rozwartych skórek banana przypomniał jej najwspanialsze kanaryjskie owoce, których aromat i miąższ o lata świetlne wyprzedzał niesmaczną papkę, jaką pod postacią tych owoców kupowała w markecie za rogiem. Nie bardzo wiedząc dlaczego, spróbowała kolejnego owocu. Po chwili pomarańczowy miąższ gujawy spływał jej strużkami po szyi, zatrzymując się na przyjemnie odprężonych, napiętych i jędrnych teraz sutkach. Dobrze, że mnie nikt nie widzi - pomyślała, rozglądając się po ograniczonej ścianami parowu i kolejnym zakrętem perspektywie. Mimo, że nie poruszyła się, po kilku minutach delektowania się owocami nagle z oddali doszedł ją szum jakiegoś strumienia. Pragnienie, które nagle przypomniało o swoim istnieniu po godzinach podróży i snu, zaschnięte z wrażenia wejścia w to dziwne miejsce gardło, podrażnione smakiem dojrzałych, słodkich owoców, kazało jej teraz podjąć wędrówkę, która przez kolejne kilkanaście minut, a może sekund, prowadziła ją w kierunku coraz wyraźniejszego szmeru, następnie szumu, a w końcu pełnego grzmotu wodospadu. Po chwili za kolejnym (- Jak to możliwe? - pomyślała) zakrętem otworzyła się perspektywa sporego wodospadu, spadającego w utworzoną przez naturalne skały nieckę, tworząc kryształowo czyste, błękitne, przeglądające się w błękicie nieba, jeziorko. Na jego brzegu stała taca z solidnym, kryształowym, wyraźnie starym kielichem, wypełnionym niemal po brzegi rubinowym płynem, skrzącym się od załamania jakiegoś niewidocznego dla jej oczu słonecznego promienia. Wino, oczywiście! Ostrożnie podeszła na skraj wodospadu i zaczerpnęła w dłonie zimnego, krystalicznego płynu. Spróbowała. Woda była świeża i przypominała smakiem najczystsze górskie strumienie. Przemyła sobie twarz i usiadła na brzegu obok kielicha. - Spodziewałam się czegoś innego - pomyślała. Sięgnęła po wino i spróbowała. Porto. Tak, to dobre, stare porto! Uśmiechnęła się lekko. - Dobrze, odpocznę, a potem wracam - pomyślała. Wyciągnęła się na rozciągającej się naprzeciw wodospadu niewielkiej piaszczystej łasze i, nie wiedząc kiedy, zapadła w głęboki, niczym nie zmącony sen.