Idealnie trafione - Anna Ryś

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (49,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 3

Problem

Po wyjściu Marychy Patrycja jeszcze długo myślała. Niemal bezwiednie szykowała ubrania, zeszyty i książki na jutro, a w tym samym czasie układała sobie w głowie wszystko, o czym rozmawiała z przyjaciółką. Podczas brania prysznica analizowała sensowność tych kilku powodów, które udało im się wymyślić. W trakcie szczotkowania zębów zastanawiała się, co dodałaby do obydwu list, gdyby racjonalność nie była ograniczeniem.

Gdy w końcu położyła się w łóżku, doszła do wniosku, że niezależnie od tego, jak wiele argumentów za i przeciw znajdzie, jej decyzja ostatecznie i tak będzie emocjonalna. A już na pewno będzie się wiązała z emocjonalnymi konsekwencjami.

Z całej siły przytuliła pluszowego misia od Marka, wspominając, jak beznadziejnie czuła się dzisiaj, okłamując swojego chłopaka. Wyobraziła sobie, jak wielki ból sprawiłaby mu, gdyby zaprosiła Bogusława na mecz Torpedy i w rezultacie to Kuba dostałby się do drużyny prowadzonej przez Samera. Wiedziała, że byłoby jej z tym źle. Potwornie źle.

Zaraz potem jednak w głowie Pati pojawił się obraz tego, jak ogromna byłaby radość Kuby na wieść o tym, że został przyjęty do Tytana. I nagle wszelkie negatywne skutki przestały mieć znaczenie. Chciała tego dla niego.

Tylko że równie mocno pragnęła uszczęśliwić Marka. A myśl o tym, że widywałaby go codziennie przed treningami i po nich, wprawiła ją w dobry nastrój, który stał się jeszcze lepszy, gdy zdała sobie sprawę, że w tym scenariuszu ona też grałaby w Tytanie.

Przez ostatnie dwa dni tak bardzo zamartwiała się konsekwencjami swojej decyzji, że całkiem zapomniała o ekscytacji, jaką poczuła, gdy Bogusław obiecał zaproponować jej kandydaturę jako bramkarki kobiecej drużyny.

"To by było coś" - pomyślała i westchnęła przeciągle.

A potem nieco posmutniała, bo przypomniała sobie, jak kiepsko musiała dzisiaj wypaść przed Bogusławem. Nie jako bramkarka, tylko jako dziewczyna, która ciągle miesza i kombinuje. Miała nadzieję, że jej zachowanie nie skłoniło go do zmiany zdania na jej temat. Tak czy siak, musiała mu wszystko wyjaśnić i najlepiej zrobić to jak najszybciej. Postanowiła, że jutro zdobędzie jego numer i najpóźniej pojutrze do niego zadzwoni. Być może do tego czasu zdąży już podjąć decyzję. W takim wypadku od razu by mu przekazała, na którym meczu powinien się stawić. A jeśli nie... Tym zamierzała przejmować się później. Teraz jej myśli i tak były zbyt zaprzątnięte Markiem i Kubą.

Zostając przy emocjach, spróbowała ocenić, który z chłopaków cieszyłby się bardziej z dostania się do Tytana, ale nie potrafiła tego jednoznacznie stwierdzić. Jedyne, co do czego miała pewność, to że nie byłaby to identyczna radość. Kubę cieszyłaby przede wszystkim możliwość uczenia się od najlepszych i zaistnienia w wyższej lidze, a Marka - bliskość Pati.

Ale czy konieczność codziennego dojeżdżania na treningi i mecze w dłuższej perspektywie nie okazałaby się dla niego męcząca? Zwłaszcza jeśli podchodziłby do nauki na studiach równie ambitnie jak w liceum? Przecież to mnóstwo zmarnowanego czasu, który mógłby wykorzystać na siedzenie nad książkami albo inne obowiązki związane z wybranym przez siebie kierunkiem. A że bez dwóch zdań wolałby jeździć do Drabi samochodem niż autobusem, raczej nie miałby jak się uczyć po drodze.

Może dla dobra jego wykształcenia Patrycja powinna nalegać, żeby rozważył też kluby w pobliżu uczelni, na których chciał studiować? Może to, że widywaliby się tylko w weekendy, nie byłoby wcale takie złe? Może, mając okazję za nim zatęsknić, zrozumiałaby, co do niego czuje?

- Hmm... - mruknęła cicho i kontynuowała swoje rozważania.

Spróbowała zobaczyć oczami wyobraźni, jaka byłaby reakcja każdego z chłopaków w odwrotnym przypadku - gdyby nie dostał szansy na grę w Tytanie.

Marek na pewno byłby zawiedziony, zwłaszcza gdyby to Kuba dostał się do klubu zamiast niego. Niewątpliwie zezłościłby się też na Pati. Być może nigdy by jej tego nie wybaczył. To mogłoby oznaczać początek końca ich związku i już samo myślenie o tym było trudne.

Natomiast Kuba... no cóż, on nie wiedział o powiązaniu Bogusława z Samerem i Patrycja wcale nie musiała mu o tym mówić. A nawet gdyby wiedział i byłoby mu przykro, że Pati go nie wybrała, nie umiała sobie wyobrazić, by ją o to obwiniał. Może nawet znalazłby jakiś pozytyw w tej sytuacji. Bo taki właśnie był Kuba. Podchodził do życia z uśmiechem - wbrew temu, jak życie go traktowało.

Na samą myśl o jego uśmiechu, Patrycję ogarnęła radość. Nie mogła się doczekać, aż na jutrzejszym treningu zobaczy ten uśmiech na żywo.

Tak czy owak, wyglądało na to, że wolała uniknąć negatywnej reakcji Marka niż Kuby. Nie chciała jednak, by właśnie to zaważyło na jej decyzji.

Ziewnęła przeciągle, wykończona rozmyślaniem o trudnych sprawach i całym dzisiejszym dniem. Zdumiewająco rozsądnie uznała, że nic więcej dzisiaj nie wymyśli i najwyższa pora spać. Przewróciła się więc na bok i zatopiła policzek w miękką poduszkę.

- - -

Tuż po przebudzeniu chwyciła leżące na szafce nocnej telefony - swój i Pawła. Nie miała pojęcia, skąd ten odruch. Podejrzewała, że usłyszała przez sen sygnał przychodzącego powiadomienia - bo nie posądzała się o umiejętności prorokowania, a na obydwu urządzeniach znalazła SMS-y. Jeden od Marka, jeden od Kuby. Zupełnie jakby wyczuli, że myślała o nich do późna, i nie chcieli, by zapomniała o konieczności wybrania jednego z nich.

Wiadomość od Marka zapowiadała, że w związku z kiepską pogodą podjedzie po Pati autem. Ostatnimi czasy robił to coraz częściej, co trochę potwierdzało jej przypuszczenie, że chłopak już zawsze będzie przedkładał ten sposób transportu nad inne.

Odsunęła zasłony, by sprawdzić, czy Marek przypadkiem nie przesadza. W końcu jeszcze wczoraj siedzieli w ogrodzie jej dziadków, ogrzewani wiosennymi promieniami słońca.

Okazało się, że nie przesadzał. Kiedy oczom Patrycji ukazała się kurtyna deszczu przesłaniająca świat, wymruczała wyrazy niezadowolenia pod nosem, po czym odpisała, że samochód to świetny pomysł i że będzie gotowa za czterdzieści minut.

Potem przeczytała SMS-a od Kuby:

"Nie mogę się doczekać taplania się w błocie po południu".

Parsknęła śmiechem.

"Przynajmniej będziemy mogli sobie darować wizytę w SPA", odpowiedziała, bo to było pierwsze, co przyszło jej do głowy na myśl o błotnej kąpieli.

Humor natychmiast jej się poprawił. Pomimo niesprzyjającej aury z niecierpliwością wyczekiwała dzisiejszego treningu. Przemyślenia związane z Tytanem też nagle przesunęły się gdzieś w głąb jej umysłu.

"Byle przetrwać dzień w szkole" - stwierdziła w duchu, uśmiechając się do swojego odbicia w łazienkowym lustrze.

Niedługo później zeszła na parter z plecakiem na ramieniu, i chowając za plecami talerzyk z babcinymi wypiekami, których od wczoraj nie zjadła. Mamy nie było jeszcze w kuchni, więc Pati wyjęła z szuflady foliową torebkę i zapakowała do niej ciastka, by zabrać je ze sobą do szkoły. Uznała, że nie będzie się nimi zapychać od samego rana, ale po chwili namysłu wyciągnęła jedno z nich i w całości wsadziła do ust. Tak tylko, żeby się upewnić, że nie sczerstwiały.

- Mmm - wymruczała z rozkoszą, gdy znajomy smak cukru i czekolady dotarł do jej kubeczków smakowych. Tyle wystarczyło, by uświadomiła sobie, że jest potwornie głodna.

Sięgnęła po jeszcze jedno ciasteczko, a pozostałe schowała do plecaka. Nucąc wesołą melodię, wzięła się za przygotowywanie śniadania.

- Widzę, że rozmowa z Marysią dobrze ci zrobiła - usłyszała za sobą głos matki.

Odwróciła się do niej i wyszczerzyła zęby.

- Najwyraźniej - odpowiedziała i dopiero wtedy przypomniała sobie, że według wersji wydarzeń, która została wczoraj przedstawiona Bożenie, to Marycha chciała porozmawiać z Patrycją, a nie odwrotnie. Czy komentarz mamy oznaczał, że podejrzewała, jaka była prawda?

Pati zmrużyła oczy i spróbowała odczytać z wyrazu twarzy rodzicielki, co dokładnie miała na myśli. W odpowiedzi Bożena uniosła nieznacznie brew, jakby w ten sposób chciała coś przekazać córce, ale nic nie powiedziała. Prowadziły tę niemą rozmowę przez kilka długich sekund, aż Patrycja postanowiła zmienić temat.

- Chcesz kanapkę z serem i pomidorem?

- Poproszę - odparła matka i kącik jej ust powędrował delikatnie do góry.

To utwierdziło Pati w przekonaniu, że mama jej nie uwierzyła. Ale też w tym, że nie ma jej nic za złe i poczeka, aż córka sama wyrazi chęć przegadania tego, co jej leży na sercu.

- Dziękuję, mamo - powiedziała.

- - -

Była gotowa do wyjścia kilka minut przed umówioną z Markiem godziną. Wiedziała, że chłopak przyjedzie punktualnie, i nie chciała, żeby na nią czekał. Pożegnała się z mamą, włożyła wiosenno-jesienny płaszczyk, chwyciła parasolkę i przystanęła przy połowicznie otwartych drzwiach wejściowych, przez które wypatrywała niebieskiego auta Marka.

Nie lało już jak z cebra, ale z szarawych chmur przesłaniających niebo wciąż miarowo spadały malutkie krople wody. Pati cieszyła się, że dzięki swojemu chłopakowi nie zmoknie w drodze do szkoły. Miała nadzieję, że pogoda trochę się polepszy w ciągu dnia, bo o ile nie przejmowała się tym, że po południu ubrudzi się błotem, o tyle nie była fanką treningów w deszczu, szczególnie w temperaturach niższych niż dwadzieścia stopni. Być może jej nastawienie byłoby inne, gdyby po wszystkim mogła się przebrać w suche ubrania. Tego jednak, z oczywistych powodów, nie mogła zrobić. Wzdrygnęła się na samą myśl o tym, że być może będzie musiała jechać na rowerze w przemoczonych ciuchach. Zdecydowanie wolałaby tego uniknąć. Tym bardziej że w takim wypadku śpieszyłaby się z powrotem do domu i ciepłego prysznica, co oznaczało zrezygnowanie z odprowadzania Kuby i jednej z ich potreningowych pogawędek. A bardzo lubiła te pogawędki.

Przypomniało jej to, że przed śniadaniem wyłączyła dźwięk w obydwu telefonach i mogła nie słyszeć, jeśli kolega pisał. Wyjęła z plecaka komórkę Pawła. Znalazła na niej wiadomość przysłaną kilkanaście minut wcześniej:

"Masz rację. Przypomnij mi przed treningiem o nałożeniu na gębę błotnej maseczki. Podobno działa cuda na cerę".

Czytając to, Pati znowu nie umiała powstrzymać śmiechu.

"Nie wiem, kto ci polecał ten zabieg, ale coś mi się wydaje, że mógł nie mieć na myśli błota z naszego boiska", napisała.

Odpowiedź przyszła szybko:

"Nie dowiemy się, dopóki nie spróbujemy".

"Chyba nie jestem gotowa na podjęcie tego ryzyka", wystukała na klawiaturze telefonu.

Już miała wysłać tego SMS-a, gdy samochód Marka zatrzymał się na drodze tuż przed nią. Była tak zaabsorbowana pisemną konwersacją z Kubą, że nie słyszała, jak auto podjeżdża.

Pośpiesznie schowała komórkę do kieszeni płaszcza, po czym wyszła na zewnątrz, zamknęła drzwi na klucz, nasunęła na głowę kaptur i podbiegła do pojazdu.

- Cześć - przywitała się wesoło z Markiem, zajmując miejsce pasażera.

- Cześć. - Nachylił się i cmoknął ją w usta. - Ktoś jest w dobrym humorze - zauważył.

- Być może - odpowiedziała, nieustannie się uśmiechając.

Kiedy samochód ruszył, ukradkiem wyjęła telefon Pawła.

- Cholera - mruknęła do siebie, bo nagle się zorientowała, że pisząc do kolegi, zapomniała, że powinna udawać swojego kuzyna. Pośpiesznie zmieniła słowo "gotowa" na "gotowy" i dopiero wtedy wysłała wiadomość.

- Co jest? - zainteresował się Marek.

- Nic, nic - powiedziała i zaśmiała się pod nosem z własnej głupoty.

- Nic? - dopytał podejrzliwie. - Do kogo pisałaś?

- Do... - zawahała się, ale ostatecznie zdecydowała się postawić na szczerość. Miała dosyć wymyślania kłamstw. Zwłaszcza przy Marku. - Do Kuby.

- Po co?

- Po co? - Zmarszczyła brwi. - No... Po prostu pisaliśmy o dzisiejszym treningu.

- A co jest tak ciekawego w dzisiejszym treningu, że wymaga omówienia o siódmej rano?

- Ósmej - burknęła, nieco urażona jego zbyt dociekliwym tonem.

- Co takiego? - zdziwił się Marek.

- Jest bliżej ósmej niż siódmej - wyjaśniła i westchnęła. - Nieważne - dodała, uznając, że niepotrzebnie się dąsa.

- Okej, no więc co jest tak ciekawego, że piszecie o tym przed ósmą rano? - ponowił pytanie.

- Deszcz. - Wzruszyła ramionami. - Zastanawialiśmy się, jak bardzo upaprzemy się dzisiaj błotem. - Parsknęła cicho.

Marek przez chwilę nic nie mówił.

- Często tak ze sobą piszecie? - zapytał, wpatrzony w drogę za przednią szybą, po której miarowo przesuwały się wycieraczki.

W pozornie cierpliwym oczekiwaniu na odpowiedź rozprostował palce prawej dłoni, po czym owinął je z powrotem wokół kierownicy, nie zaciskając ich jednak mocno. Potem zrobił to samo z drugą ręką. Pati zastanowiło, czy to jego nowy sposób na ujarzmianie negatywnych emocji.

- No... - zaczęła, myśląc nad prawidłową i jednocześnie prawdziwą odpowiedzią. - Czasami. Pewnie tak samo często jak ty ze swoimi kumplami. - Ledwo to powiedziała, uzmysłowiła sobie, że Kuba jest jedynym kolegą Pawła, z którym utrzymuje tak intensywny kontakt. Z Tomkiem czy Łukaszem, a nawet Michałem, pisała może raz na tydzień albo dwa. Wystarczyło jej, że razem trenowali. Rzadko miała potrzebę, by pomówić z nimi o czymkolwiek innym niż kwestie związane z Torpedą.

- Z kumplami widuję się w szkole i na treningach - odparł Marek, jakby doszedł do podobnego wniosku.

- No okej - stęknęła. - Ale czasami macie coś do przegadania poza szkołą i szatnią, prawda?

- Czasami - przyznał po chwili i zwolnił, włączając przy tym kierunkowskaz.

- A Paweł widuje chłopaków z drużyny właściwie tylko na treningach i meczach - dodała Patrycja. - Więc jest więcej spraw, o których nie mamy kiedy porozmawiać.

- Jakich spraw? - Skręcił na niewielki parking pod szkołą.

- Oj, Marek - jęknęła. - Ja nie pytam, o czym ty gadasz z kumplami.

Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu, ale zamiast od razu wyartykułować to, co chodziło mu po głowie, najpierw zaparkował na jednym z ostatnich wolnych miejsc, a potem spojrzał na Pati.

- Nie pytasz, bo dobrze wiesz, że gadamy o samochodach i cyckach. - Uniósł sugestywnie brew, na co Patrycja przewróciła oczami i zacisnęła usta, by nie dać po sobie poznać rozbawienia.

Wiedziała, że Marek przytacza jej komentarz z imprezy z jego znajomymi, na której byli jakiś miesiąc temu. Doskonale pamiętała ten moment. Wydawało jej się wtedy, że popełniła gafę i chłopak będzie na nią zły, a tymczasem rozśmieszyła towarzystwo. I najwidoczniej Marek miał z tego ubaw do tej pory.

- Rozumiem, że męskie pogawędki Pawła i jego kumpli wyglądają podobnie? - dopytywał z zadziornym błyskiem w oczach.

- A idźże. - Pacnęła go w ramię i nie powstrzymywała już chichotu.

Marek złapał jej dłoń jedną ręką, a drugą położył na jej karku. Przyciągnął ją do siebie i pocałował. Pati długo nie mogła przestać się śmiać, lecz to wyraźnie mu nie przeszkadzało. W końcu poddała się pocałunkowi bez reszty i na chwilę zapomniała, że w jej myślach jest miejsce na więcej niż jednego chłopaka.

Całkiem możliwe, że taka właśnie była intencja Marka.

- - -

- I jak, przespałaś się ze swoim problemem? - zapytała Marycha, gdy tylko Patrycja z rozanieloną miną klapnęła na krześle obok niej w sali lekcyjnej.

- Mam nadzieję, że "problem" to nie nowa ksywa Anielaka - rzucił Piotrek z ławki za dziewczynami, niby pod nosem, jednak na tyle głośno, że go usłyszały.

Pati poczuła, że jej policzki się rumienią, ale mimo to odwróciła się do kolegi, by posłać mu złowrogie spojrzenie.

Maryśka zrobiła to samo i oznajmiła:

- Cieszę się, że w końcu dorosłeś do tego, żeby przyznać, że Marek nie jest niczyim problemem.

- Nie no! - zaprzeczył natychmiast. - Tego nie powiedziałem.

- Ale to i tak nie powód, żebyś interesował się sprawami, które cię nie do­tyczą - dodała, ignorując jego odpowiedź.

- To nie gadajcie o nich przy nas - bąknął siedzący obok Piotrka Marcin.

- To nie podsłuchujcie! - zripostowała Marycha i westchnęła teatralnie.

- Czyli to babskie sprawy - podpowiedział konspiracyjnym tonem Piotrek, zwracając się do kolegi z ławki.

- A żebyś wiedział! - fuknęła Maryśka i szybkim ruchem odwróciła się z powrotem do tablicy, po czym skrzyżowała ramiona na piersi.

Patrycja nie była pewna, czy też powinna grać obrażoną. Na wszelki wypadek powtórzyła ruchy przyjaciółki i nachyliła się do jej ucha.

- O co właściwie się złościmy? - spytała szeptem.

- O nic - odparła Marycha. - Po prostu miałam ochotę zrobić coś, hmm... dramatycznego. - Kącik jej ust drgnął.

- No to ci się udało. - Pati zerknęła ukradkiem na Piotrka i Marcina. Obydwaj wyglądali na zdezorientowanych. Stwierdzili też chyba, że rozsądniej się nie odzywać. Może nawet uwierzyli, że to faktycznie jakaś babska sprawa, o którą lepiej nie dopytywać, by nie narazić się na większego focha.

- Świetnie - skwitowała Maryśka i oparła się przedramionami o blat ławki, a tym samym odsunęła się od kolegów. Poczekała, aż Patrycja do niej dołączy i dopiero wtedy powiedziała cicho: - Okej, gadaj. Co wymyśliłaś od wczoraj?

- Tobie się chyba wydaje, że nie mam nic innego do roboty, tylko...

- Tylko myśleć o swoich chłopcach? - weszła jej w słowo. - Tak, dokładnie tak myślę - przyznała i zanim Pati zdążyła zaprotestować, wyjaśniła: - To znaczy może i masz co innego do roboty, ale nie sądzę, żebyś cokolwiek innego robiła.

- No dobra - zgodziła się niechętnie Patrycja. - Możesz mieć trochę racji.

- No więc, co wymyśliłaś?

- W sumie nic nowego, poza tym, że... - zawahała się.

- Poza tym, że? - ponagliła ją Marycha.

- Poza tym, że... - Przygryzła wargę. Nie do końca chciała o tym mówić, ale jednocześnie potrzebowała się wygadać, a tylko Maryśka była do tego odpowiednią osobą. - Chyba wolałabym uniknąć reakcji Marka, gdyby... - Rozejrzała się po klasie, by upewnić się, że nikt ich nie podsłuchuje. - Gdybym zaprosiła pana Bogusława na mecz Malinówki i potem Kuba dostałby się do Tytana.

Marycha cmoknęła ze zrozumieniem.

- No tak, szybko by zaczaił, co się wydarzyło. - Pokiwała głową. - Kuba nic nie wie, więc byłoby...

- ...prościej - dokończyła Pati.

- No cóż, to też jakiś powód.

- Tylko że niewłaściwy.

- Uch - mruknęła Maryśka. - Właściwy, niewłaściwy. - Zamachała niedbale ręką. - A może byś tak, dla odmiany, olała sprawiedliwość i pomyślała, jaki wpływ to wszystko będzie miało na ciebie?

- Na mnie? Ale to ma w tym wszystkim najmniejsze znaczenie. Chodzi o przyszłość chłopaków, nie moją.

- Nieprawda.

- Nieprawda? - Patrycja uniosła brwi w zdumieniu.

Marycha skinęła poważnie głową.

- Też o tym trochę myślałam i... - zaczęła.

- Nie miałaś nic lepszego do roboty? - wtrąciła sarkastycznie Pati.

- Tylko rozmowę z Jackiem. - Uśmiechnęła się figlarnie.

- Czyli tak naprawdę nie myślałaś, tylko gadałaś o tym z moim bratem? - bąknęła niezadowolona Patrycja.

Maryśka już otwierała usta, by odpowiedzieć, gdy zadzwonił dzwonek. Obydwie popatrzyły w stronę biurka pod tablicą, przy którym już siedział nauczyciel. Nie czekając, aż dyskusje uczniów całkiem przycichną, otworzył dziennik i zaczął sprawdzać obecność.

Marycha wymruczała pod nosem coś niezrozumiałego, co brzmiało trochę jak: "Daliby człowiekowi spokojnie porozmawiać", po czym wyprostowała się na krześle.

- Pogadamy na przerwie - zapowiedziała.

- - -

Kiedy tylko lekcja się skończyła, wybiegły na korytarz i znalazły cichy kąt, z dala od największych tłumów.

- No więc? - spytała oskarżającym tonem Pati. - Wygadałaś wszystko Jackowi, tak?

- No... - Maryśka zrobiła przepraszającą minę. - Tak - przyznała. - Ale to przecież Jacek! - dodała pośpiesznie. - I tak byś mu o tym powiedziała, prawda?

- Mary! - wykrzyknęła, poirytowana nie tyle tym, że jej brat został poinformowany o jej kolejnym zmartwieniu, co tym, że najwyraźniej nie powinna zakładać, że kiedy zwierza się z czegoś przyjaciółce, w domyśle pozostaje to między nimi dwiema i nikim innym. - Serio? Już nic ci nie mogę mówić?

- Nie powiedziałabyś mu? - dopytała Marycha z nutką poczucia winy w głosie.

- Powiedziałabym - burknęła. - Ale wolałabym sama decydować, o czym mu mówię. I kiedy.

- Okej, kumam - wymamrotała Maryśka i na moment opuściła wzrok na podłogę. - Przepraszam, następnym razem zapytam - obiecała. - Wybaczysz mi? - Popatrzyła na Patrycję błagalnym, pełnym skruchy spojrzeniem dużych, jasnobrązowych oczu, któremu nikt nie dałby rady się oprzeć.

I Pati też szybko skapitulowała.

- Niech ci będzie - rzuciła niezobowiązująco, na co Marycha zamknęła ją w ciasnym uścisku. - Dobra, dobra. - Odsunęła przyjaciółkę od siebie. - Lepiej powiedz, co wam wyszło z tego obgadywania mnie - zabrzmiała ciut bardziej defensywnie, niż planowała.

- Mam wrażenie, że nie do końca mi wybaczyłaś - zauważyła Maryśka.

- Wybaczę do końca, kiedy się dowiem, do jakich genialnych wniosków na mój temat doszliście za moimi plecami.

- Okej - zgodziła się ostrożnie Marycha. - No więc... O czym to gadałyśmy, zanim nam wcześniej przerwano?

Pati uśmiechnęła się pod nosem.

- O właściwych i niewłaściwych powodach - odpowiedziała.

- O, właśnie! Chciałam ci powiedzieć, że nie powinnaś na to patrzeć w ten sposób.

- W jaki sposób?

- No, wiesz, jak na jakiś dylemat moralny.

- Nie rozumiem.

- Ewidentnie próbujesz wybrać tak, żeby uniknąć wyrzutów sumienia.

Pati zamrugała, przemyśliwując te słowa.

- Staram się tylko... zminimalizować straty - oznajmiła po chwili.

- Straty, czyli...?

- Czyli... - urwała, niepewna, co konkretnie ma na myśli. - No, po prostu... Chcę, żeby rezultatem mojej decyzji było jak najwięcej szczęścia i... jak najmniej cierpienia? - zakończyła tak, jakby proponowała poprawną odpowiedź.

- Wow. - Maryśka uniosła brwi. - I pewnie jeszcze byś chciała przewidzieć nie tylko natychmiastowy rezultat, ale też to, co się wydarzy potem? Jak dzięki tobie, albo przez ciebie, potoczą się życia Marka i Kuby?

Patrycja przełknęła ślinę.

- Być może - odparła nieśmiało, jak gdyby to, że przejmowała się dobrem i przyszłością innych, było czymś, czego powinna się wstydzić. - I co z tego?

- To, moja droga Patrycjo - Marycha wymierzyła w nią palcem - że nie jesteś w stanie przewidzieć wszystkich konsekwencji. I nie powinnaś przypisywać sobie zbyt wielkiej mocy sprawczej. A przyszłość innych zależy przede wszystkim od ich własnych wyborów. Nie twoich.

Pati uniosła oczy ku sufitowi.

- Coś mi się wydaje, że zrobiła się z tego zbyt poważna rozmowa jak na szkolny korytarz.

- A mnie się wydaje, że robisz z igły widły - odparowała Maryśka.

- I to jest ten wniosek, do którego doszliście z Jackiem? - Patrycja spojrzała na nią z powątpiewaniem.

- Jeden z wniosków - potwierdziła. - Ale nie główny.

- To może w końcu mi powiesz, jaki jest ten główny?

- Taki, że przejmujesz się wpływem swoich decyzji na życie innych, a zapominasz o własnym. Albo jeszcze gorzej: podejrzewasz, jak twoje decyzje wpłyną na twoje życie, ale i tak bardziej przejmujesz się wszystkimi dookoła, a nie sobą.

- No ja nie wiem - odpowiedziała Pati, po czym zmarszczyła brwi, bo nagle w jej głowie pojawiło się wspomnienie z obozu. - Iza powiedziała mi kiedyś coś podobnego. Że za bardzo się przejmuję innymi.

- Jeśli już trzy osoby to zauważyły, coś musi być na rzeczy.

- Iza to podła intrygantka, której zależy tylko na niej samej - mruknęła nieprzekonana.

Marycha uniosła otwarte dłonie w pojednawczym geście.

- Nie twierdzę, że masz być samolubną intrygantką - powiedziała. - Ale nie możesz też przeginać w drugą stronę. Kiedy ostatni raz zrobiłaś coś tylko dla siebie?

Patrycja nie musiała długo myśleć nad odpowiedzią.

- Praktycznie wszystko, co robię od przeprowadzki do Malinowa, robię po to, żeby spełniać własne zachcianki.

- Przez "zachcianki" masz na myśli marzenia? To, że chcesz grać w piłkę, chociaż znalazłaś się w żałosnej mieścinie, w której połowa ludzi w życiu nie słyszała o kobiecym futbolu? A to wszystko po tym, jak przeprowadziłaś się z mamą, bo wiedziałaś, że to dla niej dobre? Nie zastanawiając się nad tym, co to znaczy dla ciebie?

- To był głupi błąd - bąknęła Patrycja. - Gdybym wcześniej sprawdziła, czy jest tutaj jakaś drużyna, w której...

- To co? - weszła jej w słowo Maryśka. - Powiedziałabyś Bożenie, że nie zgadzasz się na przeprowadzkę? Że ma sobie znaleźć pracę gdzie indziej albo w ogóle jej nie zmieniać?

- No... nie. Niech ci będzie. Okej. Może akurat wtedy nie myślałam o sobie. Ale decyzję o tym, że przebiorę się za chłopaka, podjęłam już tylko dla siebie.

- Bo nie dałam ci czasu na jej przemyślenie - zauważyła.

- Dobra, może to prawda. - Pati rozłożyła ręce. - Co nie zmienia faktu, że... miałam wtedy w głowie jedną myśl, która i tak przesłaniała wszystkie inne.

- Jaką myśl?

- Że zrobię wszystko, żeby móc grać w piłkę.

Marycha pokiwała powoli głową, trochę jakby się z nią zgadzała, a trochę jakby analizowała jej słowa.

- I od tamtej pory naprawdę robiłam... robię wszystko - dodała Patrycja. - Nie przejmując się innymi - załamał jej się głos.

- Mhm, właśnie widzę, jak się nie przejmujesz - odparła Maryśka i otarła łzę spływającą po policzku Pati, która nawet nie spostrzegła, kiedy jej oczy zrobiły się wilgotne. - Może to faktycznie rozmowa nie na teraz. - Westchnęła.

- Może nie - przytaknęła Patrycja, po czym zerknęła na zegarek. - I tak powinnyśmy się już zbierać na historię.

- Wrócimy do tego po szkole? - zaproponowała przyjaciółka.

- Po szkole Marek wpada do mnie z pizzą i oglądamy mecz - powiedziała Pati przepraszającym tonem, choć wcale nie uważała, że powinna przepraszać za to, że umówiła się ze swoim chłopakiem.

- Brzmi jak świetna zabawa - skomentowała to ironicznie Marycha. - To może po treningu?

- Po treningu byłoby idealnie.

- - -

- I co? - zapytała Patrycja, zatrzymując nagranie meczu pomiędzy dwiema z lepszych drużyn kobiecej Bundesligi tuż po zakończeniu pierwszej połowy.

Odsunęła się nieznacznie od Marka, na którego ramieniu się opierała, by móc ocenić wyraz jego twarzy i posłać mu wyczekujące spojrzenie.

Chłopak odchrząknął, wyraźnie próbując zyskać na czasie.

- No przecież się nie obrażę, jeśli powiesz, że grają jak baby - rzuciła żartobliwie.

- Grają jak baby - przyznał Marek, na co Pati przywaliła mu pięścią w bark. Możliwe, że trochę za mocno. - Aua! - zawołał i ze śmiechem zaczął masować miejsce, w które go uderzyła. - To serio bolało - dopowiedział po chwili, na wypadek, gdyby Patrycja miała wątpliwości.

- Przepraszam? - odparła przymilnie.

- Przecież tylko powtórzyłem po tobie. I to za twoim przyzwoleniem.

- Wiem. - Wzruszyła ramionami.

- Wolałabyś, żebym powiedział, że grają jak chłopy?

- Nie - roześmiała się. - Ale możesz mi powiedzieć, co naprawdę myślisz o tym meczu.

- I mogę mówić szczerze, bez obaw, że za chwilę będę musiał się tłumaczyć kumplom w szatni z siniaków?

- Boisz się, że by się z ciebie nabijali, gdyby się dowiedzieli, że pobiła cię dziewczyna?

- O, zdecydowanie. - Kącik jego ust drgnął. - Jak by to się odbiło na moim wizerunku piłkarskiego maczo?

- Taki masz wizerunek? - dopytała z rozbawieniem.

- Nie mam pojęcia. Nie interesuje mnie, co ludzie o mnie myślą.

- Akurat! - Pacnęła go dłonią w udo, tym razem z wyczuciem.

- No dobra. - Przewrócił oczami. - Trochę mnie interesuje. Ale i tak nie mam zamiaru dostosowywać swojego zachowania do oczekiwań innych.

- Hmm - mruknęła Pati, bo kiedy usłyszała o spełnianiu oczekiwań, zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie słuchała płyty Against Expectations, i pomyślała, że może zrobi to dzisiaj wieczorem.

- Co "hmm"? - Marek przechylił głowę z zainteresowaniem.

- Nic. - Machnęła ręką. - Coś mi się przypomniało, nieistotne. Lepiej powiedz mi szczerze - podkreśliła - jak ci się podoba mecz. - Skinęła w kierunku zatrzymanego obrazu na telewizorze.

- Bez bicia?

- Bez bicia - obiecała z uśmiechem.

- W takim razie... Całkiem mi się podoba, ale momentami mam ochotę oglądać to w przyśpieszonym tempie. I czasami żal tych przegapionych szans na długie podania albo agresywniejsze zagrania.

- Tia... Słyszałam te twoje mruknięcia pełne zawodu. Czyli za mało się dzieje?

- Gdyby działo się trochę więcej i szybciej, na pewno byłoby ciekawiej.

- Widać, że jesteś przyzwyczajony do grania z facetami.

- Nie da się ukryć - zaśmiał się.

- Uśredniając, kobiety mają gorszą kondycję i mniej siły niż mężczyźni - skwitowała niechętnie.

- Ale muszę przyznać, że te piłkarki mają genialne wyszkolenie techniczne i taktyczne. Nawet seniorzy Malinówki mogliby się uczyć od wielu z nich.

- Kurczę, no, oczywiście! - podłapała Patrycja z nagłym entuzjazmem i aż podskoczyła na kanapie. - W końcu to już najwyższy poziom kobiecej piłki.

- Taki, na którym ty będziesz niedługo grać.

Oboje się uśmiechnęli i przez chwilę milczeli, wpatrując się w siebie nawzajem, jakby telepatycznie wymieniali się pięknymi wizjami przyszłości, jakie malowały się w ich głowach.

- Dzwoniłaś do dziadka? - odezwał się nagle Marek.

- Co? - zdziwiła się Pati.

- Miałaś go poprosić o numer do Kopy.

- Ach, tak. - Zerknęła w bok, na włączony telewizor. - Nie miałam kiedy. - Spojrzała z powrotem na chłopaka.

- Zadzwoń teraz - zasugerował.

- Zadzwonię wieczorem - obiecała, bo była przekonana, że jeśli zgodzi się to zrobić w tym momencie, Marek będzie oczekiwał, że wykona przy nim też kolejny telefon, do Bogusława. A tego wolała uniknąć.

- Dlaczego nie teraz? - dociekał.

Patrycji nie spodobała się jego natarczywość.

- Bo teraz mi się nie chce - oznajmiła dziecinnie. - Poza tym mamy jeszcze drugą połowę meczu do obejrzenia. - Sięgnęła po pilota leżącego na stoliku kawowym obok pustych pudełek po pizzy, ale Marek chwycił jej dłoń.

- Możemy to dokończyć kiedy indziej.

- Nie mówiłbyś tak, gdybyśmy oglądali męską piłkę - wzburzyła się. Trochę przesadnie, bo tak naprawdę nie miała nic przeciwko tej preferencji. Po prostu chciała zmienić temat rozmowy.

Marek uniósł wysoko brew.

- To zupełnie nie o to chodzi - stwierdził po chwili groźnie niskim tonem, po czym złapał także jej drugą dłoń i pociągnął ją lekko ku sobie.

- A o co? - bąknęła.

- W niedzielę idziemy na mecz Tytana - powiedział, jakby to wszystko wyjaśniało.

- I co z tego?

- Chciałbym wiedzieć, czy Bogusław tam będzie. I... no wiesz, czy powinienem się jakoś przygotować.

- Mam zapytać pana Bogusława, jak masz się przygotować na spotkanie z nim? - sparafrazowała, by upewnić się, że dobrze zrozumiała.

- No... gdyby na przykład powiedział, że jest szansa, że po meczu przedstawi nas Samerowi... Może wziąłbym ze sobą korki i ciuchy treningowe czy coś?

- Serio myślisz, że tuż po meczu zorganizowałby ci indywidualny trening testowy? - powątpiewała.

- Nie wiem, Pati! - Puścił jej ręce i z frustracją przesunął dłonią po włosach. - Gdybyś zapytała o to Kopę, może byśmy się dowiedzieli, co jest sens robić, a czego nie. I na co się nastawiać.

Nieprzyjemne napięcie ścisnęło ją w klatce piersiowej. Nie lubiła, kiedy Marek się unosił. Zwłaszcza wtedy, kiedy czuła, że to ona jest powodem jego irytacji.

Nie odezwała się słowem, ale jej mina musiała całkiem nieźle odzwierciedlać to, co myśli, bo Marek nabrał powietrza w płuca, po czym wypuścił je powoli i położył dłonie na jej kolanach. Kiedy podniosła na niego oczy, powiedział o wiele łagodniej:

- Zależy mi, skarbie. Cholernie mi na tym zależy.

Pati pokiwała nieznacznie głową na znak, że rozumie. I naprawdę rozumiała, z czego wynikają jego wielkie emocje. Możliwość gry w tym samym klubie co ona była dla niego równoznaczna z rozwiązaniem wszystkich jego problemów.

Z tyłu głowy Patrycji pojawiła się jednak niewygodna myśl: "Czy to znaczy, że Marek traktuje mnie jak jeden ze swoich problemów?".

- Wiem - odparła cicho. - I obiecuję, że wieczorem wszystkiego się dowiem. Chcę to zrobić na spokojnie, bez pośpiechu. - Popatrzyła mu prosto w oczy, by w jej spojrzeniu mógł dostrzec szczerość. Bo przecież szczerze nie chciała robić tego pod presją czasu ani obecności Marka. - Dobrze?

Chłopak ponownie odetchnął głęboko.

- Jasne - zgodził się w końcu. - Przepraszam, że tak naciskam - dodał i cmoknął ją w usta.

- Dla mnie to też ważne - zapewniła go i uśmiechnęła się delikatnie.

Marek znowu ją pocałował, a ona odwzajemniła ten pocałunek z taką intensywnością, jakby mogła nim zadośćuczynić za wszystkie swoje kłamstwa oraz niedomówienia i zmazać poczucie winy. Jakby próbowała przypomnieć Markowi i sobie samej, że przecież już go wybrała, już z nim jest i nie zamierza się z tego wycofywać. Prawie tak, jakby mówiła mu, że go kocha, i po raz kolejny testowała, czy to wyznanie brzmi prawdziwie.

Nadal jednak nie wiedziała.

Wiedziała za to, że na obejrzenie drugiej połowy meczu przed wyjściem na treningi i tak zabraknie im czasu.

ROZDZIAŁ 1

Ideał

- Lizus - wyszeptała Markowi na ucho Patrycja i pocałowała go w policzek.

Jej babcia właśnie nakładała chłopakowi trzecią porcję szarlotki, którą chwilę wcześniej nazwał "najlepszą, jaką w życiu jadł". Biorąc pod uwagę to, jak pyszne ciasta piekła jego mama, Pati miała pewne wątpliwości co do prawdziwości tego stwierdzenia. Nie wyraziła ich jednak na głos.

Marek nic nie odpowiedział i nawet na nią nie spojrzał, ale jeden z kącików jego ust, uniesionych w delikatnym uśmiechu skierowanym do babci, powędrował ciut wyżej.

- Koniecznie musi mi pani dać przepis - oznajmił, wbijając łyżeczkę w ciasto, gdy tylko wylądowało na jego talerzyku. - Jeśli to nie jakiś rodzinny sekret, oczywiście - dodał z nutą śmiechu w głosie, ale na tyle poważnie, by było jasne, że nie zamierza się narzucać i odmowna odpowiedź go nie urazi.

- Gdzież tam sekret! - roześmiała się kobieta i machnęła niedbale ręką.

Patrycja zerknęła na zegarek i pokręciła głową z niedowierzaniem. Trzydzieści osiem minut - tyle zajęło Markowi owinięcie sobie babci Wandzi wokół palca. To oznaczało, że była jedenasta osiem, bo zapukał do drzwi domu dziadków dokładnie o umówionej wpół do jedenastej.

Niemal natychmiast zaskarbił sobie też sympatię dziadka Pati - nie tylko swoją punktualnością, lecz także tym, że od wejścia wyraził chęć udziału w meczu, który miał się odbyć po południu na pobliskiej łące. Mieli uczestniczyć w nim znajomi staruszka, wszyscy mniej więcej w jego wieku. Marek zażartował, że sam niedługo też będzie seniorem, więc pasuje do ekipy jak ulał. Dziadek był wniebowzięty.

Zaraz potem chłopak obdarował babcię różowo-białymi petuniami w ozdobnej doniczce, które bardzo przypadły jej do gustu. Tylko on i Patrycja wiedzieli, że to żart nawiązujący do tego, jak kobieta zwraca się do swojej wnuczki. Niemniej był to idealnie trafiony prezent.

"A Marek jest idealnym chłopakiem" - pomyślała Pati, po czym zmarszczyła brwi w zastanowieniu. Uświadomiła sobie, że łatwiej jest jej wysnuwać takie wnioski, gdy mówi o nim z perspektywy swoich rodziców lub dziadków niż własnej.

Kilka miesięcy temu nazywanie go "chodzącym ideałem" przychodziło jej z łatwością. Teraz... cóż. Niby nadal był tym samym Markiem: jednym z najprzystojniejszych, najpopularniejszych, najinteligentniejszych i najbardziej utalentowanych piłkarsko chłopaków w Malinowie. To wszystko były jednak oczywistości. Ich relacja natomiast nie była ani trochę oczywista - a już na pewno nie w odczuciu Patrycji. Nie mogła więc go oceniać na podstawie samych oczywistości.

Nie liczyły się jego obiektywne zalety, tylko to, jaki był przy niej. Dla niej. I to, co ona przy nim czuła. Co czuła do niego. Problem polegał na tym, że określenie tego ostatniego z absolutną pewnością sprawiało Pati wyjątkową trudność. I nie miała pojęcia dlaczego. Przecież był dla niej dobry. Kochał ją. Dbał o nią. Wspierał ją. Mogła mu ufać. No i był wymarzonym potencjalnym zięciem każdej matki. Szczególnie Bożeny.

Patrycja westchnęła przeciągle.

- Czyli... nie nauczysz mnie? - Głos Marka przywołał ją do rzeczywistości.

Gdy podniosła na niego wzrok, przyglądał się jej wyczekująco.

- Hę? - odparła zdezorientowana i zamrugała, otrząsając się ze swoich przemyśleń.

- Odpłynęłaś gdzieś? - zgadł.

- Na to wygląda. - Zrobiła przepraszającą minę.

- Podobno masz przepis na tę rewelacyjną szarlotkę - wyjaśnił, a uśmiech nie schodził mu z twarzy i rozświetlał jego oczy.

Kiedy Pati się nad tym zastanowiła, stwierdziła, że od kiedy ją dzisiaj zobaczył, chyba ani na sekundę nie przestał się uśmiechać.

Lubiła, kiedy taki był. Lubiła wiedzieć, że już sam jej widok wprawiał go w dobry nastrój.

- Ach, to prawda - przyznała. - Tylko że mnie nie wychodzi aż tak rewela­cyjnie - mruknęła.

- Może z moją pomocą się uda - zasugerował Marek. - To znaczy... - spojrzał kontrolnie na babcię - razem możemy spróbować zbliżyć się do ideału. - Puścił zawadiacko oko.

Patrycja miała ochotę ponownie westchnąć, gdy słowo "ideał" odbiło się echem w jej głowie, ale się powstrzymała. I nagle, zupełnie bez powodu, przypomniało jej się coś, co o Marku powiedziała kiedyś Marycha: "Nieważne, że jest ideałem, jeśli dla mnie idealny jest ktoś inny". Pati nie miała jednak czasu, żeby zatrzymać się na tej myśli, bo do stołu w ogrodzie wrócił dziadek, który chwilę wcześniej pobiegł do domu odebrać telefon.

- Boguś jednak z nami zagra! - oznajmił, zacierając ręce z wyraźną satysfakcją. - Będzie nas po pięć na drużynę.

- O, to... - Patrycja zawiesiła głos, szukając właściwego komentarza - świetnie? - dokończyła niepewnie.

Szczerze mówiąc, taki obrót spraw był jej nieco nie na rękę, bo miała nadzieję chwilowo uniknąć przy Marku rozmów na temat nie-do-końca-tajemniczego skauta Tytana Drabie. Tym bardziej że jeszcze nie zdecydowała, na który mecz w Malinowie zaprosić Bogusława. I nie chciała być zmuszona do robienia tego dzisiaj. Najpierw musiała wszystko sobie przemyśleć i dokonać wyboru, który miałby przynajmniej znamiona racjonalności. Nie chciała podejmować emocjonalnej decyzji, zwłaszcza że emocje były trudniejsze do przeanalizowania niż fakty. A na ustalenie faktów potrzebowała więcej czasu.

- W rzeczy samej: świetnie! - potwierdził dziadek. - Od razu mówię, że do swojej drużyny rekrutuję tego złotego chłopaka. - Usiadł obok Marka i poklepał go po łopatce.

"Złoty chłopak" skwitował to dumnym wyszczerzeniem zębów.

- Widzę, że Patunia dobrze mnie zareklamowała - odparł.

Pati przewróciła oczami tak, by upewnić się, że Marek to zauważy.

- Czy to znaczy, że wyrzekasz się własnej wnuczki i będę grać w przeciwnej drużynie? - zapytała żartobliwie.

- No cóż. - Dziadek wzruszył ramionami. - Przecież nie mogę całkowicie pozbawiać rywali szans na wygraną. - Fair play i tak dalej - dorzucił. - Ale zagrasz z Bogusiem. Z naszej wiekowej ósemki to on jest w najlepszej formie.

- O, coś czuję, że pan wcale nie jest w gorszej - wtrącił Marek, czym zarobił sobie na kolejne przyjacielskie pacnięcie w plecy.

- Lubię go - oświadczył mężczyzna.

- Ja też dziadku, ja też - powiedziała Patrycja.

I było to najprawdziwszą prawdą.

- - -

- Kim jest Boguś? - spytał Marek, gdy pomagał Pati przy myciu naczyń po przedpołudniowej przekąsce, a babcia już krzątała się kawałek dalej, szykując obiad.

Patrycja nie od razu odpowiedziała. Udawała, że jest zajęta doszorowywaniem kubka z upartego osadu po herbacie, na którego doszorowaniu wcale jej nie zależało.

- Najstarszym przyjacielem dziadka - odezwała się wreszcie. - Tym, któremu się udało.

- Co się udało?

- Spełnić marzenie o piłkarskiej karierze. - W końcu podała chłopakowi kubek do wytarcia i posłała mu melancholijny uśmiech.

Marek spojrzał na nią z zainteresowaniem.

- Jak ma na nazwisko? - dopytał.

- Kopa. Bogusław Kopa.

- Mam wrażenie, że powinno mi to coś mówić, ale... - Podrapał się po szyi z lekkim zakłopotaniem.

- Kiedyś, dawno temu, był asystentem trenera reprezentacji.

Brwi Marka uniosły się wysoko.

- Bardzo dawno temu - podkreśliła. - Na pewno kojarzysz piłkarzy, którzy grali w tym składzie, bo to futbolowe legendy, ale kto by pamiętał, kim był jakiś tam asystent. - Obróciła się z powrotem do zlewu.

- Czekaj, czekaj. - Chłopak sięgnął jej przez ramię i zakręcił wodę, by powstrzymać ją od ponownego skupienia się na naczyniach. - Znajomy twojego dziadka był asystentem selekcjonera kadry narodowej i dopiero teraz się o tym dowiaduję? - W jego głosie pobrzmiewały niedowierzanie i odrobina wyrzutu.

- To... - Przygryzła wargę, rozważając dwie jedyne opcje: wyjawić całą prawdę albo zbagatelizować sprawę, czyli de facto skłamać. Skłamać Markowi, któremu przysięgła absolutną szczerość. - To serio stare dzieje. Chyba po prostu nie pomyślałam, że to na tyle istotne, żeby ci o tym wspominać. Tak naprawdę sama bym o tym nie pamiętała, gdybym nie... - urwała, niepewna, czy mówić dalej.

- Gdybyś nie...? - zainteresował się.

Odwróciła się do niego i westchnęła. Wiedziała, że to, co powie, mu się nie spodoba, ale wolała wspomnieć o tym niż o bardziej aktualnych - i o wiele bardziej znaczących - sprawach związanych z Bogusławem.

"Ten fragment prawdy musi na razie wystarczyć" - postanowiła w myślach.

- Gdybym nie szukała prezentu na osiemnastkę Tomka - odpowiedziała.

Marek zacisnął szczękę, ale nie skomentował słów Pati. Wpatrywał się w nią, czekając, aż rozwinie wypowiedź.

- Chciałam, żeby to było coś wyjątkowego. Dla dobrego kumpla i kapitana drużyny, która dała mi szansę, kiedy tego najbardziej potrzebowałam - wytłumaczyła dla porządku, żeby nie pomyślał, że kierowały nią jakiekolwiek inne pobudki. - I zaczęłam to organizować parę tygodni przed sylwestrem - dodała na wszelki wypadek.

- Rozumiem. - Marek nieco się rozluźnił. - Ale czy dojdziesz w końcu do sedna i powiesz, co ma do tego ten cały Boguś?

- No tak... - Odchrząknęła. - Długo nie mogłam wymyślić niczego, co nie wydawało mi się kiczowate. Aż przypomniałam sobie opowieści dziadka o znajomym, który miał kiedyś coś wspólnego z kadrą narodową. Chociaż nie byłam pewna, czy dobrze zapamiętałam, a tym bardziej, jak gość się nazywa. Tak czy siak, pomyślałam, że to może być szansa na zdobycie jakiejś pamiątki z czasów świetności naszej reprezentacji. Może nawet kilku autografów. Nie wierzyłam, że to naprawdę się uda, ale nie zaszkodziło spróbować, prawda? Trochę mi się poszczęściło, bo okazało się, że Bogusław cały czas ma dobry kontakt z zawodnikami, których trenował. Do tego akurat odbywało się jakieś ich spotkanie po latach... Koniec końców Tomek dostał piłkę podpisaną przez większość piłkarzy, którzy dawno temu grali w finałach Mistrzostw Świata.

Marek nic nie mówił, wyraźnie zajęty przetwarzaniem tego, czego właśnie się dowiedział.

- Ta cała akcja była kilka miesięcy temu - podjęła Pati - i niedługo po niej znowu trochę zapomniałam o panu Bogusławie. Wiesz, działo się mnóstwo innych rzeczy - usprawiedliwiła się. - No i kiedy pojawił się tutaj dwa dni temu, byłam totalnie zaskoczona. Nie miałam pojęcia, że jest aż tak dobrym kumplem dziadka.

Marek potarł dłonią czoło i westchnął.

- Dobrze, masz rację. To faktycznie nie jest informacja, która znacząco wpłynęłaby na moje życie - powiedział i Patrycja ledwo powstrzymała odruch, by skrzywić się na nieprawdziwość tego stwierdzenia. - Ale wydaje mi się, że były przynajmniej dwie albo trzy okazje, kiedy mogłaś mi o tym wspomnieć, a tego nie zrobiłaś - zauważył. - I może nawet celowo pominęłaś ten temat.

Przełknęła ślinę.

- Chyba... - zaczęła nieśmiało. - Nie chciałam, żebyś się złościł o tę piłkę.

- O piłkę? - zdziwił się.

- No, ten prezent dla Tomka.

- Ach - westchnął. - Okej, przyznaję, że sam chciałbym coś takiego dostać. I jest mi trochę przykro, że kiedyś zależało ci na Kosaku na tyle, żeby zorganizować dla niego taki prezent - dodał, kładąc nacisk na słowo "kiedyś", co nie spodobało się Pati. - Ale mamy to za sobą, prawda? - Spojrzał na nią znacząco. - I na mnie zawsze zależało ci bardziej - zakończył pewnie.

Pokiwała potulnie głową. Nie chciała wdawać się przy babci w dłuższą dyskusję z Markiem.

- Jeśli masz jeszcze jakieś piłkarskie ciekawostki związane z twoim dziadkiem, jego znajomymi, albo dawnymi dziejami naszej reprezentacji - podjął głosem, z którego nagle zniknęło całe napięcie - chętnie o nich usłyszę.

Przybrał zadziorny wyraz twarzy i nachylił się, by cmoknąć Patrycję w usta. Przy okazji odkręcił wodę, żeby mogli kontynuować zmywanie.

- Okej - odpowiedziała tylko i skupiła się na leżących w zlewie talerzykach.

- - -

Tuż przed obiadem do domu dziadków wróciła matka Pati, razem ze swoją siostrą i jej mężem, z którymi wcześniej odwiedzała znajomych z czasów liceum.

Patrycja była przekonana, że tak jak jej mama utrzymywała relacje z najlepszymi szkolnymi przyjaciółmi, tak ona nigdy nie zerwie kontaktu z Marychą. Liczyła na to, że podobnie będzie to wyglądać z Kubą, chociaż w tym przypadku miała o wiele mniej pewności. Obawa o to, co się stanie, gdy kolega pozna jej prawdziwą tożsamość, nie zniknęła, a wręcz powiększała się z każdym dniem, który przybliżał ich do ostatniego meczu rundy wiosennej. Wizja tego, co wydarzy się po zakończeniu rozgrywek, była niczym gilotyna wisząca nad głową Pati - a właściwie nad głową Pawła, bo to jego koniec był bliski. Czy musiał jednak oznaczać też koniec przyjaźni z Kubą? Patrycja bardzo pragnęła wierzyć w to, że nie.

Nie chcąc dołować się bardziej, skupiła myśli na pozytywnych skutkach pozbycia się Pawła, czyli na tym, że będzie mogła przestać udawać kogoś, kim nie jest, i kontynuować piłkarską karierę jako ona. Naprawdę ona. Może nawet grając w świetnym klubie.

Na samą myśl, że bardzo prawdopodobnie zostanie zaproszona do zaprezentowania się przed trenerem nowo tworzonej kobiecej drużyny Tytana, poczuła mrowienie ekscytacji pod skórą. Miała wielką ochotę podzielić się tą radosną nowiną z Markiem, ale nie mogła, bo musiałaby mu wyznać, że ma tę możliwość dzięki Bogusławowi, i wyjaśnić, w jaki sposób mężczyzna jest związany z klubem. Chłopak niewątpliwie dopytałby wtedy, czy Pati zasugerowała także jego kandydaturę do męskiego składu. A ona byłaby zmuszona odpowiedzieć, że... nie do końca.

Przeżuwając jedzenie z nieco mniejszym niż zazwyczaj zapałem, Patrycja jednym uchem przysłuchiwała się historiom ze swojego dzieciństwa, którymi jej dziadkowie i wujostwo ochoczo dzielili się z Markiem. Raz na jakiś czas przywoływała na twarz nieco rozbawiony, a nieco zażenowany uśmiech, który zdawał się adekwatny do sytuacji.

Myślami nieustannie była jednak gdzie indziej. Zastanawiała się, czy jest w stanie podjąć decyzję już dzisiaj i co się stanie, jeśli tego nie zrobi. A także dlaczego podczas niedzielnej rozmowy z Bogusławem ani razu nie padło imię Marka. Wspomniała ogólnikowo, że w Malinowie jest kilku świetnych piłkarzy, ale słowem nie pisnęła, że jednym z najwybitniejszych jest jej chłopak.

"Bo wtedy wypadałoby powiedzieć, że to jego powinni przyjąć do Tytana - przyznała przed samą sobą. - Jego, nie Kubę".

Była to niewygodna myśl, zwłaszcza teraz, kiedy Marek był tuż obok. Z jednej strony Patrycja pragnęła dla niego wszystkiego, co najlepsze, i chciała grać w tym samym klubie co on. Z drugiej nie umiała pozbyć się poczucia, że Kuba zasługuje na tę szansę bardziej. Wybranie go byłoby jednak równoznaczne ze zdradzeniem Marka.

"Nie podchodź do tego emocjonalnie!" - skarciła się w duchu, gdy tylko doszła do tego wniosku.

Poirytowana swoim brakiem zdecydowania jęknęła pod nosem, jednocześnie wpychając do ust ostatni kawałek kotleta, choć już całkiem odechciało jej się jeść.

- Skarbie, wszystko w porządku? - zapytał Marek.

Miała nieodpartą chęć pokręcić energicznie głową, ale zamiast tego z trudem przełknęła ledwo przeżute jedzenie, westchnęła i zmusiła się do uśmiechu.

- Chyba przesadziłam z ilością ciasta przed obiadem i trochę mi przykro, że nie wcisnę w siebie nic więcej - odparła, nieco naciągając prawdę.

W oczach Marka błysnęło coś, co mogło być podejrzliwością, ale po chwili też się uśmiechnął i pocałował Pati w skroń.

- Po meczu na pewno będziesz głodna jak wilk i zjesz wszystkie resztki z obiadu - zapewnił ją.

Pokiwała głową, choć nie była pewna, czy apetyt jej dzisiaj wróci. Wiedziała, że nawet jeśli jakimś cudem Bogusław nie poruszy przy jej chłopaku żadnego niewygodnego dla niej tematu, poczucie winy i tak coraz bardziej będzie ją zalewać.

Jeszcze dwa dni temu była podekscytowana perspektywą przyjazdu Marka i tym, że chłopak pozna jej dziadków. Teraz najchętniej wysłałaby go w drogę powrotną do Malinowa wcześniej.

I nie czuła się z tym dobrze.

- - -

Rozważała powiedzenie Markowi, żeby dali sobie spokój z meczem i zamiast tego wybrali się na romantyczny spacer po wsi, w której mieszkali dziadkowie. Szybko jednak zrezygnowała z tego pomysłu. I były co najmniej trzy powody.

Po pierwsze, wyglądałoby to bardzo, ale to bardzo podejrzanie. Nie było szans, by Marek uwierzył, że mając okazję pokopać piłkę, Patrycja wolała robić cokolwiek innego. Po drugie, Pati nie chciała zawieść dziadka, który z wielkim entuzjazmem szykował się do tej przyjacielskiej rozgrywki. Widać było, że nie mógł się doczekać chwili, kiedy pochwali się znajomym umiejętnościami wnuczki oraz jej chłopaka, którego ewidentnie uważał już za członka rodziny. Po trzecie, nie kojarzyła żadnych szczególnie romantycznych tras w okolicy, co czyniło tę propozycję tym bardziej naciąganą. Zostawało więc wzięcie udziału w meczu i modlenie się o to, aby wszyscy byli zbyt zajęci piłką, by mieć czas na zbędne rozmowy.

Pech chciał jednak, że uczestnicy gry schodzili się na miejsce spotkania powoli, a jako jeden z pierwszych przybył Bogusław, dzierżąc pod pachą zapasową piłkę i prezentując się zaskakująco elegancko w czarnym dresie. Dziadek Patrycji natychmiast przedstawił mu Marka, nie szczędząc superlatyw, które mogłyby sugerować, że zna chłopaka o wiele lepiej niż z kilku opowieści wnuczki i o wiele dłużej niż od kilku godzin.

Jego siwobrody przyjaciel uścisnął dłoń Marka i nieznacznie zmarszczył brwi. Pati była pewna, że rozmyśla nad tym, dlaczego pierwszy raz słyszy o tak znamienitym zawodniku. Nagle jednak jego mina się zmieniła, jakby coś sobie przypomniał albo uświadomił.

- Ach! - odezwał się. - A więc to ten wyjątkowo utalentowany...

- Tak! - przerwała mu Patrycja, przeczuwając, że zakończy swoją wypowiedź słowem "skrzydłowy". Przysunęła się bliżej Marka, zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała go w policzek. - Najlepszy napastnik w Malinowie - oznajmiła, próbując zakomunikować Bogusławowi wzrokiem, żeby nie ciągnął tego tematu.

Mężczyzna zauważył jej grymas, ale wyraźnie nie miał pojęcia, jak go zinterpretować. Przez moment wyglądał na jeszcze bardziej skołowanego niż wcześniej.

- Włodek! - zawołał niespodziewanie dziadek Pati, witając kolejnego znajomego.

- Zbychu! - przywitał się radośnie wyłysiały, wysoki mężczyzna z brzuszkiem.

Patrycja odetchnęła z ulgą, gdy uwaga wszystkich zebranych skupiła się na nim. Wszystkich poza Bogusławem, którego spojrzenie poczuła na sobie. Gdy je odwzajemniła, uniósł pytająco brew. Wypowiedziała bezgłośne "wyjaśnię później", na co skinął poważnie głową, czym nieco ją uspokoił.

Zaraz potem dołączyły do nich ostatnie osoby i zaczęły się ustalenia, kto gra z kim, a także wyjaśnienia, jak będzie wyglądał mecz. Ze względu na wiek zawodników - z których tylko połowa zdawała się ciut młodsza od dziadka Patrycji - miał on trwać trochę ponad godzinę, wliczając w to dwie pięciominutowe i jedną dziesięciominutową przerwę.

- Proponuję, żeby młodzież grała na pół gwizdka - powiedział mężczyzna, który wcześniej przedstawił się jako Kazik.

- Możemy nawet grać na ćwierć. - Marek roześmiał się sympatycznie. - Chociaż mam przeczucie, że nie będzie to konieczne - dodał przymilnie.

- A ja mam przeczucie, że i tak już przegraliśmy - westchnął staruszek.

- Mam nadzieję, że nie próbuje pan powiedzieć, że grając z Pati w drużynie, macie mniejsze szanse - odparł chłopak niby przyjaźnie, ale z nutką czegoś groźnego w głosie.

Patrycję aż przeszły przyjemne ciarki. Co prawda, nie poczuła się szczególnie urażona komentarzem znajomego dziadka, jednak dobrze było wiedzieć, że Marek w nią wierzy i staje po jej stronie w każdej sytuacji.

"Powinnam robić to samo" - przemknęło jej przez głowę.

- Nie, oczywiście, że nie. - Kazik uniósł dłonie w obronnym geście. - Tylko że wsparcie na ataku przydałoby się bardziej.

- Mogę grać na ataku - zaproponowała Pati.

- I niby kogo postawimy wtedy na bramce? - wtrącił Bogusław z powątpiewaniem. - Ja odpadam. To nie na moje kości i stawy, żeby rzucać się do piłki i turlać się z nią po ziemi. Któryś z was jest chętny? - Popatrzył znacząco po kolegach, którzy bez wahania pokręcili głowami. - No to ustalone - oznajmił tonem sugerującym, że to koniec dyskusji. Brzmiał przy tym niczym trener z prawdziwego zdarzenia. - Na boisko, panowie! - zarządził.

Patrycja pomyślała, że chętnie trenowałaby pod okiem tego mężczyzny. Albo przynajmniej kogoś, kto się od niego uczył.

- Dlaczego właściwie nie pójdziemy na boisko przy szkole? - zagaiła, gdy rozchodzili się po nierównej łące, świeżo skoszonej w kształt boiska, na oko mniejszego niż standardowe. W odpowiednich miejscach sterczały drewniane tyczki wyznaczające narożniki. Trzy niewielkie okręgi nagiej ziemi wytyczały środek i punkty karne, ale linii brakowało. W bramkach nie było siatek, a z ich nie do końca prostych, pordzewiałych metalowych słupków i poprzeczek odchodziła farba. To wszystko miało swój urok, lecz na pewno nie były to idealne warunki do gry w piłkę. - Nie jest otwarte dla wszystkich?

- Chyba jest - odpowiedział Bogusław, wzruszając ramionami. - Ale zawsze graliśmy tutaj. To już taka tradycja.

- Zawsze, czyli...? - zaczęła pytanie.

- Od dzieciaka.

Kąciki ust Pati powędrowały do góry. Poczuła, że oto staje się częścią historii, która rozpoczęła karierę co najmniej jednego wybitnego piłkarza, a później wielu następnych.

- I od kilkudziesięciu lat nikt nic tutaj nie wybudował ani... nie wiem... nic nie uprawia? - dopytała.

- Powiedzmy, że postarałem się o to, żeby łąka pozostała łąką. - Puścił oko. - Dobra, rozgrzewajmy się! - zawołał tak głośno, że idąca tuż przy nim Patrycja mimowolnie się wykrzywiła. - Przepraszam - zaśmiał się. - Połowa tego geriatrycznego towarzystwa jest przygłucha. Muszę się do nich wydzierać, jeśli mają mnie usłyszeć - wyjaśnił. - Część ma też problemy z pamięcią - dodał po chwili. - Trzeba im przypominać, że w naszym wieku bez rozgrzewki nie powinniśmy nawet podnosić siatek z zakupami.

Pati parsknęła cicho, jednak szybko się uciszyła, zakrywając usta dłonią. Spojrzała na mężczyznę, by upewnić się, że nie popełniła gafy. Niby mówił żartobliwym tonem, ale może jej nie wypadało nabijać się z niego i jego kolegów tak samo jak jemu. Nie skomentował tego, lecz Patrycja dostrzegła cień wesołości na jego twarzy.

Bez ostrzeżenia rzucił w nią piłką, a gdy złapała ją instynktownie i pewnie, pokiwał głową z aprobatą. I tym razem nie krył uśmiechu.

- Myślę, że zdążysz przebiec z dwa, trzy okrążenia, zanim przejdziemy z chłopakami do jakichkolwiek sensownych ćwiczeń. - Brzmiało to bardziej jak polecenie niż sugestia.

"Urodzony trener" - pomyślała i bez ociągania potruchtała na obrzeża wykoszonego obszaru łąki.

Niedługo później dołączył do niej Marek.

- Wyścig dookoła boiska? - zasugerowała przede wszystkim dlatego, że miała na to ochotę, ale trochę też po to, by uniknąć kolejnych pytań o Bogusława.

- Chcesz, żebym się zmęczył teraz i wolniej biegał w trakcie meczu, kiedy ty będziesz odpoczywać na bramce? - zapytał rozbawiony chłopak.

- Dokładnie tak! - odpowiedziała i natychmiast przeszła z szybkiego truchtu do sprintu z piłką.

- - -

Tempo meczu było zdecydowanie wolniejsze od tego, do którego Pati przywykła, grając w Torpedzie, ale i tak bawiła się wyśmienicie. Udało jej się nawet popisać kilkoma brawurowymi obronami - głównie wtedy, kiedy na jej bramkę strzelał Marek.

Było dosyć oczywiste, że biegając po łące ze staruszkami, chłopak dawał im fory i nieraz celowo pozwalał odbierać sobie piłkę. Przy Patrycji jednak nie stosował taryfy ulgowej. No, może poza ostatnim strzałem, którym miał szansę zdobyć zwycięskiego gola dla swojej drużyny, a tego nie zrobił. Skończyło się remisem. Nikt, poza Pati i Markiem, nie miał już siły na dogrywkę.

- Nie musiałeś tego robić - powiedziała, podchodząc do niego z piłką w rękach.

- Robić czego? - udał zaskoczonego.

Patrycja dobrze wiedziała, że minutę wcześniej specjalnie kopnął futbolówkę tak, żeby łatwo było zgadnąć, w którą stronę poleci. Nie musiał przyznawać się do tego na głos. Gdyby zrobił to w meczu ligowym, miałaby do niego pretensje, ale w tym szczególnym przypadku jego zachowanie ją rozczuliło. I nie miała najmniejszych wątpliwości, że swoją dzisiejszą grą jeszcze bardziej zapunktował u dziadka.

- Dziękuję. - Cmoknęła go w usta.

- Ładnie graliście - usłyszeli i oboje odwrócili się do zdyszanego Bogusława, który w trakcie meczu również dał popis swoich umiejętności. Zarówno tych piłkarskich, jak i trenerskich.

- Pan też - odparł Marek. - Nie wmówi mi pan, że nie kopie pan piłki przynajmniej kilka razy w miesiącu - dodał ze szczerym podziwem dla kondycji mężczyzny.

Według tego, czego Patrycja dowiedziała się wczoraj od Kuby, Bogusławowi niewiele brakowało do siedemdziesiątki. Miała nadzieję, że w jego wieku też będzie na tyle sprawna, by bez problemu posyłać piłkę całkiem mocnym kopnięciem zza pola karnego na bramkę.

- Nie zamierzam nic nikomu wmawiać. - Mężczyzna się roześmiał. - Chociaż częściej przyglądam się temu, jak inni biegają po boisku, niż sam to robię.

Marek przechylił głowę z zainteresowaniem.

- Trenuje pan jakąś drużynę? - spytał, zanim Pati zdążyła wymyślić, jak dyskretnie sprowadzić konwersację na inne tory.

Popatrzyła błagalnie na Bogusława i pokręciła głową - bardzo, bardzo delikatnie, żeby nie zwrócić na siebie tym gestem uwagi Marka. Nie była pewna, na co liczyła, kierując tę niemą prośbę do mężczyzny. Chyba na to, że to on zmieni temat rozmowy.

Tak się jednak nie stało. Zamiast cokolwiek odpowiedzieć, długo wpatrywał się w Patrycję, ewidentnie nie pojmując, czego dziewczyna od niego oczekuje. A to siłą rzeczy sprawiło, że Marek też na nią spojrzał.

- Co jest? - zdziwił się.

- To... - Westchnęła, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nie pozostało jej zbyt wiele opcji. - To miała być niespodzianka - skłamała. Odrobinę.

- Co takiego?

- Pan Bogusław... - zawahała się. Zerknęła na mężczyznę i z powrotem na Marka. - Pan Bogusław zna Roberta Samera - powiedziała trochę głośniej i trochę wolniej, żeby Bogusław dobrze usłyszał i zrozumiał, że umyślnie nie wspomniała o jego specyficznej roli w klubie.

Marek otworzył szeroko oczy i rozchylił wargi, ale z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Ewidentnie nie miał pojęcia, co zrobić z tą informacją. Być może nawet podejrzewał, że Pati sobie z niego nie żartuje, bo przeniósł wzrok na Bogusława, jakby szukał potwierdzenia.

Mężczyzna kiwnął niepewnie głową. Patrycja widziała po jego minie, że nie podoba mu się bycie wplątanym w coś, co powinno zostać pomiędzy nią a Markiem. Na szczęście chłopak chyba tego nie zauważył. A Bogusławowi zamierzała podziękować i wytłumaczyć się później.

- Nie chciałam ci nic mówić, dopóki tego nie potwierdzę - zwróciła się do Marka i odchrząknęła, jakby to mogło jej pomóc w pozbyciu się z przełyku goryczy wywołanej kolejnym kłamstwem - ale jest mała szansa, że obydwoje będziemy mogli się zaprezentować przed Tytanem.

Chłopak nadal był w szoku. Wyglądał na rozdartego pomiędzy radosnym wyściskaniem Pati a robieniem jej wyrzutów o to, że nie zdradziła mu nic wcześniej. Ostatecznie położył dłoń na jej ramieniu i... było w tym coś dziwnie niezręcznego.

- Naprawdę? - zapytał Bogusława.

- Tak - przytaknął ostrożnie mężczyzna. - Być może. Z Patrycją na pewno będzie łatwiej, bo od jakiegoś czasu szuka... - urwał i rzucił Pati szybkie spojrzenie, którym zdawał się przekazywać, że pierwszy i ostatni raz posuwa się dla niej do zatajenia części prawdy. - Słyszałem, że szukają bramkarki do drużyny, w której będą grać córki Sama. Męskie składy to trochę bardziej skomplikowana sprawa... - Znowu zawiesił głos, podrapał się po policzku i rozejrzał na prawo i lewo, szukając inspiracji, a może bardziej pomocy.

Niespodziewanie uratował go dziadek Patrycji, wołając ich na drugą połowę boiska, gdzie zgromadzili się pozostali gracze. Bogusław ochoczo odszedł w tamtą stronę. Marek ani drgnął.

- Wyjaśnię ci wszystko potem - obiecała Pati, chwytając go za rękę.

Chłopak zacisnął wargi i przesunął wolną dłonią po czole, a następnie po kruczoczarnych włosach. Zatrzymał ją na karku i westchnął głośno.

- Czego jeszcze mi nie mówisz? - wypalił z rozgoryczeniem w głosie.

Patrycja poczuła bolesne ukłucie pod mostkiem. Odruchowo chwyciła się za koszulkę w miejscu, gdzie jeszcze wczoraj wieczorem znajdował się wisiorek, który Kuba podarował Pawłowi na urodziny.

"Zbyt wiele" - przemknęło jej przez głowę. Zdumiona tą myślą, ściągnęła brwi.

- Przecież bym ci o tym powiedziała! - odparła nieco rozpaczliwie. - Dlaczego od razu zakładasz, że chciałam to przed tobą ukrywać?!

Marek ścisnął jej dłoń.

- Powiedziałabyś mi kiedy? - dopytał, patrząc Pati prosto w oczy.

Przełknęła dyskretnie ślinę, by nawilżyć zaschnięte gardło. Miała wrażenie, że chłopak wyczytuje z jej spojrzenia całą prawdę. W jego ciemnobrązowych tęczówkach dostrzegła dociekliwość, zwątpienie i żal. Wiedziała jednak, że gdzieś pod tym wszystkim kryje się miłość i potrzeba wzajemności. A jeśli nie, to przynajmniej dowodu, że nie kocha na marne i że Patrycja traktuje ten związek poważnie.

Chciała dać mu to potwierdzenie. Chciała móc mu powiedzieć, że odwzajemnia jego uczucia. I nie chciała niczego przed nim ukrywać. Coś ją jednak powstrzymywało przed zdobyciem się na którąkolwiek z tych rzeczy.

- Kiedy tylko dowiedziałabym się od pana Bogusława, czy Samer jest zainteresowany - odpowiedziała po krótkiej chwili, starając się brzmieć pewnie i nie uciekać wzrokiem w bok. - Misiu - dodała łagodniejszym, proszącym tonem - dlaczego miałabym ci nie mówić? Powiedziałabym ci tak czy siak, naprawdę. Ale miałam nadzieję, że... Że najpierw uda się wszystko ustawić i zrobię ci tym miłą niespodziankę. A teraz... - Wzruszyła bezradnie ramionami, po czym opuściła wzrok na białe czubki trampek umorusane trawą.

Było jej okropnie źle, że właśnie nakłamała swojemu chłopakowi w żywe oczy, a każde jedno słowo wymówki zmyśliła na poczekaniu. Nie miała też pojęcia, jak się z tego wykręci - gdyby chciała się wykręcić oczywiście. I jeśli Bogusław nadal będzie skłonny wyświadczyć jej przysługę i przyjechać w maju na mecz jednej z malinowskich drużyn. Po tym, jak się dzisiaj przy nim zachowała, nie mogła mieć pewności.

Marek nic nie mówił przez kilka sekund, które wydawały się Pati wiecznością.

- Przepraszam, że zepsułem niespodziankę - odezwał się w końcu, przysuwając dłoń do jej twarzy. Pogładził jej policzek kciukiem.

Czuła, że wpatruje się w nią intensywnie i że kiedy na niego spojrzy, zobaczy w jego oczach już tylko pozytywne, ciepłe emocje. I, trochę paradoksalnie, bała się tego. Nie chciała, by tak na nią patrzył po tym, jak go okłamała.

Powoli podniosła na niego wzrok i przywołała na usta nikły, niepewny uśmiech, całkiem nieźle odzwierciedlający ten, który odmalował się na jego twarzy.

- Przepraszam, że tak nieudolnie organizowałam tę niespodziankę - mruknęła z pełną świadomością, że mówiąc to, dalej brnie w fałsz. Sama dziwiła się temu, jak szczerze zabrzmiały jej słowa. - Zamiast po prostu powiedzieć ci wszystko, co już wiem na sto procent, i uniknąć... - zamachała chaotycznie ręką pomiędzy nim a sobą - tego. Może sprawiłabym ci tym mniejszą radość niż konkretami, ale jakąś na pewno.

Marek zaśmiał się cicho.

- Na pewno - przyznał. - Ale nie byłabyś sobą, gdybyś wybierała najprostsze rozwiązania, co? - Uśmiechnął się szerzej, a w kącikach jego oczu pojawiły się delikatne zmarszczki mimiczne, które Patrycja uwielbiała.

- To prawda - westchnęła.

"Nawet nie wiesz, jak bardzo" - dodała w myślach.

ROZDZIAŁ 2

Powody

- No dobra, opowiadaj! - rzucił Marek, gdy tylko wyruszyli w drogę powrotną do Malinowa.

Pati, jadąca na siedzeniu pasażera, spojrzała przez ramię na samochód Bożeny, który podążał za nimi. Przemknęło jej przez głowę, że wolałaby jechać z mamą. Westchnęła cicho na tę myśl. Chciała się cieszyć tym, że następne trzy godziny spędzi sam na sam ze swoim chłopakiem, ale nie potrafiła. Wiedziała bowiem, że przynajmniej część z tego czasu będzie przepełniona kolejnymi półprawdami i niedopowiedzeniami.

Nabrała powietrza głęboko w płuca i odwróciła się do Marka. Nie było sensu udawać, że nie wie, o co jest proszona. To, że chciał poznać szczegóły znajomości Bogusława Kopy i Roberta Samera, było bardziej niż oczywiste. Właściwie dziwiło ją, że powstrzymał się przed dopytywaniem o to wcześniej, podczas kolejnego wspólnego posiłku przyszykowanego przez babcię Wandzię, która nie godziła się, by jej goście rozjechali się do domów o pustych żołądkach. Każdy został też zaopatrzony w zapasy jedzenia "na drogę" - w ilościach, którymi można by spokojnie nakarmić całą drużynę wygłodniałych piłkarzy, i to łącznie z rezerwowymi zawodnikami.

W każdym razie Marek aktywnie uczestniczył w rozmowach z rodziną Patrycji i tylko raz, gdy dziadek relacjonował dzisiejszy mecz, chłopak pochwalił jego grę i wtrącił, że po Bogusławie widać, że był zawodowym piłkarzem. Dziadek przytaknął, lecz nie pociągnął wątku i Marek też tego nie zrobił. Pati znała go już jednak na tyle, by móc ocenić, że pod maską uprzejmego zainteresowania rozsadzała go ciekawość. Gdyby nie to, że po meczu wrócili prosto do domu dziadków, zamiast udać się z grupką seniorów na "regeneracyjną banieczkę" do Kazika, niewątpliwie zalałby Bogusława serią pytań na temat Tytana Drabie i ich nowego trenera. Patrycję cieszyło więc, że dziadek wyjątkowo dotrzymał obietnicy danej żonie i nie zwlekał z powrotem, a wręcz pośpieszał wnuczkę i jej chłopaka, by zdążyć na ustaloną godzinę.

- No... - Pati odchrząknęła, dając sobie jeszcze moment na ubranie w słowa tego, co mogła i chciała powiedzieć Markowi. - Możliwe, że nie będziemy musieli kombinować, jak dobić się do Samera - zaczęła, starając się brzmieć pogodnie. - Pan Bogusław... obiecał... pogadać z nim.

Chłopak mocniej zacisnął dłonie na kierownicy. Zazwyczaj ten gest oznaczał, że próbuje opanować złość, lecz tym razem był to ewidentnie objaw podekscytowania. Patrząc na jego rozpromienioną twarz, Patrycja aż sama się uśmiechnęła, a błoga radość rozlała się po jej klatce piersiowej i szybko rozluźniła całe ciało. Nagle było jej dobrze. Dobrze z tym, że sprawiła Markowi przyjemność. I z tym, jak bardzo cieszy go perspektywa, że być może będą grać w jednym klubie. Że będzie mógł wyjechać z Malinowa na studia, a i tak będą się widywać praktycznie codziennie.

Czuła, że jest dla niego ważna. Co najmniej tak samo ważna jak piłka nożna i edukacja. Wielokrotnie zapewniał ją, że jest najważniejsza, jednak tego nie umiała jeszcze zaakceptować. Nie, dopóki nie mogła mu odpowiedzieć tym samym.

- Pati, przecież to niesamowite! - wykrzyknął, dając upust emocjom. Roześmiał się głośno i beztrosko, jakby kamień spadł mu z serca. - To rozwiązałoby wszystkie nasze problemy! - dodał z radosnym niedowierzaniem. - Od dwóch tygodni głowię się nad tym, czy jest jakiś sposób na bycie zauważonym przez Samera, i jak na razie nie udało mi się dojść do niczego sensownego.

- Byłeś w Drabiach? - palnęła nieco uszczypliwie, bo pomyślała o tym, jak wiele zrobił Kuba, żeby zwiększyć swoje szanse na dostanie się do wymarzonego klubu. Przeanalizował grę drużyny seniorów. Zmienił swój plan treningowy tak, by jak najlepiej się w tę drużynę wpasować i uzupełnić jej braki. I dowiedział się wszystkiego, co dało się dowiedzieć o obecnych zawodnikach drużyny i o Robercie Samerze oraz jego sposobie na znajdowanie nowych talentów.

Marek kontaktował się z sekretariatem klubu, ale Patrycja doskonale wiedziała, że nigdy nie był na stadionie Tytana w Drabiach i nie widział żadnego ich meczu. Gdyby planował się tam wybrać, na pewno zaproponowałby, żeby jechała razem z nim. Nie mógł się więc zachwycić grą zespołu tak jak Kuba i prawdopodobnie nadal nie miał pojęcia, że Samer współpracuje ze skautem, który wynajduje dla niego piłkarskie perełki.

Pati nie mówiła mu o tym, bo to nie ona znalazła tę informację. Zrobił to Kuba i to jemu należały się wszelkie korzyści związane z jej posiadaniem. Poza tym jeszcze kilka dni temu Patrycja nie uważała, żeby było to szczególnie istotne. W końcu prawdopodobieństwo odkrycia, kim jest tajemniczy skaut i trafienia przez niego na radar Tytana było bliskie zeru. Graniczyło to z cudem. Tego, że wydarzy się cud, nie mogła przewidzieć. A to, na czym ten cud polegał, musiała chwilowo zataić.

- Co? - Marek zmarszczył brwi i na moment spoważniał. Zapewne nie spodobał mu się ton Pati. Jej samej też się nie podobał. Nie chciała, by jej pytanie zabrzmiało ofensywnie. - Co to ma do...

- Może powinniśmy zobaczyć jakiś mecz Tytana? - weszła mu w słowo.

Chłopak zamrugał z konsternacją, ale zaraz potem ponownie się uśmiechnął.

- Myślałem o najbliższym weekendzie - odparł.

- Och. - Nagle Patrycji zrobiło się głupio, że trochę mimowolnie oskarżyła go w myślach o nietraktowanie tematu zmiany klubu tak poważnie jak Kuba. A przecież Marek zaczął rozważać Tytana jako potencjalną opcję stosunkowo niedawno i po prostu jeszcze nie zdążył przeanalizować wszystkiego tak dokładnie. Po zobaczeniu ich meczu na pewno dojdzie do podobnych wniosków co Kuba. Zauważy, że drużynie jest potrzebny dobry prawy skrzydłowy, i dowie się, że nowi zawodnicy trafiają do klubu dzięki skautowi, do którego nikt (poza Pati) nie potrafi przypisać nazwiska. - Kiedy grają?

- W niedzielę o szesnastej.

- Okej. - Pokiwała energicznie głową. - Chętnie zobaczę ich na żywo.

- To dobrze, bo już załatwiłem bilety - oznajmił i wyszczerzył zęby. - Myślisz, że Bogusław mógłby nas przedstawić Samerowi?

- Eee... - zawahała się. - Nie wiem, czy będzie wtedy w Drabiach - powiedziała. Właściwie zgodnie z prawdą. - Wiesz, to nie tak, że bywa tam codziennie.

- No tak - zgodził się Marek. - Ale może akurat będzie? - zapytał z nadzieją w głosie. - Masz na niego jakiś namiar?

- Nie... Ale dziadek ma. Zadzwonię, jak tylko... - Przygryzła wargę. - Jak tylko będę mieć do niego numer - zakończyła nieco bez sensu.

- Świetnie - ucieszył się Marek, nie kwestionując jej logiki. - Znają się całkiem dobrze, prawda?

- Pan Bogusław i dziadek? Przecież widziałeś...

- Kopa i Samer - wyjaśnił, zanim dokończyła myśl.

- Ach. Tak. Zdaje się, że tak - przyznała, zastanawiając się, jak Marek na to wpadł.

- Bogusław mówi o nim "Sam", jakby byli dobrymi kumplami - odpowiedział na niezadane pytanie. - I wie, że jego córki będą grać w kobiecej drużynie Ty­tana, o której istnieniu nie trąbią na prawo i lewo. Wie nawet, że szukają bramkarki. To nie coś, o czym mówi się znajomemu, którego widuje się od święta. Gość ewidentnie jest dobrze poinformowany. Może nawet jakoś doradza Samerowi? Hm... - Zadumał się i Pati modliła się w duchu, by nie doszedł do zbyt prawdziwych wniosków. - Myślisz, że to możliwe? - spytał.

- Co takiego?

- Że Kopa ma jakiś wpływ na decyzje Samera?

Patrycja przełknęła nerwowo ślinę.

- Może - odparła, bo "nie wiem" było kłamstwem, które nie chciało jej przejść przez gardło.

- Skąd oni się w ogóle znają? - rozmyślał na głos. - Grali razem? To chyba za duża różnica wieku, co nie?

- Pan Bogusław był trenerem Samera - powiedziała, bo akurat tej informacji nie miała po co zatajać. I tak była zapewne stosunkowo łatwa do znalezienia.

- O, to wiele wyjaśnia - stwierdził Marek i po chwili dodał ze zdwojonym entuzjazmem: - Na sto procent mu doradza!

Pati wzruszyła ramionami w niezobowiązującym geście, który mógł równie dobrze oznaczać, że zgadza się ze swoim chłopakiem albo że nie ma zdania na ten temat.

- Co jeszcze o nim wiesz? - dopytywał.

- Niewiele.

- Ale rozmawialiście w niedzielę, tak? I mówisz, że obiecał porozmawiać z Samerem na nasz temat?

- No... tak - potwierdziła ostrożnie. Uznała, że "nasz temat" to dosyć ogólne pojęcie.

- Pati, skarbie - westchnął Marek. - Serio muszę cię ciągnąć za język? Skoro już i tak zepsułem sobie niespodziankę, możesz mi powiedzieć wszystko, prawda? - Na sekundę oderwał wzrok od drogi i puścił oko do Patrycji. Nadal był w szampańskim nastroju, którego nie chciała mu psuć.

Uśmiechnęła się lekko i pokiwała głową, a potem zrelacjonowała niedzielną konwersację z Bogusławem, pomijając wszystko, co wiązało się z jej odkryciem, że jest on w dużej mierze odpowiedzialny za pozyskiwanie młodych talentów do Tytana. Napomknęła tylko, że znajomy dziadka wie dużo o tym, co dzieje się teraz w klubie. Słowa "skaut" unikała jak ognia.

- Naprawdę powiedziałaś mu o swoich przebierankach? - zapytał Marek, gdy skończyła mówić.

Pati skrzywiła się wewnętrznie na "przebieranki".

- Dziadek nalegał, żebym to zrobiła i... No cóż, ostatecznie wyszło na dobre.

- A czy... - zaczął.

- Nikomu się nie wygada - uprzedziła pytanie. - Niekoniecznie dlatego, że tak bardzo mnie lubi, ale na pewno nie chciałby sprawić przykrości dziadkowi.

- Ale też dlatego, że bardzo cię lubi - wtrącił wesoło Marek.

Patrycja zachichotała pod nosem.

- Mam nadzieję - odparła.

- I widział dzisiaj, jak grasz. Na pewno od razu zarekomenduje cię do pierwszego składu seniorek.

- Myślę, że zaczęłabym od juniorek. Ale to teraz najmniej istotne. Ważne, żeby w ogóle mnie przyjęli.

- Przyjmą - zapewnił.

- Mówisz, że jestem lepszą bramkarką niż wszystkie inne bramkarki, które znasz? - zapytała zaczepnie, choć rozczuliła ją ta wiara w jej umiejętności.

- Nie - zaśmiał się. - Ale widziałem kilka powtórek meczów zeszłorocznych Mistrzostw Świata kobiet i uważam, że niewiele ci brakuje do poziomu piłkarek, które w nich grały.

- Oglądałeś mecze kobiet? - nie dowierzała, pozytywnie zaskoczona tym, że dzięki niej zainteresował się kobiecą stroną ich ukochanego sportu. - Beze mnie? - dodała z udawaną urazą.

- No... - Podrapał się po szczęce. - Bardziej urywki meczów - przyznał. - Nie miałem aż tyle wolnego czasu, żeby oglądać całe, a poza tym ciężko się dokopać do dłuższych nagrań w necie.

- Czyli tylko parę akcji pod bramką? - wywnioskowała.

- Za to same najlepsze - próbował się bronić. - Więc spokojnie mogłem ocenić umiejętności bramkarek. I stwierdzić, że wymiatasz na tej pozycji co najmniej tak dobrze jak one.

Pati przyglądała mu się przez chwilę, wyjątkowo zadowolona z tego nieco naciąganego komplementu. Lubiła sobie wyobrażać, że gra na poziomie futbolowych mistrzyń i że naprawdę dałaby radę jako zawodniczka jednej z najlepszych drużyn świata.

- Dziękuję - odezwała się w końcu i pocałowała Marka w ramię, bo tylko na taki ruch pozwolił pas bezpieczeństwa, który zablokował się, kiedy trochę zbyt gwałtownie nachyliła się ku chłopakowi.

Marek zdjął jedną rękę z kierownicy i położył ją luźno na udzie Patrycji.

- To sama prawda - powiedział i nie usłyszała w tych słowach ani nuty fałszu. - Trener dziewczyn i Samer musieliby być ślepi, żeby nie zauważyć twojego potencjału.

"Potencjału - powtórzyła w myślach. - O tym samym mówił Pawłowi Kuba".

Uśmiechnęła się nostalgicznie na wspomnienie rozmowy z kolegą na obozie treningowym Torpedy i tego, jak namawiał ją, by spróbowali dostać się do Tytana razem. A potem przymknęła powieki i westchnęła. Po raz kolejny rozmyślała nad sytuacją, w którą się wpakowała, gdy poprosiła Bogusława o przysługę.

Chciała dobrze. I właściwie wszystko byłoby dobrze, gdyby nie musiała teraz wybierać pomiędzy swoim chłopakiem a przyjacielem. Okej, przyjacielem Pawła, ale to nie robiło żadnej różnicy. Przywiązanie, które czuła względem Kuby, było tak samo prawdziwe, jak... czymkolwiek było to, co czuła wobec Marka. W idealnym świecie nie musiałaby wybierać i obaj mieliby szansę na dostanie się do Tytana.

Świat nie był jednak idealny, a nawet gdyby był, Pati nie sądziła, żeby Marek cieszył się z grania w jednej drużynie z Kubą. Chociaż... może się myliła? Może nie miałby z tym problemu? W końcu podobno kiedyś, dawno temu, Kuba traktował go jak mentora. Niewątpliwie byli więc wtedy blisko. Może, pomimo paru wybuchów zazdrości ze strony Marka, nadal się lubili?

Patrycja otworzyła oczy i zerknęła niepewnie na swojego chłopaka.

- Nie wierzysz mi? - zapytał.

- Wierzę, że we mnie wierzysz. - Położyła dłoń na jego dłoni.

- Ludzie z Tytana też uwierzą - oznajmił z niegasnącą pewnością. - Ale, z tego, co zrozumiałem, z moim dostaniem się do męskiego składu nie będzie tak łatwo. Nawet jeśli dzięki Bogusławowi uda się załatwić audiencję u Samera. - Odetchnął głęboko, a wyraz jego twarzy wskazywał na to, że intensywnie nad czymś rozmyśla. - Dam radę - zadecydował po chwili. - Muszę dać radę. To nasza szansa.

- To nasza szansa... - powtórzyła szeptem, kiwając powoli głową.

"Mogę dać nam tę szansę" - pomyślała.

Zastanawiała się, czy jeśli teraz nie wesprze Kuby, kolega poradzi sobie sam. Był rewelacyjnym piłkarzem. Niesamowitym skrzydłowym. Przecież ktoś taki jak on prędzej czy później musiał zostać zauważony. Tylko co, jeśli nie zostanie? Co, jeśli najzwyczajniej w świecie, pomimo wielkiego talentu, zabraknie mu szczęścia?

Zła na siebie, że nie potrafi podjąć decyzji, a do tego od rana oszukuje swojego chłopaka, Pati uznała, że jedynym sposobem na niepogrążanie się w podłym nastroju jest zmiana tematu na bardziej neutralny.

- Co ty na to, żeby jutro po szkole obejrzeć u mnie nagranie jakiegoś meczu Frauen-Bundesligi? - zaproponowała. - Całego meczu - podkreśliła. - Nie martw się, wiem, gdzie znaleźć takie trudno dostępne materiały - dorzuciła żartobliwie.

- Kobiecej Bundesligi? - upewnił się, że dobrze zrozumiał.

- No tak.

- Hmm, no... okej - zgodził się, chociaż nie brzmiał na przekonanego.

- I zjemy pizzę - postanowiła, na co Marek zaśmiał się cicho. - Kończysz wcześniej niż ja, prawda? Więc może mógłbyś... - Nie dokończyła. Wiedziała, że i bez tego chłopak odgadnie, co jej chodzi po głowie.

Kiedy spojrzał na nią, uśmiechnęła się przymilnie.

- Mógłbym - odpowiedział rozbawiony.

- - -

"Okropnie namieszałam. Musimy pogadać", napisała Patrycja do Marychy, gdy tylko pożegnała się z Markiem i zaniosła niewielką torbę podróżną do pokoju.

Usiadła na łóżku i zapatrzyła się w ekran komórki w oczekiwaniu na odpowiedź.

Chwilę później z zaskoczeniem przyłapała się na obgryzaniu paznokci. Nigdy wcześniej tego nie robiła i nie miała pojęcia, skąd wziął się ten nerwowy odruch. Wiedziała za to, że jej nerwy bez wątpienia są zszargane.

Kiedy usłyszała dźwięk przychodzącej wiadomości, aż podskoczyła na materacu.

"Będę za maks. 20 min", pisała Maryśka.

Pati omal nie popłakała się ze szczęścia. Dopiero analizując swoją reakcję, uświadomiła sobie, jak niesamowicie potrzebuje podzielić się z kimś ciężarem, który coraz bardziej ją przygniatał.

A potem spojrzała na zegarek i jęknęła cicho. Było już po dwudziestej pierwszej. Nie mogła prosić przyjaciółki, żeby przychodziła do niej o tej godzinie, do tego przed pierwszym dniem szkoły po wiosennej przerwie świątecznej. Nie chciała jednak rozmawiać z nią o tym przez telefon.

Z niechęcią i ociąganiem wystukała kolejnego SMS-a: "Może lepiej jutro po szkole".

"Jesteś pewna?", dopytała Marycha.

Patrycja absolutnie nie była pewna, więc napisała wymijająco: "Jest już późno".

"Martwisz się o moje bezpieczeństwo i nie chcesz, żebym chodziła sama po nocy? ;)"

Pati parsknęła pod nosem. Właśnie tego jej w tym momencie brakowało. Kogoś, kto nie tylko ją wysłucha, ale także sprawi, że będzie jej lżej na sercu.

"To też", odpisała.

Na to nie dostała już odpowiedzi, za to jakąś minutę później usłyszała, że mama, krzątająca się piętro niżej, w kuchni, odbiera telefon. Zaintrygowana jej radosnym tonem Patrycja wstała i podeszła do uchylonych drzwi. Jedynym w pełni zrozumiałym zdaniem, które do niej dotarło, było: "Oczywiście, że tak, do zobaczenia!". Zaraz potem Bożena zakończyła rozmowę.

Pati zerknęła na trzymaną w ręce komórkę, na której nadal nie było żadnej nowej wiadomości. Przeczuwając, co się święci, zaczęła powoli schodzić po schodach.

- O, cześć, kotku! - odezwała się mama, gdy tylko ją zauważyła. - Anita i Marysia wpadną do nas na chwilę - zaraportowała, po czym machnęła ręką na znak, że niepotrzebnie strzępi język. - Przecież na pewno o tym wiesz. Podobno Marysia ma do ciebie jakąś ważną sprawę.

- Yyy... - zająknęła się Patrycja. - Tak. - Uśmiechnęła się szeroko, bo na samą myśl o tym, że zaraz porozmawia z przyjaciółką, zalała ją niewypowiedziana fala ulgi.

Nie minął kwadrans, gdy usłyszała samochód podjeżdżający pod dom. Ledwo się zatrzymał, już stała w drzwiach, a kiedy Maryśka w pośpiechu wysiadła z auta i do niej podbiegła, Pati przytuliła ją mocno.

- Dobrze, że jesteś - wyszeptała.

- Też tęskniłam - odparła wesoło Marycha i wyswobodziła się z jej uścisku. - Będziemy w pokoju Pati! - oznajmiła obydwu matkom, po czym pociągnęła Patrycję do domu.

- W kuchni jest całe mnóstwo poświątecznych słodkości! - zawołała za nimi Bożena.

Pati była zbyt przejęta tym, co ma do powiedzenia Maryśce, żeby jeść. Uznała jednak, że jeśli nie weźmie ze sobą przynajmniej kilku babcinych ciasteczek, mama zacznie podejrzewać, że coś jest nie tak. Patrycja obiecała, że będzie się z nią dzielić swoimi problemami, ale nie chciała tego robić już teraz. Dlatego zawróciła spod schodów i zgarnęła trochę ciastek na talerzyk, który zabrała ze sobą na piętro.

- Okej, gadaj - zarządziła Maryśka, klepiąc miejsce obok siebie na łóżku Pati, na którym zdążyła się już rozsiąść.

Patrycja zamknęła drzwi, położyła talerzyk na biurku, wzięła głęboki oddech na odwagę i usiadła. A potem opowiedziała przyjaciółce wszystko, co mogła jej opowiedzieć, łącznie z tym, że Kuba rozważa zmianę klubu i jaka jest w tym wszystkim rola Pawła. Była pewna, że Marycha nic nikomu nie wygada, ale do tej pory milczała, bo czuła, że to nie jej tajemnica i nie ma prawa się nią dzielić. Teraz jednak, kiedy piłkarska przyszłość skrzydłowego Torpedy mogła zależeć od Pati, ta kwestia zaczęła dotyczyć również jej samej.

Starała się przekazać Maryśce wszystko w telegraficznym skrócie. Było jednak sporo szczegółów, których nie mogła pominąć, i jeszcze więcej dygresji, które miały na celu lepsze zobrazowanie jej dylematu. Dlatego ta opowieść zajęła dobre pół godziny. Pod koniec Pati żałowała, że poza słodkościami nie przyniosła z kuchni szklanki wody, bo doszczętnie zaschło jej w gardle. Mówiła i mówiła, a Marycha przerywała jej tylko wtedy, kiedy potrzebowała coś lepiej zrozumieć albo wyrazić szok i niedowierzanie. W wyjątkowo teatralny sposób zdumiała się zarówno faktem, że o pewnych rzeczach dowiaduje się dopiero teraz, jak i tym, co wydarzyło się podczas pobytu Patrycji u dziadków.

- Wow. Nie było cię... ile? - odezwała się, gdy Pati wreszcie zamilkła i zawiesiła na niej wyczekujące spojrzenie. - Niecałe pięć dni, w dodatku spędzonych z rodziną, i już zdążyłaś skomplikować sobie życie bardziej, niż myślałam, że to możliwe - stwierdziła. - To ostatni raz, kiedy wyjeżdżasz z Malinowa bez mojego nadzoru! - Zamachała groźnie palcem.

Patrycja nie była pewna, czy koleżanka aby na pewno żartuje. Tak czy siak, skwitowała jej komentarz przeciągłym westchnieniem.

- Nie wiem, czy gdybyś trzymała mnie za rękę podczas rozmowy z panem Bogusławem, cokolwiek by to zmieniło.

- Może i nie. - Maryśka wzruszyła obojętnie ramionami. - A może i tak. Mogłabym wynegocjować w twoim imieniu, żeby pan skaut jednak pojawił się na dwóch meczach i sam ocenił umiejętności twoich piłkarzyków.

Pati przewróciła oczami.

- Naprawdę nie sądzę... - zaczęła, ale nie dokończyła, bo przypomniała sobie, jak niesamowity dar przekonywania ma Marycha. I jak bardzo potrafi być nieustępliwa. - No dobra, masz rację. Następnym razem wezmę cię do dziadków ze sobą. Ale, swoją drogą, nawet gdyby pan Bogusław zgodził się zobaczyć dwa mecze, ostatecznie, na dziewięćdziesiąt dziewięć procent, i tak skończyłoby się na wybraniu Marka albo Kuby. A nie ich obydwu.

- Albo żadnego z nich - zauważyła Maryśka. - Z tego, co mówiłaś, nie było żadnych obietnic.

- No... nie było. I ta opcja też niestety wchodzi w grę - przyznała z kolejnym westchnieniem, wspominając notatki Bogusława Kopy zamieszczone w czasopiśmie sportowym, które od niego pożyczyła. Dwoje z młodych zawodników, uznanych przez dziennikarzy "Jedenastki" za obiecujących, niewątpliwie nie było jedynymi, których skaut miał na oku, więc konkurencja była duża.

- Pomyśl o tym tak: podwoiłabyś szanse na to, że przynajmniej jeden z nich dostanie się do... eee... Tyrana?

- Tytana - poprawiła ją Pati i parsknęła cicho. Przypuszczała, że Marycha świetnie pamięta nazwę klubu i tylko udaje, że tak nie jest, żeby ją rozśmieszyć. Co zresztą jej się udało. - Okej, jest w tym jakiś sens - zgodziła się. - Ale nie nalegałam, żeby przyjechał do Malinowa dwa razy, bo to już by było przegięcie. I tak robi mi ogromną przysługę. Jeszcze by się z niej wycofał, gdybym była zbyt... natrętna.

- Dobra, dobra. Mówię tylko, że to by było najlepsze rozwiązanie.

- Wiem! - burknęła Patrycja. - Dlatego go o to podpytywałam. Ale... - zawiesiła głos.

- Co takiego?

- Nic, nieważne.

- Gadaj - zarządziła Maryśka, na co Pati pokręciła głową. - No dawaj!

Patrycja odetchnęła głośno.

- Tak sobie tylko pomyślałam, że to też niewiele by zmieniło - wymamrotała.

- Nie rozumiem.

- No... - Przygryzła wargę. - Markowi i tak nie podobałoby się to, że nie wybrałam tylko jego.

- Ach! - Marycha uniosła wysoko brwi. - Ale to zupełnie inny problem. - Chwyciła Pati za nadgarstek i spojrzała na jej zegarek. - I na to może nam nie starczyć dzisiaj czasu - oceniła. - Zacznijmy od tego, co cię gryzie najbardziej.

Patrycja pokiwała potulnie głową.

- Okej! - Maryśka klasnęła dłońmi o uda.

Zaraz potem podniosła się z łóżka i podeszła do biurka. Bezceremonialnie wydarła dwie kartki z pierwszego zeszytu, który nawinął jej się pod rękę, po czym chwyciła atlas geograficzny w twardej oprawie i długopis. Zaopatrzona w to wszystko wróciła na swoje miejsce obok przyjaciółki.

- Nie do końca wierzę, że tę decyzję da się podjąć, nie mieszając w to emocji, ale spróbujmy - powiedziała i napisała na jednej z kartek "Marek", a na drugiej "Kuba". - Dawaj!

- Co mam dawać? - zapytała nieco nieobecnym głosem Pati, wpatrując się w imiona dwóch chłopaków, na których jej zależało. Oczami wyobraźni widziała ich twarze.

- Powody! - odpowiedziała Maryśka z nutą zniecierpliwienia. - Zacznijmy od tego, dlaczego to Marek powinien grać w Trytanie.

Pati pokręciła nieznacznie głową, ale tym razem nie poprawiła koleżanki.

- No... - bąknęła, niepewna, od czego zacząć.

- Bylibyście wtedy w jednym klubie, a to coś, czego obydwoje chcecie - podpowiedziała Marycha i od razu zapisała to jako pierwszy punkt.

- Tak - potwierdziła Patrycja, brzmiąc, jakby zapewniała samą siebie, że to dobry powód.

Maryśka spojrzała na nią podejrzliwie spod zmarszczonych brwi.

- Co jest? - spytała.

- Nic, nic. - Pati zamrugała. Potrząsnęła głową, by wyrwać się z chaosu myśli, które ją przepełniały, i skupić na konkretach.

- Cieszyłabyś się, gdybyście grali w jednym klubie, tak? - upewniła się Marycha.

- Tak, tak, oczywiście - odparła szybko. - Sorry, trochę się zamotałam.

- W czym?

- Chyba myślałam o zbyt wielu rzeczach naraz - przyznała, nie wnikając w szczegóły.

- No dobra. - Maryśka zmrużyła oczy. - Powiedzmy, że ci wierzę. Co jeszcze? - Z powrotem przyłożyła długopis do kartki i popatrzyła wyczekująco na Patrycję.

Ta tym razem bez wahania powiedziała:

- Marek jest świetnym napastnikiem.

- Świetny napastnik - powtórzyła Marycha, zapisując drugi punkt na liście.

- To znaczy: piłkarzem - poprawiła się Pati.

Maryśka uniosła brew, jakby znowu odczytała z wypowiedzi koleżanki więcej niż same słowa. Nic jednak nie powiedziała, tylko skreśliła wyraz "napastnik" i zastąpiła go "piłkarzem".

- Co jeszcze?

- Będzie mógł wyjechać na studia i nadal grać w piłkę.

- Okej. Ale czy nie mógłby robić tego samego, gdyby przeszedł z Malinówki do dowolnego innego klubu? Na przykład w mieście, w którym dostałby się na studia?

- No tak, ale...

- A tak w ogóle - dodała Marycha, nie dając Patrycji dokończyć - skąd pewność, że dostanie się akurat na tę uczelnię, która jest najbliżej tych, no... Drabiów? Drabi?

- Drabi. I... No nie wiem. Ale z jego ocenami i sukcesami na olimpiadach chyba dostanie się wszędzie, gdzie chce, prawda?

- Hmm. Dobra, to dosyć prawdopodobne. Zaliczę ci to jako trzeci powód - postanowiła po chwili namysłu. - Dawaj kolejne.

- Jeśli nie trafi do Tytana, możliwe, że wcale nie wyjedzie z Malinowa. Będzie, co prawda, grał w Malinówce, bo chcą, żeby przeszedł do seniorów, ale straci rok studiów. Albo i dwa.

- Bo nie chce cię zostawiać tutaj samej - skwitowała Maryśka.

- Bo nie chce być daleko ode mnie.

- Dlaczego?

- Jak to dlaczego? - zdziwiła się Pati. - Bo... mnie kocha - powiedziała, przy ostatnim słowie zniżając głos do szeptu.

Marycha zerknęła na nią wymownie.

- A Jacek kocha mnie. Ale nie rzuca z tego powodu studiów - zauważyła. - I nie mam mu tego za złe - dopowiedziała natychmiast. - Nie chciałabym, żeby przeze mnie rezygnował z czegoś, co jest dla niego ważne i co może nam zapewnić dobrą przyszłość.

- To nie tak, że Marek całkiem rezygnowałby ze studiów. Tylko zacząłby je później.

- Tak?

- Tak mi się wydaje.

- A gdyby jednak postanowił zrezygnować? Chciałabyś, żeby to dla ciebie zrobił?

- Oczywiście, że nie! - wybuchła Patrycja. - Ale co to ma w ogóle do rzeczy? Miałyśmy stworzyć listę powodów, a nie analizować każdy z nich!

- To moja lista i ja ustalam reguły - oznajmiła Maryśka.

Kiedy Pati próbowała przejąć kartki leżące na atlasie, przyjaciółka chwyciła je w garść i odsunęła poza jej zasięg.

- Mary, daj spokój - jęknęła błagalnie. - Możemy po prostu zrobić tę listę? Obiecuję, że nad sensownością każdego z powodów zastanowię się we własnym zakresie.

- We własnym zakresie to ty możesz co najwyżej zastanowić się nad tym, którego ze swoich chłopców kochasz bardziej - stwierdziła Marycha. - Racjonalne myślenie zostaw mnie, bo tobie to ewidentnie nie wychodzi.

Pati miała ochotę się nie zgodzić i skrytykować dobór słów przyjaciółki. Nie zrobiła jednak żadnej z tych rzeczy, bo ostatecznie przecież zależało jej na racjonalnym wyborze. I musiała przyznać, że rzeczywiście cały czas podchodzi do tego zbyt emocjonalnie.

- Okej. - Pokiwała głową. - Niech ci będzie. Ale zapisz ten czwarty punkt.

- Nie.

- Jak to "nie"?

- Nie. - Maryśka wzruszyła ramionami. - To nie jest konkretny powód. To jest widzimisię twojego chłopaka. Nie zgadzam się na to, żeby traktował cię jak przeszkodę. A tym bardziej na to, żebyś ty - wbiła palec wskazujący w ramię Patrycji - tak traktowała siebie. Do najbliższego dużego miasta są stąd dwie godziny drogi. Marek mógłby tam studiować i załapać się do jakiegoś klubu na miejscu. Gdyby tylko chciał, moglibyście się widywać w każdy weekend i... Nie! - zaprotestowała, gdy tylko się zorientowała, że Pati zamierza skomentować jej wywód. Uniosła ten sam palec, którym ją przed chwilą dźgała. - Nie mów mi, że w weekendy gra się mecze. To też żadna przeszkoda. To tylko kolejna wymówka.

Patrycja nie miała żadnego innego sensownego kontrargumentu.

- Gdyby Jacek mieszkał tak blisko, jeździłabym do niego w każdej wolnej chwili - dodała Marycha i jej oczy się zaszkliły. - Ale nie mieszka. - Spojrzała smutno. - A i tak dajemy radę. Bo chodzi o naszą wspólną przyszłość, a nie tylko o tu i teraz. Bo wiemy, że warto. Warto inwestować w to, co jest między nami, bo... - Rozłożyła ręce.

- Bo się kochacie? - zgadła Pati.

- Chciałam powiedzieć: bo to jest coś wyjątkowego. Ale tak, jest wyjątkowe, bo nasza miłość jest wyjątkowa. Nie wierzę, żebym potrafiła poczuć do kogokolwiek innego to, co czuję do Jacka. Nie ma opcji, żebym o to nie walczyła. Nieważne, ile tysięcy kilometrów nas dzieli.

- Gdyby Marek miał pewność, że go kocham... - zaczęła Pati.

- Mam wrażenie, że już o tym rozmawiałyśmy - przerwała jej stanowczo Maryśka.

- Okej, okej - burknęła. - Czyli... - Wskazała na ledwo zapisane, nieco pomięte kartki w ręce przyjaciółki.

- Czyli zostają trzy powody - odparła Marycha, rozkładając kawałki kratkowanego papieru z powrotem na książce. - Może na razie to zostawmy i przejdźmy do Kuby?

Patrycja przez kilka sekund myślała, czy jest jeszcze coś istotnego, co powinna zaliczyć na korzyść Marka, ale nic nie przychodziło jej do głowy.

- No dobra - zgodziła się w końcu.

- Od razu napisać, że też jest świetnym piłkarzem? - rzuciła pół żartem, pół serio Maryśka.

- Jest świetnym piłkarzem - potwierdziła Pati. - I fenomenalnym skrzydłowym. - Ledwie wypowiedziała te słowa, kąciki jej ust same się uniosły.

To również nie uszło uwadze Marychy. Uśmiechnęła się pod nosem.

- I to ma znaczenie, bo Tytan szuka skrzydłowego? - zapytała.

- Potrzebują skrzydłowego. Co nie znaczy, że nie szukają też zawodników na inne pozycje. Albo, wiesz, do juniorskiego składu.

- Myślałam, że Marek nie będzie mógł już grać w juniorach w przyszłym roku?

- No, nie będzie mógł. - Patrycja opadła na plecy z marudnym pomrukiem i zagapiła się w sufit. - I to w sumie kolejny powód. Kuba nie musi za wszelką cenę zmieniać drużyny już teraz. A Marek... powinien.

Maryśka zawahała się, jednak ostatecznie zapisała to jako czwarty punkt na kartce podpisanej imieniem chłopaka Pati.

- Czyli teoretycznie Kuba mógłby przejść do Tytana dopiero za rok i nie stanie mu się krzywda?

- To... - Patrycja przesunęła dłońmi po twarzy i zatrzymała je nisko na policzkach, naciągając przy tym skórę pod oczami. - To nie takie proste.

- Bo?

- Bo Kuba ma idealne predyspozycje na skrzydłowego. A skrzydłowego szukają właśnie teraz.

- Tytan szuka skrzydłowego, a ty masz idealnego skrzydłowego pod ręką, tak? - podsumowała Marycha i bez pytania wpisała kolejny argument na odpowiednią listę.

- Trochę tak - przytaknęła Pati. - Tylko Marek właściwie też sprawdziłby się na tej pozycji. To, że teraz gra jako napastnik, nie powinno mieć znaczenia. Jasne, że w tym momencie to Kuba bardziej pasuje do Tytana, bo przeanalizował ich grę i już pracuje nad rozwinięciem umiejętności, które przydadzą się drużynie. Ale jestem pewna, że Marek zacznie robić to samo, kiedy tylko zobaczy ich na żywo w niedzielę i... Ej! - Słysząc skrobanie długopisu o papier, podniosła się do siadu. - Co tam zapisujesz?

- Że Kuba ma na razie większe szanse na spełnienie wymagań trenera... czy tam skauta... - Maryśka machnęła ręką. - Człowieka, który decyduje o tym, że piłkarz pasuje do drużyny.

- Podkreśl "na razie" - poleciła Patrycja. - Ten punkt będzie pewnie do wywalenia.

- Mhm. A są jeszcze jakieś inne?

- No... - Przygryzła wargę. - To najlepszy klub w sensownej odległości od Malinowa.

- A to ma znaczenie, bo...?

- Bo Kuba... Bo jego rodzice... - Nie dokończyła, ale nie musiała.

- Ach, no tak... Zupełnie o tym zapomniałam. - Marycha dopisała czwarty punkt na liście Kuby.

- Zaliczasz to jako racjonalny powód? - zdziwiła się Pati.

- Zahacza o emocjonalny, to prawda - przyznała. - Ale podejrzewam, że rodzice Kuby dosłownie potrzebują go na miejscu.

- Nie wiem - wyszeptała Patrycja, opuszczając wzrok na kolana.

Kuba wspominał jej, że jego mama nadal nie do końca radzi sobie z żałobą po córce, ale Pati nie podpytywała go o szczegóły. Czuła się dziwnie źle z tym, jak niewiele wie o tak ważnym aspekcie jego życia, a jednocześnie miała wrażenie, że to zbyt osobista i krucha relacja, by mogła zapytać go o nią wprost.

- Wiesz o jego siostrze? - Spojrzała na Maryśkę.

- Wszyscy wiedzą - odparła przyjaciółka równie cicho, jakby to było coś, o czym mówi się tylko szeptem. A kiedy Patrycja długo się nie odzywała, dodała: - Aż chciałoby się powiedzieć, że należy mu się coś od życia po tym, co przeżył, prawda?

Pati uśmiechnęła się krzywo.

- Ale to już jest bardzo emocjonalny powód - stwierdziła i westchnęła.

ROZDZIAŁ 4

Rozdarcie

Wbrew pesymistycznym przewidywaniom Patrycji pogoda polepszyła się na tyle, że mogła jechać pod boisko Torpedy na rowerze. Co prawda jeszcze delikatnie kropiło, ale chmury zaczęły się rozstępować i odsłaniać błękitne fragmenty nieba. Było rześko, ale nie przesadnie zimno. W sam raz na popołudniowy trening.

Przez całą drogę Pati zadręczała się swoją nieuczciwością wobec Marka i tym, że być może już dzisiaj wieczorem będzie musiała podjąć jakąś decyzję. Gdy tylko jednak podjechała pod znajome, nieco zdezelowane ogrodzenie, do którego zawsze przypinała rower, i zobaczyła pierwszych kolegów z drużyny, wszystkie męczące ją myśli odpłynęły gdzieś daleko.

- Hejka! - zawołała wesoło do Przemka i Krystiana.

Podeszła do nich, by przywitać ich męskim uściskiem dłoni, nad którym już nie musiała się zastanawiać tak jak na początku swojej przygody z udawaniem Pawła. Jego zachowania dawno weszły Patrycji w krew i stały się jej drugą naturą.

W drodze do szatni rozmawiali o tym, jak im minęły święta wielkanocne i, standardowo, jak beznadziejnie jest wracać do szkoły po przerwie od nauki, nawet krótkiej.

- Ale, hej, przynajmniej ten tydzień ma tylko trzy dni - stwierdziła, na co koledzy pokiwali przytakująco głowami. - Jeszcze dwa i będzie weekend!

- Weekend zacznie się dopiero po sobotnim meczu - zauważył Przemek.

- A z kim właściwie gramy? - spytał Krystian.

- Serio nie pamiętasz? - zaśmiała się Pati i otworzyła drzwi do szatni.

- Z Wielką Wioską - odparł Przemek.

- Ach. - Krystian machnął ręką, jakby nazwa drużyny tłumaczyła, dlaczego nie zapamiętał tej rozgrywki jako istotnej.

- Widzę, że już zapomniałeś, czego uczył nas Edi - dobiegł ich głos Michała.

Na ten dźwięk usta Patrycji natychmiast rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.

- Ale o czym mówisz? - Krystian podrapał się z konsternacją po szyi.

- Żeby nigdy nie lekceważyć przeciwnika - powiedział Michał, patrząc na niego znacząco.

W odpowiedzi nieprzekonany Krystian wzruszył tylko ramionami i zajął się swoimi sprawami, a konkretnie zdejmowaniem z siebie ubrań.

Michał uznał chyba, że to nie czas ani miejsce na dłuższe wykłady, bo tylko machnął ręką. Zaraz potem spojrzał na Pati i natychmiast odwzajemnił jej uśmiech.

Miała ochotę go wyściskać, jak gdyby nie widzieli się co najmniej od miesiąca, a nie od sześciu dni. Powstrzymała jednak ten odruch i zamiast tego rozejrzała się po szatni. Ot tak, żeby sprawdzić, kto już dotarł na trening. A następnie podeszła do wolnej szafki obok Michała i wpakowała do niej sportową torbę.

- Nie martw się, przyjdzie - odezwał się kolega.

- Co? - zdziwiła się. - Kto?

- Nasz słodziak - odparł ciut ciszej, puszczając oko.

Patrycja zamierzała skomentować to prychnięciem, ale wyszło jej coś bardziej na kształt zakłopotanego, mało męskiego chichotu, który z kolei przyprawił Michała o atak śmiechu.

- Co przegapiłem? - usłyszeli Kubę i oboje jednocześnie obrócili głowy w jego stronę.

- Nic takiego - zapewniła szybko Pati z miną kogoś, kto został przyłapany na gorącym uczynku.

- Mhm, jasne - mruknął skrzydłowy, ale nie drążył tematu. Popatrzył tylko wnikliwie na Michała, a potem zatrzymał wzrok ciut dłużej na Patrycji, po czym odwrócił się do szafki.

Pati odniosła wrażenie, że wyglądał na nieco zawiedzionego. Kiedy jednak kilka sekund później Kuba ponownie spojrzał na nią i Michała, na jego twarzy było widać już tylko rozbawienie.

- Przestało padać - rzucił, rozpinając zieloną dresową bluzę - ale warunki na kąpiel w błocie nadal są idealne.

Patrycja parsknęła.

- A z maseczki już zrezygnowałeś? - zapytała.

- Maseczki? - wtrącił się zdumiony Michał.

- Jaszczurowi marzy się weekend w SPA - wyjaśniła Pati, bardzo kiepsko udając, że mówi poważnie. - Albo przynajmniej błotna maseczka.

Kuba wydął wargi w zastanowieniu.

- W sumie, gdyby ktoś zaproponował, że zafunduje mi dwa dni w SPA, nie odmówiłbym - stwierdził.

- Już cię widzę w mięciutkim różowym szlafroku, z błotną papką na gębie i z ogórkami na oczach - odparła Patrycja i zacisnęła usta, by się nie roześmiać.

- No i mamy pomysł na urodzinowy prezent! - oznajmił Michał.

Tym razem ani on, ani Pati nie powstrzymywali wybuchu wesołości.

Kuba uśmiechnął się lekko i pokręcił nieznacznie głową, ale nic na to nie powiedział, tylko wrócił do przebierania się. Kiedy zdjął z siebie bluzę i koszulkę, Patrycja pośpiesznie zanurkowała w głąb szafki i udawała wielce zajętą grzebaniem w torbie w poszukiwaniu korków i rękawic. Doszedł do niej cichy śmiech Michała. Postanowiła go zignorować.

Gdy ostrożnie wyjrzała zza drzwiczek, by sprawdzić, czy wszyscy koledzy są już w sportowych strojach i nikt więcej nie będzie się rozbierał, do szatni wparował Łukasz. Miał na sobie skórzaną kurtkę motocyklową, a jego dżinsy były ubrudzone błotem po kolana - jeszcze bardziej niż spodnie Patrycji po przejażdżce na rowerze. Szczerzył się od ucha do ucha. Nie przejmując się tym, że trening zaczyna się za minutę i trener już nawołuje z korytarza, przywitał się z każdym z kumpli po kolei.

Pati uśmiechnęła się na jego widok. Lubiła go. Lubiła wszystkich kolegów z drużyny, ale gdyby miała stworzyć ranking tych najulubieńszych (czego wcale nie zamierzała robić), Łukasz uplasowałby się na trzecim miejscu. Ex aequo z Tomkiem, z którym ostatnio nie utrzymywała zbyt zażyłych stosunków - zupełnie jakby odsuwając się od niego jako Patrycja, zgodziła się też na to, że kapitan Torpedy nie będzie przyjacielem Pawła. Smuciło ją to, ale dopóki Tomek wydawał się względnie szczęśliwy, wolała nie zmieniać nic na siłę. Była gotowa wesprzeć go w każdej sytuacji, nie chciała jednak wtrącać się w jego życie nieproszona. Możliwe nawet, że trochę celowo unikała ponownego zbliżenia się do Tomka. Pamiętała, jak czuła się przy nim kilka miesięcy temu, i bała się dojść do wniosku, że było to czymś więcej niż zwykłą sympatią. A ona i bez tego miała jeden wielki emocjonalny mętlik w głowie. Prościej było udawać, że wcale się od siebie z Tomkiem nie oddalili, a ich relacja zawsze wyglądała tak jak teraz.

Z Łukaszem było inaczej. Jej uczucia wobec niego też z czasem się zmieniały, ale nigdy nie wykraczały poza strefę koleżeńską. Łukasz niby kiedyś interesował się kuzynką Pawła, ale Pati zdążyła poznać go na tyle, by zrozumieć, że to było bardzo powierzchowne zainteresowanie. Ot, kolejny pretekst do zwrócenia na siebie uwagi i powód do żartów. Jasne, że jeszcze niedawno Łukasz podobnie traktował Natalię i nikt, nawet on sam, nie podejrzewał, że to może zamienić się w coś więcej. Ale to zupełnie inna historia. Ta dwójka naprawdę do siebie pasowała. Oboje byli otwarci, pozytywni, pełni energii i nieco zwariowani. Szybko zyskiwali sobie sympatię ludzi i nie bali się zrobić czegoś, przez co mogliby się ośmieszyć. A chemia między nimi była niezaprzeczalna.

Dla Patrycji Łukasz bywał wręcz wredny, zwłaszcza za jej plecami i zwłaszcza po tym, co według niego zrobiła Tomkowi. Jego pobudki były jednak na swój sposób szlachetne. No i przeprosił ją za swoje najgorsze zachowanie - co prawda, za sugestią Kuby i byle jak, ale sam fakt, że w ogóle się na to zdobył, pozytywnie ją zaskoczył.

A jako Paweł nie mogła powiedzieć o nim złego słowa. Była pewna, że gdyby trzeba było skoczyć za którymś z przyjaciół w ogień, Łukasz zrobiłby to jako pierwszy. Nawet gdyby musiał się w tym celu wepchnąć do kolejki. Pati wiedziała, że napastnik Torpedy ma dobre serce i była mu w stanie wybaczyć naprawdę wiele.

Poza tym najzwyczajniej w świecie jego wygłupy niemal zawsze wprawiały ją w świetny nastrój, a jego żarciki - nawet te najdurniejsze - potrafiły przywołać uśmiech na jej twarzy. Tak jak teraz.

- Co tam, Ziemniak? - zagaił i klepnął ją energicznie w ramię.

Spięła mięśnie w automatycznym, obronnym odruchu, ale jednocześnie uświadomiła sobie, że w zasadzie już przywykła do ciut zbyt entuzjastycznych przejawów koleżeńskości Łukasza. Trochę inaczej było z przezwiskiem, które jej nadał, choć musiała przyznać, że nie przeszkadzało jej ono aż tak jak wtedy, gdy usłyszała je za pierwszym razem.

- Po staremu - odpowiedziała. - Widzę, że nie rozstajesz się ze swoim motorem. - Wskazała skinieniem brud na spodniach kolegi.

Z ust Łukasza wydobyło się przesadne, rozmarzone westchnienie.

- Kocham tę maszynę - przyznał.

- Nie żałujesz, że nie kupiłeś od razu czegoś mocniejszego? - rzucił Michał, niby niezobowiązująco. Pati wyłapała jednak w jego tonie coś, co wskazywało na to, że nie zadaje tego pytania dlatego, że ciekawią go motoryzacyjne preferencje Łukasza.

- Nie - odparł krótko napastnik i podszedł do szafki obok Tomka, po drugiej stronie szatni.

Ledwo zaczął się przebierać, drzwi do pomieszczenia otworzyły się z impetem. Stanął w nich Kaput, na szeroko rozstawionych nogach, i oparł pięści o biodra.

- Czekacie na specjalne zaproszenie czy co? - zapytał, próbując grać surowego trenera, którym zdecydowanie nie był. Popatrzył po zawodnikach zmrużonymi oczami, ale w jego spojrzeniu było więcej pobłażliwości niż srogości. - Jazda na boisko! - Wskazał kciukiem za siebie.

Część chłopaków bez ociągania ruszyła ku wyjściu. Pozostali nieco mniej chętnie podnieśli się z ławek. Łukasz zerknął na trenera i nie przejmując się jego obecnością, kontynuował nieśpieszne zawiązywanie sznurówek.

- Magik chyba czeka na to specjalne zaproszenie - podpowiedział Kuba, gdy przechodził obok Kaputa.

Mężczyzna nic nie odpowiedział, ale Patrycji się zdawało, że pod jego długimi wąsami mignął cień rozbawienia.

- - -

- Chyba potraktowałeś moją propozycję trochę za poważnie - stwierdził Kuba, gdy po treningu szli z Pati w stronę jego domu i Wieprzy Dolnej.

- Jaką propozycję?

- Kąpania się w błocie. - Uniósł brew, spoglądając znacząco na spodnie, które Patrycja ubłociła, kiedy rzuciła się do piłki na rozmokniętej murawie.

Przed wyjściem z szatni zmieniła buty i bluzę, ale dolnej części garderoby wolała nie zdejmować przy kolegach, mimo że miała pod spodem legginsy. Darowała sobie też zmywanie brudu z twarzy w obawie, że mogłaby przypadkiem pozbyć się swojego fałszywego pieprzyka spod lewego oka. Włosów również nie ruszała, bo nie chciała wychodzić na zewnątrz z mokrą głową, a peruce i tak należało się porządniejsze czyszczenie po powrocie do domu.

- Taka dola bramkarza. -Wzruszyła ramionami.

- Przyznaj, że po prostu lubisz się taplać w błocku.

- Uwielbiam! - potwierdziła z teatralną dobitnością i zaraz potem parsknęła. - A tak na serio, może i nie uwielbiam, ale też nieszczególnie mi to przeszkadza.

- Zauważyłem.

Pati była przekonana, że chociaż Kuba powiedział to żartobliwie, właśnie pomyślał o tym, jaką Paweł jest fleją. I niby już dawno obiecała sobie, że nie będzie przejmowała się opiniami kolegów na temat tego, czego nie mogła zmienić, ale mimo wszystko poczuła się z tym nieswojo. Nie chciała, żeby Kuba miał o niej takie zdanie.

- A ty? - zapytała, żeby odciągnąć jego uwagę od siebie.

- Co ja?

- Serio marzy ci się błotne SPA? Jako prezent na osiemnastkę?

- Hmm... - Namyślił się. - Jeśli nie uda się z Beckhamem, zawsze to jakaś opcja.

Patrycja uniosła oczy ku niebu i westchnęła.

- Naprawdę mam nadzieję, że nie oczekujesz ode mnie aż takich cudów - mruknęła.

Kuba się roześmiał.

- Nie martw się. - Klepnął ją lekko w łopatkę. - Aż takich nie.

Spojrzała na niego podejrzliwie, bo czuła, że to jeszcze nie koniec wypowiedzi.

Chłopak uniósł nieśmiało kącik ust, jakby zaraz miał ją poprosić o coś, o co nie wypada prosić.

- Ale wiesz... - zaczął.

- Nie wiem. - Zmarszczyła czoło, próbując wymyślić, o co może mu chodzić.

- Na pewno masz więcej piłkarskich znajomości niż ktokolwiek, kogo znam.

- Bo ja wiem... To nie ja załatwiłem nam treningi z Edim.

- Okej, to prawda - przyznał i chwilę nad czymś myślał. - W sumie nadal nie wiem, komu za to dziękować.

- A nie Łukaszowi?

- On się do niczego nie przyznaje.

- Co zupełnie nie brzmi jak Łukasz - skwitowała.

- Dziwne, co nie?

- Bardzo dziwne.

- Ale Edi to Edi. - Kuba machnął ręką, jakby to było teraz nieistotne. - A ty...

- A ja...? - Ściągnęła brwi, wciąż nie rozumiejąc, do czego kolega pije.

- Znasz Bogusława Kopę.

- Aha - odparła niepewnie i poczuła, jak zasycha jej w gardle. Bardzo nie chciała poruszać z nim tej kwestii. A już na pewno nie dzisiaj. - I co?

- Jaki on jest? - spytał Kuba, a jego niebieskoszmaragdowe oczy rozświetliła ekscytacja, która, wbrew woli Pati, zaczęła się udzielać też jej.

Przypomniało jej to o sytuacji, kiedy po jednej z późnowieczornych rozmów z kolegami na obozie postanowiła sobie, że będzie doceniać każdy uśmiech Kuby i starać się przyczyniać do tego, by tych uśmiechów było jak najwięcej. W tym momencie czuła, że może spełnić to postanowienie.

- Jaki jest? - powtórzyła pytanie, zastanawiając się, co powiedzieć. - No... gość ewidentnie urodził się po to, żeby grać w piłkę. Zupełnie jak ktoś, kogo znam. - Posłała Kubie wymowne spojrzenie, a gdy odpowiedział jej uśmiechem, przepełniła ją słodka wewnętrzna radość. - Mój dziadek ma bzika na punkcie piłki - kontynuowała. - Ale pan Bogusław to inny poziom. Widać, że kocha ten sport całym sobą. Ma go we krwi. I, swoją drogą, cały czas świetnie gra.

- Widziałeś, jak gra?

- Grałem z nim - odparła z dumą, która wynikała głównie z przekonania, że tą informacją zaimponuje Kubie.

- Nie gadaj! - Zatrzymał się w pół kroku i odwrócił w jej stronę.

Gdy Pati zobaczyła wyraz jego twarzy, jeszcze bardziej się rozpromieniła.

- Tak było - potwierdziła. - To był taki mecz... seniorów. Dosłownie. Goście po sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat i... - zawahała się. - I ja.

Kuba otworzył szeroko oczy i już miał się odezwać, kiedy dopowiedziała szybko:

- Po prostu znajomi mojego dziadka i pana Bogusława. Nie jakieś piłkarskie legendy.

- Dobra. - Chłopak zaśmiał się cicho, jakby z samego siebie. - Przyznaję, że wyobraziłem sobie mecz z tymi piłkarzami, którzy podpisali się na piłce Tomka.

- Oni chyba są bliżej pięćdziesiątki niż sześćdziesiątki? - zauważyła.

- Racja - przyznał. - No okej, ale grałeś z Bogusławem Kopą!

- W jednej drużynie. - Pokiwała głową.

- I co? Wygraliście?

- Trochę nie wypadało. W przeciwnej drużynie grał mój dziadek - powiedziała i oboje się roześmiali. - Był remis - dodała, a potem opowiedziała trochę o meczu i o swoich spostrzeżeniach na temat tego, jak świetnym trenerem musiał być kiedyś Bogusław.

- A właśnie! - podłapał Kuba. - O tym chciałem ci powiedzieć.

- O czym? - dopytała z pewną dozą ostrożności.

- Czytałem o nim trochę. I wiesz co?

- Co?

- Przez pięć lat prowadził drużynę, w której grał... - Zrobił pauzę dla efektu i Pati musiała się bardzo postarać, by nie dać po sobie poznać, że dobrze wie, co za chwilę usłyszy. - Robert Samer! - Kuba omal nie podskoczył z ekscytacji.

- O... - odparła tylko, bo jeszcze nie ustaliła sama ze sobą, jak wiele mogła mu wyjawić i jak entuzjastyczna powinna być w związku z tym jej reakcja.

- "O"? - zdziwił się, co zapewne oznaczało, że w odczuciu Kuby entuzjazm Pawła był nieadekwatny do wagi informacji, którą się z nim podzielił.

Zamiast od razu odpowiedzieć, odrobinę spanikowana Patrycja popatrzyła w bok, na ulicę. Oceniła, że do domu kolegi zostało jakieś sto metrów. Przemknęło jej przez głowę, że kiedy tam dotrą, będzie mogła pożegnać się z nim i niczego mu dzisiaj nie wyjaśniać. I już miała ruszyć w tamtą stronę, gdy uzmysłowiła sobie, że to dosyć nielogiczny pomysł. Niezależnie od tego, czy zrobi to teraz, czy za chwilę, i tak musiała wymyślić, jak uniknąć dalszej rozmowy o Bogusławie. Spojrzała więc na rower, który cały czas przytrzymywała jedną ręką, a potem wyciągnęła z kieszeni kurtki telefon, niby po to, żeby sprawdzić godzinę.

- Śpieszysz się? - odgadł jej udawaną intencję Kuba.

- Trochę - bąknęła. I było to jedynie niewielkim naciągnięciem rzeczywistości. W końcu zapowiedziała Maryśce, że będzie w domu po dziewiętnastej. ­Mogła jej oczywiście dać znać, że jednak dotrze tam później, a nawet gdyby tego nie zrobiła, Marycha nie miałaby najmniejszego problemu, żeby na nią poczekać, popijając herbatkę z Bożeną. Ale to nie miało znaczenia. Pati potrzebowała tej wymówki.

- A, okej. To...

- Jeszcze o tym pogadamy - zapewniła go. - Przepraszam - dorzuciła, wsiadając na rower.

- Spoko - odpowiedział Kuba, chociaż wyraźnie chciał powiedzieć coś innego.

Patrycja czuła się podle, jakby go zawiodła, mimo że przecież nic takiego nie zrobiła. Nawet nie próbowała mu wmówić, że nie wiedziała o powiązaniu między Bogusławem a trenerem Tytana. Po prostu chwilowo to przemilczała.

- Podpytam o to dziadka - wypaliła bez namysłu. Nie mówiła, o co dokładnie podpyta, więc to też technicznie nie było kłamstwo.

- Dzięki. - Kuba uśmiechnął się z wdzięcznością i było to niczym balsam na jej zszargane nerwy.

- Do jutra - powiedziała, starając się brzmieć pogodnie, i zaczęła pedałować.

- Paweł! - usłyszała za sobą, ledwo przejechała kilkadziesiąt metrów.

Zahamowała i spojrzała na Kubę przez ramię.

- Chcesz iść w niedzielę na mecz Tytana? - zapytał, gdy do niej podbiegł.

Położył dłoń na kierownicy roweru, tuż przy dłoni Pati, co rozproszyło ją bardziej, niż powinno.

- Eee... - wybąkała.

Kolega musiał założyć, że nie dosłyszała, o co pytał, bo powtórzył:

- Tytan gra w niedzielę. Chcesz ze mną iść?

"Tak" - pomyślała, ale zanim wyartykułowała to na głos, przypomniała sobie, że przecież już ma w planach wybranie się na ten mecz. Z Markiem.

I znowu poczuła, że zawodzi swojego przyjaciela. Powiedziała mu niedawno, że będzie z nim chodzić na mecze drużyn, do których potencjalnie mógłby dołączyć, a tymczasem już drugi raz musiała mu odmówić.

- Nie dam rady - odparła ze szczerym żalem w głosie, czując bolesne wewnętrzne rozdarcie.

- Szkoda. - Posmutniał i odsunął się od niej, by mogła bez przeszkód jechać dalej.

A w jej głowie pojawiła się nieco irracjonalna myśl, że może jednak powinien jej przeszkodzić. Że mógłby ją przekonać do zmiany zdania. Gdyby tylko o to poprosił.

Ale nie poprosił.

- Na następny mecz już na pewno z tobą pójdę! - obiecała.

- Jasne. - Pokiwał głową i znowu się uśmiechnął, ale był to jeden z tych uśmiechów, do których człowiek musi się zmusić. Patrycja była tego pewna, bo ostatnimi czasy sama zbyt często wymuszała na swoich ustach, by układały się w ten sposób.

Nie mówiąc nic więcej, Kuba uniósł dłoń na pożegnanie i przeszedł na drugą stronę ulicy.

Pati patrzyła za nim przez chwilę z bezsensowną nadzieją, że chłopak spojrzy na nią raz jeszcze, zanim dojdzie do drzwi wejściowych swojego domu. Albo zanim przez nie przejdzie. Albo zanim je za sobą zamknie. Nie spojrzał jednak w żadnym momencie. A Patrycja nie rozumiała, dlaczego właściwie zależało jej na tym, żeby to zrobił.

Odruchowo położyła dłoń nad mostkiem, gdzie pod warstwą ubrań powinien się znajdować drewniany wisiorek z motywem piłki pomiędzy rękawicami bramkarskimi i literą "P" na odwrocie, choć dobrze wiedziała, że go tam nie znajdzie. Zrobiło jej się trochę smutno. Nosiła go przez cały zeszły tydzień jako Paweł, a później, u dziadków, też się z nim nie rozstawała. Zdążyła się do niego przyzwyczaić. Zdjęła go dopiero wczoraj rano i zamierzała założyć z powrotem przed dzisiejszym treningiem. Nie chciała tego jednak robić przy Marku, a nie pomyślała, by wrzucić wisiorek do torby, kiedy jej chłopak nie patrzył.

"Następnym razem tak zrobię" - postanowiła w duchu i westchnęła.

A potem ruszyła w dalszą drogę z poczuciem, że czegoś jej brakuje.

- - -

- Co to? - usłyszała, gdy tylko uchyliła drzwi łazienki jakieś dwadzieścia minut później, by wypuścić z pomieszczenia ciepłe powietrze, które zebrało się w nim podczas brania prysznica.

Zajrzała do pokoju i zupełnie się nie zdziwiła, że w którymś momencie jej kąpieli pojawiła się w nim Marycha i teraz, wyłożona wygodnie na łóżku, trzymała nad twarzą rzemyk, na którym kołysała się drewniana zawieszka.

- Wisiorek - odpowiedziała spokojnie Patrycja i potarła wilgotne włosy ręcznikiem, którym następnie się owinęła. Dopiero wtedy otworzyła drzwi szerzej. - Cześć.

-No hejka. - Maryśka usiadła po turecku na środku materaca. - Nie widziałam tego wcześniej. - Wskazała przedmiot, który miała w ręce. - Ładny nawet.

- Piękny - poprawiła ją Pati, co wywołało natychmiastową podejrzliwość Marychy.

- Skąd go masz?

- Dostałam. - Patrycja podeszła do szuflady, z której wyciągnęła losowe skarpetki i majtki, po czym skierowała się do garderoby po podkoszulek i spodnie dresowe.

- Od kogo?

- Od Kuby - odparła, wkładając ubrania. - Nie mówiłam ci?

- Nie! - Nagle głowa zaciekawionej Maryśki pojawiła się w drzwiach garderoby.

- Mary!!! - wrzasnęła Pati, zasłaniając piersi podkoszulkiem, którego jeszcze nie zdążyła na siebie wdziać.

Marycha zmarszczyła czoło i potarła ucho dłonią, jakby ją zabolało, ale poza tym nic sobie nie zrobiła z upomnienia przyjaciółki.

- To już oficjalne? - zapytała.

- Niby co takiego?

- No... - Maryśka poruszyła wymownie brwiami.

- Nadal nie wiem - mruknęła Patrycja, wciąż oburzona, ale też trochę rozbawiona.

- Paweł ma chłopaka?

- Że co?! - Pati była tak zaskoczona tym wnioskiem, że nie miała pojęcia, jak zareagować. Przez kilka sekund po prostu gapiła się na Marychę, nie mrugając. Aż w końcu mrugnęła i parsknęła śmiechem. A potem westchnęła. - Mary, daj mi się ubrać - poprosiła. - I nie wygaduj głupot.

Maryśka zmrużyła oczy, jakby analizowała jej zachowanie i mimikę, po czym zerknęła na wisiorek i znowu na Patrycję.

- Okej. - Wzruszyła ramionami i wycofała się z powrotem na łóżko. - To dlaczego Kuba dał Pawłowi biżuterię? - spytała, kiedy Pati wyszła z garderoby, już w pełni ubrana, i usiadła obok niej.

- Nie wiem, czy nazwałabym to biżuterią.

- Nazywaj to, jak chcesz, tylko odpowiedz na moje pytanie.

Patrycja nie odpowiedziała, za to wyciągnęła przed siebie otwartą dłoń na znak, że chciałaby odzyskać swoją własność. Marycha jeszcze przez chwilę obracała zawieszkę w palcach, przyglądając się jej, zanim oddała ją koleżance.

- Wygląda, jak ręczna robota - zauważyła.

- Tak - przyznała Pati i uśmiechnęła się delikatnie. Przesunęła opuszką palca po strukturze drewna. - Bardzo mi się podoba.

- Kuba?

- Mary, no! - Wyrzuciła ręce w powietrze, coraz bardziej poirytowana insynuacjami Maryśki.

- "Mary, no", co?

- Mówiłam ci już jakiś tysiąc razy, że Kuba to przyjaciel Pawła.

- I nadal w to wierzysz, tak? - upewniła się, a Pati zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc aluzji. - Nieważne. Lepiej powiedz, o co chodzi z wisiorkiem.

- To prezent urodzinowy. - Patrycja wsunęła rzemyk przez głowę i schowała zawieszkę pod materiał podkoszulka. Od razu zrobiło jej się jakoś milej.

Za to Maryśka wyraźnie się spięła.

- Myślałam, że masz urodziny w maju?!

- Bo mam.