ROZDZIAŁ 1
OBECNIE: 15 LISTOPADA 2018 ROKU
Marcia Thorpe siedzi sama przy stoliku i przerzuca strony menu restauracji, całkowicie nieświadoma tego, że ją obserwuję. A jeśli przyszła tutaj tylko po to, żeby mi oświadczyć, że nie są zainteresowani?
Nie, to niemożliwe. Jej mowa ciała nie wskazuje na kogoś, kto zamierza przekazać złe wieści. Sprawia wrażenie zrelaksowanej i pewnej siebie - siedzi wyprostowana, ze skrzyżowanym pod stołem nogami i lekko uniesionym podbródkiem. Choć oszałamia swoimi brązowymi włosami ułożonymi w warstwowego boba, dużymi, ciemnymi oczami i porcelanową skórą, wygląda przy okazji na kruchą i delikatną. Patrzę, jak przesuwa okulary przeciwsłoneczne na czoło. Nie zerka w stronę drzwi, nie obgryza paznokci i nie pije niekończących się filiżanek herbaty, by ukoić nerwy.
Przełykam ślinę i staram się oddychać głęboko, ale moje gardło się zaciska, a na czoło wstępuje pot. Nie mogę do niej podejść, wyglądając niestarannie, więc wchodzę niezauważona do restauracji i kieruję pierwsze kroki do damskiej łazienki. Otoczona marmurem i szkłem, obmywam twarz chłodną wodą i próbuję zamaskować worki pod moimi szarymi oczami za pomocą zaufanego korektora. Muszę się pozbyć tych oczywistych oznak stresu, płaczu i braku snu.
Pierwszego listopada, dokładnie dwa tygodnie wcześniej, złożyłam Marcii lukratywną ofertę i od tego czasu z niepokojem czekałam na jej odpowiedź. Pewnie należało przygotować się na dłuższe oczekiwanie przed podjęciem tak ważnej decyzji. Travis i Marcia Thorpe'owie nie wiedzą jednak, że choć i dla mnie jest to niełatwy wybór, jest to również coś, czego potrzebuję nie mniej niż oni, może nawet bardziej. Posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że w moim przypadku jest to kwestia życia lub śmierci, ale nie mogę im tego powiedzieć. Desperacja bywa odpychająca.
Kiedy kremowy korektor zrobił swoje, a tusz pogrubił i wydłużył mi rzęsy, związuję swoje proste, czarno-granatowe włosy w kucyk tuż przy karku. Mając nadzieję, że wyglądam wystarczająco dobrze, wychodzę z łazienki ubrana w niewidzialny płaszcz fałszywej pewności siebie. Jestem w tym dobra. To moje przebranie, dzięki któremu ludzie nie widzą mnie takiej, jaką jestem naprawdę: pustą skorupą. Ślimakiem wysuszonym na słońcu tak bardzo, że nic z niego nie zostało.
Nieobecność męża Marcii nie może być dobrym znakiem, napełnia mnie to lekkim niepokojem. Dlaczego nie chcieli być razem w tak ważnym momencie? Spotkałam się z nim tylko raz, kiedy Marcia zaprosiła mnie na kolację w ich domu w Wellice, miejscowości oddalonej o siedem godzin jazdy od Miami. To z nią spędziłam najwięcej czasu, głównie online, ale również osobiście, kiedy odwiedziłam ich dom przed czterema miesiącami i wtedy, gdy ona przyjechała do Miami na sesję zdjęciową. Marcia jest twarzą marki MereLux & Co., luksusowej międzynarodowej firmy z branży jubilerskiej, należącej do jej rodziny.
Podchodzę do stolika, a kiedy unosi głowę, na jej twarzy pojawia się uśmiech, choć nie do końca taki, jakiego bym oczekiwała. Może tak jak ja wyglądem stara się nadrobić częściowy brak pewności siebie. Wygląda inaczej niż podczas naszego ostatniego spotkania. Straciła sporo na wadze w krótkim czasie i sylwetką przypomina nieco wieszak na płaszcze. Ale jest przecież modelką, więc może tak właśnie powinna się prezentować.
- Cześć, Grace - mówi i całuje mnie w oba policzki.
Kiedy się odsuwa, zauważam wyraźnie ból, ukryty gdzieś w głębi jej oczu. Widziałam coś takiego wielokrotnie. Moim zadaniem jest jego ukojenie.
- Gdzie twój mąż? - pytam i siadam na miękkim, wyściełanym krześle.
Marcia również siada.
- Travis jest na piętrze, musiał gdzieś zadzwonić. Niedługo powinien zejść. - Ponownie podnosi menu. - Może tymczasem zamówisz sobie coś do zjedzenia?
- Dziękuję, jadłam. - To kłamstwo, ale dopóki nie dowiem się, co postanowili Thorpe'owie, nerwy nie pozwolą mi niczego przełknąć.
- Więc może lampkę szampana?
Wtedy go zauważam: zmrożona butelka dom pérignon w srebrnym wiaderku o perlistej od wody powierzchni.
Czuję własny puls gdzieś w gardle, a po nim pojawia się lekki dreszcz.
- Świętujemy? - pytam drżącym głosem.
Marcia kładzie dłonie na blacie i pochyla się do przodu.
- Wiesz, zamierzałam zaczekać, aż dołączy do nas Travis, ale należę do niecierpliwych kobiet.
- Czyli podjęłaś już decyzję? - Prostuję się na krześle, kładę dłonie na kolanach i lekko je zaciskam.
- Podjęliśmy - koryguje mnie z łagodnym uśmiechem. - Grace, chcemy, żebyś została naszą surogatką.
Łzy wypełniają mi oczy. Drżącą ręką podnoszę szklankę wypełnioną wodą. To naprawdę się dzieje. Nagle trudno mi określić, jak się naprawdę czuję. Podekscytowana? Przestraszona?
- I co ty na to? - Odchyla się do tyłu i zagryza wargę. - Proszę, tylko mi nie mów, że zmieniłaś zdanie. Przepraszam, że tak długo kazaliśmy ci czekać, ale to poważna decyzja.
- Nie. - Mrugam, by ukryć łzy. - Nie zmieniłam zdania. Po prostu... to wspaniała wieść.
- Tak, absolutnie fantastyczna. - Marcia dotyka kącików oczu rąbkiem serwetki i ściska mocno moje dłonie. Trudno stwierdzić, czy tylko mi spociły się ręce.
- Tak bardzo się bałam, że możesz się rozmyślić. - Urywa na moment. - Jesteś pewna, że chcesz to zrobić za darmo? Mamy na to odłożony spory budżet.
Uśmiecham się i kiwam głową.
- Tylko taki układ wchodzi w grę.
Przygląda mi się przez chwilę, po czym odgarnia włosy z twarzy.
- Nadal tego nie rozumiem, Grace. To bardzo hojne z twojej strony, ale dlaczego nie oczekujesz niczego w zamian... od zupełnie obcych ci osób?
- Nie jesteśmy sobie obcy, Marcio - odpowiadam. - Chcę traktować was jak przyjaciół.
- Przyjaciół - powtarza. - Tak, podoba mi się to, chyba nimi jesteśmy. To dziwne, ale czuję, jakbym znała cię od zawsze.
- Niech zgadnę - odzywa się niski głos za moimi plecami. - Już jej powiedziałaś, prawda?
Odwracam głowę. Travis, mąż Marcii, podchodzi do naszego stolika. Ma na sobie lniane spodnie i czarną koszulkę polo. Jest na swój sposób przystojnym mężczyzną, ze swoją kwadratową szczęką, ciemnoniebieskimi oczami i zmierzwionymi włosami w kolorze piasku. Oceniam go na czterdzieści kilka lat, jest co najmniej o pięć starszy od Marcii. Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, zrobił na mnie wrażenie swoją dobrocią i pokorą, szczególnie dlatego, że choć wiódł obecnie zamożne życie, nie krępował go fakt wychowania w ubogiej rodzinie, żyjącej na parku przyczep w Fort Lauderdale. Jego skromność sprawia, że świetnie się z nim rozmawia.
Travis ściska moją dłoń, po czym całuje żonę i siada, zakładając ramię na oparciu jej krzesła.
Patrzy na mnie z ciepłym uśmiechem, który tworzy lekkie zmarszczki w kącikach jego ust.
- Cudownie znów cię widzieć, Grace. Jesteśmy wdzięczni za twoją niezwykle hojną ofertę. Nie masz pojęcia, ile to znaczy dla nas. Obawiam się jednak, że muszę o to zapytać: dlaczego robisz to dla nas... dla kogokolwiek?
Chyba będę musiała się przyzwyczaić do udzielania odpowiedzi na to pytanie.
Wzruszam ramionami i odpowiadam z uśmiechem:
- Lubię uszczęśliwiać innych.
- Zdecydowanie sobie z tym radzisz. - Kładzie ręce na stole. - Marcia wspomniała, że nie robiłaś tego nigdy wcześniej.
Sztywnieję.
- Nie, ale jestem zarejestrowana w kilku agencjach surogatek na Florydzie.
- I nie znaleźli dla ciebie pary szczęściarzy?
- Było kilka zainteresowanych osób, ale bywam wybredna. Zależało mi na parze, z którą będę czuła się w jakiś sposób związana. - Wycieram dłonie o uda. - Marcia i ja również się do siebie zbliżyłyśmy, a możliwość zrobienia tego dla przyjaciół wiele dla mnie znaczy.
- Przyjaciół - powtarza i słowo na moment utrzymuje się w powietrzu między nami. - Cieszę się, że tak nas postrzegasz. Jesteśmy niezwykle podekscytowani, jak również bardzo zaszczyceni i wdzięczni, że nas wybrałaś.
- Chcieliśmy mieć dziecko już od pewnego czasu - dodaje Marcia, a na jej rzęsach niczym rosa zawisają drobne kropelki łez. - Czuję się bezużyteczna, ale...
- Wcale nie musisz tak się czuć. - Sięgam ręką po jej dłoń ponad blatem. - Szukanie pomocy nie jest oznaką słabości.
- Dziękuję, Grace. - Travis ujmuje moją dłoń. Ma miękką skórę jak na mężczyznę. Moja jest twardsza, niezależnie od tego, ile wmasowałabym w nią kremu.
- Nie ma za co, ale chyba powinniście przestać już mi dziękować. Mamy przed sobą długą przeprawę.
- Mimo wszystko to pierwszy, wielki krok naprzód - odpowiada Travis. - Wiem, że reszta też się powiedzie.
- Kochanie - rzuca Marcia i uderza go czule w bok. - Nie naciskaj na nią.
Ale to właśnie robi. A jeśli nic z tego nie będzie? Jeśli dam im nadzieję, a potem będę zmuszona ją odebrać? Nie, wolę wierzyć, że wszystko się uda. Musi się udać.
- Wierzmy, że wszystko będzie dobrze - mówię do Travisa.
- Masz świadomość, że to będzie tradycyjna procedura, tak?
- Owszem, rozmawiałyśmy już o tym z Marcią.
Płakała, kiedy mi o tym mówiła. Jeśli się na to zdecydujemy, skorzystają z moich jajeczek, a nie jej. Otrzyma prawa rodzicielskie przed urodzeniem, który pozwoli umieścić jej nazwisko na akcie chrztu dziecka.
- Nie myślisz o założeniu swojej własnej rodziny? - pyta łagodnie Travis.
- Oczywiście, że tak. Ale jeszcze nie teraz.
- Rozumiesz chyba, jak wiele poświęcasz. - Milczy przez chwilę. - To twoje życie i nie chcemy w żaden sposób w nie ingerować.
Unoszę wzrok i patrzę mu w oczy. Chcę, żeby uwierzył w każde moje słowo.
- Tak, jestem tego świadoma. Chcę zrobić to dla was.
- Przepraszam, że naciskam Grace. Chodzi o to... Wiesz, to dla nas coś wyjątkowego.
Kiedy przenoszę wzrok na Marcię, ta uśmiecha się szeroko. Wciąż ma w oczach łzy. Chciałabym ją przytulić i przejąć choć część tej radość w nadziei, że rozproszyłaby mrok wewnątrz mnie.
- Jaki będzie następny krok? - pytam.
- Rozmawialiśmy już z naszymi prawnikami i są gotowi przygotować dokumenty. Będziesz musiała oczywiście przejść badania.
- Doskonale to rozumiem. Jestem do tego przygotowana.
- Dobrze. - Marcia wyjmuje butelkę z wiaderka i podaje ją Travisowi, nie spuszczając ze mnie wzroku. - Grace, nie musisz robić tego sama. Będziemy z tobą na każdym etapie.
Pozostało nam już tylko świętować i to właśnie robimy, wykorzystując do tego celu całą butelkę szampana. Travis ponownie namawia mnie, żebym z nimi zjadła, ale odmawiam.
- Jestem umówiona z przyjaciółką. Cieszę się jednak, że idziemy naprzód. Jeśli czegokolwiek będziecie ode mnie potrzebowali, dajcie znać.
Później, tuż przed opuszczeniem restauracji, odwracam głowę i widzę Travisa przysuwającego swoje krzesło bliżej żony. Całuje ją namiętnie, po czym uśmiechają się do siebie i patrzą sobie w oczy, nieświadomi wszystkiego, co ich otacza.
Udało się, mówię sobie. Udało mi się ich uszczęśliwić.
*
Pół godziny później stoi przede mną moja najlepsza przyjaciółka Sydney Rivers. Jesteśmy w naszej ulubionej knajpie ze stekami w centrum Miami, nieopodal mojego mieszkania. Sydney jest wysoka i szczupła, ma w sobie naturalne piękno, które podziwiają i mężczyźni, i kobiety. Ze swoimi wysoko położonymi kośćmi policzkowymi, długą, smukłą szyją i złotobrązowymi oczami, ma w sobie coś z arystokratki.
- Wyglądasz na szczęśliwą. - Wrzuca komórkę do zdobionej kryształkami torebki.
Sydney uwielbia torebki, kiedy nie zajmuje się sprzedażą domów, wyrusza na polowanie po nowe egzemplarze do swojej kolekcji.
- Może dlatego, że jestem szczęśliwa. - Uśmiecham się do niej. Nie wypowiadałam tych słów od dłuższego czasu.
Pasek torebki zsuwa się w zagłębienie jej łokcia, kiedy zbiera swoje ciemnobrązowe włosy i związuje gumką, którą umieściła na nadgarstku.
- Wydarzyło się coś wyjątkowego?
- Zgadza się - odpowiadam, kiedy wchodzimy do restauracji. - Mam niezwykłe wieści.
Siadamy przy stoliku obok ściany z kolorowymi zdjęciami klientów odwiedzających lokal regularnie. My również jesteśmy na jednym.
- Jeśli ktokolwiek zasługuje na dobre wieści, to właśnie ty, Grace Cooper - mówi Sydney. - Podzielisz się nimi?
- Najpierw zamówmy.
Muszę opóźnić przekazanie jej tej informacji. Wiem, że mogę się spodziewać reakcji, na którą wcale nie liczę. Rozmawiamy przez chwilę, zanim kelnerka przynosi nam steki z frytkami. Sydney zerka na mnie znad talerza, kiedy zaczynamy jeść w milczeniu. Odnoszę wrażenie, że jest zaniepokojona faktem, że chcę jej o czymś powiedzieć. Waha się przed ponowną próbą dociekania. Zamiast tego pyta mnie o pracę. Nie jest szczęśliwa, że wzięłam jeszcze jeden dzień wolnego, ale puszcza to mimo uszu.
Sydney namówiła swoją siostrę Camille, żeby zatrudniła mnie w swojej kwiaciarni Dear Blooms. Nie jest to praca moich marzeń, ale mogę się przynajmniej czymś zająć, podczas gdy próbuję naprawić swoje życie.
- No dobra - mówi w końcu. - Gadaj, co się wydarzyło.
- Spotkałam się z Thorpe'ami.
- Z Thorpe'ami? - Unosi brew. - Z tą parą, o której kiedyś wspominałaś?
- Tak, z rodziną, dla której mam zostać surogatką.
Sydney odkłada widelec na talerz.
- Nadal chcesz nią zostać? Myślałam, że to był taki tymczasowy kaprys.
- To nie kaprys - wypowiadam te słowa ostrzejszym tonem, niż zamierzałam. - Mówię całkiem poważnie, Sydney. Chcą, żebym dała im dziecko, a ja się zgodziłam.
- O mój Boże, Grace. Zdajesz sobie sprawę z konsekwencji i zmian, które nastąpią w twoim życiu?
- Oczywiście, że tak. Zamierzam na moment wyhamować z własnym życiem, żebym mogła uszczęśliwić tę parę.
- Nawet ich nie znasz.
- Znam! Czuję, że znam Marcię bardzo dobrze. Została moją przyjaciółką.
Sydney przesuwa dłonią po twarzy, a kiedy ją zabiera, widzę w jej oczach niepokój.
- Chyba nie powinnaś tego robić. Istnieją inne sposoby, jeśli chcesz poczuć się lepiej w związku z tym, co się stało.
- Nie dla mnie. Wiesz, przez co przeszłam lepiej niż ktokolwiek inny. - Podnoszę serwetkę i owijam ją wokół palców. - Wiesz, jak blisko byłam...
- Ale to idzie za daleko. To cholernie ekstremalny sposób na to, by poczuć się lepiej i, szczerze mówiąc, może się okazać, że efekt będzie odwrotny.
- Posłuchaj - mówię, czując lekką irytację. - Nie oczekuję, że to zrozumiesz. To pewnie dla ciebie dziwne, ale chcę to zrobić. Jesteś moją przyjaciółką i liczę na to, że mnie wesprzesz. Ale cokolwiek powiesz, nie zmienię zdania.
Wyciąga rękę ponad blatem i kładzie na moim ramieniu.
- Staram się, Grace. Staram się zrozumieć. Jeśli to coś czego pragniesz, to nie mam żadnego wyboru, prawda? - urywa na moment. - Nie chcę po prostu, żebyś popełniła błąd.
- Nie bój się. Popełniłam ich już w życiu wystarczająco wiele, to nie jest jeden z nich. Jest trudno, ale to również jedna z moich najlepszych decyzji.
- Okej, więc co dalej? - Sydney odsuwa talerz i zakłada ręce. Jej noga nerwowo podryguje.
- Niedługo zostaną sporządzone i podpisane papiery, a ja przejdę badania. Później dostanę leki, które pomogą rozwinąć się jajeczku, rozpocznie się procedura pobierania go, no i...
Odrzuca głowę do tyłu i unosi brwi.
- Użyją twojego jajeczka...?
- Tak. Ale to nie będzie moje dziecko, ostatecznie będzie należało do nich. - Nie chcę wpaść w tę norkę królika.
- Ale to będzie twoje DNA, Grace. Jak możesz coś takiego zignorować?
- Proszę cię, Sydney. Nie naciskaj na mnie. Spełnię marzenia tej pary, właśnie to chcę zrobić. Zostawmy ten temat w spokoju, dobrze?
- Wiem, ale musisz zrozumieć, że jako twoja przyjaciółka, nie chcę, żebyś później tego żałowała. Oddasz swoje dziecko. - Jej oczy zaczynają się szklić. - Grace, mam dwoje dzieci. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym którekolwiek z nich oddać.
- Oczywiście, że nie, to twoje dzieci - odpowiadam. - Dziecko, które będę nosiła, nie będzie należało do mnie, a do Thorpe'ów.
- Okej - wzdycha z rezygnacją. - Próbuję po prostu ocalić cię przed cierpieniem.
- Ja już cierpię, Sydney. Wiesz o tym dobrze. - Zagryzam drżącą wargę. - Możesz sobie pomyśleć, że robię to wyłącznie dla nich, ale to będzie również coś, co zrobię dla samej siebie. Potrzebuję tego.
- Ile? - Rzuca to pytanie, jakby serwowała piłką tenisową. - Ile ci za to zapłacą?
- Nic - odpowiadam i wbijam wzrok w talerz. - Nie robię tego dla pieniędzy.
- Żartujesz sobie ze mnie, prawda? - rzuca ostro. - To jest chore, Grace. Poświęcasz dla nich tak wiele, a oni ci nawet za to nie zapłacą?
- To nie tak, oni chcieli mi sporo zapłacić, ale dałam im znać, że nie potrzebuję... że nie chcę ich pieniędzy. Opłacą tylko rachunki za badania. To jest prezent, w równej mierze dla nich, jak i dla mnie.
Sydney kręci głową.
- Może nie zechcesz tego usłyszeć, ale i tak to powiem: uważam, że popełniasz poważny błąd. Będziesz tego żałowała.
- W porządku - odpowiadam hardo. - W głębi serca wiem, że postępuję słusznie. Jestem gotowa zapłacić tę cenę.