Idealna matka - Aimee Molloy

-
Proszę czekać

PROLOG

DZIEŃ MATKI, 14 MAJA

Joshua.

Budzę się, rozpalona gorączką.

Deszcz bębni o świetlik, błądzę dłońmi po prześcieradle, aż przypominam sobie, że jestem sama. Zamykam oczy i zasypiam, ale znowu się budzę, owładnięta głębokim, przeszywającym bólem. Od kiedy odszedł, co rano budzę się chora, ale teraz to coś innego.

Coś tu nie pasuje.

Nie daję rady iść i padam plackiem na podłogę pokrytą piaskiem i kurzem. Doczołguję się do salonu, gdzie jest telefon, ale nie wiem, do kogo zadzwonić. Tylko z nim chcę rozmawiać. Muszę mu powiedzieć, co się dzieje, usłyszeć od niego, że wszystko będzie dobrze. Muszę mu przypomnieć, tylko ten jeden raz, jak bardzo go kocham.

Ale nie odbierze. Albo jeszcze gorzej, wysyczy do słuchawki, że nie zamierza tego dłużej znosić, że jeśli jeszcze raz zadzwonię, to...

Ból ściska mi lędźwie tak mocno, że tracę oddech. Czekam, aż minie, na moment ulgi, ale nie nadchodzi. O niczym podobnym nie pisali w książkach, o niczym takim nie mówił lekarz. Przekonywał, że ból będzie narastał stopniowo. Że będę wiedziała, co robić. Że będę panować nad sytuacją. Że posiedzę sobie na specjalnie w tym celu zakupionej piłce gimnastycznej. Zostanę w domu najdłużej, jak się da, by uniknąć medycznej aparatury, leków, wszystkich tych rzeczy, które serwują w szpitalu, chcąc doprowadzić do porodu, zanim twoje ciało jest gotowe.

Moje nie jest. To dopiero dwa tygodnie przed terminem i nie jestem gotowa.

Skupiam się na telefonie. Nie wybieram jego numeru, tylko jej, Albany, wykolczykowanej położnej, którą widziałam dwa razy w życiu.

"Odbieram poród i nie mogę teraz rozmawiać. Proszę...".

Doczołguję się z laptopem do łazienki, siadam na zimnych kafelkach, kładę na szyi wilgotną myjkę, a na krągłym wzgórku, pod którym kryje się mój syn, stawiam urządzenie. Otwieram pocztę i piszę do nich wiadomość, do Majowych Mam.

Zastanawiam się, czy to normalne. Gdy to piszę, drżą mi ręce. Ból jest przeszywający. To dzieje się zbyt szybko.

Nie odpowiedzą. Wyszły na kolację, zjeść coś ostrego, co przyspieszy poród, kradną mężom łyk piwa, ciesząc się spokojnym wieczorem we dwoje, doznaniem, z którym doświadczone matki radziły nam pożegnać się na zawsze.

Rozlega się sygnał przychodzącej wiadomości. Kochana Francie. Zaczęło się! - pisze. Licz skurcze i każ mężowi masować ci krzyż.

Jak idzie? - pisze Nell. Mija dwadzieścia minut. Wciąż boli?

Ból wszedł w bok. Ledwo daję radę pisać. Tak.

Robi mi się ciemno przed oczami, a gdy znowu jestem w stanie widzieć - dziesięć minut później, godzinę, nie mam pojęcia, ile mija czasu - czuję tępy pulsujący ból od guza na czole. Czołgam się z powrotem do salonu. Słyszę, jakby gdzieś wyło zwierzę, i dopiero po chwili dociera do mnie, że to ja wydaję te dźwięki. Joshua.

Udaje mi się dowlec do kanapy, opieram się na poduszkach. Dotykam się dłonią między nogami. Krew.

Zarzucam na nocną koszulę cienką kurtkę przeciwdeszczową. Cudem schodzę po schodach. Dlaczego nie spakowałam torby? Majowe Mamy tyle razy pisały, co spakować, a moja torba wciąż stoi pusta w szafie. Bez iPoda z relaksującą muzyką, bez wody kokosowej, bez olejku miętowego na mdłości. Bez wydruku planu porodu. Stoję w mdłym świetle latarni, trzymając się za brzuch, aż nadjeżdża taksówka. Gramolę się na lepkie tylne siedzenie, starając się nie zwracać uwagi na zaniepokojoną minę kierowcy.

Zapomniałam wziąć ubranko dla dziecka, kupione specjalnie na wyjście ze szpitala.

W klinice ktoś kieruje mnie na szóste piętro, a tam każą mi czekać w izbie przyjęć.

- Proszę - mówię w końcu do kobiety siedzącej za biurkiem. - Mam dreszcze i kręci mi się w głowie. Czy mogłaby pani zadzwonić do mojej pani doktor?

Nie ma jej dzisiaj na dyżurze. Jest inna lekarka z przychodni, nieznana mi. Siadam na zielonym plastikowym krześle, cała struchlała ze strachu, a spomiędzy nóg wycieka mi płyn cuchnący jak ziemia, jak błoto na naszym podwórku, które przekopywałyśmy z mamą w poszukiwaniu glist, gdy miałam sześć lat.

Wchodzę na korytarz, mobilizuję wszystkie siły, by trzymać się prosto, przed oczami mam jego twarz, jego minę, gdy powiedziałam mu o ciąży. Był wściekły, krzyczał, że go wrobiłam. Kazał mi pozbyć się dziecka. "Wszystko zrujnuje - mówił. - Moje małżeństwo. Reputację. Nie możesz mi tego zrobić".

"Nie pozwolę ci".

Nie powiedziałam mu, że widziałam już zielone światełko migające w rytm bicia serca, że słyszałam wibrujący stukot tętna rozchodzący się z głośników na suficie. Nie powiedziałam, że to dziecko to największe pragnienie mojego życia.

Czyjaś krzepka dłoń podnosi mnie z podłogi. Grace. Tak ma napisane na plakietce. Grace prowadzi mnie do pokoju, obejmuje rękoma w talii i mówi, żebym położyła się na łóżku. Opieram się. Nie chcę się kłaść. Chcę wiedzieć, czy z dzieckiem jest wszystko w porządku. Chcę, żeby ból zelżał.

- Chciałabym prosić o znieczulenie zewnątrzoponowe - mówię.

- Przykro mi - odpowiada Grace. - Za późno.

Chwytam ją za ręce, szorstkie od zbyt częstego mycia płynem dezynfekującym i szpitalną wodą.

- Nie, błagam. Jak to za późno?

- Na znieczulenie.

Wydaje mi się, że słyszę kroki na korytarzu spieszące w stronę mojej sali. Wydaje mi się, że słyszę, jak woła moje imię.

Poddaję się i kładę. To on. Joshua woła mnie w ciemności. Jest lekarka. Mówi do mnie, owijają mi czymś ramię, igła sunie gładko pod skórę w zgięciu łokcia, jak ostrza łyżew po lodzie. Pytają, kto ze mną przyszedł, gdzie jest mój mąż. Pokój zaczyna wirować i znowu czuję ten zapach. Płynu, który się ze mnie wylewa. Zapach ziemi i błota. Kości mi pękają. Cała płonę. To na pewno nie przebiega tak, jak powinno.

Czuję, jakby mnie miażdżono. Czuję, jakbym płonęła. Czuję, jak moje ciało, moje dziecko rozpada się na pół.

Zamykam oczy.

Prę.

ROZDZIAŁ 1

CZTERNAŚCIE MIESIĘCY PÓŹNIEJ

DO: Majowe Mamy

OD: Twoi znajomi z The Village

DATA: 4 lipca

TEMAT: Porada na dziś

TWÓJ MALUCH: 14 MIESIĘCY

Z okazji Dnia Niepodległości mamy dla Was poradę o autonomii. Czy zauważyłaś, ze Twój dotąd nieustraszony mały mężczyzna nagle zaczyna się wszystkiego bać, gdy tylko znikniesz z zasięgu jego wzroku? Słodka psina sąsiada jest teraz przerażającym drapieżnikiem. Cień na suficie bezrękim upiorem. To normalne, że Twój maluch zaczyna wyczuwać zagrożenia w otaczającym go świecie. Twoim zadaniem jest pomóc mu zapanować nad tymi lękami, przekonać go, że jest bezpieczny nawet wtedy, gdy Cię nie widzi, że mama zawsze będzie go chronić, choćby walił się świat.

Jak ten czas szybko płynie.

Czy nie to zawsze powtarzają ludzie? Nieznajomi kładący nam dłonie na brzuchu, przekonujący, że powinnyśmy hołubić każdą chwilę. Że to wszystko minie w mgnieniu oka. Jak, zanim się zorientujemy, dzieci będą chodziły, mówiły, odejdą od nas.

Upłynęło czterysta jedenaście dni i czas wcale nie pędził jak szalony. Zastanawiałam się, co by powiedział doktor H. Czasami zamykam oczy i wyobrażam sobie, że jestem w jego gabinecie, wizyta dobiega końca, kolejny pacjent niecierpliwie stuka stopą o podłogę poczekalni. Ma pani skłonność do brania wszystkiego pod lupę, powiedziałby. Ale, co ciekawe, nigdy pozytywnych aspektów życia. Przyjrzyjmy się im.

Pozytywne aspekty życia.

Twarz mojej mamy, to, jak łagodnie czasami wygląda, gdy jesteśmy tylko we dwie, jeżdżąc samochodem i załatwiając sprawy, w drodze nad jezioro.

Światło o poranku. Dotyk deszczu.

Te leniwe popołudnia w parku na ławce - dziecko robiło mi w brzuchu salta, spuchnięte stopy, wyglądające jak poobijane brzoskwinie, wylewały mi się z sandałów. Zanim zaczęły się wszystkie problemy, gdy Midas nie był jeszcze "Małym Midasem", sprawą najwyższej wagi i tematem numer jeden dla wszystkich, gdy był zwykłym noworodkiem z Brooklynu, jednym z miliona, niczym się niewyróżniającym spośród tuzina innych dzieci, z jasno malującą się przyszłością i dziwacznymi imionami, śpiących w kręgu na spotkaniu Majowych Mam.

"Majowe Mamy". "Klub mamusiek". Nigdy nie lubiłam tego określenia. "Mamuśka". Jest takie manieryczne, takie upolitycznione. Nie byłyśmy mamuśkami. Byłyśmy matkami. Ludźmi. Kobietami, które akurat w tym samym czasie przechodziły owulację, a potem w tym samym miesiącu urodziły dziecko. Obce kobiety, które postanowiły - dla dobra swoich dzieci, dla własnego zdrowia psychicznego - zostać przyjaciółkami.

Zarejestrowałyśmy się na stronie The Village - "Ulubiony portal brooklyńskich rodzicówTM" - najpierw przez całe miesiące poznawałyśmy się poprzez mejle, a dopiero potem spotkałyśmy, na długo przed przyjściem na świat naszych dzieci. Analizowałyśmy każdy szczegół nowej sytuacji życiowej z drobiazgowością, której nie znieśliby nasi dotychczasowi przyjaciele. Rozwodziłyśmy się nad tym, jak dowiedziałyśmy się o ciąży. Nad pomysłowymi sposobami zakomunikowania tej informacji naszym matkom. Przerzucałyśmy się pomysłami na imiona dla dzieci i obawami o przeponę miedniczną. To Francie zaproponowała, żebyśmy spotkały się osobiście, pierwszego dnia wiosny, więc pięknego marcowego poranka wszystkie dotaszczyłyśmy nasze trzeciosemestralne do parku. Usiadłyśmy w cieniu i napawając się zapachem świeżo przebudzonej trawy, cieszyłyśmy się swoją obecnością, tym, że w końcu możemy przypasować twarze do imion.

Kontynuowałyśmy spotkania. Zapisałyśmy się razem do szkoły rodzenia, na ten sam kurs pierwszej pomocy, na zajęciach jogi razem wyginałyśmy kręgosłup w pozycji kot-krowa. Potem, w maju, zaczęły przychodzić na świat dzieci, wprost na najgorętsze lato w historii Brooklynu.

"Brawo! Spisałaś się na medal!", odpowiadałyśmy na wiadomość o narodzinach dziecka, gruchając jak zaprawione babcie nad załączonym zdjęciem noworodka opatulonego niebiesko-różowym szpitalnym kocykiem.

"Co za polisie!".

"Witaj na świecie, maleństwo!".

Niektóre z nas bały się przez długie tygodnie wyjść z domu, a inne nie mogły się doczekać spotkania i pokazania sobie dzieci. (Byłyśmy jeszcze tak onieśmielone tym wszystkim, że nie odnosiłyśmy się do nich po imieniu - Midas, Will, Poppy, ale po prostu "dziecko"). Wolne od konieczności chodzenia do pracy przez najbliższych kilka miesięcy, może także od trosk o karierę, spotykałyśmy się dwa razy w tygodniu, zawsze w parku, najczęściej pod wierzbą, obok boiska do bejsbolu (o ile któraś z nas przyszła na tyle wcześnie, by zająć to oblegane miejsce). Skład grupy bardzo się zmienił. Dołączyły nowe mamy, a te, do których twarzy się przyzwyczaiłam, odeszły - sceptyczki, doświadczone matki, które nie mogły znieść zbiorowej histerii, te, które przeniosły się na ekskluzywne przedmieścia Maplewood czy Westchester. Zawsze jednak mogłam liczyć na trzy regularne bywalczynie.

Przede wszystkim na Francie. Jeśli nasz klub miał jakąś cheerleaderkę, kogoś, kogo można by ubrać w piórka, by z okrzykiem poprowadził naszą drużynę ku macierzyństwu, to była nią właśnie ona. Nieustannie dążąca do ideału Panna Przymilna, napuchła nadzieją i kalorycznymi południowymi węglowodanami.

Potem Colette, pupilka wszystkich, zaufana przyjaciółka. Jedna z tych pięknych kobiet z kasztanowymi włosami jak z reklamy szamponu, z nabytym w rodzinnym Kolorado naturalnym sposobem bycia, orędowniczka domowych porodów - kobiecość w postaci doskonałej, przyprószona cukrem pudrem.

I wreszcie Nell: Brytyjka, chłodna, wystrzegająca się poradników i eksperckich zaleceń. Pani Zaufajcie-Swojemu-Instynktowi. Pani No-jak-Boga-kocham-nie-powinnam. (No jak Boga kocham nie powinnam jeść tej czekoladowej muffinki. Tych chipsów. Pić trzeciego dżinu z tonikiem). Pod jej niewybredną powierzchownością skrywało się jednak coś jeszcze, coś, co zauważyłam już pierwszego dnia: Nell, podobnie jak ja, miała swój sekret.

Nigdy nie zamierzałam być zaprzysiężonym członkiem klubu, ale jak tylko dałam radę, taszczyłam swój ciążowy brzuch, a potem pchałam wózek przez wzgórze do parku. Siadałam na kocu, wózek parkowałam obok innych w trójkątnej łacie cienia pod wierzbą i powoli zapadłam w stan odrętwienia, słuchając ich pomysłów na rodzicielstwo, na to, jak należy robić to czy tamto. Karmienie wyłącznie piersią. Rozpoznawanie preferencji dziecka co do "usypiaczy". Noszenie dziecka w chuście, gdzie tylko się da, jakby było ekskluzywnym ciuchem upolowanym w Bloomingdale. Nic dziwnego, że w końcu je znienawidziłam. Kto byłby w stanie słuchać tych wszystkich peror wygłaszanych tonem nieznoszącym sprzeciwu? Tych osądów?

A co, jeśli nie nadążasz z tym wszystkim? Co, jeśli nie karmisz piersią? Jeśli na przykład prawie straciłaś mleko, niezależnie od tego, ile chińskich ziółek wypijasz i ile godzin siedzisz w nocy z laktatorem? Co, jeśli jesteś doszczętnie wyczerpana i nie masz już czasu ani pieniędzy, by wypróbować kolejne "usypiacze"? Co, jeśli zwyczajnie nie masz siły przygotowywać przekąski na spotkanie?

Colette przyniosła muffinki. Za każdym razem przynosiła dwadzieścia cztery minimuffinki z drogiej cukierni, którą niedawno otwarto w miejscu dawnego tapas baru. Rozpakowywała pudełko i rozdawała je, sięgając nad niemowlakami. "Winnie, Nell, Scarlett, częstujcie się - mówiła. - Smakują nieziemsko".

Oczywiście mnóstwo matek grzecznie odmówiło, informując, ile jeszcze kilogramów zostało im do zgubienia, po czym wyjęło swoje marchewki i pokrojone na cząstki jabłka, ale nie ja. Mój brzuch był tak samo płaski i jędrny jak przed ciążą. Powinnam podziękować za to mamie. Dobre geny - zawsze to słyszałam. Ludzie mówili, że jestem wysoka i smukła, że mam niemal symetryczną twarz. Nie wspominali jednak o drugiej puli genów, które odziedziczyłam. O tych, których nie przekazała mi moja będąca uosobieniem harmonii matka, tylko mój wybitnie niezrównoważony emocjonalnie ojciec.

Geny Joshui nie są lepsze. Rozmawiałam z nim o tym czasami, pytając, czy się martwi swoim genetycznym obciążeniem, które da się przełamać tylko ciężką pracą. Schedą po swoim szalonym ojcu, genialnym lekarzu alkoholiku, ciepłym i czarującym dla pacjentów, brutalnym dla domowników.

Ponieważ jednak Joshua nie lubił, gdy mówiłam o jego ojcu, nauczyłam się na jego temat milczeć. Oczywiście o niczym z tego - ani o moich genach, ani o Joshui, ani o jego ojcu - nie wspominałam Majowym Mamom. Nie mówiłam im, jak wszystko jest trudne bez Joshui. Jak bardzo go kocham. Że oddałabym wszystko - absolutnie wszystko - by znowu z nim być. Choćby przez jedną noc.

Nie mogłam im tego powiedzieć. Nikomu nie mogłam tego powiedzieć. Nawet doktorowi H, wybitnemu psychiatrze, który zamknął swój gabinet właśnie w chwili, gdy najbardziej potrzebowałam jego pomocy, przenosząc się z żoną i trójką dzieci na Zachodnie Wybrzeże. Byłam sama jak palec, więc owszem, na początku przychodziłam na ich spotkania, w nadziei, że odnajdę z nimi wspólny język, że połączy nas coś w naszym wspólnym doświadczeniu macierzyństwa, co rzuci promyk światła na mrok tych pierwszych kilku miesięcy, które są ponoć najtrudniejsze. "Będzie łatwiej", piszą eksperci. "Czas goi rany".

No cóż, wcale nie zrobiło się łatwiej. Obwiniano mnie o to, co stało się tamtej nocy. Czwartego lipca. Ale nie ma dnia, bym nie przypominała sobie, jaka jest prawda.

To nie moja wina. Tylko ich.

To przez nie Midas zaginął, a ja straciłam wszystko. Nawet teraz, rok później, gdy siedzę sama w więziennej celi, obmacując twardą postrzępioną bliznę na brzuchu, myślę, jak inaczej wszystko by się potoczyło, gdyby nie one.

Gdybym się nie zapisała do tej grupy. Gdyby umówiły się na inny dzień albo w innym barze, albo wybrały inną opiekunkę niż Almę. Gdyby nie zdarzył się incydent z telefonem.

Gdyby słowa, które wypowiedziała tego dnia Nell - z głową odchyloną ku niebu, z twarzą oblaną słońcem - nie okazały tak prorocze: "W upał taki jak ten po ludziach chodzą nieszczęścia".

ROZDZIAŁ 2

ROK WCZEŚNIEJ

DO: Majowe Mamy

OD: Znajomi z The Village

DATA: 30 czerwca

TEMAT: Porada na dziś

TWOJE MALEŃSTWO: 47 DNI

Większość Was przez ostatnie sześć tygodni zdążyła opanować karmienie piersią do perfekcji, ale dla tych, które nadal zmagają się z trudnościami, mamy słowa otuchy: nie poddawajcie się! Mleko matki jest najlepszym, co możecie dać swojemu dziecku. Jeśli napotykacie jakieś komplikacje, uważajcie na to, co jecie. Nabiał, gluten i kofeina mogą zmniejszyć waszą podaż. A jeśli odczuwacie dyskomfort albo ból, rozważcie wizytę u konsultantki laktacyjnej, która pomoże wam przezwyciężyć problemy. Mogą to być najlepiej wydane pieniądze w życiu.

- Co to ma niby znaczyć, że w upał taki jak ten po ludziach chodzą nieszczęścia? - pyta Francie z zatroskaną miną i szopą kręconych włosów opadających na szyję.

Nell odgania muchę gazetą, którą przed chwilą się wachlowała.

- Jest trzydzieści jeden stopni - mówi. - W Brooklynie. W czerwcu. O dziesiątej rano.

- No i?

- Może w Teksasie to normalne...

- Jestem z Tennessee.

- ...ale nie tutaj.

Gorący wiatr podwiewa skraj kocyka, który ląduje na twarzy syna Francie.

- Nie powinnaś mówić takich rzeczy - wzdycha Francie, biorąc dziecko na ręce. - Jestem przesądna.

Nell odkłada gazetę i otwiera torbę z pieluchami.

- Sebastian tak mówi. Dorastał na Haiti. Tamtejsi ludzie są bardziej wyczuleni na sygnały, które wysyła nam planeta, niż my.

Francie unosi brwi.

- Ale ty przecież jesteś Brytyjką.

- Wszystko tam w porządku? - Colette woła do Scarlett, która stoi w cieniu przy wózkach ze śpiącymi dziećmi.

Scarlett zawiązuje rogi kocyka z cienkiej bawełny na rączce swojego wózka i wraca do nas.

- Wydawało mi się, że się obudził - mówi, siadając obok Francie i wyjmując z torby buteleczkę z dezynfekującym płynem do rąk. - Mieliśmy ciężką noc, więc błagam, niech nikt do niego nie podchodzi. Co przegapiłam?

- Wygląda na to, że zbliża się koniec świata - odpowiada Francie, zlizując czekoladę z precla, jedyny słodki grzech, na jaki sobie pozwala.

- Nie zdziwiłabym się - wzdycha Nell. - Ale mam antidotum.

Podnosi wysoko butelkę wina, którą wyjęła z torby z pieluchami.

- Przyniosłaś wino? - Colette się uśmiecha, związując włosy w koczek i patrząc, jak Nell odkorkowuje butelkę.

- Nie jakieś tam wino. Najlepsze vinho verde za dwanaście dolarów, jakie można kupić o wpół do dziesiątej rano. - Nell bierze plastikowy kubeczek z piramidki, którą trzyma w torbie, napełnia winem do wysokości pięciu centymetrów i podaje Colette. - Pij szybko. Jest trochę za ciepłe.

- Ja dziękuję - mówi Yuko, chodząc wokół koca i kołysząc córkę. - Idę potem na jogę.

- Ja też dziękuję - odmawia Francie. - Karmię.

- Chromolić to - rzuca Nell. - Wszystkie karmimy. - Podnosi dłoń, by doprecyzować. - Chyba że wy nie. Chyba że po przyjściu do domu szczelnie zasłaniacie okna i potajemnie podajecie dziecku mleko modyfikowane. I nie ma w tym nic złego. Tak czy siak, odrobina wina nie zaszkodzi.

- W książkach mówią co innego - stwierdza Francie.

Nell wywraca oczami.

- Francie, przestań czytać propagandę. To żadne przestępstwo. W Anglii większość moich koleżanek przez całą ciążę piła małe ilości alkoholu.

Colette popiera Francie skinieniem głowy.

- Napij się, jeśli masz ochotę. Willowi nic nie będzie.

- Naprawdę? - Francie spogląda na Nell. - No dobra. Niech będzie. Ale tylko odrobinę.

- Ja też. W końcu mam co uczcić - mówi Scarlett, sięgając po kolejny kubeczek. - Mówiłam wam już? Kupujemy dom. W Westchester.

Francie kwituje to jęknięciem.

- Wy też? Dlaczego wszyscy nagle wynoszą się na przedmieścia?

- Ja, szczerze mówiąc, wolałabym się przenieść dalej na północ, ale profesor Mąż właśnie dostał etat na Columbii i musi być blisko uniwersytetu. - Scarlett rozgląda się po zebranych. - Bez obrazy. Wiem, że wiele ludzi je kocha, ale ja nie wyobrażam sobie wychowywania dziecka w tym mieście. Od małego widzę tu tylko syf. Chciałabym, żeby moje dziecko wiedziało, co to czyste powietrze i drzewa.

- A ja nie - wtrąca się Nell. - Ja chcę wychowywać moje w slumsach.

Francie upija łyk wina.

- Chciałabym, żeby było nas stać na przeprowadzkę do Westchester.

- Winnie? - pyta Nell. - Wina?

Winnie patrzy w dal na drugą łąkę, gdzie młoda para gra we frisbee, a między nimi biega border collie. Zdaje się nie słyszeć Nell.

- Winnie, skarbie, wróć do nas.

- Przepraszam - mówi Winnie, uśmiechając się do Nell, a potem zerkając na Midasa, który leży między jej kolanami, z piąstami przy uszach, i właśnie zaczyna się wiercić. - Co mówiłaś?

Nell wyciąga rękę z kubkiem.

- Chcesz trochę wina?

Winnie podnosi Midasa do piersi, zanurza usta w jego ciemnych włosach i zerka na Nell.

- Nie, nie powinnam.

- Dlaczego nie?

- Alkohol nie zawsze mi służy.

- Co z wami, kobity? - Nell nalewa sobie i zakorkowuje butelkę. Spod rękawa jej czarnego T-shirta wyziera na chwilę duży tatuaż pastelowego kolibra. Nell upija łyk. - Rany, co za paskudztwo. Posłuchajcie, co wam opowiem. Wczoraj wyszłam bez dziecka, po kawę. Jakaś pani patrzy na mój brzuch, gratuluje mi i pyta, na kiedy mam termin.

- Draństwo - prycha Yuko. - I co jej powiedziałaś?

Nell śmieje się.

- Że na listopad.

Francie zerka na Winnie, która znowu z kamienną miną wpatruje się w trawnik.

- Wszystko w porządku?

- Tak, nic mi nie jest. - Zatyka pasmo włosów za ucho. - Ten upał mnie wykańcza.

- A skoro już o tym mowa, to może ustalimy jakieś inne miejsce spotkań? - pyta Yuko, kładąc syna na kocu i przekopując torbę w poszukiwaniu pieluchy. - Będzie się robiło coraz bardziej gorąco. Dzieci nam się tu usmażą.

- Może w bibliotece - proponuje Francie. - Mają z tyłu pustą salę, którą mogłybyśmy zarezerwować.

- Brzmi okropnie - kwituje Nell.

- Byłyście może w tym nowym ogródku piwnym, obok dużego placu zabaw? - pyta Colette. - Poszliśmy tam kiedyś z Charliem i zastaliśmy grupki mam z dziećmi. Może my też mogłybyśmy tam posiedzieć raz na jakiś czas. Zamówiłybyśmy lunch.

- I sangrię - dodaje Nell, z błyszczącymi oczami. - Albo jeszcze lepiej, zróbmy coś podobnego wieczorem. W sensie, wyjdźmy na miasto bez dzieci.

- Bez dzieci? - pyta Francie.

- No tak. W przyszłym tygodniu wracam do pracy. Chciałabym trochę się rozerwać, póki jeszcze mogę.

- Nie jestem przekonana - mówi Francie.

- Dlaczego nie?

- Mały ma dopiero siedem tygodni.

- No i?

- Nie jest trochę za mały, by go zostawiać? Poza tym wieczorami jest nieznośny. Wygląda na to, że wszedł w szczytową fazę okresowej żarłoczności noworodków.

- Niech twój mąż nim się zajmie - odparowuje Scarlett. - To ważne, żeby już w najwcześniejszych miesiącach wytworzyła się między nimi więź.

- Mój mąż? - pyta Francie, marszcząc brwi.

- No tak - odpowiada Nell. - No wiesz, Lowell. Ten facet, z którego ejakulatu poczęła się połowa twojego dziecka.

Francie krzywi się.

- Jesteś obrzydliwa, Nell. - Spogląda na Winnie. - A ty byś poszła?

Winnie pakuje Midasa do chusty zawiązanej na piersi i składa jego kocyk.

- Sama nie wiem - odpowiada.

- No nie wygłupiaj się - mówi Colette. - Przerwa od dzieci dobrze nam zrobi.

Winnie wstaje, jej jasnoróżowa sukienka opada kaskadą na kostki.

- Nie mam jeszcze opiekunki dla Midasa.

- A twój...

- Cholera - mówi Winnie, zerkając na wąski srebrny zegarek na przegubie dłoni. - Jest później, niż myślałam. Muszę lecieć.

- Dokąd? - pyta Francie.

Winnie zakłada wielkie okulary przeciwsłoneczne i bawełniany kapelusz z szerokim rondem, który osłania jej twarz i ramiona.

- Mam milion spraw do załatwienia. Do następnego razu.

Wszystkie patrzą, jak Winnie idzie przez trawnik, a potem wchodzi na wzgórze, z czarnymi włosami rozpuszczonymi na ramionach, z sukienką łopoczącą przy kostkach.

Gdy znika pod łukiem, Francie wzdycha i mówi:

- Szkoda mi jej.

Nell parska śmiechem.

- Szkoda ci Winnie? Dlaczego? Bo jest taką zabójczą laską? A nie, zaraz, pewnie dlatego, że jest taka chuda?

- Jest samotną mamą.

Colette przełyka wino.

- Co takiego? Skąd wiesz?

- Mówiła mi.

- Żartujesz. Kiedy?

- Kilka dni temu. Zajrzałam do Spotu po rogalika i odrobinę chłodu. Will dostał ataku płaczu w kolejce. Umierałam ze wstydu, gdy nagle zjawiła się Winnie. Midas spał w wózku, a ona wzięła Willa i przytuliła do piersi. Od razu się uspokoił.

Nell mruży oczy.

- Wiedziałam, że te cycki mają cudowną moc. Nawet mnie kilka razy zahipnotyzowały.

- Spędziłyśmy razem trochę czasu. Było miło. Jest taka cichutka, prawda? Ale mi powiedziała, że jest sama.

- Tak po prostu ci to wyznała? - pyta Nell.

- Tak jakoś wyszło.

- A kto jest ojcem?

- Nie pytałam. Zauważyłam, że nie nosi obrączki, ale żeby tak spytać wprost? To byłoby zbyt wścibskie. - Francie przybiera melancholijny wyraz twarzy. - Powiedziała mi też, że świetnie sobie radzę z Willem - mówi. - To bardzo miłe z jej strony. Za rzadko to sobie mówimy. Will bywa taki trudny. - Przełamuje precla na pół. - Przez większość czasu mam wrażenie, że wszystko partaczę. Miło od kogoś usłyszeć, że może nie do końca tak jest.

- Och, Francie, nie wygłupiaj się - mówi Colette. - Will jest super. Doskonale ci idzie. Żadna z nas tak naprawdę nie wie, jak powinno się postępować z dzieckiem.

- Czy to nie dziwne, że nie miałyśmy o tym pojęcia? - pyta Yuko. - Że jest sama?

- Niespecjalnie. - Nell odstawia wino i ściąga w dół luźny dekolt T-shirta. Podnosi córkę, Beatrice, i zaczyna ją karmić. - Rozmawiamy tylko o rzeczach związanych z dziećmi.

- Jakkolwiek by patrzeć, posiadanie męża - mówi Francie - jest związane z dziećmi. Rany, możecie sobie to wyobrazić? Robić to wszystko samej? Jak samotnym trzeba się czuć.

- Umarłabym - kwituje Colette. - Gdyby Charlie nie przejął kilku nocnych karmień, nie kupował pieluch, chybabym oszalała.

- Ja też, ale... - zaczyna Scarlett, ale urywa.

- Ale co? - pyta Colette.

- Nie, nic.

- No dokończ, Scarlett. - Francie wbija w nią wzrok.

Scarlett milczy przez chwilę.

- No dobra. Niech będzie. Martwię się, że jeszcze coś innego jest na rzeczy.

- Co masz na myśli?

- Nie chcę zdradzić nic z tego, co mi mówiła, ale byłyśmy razem na kilku spacerach. Jesteśmy sąsiadkami i maszerujemy tym samym szklakiem, gdy usypiamy dzieci. Nie mówiłabym wam tego, gdybym nie sądziła, że powinnam: ona jest w depresji.

- Tak ci powiedziała? - pyta Colette.

- Dała mi do zrozumienia. Jest tym wszystkim przygnieciona. Od nikogo nie ma pomocy. Powiedziała też, że Midas ma skłonności do kolek. Potrafi płakać godzinami.

- Midas jest kolkowy? - pyta Francie z niedowierzaniem. - Will też jest. Ale Midas wydawał się taki bezproblemowy.

- Mam przyjaciółkę w Londynie, u której zdiagnozowano depresję poporodową - mówi Nell. - Za bardzo się wstydziła swoich myśli, by komukolwiek o nich powiedzieć, aż mąż zmusił ją do poszukania pomocy.

- Sama nie wiem - mówi Colette. - Winnie nie wygląda na osobę w depresji. To pewnie tylko baby blues. Która z nas od czasu do czasu go nie przechodzi?

- Cześć, dziewczyny.

Podnoszą wzrok i widzą nad sobą Rodzyna. Na piersi ma chustę, pod którą zarysowuje się kształt niemowlęcia. Ociera czoło rękawem T-shirta.

- Rany, ależ upał.

Zrzuca tenisówki, wyjmuje z torby koc i rozkłada go obok Colette.

- Autumn zbuntowała się przeciw porannej drzemce. Łaziłem przez godzinę, żeby ją uśpić. - Siada. - Pijecie wino?

- Chcesz trochę?

- Jasne. Dobre jakieś?

- Wystarczająco dobre, by zadziałać. - Francie nie spuszcza wzroku ze Scarlett. - Musimy coś zrobić, prawda? Może powinnyśmy coś dla niej zorganizować, żeby się trochę zrelaksowała, odpoczęła bez dziecka.

- Dla kogo? - pyta Rodzyn.

- Dla Winnie.

Rodzyn milknie na chwilę, dłoń z kubkiem zatrzymuje w połowie drogi do ust.

- Coś się stało Winnie?

Francie obrzuca go spojrzeniem.

- Nic się jej nie stało. Mówiłyśmy tylko, że przydałby się jej wolny wieczór.

Yuko marszczy czoło.

- Zaraz, zaraz... Może jej nie stać. Samotna mama? Z opiekunką, drinkami, kolacją wyjdzie jakieś dwieście dolarów za wieczór.

- Wątpię, żeby to był problem - odpowiada Francie. - Widziałyście, jakie ma ciuchy? Nie wygląda na kogoś, kto ma problemy finansowe. Chodzi o to, żeby znaleźć opiekunkę.

- Spytam Almy, czy dałaby radę - proponuje Nell.

- Almy?

Twarz Nell się rozpromienia.

- Oj, zapomniałam wam powiedzieć, dziewczyny. W końcu kogoś znalazłam. Zaczyna jutro na kilka godzin, a w przyszłym tygodniu, gdy wrócę do pracy, na cały etat. Jest niesamowita. Powiem jej, że zapłacę jej za noc. Mój pożegnalny prezent dla Winnie. - Nell sięga po telefon leżący na kocu i zerka w kalendarz. - A co powiecie na czwartego lipca? - Przebiega wzrokiem po koleżankach. - Czy może wszystkie siedzicie w domu i recytujecie przysięgę na wierność sztandarowi?

- Owszem. Tak właśnie spędzam ten dzień - odparowuje Colette. - Ale w tym roku zrobię wyjątek.

- Wchodzę w to - rzuca Rodzyn.

- Ja też - mówi Francie. - Yuko? Scarlett?

- Jasne - odzywa się Yuko.

Scarlett marszczy czoło.

- Zdaje się, że moi teściowie przyjeżdżają zobaczyć nowy dom. Ale nie chcę, żebyście uzależniały swoje plany ode mnie. Kto wie, jak długo jeszcze będę w Brooklynie.

- Napiszę mejla do wszystkich Majowych Mam - mówi Nell. - To będzie pamiętna noc. Poszukam jakiegoś fajnego miejsca.

- Świetnie - rzuca Francie. - Tylko żeby udało ci się przekonać Winnie do przyjścia.

Nell kładzie Beatrice przed sobą na kocu.

- Będzie ekstra. Kilka godzin na mieście. Okruch wolności. - Podnosi kubek i wypija resztkę wina. - Nic, z czego miałybyśmy się spowiadać. Tylko jeden drink.

ROZDZIAŁ 3

CZWARTY LIPCA

DO: Majowe Mamy

OD: Twoi znajomi z The Village

DATA: 4 lipca

TEMAT: Porada na dziś

TWOJE MALEŃSTWO: 51 DNI

W siódmym tygodniu swojego życia Twoje dziecko powinno zacząć naukę kontrolowania pracy mięśni - kopania, wierzgania, podnoszenia główki. Ponieważ coraz bardziej lubi kontakt fizyczny i dostosowuje się do otoczenia, nie skąp mu pocałunków, uśmiechów i kilku hip, hip, hurra! Pokaż mu, jaka jesteś dumna z jego wielkich postępów.

20.23

Powietrze jest gęste od oparów alkoholowych i upału, muzyka tak głośna, że przyprawia o ból głowy. Dudni z głośników, mieszając się z salwami śmiechu młodych ludzi. Dwudziestokilkulatkowie, którzy wrócili do domu z college'u, kłębią się przy barze, przebiegając palcami po kartach kredytowych rodziców; przy boisku do bocce, gdzie czekają na swoją kolejkę, by rzucić piłkę po piaskowym torze; w zaciemnionej bocznej salce, gdzie tańczą jeden przy drugim w rytm muzyki puszczanej przez mężczyznę z nagim torsem.

Nell przeciska się przez tłum i dostrzega ich na podeście na zewnątrz z tyłu. Rodzyn zestawia razem kilka stolików i przyciąga dodatkowe krzesła. Francie, w czarnej bawełnianej sukience, demonstrując szokująco głęboki dekolt, odbywa powitalną rundkę dookoła stołu, ściskając wszystkich po kolei - Yuko, Gemmę i Colette, która wygląda jeszcze ładniej niż zwykle, z błyszczącymi włosami rozpuszczonymi na plecach i ustami pomalowanymi na jaskraworóżowy. Obok zbiera się grupka innych kobiet, których Nell nie rozpoznaje; od jakiegoś czasu nie przychodziły na spotkania, a ich imion nigdy nie zapamięta.

- Cześć - mówi Nell, podchodząc do Rodzyna. Ubrany jest w swój typowy mundurek: sprana koszulka z nazwą zespołu, o którym nawet nie słyszał, szorty i zdarte converse'y. - Ten bar jest trochę szemrany, nie sądzicie?

- Zdecydowanie tak.

- Kto go wybrał?

- Ty.

- A tak. Jest trochę bardziej hałaśliwy, niż się spodziewałam. - Przebiega wzrokiem po tłumie w poszukiwaniu kelnerki, lekko zażenowana tym, że Rodzyn tak nachalnie jej się przygląda. Rodzyn bierze łyk piwa, po którym zostają mu na wardze wąsy z piany. Nell powstrzymuje się, by nie wytrzeć ich kciukiem. - Skąd masz piwo?

- Trzeba iść do baru - odpowiada Rodzyn, nachylając się bliżej. - Nie obsługują teraz stolików.

Nagle podchodzi Francie. Jej powieki połyskują srebrnym cieniem.

- Gdzie Winnie?

- Witaj, Francie. Czuję się ekstra, dzięki, że spytałaś.

- Wybacz - rzuca Francie. - Cześć i w ogóle. Ale czy ona przyjdzie?

- Tak. Niedługo powinna być - mówi Nell, choć wątpi, że Winnie w ogóle się zjawi.

Dwa mejle i telefon nic nie wskórały, Winnie twierdziła, że nie może przyjść. Jednak wczoraj późnym wieczorem Nell dostała wiadomość, że zmieniła zdanie.

Chętnie do Was dołączę - napisała. Alma nadal jest dostępna?

- Pewnie tłumaczy Almie, co i jak z małym - zwraca się Nell do Francie.

- Okej, super. Będę jej wypatrywać.

- A ja pójdę po drinka.

Nell przeciska się do środka, do baru. Zamawia dżin z tonikiem, myśląc o kłótni, którą miała w zeszłym tygodniu z Sebastianem. Myjąc zęby w łazience, powiedziała mu, że postąpiła wbrew jego woli i zaproponowała Almie pracę.

"Nell". - W jego głosie była irytacja.

"Co?" - Spojrzała na jego odbicie w lustrze.

"Rozmawialiśmy o tym. Naprawdę wolałbym, żebyś tego nie robiła".

"Dlaczego?"

"Wiesz dlaczego". Zamilkł. "Jest nielegalsem".

Splunęła do zlewu. "Chciałeś powiedzieć, że nie dostała dokumentów pobytu".

"Nie warto ryzykować".

"Ryzykować czego? Naszych kwitnących karier politycznych?" Nelly wypłukała usta i przeszła obok niego, kierując się do kuchni, by włączyć czajnik. "Moja kariera polityczna się skończyła, zdaje się, na podwórku Michaela Markhama, gdy miałam piętnaście lat".

"Wiesz, że nie o to mi chodzi. Wiesz, że trzeba być ostrożnym..."

Czuje puknięcie w ramię - Colette staje obok niej, machając do barmana.

- Wyglądasz ekstra - rzuca Colette, zerkając na Nell przez ramię. - Mówiłam ci już, jak bardzo podoba mi się ten twój wspaniały tatuaż?

- Zdradzić ci sekret? - Nell nachyla się i unosi skraj koszuli. - To majtki ciążowe. Dziecko ma dwa miesiące, a ja wciąż noszę ciążowe gacie.

Colette parska śmiechem.

- Ciążowy bonus: odkrycie szerokich elastycznych wszywanych pasów. - Spogląda poza Nell. - O, nareszcie. Przyszła.

Nell odwraca się i w drzwiach wejściowych dostrzega stojącą Winnie. Ma na sobie dopasowaną żółtą sukienkę, eksponującą gładką linię szyi, mostek i zdumiewająco płaski brzuch jak na kobietę, która siedem tygodni wcześniej urodziła dziecko. Bada wzrokiem tłum zebrany w barze.

- Wygląda na... zaniepokojoną - mówi Nell. - Prawda?

- Tak myślisz? - Colette przygląda się uważniej. - No cóż, nie można jej winić. Pewnie nie jest jej łatwo po raz pierwszy zostawiać dziecko z nieznajomą. Ja jeszcze się nie odważyłam.

Nell macha do Winnie, żeby zwrócić jej uwagę, potem bierze drinka i idzie za Colette do stolika na patio, mijając grupkę młodych mężczyzn spowitych oparami marihuany.

- Cześć - rzuca Winnie, przeciskając się przez tłum, z drinkiem w ręku.

- Wszystko w porządku? - pyta Nell.

- Tak. Midas już spał, gdy Alma przyjechała.

- O nic się nie martw - mówi Nell. - Jest absolutną profesjonalistką.

Siadają i stukają się szklankami.

- Za Majowe Mamy! - Francie przekrzykuje muzykę. - Błagam, tylko nie rozmawiajmy o dzieciach.

- No to o czym, u licha, będziemy mówić? - pyta Rodzyn oschle. - O naszych własnych zainteresowaniach?

- A ktoś ma jeszcze jakieś? - rzuca Yuko.

- Czytałyście ostatnio jakąś dobrą książkę?

- Właśnie kupiłam tę nową o treningu zasypiania - odpowiada Francie. - Dwanaście tygodni do spokoju.

- A czytaliście tę, o której wszyscy mówią? - pyta Gemma. - Francuskie podejście czy jakoś tak?

- To chyba nie zalicza się do tematów niezwiązanych z dziećmi - prycha Nell. - Colette, uratuj nas z opresji. Co teraz czytasz?

- Nic. Nie potrafię czytać, gdy jestem w trakcie pisania książki. Za bardzo mi to miesza w głowie.

- Piszesz książkę? - pyta Nell.

Colette odwraca wzrok, jakby ta informacja wypsnęła jej się wbrew woli.

- Zaraz, zaraz... - mówi Nell. - Przyjaźnimy się od czterech miesięcy, a ty dopiero teraz nam o tym mówisz?

Colette wzrusza ramionami.

- Nie mówiłyśmy dotąd o naszej pracy.

- O czym to książka? - pyta kobieta siedząca przy końcu stołu, z paznokciami pomalowanymi na jaskrawopomarańczowy kolor, która, zdaniem Nell, ma bliźniaki.

- Wspomnienia.

- W twoim wieku? Imponujące.

Colette wywraca oczami.

- Niezupełnie. To nie moje wspomnienia. Jestem ghostwriterką.

- Co masz na myśli? - pyta Francie. - Że piszesz książkę za jakąś znaną osobę?

- Coś w tym rodzaju. Chciałabym móc powiedzieć za kogo, ale... - Colette urywa i macha do Winnie, która od chwili, kiedy tylko usiadła, nie spuszcza wzroku z telefonu. - Wszystko w porządku? - pyta.

Winnie gasi ekran.

- Tak. Wszystko dobrze.

Nell zauważa paznokcie Winnie, obgryzione do mięsa, i zatroskaną minę ukrytą pod fasadowym uśmiechem. Jeszcze zanim Scarlett im powiedziała, że Winnie chyba ma depresję, Nell zauważyła, że czasami wydaje się rozkojarzona, przygnębiona, że zaczęła opuszczać spotkania.

Do stolika podchodzi kelner z ogoloną głową i rzędem wkręcanych kolczyków nad brwią.

- Od teraz obsługujemy stoliki. Co dla pań?

Nell kładzie dłoń na ramieniu Winnie.

- Czego się napijesz? Ja stawiam tę kolejkę.

Winnie się uśmiecha.

- Mrożonej herbaty.

Nell siada głębiej na krześle.

- Mrożonej herbaty?

- Tak. Robią dobrą. Bez cukru.

- Dobra mrożona herbata bez cukru? Coś takiego nawet nie istnieje. - Unosi brwi. - Nie chcę cię straszyć, ale dziś wieczorem zebrałyśmy się tutaj, żeby napić się czegoś konkretnego.

- Naprawdę. - Winnie zerka na kelnera. - Tylko mrożona herbata.

- Rób, jak chcesz - rzuca Nell, podnosząc szklankę. - Dla mnie jeszcze jeden dżin z tonikiem. Kto wie, kiedy powtórzy się taka okazja.

- Nie wiem, jak zamierzasz tego dokonać - mówi Francie, gdy kelner skończył zbierać zamówienia. - Wrócić do pracy w przyszłym tygodniu.

- Nie wygłupiaj się - odpowiada Nell. - Dam sobie radę. Szczerze mówiąc, to nie mogę się doczekać.

Odwraca wzrok, licząc, że nikt nie wyczuje fałszu, bo prawda jest taka, że na myśl o rychłym końcu urlopu macierzyńskiego dostaje bólu głowy. Nie jest gotowa zostawić dziecka, jeszcze nie teraz, ale nie ma wyboru. Jej firma, Simon French Corporation, największy wydawca gazet w kraju, zmusza ją do powrotu. "Oczywiście nie będziemy cię do niczego zmuszać, Nell - powiedział Ian, gdy trzy tygodnie wcześniej zadzwonił do niej z biura, żeby "sprawdzić, jak się sprawy mają" - ale tak się składa, że jesteś główną odpowiedzialną za technologię, a przejście na nowy system bezpieczeństwa to główny powód, dla którego cię zatrudniliśmy. - Zamilkł na chwilę. - Tylko ty umiesz go obsługiwać. Może moment nie jest najdogodniejszy, ale to ważne".

Ważne? Nell chciała spytać Iana, swojego marionetkowego szefa z fryzurą na Kaczora Donalda, Iana od zaczepnie eleganckich pasków - granatowego w różowe wieloryby, jasnozielonego z wyszywanymi ananasami - co jest niby takie ważne? Pilnowanie, by nikt nie włamał się do ich tajnych plików? Obrona przed rosyjskim wywiadem, chcącym za wszelką cenę zdobyć dostęp do tragicznie nudnego wywiadu z Catherine Ferries, telewizyjną celebrytką, zdradzającą sekrety swojej czystej cery (dwie łyżki stołowe tranu co rano, filiżanka jaśminowej herbaty wieczorem)?

Nell przebiega wzrokiem po wyrażających współczucie twarzach koleżanek.

- Dajcie spokój, dziewczyny - mówi. - Dobrze, gdy dzieci widzą, że ich mamy wychodzą do pracy. Stają się samodzielne.

A co mam zrobić?, chciałaby zapytać. Nie może ryzykować, że ją zwolnią, nie przy kosztach utrzymania w Nowym Jorku, nie z czynszem za trzypokojowe mieszkanie dwie przecznice za parkiem, nie z ich kredytami studenckimi. Zarabia dwa razy więcej niż Sebastian, który jest asystentem kuratora w MoMA, i to dzięki jej pensji mogą mieszkać w Nowym Jorku. Nie może wszystkiego postawić na szali za cztery dodatkowe tygodnie bezpłatnego urlopu macierzyńskiego.

- Byłam wczoraj w Whole Foods - rzuca Colette, błyskając kaskadą złotych bransoletek. - Kasjerka powiedziała, że po urodzeniu dziecka dostała tylko cztery tygodnie urlopu. Bezpłatnego, oczywiście.

- To niezgodne z prawem - odzywa się Yuko. - Muszą trzymać jej miejsce przez trzy miesiące.

- To samo jej powiedziałam, ale tylko wzruszyła ramionami.

- Mam znajomą w Kopenhadze - włącza się Gemma. - Po urodzeniu syna dostała osiemnaście miesięcy urlopu. Płatnego.

- W Kanadzie - podejmuje Colette - muszą zachować dla matki stanowisko przez rok. Stany są chyba jedynym krajem, oprócz Papui-Nowej Gwinei, który nie zapewnia płatnego urlopu. Stany Zjednoczone! Kraj rodzinnych wartości.

Nell pije drinka, czując, jak alkohol rozluźnia jej mięśnie.

- Myślicie, że gdybyśmy przypominały ludziom, że niemowlęta nie tak dawno były płodami, to więcej osób popierałoby urlopy macierzyńskie?

- Posłuchajcie tego - mówi Yuko i zaczyna czytać ze swojego telefonu: - Finlandia: siedemnaście tygodni płatnego urlopu. Australia: osiemnaście tygodni. Japonia: czternaście tygodni. Ameryka: ani jednego.

Zmienia się piosenka i z głośników grzmi Rebel Yell Billy'ego Idola. Nell wymierza palec w powietrze i śpiewa razem z muzyką:

- She don't like slavery. She won't sit and beg. But when I'm tired and lonely, she sees me to bed. To powinien być hymn wszystkich matek - mówi. - Nasza pieśń bojowa. I walked the ward with you, babe. A thousand miles with you. I dried your tears of pain, babe. A million times for you.

Nell zauważa, że Winnie znów wpatruje się w telefon trzymany na kolanach. Sięga, zabiera go jej z dłoni i kładzie na stole.

- Chodź, zatańczymy - mówi, wstając i ściągając Winnie z krzesła. - I'd give you all and have none babe, justa justa justa just to have you here by me, because... No to jazda!

Nell ściska Winnie za rękę, muzyka robi się coraz głośniejsza i wszystkie kobiety przy stole zaczynają śpiewać refren:

- In the midnight hour, we need more, more, more. With a rebel yell, we cry more, more, more.

Nell śmieje się i podnosi szklankę.

- Na pohybel z patriarchatem! - ryczy.

Winnie uśmiecha się i łagodnie uwalnia rękę. Odwraca wzrok od stołu, spogląda poza Nell, poza tłum kłębiący się wokół, flesz czyjegoś aparatu rozświetla jej doskonałą twarz.

21.17

Przy barze Colette musi wrzasnąć dwa razy, żeby ją usłyszano - "whiskey z lodem!". Kołysząc biodrami w rytm muzyki, zastanawia się, czy nie wziąć podwójnej. Gdy barman podsuwa jej drinka, bierze potężny łyk. Od miesięcy nie wychodziła napić się ze znajomymi, nie musząc zajmować się Poppy ani martwić terminem oddania książki. Zwykle o tej porze, kompletnie wykończona, siedzi z laptopem w łóżku (pokój, w którym planowała urządzić swój gabinet, gdy dwa lata wcześniej rodzice Charliego kupili im to mieszkanie, został ostatecznie pokojem dziecięcym), wpatrując się w pustą stronę, czując się niezdolna do sklecenia kilku sensownych zdań. Jak ja to kiedyś robiłam, że pisałam?, zapytuje się w myślach. Kiedyś napisała książkę - wspomnienia Emmanuel Dubois, starzejącej się supermodelki - w cztery miesiące, ale od kiedy pojawiła się Poppy, słowa stały się nieuchwytne, ulatniają się jak iskry z ogniska, zanim jej umysł zdoła je złowić.

Bierze jeszcze jeden łyk, rozkoszując się ciepłem whiskey spływającej po gardle, i nagle czuje czyjąś dłoń na lędźwiach. Odwraca się. To Rodzyn.

- Hej, Colette - mówi. Colette odsuwa się w bok, a on wślizguje się między nią a kobietę w słomianym kowbojskim kapelusza, która próbuje zwrócić uwagę barmana. - Gorąco tu jak w piecu.

- No co ty powiesz. Napijesz się?

- Przepraszam, co takiego?

Colette nachyla się bliżej.

- Postawić ci drinka?

- Mam, co trzeba. - Podnosi do połowy pełną szklankę. - Zobaczyłem, że wchodzisz do środka, więc pomyślałem, że się przywitam i ponapawam chłodem klimatyzacji.

Colette uśmiecha się i odwraca wzrok. Jest z Charliem od piętnastu lat, czyli całą wieczność, ale Rodzyn to typ faceta, na którego kiedyś zwróciłaby uwagę: cichy, bezpretensjonalny i prawdopodobnie zaskakująco dobry w łóżku. Nell twierdzi, że jest gejem. ("Sama słyszałam - powiedziała. - Użył słowa "partner""), ale Colette ma wątpliwości. Obserwowała go przez ostatnie kilka tygodni, od kiedy razem z Winnie przyszedł na spotkanie Majowych Mam i sądząc po sposobie, w jaki czasem patrzy na Winnie, jak często podczas rozmowy muska jej ramię, dałaby sobie rękę uciąć, że jest hetero.

- Więc... - mówi Rodzyn - ...nie możesz nam zdradzić, dla kogo piszesz książkę, ale może chociaż wolno ci powiedzieć, jak ci idzie pisanie? Nie wyobrażam sobie, że miałbym do napisania książkę, gdy zajmuję się niemowlakiem.

Colette zastanawia się, czy nie skłamać i nie sprzedać mu historyjki, którą wciska Charliemu - idzie dobrze, daję sobie radę - ale w końcu postanawia powiedzieć prawdę.

- Jest tragicznie. Przyjęłam to zlecenie dwa tygodnie przed tym, jak dowiedziałam się, że jestem w ciąży. - Żartobliwie marszczy twarz. - Dziecko nie do końca było zaplanowane.

Rodzyn spogląda jej w oczy i kiwa głową.

- Ale dokończysz ją?

Colette wzrusza ramionami; włosy wypadają jej z koczka i spływają na ramiona i plecy.

- Gdy piszę, chcę być z Poppy. A gdy z nią jestem, myślę tylko o tym, że powinnam pisać. Ale zapewniłam wydawcę i burmistrza, że dziecko nie przeszkodzi mi w oddaniu książki w terminie. Czyli za cztery tygodnie. Chcesz znać prawdę? Mam przynajmniej miesiąc opóźnienia.

Rodzyn unosi brwi.

- Burmistrza? W sensie: Teba Shepherda?

Colette czuje ukłucie winy.

- Zwykle umiem dochować tajemnicy. To pewnie sprawka tej pysznej whiskey. Ale tak, piszę jego drugą autobiografię.

Rodzyn kiwa głową.

- Jak cała reszta ludzkości przeczytałem jego pierwszą. - Powoli upija łyk piwa. - Tamtą też ty napisałaś?

Colette przytakuje skinieniem głowy.

- Jestem pod wrażeniem.

- Nie mów reszcie, dobrze? Nawet nie wiem, dlaczego o tym w ogóle wspomniałam. Dziewczyny to w większości zaprzysięgłe pełnoetatowe mamy. Moja sytuacja jest skomplikowana.

- Wyluzuj. - Rodzyn pochyla się. - Umiem dochować sekretu. - Jakiś mężczyzna przeciska się z tyłu, popychając Rodzyna na Colette. Rodzyn skinieniem głowy wskazuje taras. - Wracamy?

Wychodzą z powrotem na zewnątrz i siadają przy stole akurat w chwili, gdy Francie uderza w szklankę nożem.

- Nie chcę przerywać rozmów - mówi Francie - ale już czas.

- Na co? - pyta Nell.

Francie odwraca się do Winnie.

- Winnie?

Winnie podnosi wzrok znad telefonu, który trzyma na kolanach.

- Tak?

- Twoja kolej.

- Moja kolej? - Winnie sprawia wrażenie zaskoczonej tym, że wszyscy na nią patrzą. - Na co?

- Żebyś opowiedziała nam swoją porodową historię.

Colette lubi Francie. Jest taka łagodna i młoda - pewnie nie ma nawet trzydziestu lat - dubeltowa kobieta. Ale Colette wolałaby, żeby odpuściła im ten rytuał. To Scarlett wpadła na pomysł - gdy były jeszcze w ciąży - żeby każde spotkanie zaczynać od tego, że jedna z nich będzie opowiadać, jak wyobraża sobie poród. Gdy dzieci pojawiły się na świecie, praktyka ta przerodziła się w rozwlekłe, szczegółowe relacje z doświadczeń porodowych i nie ma sensu udawać, że jest to czymś innym, niż jest. A jest zwykłą rywalizacją. Która najlepiej wypadła podczas tej wielkiej inauguracji macierzyństwa? Która wykazała się największą zaciekłością? Które spośród nich (te po cesarce) nie podołały zadaniu? Colette ma nadzieję, że grupa niebawem zaprzestanie urządzania tych konkursów, ale musi przyznać, że jest ciekawa, co też Winnie ma do powiedzenia.

Ale ta tylko obrzuca spojrzeniem siedzących przy stole.

- Wiecie co? Posłucham rady Nell. Pójdę po coś do picia. Po coś konkretnego. - Kiwnięciem głowy wskazuje pustą szklankę Rodzyna. - Idziesz ze mną?

- Jasne - odpowiada Rodzyn.

Colette patrzy, jak się oddalają, a potem odwraca się, by z zaangażowaniem włączyć się do rozmów toczących się wokół. Dziwi się, że tak szybko wypiła drugiego drinka, i zastanawia się, czy nie zamówić jeszcze jednego. W końcu wstaje, by skorzystać z toalety. Po drodze zerka na Winnie stojącą przy barze - rozmawia z jakimś facetem w jasnoczerwonej czapce bejsbolowej, zabójczo przystojnym. Mężczyzna nachyla się nad nią i mówi jej coś do ucha. Rodzyn gdzieś przepadł. Colette wie, że powinna odwrócić wzrok, że jest świadkiem czegoś, czego nie powinna widzieć, ale nie robi tego. Zamiast tego wymija parę stojącą z przodu, by mieć lepszy widok. Mężczyzna obejmuje Winnie w talii i bawi się wiązaniem jej sukienki. Szepcze coś, ona odsuwa się, patrzy mu w oczy, jest zirytowana. Coś w jego sposobie bycia, to, jak na nią napiera, coś w wyrazie jej twarzy...

- Wszystko w porządku? - pyta Nell.

Staje przed Colette, z menu w ręku, zasłaniając Winnie.

- Tak. Idę do łazienki.

- Jesteś głodna? Mogę ci coś zamówić.

- Nie, dzięki - odpowiada Colette. - Jadłam.

Nell podchodzi do stanowiska kelnerek, a Colette znowu zerka na bar.

Już ich nie ma.

Przebiega wzrokiem po tłumie, potem kieruje się w stronę łazienki, przeciskając się między ludźmi oblegającymi boisko do bocce; staje w kolejce za trzema niemal identycznie ubranymi młodymi kobietami, zapamiętale stukającymi w klawiatury telefonów. Potrząsa głową. Dochodzi do wniosku, że Winnie zna tego człowieka. Niepokój, który ją ogarnął, to pewnie zmęczenie i whiskey; umysł po prostu płata jej figle. W ostatnich dniach już kilka razy tak się zdarzyło, choćby dziś rano, gdy przez nieuwagę nalała kawy do butelki Poppy.

Kończy zabiegi w łazience i wychodzi przed bar, by zadzwonić do męża; Charlie mówi, że Poppy śpi, a on przegląda nowe poprawki do swojej powieści. "Zostań, jak długo chcesz - mówi. - Wszystko jest pod kontrolą". Colette wraca do stolika i siada obok Francie. Na stole, przy krześle Rodzyna, leży telefon, wciśnięty między klejące się dzbanuszki z sosem.

- Gdzie Rodzynek? - Colette zwraca się do Francie, która właśnie wciska swój telefon do torebki.

- Wyszedł.

- Żartujesz. Kiedy?

- Minutę temu. Był jakiś nieswój. Spieszył się. Powiedział, że coś się stało w domu.

- Dziwne. Byłam właśnie na zewnątrz, żeby zadzwonić do Charliego. Nie widziałam go.

Colette sięga po telefon.

- Zapomniał wziąć telefonu.

Wraca Nell, z dwoma talerzami parujących frytek.

- Co to za bar, gdzie do frytek nie dają octu? - prycha, zajmując miejsce. - W Anglii coś takiego ścigano by z urzędu. - Zerka na Colette. - Poważnie? Najpierw Winnie, a teraz ty, obie przyklejone do telefonu. Czy po to zorganizowałyśmy ten wieczór, żeby wgapiać się w komórki?

- To nie jej - mówi Francie, odsuwając od siebie talerz i sięgając po wodę. - Tylko Rodzyna. Zostawił ją.

- Nie, ta jest Winnie. - Colette pokazuje telefon ze zdjęciem Midasa na ekranie. - Jest też klucz. W futerale.

- Gdzie ona się podziewa? - pyta Francie. - Nie wróciła jeszcze z baru.

Colette przesuwa ekran, na którym wyświetla się nieostre nagranie jarzące się na jasnozielono.

- Zaraz... a co to? - rzuca Colette. - Znowu obraca telefon w stronę Nell i Francie. - Czy to sypialnia Midasa?

Francie wyrywa Colette telefon z ręki.

- To filmik. Jego łóżeczko - mówi.

- Pokaż - mówi Nell, ale Francie się waha. - Francie, pokaż. To chyba aplikacja. - Nell zlizuje sól z palców i bierze telefon od Francie. - No, mówiłam, aplikacja. Znam człowieka, który ją stworzył.

- Naprawdę? - pyta Francie. - Skąd?

- Pracowałam z nim w DC po college'u, w ochronie danych. To świetny pomysł. Można na telefonie obserwować monitor dziecka, o ile ma się dostęp do Wi-Fi.

- Słyszałam o tym - mówi Francie. - Nazywa się "A kuku!". Chciałam ją sobie kupić, ale kosztowała ze dwadzieścia pięć dolarów. Za aplikację? To obłęd.

- Obłędem jest to, że Winnie cały czas nie spuszczała z niej oka - mówi Nell. - Wpatrywała się w ziarnisty obraz łóżeczka Midasa.

- Nie widzę w tym nic niewłaściwego - stwierdza Francie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki