Idę do woja. Znani Polacy w armii PRL - Jerzy Kubrak

Kup ebooka

44.99 zł
37.73 zł (37,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Plu­to­nowy pod­cho­rąży Jerzy Stuhr, rocz­nik 1947, kate­go­ria A

Czy można sobie wyobra­zić kom­pa­nię woj­ska, skła­da­jącą się ze stu­den­tów filo­lo­gii pol­skiej, szkoły teatral­nej, muzy­ków i pla­sty­ków? W stu­dium woj­sko­wym przy Uni­wer­sy­te­cie Jagiel­loń­skim świę­tej pamięci Jerzy Stuhr tra­fił do takiej wła­śnie kom­pa­nii. Naj­gor­szej, jaka mogła się zda­rzyć. Była druga połowa lat sześć­dzie­sią­tych.

Do mili­tar­nych zwie­rzeń nakło­ni­łem Jerzego Stuhra tro­chę przy­pad­kowo. Począt­kowo zwró­ci­łem się do jego rów­nie uta­len­to­wa­nego syna, Macieja. Kilka razy udzie­lał mi dow­cip­nych komen­ta­rzy na roz­ma­ite tematy. I tym razem liczy­łem na małą aneg­dotę, choćby z zajęć przy­spo­so­bie­nia obron­nego. Maciej Stuhr o woj­sku w PRL-u nie miał jed­nak zie­lo­nego poję­cia. Cóż, nie jego wina, taki pesel. Ale z kwit­kiem nie odsze­dłem. - Niech pan poroz­ma­wia z moim tatą - pora­dził.

Spo­tka­łem się z Jerzym Stuh­rem w war­szaw­skim Teatrze Polo­nia Kry­styny Jandy, gdzie przez wiele lat grał i reży­se­ro­wał. Jego opo­wieść była jak impro­wi­zo­wany mono­dram. Bom­bowa sztuka!

Brałem szturmem kobiety nad rzeką

Pod­czas stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie Jagiel­loń­skim Jerzy Stuhr przez cztery lata miał zaję­cia woj­skowe. Ubie­rał się w mun­dur o szó­stej rano i szedł na ulicę Pia­stow­ską w Kra­ko­wie, gdzie odby­wało się stu­dium. Cykl szko­leń koń­czył się obo­wiąz­kową mobi­li­za­cją na poli­go­nie.

Stu­dium woj­skowe to śmier­tel­nie nużące zaję­cia, które Ludowe Woj­sko Pol­skie pro­wa­dziło dla stu­den­tów. W PRL-u były obo­wiąz­kowe. Bez ich zali­cze­nia nie można było skoń­czyć stu­diów. Począt­kowo męczono nimi stu­den­tów pra­wie przez cały okres nauki, a na zaję­cia trzeba było przy­cho­dzić w mun­du­rze.

"Woj­sko na stu­diach to temat bar­dzo wdzięczny do wspo­mi­na­nia" - pisał histo­ryk pro­fe­sor Adam Cze­sław Dobroń­ski. "Każda pol­ska wyż­sza uczel­nia miała wła­sne stu­dium woj­skowe. Zda­niem "gene­ra­łów" było jed­nak zupeł­nie odwrot­nie, to przy woj­sku ist­niały uni­wer­sy­tety. Każ­dego seme­stru na dwa tygo­dnie zamie­nia­li­śmy się w pod­cho­rą­żych, tro­chę zastra­szo­nych, z przy­musu pod­go­lo­nych, wyglą­dem przy­po­mi­na­ją­cych bar­dziej maru­de­rów niż chłop­ców malo­wa­nych"1.

Stu­denci nie mieli spo­koju nawet w waka­cje, bo wtedy woj­sko urzą­dzało dla nich obozy szko­le­niowe. Koń­czyły się przy­sięgą woj­skową, po któ­rej świeżo upie­czeni pod­cho­rą­żo­wie tra­fiali do rezerwy.

"Bar­dzo źle zapi­sało się w mojej pamięci szko­le­nie w jed­no­stce woj­sko­wej w Morągu, zwłasz­cza na obo­zie po czwar­tym roku, kiedy to wsku­tek bra­wury i nie­od­po­wie­dzial­no­ści woj­sko­wych doszło do tra­gicz­nego wypadku, w któ­rym zgi­nęło kilku kole­gów z neo­fi­lo­lo­gii. Nawet po latach wspo­mi­nam te zaję­cia jako wymu­szony udział w ponu­rej gro­te­sce"2 - wyznał bio­log, dok­tor Jan Choj­nacki.

Gro­te­skowe były też manewry poli­go­nowe Jerzego Stuhra. Na szczę­ście obyło się bez tra­ge­dii. - Gdy jako stu­dent polo­ni­styki zda­wa­łem egza­min do szkoły teatral­nej, mia­łem aku­rat wyjazd na poli­gon Kielce-Bukówka, na który, wła­śnie z powodu egza­minów, nieco się spóź­ni­łem. Przez pół­tora mie­siąca byłem w pie­cho­cie - wspo­mi­nał aktor.

Pew­nego dnia oddział Jerzego Stuhra dostał roz­kaz sfor­so­wa­nia rzeki. - Zaję­li­śmy rubież, sie­dzimy cichutko, zama­sko­wani, w krza­kach, w rękach mamy kara­biny i petardy. Po dru­giej stro­nie rzeki była plaża, mamy z dziećmi tam się opa­lały. Zgła­szam się przez krót­ko­fa­lówkę do puł­kow­nika: "Sokół, Sokół, jak mnie sły­chać?". Wszystko regu­la­mi­nowo. Mówię mu, że może uprze­dzić te kobity, bo za chwilę napier­du­cha będzie totalna. A on, że gówno, nikogo nie będziemy uprze­dzać, bo to jest teren woj­skowy i oni są tam bez­praw­nie. Nic tam, do ataku! Nagle wyla­tuje w niebo rakieta czer­wona, my wyska­ku­jemy z tych krza­ków, wrzesz­czymy: "Hura­aaaa!". Matki krzy­czą, dzieci pła­czą, ucie­kają, bo wojna...

"Wojna jest zbio­ro­wym ude­rze­niem krwi do głowy; ujmu­jąc to ina­czej: jest totalną roz­pier­du­chą"3 - napi­sał angiel­ski dzien­ni­karz i komik Tom Phil­lips. Jakby czy­tał w myślach plu­to­no­wego Stuhra.

Kółka olimpijskie robimy

Bywało, że w ciągu dnia dzielni wojacy musieli na kie­lec­kiej Bukówce "wyrzu­cić" amu­ni­cję, którą powinni zużyć. A nie zużyli, bo mieli lep­sze zaję­cie. - Rano była ściepa i na meli­nie, pod jed­nostką, kupo­wało się pół litra Żyt­niej. Jako pomoc­nik plu­tonu mia­łem rapor­tówkę. Kole­dzy wsa­dzali mi butelkę do rapor­tówki, sami bie­gli na plażę, a ja musia­łem tę wódę z puł­kow­ni­kiem pić. Nie dość, że upał, to jesz­cze wódka cie­pła. Kosz­mar! Potem amu­ni­cję trzeba było zde­to­no­wać. I to była ulu­biona zabawa naszego pod­pi­tego puł­kow­nika: rzu­ca­nie petard w zboże. Jak wybu­chały to równe kółka wypa­lały w zbożu. "Kółka olim­pij­skie robimy", wołał puł­kow­nik. Takie były zabawy.

Bukówka, gdzie sta­cjo­no­wała kom­pa­nia arty­stów, to - jakby powie­dzieli woj­skowi - połu­dniowo-wschod­nia rubież Kielc. W okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym zbu­do­wano tu koszary dla sta­cjo­nu­ją­cych w mie­ście wojsk. Przed wrze­śniem 1939 roku osiem­dzie­się­ciu naj­lep­szych żoł­nie­rzy kie­lec­kiego gar­ni­zonu skie­ro­wano do ochrony Wester­platte. Sta­no­wili pra­wie połowę boha­ter­skiej załogi pla­cówki. W cza­sach PRL-u na Bukówce sta­cjo­no­wał mię­dzy innymi 4 Puław­ski Pułk Zme­cha­ni­zo­wany imie­nia Ludo­wych Par­ty­zan­tów Ziemi Kie­lec­kiej. Został sfor­mo­wany (pod nieco inną nazwą) w 1943 roku w Siel­cach nad Oką. Na szlaku bojo­wym 1 Armii Woj­ska Pol­skiego for­so­wał Wisłę pod Puła­wami, nacie­rał na War­szawę, wal­czył na Wale Pomor­skim i w rejo­nie Kamie­nia Pomor­skiego. Z 4 Pułku wywo­dzili się mię­dzy innymi póź­niejsi gene­ra­ło­wie LWP Euge­niusz Mol­czyk (1926-2007) i Wacław Szklar­ski (1925-2010). Mol­czyk przez kil­ka­na­ście lat spra­wo­wał funk­cję wice­mi­ni­stra obrony naro­do­wej. Rów­no­le­gle był zastępcą naczel­nego dowódcy Zjed­no­czo­nych Sił Zbroj­nych Państw Stron Układu War­szaw­skiego. Jako zwo­len­nik siło­wej roz­prawy z "Soli­dar­no­ścią" w sta­nie wojen­nym zasia­dał w Woj­sko­wej Radzie Oca­le­nia Naro­do­wego. Z kolei Szklar­ski za "szcze­gólne zasługi dla socja­li­stycz­nej Ojczy­zny w okre­sie stanu wojen­nego" tra­fił do Hono­ro­wej Księgi Czy­nów Żoł­nier­skich. Ale w 4 Pułku słu­żyli też auten­tyczni boha­te­ro­wie. Tacy jak cho­rąży Kazi­mierz Dudek (1923-1945), który pod­czas walk nad Odrą został ranny. Odmó­wił lecze­nia w szpi­talu i pozo­stał na linii frontu. Poległ w cza­sie walk nad kana­łem Rup­pi­ner. Pośmiert­nie został odzna­czony orde­rem Vir­tuti Mili­tari. Obec­nie na Bukówce znaj­duje się Cen­trum Przy­go­to­wań do Misji Zagra­nicz­nych.

Polonista, wystąp!

Jerzy Stuhr tra­fił na Bukówkę aku­rat w momen­cie, gdy w jego życiu aka­de­mic­kim doszło do prze­gru­po­wa­nia sił. Do polo­ni­styki doło­żył stu­dia aktor­skie. O dziwo, oby­dwie pro­fe­sje oka­zały się bar­dzo przy­datne zarówno w stu­dium woj­sko­wym, jak i na poli­go­nie.

- Nie wiem czemu naszym dowód­com wyda­wało się, że stu­diu­jący polo­ni­stykę muszą ład­nie pisać. A ponie­waż kan­ce­la­ria miała jakieś papiery do prze­pi­sy­wa­nia, więc rano na apelu czę­sto się sły­szało: "Polo­ni­sta, wystąp!". I wtedy wszy­scy chcieli wystą­pić. Bo to ozna­czało, że sie­dzisz w cie­pełku, coś tam piszesz, nudzisz się, papie­ro­ski popa­lasz. A inni się czoł­gają, peł­zają, RKM obsłu­gują.

RKM - ręczny kara­bin maszy­nowy. Ważył około dzie­się­ciu kilo­gra­mów, dwa razy wię­cej niż popu­larny "kałach" (KBK AK - kara­binek auto­mat Kałasz­ni­kowa). Daleko mu jed­nak było do CKM-u, czyli cięż­kiego kara­binu maszy­no­wego, który wraz z wypo­sa­że­niem mógł ważyć nawet sześć­dzie­siąt kilo­gra­mów. RKM miał dłuż­szą lufę niż KBK AK, umiesz­czaną na cha­rak­te­ry­stycz­nym dwój­nogu. Obsłu­gi­wany był przez dwóch żoł­nie­rzy. Z wła­snej służby woj­sko­wej pamię­tam, że kole­dzy, któ­rym przy­dzie­lono RKM, uwa­żani byli za pechow­ców. Nikt nie chciał tar­gać takiego żela­stwa.

- Bycie polo­ni­stą to była intratna fucha - cią­gnie opo­wieść Jerzy Stuhr. - Pamię­tam, że jako polo­ni­sta poczu­łem się raz wyjąt­kowo potrzebny. To było w maju, czyli przed zali­cze­niami. Dosta­łem dziwne zada­nie. Kapi­tan mnie wezwał i mówi: "O godzi­nie ósmej trzy­dzie­ści dosta­nie­cie trzy tematy. Pisze­cie do jede­na­stej trzy­dzie­ści". I rze­czy­wi­ście, o godzi­nie ósmej trzy­dzie­ści przy­jeż­dża gazik i przy­wozi mi trzy tematy. Rola Żerom­skiego w budze­niu świa­do­mo­ści naro­do­wej i coś tam jesz­cze, czego już nie pamię­tam. Patrzę, że to są tematy matu­ralne. Wołam kapi­tana i mówię, że muszę wie­dzieć, dla kogo piszę, czy to jest liceum ogól­no­kształ­cące, czy inna szkoła. On mówi, że gastro­no­miczna, zaoczna, że dziew­czynę tam ma. Zaczą­łem kle­cić jakąś bzdurę w gastro­no­micz­nym stylu. Za to mia­łem mieć zali­czone na cały rok te wszyst­kie szko­le­nia ogniowe, strze­la­nia, roz­bie­ra­nie pisto­letu. Napi­sa­łem. O jede­na­stej czter­dzie­ści pięć gazik odje­chał, zawiózł tematy. Za tydzień zgła­szam się po zali­cze­nie i pytam, jak mi poszło na matu­rze. "Plus trzy dosta­li­ście" - powie­dział kapi­tan.

Gazik - popu­larna nazwa sowiec­kiego samo­chodu tere­no­wego GAZ. Rosja­nie wzo­ro­wali się na ame­ry­kań­skim Ban­ta­mie BRC, który był pier­wo­wzo­rem słyn­nego Jeepa. Do pro­duk­cji seryj­nej gazik wszedł w sierp­niu 1941 jako GAZ-64. Potem wypusz­czano jego udo­sko­na­lane wer­sje (GAZ-67, GAZ-69). Był pod­sta­wo­wym lek­kim samo­cho­dem tere­no­wym w woj­skach i służ­bach państw "demo­kra­cji ludo­wej". W PRL-u gaziki jeź­dziły w armii i Mili­cji Oby­wa­tel­skiej. Widać je w wielu fil­mach wojen­nych. Gazi­kiem jeź­dzili na przy­kład boha­te­ro­wie Puł­kow­nika Kwiat­kow­skiego grani przez Marka Kon­drata, Zbi­gniewa Zama­chow­skiego i Renatę Dan­ce­wicz.

Uczyłem pułkownika logiki

Jerzy Stuhr był nie tylko popu­lar­nym akto­rem i uzna­nym reży­se­rem, ale też nauczy­cie­lem aka­de­mic­kim, wie­lo­let­nim rek­to­rem Pań­stwo­wej Wyż­szej Szkoły Teatral­nej w Kra­ko­wie. Oka­zuje się, że z jego talentu peda­go­gicz­nego w słusz­nie minio­nych cza­sach jako pierw­sza sko­rzy­stała armia.

- W pew­nym momen­cie przy­szły jakieś zarzą­dze­nia z Mini­ster­stwa Obrony Naro­do­wej (MON) czy z Mini­ster­stwa Edu­ka­cji Naro­do­wej (MEN), że ofi­ce­ro­wie w stu­dium woj­sko­wym muszą mieć ukoń­czone kursy peda­go­giczne. Musieli więc uzu­peł­niać wykształ­ce­nie. Ja uczy­łem mojego puł­kow­nika logiki. To wcale nie było pro­stym zada­niem. Alter­na­tywę mu tłu­ma­czy­łem: albo pan pój­dzie do kina, albo do teatru. A on: "Kurwa, nie cho­dzę ni­gdzie". To albo na wódkę, albo na dupy. "O, to dobre, mogę iść na jedno i dru­gie". I taka to była nauka. Wypi­sa­łem mu na aktówce wzory i tak go uczy­łem, że jakoś na tróję zdał.

Naga z pistoletem

Jak opo­wia­dał Jerzy Stuhr, dobrze mieli też w woj­sku arty­ści mala­rze, bo na zali­cze­nie malo­wali ofi­ce­rom obrazy. - Puł­kow­nik lubił mieć na przy­kład olejną bitwę pod Stu­dzian­kami, albo motyw: naga z pisto­le­tem. I za to mala­rze mieli zwol­nie­nie ze szko­le­nia ognio­wego albo poli­tycz­nego.

Wyko­rzy­sty­wa­nie nie­co­dzien­nych umie­jęt­no­ści i moż­li­wo­ści pobo­ro­wych było w armii dość powszechne i prak­ty­ko­wane przez cały okres PRL-u. Gdy pod koniec lat osiem­dzie­sią­tych zali­cza­łem Szkołę Pod­cho­rą­żych Rezerwy w Elblągu, moja kom­pa­nia skła­dała się głów­nie z absol­wen­tów Aka­de­mii Wycho­wa­nia Fizycz­nego. Jako cher­lawy dzien­ni­karz nie mogłem z nimi kon­ku­ro­wać w żad­nej z woj­sko­wych spraw­no­ści. W jed­no­stce nie było też zapo­trze­bo­wa­nia choćby na gazetkę ścienną. Zain­te­re­so­wa­nie wzbu­dził nato­miast kolega po Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych. Dowódca kom­pa­nii nie mógł nadzi­wić się pracy dyplo­mo­wej naszego arty­sty. Dzie­łem tym była abs­trak­cyjna insta­la­cja ple­ne­rowa, wyko­nana z kupy złomu. Na zdję­ciach pre­zen­to­wała się jak zasieki wro­giej armii. Autor musiał wzbu­dzić swoją twór­czo­ścią sza­cu­nek dowódcy, bo został przez niego skie­ro­wany do prac nad oprawą pla­styczną co waż­niej­szych pomiesz­czeń jed­nostki. Tak odpo­wie­dzialne zada­nie wią­zało się ze zwol­nie­niem z wielu uciąż­li­wych obo­wiąz­ków, co budziło zazdrość towa­rzy­szy broni.

Liczył się nie tylko talent. W cenie były też roz­ma­ite konek­sje. Pod koniec PRL-u bra­ko­wało w skle­pach piwa, szcze­gól­nie lep­szych gatun­ków. Rary­ta­sem był Żywiec. Tak się zło­żyło, że w naszej kom­pa­nii był chło­pak z Żywca. Nie uszło to uwa­dze dowódcy, który z chę­cią wysy­łał pod­wład­nego do domu na dłu­gie prze­pustki. Kolega wra­cał obła­do­wany butel­kami ze zło­ci­stym napo­jem. W Żywcu Żywca nie bra­ko­wało.

Inny z moich bro­thers in arms miał w War­sza­wie wypo­ży­czal­nię kaset wideo. Z pierw­szej prze­pustki wró­cił z odtwa­rza­czem i kil­koma fil­mami. Potem regu­lar­nie kur­so­wał po nowo­ści. Co w zamian? Nasz kurier był wła­ści­cie­lem nad­zwy­czaj wiel­kich stóp. W maga­zy­nie nie było tram­pek w jego roz­mia­rze, a inten­den­tura nie wyka­zy­wała szcze­gól­nych sta­rań, by spro­wa­dzić dla rekruta odpo­wied­nie obu­wie. Tym spo­so­bem do końca służby był zwol­niony z zaprawy poran­nej.

Ale wróćmy do Jerzego Stuhra i woj­sko­wej doli akto­rów. W stu­dium do niczego się nie przy­da­wali. Ale na polu walki potra­fili sobie pora­dzić. - Na poli­go­nie od razu zało­ży­li­śmy zespół i codzien­nie wycho­dzi­li­śmy na próbę do kasyna gar­ni­zo­no­wego Kielce-Bukówka. A tam było dobrze - mie­li­śmy wszystko do dys­po­zy­cji: alko­hol, żony ofi­ce­rów... Cały czas niby ćwi­czy­li­śmy pro­gram na dwu­dzie­stego dru­giego lipca. I tak przez mie­siąc.

Wyrzućcie wszystkie bomby wasze

Jerzy Stuhr pamięta, że jedze­nie w jed­no­stce było okropne. Z tego powodu doszło nawet do żoł­nier­skiego buntu. - Praw­nicy nas pod­pu­ścili, to zna­czy kole­dzy z kom­pa­nii stu­den­tów prawa. Chcieli odmó­wić przy­ję­cia posiłku, ale im powie­dzieli, że pójdą do aresztu. Więc my wymy­śli­li­śmy inny sys­tem: wyrzu­ca­li­śmy jedze­nie, które nam dawano.

Podobny "szlak bojowy" prze­szli dobrzy zna­jomi naszego boha­tera. - Gdy się spo­ty­kam z kole­gami, na przy­kład z Jerzym Trelą, albo Tade­uszem Nycz­kiem, zna­nym kry­ty­kiem, to nie­kiedy wspo­mi­namy tych naszych dowód­ców. To byli cie­kawi ludzie, czę­sto jesz­cze fron­towi - zazna­czał Jerzy Stuhr.

Zapewne dowódcy mieli poważne doświad­cze­nia, ale w pamięć stu­den­tów wryli się od zabaw­nej strony. - Do dziś śmieję się z jed­nego ofi­cera, który mówił, że się otwo­rzy puszka Pan­dora. Albo mówił: "Pocisk ato­mowy Sara­ker". My go popra­wia­li­śmy: "Sara­cen". A on: "Sara­ker, nie umie­cie po angiel­sku!". Lubi­li­śmy mu zada­wać pod­chwy­tliwe pyta­nia. Na szko­le­niu poli­tycz­nym na przy­kład pyta­li­śmy go, jak zin­ter­pre­tuje słowa papieża: "Wyrzuć­cie wszyst­kie bomby wasze". Potem już nie pozwa­lał nam zada­wać żad­nych pytań. Takie to były czasy.

Oddałem guzik do muzeum

Nie myśl­cie sobie, że woj­skowy epi­zod Jerzego Stuhra w siłach zbroj­nych PRL-u to jedy­nie wybryk histo­rii. To histo­ria nie na żarty, skoro tra­fiła do muzeum. - Na zakoń­cze­nie zajęć w stu­dium woj­skowym mun­dur wyj­ściowy musia­łem zdać, ale polowy pod­wę­dzi­łem. Na juwe­na­lia chcia­łem zacho­wać, a poza tym cho­dze­nie w mun­durze modne było, dziew­czyny lubiły nosić taką bluzę. Dwa czy trzy lata temu zwró­ciło się do mnie jakieś muzeum guzi­ków, które kom­ple­tuje guziki zna­nych ludzi. Prze­ka­za­łem jeden guzik wła­śnie z tego mun­duru - opo­wia­dał Jerzy Stuhr.

Nie dopy­ta­łem, a póź­niej nie udało się usta­lić, gdzie kon­kret­nie tra­fił histo­ryczny guzik Jerzego Stuhra. Zagadka pozo­staje nie­roz­wią­zana. Sądzi­łem, że cho­dzi o Muzeum Guzi­ków w Łowi­czu, ale szef tej pla­cówki, Jacek Rut­kow­ski, wypro­wa­dził mnie z błędu. Napi­sał: "Wiele bym dał, aby posia­dać w zbio­rach guzik Mistrza Stuhra, a także guzik jego syna w oso­bie Macieja. Może kie­dyś się to uda, sta­ram się dopiero od kilku lat. (...) Kilka osób mi obie­cy­wało, ale "guzik" z tego wyszło. Potem zmarł Jerzy Stuhr i stra­ci­łem nadzieję na oso­bi­ste prze­ka­za­nie. Teraz wszystko w rękach Pana Macieja".

Eks­po­nat pocho­dzący z polo­wego mun­duru Jerzego Stuhra to ostatni ślad woj­sko­wej kariery słyn­nego aktora. Wię­cej już woj­sko o niego się nie upo­mi­nało. Guzik z pętelką! - W rezer­wie już mnie do woj­ska nie powo­ły­wali. Mia­łem spo­kój. A teraz już jestem nie­zdatny do służby woj­sko­wej. Cho­ciaż... Pewien poeta wło­ski, twórca futu­ry­zmu, miał ponad sześć­dzie­siąt lat, gdy wybu­chła wojna. Tak bar­dzo chciał wal­czyć, że się zgło­sił na ochot­nika, ale go nie przy­jęli ze względu na wiek. Jak dziś patrzę na mło­dych akto­rów, któ­rzy grają sceny z bro­nią, to mi ich żal. Nie wie­dzą, jak się to roz­biera, jak się tym posłu­guje. Ja od czasu pobytu w woj­sku codzien­nie sta­ran­nie ścielę łóżko. Woj­sko mnie tego nauczyło.

Jerzy Stuhr Bom­bowy aktor i tra­fia­jący w dzie­siątkę reży­ser. Ni­gdy nie spóź­niał się z dow­ci­pem na Spo­tka­nia z bal­ladą. Na festi­walu w Opolu udo­wod­nił, że Śpie­wać każdy może. W Ama­to­rze Krzysz­tofa Kie­ślow­skiego zagrał zawo­dowo. W Wodzi­reju Feliksa Falka wodził widzów za nos. U Juliu­sza Machul­skiego wzo­rowo wypeł­nił Sek­smi­sję. Wbrew temu, że dzieci i ryby głosu nie mają, jako komi­sarz Ryba miał decy­du­jący głos w Kile­rze. Samym gło­sem inte­li­gent­nie zagrał Osła w ani­mo­wa­nym Shreku. Jako reży­ser zaczął od spo­rzą­dze­nia Spisu cudzo­łoż­nic. W Histo­riach miło­snych miał dobrą rękę do obsady. Oso­bi­ście zagrał pięć ról, bo wie­dział, że nikt lepiej tego nie zrobi. Za to w Oby­wa­telu podzie­lił się główną rolą - z synem Macie­jem. W książce Ser­cowa cho­roba, czyli moje życie w sztuce opi­sał wła­sny zawał serca. Następ­nych cho­rób opi­sać już nie zdą­żył. Zmarł w Kra­ko­wie dzie­wią­tego lipca 2024 roku.

Roz­dział 2

Pobo­rowy Robert Makło­wicz, rocz­nik 1963, kate­go­ria A

"Z praw­dziwą przy­jem­no­ścią infor­muję, że dzięki upo­rczy­wie dłu­go­trwa­łemu stu­dio­wa­niu nie posze­dłem do ludo­wego woj­ska. Na zaję­ciach woj­sko­wych byłem jedy­nie kilka razy z powodu ich głu­poty. Ponie­waż były obo­wiąz­kowe, stu­diów nie skoń­czy­łem, a do woj­ska i tak mnie nie wzięli, bowiem Pol­ska Rzecz­po­spo­lita Ludowa się roz­le­ciała. Jedyny mun­dur, jaki do tej pory mia­łem na sobie, to mun­dur nie­ist­nie­ją­cej armii austro-węgier­skiej. Zatem wnieść chyba wiele nie mogę do tej mili­tar­nej opo­wie­ści".

Robert Makło­wicz nie doce­niał swo­ich kom­ba­tanc­kich doświad­czeń. Ale nie dawa­łem za wygraną. Czu­łem, że w popu­lar­nym kucha­rzu tkwi poten­cjał sma­ko­wi­tej żoł­nier­skiej histo­rii. Nawet jeśli jedy­nie otarł się o mun­dur, chcia­łem zaczerp­nąć ape­tyczny kąsek z kotła jego poczu­cia humoru. "Już z tych kilku zdań (cyto­wa­nych na wstę­pie - J.K.) widzę, jak pyszną histo­rię zyska­łaby pich­cona przeze mnie książka, gdyby zgo­dził się Pan choćby na chwilę roz­mowy" - nacie­ra­łem. Opła­ciło się. Robert Makło­wicz w końcu uległ moim namo­wom. Oto jego potyczki z woj­skiem.

Niech mnie dosięgnie surowa ręka

- W 1982 roku zda­łem maturę i dosta­łem się na stu­dia. Był stan wojenny. Pój­ście wtedy do woj­ska było nie­zwy­kle groźną sprawą. Ze wzglę­dów wszyst­kich, a zwłasz­cza ide­olo­gicz­nych. Przy­się­ga­nie na wier­ność Armii Czer­wo­nej i Ukła­dowi War­szaw­skiemu, abs­tra­hu­jąc od absur­dów ówcze­snej służby woj­sko­wej, to nie było coś, czego bym chciał doświad­czyć - opo­wiada dzi­siej­szy kry­tyk i podróż­nik kuli­narny.

Przy­sięga woj­skowa (frag­ment): "Przy­się­gam strzec nie­złom­nie wol­no­ści, nie­pod­le­gło­ści i gra­nic Pol­skiej Rze­czy­po­spo­li­tej Ludo­wej przed zaku­sami impe­ria­li­zmu, stać nie­ugię­cie na straży pokoju w brat­nim przy­mie­rzu z Armią Radziecką i innymi sojusz­ni­czymi armiami, a w razie potrzeby nie szczę­dzić krwi ani życia, męż­nie wal­czyć w obro­nie Ojczy­zny o świętą sprawę nie­pod­le­gło­ści, wol­no­ści i szczę­ścia ludu. Gdy­bym nie bacząc na tę moją uro­czy­stą przy­sięgę, obo­wią­zek wobec Ojczy­zny zła­mał, nie­chaj mnie dosię­gnie surowa ręka spra­wie­dli­wo­ści ludo­wej".

(Ustawa z 22 listo­pada 1952 roku o przy­się­dze woj­sko­wej)

Stu­dia chro­niły przed woj­skiem, więc pobo­rowy Makło­wicz stu­dio­wał bar­dzo długo.

- Naj­pierw prawo, potem prze­nio­słem się na histo­rię. Ale wie­dzia­łem, że ten dyplom i tak mi nie będzie do niczego potrzebny, bo nie będę uczył w szkole histo­rii. Stu­dio­wa­łem histo­rię dla wła­snej przy­jem­no­ści. Istotną moty­wa­cją było rów­nież to, aby nie iść do Ludo­wego Woj­ska Pol­skiego. Zaję­cia woj­skowe na stu­diach utwier­dziły mnie w tym prze­ko­na­niu. To był szczyt kre­ty­ni­zmu, gra pozo­rów i nie­zwy­kła strata czasu. Tra­fi­łem na ofi­cera, kom­plet­nego, za prze­pro­sze­niem, matoła. Nie spraw­dził się w niczym, więc go kie­ro­wali do zajęć ze stu­den­tami, takiego przy­sło­wio­wego młota.

Trep kontra agent NATO

Zimową porą stu­dent Makło­wicz uczęsz­czał do stu­dium woj­sko­wego w gru­bym płasz­czu bel­gij­skiej mary­narki wojen­nej. Weł­nia­nym, nie­mal do kostek, ze zło­tymi guzi­kami w kotwice. Nie uszło to uwa­dze "ofi­cera Młota". - Ten człek prze­śla­do­wał mnie, że jestem naj­wy­raź­niej agen­tem NATO! Nosi­łem ów płaszcz, gdyż był piękny i naj­cie­plej­szy w mym ówcze­snym zesta­wie zimo­wych okryć, a dosta­łem go w paczce od rodziny z zagra­nicy. A ten drwił, kazał na ape­lach przed sze­reg wystę­po­wać. Z per­spek­tywy dzi­siej­szej może to wyda­wać się śmieszne, ale dla mnie było prze­ra­ża­jące. Bycie we wła­dzy trepa zwy­czaj­nie mnie poni­żało. Więc prze­sta­łem cho­dzić na stu­dia. Rok póź­niej zaję­cia z woj­ska prze­stały być obo­wiąz­kowe, PRL chy­lił się już ku upad­kowi.

Trep - tak żoł­nie­rze z poboru pogar­dli­wie nazy­wali zawo­do­wych ofi­ce­rów i podofi­ce­rów. Okre­śle­nie pocho­dzi od pry­mi­tyw­nego buta na drew­nia­nej pode­szwie, trak­to­wa­nego jako sym­bol głu­poty i zaco­fa­nia. Brak sza­cunku dla zawo­do­wej kadry dowód­czej ma swoje źró­dła u zara­nia PRL-u. To wtedy zaczęło obo­wią­zy­wać powie­dze­nie "nie matura, lecz chęć szczera zrobi z cie­bie ofi­cera". Do kariery w armii nie trzeba było solid­nego wykształ­ce­nia, wystar­czały szyb­kie kursy. Na pago­nach mun­duru poja­wiały się kolejne gwiazdki, ale z butów (czy­taj: tre­pów) na­dal wysta­wała słoma. Stąd - jak wyja­śniał w "Pol­sce Zbroj­nej" major rezerwy, koman­dos Tomasz "Burza" Burzyń­ski - wziął się trep "jako syno­nim mało roz­gar­nię­tego prze­ło­żo­nego w mun­du­rze, o wąskich hory­zon­tach myślo­wych, który jak ten przy­sło­wiowy przed­miot był odporny na wie­dzę i znisz­cze­nie"4.

I tak, przez trepa, "ofi­cera Młota", pobo­rowy Robert Makło­wicz, rocz­nik 1963, kate­go­ria A1, wybił sobie z głowy dal­sze stu­dio­wa­nie. Decy­zji nie żałuje. - Z per­spek­tywy oka­zuje się, że mia­łem rację. Bo co by zmie­nił mój dyplom z histo­rii? Czego chcia­łem się nauczyć, tego się nauczy­łem, a przy­naj­mniej nie uczest­ni­czy­łem w tym bez­na­dziej­nym spek­ta­klu, który z praw­dzi­wym szko­le­niem woj­sko­wym nie miał nic wspól­nego.

W mundurze austro-węgierskim

Nie­długo potem nastał rok 1989 i w Pol­sce skoń­czył się komu­nizm. - Jakieś listy za mną jesz­cze słali, ale wyje­cha­łem na rok do Anglii. Zmie­nił się sys­tem i już nikt do woj­ska mnie nie wziął - wspo­mina Robert Makło­wicz.

Mimo złych doświad­czeń z armią ludową, zacho­wał sen­ty­ment do mun­duru. Może ze względu na ojca, Wło­dzi­mie­rza, który był mary­na­rzem. On sam wska­zuje na inny powód, para­du­jąc w histo­rycz­nym mun­du­rze monar­chii cesa­rza Fran­ciszka Józefa. - Co innego PRL, a co innego Austro-Węgry. Będąc z Kra­kowa, przy­wią­zany jestem do idei monar­chii nad­du­naj­skiej. Parę razy wdzie­wa­łem poży­czony mun­dur austro-węgier­ski, a nawet uszy­łem sobie wła­sny. To mun­dur 13 pułku pie­choty CK, tak zwa­nych kra­kow­skich dzieci. Taki ukłon w stronę histo­rii, lokal­no­ści i małej ojczy­zny. Bar­dzo ele­gancki jest.

Roberta Makło­wi­cza można podzi­wiać w takim odzie­niu mię­dzy innymi na okładce jego książki C.K. kuch­nia.

- Nie ozna­cza to oczy­wi­ście, że nie sza­nuję i nie cenię pol­skiego mun­duru - zazna­cza sta­now­czo. - Ale pań­stwo i armia muszą być ema­na­cją nas wszyst­kich, a PRL taką ema­na­cją nie był. Rzecz jasna, w Ludo­wym Woj­sku Pol­skim słu­żyli z pew­no­ścią rów­nież ludzie mądrzy, ale mun­dur armii, która na przy­kład naje­chała Cze­cho­sło­wa­cję w 1968 roku i strze­lała do robot­ni­ków na Wybrzeżu w 1970 roku, nie koja­rzy mi się dobrze. Co innego dzi­siej­szy pol­ski mun­dur lub histo­ryczne mun­dury Pierw­szej czy Dru­giej Rze­czy­po­spo­li­tej. Do nich mam ogromny sza­cu­nek.

Wojskowa grochówka

W woj­sko­wej opo­wie­ści doty­czą­cej kucha­rza nie możemy pomi­nąć wątku kuli­nar­nego. A polowy kocioł naj­bar­dziej koja­rzy się z gro­chówką. Nie uwie­rzy­cie, ale ta zupa potrafi dzia­łać jak broń che­miczna. I wcale nie cho­dzi o jej wła­ści­wo­ści gastryczne. Jako rezer­wi­sta zosta­łem kie­dyś powo­łany na kil­ku­dniowe ćwi­cze­nia. Wraz z grupą podob­nych mi woja­ków tra­fi­łem na poli­gon w Zegrzu. Była późna jesień, zimno jak na fron­cie wschod­nim. Zakwa­te­ro­wano nas w pokry­tych bre­zen­tem wiel­kich, dzie­się­cio­oso­bo­wych namio­tach. Pokład ogrze­wany był spa­li­no­wymi dmu­cha­wami. Dzia­łały tak, że cie­pła czuć nie było, za to potwor­nie śmier­działo spa­li­nami. Tak wyglą­dało pierw­sze pod­tru­cie. Decy­du­jący cios zadała gro­chówka. Miała dziwny posmak, ale zgłod­niali rezer­wi­ści, łącz­nie ze mną, pochło­nęli ją łap­czy­wie. Wąt­pli­wo­ści co do smaku zupy zagry­za­li­śmy chle­bem. Na następny dzień zdol­ność bojowa całego oddziału wyno­siła tyle co tem­pe­ra­tura na poli­gonie - grubo poni­żej zera. Szyb­kie śledz­two wyka­zało, że zupę ugo­to­wano w kuchni polo­wej, z któ­rej nie wypłu­kano dużych ilo­ści moc­nego środka uży­tego do czysz­cze­nia kotła.

Robert Makło­wicz zde­cy­do­wa­nie dystan­so­wał się od woj­sko­wej gro­chówki: - Nie mia­łem przy­jem­no­ści, ani nieprzy­jem­no­ści, jeść woj­sko­wej gro­chówki. Ni­gdy nie marzy­łem i nie marzę o tym. W ogóle nie wiem, co to zna­czy woj­skowa gro­chówka. Bo co? Jakiś spe­cjalny, inny prze­pis? Bar­dzo się dzi­wię, że są miej­sca cywilne, na pobo­czach dróg zwłasz­cza, gdzie podają "woj­skową gro­chówkę". Nie wiem, może ktoś tęskni za tym, co jadł w woj­sku. Ja nie jadłem, bo woj­ska udało mi się unik­nąć, mimo że przy­dzie­lono mi kate­go­rię A.

Zupa na pokładzie

W końcu jed­nak nasz kucharz prze­ko­nał się do mili­tar­nej zupy z gro­chu. A nawet wła­sno­ręcz­nie ją przy­rzą­dził. I to na pokła­dzie okrętu pod­wod­nego ORP "Orzeł" III.

ORP "Orzeł" (nr bur­towy 291) jest trze­cim okrę­tem pod­wod­nym w pol­skiej Mary­narce Wojen­nej noszą­cym tę nazwę. Kon­ty­nu­uje tra­dy­cję słyn­nego "Orła", który we wrze­śniu 1939 roku bra­wu­rowo uciekł z inter­no­wa­nia w Tal­li­nie, dotarł do Wiel­kiej Bry­ta­nii i pod­jął walkę prze­ciwko Niem­com na Morzu Pół­noc­nym. ORP "Orzeł" III to kon­struk­cja sowiecka. Okręt został zbu­do­wany w stoczni Kra­snoje Sor­mowo w Gor­kim (obec­nie Niżny Nowo­gród). Pierw­szy raz pol­ską ban­derę wojenną pod­nie­siono na nim dwu­dzie­stego dzie­wią­tego kwiet­nia 1986 roku w Rydze. W latach 1999-2000 został dosto­so­wany do stan­dar­dów NATO i pływa do dziś. Wcho­dzi w skład 3 Flo­tylli Okrę­tów i - jak na swój wiek - radzi sobie cał­kiem nie­źle. W 2021 roku, gdy obcho­dził trzy­dzie­sto­pię­cio­le­cie służby, miał na kon­cie pra­wie dzie­więć­dzie­siąt sie­dem tysięcy mil mor­skich żeglugi i ponad osiem­set zejść pod wodę. Z powo­dze­niem bie­rze udział w manew­rach NATO, ope­ro­wał na Bał­tyku, Morzu Pół­noc­nym i Oce­anie Atlan­tyc­kim. Wypo­sa­żony jest w sześć dzio­bo­wych wyrzutni tor­ped róż­nego typu. Może także sta­wiać miny mor­skie. Jego kadłub zewnętrzny pokryty jest powłoką typu "skóra del­fina", która znacz­nie zmniej­sza szanse wykry­cia okrętu przez obce sta­cje hydro­lo­ka­cyjne i rada­rowe.

"Tutaj na pokła­dzie danie, bez któ­rego żadna pol­ska broń, mary­narka też, obejść się nie może. Mia­no­wi­cie gro­chówka!"5 - zachwa­lał w osiem­dzie­sią­tym ósmym odcinku tele­wi­zyj­nych Podróży kuli­nar­nych Roberta Makło­wi­cza.

Wygląda jak złoto

Misja nie była pro­sta. "Dopa­dła nas typowo mary­nar­ska pogoda. Wieje i pada, ale na okrę­tach pod­wod­nych żadne warunki nie są straszne. A ni­gdzie w ogóle warunki nie są straszne, żeby zro­bić tak pyszną zupę"6 - rela­cjo­no­wał, odziany w grubą mary­nar­ską kurtkę i czapkę z orzeł­kiem.

Mimo nie­sprzy­ja­ją­cych warun­ków pogo­do­wych, gro­chówka się udała. "Wygląda jak złoto. Gęsta, prze­cie­rana. Wer­sja odro­binę light, bo nie jest to wywar mię­sny. Jedy­nym mię­sem są te nędzne skwarki boczku. Więc nawet nie­orto­dok­syjny wege­ta­ria­nin mógłby to zjeść. Gro­chówka woj­skowa, die­te­tyczna, ku chwale Ojczy­zny!"7 - zachwa­lał wilk mor­ski Makło­wicz. Tyle że gar­nek był mały i zupy raczej nie star­czyło dla całej, głod­nej jak wilki, załogi okrętu.

Gro­chówka Makło­wi­cza Skład­niki: 250 g suchego gro­chu, 100 g suro­wego wędzo­nego boczku, jarzyny jak na rosół, 3-4 ząbki czosnku, cebula, odro­bina masła, maje­ra­nek, sól, pieprz. Przy­rzą­dze­nie: groch moczyć przez kilka godzin, ugo­to­wać do mięk­ko­ści; w dru­gim garnku ugo­to­wać jarzyny - mar­chewkę, pie­truszkę, seler korze­niowy, kawa­łek pora. Boczek drobno pokroić, wyto­pić na patelni. Cebulę posie­kać, przy­sma­żyć na złoto. Ugo­to­wane jarzyny zmik­so­wać, dodać groch, boczek, cebulę, sól i pieprz do smaku. Obfi­cie przy­pra­wić maje­ran­kiem, roz­tar­tym w dło­niach, żeby uwol­nił swój aro­mat. Dodać spra­so­wany czo­snek; całość kilka minut pogo­to­wać. Poda­wać na lądzie i morzu.

Pancerne puszki

Gro­chówka to nie­je­dyny woj­skowy spe­cjał, z któ­rym zetknął się Robert Makło­wicz. Za młodu miał do czy­nie­nia z sowiec­kimi kon­ser­wami z demo­bilu. Tych, któ­rzy nie oglą­dali serialu Czte­rej pan­cerni i pies, śpie­szę poin­for­mo­wać, że kul­tową puszką w menu Armii Czer­wo­nej była tuszonka. Po rosyj­sku tuszo­noje miaso to mięso duszone. W skró­cie tuszonka. Fron­towa kon­serwa z cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej zawie­rała mie­loną wie­przo­winę, sma­lec i przy­prawy. Recep­tura tłu­stego, kalo­rycz­nego pro­duktu wywo­dziła się z tra­dy­cyj­nego na Uralu spo­sobu kon­ser­wo­wa­nia mięsa w sło­ikach. Po inwa­zji Nie­miec na ZSRR sowiecką tuszonką zaja­dali się żoł­nie­rze Wehr­machtu, bo stra­te­giczne zapasy kon­serw wpa­dły w ręce nie­miec­kie. Z pomocą Rosji przy­szły Stany Zjed­no­czone. Typowo ame­ry­kań­ska mie­lonka, którą począt­kowo dostar­czali, nie przy­pa­dła do gustu kra­sno­ar­miej­com. Wtedy Rosja­nie zamó­wili u Ame­ry­ka­nów swoj­ską tuszonkę. Dostawy szły pełną parą. Jak podaje histo­ryk Andrzej Fie­do­ruk, w sumie Ame­ry­ka­nie zaopa­trzyli wschod­niego sojusz­nika w ponad dwa miliardy kon­serw mię­snych. Można dziś tylko gdy­bać, jak bez tuszonki poto­czy­łyby się losy świata. Po woj­nie jej pro­duk­cję prze­jęły zakłady mię­sne w ZSRR. Kon­serwy tego typu były też popu­larne w Pol­sce. Raczyły tłusz­czy­kiem pod­nie­bie­nie cywili i żoł­nie­rzy Ludo­wego Woj­ska Pol­skiego. W woj­sku cza­sem zwane były "małpą" - od okre­śle­nia sto­so­wa­nego nie­gdyś przez żoł­nie­rzy Armii Hal­lera na kon­serwy mię­sne, które miały pocho­dzić z Mada­ga­skaru.

Robert Makło­wicz z pew­no­ścią dosko­nale zna smak tuszonki i spo­krew­nio­nej z nią kon­serwy tury­stycz­nej. Wraz z papry­ka­rzem szcze­ciń­skim puszki te były w PRL-u naj­bar­dziej popu­lar­nym pro­wian­tem na waka­cyjne wypady. Ale to nie one wryły się pan­cerną pię­ścią w pamięć naszego boha­tera. - W 1981 roku, w cza­sie kar­na­wału "Soli­dar­no­ści", byłem na lice­al­nej wycieczce - wspo­mina Robert Makło­wicz. - Auto­bu­sem objeź­dzi­li­śmy pół kon­ty­nen­tal­nej Europy i Wielką Bry­ta­nię. Czasy były takie, że musie­li­śmy brać ze sobą pro­wiant na całą drogę. Mie­li­śmy pod­łogę auto­busu wyście­loną pusz­kami z komi­śnia­kiem - woj­sko­wym ciem­nym chle­bem. Ktoś naj­wy­raź­niej miał zna­jo­mo­ści w woj­sku, pew­nie jakiś rodzic, i zała­twił dla nas ten komi­śniak. To była ohydna rzecz, w takich sowiec­kich, pan­cer­nych pusz­kach. Nie chciał­bym tego wię­cej jeść.

Robert Makło­wicz Utarło się uwa­żać go za wybor­nego kucha­rza. Ale sma­kuje naj­le­piej jako kuli­narny gawę­dziarz. W jego żyłach mik­suje się krew pol­ska, ukra­iń­ska, ormiań­ska, węgier­ska i austriacka. Zma­ce­ro­wany aro­ma­tem monar­chii Habs­bur­gów (nie mylić z ham­bur­ge­rem). Men­tal­nie roz­wał­ko­wany mię­dzy Kra­ko­wem, Wied­niem i domem w Chor­wa­cji. Przez pra­wie dwie dekady pich­cił w TVP na wyciecz­kach kuli­narnych. Zago­to­wał się, gdy jego kuchenny anons wyko­rzy­stano do pro­mo­cji całej sta­cji. Dziś żyje z reklamy - "Takie ceny nawet Roberta Makło­wi­cza spro­wa­dzą na zie­mię" - i potraw w sło­ikach, które pro­du­kuje wraz z synami. Inter­net kipi od sym­pa­tycz­nych memów z Makło­wi­czem. Pio­senka Być jak Makło­wicz ("Dorzuca się mie­loną woło­winę / Dusi się, dusi się / Wszystko razem z winem") pod­bi­jała listę prze­bo­jów.

Roz­dział 3

Star­szy mary­narz Leszek Mil­ler, rocz­nik 1946, kate­go­ria A

Mun­dur mary­nar­ski na Mazow­szu robił pio­ru­nu­jące wra­że­nie. Napis "Okręty Pod­wodne" na czapce mary­nar­skiej mło­dego Leszka Mil­lera wpra­wiał dziew­czyny w zachwyt. Jak to się stało, że szczur lądowy z Żyrar­dowa tra­fił do Mary­narki Wojen­nej? I to w dodatku na łódź pod­wodną! Były pre­mier Leszek Mil­ler opo­wie­dział mi swoją pod­wod­niacką histo­rię.

Przed spo­tka­niem w Sej­mie zastrzegł, że będzie to poważna roz­mowa. Bo star­szy mary­narz Leszek Mil­ler w latach 1967-1969 słu­żył w poważ­nym woj­sku. Wszystko wzięło się z mło­dzień­czej fascy­na­cji. Dwu­dzie­sto­let­niego Leszka, pro­stego chło­paka z Żyrar­dowa, syna krawca i szwaczki, pocią­gało morze. - Pochła­nia­łem książki o sław­nych żegla­rzach i podróż­ni­kach. Pasjo­no­wała mnie histo­ria wojen mor­skich i pol­skiej mary­narki wojen­nej. Pró­bo­wa­łem nawet dostać się do Wyż­szej Szkoły Mary­narki Wojen­nej w Gdyni, ale mnie nie przy­jęto. Zabra­kło mi jakichś tam punk­tów - wspo­mina Leszek Mil­ler.

Zacumował jako robotnik

Zamiast wypły­nąć na sze­ro­kie wody, zacu­mo­wał jako robot­nik w Zakła­dach Prze­my­słu Lniar­skiego. Ale miał plan awa­ryjny. Wie­dział, że prę­dzej czy póź­niej ojczy­zna ludowa sama o niego się upo­mni. I wtedy nie­do­szły mary­narz przy­po­mni wła­dzy o swoim pra­gnie­niu. Cze­kał na tę chwilę cier­pli­wie.

- Nie pcha­łem się do woj­ska, nie posze­dłem na ochot­nika. Spo­koj­nie cze­ka­łem na powo­ła­nie. To był nor­malny pobór, troszkę opóź­niony z uwagi na moją sytu­ację rodzinną. Posta­no­wi­łem, że jak stanę przed komi­sją pobo­rową, powiem, że chęt­nie przy­jął­bym skie­ro­wa­nie do Mary­narki Wojen­nej. I tak zro­bi­łem, a komi­sja to zaak­cep­to­wała.

Komi­sja pobo­rowa była w PRL-u woj­sko­wym "sądem osta­tecz­nym" dla chłop­ców, któ­rzy dopiero co weszli w doro­słość. Powszech­nemu obo­wiąz­kowi woj­sko­wemu pod­le­gali męż­czyźni w wieku od osiem­na­stu do pięć­dzie­się­ciu lat. Ozna­czało to, że wraz z osią­gnię­ciem peł­no­let­no­ści każdy mło­dzian sta­wał się poten­cjalną wła­sno­ścią woj­ska.

Wyrocz­nią była komi­sja skła­da­jąca się naj­czę­ściej z leka­rza, ofi­cera Woj­sko­wej Komendy Uzu­peł­nień i pie­lę­gniarki. Sta­wało się przed komi­sją w samych majt­kach albo na golasa. Komi­sja mogła uznać, że konieczne jest bada­nie jąder, odbytu lub pro­staty. Takie bada­nie nie zawsze odby­wało się za para­wa­nem.

Komi­sja decy­do­wała, kto jest, a kto nie jest zdolny do służby. Każ­demu przy­dzie­lała jedną z czte­rech kate­go­rii: A - zdolny do czyn­nej służby woj­sko­wej (od 1979 roku z gru­pami A1, A2, A3), B - cza­sowo nie­zdolny do czyn­nej służby woj­sko­wej, C - zdolny do służby woj­sko­wej z ogra­ni­cze­niem (do 1979 roku), D - nie­zdolny do czyn­nej służby woj­sko­wej w cza­sie pokoju, E - trwale i cał­ko­wi­cie nie­zdolny do czyn­nej służby woj­sko­wej zarówno w cza­sie pokoju, jak i mobi­li­za­cji lub wojny. Kate­go­ria wpi­sy­wana była do ksią­żeczki woj­sko­wej, którą otrzy­my­wał każdy pobo­rowy.

Tak jest dziś. Obec­nie, mimo znie­sie­nia zasad­ni­czej służby woj­sko­wej, czyli tej z przy­musu, każdy dzie­więt­na­sto­la­tek pod­lega obo­wiąz­ko­wej kwa­li­fi­ka­cji woj­sko­wej. Armia reje­struje też dziew­czyny. Ale tylko te, które zdo­by­wają wykształ­ce­nie medyczne, albo już mają taki zawód.

Uła­twie­niem dla Leszka Mil­lera było to, że miał w ręku poszu­ki­wany w woj­sku fach. Był tech­ni­kiem elek­tro­ener­ge­ty­kiem. Mło­dzieńcy z takim wykształ­ce­niem czę­sto lądo­wali w lot­nic­twie albo wła­śnie w mary­narce wojen­nej. W ten spo­sób młody Leszek tra­fił z Żyrar­dowa do Ustki. Ale nie od razu wypły­nął na sze­ro­kie wody.

Wyszkolony na elektryka

- Przez pierw­sze dwa mie­siące po przy­jeź­dzie do Cen­trum Szko­le­nia Mary­narki Wojen­nej w Ustce mia­łem tak zwane prze­szko­le­nie sta­cjo­narne. Uczy­li­śmy się rze­mio­sła cha­rak­te­ry­stycz­nego bar­dziej dla pie­chu­rów niż dla mary­na­rzy. Czyli jak posłu­gi­wać się bro­nią, masze­ro­wać, kopać okopy. Pozna­wa­li­śmy też zasady musz­try.

Musz­tra - mozolne ćwi­cze­nia, które uczą żoł­nie­rzy, jak przyj­mo­wać postawę zasad­ni­czą (bacz­ność!) i swo­bodną (spo­cznij!). Musz­tra okre­śla też pre­cy­zyj­nie jak odda­wać honory, poru­szać się z bro­nią i bez niej, for­mo­wać szyki. Roz­róż­nia się musz­trę indy­wi­du­alną i zespo­łową - pie­szą albo z wozami bojo­wymi. Regu­la­min musz­try Sił Zbroj­nych Pol­skiej Rze­czy­po­spo­li­tej Ludo­wej: "Kara­bin leży na ramie­niu rów­no­le­gle do rzędu guzi­ków, a kolba dotyka lekko lewej ładow­nicy. Lewa ręka przy­lega do tuło­wia. Do nogi - BROŃ. Na tę komendę żoł­nierz bie­rze kara­bin do nogi na trzy tempa".

- Pamię­tam, że nasz dru­ży­nowy był ze Ślą­ska i strasz­nie mnie roz­śmie­szał. Mówił gwarą ślą­ską, na przy­kład wyda­wał roz­kaz: "Pod ta hora koksu bie­giem mar­sza!". To był bar­dzo sym­pa­tyczny chło­pak. Byłem w dobrej sytu­acji, bo w mojej dru­ży­nie zna­la­zło się nas trzech chło­paków z Żyrar­dowa. To wspólne pocho­dze­nie spra­wiało, że nie czu­li­śmy się osa­mot­nieni. Zwłasz­cza na początku, kiedy wszystko było nowe, a ludzie zupeł­nie nie­znani. Trzy­ma­li­śmy się razem i łatwiej było nam znieść począt­kowe pro­blemy - kon­ty­nu­uje Leszek Mil­ler.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki