Rozdział 1
Plutonowy podchorąży Jerzy Stuhr, rocznik 1947, kategoria A
Czy można sobie wyobrazić kompanię wojska, składającą się ze studentów
filologii polskiej, szkoły teatralnej, muzyków i plastyków? W studium
wojskowym przy Uniwersytecie Jagiellońskim świętej pamięci Jerzy Stuhr
trafił do takiej właśnie kompanii. Najgorszej, jaka mogła się zdarzyć.
Była druga połowa lat sześćdziesiątych.
Do militarnych zwierzeń nakłoniłem Jerzego Stuhra trochę przypadkowo.
Początkowo zwróciłem się do jego równie utalentowanego syna, Macieja.
Kilka razy udzielał mi dowcipnych komentarzy na rozmaite tematy. I tym
razem liczyłem na małą anegdotę, choćby z zajęć przysposobienia
obronnego. Maciej Stuhr o wojsku w PRL-u nie miał jednak zielonego
pojęcia. Cóż, nie jego wina, taki pesel. Ale z kwitkiem nie odszedłem. -
Niech pan porozmawia z moim tatą - poradził.
Spotkałem się z Jerzym Stuhrem w warszawskim Teatrze Polonia Krystyny
Jandy, gdzie przez wiele lat grał i reżyserował. Jego opowieść była jak
improwizowany monodram. Bombowa sztuka!
Brałem szturmem kobiety nad rzeką
Podczas studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim Jerzy Stuhr przez cztery
lata miał zajęcia wojskowe. Ubierał się w mundur o szóstej rano i szedł
na ulicę Piastowską w Krakowie, gdzie odbywało się studium. Cykl szkoleń
kończył się obowiązkową mobilizacją na poligonie.
Studium wojskowe to śmiertelnie nużące zajęcia, które Ludowe Wojsko
Polskie prowadziło dla studentów. W PRL-u były obowiązkowe. Bez ich
zaliczenia nie można było skończyć studiów. Początkowo męczono nimi
studentów prawie przez cały okres nauki, a na zajęcia trzeba było
przychodzić w mundurze.
"Wojsko na studiach to temat bardzo wdzięczny do wspominania" - pisał
historyk profesor Adam Czesław Dobroński. "Każda polska wyższa uczelnia
miała własne studium wojskowe. Zdaniem "generałów" było jednak zupełnie
odwrotnie, to przy wojsku istniały uniwersytety. Każdego semestru na dwa
tygodnie zamienialiśmy się w podchorążych, trochę zastraszonych, z przymusu podgolonych, wyglądem przypominających bardziej maruderów niż
chłopców malowanych"1.
Studenci nie mieli spokoju nawet w wakacje, bo wtedy wojsko urządzało
dla nich obozy szkoleniowe. Kończyły się przysięgą wojskową, po której
świeżo upieczeni podchorążowie trafiali do rezerwy.
"Bardzo źle zapisało się w mojej pamięci szkolenie w jednostce wojskowej
w Morągu, zwłaszcza na obozie po czwartym roku, kiedy to wskutek brawury
i nieodpowiedzialności wojskowych doszło do tragicznego wypadku, w którym zginęło kilku kolegów z neofilologii. Nawet po latach wspominam
te zajęcia jako wymuszony udział w ponurej grotesce"2 - wyznał
biolog, doktor Jan Chojnacki.
Groteskowe były też manewry poligonowe Jerzego Stuhra. Na szczęście
obyło się bez tragedii. - Gdy jako student polonistyki zdawałem egzamin
do szkoły teatralnej, miałem akurat wyjazd na poligon Kielce-Bukówka, na
który, właśnie z powodu egzaminów, nieco się spóźniłem. Przez półtora
miesiąca byłem w piechocie - wspominał aktor.
Pewnego dnia oddział Jerzego Stuhra dostał rozkaz sforsowania rzeki. -
Zajęliśmy rubież, siedzimy cichutko, zamaskowani, w krzakach, w rękach
mamy karabiny i petardy. Po drugiej stronie rzeki była plaża, mamy z dziećmi tam się opalały. Zgłaszam się przez krótkofalówkę do pułkownika:
"Sokół, Sokół, jak mnie słychać?". Wszystko regulaminowo. Mówię mu, że
może uprzedzić te kobity, bo za chwilę napierducha będzie totalna. A on,
że gówno, nikogo nie będziemy uprzedzać, bo to jest teren wojskowy i oni
są tam bezprawnie. Nic tam, do ataku! Nagle wylatuje w niebo rakieta
czerwona, my wyskakujemy z tych krzaków, wrzeszczymy: "Huraaaaa!". Matki
krzyczą, dzieci płaczą, uciekają, bo wojna...
"Wojna jest zbiorowym uderzeniem krwi do głowy; ujmując to inaczej: jest
totalną rozpierduchą"3 - napisał angielski dziennikarz i komik Tom Phillips. Jakby czytał w myślach plutonowego Stuhra.
Kółka olimpijskie robimy
Bywało, że w ciągu dnia dzielni wojacy musieli na kieleckiej Bukówce
"wyrzucić" amunicję, którą powinni zużyć. A nie zużyli, bo mieli lepsze
zajęcie. - Rano była ściepa i na melinie, pod jednostką, kupowało się
pół litra Żytniej. Jako pomocnik plutonu miałem raportówkę. Koledzy
wsadzali mi butelkę do raportówki, sami biegli na plażę, a ja musiałem
tę wódę z pułkownikiem pić. Nie dość, że upał, to jeszcze wódka ciepła.
Koszmar! Potem amunicję trzeba było zdetonować. I to była ulubiona
zabawa naszego podpitego pułkownika: rzucanie petard w zboże. Jak
wybuchały to równe kółka wypalały w zbożu. "Kółka olimpijskie robimy",
wołał pułkownik. Takie były zabawy.
Bukówka, gdzie stacjonowała kompania artystów, to - jakby powiedzieli
wojskowi - południowo-wschodnia rubież Kielc. W okresie międzywojennym
zbudowano tu koszary dla stacjonujących w mieście wojsk. Przed wrześniem
1939 roku osiemdziesięciu najlepszych żołnierzy kieleckiego garnizonu
skierowano do ochrony Westerplatte. Stanowili prawie połowę bohaterskiej
załogi placówki. W czasach PRL-u na Bukówce stacjonował między innymi 4
Puławski Pułk Zmechanizowany imienia Ludowych Partyzantów Ziemi
Kieleckiej. Został sformowany (pod nieco inną nazwą) w 1943 roku w Sielcach nad Oką. Na szlaku bojowym 1 Armii Wojska Polskiego forsował
Wisłę pod Puławami, nacierał na Warszawę, walczył na Wale Pomorskim i w rejonie Kamienia Pomorskiego. Z 4 Pułku wywodzili się między innymi
późniejsi generałowie LWP Eugeniusz Molczyk (1926-2007) i Wacław
Szklarski (1925-2010). Molczyk przez kilkanaście lat sprawował funkcję
wiceministra obrony narodowej. Równolegle był zastępcą naczelnego
dowódcy Zjednoczonych Sił Zbrojnych Państw Stron Układu Warszawskiego.
Jako zwolennik siłowej rozprawy z "Solidarnością" w stanie wojennym
zasiadał w Wojskowej Radzie Ocalenia Narodowego. Z kolei Szklarski za
"szczególne zasługi dla socjalistycznej Ojczyzny w okresie stanu
wojennego" trafił do Honorowej Księgi Czynów Żołnierskich. Ale w 4
Pułku służyli też autentyczni bohaterowie. Tacy jak chorąży Kazimierz
Dudek (1923-1945), który podczas walk nad Odrą został ranny. Odmówił
leczenia w szpitalu i pozostał na linii frontu. Poległ w czasie walk nad
kanałem Ruppiner. Pośmiertnie został odznaczony orderem Virtuti
Militari. Obecnie na Bukówce znajduje się Centrum Przygotowań do Misji
Zagranicznych.
Polonista, wystąp!
Jerzy Stuhr trafił na Bukówkę akurat w momencie, gdy w jego życiu
akademickim doszło do przegrupowania sił. Do polonistyki dołożył studia
aktorskie. O dziwo, obydwie profesje okazały się bardzo przydatne
zarówno w studium wojskowym, jak i na poligonie.
- Nie wiem czemu naszym dowódcom wydawało się, że studiujący polonistykę
muszą ładnie pisać. A ponieważ kancelaria miała jakieś papiery do
przepisywania, więc rano na apelu często się słyszało: "Polonista,
wystąp!". I wtedy wszyscy chcieli wystąpić. Bo to oznaczało, że siedzisz
w ciepełku, coś tam piszesz, nudzisz się, papieroski popalasz. A inni
się czołgają, pełzają, RKM obsługują.
RKM - ręczny karabin maszynowy. Ważył około dziesięciu kilogramów,
dwa razy więcej niż popularny "kałach" (KBK AK - karabinek automat
Kałasznikowa). Daleko mu jednak było do CKM-u, czyli ciężkiego karabinu
maszynowego, który wraz z wyposażeniem mógł ważyć nawet sześćdziesiąt
kilogramów. RKM miał dłuższą lufę niż KBK AK, umieszczaną na
charakterystycznym dwójnogu. Obsługiwany był przez dwóch żołnierzy. Z własnej służby wojskowej pamiętam, że koledzy, którym przydzielono RKM,
uważani byli za pechowców. Nikt nie chciał targać takiego żelastwa.
- Bycie polonistą to była intratna fucha - ciągnie opowieść Jerzy Stuhr.
- Pamiętam, że jako polonista poczułem się raz wyjątkowo potrzebny. To
było w maju, czyli przed zaliczeniami. Dostałem dziwne zadanie. Kapitan
mnie wezwał i mówi: "O godzinie ósmej trzydzieści dostaniecie trzy
tematy. Piszecie do jedenastej trzydzieści". I rzeczywiście, o godzinie
ósmej trzydzieści przyjeżdża gazik i przywozi mi trzy tematy. Rola
Żeromskiego w budzeniu świadomości narodowej i coś tam jeszcze, czego
już nie pamiętam. Patrzę, że to są tematy maturalne. Wołam kapitana i mówię, że muszę wiedzieć, dla kogo piszę, czy to jest liceum
ogólnokształcące, czy inna szkoła. On mówi, że gastronomiczna, zaoczna,
że dziewczynę tam ma. Zacząłem klecić jakąś bzdurę w gastronomicznym
stylu. Za to miałem mieć zaliczone na cały rok te wszystkie szkolenia
ogniowe, strzelania, rozbieranie pistoletu. Napisałem. O jedenastej
czterdzieści pięć gazik odjechał, zawiózł tematy. Za tydzień zgłaszam
się po zaliczenie i pytam, jak mi poszło na maturze. "Plus trzy
dostaliście" - powiedział kapitan.
Gazik - popularna nazwa sowieckiego samochodu terenowego GAZ.
Rosjanie wzorowali się na amerykańskim Bantamie BRC, który był
pierwowzorem słynnego Jeepa. Do produkcji seryjnej gazik wszedł w sierpniu 1941 jako GAZ-64. Potem wypuszczano jego udoskonalane wersje
(GAZ-67, GAZ-69). Był podstawowym lekkim samochodem terenowym w wojskach
i służbach państw "demokracji ludowej". W PRL-u gaziki jeździły w armii
i Milicji Obywatelskiej. Widać je w wielu filmach wojennych. Gazikiem
jeździli na przykład bohaterowie Pułkownika Kwiatkowskiego grani przez
Marka Kondrata, Zbigniewa Zamachowskiego i Renatę Dancewicz.
Uczyłem pułkownika logiki
Jerzy Stuhr był nie tylko popularnym aktorem i uznanym reżyserem, ale
też nauczycielem akademickim, wieloletnim rektorem Państwowej Wyższej
Szkoły Teatralnej w Krakowie. Okazuje się, że z jego talentu
pedagogicznego w słusznie minionych czasach jako pierwsza skorzystała
armia.
- W pewnym momencie przyszły jakieś zarządzenia z Ministerstwa Obrony
Narodowej (MON) czy z Ministerstwa Edukacji Narodowej (MEN), że
oficerowie w studium wojskowym muszą mieć ukończone kursy pedagogiczne.
Musieli więc uzupełniać wykształcenie. Ja uczyłem mojego pułkownika
logiki. To wcale nie było prostym zadaniem. Alternatywę mu tłumaczyłem:
albo pan pójdzie do kina, albo do teatru. A on: "Kurwa, nie chodzę
nigdzie". To albo na wódkę, albo na dupy. "O, to dobre, mogę iść na
jedno i drugie". I taka to była nauka. Wypisałem mu na aktówce wzory i tak go uczyłem, że jakoś na tróję zdał.
Naga z pistoletem
Jak opowiadał Jerzy Stuhr, dobrze mieli też w wojsku artyści malarze, bo
na zaliczenie malowali oficerom obrazy. - Pułkownik lubił mieć na
przykład olejną bitwę pod Studziankami, albo motyw: naga z pistoletem. I za to malarze mieli zwolnienie ze szkolenia ogniowego albo politycznego.
Wykorzystywanie niecodziennych umiejętności i możliwości poborowych było
w armii dość powszechne i praktykowane przez cały okres PRL-u. Gdy pod
koniec lat osiemdziesiątych zaliczałem Szkołę Podchorążych Rezerwy w Elblągu, moja kompania składała się głównie z absolwentów Akademii
Wychowania Fizycznego. Jako cherlawy dziennikarz nie mogłem z nimi
konkurować w żadnej z wojskowych sprawności. W jednostce nie było też
zapotrzebowania choćby na gazetkę ścienną. Zainteresowanie wzbudził
natomiast kolega po Akademii Sztuk Pięknych. Dowódca kompanii nie mógł
nadziwić się pracy dyplomowej naszego artysty. Dziełem tym była
abstrakcyjna instalacja plenerowa, wykonana z kupy złomu. Na zdjęciach
prezentowała się jak zasieki wrogiej armii. Autor musiał wzbudzić swoją
twórczością szacunek dowódcy, bo został przez niego skierowany do prac
nad oprawą plastyczną co ważniejszych pomieszczeń jednostki. Tak
odpowiedzialne zadanie wiązało się ze zwolnieniem z wielu uciążliwych
obowiązków, co budziło zazdrość towarzyszy broni.
Liczył się nie tylko talent. W cenie były też rozmaite koneksje. Pod
koniec PRL-u brakowało w sklepach piwa, szczególnie lepszych gatunków.
Rarytasem był Żywiec. Tak się złożyło, że w naszej kompanii był chłopak
z Żywca. Nie uszło to uwadze dowódcy, który z chęcią wysyłał podwładnego
do domu na długie przepustki. Kolega wracał obładowany butelkami ze
złocistym napojem. W Żywcu Żywca nie brakowało.
Inny z moich brothers in arms miał w Warszawie wypożyczalnię kaset
wideo. Z pierwszej przepustki wrócił z odtwarzaczem i kilkoma filmami.
Potem regularnie kursował po nowości. Co w zamian? Nasz kurier był
właścicielem nadzwyczaj wielkich stóp. W magazynie nie było trampek w jego rozmiarze, a intendentura nie wykazywała szczególnych starań, by
sprowadzić dla rekruta odpowiednie obuwie. Tym sposobem do końca służby
był zwolniony z zaprawy porannej.
Ale wróćmy do Jerzego Stuhra i wojskowej doli aktorów. W studium do
niczego się nie przydawali. Ale na polu walki potrafili sobie poradzić.
- Na poligonie od razu założyliśmy zespół i codziennie wychodziliśmy na
próbę do kasyna garnizonowego Kielce-Bukówka. A tam było dobrze -
mieliśmy wszystko do dyspozycji: alkohol, żony oficerów... Cały czas niby
ćwiczyliśmy program na dwudziestego drugiego lipca. I tak przez miesiąc.
Wyrzućcie wszystkie bomby wasze
Jerzy Stuhr pamięta, że jedzenie w jednostce było okropne. Z tego powodu
doszło nawet do żołnierskiego buntu. - Prawnicy nas podpuścili, to
znaczy koledzy z kompanii studentów prawa. Chcieli odmówić przyjęcia
posiłku, ale im powiedzieli, że pójdą do aresztu. Więc my wymyśliliśmy
inny system: wyrzucaliśmy jedzenie, które nam dawano.
Podobny "szlak bojowy" przeszli dobrzy znajomi naszego bohatera. - Gdy
się spotykam z kolegami, na przykład z Jerzym Trelą, albo Tadeuszem
Nyczkiem, znanym krytykiem, to niekiedy wspominamy tych naszych
dowódców. To byli ciekawi ludzie, często jeszcze frontowi - zaznaczał
Jerzy Stuhr.
Zapewne dowódcy mieli poważne doświadczenia, ale w pamięć studentów
wryli się od zabawnej strony. - Do dziś śmieję się z jednego oficera,
który mówił, że się otworzy puszka Pandora. Albo mówił: "Pocisk atomowy
Saraker". My go poprawialiśmy: "Saracen". A on: "Saraker, nie umiecie po
angielsku!". Lubiliśmy mu zadawać podchwytliwe pytania. Na szkoleniu
politycznym na przykład pytaliśmy go, jak zinterpretuje słowa papieża:
"Wyrzućcie wszystkie bomby wasze". Potem już nie pozwalał nam zadawać
żadnych pytań. Takie to były czasy.
Oddałem guzik do muzeum
Nie myślcie sobie, że wojskowy epizod Jerzego Stuhra w siłach zbrojnych
PRL-u to jedynie wybryk historii. To historia nie na żarty, skoro
trafiła do muzeum. - Na zakończenie zajęć w studium wojskowym mundur
wyjściowy musiałem zdać, ale polowy podwędziłem. Na juwenalia chciałem
zachować, a poza tym chodzenie w mundurze modne było, dziewczyny lubiły
nosić taką bluzę. Dwa czy trzy lata temu zwróciło się do mnie jakieś
muzeum guzików, które kompletuje guziki znanych ludzi. Przekazałem jeden
guzik właśnie z tego munduru - opowiadał Jerzy Stuhr.
Nie dopytałem, a później nie udało się ustalić, gdzie konkretnie trafił
historyczny guzik Jerzego Stuhra. Zagadka pozostaje nierozwiązana.
Sądziłem, że chodzi o Muzeum Guzików w Łowiczu, ale szef tej placówki,
Jacek Rutkowski, wyprowadził mnie z błędu. Napisał: "Wiele bym dał, aby
posiadać w zbiorach guzik Mistrza Stuhra, a także guzik jego syna w osobie Macieja. Może kiedyś się to uda, staram się dopiero od kilku lat.
(...) Kilka osób mi obiecywało, ale "guzik" z tego wyszło. Potem zmarł
Jerzy Stuhr i straciłem nadzieję na osobiste przekazanie. Teraz wszystko
w rękach Pana Macieja".
Eksponat pochodzący z polowego munduru Jerzego Stuhra to ostatni ślad
wojskowej kariery słynnego aktora. Więcej już wojsko o niego się nie
upominało. Guzik z pętelką! - W rezerwie już mnie do wojska nie
powoływali. Miałem spokój. A teraz już jestem niezdatny do służby
wojskowej. Chociaż... Pewien poeta włoski, twórca futuryzmu, miał ponad
sześćdziesiąt lat, gdy wybuchła wojna. Tak bardzo chciał walczyć, że się
zgłosił na ochotnika, ale go nie przyjęli ze względu na wiek. Jak dziś
patrzę na młodych aktorów, którzy grają sceny z bronią, to mi ich żal.
Nie wiedzą, jak się to rozbiera, jak się tym posługuje. Ja od czasu
pobytu w wojsku codziennie starannie ścielę łóżko. Wojsko mnie tego
nauczyło.
Jerzy Stuhr
Bombowy aktor i trafiający w dziesiątkę reżyser. Nigdy nie spóźniał się
z dowcipem na Spotkania z balladą. Na
festiwalu w Opolu udowodnił, że Śpiewać każdy
może. W Amatorze Krzysztofa
Kieślowskiego zagrał zawodowo. W Wodzireju
Feliksa Falka wodził widzów za nos. U Juliusza Machulskiego wzorowo
wypełnił Seksmisję. Wbrew temu, że dzieci i
ryby głosu nie mają, jako komisarz Ryba miał decydujący głos w Kilerze. Samym głosem inteligentnie zagrał Osła w
animowanym Shreku. Jako reżyser zaczął od
sporządzenia Spisu cudzołożnic. W Historiach miłosnych miał dobrą rękę do obsady.
Osobiście zagrał pięć ról, bo wiedział, że nikt lepiej tego nie zrobi.
Za to w Obywatelu podzielił się główną rolą
- z synem Maciejem. W książce Sercowa choroba,
czyli moje życie w sztuce opisał własny zawał serca. Następnych
chorób opisać już nie zdążył. Zmarł w Krakowie dziewiątego lipca 2024
roku.
Rozdział 2
Poborowy Robert Makłowicz, rocznik 1963, kategoria A
"Z prawdziwą przyjemnością informuję, że dzięki uporczywie długotrwałemu
studiowaniu nie poszedłem do ludowego wojska. Na zajęciach wojskowych
byłem jedynie kilka razy z powodu ich głupoty. Ponieważ były
obowiązkowe, studiów nie skończyłem, a do wojska i tak mnie nie wzięli,
bowiem Polska Rzeczpospolita Ludowa się rozleciała. Jedyny mundur, jaki
do tej pory miałem na sobie, to mundur nieistniejącej armii
austro-węgierskiej. Zatem wnieść chyba wiele nie mogę do tej militarnej
opowieści".
Robert Makłowicz nie doceniał swoich kombatanckich doświadczeń. Ale nie
dawałem za wygraną. Czułem, że w popularnym kucharzu tkwi potencjał
smakowitej żołnierskiej historii. Nawet jeśli jedynie otarł się o mundur, chciałem zaczerpnąć apetyczny kąsek z kotła jego poczucia
humoru. "Już z tych kilku zdań (cytowanych na wstępie - J.K.) widzę, jak
pyszną historię zyskałaby pichcona przeze mnie książka, gdyby zgodził
się Pan choćby na chwilę rozmowy" - nacierałem. Opłaciło się. Robert
Makłowicz w końcu uległ moim namowom. Oto jego potyczki z wojskiem.
Niech mnie dosięgnie surowa ręka
- W 1982 roku zdałem maturę i dostałem się na studia. Był stan wojenny.
Pójście wtedy do wojska było niezwykle groźną sprawą. Ze względów
wszystkich, a zwłaszcza ideologicznych. Przysięganie na wierność Armii
Czerwonej i Układowi Warszawskiemu, abstrahując od absurdów ówczesnej
służby wojskowej, to nie było coś, czego bym chciał doświadczyć -
opowiada dzisiejszy krytyk i podróżnik kulinarny.
Przysięga wojskowa (fragment): "Przysięgam strzec niezłomnie
wolności, niepodległości i granic Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej
przed zakusami imperializmu, stać nieugięcie na straży pokoju w bratnim
przymierzu z Armią Radziecką i innymi sojuszniczymi armiami, a w razie
potrzeby nie szczędzić krwi ani życia, mężnie walczyć w obronie Ojczyzny
o świętą sprawę niepodległości, wolności i szczęścia ludu. Gdybym nie
bacząc na tę moją uroczystą przysięgę, obowiązek wobec Ojczyzny złamał,
niechaj mnie dosięgnie surowa ręka sprawiedliwości ludowej".
(Ustawa z 22 listopada 1952 roku o przysiędze wojskowej)
Studia chroniły przed wojskiem, więc poborowy Makłowicz studiował bardzo
długo.
- Najpierw prawo, potem przeniosłem się na historię. Ale wiedziałem, że
ten dyplom i tak mi nie będzie do niczego potrzebny, bo nie będę uczył w szkole historii. Studiowałem historię dla własnej przyjemności. Istotną
motywacją było również to, aby nie iść do Ludowego Wojska Polskiego.
Zajęcia wojskowe na studiach utwierdziły mnie w tym przekonaniu. To był
szczyt kretynizmu, gra pozorów i niezwykła strata czasu. Trafiłem na
oficera, kompletnego, za przeproszeniem, matoła. Nie sprawdził się w niczym, więc go kierowali do zajęć ze studentami, takiego przysłowiowego
młota.
Trep kontra agent NATO
Zimową porą student Makłowicz uczęszczał do studium wojskowego w grubym
płaszczu belgijskiej marynarki wojennej. Wełnianym, niemal do kostek, ze
złotymi guzikami w kotwice. Nie uszło to uwadze "oficera Młota". - Ten
człek prześladował mnie, że jestem najwyraźniej agentem NATO! Nosiłem ów
płaszcz, gdyż był piękny i najcieplejszy w mym ówczesnym zestawie
zimowych okryć, a dostałem go w paczce od rodziny z zagranicy. A ten
drwił, kazał na apelach przed szereg występować. Z perspektywy
dzisiejszej może to wydawać się śmieszne, ale dla mnie było
przerażające. Bycie we władzy trepa zwyczajnie mnie poniżało. Więc
przestałem chodzić na studia. Rok później zajęcia z wojska przestały być
obowiązkowe, PRL chylił się już ku upadkowi.
Trep - tak żołnierze z poboru pogardliwie nazywali zawodowych
oficerów i podoficerów. Określenie pochodzi od prymitywnego buta na
drewnianej podeszwie, traktowanego jako symbol głupoty i zacofania. Brak
szacunku dla zawodowej kadry dowódczej ma swoje źródła u zarania PRL-u.
To wtedy zaczęło obowiązywać powiedzenie "nie matura, lecz chęć szczera
zrobi z ciebie oficera". Do kariery w armii nie trzeba było solidnego
wykształcenia, wystarczały szybkie kursy. Na pagonach munduru pojawiały
się kolejne gwiazdki, ale z butów (czytaj: trepów) nadal wystawała
słoma. Stąd - jak wyjaśniał w "Polsce Zbrojnej" major rezerwy, komandos
Tomasz "Burza" Burzyński - wziął się trep "jako synonim mało
rozgarniętego przełożonego w mundurze, o wąskich horyzontach myślowych,
który jak ten przysłowiowy przedmiot był odporny na wiedzę i zniszczenie"4.
I tak, przez trepa, "oficera Młota", poborowy Robert Makłowicz, rocznik
1963, kategoria A1, wybił sobie z głowy dalsze studiowanie. Decyzji nie
żałuje. - Z perspektywy okazuje się, że miałem rację. Bo co by zmienił
mój dyplom z historii? Czego chciałem się nauczyć, tego się nauczyłem, a przynajmniej nie uczestniczyłem w tym beznadziejnym spektaklu, który z prawdziwym szkoleniem wojskowym nie miał nic wspólnego.
W mundurze austro-węgierskim
Niedługo potem nastał rok 1989 i w Polsce skończył się komunizm. -
Jakieś listy za mną jeszcze słali, ale wyjechałem na rok do Anglii.
Zmienił się system i już nikt do wojska mnie nie wziął - wspomina Robert
Makłowicz.
Mimo złych doświadczeń z armią ludową, zachował sentyment do munduru.
Może ze względu na ojca, Włodzimierza, który był marynarzem. On sam
wskazuje na inny powód, paradując w historycznym mundurze monarchii
cesarza Franciszka Józefa. - Co innego PRL, a co innego Austro-Węgry.
Będąc z Krakowa, przywiązany jestem do idei monarchii naddunajskiej.
Parę razy wdziewałem pożyczony mundur austro-węgierski, a nawet uszyłem
sobie własny. To mundur 13 pułku piechoty CK, tak zwanych krakowskich
dzieci. Taki ukłon w stronę historii, lokalności i małej ojczyzny.
Bardzo elegancki jest.
Roberta Makłowicza można podziwiać w takim odzieniu między innymi na
okładce jego książki C.K. kuchnia.
- Nie oznacza to oczywiście, że nie szanuję i nie cenię polskiego
munduru - zaznacza stanowczo. - Ale państwo i armia muszą być emanacją
nas wszystkich, a PRL taką emanacją nie był. Rzecz jasna, w Ludowym
Wojsku Polskim służyli z pewnością również ludzie mądrzy, ale mundur
armii, która na przykład najechała Czechosłowację w 1968 roku i strzelała do robotników na Wybrzeżu w 1970 roku, nie kojarzy mi się
dobrze. Co innego dzisiejszy polski mundur lub historyczne mundury
Pierwszej czy Drugiej Rzeczypospolitej. Do nich mam ogromny szacunek.
Wojskowa grochówka
W wojskowej opowieści dotyczącej kucharza nie możemy pominąć wątku
kulinarnego. A polowy kocioł najbardziej kojarzy się z grochówką. Nie
uwierzycie, ale ta zupa potrafi działać jak broń chemiczna. I wcale nie
chodzi o jej właściwości gastryczne. Jako rezerwista zostałem kiedyś
powołany na kilkudniowe ćwiczenia. Wraz z grupą podobnych mi wojaków
trafiłem na poligon w Zegrzu. Była późna jesień, zimno jak na froncie
wschodnim. Zakwaterowano nas w pokrytych brezentem wielkich,
dziesięcioosobowych namiotach. Pokład ogrzewany był spalinowymi
dmuchawami. Działały tak, że ciepła czuć nie było, za to potwornie
śmierdziało spalinami. Tak wyglądało pierwsze podtrucie. Decydujący cios
zadała grochówka. Miała dziwny posmak, ale zgłodniali rezerwiści,
łącznie ze mną, pochłonęli ją łapczywie. Wątpliwości co do smaku zupy
zagryzaliśmy chlebem. Na następny dzień zdolność bojowa całego oddziału
wynosiła tyle co temperatura na poligonie - grubo poniżej zera. Szybkie
śledztwo wykazało, że zupę ugotowano w kuchni polowej, z której nie
wypłukano dużych ilości mocnego środka użytego do czyszczenia kotła.
Robert Makłowicz zdecydowanie dystansował się od wojskowej grochówki: -
Nie miałem przyjemności, ani nieprzyjemności, jeść wojskowej grochówki.
Nigdy nie marzyłem i nie marzę o tym. W ogóle nie wiem, co to znaczy
wojskowa grochówka. Bo co? Jakiś specjalny, inny przepis? Bardzo się
dziwię, że są miejsca cywilne, na poboczach dróg zwłaszcza, gdzie podają
"wojskową grochówkę". Nie wiem, może ktoś tęskni za tym, co jadł w wojsku. Ja nie jadłem, bo wojska udało mi się uniknąć, mimo że
przydzielono mi kategorię A.
Zupa na pokładzie
W końcu jednak nasz kucharz przekonał się do militarnej zupy z grochu. A nawet własnoręcznie ją przyrządził. I to na pokładzie okrętu podwodnego
ORP "Orzeł" III.
ORP "Orzeł" (nr burtowy 291) jest trzecim okrętem podwodnym w polskiej Marynarce Wojennej noszącym tę nazwę. Kontynuuje tradycję
słynnego "Orła", który we wrześniu 1939 roku brawurowo uciekł z internowania w Tallinie, dotarł do Wielkiej Brytanii i podjął walkę
przeciwko Niemcom na Morzu Północnym. ORP "Orzeł" III to konstrukcja
sowiecka. Okręt został zbudowany w stoczni Krasnoje Sormowo w Gorkim
(obecnie Niżny Nowogród). Pierwszy raz polską banderę wojenną
podniesiono na nim dwudziestego dziewiątego kwietnia 1986 roku w Rydze.
W latach 1999-2000 został dostosowany do standardów NATO i pływa do
dziś. Wchodzi w skład 3 Flotylli Okrętów i - jak na swój wiek - radzi
sobie całkiem nieźle. W 2021 roku, gdy obchodził trzydziestopięciolecie
służby, miał na koncie prawie dziewięćdziesiąt siedem tysięcy mil
morskich żeglugi i ponad osiemset zejść pod wodę. Z powodzeniem bierze
udział w manewrach NATO, operował na Bałtyku, Morzu Północnym i Oceanie
Atlantyckim. Wyposażony jest w sześć dziobowych wyrzutni torped różnego
typu. Może także stawiać miny morskie. Jego kadłub zewnętrzny pokryty
jest powłoką typu "skóra delfina", która znacznie zmniejsza szanse
wykrycia okrętu przez obce stacje hydrolokacyjne i radarowe.
"Tutaj na pokładzie danie, bez którego żadna polska broń, marynarka też,
obejść się nie może. Mianowicie grochówka!"5 - zachwalał w osiemdziesiątym ósmym odcinku telewizyjnych Podróży kulinarnych Roberta
Makłowicza.
Wygląda jak złoto
Misja nie była prosta. "Dopadła nas typowo marynarska pogoda. Wieje i pada, ale na okrętach podwodnych żadne warunki nie są straszne. A nigdzie w ogóle warunki nie są straszne, żeby zrobić tak pyszną
zupę"6 - relacjonował, odziany w grubą marynarską kurtkę i czapkę
z orzełkiem.
Mimo niesprzyjających warunków pogodowych, grochówka się udała. "Wygląda
jak złoto. Gęsta, przecierana. Wersja odrobinę light, bo nie jest to
wywar mięsny. Jedynym mięsem są te nędzne skwarki boczku. Więc nawet
nieortodoksyjny wegetarianin mógłby to zjeść. Grochówka wojskowa,
dietetyczna, ku chwale Ojczyzny!"7 - zachwalał wilk morski
Makłowicz. Tyle że garnek był mały i zupy raczej nie starczyło dla
całej, głodnej jak wilki, załogi okrętu.
Grochówka Makłowicza
Składniki: 250 g suchego grochu, 100 g surowego wędzonego boczku,
jarzyny jak na rosół, 3-4 ząbki czosnku, cebula, odrobina masła,
majeranek, sól, pieprz.
Przyrządzenie: groch moczyć przez kilka godzin, ugotować do
miękkości; w drugim garnku ugotować jarzyny - marchewkę, pietruszkę,
seler korzeniowy, kawałek pora. Boczek drobno pokroić, wytopić na
patelni. Cebulę posiekać, przysmażyć na złoto. Ugotowane jarzyny
zmiksować, dodać groch, boczek, cebulę, sól i pieprz do smaku. Obficie
przyprawić majerankiem, roztartym w dłoniach, żeby uwolnił swój aromat.
Dodać sprasowany czosnek; całość kilka minut pogotować.
Podawać na lądzie i morzu.
Pancerne puszki
Grochówka to niejedyny wojskowy specjał, z którym zetknął się Robert
Makłowicz. Za młodu miał do czynienia z sowieckimi konserwami z demobilu. Tych, którzy nie oglądali serialu Czterej pancerni i pies,
śpieszę poinformować, że kultową puszką w menu Armii Czerwonej była
tuszonka. Po rosyjsku tuszonoje miaso to mięso duszone. W skrócie
tuszonka. Frontowa konserwa z czasów drugiej wojny światowej zawierała
mieloną wieprzowinę, smalec i przyprawy. Receptura tłustego,
kalorycznego produktu wywodziła się z tradycyjnego na Uralu sposobu
konserwowania mięsa w słoikach. Po inwazji Niemiec na ZSRR sowiecką
tuszonką zajadali się żołnierze Wehrmachtu, bo strategiczne zapasy
konserw wpadły w ręce niemieckie. Z pomocą Rosji przyszły Stany
Zjednoczone. Typowo amerykańska mielonka, którą początkowo dostarczali,
nie przypadła do gustu krasnoarmiejcom. Wtedy Rosjanie zamówili u Amerykanów swojską tuszonkę. Dostawy szły pełną parą. Jak podaje
historyk Andrzej Fiedoruk, w sumie Amerykanie zaopatrzyli wschodniego
sojusznika w ponad dwa miliardy konserw mięsnych. Można dziś tylko
gdybać, jak bez tuszonki potoczyłyby się losy świata. Po wojnie jej
produkcję przejęły zakłady mięsne w ZSRR. Konserwy tego typu były też
popularne w Polsce. Raczyły tłuszczykiem podniebienie cywili i żołnierzy
Ludowego Wojska Polskiego. W wojsku czasem zwane były "małpą" - od
określenia stosowanego niegdyś przez żołnierzy Armii Hallera na konserwy
mięsne, które miały pochodzić z Madagaskaru.
Robert Makłowicz z pewnością doskonale zna smak tuszonki i spokrewnionej
z nią konserwy turystycznej. Wraz z paprykarzem szczecińskim puszki te
były w PRL-u najbardziej popularnym prowiantem na wakacyjne wypady. Ale
to nie one wryły się pancerną pięścią w pamięć naszego bohatera. - W 1981 roku, w czasie karnawału "Solidarności", byłem na licealnej
wycieczce - wspomina Robert Makłowicz. - Autobusem objeździliśmy pół
kontynentalnej Europy i Wielką Brytanię. Czasy były takie, że musieliśmy
brać ze sobą prowiant na całą drogę. Mieliśmy podłogę autobusu
wyścieloną puszkami z komiśniakiem - wojskowym ciemnym chlebem. Ktoś
najwyraźniej miał znajomości w wojsku, pewnie jakiś rodzic, i załatwił
dla nas ten komiśniak. To była ohydna rzecz, w takich sowieckich,
pancernych puszkach. Nie chciałbym tego więcej jeść.
Robert Makłowicz
Utarło się uważać go za wybornego kucharza. Ale smakuje najlepiej jako
kulinarny gawędziarz. W jego żyłach miksuje się krew polska, ukraińska,
ormiańska, węgierska i austriacka. Zmacerowany aromatem monarchii
Habsburgów (nie mylić z hamburgerem). Mentalnie rozwałkowany między
Krakowem, Wiedniem i domem w Chorwacji. Przez prawie dwie dekady pichcił
w TVP na wycieczkach kulinarnych. Zagotował się, gdy jego kuchenny anons
wykorzystano do promocji całej stacji. Dziś żyje z reklamy - "Takie ceny
nawet Roberta Makłowicza sprowadzą na ziemię" - i potraw w słoikach,
które produkuje wraz z synami. Internet kipi od sympatycznych memów z Makłowiczem. Piosenka Być jak Makłowicz
("Dorzuca się mieloną wołowinę / Dusi się, dusi się / Wszystko razem z winem") podbijała listę przebojów.
Rozdział 3
Starszy marynarz Leszek Miller, rocznik 1946, kategoria A
Mundur marynarski na Mazowszu robił piorunujące wrażenie. Napis "Okręty
Podwodne" na czapce marynarskiej młodego Leszka Millera wprawiał
dziewczyny w zachwyt. Jak to się stało, że szczur lądowy z Żyrardowa
trafił do Marynarki Wojennej? I to w dodatku na łódź podwodną! Były
premier Leszek Miller opowiedział mi swoją podwodniacką historię.
Przed spotkaniem w Sejmie zastrzegł, że będzie to poważna rozmowa. Bo
starszy marynarz Leszek Miller w latach 1967-1969 służył w poważnym
wojsku. Wszystko wzięło się z młodzieńczej fascynacji.
Dwudziestoletniego Leszka, prostego chłopaka z Żyrardowa, syna krawca i szwaczki, pociągało morze. - Pochłaniałem książki o sławnych żeglarzach
i podróżnikach. Pasjonowała mnie historia wojen morskich i polskiej
marynarki wojennej. Próbowałem nawet dostać się do Wyższej Szkoły
Marynarki Wojennej w Gdyni, ale mnie nie przyjęto. Zabrakło mi jakichś
tam punktów - wspomina Leszek Miller.
Zacumował jako robotnik
Zamiast wypłynąć na szerokie wody, zacumował jako robotnik w Zakładach
Przemysłu Lniarskiego. Ale miał plan awaryjny. Wiedział, że prędzej czy
później ojczyzna ludowa sama o niego się upomni. I wtedy niedoszły
marynarz przypomni władzy o swoim pragnieniu. Czekał na tę chwilę
cierpliwie.
- Nie pchałem się do wojska, nie poszedłem na ochotnika. Spokojnie
czekałem na powołanie. To był normalny pobór, troszkę opóźniony z uwagi
na moją sytuację rodzinną. Postanowiłem, że jak stanę przed komisją
poborową, powiem, że chętnie przyjąłbym skierowanie do Marynarki
Wojennej. I tak zrobiłem, a komisja to zaakceptowała.
Komisja poborowa była w PRL-u wojskowym "sądem ostatecznym" dla
chłopców, którzy dopiero co weszli w dorosłość. Powszechnemu obowiązkowi
wojskowemu podlegali mężczyźni w wieku od osiemnastu do pięćdziesięciu
lat. Oznaczało to, że wraz z osiągnięciem pełnoletności każdy młodzian
stawał się potencjalną własnością wojska.
Wyrocznią była komisja składająca się najczęściej z lekarza, oficera
Wojskowej Komendy Uzupełnień i pielęgniarki. Stawało się przed komisją w samych majtkach albo na golasa. Komisja mogła uznać, że konieczne jest
badanie jąder, odbytu lub prostaty. Takie badanie nie zawsze odbywało
się za parawanem.
Komisja decydowała, kto jest, a kto nie jest zdolny do służby. Każdemu
przydzielała jedną z czterech kategorii: A - zdolny do czynnej służby
wojskowej (od 1979 roku z grupami A1, A2, A3), B - czasowo niezdolny do
czynnej służby wojskowej, C - zdolny do służby wojskowej z ograniczeniem
(do 1979 roku), D - niezdolny do czynnej służby wojskowej w czasie
pokoju, E - trwale i całkowicie niezdolny do czynnej służby wojskowej
zarówno w czasie pokoju, jak i mobilizacji lub wojny. Kategoria
wpisywana była do książeczki wojskowej, którą otrzymywał każdy poborowy.
Tak jest dziś. Obecnie, mimo zniesienia zasadniczej służby
wojskowej, czyli tej z przymusu, każdy dziewiętnastolatek podlega
obowiązkowej kwalifikacji wojskowej. Armia rejestruje też dziewczyny.
Ale tylko te, które zdobywają wykształcenie medyczne, albo już mają taki
zawód.
Ułatwieniem dla Leszka Millera było to, że miał w ręku poszukiwany w wojsku fach. Był technikiem elektroenergetykiem. Młodzieńcy z takim
wykształceniem często lądowali w lotnictwie albo właśnie w marynarce
wojennej. W ten sposób młody Leszek trafił z Żyrardowa do Ustki. Ale nie
od razu wypłynął na szerokie wody.
Wyszkolony na elektryka
- Przez pierwsze dwa miesiące po przyjeździe do Centrum Szkolenia
Marynarki Wojennej w Ustce miałem tak zwane przeszkolenie stacjonarne.
Uczyliśmy się rzemiosła charakterystycznego bardziej dla piechurów niż
dla marynarzy. Czyli jak posługiwać się bronią, maszerować, kopać okopy.
Poznawaliśmy też zasady musztry.
Musztra - mozolne ćwiczenia, które uczą żołnierzy, jak przyjmować
postawę zasadniczą (baczność!) i swobodną (spocznij!). Musztra określa
też precyzyjnie jak oddawać honory, poruszać się z bronią i bez niej,
formować szyki. Rozróżnia się musztrę indywidualną i zespołową - pieszą
albo z wozami bojowymi. Regulamin musztry Sił Zbrojnych Polskiej
Rzeczypospolitej Ludowej: "Karabin leży na ramieniu równolegle do rzędu
guzików, a kolba dotyka lekko lewej ładownicy. Lewa ręka przylega do
tułowia. Do nogi - BROŃ. Na tę komendę żołnierz bierze karabin do nogi
na trzy tempa".
- Pamiętam, że nasz drużynowy był ze Śląska i strasznie mnie
rozśmieszał. Mówił gwarą śląską, na przykład wydawał rozkaz: "Pod ta
hora koksu biegiem marsza!". To był bardzo sympatyczny chłopak. Byłem w dobrej sytuacji, bo w mojej drużynie znalazło się nas trzech chłopaków z Żyrardowa. To wspólne pochodzenie sprawiało, że nie czuliśmy się
osamotnieni. Zwłaszcza na początku, kiedy wszystko było nowe, a ludzie
zupełnie nieznani. Trzymaliśmy się razem i łatwiej było nam znieść
początkowe problemy - kontynuuje Leszek Miller.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki