Idący na śmierć. Gladiatorzy w starożytnym Rzymie - Harry Sidebottom

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Dwadzieścia cztery godziny w Koloseum

Gla­dia­tor szuka rad w pia­sku areny. Powie­trze prze­sy­cają wonie sza­franu, wina i kwia­tów, nie­mal cał­ko­wi­cie tłu­miąc odór stło­czo­nych ciał, świeżo prze­la­nej krwi i ostry zapach jego potu i stra­chu. Patrz tylko na ostrze! Ode­pchnij od sie­bie wszystko inne: ryk trąb, świst wod­nych orga­nów. Nie zwa­żaj na dwóch sędziów w bieli, cesa­rza w jego loży ani tłum odgro­dzony siat­kami i stromą ścianą zwień­czoną rol­kami. Patrz tylko na ostrze. Gla­dia­tor jest zdany na sie­bie. Szuka rad w pia­sku areny1.

Dio­do­rus przyj­muje pierw­szą pozy­cję: lewa stopa z przodu, ciało na pół obró­cone, pod­bró­dek ukryty za kra­wę­dzią tar­czy, miecz nisko, przy boku. Stoi pew­nie, gotowy. Jego świat skur­czył się do wąskiego paska widocz­nego przez wizjer hełmu. Liczą się tylko czło­wiek, z któ­rym za chwilę sto­czy walkę, i dzie­ląca ich odro­bina pia­sku.

Tchórz, zanim umrze, kona wiele razy, walecz­nych jedna tylko śmierć spo­tyka1. Dio­do­rus wypada w przód. Zna­la­zł­szy się w zasięgu mie­cza, odcho­dzi w prawo i wyko­nuje pchnię­cie w udo. Prze­ciw­nik odpiera cios tar­czą i wypro­wa­dza pchnię­cie z góry, mie­rząc w głowę. Dio­do­rus zbyt wolno unosi tar­czę. Ostrze ześli­zguje się w bok po heł­mie. Ude­rze­nie nie jest silne, ale w zamknię­tej prze­strzeni cięż­kiego hełmu rezo­nuje gło­śnym dźwię­kiem. Wytrą­ceni z rów­no­wagi wal­czący odstę­pują od sie­bie.

Dio­do­rus dosko­nale zna swego prze­ciw­nika. Pocho­dzą z tej samej szkoły. Wspól­nie miesz­kają, piją i jedzą, cha­dzają do tych samych kar­czem i lupa­na­rów. Iden­tycz­nie uzbro­jeni - hełm, napier­śnik w kształ­cie pół­księ­życa zakry­wa­jący górną część klatki pier­sio­wej, osłona pra­wego ramie­nia, sze­roki pas, wysoki nago­len­nik na lewej nodze, pro­sto­kątna tar­cza i krótki miecz - obaj są gla­dia­to­rami zwa­nymi pro­vo­ca­to­res. Razem tre­nują. Nic dziw­nego, że nagły atak nie zasko­czył Deme­triusa.

Deme­trius przej­muje ini­cja­tywę. Pod­cho­dzi ostroż­nie, zwód w lewo, cios w prawo. Dio­do­rus kontr­uje tar­czą. Gładko wcho­dzą w rytm znany z tre­nin­gów: atak, ripo­sta, powrót do pozy­cji. Deme­trius nie chce zabić Dio­do­rusa, a Dio­do­rus nie pra­gnie śmierci Deme­triusa. W walce gla­dia­to­rów liczą się umie­jęt­no­ści, odwaga i wytrzy­ma­łość, nie zabi­ja­nie. Mimo to wypadki się zda­rzają, czło­wiek może stra­cić pano­wa­nie nad sobą, a osta­teczną instan­cją jest wola tłumu i orga­ni­za­tora igrzysk.

Dio­do­rus dyszy, w zamknię­tym heł­mie jego oddech jest gorący i wil­gotny. Lewa ręka drży pod cię­ża­rem tar­czy. Ręko­jeść mie­cza śli­zga się w dłoni. Czas stra­cił wszel­kie zna­cze­nie. Cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność, ale walki ni­gdy nie trwają długo. Obaj męż­czyźni jak na komendę wyco­fują się poza zasięg broni. Krążą na pia­sku, wypa­tru­jąc luki w obro­nie - wystar­czy fał­szywy krok, błąd lub potknię­cie.

W walce "do unie­sie­nia palca", czyli do pod­da­nia, orga­ni­za­tor igrzysk zwy­kle pozo­sta­wia decy­zję tłu­mowi: życie albo śmierć. Trzeba umi­zgi­wać się do "osta­tecz­nej instan­cji", sze­ro­kiej publiki. Deme­trius wykrzy­kuje wyświech­tane prze­chwałki i obe­lgi. Zasłona hełmu tłumi jego głos. Dio­do­rus zado­wala się kil­koma wymyśl­nymi mach­nię­ciami mie­czem. Obaj są wete­ra­nami; robili to już wie­lo­krot­nie.

Czas koń­czyć walkę. Deme­trius robi szybki wypad, posłu­gu­jąc się tar­czą jak tara­nem. Dio­do­rus tylko cze­kał na ulu­biony ruch przy­ja­ciela. Wyko­nuje unik i kra­wę­dzią tar­czy ude­rza w wizjer hełmu prze­ciw­nika. Deme­trius wali się ciężko na zie­mię, tar­cza i miecz wypa­dają mu z rąk. Nie mogąc zła­pać tchu, ściąga hełm z głowy i unosi prawą rękę w geście pod­da­nia.

To koniec. Dio­do­rus odrzuca wła­sną tar­czę i hełm, pod­nosi miecz Deme­triusa. Czuje, jak opusz­czają go siły. Trzy­ma­jąc mie­cze w obu dło­niach, zmie­rza po gałązkę pal­mową prze­zna­czoną dla zwy­cięzcy. Zdez­o­rien­to­wany tłum ryczy. Ludzie są zasko­czeni i wście­kli. Dio­do­rus się odwraca. Summa rudis, główny arbi­ter, podaje Deme­triu­sowi hełm. Zdra­dziecki drań nie godzi się na pod­da­nie walki. Naka­zuje, aby Dio­do­rus zwró­cił Deme­triu­sowi jego miecz. Walka będzie toczyć się dalej.

Gla­dia­tor jest cen­tralną posta­cią naszego współ­cze­snego wyobra­że­nia sta­ro­żyt­nego Rzymu - posta­cią kło­po­tliwą, bo zara­zem odstrę­cza i fascy­nuje. W swo­ich cza­sach rów­nież budził nie­jed­no­znaczne uczu­cia, na prze­mian oczer­niany i uwiel­biany, stale jed­nak był w samym sercu rzym­skiej kul­tury. Jeśli powró­cimy do sta­ro­żyt­nych źró­deł, kie­ru­jąc się naj­now­szymi bada­niami nauko­wymi, zaczniemy rozu­mieć gla­dia­to­rów w ich wła­snym kon­tek­ście.

Po raz pierw­szy gla­dia­to­rzy poja­wili się w Rzy­mie w III wieku p.n.e. Naj­star­sza odno­to­wana walka odbyła się w 264 roku p.n.e. W prze­ci­wień­stwie do wyści­gów rydwa­nów star­cia gla­dia­to­rów nie były ele­men­tem uro­czy­sto­ści pań­stwo­wych. Orga­ni­zo­wano je pry­wat­nie z oka­zji pogrze­bów człon­ków rodów sena­tor­skich. Nosiły nazwę munera, od munus, "dar" - praw­do­po­dob­nie dla cieni zmar­łych, a z całą pew­no­ścią dla widzów2. Gla­dia­to­rzy stali się klu­czo­wym ele­men­tem poli­tyki. W koń­co­wym okre­sie Repu­bliki (cała Repu­blika: 509-31 p.n.e.) przy­chyl­ność wybor­ców z warstw niż­szych dla sena­to­rów orga­ni­zu­ją­cych zma­ga­nia gla­dia­to­rów dopro­wa­dziła do wzro­stu zarówno czę­sto­tli­wo­ści walk, jak i liczby ich uczest­ni­ków.

Po pię­ciu stu­le­ciach repu­bli­kań­skich rzą­dów Okta­wian August (wł. 31 p.n.e.-14 n.e.) przy­wró­cił monar­chię i odtąd cesa­rze orga­ni­zo­wali coraz to wymyśl­niej­sze i więk­sze wido­wi­ska. Zastą­pili oni tra­dy­cyjne elity jako główni patroni miej­skiego plebsu, a moż­li­wo­ści sena­to­rów w zakre­sie urzą­dza­nia igrzysk w sto­licy zostały poważ­nie ogra­ni­czone. Mimo to w pierw­szych dwóch wie­kach naszej ery pokazy walk gla­dia­to­rów oraz amfi­te­atry, w któ­rych je (na Zacho­dzie) orga­ni­zo­wano, roz­po­wszech­niły się w całym impe­rium. W ten publiczny i sza­le­nie kosz­towny spo­sób pro­win­cjo­nalne elity oznaj­miały swoje przy­wią­za­nie do rzym­skich zwy­cza­jów, do roma­ni­tas.

Wbrew temu, co więk­szość nas oglą­dała w hol­ly­wo­odz­kich fil­mach, walki gla­dia­to­rów nie koń­czyły się rze­zią. Ich uczest­nicy mieli spore szanse na prze­ży­cie. Ryzyko śmierci w poje­dynku wyno­siło praw­do­po­dob­nie tylko jeden do ośmiu. Gla­dia­to­rzy wal­czyli jedy­nie raz lub dwa razy w roku, a ich kariera na are­nie trwała naj­wy­żej trzy lata. Zwy­cię­stwa wią­zały się z nagro­dami finan­so­wymi, co tłu­ma­czy, dla­czego ludzie wolni zgła­szali się, by wal­czyć.

Igrzy­ska gla­dia­to­rów zawsze miały to samo uza­sad­nie­nie - przy­go­to­wy­wały do wojny. Skoro nawet gla­dia­to­rzy wyka­zy­wali się sta­lo­wym har­tem ducha, o ileż wię­cej oka­za­liby go w bitwie przy­glą­da­jący się im rzym­scy oby­wa­tele? Mimo że zawo­dowa armia sta­cjo­no­wała na odle­głych rubie­żach, a dla więk­szo­ści cywi­lów wojna była zale­d­wie mgli­stą per­spek­tywą, star­cia gla­dia­to­rów ucie­le­śniały vir­tus, odwagę, klu­czowy ele­ment rzym­skiej toż­sa­mo­ści. Gla­dia­to­rzy prze­trwali około sied­miu­set lat. Kres igrzy­skom w poło­wie V wieku n.e. poło­żyła dopiero chry­stia­ni­za­cja elit, która zmie­niła dotych­cza­sowe rozu­mie­nie hoj­no­ści klas wyż­szych wobec niż­szych.

Gla­dia­to­rzy byli ser­cem rzym­skiej kul­tury, sta­łym ele­men­tem ludz­kich marzeń i snów. Wielcy filo­zo­fo­wie wska­zy­wali ich jako wzory do naśla­do­wa­nia, cho­ciaż wywo­dzili się z naj­niż­szych warstw spo­łe­czeń­stwa. Gla­dia­to­rzy ucho­dzili za sym­bol seksu, i to mimo nad­wagi, zepsu­tych zębów, nie­świe­żego odde­chu i ciał zmie­nio­nych, a nie­kiedy wręcz zde­for­mo­wa­nych na sku­tek walki i cięż­kich, regu­lar­nych tre­nin­gów.

Ta książka powstała z inspi­ra­cji genial­nym Upad­kiem Robe­spierre'a. Ostat­nimi 24 godzi­nami Ter­roru Colina Jonesa, obaj się­gnę­li­śmy jed­nak po zupeł­nie inne metody i mate­riały. Jones wyko­rzy­stał setki, może nawet tysiące pre­cy­zyj­nie dato­wa­nych, nie­kiedy wręcz co do godziny, źró­deł histo­rycz­nych - dzien­ni­ków, listów, spra­woz­dań rzą­do­wych - aby skon­stru­ować szcze­gó­łowy opis jed­nej doby w Paryżu: 27 lipca 1794 roku lub 9 ther­mi­dora roku II wedle obo­wią­zu­ją­cego wów­czas fran­cu­skiego kalen­da­rza rewo­lu­cyj­nego3.

Ja zaś musia­łem zgro­ma­dzić mate­riały pocho­dzące z całego impe­rium rzym­skiego i z kilku stu­leci, aby odtwo­rzyć prze­bieg jed­nej doby pod­czas igrzysk gla­dia­to­rów. Przez wieki lite­ra­tura i sztuka eks­plo­ato­wały tę tema­tykę, a mimo to nie dys­po­nu­jemy żad­nym sta­ro­żyt­nym szcze­gó­ło­wym opi­sem dwu­dzie­stu czte­rech godzin w Kolo­seum ani w jakim­kol­wiek innym amfi­te­atrze. Z oka­zji otwar­cia Kolo­seum poeta łaciń­ski Mar­cja­lis napi­sał nie­wiel­kie dzieło Księga wido­wisk. Daw­niej sądzono, że kolej­ność zawar­tych w niej wier­szy odpo­wiada kolej­no­ści wyda­rzeń w cza­sie pierw­szych igrzysk urzą­dzo­nych tam przez cesa­rza Tytusa w czerwcu 80 roku. Poja­wił się jed­nak pro­blem: igrzy­ska Tytusa trwały ponad sto dni i obec­nie uważa się, że część utwo­rów powstała dla uczcze­nia ukoń­cze­nia budowy przez jego następcę Domi­cjana (wł. 81-96 n.e.). Treść i kolej­ność wier­szy odzwier­cie­dlają zain­te­re­so­wa­nia Mar­cja­lisa4.

Pła­sko­rzeźba z nekro­po­lii za Bramą Sta­biań­ską w Pom­pe­jach przed­sta­wia trzy fazy walk gla­dia­to­rów (ryc. 1)5. W gór­nym pasie widzimy pro­ce­sję (pompa). W cza­sach impe­rium rzym­skiego ist­niał osobny kwit­nący gatu­nek lite­ra­tury pięk­nej, zarówno w języku łaciń­skim, jak i grec­kim, a w jed­nej z łaciń­skich powie­ści pro­ce­sja otwiera wyda­rze­nia dnia6. Nie­które rzym­skie dzieła sztuki nar­ra­cyj­nej należy "czy­tać" od dołu do góry (oczy­wi­sty przy­kład to Kolumna Tra­jana), ale w tym przy­padku jest ina­czej. Czy­tana od góry, pła­sko­rzeźba z Pom­pe­jów przed­sta­wia kolejno pro­ce­sję, walkę gla­dia­to­rów i łowy na gru­bego zwie­rza. Wiemy wszakże, że cesarz Kom­mo­dus (naj­bar­dziej znany z filmu Gla­dia­tor Ridleya Scotta) dzi­kie zwie­rzęta zabi­jał rano, po połu­dniu zaś wal­czył jako gla­dia­tor - i taka kolej­ność wydaje się natu­ralna7. Naj­praw­do­po­dob­niej czło­wiek, który zamó­wił pła­sko­rzeźbę, aby unie­śmier­tel­nić zor­ga­ni­zo­wane przez sie­bie igrzy­ska, kazał umie­ścić gla­dia­to­rów w jej cen­trum i znacz­nie powięk­szyć ten pas reliefu, ponie­waż byli główną atrak­cją.

Cze­goś jed­nak bra­kuje. Z filo­zo­ficz­nej aneg­doty oraz jed­nego z powie­ścio­wych dia­lo­gów wia­domo, że w połu­dnie na igrzy­skach zwy­cza­jowo orga­ni­zo­wano zarówno nie­śmier­cio­no­śne roz­rywki, jak i egze­ku­cje8. Te ostat­nie czę­sto miały teatralny cha­rak­ter; ska­za­niec odgry­wał rolę z pogań­skiego mitu. Chrze­ści­ja­nie cały ten dzień postrze­gali przez pry­zmat połu­dnio­wych stra­ceń, ale znaczne zawy­ża­nie liczby męczen­ni­ków zawsze leżało w ich inte­re­sie. Więk­szość ofiar sta­no­wili pogań­scy prze­stępcy. Spon­sor pokazu w Pom­pe­jach albo zde­cy­do­wał się nie upa­mięt­nić egze­ku­cji, albo pro­gram ich nie zawie­rał.

Tak więc na typowe cało­dniowe wido­wi­sko w amfi­te­atrze skła­dały się otwie­ra­jąca je pro­ce­sja, poranne polo­wa­nie na dzi­kie zwie­rzęta, egze­ku­cje i inne roz­rywki w połu­dnie oraz popo­łu­dniowe walki gla­dia­to­rów. Powin­ni­śmy być jed­nak świa­domi dwóch rze­czy. Po pierw­sze, tylko jedno źró­dło, grecka nowela, podaje wszyst­kie te wyda­rze­nia we "wła­ści­wym" porządku9. Po dru­gie, pro­gram zawsze był ela­styczny. Na are­nie ceniono nowinki. Orga­ni­za­tor mógł wpro­wa­dzać ele­menty do igrzysk, usu­wać je lub dowol­nie nimi żon­glo­wać, i to nie tylko w ramach jed­nego dnia, lecz pod­czas kilku poka­zów. Wiemy, że w Lyonie (Lug­du­num), w zastęp­stwie walk gla­dia­to­rów, cały dzień poświę­cono róż­nym pomy­sło­wym egze­ku­cjom chrze­ści­jan10.

Nasz dzień jest zatem skła­danką11. Pod pew­nymi wzglę­dami Rzy­mia­nie liczyli czas tak jak my, zda­rzały się jed­nak róż­nice. Dzie­lili dzień na dwa­dzie­ścia cztery godziny, ale dłu­gość każ­dej z nich zmie­niała się w zależ­no­ści od pory roku. Ze względu na trud­ność w osią­gnię­ciu pre­cy­zji pomia­rów więk­szość miesz­kań­ców impe­rium korzy­stała z mniej dokład­nych miar czasu i to wła­śnie nimi się posłu­żymy - od vesper (wie­czora) przez cztery "warty" (vigi­lia) w nocy, a następ­nie w świe­tle dzien­nym od con­ti­ci­nium (przed świ­tem) aż do kolej­nego wie­czora po igrzy­skach.

Dwa­dzie­ścia cztery godziny igrzysk w amfi­te­atrze ukażą nam świat i świa­to­po­gląd Rzy­mian na wiele wyjąt­ko­wych, wni­kli­wych i czę­sto zaska­ku­ją­cych spo­so­bów. To dosko­nałe narzę­dzie do pozna­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści i men­tal­no­ści, które ukształ­to­wały ich postawy wobec wol­no­ści i nie­wol­nic­twa, diety i syl­wetki, pry­wat­no­ści i hazardu, seksu i pożą­da­nia, snu i snów, roz­pa­czy i samo­bój­stwa, muzyki i per­fum, czło­wieka i bogów, sta­tusu i honoru, zwie­rząt i świata przy­rody, zbrodni i kary, pogan i chrze­ści­jan, Gre­ków i Rzy­mian, cywi­li­za­cji i bar­ba­rzyń­stwa, odwagi i tchó­rzo­stwa, cnoty i występku, filo­zo­fii i bólu, impe­rium i prze­szło­ści, cesa­rza i jego pod­da­nych, ran i medy­cyny, nadziei i astro­lo­gii oraz śmierci i życia poza­gro­bo­wego. Ujaw­nia wszystko, co miało zna­cze­nie w sta­ro­żyt­no­ści, a czę­sto ma je do dzi­siaj. Jedna noc i jeden dzień patrze­nia na świat oczami gla­dia­tora zmie­niają to, jak myślimy o sta­ro­żyt­nych Rzy­mianach i o sobie samych.

Ale dość już obiet­nic. Naj­wyż­szy czas zacząć - od wie­czora przed igrzy­skami, "ostat­niej wie­cze­rzy" gla­dia­to­rów.

Wil­liam Sha­ke­spe­are, Żywot i śmierć Juliu­sza Cezara [w:] Tra­ge­die, t. 1, przeł. Maciej Słom­czyń­ski, Kra­ków 2004, s. 260. [wróć]

1

Vesper

(wieczór)

Męż­czyźni, któ­rzy zasia­dają za suto zasta­wio­nymi sto­łami, mają potężne, obfite ciel­ska - jakże różne od wychu­dzo­nych syl­we­tek obser­wu­ją­cych ich widzów. Skórę ucztu­ją­cych pokry­wają bli­zny pozo­sta­wione przez ostrze mie­cza i ude­rze­nia bicza, na kar­kach prężą się sploty mię­śni, twa­rze są pobruż­dżone i zro­go­wa­ciałe od heł­mów. Ciała nie­któ­rych są nie­mal zde­for­mo­wane, ramiona róż­nią się dłu­go­ścią. Czujne oczy śle­dzą ich nie­ustan­nie. Niektó­rzy śmieją się i żar­tują, pro­wa­dząc bez­tro­skie roz­mowy, inni spo­koj­nie porząd­kują swoje sprawy finan­sowe, wielu sie­dzi w mil­cze­niu - są bla­dzi, spo­tniali, nie­zdolni prze­łknąć kęsa. Są i tacy, któ­rzy nie wyle­wają za koł­nierz. Do jutra o tej samej porze zapewne co ósmy z nich zgi­nie gwał­towną śmier­cią. Nikt jed­nak nie wie który. Oto cena libera, ostat­nia wie­cze­rza gla­dia­to­rów, obser­wo­wana przez publicz­ność wpusz­czoną do koszar.

Cena libera

Cena libera, rodzaj publicz­nego posiłku gla­dia­to­rów, sta­no­wiła dziwny rytuał: chu­dzi przy­glą­dali się ucztu­ją­cym gru­ba­som. Podob­nie jak więk­sza część histo­rii sta­ro­żyt­no­ści - oraz har­mo­no­gram samych igrzysk - zwy­czaj ten wyma­gał sta­ran­nej rekon­struk­cji z roz­pro­szo­nych okru­chów wie­dzy: zda­nia z łaciń­skiej powie­ści12, przy­kła­do­wej wzmianki w grec­kim dziele filo­zo­ficz­nym13, frag­men­tów chrze­ści­jań­skich mate­ria­łów pro­pa­gan­do­wych14 czy humo­ry­stycz­nej mozaiki15. Zro­dził też liczne pyta­nia: o dietę i syl­wetkę, pry­wat­ność i posiłki, odwagę i hańbę, przy­czyny tego dziw­nego zwy­czaju, powody zain­te­re­so­wa­nia widzów czy o to, jak otyli męż­czyźni zostali gla­dia­to­rami. Cena libera to pierw­sze okno pozwa­la­jące nam wej­rzeć w umy­sły Rzy­mian16.

Dieta i sylwetka

Codzienna dieta wymi­ze­ro­wa­nych widzów skła­dała się z roślin17. Nie miało to nic wspól­nego z naszą współ­cze­sną tro­ską o zdro­wie, moral­ność czy prawa zwie­rząt, nie mówiąc o rato­wa­niu pla­nety. W sta­ro­żyt­no­ści nie­wielu świa­do­mie wybie­rało wege­ta­ria­nizm. Sta­no­wił on raczej domenę eks­cen­trycz­nych filo­zo­fów, takich jak cała mena­że­ria szar­la­ta­nów i cza­row­ni­ków uwa­ża­ją­cych się za uczniów Pita­go­rasa. Dla pita­go­rej­czy­ków wege­ta­ria­nizm wią­zał się z wędrówką dusz (trans­mi­gra­cją)18. Wyni­kał z nie­od­łącz­nej obawy przed spo­ży­ciem wła­snych zmar­łych rodzi­ców. W mło­do­ści Seneka Młod­szy flir­to­wał prze­lot­nie z pita­go­re­izmem i nie jadł mięsa, dopóki nie napro­sto­wał go ojciec: wege­ta­ria­nizm był nie­rzym­ski i mógł spro­wa­dzić oskar­że­nia o przy­na­leż­ność do jed­nego z wąt­pli­wych, jeśli nie nie­le­gal­nych kul­tów wschod­nich z ich dzi­wacz­nymi ogra­ni­cze­niami die­te­tycz­nymi19.

U ludzi, któ­rzy przy­glą­dali się gla­dia­to­rom, wege­ta­ria­nizm wyni­kał z biedy. W ich cza­sach pira­mida spo­łeczna była rów­nie stroma jak w każ­dym nowo­cze­snym kraju roz­wi­ja­ją­cego się świata20. Elity (nie wię­cej niż dzie­sięć pro­cent popu­la­cji) cie­szyły się zamoż­no­ścią, a nie­kiedy bogac­twem, które dziś nazwa­li­by­śmy bajecz­nym. Przy­gnia­ta­jąca więk­szość ludzi balan­so­wała jed­nak na skraju nędzy. Plebs, nazy­wany rów­nież hoi pol­loi (odpo­wied­nio w łaci­nie i grece - przy czym w ustach elit oba te ter­miny miały pogar­dliwy wydźwięk i zwy­kle towa­rzy­szyły im takie przy­miot­niki, jak "brudny" albo "zabo­bonny"), żywił się tak zwaną triadą śród­ziem­no­mor­ską, czyli psze­nicą, oliw­kami i wino­gro­nami. Jadano też warzywa - głów­nie fasolę i inne rośliny strącz­kowe - ale nie prze­biły się one do powszech­nego rozu­mie­nia "triady". Obec­nie, tak nie­stru­dze­nie zachwa­lana w kolo­ro­wych dodat­kach do gazet dla zamoż­nej klasy śred­niej, triada śród­ziem­no­mor­ska sta­nowi dietę ogra­ni­czoną i powta­rzalną. Oka­zją do zje­dze­nia pie­czo­nego mięsa, z któ­rej plebs skwa­pli­wie korzy­stał, były ofiary ze zwie­rząt skła­dane pod­czas uro­czy­sto­ści reli­gij­nych21. Filo­zof i mora­li­sta Plu­tarch czuł się w obo­wiązku przy­po­mnieć, że uro­czy­sto­ści te przy­no­szą więk­szą radość tym, któ­rzy uczest­ni­czą w nich ze szcze­rych pobu­dek reli­gij­nych.

Gla­dia­to­rzy rów­nież zazwy­czaj mieli dietę wege­ta­riań­ską, ale wyglą­dała ona ina­czej. Pli­niusz Star­szy wspo­mina, że nazy­wano ich "zja­da­czami jęcz­mie­nia" (hor­de­arii), ponie­waż głów­nym skład­ni­kiem ich posił­ków była potrawka czy też zupa z fasoli i jęcz­mie­nia22. W armii rzym­skiej jęcz­mień koja­rzył się z karą23. Pli­niusz dodaje, że uży­wano go głów­nie jako paszy dla zwie­rząt. Gla­dia­to­rzy pochła­niali ogromne ilo­ści jedze­nia. Darem­nie pró­bu­jąc pod­nieść lojal­ność swo­ich żoł­nie­rzy, cesarz Wite­liusz zwięk­szył ich racje żyw­no­ściowe, skła­da­jące się głów­nie z psze­nicy, i popra­wił ich jakość, aby ilo­ścią odpo­wia­dały tym, które otrzy­my­wali gla­dia­to­rzy24. Jeden z człon­ków elit napi­sał, że gla­dia­to­rzy byli wypchani jedze­niem, co miało być nawet gor­sze od głodu25. Słowo, któ­rego użył - sagina, "utu­czeni" - bar­dziej odpo­wiada kar­mie­niu zwie­rząt. Jak zoba­czymy, elity czę­sto przy­rów­ny­wały gla­dia­to­rów, a w każ­dym razie ich więk­szość, do bestii. Fak­tem jest jed­nak, że przed­sta­wi­ciele elit na ogół dopa­try­wali się "bestial­stwa" u wszyst­kich poza sobą, a więc zarówno u plebsu, jak i u bar­ba­rzyń­ców.

Gla­dia­to­rzy nie tylko ina­czej się odży­wiali, lecz także dla wzmoc­nie­nia kości pili spe­cjalną mik­sturę z popiołu (ze spa­la­nia drewna lub kości) roz­pro­wa­dzo­nego w roz­cień­czo­nym winie26. Tuż obok sta­ro­żyt­nego grec­kiego Efezu (obec­nie Tur­cja) arche­olo­dzy odsło­nili cmen­tarz gla­dia­to­rów. Zawie­rał on szczątki co naj­mniej sześć­dzie­się­ciu sied­miu męż­czyzn i jed­nej kobiety (będziemy czę­sto powra­cać do tego waż­nego miej­sca). Ana­liza naukowa wyka­zała, że kości nie­któ­rych męż­czyzn odzna­czały się wyjąt­kowo wysoką zawar­to­ścią wap­nia27.

Gla­dia­to­rzy zostali "utu­czeni" jęcz­mienną potrawką (bar­dzo łatwo przy­jąć postawę człon­ków sta­ro­żyt­nych elit jako auto­rów wszyst­kich zna­nych nam tek­stów lite­rac­kich). Ci, któ­rych uwiecz­niono na moza­ice z Bor­ghese (nazwa wzięła się od nazwi­ska wła­ści­cieli posia­dło­ści na obrze­żach Rzymu, w któ­rej zna­le­ziono sie­dem jej paneli), istot­nie wyglą­dają na cięż­kich (ryc. 2)28. Dla­czego ich pokaźne roz­miary uwa­żano za pożą­dane? Wedle Cypriana z Kar­ta­giny, sta­ro­żyt­nego biskupa chrze­ści­jań­skiego i prze­ciw­nika walk: "Igrzy­ska gla­dia­to­rów przy­go­to­wuje się, aby nacie­szyć krwią pożą­dli­wość okrut­nych oczu. Ciało karmi się moc­niej­szym jadłem, a silne członki wzbo­gaca o krzep­kość i mię­śnie, aby nie­szczę­śnik utu­czony przed kaź­nią zgi­nął cięż­szą śmier­cią"29. W prze­ło­że­niu na współ­cze­sną ter­mi­no­lo­gię gla­dia­to­rzy potrze­bo­wali moc­nej budowy ciała, umoż­li­wia­ją­cej krót­kie zrywy inten­syw­nej, peł­nej prze­mocy aktyw­no­ści fizycz­nej, a bogata w węglo­wo­dany dieta pro­wa­dziła do powsta­nia gru­bej war­stwy tłusz­czu, który chro­nił klu­czowe narządy. Dzięki temu, pomimo obfi­tego krwa­wie­nia, zada­wane im rany nie unie­moż­li­wiały kon­ty­nu­owa­nia walki. Otyli gla­dia­to­rzy zapew­niali lep­sze wido­wi­sko.

Dania i biesiadnicy

Cena libera dosłow­nie zna­czy "dar­mowa wie­cze­rza", praw­do­po­dob­nie jed­nak wszyst­kie posiłki, jakie otrzy­my­wali gla­dia­to­rzy, były bez­płatne30. Libera może rów­nież zna­czyć "nie­ogra­ni­czony", ale tak naprawdę ni­gdy nie cho­dziło o ilość. Naj­le­piej więc będzie, jeśli w prze­kła­dzie sku­pimy się na "swo­bo­dzie", zarówno w odnie­sie­niu do rodzaju, jak i jako­ści poży­wie­nia. Rzym­skim odpo­wied­ni­kiem angiel­skiego słowa man­spla­ining, ozna­cza­ją­cego nużąco dro­bia­zgowe opi­sy­wa­nie rze­czy oczy­wi­stych, było powie­dze­nie "od jajka do jabłek"1. Uro­czy­ste wie­cze­rze rzym­skie, podob­nie jak we współ­cze­snych Wło­szech, na ogół skła­dały się z trzech dań. Zwy­kle zaczy­nano od jaj, czę­sto na twardo, koń­czono zaś jabł­kami, świe­żymi lub suszo­nymi, zależ­nie od sezonu. Zamiesz­ku­jący impe­rium Grecy zacho­wali zwy­czaj dzie­le­nia posiłku na sitos, to jest pod­stawę (nie­mal zawsze chleb), i opson, tłu­ma­czone nie­kiedy jako "deli­ka­tes", ale w rze­czy­wi­sto­ści miesz­czące w sobie wszystko inne: mięso, ryby, sosy, cia­sta i wszel­kie przy­smaki. Plu­tarch opo­wiada, że gla­dia­to­rom, któ­rzy mieli wejść na arenę, poda­wano sze­reg wykwint­nych potraw. Miej­sce gęstego gula­szu i taniego cien­ku­sza o smaku żwiru zaj­mo­wało mięso i inne cymesy obfi­cie popi­jane wybor­nym winem. Wymi­ze­ro­wana widow­nia obser­wu­jąca tę bie­siadę nie­wąt­pli­wie musiała odczu­wać zazdrość i głód.

Kto jesz­cze oprócz gla­dia­to­rów uczest­ni­czył w cena libera? W Apo­lo­ge­tyku, obro­nie chrze­ści­jań­skiego stylu życia, Ter­tu­lian pisze, że pod­czas pogań­skich Libe­ra­liów nie będzie uczto­wał publicz­nie, jak to jest w zwy­czaju wal­czą­cych z bestiami, kiedy ci nie­szczę­śnicy spo­ży­wają swój ostatni posi­łek. Używa tutaj słowa bestia­rii31. Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, byli to ludzie opie­ku­jący się zwie­rzę­tami wyko­rzy­sty­wa­nymi pod­czas wystę­pów i egze­ku­cji, nie vena­to­res, któ­rzy wal­czyli z tymi zwie­rzę­tami na are­nie. Obie te role nakła­dały się jed­nak i czę­sto były mylone. Z cza­sem ter­min bestia­rii roz­cią­gnięto na ska­zań­ców, któ­rych zabi­jano, wypusz­cza­jąc na nich dzi­kie zwie­rzęta. Nic zatem dziw­nego, że chrze­ści­ja­nie, wystę­pu­jący na are­nie wyłącz­nie w roli ofiar, mieli ten­den­cję do postrze­ga­nia całego wido­wi­ska przez pry­zmat połu­dnio­wych egze­ku­cji. W innym swoim dziele, O wido­wi­skach, Ter­tu­lian łączy lwa z igrzy­skami gla­dia­to­rów (munera), podob­nie jak konia z wyści­gami rydwa­nów w Cir­cus Maxi­mus, siłę fizyczną z lek­ko­atle­tyką i sło­dycz głosu z teatrem32. Nie trzeba doda­wać, że jako chrze­ści­jań­ski mora­li­sta zde­cy­do­wa­nie sprze­ci­wia się wszyst­kim czte­rem.

Nie­któ­rzy współ­cze­śni bada­cze33 obok gla­dia­to­rów, vena­to­res i bestia­rii zali­czają do bie­siad­ni­ków ocze­ku­ją­cych na egze­ku­cję ska­zań­ców, powo­łu­jąc się na Męczeń­stwo Per­pe­tuy i Feli­cyty34. To ważny tekst, zawie­ra­jący wiele cen­nych spo­strze­żeń, lecz przy tym skom­pli­ko­wany. Opo­wiada o ostat­nich dniach sze­ściorga chrze­ści­jań­skich męczen­ni­ków (czte­rech męż­czyzn i tytu­ło­wych dwóch mło­dych kobiet) w Kar­ta­gi­nie w Afryce Pół­noc­nej wio­sną 203 roku n.e. Utwór podzie­lony jest pomię­dzy trzy głosy: nie­znany z imie­nia nar­ra­tor, praw­do­po­dob­nie współ­cze­sny ofia­rom, przy­ta­cza słowa rze­komo wypo­wie­dziane przez dwoje spo­śród zabi­tych: przy­wódcę grupy Satura i Per­pe­tuę, główną boha­terkę żeń­ską. Dzi­siejsi czy­tel­nicy chęt­nie ufają opo­wie­ści o Per­pe­tui. Kobiecy głos ze sta­ro­żyt­no­ści to praw­dziwa rzad­kość. Nikt za to, jak się wydaje, nie przej­muje się auten­tycz­no­ścią słów Satura. Męczeń­stwo, nie­za­leż­nie od liczby jego auto­rów, jest jaw­nym ele­men­tem chrze­ści­jań­skiej pro­pa­gandy reli­gij­nej: oto dzieją się cuda rów­nie dobre jak w prze­szło­ści, jeśli nie lep­sze. Śmier­cią męczeń­ską giną teraz nawet wraż­liwe młode kobiety, co skła­nia licz­nych pogan do nawró­ce­nia. Tak naprawdę doty­czy to tylko nie­któ­rych pogan. Lite­ra­tura mar­ty­ro­lo­giczna potrze­buje ryczą­cych tłu­mów. Gdyby wszy­scy się nawró­cili, boska intryga zała­ma­łaby się z braku męczen­ni­ków.

Ano­ni­mowy nar­ra­tor twier­dzi, że męczen­nicy prze­kształ­cają swoją cena libera w agape, chrze­ści­jań­ską "ucztę miło­ści" opartą na ostat­niej wie­cze­rzy Jezusa i jego uczniów. Pod­czas agape chrze­ści­ja­nie sie­dzieli zamiast pół­le­żeć35. Poka­zuje to, że ska­zani mogli liczyć na cena libera przy­naj­mniej w lite­ra­tu­rze, jeśli nie­ko­niecz­nie w rze­czy­wi­sto­ści. Nie­roz­sąd­nie jest jed­nak uogól­niać na pod­sta­wie tego jed­nego dowodu. We wcze­śniej­szym roz­dziale nar­ra­tor wło­żył Per­pe­tui w usta mocne argu­menty, które pozwo­liły jej uzy­skać ten przy­wi­lej od dowo­dzą­cego rzym­skiego ofi­cera: "Dla­czego nie pozwa­lasz korzy­stać z wytchnie­nia nam, naj­zna­mie­nit­szym, bo cesar­skim więź­niom, któ­rzy mamy wal­czyć w dniu jego uro­dzin? Czyż nie tobie przy­pi­sze się zasługę, gdy poja­wimy się na are­nie w dobrej kon­dy­cji?"2. Domnie­mana groźba podzia­łała - "ofi­cer zrazu zatrząsł się i zaczer­wie­nił"3 - ska­zańcy otrzy­mali przy­wi­lej. Jest mało praw­do­po­dobne, aby zwy­cza­jowo trak­to­wano w ten spo­sób ska­za­nych - chrze­ści­jan i innych - na śmierć za sprawą bestii lub pło­mieni.

Pochodzenie

Gla­dia­to­rzy, któ­rzy pili słod­kie wino i spo­ży­wali wyborne mięso, musieli zacho­dzić w głowę, jak zna­leźli się na cena libera. Jak zosta­wało się gla­dia­to­rem? Jakie było ich pocho­dze­nie?

Wielu było bar­ba­rzyń­cami wzię­tymi do nie­woli po zwy­cię­skich kam­pa­niach Rzymu. W 70 roku n.e., po zdła­wie­niu powsta­nia żydow­skiego i znisz­cze­niu Jero­zo­limy, syn nowego cesa­rza Wespa­zjana wyma­sze­ro­wał do Ceza­rei Fili­po­wej, "gdzie zaba­wił czas pewien, różne urzą­dza­jąc igrzy­ska, na któ­rych wielu pogi­nęło jeń­ców, bo albo ich rzu­cano na pożar­cie dzi­kim zwie­rzę­tom, albo zmu­szano całymi gro­ma­dami do sta­cza­nia ze sobą walk"4. Stam­tąd Tytus wyru­szył do innej Ceza­rei - Nad­mor­skiej - i tam świę­to­wał uro­dziny brata, "na któ­rego cześć kazał stra­cić wielu jeń­ców żydow­skich. Pogi­nęli w wal­kach ze zwie­rzę­tami, na sto­sach, w zapa­sach, a liczba ich wyno­siła prze­szło 2500. Ale choć Żydzi na ten i na tysią­czny inny spo­sób w mękach ginęli, Rzy­mia­nom wciąż się zda­wało, że jesz­cze nie zostali dosta­tecz­nie uka­rani"536. W następ­nym mie­ście, Bery­cie, świę­to­wał uro­dziny ojca, "urzą­dza­jąc nader kosz­towne igrzy­ska i rozw?ając nie­sły­chany prze­pych. I tu znowu [...] zgi­nęła ogromna ilość żydow­skich jeń­ców". Tytus "kolejno odwie­dzał mia­sta syryj­skie, wszę­dzie wspa­niałe urzą­dza­jąc igrzy­ska, na któ­rych jeńcy żydow­scy ginąć musieli na znak, że zostali poko­nani". Pomimo wysta­wie­nia dużej liczby jeń­ców na are­nach w pro­win­cjach i wysła­nia innych do cięż­kiej pracy w Egip­cie pozo­stały tysiące - "naj­ro­ślej­szych i naj­do­rod­niej­szych" - któ­rzy mieli ozdo­bić try­umf w Rzy­mie, po czym wal­czyć w nowo otwar­tym Kolo­seum.

Im więk­sza liczba jeń­ców i bar­dziej zróż­ni­co­wane ich pocho­dze­nie, tym lepiej. Zda­rza się, że szcze­gó­łowe opisy sta­ro­żyt­nej lite­ra­tury bele­try­stycz­nej jasno przed­sta­wiają war­to­ści kul­tury rzym­skiej. Pomy­ślana jako cykl bio­gra­fii cesa­rzy roz­wle­kła łaciń­ska powieść histo­ryczna, napi­sana około 400 roku i znana histo­ry­kom pod tytu­łem Histo­ria Augu­sta, głosi, że cesarz Pro­bus (wł. 276-282 n.e.) wysta­wił na pokaz "trzy­sta par gla­dia­to­rów, wśród któ­rych do walki sta­nęło wielu Ble­miów [z Sudanu], któ­rych powie­dziono w jego try­um­fie, oprócz tego liczni Ger­ma­nie i Sar­maci [ple­mię koczow­ni­cze z Wiel­kiej Niziny Węgier­skiej], a nawet pewna liczba roz­bój­ni­ków izau­ryj­skich [z Azji Mniej­szej]". W świe­cie opi­sa­nym w tym tek­ście wyda­rze­nia z cza­sów Pro­busa zde­cy­do­wa­nie przy­ćmił try­umf i zor­ga­ni­zo­wane po nim igrzy­ska cesa­rza Aure­liana (wł. 270-275 n.e.), w któ­rych uczest­ni­czyło 800 par gla­dia­to­rów, a także wzięci do nie­woli Ble­mio­wie, Aksu­mici (z Abi­sy­nii), Ara­bo­wie, Hin­dusi, Bak­tro­wie (z Afga­ni­stanu), Ibe­ro­wie (z Gru­zji), Sara­ceni, Per­so­wie, Goci, Ała­no­wie (koczow­nicy ze ste­pów), Rok­so­la­no­wie (koczow­nicy z tere­nów po pół­noc­nej stro­nie Dunaju), Sar­maci, Fran­ko­wie, Swe­bo­wie (z gór­nego biegu Renu i Dunaju), Wan­da­lo­wie, Ger­ma­nie, Pal­mir­czycy (z Syrii) i Egip­cja­nie. Dla uroz­ma­ice­nia pośród Gotów zna­la­zło się dzie­sięć uzbro­jo­nych kobiet, "które, jak gło­siło ogło­sze­nie, pocho­dziły z rasy Ama­zo­nek"37.

Spar­ta­kus był żoł­nie­rzem rzym­skich sił pomoc­ni­czych, dezer­te­rem i roz­bój­ni­kiem. Zanim ska­zano go na arenę, wznie­cił wiel­kie powsta­nie nie­wol­ni­ków, które prze­to­czyło się przez Ita­lię w latach 73-71 p.n.e. Na igrzy­skach pogrze­bo­wych ku czci swo­ich pole­głych towa­rzy­szy roz­ka­zał trzy­stu rzym­skim jeń­com wal­czyć tak jak gla­dia­to­rzy38. Około 117 roku n.e. w Cyre­nie w Afryce Pół­noc­nej żydow­scy powstańcy, obok wielu innych zbrodni, takich jak kani­ba­lizm czy wyko­ny­wa­nie pasów z ludz­kich wnętrz­no­ści, zostali oskar­żeni o rzu­ca­nie jeń­ców dzi­kim zwie­rzę­tom lub zmu­sza­nie ich do walk gla­dia­tor­skich. W oczach Rzy­mian taka zamiana ról była strasz­li­wym upo­ko­rze­niem, które - para­dok­sal­nie - świad­czyło o cał­ko­wi­tym odczło­wie­cze­niu ich wroga39.

Po bitwie pod Kan­nami (216 rok p.n.e.) Han­ni­bal rze­komo zmu­sił sena­to­rów i innych wybit­nych jeń­ców rzym­skich do walki mię­dzy sobą. Z typo­wym dla rzym­skiej wizji Kar­ta­giń­czy­ków okru­cień­stwem wysta­wiał ojców prze­ciw synom, a braci prze­ciwko bra­ciom. W innej wer­sji opo­wie­ści Han­ni­bal obie­cał wol­ność Rzy­mia­ni­nowi, który miał się zmie­rzyć ze sło­niem. Gdy męż­czy­zna nie­ocze­ki­wa­nie wygrał, Han­ni­bal z cha­rak­te­ry­styczną dla Kar­ta­giń­czy­ków obłudą (fides punica -wier­ność punicka - w języku łaciń­skim ozna­czała coś zupeł­nie prze­ciw­nego) posłał za uwol­nio­nym zwy­cięzcą jeźdź­ców, aby go zabili. Oba źró­dła tych histo­rii spi­sano długo po wyda­rze­niach, do któ­rych się odno­szą40. Ponie­waż we wcze­śniej­szych i bar­dziej wia­ry­god­nych Dzie­jach Poli­biu­sza nie znaj­du­jemy niczego podob­nego, naj­praw­do­po­dob­niej wię­cej mówią one o men­tal­no­ści Rzy­mian niż o rze­czy­wi­sto­ści. Spar­ta­kus i Żydzi oczy­wi­ście znali rzym­skie oby­czaje od pod­szewki, zaska­ku­jące jest jed­nak to, że poza wyima­gi­no­wa­nymi okru­cień­stwami Han­ni­bala nie sły­szymy o żad­nych wro­gach zewnętrz­nych, demo­ni­zo­wa­nych bar­ba­rzyń­cach u gra­nic, któ­rzy zwró­ci­liby ten potężny sym­bol prze­ciwko samemu Rzy­mowi41.

Tylko raz, w następ­stwie wojny domo­wej pomię­dzy Juliu­szem Ceza­rem a Pom­pe­ju­szem Wiel­kim w latach czter­dzie­stych I wieku p.n.e., poja­wiła się wzmianka o Rzy­mia­ni­nie, który posłał poko­na­nego rodaka na arenę. Azy­niusz Pol­lion, namiest­nik Hisz­pa­nii Dal­szej, w liście do Cyce­rona zade­nun­cjo­wał wła­snego kwe­stora (zastępcę odpo­wie­dzial­nego za sprawy finan­sowe). Oskar­żony o ucieczkę ze skrzy­nią z żoł­dem i ska­zy­wa­nie rzym­skich oby­wa­teli na śmierć z wyko­rzy­sta­niem zwie­rząt Kor­ne­liusz Bal­bus miał rów­nież zmu­sić wete­rana Fadiu­sza, który słu­żył pod Pom­pe­ju­szem, do walki na are­nie. Fadiusz prze­trwał dwa poje­dynki, zapewne zwy­cię­skie, ponie­waż dal­sze wypadki wska­zują, że nie mógłby liczyć na łaskę. Nie otrzy­maw­szy wyna­gro­dze­nia, nie zgo­dził się zło­żyć przy­sięgi, by wstą­pić w sze­regi zawo­do­wych gla­dia­to­rów, i oddał się pod opiekę ludu6. Wście­kły Bal­bus roz­ka­zał zamknąć go ("spa­lo­nego do połowy") w szkole gla­dia­to­rów. Gdy wywle­kano Fadiu­sza, z widowni pole­ciały kamie­nie. Bal­bus rzu­cił prze­ciwko tłu­mowi oddział galij­skich jeźdź­ców. Osta­tecz­nie naka­zał spa­lić żyw­cem nie­szczę­snego wete­rana. Postawa Bal­busa była ade­kwatna do jego dzia­łań: "gdy to czy­niono, prze­cha­dzał się po obie­dzie boso, z nie­opa­saną tuniką i dłońmi za ple­cami, a w odpo­wie­dzi na woła­nie nie­szczę­snego: "Jestem z uro­dze­nia oby­wa­te­lem Rzymu", odrzekł: "Idź zatem i odwo­łaj się do ludu""42.

Innym rezer­wu­arem gla­dia­to­rów byli prze­stępcy ska­zani za naj­ohyd­niej­sze zbrod­nie43. Boha­ter jed­nej z fik­cyj­nych mów sądo­wych, które powstały jako mate­riał dydak­tyczny łaciń­skiej sztuki ora­tor­skiej, oznaj­mia, że w kosza­rach gla­dia­to­rów prze­by­wał z męż­czy­znami ska­za­nymi za świę­to­kradz­two, pod­pa­le­nie i zabój­stwo. Grecka powieść Żywot Apol­lo­niosa z Tyany Fla­wiu­sza Filo­stra­tosa (napi­sana w III wieku n.e., ale doty­cząca wyda­rzeń o dwa wieki wcze­śniej­szych), która opo­wiada o Ate­nach pod pano­wa­niem rzym­skim, wpro­wa­dza kilka dodat­ko­wych kate­go­rii: "cudzo­łoż­nicy i męskie pro­sty­tutki, i wła­my­wa­cze, i kie­szon­kowcy, i pory­wa­cze, i inni podobni ludzie". Nie spo­sób pre­cy­zyj­nie okre­ślić, jakie zbrod­nie pod­le­gały tej karze. Tek­sty prawne, które dotrwały do naszych cza­sów, spi­sano w póź­nej sta­ro­żyt­no­ści, za pano­wa­nia Justy­niana (527-565 n.e.), gdy od dawna nie orga­ni­zo­wano już walk gla­dia­to­rów, i przy­wo­łu­jąc wcze­śniej­sze źró­dła, prze­waż­nie pomi­jają one tę insty­tu­cję44. Wedle wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa sędzio­wie orze­kali wyroki z pewną dozą swo­body i zależ­nie od wła­snego uzna­nia. Frag­ment z Filo­stra­tosa suge­ruje być może nie­jed­no­li­tość prawa w obrę­bie impe­rium; każde mia­sto mogło karać areną za inne zbrod­nie.

Podob­nie jak w przy­padku jeń­ców wojen­nych, liczba prze­stęp­ców wahała się w zależ­no­ści od czasu i miej­sca45. Nie­kiedy podaż prze­wyż­szała popyt. Pli­niusz Młod­szy, któ­rego cesarz Tra­jan posłał do Azji Mniej­szej w cha­rak­te­rze namiest­nika pro­win­cji Bity­nii i Pontu (ok. 110-112 n.e.), ze zdzi­wie­niem odkrył, że męż­czyźni ska­zani na arenę zostali - jako nie­wol­nicy będący wła­sno­ścią pań­stwa - skie­ro­wani do sto­sun­kowo lek­kiej pracy, za którą otrzy­my­wali roczne wyna­gro­dze­nie. Pod­czas docho­dze­nia nie zna­lazł satys­fak­cjo­nu­ją­cego powodu, który wyja­śniałby, dla­czego oszczę­dzono im pier­wot­nego wyroku. Pli­niusz zwró­cił się zatem do Tra­jana o radę. Cesarz odpo­wie­dział, że ludzi, któ­rzy zostali ska­zani w ciągu dzie­się­ciu minio­nych lat, należy ode­słać na arenę, ci zaś, któ­rzy są już w pode­szłym wieku, a ich pro­ces odbył się daw­niej niż przed dekadą, powinni zostać "skie­ro­wani do pracy zbli­żo­nej do kar­nych robót, czysz­cze­nia łaźni publicz­nych i kana­łów ście­ko­wych, naprawy ulic i dróg". Wydaje się, że popyt zazwy­czaj prze­kra­czał podaż. Cesa­rze Sep­ty­miusz Sewer (wł. 193-211 n.e.) i Kara­kalla (wł. 211-217 n.e.) zabro­nili prze­no­sić więź­niów ska­za­nych na arenę z jed­nej pro­win­cji do dru­giej bez cesar­skiego zezwo­le­nia. Zamiast tego sil­nych i zdol­nych miano wysy­łać na wido­wi­ska do Rzymu.

Ska­za­nie na walkę gla­dia­tor­ską (dam­na­tio ad gla­dium ludi) uwa­żano za karę łagod­niej­szą od zwy­kłej egze­ku­cji. Tę wyko­ny­wano poprzez ścię­cie w przy­padku oby­wa­teli rzym­skich oraz ukrzy­żo­wa­nie w przy­padku nie­wol­ni­ków. Tych, któ­rzy nie byli oby­wa­te­lami, karano na jeden z tych spo­so­bów aż do póź­nego impe­rium (po 212 roku n.e. wszy­scy otrzy­mali oby­wa­tel­stwo), kiedy to ścię­cie zare­zer­wo­wano dla elit, a krzyż dla pospól­stwa. Arena nie­wąt­pli­wie była karą o wiele mniej dotkliwą od walki ze zwie­rzę­tami, spa­le­nia na sto­sie czy pracy w kopal­niach (rodzaju doży­wo­cia, pod­czas któ­rego ska­zańcy pra­co­wali w strasz­nych warun­kach do śmierci). Jak zoba­czymy, gla­dia­tor miał przy­naj­mniej szansę na prze­ży­cie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Ten oso­bliwy wtręt autora wymaga wyja­śnie­nia. Po pierw­sze, słowo man­spla­ining odnosi się do pro­tek­cjo­nal­nego tłu­ma­cze­nia cze­goś kobie­cie przez męż­czy­znę. Po dru­gie, powie­dze­nie ab ovo usque ad mala pocho­dzi z Satyr Hora­cego i ozna­cza dosłow­nie "od przy­stawki do deseru", a meta­fo­rycz­nie - "od początku do końca". Stąd też skró­cona forma ab ovo na opi­sa­nie zabie­ra­nia się do cze­goś od początku (przyp. tłum.). [wróć]

Cytat za: Ewa Wip­szycka, Marek Sta­ro­wiey­ski, Męczen­nicy, t. IX, Kra­ków 1991, s. 244-268. [wróć]

Ibi­dem. [wróć]

Tu i dalej: Histo­ria Augu­sta [w:] Maria Cytow­ska, Hanna Sze­lest, Lite­ra­tura rzym­ska: okres cesar­stwa, War­szawa 1992. [wróć]

Tu i dalej: Józef Fla­wiusz, Dzieje wojny żydow­skiej prze­ciwko Rzy­mia­nom, przeł. Andrzej Nie­mo­jew­ski, Fun­da­cja Nowo­cze­sna Pol­ska, Wol­ne­Lek­tury.pl. [wróć]

Cho­dzi o moż­li­wość sko­rzy­sta­nia z prawa każ­dego oby­wa­tela do ochrony przed samo­wolą urzęd­nika, pro­vo­ca­tio ad popu­lum, czyli moż­li­wość odwo­ła­nia się od decy­zji urzęd­nika do zgro­ma­dze­nia ludo­wego (przyp. red. meryt.). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wzo­rem River Kings (2021), dosko­na­łej histo­rii wikin­gów pióra Cata Jar­mana, każdy roz­dział roz­po­czyna się od zapi­sa­nej kur­sywą wyima­gi­no­wa­nej rekon­struk­cji wyda­rzeń. Źró­dła uza­sad­nia­jące ich prze­bieg podane są w tek­ście głów­nym. Jeżeli ich nie ma, wska­zano je w niniej­szych przy­pi­sach. Opis poje­dynku gla­dia­to­rów został zaczerp­nięty z nagrobka omó­wio­nego w rozdz. 10, Umysł gla­dia­tora. Dio­do­rusa i Deme­triusa przed­sta­wi­łem jako człon­ków tej samej szkoły i przy­ja­ciół, a loka­li­za­cję prze­nio­słem z Ami­sus w Azji Mniej­szej do Kolo­seum w Rzy­mie; stąd wzmianka o loży cesa­rza. [wróć]

Defi­ni­cja munera: Dun­kle (2008), s. 6. [wróć]

Jones (2021), a także Crane (2015) na temat Water­loo oraz Wil­lis (2008), który kre­śli zło­żony obraz XVIII-wiecz­nej bitwy mor­skiej. Co cie­kawe, Jones (2021) na s. ix przy­znaje, że do "pod­nie­sie­nia poziomu trud­no­ści i zło­żo­no­ści" poza ogra­ni­cze­nia narzu­cane histo­ry­kowi przez mate­riał źró­dłowy zain­spi­ro­wali go dwaj fran­cu­scy powie­ścio­pi­sa­rze "two­rzący w ramach dobro­wol­nie przy­ję­tych ogra­ni­czeń for­mal­nych" (w ich wypadku bez uży­cia litery "e" i poprzez opi­sa­nie tego samego wyda­rze­nia z dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu per­spek­tyw w dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu sty­lach). Ja sam zasto­so­wa­łem już struk­turę dwu­dzie­stu czte­rech godzin w mojej powie­ści The Last Hour (2018). [wróć]

"[...] odpo­wia­dała kolej­no­ści wyda­rzeń w cza­sie": Cole­man (1993), s. 61; "Poja­wił się jed­nak pro­blem": Cole­man (2006), uwagi na temat Liber spect., 10. [wróć]

Poni­żej, rozdz. 7, Pro­ce­sja. [wróć]

Apul. Met. 17. [wróć]

Poni­żej, rozdz. 1, Hańba i elita. [wróć]

Sen. Ep. 7; "jed­nego z powie­ścio­wych dia­lo­gów": Petr. Sat. 9. [wróć]

Luc. Tox. 60; poni­żej, rozdz. 1, Pocho­dze­nie. [wróć]

Eus. HE 1.36 (Musu­rillo [1972], s. 72-73). [wróć]

Ville (1981), s. 129-173; Hop­kins i Beard (2005), s. 70-72, uwa­żają to za współ­cze­sną kon­struk­cję. [wróć]

Petro­nius, Saty­ri­con 26.7. [wróć]

Plu­tarch, Epi­cu­rus Makes a Ple­asant Life Impos­si­ble, mor. 1099B. [wróć]

The Pas­sion of Per­pe­tua and Feli­ci­tas 17 (Musu­rillo [1972], s. 124-125); Ter­tul­lian, Apo­logy 42.4. [wróć]

Mozaika z Al-Dżamm, Dun­ba­bin (1978), s. 78-85, ryc. 69; Tuck (2021), s. 535-536, ryc. 41.2. [wróć]

Wybrane współ­cze­sne próby odtwo­rze­nia: Ville (1981), s. 365-366; Futrell (2006), s. 86; Dun­kle (2008), s. 74-76. [wróć]

Dalby (2003), s. 340-341. [wróć]

F. Graf [w:] OCD (wyd. 4, Oxford 2012), s.v. Pytha­go­ras (1), Pytha­go­re­anism, s. 1245-1246. [wróć]

Seneca, Ep. 110.17-23. [wróć]

Alföldy (1985); Mac­Mul­len (1974). [wróć]

Plut. mor. 1099B. [wróć]

Curry (2008), s. 28-30; Pliny, NH 18.72. [wróć]

Polyb. 6.38. [wróć]

Suet., Vit. 12; Futrell (2006), s. 132. [wróć]

(Ps-)Quint. Major Dec­la­ma­tions 9.5.6. [wróć]

Pl. NH 36.203. [wróć]

Kanz, Gross­sch­midt (2009), s. 218. [wróć]

Mozaika z Bor­ghese: https://www.col­le­zio­ne­gal­le­ria­bor­ghese.it/en/opere/floor-mosaic-with-gla­dia­tors-and-hun­ters-4. [wróć]

Cyprian, Let­ter to Dona­tus, 7. [wróć]

Przy­stępne ogólne wpro­wa­dze­nie do posił­ków: Bals­don (1969), s. 32-53. [wróć]

Tert., Apol. 42.5. [wróć]

Tert., Spec. 2.1. [wróć]

Ville (1981), s. 363-364; Pot­ter (2010), s. 337. [wróć]

Poza prze­kła­dem Musu­rilla (1972) jest rów­nież dzieło Hef­fer­nana (2012), tekst opa­trzony komen­ta­rzem. Utwór ten stał się źró­dłem licz­nych publi­ka­cji nauko­wych, z któ­rych wybra­łem jedy­nie kilka. Shaw (1993) to praca kla­syczna; Hunink (2010) - typowy przy­kład dąże­nia do uzna­nia słów Per­pe­tuy za auten­tyczne; Vie­row (1999) i Rea (2016) szcze­gól­nie inspi­rują w uję­ciu tek­stu jako dzieła lite­rac­kiego. [wróć]

Tert., Apol. 39.16-19. [wróć]

Jos., JW 6.424; 7.37-40; 96. [wróć]

HA, Prob. 19.7-8; Aur. 33.4-34.2. [wróć]

Flo­rus 2.8.9; App. BC 1.14.117. [wróć]

CD 68.32.1-2. [wróć]

App. Han. 28; Pl. NH 8.7; cf. Polyb. 3.62-63 oraz Raw­lings (2007/9), s. 22-24. [wróć]

Dio­dor Sycy­lij­ski, 33.21a, infor­muje, że w 139 r. p.n.e. pod­czas pogrzebu Wiria­tusa, wodza luzy­tań­skiego, wal­czyło 200 par mono­ma­choi, nie wspo­mina jed­nak, aby byli to jeńcy wojenni; praw­do­po­dob­nie był to raczej rdzenny zwy­czaj cel­ty­be­ryj­ski ani­żeli naśla­dow­nic­two Rzymu, Wie­de­mann (1992), s. 42. [wróć]

Cic. Fam. 10.32. [wróć]

(Ps-)Quint. Major Dec­la­ma­tions 9.21.4; Phil. VA 4.22. [wróć]

Wie­de­mann (1992), s. 29, 105-106. [wróć]

Pl. Ep.10.31-32; Digest 48.19.31. [wróć]