4
2013 r.
Słoneczna sobota, dzień jak co dzień.
Za oknem pędzący ludzie, ćwierkające ptaki i miasto żyjące pełnią życia niczym betonowa dżungla.
Chłopcy zerwali się rano z łóżek. Wstali w dobrych humorach, wiedząc, że to dzień wolny od szkoły. W pędzie zakładali spodnie, bluzki, buty... który szybciej, który szybciej... Biegnąc korytarzem, jak zawsze ścigali się do łazienki. Pędzili, aby jak najszybciej się wyszykować i wyjść na miasto. Spieszyli się, tym bardziej że za oknem ujrzeli przepiękny i słoneczny poranek. Cały czas uśmiechali się i dogadywali jeden drugiemu:
- Dziś ja będę pierwszy na śniadaniu - rzucił Krystian.
- Nie, to ja zjem szybciej i będę mógł wyjść pierwszy! - krzyknął Jakub.
Zachowywali się jak prawdziwi bracia. Każdą chwilę spędzali razem, tryskając energią i miłością. Patrzenie na tę dwójkę dawało wszystkim wiele radości.
Chłopcy szybko zbiegli na dół i jak zawsze ustawili się pierwsi w kolejce po śniadanie. Tym razem wygrał Jakub, ale zerkając na Krystiana, powiedział:
- Bracie, stawaj przede mną i tak zjemy razem. - Klepnął go w ramię, szczerząc zęby.
Kucharka przywitała ich z uśmiechem, nucąc pod nosem jakąś melodię. Podobno była to piosenka, do której pierwszy raz zatańczyła z mężem na weselu. Ale to tylko takie domysły...
Po odebraniu śniadania Jakub i Krystian usiedli na swoich miejscach przy oknie, by móc obserwować, co się za nim dzieje. Byli bardzo podekscytowani; oj bardzo! A to dlatego, że w ten dzień mogli robić, co tylko zechcą.
Szybko zjedli śniadanie i odnieśli brudne talerze, po czym wybiegli ze stołówki, aby ubrać się do wyjścia. Cały czas pokrzykiwali z radości.
Niestety, młodzieńcy zupełnie nie spodziewali się, że ta sobota wcale nie będzie radosnym dniem...
Chwilę później chłopcy otworzyli z hukiem drzwi i wybiegli na zewnątrz, krzycząc tak głośno, że ludzie na ulicy oglądali się na nich z zaskoczeniem, ale i z uśmiechami. Jak w każdy wolny dzień Jakub i Krystian chcieli się wybrać na pobliski most, by podziwiać przepływające statki. Często oglądali, co jest na nich przewożone. Zazwyczaj były to zwykłe barki ze śmieciami, lecz oni cierpliwie czekali i zawsze potrafili wypatrzeć coś ciekawego. To było ich ulubione zajęcie. Siedząc na murku, rozmawiali godzinami.
Tego dnia było podobnie.
Pobiegli, ile sił w nogach, by zobaczyć ich ulubiony statek - piękny, duży, o nazwie "Dyana", który co sobotę wypływał w rejs.
Chłopcy zawsze stali i machali do ludzi znajdujących się na jego pokładzie. Siedzieli na moście, wpatrując w oddalającą się łajbę i marzyli o tym, że pewnego dnia i oni tak popłyną.
W pewnym momencie Krystian się podniósł, wdrapał na murek, stanął na krawędzi i zaczął krzyczeć, patrząc w dal:
- Boże, jak bardzo pragnę być już dorosły! Chcę już sam za siebie decydować; założyć rodzinę i być szczęśliwym!
Jakub patrzył na niego z uwagą, uśmiechając się lekko. Jednak po chwili zaczął uspokajać przyjaciela:
- Proszę cię, nie wygłupiaj się! Złaź z tego murku!
- No przestań, sztywniaku, boisz się, że spadnę? Aż taki strach cię obleciał? - Krystian chichotał złośliwie, nie przestając się wygłupiać: wychylał się i stawał na jednej nodze.
Jakubowi coraz mniej podobało się lekkomyślne zachowanie przyjaciela.
- Uspokój się! Przerażasz mnie! Nie wiem, co ci dziś odbiło?! Przestań! No przestań! Czy ty mnie w ogóle słuchasz? - krzyczał, patrząc z przerażeniem na kumpla. Obawiał się, że przez te wygłupy Krystian może spaść.
- Tak, słucham, ale daj już spokój! Co może mi się stać? Nie psuj mi zabawy! Śniło mi się, że będę miał wspaniałe życie: poznam piękną dziewczynę, ożenię się i założę rodzinę. Czy ty nie marzysz o czymś takim? - Krystian krzyczał z radości. Bardzo wierzył, że ten sen się ziści.
- Przestań, przecież dobrze wiesz, że też o tym marzę - odparł Jakub. - Ale uspokój się już i zejdź z tego murku - poprosił zatroskany.
Krystian roześmiał się i odpowiedział pokornie:
- No dobra, zaraz zejdę, tylko ostatni raz spojrzę na rzekę...
Chłopiec stanął na krawędzi, a gdy się obracał, poczuł, że coś się dzieje. Tracił stabilność. Cegła, która nie wytrzymała jego ciężaru, zaczęła się obsuwać.
- Nieeee... - krzyknął przerażony widokiem Jakub, ale nie zdążył chwycić przyjaciela, który momentalnie zniknął mu z oczu.
Krystian próbował złapać się krawędzi, lecz wszystko wydarzyło się zbyt szybko. Jakub podbiegł bliżej, wyciągając dłonie; niestety, za późno. Ujrzał tylko wielki rozbryzg wody. Krystian zniknął pod jej powierzchnią w ułamku sekundy.
Jakub czekał z nadzieją, że przyjaciel wypłynie... Czekał i płakał...
Nikt z przechodniów nie zauważył wypadku.
Jakub zaczął krzyczeć; rozglądał się i płakał coraz głośniej. W końcu zwrócił na siebie uwagę przechodniów, którzy dopytywali, co się stało. Nie był w stanie nic odpowiedzieć. Czuł, jakby ktoś zacisnął mu na gardle niewidzialną pętlę. Błagalnie wyciągnął dłonie do ludzi i padł na kolana, a potem zwinął się w kłębek i zamknął oczy.
Wydawałoby się, że minął kawał czasu, ale upłynęły zaledwie sekundy...
Po krótkiej chwili do roztrzęsionego Jakuba podbiegł policjant. Pochylił się nad nim i zapytał:
- Czemu płaczesz? Co się stało?
Chłopiec nie odpowiedział. Otworzył zapłakane oczy, spojrzał na funkcjonariusza i wskazał palcem miejsce, skąd spadł Krystian. Policjant poszedł na skraj mostu i dostrzegł, że krawędź się zarwała. Domyślił się, że wydarzyło się coś złego, lecz w tamtej chwili nie wiedział, co to dokładnie było. Zaczął wypytywać chłopca, gdzie mieszka.
Jakub nadal nie był w stanie nic powiedzieć, jakby ktoś mu uciął język.
Dopiero po paru głębokich oddechach zdołał wydusić z siebie adres.
Po kilku minutach znaleźli się w domu dziecka. Opiekunka dostrzegłszy Jakuba z policjantem, podbiegła do nich, krzycząc:
- Gdzie jest Krystian?! - Chwyciła Jakuba za ramię i przestraszona wpatrywała się w niego, czekając na odpowiedź.
Policjant, próbując ją uspokoić, zorientował się, że kobieta dopytuje o chłopca, który prawdopodobnie spadł z mostu. Doznał szoku, odkrywając czarny scenariusz. Musiał działać szybko.
- Aspirant Tobiasz Szpilka. Przepraszam, muszę lecieć! - rzucił w pośpiechu. - Wszystko pani wyjaśnię, ale nie w tej chwili! - dodał i wybiegł z budynku.
Jakub przytulił się do opiekunki, zanosząc się płaczem. Zapytany, co się stało, szlochał histerycznie i nie potrafił wydukać ani słowa.
Kobieta zaprowadziła go do pokoju.
Przygnębiony chłopiec usiadł przy oknie i wpatrywał się w nie bez słowa...
***
Mijały godziny...
Zapłakany Jakub nadal siedział na parapecie i nie chciał z nikim rozmawiać. Był nieobecny duchem. Zmartwieni opiekunowie próbowali coś z niego wyciągnąć, lecz na próżno. Zastanawiali się, dlaczego Krystian z nim nie wrócił. Pierwszy raz zdarzyło się, że się rozdzielili.
W pewnym momencie pod dom dziecka podjechał srebrny opel astra. Wysiedli z niego dwaj policjanci i skierowali się do budynku. Jakub poderwał się i szybko zbiegł na dół. Wyczekiwał, co powiedzą. Był roztrzęsiony; serce kołatało mu jak szalone, w gardle czuł ucisk, nie mógł swobodnie oddychać.
Gdy w drzwiach pojawili się mundurowi z ponurymi minami, w głowie chłopca zrodził się najgorszy scenariusz. Jakub od razu rozpoznał jednego z policjantów - grubszego i niezbyt zadbanego. Był to Tobiasz Szpilka, który odprowadził go do sierocińca. Drugi funkcjonariusz był jego przeciwieństwem: kilka lat młodszy, szczupły, przystojny, schludnie ubrany i pachnący perfumami.
- Nie żyje... - Grubemu policjantowi te słowa ledwo przeszły przez gardło.
Jakub nie dosłyszał. Serce waliło mu coraz mocniej, nogi się ugięły, a łzy poleciały strumieniem. Nie mógł ich powstrzymać...
- Co pan powiedział? - pytał przerażony.
- Nie żyje - powtórzył ten drugi głośniej i wyraźniej.
Jakub padł na kolana. Policjant podbiegł do niego, podniósł zrozpaczonego dzieciaka i wyprowadził na zewnątrz, żeby uspokoił się na świeżym powietrzu.
Personel sierocińca był wstrząśnięty. Szeptano, że to przez wygłupy chłopców doszło do wypadku; obwiniano Jakuba.
Załamany chłopak nawet się nie odezwał. Nie miał siły na nic, nie chciał już żyć. Stracił jedyną bliską osobę na tym świecie, którą traktował jak rodzinę.