Idąc w dobrą stronę - Paweł Młynarczyk

Kup ebooka

41.90 zł
33.52 zł (41,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

11 stycznia 1999 r.

Na porodówce nigdy nie bywa spokojnie. Nawet nocą. Korytarze przesiąknięte są wrzaskami i bólem...

Jakub urodził się tuż po północy.

Matką chłopca była młoda dziewczyna, którą pewnego dnia znaleziono siedzącą na chodniku. Na ręce miała ślad po zastrzyku, więc na pierwszy rzut oka wyglądała jak bezdomna ćpunka. Podkrążone, zapłakane oczy, zapadnięte policzki. Mizerna, jakby głodowała przez wiele miesięcy. Siedziała w pobrudzonym ubraniu, roztrzęsiona.

Miała siedemnaście lat, gdy uciekła z domu dziecka. Nie poradziła sobie ze strachem, który ją dopadł. Podobno mało mówiła i nieczęsto się uśmiechała, jakby ciągle o czymś rozmyślała i czegoś wyczekiwała... wystając w oknie, zerkając w niebo...

Nie znała rodziców. Od razu po narodzeniu została porzucona i oddana do domu dziecka.

Miała przy sobie tylko kartkę z imieniem Ewa i dopiskiem: "Pokochajcie, gdyż ja nie mogę".

***

DZIEWIĘĆ MIESIĘCY WCZEŚNIEJ

Jakiś tydzień przed siedemnastymi urodzinami Ewy do domu dziecka przybył nowy opiekun. Był wysoki, mierzył ponad metr dziewięćdziesiąt. Przystojny brunet, o nietypowej urodzie, nieco przypominał Indianina. Miał w sobie coś przerażającego - oczy, w których nie można było dostrzec żadnych emocji. Ani radości, ani smutku, a jedynie pustkę. Czarne, mroczne...

Wpatrywał się nimi w młodą dziewczynę z wielkim zainteresowaniem, wręcz obsesyjnie przeszywał ją wzrokiem. Starała się omijać go szerokim łukiem.

***

Ewa nie przejmowała się swoimi urodzinami. Dla niej był to zwykły dzień, więc robiła to, co zawsze. Wstała i pościeliła łóżko, zeszła na poranną zbiórkę, potem na śniadanie. Dostrzegła tam nowego opiekuna. Widziała, że siedzi przy stole z innymi wychowawcami i rozmawia.

Ewa usiadła z rówieśnikami, a on nie odrywał od niej wzroku. Wpatrywał się przenikliwie, obserwując każdy jej ruch, każde spojrzenie...

Dziewczyna czuła się przez to nieswojo. Miała wrażenie, że pan Adam czegoś od niej chce, lecz nie wiedziała czego. Momentami wydawało jej się, że już go gdzieś widziała, że zna skądś jego twarz, te oczy... Nie mogła sobie przypomnieć ani skojarzyć. Czuła tylko niepewność i strach, że nadejdzie coś okropnego, lecz nie wiedziała, co to będzie ani kiedy nastąpi.

Po śniadaniu jedna z opiekunek - pani Marta - poprosiła, by Ewa poszła do piwnicy po mydła. Nie zastanawiając się długo, dziewczyna wzięła klucz i ruszyła w stronę składziku. Idąc korytarzem, poczuła czyjąś obecność i zerknęła za siebie, ale nikogo nie spostrzegła.

Szybko dotarła na miejsce, otworzyła drzwi i próbowała włączyć światło, ale nie zadziałało. Poczuła dreszcze. Nadal miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje, że ktoś czai się w pobliżu, lecz w dalszym ciągu nikogo nie widziała. Rozejrzała się, ale miała za sobą jedynie pusty korytarz. Wszyscy powinni siedzieć w stołówce, więc pewnie to tylko jej fantazja - tak sobie wmawiała. Jeszcze raz spróbowała włączyć światło, lecz znowu się nie udało.

Ewa coraz bardziej się bała.

Gdy kolejny raz nacisnęła włącznik, stara jarzeniówka w końcu zaskoczyła.

Dziewczyna poczuła ulgę, że nie będzie musiała schodzić po ciemku i szukać mydła po omacku. Zerknęła na stare, drewniane, strome schody. Zaczęła ostrożnie schodzić. Nie wiedziała dokładnie, gdzie znajdują się pudełka, których szukała. Podeszła do pierwszej szafki, jaką dostrzegła i zaczęła sprawdzać w szufladach, ale nie znalazła tam mydeł. Odwróciła się i podeszła do kolejnej szafki...

Nagle światło zgasło.

Dziewczyna nie mogła ruszyć się z przerażenia. Na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Nie potrafiła pozbierać myśli.

W piwnicy znajdowało się tylko małe okienko, przez które wpadała niewielka ilość światła, dlatego nie widziała zbyt wiele.

Nagle z kąta dobiegło popiskiwanie szczurów, podjadających stare ziemniaki z worków.

W piwnicy było coś jeszcze... i to nie były szczury...

Ogarnięta paniką Ewa próbowała wyswobodzić się ze stuporu. Jednak strach, który dopadł jej zmysły, sparaliżował także ciało. Nawet oddychanie wydawało się utrudnione. Nogi jakby przyrosły do podłogi, a z oczu zaczęły płynąć łzy.

Minęło kilka chwil. Nagle usłyszała coś na schodach. Kroki...

- Jest tam kto? - zapytała niepewnie. Nikt nie odpowiedział.

Usłyszała kolejne stąpnięcie, pod którym schody aż zatrzeszczały.

- Kto tam? - ponownie rzuciła pytanie. Nadal cisza... Nikt się nie odzywał.

Próbowała ruszyć się z miejsca. Przestraszona powoli przysunęła się do ściany. Policzki miała mokre od łez. Nie wiedziała, co zrobić. Ledwo mogła złapać oddech. Serce waliło tak mocno, jakby miało przebić jej klatkę.

Znowu kroki...

Usłyszała, że ktoś znalazł się już na dole, ale było tak ciemno, że wszystko rozmywało się w mroku. Cisza, pustka i towarzyszący jej strach...

Ewa próbowała wytężyć zmysły, jednak niczego nie usłyszała ani nie zobaczyła. Nawet szczury gdzieś zniknęły. Słychać było tylko wiatr, wpadający przez szparę w oknie. Jego chłód otaczał ciało przerażonej dziewczyny.

W zapadłej nagle ciszy słyszała jedynie swój oddech...

Nagle z mroku wyłoniła się czyjaś dłoń. Ktoś rzucił dziewczynę na podłogę jak szmacianą lalkę. Spanikowana nie wiedziała, jak się bronić. Nie była w stanie wykrztusić ani jednego słowa. W ciemności niczego nie widziała. Słyszała jedynie czyjś oddech... Dyszenie przybliżało się coraz bardziej. Silna dłoń napastnika złapała Ewę za gardło i mocnym szarpnięciem docisnęła dziewczynę do podłogi. Wtedy poczuła szorstkość drugiej ręki, która przesuwała się po jej nodze... Zaczęła się rzucać, próbując stawiać opór. Starała się trafić napastnika w twarz, lecz nic sobie nie robił z jej uderzeń. Sapał, nie reagując na zachowanie Ewy. Wsunął dłoń pod jej sukienkę i powędrował w stronę majtek...

Panika i strach sięgnęły zenitu...

Chcąc uwolnić się z mocnego uścisku, Ewa przegarniała brudy na podłodze, szukając czegokolwiek, co mogłoby jej pomóc w walce...

Napastnik przygniatał ją swoim ciężarem. Wąchał jej szyję i z podniecenia sapał. Dziewczyna szamotała się i kręciła głową na boki, uciekając od oddechu śmierdzącego petami z popielniczki. Udało jej się wymacać jakieś szkło, chyba rozbitą butelkę. Złapała ją mocno, nie bacząc, że kaleczy własną rękę i zaatakowała napastnika. Czuła, że kilkukrotnie trafia oprawcę w twarz i ciało. Zaskoczony mężczyzna nie zdołał się obronić; krew bryzgała na wszystkie strony. Gdy upadł, światło wpadające przez niewielkie piwniczne okienko, oświetliło jego twarz.

Ewa podniosła się. Przetarła twarz z łez i krwi i spojrzała na podłogę. Rozpoznała nowego opiekuna. Leżał na podłodze. Nie ruszał się. Z jego szyi, niczym z dziurawego węża ogrodowego, tryskała krew. Miał pociętą twarz i pokaleczone dłonie, którymi zasłaniał się przed jej ciosami...

Ewa pochyliła się nad nim.

W jego oczach dostrzegła przerażenie.

Szarpnęła go za rękę i krzyknęła tak przeraźliwie, że echo poniosło jej głos po korytarzach sierocińca.

- Błagam, nie umieraj! Proszę, nie chciałam... Proszę, nieeee... Nie odchodź! - Spanikowana podniosła się i ruszyła w stronę schodów. Upuściła zakrwawiony kawałek butelki. Ogarnęła ją panika, ruszyła biegiem na górę i skierowała się do drzwi wejściowych.

Nagle na jej drodze pojawiła się pani Marta, która niespodziewanie wyszła ze stołówki. Ewa wpadła na nią. Zdziwiona opiekunka popatrzyła na zakrwawione ręce dziewczyny.

- Co się stało, kochanie? Co to za krew? Czemu się trzęsiesz? Nic ci nie jest? - dopytywała przerażona.

Ewa powoli uniosła głowę. Zapłakanymi, zielonymi oczami popatrzyła na panią Martę, ale nie była w stanie nic wykrztusić. Opiekunka potrząsnęła dziewczyną, próbując wyciągnąć z niej jakąś informację. Bez skutku.

Wtedy pani Marta zauważyła otwarte drzwi od piwnicy i zapytała:

- Czy to tam coś się stało?

Ewa nic nie odpowiedziała. Wyrwała się opiekunce i wybiegła z sierocińca. Nie odwracała się ani nie zastanawiała się, dokąd ma pójść. Chciała tylko uciec jak najdalej.

Pani Marta patrzyła, jak podopieczna opuszcza budynek, ale nie próbowała biec za nią. Za bardzo interesowało ją to, co stało się na dole, dlatego czym prędzej pospieszyła do piwnicy. Otworzyła szerzej drzwi i sięgnęła do włącznika. Stare jarzeniówki nie zaświeciły się za pierwszym razem, dopiero za drugim. Kobieta ostrożnie ruszyła po skrzypiących, starych schodach, przytrzymując się poręczy. Dotarłszy na dół, zauważyła kogoś leżącego na podłodze. Postać oświetlały migające żarówki, ale nie widziała twarzy. Założyła okulary, by lepiej się przyjrzeć i dopiero wtedy rozpoznała pana Adama, zakrwawionego i okaleczonego. Przy jego ciele leżały fragmenty potłuczonej butelki. Zauważyła jeszcze, że mężczyzna trzymał coś w dłoni. Podeszła bliżej i pochyliła się nad nim. Dostrzegła, że są to majtki. Domyśliła się, że należą do Ewy, która prawdopodobnie popełniła tu zbrodnię w samoobronie...

2

1998 r.

Z chwilą opuszczenia domu dziecka w życiu Ewy wszystko się zmieniło. Dziewczyna nie wiedziała, co robić, dokąd iść, bała się wszystkiego. Była przerażona. Biegła przed siebie. Jej serce uderzało jak szalone. Myślała, że zaraz umrze. Tysiące myśli przychodziło jej do głowy... Co zrobi? Co powie? Co będzie dalej? Ze strachu nie przestawała biec.

Po pewnym czasie opadła z sił. Musiała się zatrzymać. Próbując wyregulować oddech, rozglądała się dookoła. Znalazła się przy starej, opuszczonej fabryce broni; już od kilkudziesięciu lat nikt tam nie pracował. Od zakończenia drugiej wojny światowej przeprowadzono tu wiele modernizacji i prób przebranżowienia, ale i tak z biegiem czasu została zamknięta. Mieściło się tam kilka hal produkcyjnych i opuszczonych biur.

Ewa stanęła przed bramą i zauważywszy dziurę w siatce, wsunęła się przez nią na teren fabryki. Ostrożnie skierowała się w stronę budynku, który wyglądał na biurowiec. Podeszła do drzwi i szarpnęła za klamkę. Były zamknięte. Obeszła budynek dookoła. Zauważyła wybitą szybę w jednym z okien na parterze. Wdrapała się po stojącym obok śmietniku i weszła do środka. W pokoju po lewej niczego specjalnego nie dostrzegła - tylko puste biurko i jakieś stare wykresy. Po prawej znajdowała się duża sala wyglądająca na konferencyjną. Walały się tam zniszczone krzesła, porozrzucane papiery, gazety i inne szpargały.

Na końcu sali zauważyła wyjście na korytarz. Tam się skierowała. Dostrzegła zamknięte drzwi, dwa kolejne puste pomieszczenia oraz schody. Weszła na piętro. Znajdowało się tam kilka pokoi, podobnych do tych na dole. W jednym z nich stało stare łóżko wojskowe i leżała apteczka. Obok mieściła się kuchnia oraz wejście do toalety. Może nie był to raj na ziemi, lecz Ewa postanowiła tam zostać i trochę odpocząć. Położyła się na brudnym materacu. Zamknęła oczy. Ciągle widziała twarz napastnika, trzęsła się z zimna i próbowała przestać choć na chwilę myśleć o tym, co się wydarzyło.

Ściemniło się. Dziewczyna zapadła w drzemkę, ale nie spała spokojnie. Przyśniło się jej wydarzenie sprzed kilku godzin. Nie było jednak identyczne jak na jawie:

Ewa stała nad napastnikiem i patrzyła na niego.

Promienie słońca wpadały przez okienko piwniczne, rozjaśniając pomieszczenie. Rażący blask nie pozwalał jej patrzeć w stronę okna, lecz coś ją skłoniło, by podejść bliżej. Ostrożnie zbliżyła się do mężczyzny. Usłyszała szmer...

Zrobiła kolejny, niepewny krok.

Znowu usłyszała ten szmer... Był cichy i niewyraźny; przeszył ją nieprzyjemny dreszcz. Po kilku kolejnych krokach usłyszała szept. Wytężyła słuch. Próbowała rozszyfrować słowa.

Dookoła panowała cisza. Była tylko ona i tajemniczy głos, brzmiący ciepło, ale niewyraźnie:

- Jes... bez... nieee...

Dopiero po chwili usłyszała pełne zdanie:

- Jesteś bezpieczna, nie bój się, moje dziecko.

W tym momencie Ewa poczuła, że ktoś łapie ją za rękę.

- Ten z busa! Ten z busa! - krzyknęła w panice.

Obudziła się przestraszona i otworzyła powieki; ledwo co widziała.

Przetarła zaspane oczy i dostrzegła jakiegoś starca. Miał gęstą brodę, zniszczone ubranie i czapkę ze znaczkiem znanej drużyny koszykarskiej.

Mężczyzna, trzymając ją za rękę, przemówił ciepłym głosem:

- Skąd się tu wzięłaś, dziecino? Czemu jesteś zakrwawiona? Dlaczego nie śpisz w domu?

Tak wiele pytań, a na żadne nie chciała odpowiedzieć. Przeszywał ją strach. Nie wiedziała, kim jest człowiek, który nad nią stoi.

Ewa zerwała się, uciekła w kąt i zaczęła krzyczeć...

- Kim jesteś? Czego chcesz ode mnie? - pytała przerażona.

Mężczyzna popatrzył na nią życzliwie i rzekł:

- Usiądź, dziecko, nie obawiaj się mnie. Cóż ja mógłbym chcieć od ciebie? - Uniósł głowę i przyglądał się jej z uwagą.

Ewa przestała krzyczeć, strach ustąpił. Uspokoiła się i spojrzała mu prosto w oczy. Były duże, lecz nie mogła ustalić, jakiego są koloru. Raz przypominały błękit wiosennego nieba, raz przybierały kolor obłoków otulających szczyty gór, a za moment przechodziły w żywą zieleń niczym z rajskiego ogrodu. I nie był tak stary, jak na początku sądziła. To zaniedbanie, brud i stare ciuchy sprawiły, że potraktowała go jak staruszka. Zadumana zapytała:

- Dlaczego twoje oczy zmieniają kolor?

- Widzisz w nich to, co masz w sobie, i to, jaką jesteś osobą - odpowiedział mężczyzna. Uśmiech nie schodził mu z ust.

Z początku nie zrozumiała, lecz przypomniała sobie oczy pana Adama. Były czarne jak węgiel, przesiąknięte nicością. Okazał się straszną osobą.

Nie zagłębiała się dalej w rozmyślanie o oczach opiekuna. Ciekawiło ją coś innego. Nie odrywając wzroku od mężczyzny, zaczęła do niego powoli podchodzić. Wyczuwała w nim dobro. Nie bała się go.

Nagle wyciągnął do niej dłoń i rzekł:

- Chodź, dziecko, usiądź i opowiedz, co się stało.

Bez dłuższego namysłu Ewa złapała bezdomnego za rękę i poczuła ciepło. Pojawiło się coś jeszcze. Uczucie, którego nigdy wcześniej nie doznała... Co to było? Zastanawiała się, ale smutek, strach i złe myśli odeszły. Usiadła na starym łóżku obok mężczyzny. Mimo wcześniejszych obaw poczuła się pewniej i zaczęła opowiadać.

Po streszczeniu wydarzeń wyznała, że boi się i nie chce iść na policję. Wiedziała, że będzie oskarżona o zabicie opiekuna. Stwierdziła, że jej dotychczasowe życie i tak wyglądało jak więzienie. Nie chciała do niego wracać.

Bezdomny po namyśle uśmiechnął się i zapytał:

- Jak masz na imię dziecko?

- Ewa - odpowiedziała nieśmiało.

- Paweł, miło cię poznać.

Ewa mimo wielkiego zmęczenia odwzajemniła uśmiech.

- Mnie również - odparła i spytała: - Czy będzie pan zły, jeśli położę się spać? Jestem wykończona.

- Śpij, dziecko, będę nad tobą czuwał - odpowiedział mężczyzna troskliwym tonem.

***

Ewa obudziła się wyspana. Nie było przy niej pana Pawła. Nie miała pewności, czy widziała go naprawdę. Stwierdziła, że pewnie śniła i wcale z nikim nie rozmawiała.

Przeciągnęła się i podniosła. Zauważyła jednak coś dziwnego. Była przykryta kocem. Nie wiedziała, co o tym myśleć.

- Może to anioł przybył do mnie w nocy? - Nie potrafiła tego zrozumieć.

Wstała i skierowała się do potłuczonego okna na parterze, aby wyjść z budynku. Już na zewnątrz zobaczyła, że nastał piękny, słoneczny poranek. Niedaleko przebiegały tory kolejowe. Udała się w ich kierunku. Musiała uciekać. Wiedziała, że będzie poszukiwana.

Dziewczyna szła powoli. Męczyło ją wiele myśli. Z jednej strony była przerażona, z drugiej jednak szczęśliwa. Cieszyła się wolnością, lecz bała się tego, co ją czeka w najbliższej przyszłości. Rozmyślała o zbrodni, którą popełniła w piwnicy i o tajemniczym bezdomnym. Nie skupiała się na tym, dokąd ma iść dalej. Wierzyła, że idzie w dobrą stronę.

Zbliżała się do starej stacji kolejowej, gdzie stało wiele pociągów towarowych. Postanowiła zakraść się i schować w którymś z wagonów, aby wywiózł ją w nieznane. Zauważyła, że do jednego wprowadzają bydło. Obmyśliła szybki plan.

Gdy tylko ludzie odeszli, zakradła się i wskoczyła do wagonu bydlęcego. Schowała się za snopkami siana i usiadła. Po jakimś czasie zamknięto drzwi i nastała ciemność, lecz tym razem się nie bała. Miała wrażenie, że ktoś nad nią czuwa. Dzięki niewielkim szczelinom między deskami ścian wagonu oglądała krajobraz. Przypomniał się jej sierociniec, w którym spędziła dzieciństwo. Obiecała sobie, że nigdy do niego nie wróci. Uśmiechała się pod nosem. Zaczął dopisywać jej humor. Przestała przejmować się ostatnim dniem, zupełnie jakby go nie było. Od tego momentu wszystko się zmieniło. Myślała o krowach, między którymi siedziała. Podśmiewała się, że ma nowych przyjaciół, którzy nie mówią do niej brzydko i nie dokuczają jej, jak to bywało w domu dziecka...

***

Kilka miesięcy później przypadkowi ludzie znaleźli Ewę na ulicy. Zaniepokoił ich jej młody wiek oraz to, że była w ciąży. Bez zastanowienia zawieźli dziewczynę do szpitala. Lekarz, który ją zbadał, stwierdził, że to już dziewiąty miesiąc. Przypuszczał, że ze względu na zły stan zdrowia Ewa może nie dożyć do rozwiązania lub urodzi martwe dziecko. Na rękach pacjentki zauważył ślady igły. Obawiał się, że brała narkotyki. Wyglądała raczej na zadbaną, ale na jej ciele odkrył wiele siniaków i zadrapań, jakby ktoś ją bił. Była ledwo żywa, zmęczona i przemarznięta. Lekarz zabrał ją na oddział.

W ciepłym łóżku dziewczyna poczuła się bezpieczna i od razu zasnęła.

Noc na porodówce mijała dość spokojnie tylko do pewnego czasu. Ciszę szpitalnych korytarzy zakłóciły krzyki i jęki dochodzące z pokoju Ewy, która zaczęła rodzić dwie godziny przed północą. Natychmiast zjawił się u niej dyżurny lekarz, położna i pielęgniarki, aby pomóc przy porodzie.

Męczyła się bardzo, krzyczała i wrzeszczała. Nawet na ulicy było słychać, z jakim cierpieniem się zmaga. Bóle parte dotkliwie przeszywały jej ciało. Momentami traciła siły, ale nie mogła się poddać. Mocno zaciskając pięści, słuchała poleceń położnej. Kilka minut po północy ból odszedł w niepamięć, bo na świecie pojawił się jej synek. Lekarz uniósł noworodka i spojrzał na niego z uśmiechem.

- Masz pięknego synka - powiedział i podał go Ewie, która pierwszy raz od dłuższego czasu uśmiechnęła się. Spojrzała małemu w oczy i wyszeptała:

- Będziesz dobrym człowiekiem, Jakubie, zmienisz świat na lepsze...

Malec popatrzył na nią tak, jakby rozumiał, co mówi do niego mama.

- Jakub... Witaj, mój piękny synku... - dodała.

Nagle twarz Ewy zamarła. Serce przestało bić. Na aparaturze pojawiła się długa, ciągła linia. Piszczący dźwięk wdarł się w uszy personelu... Powieki Ewy stały się ciężkie i opadły. Zostawiła nowo narodzonego syna samego na świecie...

4

2013 r.

Słoneczna sobota, dzień jak co dzień.

Za oknem pędzący ludzie, ćwierkające ptaki i miasto żyjące pełnią życia niczym betonowa dżungla.

Chłopcy zerwali się rano z łóżek. Wstali w dobrych humorach, wiedząc, że to dzień wolny od szkoły. W pędzie zakładali spodnie, bluzki, buty... który szybciej, który szybciej... Biegnąc korytarzem, jak zawsze ścigali się do łazienki. Pędzili, aby jak najszybciej się wyszykować i wyjść na miasto. Spieszyli się, tym bardziej że za oknem ujrzeli przepiękny i słoneczny poranek. Cały czas uśmiechali się i dogadywali jeden drugiemu:

- Dziś ja będę pierwszy na śniadaniu - rzucił Krystian.

- Nie, to ja zjem szybciej i będę mógł wyjść pierwszy! - krzyknął Jakub.

Zachowywali się jak prawdziwi bracia. Każdą chwilę spędzali razem, tryskając energią i miłością. Patrzenie na tę dwójkę dawało wszystkim wiele radości.

Chłopcy szybko zbiegli na dół i jak zawsze ustawili się pierwsi w kolejce po śniadanie. Tym razem wygrał Jakub, ale zerkając na Krystiana, powiedział:

- Bracie, stawaj przede mną i tak zjemy razem. - Klepnął go w ramię, szczerząc zęby.

Kucharka przywitała ich z uśmiechem, nucąc pod nosem jakąś melodię. Podobno była to piosenka, do której pierwszy raz zatańczyła z mężem na weselu. Ale to tylko takie domysły...

Po odebraniu śniadania Jakub i Krystian usiedli na swoich miejscach przy oknie, by móc obserwować, co się za nim dzieje. Byli bardzo podekscytowani; oj bardzo! A to dlatego, że w ten dzień mogli robić, co tylko zechcą.

Szybko zjedli śniadanie i odnieśli brudne talerze, po czym wybiegli ze stołówki, aby ubrać się do wyjścia. Cały czas pokrzykiwali z radości.

Niestety, młodzieńcy zupełnie nie spodziewali się, że ta sobota wcale nie będzie radosnym dniem...

Chwilę później chłopcy otworzyli z hukiem drzwi i wybiegli na zewnątrz, krzycząc tak głośno, że ludzie na ulicy oglądali się na nich z zaskoczeniem, ale i z uśmiechami. Jak w każdy wolny dzień Jakub i Krystian chcieli się wybrać na pobliski most, by podziwiać przepływające statki. Często oglądali, co jest na nich przewożone. Zazwyczaj były to zwykłe barki ze śmieciami, lecz oni cierpliwie czekali i zawsze potrafili wypatrzeć coś ciekawego. To było ich ulubione zajęcie. Siedząc na murku, rozmawiali godzinami.

Tego dnia było podobnie.

Pobiegli, ile sił w nogach, by zobaczyć ich ulubiony statek - piękny, duży, o nazwie "Dyana", który co sobotę wypływał w rejs.

Chłopcy zawsze stali i machali do ludzi znajdujących się na jego pokładzie. Siedzieli na moście, wpatrując w oddalającą się łajbę i marzyli o tym, że pewnego dnia i oni tak popłyną.

W pewnym momencie Krystian się podniósł, wdrapał na murek, stanął na krawędzi i zaczął krzyczeć, patrząc w dal:

- Boże, jak bardzo pragnę być już dorosły! Chcę już sam za siebie decydować; założyć rodzinę i być szczęśliwym!

Jakub patrzył na niego z uwagą, uśmiechając się lekko. Jednak po chwili zaczął uspokajać przyjaciela:

- Proszę cię, nie wygłupiaj się! Złaź z tego murku!

- No przestań, sztywniaku, boisz się, że spadnę? Aż taki strach cię obleciał? - Krystian chichotał złośliwie, nie przestając się wygłupiać: wychylał się i stawał na jednej nodze.

Jakubowi coraz mniej podobało się lekkomyślne zachowanie przyjaciela.

- Uspokój się! Przerażasz mnie! Nie wiem, co ci dziś odbiło?! Przestań! No przestań! Czy ty mnie w ogóle słuchasz? - krzyczał, patrząc z przerażeniem na kumpla. Obawiał się, że przez te wygłupy Krystian może spaść.

- Tak, słucham, ale daj już spokój! Co może mi się stać? Nie psuj mi zabawy! Śniło mi się, że będę miał wspaniałe życie: poznam piękną dziewczynę, ożenię się i założę rodzinę. Czy ty nie marzysz o czymś takim? - Krystian krzyczał z radości. Bardzo wierzył, że ten sen się ziści.

- Przestań, przecież dobrze wiesz, że też o tym marzę - odparł Jakub. - Ale uspokój się już i zejdź z tego murku - poprosił zatroskany.

Krystian roześmiał się i odpowiedział pokornie:

- No dobra, zaraz zejdę, tylko ostatni raz spojrzę na rzekę...

Chłopiec stanął na krawędzi, a gdy się obracał, poczuł, że coś się dzieje. Tracił stabilność. Cegła, która nie wytrzymała jego ciężaru, zaczęła się obsuwać.

- Nieeee... - krzyknął przerażony widokiem Jakub, ale nie zdążył chwycić przyjaciela, który momentalnie zniknął mu z oczu.

Krystian próbował złapać się krawędzi, lecz wszystko wydarzyło się zbyt szybko. Jakub podbiegł bliżej, wyciągając dłonie; niestety, za późno. Ujrzał tylko wielki rozbryzg wody. Krystian zniknął pod jej powierzchnią w ułamku sekundy.

Jakub czekał z nadzieją, że przyjaciel wypłynie... Czekał i płakał...

Nikt z przechodniów nie zauważył wypadku.

Jakub zaczął krzyczeć; rozglądał się i płakał coraz głośniej. W końcu zwrócił na siebie uwagę przechodniów, którzy dopytywali, co się stało. Nie był w stanie nic odpowiedzieć. Czuł, jakby ktoś zacisnął mu na gardle niewidzialną pętlę. Błagalnie wyciągnął dłonie do ludzi i padł na kolana, a potem zwinął się w kłębek i zamknął oczy.

Wydawałoby się, że minął kawał czasu, ale upłynęły zaledwie sekundy...

Po krótkiej chwili do roztrzęsionego Jakuba podbiegł policjant. Pochylił się nad nim i zapytał:

- Czemu płaczesz? Co się stało?

Chłopiec nie odpowiedział. Otworzył zapłakane oczy, spojrzał na funkcjonariusza i wskazał palcem miejsce, skąd spadł Krystian. Policjant poszedł na skraj mostu i dostrzegł, że krawędź się zarwała. Domyślił się, że wydarzyło się coś złego, lecz w tamtej chwili nie wiedział, co to dokładnie było. Zaczął wypytywać chłopca, gdzie mieszka.

Jakub nadal nie był w stanie nic powiedzieć, jakby ktoś mu uciął język.

Dopiero po paru głębokich oddechach zdołał wydusić z siebie adres.

Po kilku minutach znaleźli się w domu dziecka. Opiekunka dostrzegłszy Jakuba z policjantem, podbiegła do nich, krzycząc:

- Gdzie jest Krystian?! - Chwyciła Jakuba za ramię i przestraszona wpatrywała się w niego, czekając na odpowiedź.

Policjant, próbując ją uspokoić, zorientował się, że kobieta dopytuje o chłopca, który prawdopodobnie spadł z mostu. Doznał szoku, odkrywając czarny scenariusz. Musiał działać szybko.

- Aspirant Tobiasz Szpilka. Przepraszam, muszę lecieć! - rzucił w pośpiechu. - Wszystko pani wyjaśnię, ale nie w tej chwili! - dodał i wybiegł z budynku.

Jakub przytulił się do opiekunki, zanosząc się płaczem. Zapytany, co się stało, szlochał histerycznie i nie potrafił wydukać ani słowa.

Kobieta zaprowadziła go do pokoju.

Przygnębiony chłopiec usiadł przy oknie i wpatrywał się w nie bez słowa...

***

Mijały godziny...

Zapłakany Jakub nadal siedział na parapecie i nie chciał z nikim rozmawiać. Był nieobecny duchem. Zmartwieni opiekunowie próbowali coś z niego wyciągnąć, lecz na próżno. Zastanawiali się, dlaczego Krystian z nim nie wrócił. Pierwszy raz zdarzyło się, że się rozdzielili.

W pewnym momencie pod dom dziecka podjechał srebrny opel astra. Wysiedli z niego dwaj policjanci i skierowali się do budynku. Jakub poderwał się i szybko zbiegł na dół. Wyczekiwał, co powiedzą. Był roztrzęsiony; serce kołatało mu jak szalone, w gardle czuł ucisk, nie mógł swobodnie oddychać.

Gdy w drzwiach pojawili się mundurowi z ponurymi minami, w głowie chłopca zrodził się najgorszy scenariusz. Jakub od razu rozpoznał jednego z policjantów - grubszego i niezbyt zadbanego. Był to Tobiasz Szpilka, który odprowadził go do sierocińca. Drugi funkcjonariusz był jego przeciwieństwem: kilka lat młodszy, szczupły, przystojny, schludnie ubrany i pachnący perfumami.

- Nie żyje... - Grubemu policjantowi te słowa ledwo przeszły przez gardło.

Jakub nie dosłyszał. Serce waliło mu coraz mocniej, nogi się ugięły, a łzy poleciały strumieniem. Nie mógł ich powstrzymać...

- Co pan powiedział? - pytał przerażony.

- Nie żyje - powtórzył ten drugi głośniej i wyraźniej.

Jakub padł na kolana. Policjant podbiegł do niego, podniósł zrozpaczonego dzieciaka i wyprowadził na zewnątrz, żeby uspokoił się na świeżym powietrzu.

Personel sierocińca był wstrząśnięty. Szeptano, że to przez wygłupy chłopców doszło do wypadku; obwiniano Jakuba.

Załamany chłopak nawet się nie odezwał. Nie miał siły na nic, nie chciał już żyć. Stracił jedyną bliską osobę na tym świecie, którą traktował jak rodzinę.