Ich zniszczona rodzina. Detektyw Gina Harte. Tom 8 - Carla Kovach

Kup ebooka

44.90 zł
26.94 zł (35,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pra­gnę za­de­dy­ko­wać tę książkę oso­bom po­grą­żo­nym w ża­ło­bie. Nie­kiedy smu­tek przy­cho­dzi wraz z wy­rzu­tami su­mie­nia z po­wodu tego, co się zro­biło lub czego nie zdą­żyło się zro­bić czy po­wie­dzieć, ale nie bądź­cie dla sie­bie zbyt su­rowi.

?

Pro­log

10 lat temuPią­tek, 18 I

Pu­kam do drzwi po­koju Ha­iley, li­cząc na to, że matka mnie nie usły­szy. Nie chcę, żeby mnie przy­ła­pała.

- Ha­iley - szep­czę, ale zdaję so­bie sprawę, że to nie wy­star­czy.

Je­śli śpi, nie ma mowy, żeby w ten spo­sób ją obu­dzić, ale prze­cież nie mogę cze­kać do rana. Zna­la­złam roz­wią­za­nie wszyst­kich na­szych pro­ble­mów. Nie pój­dziemy do szkoły ani ju­tro, ani ni­gdy. Zgod­nie z obiet­nicą mam plan i do­grane wszyst­kie szcze­góły. Mia­łaś być cier­pliwa i by­łaś. Nasz kosz­mar wkrótce się skoń­czy i za­czniemy wszystko od nowa gdzieś in­dziej, da­leko od cier­pie­nia, które nas tu spo­tkało.

W sy­pialni matki sły­chać ja­kieś skrzy­pie­nie, więc wstrzy­muję od­dech. Po czole spływa mi kro­pla potu, która osta­tecz­nie ska­puje z mo­jego nosa. Ci­cho wzdy­cham, na­stęp­nie kładę rękę na klamce i cią­gnę. Ide­alny nos Ha­iley i jej czoło oświe­tla je­dy­nie wpa­da­jąca przez okno po­świata księ­życa.

Dziwne. Za­zwy­czaj za­ciąga za­słony i woli spać w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści. Od za­wsze po­wta­rza, że nie może za­snąć, je­śli do po­koju wpada choćby odro­bina świa­tła. Skra­dam się po drew­nia­nej pod­ło­dze, ce­lowo omi­ja­jąc skrzy­piące de­ski. Cały czas wpa­truję się w jej twarz. Jej cera ma nie­bie­skawy od­cień, pra­wie siny. Od­su­wam włosy z jej ust i za­kła­dam je za ucho. Nie zdjęła słu­cha­wek. Mu­siała za­snąć pod­czas słu­cha­nia mu­zyki. Wy­cią­gam jedną i wkła­dam ją so­bie do ucha. Ci­sza. Biorę jej te­le­fon i włą­czam pio­senkę, przy któ­rej za­snęła, ma­jąc na­dzieję, że to, jak i moja obec­ność, po­woli ją obu­dzi. Nie chcę jej wy­stra­szyć, bo za­cznie krzy­czeć. Mu­simy wyjść z domu w ci­szy, żeby matka nas nie sły­szała.

Słu­chała "Be­au­ti­ful Dre­amer". To też dziwne. To je­den z ulu­bio­nych utwo­rów babci. Ha­iley nor­mal­nie słu­cha Black Eyed Peas. W jej po­koju znaj­dują się do­wody na to, jak wielką jest ich fanką. Na każ­dej ścia­nie wi­szą pla­katy Wil­liama i Fer­gie. Chcę za­brać jej drugą słu­chawkę, więc wkła­dam rękę pod jej głowę i wzdry­gam się, po czym sa­pię.

- Ha­iley. - Sztur­cham ją. Jest lo­do­wata. Biorę ją za rękę. Tak samo zimna. Po­now­nie ją trą­cam. - Ej, po­budka.

Nic. Żad­nych od­po­wie­dzi, ru­chu, od­de­chu.

- Wsta­waj, Ha­iley. Mu­simy iść. - Chyba się do­my­ślam, co za­szło. Łzy za­czy­nają pły­nąć mi po twa­rzy. - Nie!

Chwy­tam sztywne ciało Ha­iley, przy­cią­gam jej głowę do swo­jej piersi, nie po­tra­fiąc stłu­mić szlo­chu. Wszystko miało być do­brze. Chcia­łem wszystko na­pra­wić, ale ode­szła. W końcu miało być nor­mal­nie. Mie­li­śmy być bez­pieczni. Na szafce noc­nej za­uwa­żam pu­ste bli­stry po ta­blet­kach, obok szklankę wody. Opa­ko­wa­nia spa­dły na pod­łogę. Krzy­czę z roz­pa­czy, ści­ska­jąc lo­do­watą rękę, wie­dząc, że Ha­iley do nas nie wróci. Cały mój wy­si­łek na marne. Stra­ci­li­śmy ją.

Pod­cią­gam jej koł­drę pod szyję, po czym wy­bie­gam z jej po­koju i spie­szę do matki. Włą­czam górną lampę. Czuję pul­so­wa­nie żył w gło­wie i zdaję so­bie sprawę, że za­ci­skam dło­nie. Dla do­bra Ha­iley uni­ka­li­śmy awan­tur, ale nie tym ra­zem.

- To twoja wina. - Chwy­tam się za głowę i cią­gnę za swoje włosy, gdy matka się po­ru­sza.

W pod­świa­do­mo­ści sły­szę głos Ha­iley, która mówi, że mama nie chce ni­kogo skrzyw­dzić. Nie chce wy­wo­ły­wać pro­ble­mów i być ka­rana. Ale nie zo­sta­nie po­now­nie uka­rana. Już za późno. Trzeba było wcze­śniej coś zro­bić.

- Czego? Idź spać. Jest śro­dek nocy - mam­ro­cze i ziewa pod ko­cem, ale sły­szę, co mówi. Moja matka. Moja ko­chana mama. - I zgaś świa­tło.

Wska­kuję na łóżko i chwy­tam ukrytą pod ko­cem szyję. Za­ci­skam palce na tcha­wicy matki. Wije się pode mną i rzuca. Nie­na­wi­dzę jej. Ude­rza mnie pię­ścią w nos, więc ją pusz­czam i upa­dam na dy­wa­nik przy łóżku. Bije jak za­wo­dowy bok­ser. Czę­sto za­da­wała nam ciosy pię­ściami.

- Za­bi­łaś Ha­iley.

Matka wy­daje się zdez­o­rien­to­wana, po­ciera szyję.

- Co? - pyta.

Moja krew zna­czy jej knyk­cie, na wi­dok czego mam ochotę sprać ją na mia­zgę.

- Sły­sza­łaś. - Wstaję, ki­piąc gnie­wem. Ude­rzam ją pię­ścią w skroń, ale na tym nie po­prze­staję. Sły­szę, że pęka jej że­bro, a po­tem do­ciera do mnie jej krzyk.

Chwyta się za żu­chwę. Rzuca się do walki, ale nie je­stem już dziec­kiem. Te­raz je­stem męż­czy­zną. Po kilku cio­sach czuję, że słabnę. To tyle, je­śli cho­dzi o by­cie fa­ce­tem. Nie oca­li­łem Ha­iley. Za­daję ko­lejne ciosy. Nie mogę prze­stać, gdy my­ślę o jej zim­nym ciele.

Matka musi za­pła­cić za to, co zro­biła, a ja spra­wię, że sta­nie się to w tej chwili.

- Prze­stań! Za­bi­jesz mnie!

Gdyby mnie to tylko ob­cho­dziło...

?

Roz­dział 1

Te­razPią­tek, 22 I

Am­ber przej­rzała ubra­nia na drążku i zdjęła z niego wie­szak z bla­do­ró­żo­wym kom­bi­ne­zo­nem.

- Może ten?

Lau­ren zmarsz­czyła nos i po­krę­ciła głową.

- Po­win­naś wło­żyć nie­bie­ską su­kienkę. Pa­suje ci i bę­dzie ci ła­twiej się wy­si­kać. - Za­śmiała się jej przy­ja­ciółka.

Am­ber przy­po­mniała so­bie, że Lau­ren kie­dyś tak bar­dzo się upiła, że nie­mal zsi­kała się przed klu­bem noc­nym w Bir­ming­ham.

- Nie! Ta nie­bie­ska jest ja­kaś bab­cina. Wło­ży­łam ją na roz­mowę o pracę. Może zro­bisz coś do pi­cia, a ja się przy­go­tuję?

Lau­ren zer­k­nęła przez ra­mię, przy­bie­ra­jąc ko­me­diową minę.

Am­ber wzięła te­le­fon i uśmiech­nęła się na wi­dok ko­lej­nej wia­do­mo­ści. Ni­komu nie da­wała swo­jego nu­meru, ale on nie był ni­kim. Bar­dzo go lu­biła. Na pewno nie był jak inni.

Na­prawdę nie mogę się do­cze­kać, aby po­znać Cię w re­alu. Na­wet nie wiesz, co ze mną ro­bisz :-*

Prze­cze­sała pal­cami swoje loki. W ży­ciu stu­denc­kim cho­dziło o pró­bo­wa­nie no­wych rze­czy, no­wych męż­czyzn, no­wych ko­biet. Za­kosz­to­wała wszyst­kiego i ża­ło­wała je­dy­nie, że jedną z nich była Lau­ren. Wzru­szyła jed­nak ra­mio­nami, wło­żyła kom­bi­ne­zon, cęt­ko­wane szpilki i długi zi­mowy płaszcz, który zdej­mie, gdy do­trze do re­stau­ra­cji. Za­pięła ciężki na­szyj­nik, który do­peł­niał całą sty­li­za­cję, i nie­spo­dzie­wa­nie od­nio­sła wra­że­nie, że jest go­towa jak ni­gdy wcze­śniej. Wzięła te­le­fon i od­pi­sała.

To mi po­każ! ;-)

Za­koń­czyła buźką i wy­słała. Może wy­szło zbyt śmiało? Nie, było do­kład­nie tak, jak tego chciała, i brzmiało su­per. Zdjęła spinkę, a dłu­gie czarne włosy spły­nęły jej na plecy.

- O Boże, jak pięk­nie wy­glą­dasz, Am­ber. Masz ta­kie ko­cie oczy. - Lau­ren kop­nęła kilka ubrań na bok i prze­szła do szafki noc­nej, na któ­rej po­sta­wiła ku­bek mię­to­wej her­baty.

- Dzięki! No i dzię­kuję za na­pój. - Am­ber wie­działa, że go nie wy­pije. Wyj­dzie stąd, gdy tylko Lau­ren pój­dzie do sie­bie. - Jesz­cze nie wiem, czy na week­end wrócę do domu. Zo­ba­czymy, jak się sprawy po­to­czą. - Pu­ściła oko do przy­ja­ciółki. Może zbyt bez­czel­nie, ale Lau­ren mu­siała zro­zu­mieć prze­kaz.

- Wiesz, w różu na­prawdę wy­glą­dasz sek­sow­niej. Baw się do­brze. Je­śli nie zo­ba­czymy się ju­tro, będę wie­działa, że da­jesz czadu - po­wie­działa Lau­ren, jed­nak jej wy­mu­szony uśmiech mó­wił coś zu­peł­nie in­nego. - Na ra­zie. Po­ga­dam z mamą przez ka­merkę, za­nim wpad­nie nie­za­po­wie­dziana.

Am­ber sły­szała, jak jej przy­ja­ciółka za­myka za sobą drzwi. Spry­skała włosy la­kie­rem, psik­nęła się ulu­bio­nymi per­fu­mami i była go­towa do wyj­ścia. Po­chy­liła się, wzięła małą torbę, którą wcze­śniej spa­ko­wała, ogra­ni­cza­jąc się przy tym do mi­ni­mum. Wy­glą­dała jak więk­sza to­rebka. Jej wi­dok nie wzbu­dzał po­dej­rzeń, ale była przy­go­to­wana, gdyby po­trze­bo­wała szczo­teczki do zę­bów czy czy­stej ko­ron­ko­wej bie­li­zny.

Za­mknęła drzwi w chwili, w któ­rej Lau­ren otwo­rzyła swoje. Blada twarz przy­ja­ciółki zdra­dzała oznaki pła­czu.

- Będę za tobą tę­sk­nić.

- Mó­wi­łaś, że mię­dzy nami wszystko w po­rządku. - Am­ber nie miała na to czasu. Ża­ło­wała swo­ich de­cy­zji. Ża­ło­wała, że prze­kro­czyły gra­nicę. Ży­cze­nie do­brej za­bawy było na po­kaz. Zda­wała so­bie sprawę, że Lau­ren li­czyła na coś wię­cej. - Mu­szę iść.

- Zo­stań, pro­szę. - Przy­ja­ciółka wy­cią­gnęła rękę i po­ło­żyła dłoń na przed­ra­mie­niu prze­cho­dzą­cej dziew­czyny. Jej palce na­dal były sztywne i zimne.

W kie­szeni Am­ber ode­zwał się te­le­fon. Męż­czy­zna, z któ­rym pi­sała, cze­kał na nią w re­stau­ra­cji.

- Obie­cuję, że po­roz­ma­wiamy o tym, gdy wrócę. - Am­ber się od­su­nęła.

Lau­ren otarła łzę z po­liczka i trza­snęła drzwiami.

Kiedy Am­ber szła w naj­bar­dziej nie­prak­tycz­nych bu­tach, ja­kie tylko miała, nie mo­gła wy­rzu­cić z my­śli twa­rzy przy­ja­ciółki. Po­my­ślała jed­nak, że za­ła­twi tę sprawę póź­niej.

Pchnęła główne drzwi bu­dynku, które otwo­rzyły się ze skrzyp­nię­ciem, i na ko­ry­tarz wpadł po­dmuch zim­nego wia­tru. Jesz­cze nie sy­pał śnieg, ale syn­op­tycy już go za­po­wia­dali. Je­żeli po­goda wy­trzyma jesz­cze go­dzinę, wszystko bę­dzie w jak naj­lep­szym po­rządku.

Wtem ktoś krzyk­nął. Od­ru­chowo ze­sztyw­niała, jed­no­cze­śnie się za­trzy­mu­jąc. Na ty­łach par­kingu męż­czy­zna po­chy­lony nad ba­gaż­ni­kiem swo­jego auta cią­gnął coś, trzy­ma­jąc się za plecy. Zmru­żyła oczy, żeby le­piej wi­dzieć w ciem­no­ści. Kiedy po­now­nie szarp­nął, po­śli­zgnął się i za­to­czył do tyłu. Krzyk­nął, gdy upadł na be­to­nowy kra­węż­nik.

- O rety! Nic się nie stało? - Po­czła­pała w jego stronę, śli­zga­jąc się w szpil­kach na lo­dzie. Za­war­tość jej to­rebki grze­cho­tała przy każ­dym kroku.

Lo­do­waty wiatr po­ru­szył na­gimi ga­łę­ziami drzew ro­sną­cych wo­kół par­kingu i ze świ­stem wpadł do przej­ścia pod­ziem­nego na­prze­ciwko.

- Cześć, Am­ber. Cie­szę się, że wy­szłaś w tej chwili. Noga daje mi się we znaki. Chcia­łem wy­jąć kulę z ba­gaż­nika, a te­raz, patrz, leżę na ziemi.

- Nie wie­dzia­łam, że mia­łeś ja­kiś wy­pa­dek.

- Bo stało się to za­le­d­wie wczo­raj. Wy­pi­łem za dużo i wiesz, jak to jest. Sze­dłem ob­lo­dzo­nym chod­ni­kiem i łup! Tak po pro­stu. Wy­gląda na to, że przez ja­kiś czas będę uzie­miony.

Spoj­rzała na jego zbo­lały uśmiech. Zer­k­nęła na ze­ga­rek. Je­śli szybko po­stawi go na nogi, to zdąży jesz­cze na au­to­bus.

- Do­bra, spró­buję ci po­móc.

Znów krzyk­nął i za­czął dy­szeć, gdy pró­bo­wała go pod­cią­gnąć.

- Nic mi nie bę­dzie. Po pro­stu po­cią­gnij.

Skrzy­wiła się, wy­obra­ża­jąc so­bie, jak mu­siał cier­pieć. Do­brze wie­działa, jak boli zła­mana noga, bo kie­dyś upa­dła w szkole na WF-ie i też tak się to skoń­czyło.

- Do­brze, to spró­bujmy raz jesz­cze. Go­towy?

Przy­tak­nął.

- Wiesz co, a może wy­cią­gniesz moją drugą kulę z ba­gaż­nika? Chyba za głę­boko ją wci­sną­łem. Wła­śnie dla­tego upa­dłem.

Przy­tak­nęła i zaj­rzała do wnę­trza po­jazdu. Miał ra­cję, kula za­kli­no­wała się z dwóch stron auta, gu­mowa koń­cówka zo­stała mocno wci­śnięta. Am­ber cią­gnęła za nią i cią­gnęła, ale kula ani drgnęła. Utknęła na amen.

- Nie mogę jej ru­szyć - po­wie­działa i w tej sa­mej chwili po­czuła na karku cie­pły od­dech.

Drżąc, ob­ró­ciła się i zo­ba­czyła, że męż­czy­zna stał te­raz tak bli­sko, iż nie­mal sty­kały się ich nosy. Uśmie­szek na jego twa­rzy pod­po­wia­dał, że nie po­trze­bo­wał żad­nej po­mocy. Za­sta­wił pu­łapkę, w którą dała się zła­pać. Nie­spo­dzie­wany ból za­pło­nął w jej gło­wie, gdy ten ude­rzył ją czymś twar­dym. Po­tknęła się na za­mar­z­nię­tej jezdni, za­ha­czyła o coś no­gawką kom­bi­ne­zonu i usły­szała, że ma­te­riał jej ubra­nia się roz­darł. Spoj­rzała na swój blok, ale zdała so­bie sprawę, że nikt na nich nie pa­trzy. Za­słony we wszyst­kich oknach za­cią­gnięto, wie­działa więc, że zna­la­zła się sam na sam z czło­wie­kiem, który pró­bo­wał ją za­bić.

Księ­życ na nie­bie zda­wał się krę­cić. Sta­nęła pro­sto, sta­ra­jąc się ob­ró­cić i uciec, ale za­wroty głowy wy­wo­łały mdło­ści. Wpa­dła ob­ca­sem w dziurę i po­le­ciała do tyłu, jed­nak on ją zła­pał. Chciała go ude­rzyć, ale ode­pchnął jej ręce.

- Ni­g­dzie nie pój­dziesz.

Prze­stał uty­kać. Wi­działa za to jego wy­krzy­wione gnie­wem usta i prze­ni­kliwe spoj­rze­nie.

- Dla­czego mi to ro­bisz? - urwała, gdy zro­zu­miała, że beł­ko­cze. - Umó­wi­łam się z kimś. Za­dzwoni na po­li­cję, je­śli się nie po­ja­wię - rzu­ciła, jed­nak on się uśmiech­nął i po­krę­cił głową. Chciała wy­cią­gnąć te­le­fon z kie­szeni płasz­cza. - Nie uj­dzie ci to pła­zem.

Wy­rwał jej ko­mórkę i ją scho­wał.

- Już nie bę­dzie ci po­trzebna.

Znów po­czuła ból, gdy ude­rzył ją ka­mie­niem, po czym wci­snął ją do ba­gaż­nika. Miała mroczki przed oczami. Sta­rała się zna­leźć coś, czym mo­głaby się bro­nić, ale nie mo­gła się ob­ró­cić. Kiedy męż­czy­zna za­mknął klapę, Am­ber zro­zu­miała, że ma prze­chla­pane. Szpil­kami za­cze­piła o ta­pi­cerkę, płaszcz okrę­cił się wo­kół jej ciała. Kula wbi­jała się w jej bok. Dziew­czyna utknęła, za­klesz­czona. Sa­mo­chód prze­je­chał przez próg zwal­nia­jący, po czym przy­spie­szył. Na­stęp­nie mu­sieli wje­chać na drogę z przy­naj­mniej dwoma pa­sami ru­chu w jedną stronę, bo inne sa­mo­chody mi­jały ich ze świ­stem, w od­dali na­wet ktoś za­trą­bił.

Wie­działa, że umrze.

?

Roz­dział 2

Po­nie­dzia­łek, 25 I

Za­częła się od­wilż, w po­wie­trzu czuć było spory chłód. Ko­mi­sarz Gina Harte prze­bie­gła przez par­king przy po­ste­runku do głów­nych drzwi, a na­stęp­nie ko­ry­ta­rzem aż do dam­skiej to­a­lety. Prze­cze­sała pal­cami splą­tane, brą­zowe włosy i jak zwy­kle spięła je z tyłu jedną z tych zwy­kłych gu­mek re­cep­tu­rek, które nie­ustan­nie pę­kały.

- Cześć, sze­fowo. - De­tek­tyw Paula Wyre po­de­szła do umy­walki i od­krę­ciła kran. Kru­czo­czarne włosy spły­wały jej na plecy, a grzywka była już nie­mal za długa. Coś ta­kiego nie pa­so­wało do Wyre, która nie po­zwa­lała so­bie na­wet na odro­binę za­nie­dba­nia.

- Do­brze się czu­jesz? - Gina oparła się o umy­walkę, cze­ka­jąc na od­po­wiedź.

Wyre ba­wiła się man­kie­tem.

- Roz­sta­łam się z Geo­rge'em.

- Bar­dzo mi przy­kro. A ślub? - To nie było mą­dre py­ta­nie i Gina na­tych­miast go po­ża­ło­wała. Spoj­rzała na pa­lec ser­deczny ko­le­żanki, na któ­rym nie do­strze­gła pier­ścionka z błysz­czą­cym ka­mie­niem, który jesz­cze nie­dawno tam go­ścił.

- To ko­niec i... - Wzru­szyła ra­mio­nami. - Nie wie­dzia­łam, na­wet nie prze­czu­wa­łam, że w na­szym związku coś jest nie tak. Nie po­do­bały mu się moje go­dziny pracy, ale od sa­mego po­czątku wie­dział, że pra­cuję w wy­dziale do­cho­dze­niowo-śled­czym. Lu­dzie po­peł­niają prze­stęp­stwa nie tylko po­mię­dzy dzie­wiątą a sie­dem­na­stą. Tak czy ina­czej, dzieją się straszne rze­czy i nic nie bę­dzie cze­kało, aż znajdę na to czas. Mu­szę po pro­stu za­jąć się pracą. Może uda mi się, jak to mó­wią, wró­cić do gry.

- Słu­chaj, je­śli po­trze­bu­jesz wol­nego, żeby...

Po­krę­ciła głową.

- Nie. Mu­szę się na czymś sku­pić. Jest jak jest. Przy­naj­mniej miesz­ka­nie było moje, więc wczo­raj ka­za­łam mu się spa­ko­wać. Wy­niósł się. - Wes­tchnęła. - W każ­dym ra­zie chcę się za­jąć sprawą, więc nie mówmy wię­cej o mnie i Geo­rge'u.

- Sku­pie­nie się na czymś to do­bry po­mysł. Ci­cho tu u nas ostat­nio, nie, że­bym na­rze­kała.

- Nie tak ci­cho, jak mo­głoby się wy­da­wać.

- Mów. - Gina wresz­cie zwią­zała włosy i przej­rzała się w lu­strze. Fry­zura nie wy­szła gładko, ale do dia­bła z nią. W tej chwili na­prawdę się tym nie przej­mo­wała. Był po­chmurny i zimny sty­czeń. Co wię­cej, boj­ler na po­ste­runku nie dzia­łał, jak na­leży, za­tem w każ­dym po­miesz­cze­niu włą­czono elek­tryczne dmu­chawy, aby za­po­biec wy­chło­dze­niu. Nie­mal zdra­dziła się uśmie­chem, który su­ge­ro­wał, że po­przed­nią noc spę­dziła z nad­in­spek­to­rem Chri­sem Brig­g­sem. To nie po­winno się wy­da­rzyć, ale hi­sto­ria jak zwy­kle za­ta­czała koło. Cie­szyła się jego cie­płem oraz tym, że po­tra­fił o nią za­dbać, cho­ciaż nikt o tym nie wie­dział. Żadne nie chciało, żeby prze­nie­siono ich z po­ste­runku po­li­cji w Cle­eves­ford.

- Nie­ba­wem ma przyjść Lau­ren San­di­ford, żeby zgło­sić za­gi­nię­cie są­siadki, która przez cały week­end nie wró­ciła do miesz­ka­nia. Obie są stu­dent­kami, miesz­kają w du­żym bu­dynku przy Bul­more Drive, który zo­stał prze­kształ­cony na blok miesz­kalny.

- Wiem, który to. W prze­szło­ści sporo się w nim działo, ale przez ostat­nie lata nikt już nic nie zgła­szał. Wiemy coś wię­cej? Czy zaj­mie się tym któ­ryś z pa­troli? - Gina wy­pro­sto­wała się i roz­pięła ciężki weł­niany płaszcz, pod któ­rym miała szarą ma­ry­narkę.

- Jak mó­wi­łaś, ostat­nio było u nas spo­koj­nie, ale pre­wen­cja ma pełne ręce ro­boty, więc po­my­śla­łam, że mo­gły­by­śmy ich od­cią­żyć.

- Może być. Mam na­dzieję, że na­sza za­gi­niona zo­stała u zna­jo­mych.

Wyre oparła się o umy­walkę.

- Lau­ren San­di­ford po­wie­działa, że przy­jaźni się z Am­ber Sla­ter, jed­nak ta nie od­biera od niej te­le­fonu. Może to coś ozna­czać, a może to zu­peł­nie nic ta­kiego. Miejmy na­dzieję, że cho­dzi o to dru­gie i że Am­ber się znaj­dzie. - Paula wy­jęła z kie­szeni po­rządną, ma­te­ria­łową gumkę do wło­sów. - Przy­nio­słam dla cie­bie, sze­fowo. Boli mnie, ile­kroć wy­ry­wasz so­bie włosy tym czymś.

Gina par­sk­nęła śmie­chem, przez co i Wyre się za­śmiała.

- Dzię­kuję. - Zdjęła re­cep­turkę z wło­sów, wy­ry­wa­jąc przy tym kilka, i zwią­zała je ele­gancką gumką. - Le­piej?

Wyre przy­tak­nęła.

- Prze­słu­chamy ra­zem tę ko­bietę, gdy przyj­dzie?

- Świet­nie. - Paula wy­szła ni­czym pro­fe­sjo­na­listka, nie da­jąc po so­bie po­znać, że cierpi.

Gina miała na­dzieję, że za­gi­niona za­ba­lo­wała z ja­kimś nowo po­zna­nym fa­ce­tem. Mimo wszystko week­end to nie­zbyt długa nie­obec­ność. Prze­biegł ją nie­wielki dreszcz. Na­dzieja nie była pro­fe­sjo­nalna. Naj­pierw musi zna­leźć tę ko­bietę. Do­piero wtedy się od­pręży.

?

Roz­dział 3

Lau­ren San­di­ford ner­wowo po­pi­jała her­batę, którą po­dała jej Wyre. Miała pu­sty wy­raz twa­rzy nie zdra­dza­jący żad­nych emo­cji, ale stres wy­raź­nie było wi­dać w ru­chach pal­ców, któ­rymi wo­dziła po sło­jach blatu. Gina wy­brała po­kój prze­słu­chań, który wy­da­wał jej się naj­lep­szy, cho­ciaż ża­den nie był szcze­gól­nie za­chę­ca­jący, co wią­zało się z cię­ciami bu­dże­to­wymi. Dmu­chawa za­częła pra­co­wać, od czasu do czasu ciężko brzę­cząc. Po­miesz­cze­nie wy­peł­niło się za­pa­chem spa­lo­nego ku­rzu.

- Czuję się dość głu­pio. - Lau­ren po­ło­żyła mały ple­cak na pod­ło­dze, ale bom­berkę moro zo­sta­wiła szczel­nie za­piętą aż pod sam okrą­gły, po­dwójny pod­bró­dek. My­sie włosy opa­dały z obu stron na ob­szyty sztucz­nym fu­trem kap­tur. Wzięła z le­żą­cego na stole pu­dełka chu­s­teczkę i wy­dmu­chała nos.

- Nie po­winna pani się tak czuć. Do­brze, że trosz­czy się pani o są­siadkę. - Gina przy­su­nęła się do stołu, a Wyre od­na­la­zła pu­stą stronę w no­te­sie. - Może mi pani coś o niej opo­wie­dzieć?

- Przy­jaź­nimy się. Tak na­prawdę je­ste­śmy zżyte. W pią­tek wie­czór po­szła na randkę i od tam­tej pory jej nie wi­dzia­łam, ale też nie od­biera ode mnie te­le­fonu. To jest dziwne. Wiele razy pró­bo­wa­łam się do niej do­dzwo­nić.

Gina spoj­rzała na wy­peł­niony już for­mu­larz. Lau­ren miała dwa­dzie­ścia lat, stu­dio­wała edu­ka­cję wcze­snosz­kolną na uni­wer­sy­te­cie w Wor­ce­ster, a na pół etatu do­ra­biała so­bie w ba­rze ryb­nym w Cle­eves­ford.

- Do­brze, za­cznijmy od pod­sta­wo­wych da­nych. - For­mu­larz spi­sano, gdy sie­dząca przed nimi młoda ko­bieta do nich dzwo­niła, więc Gina mu­siała te­raz zwe­ry­fi­ko­wać, czy wszystko zo­stało po­praw­nie za­no­to­wane.

- Am­ber Sla­ter. - Lau­ren od­chrząk­nęła i upiła łyk her­baty.

- Ile ma lat?

- Tyle samo, co ja. Dwa­dzie­ścia.

- Czym się zaj­muje?

Lau­ren prze­cią­gnęła krze­sło po wy­kła­dzi­nie i po­ło­żyła dło­nie w rę­ka­wicz­kach na bla­cie.

- Stu­diuje i pra­cuje za ba­rem w An­gel Arms. Jest na dru­gim roku ra­chun­ko­wo­ści i fi­nan­sów.

Gina za­drżała, mimo że dmu­chawę usta­wiono na mak­si­mum. Wie­działa, że wszyst­kim in­nym rów­nież jest zimno.

- Ma pani jej zdję­cie?

Lau­ren wy­jęła te­le­fon z bocz­nej kie­szeni ple­caka i pal­cem w rę­ka­wiczce za­częła stu­kać w ekran. Szybko się zo­rien­to­wała, że to na nic, więc zdjęła ją z dłoni.

- To jej pro­fi­lowe z Fa­ce­bo­oka. - Unio­sła ko­mórkę, sie­dząc po dru­giej stro­nie stołu.

- Mogę?

Ko­bieta przy­tak­nęła i po­dała te­le­fon Gi­nie.

- Oczy­wi­ście.

Ko­mi­sarz klik­nęła na fo­to­gra­fię i po­więk­szyła ją. Uśmiech­nięta dziew­czyna na ekra­nie ema­no­wała pew­no­ścią sie­bie. Miała na so­bie po­ma­rań­czowy swe­ter. Jej włosy zdrowo lśniły, co spra­wiało, że wy­glą­dała jak mo­delka. Brwi z pew­no­ścią pod­kre­śliła kredką, która nadała im wy­ra­zi­ste łuki. Twarz w kształ­cie serca za­koń­czona była wą­ską żu­chwą i szpi­cza­stym pod­bród­kiem.

- Czy mo­głaby pani wy­słać mi póź­niej to zdję­cie?

Lau­ren kiw­nęła głową i roz­pięła odro­binę kurtkę.

- Tak, ja­sne.

- Wi­działa ją pani po raz ostatni w piąt­kowy wie­czór, gdy wy­bie­rała się z kimś na randkę. Czy to się zga­dza?

- Tak.

- Może mi pani po­dać kon­kretną go­dzinę?

- Eee... Chyba było koło dzie­więt­na­stej. Szła na au­to­bus, żeby spo­tkać się z tym męż­czy­zną w re­stau­ra­cji pod Cle­eves­ford. Na­zywa się Fish and An­chor. Miała je­chać au­to­bu­sem o dzie­więt­na­stej dwa­dzie­ścia - urwała i za­sta­no­wiła się nad czymś. - Przy­sta­nek jest nieco da­lej, przy Bul­more Drive.

- Mo­żemy skon­tak­to­wać się z re­stau­ra­cją i prze­woź­ni­kiem, aby spraw­dzić, czy ktoś ją wi­dział. Czy ist­nieje ja­kiś po­wód, dla któ­rego nie od­biera te­le­fonu? Czy mo­gła zo­stać u ko­goś na week­end?

Lau­ren mil­czała, po czym otwo­rzyła usta, jakby chciała od­po­wie­dzieć, ale je za­mknęła, a kiedy w końcu się ode­zwała, wy­da­wało się, że ostroż­nie do­biera słowa.

- Może. Mo­gła zo­stać z tym fa­ce­tem, z któ­rym się umó­wiła, ale do tej pory na pewno by już do mnie za­dzwo­niła. Je­stem o tym prze­ko­nana.

- Czy za­zwy­czaj do pani dzwoni, je­śli nie wraca do domu przez kilka dni?

- Ni­gdy nie spę­dza tyle czasu poza do­mem. Z wy­jąt­kiem dni, gdy je­dzie do ojca, ale wtedy do mnie dzwoni albo wy­syła wia­do­mo­ści.

- Za­tem twier­dzi pani, że to zu­peł­nie nie w jej stylu?

- Tak. Coś się stało. Wiem o tym.

- Może nam pani po­wie­dzieć, co miała wtedy na so­bie?

- Ja­sno­ró­żowy kom­bi­ne­zon i szpilki w cętki. Ma rów­nież złoty kol­czyk w no­sie. Nie pa­mię­tam, w któ­rym płasz­czu wy­szła. - W za­my­śle­niu ścią­gnęła brwi.

Roz­le­gło się pu­ka­nie. Gina wstała.

- Prze­pra­szam.

Uchy­liła drzwi i zo­ba­czyła, że na ko­ry­ta­rzu stoi de­tek­tyw Harry O'Con­nor. Jego łysa głowa błysz­czała w świe­tle ja­rze­nió­wek.

- Mogę cię pro­sić na słowo, sze­fowo?

Za­mknęła za sobą ci­cho drzwi i pu­ściła klamkę.

- Ja­sne.

- Spa­ce­ro­wicz zna­lazł nad je­zio­rem ciało.

Gina prze­łknęła ślinę, za­sta­na­wia­jąc się, czy to moż­liwe, że to Am­ber Sla­ter - ko­bieta młod­sza od jej córki Han­nah... Serce za­biło jej moc­niej. Na­tych­miast mu­sieli je­chać nad je­zioro.

?

Roz­dział 4

Gina mi­nęła plac za­baw i skie­ro­wała się w stronę ta­śmy po­li­cyj­nej, którą po­ste­run­kowy Smith wła­śnie koń­czył przy­wią­zy­wać do drzewa.

- Do­bry. - Wyre uśmiech­nęła się do niego.

- Do­bry wam obu - od­parł Smith. Spora od­bla­skowa kurtka, którą miał na so­bie, spra­wiała, że jego syl­wetka wy­glą­dała na dwa razy więk­szą. - Ej, pro­szę za­wró­cić. To miej­sce zda­rze­nia, nie może pan tam wejść. - Wska­zał bie­ga­czowi inną ścieżkę, w dru­giej ręce trzy­ma­jąc for­mu­larz do opi­sa­nia miej­sca zbrodni.

Spo­cony męż­czy­zna uniósł dłoń i za­wró­cił.

- Gdzie jest osoba, która zna­la­zła ciało? - Gina się ro­zej­rzała, ale nie za­uwa­żyła, by ktoś roz­ma­wiał z funk­cjo­na­riu­szami.

- Po dru­giej stro­nie ścieżki, z Ka­poor. Przy­szedł stam­tąd. - Za­pi­sał dane Giny i Pauli, wy­razy wy­glą­dały na na­ba­zgrane, bo miał na so­bie grube rę­ka­wiczki. - Do­bra, mam was na li­ście, więc mo­że­cie wejść.

- Dzięki. - Gina pod­nio­sła ta­śmę i prze­pu­ściła Wyre.

Kilka ma­tek za­trzy­mało przy nich wózki, ale Gina je zi­gno­ro­wała i po­szła za ko­le­żanką. Już z od­dali wy­pa­trzyła Ber­narda Smalla, kie­row­nika tech­ni­ków, oraz jego ekipę, wszy­scy mieli na so­bie białe kom­bi­ne­zony ochronne. To na­zwi­sko zde­cy­do­wa­nie do niego nie pa­so­wało. Był naj­wyż­szym czło­wie­kiem, ja­kiego znała. Szczu­płą, ży­la­stą syl­wetkę mu­siał za­wsze po­chy­lać, gdy z nią roz­ma­wiał. Jego nie­gdyś długa, siwa broda była te­raz sta­ran­nie przy­strzy­żona, bo ostat­nio znów uma­wiał się na randki.

Ja­kiś po­li­cyjny sta­ży­sta prze­biegł obok nich, go­niąc za psem, któ­rego wła­ści­ciel cze­kał przy ta­śmie po­li­cyj­nej i przy­wo­ły­wał te­riera do sie­bie.

- Czas się ubrać. - Wyre wzięła kom­bi­ne­zon od jed­nej z tech­ni­czek.

Drugi tra­fił do Giny.

Ko­bieta od­su­nęła ma­seczkę z twa­rzy.

- Wła­śnie koń­czą zdję­cia i na­gra­nia. By­łoby su­per, gdyby dały im pa­nie jesz­cze kilka mi­nut.

Gina sta­rała się spoj­rzeć przez ra­mię.

- Mamy już opis?

- Nie wi­dzia­łam ofiary. Wiem je­dy­nie, że to ko­bieta. Za­raz roz­ło­żymy płyty, by można było tam przejść. To nie po­winno za­jąć dużo czasu.

Sły­chać było kli­ka­nie mi­gawki apa­ratu, chwilę po­tem po­ja­wił się tech­nik z ka­merą. Dwaj po­li­cjanci szu­ka­jący wska­zó­wek prze­szli do miej­sca, w któ­rym znaj­do­wało się ciało. Przy ta­śmie zbie­rali się już ga­pie. Ką­tem oka Gina do­strze­gła Ka­poor sto­jącą pod bez­list­nym drze­wem i roz­ma­wia­jącą z około pięć­dzie­się­cio­let­nim męż­czy­zną. To mu­siał być świa­dek. Tłum się po­więk­szał, wi­dać już było mo­rze cza­pek z pom­po­nami, płasz­czy prze­ciw­desz­czo­wych i wil­got­nych wło­sów. Gina się ro­zej­rzała, za­sta­na­wia­jąc się jed­no­cze­śnie, czy któ­raś z tych osób nie jest za­bójcą, który wró­cił na miej­sce zbrodni, by po­dzi­wiać swoje dzieło. Może to ko­bieta spo­glą­da­jąca w tamtą stronę, ubrana w żółtą kurtkę, albo męż­czy­zna w bor­do­wej czapce w białe śnie­żynki, który stał za nią. Był też fa­cet po sześć­dzie­siątce ze szcze­ka­ją­cym te­rie­rem, dwóch chło­pa­ków w dre­sach, a także ze dwa­dzie­ścia in­nych osób, które po­winny pil­no­wać swo­jego nosa. W miarę na­pływu no­wych ga­piów stało się wręcz nie­moż­liwe ob­jąć ich wszyst­kich wzro­kiem.

Do Giny po­de­szła de­tek­tyw Wyre i sta­nęła za nią.

- Sze­fowo, Ber­nard nas woła.

- Do­brze. Tak wiele tu ga­piów, że mu­simy z god­no­ścią za­jąć się cia­łem. - Za­pięła kom­bi­ne­zon, wło­żyła kap­tur, ochra­nia­cze na buty i rę­ka­wiczki.

Kilka osób wy­jęło ko­mórki, by na­gry­wać zda­rze­nie i ro­bić zdję­cia. Gdy Ka­poor zwró­ciła na obie ko­biety uwagę, zo­sta­wiła świadka na chwilę i do nich po­de­szła.

- Za chwilę fan­page na Fa­ce­bo­oku "Co sły­chać w Cle­eves­ford" bę­dzie pe­łen teo­rii i zdjęć. Lu­dzie cza­sami tak bar­dzo mnie de­ner­wują.

- Prawda, sze­fowo.

Gina nie­mal ze­śli­zgnęła się po skar­pie, która pro­wa­dziła na brzeg je­ziora. Jesz­cze dwa dni temu zie­mia w tym miej­scu by­łaby skuta lo­dem, a te­raz wszystko za­czy­nało top­nieć, więc wo­kół było tylko błoto.

- Dzień do­bry, Ber­nar­dzie. Mogę zo­ba­czyć ciało?

- Tak, chodź. Stą­paj po pły­tach. Są tro­chę śli­skie, więc mu­sisz uwa­żać. Na ra­zie usta­wi­li­śmy pa­ra­wan i pra­cu­jemy przy ciele, ale lu­dzie na­dal pod­cho­dzą z dru­giej strony je­ziora z ko­mór­kami i apa­ra­tami. Przez nich wszystko po­trwa znacz­nie dłu­żej.

- Wyre, po­proś Smi­tha, żeby ko­goś tam po­słał i ich prze­go­nił. I niech ich naj­pierw spi­sze. - Li­sta osób obec­nych na miej­scu zbrodni na pewno póź­niej im się przyda.

- Tak, sze­fowo. - Paula po­ki­wała głową i po­spie­szyła w kie­runku ta­śmy po­li­cyj­nej.

Kaczki za­częły kwa­kać i pod­pły­nęły do brzegu, za­kła­da­jąc, że wszy­scy ci lu­dzie byli tu po to, by je kar­mić. Gina po­sta­wiła ostroż­nie kilka kro­ków i w końcu do­tarła do pa­ra­wanu. Owiał ją zimny wiatr, nie­mal utrud­nia­jąc od­dy­cha­nie. Od­wilż nie miała długo po­trwać.

Ber­nard szedł za nią, jego duże stopy wy­glą­dały, jakby roz­płasz­czały się na pły­tach.

- Co mu­szę wie­dzieć?

Od­chrząk­nął.

- Cóż, le­d­wie mie­li­śmy czas, żeby rzu­cić okiem na ciało, nie mó­wiąc już o zba­da­niu go, ale nie da się nie za­uwa­żyć rany kłu­tej na piersi ofiary. Sek­cja z pew­no­ścią wy­każe dłu­gość i typ ostrza oraz to, czy rana oka­zała się śmier­telna. Ewen­tu­alna obec­ność okrze­mek w ciele da nam od­po­wiedź na to, czy uto­nęła. Po­bie­rzemy próbkę wody z je­ziora. To rów­nież po­winna po­twier­dzić to sek­cja. To młoda ko­bieta, może na­wet na­sto­latka. Po­wie­dział­bym, że miała od szes­na­stu do dwu­dzie­stu dwóch lat. Na ra­zie nie zna­leź­li­śmy na brzegu krwi czy in­nych śla­dów bio­lo­gicz­nych, ale na­dal ba­damy te­ren. Mu­siała bar­dzo krwa­wić po tym cio­sie, więc je­śli za­dano go tu­taj, spo­dzie­wał­bym się wielu śla­dów.

- Ja­kieś na­rzę­dzie zbrodni?

- Na ra­zie nic, ale szu­kamy.

Gina się ro­zej­rzała. W nocy ktoś mógł pod­je­chać sa­mo­cho­dem do po­czątku ścieżki i za­nieść ciało do je­ziora albo dziew­czyna tędy spa­ce­ro­wała i pa­dła ofiarą bru­tal­nej na­pa­ści, która do­pro­wa­dziła do jej śmierci. Gina wie­działa, że na par­kingu za­in­sta­lo­wano ka­mery mo­ni­to­ringu, więc po­pro­siła o na­gra­nia, jesz­cze za­nim wy­szła z po­ste­runku. Jed­nak byłby to cud, gdyby za­bójca pod­je­chał na tak mo­ni­to­ro­wany par­king. Miesz­kańcy do­ma­gali się lep­szego za­bez­pie­cze­nia te­renu przy je­zio­rze, ale nie było to moż­liwe ze względu na cię­cia w miej­skim bu­dże­cie.

- Ile czasu de­natka mo­gła się znaj­do­wać w je­zio­rze?

Ber­nard po­krę­cił głową.

- Zimna woda kon­ser­wuje, a wczo­raj i dzi­siaj było mroźno. Je­dyne, co się wy­róż­nia, to zsi­nie­nie po­śmiertne. Ko­bieta leży na brzegu zwró­cona twa­rzą do dołu, a za­si­nie­nie wi­dać na po­ślad­kach i tyl­nej czę­ści ud i ły­dek. Na­to­miast nie­długo po śmierci krew gro­ma­dzi się w miej­scu, gdzie wy­stę­puje na­cisk. Wy­daje się, że ofiara w chwili śmierci lub za­raz po niej sie­działa z unie­sio­nymi no­gami. Mu­simy też pa­mię­tać, że serce wy­pom­po­wa­łoby krew z jej klatki pier­sio­wej, chyba że za­bójca zo­sta­wił nóż w ciele, za­ty­ka­jąc nim ranę. Wi­dzisz, mu­simy wziąć pod uwagę wiele czyn­ni­ków, dla­tego też sek­cję zwłok na­leży prze­pro­wa­dzić jak naj­szyb­ciej.

- Weźmy się za to od razu.

- Jest jesz­cze coś.

- Co ta­kiego?

- Ślady skrę­po­wa­nia na kost­kach, nad­garst­kach i szyi. Po­dej­rze­wam, że zo­stała przy­wią­zana do krze­sła, na któ­rym zmarła. Są też ślady w ką­ci­kach jej ust i na po­licz­kach. Zo­stała za­kne­blo­wana. I jesz­cze jedno, skóra na war­dze jest ro­ze­rwana. Mu­szę się temu bli­żej przyj­rzeć, ale po­wie­dział­bym, że skle­jono jej usta.

Gina za­drżała. My­śli o wszyst­kich tych ob­ra­że­niach mło­dej ko­biety przy­pra­wiły ją o ból brzu­cha. Dla­czego za­bójca miałby skleić jej wargi?

Za­mknęła oczy, pró­bu­jąc so­bie przy­po­mnieć, jak wy­glą­dała Am­ber na zdję­ciu, które po­ka­zała jej Lau­ren San­di­ford. Miała wielką na­dzieję, że dziew­czyna z je­ziora to jed­nak nie ona. Prze­szła za pa­ra­wa­nem, za­chwiała się nieco na ostat­niej pły­cie i spoj­rzała na le­żące w bło­cie ciało. W miej­scu, w któ­rym pod­wi­nęła się nocna ko­szula, do­strze­gła zsi­nie­nie, o któ­rym mó­wił Ber­nard. Ko­bietę dźgnięto w pierś, a na­stęp­nie wrzu­cono do je­ziora. Czyn ten był tak od­ra­ża­jący, że Gina za­drżała i mu­siała od­wró­cić na chwilę wzrok.

- Ja­kieś oznaki na­pa­ści na tle sek­su­al­nym?

- Nic ta­kiego nie za­uwa­ży­łem, ale to w tym mo­men­cie nic nie zna­czy.

Gina po­pa­trzyła na brzeg po dru­giej stro­nie je­ziora i do­strze­gła, że po­li­cjant wy­ga­nia stam­tąd lu­dzi z apa­ra­tami. Za­sta­na­wiała się, czy któ­ry­kol­wiek z nich był dzien­ni­ka­rzem. Po­now­nie spoj­rzała na młodą ko­bietę, na­stęp­nie po­chy­liła się nie­znacz­nie, aby le­piej przyj­rzeć się jej pro­fi­lowi. Błoto po­kry­wało dłu­gie, czarne war­ko­cze oraz szpi­cza­sty pod­bró­dek. Kol­czyk w no­sie po­ły­ski­wał w świe­tle prze­no­śnych ha­lo­ge­nów, a na war­dze bra­ko­wało ka­wałka skóry.

- To na­sza za­gi­niona. - Gina skrzy­wiła się, przy­glą­da­jąc się wo­sko­wemu od­cie­niowi jej twa­rzy. - Mo­żesz mi po­wie­dzieć, od jak dawna tu jest? - Po­now­nie od­wró­ciła wzrok.

- Utrud­nia mi to wspo­mniana zimna woda. Bio­rąc pod uwagę tem­pe­ra­turę ciała i stan, w ja­kim się ono znaj­duje, po­wie­dział­bym, że przy­naj­mniej od ośmiu go­dzin, ale mogę się my­lić.

Do­tarł do nich od­głos kro­ków na pły­tach, a za­raz po­ja­wiła się Wyre.

- To ona, sze­fowo? - Paula po­cią­gnęła no­sem.

Gina przy­tak­nęła.

- Nie­stety. Dzię­kuję, Ber­nar­dzie. - Wró­ciły po pły­tach, Gina pu­ściła Wyre przo­dem. - Po raz ostatni wi­dziano ją o dzie­więt­na­stej w ze­szły pią­tek, a w tym je­zio­rze zna­la­zła się przy­naj­mniej osiem go­dzin temu. To da­wa­łoby nam drugą w nocy. Czyli za­bójca miał całą so­botę i nie­dzielę. Mu­simy nieco le­piej osza­co­wać se­kwen­cję zda­rzeń. Mam na­dzieję, że po­może nam w tym sek­cja zwłok. - Spoj­rzała na ga­piów, któ­rzy na szczę­ście byli już mniej liczni. Część obec­nych tu wcze­śniej już ode­szła, ale na ich miej­sce po­ja­wiło się paru no­wych. Prze­wi­nęło się tu tak dużo osób, że na pewno nie uda im się prze­słu­chać każ­dej z nich. Zdjęła kom­bi­ne­zon i skie­ro­wała się w stronę świadka. - Mu­simy się do­wie­dzieć, co się stało z Am­ber Sla­ter po tym, gdy w piąt­kowy wie­czór wy­szła na au­to­bus.

Wyre zmarsz­czyła brwi.

- Bie­daczka. Wy­cho­dzisz na randkę i już ni­gdy nie wra­casz do domu. To mo­gło się przy­da­rzyć każ­dej z nas.

Gina prze­łknęła ślinę, wspo­mi­na­jąc wszyst­kie swoje wpadki na rand­kach. Je­den z męż­czyzn zo­stał na­wet uwi­kłany w jej sprawę, przez co oba­wiała się po­now­nie z kimś uma­wiać. Poza tym ża­den nie mógł się rów­nać z Brig­g­sem. Szu­kała, ale ile­kroć z kimś była, wi­działa tylko jego twarz. Szybko wy­rzu­ciła te my­śli z głowy.

- Chcę wie­dzieć, z kim się umó­wiła. Czy do­tarła na randkę? Mu­simy je­chać na od­prawę na po­ste­ru­nek, by prze­ka­zać wszyst­kie in­for­ma­cje, na­stęp­nie udamy się do Fish and An­chor, bo to wła­śnie tam miała się z kimś spo­tkać. Chcesz je­chać ze mną?

De­tek­tyw Wyre przy­tak­nęła.

- Oczy­wi­ście.

Gina za­drżała, gdy się obej­rzała. Wy­obra­ziła so­bie sie­dzącą na krze­śle Am­ber, która zo­staje dźgnięta w klatkę pier­siową, a na­stęp­nie krzy­czy, roz­ry­wa­jąc skle­jone wargi. Zro­biło się jej nie­do­brze. Ślady wią­za­nia też były okropne. Za­ci­snęła zęby, gdy wy­obra­ziła so­bie, jak z Am­ber ucho­dzi ży­cie, i po­czuła, że za­czyna bo­leć ją głowa. Ko­bieta mu­siała bła­gać o wol­ność, a za­bójca my­ślał je­dy­nie o tym, by wbić jej nóż w pierś. Po­tem bez­dusz­nie wrzu­cił ją pół­nagą do wody. W ja­kim celu?

- Czy mo­żesz skon­tak­to­wać się z tą jej przy­ja­ciółką i za­py­tać o ro­dzinę ofiary? Je­śli nie bę­dzie wie­działa nic o krew­nych, to po­wie­dzą nam o nich na uczelni. Pa­mię­tam, że Lau­ren wspo­mi­nała coś o wy­jaz­dach Am­ber do ojca. Mimo to mu­simy po­roz­ma­wiać też z ludźmi z uczelni. Może któ­ryś z wy­kła­dow­ców na­pro­wa­dzi nas na jej zna­jo­mych lub może o czymś sły­szał lub coś za­uwa­żył?

Paula po­ki­wała głową i ode­szła na bok, żeby za­dzwo­nić.

- Sze­fowo! - za­wo­łała pi­skli­wym gło­sem Ka­poor.

- Co jest? - Gina po­zbyła się ochra­nia­czy na buty.

Ka­poor tu­pała w miej­scu, aby się roz­grzać, jed­no­cze­śnie za­kła­da­jąc rę­ka­wiczki.

- Mamy do­brego świadka. Są­dzi, że wi­dział za­bójcę.

?

Roz­dział 5

Nie mogę o tym my­śleć. W pią­tek pu­ste krze­sło nio­sło ze sobą tyle na­dziei, jed­nak nie było nam to pi­sane. Te­raz wi­dzę, że nie by­łaś Ha­iley. W głębi du­szy wiem, że po­rażka to moja wina, ale po to wła­śnie ist­nieją dru­gie szanse.

Moje ręce świerz­bią, do­ma­ga­jąc się wię­cej, a w gło­wie roz­lega się wy­cie. Słowo "po­rażka" nie daje mi spo­koju. Wszystko mo­gło po­to­czyć się zu­peł­nie ina­czej, ale te­raz nie mam już nic. Do­ku­cza mi chłód, więc na­prawdę chcę się zna­leźć w cie­płym wnę­trzu, wiem jed­nak, że moja po­rażka zo­sta­nie za­uwa­żona, gdy tylko prze­stą­pię próg.

Od za­wsze uwiel­bia­łem cho­dzić do parku, tylko że Am­ber zo­stała wy­cią­gnięta z je­ziora, dla­tego to miej­sce jest już ska­żone. Po­ja­wiły się tam dwie ko­biety, o któ­rych nie mogę za­po­mnieć. Jedna ładna, drobna czar­nula, a druga zde­cy­do­wa­nie star­sza, stop­niem i wie­kiem. Bije od niej aura au­to­ry­tar­no­ści. Włosy ma po­fa­lo­wane, ale na­dal ciemne. Jest wy­soka, wy­gląda na silną. Jej twarz opo­wiada hi­sto­rię. Może w jej wnę­trzu czai się ból. Po spo­so­bie, w jaki prze­chy­lała głowę, gdy pa­trzyła na ciało, po­znaję, że jej za­leży. Po­trze­buje ko­goś, kto się o nią za­trosz­czy. Jest blada i może nie ma ma­ki­jażu, ale zde­cy­do­wa­nie go nie po­trze­buje. Po­doba mi się i je­stem roz­darty. Po­do­bają mi się obie te ko­biety.

Roz­glą­dam się, na chwilę sku­piam wzrok na jed­nej z nich, ale to wy­star­czy, by mnie ocza­ro­wała. De­cy­duję, która z nich jest lep­sza, i wiem, że do­ko­na­łem wła­ści­wego wy­boru. Trzęsę się i lekko kręcę głową. Nie mogę tam iść. To zbyt ry­zy­kowne. Prze­cież to po­li­cjantka. Mu­szę się stąd od­da­lić, za­nim po­peł­nię ogromny błąd. Za­mie­rzam się przejść i po­my­śleć. W taki zi­mowy dzień nie ma nic lep­szego niż oczysz­cza­jący spa­cer. Sły­szę, że zmro­żone za­ro­śla chrzęsz­czą mi pod bu­tami, i za­mie­ram. Mu­szę znik­nąć, za­nim ktoś ze­chce ze mną po­roz­ma­wiać oraz po­znać moje dane.

Czuję się zdez­o­rien­to­wany. Co po­wi­nie­nem zro­bić? Po­trzebne mi są wska­zówki. Plan. Co­kol­wiek. W ustach mi za­sy­cha, serce szyb­ciej bije. Mu­szę za­jąć czymś my­śli. Wyj­muję te­le­fon z kie­szeni, lo­guję się do swo­jej ulu­bio­nej apli­ka­cji i roz­pły­wam w tłu­mie użyt­kow­ni­ków. Ap­py­Da­ter to sku­teczne roz­wią­za­nie. To tam znajdę to, czego szu­kam, a nie tu­taj.

Za­po­mnij o tym, co tu dziś wi­dzia­łeś, i po­szu­kaj ko­goś no­wego. Daj po­li­cjant­kom spo­kój.

Jesz­cze raz prze­glą­dam li­stę miej­sco­wych ko­biet.

Szu­kaj i się nie pod­da­waj. Znajdę ją w tym mo­rzu chęt­nych la­sek.

Ona gdzieś tam jest i je­śli nie przyj­dzie do­bro­wol­nie, sam ją za­biorę i prze­mie­nię tak, jak gą­sie­nica zmie­nia się w mo­tyla.

?

Roz­dział 6

Świa­dek sie­dział na ławce w parku. Ski­nął głową nad­cho­dzą­cej Gi­nie i scho­wał te­le­fon do kie­szeni. Ele­gancki ubiór zda­wał się nie­zwy­kły jak na spa­cer wo­kół je­ziora w ten mroźny stycz­niowy po­ra­nek. Do ciem­nych sztruk­so­wych spodni wło­żył brą­zowe buty. Pod ciem­no­sza­rym weł­nia­nym płasz­czem miał nie­bie­ską ko­szulę i po­dobny ko­lo­rem kra­wat, przez co wy­glą­dał, jakby wy­bie­rał się do pracy. Gina opu­ściła wzrok, błoto po­kry­wało jego nogi nie­mal do ły­dek i spodnie mu prze­mo­kły.

- Ko­mi­sarz Harte, a to de­tek­tyw Wyre. Czy mogę pro­sić o pana god­ność?

Paula chuch­nęła na palce, nim z kie­szeni wy­jęła no­tes i dłu­go­pis.

Męż­czy­zna od­chy­lił się do tyłu, spoj­rzał w ciemne niebo.

- Prze­ra­bia­łem to już z jedną z po­li­cjan­tek.

Gina sku­piła wzrok na sy­gne­cie, który miał na pra­wej ręce, bo był bar­dzo po­dobny do tego, jaki no­sił jej już nie­ży­jący mąż Terry. Na jej po­liczku na­dal wid­niał ślad po tym, jak za­po­mniała wy­prać jego ulu­bioną ko­szulę. Terry może i nie żył, ale wspo­mnie­nia nie znik­nęły wraz z nim, a ten sy­gnet zda­wał się prze­ma­wiać do niej: "Na­dal tu je­stem". Za­drżała.

- Pro­szę po­słu­chać, ro­zu­miem, że może być pan wstrzą­śnięty, ale mu­szę wie­dzieć, jak się do pana zwra­cać - za­py­tała.

Gi­nie coś się w nim nie spodo­bało. To on od­na­lazł ciało, ale co skło­niło tak ele­gancko ubraną osobę do uda­nia się na brzeg je­ziora? Spoj­rzała z od­dali na miej­sce zda­rze­nia, wie­działa, że musi za­cho­wać ostroż­ność. W tej chwili ten męż­czy­zna był je­dy­nie świad­kiem, nie miała po­wodu, żeby o co­kol­wiek go po­dej­rze­wać.

- Otis Nor­ton.

- Dzię­kuję, pa­nie Nor­ton. Gdzie pan mieszka?

- Na Blo­oms­bury Ave­nue pod nu­me­rem trzy­na­ście.

- Może nam pan opo­wie­dzieć, kiedy i w ja­kich oko­licz­no­ściach zna­lazł ciało? Pro­szę za­cząć od po­czątku.

Świa­dek wie­lo­krot­nie za­bęb­nił stopą o chod­nik.

- Po­waż­nie? Już to mó­wi­łem. Mam sprawy do za­ła­twie­nia.

- Prze­pra­szam, że po­now­nie pana o to py­tam, ale za­mor­do­wano ko­bietę. Pro­szę za­cząć od po­czątku.

Owiał ich zimny wiatr. Gina po­tarła ręce. Fa­cet ewi­dent­nie wy­sta­wiał na próbę jej cier­pli­wość.

Za­dzwo­nił jego te­le­fon. Od­bił po­łą­cze­nie, spoj­rzał na ze­ga­rek i oparł się o mo­krą ławkę.

- Przy­je­cha­łem tu ja­kąś go­dzinę temu. Za­par­ko­wa­łem o tam. - Wska­zał kępę drzew za po­li­cjant­kami i pro­wa­dzącą do nich ścieżkę, która prze­cho­dziła w żwi­rowy szlak do je­ziora. Nie było przy niej żad­nej ka­mery, która mo­głyby na­grać par­ku­jący tam sa­mo­chód.

- Na Ce­dar Lane? - za­py­tała Wyre.

Przy­tak­nął.

- Tak, auto wciąż tam stoi. W każ­dym ra­zie przy­sze­dłem nad je­zioro je­dyną ścieżką, która pro­wa­dzi do niego z Ce­dar Lane. - Pod­kre­ślił na­zwę ulicy, pa­trząc wy­mow­nie na Wyre.

- Pro­szę kon­ty­nu­ować.

Znów za­dzwo­nił jego te­le­fon. Wy­ci­szył go i wło­żył do kie­szeni płasz­cza.

- Nad je­zio­rem pa­no­wał spo­kój, nie li­cząc kilku bie­ga­czy i osób z psami. Kiedy zbli­ży­łem się do brzegu, zo­ba­czy­łem tam coś, co przy­po­mi­nało wy­rzu­co­nego przez wodę czło­wieka. Na po­czątku nie było to ta­kie oczy­wi­ste, bo znaj­do­wa­łem się dość da­leko, a nad brze­giem uno­siła się nie­wielka mgła. By się upew­nić, co to ta­kiego, po­sze­dłem brze­giem do tego miej­sca. Omi­ną­łem sta­no­wi­ska węd­kar­skie i krzaki, aż do niej do­tar­łem. Wsko­czy­łem do wody i wzią­łem ją za rękę, szu­ka­jąc pulsu. Jed­nak kiedy na nią spoj­rza­łem, wie­dzia­łem, że nie żyje. - Po­pa­trzył na swoje stopy i prze­stał bęb­nić bu­tem.

Za­nie­czy­ścił miej­sce zda­rze­nia. Gina wie­działa, że zo­sta­nie po­pro­szony o od­da­nie pró­bek ce­lem eli­mi­na­cji. Coś się jed­nak nie zga­dzało. Więk­szość osób, które od­naj­dy­wały zwłoki, ocho­czo współ­pra­co­wała z po­li­cją. Ten czło­wiek spra­wiał wra­że­nie, że robi to nie­chęt­nie. Roz­glą­dał się na boki, jakby ko­goś szu­kał, co nie po­ma­gało.

- Czeka pan na ko­goś?

- Eee, nie. Mogę już iść?

Gina zi­gno­ro­wała to py­ta­nie.

- Mó­wił pan, że ma nam coś do prze­ka­za­nia.

- Tak. Kiedy zna­la­złem ciało, spoj­rza­łem przed sie­bie, bo coś sze­le­ściło w krza­kach przy ścieżce, która pro­wa­dzi na Ce­dar Lane. Wi­dzia­łem je­dy­nie ciemne ubra­nie, ale z pew­no­ścią ktoś tam był. Po­wie­dzia­łem to po­li­cjantce.

Gina obej­rzała się za sie­bie. Ka­poor oto­czyła krzaki ta­śmą.

- Kiedy zo­ba­czy­łem, że ta osoba na mnie pa­trzy, po­my­śla­łem, że to mor­derca, i chyba za­mar­łem. Wy­da­wało mi się, że sta­łem w wo­dzie przez wieki, ale chyba mi­nęła mi­nuta, może na­wet mniej. - Spoj­rzał na ze­ga­rek. - Mu­szę już iść.

- Do­kąd się pan wy­biera?

- Po­waż­nie? Je­stem o coś po­dej­rze­wany?

Gina chciała prze­wró­cić oczami, ale na szczę­ście się po­wstrzy­mała.

- Pro­szę spoj­rzeć w tę stronę - po­le­ciła, wska­zu­jąc kie­ru­nek, a męż­czy­zna po­pa­trzył na umun­du­ro­wa­nych po­li­cjan­tów, któ­rzy roz­ma­wiali z ga­piami i ich spi­sy­wali. - Wszyst­kim za­da­jemy te same py­ta­nia. Wszy­scy je­ste­ście świad­kami, a my nie wy­ko­ny­wa­li­by­śmy na­le­ży­cie swo­jej pracy, gdy­by­śmy nie za­da­wali py­tań. Ko­bieta w je­zio­rze to czy­jaś córka. Miała przy­ja­ciół, ro­dzinę. Pro­szę so­bie wy­obra­zić, co by było, gdyby to była ja­kaś pań­ska krewna. Chciałby pan, aby­śmy przy­ło­żyli się do swo­jej pracy, prawda? - Gdyby do­sta­wała funta, ile­kroć mu­siała to wy­ja­śniać, już by­łaby bo­gata.

Męż­czy­zna roz­piął płaszcz. Po­czer­wie­niał na twa­rzy i kil­ka­krot­nie głę­boko ode­tchnął.

- Po pro­stu spa­ce­ro­wa­łem. Żona jest chora i cza­sami mu­szę wyjść z domu, żeby się prze­wie­trzyć. Jest umie­ra­jąca, więc może so­bie pani wy­obra­zić, jak ciężka at­mos­fera pa­nuje w na­szym domu. Cały czas do mnie wy­dzwa­nia i wła­śnie dla­tego mu­szę wra­cać. Nor­mal­nie nie wy­cho­dzę na tak długo.

- Dzię­ku­jemy, pa­nie Nor­ton. Czy mógłby nam pan po­wie­dzieć coś jesz­cze o oso­bie w krza­kach? Czy wi­dział pan, w któ­rym kie­runku się od­da­liła?

Po­krę­cił głową.

- Nie. Była tam, po czym znik­nęła. Nie wi­dzia­łem nic wię­cej. Na­prawdę mu­szę wra­cać do żony. Ma­cie moje dane. - Wy­jął wy­ci­szoną ko­mórkę z kie­szeni. - Znów do mnie dzwoni.

- Do­brze. Wi­dzę, że wraca po­ste­run­kowa Ka­poor. Zaj­mie się pa­nem. Musi pan przy­je­chać na po­ste­ru­nek i zło­żyć for­malne ze­zna­nie. Mu­simy też do­stać pań­skie ubra­nia, żeby po­brać z niego próbki.

- Do dia­bła! - Wstał, przez co gó­ro­wał nad Giną i Wyre.

- Dzię­ku­jemy panu. - Gina spo­tkała się z Ka­poor w po­ło­wie ścieżki. - Nie jest we­soł­kiem, ale po­trze­bu­jemy jego ubrań i od­ci­sków pal­ców. Mo­żesz się nim za­jąć?

Po­li­cjantka się uśmiech­nęła.

- Ja­sne, sze­fowo.

Głos ko­biety wwier­cał się w uszy Giny. Po­szła za Paulą i po­ma­chała Ber­nar­dowi, który chwilę po­tem znik­nął za pa­ra­wa­nem.

- Co są­dzisz o Nor­to­nie? - za­py­tała i wes­tchnęła. Biały ob­ło­czek pary, który wy­do­stał się z jej ust, wska­zy­wał, że tem­pe­ra­tura znów spada.

- Po­wie­dzia­ła­bym, że coś przed nami za­taił. Opie­kuje się ciężko chorą żoną, ale je­dzie na spa­cer wo­kół je­ziora i to w swoim naj­lep­szym, od­święt­nym ubra­niu. Kiedy z nim roz­ma­wia­łaś, spraw­dzi­łam, gdzie jest Blo­oms­bury Ave­nue. To kwa­drans jazdy stąd. W do­datku to ide­alne miej­sce na spa­cery, bo nie­opo­dal pły­nie rzeka.

- Po co miałby je­chać aż tu­taj?

- No wła­śnie.

- Na pewno mu­simy go po­rząd­nie spraw­dzić. Nie prze­ko­nały mnie jego wy­ja­śnie­nia. - Spoj­rzała przez ra­mię na Ka­poor roz­ma­wia­jącą z Oti­sem Nor­to­nem.

Męż­czy­zna pa­trzył na Ginę tak długo, że zro­biło się jej nie­zręcz­nie.