Nora
Była już prawie dwudziesta druga
trzydzieści, kiedy Nora wreszcie dojechała nad zatokę Redrock. Znak w pobliżu posterunku straży, przy wjeździe do parku, przypominał, że
należy wnieść opłatę, korzystając z drewnianej skarbonki. Nie zrobiła
tego, nie planowała bowiem dłuższego pobytu.
Mały parking przy marinie był pusty, jeśli nie liczyć fioletowego
hatchbacka z kalifornijską rejestracją. Obok pojazdu stała Quinn. Gdy
Nora wykręcała samochodem, ręce i nogi Quinn oblał złoty blask
reflektorów. Nie przypuszczała, że zrobi to na niej wrażenie, ale widok
siostry po tak długim czasie okazał się dla Nory wstrząsem. Z wysiłkiem
złapała oddech.
Quinn wyglądała kwitnąco, była opalona, a włosy w kolorze ciemnego
blondu miała ściągnięte w wysoki koński ogon, który przywiódł Norze na
myśl czirliderskie czasy siostry. Jako dwudziestopięciolatka nadal
błyszczała, jakby miała naście lat. Jej ręce i nogi były gładkie jak
lejące się toffi, a twarz tak poważna, że nawet z daleka łatwo było się
domyślić, iż łaknie aprobaty. Kochaj mnie, szeptało w niej wszystko. I nie dało się nie kochać Quinn, choć zarazem trudno było ją za to lubić.
Nora tak mocno zacisnęła palce na kierownicy, że w świetle bijącym od
deski rozdzielczej ich kostki wydały się białe. Jakąś częścią siebie
pragnęła zawrócić i czym prędzej odjechać, zostawiając Quinn w kłębach
piasku. Na to jednak było już za późno.
- Wrócę za minutkę - powiedziała wreszcie, odpinając pas bezpieczeństwa,
po czym odwróciła się, by spojrzeć na zawiniętą w koc dziewczynkę. Mała
podciągnęła jego skraj pod same oczy o barwie morza i wbiła w Norę
nieodgadnione spojrzenie. - Jak myślisz? - Nora spróbowała zdobyć się na
uśmiech, ale jej samej wydał się on sztuczny i wątły. - Amy?
Nazwałybyśmy cię Amy?
Cisza.
Nora westchnęła i wysiadła z samochodu, zostawiając uchylone drzwiczki,
żeby dziewczynka nie poczuła się całkiem osamotniona. Co zrobić?
Pomachać? Uśmiechnąć się? Powaga sytuacji sprawiła, że jej nogi stały
się ciężkie jak ołów. Była w połowie drogi do siostry, a nie wiedziała,
co jej powiedzieć.
Quinn się nie zawahała.
- Nora! - Quinn jednym skokiem pokonała dzielącą je odległość i uścisnęła mocno siostrę. - Nie sądziłam, że tu przyjedziesz! - Potem
cofnęła się, trzymając Norę na długość rąk, ze zmarszczką na czole,
dzielącą brwi idealną linią. Z tym grymasem przypominała Norze ich
matkę. Tego jednak nigdy by jej nie powiedziała.
- Hej, Q.
- Powinnam ci przyłożyć.
- Możliwe - przyznała Nora. Nie zamierzała przepraszać.
No i Quinn odwinęła się i walnęła ją w ramię, wystarczająco, żeby
zabolało, nie na tyle jednak mocno, by pozostawić siniaka. Według
siostrzanej nauki była to adekwatna suma siły i impetu, podzielona przez
przemożne pragnienie, by nie podpaść Jackowi seniorowi. Ojciec
zdecydowanie nie przepadał za bójkami dziewcząt, mimo iż JJ-owi -
wzorowi cnót dziecięcych - pozwalano na umiarkowane dręczenie młodszego
rodzeństwa, włączając ten element w ich życie domowe.
- Należało mi się - powiedziała Nora, gdy jej młodsza siostra zagryzła
wargi.
- Ścięłaś włosy.
Nora zaczęła bawić się pierzastymi końcówkami swojej jasnej czupryny.
Postrzępione i nierówne, nadawały jej wygląd gwiazdy rocka. Brakowało
jej tylko tatuaży i mnóstwa kolczyków, ale nadzwyczaj dbała o nietykalność swojego ciała. Nigdy nie było jej w głowie, żeby robić
sobie dziary czy piercing. Jedynym wyjątkiem była maleńka strzałka
wytatuowana na ramieniu - drugą taką miała jej najlepsza przyjaciółka
Tiffany. A kiedy sięgnęła po narkotyki, to tylko dlatego, że była
zbuntowaną nastolatką, a one robią takie rzeczy. Nie podobało jej się
jednak to, jak się po nich czuła. Zrozumiała, że nie jest typem ćpunki.
- Potrzebowałam odmiany - wyjaśniła, wiedząc, że dla Quinn ta fryzura
musiała być szokiem. Kiedy się ostatnio widziały, płowe loki Nory niemal
sięgały jej talii. Teraz długa grzywka stanowiła uwydatniała jej kości
policzkowe, a reszta włosów była na tyle krótka, że podkreślały kształt
szyi i podbródka. Fryzura stwarzała aurę opanowania i władczości. Nora
wykorzystywała to.
- Wyglądasz świetnie. - Ale w zmrużonych oczach Quinn kryła się uraza.
Były sobie obce, a wysiłek wkładany w tę nieporadną rozmowę pozostawał
aż nadto widoczny. Nora pożałowała, że nie może cofnąć czasu do chwili,
zanim sprawy poszły nie tak. Teraz jednak nie mogła się przejmować
uczuciami Quinn.
- Dzięki.
- Dobrze cię widzieć. Wiesz... - Quinn nie dokończyła, ale nie musiała.
Nora widziała wszystko wypisane na jej twarzy. Czuję się samotna.
Szkoda, że nie ułożyło się inaczej. Taka jestem zła na ciebie.
Stęskniłam się.
- Ciebie też - odparła Nora, bo co innego mogła powiedzieć? Spotkanie z siostrą teraz, w tych okolicznościach, było ostatnią rzeczą, której by
sobie życzyła, ale jaki miała wybór? Quinn nie była jedyną z sióstr
Sanford, której życie potoczyło się inaczej, niż planowano.
- Zabierajmy się stąd - dość kategorycznie rzuciła Quinn. - Napijemy
się, zapraszam. U Malcolma podają teraz guinnessa. Z cydrem i colą? -
Już wracała do auta, wyraźnie oczekując, że Nora pójdzie za nią, a potem
zaszyją się w którymś ze sfatygowanych boksów Malcolm's on the Water i będą udawać, że ułożyło im się inaczej.
- Quinn, zaczekaj. - Nora nie ruszyła się nawet o krok, a kiedy siostra
się do niej odwróciła, odległość między nimi wydawała się
nadspodziewanie duża. - Nie mam czasu na drinka.
- Dopiero przyjechałaś.
- Nie mogę...
- Jest późno. - Quinn wzruszyła ramieniem i obdarzyła Norę swoim
najbardziej ujmującym uśmiechem, z dołeczkiem po prawej stronie ust.
Tylko w ich zaciśnięciu było coś twardego. Jakaś zawziętość. -
Przenocujesz. Walker pracuje nad instalacją, a dom jest bardzo duży.
Możesz mieć pokój koło kuchni. Rano zrobię naleśniki z bitą śmietaną i tak dalej. - Czy był w tym sarkazm? Tego Nora nie mogła wykluczyć.
Nie zamierzała być niemiła, ale potrząsnęła głową przecząco i posłała
Quinn nieme ostrzeżenie. W dzieciństwie posługiwała się tą szczególną
miną tysiące razy i Quinn wzdrygnęła się na jej widok, jakby wciąż miała
osiem lat i krzywe mysie ogonki.
- No co?
- Musisz coś dla mnie zrobić. Coś bezpiecznie przechować - oznajmiła
Nora.
Quinn oparła ręce na biodrach.
- Okej. W głównej sypialni w chacie jest sejf. Walker zna szyfr.
- To nie to.
- A więc...?
- Najpierw musisz mi coś obiecać.
Quinn uniosła brew.
- Chyba nie wplątałaś się w nic nielegalnego?
- Nie - zaprzeczyła szybko Nora, choć prawda była taka, że nie miała
pojęcia, czy to, co robi, jest zgodne z prawem. - Nie, to nie jest nic
nielegalnego. Po prostu muszę wiedzieć, że potraktujesz to poważnie. Że
zrobisz to, o co cię proszę.
- Pewnie - powiedziała Quinn.
- Samo "pewnie" nie wystarczy. To za mało.
- Nora, do cholery. Czego ty ode mnie chcesz? - Quinn wyrzuciła ręce w górę. - Przecież nawet nie wiem, co obiecuję.
- Że będziesz ostrożna i mądra. Że nikomu nie powiesz... co ci dałam. Że
zaufasz, że sama się wszystkim zajmę, i nie będziesz brać spraw w swoje
ręce.
- Przerażasz mnie. - Quinn skrzyżowała ręce na piersi, a ten obronny
gest przypomniał Norze, jak siostra, jeszcze mała, chowała się przed
JJ-em, zakrywając głowę rękami, jakby dzięki temu stawała się
niewidzialna.
- Nie ma się czego bać. - Tego też Nora nie była taka pewna. - Sytuacja
jest odrobinę wariacka i naprawdę potrzebuję kogoś zaufanego. A tobie
ufam, Q. Jestem przekonana, że zrobisz to jak trzeba.
Rozważając te słowa, Quinn zagryzła wargi, a Nora wiedziała już, że
znalazła sposób, aby dotrzeć do młodszej siostry. Quinn kochała ludzi.
Uwielbiała ich bezwstydnie i do przesady. Stawała się przez to łatwym
celem, choć łatwowierną nikt by jej nie nazwał. Nie przestrzegała
pewnych reguł nie dlatego, że nie rozumiała następstw, po prostu za
wszelką cenę chciała okazać się pomocna. Pragnęła wszystkich
uszczęśliwiać, nieść pokój. Niewiele było na świecie osób tak
troskliwych i prostolinijnych jak Quinn Sanford. Pomyłka, Cruz. Nora
była ciekawa, czy kiedykolwiek się do tego przyzwyczai. Zastanawiała się
też, czy zdoła sobie wybaczyć, że tak posłużyła się Quinn. Narażała ją
na niebezpieczeństwo? Ależ nie, o żadnym zagrożeniu nie mogło być mowy.
Dokładnie wszystko rozpracowały.
- Czego ode mnie chcesz? - zapytała Quinn.
Tyle że Nora już odwróciła się do samochodu. Nie widziała, że na twarzy
Quinn sceptycyzm ustąpił miejsca nadziei, a gdyby nawet to dostrzegła, i tak by nie miała pojęcia, co począć w obliczu tej nieskrywanej tęsknoty.
Nie zaprzątając sobie głowy siostrą, Nora otworzyła drzwi od strony
pasażera i nisko się nachyliła.
- Dojechałyśmy - powiedziała, odsuwając mocno skręcone loki od
delikatnej krzywizny policzka dziewczynki. Mała była zakryta tylko do
ramion, ale jak zobaczyła Nora w bladym świetle deski rozdzielczej, poza
tym niewiele się zmieniło. Dziecko miało zaciśnięte wargi i patrzyło
prosto przed siebie, ściskając w sobie emocje jak w gorsecie.
- Hej - szepnęła Nora. Jej determinacja zdecydowanie osłabła wobec
połączenia siły i bezbronności dziewczynki. - Polubisz Quinn. To moja
siostra. Jest bardzo, bardzo fajna i robi najlepsze czekoladowe
ciasteczka, jakie kiedykolwiek jadłam. Lubisz czekoladowe ciasteczka,
prawda?
Dziewczynka powoli zamrugała, ale nie poruszyła się ani nie dała po
sobie inaczej poznać, że Nora coś do niej powiedziała.
- I uwielbia czytać książki. Na głosy. - Nora nie miała pojęcia, czy w chacie są jakieś książeczki dla dzieci, ale Quinn niewątpliwie stanęłaby
na wysokości zadania. Robiłaby wypady do biblioteki i sklepu z upominkami na Main i kupowała pluszaki, żeby Everlee miała przytulankę,
gdy będą zwijać się w kłębek, żeby wspólnie poczytać. Nie. Żadnych
wypadów.
I nie Everlee. Tak jej nie wolno nazywać. Przynajmniej nie na głos.
- Pomyślałaś już o imieniu? - spytała Nora. - Miałyśmy zrobić sobie
parodniową przerwę od Everlee. Pamiętasz? - Wsunęła się na tylne
siedzenie, obok pochylonej głowy dziewczynki. Jakaś jej część miała
przemożną chęć, by chwycić w ramiona ten owinięty kocem pakunek i musnąć
ustami miejsce, gdzie linia włosów małej odwzorowywała zbiegnięcie się
łuków eleganckiego serca. Chętnie nazwałaby ją swoim kwiatuszkiem i połaskotała pod drobniutkimi żebrami, co zawsze powodowało chichot
dziewczynki.
Zamiast tego Nora westchnęła i poklepała ją po ramieniu.
- Rusz się, słodziaku. Pora iść, okej? - I nie doczekawszy się
odpowiedzi, nawet słowa protestu, wsunęła ręce pod okutaną sześciolatkę
i nieporadnie ją przytuliła. Dziecko ważyło mniej, niż można było się
spodziewać, przynajmniej zdaniem Nory, zaraz więc zapisała sobie w pamięci, by zasugerować Quinn, żeby ją bardziej dokarmiała. Masłem
orzechowym, jajkami i gęstym guacamole z frytkami. Rzeczami, które
dodadzą trochę ciała kosteczkom jak u ptaszka.
Wysunąć się z auta z dzieckiem w ramionach było trudno, ale Nora dała
sobie z tym radę. Prostując się, celowo unikała spotkania wzrokiem z Quinn. Skupiła się natomiast na zapewnieniu bezpieczeństwa dziecku,
które do siebie tuliła, i krótkiej liście spraw do przekazania. Nie
przesadzaj z nabiałem. Dbaj, by mieć zapas ketchupu. I cokolwiek by się
działo, ukrywaj ją.
- Nora? - Głos Quinn przerodził się w wysoki pisk. Podbiegła tam, gdzie
stała siostra, wciąż jeszcze usiłująca mocniej objąć trzymany pakunek,
by go do siebie przytulić. Quinn wyciągnęła rękę, żeby odchylić koc, i zobaczyła dziewczynkę w objęciach Nory. - A to kto?
- Przyjaciółka. - Zanim padły dalsze pytania, Nora zasypała Quinn lawiną
słów. - Trzeba, żebyś ją jakiś czas przechowała. To długa historia i później wszystko ci opowiem, ale na razie musisz mi zaufać. Po prostu
zrób to, o co proszę.
Mimo że chciała, żeby jej słowa zabrzmiały naturalnie, w głosie Nory
zadźwięczała nuta desperacji. Nie było w tym bowiem nic naturalnego.
Faktu, że mają między sobą dziecko, nijak nie dało się zbagatelizować.
- Nora. - Zdumienie w oczach Quinn było aż nadto wymowne. - Nie wiem,
czy tak mogę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Włosy dziewczynki są delikatne jak wąsy
kukurydzy. Przelewają się przez nożyczki niczym woda i spadają na
podłogę wodospadem bieli.
- Piękne - wzdycham, chwytając jej ramionka dygocącymi dłońmi. Głos też
mi drży i mocno zaciskam zęby. Nie teraz. - Wyglądasz jak Blaszany
Dzwoneczek1.
- Nie chcę wyglądać jak Dzwoneczek. - Unosi rączkę, szukając burzy
loków, która jeszcze przed chwilą spływała kaskadą na plecy. Teraz jej
uszka zdobią loczki, perfekcyjne zawijaski, łaskoczące kark i flirtujące
z zielonymi kolczykami Hello Kitty, z którymi nie rozstaje się ani w dzień, ani w nocy, co najmniej od miesiąca.
Kolczyki będą musiały zniknąć. Podobnie jak baśniowy połysk jej niemal
srebrzystych włosów.
- Zobacz, co mam - mówię, żeby odwrócić jej uwagę. Obejmuję ją w wąskiej
talii i obracam na kuchennym stołku tak, że prawie stykamy się nosami.
Szybkim, niezdarnym całusem stempluję jej wilgotne czoło, spocone po
zabawie w chowanego, którą się posłużyłam do tego, by przygotować grunt
pod to, co nas czeka. Dzieci to nie moja specjalność, ale zdążyłam się
już nauczyć, że pod jednym względem nie różnią się od dorosłych: też
mruczą, kiedy się je mizia. Instrumentalne wykorzystywanie czułości
wydaje mi się nie w porządku, ale robię to, co muszę. - To
niespodzianka.
- Jaka? - Cienka brewka wygina się znacząco, na znak sceptycyzmu.
Dziewczynka ma dopiero sześć lat, ale duchem jest wyjątkowo dojrzała.
Jedno słowo, a wszystko się zmienia. Miałam wrażenie, że zamieniłyśmy
się miejscami, i to ja jestem dzieckiem, przedszkolakiem, mającym przed
sobą dorosłą kobietę. Kogoś znacznie mądrzejszego niż ja w wieku lat
sześciu, szesnastu i dwudziestu sześciu.
- Wybieraj. - Na blacie stoją opakowania, które pospiesznie chwytam,
każde w jedną dłoń, po czym chowam za plecami. - Mus czekoladowy czy
nuta imbiru?
Nosek dziewczynki marszczy się z zakłopotaniem.
- Dopiero co miałyśmy lody - mówi. - Ciasteczkowe.
Ma prawo być skonsternowana. W tej zamrażarce nieczęsto bywają lody.
Podobnie jak, nawiasem mówiąc, chleb w spiżarce i mleko w lodówce. A teraz: czekolada albo imbir? Po lodach, zabawie w chowanego i poświęcaniu jej całej uwagi? To tak samo magiczne i niepojęte jak
postrzyżyny, płowe loki, ścielące się misternymi koronkami na brudnym
linoleum podłogi. Zaczęło się baśniowo, ale ona musi jeszcze pojąć, że
brniemy ciernistą ścieżką, zagubioną w mrocznym i złym lesie.
- Mus czekoladowy? - naciskam, bo dopada mnie lęk. Drętwieję. Wkrótce
złapie mnie paraliż i uniemożliwi mi zrobienie tego, co konieczne. Lista
moich słabych stron jest długa i pełna różnorodnych pozycji, nic jednak
nie dorównuje na niej mojej skłonności do popadania w bezwład. W chwilach najbardziej wymagających działania tężeję z przerażenia.
Usidlona. Teraz nie może się to zdarzyć.
- Nuta imbiru - odpowiada dziewczynka. Z przekory.
- Dobry wybór - wyduszam z siebie. - Ja zawsze chciałam być rudzielcem.
Znowu marszczy nosek, ale niczego jej nie tłumaczę, bo i tak by nie
zrozumiała. Po prostu odrywam wieczko pudełka i wyławiam z wnętrza
przezroczyste foliowe rękawiczki. Jest też jednorazowa peleryna, którą
owijam dziewczynkę z fantazyjnym, mam nadzieję, rozmachem. Chwytają mnie
dreszcze opanowujące całe ciało, jakbym była na skraju hipotermii.
Nieważne że jest sierpień, a po kręgosłupie ścieka mi cienka strużka
potu.
- Będziesz wyglądać tak jak Annie2.
- Myślałam, że wyglądam jak Dzwoneczek. - Głos jej się łamie, na
horyzoncie pojawia się mroczny cień, który zwiastuje łzy.
Nie. Jeżeli się rozpłacze, to koniec. Nie dam rady nic zrobić.
- To taka zabawa - nalegam z uporem, może nawet z desperacją.
- Nie chcę się bawić.
- Będzie fajnie, obiecuję. - Wyciskam farbę do czarnej miseczki i dodaję
krem utleniający. W kuchni mieszają się odór amoniaku, chemikaliów i kociej szczyny, przywołujące sprawy, które usilnie wypieram z pamięci.
Są jak wyzwalacz, którego się nie spodziewałam, i to tak przemożny, że
muszę chwycić się krawędzi blatu, zaciskając oczy przed atomowym grzybem
emocji, które grożą skażeniem mojego serca. - Uwielbiasz się bawić.
- Powiedziałam, nie chcę się bawić. - Dziewczynka ze stęknięciem zsuwa
się ze stołka i rusza przed siebie, ale natychmiast się odwracam i łapię
ją pod pachy, zanim zdąży pokonać parę kroków.
- Do cholery, siedź spokojnie! - Wrzeszczenie na nią nic nie pomoże, ale
nigdy nie umiałam panować nad sobą. Na powrót sadzam ją na stołku. Mam
wyrzuty sumienia, że nie czuję się w tej sytuacji winna. - Kazałam ci
spokojnie siedzieć!
- Wcale nie - zaprzecza, ale to już co najwyżej szept.
Wazelina uchroniłaby jej delikatną skórę wzdłuż linii włosów przed
wściekłym zaczerwienieniem, ale nie ma na to czasu. Ani na odczekanie
całych dwudziestu minut, żeby kolor nabrał głębi. A kiedy wpycham jej
główkę pod strumień zimnej wody, lejącej się z pordzewiałego kranu nad
kuchennym zlewem, pozwalam sobie na odrobinkę skruchy. Nie mamy wyboru.
O tym nie wolno mi zapomnieć. Nawet na sekundę.
- No proszę - mówię, gdy jest już po wszystkim. W wycieranie jej loków w kolorze wiśni wkładam więcej siły, niż to konieczne, nie przejmując się
tym, że farba poplami ręcznik i na zawsze go zniszczy. - Nawet ja ciebie
nie poznaję.
To oczywista nieprawda. Nic nie da się zrobić z jej oczami barwy
kamienia, które są jednocześnie wielobarwne i pozbawione jakiegokolwiek
koloru. To oczy, które przyciągają spojrzenie: kremowo kojące jak latte,
kiedy jest spokojna, a ciemne jak chmura burzowa, gdy coś ją martwi.
Teraz są szarawe i smutne, ale gdy na nią patrzę, wydają się zmieniać.
To za sprawą koloru włosów. Na pewno. Spojrzenie pod rudą grzywką nagle
staje się całkiem obce. Żywa, nieufna zieleń wywołuje u mnie szok i sprawia, że kuchnia wypełnia się chłodem.
- Kocham cię - wyznaję raptem ku swojemu zaskoczeniu. Bo ja tak nie
mówię. A przynajmniej rzadko kiedy. I z pewnością nie z tak głębokim
przekonaniem Niepewnie wyciągam i podnoszę rękę, trzymając między
kciukiem a palcem wskazującym kosmyk jej olśniewających włosów. Tylko
tak śmiem jej dotknąć. Marzę o tym, żeby porwać ją w ramiona i nigdy już
nie puścić, przytulić do siebie i uciec.
- Moja dzielna dziewczynka - mówię jej.
Nie znajduję lepszego pożegnania.
Quinn
Key nie było głębokim jeziorem. Nie miało
też szczególnego uroku, ale jego porośnięte drzewami brzegi wyglądały
jak idealnie ułożone elementy układanki, a w promieniach słońca, które
wisiało tuż nad taflą wody, było coś mrocznego i tajemniczego. Było
jednak piękne na swój własny sposób, co Quinn starała się utrwalić w pamięci, siedząc na skraju pomostu, z palcami stóp otoczonymi
jasnozielonymi plamami alg. Gdyby dość nisko się pochyliła, dostrzegłaby
nie tylko bańki powietrza z rurki do nurkowania zanurzonego w wodzie
Walkera, ale i zarys jego sylwetki. Ciemnej i niewyraźnej pod
powierzchnią lekko słonawej wody. Bo był tam. Nurkował. Jej Walker.
Kiedy się wynurzył, Quinn wyciągnęła stopę z palcami obciągniętymi jak u baletnicy stojącej na pointach, a on z uśmiechem położył na niej gładkie
szkiełko.
- Nie jest to pantofelek - powiedział, wyjąwszy spomiędzy zębów ustnik
rurki - ale i tak możemy cię nazywać Kopciuszkiem.
- Czy to czyni cię księciem z bajki?
- Ani trochę. - Walker zabrał szkiełko i przepłynął kawałek cicho i gładko, jakby był jedną z delikatnych fal chlupoczących przy podporach
pomostu. Potem się podciągnął, strząsając wodę ze swojego wspaniałego
ciała. Był niemal nagi, miał na sobie tylko bokserki. Przysiadł obok
niej, swobodny i ociekający wodą.
- Że też nie pływałeś w czymś bardziej przepisowym - stwierdziła Quinn,
ale coś w jej wnętrzu drgnęło na jego widok. Jej mąż był nie tyle
przystojny, co atrakcyjny. Nie sposób było się nie obejrzeć za Walkerem
Cruzem. Uwagę przyciągały jego szerokie i silne ramiona oraz ciemne
przedramiona z imponującymi muskułami. No i jednodniowy zarost, któremu
pozwalał się przerodzić w całkiem pokaźną brodę, jeśli był akurat
zabsorbowany jakimś projektem. Najbardziej pociągający, a w odczuciu
Quinn też zwodniczy, był inteligentny, osobliwy wyraz jego oczu o tęczówkach pokrytych cętkami barwy miedzi. Czasami, kiedy na nią
patrzył, odnosiła wrażenie, że jest kimś obcym. Chociaż co noc zasypiała
u jego boku.
- Twoje bokserki są mocno prześwitujące - zauważyła. - Wiesz, że moja
mama ma lunetę.
Walker pokręcił głową, obryzgując Quinn kropelkami wody.
- Pani Sanford niech sobie patrzy do woli. - Roześmiał się i pstryknął
palcami, z nonszalancją spoglądając na stojący za jeziorem dom.
Quinn nawet nie musiała podnosić wzroku, bo dobrze wiedziała, że gdy
słońce chowa się za ceglanymi murami domu jej dzieciństwa, okna budynku
mrugają czernią. Jej mama może rzeczywiście ich obserwowała. A może nie.
Wolałaby, żeby jej to nie ruszało, ale trudno było tego uniknąć.
Obojętność jest dobra dla ludzi, którzy nie mają powodu, aby czymkolwiek
się przejmować. Quinn, niestety, miała ich aż za wiele. Choćby taki, że
ona i Walker wynajmowali dom od jej matki. Albo ten, że oboje byli -
miała nadzieję, że chwilowo - bezrobotni. Oczywiście, chodziło też o samego Walkera. Nieważne, że Quinn go kochała; najwyraźniej nie
zaspokajał ambicji jej matki, która zresztą nawet nie próbowała
szczególnie ukrywać swojego lekceważącego stosunku do niego.
- Hej. - Walker zatrzymał wilgotny palec na podbródku Quinn i przyciągnął jej głowę do swojej. Pocałunek był mokry i ciepły. Smakował
jeziorem i chardonnay, które pili do kolacji: do kurczaka z rusztu,
maślanego i chrupiącego. - To tymczasowe - przypomniał.
- Doprecyzuj tę tymczasowość - wymamrotała w jego wargi, ale już się
odsuwał.
- W Los Angeles ci się nie podobało.
Z ust Quinn wydobył się gardłowy pomruk.
- Było lepiej niż tutaj.
Ale Walkera niełatwo było zbyć.
- Przed zimą wyjedziemy.
- Jest sierpień - powiedziała Quinn, jakby miało to stanowić dowód na
to, że nadciąga zima, a oni za długo zwlekają z wyjazdem. Płacąc jej
matce połowę tego, co ta normalnie brała za wynajem latem,
uwiarygadniali liczne przestrogi Elizabeth Sanford przed niestabilnością
materialną, jaką kończy się wyjście za artystę na dorobku.
- Moja praca się sprzeda - oznajmił Walker, a błysk w jego oku prawie
przekonał Quinn. Prawie.
- Mogę ją zobaczyć?
Potrząsnął głową i podniósł wygładzone, mętne szkiełko, przytrzymując je
między palcem wskazującym a kciukiem.
- Podpowiedź - powiedział, a igrający na jego wargach uśmiech
wystarczył, by u Quinn, wbrew niej samej, wywołać identyczną reakcję.
- Jesteś szalony - stwierdziła.
- Szalony geniusz? Czy tylko szalony wariat? - Walker podźwignął się i wyciągnął do Quinn rękę, wciąż trzymając szkiełko w palcach. Czuła
chłodną gładkość szkiełka między nimi, kiedy ją podnosił.
- Tylko szalony, moim zdaniem.
Mogłaby to uzasadnić, ale nie była w nastroju. Stopy Walkera
pozostawiały na sfatygowanych deskach pomostu równe ślady i uważnie się
ich trzymała, powierzając małe odciski własnych stóp ciemnym zarysom
tamtych. Ich życie nie było szalone. Nie o to chodziło. Po prostu nie
było takie, na jakie Quinn zawsze miała nadzieję.
Na skraju pomostu Walker zatrzymał się i wsunął stopy w znoszone klapki,
które wcześniej tam zostawił. Między przystanią a domem rozciągał się
rozległy równo przystrzyżony trawnik, który ze względu na piaszczystą
glebę odmawiał rośnięcia w sposób przepisowy. Trawa była szorstka i przetykana ostami, ale doskonała do gry w bocce3 bądź wylegiwania
się na ręczniku w blasku słońca, czyli dwóch zajęć, które zdominowały
letni porządek ich dni - o ile stawianie na lenistwo i przypadkowość
można było nazwać porządkiem.
Bo oni czekali. Na coś lepszego. Wyczekiwali iskry natchnienia. Tyle że
ostatnio Walker zbyt dużo czasu spędzał w hangarze dla łodzi, który
zamienił w swoją pracownię, żeby grać lub wylegiwać się z Quinn. Żeby
czekać. Quinn cieszyła się szczęściem męża, i to bardzo, ale nie chciała
być wykluczona z jakiejkolwiek sfery jego życia. Najgorsza była sztuka
Walkera. Quinn czuła swoją małość wobec jego jawnego głodu obcowania z fakturą, kolorem i światłem. Wobec tego, jak wstrząsał nim widok trawy
preriowej wyginanej przez burzę lub krzywej gałęzi, niepokojąco wygiętej
niczym złamana kończyna.
Quinn daleko było do takiej głębi. Czasami czuła, że zatraca się w mężu.
Że prawie w nim tonie.
- Wejdziesz? - zapytała, przesuwając palcem po jego wilgotnym ramieniu.
- Musisz się przebrać.
To był pretekst. Łaknęła go jak wody, migdałowego kształtu jego oczu,
jego skóry tak ciemnej i pięknej jak ziemia nagrzana słońcem. Mówił z lekkim akcentem, którego nabrał, spędzając letnie miesiące z rodziną
ojca w stolicy Meksyku, ale melodyjną miękkość, łagodzącą wymawianie
spółgłosek, zawdzięczał matce, imigrantce z Ghany. Quinn to wszystko
uwielbiała.
Jej mąż był nadzwyczajny. Sam w sobie. Pragnęła go, bo łączyło ich coś
więcej niż pospolite obrączki ślubne. Należała do niego sercem, duszą,
ciałem i wszystkim innym, co miała do ofiarowania. Nie wiedziała tylko,
czy on w takim samym stopniu należał do niej.
- W hangarze mam ciuchy na zmianę - odparł Walker. Myślami był już gdzie
indziej, wpatrzony w wysokie okna starej kanciastej budy, kryjącej jego
ekscytujące marzenie. Quinn dostrzegała jego rozkojarzenie od długich
miesięcy, teraz jednak myśli o pracy całkiem go pochłaniały. Na
cokolwiek innego pozostawało niewiele miejsca. Nawet na nią. Pozwoliła
ręce opaść.
- Okej - powiedziała. - Ale nie siedź za długo.
Zwolniony z obowiązków, z głową wyraźnie zaprzątniętą tym, co czekało na
niego w prowizorycznej pracowni, ruszył przed siebie. Mimo to, kiedy
Quinn odprowadzała go wzrokiem, zreflektował się i przystanął, żeby
poświęcić żonie ostatnią sekundę uwagi.
- Wszystko dobrze?
- Świetnie - zapewniła go. - Idź. - Nie powiedziała mu o wiadomości,
jaką dostała od siostry. Bo i po co, skoro już skupiał się na czymś
innym.
Mam coś dla ciebie.
Co Quinn miałaby z tym zrobić? Krótki, zagadkowy tekst. To cała Nora i Walker powiedziałby to samo. Na tym by poprzestał, a pod wpływem jego
beztroski Quinn zrobiłoby się głupio, że się w ogóle zastanawiała. Że
się przejęła. Ale nic nie mogła na to poradzić. Mam coś dla ciebie
sugerowało jakiegoś typu transakcję. Nie widziała Nory przeszło rok i tęskniła za starszą siostrą z niemal dziecięcą siłą. Nigdy nie były
sobie bliskie, co to, to nie, ale nieobecność i aura tajemnicy sytuowały
Norę w świecie marzeń. Nieczęste wiadomości od niej i jeszcze rzadsze
telefony wydawały się czymś niemal zakazanym, niebezpiecznym, chociaż, o ile wiedziała Quinn, najgorszym występkiem, jakiego dopuściła się Nora,
była rezygnacja z pełnego stypendium na Northwestern i zignorowanie
oczekiwań rodziny Sanfordów.
Quinn czasami jej zazdrościła.
Najwyraźniej Walker nie zauważył, że coś ją trapi, bo mrugnął do niej,
oddalając się ze swoim znaleziskiem do hangaru i postukując rytmicznie
piętami o klapki.
Nic wielkiego to nie było, ot, kawałek szkła. Instalacje Walkera
zazwyczaj imponowały rozmiarami i formatem, toteż Quinn trudno było
pogodzić wyławiane z jeziora drobiazgi z ogromnych rozmiarów rzeźbami, z których zasłynął jej mąż.
Po tym jak przenieśli się na początku lata z Los Angeles do miejscowości
Key Lake w Minnesocie, prawie stracił energię. Przynajmniej jeśli mowa o sztuce. Quinn upajała się w tym czasie niepodzielną uwagą, jaką darzył
ją Walker przez prawie dwa miesiące swojej niemocy twórczej, za sprawą
której intensywność swojej koncentracji doskonalił właśnie na niej.
Dawał temu upust przez długie gorące tygodnie czerwca oraz lipca. Jej
ciało i płaszczyzna bioder, a także to, jak jej grzbiet przechodził w przewężenie talii, stały się przedmiotem jego obsesji. Już na studiach,
na wstępnych zajęciach plastycznych, gdy po raz pierwszy się zobaczyli,
Walker był indywidualistą, owładniętym ideą i totalnie na niej
skupionym. Formalnie pracował na pół etatu jako asystent profesora, ale
wyszło na to, że prowadził większość kursu. Jego całkowite oddanie
nauczaniu od początku budziło podziw Quinn. Marzyła, żeby i w jej duszy
skrywało się coś z tego, co miał w sobie Walker.
Quinn bowiem zdecydowanie nie była aż tak wyjątkowa. Nie brakowało jej
za to determinacji. I jeśli o nią chodzi, ten upokarzający powrót w rodzinne strony i miesiące życia pod bacznym, nieżyczliwym okiem jej
matki stanowiły co najwyżej drogę naokoło.
Osłoniła oczy przed zachodzącym słońcem i sięgnęła wzrokiem za jezioro,
jakby rzucała wyzwanie obserwującej ich Liz Sanford. Od razu poczuła
wdzięczność za bokserki Walkera, za jego niesforne zarzucanie czarną
czupryną, za to, jak jej życie wystawiało się na pokaz. Nawet zagadkowa
wiadomość od siostry nie była w stanie pomieszać Quinn szyków.
Wiedziała, czego chce. I tym razem nie zamierzała pozwolić, by cokolwiek
ją powstrzymało.
Nora
Nora spojrzała w lusterko wsteczne i zobaczyła, że dziewczynka zagrzebała się w przykurzony samochodowy koc.
Spowijał ją całą do tego stopnia, że z kraciastego kokonu wystawał tylko
czubek fioletowej tenisówki. Już nawet nie siedziała. Jako że ciałko pod
fałdami koca było mocno skulone, a pas bezpieczeństwa ciasno opinał
jedynie miękką górkę z tkaniny, Nora miała wątpliwości, czy takie
zabezpieczenie cokolwiek daje. Może nie. Zresztą może przewóz dziecka
wymagał specjalnej adnotacji w prawie jazdy. Przypomniały jej się
skomplikowane, pięciopunktowe pasy bezpieczeństwa z czasów, gdy sama
była szkrabem, i zaraz pożałowała, że nie pamiętała o zabraniu fotelika.
Ostatnie kilka godzin były pełne zamętu. Męczące łzy i dojmujące
wyczerpanie. Próby pocieszania, żałośnie zawodne. Nora nic nie mogła na
to poradzić - była spięta, przerażona, a dziecko marniało, przytłoczone
duszną atmosferą jej mieszkania. Siedziało plecami wtulone w kąt i płakało tak, jakby świat miał się skończyć. Nie pomagały hot dogi,
chociaż Nora nurzała je w keczupie dokładnie tak, jak dziewczynka
lubiła. Kreskówki też nie, tym bardziej że z programów dla dzieci
leciały w telewizji jedynie powtórki SpongeBoba Kanciastoportego.
Dziewczynka wyglądała na przestraszoną, nie na rozbawioną.
Nora była przy jej narodzinach, autentycznie przerażającej historii,
która odebrała jej całkowicie chęć posiadania własnego dziecka. Kiedy
było już po wszystkim i lekarz radośnie ogłosił: "To dziewczynka",
wzięła na ręce bezimienne niemowlę. Tuląc do siebie pakuneczek,
wyczuwała niezdarne, wykrzywione łokcie i kciuki dziecka, opornej
uczestniczki czegoś, co powinno być naturalnym obrzędem na cześć nowego
życia. Noworodek okazał się nieco inny, niż się spodziewała. Skóra na
jego policzkach była biała i łuszczyła się, a paluszki były tak
drobniutkie, że ledwie odważyła się ich dotknąć, pełna obaw, że się
połamią. Niemowlę miało szeroko otwarte oczy i było ciche, choć buzię
otwierało tak, jakby chciało coś powiedzieć.
- Jest niesamowita - przyznała Nora. Bo była. Ale też zarazem obca,
niepokojąca i cudowna. - Jak ją nazwiesz?
- Na imię ma Everlee.
- Ładnie - odpowiedziała wbrew sobie Nora. Bo wcale jej się to nie
spodobało. I przez późniejsze lata chwytała się każdego sposobu, by nie
zwracać się do dziewczynki tym źle dobranym imieniem. Skarbie, kochanie
albo robaczku. Byle nie Everlee. O tym imieniu trudno jej było nawet
pomyśleć.
- Kochanie - zawołała teraz, znów kierując oczy na lusterko wsteczne.
Mała nadal kuliła się pod kocem. Możliwe, że spała. Na pewno tego
potrzebowała. - Skarbie, słyszysz mnie tam?
Żadnej odpowiedzi. Ale przecież nie była zbyt rozmowna ani teraz, ani
przedtem.
- Trochę się pobawimy, dobrze? W udawanie. - Czy zabrzmiało to jak
zachęta do zabawy? Nora miała nadzieję, że tak. Chciała przeprowadzić
wszystko możliwie bezboleśnie. - Będzie wspaniale. Jak w przebierankach,
tyle że teraz dostaniesz nowe imię. Tylko na trochę. Sama wybierzesz,
jak chcesz się nazywać. Czy to nie fajne?
Cisza. Nora widziała w lusterku, że koc odrobinę się poruszył, ale może
dziewczynka po prostu ciaśniej się nim otulała.
- Jakie imię lubisz najbardziej? Powinnyśmy nazwać cię Courtney? Albo
Piper? A może Olivia, jak w tych książkach, które ci kupiłam?
Tym razem ani drgnęła.
Nora westchnęła i poprawiła okulary przeciwsłoneczne, bo słońce zniżyło
się nad horyzont. Gdy wjeżdżała w jego blask, niebo wypełniały żywe
pastelowe barwy, a długie pasma chmur przypominały pociągnięcia pędzlem.
Wszystko sprawiało zbyt radosne wrażenie jak na to, co miała do
załatwienia. Było jak z obrazka, wręcz sztucznie. To przypomniało jej,
dokąd jedzie, i te skojarzenia nie były dobre.
Napisała tylko Mam coś dla ciebie, nic więcej nie przyszło jej do
głowy.
Bo co miałaby jej przekazać? Szykuj pokój gościnny, bo zwalę ci na
głowę milczącą sześciolatkę, nie wiem, na jak długo. Aha, i ani słowa ci
o niej nie powiem.
Nora wiedziała, jak co by się dalej stało.
Padłyby pytania o szczegóły. Quinn chciałaby je poznać, przebieg zdarzeń
opatrzony komentarzami i całą tę cholerną historię od chwili poczęcia
dziewczynki. A Nora niczego nie mogła jej powiedzieć.
Mała, idealna Quinn. Urocza, dobra, troskliwa Quinn, tak pięknie
odgrywająca rolę naiwnej siostrzyczki. Zrobiła dyplom z nauczania
ponadpodstawowego, a ściślej z nauczania języka angielskiego w szkole
średniej, ale zdaniem Nory lepiej nadawałaby się na przedszkolankę, choć
sama nigdy by tego nie potwierdziła. Quinn była optymistką, radosną
dziewczyną, kiedyś zarówno szefowała czirliderkom Key Lake Titans, jak i pełniła funkcję wiceprzewodniczącej samorządu uczniowskiego. Miała wyjść
za kapitana drużyny futbolowej i wesprzeć populację Key Lake mnóstwem
uroczych bobasków. Mimo to Quinn, niespodziewanie i wbrew wszelkim
oczekiwaniom, postanowiła postąpić zgoła inaczej.
Zaczęła odgrywać kogoś, kim nie jest. Wyszła za tego nieznośnie
seksownego, ale i totalnie pokręconego artystę. Przeniosła się do Los
Angeles. Udawała, że poradzi sobie z klasą nastolatków, chociaż dla Nory
było oczywiste, że licealiści zeżrą jej siostrę żywcem.
Kiedy widziały się ostatnio, dłonie i nadgarstki Quinn były pokryte
tatuażami z henny, misternymi motywami roślinnymi, krzyżującymi się na
jej jasnej skórze z innymi zawiłymi wzorami, jak na jakiejś mapie.
Walker eksperymentował z graffiti i tatuażami, i to swoją żonę
najbardziej upodobał sobie jako ich tło. Było to prawie dwa lata temu,
podczas rzadkich u Sanfordów rodzinnych świąt Bożego Narodzenia. Norze
było szczerze żal siostry. Quinn sprawiała wrażenie otumanionej własnym
życiem. Wpatrywała się w męża z nieskrywanym utęsknieniem, takim
wzrokiem, że Nora czuła się świadkiem czegoś zawstydzająco intymnego. A potem brew Quinn drgnęła i wydawało się, że Walker stał się dla niej
kimś najzupełniej obcym. Z lekko rozchylonymi ustami i głową nieznacznie
przekrzywioną przyglądała się własnemu mężowi tak, jakby widziała go po
raz pierwszy w życiu. Było to niepokojące. W miarę upływu dnia henna
stopniowo się rozmazywała, a podczas rozpakowywania prezentów Quinn
wypiła odrobinę za dużo szampana i zaczęła nieskładnie paplać.
Rozpływała się, blaknąc jak pomarańczowa farba, plamiąca jej ręce.
Ale z dziećmi Quinn świetnie sobie radziła. Przynajmniej kiedyś. Przed
ponad dekadą.
- Może Annie? - zapytała Nora, zwracając się ku tylnemu siedzeniu. -
Mnie się podoba. Pasuje do twoich włosów.
Szuranie. Cichutki szelest koca lub samochodowej tapicerki.
Odpowiedziała?
- Słucham? - Nora przechyliła głowę tak, by kątem ucha zbierać dźwięki z tylnego siedzenia, oczy jednak pilnowały cały czas drogi. Zdecydowanie
wolałaby uniknąć lądowania w rowie z dzieckiem zawiniętym w kokon na
tylnej kanapie. Dziewczynka wyglądałaby na ofiarę marnie obmyślonego
porwania. - Coś mówiłaś, kochanie?
- Chcę do domu.
- Też bym chciała - przyznała Nora, nie mając innej odpowiedzi. Bo taka
była prawda. Tyle tylko że nie istniała taka możliwość. Już nie. Dla
żadnej z nich, ani teraz, ani kiedykolwiek.
Nora spróbowała powstrzymać dreszcz, wmawiając sobie, że gęsia skórka na
jej ramionach jest skutkiem nadmiernego podkręcenia klimatyzacji.
Sięgnęła do wywietrznika, skierowała nawiew w dół, z dala od siebie, a potem zdjęła telefon z uchwytu na kubek. Dziewczynka pewnie do końca
życia się z tego nie otrząśnie, też będzie esemesowała w trakcie
prowadzenia auta i zginie w tragicznym wypadku, ale Nora już i tak nie
szczędziła jej złych przykładów. Z jednym okiem na drodze, a drugim na
wyświetlaczu wysłała kolejną wiadomość do Quinn: Dojeżdżam.
Liz
Reklamy kłamały. Żaden z syntetycznych
środków do czyszczenia szkła nie radził sobie tak dobrze jak ocet i gazeta. Trochę ciepłej wody w wiadrze i chlust cierpkiego octu, co
powinno przywodzić na myśl pikle, jednak Liz kojarzyło się tylko z czystością. Miała specjalną ściereczkę, przeznaczoną wyłącznie do tego
celu; prała ją ręcznie co tydzień, żeby nigdy nie skaziły jej detergenty
ani nie nadwątlił zanadto płyn zmiękczający Island Fresh Gain, którego z lubością używała do tkanin. Liz pozostawało jedynie zamoczyć ściereczkę
w wodzie z octem, przetrzeć okno szybka po szybce, a potem usunąć smugi
mocno zmiętą gazetą. Zazwyczaj była to "Key Lake Gazette", która i tak
nie nadawała się do niczego innego.
U Liz Sanford okna lśniły.
Podobnie jak soczewki jej lunety.
W sumie to nie była jej. Należała do Jacka seniora, przynajmniej aż do
owego dnia przed dwoma laty, kiedy to oznajmił, że doskwiera mu zgaga, i umarł na swoim skórzanym fotelu, podczas gdy Liz zmywała po kolacji.
Ręcznie, oczywiście. Na używanie zmywarki porywają się jedynie ludzie,
którzy nie dbają o stan swojej zastawy.
Bywało, że miała poczucie winy. Obwiniała się o to, że odesłała Jacka z tabletkami w dłoni do gabinetu, a potem, nucąc, zanurzyła w pianie dwa
płytkie talerze Crown Ducal Bristol-Blue, których używali podczas, jak
się okazało, ostatniego posiłku Jacka. O to, że zajrzała do niego
dopiero dwadzieścia minut później, kiedy srebra już spoczęły w szufladzie, a kryształowe kieliszki z Waterford znalazły się w przeznaczonych dla nich miejscach w szafce ze starego litego drewna. Bo
wtedy był już całkiem zimny.
Psycholog (na wizytę u niego nalegał jej lekarz - Liz odwiedziła go
tylko dwukrotnie), zapewnił ją, że niczym nie zawiniła. Nawet
antrykotem, którym raczyli się tamtego wieczoru. Ani pokrojonymi w kostkę ziemniakami, które przysmażyła na maśle i tłuszczu z bekonu. Ani
też ciepłym białym pieczywem, które jej mąż odrywał całymi kawałami, by
ścierać resztki sosu z talerza.
Jack senior był okazem zdrowia aż do chwili, gdy nagle przestał nim być.
Nie przybierał na wadze, nie tracił tchu ani się nie pocił, nie było
niczego, co mogłoby wzbudzić niepokój Liz. Przeciwnie, był wysoki, w miarę szczupły. I nawet w chwili śmierci głowę pokrywała mu gęstwa
płowych włosów - chociaż jego gustowna kozia bródka była bardziej
srebrna niż złota. Śmierć Jacka nauczyła Liz, że to, co widać na
zewnątrz, nie zawsze wiernie oddaje to, co kryje się w środku. Bywa, że
coś się tam po prostu dzieje. Nie ma jak się o tym dowiedzieć. Nie
sposób tego przewidzieć.
Nikt nie ponosi za to winy.
Liz nie wróciła do psychologa, bo uznała, że niczego sobie nie zarzuca.
Poczucie winy było podstępnym padlinożercą żywiącym się ochłapami
przeznaczonymi na stos całopalny, i Liz poskromiła je, jak tylko uniosło
swój szpetny łeb. Była dobrą żoną. To nie ulegało wątpliwości. Jack był
jej królem, a jego dom zamkiem, schludnym i nieskazitelnym, o wystroju
tak subtelnym i gustownym, że Liz czasem zamierała w bezruchu, z palcami
na łupkowym blacie kuchni, zauroczona synergią swojego projektu.
Odpowiedni układ, kojące kolory, skóra i drewno, ziemia i kamień. Liz
znała się też jednak na potędze ognia, a zastosowane przez nią tkaniny,
niczym iskierki natchnienia, jarzyły się w najbardziej nietypowych
miejscach. Barwy karneolu i mandarynki, indygo i róż łączyły się ze sobą
tak miękko, że przypominały malinowy sorbet, który uwielbiała w dzieciństwie.
Liz nie była artystką - nigdy nie zniżyłaby się do tego, żeby tak siebie
określać - ale miała talent. Potwierdzały to jej kuchnia, ogród i sypialnia. Kiedy Quinn uciekła, by potajemnie wyjść za mąż, a rozczarowanie niemal odebrało Liz oddech, zdołała wykrzesać z siebie
radę i przekazać ją córce niczym nietrafiony prezent.
- Nigdy nie mów "nie" - szepnęła, sztywno przytulając dziewczynę i udając, że wszystko gra i będzie grać dalej, chociaż wiedziała, że to
nieprawda.
- Słucham? - Quinn próbowała się odsunąć, ale Liz trzymała ją ciasno,
napierając kościstymi rękami na bujne krągłości jej najmłodszej
córeczki.
- Ilekroć on... ciebie zapragnie, nigdy nie odmawiaj. - Była to rada,
którą Liz usłyszała od swojej własnej matki i którą wcielała w życie z religijną żarliwością. Nawet jeżeli niespodziewana bezpośredniość tego
podszeptu zniesmaczyła Quinn, dla Liz nie miało to znaczenia. Sama
wiedziała, jak uszczęśliwiać męża - na tuzin różnych, ale równie ważnych
sposobów. I choć wątpiła w to, że nieszczęsny związek jej maleństwa z tym artystą okaże się długotrwały, nie mogła swojej latorośli zostawić
całkiem samej.
To szczególne oddanie owocowi jej łona zmazywało wszelkie przejawy
poczucia winy, doskwierające jej, gdy nachylała się nad lunetą i rzucała
okiem na Quinn i Walkera ze swojego punktu obserwacyjnego po drugiej
stronie jeziora. Na ile tylko Liz mogła stwierdzić, Quinn wzięła sobie
do serca jej radę - mimo że słysząc ją, zaczerwieniła się i pospiesznie
wyszła. Nie żeby Liz potrzebowała czy choćby pragnęła bardziej
szczegółowego potwierdzenia. Nie była podglądaczką i przy
najdrobniejszych oznakach tego, że sprawy za jeziorem przybierają
romantyczny obrót, szybko łapała za ściereczkę do kurzu, odkurzacz i fartuch.
Gdyby jeszcze mogła zerkać na Jacka juniora i Norę z taką łatwością, z jaką doglądała Quinn. Liz nigdy nie stanowiła przykładu klasycznej
mamusi, ale kochała swoje dzieci. I chętnie udzielała im porad, kiedy
uznała to za konieczne.
Poza tym nie chodziło jedynie o obserwację. Liz czegoś się dzięki temu
nadzorowi dowiadywała, a to usprawiedliwiało jej postępowanie mogące
uchodzić za niestosowne. Już po kilku miesiącach sporadycznego
podpatrywania wyszło na jaw, że córka i zięć mają dwa tryby ustawień:
"razem" i "osobno". "Razem" oznaczało ubrania porzucone na pomoście, na
wpół zamknięte drzwi, włosy w nieładzie. "Osobno" to Walker w hangarze
na łodzie, a Quinn osamotniona.
Długo tak nie wytrwają.
Co powiedziałby Jack, gdyby mógł patrzeć przez tę lunetę? Co sądziłby o nieprzemyślanej decyzji Liz, aby użyczyć tej niedobranej parze
najszykowniejszy z domków nad jeziorem? I najważniejsze, co Jack by
zrobił? Ale choć Liz nocami zadręczała się możliwymi odpowiedziami na te
pytania, wsparta o poduszki na samym środku teraz niemal nieprzyzwoicie
wielkiego łoża z baldachimem, ze skórą gładką i połyskliwą niczym wyciek
ropu dzięki kremom na noc i emolientom, była skonsternowana.
Z Jackiem seniorem spędziła prawie trzy czwarte swojego życia, a jednak
nie miała pojęcia, jak by postąpił.
Poza tym, oczywiście, że nie spuszczałby oka ze swojej córki, popatrując
na nią przez wiekową lunetę, nabytą jakoby do obserwowania ptaków.
Lunetę tę, pod pewnymi względami, Liz postrzegała jak spuściznę po mężu.
Bardziej znaczącą nie tylko od nieruchomości na wynajem, rozrzuconych
wokół jeziora, ale nawet od zawartości skrytki depozytowej Jacka. O istnieniu tej skrytki Liz wiedziała od zawsze, ale oficjalnie zobaczyła
ją po raz pierwszy, gdy tydzień po pogrzebie weszła do budynku Key Lake
Union Bank, jako świeżo owdowiała pani Sanford, dzierżąc w dłoni klucz
do tego tajemniczego skarbczyka. W środku było niewiele. Kopia ich
testamentu i należący do ojca Jacka sygnet absolwenta ze szmaragdem -
według Liz, z pewnością prawdziwym. Na samym dnie, ku swojemu
kompletnemu zaskoczeniu, Liz znalazła też list, który napisała prawie
czterdzieści lat wcześniej. Na swój sposób miłosny, choć Liz nie była
pewna, czy można byłoby go tak nazwać, skoro nie było w nim ozdobników
typowych dla takiej korespondencji. Nie zamieniła kropek nad "i" w serduszka ani nie wyznała Jackowi, że go kocha. Liścik, który podsunęła
mu na lekcji historii powszechnej w ostatniej klasie, zawierał
informację o imprezie mającej odbyć się w weekend i propozycję, by się
na nią wybrał. Z Liz.
Tak się zaczęło. Liz zdążyła zapomnieć, że to ona wszystko zainicjowała.
Co za śmiałość. Za sprawą tego wspomnienia odrobinę bardziej się sobie
spodobała.
A spodobało jej się też to, co poczuła, gdy po raz pierwszy przyłożyła
oko do lunety, niespełna tydzień po śmierci Jacka. Przedtem nie było jej
to w głowie, ale gdy męża zabrakło, zdała sobie sprawę, że taka jest jej
powinność. Jack przecież kiedyś zobaczył przez tę lunetę, jak płonie
czyjś dom. Zadzwonił wtedy na dziewięćset jedenaście, zanim ktokolwiek
dostrzegł, co się dzieje. Innym razem wypatrzył dryfującą łódź, której
odpadła śruba, a potem sam wybawił z opresji pływającą na niej rodzinę.
Ich luneta służyła jezioru. Ich luneta. A teraz jej.
Liz szybko wzięła to zadanie na siebie. Zaangażowała się tak bardzo, że
rzadko kiedy przechodziła przez salon bez zatrzymywania się. Zawsze,
choćby przelotnie, rzucała w tamtym kierunku spojrzenie wzmacniające jej
nić porozumienia ze społecznością znad jeziora. Wkomponowywała się
przecież w ten gobelin - podobnie jak turecki wzór na zaprojektowanym
przez nią drogim obiciu - robiąc, co tylko mogła, żeby zapewnić spokój i stabilność miejscu, które nazywała domem.
To ważne zadanie Liz wypełniła również tego wieczoru przed położeniem
się spać, owinięta jedwabnym szlafrokiem w płożące orchidee, sącząc
ziołową herbatę mającą, jak zarzekał się jej dietetyk, usuwać podczas
snu kurze łapki. Chodziło tylko o tyci rzut oka, zaspokojenie
ciekawości, które nie powinno przynieść nic poza widokiem nikłej
poświaty lampek nocnych, przenikającej przez zaciągnięte żaluzje niemal
wszystkich domów rozsianych wokół jeziora Key.
Ale zamiast pomarańczowego blasku ogniska, które płonęło od czasu do
czasu na skalistym brzegu, wzrok Liz przyciągnął dom inspirowany
góralską chatą, zamieszkiwany przez Quinn i Walkera. W hangarze na
łodzie paliły się wszystkie światła (nic niezwykłego), za to budynek
mieszkalny tonął w czerni (a to już było bardzo nietypowe). Jeszcze
bardziej zaniepokoiły Liz widoczne między drzewami światła samochodu,
oddalającego się od domu długą żwirową drogą. To była ta niedorzeczna
fioletowa kia należąca do Quinn i Walkera.
Osobno.
Liz spojrzała na zegar nad kominkiem. Prawie dwudziesta druga. Nie
wiedziała, czy cieszyć się, czy przejmować, że Quinn opuszcza męża o tak
dziwnej porze, ale czuła, że w niej samej coś się zagnieździło. Mały
kiełek nadziei, pragnienia bądź lęku, tak wątły i ulotny, że nie miał
jeszcze kształtu ani nawet nazwy. Liz szybko się wyprostowała i wygładziła jedwab swojego szlafroka. Uśmiechnęła się.
Szykowała się jakaś zmiana.
Quinn
Quinn wyszła, nie mówiąc Walkerowi, dokąd
się wybiera.
Taki wpływ miała na nią Nora. Nie były sobie bliskie już od lat. W sumie
to nigdy. Mimo to wystarczyło jedno słowo jej siostry i Quinn od razu
była gotowa jechać.
Czuła się tym poirytowana, a humory nie leżały w jej naturze. Nawet
kiedy Nora przechodziła etap nastoletniej aktywistki i dom Sanfordów
przypominał bardziej strefę działań wojennych niż spokojną przystań,
Quinn starała się skłaniać wszystkich do serdeczności i uśmiechu świeżo
upieczoną babką bananową i regularnym potokiem wypowiadanych truizmów,
które miały podnosić na duchu.
- Nie powinnaś ich tak prowokować - zbeształa kiedyś Norę. Jej siostra
wybierała się do szkoły w koszulce z apelem wypisanym literami o wymyślnym kształcie: "Zapytaj o mój skrajnie feministyczny program".
Jack senior oczywiście dopatrzył się na niej plam. Ich starszemu bratu,
Jackowi juniorowi - JJ - też się to nie spodobało, a pyskówkę, jaka się
wywiązała, zakończyło dopiero żądanie ojca, by Nora zdjęła koszulkę, i podporządkowanie się temu córki. Działo się to na środku kuchni.
Wystarczyło kilka centymetrów bladej skóry jej szczupłego brzucha i Jack
pospiesznie wycofał żądanie. Obaj z synem uciekli za drzwi.
Nora posłała w stronę ich znikających pleców gniewne spojrzenie.
- Wiesz, że on cię kocha - wymamrotała Quinn ustami pełnymi płatków
Cheerios.
- Quinn, weź się zamknij. - Nora szarpnięciem rozprostowała koszulkę.
- O co ci chodzi?
- Jeśli nie stanowisz części rozwiązania, to jesteś częścią problemu.
Quinn nie miała pojęcia, ani o jakim problemie mowa, ani tym bardziej,
jak miałaby być częścią jego rozwiązania. A ilekroć próbowała się
dzielić z siostrą czymś, co wydawało jej się nieznośnie trudne, Nora
zapewniała, że to, z czym przyszło się zmierzyć Quinn, jest problemem
krajów pierwszego świata i powinna sobie poradzić z nim sama.
- Problemy pierwszego świata - mruknęła Quinn, włączając migacz i zjeżdżając na długą drogę prowadzącą nad zatokę Redrock.
Dochodziła dwudziesta druga, a powierzchnia jeziora Key w niknącym
świetle zmierzchu była ciemnofioletowa. Kiedy wąska żwirowa droga
zaczęła kluczyć między drzewami, oddalając się od wody, Quinn musiała
zwolnić. Wcześniej jednak zdążyła bryzgnąć w mieliznę tumanem ziemi i kamyków.
Żałowała, że nie ma przyjaciółki. Kogoś, do kogo mogłaby zadzwonić,
gnając nocą na spotkanie z Norą i jej zagadkowym Mam coś dla ciebie.
Ale sama myśl o tym była tak żałosna, że Quinn poczuła się sobą
zażenowana. Tak jakby nie sposób było jej polubić. Jakby była do tego
stopnia uciążliwa i ekscentryczna, że aż niezdolna do budowania
znaczących relacji. A tak nie było i Quinn dobrze o tym wiedziała. Była
towarzyska, skora do nawiązywania znajomości i nieodmiennie lubiana. To
Key Lake stanowiło anomalię.
Zostały tu jeszcze dziewczęta z liceum, garstka dawnych koleżanek, które
powychodziły za swoich ukochanych z dzieciństwa i zgodnie z odwiecznymi
oczekiwaniami rodziców przeniosły się do cudnych domeczków w centrum.
Quinn była kiedyś jak one - nieco nazbyt naiwną idealistką - a jednak te
kobiety tak bardzo różniły się od nastolatek, którymi wówczas były, że z trudem je rozpoznawała. A może to ona tak się zmieniła...
W pierwszy weekend po tym, jak Quinn pojawiła się z Walkerem w Key Lake,
stara gwardia zaprosiła ich na ognisko nad zatoką Redrock. Ta sztuczna
plaża znajdowała się w samym sercu Parku Stanowego Key Lake. Trochę to
było niefortunne, ponieważ jeśli nie miało się całorocznej przepustki,
trzeba było zapłacić sześć dolarów za jednorazowe wejście, ale było
warto ze względu na piękny piasek i widok jeziora okalającego półwysep.
To miejsce tak tętniło miłymi wspomnieniami, że Quinn złapała się na
tym, że troszkę cieplej pomyślała o osiedleniu się w rodzinnym mieście,
choć przedtem się zarzekała, że spis powszechny nigdy już nie zastanie
jej w Key Lake. A jednak byli tu, umówieni ze znajomymi na plażową
imprezę w gorącą letnią noc. Podłogę ich tymczasowego domu wciąż
zajmowały kartony, jeszcze nawet nie wybrali się na porządne zakupy.
Jednak życie nad jeziorem mogło się okazać nie tak złe, jak się tego
obawiała. Może oboje z Walkerem poczują się tu szczęśliwi?
Na posterunku straży parku wykupili całoroczny abonament i nastawieni
optymistycznie potwierdzili to naklejką na przedniej szybie swojego
podrdzewiałego hatchbacka. Walker większość popołudnia strawił na
poszukiwaniu skrzynki wina, którą przywieźli z Los Angeles, a gdy
wreszcie znalazł ją w szafie pod schodami, wybrał ulubione wino Quinn:
butelkę Méthode Champenoise, ponieważ było musujące i lekkie, na
specjalną okazję. Z emfazą podniósł ją teraz z tylnego siedzenia, a Quinn chwyciła materiałową torbę, zawierającą tapenadę jej własnej
roboty i chrupiącą bagietkę, dzieło Walkera. Kiedy nie pracował nad
instalacjami, zabierał się do pieczenia. Do foccacii, okrągłych chlebków
i brioszek, które były tak maślane, że smakiem bliżej im było do ciasta
niż do chleba. Quinn nagle ogarnęła niebywała duma. Nie mogła się
doczekać, by przedstawić swojego cudownego męża ludziom stanowiącym
niegdyś centrum jej wszechświata.
Ze ścieżki prowadzącej z parkingu na plażę zeszli z zapartym tchem,
pełni oczekiwań. Na ich rumianych policzkach malowało się wzajemne
pożądanie. Walker i Quinn pobrali się, bo się pragnęli, i kiedy teraz
wychodzili spomiędzy drzew, była pewna, że na jej twarzy widać
namiętność cechującą ich związek. Dotknęła dłonią policzka i spróbowała
ochłonąć w oczekiwaniu na nieuniknione okrzyki i nieporadne uściski, na
radosne spotkania po latach, niezręczne z powodu nieco sczerstwiałej
familiarności.
Nikt nie zwrócił na nich uwagi.
Quinn rozejrzała się po plaży, w myślach porządkując przybyłych i wnikliwie niczym psycholog odnotowując wszelkie różnice. Włosy Kelly
były teraz krótkie, przycięte na wysokości brody, modnie, ale ze względu
na jej okrągłą twarz jednak niekorzystnie. Trzymała na biodrze bobasa,
pulchnego i ruchliwego, który z piskiem sięgał po końcówki jej równo
obciętych włosów, nie mógł ich jednak chwycić. Kelly była pogrążona w rozmowie z Ryanem. Mężem Sarah? Ciężko było to sobie przypomnieć. Sarah
latami wahała się między Ryanem a Markiem. W głowie się Quinn nie
mieściło, że cała trójka nadal pozostawała w przyjaźni.
Po plaży rozsianych było dwudziestu paru dorosłych. Stali w piasku
grupkami po dwie, trzy osoby, jak Kelly z Ryanem, albo po kostki w wodzie, mocząc pulchne stópki swoich pociech w chłodnym jeziorze.
Znajomi Quinn pozmieniali się, wszyscy się postarzeli, a ich ciała nieco
zwiotczały. Skronie kilku mężczyzn naznaczyła odrobina siwizny, kobiety
zaś, zamiast seksownych dwuczęściowych strojów kąpielowych, w jakich
gustowały, gdy Quinn jeszcze dobrze je znała, nosiły praktyczne tankini.
Dotknęła długiego sznurka swojego czarnego bikini, wymykającego się spod
kołnierzyka koszulki, i poczuła się niemal nieprzyzwoicie.
W jakiejś mierze zazdrościła eksponowanego wszędzie wokół niej
macierzyństwa, życia, jakie byłoby jej tu pisane. Pod każdym względem
było kiedyś w jej zasięgu. Nieduży domek, małomiasteczkowa prostota,
trwała pozycja w samym środku tego zamkniętego kręgu. Quinn bowiem była
tu wtedy królową pszczół, a w jej królestwie nie brakło ani wiernych
poddanych, ani mężczyzny (chłopca?), w którym widziała miłość swego
życia. Tyle że czasem wszystko staje się znacznie bardziej złożone,
niżby się wydawało. Bardziej skomplikowane, nieprzeniknione. Quinn od
dawna nienawidziła tego świata i "lepkiej", groźnej ewangelii
samozachowawczego wykluczania, którą głosił.
Nadal ich nie znosiła. Mimo że z czasem straciła nieco pewności siebie,
wciąż przepełniała ją szalona duma z ponętnych krągłości jej
nieskazitelnego ciała. Czuła się jak młoda aktorka pośród matron. W wieku dwudziestu pięciu lat wciąż była dzieckiem i znacząco różniła się
od tych kobiet, jej rówieśniczek, czując się od nich młodsza. Samo
postawienie stopy na plaży nagle i nieodwołalnie wypchnęło ją poza mury
tej duchowej świątyni. Quinn nie należała do kobiet, które posiadły
wiedzę. Które przekroczyły próg i nosiły ślady tego w postaci blizn.
Cieszyła się tym i jednocześnie czuła, że podcina jej to skrzydła.
Jedynym, co nie budziło teraz najmniejszych wątpliwości Quinn, była
przemożna chęć ucieczki. Nie pasowali tutaj.
- Zabierajmy się stąd - szepnęła do Walkera, którego dłoń tkwiła w tylnej kieszeni jej dżinsowych szortów. Owładnęła nią potrzeba
znalezienia się z nim sam na sam. Udowodnienia sobie, że choć jej ciało
zawiodło, opierając się temu, co powinno mu przyjść z naturalną
łatwością, nigdy nie odmawiało posłuszeństwa, gdy usta Walkera wędrowały
po jej skórze.
- Za późno - odszepnął.
Kelly już ich zauważyła i oto nastąpiła ciepława podróbka gorącego
powitania, jakiego spodziewała się Quinn. Półuściski nad berbeciami,
nieprzekonujące okrzyki powitalne, gdy niemowlaki wrzaskiem domagały się
uwagi. Stół piknikowy był zawalony pojemnikami z frytkami i sałatką
makaronową, a Theo piekł nad ogniskiem hot dogi, nadziane na szpikulec
po sześć w rządku równiutkim aż do obrzydliwości. Tapenady Quinn nikt
nie tknął, a kiedy Walker zaproponował wino, mężczyźni wyglądali na
urażonych, kobiety zaś stwierdziły, że karmią. Tak jakby sam z siebie
powinien był poznać, że dojrzały do dawania życia i nie pozwolą sobie
nawet na łyczek.
Quinn wzdrygnęła się na samo wspomnienie. Zabrali się stamtąd z Walkerem
na długo przed tym, nim wypadało. Wytłumaczyli się zmęczeniem, choć
akurat do tego było im daleko. Znajdowali się w połowie drogi do
samochodu, gdy dopadli do siebie. Usta. Ręce. Ubrania wilgotne i klejące
się do ciał. Gorączkowe palce na rozpalonej skórze i posmak soli,
mieszający się ze smakiem kosztownego francuskiego wina. Większość
butelki rozpracowali sami i było im od tego trochę słabo. Poddali się
pragnieniu, które niegdyś ich zbliżyło, a potem podtrzymywało na duchu
podczas tamtych ciężkich lat w Los Angeles i wreszcie niosło ich przez
oślepiający blask minnesotańskiego lata. Dość tego, powiedziała sobie
Quinn. Nie potrzebowała pieluch i bezzębnego uśmiechu osóbki podobnej do
Walkera, tyle że o jej chabrowych oczach.
A jednak ich potrzebowała.
Oboje potrzebowali.
Quinn z westchnieniem wjechała na pusty parking obok nabrzeża, przy
którym cumowały łodzie, i zgasiła silnik. Kiedy umilkł, dobiegł ją
wpadający przez otwarte okno szum narastającej nocy, lasu budzącego się
do życia wraz z pierwszymi gwiazdami, które przebijały wiszące nad nią
niebo. Żaby i cykady pośród drzew, fale łapczywie chlupoczące o brzeg.
Możliwe, że należało się bać. W Los Angeles Walker usilnie pracował nad
tym, by przekonać ją, że pewna doza strachu jest czymś zdrowym i koniecznym. Pokazał jej, jak rozginać klucze palcami, i wymógł na niej
obietnicę, że zawsze będzie uważała na swoje otoczenie. Na ludzi
mogących czaić się w cieniu.
Okolice jeziora Key nie miały w sobie niczego złowróżbnego. Quinn,
wysiadając, zostawiła kluczyki w stacyjce, a samochód niezamknięty.
Spóźnianie się leżało w naturze Nory. Quinn skierowała się do
najbliższego pomostu dla łodzi i przeszła na sam jego koniec. Zmusiła
się, żeby nie ruszać telefonu z tylnej kieszeni szortów, zamiast
ponownie go sprawdzić. Był nastawiony na dzwonek i wibracje - nie
przeoczyłaby więc ani połączenia, ani esemesa. To jednak nie rozproszyło
jej obaw przed powolnym narastaniem znajomego bólu, początkowo tępego i pulsującego. Bólu, jaki pojawiał się na myśl o siostrze. Zresztą nie
tylko o niej, chodziło o coś więcej. Nora pozostawiła po sobie szmat
wypalonej ziemi, naznaczyła krajobraz przeszłości Quinn plamą czerni.
Nad popiołami unosiła się smużka dymu, nikła niczym szept.
Co teraz, Noro?
Quinn stłumiła wzbierającą w niej nadzieję. Próbowała przygotować się na
najgorsze.