Ich tajemnica. Powieść - Mieczysław Srokowski

Kup ebooka

24.90 zł
19.92 zł (12,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

I

Gdy pociąg się zatrzymał, Kaniowski, wyskakując z wagonu, natychmiast zapytał Semka:

- Czy pani Zamczyńska z córką są już w Porohach?

Ale stary nie mógł odpowiedzieć, wiatr mu prosto w twarz wiał i zasypywał śniegiem oczy i usta - zgiął się tylko wpół i objął kolana Kaniowskiego - potem wziął z rąk jego torbę podróżną i poszedł w stronę stacyjnej budki mającej dworzec zastępować.

Gdy się znaleźli w małej, silnie ogrzanej poczekalni, Semko ponownie przypadł do rąk Kaniowskiego - głos mu drżał i łamał się:

- Paniczu... paniczu... radość będzie, radość - powtarzał w kółko... Ucieszą się państwo, bo ucieszą. Natęsknili się przez te dwa lata.

Kaniowski drżał z niecierpliwości, ale zgniótł wzruszenie i począł na przekór samemu sobie, na pozór spokojnie dowiadywać się o zdrowie rodziców i sióstr. Gdy się stary wygadał, zapytał cicho, powstrzymując oddech.

- Czy panie Zamczyńskie przyjechały już?

- Przyjechały, jeszcze w zeszłym tygodniu - odparł stary.

Kaniowski uczuł ciepło w piersi - światło oblało mu oczy - stary to spostrzegł...

- O, już dawno w Porohach takiego wesołego Bożego Narodzenia nie było, jak tego roku będzie - da Bóg...

Kaniowski zamyślił się, Semko zapytał:

- Czy zaraz jedziemy, paniczu?

Kaniowskiemu, który odwykł od nazwy panicz w czasie swej dwuletniej włóczęgi po świecie, teraz słowo to wydawało się dziwnie kochane i swoje. Popatrzył w rozrzewnione oczy starego i szepnął:

- Jedźmy jak najprędzej, żeby, nim zmrok zapadnie, minąć Stawiska. Dzięki Bogu zaczyna się rozpogadzać.

- To i zawsze tak - odparł stary - cały dzień wieje tym śnieżyskiem i wieje, dopiero pod wieczór ucicha, jak makiem siał, i już cała noc jest piękna.

Trójka rysaków pomykała szybko głęboką kopną sanną. Wicher ustał. Kaniowski pod białym nakryciem śniegowym wyczuwał serdeczną naddniestrzańską ziemię swoją; pieścił okiem ten lekko falisty krajobraz, daleki, rozciągły, bezkresny taki, że oczy mgłą mu zachodziły. A gdzie tylko na wzgórku zaświeciła cerkiewka, tam zaraz widniały ogromne, ustrojone puchem śniegowym, czarne świerki i bielił się dziwnie spokojny, biedny a jasny wiejski cmentarz.

Kaniowski szeptał w myśli:

- Jak się to jednak kocha - jak kocha... Pojęcia nie miałem.

Kraj równy, przestronny - i zda się, że milczy tą równiną swoją, a gdy zagada czasem jaką wyniosłością, to chyba bezimiennym dawnym kopcem albo kurhanem tak starym, że i pamięć o nim zagasła.

Witał oczyma, pieścił, całował w duchu to wszystko.

Wieczór zapadał. Na zachodzie buchnęła purpurowa łuna - rozlała się po chmurach u nieboskłonia i rzuciła ogromne plamy roztopionego złota na śnieg. Strugi tego czerwonego płynnego złota polały się szczytami drzew nad granatowym rąbkiem dalekiego boru i odbiły się w każdym niemal jaśniejszym płatku śniegowym, zapalając istny pożar blasków. Od wschodu i północy szedł do walki z tym szkarłatnym przepychem świetlnym pewny swego zwycięstwa sinawy cień wieczorny. Pełzał powoli, otoczył z trzech stron broniący się jeszcze zachód i postępował szary, nieubłagany, przywitany silnym ogniem ostatnich już promieni, zatrzymał się jeszcze na chwilę - krótką, decydującą chwilę przed ostatnim atakiem i posunął się nagle gwałtownie naprzód. A szkarłatny ostatni ślad dnia, walcząc z przeważną nawałą mroków i znacząc krwawo swój ślad, cofał się z wolna, coraz to gasnąc bardziej i malejąc, aż za siny, daleki i nie wiadomo dlaczego tak bezkreśnie tęskny rąbek nieboskłonia zapadł.

Minęli jedną i drugą wioskę, rzucone, jak małe czarne plamy na ogromnej przestrzeni śniegowej. Mrok gęstwiał i granatowiał coraz bardziej, błękit zimowej nocy na nowiu zaiskrzył się miliardami niepojętych, tajemniczych świateł, zamajaczyły przejrzyste smugi Mlecznej Drogi.

Kaniowski siedział w obszernych saniach szczelnie otulony w ogromne niedźwiedzie futro ojca i baranice, które dla niego przysłano. Sanie śmigały, odgłos dzwonków płynął wśród ciszy nocnej po białej pościeli śniegowej, odbijał się echem dalekim i wyśpiewywał mu jakąś dobrze znaną dumkę swojską... bez słów... Z wolna zaczął sobie uprzytomniać, że lada chwila ma ujrzeć matkę swoją... i doznał uczucia głuchego bólu. Aż do tej chwili nie pomyślał nawet, że jedzie do rodzicielskiego domu, że po tak długiej rozłące ma znowu ujrzeć ich, tych najbliższych swoich, a szczególnie matkę, ukochaną, oddaną, poświęconą!... Zapomniał nawet o niej, tak mu myśl całą zajęła słoneczna biała Zaza Zamczyńska. Ogarnął go wstyd a równocześnie radość dziwna, ciepła jakaś, dziecinna a wielka, pierś mu przepełniać zaczęła. Matka... Postać kobieca - siwe włosy, dobre szare oczy - cicha, kochająca... Myśl o niej zwyciężyła w nim nagle wszystkie inne nadzieje i radości i wypełniła mu duszę sobą.

Zaczął się unosić tą radością, niecierpliwić... Sanie mknęły szybko. W myśli widział stary dwór porohowiecki z licznymi przystawkami, które z biegiem lat dobudowywano - witał oczyma ducha każdy kąt. Czuł drżenie w piersi na myśl powitania, które za chwilę obejmie go tym ukochanym ciepłem; za nim tak bardzo tęsknił. I znowu szeptał niemal bezwiednie.

- Jednak, jak to się kocha...

Zaczęli nagle zjeżdżać z pochyłości. Semko zdjął czapkę - Kaniowski spostrzegł ogromny, czarny, pochylony krzyż... uczuł mdłość, w oczach mu się zaćmiło. Semko zwrócił się do niego z kozła, wskazując w dół przed siebie batem!

- Ot i Porohy, paniczu!

Młody siwek idący w lewym lejcu zadrżał radośnie - konie ruszyły jak z kopyta, w oczach Kaniowskiego migały szybko znane topole przydrożne, potem zabudowania wioski - karczma, parę domków, dalej długa aleja lipowa... Semko nagle podniósł się z siedzenia i stojąc, wypalił z bata, wjechał w otwartą bramę, wypalił po raz drugi - przed oczyma Kaniowskiego błysnął rzęsiście oświetlony dom jego: jakieś łkanie kurczowe chwyciło go za gardło - Semko strzelił po raz trzeci z bata, aż okna zadrżały, i osadził konie przed gankiem.

Kaniowski sam nie zdawał sobie z tego sprawy, kiedy wygramolił się z niedźwiedzi i baranic; drzwi wchodowe od ganku same otworzyły się przed nim z trzaskiem... Światło... długi, głośny okrzyk radości...

- Stachu!

Uczuł nagle gorące łzy na twarzy, jakieś drżące usta szukały jego czoła...

?

II

W sali jadalnej Porohowieckiego dworu płonęły ogromne szczapy sosnowe na starym kominie. Złotoczerwony blask kładł się długimi słupami po podłodze i powale - w sali była zgromadzona cała rodzina i wszyscy w domu obecni goście. W półkole szerokie przed ogniskiem, na krzesłach, fotelach, taboretach, rozsiedli się państwo Kaniowscy, dwie ich córki - Hanka i Nina, kruczowłose, osiemnastoletnie bliźniaczki - i syn Stanisław Kaniowski, dwudziestoczteroletni młodzieniec. Rosły jak topola nasza, smagły, siwooki szatyn, w ruchach i geście silnie trącony zagraniczną kulturą, rasowy sarmacki typ.

Obok niego na niskim, wygodnym karle, z łokciami wspartymi na kolanach, siedziała Zaza Zamczyńska, za nią jej matka, taka zwyczajnie sobie dystyngowana siwa dama.

Zaza ma brązowe włosy, duże ciemnozielone oczy w czarnej oprawie, kształty kwitnące i dojrzałe, cerę twarzy alabastrowobiałą, bez rumieńców, a ciepłą!

Obok pani Zamczyńskiej, zamyka półkole biała jak gołąbek babusia Kaniowska, matka pana domu.

Salę jadalną u góry zdobiły z jednej strony głowy dzików i rogi jelenie, trofea myśliwskie całego szeregu pokoleń, z drugiej zaś - szereg portretów poczerniałych, naiwnie malowanych, zawsze z herbem po prawej stronie płótna u góry.

Milczenie przerwał w tej chwili, głośny jak strzał, trzask płonącej smolnej kłody na kominku.

- Strzela jakby na gości - rzekł pan Kaniowski.

- Na taką okrutną zamieć, wątpię chyba - wtrąciła babusia - żeby się kto zjawił; chociaż roku zeszłego Weryhowie z Czołhan przyjechali. Pamiętasz? Jakoś to było tak jak dziś, po wigilii.

W tej chwili Zaza Zamczyńska zwróciła oblane światłem oczy, jak dwa płonące szmaragdy, na Stanisława Kaniowskiego i zapytała, niby bardzo rozciekawiona:

- Czy to dalekie sąsiedztwo ci państwo Weryhowie?

- Czołhany, w których mieszkają, są stąd o jakie trzy mile - ale wie pani, takie podolskie mile, co to w zawieje można i pięć godzin wlec się. Wątpię też, czy przyjadą, byłem przed wieczorem w stajni, mówił mi Semko, że drogi są zupełnie zawiane. Onegdajszej nocy, mówił, pomiędzy Czołhanami a Równią, czterech chłopów chwyciła zamieć w polu, tuż przed ich domem; zbłądzili i zamarzli do rana biedacy! U nas - mówił, śmiejąc się, zwrócony do Zazy - to zawsze tak! Gdy zimno, to ludziska zamarzają, a jak gorąco, to się palą!

- Na przykład przy kominku - wtrąciła, wędrując spojrzeniem spod rzęs prosto w oczy Stanisława! - Ale to jest sztuczne palenie - dodała po chwili.

- E! nie bardzo tam sztuczne, tylko podwójne - bąknął nieznacznie...

Spojrzał na nią, a po jej twarzy przeszedł falą cień rumieńca i zaczęła z dziwną pilnością badać ogień na kominku.

- A ci Weryhowie - rzekł pan Kaniowski zwrócony do pań Zamczyńskich - to dziwni ludzie! Majątek należy do niej. On - Bóg wie skąd się wziął i kto jest. Pani Weryhowa, cudnej urody kobieta, była majętną sierotą, z domu Herburtówna, córka mego serdecznego przyjaciela. Czołhany są w ich rękach lat blisko trzysta, toteż gdy osierociała i sama została dziedziczką pięknej fortuny, starano się o nią na prawo i lewo, ale kosze sypały się jak grad! Zdawało się, że panna zakroiła na księcia, czy co? Ale ba! Bo to i książę Sołomerecki zawitał, zakręcił się i trzask! dostał kosza.

- Jak ojciec dziwnie opowiada - wtrącił Stanisław - dlaczego trzask dostał kosza?!

Wszyscy buchnęli śmiechem.

- A bo ja tak, mości dobrodzieju, po dawnemu gadam, rzekł, śmiejąc się, trochę zażenowany pan Kaniowski. Otóż co się dalej dzieje. Panna Maria - bo tak jej na imię - wyjeżdża z jakąś tam swoją ciotką do Rzymu, będzie temu trzy lata, i trzask...

- Znowu trzask? - zapytał Stanisław.

- Nie przeszkadzaj!... i powróciła panią Weryhową - dokończył.

- Weryhę znałam jednego na Litwie... zaraz... zaraz - zaczęła sobie przypominać pani Zamczyńska...

- Ja tych litewskich też znam - wtrącił Kaniowski, to są inni, lecz nasz, proszę pani, to zupełnie nieznana osobistość. Ani kto wie, kto on, ani skąd on. Przywiozły go sobie z Rzymu i basta. Był, jak sam mówi, oficerem pruskich huzarów - jest nawet komandorem czy też kawalerem maltańskim, jakieś podobno ma w zagranicznych bankach kapitały - ale... ale to wszystko jest jakieś niejasne.

- Jednak gospodaruje dobrze, nieprawdaż? - zapytał Stanisław.

- A gospodaruje tam nawet nieźle, porządek u niego jest, pieniędzy nie traci, nigdzie nie wyjeżdża; jednym słowem rządny jest.

- Lubię takich tajemniczych ludzi - szepnęła Zaza.

- A ja się boję, powiedziała Ninka i przycisnęła się silnie do boku siostry - może on był rozbójnikiem albo jeszcze gorzej, ten pan Weryha.

- Naturalnie - może to jest włoski Rinaldo albo inny opryszek, nieprawdaż? - spytał Stanisław, śmiejąc się.

Pan Kaniowski schylił się i dorzucił kilka smolnych drewek na ognisko, i znowu jaskrawa jasność oblała twarze siedzących. Na dworze kładł się dużymi płatami śnieg - od czasu do czasu wiatr silniej zadzwonił o szyby.

Wśród ogólnego milczenia nagle odezwał się głęboki głos Hanki:

- Zeszłego roku tańczyliśmy o tej porze po wigilijnej wieczerzy - tylko smutniej nam było, bo Stach nie przyjechał.

- A no, to zatańczmy dzisiaj - zaśmiał się Stanisław.

- O, dzisiaj... trzy panny - jeden danser.

- Przepraszam, a ojciec? - zapytał Stanisław.

- Daj no ojcu spokój - ojciec należy już, mości dobrodzieju, do wojskich - rzekł pan Kaniowski. - Zresztą - już późno.

Stanisław sięgnął po zegarek i nachylił się do ognia.

- Pół do dziesiątej dopiero...

W tej chwili babusia powstała i zaczęła się żegnać, wszyscy ruszyli z miejsc.

- Ale na mnie czas, idę spać - dobranoc - Stanisław zbliżył się do Zazy. Dziwił się samemu sobie, dlaczego ta dziewczyna, która tyle miała dla niego uroku tam w Paryżu, Rzymie, Neapolu, tu wydała mu się zupełnie inna na tle jego domowego ogniska. Miał za to niesłuszny żal i pewną niechęć do niej... Czuł, że jakiś cień niewidzialny a silny rozdziela ich myśli i uczucia.

Stali w tej chwili sami w małej bocznej salce i czuli dziwnie to samo; blask lampy padał wprost na twarz Stanisława i oświecał jasno wyraz jakiegoś kłopotliwego znudzenia. Tyle się o tym Bożym Narodzeniu w Porohach, tam, za granicą mówiło, tyle było o tym rozmów, marzeń, projektów. On sam przyjazd tych pań urządził i przygotował... a teraz...

Zaza czuła nerwowo każdą myśl Stanisława i badała wyraz jego twarzy...

- Widzi pan - przemówiła po długim milczeniu, jakby rzucając dalszy ciąg do jego myśli - nie trzeba nigdy urzeczywistniać swoich marzeń...

Ale jego jeszcze bardziej to niecierpliwiło, że Zaza tak intuicyjnie wchodzi w sfery jego myśli i uczuć i począł się maskować niezgrabnie.

- Dlaczego?

- Nic... zdaje mi się tylko - zaczęła lekko drżącym głosem - że... że piękniejsza była pieśń niewyśpiewana...

- Nie rozumiem?

- Tym lepiej - może się mylę.

A powiedziała to tak smutno, że przykro mu się zrobiło i zaczął łatać nastrój.

- Nie ma pani pojęcia, jak matka moja ucieszyła się z przyjazdu pań, a szczególnie matki pani. One są z tych czasów, co to i miłości, i przyjaźnie bywały dozgonne... Są przyjaciółkami tak dawno, wychowały się prawie razem...

- Dobre czasy... - wtrąciła Zaza.

 

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.