Ich siła - Meg Wolitzer

-
Proszę czekać

1.

Greer Kadetsky poznała Faith Frank w październiku 2006 roku w Ryland College, gdzie Faith przyjechała wygłosić wykład imienia Edmunda i Wilhelminy Rylandów. I choć tego wieczoru w uniwersyteckiej kaplicy roiło się od studentów, a niektórzy z nich z zadziwiającą swobodą sypali uwagami i komentarzami, ze wszystkich zgromadzonych tam osób to właśnie ona wzbudziła zainteresowanie Faith. Greer, wówczas studentka pierwszego roku tej przeciętnej uczelni na południu stanu Connecticut, była selektywnie i zajadle nieśmiała. Bez trudu udzielała odpowiedzi na zadane pytania, ale niechętnie dzieliła się własnymi opiniami. "To zupełnie bez sensu, przecież mam mnóstwo opinii. Jestem nimi wypełniona jak piniata" - wyznała Cory'emu podczas jednej z wielu sesji na Skypie, które urządzali sobie wieczorami, odkąd rozpoczęli studia na dwóch różnych uniwersytetach. Zawsze dużo się uczyła i chętnie czytała, ale nie potrafiła wypowiadać się z tą beztroską swobodą, z jaką robili to inni. Przez większą część jej życia nie miało to znaczenia - ale teraz nagle wszystko się zmieniło.

Co takiego dostrzegła w niej i doceniła Faith Frank? Może, pomyślała Greer, chodziło o pewien potencjał śmiałości, delikatnie zaznaczony przez niebieskie pasemko spływające po jej brązowych włosach. Ale przecież wiele studentek przenosiło na włosy kolory mrożonych i skręcanych przysmaków sprzedawanych na lokalnych jarmarkach. Może sześćdziesięciotrzyletniej Faith, osobie wpływowej i cieszącej się jakimś rodzajem sławy, osobie, która od dziesięcioleci podróżowała po kraju i z zapałem mówiła o sytuacji kobiet, zrobiło się po prostu żal osiemnastoletniej, zarumienionej Greer, która tego wieczoru w żaden sposób nie mogła wyartykułować swoich myśli? A może Faith automatycznie stawała się uprzejma i uważna, gdy miała do czynienia z młodymi ludźmi, którzy czuli się na tym świecie nieswojo?

Greer nie do końca wiedziała, dlaczego wzbudziła jej zainteresowanie. Z biegiem czasu utwierdziła się jednak w przekonaniu, że spotkanie z Faith Frank stało się elektryzującym punktem zwrotnym, który dał początek wszystkim późniejszym wydarzeniom. Miało upłynąć jeszcze wiele czasu, zanim nadszedł ich koniec.

Gdy Faith zjawiła się na uczelni, Greer studiowała tam od siedmiu tygodni. Przez większość tego czasu, tego okresu nieznośnego oczekiwania, upajała się własnym nieszczęściem - wręcz je w sobie pielęgnowała. W pierwszy piątkowy wieczór, który spędzała w Ryland College, korytarze akademika wypełniły się wszechobecnym rykiem powoli kiełkującego życia towarzyskiego, tak jakby gdzieś w czeluściach budynku został uruchomiony potężny generator. Rocznik 2010 rozpoczynał studia w momencie, w którym studentki rzekomo nabrały asertywności i pewności siebie, w czasach kobiecych gwiazd piłkarskich i beztrosko noszonych w damskich torebkach kondomów, których koliste kształty odciskały się na opakowaniach niczym ornamenty wyryte na nagrobkach. Podczas gdy mieszkańcy trzeciego piętra akademika Woolley Hall przygotowywali się na piątkową noc, Greer, która nie zamierzała nigdzie wychodzić i chciała poczytać Kafkę na zajęcia z literatury, obserwowała całe to zamieszanie nieco z boku. Przyglądała się dziewczynom, które pochylały głowy, wystawiały łokcie i wkładały kolczyki, patrzyła na chłopaków spryskujących się dezodorantem o nazwie Stadium, który zdawał się składać tylko z dwóch komponentów: sosny i sosu A.1.1. Wkrótce wszyscy ci podekscytowani studenci wybiegli z akademika i rozpierzchli się po kampusie, zmierzając na rozmaite imprezy, które odbywały się w ciemnych pomieszczeniach wibrujących od basów.

Akademik Woolley, jeden ze starszych budynków na kampusie, był w opłakanym stanie, a ściany pokoju Greer, jak opisała to podczas rozmowy z Corym w dniu przyjazdu, miały niepokojący kolor aparatów słuchowych. Po wieczornym exodusie w akademiku pozostały tylko pojedyncze zagubione duszyczki, w tym smutny chłopak z Iranu o wilgotnych, pozlepianych rzęsach. Siedział na krześle w kącie salonu na pierwszym piętrze i z żałosną miną wpatrywał się w komputer, który znajdował się na jego kolanach. Greer weszła do salonu - swój pokój, rzadko spotykaną jedynkę, uznała za zbyt ponury, by spędzić tam wieczór, zresztą w żaden sposób nie mogła skoncentrować się na książce - i ze zdziwieniem odnotowała, że chłopak wpatrywał się w wygaszacz: zdjęcie jego uśmiechających się z oddali rodziców i siostry. Fotografia przepływała przez ekran komputera, odbijała się od jego krawędzi i powoli rozpoczynała kolejne okrążenie.

Greer zastanawiała się, jak długo będzie oglądał swoich sunących po ekranie bliskich. Choć w ogóle nie tęskniła za własnymi rodzicami - wciąż miała im za złe zaniedbania, które doprowadziły do tego, że wylądowała w Ryland - zrobiło jej się żal tego chłopaka. Znalazł się daleko od domu, na innym kontynencie, w miejscu, które ktoś pewnie polecił mu przez pomyłkę jako pierwszoligową amerykańską uczelnię, mekkę nauki i odkryć, Szkołę Ateńską, która przycupnęła na Wschodnim Wybrzeżu. Po dokonaniu nie lada wyczynu i dotarciu do celu siedział teraz samotnie i powoli sobie uświadamiał, że to miejsce nie jest jednak takie wspaniałe. Co gorsza, usychał z tęsknoty za rodziną. Greer wiedziała, jak to jest, bo brak Cory'ego odczuwała tak boleśnie i uporczywie, że miała wrażenie, jakby to w jej wnętrzu wibrowały basy. A przecież Cory przebywał zaledwie sto osiemdziesiąt kilometrów stąd, w Princeton - a nie na drugim końcu świata.

Współczucie Greer umacniało się i rozrastało, kiedy w drzwiach pojawiła się blada jak papier dziewczyna trzymająca się za brzuch.

- Macie coś na biegunkę?

- Nie, przykro mi - odpowiedziała Greer, a chłopak tylko pokręcił głową.

Dziewczyna przyjęła to z ponurą rezygnacją, a ponieważ nie miała nic lepszego do roboty, usiadła obok nich. Po chwili przez porowate ściany przedostał się zapach masła i tert-butylohydrochinonu, kuszący, ale nieszczególnie skuteczny w poprawianiu nastroju. Wkrótce ich oczom ukazało się też źródło zapachu - duże plastikowe opakowanie popcornu - oraz trzymająca je dziewczyna w szlafroku i kapciach. "Kupiłam ten z masłem, taki jak w kinach" - dodała na zachętę, po czym wyciągnęła miskę w ich stronę.

Wygląda na to - pomyślała Greer - że to będą moi towarzysze, dziś wieczorem, a może i w każdy kolejny weekend. Nie miało to sensu: nie pasowała do nich, a jednak znalazła się właśnie tutaj i stała się jedną z nich. Sięgnęła więc po garść popcornu, który był tak wilgotny, że miała wrażenie, jakby włożyła dłoń do gęstej zupy. Greer postanowiła usiąść i podjąć próbę nawiązania konwersacji. Mogli się sobie przedstawić i opowiedzieć pokrótce o swoim ponurym nastroju. Zamierzała zostać w salonie akademika, mimo że Cory zachęcał ją wcześniej, żeby poszła na jakąś imprezę albo znalazła sobie inne rozrywki na kampusie. "Na pewno coś organizują - powiedział. - Improwizacja. Zawsze można liczyć na zajęcia z improwizacji". To był jej pierwszy weekend na uczelni i Cory uważał, że powinna przynajmniej spróbować.

Ale Greer odpowiedziała, że nie, nie zamierza próbować i woli przejść przez to wszystko w zgodzie ze sobą. W ciągu tygodnia będzie superstudentką, pochyloną nad książkami w bibliotece niczym wyposażony w lupę jubiler. Książki traktowała jak antydepresant, silny inhibitor zwrotnego wychwytu serotoniny. Od zawsze należała do tych dziewczyn, które zakładały pod siebie nogi w skarpetkach i lekko rozchylały usta w skupieniu przypominającym stan lekkiego odurzenia. Słowa na kartkach tańczyły jej przed oczami, tworząc obrazy równie wyraźne co podskakująca na ekranie rodzina chłopaka z Iranu. Nauczyła się czytać, zanim jeszcze trafiła do przedszkola, w okresie, w którym zaczęła podejrzewać, że rodzice nieszczególnie się nią interesują. A potem poszła za ciosem. Przebrnęła przez książki dla dzieci z ich przewidywalnym antropomorfizmem, wkroczyła w świat osobliwego i pięknego formalizmu XIX wieku, a następnie zabrała się do opowieści o krwawych wojnach oraz dyskusji o Bogu i bezbożności. Najsilniej - czasem wręcz fizjologicznie - reagowała jednak na powieści. Pewnego razu czytała Annę Kareninę tak długo, że oczy nabiegły jej krwią i musiała leżeć w łóżku z twarzą przykrytą ścierką, tak jakby sama przeistoczyła się w bohaterkę z epoki. Powieści towarzyszyły jej przez całe dzieciństwo, ten długi okres przewlekłej izolacji... i miały jej prawdopodobnie towarzyszyć również w dorosłości, cokolwiek by ona przyniosła. Greer wiedziała, że niezależnie od tego, jak bardzo rozczaruje ją Ryland, będzie mogła przynajmniej czytać - bo przecież na uczelni właśnie to się robiło.

Jednak tego wieczoru książki okazały się za mało pociągające. Leżały odłogiem, nietknięte i porzucone. Tego wieczoru uczelniane życie polegało na imprezowaniu albo umartwianiu się w nijakim salonie akademika. Greer wiedziała, że gorycz, w przeciwieństwie do czystego nieszczęścia, ma smak, ma charakter. Ten spektakl goryczy był przeznaczony wyłącznie dla niej. Nie zobaczą go jej rodzice. Nie zobaczy nawet Cory Pinto, który przebywał teraz w Princeton. Ona i Cory razem dorastali, a w zeszłym roku zakochali się w sobie i się ze sobą związali. Choć obiecali sobie, że przez cztery lata studiów będą nieustannie skype'owali - a nowa funkcja wideo pozwoli im się nawet przy tym widzieć - i wypożyczali samochody, żeby odwiedzać się przynajmniej raz w miesiącu, tego wieczoru nie mieli już w planach żadnych rozmów. Cory włożył swój najlepszy sweter i poszedł na imprezę. Nieco wcześniej Greer obserwowała, jak jego skype'owa wersja zbliża się do kamery internetowej, przekształcając się w pory, nozdrza i wąskie czoło.

"Spróbuj się dobrze bawić" - poprosił, a jego głos na chwilę się zawiesił na skutek usterki systemu. Po chwili odwrócił się i machnął w stronę Johna Steersa, swojego współlokatora, który znajdował się poza zasięgiem kamery. Tak jakby chciał mu powiedzieć: "Daj mi sekundę. Muszę się tym zająć".

Greer szybko zakończyła rozmowę. Nie chciała stać się "tym": kimś, kim trzeba się zająć, kimś, kto w tej relacji wiecznie czegoś potrzebuje. Siedziała teraz w salonie akademika Woolley i co pewien czas zanurzała dłoń w misce z popcornem. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Na ścianie wisiały ogłoszenia o castingach do niezależnych zespołów, schemat przedstawiający chwyt Heimlicha oraz reklama odbywającego się "w każdych warunkach pogodowych" pikniku chrześcijańskich studentów w West Quad. Nagle na progu salonu przystanęła jakaś dziewczyna. Jak później przyznała, zrobiła to głównie z litości. Wyglądała jak szczupły, seksowny chłopak, a jej wizerunek przywodził na myśl Joannę d'Arc - nietrudno było się zorientować, że jest lesbijką. Rozejrzała się po pomieszczeniu, w którym skupili się samotni, zagubieni ludzie, zmarszczyła brwi, jakby coś rozważała, po czym oznajmiła: "Idę obskoczyć parę imprez, gdyby któreś z was chciało dołączyć".

Chłopak z Iranu pokręcił głową i skupił się na zdjęciu podskakującym na ekranie komputera. Dziewczyna z popcornem jadła dalej, a ta z biegunką rozmawiała przez komórkę, rozważając, czy powinna iść do uczelnianej przychodni. "Pewnie by mi pomogli - oznajmiła. - Ale nie mam pojęcia, gdzie ich szukać. - Pauza. - Nie, nie mogę wezwać ochrony i poprosić o odeskortowanie na miejsce. - Kolejna pauza. - Zresztą wydaje mi się, że to wszystko z nerwów".

Greer spojrzała na dziewczynę o chłopięcej sylwetce i skinęła głową. Nieznajoma odpowiedziała tym samym i podniosła kołnierz kurtki. Przeszły przez pogrążony w półmroku korytarz i otworzyły ciężkie drzwi pożarowe. Dopiero kiedy Greer poczuła, jak podmuchy wiatru unoszą cienki materiał jej koszuli, przypomniała sobie, że nie wzięła swetra. Wiedziała jednak, że nie może zburzyć magii tej chwili i oznajmić nagle, że pobiegnie po niego na trzecie piętro.

- Sprawdźmy parę różnych miejsc - zaproponowała dziewczyna. Nazywała się Zee Eisenstat i pochodziła ze Scarsdale w stanie Nowy Jork. - Taka mała próbka studenckiego życia.

- Jasne - potwierdziła Greer, jakby sama właśnie to planowała.

Zee ruszyła przodem, kierując się do Spanish House, oszalowanego budynku na skraju kampusu. Jakiś stojący w drzwiach chłopak powitał je słowami Buenas noches se?oritas, i wręczył im kieliszki z niby-sangrią, a Greer wdała się z inną mieszkanką akademika w krótką dyskusję, rozważając czy niby-sangria nie jest przypadkiem prawdziwą sangrią.

- Licor secreto?2 - zapytała cicho Greer.

Dziewczyna spojrzała na nią z powagą i oznajmiła:

- Inteligente3.

Inteligente. Przez lata wystarczyła jej rola inteligentnej. Na początku oznaczało to po prostu, że umiała odpowiadać na różnego rodzaju pytania zadawane przez nauczycieli. Cały świat wydawał się oparty na faktach, co przynosiło Greer ogromną ulgę. Potrafiła żonglować faktami z ogromną swobodą, wyczarowywała je niczym magik, który wyciąga sobie z uszu monety. Fakty jej się ukazywały, a ona musiała tylko nadawać im kształt, ubierać je w słowa. W ten sposób została uznana za najinteligentniejszą uczennicę w klasie.

Później, kiedy fakty przestały wystarczać, zrobiło się zdecydowanie trudniej. Konieczność wyrażania siebie - swoich opinii, swojej istoty, tej istoty, która buzowała w niej i kształtowała jej tożsamość - wyczerpywała i przerażała Greer. Myślała o tym, kiedy w towarzystwie Zee zmierzała w kierunku kolejnego celu, Lamb Art Studio. Nie do końca rozumiała, skąd studentka pierwszego roku wiedziała o wszystkich tych imprezach: nie wspominano o nich przecież w "Ryland Weekly Blast".

Powietrze w studiu wypełniał drażniący zapach terpentyny, który najwyraźniej pełnił funkcję seksualnego katalizatora, bo wyglądało na to, że studenci sztuk pięknych, wszyscy starsi od nich, poczuli do siebie wyjątkowy pociąg. Byli ciasno spleceni po dwie lub trzy osoby, mieli szczupłe ciała i poplamione farbą spodnie, pomalowane ręce, tunele w uszach i niezwykle jasne oczy. Na białej drewnianej podłodze na środku pomieszczenia jakaś dziewczyna, porwana na ramiona przez chłopaka, krzyczała: "BENNETT, PRZESTAŃ, SPADNĘ I UMRĘ, A WTEDY MOI RODZICE CIĘ POZWĄ, TY PAJACU ZE SZTUK WIZUALNYCH!". Bennett biegał tam i z powrotem chwiejnym krokiem, korzystając z tego, że był jeszcze wystarczająco młody, silny i podobny do Atlasa, by ją tak trzymać - a ona była jeszcze wystarczająco lekka, by ją tak noszono.

Studenci sztuk pięknych bawili się we własnym gronie i wydawali się zajęci wyłącznie sobą, tak jakby Greer i Zee spotkały przypadkiem jakieś obce plemię harcujące na leśnej polanie. W kółko wspominano o "męskim spojrzeniu", choć Greer z początku źle usłyszała i myślała, że mowa o "męskim stworzeniu". Wymknęły się ze studia niedługo po tym, jak tam dotarły. Gdy tylko znalazły się na zewnątrz, podeszła do nich inna studentka pierwszego roku, pewna siebie dziewczyna, która o nic nie pytając, po prostu się do nich przyłączyła. Chloe Shanahan, bo tak się nazywała, zdawała się aspirować do typu urody godnego galerii handlowej: miała na sobie szpilki, dżinsy Hollister i cienkie srebrne bransoletki. Jak wyjaśniła, trafiła do studia przypadkiem, szukając siedziby Theta Gamma Psi.

- Tego bractwa? - zapytała Zee. - Po co? Przecież oni są obleśni.

Chloe wzruszyła ramionami.

- Podobno mają beczkę z piwem i głośno puszczają muzykę. Tylko tego mi dziś trzeba.

Zee spojrzała pytająco na Greer, która zaczęła się zastanawiać. Czy warto iść na imprezę organizowaną przez bractwo studenckie? Pragnęła tego w zdecydowanie mniejszym stopniu niż większości rzeczy na tym świecie, ale nie chciała zostać sama - więc może jednak warto? Pomyślała o Corym, który w tej chwili stał pewnie oparty o ścianę na jakiejś imprezie i śmiał się z jakiegoś dowcipu. Wyobraziła sobie grupę wpatrzonych w niego, rozbawionych ludzi - zawsze był najwyższą osobą w pomieszczeniu.

Greer, Zee i Chloe stanowiły dość dziwaczne trio, ale Greer słyszała, że takie nietypowe zestawienia są charakterystyczne dla pierwszych tygodni życia studenckiego. Ludzie, którzy nie mieli ze sobą nic wspólnego, nawiązywali krótkotrwałą więź emocjonalną jak członkowie ławy przysięgłych czy pasażerowie, którzy ocaleli z katastrofy lotniczej. Ruszyły przed siebie. Chloe poprowadziła je przez West Quad, a następnie okrążyły Bibliotekę Metzgera. W środku nocy rozświetlony i przejmująco pusty budynek przypominał fortecę albo całodobowy supermarket.

Na stronie internetowej uczelni Ryland zamieszczono kilka sztampowych fotografii, przedstawiających studentów w okularach ochronnych, którzy majstrowali przy palnikach w laboratorium i patrzyli spod przymrużonych powiek na tablicę wypełnioną równaniami. Reszta zdjęć przedstawiała dość tandetne scenki z życia towarzyskiego: popołudnie na łyżwach na zamarzniętym stawie albo klasyczne ujęcie, na którym troje studentów gawędziło pod rozłożystą koroną dębu. Tak naprawdę na kampusie znajdowało się tylko jedno takie drzewo, obfotografowywane do znudzenia. W ciągu dnia studenci wlekli się na zajęcia przez nieszczególnie atrakcyjny kampus, czasem mając na sobie tylko piżamy, jak członkowie łagodnej rodziny niedźwiedzi z książki dla dzieci.

Nowym celem trzech świeżo upieczonych koleżanek stał się duży, nadgryziony przez ząb czasu dom bractwa, skąd już z daleka dochodziły rozbrzmiewające w środku hałasy. "Prawdziwie greckie życie" - tak określały to miejsce katalogi reklamujące Ryland College. Greer wyobrażała sobie, jak napisze później do Cory'ego i rzuci z przekąsem: "greckie życie: wtf? gdzie arystoteles? gdzie baklava?". Ale ich standardowe metakomentarze, przy których tak dobrze się zwykle bawili, stały się nagle nieistotne, bo Cory był teraz daleko stąd, a Greer wchodziła właśnie przez szerokie drzwi do siedziby bractwa studenckiego w towarzystwie dwóch niedawno poznanych dziewczyn. Skierowały się w stronę zapachów, tych obrzydliwych i tych bardziej zachęcających. Droga ta miała je ostatecznie - choć niebezpośrednio - doprowadzić także do Faith Frank.

Drink wieczoru, pasteloworóżowa Przygoda Ryland, natychmiast przytępił umysł Greer Kadetsky, która ważyła pięćdziesiąt kilogramów i zjadła na kolację zaledwie kilka skromnych kopczyków z baru sałatkowego. Zazwyczaj lubiła zachowywać jasność umysłu, ale teraz wiedziała, że jasny umysł zagwarantuje jej wyłącznie smutek i przygnębienie. Szybko więc wlała w siebie hipersłodką Przygodę Ryland, po czym wzięła swój plastikowy kubek z wybrzuszeniem na dnie i stanęła w kolejce po dolewkę. Nowe drinki w połączeniu z tym, co zdążyła wcześniej wypić w Spanish House, wykonały swoje zadanie.

Wkrótce Greer i jej dwie towarzyszki wiły się już w kręgu, jakby zabawiały jakiegoś szejka. Zee okazała się doskonałą tancerką: jej biodra się kołysały, ramiona pracowały w rytm muzyki, a reszta ciała poruszała się z wystudiowanym minimalizmem. Chloe kreśliła w powietrzu kształty rękoma, a jej niezliczone bransoletki dzwoniły przy każdym ruchu. Greer była rozluźniona i wyjątkowo swobodna. Kiedy się zmęczyły, opadły na wielką czarną skórzaną kanapę, wokół której unosił się aromat smażonej flądry. Greer zamknęła oczy, kiedy pomieszczenie wypełniły dźwięki irytującego hiphopowego kawałka Pugnayshusa:

Ziom, powiedz skąd ta ze mnie szydera,

jestem zajechany jak stara ściera.

- Uwielbiam tę piosenkę - oznajmiła Chloe dokładnie w chwili, w której Greer zamierzała powiedzieć: "Nie znoszę tej piosenki". Powstrzymała się, nie chcąc podawać w wątpliwość gustu muzycznego nowo poznanej koleżanki, która zaczęła nucić: "...jak ście-e-e-e-ra...", artykułując każdą sylabę głosem słodkim i kojącym niczym chór cherubinów.

W tej samej chwili Darren Tinzler pojawił się na szerokich, monumentalnych schodach i ruszył w dół zamaszystym krokiem. Nie został jeszcze wtedy zidentyfikowany jako Darren Tinzler, nie uzyskał jeszcze tego szczególnego statusu - był po prostu jednym z członków studenckiego bractwa, stojącym teraz przy fioletowym witrażu na podeście schodów. Miał muskularną klatkę piersiową, szeroko rozstawione oczy i założoną tył na przód bejsbolówkę, spod której spływały kosmyki włosów. Rozejrzał się po pomieszczeniu i po chwili zastanowienia skierował się w stronę ich trójki, najwyraźniej znęcony tą koncentracją kobiecości. Chloe usiłowała stanąć na wysokości zadania jak mała syrenka płynąca ku powierzchni oceanu, ale nie była w stanie usiąść prosto. Kiedy chłopak skierował uwagę na Zee, ta zamknęła oczy i uniosła rękę, jakby milcząco zatrzaskiwała mu drzwi przed nosem.

Na placu boju została tylko Greer, oczywiście też niedostępna. Chodziła przecież z Corym, ale nawet gdyby była wolna, to jej łagodność i skupienie stanowiły barierę nie do pokonania dla takich kolesi. Mogła mu się jednak wydawać atrakcyjna w pewien specyficzny sposób - nieduża, kompaktowa i zdeterminowana jak latająca wiewiórka. Miała proste, lśniące ciemne włosy rozświetlone pasemkiem koloru, który nałożyła w domu w jedenastej klasie, posługując się zestawem kupionym w drogerii. Stanęła wtedy w łazience na piętrze i zabrała się do roboty: pokryła niebieską farbą całą umywalkę, dywanik i zasłonę prysznicową - aż w końcu całe pomieszczenie zaczęło przypominać plan zdjęciowy do slashera rozgrywającego się na innej planecie.

Zakładała, że pasemko w jej włosach pozostanie chwilową, migawkową nowością, ale kiedy związali się ze sobą w ostatniej klasie liceum, Cory polubił dotykanie tej niespodziewanej smugi koloru, więc Greer ją zachowała. Na początku, kiedy Cory dłużej jej się przyglądał, instynktownie pochylała głowę i odwracała wzrok. W końcu prosił: "Wróć do mnie. Wróć".

Darren Tinzler lekko uniósł czapkę, tak jakby uchylał przed nią kapelusza. Ośmielona przez mocne Przygody Ryland Greer wstała i machnęła dłońmi w powietrzu, udając, że lekko odciąga na boki fałdy spódnicy w uprzejmym dygnięciu, a następnie skinęła głową.

- Taka wyjątkowa okazja - wymamrotała pod nosem.

- Co? - zapytał Darren. - Niebieskie Pasemko, zalałaś się w trupa.

- Nieprawda. Zalałam się najwyżej w półtrupa.

Przyglądał jej się chwilę ze zdziwieniem, po czym zaprowadził ją do kąta, gdzie odstawili drinki na stertę odkształconych i od dawna nieużywanych gier planszowych. Greer dostrzegła tam Ryzyko, Battleship, Trivial Pursuit. Gwiezdne wojny i Trivial Pursuit. Pełna chata.

- Ocalały z Wielkiej Powodzi Domu Bractwa w 1987 roku? - zapytała.

Spojrzał na nią pytająco.

- Co? - powtórzył po chwili. Wydawał się zirytowany.

- Nic.

Powiedziała mu, że mieszka w akademiku Woolley, a on oznajmił:

- Wyrazy współczucia. Strasznie przygnębiające miejsce.

- To prawda - przyznała. - Ze ścianami w kolorze aparatów słuchowych, nie? - Przypomniała sobie, jak Cory się roześmiał, kiedy to powiedziała, a potem szepnął: "Kocham cię". Darren tylko spojrzał na nią ze zniecierpliwieniem. Miała wręcz wrażenie, że przez ułamek sekundy dostrzega na jego twarzy obrzydzenie, ale po chwili znów się uśmiechał, więc uznała, że pewnie jej się przywidziało. Ludzka twarz miała zbyt wiele opcji, które wyświetlały się na niej po kolei jak w pokazie slajdów. - Nie jest tam zbyt fajnie - wyznała. - Tak naprawdę nie miałam studiować w Ryland. To jedno wielkie nieporozumienie, ale stało się. Nie da się już nic zrobić.

- Miałaś studiować na innej uczelni? - zapytał.

- Tak. O wiele lepszej.

- Serio? Niby jakiej?

- Yale.

Roześmiał się.

- A to dobre.

- Mówię poważnie - oznajmiła, po czym dodała z lekkim oburzeniem: - Dostałam się tam.

- No jasne.

- Naprawdę. Ale nie udało się. Zresztą to zbyt skomplikowana historia, żeby wchodzić w szczegóły. I oto jestem tutaj.

- I oto jesteś tutaj - powtórzył Darren Tinzler.

Nagle wyciągnął rękę i władczym gestem chwycił kołnierzyk jej koszuli. Zaskoczona Greer nie wiedziała, jak się zachować. Wiedziała tylko, że to, co zrobił, nie było w porządku. Jego druga ręka wsunęła się na próbę pod jej bluzkę, a Greer stała przez chwilę w pełnym zaskoczenia bezruchu. Darren tymczasem odnalazł wypukłość jej piersi i otoczył ją palcami. Przez cały ten czas patrzył jej prosto w oczy. Ani razu nie zamrugał. Po prostu patrzył.

Odsunęła się i zapytała:

- Co robisz?

Ale on nie cofnął ręki i mocno ścisnął jej pierś, w bolesny sposób wykręcając ciało. Kiedy się wyszarpnęła, złapał ją za nadgarstek i przyciągnął do siebie, po czym wycedził:

- Jak to: co robię? Stoisz tu i podrywasz mnie, opowiadając te bzdury o Yale.

- Puszczaj - powiedziała, ale tego nie zrobił.

- Nikt inny cię tu nie wydyma, Niebieskie Pasemko - rzucił. - Chyba że z litości. Powinnaś się cieszyć, że przez parę sekund na ciebie poleciałem. Ogarnij się. Nie jesteś aż taką laską.

A potem puścił jej nadgarstek i odepchnął ją, tak jakby to ona zachowała się agresywnie. Na policzkach Greer pojawiły się rumieńce, zaschło jej w gardle i czuła się jak maleńki kawałek materiału. Po raz kolejny ogarnęło ją znajome uczucie: bezsilność związana z tym, że nie potrafiła wyrazić swoich emocji. To pomieszczenie gwałtownie ją pochłaniało - pomieszczenie, impreza, uczelnia i noc.

Najwyraźniej nikt nie zauważył, co się wydarzyło, a przynajmniej nikt się tym nie przejął. Cała scena rozegrała się publicznie: chłopak wsunął dziewczynie rękę pod bluzkę, mocno chwycił ją za pierś, a potem odepchnął. Greer czuła się jak niepozorny Ikar tonący gdzieś w rogu obrazu Bruegla, który omawiali pierwszego dnia zajęć. To była uczelnia, studencka impreza. Jakaś grupa bawiła się w przypinanie osiołkowi ogona, a parę innych osób monotonnym głosem skandowało "Dawaj, Kyla, dawaj, Kyla", podczas gdy dziewczyna ze związanymi oczami - zapewne Kyla - trzymała papierowy ogon i zataczając się, powoli szła przed siebie. Nieco dalej jakiś chłopak cicho wymiotował do kapelusza z szerokim rondem. Greer rozważała przez chwilę, czy nie ruszyć do przychodni, gdzie mogłaby położyć się na łóżku obok cierpiącej na biegunkę mieszkanki akademika Woolley, która również rozpoczęła rok akademicki w wyjątkowo niefortunny sposób.

Ale Greer nie musiała iść do przychodni. Musiała tylko szybko opuścić ten budynek. Przeciskając się do wyjścia, usłyszała za plecami dudniący śmiech Darrena. Wydostała się na werandę, minęła skrzypiącą huśtawkę, na której kołysała się jakaś spleciona w uścisku para, a następnie ruszyła dalej przez uczelniany trawnik. Czuła pod podeszwami, że był on wciąż miękki i głęboki jak w lecie, ale na brzegach stawał się już powoli kruchy i szorstki.

Jeszcze nigdy jej w taki sposób nie dotykano - zdała sobie sprawę, idąc chwiejnym krokiem przez kampus. Pośród ciemnej nocy, kompletnie osamotniona w tym nowym, nieznanym miejscu, usiłowała zrozumieć to, co się przed chwilą wydarzyło. Oczywiście chłopcy i mężczyźni często rzucali pod jej adresem chamskie, obleśne komentarze. W końcu robili to zawsze i wszędzie, doświadczyła tego każda kobieta. Jako jedenastolatka Greer słyszała pomruki motocyklistów, którzy kręcili się pod supermarketem KwikStop w Macopee. Pewnego dnia w środku lata, kiedy poszła tam po swoje ulubione lody, choco taco Klondike, facet z brodą godną wokalisty ZZ Top podszedł do niej, zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów - miała na sobie krótkie spodenki i kusą bluzkę bez rękawów - po czym rzucił pogardliwie: "Kochanie, jesteś deską".

Greer nie mogła w żaden sposób obronić się przed ZZ Topem, nie mogła ostro zareagować albo choćby przywołać go do porządku. Stała w milczeniu, nie umiejąc jakkolwiek zripostować ani się obronić. Nie należała do tych przebojowych dziewczyn, które kładły sobie dłonie na biodrach, do dziewczyn, które w filmach i książkach opisywano jako "złośnice", a później jako "twardzielki". Nawet teraz, na studiach, widywała takie dziewczyny, kurewsko pewne siebie i swojego miejsca w świecie. Ilekroć natrafiały na opór w postaci jawnego seksizmu albo pospolitego chamstwa, zwalczały je albo przewracały oczami i zachowywały się tak, jakby uznały, że nie warto zniżać się do tego poziomu. Nie traciły czasu na ludzi takich jak Darren Tinzler.

Powietrze było chłodne i natychmiast ją otrzeźwiło. Uczelniane trawniki przemierzały teraz tłumy studentów: niektórzy wyszli z kończących się powoli imprez, inni kierowali się na kolejne, mniejsze, które dopiero się zaczynały. Był środek nocy, temperatura wyraźnie spadła, a Greer, która nie miała na sobie swetra, marzła coraz bardziej. Kiedy dotarła do Woolley, dziewczyna od popcornu spała w salonie, ściskając swoją plastikową tubę, na której dnie znajdowała się już tylko garść sklejonych ziarenek przypominających skupisko biedronek.

- Ktoś mi coś zrobił - szepnęła Greer do śpiącej dziewczyny.

W ciągu kolejnych dni powtarzała różne wersje tych słów kolejnym, przytomnym już osobom. Z początku walczyła w ten sposób z przygnębieniem, ale po pewnym czasie miejsce przygnębienia zajęły wściekłość i oburzenie.

- Tak jakby uważał, że wolno mu robić wszystko, na co ma ochotę - rzuciła z pełną niedowierzania irytacją podczas jednej z tych rozmów telefonicznych z Corym. - Nie obchodziło go, co czuję. Uznał, że ma do tego prawo.

- Żałuję, że nie mogę być tam z tobą - powiedział Cory.

Zee radziła jej złożyć skargę.

- Dział administracji powinien się o tym dowiedzieć. To napaść cielesna.

- Jest jeszcze jeden szczegół: piłam - oznajmiła Greer.

- No i co? Jeszcze jeden powód, żeby cię nie zaczepiać. - Greer nie odpowiedziała, więc Zee dodała: - Halo, to nie do przyjęcia. To po prostu skandal.

- Może to specjalność Ryland. Nie sądzę, żeby takie rzeczy zdarzały się w Princeton.

- Jezu, żartujesz? Przecież wiesz, że to nieprawda.

Zee od zawsze angażowała się politycznie. Zaczęła jeszcze jako młoda dziewczyna walcząca o prawa zwierząt. Wkrótce została wegetarianką, a z czasem uczucia, którymi darzyła zwierzęta, przeszły również na ludzi. Do swojej listy Zee dodała wówczas prawa kobiet, prawa społeczności LGBT, wojny i nieuchronnie związany z nimi napływ uchodźców, później zaś zmiany klimatyczne - które oznaczały, że w przyszłości zarówno zwierzęta, jak i ludzie znajdą się w niebezpieczeństwie i będą walczyć o każdy oddech.

Ale w tamtym okresie Greer nie miała jeszcze rozwiniętej świadomości politycznej. Robiło jej się niedobrze na myśl o tym, że miałaby wypełniać raport i siedzieć samotnie w gabinecie dziekana Harkavy'ego w Masterson Hall. Nie chciała sobie wyobrażać, jak trzyma na kolanach podkładkę i spisuje zeznanie dotyczące Darrena Tinzlera swoim nazbyt starannym charakterem pisma porządnej dziewczyny. Litery, które kreśliła, były nadal rozdęte, nabrzmiałe i dziecinne, co boleśnie kontrastowało z treścią tego, co miałaby napisać. Kto w ogóle potraktowałby jej słowa poważnie?

Greer pomyślała, że nazwiska ofiar nie pojawiają się w zgłoszeniach dotyczących napaści seksualnych. Choć nikt nie mówił tego na głos, sama idea, że coś ci zrobiono, w pewien sposób wplątywała cię w to wszystko, naznaczała cię. W rezultacie twoje ciało - na co dzień kryjące się w mroku, pod warstwą ubrań - wywlekano nagle na światło dzienne. Ci, którzy się o tym dowiadywali, już na zawsze mieli cię postrzegać jako osobę, której ciało zostało naruszone, pogwałcone. Twoje ciało stawało się wyraźne i namacalne. Wobec takiej perspektywy to, co się wydarzyło, wydawało się drobnostką. Greer po raz kolejny pomyślała też o swoich małych piersiach, które dałoby się opisać w podobny sposób. Dwie drobnostki. Suma tego, czym była.

- Sama nie wiem - zwróciła się do Zee, świadoma ogólnikowości, w której znów szukała ratunku. Czasem mówiła: "Sama nie wiem", choć doskonale wiedziała. Po prostu wygodniej było trwać w nieokreśloności.

W miarę jak incydent z Darrenem Tinzlerem oddalał się w czasie, stawał się coraz mniej rzeczywisty, a ostatecznie przekształcił się w zwykłą anegdotę, którą Greer regularnie dekonstruowała w towarzystwie kilku dziewczyn ze swojego akademika. W takich chwilach stały zwykle w damskiej łazience i trzymały plastikowe wiaderka, które matki kupiły im na studia - w efekcie przypominały gromadkę dzieci bawiących się w piaskownicy. Wszystkie wiedziały już, że należy trzymać się z daleka od obleśnego Darrena Tinzlera, a temat w końcu się wyczerpał, tak jak wyczerpane były rozmyślające o nim osoby. Jak podkreślała Greer, nie doszło do gwałtu, nic z tych rzeczy. Już sam ten fakt sprawiał, że cały incydent wydawał się znacznie mniej doniosły niż historie, które napływały do nich z innych uczelni: opowieści pełne agresywnych rugbistów, pigułek gwałtu, policyjnych raportów i powszechnego oburzenia.

Jednak w ciągu kolejnych kilku tygodni bliskie spotkania z Darrenem Tinzlerem zaliczyło kolejnych sześć studentek Rylanda. Z początku nie wszystkie znały jego imię i nazwisko. Opisywały go po prostu jako chłopaka w bejsbolówce, z "oczami karpia" - jak to ujęła jedna z nich. Pewnego wieczoru Darren siedział ze znajomymi w zatłoczonej stołówce i bez cienia skrępowania gapił się na studentkę drugiego roku, która kierowała do ust łyżeczkę jakiejś beztłuszczowej przekąski. Innego wieczoru, nonszalancko rozparty przy jednym z brązowych stolików w czytelni, pożerał wzrokiem studentkę, która brnęła przez Mikroekonomię Mankiwa.

A potem, kiedy taka dziewczyna wstawała, żeby porozmawiać z koleżanką, odstawić talerz albo z kraniku nalać sobie dobrego na drogi moczowe soku żurawinowego, którego cudowny, niekończący się strumień określał uczelniane życie, albo kiedy po prostu chciała się trochę rozciągnąć, a jej stawy strzelały pyk-pyk-pyk, Darren również wstawał i zmierzał ku niej zdecydowanym krokiem, dbając o to, żeby znaleźli się odpowiednio blisko siebie.

Kiedy zostawali sami w jakiejś wnęce albo w innym ustronnym miejscu niedostępnym dla spojrzeń przypadkowych obserwatorów, Darren zaczynał rozmowę. Wkrótce uznawał uprzejmość albo względną otwartość dziewczyny za zainteresowanie - i może czasem to zainteresowanie rzeczywiście się pojawiało. On jednak natychmiast przechodził w takich sytuacjach do działania: wsuwał jej rękę pod bluzkę, kładł na kroczu, zdarzyło mu się nawet przesunąć którejś z nich palcem po ustach. Kiedy dziewczyna się cofała albo odskakiwała, wpadał w szał i ściskał ją tak mocno, że krzyczała z bólu. Na koniec przyciągał ją do siebie i wypowiadał jakąś wersję słów: "Nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi. Jaja sobie robisz? Jesteś małą kurewką".

Za każdym razem dziewczyna odskakiwała. Wyrywała się i mówiła "Zostaw mnie" albo po prostu uciekała, rzucając na odchodnym: "Ty chory pojebie", albo nic nie mówiła i tylko opowiadała współlokatorce o tym, co się wydarzyło. A czasem nikomu o niczym nie wspominała i tylko z niepokojem sondowała koleżanki: "Nie wyglądam jak kurewka, prawda?". Gromadziły się wtedy wokół niej i zapewniały: "Nie, Emily, wyglądasz fantastycznie. Masz super styl, jesteś taka wyzwolona".

Jednak pewnej nocy w akademiku Havermeyer, wciąż uchodzącym za "ten nowy", choć powstał w 1980 roku i pośród eklektycznego nadmiaru określającego kampus Rylanda wyróżniał się siermiężnym sowieckim stylem, studentka drugiego roku Ariel Diski wracała późną nocą do swojego pokoju. W nieczynnej budce telefonicznej na korytarzu na czwartym piętrze czekał na nią chłopak. Po wyrwanym telefonie pozostały tylko dziury zaklejone gumą do żucia, było tam też małe drewniane siedzenie. Chłopak otworzył skrzypiące harmonijkowe drzwiczki i podszedł do Ariel Diski. Zaczęli rozmawiać, powiedział nawet coś, co ją rozbawiło. Ale po chwili dotknął jej w agresywny sposób, a następnie naparł na nią, usiłując przepchnąć dziewczynę w kierunku drzwi jej pokoju. Odsunęła się, a chłopak wpadł w furię i chwycił ją za szlufki spodni.

Wtedy Ariel Diski, która trenowała w szkole średniej krav magę z izraelskim wuefistą, wykonała perfekcyjny cios i strzeliła łokciem w sam środek klatki piersiowej Darrena. Napastnik zawył z bólu, drzwi sąsiednich pokojów gwałtownie się otworzyły i pojawili się w nich studenci, których stroje były mniej lub bardziej kompletne, podobnie jak fryzury, pozostawiające w części przypadków wiele do życzenia. Zaraz potem do budynku wtoczyła się ochrona z szumiącymi krótkofalówkami. Choć Darren Tinzler zdążył się do tego czasu ulotnić, został wkrótce odnaleziony i zatrzymany w siedzibie bractwa Theta Gamma Psi, gdzie udawał, że jest od dawna pogrążony w jednoosobowej partyjce gry Trivial Pursuit. Gwiezdne wojny.

Wkrótce zgłosiły się pozostałe napastowane przez niego dziewczyny i choć władze uczelni początkowo usiłowały wyciszyć całą sprawę, dzięki presji wywieranej przez studentów zgodzono się zorganizować dyscyplinarne przesłuchanie. Odbyło się ono w laboratorium biologicznym, w bladym, sączącym się leniwie przez okna świetle piątkowego popołudnia. Wszyscy byli już myślami przy nadchodzącym weekendzie. Kiedy nadeszła jej kolej, Greer podeszła do lśniącego czarnego stołu z palnikami Bunsena i półszeptem opowiedziała o tym, co Darren Tinzler powiedział jej i zrobił tamtej nocy na imprezie. Była święcie przekonana, że te publiczne zeznania sprokurowały jej gorączkę, szaloną, ognistą wręcz gorączkę. A może nawet szkarlatynę.

Tym razem Darren nie miał na głowie bejsbolówki. Jego jasne, przygładzone włosy przypominały kawałek trawnika, przygnieciony basenikiem dla dzieci i pozostawiony na pewną śmierć. Na koniec odczytał oświadczenie: "Chciałbym tylko powiedzieć, że ja, Darren Scott Tinzler, rocznik 2007, student komunikacji z Kissimmee w stanie Floryda, najwyraźniej bardzo słabo odczytuję sygnały wysyłane przez przedstawicielki płci przeciwnej. Jest mi wstyd i przepraszam za wielokrotnie powtarzające się niezrozumienie tych sygnałów".

Decyzję podjęto w ciągu godziny. Młoda prodziekanka stojąca na czele komisji dyscyplinarnej ogłosiła, że Darren będzie mógł pozostać na kampusie, jeśli zgodzi się wziąć udział w trzech sesjach terapeutycznych z behawiorystką Melanie Stapp, specjalizującą się w kontroli impulsów. Ilustracja zamieszczona na jej stronie internetowej ukazywała mężczyznę, który zaciągał się papierosem jak szalony, oraz nieszczęśliwą kobietę pochłaniającą donuta.

Na kampusie podniosły się głośne, choć nieskoordynowane protesty.

- Oto mizoginia w praktyce - podsumowała całą tę sprawę studentka ostatniego roku, kiedy pewnego wieczoru siedziały wszystkie w salonie akademika Woolley.

- Niesamowite, że szefowa komisji nie solidaryzuje się z ofiarami - dodała dziewczyna z drugiego roku.

- To pewnie jedna z tych kobiet, które nienawidzą kobiet - rzuciła Zee. - Jebana cipa. - Po czym zaczęła śpiewać własną wersję piosenki z musicalu, który lubili jej rodzice: "Kobiety... kobiety, które nienawidzą kobiet... to największe cipy... na tym świecie...".

Greer zaprotestowała:

- To okropne! Nie powinnaś nazywać innej kobiety "cipą".

- Cipa - powtórzyła Zee, a wszystkie dziewczyny się roześmiały. - Daj spokój - dodała. - Mogę mówić, co chcę. To jest właśnie sprawczość.

- Nie powinnaś też mówić o sprawczości - odpowiedziała Greer. - To jeszcze gorsze.

Greer i Zee uczestniczyły w długich rozmowach na temat Darrena, prowadzonych przez studentki w stołówce. Zwykle dyskusje te trwały tak długo, że obsługa musiała w końcu wyrzucać całą grupę. Trudno było jednak dalej podtrzymywać gniew i mimo częstych rozmów oraz pełnego przekonujących argumentów felietonu studentki ostatniego roku opublikowanego przez "Ryland Clarion" dwie spośród dziewczyn, które złożyły zeznania, oznajmiły, że nie chcą, żeby ta sprawa dłużej się ciągnęła.

Greer nie potrafiła o nim jednak zapomnieć. Jej myśli nie zaprzątał sam migawkowy kontakt z Darrenem Tinzlerem - po tym został tylko wyblakły ślad w jej pamięci. Skupiła się na jawnej niesprawiedliwości, jaką wydawało jej się pozostawienie sprawcy na uczelni. Niesprawiedliwość: to słowo brzmiało jak skarga dziecka, z goryczą wykrzyczana rodzicowi.

- Przykro mi, ale nie chce mi się dłużej o nim myśleć - oznajmiła Ariel Diski pewnego ranka, kiedy Greer podeszła do niej w klubie studenckim. - Mam masę rzeczy na głowie, a on jest po prostu kutasem - dodała.

- Wiem - odpowiedziała Greer. - Ale może dałoby się zrobić coś więcej. Moja koleżanka Zee tak uważa.

- Słuchaj, wiem, że się w to zaangażowałaś. Bez urazy, ale nie mogę się teraz stresować, przygotowuję się do egzaminów. Przykro mi, Greer, ale zamykam temat.

Tego wieczoru Zee, Greer i Chloe siedziały w pokoju Zee i malowały paznokcie u nóg brązowozielonym lakierem w kolorze mundurów polowych. W pokoju unosił się lekko sfermentowany, chemiczny zapach, który sprawiał, że robiło im się trochę niedobrze, a jednocześnie były lekko odurzone.

- Powinnaś zgłosić się do Związku Kobiet - zasugerowała Zee. - Może coś ci doradzą.

- Albo i nie. Moja współlokatorka poszła na jedno z ich spotkań - powiedziała Chloe. - Podobno zajmują się głównie pieczeniem ciasta czekoladowego w proteście przeciwko okaleczaniu narządów płciowych.

Uczelnia Ryland nie należała do miejsc szczególnie sprzyjających zaangażowaniu politycznemu, a studenci musieli zadowolić się tym, co oferowała. Od czasu do czasu przetaczała się przez nią niespodziewana fala protestów. Po kilku latach od wybuchu wojny w Iraku Zee i dwie studentki drugiego roku pojawiały się czasem na schodach Biblioteki Metzgera z megafonem i ulotkami. Odbyła się też seria protestów zorganizowanych przez nieduże, ale prężnie działające Stowarzyszenie Czarnoskórych Studentów. Na znaczeniu stopniowo zyskiwała grupa walcząca ze zmianami klimatycznymi - Zee należała i do tej organizacji. Jej członkowie w kółko powtarzali, że niebo wkrótce runie nam na głowy: gorące, kipiące niebo.

- Wiesz - powiedziała Zee - kiedy jako dziecko mieszkałam w Scarsdale, sprzedawałam koszulki, żeby zebrać pieniądze na walkę z okrucieństwem wobec zwierząt. Mogłybyśmy zrobić koszulki z twarzą Darrena Tinzlera i napisem: "Nieposzukiwany".

Zorganizowały zbiórkę i błyskawicznie kupiły w sieci pięćdziesiąt tanich T-shirtów. Greer, Zee i Chloe spędziły całą noc w piwnicy akademika Woolley, gdzie pośród rowerów, rozklekotanych pralek i przy akompaniamencie szumu wody spuszczanej nad ich głowami prasowały nadruki z twarzą Darrena Tinzlera. Takie rozwiązanie było zdecydowanie tańsze niż zamówienie gotowych koszulek. O czwartej nad ranem Greer wciąż wytrwale przyciskała rozgrzane żelazko do bladej podobizny Darrena w bejsbolówce. Miał szeroko rozstawione oczy i głupawą minę - pomyślała - ale jego twarz skrywała jakąś brutalną przebiegłość.

Chloe wkrótce się poddała. Przeciągnęła się i rzuciła krótko: "Muszę. Idę. Łóżko". Kilka godzin później Greer i Zee siedziały samotnie przy wejściu do stołówki i ziewając jak szalone, usiłowały przekonać ludzi do przyjmowania koszulek. "Są za darmo!" - zachęcały. Mimo to udało im się ostatecznie rozdać tylko pięć sztuk. To było wielkie rozczarowanie i bolesna porażka. Greer i Zee starały się nosić swoje T-shirty tak często, jak mogły, nie zważając na to, że materiał szybko zbiegł się w praniu, a twarz Darrena Tinzlera rozciągnęła się i zniekształciła. Po pewnym czasie wyglądał tak, jakby włożył głowę do kserokopiarki.

Obie miały na sobie koszulki również tamtego wieczoru, kiedy uczelnię odwiedziła Faith Frank.

Zee trafiła na zaproszenie na jej wykład w "Weekly Blast". Była strasznie podekscytowana.

- Zawsze ją uwielbiałam - wyznała podczas rozmowy z Greer. Zaprzyjaźniły się w przyspieszonym tempie dzięki tamtej nocy, która upłynęła im na robieniu koszulek i snuciu planów na przyszłość. - Wiem, że reprezentuje dość przestarzałą wersję feminizmu - dodała Zee - skupiającą się na problemach kobiet z klas uprzywilejowanych. Mam tego pełną świadomość. Ale wiesz co? Zrobiła wiele dobrego i uważam, że jest niesamowita. A poza tym, mimo że Faith Frank uchodzi za ikonę i stała się naprawdę sławna, wydaje się bardzo przystępna. Musimy iść na ten wykład, Greer. Powinnaś z nią pogadać, opowiedzieć o tym, co się wydarzyło. Koniecznie. Będzie wiedziała, co robić.

Greer uświadomiła sobie ze wstydem, że wiedziała o Faith Frank bardzo niewiele, dlatego w ciągu wieczoru poprzedzającego wykład postanowiła rozszerzyć swoją wiedzę i zdecydowała się na intensywną sesję googlowania. Wyszukiwanie faktów w sieci dodawało jej otuchy. Choć świat wymykał się spod kontroli, wciąż istniały odpowiedzi, które mogła bez trudu znaleźć. W internecie znalazła jednak tylko biogram i kontekst historyczny, natomiast nie dowiedziała się nic o tym, co sprawiło, że Faith ukształtowała się w taki, a nie inny sposób - aż ostatecznie stała się sobą.

Greer ustaliła, że na początku lat siedemdziesiątych Faith Frank wraz z kilkoma innymi osobami założyła czasopismo "Bloomer", nazwane tak na cześć Amelii Bloomer, feministki i reformatorki społecznej, która wydawała pierwszą gazetę dla kobiet. "Bloomer" uchodził za uboższą, mniej znaną wersję "Ms."4. Na początku utrzymywał wysoki poziom - nie był tak wysublimowany jak "Ms." i nie mógł się poszczycić równie atrakcyjną szatą graficzną, ale publikowano w nim ważne, ciekawe i zaangażowane felietony oraz artykuły. Z biegiem lat grono czytelników powoli się kurczyło, aż ostatecznie magazyn, dawniej gruby jak biuletyn z frontu, stał się cienki jak instrukcja obsługi sprzętów AGD.

Choć o Faith zwykło się mówić, że "zawsze pozostawała o parę kroków za Glorią Steinem", to nadal uznawano ją za ważną postać. Pod koniec lat siedemdziesiątych zaczęła pisać książki adresowane do szerokiego grona odbiorców. Świetnie się sprzedawały dzięki żarliwemu, podnoszącemu na duchu przekazowi, którego esencją było dowartościowywanie kobiet. W 1984 roku Faith wydała manifest, który natychmiast stał się wielkim hitem. W Ich sile przekonywała, że kobiety nie powinny ograniczać się do noszenia strojów z wywatowanymi ramionami i udawania twardzielek. Dowodziła, że amerykańskie korporacje usiłowały skłonić je do tego, by postępowały równie źle co mężczyźni - ale kobiety nie musiały kapitulować. Mogły pozostawać silne i potężne, zachowując jednocześnie uczciwość i przyzwoitość.

To przesłanie trafiło najwyraźniej do wielu ludzi, w tym do wszystkich kobiet, które zdołały się przebić na Wall Street i które nie zdołały odnaleźć szczęścia w tym świecie. Faith uważała, że kobiety mogą się z tej rzeczywistości wydostać, zakładać kooperatywy, a przede wszystkim rzucać wyzwanie kulturze korporacyjnej dominującej w ich firmach. Mężczyznom natomiast - dodawała Faith - przydałoby się trochę siły i determinacji, by pielęgnowaną od dawna stanowczość i bezwzględność zrównoważyć delikatnością. Według niej to właśnie równowaga była kluczowa. Czas płynął i wciąż ukazywały się kolejne nakłady jej książki, ale jednocześnie każde wznowienie było w znaczącym stopniu aktualizowane.

Ponieważ podczas wywiadów Faith sprawiała wrażenie opanowanej, elokwentnej i sprawnej, dostała krótki segment w nocnym programie Podsumowanie w stacji PBS. Czasem wybierała na swoich rozmówców mężczyzn o jawnie seksistowskich poglądach, którzy w swej próżności zdawali się nie mieć bladego pojęcia, dlaczego zostali zaproszeni. Pojawiali się na ekranie, od czasu do czasu wygłaszali skandaliczne opinie, a ona spokojnie i dowcipnie ripostowała - czasem zaś z zadziwiającą łatwością się z nimi rozprawiała.

Choć przeprowadzane przez Faith wywiady cieszyły się sporą popularnością, w połowie lat dziewięćdziesiątych program zdjęto z anteny. W tamtym okresie nadal pisała książki, ale i one coraz gorzej się sprzedawały. Z biegiem lat wydawała kolejne, skromniejsze już kontynuacje Ich siły (ostatnia, zatytułowana Siła e-maila, ukazała się pod koniec lat dziewięćdziesiątych i dotyczyła relacji kobiet i technologii). Aż w końcu Faith na dobre porzuciła pisanie książek.

Na najstarszych zdjęciach, jakie znalazła Greer, Faith Frank - wysoka, smukła osoba o długich, ciemnych lokach - wydawała się delikatna, młodzieńcza i otwarta. Jedna z fotografii ukazywała ją podczas marszu w Waszyngtonie. Na innej żywo gestykulowała na scenie w trakcie jednego z tych emitowanych późno w nocy programów kulturalnych. Goście w dzwonach, siedzący przy okrągłym stole na białych obrotowych krzesłach, przekrzykiwali się i palili papierosa za papierosem. Faith zaangażowała się w głośną dyskusję z powieściopisarzem Holtem Rayburnem, dumnym męskim szowinistą. Rayburn usiłował ją zakrzyczeć, ale niestrudzona Faith przemawiała spokojnym tonem i operowała żelazną logiką - dzięki czemu ostatecznie zatriumfowała. Całą sprawę opisano w gazetach i to właśnie z jej powodu zaproponowano Faith segment w programie Podsumowanie. Na innej fotografii, wychylając się znad główki trzymanego w nosidełku syna, analizowała układ graficzny strony swojego czasopisma. Zdjęcia następowały po sobie w porządku chronologicznym, a Faith, jako czterdziesto-, pięćdziesięcio- i sześćdziesięciolatka, wciąż pozostawała jakąś wersją siebie, kobiety cechującej się niezwykłą elegancją i charyzmą.

Na większości fotografii miała na nogach wysokie, seksowne zamszowe botki. To był jej znak rozpoznawczy. Greer trafiła też na liczne wywiady i biogramy. W jednym z nich wspominano o "zaskakującej niecierpliwości". Wyglądało na to, że Faith potrafiła szybko wpaść w szał - a jej ofiarami stawali się nie tylko szowinistyczni powieściopisarze. Została przedstawiona jako uprzejma, ale czasem trudna, oraz zawsze wielkoduszna i wspaniała. W momencie gdy odwiedziła Ryland College, uchodziła za postać przynależącą do przeszłości, kogoś, o kim mówiono z podziwem, szczególnym tonem głosu, zarezerwowanym dla bardzo niewielu osób. Choć minęło kilkadziesiąt lat, ona przypominała płomień, który nigdy nie gasł i wiecznie przynosił otuchę.

Tamtego wieczoru, kiedy Greer i Zee dotarły na miejsce, okazało się, że kaplica jest wypełniona tylko w dwóch trzecich. Ponieważ tego wieczoru pogoda wyjątkowo nie dopisała, a w powietrzu wirował mokry śnieg, w sali unosił się zapach kojarzący się raczej ze szkolną szatnią. Podłogi były śliskie i mokre, a studenci nerwowo usiłowali znaleźć miejsce, w którym mogliby odwiesić przemoczone płaszcze - ostatecznie zwijali je w kule i upychali obok siebie. Wielu z nich zjawiło się tu z powodu presji wywieranej przez wykładowców. "To bardzo ważna postać dla wielu ludzi, włącznie ze mną - oznajmiła pewna profesorka socjologii, dodając groźnym tonem: - Przyjdźcie koniecznie".

Wykład miał się rozpocząć o dziewiętnastej, ale okazało się, że kierowca Faith się zgubił. Znak przy wjeździe na teren uczelni Ryland był tak maleńki, że równie dobrze mógłby reklamować przychodnię dziecięcą w niewielkim miasteczku. O dziewiętnastej dwadzieścia pięć w drugiej części kaplicy nagle wybuchło zamieszanie, a do środka wlała się fala wilgotnego, chłodnego powietrza: otworzono na oścież podwójne drzwi i do sali wkroczyło kilka postaci. Pierwsza szła rektorka, za nią dziekan, a dalej kilka podekscytowanych osób w płaszczach i niezbyt twarzowych czapkach. Na koniec do kaplicy weszła Faith Frank, zadziwiająco podobna do Faith ze zdjęć. Przystanęła na chwilę, żeby zdjąć krwistoczerwony szalik, a Greer patrzyła w napięciu, jak rozwijał się w nieskończoność, spływając grubymi meandrami niczym rzeka. Faith miała tak zaróżowioną skórę, jakby ktoś ją przed chwilą spoliczkował. Jej burza ciemnobrązowych loków wyglądała dokładnie tak jak na starych fotografiach. Kiedy nimi potrząsnęła, na ziemię opadły z nich maleńkie płatki śniegu, które wyglądały jak rozpierzchające się na boki atomy.

Tak jak na zdjęciach z minionych dekad Faith miała uderzająco piękną, miłą twarz i długi, szlachetny nos. Nadawało to jej wyglądowi elegancję, siłę i powagę. Z przyjaznym zaciekawieniem rozejrzała się po średniej wielkości zgromadzeniu. Greer przypuszczała, że uzna salę za w połowie pustą lub w połowie pełną - w zależności od przyjętej perspektywy.

Towarzysząca wykładowczyni świta pospiesznie zajęła miejsca w pierwszym rzędzie. Prorektorka do spraw administracyjnych uczelni, ubrana w obcisłą sukienkę w kwiaty podobną do tapicerki, stanęła na podium, położyła sobie rękę na sercu i wygłosiła pełne uwielbienia wprowadzenie. Kiedy skończyła, wreszcie podniosła się sama Faith Frank. Miała sześćdziesiąt trzy lata, a z jej postaci emanował niekłamany magnetyzm. Włożyła na tę okazję ciemną wełnianą sukienkę, która ściśle przylegała do jej smukłej sylwetki. Nie zapomniała też oczywiście o zamszowych botkach. Te, które wybrała na tę okazję, były ciemnoszare, choć wciąż dysponowała całym wachlarzem kolorystycznym butów, stanowiących jej znak rozpoznawczy. Ta kolekcja dowodziła, że w przeszłości Faith oszałamiała wyglądem i uchodziła za prawdziwą seksbombę - a może do dzisiaj nic się w tej kwestii nie zmieniło. Palce obu jej dłoni zdobiło kilka pierścionków: masywnych, nieco pretensjonalnych kompozycji z kamieni szlachetnych i srebra. Wydawała się absolutnie opanowana, niewzruszona - choć przecież spóźniła się na własny wykład.

Na początek uśmiechnęła się do zgromadzonych i powiedziała:

- Dziękuję, że stawiliście czoła śniegowi. Należą wam się za to dodatkowe punkty.

Miała czarujący gardłowy głos. Zamilkła na kilka sekund. Sprawiała wrażenie, jakby niczego nie przygotowała i na bieżąco decydowała, co chce powiedzieć. Nie przyniosła żadnych notatek. Najwyraźniej zamierzała improwizować, co wydawało się niewyobrażalne z perspektywy osoby takiej jak Greer, której dotychczasowe życie akademickie polegało na intensywnym korzystaniu z segregatorów, znaczników i podkreślaczy, pokrywających jej książki kolorami dwóch rodzajów lemoniady: żółtej i różowej.

Greer nigdy nie spotkała w Macopee osoby w jakikolwiek sposób podobnej do Faith Frank. Na pewno nie mieli z nią nic wspólnego jej niedbali rodzice. Cory już podczas pierwszego tygodnia w Princeton otoczył się ludźmi, którzy podróżowali po świecie i obracali się pośród sław. Greer nie miała z takimi osobami do czynienia. W gruncie rzeczy nie zdawała sobie nawet sprawy, że to możliwe. "Czułam się tak, jakby rozsadziło mi głowę" - relacjonowała Cory'emu następnego dnia.

Stojąca na podium Faith mówiła dalej.

- Ilekroć wygłaszam wykłady na uczelniach, poznaję młode kobiety, które zarzekają się: "Nie jestem feministką, ale...". Chcą przez to powiedzieć: "Nie nazywam siebie feministką, ale pragnę równości płac, równości w relacjach z mężczyznami i oczywiście równego prawa do czerpania przyjemności z seksu. Pragnę dobrego, sprawiedliwego życia. Nie życzę sobie, żeby coś mnie hamowało tylko dlatego, że jestem kobietą". - Nieco późnej Greer zrozumiała, że nie sama treść wykładu Faith była w tym przypadku najważniejsza. Chodziło o coś więcej niż same słowa. Ogromne znaczenie odgrywał fakt, że to właśnie ona je wypowiadała, że z takim przekonaniem kierowała je do studentów zgromadzonych w kaplicy. - Zawsze mam ochotę odpowiedzieć takim kobietom: "A czym waszym zdaniem jest feminizm? Jak waszym zdaniem dostaniecie to wszystko, jeśli zaprzeczycie sensowi istnienia ruchu politycznego, który upomina się o życie, jakiego pragniecie?". - Zamilkła na chwilę, a słuchacze zaczęli się nad tym zastanawiać, część zapewne rozmyślała o sobie. Przyglądali się, jak Faith niespiesznie sięga po szklankę i pije łyk wody. Ku zaskoczeniu Greer nawet ten zwykły gest wydał jej się fascynujący. - Z mojej perspektywy - mówiła dalej Faith - istnieją dwa aspekty feminizmu. Pierwszy to indywidualizm, który polega na tym, że to ja mogę kształtować własne życie. Nie muszę wpisywać się w określony stereotyp, robić tego, co każe mi matka, dostosowywać się do cudzego wyobrażenia o tym, kim jest kobieta. Ale istnieje też drugi aspekt i w tym miejscu chciałabym użyć staroświeckiego słowa "siostrzeństwo". Niewykluczone, że część z was na jego dźwięk cicho jęknie i ruszy w popłochu do wyjścia, ale muszę zaryzykować. - Rozległ się śmiech. Wszyscy słuchali, wszyscy byli z nią tu i teraz, wszyscy chcieli, żeby o tym wiedziała. - Siostrzeństwo polega na solidarności z innymi kobietami, na walce o to, żeby wszystkie kobiety mogły dokonywać własnych, indywidualnych wyborów. Dopóki kobiety będą funkcjonowały wyłącznie jako rozproszone jednostki, skupione wokół idei rywalizacji - jak w dziecięcej zabawie, w której tylko jedna osoba może na koniec zostać księżniczką - większość z nich nie wyzwoli się od ograniczeń narzucanych przez społeczeństwo i powszechnych wyobrażeń dotyczących roli kobiet.

Przyjechałam tu, żeby powiedzieć wam, że choć studia to najważniejsze doświadczenie formacyjne w życiu jednostki, czas, który możecie poświęcić na czytanie, poszukiwania, nawiązywanie przyjaźni i popełnianie błędów, to również okres, w którym warto się zastanowić, jak odegrać społeczną i polityczną rolę w walce o równość kobiet. Sugerowałabym tylko, żebyście po otrzymaniu dyplomu nie robili tego co ja: nie jedźcie do Las Vegas i nie zostawajcie barmanami tylko po to, żeby uciec od własnych rodziców, Sylvii i Martina Franków. Zapewniam, że nie spodobałby się wam kusy, wygnieciony uniform, który musiałam nosić. A może by się wam spodobał? - Uniwersytecką kaplicę znów wypełnił pełen aprobaty śmiech. - Ja i Las Vegas. Co za historia. Desperacko pragnęłam wyjechać, bo rodzice kazali mi mieszkać w domu w czasie studiów. Chcieli zadbać o to, żebym pozostała dziewicą. Boże, co za koszmar. - Kolejna fala śmiechu. - Cieszę się, że od tamtego czasu sytuacja się zmieniła. Cudownie, że macie więcej wolności niż ja w waszym wieku. Pamiętajcie jednak, że tej wolności towarzyszy czasem poczucie, że nie potrzebujecie innych kobiet. A to nieprawda. - Znów zamilkła i rozejrzała się po kaplicy. - Pamiętajcie o tym, kiedy następnym razem powiecie: "Nie jestem feministką". I róbcie, co możecie, by dołączyć do tej nieustannie trwającej walki. - Przerwała. - Na koniec podzielę się z wami jeszcze jedną myślą. Po drodze, walcząc o to, co się liczy, natkniecie się zapewne na opór, który może deprymować, a nawet skłaniać was do zboczenia z kursu. Prawda jest taka, że nie wszyscy się z wami zgodzą, nie wszyscy przyklasną temu, co robicie. Nie wszyscy was pokochają. Niektórzy się zirytują, inni wręcz was znienawidzą. Trudno to zaakceptować. Ale robiąc to, co rzeczywiście ma znaczenie, pamiętajcie - o ile to jakakolwiek pociecha - że ja was kocham.

Posłała im krótki, krzepiący uśmiech i skończyła wykład. Greer była kompletnie oszołomiona i zafascynowana. Chciała słuchać jej w nieskończoność. Faith zażartowała, że ich kocha, ale to Greer czuła w tej chwili coś zbliżonego do miłości. Doskonale znała ten stan, pamiętała, jak odkrycie Cory'ego głęboko nią wstrząsnęło, wywróciło do góry nogami każdą komórkę jej ciała. Teraz czuła coś podobnego, tyle że emocji tej nie towarzyszyło fizyczne pożądanie. Nie było w tym uczuciu niczego seksualnego, ale słowo "miłość" wydawało się tu jak najbardziej na miejscu. Miłość unosiła się w powietrzu wokół Faith Frank.

Pozostali słuchacze też musieli to poczuć. Nawet jeśli latami tkwili w stuporze, wpatrywali się w swoje odbicie na każdej dostępnej powierzchni, marszczyli brwi podczas wyciskania pryszczy i skarżyli się znajomym na durnych rodziców. Nawet jeśli tego wieczoru przyszli tu tylko dlatego, że im kazano, i nawet jeśli byli dokładnie takimi ludźmi, jakich opisała Faith, niefrasobliwie obwieszczającymi, że nie są feministami. Teraz musiał rozdzwonić się w nich gong. Wibrował i wibrował i wydawało się, że nigdy nie przestanie, bo oto zjawiła się ta niezwykła osoba, która mówiła w tak ekscytujący sposób o miejscu, jakie zajmowali na tym dziwnym, niepokojącym świecie. Sprawiła, że chcieli stać się kimś więcej.

- No dobrze - zakończyła Faith - wydaje mi się, że powiedziałam wszystko, co zamierzałam powiedzieć. Teraz dam wam szansę zabrać głos. Bardzo dziękuję za uwagę.

Salę wypełniły gromkie, entuzjastyczne oklaski, tak głośne, jakby jakiś przedmiot został zrzucony z dużej wysokości na skwierczącą patelnię pełną rozgrzanego oleju. Greer też zaczęła bić brawo. "Jak szalona": tak zrelacjonowałaby to Cory'emu. Chciała klaskać najgłośniej ze wszystkich.

Ktoś z tyłu zawołał: FAITH, RZĄDZISZ!, a ktoś inny krzyknął ZAJEBISTE BUTY!, co bardzo rozbawiło Faith Frank. Pięknie się śmiała - jakżeby inaczej. Odchyliła głowę i lekko otworzyła usta jak lśniąca foka, która zamierza połknąć rybę.

Za sprawą rozgrzanych ludzkich ciał i powszechnego podekscytowania w kaplicy zrobiło się o kilka stopni cieplej, w związku z czym zapach mokrych kurtek stał się jeszcze intensywniejszy. To miejsce powoli dojrzewało. Faith rozejrzała się, a w górę podniósł się las rąk.

Na początek padło nudne, sztampowe pytanie: "Czy ma pani coś do przekazania współczesnej młodzieży?". Później ktoś poprosił Faith, żeby wybrała wymarzonych gości swojej uroczystej kolacji: "Może pani zaprosić każdego. Żadnych ograniczeń związanych z krajem pochodzenia czy epoką, w której żyła dana osoba. Kogo by pani wybrała?". Greer przypomniała sobie później, że Faith wymieniła Amelię Bloomer, na cześć której zostało zatytułowane jej czasopismo; seksowną młodą piosenkarkę Opus, która występowała niedawno podczas finału Super Bowl; włoską barokową malarkę Artemisię Gentileschi; pilotkę Bessie Coleman, pierwszą Afroamerykankę, która zdobyła licencję pilota; Dorothy Parker; Audrey i Katharine Hepburn, "bo podoba mi się ich styl" - jak wyjaśniła - i wreszcie wszystkich czterech Beatlesów. Na koniec dodała:

- Żeby trochę rozruszać towarzystwo, dorzuciłabym też paru zagorzałych antyfeministów. Choć kusiłoby mnie, żeby napluć im do jedzenia.

Greer zaczęła błądzić myślami gdzieś daleko. Przyszło jej do głowy, że gdyby sama wydawała kolację, chciałaby na nią zaprosić przede wszystkim Faith Frank. Wyobraziła ją sobie, siedzącą wygodnie w salonie na pierwszym piętrze akademika Woolley w modnych wysokich botkach. Jadłaby miskę ramenu błyskawicznego, którą Greer i Zee przygotowałyby w mikrofali.

Tymczasem przyszła kolej na zniedołężniałego profesora historii o skórze pomiętej jak kalka kreślarska, który zadał tak hermetyczne pytanie ("Przypomniała mi się pewna mało znana ustawa z dawnych, mrocznych czasów..."), że odpowiedź mogła interesować tylko jego. Słuchacze zaczynali się nudzić i niecierpliwić. Siedzieli pochyleni nad telefonami, poszturchiwali się, szeptali między sobą albo otwarcie rozmawiali.

W końcu dziekan wszedł profesorowi w słowo: "Proszę porozmawiać o tym z panią Frank w kuluarach. Musimy kończyć. Został nam czas na jeszcze jedno pytanie. Proszę, niech będzie tego warte.

Ręka Greer gwałtownie poszybowała w górę. Jej ramię delikatnie zadrżało, ale mimo to go nie opuściła. Nie zamierzała zadawać pytania, przynajmniej nie do końca - chciała powiedzieć coś, co tylko z grubsza przypominało pytanie. Czuła, że powinna nawiązać kontakt z Faith Frank, zanim straci szansę. Myślała, że wystarczy, jeśli przyjdzie tu dziś wieczorem, wysłucha wykładu tej powszechnie szanowanej, zdeterminowanej kobiety i trochę się w ten sposób podbuduje po koszmarnym doświadczeniu z Darrenem Tinzlerem. Nie mogła jednak pozwolić, żeby ta noc już się zakończyła. Nie mogła pozwolić, żeby Faith Frank wsiadła do samochodu i przekroczyła bramę uczelni.