Ich matki, nasi ojcowie. Niewygodna historia powojennej Polski - Piotr Pytlakowski

-
Proszę czekać

Przed­mowa

Latem 1949 r. pięt­na­sto­letni Michał Gło­wiń­ski prze­czy­tał w recen­zji Niem­ców Leona Krucz­kow­skiego, że "Niemcy są ludźmi". Jego ówcze­sna reak­cja nie róż­niła się spe­cjal­nie od odczuć olbrzy­miej czę­ści spo­łe­czeń­stwa: "Kilka lat po Zagła­dzie nie mogłem pojąć, że taka for­muła w ogóle prze­szła komuś przez pióro. Gdy­bym prze­czy­tał: Niemcy są zbrod­nia­rzami, zło­czyń­cami, opraw­cami, bar­ba­rzyń­cami, mor­der­cami, to by mnie nic nie zasta­no­wiło, uznał­bym, że zda­nie takie nosi prawdę nie­zbitą i bym go nie zapa­mię­tał. Nie pamięta się prze­cież fraz, które wyra­żają i potwier­dzają oczy­wi­stość. [...] Mój obraz Niem­ców, a wła­ści­wie Niemca, gdyż w jed­nostkę i to, co ona robi, wcie­lała się cała nacja, był nader pro­sty: to ten, który w każ­dej chwili chce mnie - cie­bie, jego - zamor­do­wać [...]. Tym, który budził strach i stał się wcie­le­niem zbrodni, był Nie­miec, Nie­miec w mun­du­rze" (Michał Gło­wiń­ski, Czarne sezony, War­szawa 1998, s. 166, 169).

Skoro tak myślano kilka lat po woj­nie, to co dopiero, kiedy była ona świeżą, bole­sną raną. Nic dziw­nego też, że wraz z wyzwa­la­niem obsza­rów oku­po­wa­nych, a potem zaj­mo­wa­niem ziem nie­miec­kich nastą­piła zamiana dotych­cza­so­wych wojen­nych ról - to Polacy stali się panami, Niemcy zaś paria­sami. Nasta­wie­nie spo­łe­czeń­stwa pol­skiego do Niem­ców było w zasa­dzie jed­no­znaczne, nace­cho­wane nie­na­wi­ścią i chę­cią odwetu. W lite­ra­tu­rze, publi­cy­styce, histo­rio­gra­fii czy fil­mie pro­pa­go­wano wyłącz­nie złe cechy Niem­ców: bru­tal­ność, zaro­zu­mia­łość, butę, agre­syw­ność, zwy­rod­nie­nie, zezwie­rzę­ce­nie, zarzu­cono nato­miast poka­zy­wa­nie tra­dy­cyj­nych, pozy­tyw­nych cech nie­miec­kich. Zakon krzy­żacki sta­no­wił jedno z pod­sta­wo­wych odwo­łań i porów­nań histo­rycz­nych, a Sien­kie­wi­czow­scy Krzy­żacy - jedno z naj­bar­dziej pre­fe­ro­wa­nych przez wła­dze źró­deł wie­dzy o Niem­cach. Usil­nie utrwa­lano ste­reo­typ "Sło­wia­nin - nasz brat, Nie­miec - nasz wróg".

Nie­wielu też szu­kało w obra­zie Niemca odcieni sza­ro­ści, ważny był prze­kaz jasny i oczy­wi­sty. Tym­cza­sem nie tylko owych wspo­mnia­nych przez Gło­wiń­skiego "Niem­ców w mun­du­rach", ale w ogóle doro­słych nie­miec­kich męż­czyzn było w powo­jen­nej Pol­sce nie­wielu - pole­gli, prze­by­wali w nie­woli czy też od razu, jak na Gór­nym Ślą­sku, zostali zabrani przez Rosjan i wywie­zieni w głąb ZSRR. Prze­wa­żał tzw. ele­ment słaby - starcy, kobiety i dzieci, co wyraź­nie widać w rela­cjach przy­wo­ły­wa­nych przez Pio­tra Pytla­kow­skiego. Z rzadka przy­zna­wano, że wśród kilku milio­nów przed­wo­jen­nych oby­wa­teli pol­skich, któ­rzy pod­czas wojny przy­jęli tzw. nie­miecką listę naro­dową, nie wszy­scy byli zdraj­cami, a na Pomo­rzu czy Gór­nym Ślą­sku była to wręcz akcep­to­wana przez wła­dze emi­gra­cyjne stra­te­gia prze­trwa­nia. Podob­nie trak­to­wano na War­mii i Mazu­rach, Gór­nym Ślą­sku i Opolsz­czyź­nie czy ziemi lubu­skiej pra­wie milio­nową grupę tzw. auto­chto­nów, ludzi o pol­skich korze­niach, lecz płyn­nej toż­sa­mo­ści, zawie­szo­nych mię­dzy pol­sko­ścią a nie­miec­ko­ścią. Mimo że dla nowych pol­skich władz sta­no­wili cenny argu­ment świad­czący o (pra)pol­sko­ści tzw. Ziem Odzy­ska­nych, to Mazu­rzy, Sło­wińcy, Kaszubi czy Ślą­zacy byli czę­sto trak­to­wani gorzej niż "praw­dziwi" Niemcy, ci bowiem musieli wyje­chać, auto­chton zaś sta­wał się dla osad­ni­ków z Kre­sów czy Pol­ski cen­tral­nej kon­ku­ren­tem do gospo­dar­stwa, domu, warsz­tatu... Nic też dziw­nego, że wysie­dla­nie Niem­ców powszech­nie akcep­to­wano, a nie­raz wręcz kry­ty­ko­wano wła­dze za opie­sza­łość czy zbyt libe­ralne postę­po­wa­nie wobec volks­deut­schów i auto­chto­nów. Zarówno dla spo­łe­czeń­stwa, jak i władz usu­nię­cie Niem­ców sta­no­wiło istotny czyn­nik sta­bi­li­zu­jący pań­stwo, a wyma­za­nie tak pamięci o nich, jak mate­rial­nych śla­dów ich obec­no­ści (z cmen­ta­rzami włącz­nie) było skład­ni­kiem pro­jektu polo­ni­za­cji nowo naby­tych ziem na zacho­dzie i pół­nocy.

Zwłasz­cza bez­po­śred­nio po przej­ściu frontu na porządku dzien­nym były akty ter­roru, gwałty, zabój­stwa, plą­dro­wa­nia miesz­kań i domów, bru­talne wysie­dle­nia. Niem­ców - i uzna­wa­nych za tako­wych - trak­to­wano tak samo, jak jesz­cze nie­dawno więk­szość z nich trak­to­wała Pola­ków: żądano ozna­cza­nia ich (naj­czę­ściej literą N lub swa­styką malo­waną na ple­cach, opa­skami lub naszy­wa­nymi na ubra­nie rom­bami wzo­ro­wa­nymi na ozna­kach robot­ni­ków przy­mu­so­wych), zaka­zy­wano swo­bod­nego poru­sza­nia się, robie­nia zaku­pów, ogra­ni­czano lub unie­moż­li­wiano dostęp dzieci do szkół, wpro­wa­dzono przy­mus pracy. Powszechne były spon­ta­niczne akcje "czyn­nika spo­łecz­nego", mili­cji, Urzę­dów Bez­pie­czeń­stwa i woj­ska izo­lo­wa­nia Niem­ców i volks­deut­schów w zaim­pro­wi­zo­wa­nych obo­zach (jeden z nich, w Alek­san­dro­wie Kujaw­skim, opi­sał Piotr Pytla­kow­ski). Mie­ściły się one w szko­łach, sto­do­łach, kościo­łach (zwłasz­cza ewan­ge­lic­kich), piw­ni­cach, nie­czyn­nych fabry­kach. Od wio­sny 1945 r. zaczęto likwi­do­wać takie pro­wi­zo­ryczne lagry, kon­cen­tru­jąc Niem­ców w prze­ję­tych przez Mini­ster­stwo Bez­pie­czeń­stwa Publicz­nego dużych ponie­miec­kich obo­zach, w któ­rych jesz­cze nie­dawno wię­ziono Pola­ków czy Żydów (m.in. Auschwitz i jego filie, jak Jaworzno, Potu­lice na Pomo­rzu, Sikawa w Łodzi, Świę­to­chło­wice i Mysło­wice na Gór­nym Ślą­sku, Łam­bi­no­wice na Opolsz­czyź­nie). Zsy­ła­nie do nich Niem­ców, auto­chto­nów i volks­deut­schów tłu­ma­czono kwe­stiami bez­pie­czeń­stwa, lecz praw­dzi­wym powo­dem były ich domy, gospo­dar­stwa, miesz­ka­nia czy warsz­taty potrzebne zarówno dla prze­sie­dleń­ców z Kre­sów, jak i upa­trzone sobie przez pol­skich sąsia­dów. Chciano też przed decy­zjami w Pocz­da­mie usu­nąć moż­li­wie dużo Niem­ców z ich dotych­cza­so­wych miejsc zamiesz­ka­nia.

Zarówno te "pro­wi­zo­ryczne", jak i "regu­larne" miej­sca odosob­nie­nia w pełni zasłu­gują na miano "obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych". Pol­scy komen­danci czy straż­nicy, czę­sto z wła­snymi obo­zo­wymi doświad­cze­niami, nie ukry­wali zamiaru stwo­rze­nia Niem­com nie tyle czyśćca, ile pie­kła. Przy­kła­dem może być Salo­mon Morel, 25-letni komen­dant obozu w Świę­to­chło­wi­cach, w któ­rym w cza­sie jego kil­ku­mie­sięcz­nej dzia­łal­no­ści zmarła 1/3 więź­niów (1855 z 5107), czy też 21-letni Cze­sław Gębor­ski z Łam­bi­no­wic, w któ­rych do początku 1946 r. zmarło 1500 osób. Psy­chiczny i fizyczny ter­ror łączył się z fatal­nymi warun­kami sani­tar­nymi i apro­wi­za­cyj­nymi. Zwłasz­cza począt­kowo powszechne były bicie (czę­sto do śmierci), gwałty, wyczer­pu­jące ćwi­cze­nia fizyczne, nie­koń­czące się apele. Bio­rąc pod uwagę, że w obo­zach prze­trzy­my­wano głów­nie nie­na­da­jące się do pracy kobiety z dziećmi, cho­rych i star­ców, cho­roby zbie­rały obfite żniwo. Udo­ku­men­to­wa­nych jest około 25 tysięcy przy­pad­ków śmierci, należy się jed­nak liczyć z dwu­krot­nie więk­szą liczbą.

Lagry, zwłasz­cza te funk­cjo­nu­jące od połowy 1945 r. jako Cen­tralne Obozy Pracy (m.in. Jaworzno, Sikawa czy Potu­lice), były "roz­dziel­niami" nie­miec­kich robot­ni­ków. Tylko nie­wielka część Niem­ców wid­nie­ją­cych na ich sta­nach, nie­na­da­jąca się do pracy, prze­by­wała za dru­tami; pozo­sta­łych "wypo­ży­czano" za opłatą (zazwy­czaj nie­wy­gó­ro­waną) insty­tu­cjom i oso­bom pry­wat­nym. Na przy­kład w maju 1947 r. ponad 13 tysięcy Niem­ców z obozu w Sika­wie pra­co­wało w 78 fabry­kach pań­stwo­wych, 60 pry­wat­nych i 265 urzę­dach. Praca Niem­ców czę­sto oka­zy­wała się tak cenna (jak np. gór­ni­ków w Wał­brzy­chu), że wstrzy­my­wano ich wysie­dle­nia. Czę­sto też docho­dziło do swo­istej kon­ku­ren­cji o nie­miecką siłę robo­czą, którą w okre­sie prac polo­wych odbie­rano od pry­wat­nych przed­się­bior­ców. "Bo cho­ciaż przy­mus pracy Niem­ców - pisano w lipcu 1946 r. w łódz­kim "Expres­sie Ilu­stro­wa­nym" - jest naj­zu­peł­niej spra­wie­dliwy i słuszny, jeśli cho­dzi o pod­nie­sie­nie gospo­darki pań­stwa, znisz­czo­nej przez oku­panta, to jed­nak nie można dopu­ścić do tego, aby Niemcy byli uży­wani do pracy wyłącz­nie dla pry­wat­nych celów. Tym­cza­sem dowia­du­jemy się, że u pew­nego rzeź­nika zatrud­niona jest eks­pe­dientka Niemka, cze­lad­nik - Nie­miec i słu­żąca - Niemka".

Poka­zuje to inną, widoczną w rela­cjach zebra­nych przez Pio­tra Pytla­kow­skiego stronę medalu. W jakże tra­gicz­nym powo­jen­nym pol­sko-nie­miec­kim współ­ist­nie­niu pró­bo­wano nie­raz zna­leźć jakiś ulotny kom­pro­mis, zoba­czyć nie tylko wroga, ale rów­nież czło­wieka. Tam, gdzie wciąż żywa była tra­dy­cja wie­lo­et­nicz­no­ści (jak np. w Łodzi), sto­su­nek władz lokal­nych, przede wszyst­kim sta­rej kadry urzęd­ni­czej, do Niem­ców był znacz­nie łagod­niej­szy niż ogól­no­kra­jowa śred­nia. We wrze­śniu 1945 r. pra­cow­nicy fabryki Gey­era w Łodzi wręcz ogło­sili strajk, doma­ga­jąc się uwol­nie­nia z wię­zie­nia wła­ści­ciela zakładu i jego dwóch córek. Także we wspo­mnie­niach wysie­dleń­ców z Kre­sów czę­sto poja­wia się motyw dłu­giej i względ­nie bez­pro­ble­mo­wej koeg­zy­sten­cji w jed­nym domu z cze­ka­ją­cymi na wysie­dle­nie Niem­cami. Zabu­ża­nie, noszący w sobie traumę utraty domu, dosko­nale rozu­mieli sytu­ację i obawy Niem­ców. Trwały - poka­zane w tej książce - pro­cesy adap­ta­cyjne, szyb­sze u ludzi mło­dych, zwłasz­cza dzieci, któ­rym we wta­pia­niu się w nowe oto­cze­nie poma­gała przede wszyst­kim szkoła. Cho­ciaż okres bez­po­śred­nio powo­jenny koja­rzy się nam z gwał­tami, to dzieci rodziły się rów­nież w ofi­cjal­nych pol­sko-nie­miec­kich związ­kach (vide opi­sana przez Pytla­kow­skiego histo­ria Zyg­fryda Kapeli).

Para­dok­sal­nie, o ile wycho­wy­wane przez pol­skich rodzi­ców nie­miec­kie dzieci asy­mi­lo­wały się prak­tycz­nie bez obcią­żeń prze­szło­ścią (choćby wystę­pu­jący na kar­tach książki Hein­rich/Hen­ryk Kowal­ski), to auto­chtoni czy volks­deut­sche, któ­rzy musieli przejść biu­ro­kra­tyczne pro­ce­dury wery­fi­ka­cyjne (pierwsi) lub reha­bi­li­ta­cyjne (dru­dzy), żyli - mimo praw­nego zrów­na­nia od 1950 r. z resztą spo­łe­czeń­stwa - z wyraź­nym pięt­nem. Przy­naj­mniej do paź­dzier­ni­ko­wej odwilży 1956 r. byli oby­wa­te­lami dru­giej kate­go­rii, bez więk­szych szans na zdo­by­cie wykształ­ce­nia czy dobrej pracy. Cha­rak­te­ry­styczna jest przy­wo­łana przez Pio­tra Pytla­kow­skiego wypo­wiedź mazur­skiego pisa­rza i dzia­ła­cza Karola Mał­łka z 1968 r., że "my [Mazu­rzy] jeste­śmy takimi Żydami tej czę­ści Pol­ski". Nic dziw­nego, że gdy po 1956 r. otwo­rzyły się moż­li­wo­ści wyjazdu, opusz­czali swoją małą ojczy­znę. Scena wyjazdu mazur­skich auto­chto­nów z Róży Woj­cie­cha Sma­rzow­skiego jest rów­nie doj­mu­jąca, co praw­dziwa.

W tych, któ­rzy pozo­stali do dziś, nie­raz głę­boko tkwi bole­sna zadra. Przy­kła­dem jest jeden z moich ślą­skich przy­ja­ciół, z mode­lową wręcz dla tej książki bio­gra­fią. Uro­dził się w poło­wie lat 30. XX wieku na nie­miec­kim Gór­nym Ślą­sku, w gór­ni­czej ślą­skiej rodzi­nie. Rodzice mówili gwarą ślą­ską, naj­czę­ściej gdy chcieli coś ukryć przed synami. Kiedy na początku 1945 r. w jego mie­ście nastała Pol­ska, zaznał po tro­sze wszyst­kiego, o czym mówili Pio­trowi Pytla­kow­skiemu boha­te­ro­wie tej książki: nowej, nie­zna­nej kul­tury i języka, przy­mu­so­wej polo­ni­za­cji, zimna i głodu. Ojciec wró­cił z nie­woli dopiero w 1947 r. (i wtedy dowie­dzieli się, że w ogóle żyje), rodzina prze­trwała zaś pierw­sze mie­siące pod pol­ską wła­dzą dzięki zarad­no­ści matki i ryzy­kow­nym, prze­pro­wa­dza­nym dosłow­nie z nara­że­niem życia wypra­wom dzie­się­cio­latka do sąsied­nich wio­sek, gdzie z piw­nic wygrze­by­wał resztki zapa­sów. Potem był nie­ła­twy pro­ces akul­tu­ra­cji, wra­sta­nia, nauki pol­skiego i nowego świata, ze świa­do­mo­ścią bycia czło­wie­kiem dru­giej kate­go­rii. Odczuł to zwłasz­cza w liceum i na stu­diach, gdzie był jed­nym z nie­wielu Ślą­za­ków wśród przy­by­szy z Kre­sów czy Pol­ski cen­tral­nej i jak wspo­mina, "musia­łem być zawsze kil­ka­krot­nie lep­szy od innych". Dzięki temu, choć usil­nie utrud­niano mu karierę naukową, został pro­fe­so­rem. Mówi rów­nie dobrze po pol­sku, ślą­sku, nie­miecku, rosyj­sku, fran­cu­sku i angiel­sku, tak że Polacy, Ślą­zacy, Niemcy, Rosja­nie i Fran­cuzi biorą go za swo­jego. On sam czuje się od pierw­szego dłu­giego pobytu nad Sekwaną w końcu lat 60. - Euro­pej­czy­kiem. Ale powo­jenna trauma wciąż przy­tła­cza go w takim stop­niu, że nie zde­cy­do­wał się na roz­mowę zarówno z Pio­trem Pytla­kow­skim, jak i z innymi dzien­ni­ka­rzami i histo­ry­kami. Ta książka pozwala zro­zu­mieć dla­czego.

prof. Jerzy Kocha­now­ski

Insty­tut Histo­ryczny Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego

Wstęp

Piszę tę książkę, mając świa­do­mość, że znajdą się wśród czy­tel­ni­ków tacy, któ­rzy będą mi chcieli wyłu­pić oczy i obciąć język, bo uznają, że kalam świętą sprawę naro­dową. Była prze­cież wojna nie przez Pola­ków wywo­łana, a wszystko, co się po niej wyda­rzyło, jest jej natu­ralną kon­se­kwen­cją. Była wina, musi być kara.

Zgoda, ale karać należy win­nych. Nie o nich zaś jest ta opo­wieść. Opo­wia­dam o nie­miec­kich dzie­ciach, prze­cież także ofia­rach wojen­nego kata­kli­zmu. O cywi­lach, głów­nie kobie­tach, które zabi­jano, aby odku­piły winy swych mężów. O stra­chu, który zamie­niał życie w kosz­mar. O ukry­wa­niu toż­sa­mo­ści. O poni­że­niu i życiu dru­giej kate­go­rii. O tym wszyst­kim, o czym wole­li­by­śmy nie wie­dzieć albo zapo­mnieć.

* * *

Jest rok 1945, tuż przed koń­cem wojny albo tuż po niej. Pol­ska prze­suwa się na zachód. Traci wschod­nie rubieże, a zyskuje Wro­cław, War­mię i Mazury, Szcze­cin, Opole, Pomo­rze Zachod­nie, część Wiel­ko­pol­ski i Ślą­ska, zie­mię lubu­ską. Obej­muje tereny, na któ­rych wciąż żyją miej­scowi - lud­ność nie­miecka, Ślą­zacy, Mazu­rzy, Kaszubi. Trak­to­wani jak pod­bici wro­go­wie, a w naj­lep­szym razie jako obcy. Na ich zie­mie wdarł się pol­ski żywioł i pochło­nął wszystko.

Pol­ska kalka mówi o spra­wie­dli­wo­ści dzie­jo­wej. Wojnę wywo­łali oni, ofiary były nasze. To prawda obiek­tywna, ale nie­pełna. Wojny nie wywo­łały nie­miec­kie dzieci, te kil­ku­let­nie, kil­ku­na­sto­let­nie. Były jej ofia­rami, podob­nie jak ich pol­scy rówie­śnicy. Nie rozu­miały - bo jak to pojąć? - że wie­czo­rem zasnęły w ojczyź­nie, a ran­kiem obu­dziły się w obcym kraju. Wokół poja­wili się ludzie mówiący nie­zna­nymi języ­kami. Ludzie, któ­rych bały się ich matki.

To będzie opo­wieść o dzie­ciach nie­miec­kich, mazur­skich, ślą­skich, które w 1945 r. zasnęły tam, a obu­dziły się tutaj.

* * *

Kiedy na początku 1945 r. żoł­nie­rze radzieccy wcho­dzili na War­mię i Mazury, Pomo­rze Zachod­nie, Górny, i Dolny Śląsk, na Opolsz­czy­znę czy do Zie­lo­nej Góry w mel­dun­kach i rapor­tach dla dowódz­twa i władz par­tyj­nych nie było mowy o wyzwa­la­niu czy oswo­ba­dza­niu. Rze­czy nazy­wano po imie­niu. Kolejne mia­sta zdo­by­wano, jeżeli Niemcy sta­wiali opór, albo zaj­mo­wano, jeżeli obrońcy pod­da­wali się bez walki.

Zie­loną Górę zajęto 14 lutego 1945 r. pra­wie bez wystrzału. Dzięki temu mia­sto nie zostało znisz­czone. O Wro­cław toczyły się cięż­kie walki, w końcu to była Festung Bre­slau.

Podob­nie wal­czono o Opole. Niemcy przy­go­to­wali zapasy żyw­no­ści na rok. Ewa­ku­owali cywili. Zbu­do­wali wokół mia­sta kilka pier­ścieni umoc­nień, przez które mieli się prze­dzie­rać Rosja­nie, pono­sząc cięż­kie straty, ale ci zasto­so­wali sprytne manewry i obrona szybko się zała­mała. Mia­sto się pod­dało.

Zdo­by­wano III Rze­szę, a nie rdzenne zie­mie pia­stow­skie, jak twier­dziła póź­niej­sza pro­pa­ganda. Zwy­cię­żano odwiecz­nego wroga. Wdzie­rano się do domostw i szu­kano nie­miec­kich spraw­ców, ale ich nie było. W domach znaj­do­wano kobiety z dziećmi i star­ców. Męż­czyzn porwała wojna.

Zemsta bywa słodka. Po pra­wie sze­ściu latach oku­pa­cji i rzece krwi, jaką spły­nęła Europa, trudno było ocze­ki­wać, że zwy­cięzcy okażą wiel­ko­dusz­ność. Tamci nie mieli zmi­ło­wa­nia, od nas też go nie doświad­czą. Tak wymie­rza się okrutną spra­wiedliwość. Tu nie ma miej­sca na niu­anse - Nie­miec to Nie­miec. Bez zna­cze­nia pozo­staje, że to sta­rzec, kobieta w ciąży, dziecko. Pusz­czona w ruch machina odwetu miele równo i bez­li­to­śnie. Wtedy, w 1945 r., każdy dom, każdy kamień, każdy grób krzy­czał o strasz­li­wej krzyw­dzie. Sprawcę okru­cieństw wobec Pola­ków trzeba było dopaść i znisz­czyć. W ówcze­snych gaze­tach poja­wiło się hasło "Dobić bestię!". Wroga dobi­jano w Ber­li­nie i innych nie­miec­kich mia­stach, ale szu­kano go też na tere­nach, jakie przy­pa­dły Pol­sce.

Nie­na­wiść pod­sy­cano, cho­ciaż nie było to nawet potrzebne, bo krwa­wiące i wciąż świeże rany bolały na tyle, że odwet był wtedy ogól­nym pra­gnie­niem. O Niem­cach gazety pisały wyłącz­nie małą literą, przy czym każdy "nie­miec" był syno­ni­mem wszel­kiego zła. Każdy, czyli także nie­mieckie kobiety i nie­mieckie dzieci.

Na tak zwa­nych tere­nach odzy­ska­nych trzeba było uza­sad­nić ter­ror wobec miej­sco­wej lud­no­ści. A więc nie tylko zemsta, ale koniecz­ność dzie­jowa. "Try­buna Ślą­ska", organ Pol­skiej Par­tii Robot­ni­czej, pisała już w lutym 1945 r.:

"My, Ślą­zacy, musimy przede wszyst­kim oczy­ścić nasz dom. Śląsk musi być pol­ski. Wiemy, co zro­bić z gesta­pow­cami, SS-manami, Sicher­he­ita-Dien­sta'mi i Werk­schutz'ami [służby bez­pie­czeń­stwa i straż prze­my­słowa - przyp. P.P.]. W sto­sunku do nich będziemy bez­względni. Wiemy też, co zro­bić z pol­skimi pachoł­kami katów nie­miec­kich, któ­rzy dziś gor­li­wie nakła­dają biało-czer­woną opa­skę. Wycią­gniemy gady z ich kry­jó­wek, wytę­pimy hitle­row­skie plu­ga­stwo!".

Innego dnia bijący po oczach tytuł arty­kułu w tej samej gaze­cie: "Twar­dość i bez­względ­ność wobec niem­ców". A poni­żej: "Przy tłum­nym udziale spo­łe­czeń­stwa w obec­no­ści przed­sta­wi­cieli Woj­ska Pol­skiego, Armii Czer­wo­nej i władz cywil­nych odbył się 4 marca w Kato­wi­cach wielki wiec Pol­skiego Związku Zachod­niego, mający na celu zapo­zna­nie ogółu z zada­niami jed­nej z czo­ło­wych orga­ni­za­cji na tere­nie Ślą­ska. Wstępne prze­mó­wie­nie wygło­sił red. Bur­czak, stwier­dza­jąc, że P.Z.Z., któ­rego naczel­nym zada­niem jest zde­cy­do­wane pro­wa­dze­nie akcji anty­nie­miec­kiej, jako pierw­sze hasło w swo­jej dzia­łal­no­ści wysu­nął żąda­nie, ażeby w naj­krót­szym cza­sie nie było ani jed­nego niemca na Ślą­sku, co zebrani przy­jęli dłu­go­trwa­łymi okla­skami".

Pol­ski Zwią­zek Zachodni powstał w 1934 r. Pod­czas wojny dzia­ła­cze PZZ byli przez wła­dze hitle­row­skie ści­gani i karani śmier­cią. Od 1945 r. reak­ty­wo­wany PZZ zaj­mo­wał się m.in. ujaw­nia­niem i wery­fi­ka­cją volks­deut­schów. W okre­sie świet­no­ści liczył około 100 tysięcy człon­ków.

Prasa pisała w duchu pro­kla­ma­cji PZZ, ale i zgod­nie z wyzna­czoną przez Sta­lina linią PPR: "Niemcy muszą być wyeli­mi­no­wani z życia Ślą­ska, a wszel­kie ich próby sabo­tażu, dywer­sji czy wresz­cie pro­wo­ka­cji zostaną z miej­sca stłu­mione. Sprawa likwi­da­cji wpły­wów hitle­row­skich, jaka musi prze­nik­nąć całe życie Ślą­ska, jest szcze­gól­nie ważna w dwóch dzie­dzi­nach: poli­tyki apro­wi­za­cyj­nej i miesz­ka­nio­wej".

W tej for­mie wzy­wano do ogra­ni­cza­nia lud­no­ści nie­miec­kiej racji żyw­no­ścio­wych i do odbie­ra­nia jej miesz­kań tak prze­cież potrzeb­nych Pola­kom, któ­rych osie­dlano na Gór­nym i Dol­nym Ślą­sku oraz na Opolsz­czyź­nie. W języku pro­pa­gandy nie odróż­niano złych Niem­ców od dobrych, nazi­stów od zwy­kłych ludzi. Winien był każdy i każdy miał być uka­rany. W arty­kule prze­dru­ko­wa­nym z radziec­kiej prasy autor pod­pi­sany Gor­ba­tow-Kur­ga­nów groź­nie obwiesz­czał: "Ano, każ­demu dosta­nie się, na co zasłu­żył: krwawy upiór wojny, Hitler, jego sate­lici Him­m­ler i Goeb­bels nie­długo już będą cze­kać na swoje stryczki. Ale na spra­wie­dli­wym sądzie naro­dów odpo­wie­dzą rów­nież i ci, któ­rzy byli ostoją i pod­porą zbrod­ni­czego reżimu: zwy­kli, cywilni, "poko­jowi" Niemcy, paso­żyty. Han­dla­rze nie­wol­ni­ków i ludz­kiej krwi. Sąd idzie. Rosyj­skie czołgi są już pod Ber­li­nem".

Pol­skie gazety wtó­ro­wały mu: "Usu­nąć męty ponie­miec­kie poza nawias narodu pol­skiego". Poja­wiły się rela­cje z sal sądo­wych, na któ­rych roz­li­czano za poważne, ale i mar­gi­nalne prze­winy. W Kato­wi­cach osą­dzono Artura Deptę, za cza­sów oku­pa­cji zarządcę budyn­ków w Sosnowcu. Oskar­żono go o usu­nię­cie z miesz­ka­nia nauczy­cielki Bar­bary Z. i jej matki. Gazeta rela­cjo­no­wała: "Na roz­pra­wie do winy się nie przy­znał, dając odpo­wie­dzi wykrętne. (...) Po prze­mó­wie­niu pro­ku­ra­tora i obrony Sąd ogło­sił wyrok ska­zu­jący Deptę na karę śmierci i pozba­wie­nie praw". Nie było dnia, aby nie infor­mo­wano o nowych wyro­kach śmierci.

Tytuły z czo­łó­wek gazet: "Odniem­czyć pol­skie zie­mie", "Zdrajca narodu ska­zany na śmierć", "Nie ma miej­sca dla niem­ców", "Miesz­ka­nia dla Pola­ków, a nie niem­ców", "Cudzo­ziem­com mówimy nie", "Pol­skie szkoły dla pol­skich dzieci".

* * *

Nie­miecką lud­ność, która pozo­stała w nowych, pol­skich gra­ni­cach, sepa­ro­wano, zamy­kano w obo­zach pracy przy­mu­so­wej i wypę­dzano. Na mocy dekretu Niem­ców wyjęto spod prawa, odbie­rano im mają­tek, doko­ny­wano samo­są­dów. Obo­wią­zy­wała zasada "oko za oko". Tyle że ofiary odwetu wybie­rano na chy­bił tra­fił, nie według rze­czy­wi­stej winy, ale z racji pocho­dze­nia.

Opo­wia­dam o nie­miec­kich losach nie po to, by wzbu­dzić współ­czu­cie, ale by zmu­sić do reflek­sji, bo minęło już wystar­cza­jąco dużo czasu, aby zro­zu­mieć, że poję­cie krzywdy jest uni­wer­salne.

Skrzyw­dzeni okro­pień­stwami wojny potrze­bo­wali ujścia dla swo­jego bólu i nie­po­strze­że­nie zamie­nili się w krzyw­dzi­cieli. To byli, ogól­nie rzecz bio­rąc, nasi ojco­wie. A po dru­giej stro­nie matki wro­gów. I ich dzieci.

Roz­dział I

Wyma­zani jak gumką w zeszy­cie

Na ewan­ge­lic­kich Mazu­rach lud­ność nie utoż­sa­miała się z Rze­szą, ale Pol­ska też nie była dla niej macie­rzą. Żyli w Pru­sach, zawie­szeni w innej rze­czy­wi­sto­ści. Uży­wali języka przez Pola­ków uwa­ża­nego za nie­miecki, a przez Niem­ców za gwarę z pol­skimi nale­cia­ło­ściami. Kiedy przy­szła tu pol­ska pań­stwo­wość, nie wie­dziano, jak zakwa­li­fi­ko­wać miej­sco­wych. Nasi to czy obcy? Nazwano ich wtedy "auto­chto­nami".

Byli kło­po­tliwi, bo nie zapo­mniano, że w 1920 r. w ple­bi­scy­cie decy­du­ją­cym, czy War­mia i Mazury przy­padną Niem­com czy Pol­sce, 97 pro­cent miesz­kań­ców opo­wie­działo się za pań­stwem nie­miec­kim. Kiedy koń­czyła się II wojna świa­towa, ple­bi­scy­tów już nie orga­ni­zo­wano. War­mia i Mazury przy­pa­dły Pol­sce, bo tak pod dyk­tando Sta­lina zde­cy­do­wały mocar­stwa. Wraz z lud­no­ścią, którą od początku trak­to­wano jako nie­miecką grupę etniczną.

Mazur­ski dzia­łacz ludowy Fry­de­ryk Leyk, w 1920 r. agi­tu­jący za pol­sko­ścią tych ziem, po woj­nie roz­cza­ro­wany i prze­ra­żony pisał:

"Wraz z woj­skiem sowiec­kim dotarło na nasz teren inne nie­szczę­ście i to nad­cho­dzące z przy­gra­nicz­nych powia­tów Pol­ski Cen­tral­nej.

Polacy z powia­tów kur­piow­skich: Cho­rzele, Maków, Prza­snysz itd. sza­leli wprost na naszym tere­nie. Wypę­dzali Mazu­rów z prze­kleń­stwami, groź­bami, kijami i sie­kie­rami z ich dobrych gospo­darstw i sami się w nich osa­dzali. Zabie­rali im żyw­ność, żywy i mar­twy inwen­tarz. Bili i mal­tre­to­wali ich. Nie­jed­nego Mazura i Mazurkę zamor­do­wali lub ciężko ska­le­czyli, by przy­własz­czyć sobie ich mie­nie. Wielu Pola­ków roz­bie­rało domo­stwa; cegły, kafle, drzwi, pod­łogi i drzewo, konie, bydło, motory i maszyny rol­ni­cze, wozy i uprząż do Pol­ski. Nie­które całe wio­ski przy­gra­niczne zostały znie­sione. Ubowcy i mili­cjanci dopo­ma­gali w tej nik­czem­nej robo­cie. Wprost cała lud­ność mazur­ska odwró­ciła się od Pola­ków, uzna­jąc po takich doświad­cze­niach naród nie­miecki za jej wła­ściwy naród, który da jej spo­kój, przy­tu­łek, chleb"1.

Dr Ewald Ste­fan Pol­lok na por­talu inter­ne­to­wym Sile­sia-Schle­sien-Śląsk [obec­nie Sile­sia-Śląsk-Schle­sien - przyp. red.] cytuje list pew­nej Mazurki: "Nie chcę żyć w Pol­sce mię­dzy tymi zło­dzie­jami, bo ta kra­dzież po przy­by­ciu na te tereny była okropna. Co za ludzie. Uwa­żają te tereny za swoje, a kradną w nocy co tylko się da, napa­dają na ludzi, męż­czyźni gwałcą kobiety. Prze­cież odno­szą się tak jak zwie­rzęta i mię­dzy takimi ludźmi żyć? Było nam mówione, że to jest taki lud, ale nie chcia­ła­bym i nie wie­rzy­łam w to. Dopiero teraz, jak oni się czują panami, to wykaże się, jakimi oni są. Wolę wszystko stra­cić, ale żyć mię­dzy ludźmi. A gdyby naprawdę był koniec wojny, a jakiś Staat obej­muje Rząd, to ni­gdy nie może ist­nieć taki chaos. A tu co macie, Mili­cja, która ma trzy­mać porzą­dek, sama krad­nie itp."2.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki