Było to w owe dni, kiedy
linia frontu, jak ognista wstęga gnana wiatrem, od wschodu posuwała
się naprzód z nieprawdopodobną szybkością, niczym pożar w
wyschniętym stepie. Zwijała się w konwulsyjnych skrętach, naprężała
się jak cięciwa łuku, zrywała się i wiązała w supły, lecz wciąż
biegła na zachód, pochłaniając coraz to nowe wsie, miasta, ziemie,
coraz gwałtowniej, coraz chciwiej wdzierając się w
Rzeczypospolitą.
W Warszawie, w Sztabie Generalnym, szeleściły złowrogo szare
arkusze map, chyliły się nad nimi poorane zmarszczkami czoła
generałów, zaczerwienione od bezsenności oczy, liczyły gorączkowo
kilometry, i godziny, transporty i oddziały, siły wroga i własne.
Przez otwarte okna wlewało się upalne lato, wlewał się
gorący oddech miasta, oddech szybki, nierówny, drgający
podnieceniem, przerywany przejmującym krzykiem:
- Do broni!... Do broni!...
Drżało i rozpłomieniało się w tym okrzyku każde serce,
budziły się najmniej czułe sumienia, zaczynała pulsować
najzimniejsza krew, z niewiarygodną łatwością rozsypywały się w
gruzy przemyślne teorie, wątpliwości, obawy, a nawet zwykły egoizm,
zwykły strach.
- Do broni!... - wołały jaskrawymi literami plakaty.
A pod nimi jak urzeczone stały grupki ludzi, wpatrując się w
to krótkie wezwanie, w to wezwanie napęczniałe treścią, którą
trzeba było już w duszy własnej odczytać.
- Do broni! - wołali z przygodnych mównic siwowłosi weterani
sześćdziesiątego trzeciego roku, a po ich twarzach spływały łzy,
niewiadomo, czy łzy szczęścia, iż oto znowu po wielu latach to
wezwanie narodowi rzucić mogą, czy łzy rozpaczy, że sami już
karabinu nie udźwigną.
- Do broni! - krzyczało wszystko, co żyło. Ulicami
przeciągały pochody, na placach gromadziły się tłumy. Przed biurami
werbunkowymi stały długie kolejki. Ochotnicy. Setki, tysiące,
dziesiątki tysięcy...
Naród, jak wielki, potężny zwierz, ocknął się i "wzbudził
gniew w piersiach swoich".
Polnymi drogami, pośród zielonych zbóż szli młodzi chłopcy z
tobołkami na plecach, z małych cichych miasteczek, z wielkich
miast, z ubogich dzielnic robotniczych i z białych pałaców, z ław
szkolnych, z biur, z warsztatów i sklepów szli, napływali
ochotnicy. A gdy jeden drugiego spotkał, gdy jeden drugiemu w oczy
spojrzał, odnajdywał w nim swoje myśli, swoje uczucia, swoje
pragnienia i nadzieje, odnajdywał brata, nawet więcej niż brata, bo
samego siebie.
Z głębi kraju sunęły na wschód długie, czerwone pociągi,
pełne żołnierskiego śpiewu. Śmiały się młode twarze, w oczach
paliła się zuchowata ciekawość, w mózgach żądza bohaterstwa, a
serca biły szybciej, a krew pulsowała mocniej, a ręce ściskały
groźniej broń, którą ledwie poznać zdążyły.
Odprowadzały tych chłopców miliony rąk kreślących za nimi
znak krzyża, miliony westchnień, życzeń i ślubowań.
A w Naczelnym Dowództwie dniami i nocami terkotały aparaty
Hughesa. Niestrudzone, monotonne przynosiły i wysyłały meldunki,
rozkazy. Dzień i noc terkotały Hughesy, dzień i noc warczały
motocykle łączników, dzień i noc dzwoniły telefony, a w korytarzach
rozlegał się tupot przyśpieszonych kroków.
Właśnie blady, pogodny świt zaczął rozjaśniać niebo, gdy
otworzyły się drzwi gabinetu i adiutant z białą kartką w ręku
wybiegł, by ją bez straty minuty czasu wręczyć telegrafiście.
Zaterkotał aparat, a w pół godziny później, na odległej o setki
kilometrów stacji zatrzymano długi czerwony pociąg, cofnięto go,
przestawiono zwrotnicę i skierowano w innym kierunku.
"Pozycje na odcinku Lewocha - Towiaty muszą być utrzymane za
wszelką cenę do piątku włącznie".
Na odcinku Lewocha - Towiaty wgryzł się w ziemię mocno już
poszczerbiony pułk piechoty. Z za lasu trzy baterie polówek ziały
nieustannym ogniem, zasypując polskie okopy piaskiem i darnią. W
ciągu dwóch dni czternaście razy ruszała bolszewicka tyraliera do
ataku. Sześć razy kozacy zrywali się do szarży, by sforsować
groblę. Szeroko rozciągające się soczyste, zielone łąki zryte były
niczym świński wygon lejami po granatach, na grobli piętrzyła się
góra trupów końskich i ludzkich. Gdy wiatr zmieniał kierunek zaduch
rozkładających się ciał zalewał okopy. Żołnierze, którzy od dwóch
dni nie mieli w ustach ciepłej strawy, dostawali nudności.
Zresztą i tu trupów nie brakowało. Trudno było nadążyć z
grzebaniem. Dowódca pułku z posępną miną patrzył na wciąż
wydłużającą się listę poległych. Z drugiej kompanii zostało
dwudziestu trzech a z czwartej - ośmiu ludzi.
"Pozycje na odcinku Lewocha - Towiaty muszą być utrzymane za
wszelką cenę do piątku włącznie" - czytał dowódca pułku
telefonogram i na jego twarzy zjawił się blady uśmiech. Przecież
wiedział że do piątku nie będzie już miał nawet stu bagnetów.
Już wczoraj miały nadejść posiłki: batalion nie wyćwiczonych
wprawdzie, lecz za to ochotników. Bądź co bądź materiał świeży.
Tymczasem gdzieś na kolei zrobił się zator i Bóg wie, kiedy
przybędą.
O zmroku bolszewicy znowu ruszyli do ataku. Zaszczękały
gwałtownie karabiny maszynowe. Pod ich ogniem czerwoni trzy razy
cofali się, lecz za czwartym zdołali dotrzeć do okopów. Zawyły
ręczne granaty i już po chwili przyszło do starcia na bagnety.
Jednocześnie korzystając z zamilknięcia maszynek, kozacy ruszyli ku
grobli. Na szczęście pilnujący ze swą kompanią mokradeł, porucznik
Zabielski zdążył zorientować się w sytuacji i przysunąwszy swój
oddział do samej grobli, zamknął ją ogniem.
Bitwa trwała w całej pełni, gdy na odległej o półtora
kilometra stacji Towiaty zatrzymał się wreszcie oczekiwany tak
dawno pociąg z posiłkami. Czekał tu już na nich adiutant dowódcy
pułku z rozkazem. Żołnierze wysypywali się z wagonów. W ciemności i
w zamieszaniu formowały się szeregi i już po pięciu minutach
wytężonym marszem ruszyły ku okopom.
Kompania, w której był Justyn Kielski, od razu została
skierowana na prawe skrzydło gdzie nieprzyjaciel zdołał już wyprzeć
z okopów trzecią i resztki czwartej kompanii, a zachodząc od
Chominowa, mógł wedrzeć się na tyły. Pod Chominowem gęsto terkotały
karabiny i raz po raz wyrastały w ciemnościach ogniste krzaki
wybuchających granatów ręcznych. Od zarośli dolatywało wycie
kilkuset gardzieli:
- Urraaa!... Urrraaa!...
- Kompania biegiem! - zakomenderował porucznik Libawski.
Justyn biegł w pierwszej dwójce. Plecak stawał się coraz
cięższy, serce łomotało gwałtownie.
- Więc to tak wygląda wojna - myślał.
Gdzieś daleko odezwały się armaty. Nad głowami z przeciągłym
jękiem przelatywały pociski, których celem widocznie była stacja
kolejowa, gdyż w tamtej stronie raz po raz rozlegały się głuche
detonacje.
Wpadli teraz na kartoflisko. Było bardzo trudno biec przez
brózdy. Nogi plątały się w naci. W piersiach nie starczało tchu.
- Urraa!... Urraaa!... - dobiegał od zarośli nieustający ryk.
Na lewo na czarnym tle chominowskich sadów, wytryskiwały
światełka: to cofający się odstrzeliwali się bezładnie lecz gęsto.
Oddział Justyna został zatrzymany na skraju łąki. Jak
najciszej rozlokowano się w suchym, dość głębokim rowie.
Nieprzyjaciel widocznie nie spodziewał się niebezpieczeństwa od
flanki, gdyż parł wciąż naprzód. Już w mroku można było rozróżnić
szybko poruszające się grupki bolszewików. Najwidoczniej chcieli
zepchnąć Polaków ku zabudowaniom wioski i jednym zamachem zająć
stację kolejową.
Porucznik Libawski miał jednak zimną krew, przypuścił ich na
kilkaset kroków. Sto kilkadziesiąt karabinów odezwało się
jednocześnie. Raz, drugi trzeci...
Ręce Justynowi drżały. Strzelał nie celując, widział
wprawdzie biegnące i padające postacie, ale wszystko to wydawało mu
się nierealne i nie tyle straszne, co dziwne. Lecz najważniejsze
było to, że wcale nie odczuwał lęku. W głębi duszy zawsze uważał
siebie za tchórza, a oto jest na froncie, jest w bitwie i nie boi
się bynajmniej. Podniecenia i oszołomienia nie można przecież
nazwać strachem.
Bolszewicy już po minucie zorientowali się w sytuacji i
rzucili się do odwrotu.
Kompania por. Libawskiego ruszyła gęstą tyralierą za nimi.
Po chwili połączyła się z oddziałem od Chominowa i okopy zostały
odzyskane w niespełna godzinę. Minęli je, posuwając się wciąż
naprzód wśród nieustannego grzechotu karabinów. Z dowództwa pułku
przyszedł rozkaz okopania się wzdłuż polnej drogi, gdzie falistość
terenu dawała korzystniejsze warunki obronne, niż na dawnej
pozycji. Toteż, gdy około północy zamilkła bolszewicka artyleria i
zapanował na linii spokój, po stronie polskiej zaczęły pracować
łopaty. Do świtu wszystko było gotowe.
Szeregowiec Justyn Kielski wraz z czterema kolegami został
przydzielony do obsługi karabinu maszynowego, którego gniazdo
znajdowało się na wierzchołku niedużego pagórka w leju, pozostałym
po wybuchu granatu bolszewickiego. Komendę sprawował tu kapral
Marek Domaszewicz, wysoki, barczysty blondyn, nie o wiele starszy
od swoich podkomendnych, lecz wzbudzający w nich, jako w
nowicjuszach zaufanie i szacunek nie tylko szarżą i aureolą
doświadczonego żołnierza, lecz i tym niezachwianym spokojem w
ruchach i głosie tym tonem, który znamionował urodzonego
zwierzchnika.
- Wasze nazwiska? - zapytał krótko.
Meldowali się po kolei, gdy Justyn wymienił swoje, kapral
zapytał:
- Czy jesteście spokrewnieni z historykiem malarstwa
Bernardem Kielskim?
- Tak jest, panie kapralu, to mój ojciec.
Miał wielką ochotę zapytać, czy kapral zna jego ojca
osobiście, czy tylko z książek, obawiał się jednak, że byłoby to
zbyt poufałe w stosunku do przełożonego. W każdym razie poczuł doń
odrazu wielką sympatię. Dzięki niemu po raz pierwszy od trzech
tygodni, to jest odkąd włożył na siebie mundur, przestał być
anonimowym szeregowcem, po raz pierwszy odnalazł siebie, Justyna
Kielskiego, i to napełniło go radością.
Nie czas jednak było na rozmyślania. Kapral Domaszewicz
zaczął objaśniać konstrukcję karabinu maszynowego i pokazywać jak
należy obchodzić się z tą bronią. Podczas krótkiego, bo zaledwie
półmiesięcznego przeszkolenia w kadrze nie uczono ich tego. Po
wykładzie kapral egzaminował podkomendnych kolejno. Najlepiej
wypadł egzamin szeregowca Duchonia. Okazało się, że w cywilu był on
czeladnikiem ślusarskim i pracował w arsenale. Gdy i odpowiedzi
Kielskiego okazały się dobre, a jego próby manipulowania przy
maszynce też nie zawiodły, kapral zapytał:
- Jesteście studentem?
- Studiuję architekturę, panie kapralu.
- W Warszawie?
- Tak jest, panie kapralu.
- No, to jeżeli obaj wrócimy z tej wojny, będziemy
kolegowali.
- Niezmiernie jestem rad, panie kapralu - szczerze wybuchnął
Kielski.
- Właściwie studiuję rolnictwo, ale zamierzam również
zapisać się na architekturę. Będziemy kolegami.
Wyciągnął do Justyna dużą, silną rękę.
Niebo nad lasem zaróżowiło się.
- Już niedługo słońce wzejdzie - powiedział kapral
Domaszewicz. - Zdrzemnę się godzinę.
Położył sobie jeden z plecaków pod głowę i po chwili już
spał.
- Morowy chłop - szepnął z uznaniem szeregowiec Duchoń.
Justyn w milczeniu przyglądał się spalonej na brąz twarzy
śpiącego.
Wkrótce po wschodzie słońca odezwały się baterie
nieprzyjacielskie, zaś po trzygodzinnej kanonadzie bolszewicy
ruszyli od ataku. Wzdłuż całej linii zaterkotały karabiny
maszynowe. Kapral Domaszewicz bez pośpiechu kierował swój,
przeważnie na grupki, ciągnące biegiem "Maksimy".
- Najważniejszą jest rzeczą - tłumaczył - unieszkodliwić ich
maszynki, zanim zdołają je umieścić i okopać.
Swoją receptę zaś tak skutecznie wprowadzał w czyn, że do
południa nie udało się bolszewikom uplasować przed ich odcinkiem
ani jednego "pieska". Wkrótce nieprzyjaciel zaniechał ataków,
natomiast jego artyleria widocznie zdobyła lepszego obserwatora,
gdyż pociski zaczęły gęsto padać na polskie okopy. Z pagórka Justyn
widział jak na dłoni swoją kompanię, cofającą się ku zaroślom. W
tej samej chwili granat wyrżnął w lewy stok pagórka i Justyn po raz
pierwszy zobaczył śmierć: szeregowiec Duchoń stoczył się do leja.
Wybuch zerwał mu połowę czaszki.
Upadł z rozkrzyżowanymi rękami. Na piasek bluzgała jaskrawo
czerwona krew.
- Jezus, Maria! - wyszeptał jeden z żołnierzy.
Justyn był blady, jak płótno. Przed minutą częstował
Duchonia papierosem, przed minutą leżał obok niego na krawędzi
leja...
- Biedak - mruknął Domaszewicz - jeszcze wojny nie powąchał
i już po nim.
W kwadrans potem drugi pocisk spadł tuż przy wzgórzu, a jego
odłamki zraniły dwóch szeregowców: Łomacki dostał w sam łokieć i
wył z bólu, Kosiak trzymał się oburącz za udo, z którego obficie
spływała krew.
- Do licha! - zaklął kapral. - Macie opatrunki?
Mieli w plecakach. Domaszewicz z wprawą zabrał się do
bandażowania. Gdy skończył, powiedział:
- Wy, Żurkowski, musicie ich odprowadzić na tyły, do wsi.
Tam zameldujecie się u dowódcy i powtórzycie, że zostałem tu przy
maszynce tylko z szeregowcem Kielskim. Proszę o przysłanie czterech
albo pięciu ludzi. Amunicji mam dość. Żarcia też.
Żurowski z pojękującym Łomackim wzięli pod ręce Kosiaka i
pokuśtykali ku swoim. W leju zostali Domaszewicz i Kielski.
- No, otrząśnij się bracie - zawołał kapral - napatrzysz się
jeszcze lepszych rzeczy.
Justyn siedział z podkurczonymi nogami i nie mógł wydobyć z
siebie ani słowa. Ziemia w leju nasiąkła rudymi plamami. Trup
Duchonia leżał bezwładnie, jak worek. Nad głowami wyły wciąż
przelatujące pociski.
- Bądźcie mężczyzną! - uderzył Justyna po ramieniu kapral.
- Ja... ja...
- No, co?
- Boję się.
Domaszewicz zaśmiał się:
- To ci nowina! A kto się nie boi?... Ja też się boję. Ale
widzisz bracie, to moja prywatna sprawa. Każdy powinien chować dla
siebie swój strach. Na tym polega żołnierka.
Justyn potrząsnął głową.
- Nie potrafię być żołnierzem...
- Bajki.
- Widzę przecie... Jestem do niczego.
Domaszewicz usiadł przy nim:
- Jak pan sądzi? - zapytał. - Czy ja nie przeżywałem na
początku podobnych chwil?
- Myślę, że nie.
- Otóż właśnie, że tak. Tylko nauczyłem się panować nad
nerwami. Idąc na front przecież każdy wie, że czeka go śmierć.
Jeżeli zaś chodzi o kalectwo, no, to też nie pożałuje pan przecie
dla ojczyzny swojej ręki czy nogi. Napewno myślał pan też o tym,
wstępując do wojska.
- Oczywiście.
- Więc skąd ten lęk?... Nerwy. Tylko nerwy. Strach
instynktowny, fizjologiczny. A zdając sobie z tego sprawę, człowiek
inteligentny, potrafi nad tym zapanować.
- Będę się starał - szepnął Justyn.
- To jest dobry, bardzo dobry sport, bracie, taka walka z
lękiem! Człowiek czuje swoje człowieczeństwo. Nabiera do siebie
szacunku.
Poklepał Justyna po kolanie, wstał i gwiżdżąc jakąś melodię,
podczołgał się do krawędzi leja, by rzucić okiem na siną linię lasu
na horyzoncie, skąd lada minuta mogli znów ruszyć bolszewicy do
ataku.
Justyn pomału wracał do siebie. Przyjacielski ton kaprala i
jego argumenty zrobiły swoje. Uczuciowa, wrażliwa, może nawet
przewrażliwiona natura Justyna wchłaniała szybko każdy nastrój.
Poczuł też niewymowną wdzięczność dla tego obcego człowieka, dla
zwierzchnika bądź co bądź który zamiast wyśmiać lub zwymyślać
podkomendnego, odniósł się doń tak serdecznie. Powinien mu
powiedzieć:
- Jestem szczęśliwy, naprawdę szczęśliwy, że pana poznałem.
Ale powiedzieć to mało. Trzeba mu dać dowód, że mu uwierzył,
że nie pożałuje wysiłków, by opanować nerwy...
- Nie, przed zmierzchem nie ruszą się - z przekonaniem
oświadczył Domaszewicz, zsuwając się na dół. - Myślą, że wykurzą
nas polówkami.
- Ale nie wykurzą?
- Nie ma mowy. Oczywiście zamieszania narobią. Ale nie
ustąpimy. Mamy podobno rozkaz wytrwać do piątku. Jeszcze trzy dni.
Nie bez tego, by nam tu nie podesłali pomocy. Przydałyby się ze
dwie baterie. No, czas coś przegryźć.
Wydobył puszkę konserw i zabrał się do otwierania jej przy
pomocy bagnetu.
- Wyście pewno też głodni? - spojrzał na Kielskiego i złapał
jego wzrok, skierowany na trupa Duchonia. - A tak, musimy go
pochować. Pomóżcie mi.
Z wysiłkiem dźwignęli zwłoki i wyciągnęli je na stok
pagórka. Tu złożyli ciało w jednym z lejów i przysypali ziemią.
Domaszewicz rozejrzał się:
- Ani kawałka drzewa - mruknął. - Biedak, nawet krzyża nie
będzie miał.
Justyn zaciskał zęby, by nie wybuchnąć płaczem. Zdobył się
jednak i na to, by przestać przysiadać przy każdym przelatującym
nad głowami pocisku. Kapral nie zwracał na ich wycie żadnej uwagi,
należało zachować się, jak on. Do jedzenia jednak nie miał ochoty.
Podczas przenoszenia Duchonia umazał ręce krwią, a chociaż je
wytarł o trawę na skórze zostały wyraźne ślady.
Przewidywania kaprala sprawdziły się. Słońce chyliło się ku
zachodowi, a nieprzyjaciel nie szedł do ataku. Natomiast im więcej
upływało czasu, tym bardziej niepokoili się. Zbliżała się noc, a z
kompanii nie przysyłano pomocy.
- Wygląda na to, że o nas zapomniano - odezwał się wreszcie
Kielski.
- To niemożliwe - zaprzeczył kapral. - Wyślą ich dla
bezpieczeństwa gdy się ściemni.
Istniała jeszcze jedna ewentualność, o której wszakże
Domaszewicz nie chciał Justynowi mówić. Mianowicie mogło się
zdarzyć że Żurowski z rannymi nie dotarł do wsi. Teren, który
musieli przebyć, był zrana pod gęstym obstrzałem. Jeżeli zginęli, w
kompanii nie wiedzą w ogóle, że przy maszynce na wzgórzu zostało
tylko dwóch ludzi. Właściwie należałoby posłać Kielskiego do
dowódcy.
Kapral spojrzał nań z namysłem. Chłopak był już znacznie
spokojniejszy. Jednak jest nowicjuszem i kto wie czy potrafi na
czas odnaleźć kompanię, która wycofała się gdzieś w stronę wsi i
przed spodziewanym wieczornym atakiem będzie wracała oczywiście do
okopów. Kielski może się z nimi rozminąć, zbłądzić... Znowuż iść
samemu - zbyt wielkie ryzyko. Jeżeli bolszewicy ruszą się
wcześniej, "maszynka" i nader ważny punkt obronny przepadną.
- Ostatecznie niech będzie, co ma być - zdecydował się -
zostaniemy i jakoś sobie damy radę we dwójkę.
Zachodziło już słońce.
- Nie przychodzą - zauważył Kielski.
- Jeszcze czas. A zresztą obędziemy się w razie czego i bez
pomocy. Umiecie obchodzić się z ręcznymi granatami?
- Przechodziłem ćwiczenia.
- Więc wszystko w porządku. Chodźcie no, jeszcze
powprawiajcie się z tą "maszynką". Jak wam na imię?
- Justyn.
- Możesz, Justyn, mówić do mnie na ty. Nazywam się Marek. W
szeregu, w służbie, inna rzecz, ale tak nie ma się co ceremoniować.
Bruderszaftu nie wypijemy bo nie ma czym.
Zaśmiał się i mocno uścisnął rękę towarzysza.
I jemu od pierwszej chwili podobał się Kielski, jego smukła
sylwetka, niski melodyjny timbre głosu, czarna lekko sfalowana
czupryna, a zwłaszcza oczy. Justyn miał rzeczywiście uderzająco
piękne oczy, niemal zupełnie czarne, podłużne, o gęstych długich
rzęsach. Głównie ze względu na te oczy koledzy w młodszych klasach
gimnazjum nazywali go Justynką. On sam nie zdawał sobie sprawy z
jaką wyrazistością jego oczy odzwierciadlają każdy jego nastrój,
każde uczucie. Najczęściej miały wyraz rozmarzony i wówczas
naprawdę przypominał dziewczynę. Gdy jednak wpadał w gniew, lub był
usposobiony radośnie, właśnie dzięki zmianie wyrazu oczu zmieniał
się wręcz nie do poznania.
Prawie nie pamiętał matki, która umarła, gdy miał lat
siedem, ale wiedział, że jest do niej bardzo podobny. W gabinecie
ojca wisiał ogromny jej portret. Matka Justyna była z pochodzenia
Ormianką i po niej odziedziczył kolor włosów i śniadą, matową cerę
i oczy. Odziedziczył też tę miękkość w obejściu, która tak łatwo
jednała mu życzliwość ludzką. A bez niej nie umiałby żyć. Może
dlatego że leżało to w jego naturze, a może z przyzwyczajenia.
Nigdy nie miał żadnego wroga, nie spotykał nawet niechętnych sobie
ludzi. Wszyscy odnosili się doń serdecznie i z sympatią. I może
dlatego nigdy też nie miał - przyjaciela.
W nim samym była jakaś granica, jakaś strefa otoczona
wysokim murem, poza który nie chciał, nie mógł wpuścić nikogo,
nawet ojca. Przyjaźnił się z wieloma kolegami, lecz były to
przyjaźnie zewnętrzne, powierzchowne, automatyczne, zrodzone nie z
potrzeby uczuciowej lecz z braku przeszkód do zbliżenia się. To też
zbliżenie się nigdy nie mogło być całkowite, nie sięgało do
osobistego rezerwatu.
I teraz nagle spotkał człowieka. Spędził z nim zaledwie
kilkanaście godzin, a już gotów był otworzyć przed nim wszystkie
bramy do najosobistszych, do najstaranniej strzeżonych swoich uczuć
i myśli, przeżyć i marzeń. Tak, to musiała być przyjaźń:
bezgraniczna ufność, gotowość do wszelkich poświęceń do wszelkich
ofiar...
W milczeniu ściskał rękę Marka, a Marek czytał to wszystko w
jego oczach. I jeżeli nic nie powiedział, jeżeli nie uściskał
Justyna, to tylko dlatego, że uważał za rzecz niemęską, za rzecz
niemal nieprzyzwoitą okazywanie jakichkolwiek uczuć, a już tym
bardziej czułości.
Nie pisany, nie wypowiedziany pakt jednak został zawarty, a
samo życie miało go umocnić.
Słońce już zaszło i w zagłębieniach terenu zaczęły kłaść się
długie cienie. Marek i Justyn po długich wprawkach z karabinem
maszynowym rozpoczęli systematyczne przygotowania do obrony.
Wygodnie rozmieścili amunicję, w pobliżu rozłożyli granaty ręczne,
oczyścili z piasku zamki karabinów i czekali, zajadając konserwy i
przegryzając pysznymi amerykańskimi galetami.
Tymczasem kanonada dział bolszewickich wzmogła się nagle,
ale nad nimi przestały przelatywać pociski. Cały ogień, jak
świadczyły odgłosy wybuchów, skierowany został na pozycje po
drugiej stronie mokradeł, na pozycje pod Lewochą.
- Co to znaczy? - zdziwił się Justyn.
- Trudno wiedzieć.
- Skoro walą na Lewochę, widocznie tam będą atakować, a nam
dadzą spokój.
Marek skinął głową.
- Zupełnie możliwe. Lecz możliwe również, że takie właśnie
przekonanie chcą bolszewicy wpoić naszemu dowództwu.
- Po co?
- Po to oczywiście, by dowódca odciągnął część ludzi spod
Towiat dla wzmocnienia zagrożonej Lewochy.
- Aha - zrozumiał Justyn - po prostu podstęp. Udają atak na
Lewochę, a zaatakują nas?
- Zupełnie prawdopodobne.
- A jak myślisz, Marku, czy dowódca nie da się wyprowadzić w
pole? - z obawą zapytał Justyn.
- Naucz się jednej rzeczy - poważnie powiedział kapral -
naucz się nie zastanawiać się nad tym, co robi dowódca, poco i
dlaczego. To jego sprawa. Nas to nie obchodzi. My mamy swój zakres
działania i tylko w tym zakresie możemy rozumować. Wyobraź sobie,
co by to było, gdybyśmy tu, siedząc w tej dziurze zaczęli troskać
się nad tym, czy słuszne rozkazy wydaje sztab dywizji, czy nie myli
się dowódca armii, albo wódz naczelny. Wojsko na tym właśnie
polega, iż każdy ma swoją funkcję i że jest hierarchia tych
funkcyj.
- To rozumiem - przyznał Justyn. - Ale nie wydaje mi się, by
rozpatrywanie sytuacji mogło przeszkodzić w spełnianiu swoich
obowiązków.
- Zaraz ci to wyjaśnię - uśmiechnął się Marek. - Wyobraź
sobie, że nasz dowódca zacznie zastanawiać się nad rozkazem
utrzymania tej linii za wszelką cenę. Pomyśli, że w sztabie nie
zdają sobie sprawy z niedogodności tej linii obronnej, że w dywizji
przez lekkomyślny rozkaz skazano jego pułk na wybicie do nogi, że
znacznie lepiej jest cofnąć się o dziesięć kilometrów za rzekę,
przez co wyrówna się front, a pułk zostanie ocalony. Te myśli,
jeżeli go nawet nie skłonią do złamania rozkazu, odbiorą mu wiarę w
zwierzchników, wiarę w celowość powierzonego mu zadania, osłabią
wolę zwycięstwa. A od tego zaczyna się każda klęska.
- No dobrze. Dlaczego jednak każą nam tu stać?
- Nie wiem. Mogą być różne powody. Może chodzi o to, by
zmusić nieprzyjaciela do większej koncentracji sił na tym odcinku,
może zostawiono tu nasz pułk na stracenie, gdyż to uratuje,
powiedzmy, pięć innych pułków. Może na tyłach przygotowuje się
potężna linia obronna i trzeba wroga zatrzymać bodaj kosztem
największych ofiar póki nie zostanie ukończona. Różnie być może. I
dlatego my tu, nie ogarniając całości, nie powinniśmy w ogóle
zastanawiać się nad niczym innym, jak tylko nad tym, jak najlepiej
obronić tę naszą pozycję. Mamy zadanie nie dać jej. I tu jest pole
dla naszej inicjatywy, osobistej inwencji i rozważań. A zapewniam
cię, że to i tak pole dość obszerne.
Mówili już półgłosem. Mrok gęstniał i należało zachować
maksimum ostrożności.
Domaszewicz, który miał świetny wzrok, zobaczył ich
pierwszy: na odległym o kilkaset metrów obłym wzgórzu zamajaczyły
jakieś sylwetki. Nie mógł skutecznie celować. Chodziło jednak o
ostrzeżenie okopów i dlatego dał serię. W dwie minuty później
odezwała się z lewego skrzydła druga "maszynka" i niemal
jednocześnie wysoko w górę wzbiły się dwie rakiety, oświetlając
jaskrawą bielą szeroką przestrzeń i dwie linie dość zwartej
tyraliery. Z obu flankowych gniazd i z samych okopów zaterkotały
karabiny maszynowe. Raz po raz wysoko w niebie pękały rakiety, raz
po raz w równych odstępach czasu przetaczał się ostry grzechot salw
karabinowych.
Z tyraliery odpowiedziała gęsta, bezładna palba.
Krasnoarmiejcy pokładli się i kryjąc się za nierówności gruntu,
strzelali zawzięcie. Odezwały się też ich karabiny maszynowe. Nad
głowami Domaszewicza i Kielskiego zaświstały kule. Jedna z nich
uderzywszy w krawędź leju, zasypała piaskiem oczy Justynowi, który
parę minut stracił na wydobycie go spod powiek.
Grzechotanie karabinów bolszewickich nagle ustało. Gromkie
urrraaa!... wyrzucone przez tysiąc piersi rozległo się echem.
- Idą do ataku - krzyknął Domaszewicz.
Szli rzeczywiście już nie tyralierą lecz ławą. Maszynka
Domaszewicza pracowała bez przerwy. Salwy z okopów stawały się
coraz częstsze. Trup padał gęsto. Wreszcie bolszewicy nie
wytrzymali ognia i zaczęli bezładnie cofać się.
- Dzięki Bogu - otarł spocone czoło Justyn.
- Nie bój się, zaraz wrócą - pocieszył go Marek.
Nie upłynęło i dziesięciu minut, gdy nieprzyjaciel ponowił
atak. Tym razem zdołał dotrzeć niemal pod sam pagórek. Wszakże pięć
granatów ręcznych wystarczyło, by w linii zrobić poważną wyrwę.
- Jeszcze nie tym razem, towarzysze - mruknął kapral.
I posłał za odstępującymi nową serię.
- Gdybyśmy mieli choćby byle jakie zasieki z drutu
kolczastego - powiedział po chwili - byłoby tu jak u Pana Boga za
piecem.
- Czy myślisz, że jeszcze wrócą? - z niedowierzaniem zapytał
Justyn.
- Jak amen w pacierzu.
Tak zaczęła się ta noc. Bolszewicy zrywali się co
kilkanaście minut do ataku z rosnącym uporem i z coraz większą
wściekłością. Za każdym razem zostawiając wielu poległych musieli
się cofać.
Po paru dopiero godzinach ich dowódcy zorientowali się, że
nigdy nie zdobędą okopów, póki nie zgniotą flankowych gniazd. Wtedy
dla Justyna i Marka nastało prawdziwe piekło. Na szczęście i w
okopach zrozumiano sytuację, toteż w krytycznym momencie kompania
cały ogień skierowała ku wzgórzu.
Sześć razy Domaszewicz i Kielski byli już przekonani, że nic
ich ocalić nie zdoła i sześć razy bolszewicy cofali się w ostatniej
chwili.
O świcie zdawało się, że pozycje już są zdobyte.
Krasnoarmiejcy hurmem z nieludzkim wyciem biegli na okopy.
Dziesiątkowani ogniem karabinów maszynowych i ręcznych dopadli
jednak okopów. Przez kilka minut trwała zawzięta walka na bagnety i
gdyby bolszewickie dowództwo w porę nadesłało pomoc, okop byłby
niechybnie zdobyty. Na szczęście pomoc wyruszyła za późno. Zdążyła
tylko ocalić cofające się niedobitki przed wyrżnięciem w pień.
Pomimo to bitwa nie ustała i dopiero upał w południe
przerwał walkę.
W dwie godziny później lej zaroił się od żołnierzy. Na
zmianę przysłano czternastu ludzi i jeszcze dwa karabiny maszynowe.
- Patrz no, Justyn - powiedział głośno Domaszewicz - cośmy
warci. Nas odwołują, to muszą na nasze miejsce czternastu przysłać.
Mówił to oczywiście żartem, ale dowódca pułku naprawdę ich
pracę ocenił: nazajutrz rozkaz dzienny przyniósł Domaszewiczowi
awans na plutonowego, Kielskiemu zaś na starszego szeregowca, oraz
zapowiedź przedstawienia obu do odznaczenia Krzyżem Walecznych.