3
Nie wiedzieli o niej wiele. Ani przepełniona dobrą wolą Marianna, ani Damian, staranniejszy od niej w realizacji postanowień, nie dysponowali konkretnym obrazem tamtej dziewczyny. Po pierwszym spotkaniu - tylko one dwie - Marianna uznała, że Julia nie jest może szczególnie ładna, jednak posiada niecodzienny wdzięk. Odnalazła w niej bezkompromisowość i pewien niespotykany rodzaj ochoty na szczerość. Zdaniem Marianny osoby takie jak ona zdarzały się coraz rzadziej w dobie powszechnego oportunizmu, wszechobecnej zgody na otaczający świat, jego niewygody oraz miałkość życia na nim. W tej ogarniającej coraz to młodsze roczniki epidemii Julia zdawała się być wyjątkiem. W rozmowie z Marianną, swym przyszłym bądź co bądź odnajemcą, uznała za stosowne opowiedzieć o sobie. Oświadczyła między innymi, że owszem, funkcjonuje wśród ludzi i na niedoskonałym świecie, jednak jej zgoda na to przekupiona jest jego pięknościami. Nie zaliczali się do nich ludzie. I to dla niej, przyszłego psychologa, co prawdziwie zasmuciło Mariannę. Według Julii ludzie nie kryli w sobie nic pięknego i nic dobrego. Jej zdaniem zbyt często zasługiwali co najwyżej na litość.
- A te piękności, Julio - zapytała Marianna z nadzieją, co z nimi?
- Och, mnóstwo rzeczy, na szczęście więcej ich niż ludzi: krajobrazy, zapachy, muzyka, poezja... Zwierzęta.
Julia zastanowiła się przez chwilę.
- Oraz to - dodała, choć w jej słowach zabrakło uprzedniej pewności - co się czasem między ludźmi dobrego dzieje.
Julia miała zwyczaj publicznego prezentowania swych dyskusyjnych opinii, co nie przysparzało jej popularności. Wśród studentów, którym wprawdzie imponowała inteligencją, zdobyła sobie miano "upierdliwej".
- Cóż to za słownictwo, mój drogi Damianie! - syknęła Marianna i mlasnęła językiem o podniebienie w sposób, którego nie lubił.
Wiedział, że zrobiła to specjalnie, przypominając mu, że miał już dość czasu na oswojenie się z myślą o dodatkowej mieszkance w swoim domu. Niezadowolona z czekania, chciała tylko jego ostatecznej decyzji.
- Tak właśnie mi to przedstawiono - potwierdził upartym głosem. - Ona jest inna niż pozostali studenci. - Wyrzucił z siebie ostateczny zarzut: - Na imprezach, zamiast pić, mówi wiersze. Choć jego słowa zabrzmiały beznadziejnie, pokusił się o triumfalne spojrzenie w jej oczy.
- To chyba zaleta, nie sądzisz?
Nie chcąc go peszyć, Marianna podparła się skrępowanym śmiechem.
- A dlaczego w ogóle tam dzwoniłeś?
Pokręciła głową. Co to za głupi pomysł, dzwonić do opiekuna roku... Rozłożył ręce, jakby nie miał z tym nic wspólnego.
- Czysty przypadek. I nie ja, ale on do mnie dzwonił w sprawach zawodowych i zgadaliśmy się co do tej Julii. Pewnie, spytałem go o to i owo, bo chciałbym wiedzieć, kto miałby ze mną zamieszkać. Mogłeś zapytać mnie, zaraz powiesz, ale uważałem, że wszelkie informacje ze strony rodziny nie są miarodajne.
Wiedział z góry, że uderzy go urażonym spojrzeniem i nie pomylił się.
- Mogłeś zapytać mnie - powiedziała cicho.
Była trochę zła, trochę rozbawiona, jednak zadowolona z postępu w pertraktacjach. To był dobry znak: wśród drobnych poszturchiwań temat Julii wpasował się w dotychczasowy porządek.
Zaistniała więc między nimi na dobre. Ta Julia, której Marianna postanowiła nie tylko odstąpić pokój w domu, ale także kącik własnego serca. W przeciwieństwie do Damiana, zbierała informacje o zaletach dziewczyny. Pragnęła mocniej wierzyć w jej wdzięk i elokwencję, niż w ostry język.
- Co komu szkodzi mówienie wierszy? - zapytała jeszcze raz, przekonana, że chodziło o jednorazowy incydent. - Sympatyczna ekstrawagancja. Ta dziewczyna jest niezaprzeczalnie socjalnym stworzeniem, Damianku, możesz mi wierzyć. Miała przecież stałe grono znajomych oraz, w ciągu pięciu lat studiów, dwóch chłopaków, którzy traktowali ją całkiem serio.
- Socjalna istota, bo spała z dwoma chłopakami? - zapytał Damian kpiąco. - A od kiedy to się tak nazywa?
Marianna wyłuskiwała kolejne argumenty.
- To chyba nie były poważne związki. Z obydwu nic nie wyszło, a ostatni rozpadł się kilka miesięcy przed dyplomem.
- Myślisz, że obniżyło to jej oceny? Z dyplomu czy w gronie znajomych? - zapytał kpiąco.
Marianna zignorowała zaczepkę. Propozycję stażu w stolicy Julia otrzymała bez poparcia i bez łaski, z tego prostego powodu, że była najlepsza ze wszystkich.
- A wiesz, co ja jeszcze o niej słyszałem? - Damian spróbował jeszcze raz, choć wcale nie liczył już na wyjście z honorem z tej nierównej walki. - Chodzi o obiegową opinię studentów i asystentów mających z nią zajęcia.
Marianna skrzywiła się ironicznie, przypominając tym samym, jak niewysoko ceni sobie wymienionych opiniodawców.
- Cóż takiego - mruknęła, nawet nie udając zainteresowania. - Ma wszy albo głośno chrapie podczas najbardziej interesujących wykładów?
Niepodobną sobie brutalność złagodziła jednak uśmiechem z gatunku "specjalnie dla ciebie, kochanie".
- Podobno w sprawach zawodowych ta Julia paradoksalnie nie łączy żywego człowieka z wszystkimi informacjami, które o nim posiada - wyjaśnił Damian. - Analizuje przypadki lepiej niż ktokolwiek, zna wszelkie psychofizyczne mechanizmy człowieka jako istoty, przez sen wyrecytowałaby naturę jego zaburzeń. Wie wszystko o tym, jak i dlaczego coś w człowieku nie funkcjonuje, a jednak w praktyce, gdy już ma takowego przed sobą, chciałaby od niego zażądać: teraz bądź już grzeczny, szczęśliwy i uśmiechnij się do ludzi!
- To rzeczywiście paradoks, Damianku - Marianna doprawiła to uśmiechem i wyszukaną grzecznością. - U chrześcijan to zjawisko nazywa się "kochaj i nie grzesz więcej".
I dopiero w tej chwili, niespodziewanie, poczuła ulgę. Przed samą sobą, w najtajniejszym zakątku serca, ponieważ i ona, bardziej niż wolno jej było okazać to Damianowi, obawiała się Julii. Nawet nie przypuszczał, jak ostro brzmiał jej wewnętrzny spór, naszpikowany argumentami stokroć brutalniejszymi od tych, które mogły przyjść jej do głowy. Jednak przeciwko niemu, w fechtunku dobrych i złych racji, występowała jako rzeczniczka Julii. Oficjalna kampania zaczęła przyniosić uboczne efekty: argumenty wytaczane przeciw niemu uśmierzyły jej własny niepokój.
- Czy właśnie dlatego jej bronisz? - zapytał Damian, naśladując je uprzejmy ton. - Bo wykazuje taką, jak to nazwałaś, chrześcijańską postawę?
Marianna zdziwiła się, teatralnie i kokieteryjnie:
- Ależ ja wcale jej nie bronię! - Automatycznie, przecząc, zadała sobie pytanie, czy naprawdę stała się adwokatką obcej dziewczyny. - I wcale nie muszę bronić jej przed kimkolwiek.
- Owszem, robisz to, i powiem ci dlaczego. Ponieważ widzisz w niej swoje cechy, kochanie.
Pośpiesznie umknęła do neutralnego narożnika. Rozmowa wciąż jeszcze obracała się wokół spraw względnie odległych.
- Kochanie - powtórzyła po nim, z ulgą wskakując w starą, sprawdzoną zabawę.
- Dawno to ustaliliśmy! - Nie rezygnował, jakby szkoda było mu przerwać temat.
- Ależ to ty ustaliłeś. Kochanie.
Zaśmiał się, lecz bez zadowolenia.
- A teraz poważnie - powiedział.
Założył nawet okulary, odpoczywające do tej pory wśród filiżanek i talerzy, pokazując, że zależy mu na tej powadze. Jednak Marianna nie rezygnowała z uników, jakby gra sprawiała jej przyjemność. Tańczyła przed nim jak góralka przebierająca nogami przed swoim góralem albo jak lękliwy bokser na ringu.
- Poważnie - powtórzyła, kręcąc głową.
Damian chwycił ją za obie ręce i potrząsnął:
- Dość, Marianno, dosyć. Po co chcesz mieć ją tu w domu? Tę Julię?
- Może... - Zastanowiła się. - W ramach zaplecza?
Powiedziała to dopiero po chwili milczenia, po jego oczach poznając, że domaga się szczerej odpowiedzi.
- Na momenty - dodała - w których ja zapomnę, że ludzie nie składają się z samych psychicznych nieprawidłowości?
- Tak właśnie podejrzewałem.
- Może będę mogła rozmawiać z nią o duszy? - podpowiedziała, uśmiechając się nieśmiało.
- Tylko że duszy nie ma - przypomniał.
Ostatni raz z ulgą uskoczyła do swego narożnika:
- Nie ma - powtórzyła po nim posłusznie i grzecznie jak mała dziewczynka. - Nie ma duszy, nie ma!