?
Rozdział 2
TerazPoniedziałek, 26 X
- Cieszę się, że przyjechałaś. - Nadinspektor Chris Briggs popijał kawę, siedząc na swoim ulubionym miejscu w kawiarni Lucy. Nawet w tej pozycji wyglądał na wysokiego. Jego siwiejące, brązowe włosy opadły do przodu, co nadawało mu swobodnego wyglądu. W tej chwili Gina nie czuła się tak, jakby był jej szefem, a ona panią komisarz. Byli przyjaciółmi, którzy umówili się na kawę.
Zerknęła na sztuczne pajęczyny i pająki ze słomek do drinków, które przyczepiono w oknach, by przygotować lokal na Halloween. Nowi właściciele wykonali niezłe dzieło.
- Cieszę się, że mnie zaprosiłeś. - Gina machnęła ręką do kobiety w fartuszku, która gorączkowo myła stolik zwolniony niedawno przez rodzinę.
- Zaplanowałaś już urlop? - Filiżanka, którą trzymał Briggs, wyglądała na naprawdę maleńką w jego dłoni wielkości łopaty.
- Tak. Zarezerwowałam termin w spa. Wyjeżdżam w środę i chociaż raz nie mogę się czegoś doczekać.
- Nie pomyślałbym, że jesteś osobą, która lubi się relaksować.
- Bo nią nie jestem. Córka wciąż mi powtarza, że powinnam spróbować. - Zacisnęła usta. Nieznajome ręce masujące jej plecy czy malujące jej paznokcie na różowo nie wydawały się atrakcyjną wizją, ale obiecała, że kiedyś się zdecyduje, więc gdy zobaczyła reklamę w internecie, zarezerwowała zabiegi.
- Czy Hannah jedzie z tobą? Spędzicie razem czas jak matka z córką?
- Jeszcze jej nie powiedziałam, że się wybieram. Mówię o tym tylko tobie. Jeśli mi się nie spodoba, wrócę do domu i nikt nie będzie rozczarowany. A jeżeli pojadę z nią i chociaż przez moment będę wyglądać na niezadowoloną, to nigdy mi tego nie zapomni. Chyba powinnam ją zaprosić, ale wydaje mi się, że tak jest bezpieczniej.
- Może innym razem?
Gina zrobiła przerażoną minę, jednak zaraz zachichotała.
- Zawsze potrafisz mnie rozśmieszyć.
Patrzył jej w oczy dłużej niż zwykle.
Uśmiechnęła się i założyła włosy za uszy. Choć raz się postarała i ułożyła je z dala od twarzy, by nie opadały niesfornymi falami.
- Wygląda na to, że ostatni klienci przeprowadzili tu małą wojnę na jedzenie.
Pod wysokim krzesełkiem leżało coś, co wyglądało jak kawałek kanapki z tuńczykiem, na blacie znajdowały się porozrzucane frytki i zmoczone gorącą czekoladą serwetki. Właścicielka kawiarni uniosła głowę; nie zdawała sobie sprawy, że usmarowała czoło brązowym płynem.
- Niebawem do państwa przyjdę. - Odgarnęła ciemne, kręcone włosy.
Gina się uśmiechnęła.
- W porządku, mogę poczekać.
- Kłamczucha. - Briggs znał ją aż za dobrze, lepiej niż ktokolwiek inny na posterunku. - Widzę, jak wielką masz ochotę na porządną kawę, a nie tę lurę z automatu czy tanią rozpuszczalną na komisariacie.
Uniosła ręce, przewracając oczami i przygryzając dolną wargę.
- Masz mnie. - Rozejrzała się po lokalu, zauważyła Cyrila i June, starszą parę, która chyba tu mieszkała.
June zawsze robiła na drutach jakiś szalik, a Cyril rozwiązywał krzyżówkę. Siedząca w kącie kobieta patrzyła przez duże okulary. Zawsze była tu sama i zawsze czytała - tym razem miała ze sobą "Zbrodnię i karę". Obserwowała ludzi, a Gina mogła się z nią porównać. Zastanawiała się nawet, co mogła pomyśleć o niej i o Briggsie. Przyjaciele pijący razem kawę, czy byli kochankowie starający się ukryć swoje uczucia? Z lokalu wyszła kobieta w ciężkich, czarnych butach i koloratce. Gina obserwowała ją, gdy z kawą na wynos biegła w kierunku kościoła. Zaraz jednak ponownie zerknęła na June, podczas gdy ta szeptała coś do męża, patrząc na nią. Komisarz zmarszczyła brwi i odwróciła wzrok.
- Kawy? - Lucy wytarła pot z czoła, odstawiła miotłę pod okno i westchnęła. - Przypuszczam, że to, co zwykle... - Zamknęła oczy, kilka razy pstryknęła palcami i wskazała na Harte. - Przygotowuję wiele napoi, ale dla pani będzie americano z odtłuszczonym mlekiem.
- Zgadza się, dziękuję. - Gina się uśmiechnęła, gdy kelnerka zapisała to w staromodnym notesie.
- Bill! - krzyknęła przez pomieszczenie do lekko zgarbionego mężczyzny z bujną, siwą czupryną. - Americano z odtłuszczonym. - Wskazała na Ginę. Mężczyzna odwrócił się plecami, przystępując do pracy. - Bill to mój tata, a wy to? Nie znoszę na was wskazywać, bo nie znam waszych imion. Jak się nazywacie?
- Gina i Chris - rzuciła Harte i odchrząknęła. Rzadko go tak komuś przedstawiała, więc poczuła ciepło w piersi, gdy wypowiedziała jego imię. Przecież spotykali się platonicznie, wychodzili jedynie na kawę. Stało się to ich zwyczajem, a przy okazji dyskutowali o życiu, nowych wieściach ze świata, a także o śledztwach, nad którymi główkowali.
Kelnerka pokazała plakietkę z imieniem.
- Ja jestem Lucy. - Obróciła się do lady. - Americano dla Giny, tylko żwawo, Bill.
Mężczyzna patrzył na nią dłużej, niż było to konieczne. Gina uśmiechnęła się do niego i odwróciła wzrok. Kiedy ponownie zerknęła w tę stronę, przygotowywał już jej napój. Lucy podeszła do lady, stukając balerinami o płytki podłogowe.
- Bardzo proszę. - Bill puścił do niej oko i podał jej filiżankę.
- Dzięki. - Lucy wzięła kawę od ojca. Uśmiechnął się do niej, a następnie zajął się obniżaniem ceny kanapek, które nie sprzedały się w porze lunchu. - Americano. Mam dla was otwarty rachunek. Dajcie znać, gdybyście chcieli zapłacić. - Zostawiła kopię zamówienia na ich stoliku wraz z kilkoma zapakowanymi czekoladkami. - Nowe smaki. Pomyślałam, że zechcecie skosztować.
- Dziękujemy. Jak najbardziej. - Briggs wyciągnął rękę, a jego włosy opadły mu do przodu, zasłaniając czoło.
Gina zauważyła, że miał na sobie koszulę, którą mu kupiła, gdy byli w poważnym, aczkolwiek sekretnym związku.
- Co porabiałeś do tej pory?
- Dziś? Nic. Obejrzałem pierwszy sezon "Stranger Things" na Netflixie i wyprowadziłem psa, to wszystko. Och, i przygotowałem chilli, w samochodzie mam dla ciebie pudełko. Wiem, że nie gotujesz. Jak było dziś w pracy?
Gina rozsiadła się w obrotowym różowym fotelu, rozkoszując się ciepłem żarówek edisonek i dziwacznym sznurem lampek powyżej. Tutejsze meble były kolorowe i wygodne, wykonano je z odzyskanego metalu i drewna.
- Jak ci pewnie wiadomo, wnieśliśmy oskarżenie w sprawie napaści na Hanger Road. W sumie to był dobry dzień, niezbyt pracowity. - Rozpakowała jedną z czekoladek i włożyła ją sobie do ust.
- Tak, wiem. Zdajesz sobie pewnie sprawę, że nawet w czasie wolnym nie mogę porzucić maili. Nie wierzę, że podczas tego ataku tak wiele osób stało z założonymi rękami i nic nie zrobiło. Zwykle jakaś dobra dusza dzwoni na policję, nim sprawy wymkną się spod kontroli.
Gina przytaknęła.
- Wydaje się, że dzisiejsza młodzież tylko chodzi po okolicy i nagrywa. Jak ci wiadomo, mamy kilka filmików, a zadzwoniono po pomoc dopiero po dwunastu minutach. Mamy sporo materiału dowodowego, a ten biedak złamaną żuchwę. Według mnie można było tego uniknąć.
- Chyba ludzie czasami boją się wkroczyć, bo nie chcą oberwać. To jednak nie tłumaczy, dlaczego nie powiadomili policji. - Briggs uśmiechnął się do właścicielki lokalu. - Czy mogę prosić o dolewkę?
Stojąca po drugiej stronie pomieszczenia Lucy pokiwała głową, zaraz jednak wróciła do podziwiania dzierganego przez June szalika.
Gina bębniła palcem o blat.
- Wiem, że ludzie nie chcą mieć kłopotów, i normalnie bym się z tobą zgodziła, ale słyszałam komentarze na nagraniach. Oni kibicowali, jakby to odbywało się w telewizji. Zachowywali się tak, jakby byli zupełnie oderwani od tego, co się przed nimi działo. Dziwne. Miałam mdłości, gdy obejrzałam cały ten materiał i zdałam sobie sprawę, w jakim kierunku zmierzamy.
- Chyba dobrze, że sprawa została zamknięta.
- Tym razem. - Gina wyjrzała przez pokryte sztucznymi pajęczynami okno na kościół, który od dwustu lat znajdował się na końcu High Street w Cleevesford. Mieszczący się na froncie budynku wielki krzyż został podświetlony. Na przystanku na Perspex stało kilka młodych osób.
Lucy podeszła do Briggsa, postawiła na stoliku dużą kawę z mlekiem i zostawiła też kopię zamówienia.
- Dodatkowy zastrzyk kofeiny według polecenia.
- Dziękuję. - Spojrzał na przejeżdżające samochody. - To z pewnością stary, dobry świat, a my spotykamy najciekawszych z ludzi.
- No jasne.
Briggs upił kawę, a Gina się wzdrygnęła, gdy ktoś trzasnął drzwiami. W lokalu powiał wiatr, przynosząc ze sobą suche liście.
Mężczyzna w długim, granatowym płaszczu stanął przy ladzie, ciągnąc za nitkę przy jednym ze swoich mankietów.
- Dużą czarną kawę i jedną z tych przecenionych kanapek z kurczakiem na wynos. - Przyjrzał się wszystkim w kawiarni, nim uderzył pięścią w kontuar. - Czy ktoś tu obsługuje?
Lucy pospiesznie wróciła za ladę.
- Och, przepraszam. Bill musi być na zapleczu. Ma pan szczęście, jedzenie właśnie zostało przecenione. To będzie trzy funty i siedemdziesiąt pensów.
- Cham czy co? - Gina pokręciła głową, ale nadal się przysłuchiwała i obserwowała mężczyznę w odbiciu w szybie. Drgnęły jej nozdrza, gdy dotarł do niej zapach starego potu i dymu, kiedy mężczyzna wiercił się przy kasie.
Poczuła, że spięły się jej mięśnie. Może potrzebowała relaksu w spa bardziej, niż jej się wydawało.
Klient zaczął grzebać w kieszeniach, wyjął drobne, klucze i zmięte chusteczki, po czym wszystko położył na ladzie. Naciągnął czarną, dzianinową czapkę głębiej na czoło i zaczął liczyć pieniądze, jednak irytowała go nitka wełny ciągnąca się z rękawiczek bez palców.
- Drogo. Jakim cudem liczycie aż tyle za kawę i kanapkę? Mówiła pani, że została przeceniona. Jeśli ma się zepsuć, powinniście oddać za darmo.
Gina obróciła głowę, by lepiej mu się przyjrzeć.
- Przepraszamy, mamy koszty. Musimy pobierać opłaty. - Lucy zaczęła nieznacznie drżeć.
- Dobra. - Pochylił się i przeczytał imię z jej plakietki: - Lucy, urocza Lucy. - Wpatrywał się w nią przez chwilę, a potem się uśmiechnął. - Zapomnij o kanapce i zrób mi kawę na wynos. I tak twoje jedzenie nie wygląda najlepiej. - Pokręcił głową. - Idź, na co czekasz? - Milczał, ale zaraz zaszydził: - Co się na mnie gapisz? Masz ochotę na odrobinę brutalności? Mógłbym pokazać ci dobrą zabawę. - Wyciągnął rękę, jakby chciał jej dotknąć.
- Dobra, jestem. - Wrócił Bill. Lucy przełknęła ślinę i skinęła ojcu głową, a on zajął się przygotowaniem napoju. Kobieta zgarnęła drobne z kasy i zaczęła liczyć.
- Bu! - Mężczyzna parsknął śmiechem, gdy się wzdrygnęła. - Szybciej z tą kawą, koleś. Co ci tak długo zajmuje? - Uderzył pięścią w blat aż trzy razy, przez co zagrzechotała stojąca na niej puszka na napiwki.
Gina wstała, ale Briggs położył rękę na jej dłoni.
- Wszystko w porządku?
Zabrała rękę.
- Tak. Pokażę tylko temu kretynowi, że nie może w taki sposób odnosić się do innych.
Briggs przytaknął, a w tej samej chwili Bill postawił kawę na ladzie.
- Ej, nie powinieneś tak do niej mówić. Przeproś Lucy.
- A kto tak twierdzi?
Gina podeszła spokojnie kilka kroków.
- Komisarz Harte. Nie pozwolę, żebyś znieważał tych porządnych ludzi.
Beknął, a z jego ust dobył się smród piwa.
- Och, wielka, zła policjantka. No dalej, aresztuj mnie za to, że zamawiam kawę! - Uśmiechnął się szeroko. Wziął kubek. - Dziękuję. - Wrócił spojrzeniem do Giny. - Lepiej? - Obrócił się w wytartych, zabłoconych butach i wyszedł z lokalu, a wiatr znów nawiał do środka suchych liści.
Gina wróciła na miejsce i przez szybę obserwowała, jak odchodzi ulicą. Zatrzymała wzrok na czymś, co zajęło ją bardziej.
- Szlag. Ta kawa będzie musiała poczekać. - Wzięła kluczyki, czekoladkę, kartkę z zamówieniem i wsadziła to wszystko do kieszeni płaszcza. Zostawiła banknot dziesięciofuntowy. Briggs rzucił na niego kilka drobniaków.
- Dziękuję! - zawołała Lucy, gdy w pośpiechu wychodzili.
Gina uniosła rękę i skierowała się w stronę widocznego zamieszania. Wieczór dopiero się zaczynał.