Ice obsession - Sylvia Noire

-
Proszę czekać

PROLOG

Rok.

Mi­nął do­kład­nie rok od nocy, któ­ra roz­bi­ła mój świat na ka­wa­łki, a mimo to wszyst­ko wci­ąż wra­ca do mnie z tą samą bru­tal­ną wy­ra­zi­sto­ścią. Za­pach al­ko­ho­lu, dźwi­ęk śmie­chu od­bi­ja­jący się od mar­mu­ro­wych ścian re­zy­den­cji jed­ne­go z za­wod­ni­ków, mi­go­czące świa­tła i mu­zy­ka, któ­ra mia­ła być ce­le­bra­cją zwy­ci­ęstwa. Im­pre­za po wy­gra­nym me­czu. Nasz triumf. A jej ko­niec.

Lily.

Była tam. Pa­mi­ętam jej uśmiech, kie­dy po­wie­dzia­ła, że idzie za­czerp­nąć świe­że­go po­wie­trza. Pa­mi­ętam, jak po­pra­wia­ła su­kien­kę, jak rzu­ci­ła mi spoj­rze­nie pe­łne cze­goś, cze­go wte­dy nie po­tra­fi­łem na­zwać. Może to była pro­śba, może za­po­wie­dź po­że­gna­nia. Nie po­sze­dłem za nią. Zo­sta­łem. Śmia­łem się. Pi­łem. Uda­wa­łem, że cały świat ist­nie­je tyl­ko tu i te­raz.

Zna­le­źli ją go­dzi­nę pó­źniej.

Mar­twą.

A po­tem wszyst­ko po­to­czy­ło się tak, jak za­wsze w na­szym świe­cie - szyb­ko, ale zbyt ci­cho i per­fek­cyj­nie. Po­li­cja, pry­wat­ni praw­ni­cy, roz­mo­wy za za­mkni­ęty­mi drzwia­mi i mi­lio­no­we na­zwi­ska, któ­re mia­ły za­dbać, by praw­da ni­g­dy nie wy­do­sta­ła się na po­wierzch­nię. Eli­tar­na szko­ła nie mo­gła po­zwo­lić so­bie na skan­dal. Ro­dzi­ce za wszel­ką cenę chro­ni­li swój nie­ska­zi­tel­ny wi­ze­ru­nek. A my - zło­ta mło­dzież - mie­li­śmy po­zo­stać nie­tkni­ęci.

Spra­wa zo­sta­ła za­mie­cio­na pod dy­wan szyb­ciej, niż do­ta­rło do mnie tak na­praw­dę, że Lily już nie od­dy­cha.

Ofi­cjal­nie był to nie­szczęśli­wy wy­pa­dek. Nie­ofi­cjal­nie - te­mat tabu. Imię, któ­re­go nie wy­po­wia­da­ło się na głos. Hi­sto­ria, któ­rej nie było.

A ja? Zo­sta­łem z ci­szą, któ­ra na­gle sta­ła się nie do znie­sie­nia.

Sie­dzę te­raz w swo­im po­ko­ju, w ide­al­nie upo­rząd­ko­wa­nej prze­strze­ni, przy­po­mi­na­jącej ra­czej wy­sta­wo­wy apar­ta­ment, a nie miej­sce, w któ­rym żyje czło­wiek. Świa­tło noc­nej lamp­ki rzu­ca zim­ne cie­nie na ścia­ny, a ja za­ci­skam pal­ce na kra­wędzi łó­żka, pró­bu­jąc od­rzu­cić wspo­mnie­nia. Nie ana­li­zo­wać tego już wi­ęcej.

Ale to nie­mo­żli­we.

Jej twarz wci­ąż wra­ca do mnie no­ca­mi. Jej głos. Do­tyk dło­ni na moim kar­ku. I py­ta­nie, któ­re ni­g­dy nie daje mi spo­ko­ju.

Dla­cze­go?

Dla­cze­go ona? Dla­cze­go tej nocy? Dla­cze­go nikt nie chciał po­znać praw­dy?

To wła­śnie wte­dy coś we mnie pękło. Mo­ment, w któ­rym prze­sta­łem wie­rzyć w lu­dzi, w uczu­cia, w cie­pło. Zo­stał tyl­ko chłód. Kon­tro­la. Zim­na pre­cy­zja. Lód, któ­ry za­mro­ził wszyst­ko, co kie­dyś było mi­ęk­kie i żywe.

Od tam­tej pory nie po­zwa­lam ni­ko­mu się zbli­żyć. Utrzy­mu­ję dy­stans. Bu­du­ję mur. A jed­nak pod tą lo­do­wą po­wierzch­nią wci­ąż pul­su­je gniew. I żal. I ob­se­syj­na po­trze­ba po­zna­nia praw­dy.

W świe­cie, w któ­rym Lily zo­sta­ła wy­ma­za­na jak nie­wy­god­ny błąd, po­ja­wi­ła się Kim. Była jak nie­chcia­na praw­da.

Jak iskra pod lo­dem.

A lód za­wsze pęka naj­gło­śniej wte­dy, gdy wy­da­je się naj­tward­szy.

ROZDZIAŁ 1

UPADEK

SI­MONZ LODU I KO­ŚCI

Vier­mont. Miej­sce, w któ­rym szyb­ciej uczy­my się gry na lo­dzie niż czy­ta­nia mi­ędzy wier­sza­mi. Gdzie ka­żdy upa­dek czło­wie­ka sprze­da­je się go­rzej niż zła­ma­ne ły­żwy. Dziś o ka­pi­ta­nie, któ­re­go ide­al­na po­zy­cja na ta­fli była rów­nie bez­względ­na, co per­fek­cyj­na fry­zu­ra po po­ran­nym tre­nin­gu. Mo­żna go po­dzi­wiać - i mo­żna się go bać. Dla jed­nych sym­bol, dla in­nych - za­sa­da. A za­sa­dy są wy­god­ne, do­pó­ki nie za­czy­na­ją bo­leć. Py­ta­nie pro­ste - ile kosz­tu­je per­fek­cja? Kto de­cy­du­je, któ­re rysy są war­te za­kry­cia? W Vier­mont ła­twiej jest za­mie­ść kru­cho­ść pod dy­wan, niż przy­znać, że ktoś zo­stał zra­nio­ny. Wte­dy pa­ku­je­my jed­no­ra­zo­we uśmie­chy i idzie­my da­lej. Nie­któ­re śla­dy zni­ka­ją szyb­ko - ale nie zni­ka­ją ca­łko­wi­cie.Zwłasz­cza te, któ­re po­zo­sta­wi­ła noc, o któ­rej ofi­cjal­nie nikt już nie mówi.Noc­tur­ne

Zgnio­tłem ga­zet­kę w dło­ni, nim do­ta­rłem do ko­ńca tek­stu. Pa­pier za­pisz­czał pod mo­imi pal­ca­mi, a ja po­czu­łem zna­jo­me na­pi­ęcie w kar­ku - to samo, któ­re na­wie­dza­ło mnie za­wsze, gdy ktoś pró­bo­wał pod­wa­żyć zaj­mo­wa­ną prze­ze mnie po­zy­cję. Moje na­zwi­sko nie pa­dło ani razu, a mimo to ka­żdy, kto czy­tał ten fe­lie­ton, wie­dział do­kład­nie, o kim mowa.

O mnie. O ka­pi­ta­nie. O Si­mo­nie Vey­ra. O ide­al­nym chłop­cu Vier­mont.

I o Lily.

To jed­no zda­nie, niby nie­win­ne, niby alu­zyj­ne, a jed­nak ostre jak ostrze ły­żwy: "noc, o któ­rej ofi­cjal­nie nikt już nie mówi". Ser­ce ude­rzy­ło mi moc­niej, wy­trąca­jąc mnie na mo­ment z rów­no­wa­gi. Przez uła­mek se­kun­dy lo­do­wa­ta kon­tro­la, z któ­rej by­łem zna­ny, pękła. Ktoś wła­śnie si­ęgnął po coś, co po­win­no na za­wsze po­zo­stać po­grze­ba­ne.

- To ja­kiś żart - mruk­nąłem, uno­sząc wzrok znad pa­pie­ru.

Sze­dłem ko­ry­ta­rzem, a echo mo­ich kro­ków od­bi­ja­ło się od zim­nych ścian aka­de­mii. Czu­łem na so­bie spoj­rze­nia. Plot­ki ro­dzi­ły się szyb­ciej niż lód na nie­przy­go­to­wa­nej ta­fli. W Vier­mont jed­no sło­wo po­tra­fi­ło znisz­czyć re­pu­ta­cję, na któ­rą pra­co­wa­ło się la­ta­mi. A Noc­tur­ne wła­śnie rzu­ci­ła ręka­wi­cę. Bo by­łem nie­mal pe­wien, że to była ona. Nie twarz, nie głos - styl. Pre­cy­zyj­ny, in­te­li­gent­ny i uwa­żny. Ktoś, kto znał dru­ży­nę od środ­ka, ale stał na wy­star­cza­jąco bez­piecz­nym dy­stan­sie, by wi­dzieć wi­ęcej. I na­gle to imię po­ja­wi­ło się w mo­jej gło­wie - jak nie­chcia­na myśl, któ­rej nie dało się już wy­przeć.

Kim.

Była dziew­czy­na Ja­re­da. Zbyt bły­sko­tli­wa jak na zwy­kłą re­dak­tor­kę szkol­nej ga­zet­ki. Wy­jąt­ko­wo prze­ni­kli­wa w spoj­rze­niu. Za­wsze gdzieś obok - na try­bu­nach, na ko­ry­ta­rzu, z no­te­sem albo te­le­fo­nem, nie­ustan­nie ana­li­zu­jąca wszyst­ko wo­kół. A przede wszyst­kim: zbyt bli­sko mnie, od­kąd Lily uma­rła.

Do­strze­głem ją przy au­to­ma­cie z kawą. Opie­ra­ła się nie­dba­le o ścia­nę, roz­ma­wia­jąc z kimś z re­dak­cji, a jej śmiech był za­ska­ku­jąco ja­sny jak na miej­sce, któ­re od­dy­cha­ło chło­dem i am­bi­cją. Gdy na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły, nie od­wró­ci­ła wzro­ku. Prze­ciw­nie - le­d­wie za­uwa­żal­nie unio­sła brew, jak­by do­strze­ga­ła rze­czy, któ­re po­win­ny po­zo­stać ukry­te.

Pew­na sie­bie i spo­koj­na.

A przy tym... wy­ra­źnie za­in­te­re­so­wa­na.

Nie po­wie­dzia­łem nic. Tyl­ko ob­ser­wo­wa­łem. Z no­to­rycz­ną pre­cy­zją, jaką za­cho­wy­wa­łem na lo­dzie. Ka­żdy jej gest i drgni­ęcie pal­ców. Ka­żdy uśmiech pod­szy­ty czy­mś, cze­go nie po­tra­fi­łem jesz­cze na­zwać.

Może to nie była ona, ale je­śli była - wła­śnie roz­po­częła grę, któ­rej za­sad nie za­mie­rza­łem re­spek­to­wać. A ja ni­g­dy nie prze­gry­wa­łem.

Kie­dy mi­ja­łem ją na ko­ry­ta­rzu, po­czu­łem sub­tel­ny za­pach jej per­fum - cie­pły, nie­pa­su­jący do zim­ne­go świa­ta Vier­mont. Za­trzy­ma­łem się tyl­ko na mo­ment.

- Ra­dzi­łbym uwa­żać na to, co się pi­sze - oznaj­mi­łem chłod­no - Nie­któ­re hi­sto­rie po­tra­fią wró­cić i ko­goś zmia­żdżyć.

Jej uśmiech nie zga­sł.

- A nie­któ­re w ko­ńcu za­słu­gu­ją, by zo­stać opo­wie­dzia­ne - od­pa­rła mi­ęk­ko, z nutą sar­ka­zmu. Czy­żby do­kład­nie wie­dzia­ła, gdzie ude­rzyć?

Zro­zu­mia­łem jed­no. Co­kol­wiek ro­bi­ła czy ukry­wa­ła. Kim­kol­wiek była. Od tej chwi­li nie za­mie­rza­łem spusz­czać z niej wzro­ku.

Mi­nąłem ją bez sło­wa, ale czu­łem jej spoj­rze­nie na ple­cach jesz­cze dłu­go po tym, jak skręci­łem w stro­nę hali. Nie mu­sia­łem się od­wra­cać, by wie­dzieć, że pew­nie po­sła­ła za mną tę swo­ją iry­tu­jąco spo­koj­ną minę - ta cała sy­tu­acja była pew­nie je­dy­nie drob­ną sce­ną w jej pry­wat­nym przed­sta­wie­niu.

Kim mia­ła w so­bie coś dra­żni­ąco lek­kie­go. Wy­gląda­ło na to, że Vier­mont jest dla niej tyl­ko plan­szą do gry, a nie po­lem mi­no­wym, po któ­rym wszy­scy ostro­żnie sta­wia­li kro­ki.

Ja nie mia­łem ta­kie­go luk­su­su.

***

Lo­do­wi­sko przy­wi­ta­ło mnie lo­do­wa­tym po­wie­trzem i cha­rak­te­ry­stycz­nym za­pa­chem gumy, potu oraz che­mii do kon­ser­wa­cji ta­fli. Ten aro­mat był moim je­dy­nym sta­łym punk­tem. Je­dy­ną pew­no­ścią w świe­cie, któ­ry prze­stał mieć sens. Sze­dłem do szat­ni, ostrza ły­żew ude­rza­ły o be­ton w ryt­micz­nym, zna­jo­mym tem­pie, a echo roz­mów od­bi­ja­ło się od wy­so­kie­go su­fi­tu ni­czym stłu­mio­ny po­mruk bu­rzy.

Za­ci­ągnąłem moc­niej ta­śmę wo­kół dło­ni, te­stu­jąc chwyt kija. Drew­no było zim­ne, ale pew­ne - zu­pe­łne prze­ci­wie­ństwo cha­osu, któ­ry za­czy­nał wdzie­rać się w moje ży­cie poza lo­dem. Szat­nia tęt­ni­ła ener­gią przed­tre­nin­go­wą - prze­kle­ństwa, śmiech, głu­che ude­rze­nia sprzętu o me­ta­lo­we ław­ki. Ka­ski, ochra­nia­cze, blu­zy dru­ży­no­we po­rzu­co­ne byle jak. Nor­mal­no­ść. Gdy­by nie je­den pie­przo­ny fe­lie­ton.

- Wi­dzie­li­ście tę ga­zet­kę? - rzu­cił ktoś z ko­ńca po­miesz­cze­nia. - Noc­tur­ne nie­źle po­le­cia­ła.

Zi­gno­ro­wa­łem to i za­jąłem swo­je miej­sce. Wte­dy go zo­ba­czy­łem.

Ja­red sie­dział kil­ka sza­fek da­lej i wła­śnie za­pi­nał ochra­nia­cze na ko­la­nach. Dla nie­go wszyst­ko było w ide­al­nym po­rząd­ku. Nic nie pękło, a Kim nie była pro­ble­mem, któ­ry mógł roz­sa­dzić spo­kój dru­ży­ny od środ­ka.

Wsta­łem po­wo­li i pod­sze­dłem do nie­go, nie spusz­cza­jąc z nie­go wzro­ku.

- Po­ga­da­my? - po­wie­dzia­łem ni­sko.

Unió­sł gło­wę. W jego oczach nie było już daw­nej ko­le­że­ńsko­ści. Była tam su­ro­wa, lep­ka ry­wa­li­za­cja. Taka, któ­ra tyl­ko cze­ka­ła, żeby eks­plo­do­wać.

- O czym? - prych­nął.

- O tym, że masz trzy­mać swo­ją byłą na krót­kiej smy­czy - wark­nąłem. - Nie chcę wi­ęcej wi­dzieć po­dob­nych gó­wien w tej śmiesz­nej ga­zet­ce, na któ­rą dy­rek­tor­ka Ra­ven­co­urt po­zwa­la tyl­ko po to, żeby uda­wać po­stępo­wą.

Kil­ka głów unio­sło się na­tych­miast.

Ja­red wstał po­wo­li, de­mon­stra­cyj­nie.

- Nie je­ste­śmy już ra­zem. Nie za­uwa­ży­łeś, Si­mon? A poza tym, Kim na pew­no nie jest ni­czy­ją wła­sno­ścią - wy­ja­śnił chłod­no. - Może w two­im lo­do­wym kró­le­stwie tak to dzia­ła, ale nie wszy­scy liżą ci dupę tyl­ko dla­te­go, że masz li­ter­kę K na ko­szul­ce.

Po­czu­łem, jak coś we mnie pękło.

- Pil­nuj tego, co tra­fia do jej fe­lie­to­nów, albo prze­sta­niesz tu pa­so­wać - od­pa­rłem jesz­cze bar­dziej lo­do­wa­to. - I nie mó­wię o ży­ciu to­wa­rzy­skim.

Jego szczęka na­pi­ęła się mo­men­tal­nie.

- Może bo­isz się, że ktoś w ko­ńcu za­cznie pi­sać o to­bie? - rzu­cił. - Bo wiesz... ka­pi­tan z kru­chą prze­szło­ścią tra­ci blask szyb­ciej niż ostrze bez re­gu­lar­nych szli­fów.

Zro­bi­łem krok bli­żej.

- Po­wiedz to jesz­cze raz.

- Albo co? - Uśmiech­nął się kpi­ąco. - Przy­po­mnisz mi, że to ty wy­bra­łeś Lily za­miast...

Nie do­ko­ńczył.

Pi­ęść sama po­le­cia­ła.

Ude­rzy­łem go moc­no w szczękę. Od­po­wie­dział na­tych­miast - pchni­ęciem, szarp­ni­ęciem za ko­łnierz blu­zy, prze­kle­ństwem, któ­re wstrząsnęło całą szat­nią. Ktoś prze­wró­cił ław­kę. Kask ude­rzył o podło­gę z głu­chym trza­skiem.

- Si­mon, kur­wa, uspo­kój się! - wy­da­rł się ktoś. - Roz­dziel­cie ich!

Kil­ka sil­nych rąk od­ci­ągnęło mnie do tyłu, ale Ja­red też się wy­ry­wał. Oczy miał roz­pa­lo­ne jak przed de­cy­du­jącą ter­cją.

- Mam się bać two­je­go ty­tu­łu? - krzyk­nął. - Ka­żdy wie, że tyl­ko cze­kasz, aż ktoś cię zrzu­ci z pie­de­sta­łu!

Od­dy­cha­łem ci­ężko. Mi­ęśnie pa­li­ły, a w gło­wie pul­so­wa­ła czy­sta, zwie­rzęca wście­kło­ść.

- Spró­buj - syk­nąłem. - Zo­ba­czy­my, czy wy­trzy­masz pre­sję cho­ćby jed­ne­go me­czu na moim miej­scu.

Za­pa­dła ci­sza. Gęsta i ci­ężka. Za­po­wia­da­jąca woj­nę.

Tre­ner wsze­dł do­kład­nie w tym mo­men­cie i zmie­rzył nas zde­cy­do­wa­nym wzro­kiem.

- Na lód. Te­raz - rzu­cił krót­ko. - A pry­wat­ne dra­ma­ty zo­staw­cie na pie­przo­ne wie­czo­ry te­ra­peu­tycz­ne.

Za­pi­ąłem kask i wy­sze­dłem pierw­szy.

Gdy moje ostrze prze­ci­ęło ta­flę, po­czu­łem zna­jo­me na­pi­ęcie. Lód re­ago­wał na­tych­miast, bez za­wa­ha­nia. Krążek su­nął pod ki­jem ide­al­nie, ka­żdy zwód był in­stynk­tem, ka­żde przy­spie­sze­nie przy­po­mi­na­ło mi, kim by­łem.

Ka­pi­ta­nem.

Stra­te­giem.

Li­de­rem.

Ale na­wet tu, mi­ędzy nie­bie­ski­mi li­nia­mi i czer­wo­nym punk­tem wzno­wień, do­strze­głem ją. Na try­bu­nach. Z no­tat­ni­kiem w dło­ni. Sku­pio­ną. Czuj­ną. Za­miast pa­trzeć na krążek, po raz pierw­szy od daw­na po­czu­łem, że ktoś pró­bu­je ode­brać mi kon­tro­lę nie tyl­ko nad dru­ży­ną, ale nad ca­łym moim ży­ciem.

Krążek śmi­gał pod moim ki­jem, choć moje ru­chy były spó­źnio­ne i nie­do­kład­ne. Ostrza śli­zga­ły się nie­pew­nie, a ta­fla zda­wa­ła się kpić ze mnie na ka­żdym kro­ku. My­śli kłębi­ły się w mo­jej gło­wie, upar­cie wra­ca­jąc do Noc­tur­ne, fe­lie­to­nu, Kim oraz Lily.

Za­miast pre­cy­zyj­nych po­dań tra­fia­łem w pust­kę. Moje strza­ły mia­ły zmu­szać bram­ka­rza do ka­pi­tu­la­cji, ale krążek ucie­kał mi spod kon­tro­lo­wa­ne­go ude­rze­nia. Ka­żdy ruch był cha­otycz­ny, nie­pa­su­jący do mo­je­go zwy­kłe­go ryt­mu.

- Si­mon! - krzyk­nął ktoś zza mo­ich ple­ców. - Wi­dzia­łeś w ogó­le, do­kąd idzie ten krążek?!

- Ka­pi­ta­nie, ogar­nij się! - do­rzu­cił Max. - Nie mo­że­my cały czas ra­to­wać two­jej dupy!

Ich fru­stra­cja wkra­da­ła się w moje my­śli, a ja czu­łem tyl­ko wi­ęk­szą pre­sję. Ni­g­dy wcze­śniej nie po­zwo­li­łem, by coś tak mnie roz­pro­szy­ło. A te­raz? Spó­źnio­ne ru­chy, spu­dło­wa­ne po­da­nia... Dru­ży­na pa­trzy­ła na mnie z ro­snącym zde­ner­wo­wa­niem.

- Si­mon, stój! - ryk­nął tre­ner, gwizd­kiem prze­ry­wa­jąc ak­cję. - Dość!

Za­trzy­ma­łem się gwa­łtow­nie, ła­pi­ąc od­dech. Dru­ży­na sta­ła w mil­cze­niu, nie­któ­rzy prze­wra­ca­li ocza­mi, inni kręci­li gło­wa­mi z nie­do­wie­rza­niem.

- Ga­bi­net. Te­raz. - Tre­ner wska­zał dło­nią. - Nie pró­buj mi tłu­ma­czyć, że to wina lodu.

Zrzu­ci­łem kask, pa­trząc na ko­le­gów z dru­ży­ny. Wi­dzia­łem ich fru­stra­cję, iry­ta­cję, a może i strach - bo je­śli nie uda mi się opa­no­wać sie­bie, ktoś może za­pła­cić za moje błędy.

Kie­dy wsze­dłem do ga­bi­ne­tu tre­ne­ra, drzwi za­trza­snęły się za mną z ta­kim hu­kiem, że echo wy­da­wa­ło się do­no­śniej­sze niż ka­żde ude­rze­nie krążka.

- Co się dzie­je z tobą, Si­mon? - za­py­tał tre­ner, wska­zu­jąc krze­sło. - Ni­g­dy nie wi­dzia­łem cię tak roz­ko­ja­rzo­ne­go. Na­wet w naj­gor­szych me­czach nie tra­ci­łeś kon­tro­li nad dru­ży­ną.

Opa­rłem się o blat, pró­bu­jąc ze­brać my­śli, ale im bar­dziej pró­bo­wa­łem, tym bar­dziej wra­ca­ły ob­ra­zy Kim, jej spoj­rze­nia, fe­lie­ton.

- Mu­sisz mi wy­tłu­ma­czyć - kon­ty­nu­ował tre­ner - bo je­śli nie ogar­niesz tego te­raz, nie tyl­ko twój tre­ning ucier­pi, ale też cała dru­ży­na. A ja nie mam za­mia­ru ci­ągle sprzątać po two­ich emo­cjach.

Czu­łem, że na­pi­ęcie w mo­jej klat­ce pier­sio­wej ro­śnie. Wie­dzia­łem, że musi się coś zmie­nić, że mu­szę zna­le­źć spo­sób, by ode­rwać te my­śli, za­nim za­czną mnie ca­łko­wi­cie nisz­czyć - i za­nim ktoś w dru­ży­nie zro­bi coś głu­pie­go z po­wo­du mo­jej nie­uwa­gi.

Ale jed­no było pew­ne: Kim nie po­zwo­li­ła mi się od­ci­ąć.

Usia­dłem ci­ężko na krze­śle, jesz­cze czu­jąc drże­nie w dło­niach. Tre­ner pa­trzył na mnie z mie­sza­ni­ną zdzi­wie­nia i iry­ta­cji, a ja nie mo­głem się po­wstrzy­mać od wy­my­śla­nia ko­lej­nych sce­na­riu­szy.

- Si­mon... - za­czął, ale prze­rwa­łem mu ru­chem ręki.

- Nie te­raz. Mu­szę to po­ukła­dać.

Za­mknąłem oczy i prze­su­nąłem ob­raz w gło­wie: fe­lie­ton, sar­ka­stycz­ne uwa­gi, któ­re zda­wa­ły się czy­tać ka­żdą moją myśl. Noc­tur­ne. Kim. Była zbyt in­te­li­gent­na i czuj­na, żeby nie być au­tor­ką. Kie­dyś bli­sko Lily i tak bli­sko praw­dy.

- Wiem, że my­ślisz o niej - po­wie­dział mężczy­zna, prze­ry­wa­jąc moje mil­cze­nie. - Ale to nie po­wód, żeby roz­pie­przyć cały tre­ning i do­pro­wa­dzić chło­pa­ków do sza­le­ństwa.

- Ona... nie jest zwy­kłą dziew­czy­ną z wi­dow­ni. To coś wi­ęcej. Fe­lie­ton, w któ­rym ktoś ru­sza sta­rą spra­wę... Ktoś, kto wie, jak ude­rzyć we mnie bez­po­śred­nio.

Tre­ner zmarsz­czył brwi.

- Kim? Była z Ja­re­dem, nie?

Ski­nąłem gło­wą.

- Do­kład­nie. I to, że prze­sta­ła z nim być, ni­cze­go nie zmie­nia. Ona wci­ąż jest w tej grze. W tej... ich grze w Vier­mont. I coś mi mówi, że nie po­zwo­li, że­bym co­kol­wiek kon­tro­lo­wał tak jak wcze­śniej.

- Słu­chaj... - wes­tchnął tre­ner. - Mu­sisz na­uczyć się od­dzie­lać lód od resz­ty. Od emo­cji. Od... pro­ble­mów z dziew­czy­na­mi. Nie mo­żesz po­zwo­lić, żeby ktoś z ze­wnątrz de­cy­do­wał o two­jej kon­tro­li nad dru­ży­ną.

- Wiem - przy­tak­nąłem. - Ale nie mogę po­zwo­lić, żeby ktoś... grał w grę, któ­rej re­gu­ły sam usta­lam.

Tre­ner po­ki­wał gło­wą i opa­rł się o biur­ko, pa­trząc na mnie uwa­żnie.

- To, co ro­bisz, to nie tyl­ko sport. To stra­te­gia, kon­tro­la, prze­wi­dy­wa­nie ru­chów prze­ciw­ni­ka. Jed­nak pa­mi­ętaj, że ka­żdy ruch ma kon­se­kwen­cje. Je­śli po­zwo­lisz, by Kim lub Noc­tur­ne zy­ska­ły prze­wa­gę... nie sko­ńczy się na fe­lie­to­nie.

To było ostrze­że­nie i wy­zwa­nie w jed­nym. Wie­dzia­łem, że musi tak być. Mu­szę ob­ser­wo­wać praw­do­po­dob­ną au­tor­kę wpi­su, spraw­dzać ka­żdy jej ruch i ko­men­tarz. Iro­nię i uśmiech.

I nie po­zwo­lę, żeby kto­kol­wiek ode­brał mi kon­tro­lę, na­wet ona - nad dru­ży­ną, nad ta­flą, nad sobą. Bo je­śli jest jed­na rzecz, któ­rej nie mogę stra­cić... to by­cie ka­pi­ta­nem.

***

Kam­pus po­wi­tał mnie ci­szą, któ­ra kon­tra­sto­wa­ła z ha­ła­sem hali. Ko­ry­ta­rze były pu­ste, lam­py rzu­ca­ły zim­ne świa­tło na podło­gę. Kro­ki od­bi­ja­ły się echem, a ja czu­łem, jak na­pi­ęcie z szat­ni po­wo­li we mnie krąży, nie po­zwa­la­jąc ode­tchnąć.

W po­ko­ju za­sta­łem zna­jo­my chłód i po­rządek - sprzęty, ksi­ążki, któ­re już daw­no po­wi­nie­nem po­se­gre­go­wać, no­tat­ki z tre­nin­gów. Usia­dłem na łó­żku, zrzu­ca­jąc ta­śmę z dło­ni, i si­ęgnąłem po te­le­fon, po czym wy­bra­łem zna­jo­my kon­takt.

- Hej, Max - ode­zwa­łem się, gdy tyl­ko ode­brał.

- Si­mon? - Jego głos brzmiał jak zwy­kle na lek­ko roz­ba­wio­ny, ale wy­czu­wa­łem na­pi­ęcie. - Brzmisz, jak­byś wła­śnie prze­grał wal­kę w rin­gu. Tre­ner bar­dzo ci na­ga­dał?

- Mo­żna tak po­wie­dzieć - przy­zna­łem. - Szat­nia była... cie­ka­wa. Fe­lie­ton, Kim, Ja­red. Wszyst­ko ra­zem.

Kum­pel par­sk­nął śmie­chem.

- Wiesz co? Masz pra­wo być wkur­wio­ny, ale mu­sisz od­pu­ścić. Cho­dźmy na piz­zę, cho­ciaż na chwi­lę wy­rwij­my się z tego prze­klęte­go kam­pu­su. Tro­chę nor­mal­no­ści, za­nim cała aka­de­mia zje­dzie się z po­wro­tem.

- Piz­za brzmi do­brze, tyle że nie mogę się ca­łkiem od­ci­ąć. Nie po tym, co się dzie­je.

- Wła­śnie dla­te­go idzie­my - uci­ął krót­ko. - Złap od­dech, zo­ba­czysz, że świe­że po­wie­trze i tro­chę sera zro­bią wi­ęcej niż ko­lej­ny tre­ning.

Uśmiech­nąłem się, bo Max za­wsze wie­dział, jak ude­rzyć w od­po­wied­ni punkt.

- Do­bra. Spo­tkaj­my się za go­dzi­nę przy bra­mie głów­nej.

Roz­łączy­łem się, opa­dłem na łó­żko i wle­pi­łem wzrok w su­fit. My­śli wci­ąż krąży­ły wo­kół tych sa­mych te­ma­tów, po raz pierw­szy jed­nak od wie­lu go­dzin po­czu­łem, że mogę cho­ciaż na chwi­lę wy­rwać się z tej woj­ny - i spraw­dzić, czy świat poza ta­flą i po­li­ty­ką Vier­mont wci­ąż ist­nie­je. Nie na dłu­go, to wie­dzia­łem, ale na­wet mała prze­rwa od lo­do­we­go kró­le­stwa mo­gła dać mi coś, cze­go bra­ko­wa­ło naj­bar­dziej: spo­kój.

Go­dzi­na mi­nęła szyb­ciej, niż się spo­dzie­wa­łem. Max cze­kał przy bra­mie z ręka­mi w kie­sze­niach blu­zy, uśmiech miał roz­lu­źnio­ny i pro­wo­ku­jący jed­no­cze­śnie.

- Go­to­wy na ode­rwa­nie się od świa­ta lo­do­wych ty­ra­nów? - rzu­cił na mój wi­dok.

Ski­nąłem gło­wą.

- Je­śli piz­za będzie do­bra, to je­stem w sta­nie uwie­rzyć, że świat jesz­cze ma sens.

Mia­sto przy­wi­ta­ło nas cie­płym po­wie­trzem i cha­osem nor­mal­ne­go wie­czo­ru. Świa­tła la­tar­ni od­bi­ja­ły się w mo­krym as­fal­cie, a od­gło­sy uli­cy - klak­so­ny, śmiech lu­dzi, stu­kot bu­tów - były tak inne od echa szat­ni, że na chwi­lę nie­mal za­po­mnia­łem o trzy­ma­jącym mnie na­pi­ęciu.

- Więc - za­czął Max, sztur­cha­jąc mnie lek­ko w ra­mię - jak na­praw­dę czu­jesz się po tym... dzi­siej­szym cyr­ku?

Od­chrząk­nąłem.

- Wkur­wio­ny. Roz­ko­ja­rzo­ny. I... nie mogę prze­stać my­śleć o Kim. Ten fe­lie­ton... Noc­tur­ne. Wszyst­ko w niej jest iry­tu­jąco ce­lo­we.

Max spoj­rzał na mnie uwa­żnie, cień za­cie­ka­wie­nia w jego oczach.

- A je­steś pew­ny, że to na­praw­dę Kim? Bo prze­cież te fe­lie­to­ny wy­cho­dzą już od ja­kie­goś cza­su. Ró­żne dziw­ne rze­czy się po­ja­wia­ły, a nikt nie ma pew­no­ści, kto sie­dzi za tym ca­łym pseu­do­ni­mem Noc­tur­ne.

- Wiem, że nie mam do­wo­dów - przy­zna­łem po­wo­li. - Ale coś w tym wszyst­kim pach­nie zna­jo­mo. In­te­li­gen­cja, spo­sób ob­ser­wa­cji i te wszyst­kie sub­tel­ne pro­wo­ka­cje. Kim wy­gląda na spryt­ną i uwa­żną. Nie­wy­klu­czo­ne, że to on stoi za tym szaj­sem.

- Ale... - Max unió­sł brwi. - Na­praw­dę we­szła­by z tobą na wo­jen­ną ście­żkę? To nie jest zwy­kła pro­wo­ka­cja, to fron­tal­ny atak.

Przy­mru­ży­łem oczy.

- To nie woj­na, to test. I mam wra­że­nie, że ona chce mnie spro­wo­ko­wać... by zo­ba­czyć, jak za­re­agu­ję.

Max uśmiech­nął się lek­ko kpi­ąco, ale też z nutą tro­ski.

- No to po­wo­dze­nia, ka­pi­ta­nie. Cho­dźmy na piz­zę, za­nim ten cały lód i fe­lie­to­ny cię do­bi­ją. Może ode­rwa­nie się od aka­de­mii po­zwo­li ci w ko­ńcu ze­brać my­śli.

Wes­tchnąłem. I w tym wes­tchnie­niu była ulga. Cho­ciaż na chwi­lę.

Bo wie­dzia­łem, że kie­dy będzie­my z po­wro­tem, wszyst­ko wró­ci do lo­do­we­go kró­le­stwa - do Kim, Noc­tur­ne i ca­łej tej gry, któ­rej nikt nie ro­zu­miał tak do­brze, jak ja.

ROZDZIAŁ 2

WIDMO

KIM

Sie­dzia­łam przy sta­rym, skrzy­pi­ącym biur­ku w re­dak­cji, oto­czo­na pa­pie­ra­mi, dłu­go­pi­sa­mi i mo­ni­to­ra­mi, któ­re bar­dziej przy­po­mi­na­ły la­bo­ra­to­rium niż miej­sce, w któ­rym po­wsta­ją tek­sty. Przede mną i ze­spo­łem le­żał nowy nu­mer ga­zet­ki, któ­re­go częścią miał być fe­lie­ton "Z LODU I KO­ŚCI" pod­pi­sa­ny przez Noc­tur­ne.

- Kim, se­rio, kto to jest? - za­gad­nął Leo, mój przy­ja­ciel od za­wsze, szczu­pły gej, z za­dzior­nym uśmie­chem i blond wło­sa­mi, z któ­rym mo­głam roz­ma­wiać o wszyst­kim. - Prze­cież te fe­lie­to­ny to nie są zwy­kłe tek­sty. To chy­ba... dzie­je się po to, żeby na­mie­szać w ca­łej szko­le.

- Nie wiem - od­po­wie­dzia­łam spo­koj­nie, pod­no­sząc brew. - Trzy mie­si­ące temu do­sta­łam ma­ila. Cały ze­staw fe­lie­to­nów z do­pi­skiem: "Je­że­li chcesz po­znać praw­dę, za­cznij pu­bli­ko­wać". Za­ry­zy­ko­wa­łam. I to wszyst­ko.

Maya prze­wró­ci­ła ocza­mi.

- Se­rio, Kim, do­sta­łaś coś i od razu pod­jęłaś de­cy­zję. Te­raz my to pu­bli­ku­je­my, nie wie­dząc na­wet, kto stoi za tym szaj­sem?

- Do­kład­nie tak - po­twier­dzi­łam, a ona tyl­ko po­ki­wa­ła gło­wą, niby ro­zu­mie­jąc, ale wci­ąż scep­tycz­nie. Cho­ciaż dziw­ne, że do­pie­ro te­raz za­częli się za­sta­na­wiać, kto to jest. Przy wcze­śniej­szych tek­stach nie za­da­wa­li py­tań. No ale prze­cież cho­dzi o zło­te­go chłop­ca, per­fek­cyj­ne­go ka­pi­ta­na, ide­ał w ka­żdym calu.

- A Theo? - Leo spoj­rzał na chło­pa­ka sie­dzące­go po dru­giej stro­nie sto­łu. - Ty pew­nie już no­tu­jesz, kto może to pi­sać.

Theo unió­sł brew. Wi­dać było, że pró­bo­wał po­wie­dzieć "nie wci­ągaj mnie w to", ale za­cho­wał to dla sie­bie i uśmiech­nął się pod no­sem.

- To ktoś, kto zna ka­żdy za­ka­ma­rek tej szko­ły. Ktoś, kto wi­dzi rze­czy, któ­re nor­mal­nie umy­ka­ją. Ja ro­bię tyl­ko no­tat­ki...

- Dla mnie to też jest dziw­ne - wtrąci­łam się, wy­ci­ąga­jąc lap­to­pa. - Nie znam au­to­ra, ale ka­żdy tekst ma cel. Ten ktoś ob­ser­wu­je na­szą szko­łę, uczniów, na­szą cu­dow­ną dru­ży­nę. I to nie są zwy­kłe plot­ki, ale pre­cy­zyj­na ana­li­za. - Leo uśmiech­nął się sze­ro­ko na moje sło­wa. - Czy­li mamy fron­to­wą li­nię w Vier­mont, a my je­ste­śmy na wi­do­ku. I w do­dat­ku ja je­stem "na­rzędziem" tej oso­by - mruk­nęłam. - To zna­czy... pu­bli­ku­ję, nie wiem, kto to pi­sze, ale ka­żdy tekst wy­wo­łu­je falę re­ak­cji.

Maya po­chy­li­ła się z za­cie­ka­wie­niem.

- No i co? Se­rio ktoś by ry­zy­ko­wał kon­flikt z ka­pi­ta­nem dru­ży­ny ho­ke­jo­wej? Z kró­lem lodu nikt nie za­dzie­ra, zwłasz­cza od tam­tej im­pre­zy - do­da­ła ci­szej.

- Wiem. - Po­ki­wa­łam gło­wą na zgo­dę. - Ten ktoś może... wstrząsnąć całą aka­de­mią. A ja chcę po­znać praw­dę. Chcę wie­dzieć, co się sta­ło z Lily. I dla­cze­go nikt jej nie bro­nił.

Leo za­mru­gał, usi­łu­jąc oswo­ić mój gniew.

- Masz na my­śli Si­mo­na?

- Tak. My­ślę, że nie byli tak ide­al­ną parą, jak wszyst­kim mo­gło się wy­da­wać. Nikt z nas nie wie, co się dzia­ło za za­mkni­ęty­mi drzwia­mi.

- Kim? - ode­zwał się znów Leo, marsz­cząc czo­ło. - Prze­cież te fe­lie­to­ny są pu­bli­ko­wa­ne od ty­go­dni. Ró­żne dziw­ne rze­czy już wy­szły... ale nikt nie po­wie­dział, że to ty je­steś od­po­wie­dzial­na za te tek­sty. Na­praw­dę we­szła­byś na wo­jen­ną ście­żkę z Si­mo­nem, gdy­byś była au­tor­ką?

- To skom­pli­ko­wa­ne - od­po­wie­dzia­łam, od­chy­la­jąc się na krze­śle. - Ni­g­dy bym nie za­częła cze­goś ta­kie­go z po­bu­dek oso­bi­stych. To nie o mnie, to o praw­dzie.

- I ja ci wie­rzę - przy­znał spo­koj­nie Theo. - Na­wet je­śli nie zna­my au­to­ra, to ja­sne, że w ko­ńcu lu­dzie za­czną py­tać, kim on jest.

- Do­brze, pu­bli­ku­je­my da­lej i zo­ba­czy­my, co się sta­nie - pod­su­mo­wa­ła Maya. - Ale obie­cu­ję, że będę pil­no­wać, by nikt nie wy­sze­dł zbyt po­szko­do­wa­ny z tej sy­tu­acji.

Leo na­chy­lił się do mnie z uśmie­chem i szep­nął:

- I pa­mi­ętaj, Kim, że masz mnie. Oko na wszyst­ko, przy­ja­ciel przy boku. Nie je­steś sama.

Czu­łam, że w tym miej­scu mamy na­szą małą for­te­cę. Wred­ną, upar­tą, nie­bez­piecz­ną... i wci­ąż praw­dzi­wą.

Do­ta­rło jed­nak do mnie, że wszyst­ko do­pie­ro się za­czy­na.

***

Jego imię po­ja­wi­ło się w mo­jej gło­wie nie­pro­szo­nym echem. Ja­red.

Wy­star­czy­ło jed­no wspo­mnie­nie, je­den de­tal, by żo­łądek ści­snął mi się bo­le­śnie, a cia­ło ze­sztyw­nia­ło w do­brze zna­nym, pa­nicz­nym bez­ru­chu. Dłoń au­to­ma­tycz­nie po­wędro­wa­ła do ręka­wa blu­zy, któ­ry ner­wo­wo ści­snęłam, jak­bym mo­gła w ten spo­sób po­wstrzy­mać drże­nie. Na ze­wnątrz by­łam Kim­ber­ly - pew­ną sie­bie, sar­ka­stycz­ną, ci­ętą dziew­czy­ną, któ­rej nikt nie pod­ska­ki­wał. W środ­ku jed­nak wci­ąż kry­ła się ta sama, prze­stra­szo­na wer­sja mnie, któ­ra na­uczy­ła się nie ufać do­ty­ko­wi, nie wie­rzyć spoj­rze­niom, ana­li­zo­wać ka­żdy gest. Ka­żdy chło­pak był po­ten­cjal­nym za­gro­że­niem. Ka­żdy uśmiech ta­kim sa­mym jak jego.

Pa­mi­ęta­łam, jak to się za­częło. Dość nie­win­nie.

- Prze­sa­dzasz, Kim - mó­wił wte­dy z tym swo­im roz­le­ni­wio­nym uśmie­chem. - Po pro­stu się o cie­bie mar­twię.

"Mar­twię się". Te sło­wa były jak ak­sa­mit­ny ka­ga­niec. Naj­pierw słod­kie, po­tem cia­sne. Nie lu­bił, gdy roz­ma­wia­łam z in­ny­mi chło­pa­ka­mi. Nie zno­sił, gdy śmia­łam się gło­śno albo za­kła­da­łam coś "nie­ak­cep­to­wal­nie krót­kie­go". Za­wsze znaj­do­wał spo­sób, by spra­wić, że za­czy­na­łam w sie­bie wąt­pić.

- Po co ci ta bluz­ka? Kogo pró­bu­jesz pro­wo­ko­wać? Na­praw­dę mu­sisz z nim pi­sać? Za­cho­wu­jesz się, jak­byś nie mia­ła sza­cun­ku do wła­sne­go chło­pa­ka.

Po­wta­rzał to tak dłu­go, aż za­częłam wie­rzyć, że to ze mną jest coś nie tak. Że to ja prze­sa­dzam. Że to ja pro­wo­ku­ję. Że to ja za­słu­ży­łam na jego chłód, jego mil­cze­nie, jego na­głe zmia­ny na­stro­ju. Pa­mi­ęta­łam, jak jego dłoń moc­niej za­ci­ska­ła się cza­sem na moim nad­garst­ku, gdy ktoś z dru­ży­ny spoj­rzał na mnie o se­kun­dę za dłu­go. Jak na­chy­lał się wte­dy bli­sko, uda­jąc tro­skę.

- Nie pro­wo­kuj mnie, Kim - szep­tał. - Wiesz, jak mnie to de­ner­wu­je.

Ser­ce wte­dy przy­spie­sza­ło, a od­dech plątał się w pier­si, ale się uśmie­cha­łam. Za­wsze się uśmie­cha­łam. Bo do­bra dziew­czy­na nie robi scen. Do­bra dziew­czy­na ro­zu­mie.

A ja bar­dzo chcia­łam być tą "do­brą".

Z cza­sem prze­sta­łam pierw­sza si­ęgać po jego dłoń. Za­częłam co­fać się przy zbyt na­głym ru­chu. Za­uwa­ży­łam, że drża­łam, gdy sta­wał bli­żej, niż po­wi­nien. On to wi­dział. I za­miast się za­trzy­mać - uśmie­chał się, jak­by ta kon­tro­la da­wa­ła mu sa­tys­fak­cję.

- Bo­isz się mnie? - py­tał cza­sem pó­łżar­tem. Nie od­po­wia­da­łam. Bo praw­da była zbyt ci­ężka na­wet dla mnie. Za­częłam li­czyć dni do mo­men­tu, w któ­rym w ko­ńcu po­wiem "dość". Szu­ka­łam wy­mó­wek, ra­tun­ku, ci­chej dro­gi uciecz­ki, ale wi­ęzy, któ­re zbu­do­wał, nie były wi­docz­ne. Były w sło­wach, w spoj­rze­niach, w jego zdol­no­ści spra­wia­nia, że czu­łam się win­na za wszyst­ko.

A po­tem nad­sze­dł dzień, po któ­rym już nic nie było ta­kie samo. Nie po­tra­fi­łam wte­dy jesz­cze na­zwać tego, co się wy­da­rzy­ło. W mo­jej gło­wie to było tyl­ko jed­no - mo­ment, w któ­rym pękłam. Mo­ment, gdy prze­sta­łam być jego dziew­czy­ną, a za­częłam być kimś, kto na­uczył się bać.

Pa­mi­ętam jego twarz, gdy po­wie­dzia­łam, że to ko­niec. Nie było w niej bólu, tyl­ko zim­na kal­ku­la­cja, jak u dra­pie­żni­ka, któ­ry wła­śnie stra­cił za­baw­kę.

- My­ślisz, że mo­żesz mnie tak po pro­stu zo­sta­wić? - uśmiech­nął się krzy­wo, opie­ra­jąc się o szaf­ki. - Je­steś na­iw­na, Kim.

Za­ma­rłam, gdy wy­jął te­le­fon. Nie mu­siał nic wy­ja­śniać. Wie­dzia­łam.

- Te zdjęcia? Pa­mi­ętasz, jak mó­wi­łem, że to tyl­ko dla mnie? - Prze­su­nął pal­cem po ekra­nie z cho­rą czu­ło­ścią. - Wy­star­czy je­den klik i cała szko­ła zo­ba­czy, jaka z cie­bie była grzecz­na dziew­czyn­ka.

Po­czu­łam, jak kręci mi się w gło­wie, ale on tyl­ko pod­sze­dł bli­żej, na­chy­la­jąc się tak, by nikt nie sły­szał.

- Będziesz sko­ńczo­na. Sty­pen­dium, re­pu­ta­cja, stu­dia... Wszyst­ko. A ja? - Unió­sł brew. - Ja na­dal będę zło­tym chłop­cem Vier­mont. Za­wod­ni­kiem dru­ży­ny przy­szło­ści. Ide­ałem. Tak mnie wi­dzą.

Dla nich był per­fek­cyj­nym gra­czem, uśmiech­ni­ętym bo­ha­te­rem lo­do­wi­ska, dla mnie - opraw­cą w bia­łych ręka­wicz­kach. Kimś, kto po­tra­fił za­mknąć mnie w klat­ce bez krat, bo ta stwo­rzo­na przez Ja­re­da była z słów i stra­chu. jak­by do­strze­ga­ła rze­czy, któ­re po­win­ny po­zo­stać ukry­te.

- Spró­buj co­kol­wiek po­wie­dzieć - do­dał spo­koj­nie. - A do­wiesz się, jak wy­gląda praw­dzi­wy kosz­mar.

I wte­dy zro­zu­mia­łam, że roz­sta­nie z nim nie było ko­ńcem. Było po­cząt­kiem woj­ny, któ­rej nie chcia­łam, ale w któ­rej już uczest­ni­czy­łam.

Kie­dy ode­szłam, nie było krzy­ków. Nie było scen. Po pro­stu prze­sta­łam ist­nieć w jego świe­cie, a on prze­stał ist­nieć w moim. Na ko­ry­ta­rzach mi­ja­li­śmy się jak obcy. Jak gdy­by mi­ędzy nami ni­g­dy nic nie było. Jak­by jego dło­nie ni­g­dy nie po­zo­sta­wi­ły po so­bie śla­dów, a moje noc­ne kosz­ma­ry nie na­le­ża­ły do jego imie­nia.

Te­raz, gdy ktoś zbli­żał się za bar­dzo, moje cia­ło re­ago­wa­ło au­to­ma­tycz­nie. Od­su­wa­łam się. Usztyw­nia­łam. Od­dy­cha­łam pły­cej. I tyl­ko Leo po­tra­fił do­strzec to bez oce­nia­nia. Bez py­tań. Zwy­czaj­nie był - z dy­stan­sem, któ­ry da­wał mi po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa.

- Wszyst­ko okej? - za­py­tał kie­dyś dys­kret­nie, gdy od­su­nęłam się od przy­pad­ko­we­go do­ty­ku jed­ne­go z uczniów.

- Ja­sne - skła­ma­łam.

Bo Kim za­wsze była "okej". Na­wet gdy całe jej wnętrze krzy­cza­ło.

I może wła­śnie dla­te­go tak bar­dzo chcia­łam ujaw­nić praw­dę. Roz­bić ten per­fek­cyj­ny świat Vier­mont na ka­wa­łki. Bo wie­dzia­łam, że pod ele­ganc­ki­mi uśmie­cha­mi i po­zo­ra­mi kry­ły się hi­sto­rie po­dob­ne do mo­jej.

Ci­che. Bo­lące. Igno­ro­wa­ne.

A ja mia­łam dość mil­cze­nia.

***

Re­dak­cja po dwu­dzie­stej dru­giej była zu­pe­łnie in­nym miej­scem niż w ci­ągu dnia. Ci­sza nie była tu pu­sta - nio­sła echo wszyst­kich słów, któ­re cze­ka­ły, by zo­stać wy­po­wie­dzia­ne. Lamp­ki nad biur­ka­mi rzu­ca­ły cie­płe, przy­tłu­mio­ne świa­tło na sto­sy pa­pie­rów, no­tat­ki i kub­ki po zim­nej ka­wie.

Sie­dzia­łam sama - jak zwy­kle wte­dy, gdy nie po­tra­fi­łam za­snąć.

Lap­top był otwar­ty, a fol­der z pod­pi­sem NOC­TUR­NE pul­so­wał nie­mal pro­wo­ku­jąco, przy­po­mi­na­jąc mi, że ta hi­sto­ria ni­g­dy nie była przy­pad­kiem. Prze­wi­ja­łam ko­lej­ne tek­sty, któ­re do­sta­łam kil­ka mie­si­ęcy temu - jed­ne opu­bli­ko­wa­ne, inne wci­ąż nie­tkni­ęte.

I wte­dy go zo­ba­czy­łam. Plik, któ­ry był jed­nym z pierw­szych w spi­sie od ta­jem­ni­cze­go au­to­ra. Jed­nak ja sama de­cy­do­wa­łam, któ­ry opu­bli­ku­je­my, nie trzy­ma­łam się li­sty, tyl­ko ro­bi­łam tak, jak czu­łam.

Ty­tuł: "Ide­al­ni chłop­cy na po­kaz". Ser­ce za­bi­ło mi szyb­ciej - za szyb­ko.

Otwo­rzy­łam go. To było o nim. O Ja­re­dzie. O mnie.

Nie mo­głam tego pu­ścić w eter. Jesz­cze nie. A może ni­g­dy. Za­częłam czy­tać.

IDE­AL­NI CHŁOP­CY NA PO­KAZW Vier­mont ko­cha­my mi­strzów. Ko­cha­my ich błysz­czące uśmie­chy, per­fek­cyj­ne ge­sty i spor­to­we am­bi­cje, któ­re pach­ną suk­ce­sem, jesz­cze za­nim w ogó­le wyj­dą na lód. Szcze­gól­nie ce­ni­my tych, któ­rzy po­tra­fią wy­glądać jak bo­ha­te­ro­wie - na­wet je­śli nie no­szą li­te­ry K na pier­si i nie pro­wa­dzą dru­ży­ny do zwy­ci­ęstwa. Wy­star­czy, że so­lid­nie trzy­ma­ją swo­ją po­zy­cję. Że są wi­docz­ni. Wy­star­cza­jąco do­brzy, by bu­dzić po­dziw. Wy­star­cza­jąco spryt­ni, by ni­g­dy nie wzi­ąć pe­łnej od­po­wie­dzial­no­ści. Tacy chłop­cy są ide­al­ni na rand­ki. Na im­pre­zy in­te­gra­cyj­ne, zdjęcia i uśmie­chy do ka­mer. Są też do­sko­na­li w za­my­ka­niu drzwi. Bo kie­dy świa­tło re­flek­to­rów ga­śnie, a szkol­ne ko­ry­ta­rze prze­sta­ją być sce­ną, ich de­li­kat­no­ść zmie­nia ton, a czu­ło­ść sta­je się na­rzędziem. Kon­tro­la - tro­ską. A za­zdro­ść - mi­ło­ścią, któ­ra rze­ko­mo ma chro­nić przed ca­łym świa­tem. Ide­al­ny chło­piec wie, jak spra­wić, by dziew­czy­na za­częła wąt­pić we wła­sne my­śli. Jak wmó­wić jej, że bez nie­go jest ni­kim. Jak wy­ma­zać jej pew­no­ść sie­bie po­wo­li, cier­pli­wie - sło­wo po sło­wie. Ide­al­ny chło­piec nie pod­no­si gło­su. Nie zo­sta­wia si­nia­ków. Zo­sta­wia ci­szę. I strach. Naj­lep­si z nich za­wsze mają coś w za­na­drzu - fo­to­gra­fie, wia­do­mo­ści, uryw­ki in­tym­no­ści, któ­re mia­ły po­zo­stać pry­wat­ne. Pa­mi­ąt­ki po za­ufa­niu, któ­re mo­żna wy­ko­rzy­stać jak nóż - ci­cho, pre­cy­zyj­nie, a przede wszyst­kim sku­tecz­nie. Bo prze­cież ide­al­ny chło­piec nie krzyw­dzi. On tyl­ko "uczy po­ko­ry". "Usta­wia gra­ni­ce"."Dys­cy­pli­nu­je". A szko­ła bije mu bra­wo. Dzi­ęki nie­mu dziew­czy­ny uczą się nie pa­trzeć w oczy. Nie mó­wić zbyt gło­śno. Nie wy­chy­lać się. Nie ufać. I choć wszy­scy wi­dzą w nim przy­szłą gwiaz­dę lo­do­wi­ska - nie­wie­lu za­uwa­ża, że jego naj­wi­ęk­szym osi­ągni­ęciem nie są bram­ki, a per­fek­cyj­nie zła­ma­na dziew­czy­na. au­tor: Noc­tur­ne

Za­mknęłam plik od­ru­cho­wo. Nie chcia­łam już na to pa­trzeć. Kur­sor znik­nął, a ekran znów wy­pe­łni­ła bez­piecz­na pust­ka pul­pi­tu.

- Nie - wy­szep­ta­łam sama do sie­bie. - Tego nie opu­bli­ku­ję.

Nie by­łam go­to­wa.

Nie by­łam pew­na, czy kie­dy­kol­wiek będę.

A mimo to wie­dzia­łam, że Noc­tur­ne wie­dział. O mnie. O Ja­re­dzie. O tym, kim by­łam, za­nim na­uczy­łam się cho­wać za sar­ka­zmem i ostry­mi ri­po­sta­mi. I to było prze­ra­ża­jące.

W re­dak­cji pa­no­wa­ła ci­sza, ale ja czu­łam się tak, jak­by ktoś stał tuż za mną - ob­ser­wo­wał ka­żdy mój ruch i nie­pew­ną myśl. Praw­da już daw­no wy­pły­nęła, a ja wci­ąż pró­bo­wa­łam za­trzy­mać ją pod po­wierzch­nią.

***

Kie­dy wy­szłam z gma­chu głów­ne­go, było już pó­źno. Noc zdąży­ła już opa­ść na kam­pus mi­ęk­kim, ciem­no­gra­na­to­wym we­lo­nem, a po­wie­trze pach­nia­ło mo­krą tra­wą i be­to­nem, któ­ry od­da­wał cie­pło ca­łe­go dnia. Przy­ci­snęłam tor­bę z no­tat­ni­kiem do boku i ru­szy­łam w stro­nę aka­de­mi­ków, sta­ra­jąc się nie my­śleć o ma­ilach, o Noc­tur­ne, o Ja­re­dzie... o Si­mo­nie.

Oczy­wi­ście los miał dla mnie inne pla­ny.

Zo­ba­czy­łam ich przy jed­nej z ale­jek - dwa cie­nie su­nące nie­rów­no w świe­tle la­tar­ni. Si­mon i Max. Śmia­li się z cze­goś pó­łgło­sem, jak­by pó­źna pora zu­pe­łnie ich nie ob­cho­dzi­ła. Wy­jąt­ko­wo bez­tro­sko jak na noc w Vier­mont. Ich kro­ki były odro­bi­nę nie­sko­or­dy­no­wa­ne, ru­chy lu­źniej­sze, spoj­rze­nia mniej czuj­ne.

Po­my­śla­łam, że ich omi­nę. Że prze­mknę bo­kiem - jak za­wsze. Si­mon jed­nak mnie za­uwa­żył. Jego wzrok na­tych­miast stward­niał, spra­wiał wra­że­nie, jak­by ktoś w jed­nej se­kun­dzie zga­sił w nim reszt­ki al­ko­ho­lu i za­pa­lił czuj­no­ść. Max po­słał mi szyb­kie, trud­ne do od­czy­ta­nia spoj­rze­nie, ale to Si­mon zro­bił krok w moją stro­nę.

- No pro­szę... noc­na re­dak­tor­ka - rzu­cił z cie­niem drwi­ny. - Pra­cu­jesz nad ko­lej­nym dzie­łem sztu­ki czy tyl­ko po­lu­jesz na bo­ha­te­ra?

Unio­słam brew.

- Spo­koj­nie, ka­pi­ta­nie. Gdy­bym chcia­ła o to­bie pi­sać, uży­ła­bym wi­ęcej me­ta­for. I mniej li­to­ści.

Max ci­cho par­sk­nął śmie­chem, a Si­mon za­ci­snął szczękę.

- My­ślisz, że je­steś za­baw­na? - za­py­tał, pod­cho­dząc bli­żej. Zbyt bli­sko.

- My­ślę, że je­stem re­alist­ką - od­pa­rłam słod­ko. - A re­alizm cza­sem bywa nie­wy­god­ny. Szcze­gól­nie dla tych, któ­rzy żyją na pie­de­sta­le.

- Uwa­żaj, Kim - wtrącił Max, pó­łżar­tem, pó­ło­strze­gaw­czo. - On dziś nie ma do­bre­go hu­mo­ru.

- Wi­dzę. - Prze­nio­słam spoj­rze­nie na Si­mo­na. - Może to przez brak snu. Albo dużą ilo­ść... au­to­ry­te­tu.

Jego oczy po­ciem­nia­ły.

- Po­win­naś prze­stać igrać z ogniem - ostrze­gł ci­szej. - Se­rio? Nie ka­żda bra­wu­ra ko­ńczy się hap­py en­dem.

Zro­bi­łam krok w bok, żeby ich mi­nąć i za­ko­ńczyć tę far­sę. I wte­dy to się sta­ło. Dłoń Si­mo­na - nie­umy­śl­na, szyb­ka, niby zwy­kły gest ma­jący mnie za­trzy­mać - mu­snęła mój nad­gar­stek.

Świat za­ma­rł. Ser­ce ude­rzy­ło gwa­łtow­nie, po­wie­trze ugrzęzło mi w gar­dle, a skó­ra za­pło­nęła w miej­scu do­ty­ku jak pod żrącym lo­dem. Cia­ło prze­sta­ło re­ago­wać, czu­łam, że coś we mnie pęka, a ja co­fam się o kil­ka­na­ście mie­si­ęcy.

- Kim? - Głos Si­mo­na stra­cił ostrą nutę. - Hej... ja tyl­ko...

Zbyt pó­źno. Ma­ska opa­dła. Czu­łam to aż za bar­dzo - spi­ęcie w ka­żdym mi­ęśniu, dłoń za­ci­śni­ętą w pi­ęść, spoj­rze­nie wbi­te w jego pal­ce, jak­by były czy­mś ob­cym. Gro­źnym.

Max od razu to za­uwa­żył.

- Sta­ry... zo­staw ją - mruk­nął, wy­ra­źnie trze­źwie­jąc.

Si­mon cof­nął rękę jak po­pa­rzo­ny moją re­ak­cją.

- Ja nie chcia­łem... - za­czął.

- Nie pro­blem - wy­du­si­łam po chwi­li, pró­bu­jąc od­zy­skać ton, któ­ry za­wsze mnie ra­to­wał. Sar­kazm. Pan­cerz. - Po pro­stu nie do­ty­kaj lu­dzi, któ­rych nie znasz, okej?

Uśmiech, któ­ry pró­bo­wa­łam przy­kle­ić na twarz, był krzy­wy. Nie­szcze­ry. Ale on już wi­dział. Wi­dział tę se­kun­dę bez­bron­no­ści. Ten mo­ment, gdy moje cia­ło zdra­dzi­ło to, co gło­wa usi­ło­wa­ła uci­szyć la­ta­mi.

- Kim, ja... - spró­bo­wał mnie uspo­ko­ić jesz­cze raz, tyle że ostro­żniej.

- Do­bra­noc, ka­pi­ta­nie - prze­rwa­łam mu. - I ra­dzę uwa­żać na to, kogo pró­bu­jesz za­stra­szać. Nie ka­żdy się boi... praw­da?

Od­wró­ci­łam się i ode­szłam szyb­ciej, niż pod­po­wia­da­ła mi duma. Nie obej­rza­łam się ani razu, ale czu­łam jego ci­ężki wzrok na ple­cach. Był za­nie­po­ko­jo­ny, a za­ra­zem uwa­żny.

Po raz pierw­szy po­my­śla­łam, że Si­mon Vey­ra może być bar­dziej nie­bez­piecz­ny, niż chcia­łam przy­znać. A może po pro­stu bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny.

ROZDZIAŁ 3

WYBRANY

SI­MON

Lo­do­wi­sko było je­dy­nym miej­scem, gdzie świat prze­sta­wał ga­dać mi do ucha. Zim­no wbi­ja­ło się w ko­ści, od­dech za­mie­niał się w parę, a krążek śmi­gał po ta­fli jak po­cisk. Tu wszyst­ko było pro­ste - albo pro­wa­dzi­łeś dru­ży­nę, albo zo­sta­wa­łeś w cie­niu.

Nie za­mie­rza­łem od­dać ni­ko­mu swo­jej po­zy­cji. A Ja­red... Ja­red nad wy­raz chęt­nie wy­obra­żał so­bie, jak zaj­mu­je moje miej­sce.

Su­nął po lo­dzie z tą swo­ją po­zor­ną pew­no­ścią, z uśmie­chem, któ­ry za­wsze mnie dra­żnił. Zło­ty chło­piec szko­ły. Ulu­bie­niec na­uczy­cie­li. Ten, któ­ry ma­rzył, by ktoś w ko­ńcu za­ło­żył mu opa­skę ka­pi­ta­na. Nie miał jej. I cho­ler­nie go to bo­la­ło.

Max za­gwiz­dał ostro, su­nąc wzdłuż ban­dy.

- Skład! I prze­sta­ńcie grać pod Ja­re­da, to nie jego pry­wat­ne show. Ka­pi­tan jest je­den.

Wska­zał mnie ko­ńców­ką kija, bo fak­tycz­nie trze­ba było ko­mu­kol­wiek o tym przy­po­mi­nać.

- Może po pro­stu jest w for­mie - mruk­nął któ­ryś z chło­pa­ków.

Ja­red uśmiech­nął się pó­łgęb­kiem.

- Spo­koj­nie. Nie wszy­scy mu­szą błysz­czeć tyl­ko dla­te­go, że no­szą opa­skę.

Za­ha­mo­wa­łem gwa­łtow­nie, ostrze za­ha­czy­ło o lód. Unio­słem wzrok.

- Masz z nią ja­kiś pro­blem, Ja­red? - za­py­ta­łem z prze­sa­dzo­nym spo­ko­jem.

- Skąd. Mó­wię tyl­ko, że cza­sem war­to grać ze­spo­ło­wo, a nie pod wła­sne ego.

- Śmiesz­ne, że to mó­wisz, sko­ro całe ży­cie pró­bu­jesz grać pod pu­blicz­kę.

Z try­bun do­bie­gł śmiech. Ktoś za­kla­skał. I wte­dy to usły­sza­łem.

- Wow. Chłop­cy, se­rio, to już po­ziom przed­szko­la, czy da­lej wal­czy­my o ty­tuł naj­bar­dziej ura­żo­ne­go sam­ca alfa?

Kim.

Sta­ła opar­ta o ba­rier­kę, te­le­fon trzy­ma­ła lu­źno w dło­ni, jak­by przy­szła tu tyl­ko po wi­do­wi­sko. Świa­tło od­bi­ja­ło się w jej oczach, a ten jej iro­nicz­ny spo­kój dzia­łał mi na ner­wy bar­dziej niż ko­men­ta­rze ca­łej dru­ży­ny.

Ja­red spoj­rzał na nią tyl­ko przez uła­mek se­kun­dy. Krót­ko, ale ja to za­uwa­ży­łem.

- Co, Hart? - prych­nął. - Zbie­rasz ma­te­riał na ko­lej­ny pasz­kwil? "Jak roz­po­znać tok­sycz­ne­go ho­ke­istę w pi­ęciu kro­kach"?

Jej uśmiech był chłod­ny i pre­cy­zyj­ny jak ci­ęcie ły­żwy.

- Spo­koj­nie, Ja­red. Nie ka­żdy za­słu­gu­je na osob­ny roz­dział. Nie­któ­rzy le­d­wo na przy­pis.

W po­wie­trzu za­wi­sło na­pi­ęcie gęste jak mgła nad lo­dem.

Max zer­k­nął na mnie zna­cząco.

- Do­bra, ko­niec tej te­le­no­we­li - rzu­cił. - Tre­ning, pa­nien­ki. Albo za­raz ktoś na­praw­dę stra­ci zęby.

Gwiaz­dek nie było. Tyl­ko sport, lód i spoj­rze­nia, któ­re mó­wi­ły wi­ęcej niż sło­wa, a ja już wie­dzia­łem, że to nie był zwy­kły dzień na ta­fli.

***

Wy­sze­dłem z lo­do­wi­ska pó­źniej niż resz­ta. Tre­ning mnie wkur­wił - nie dla­te­go, że był zły, tyl­ko dla­te­go, że Ja­red zno­wu mu­siał grać li­de­ra, że niby świat bez nie­go miał się za­wa­lić. Ide­al­ny chło­pak szko­ły. Zło­ta rącz­ka, zło­ty uśmiech, zło­ta re­pu­ta­cja. I zło­ty nar­cyz.

- Se­rio, sta­ry, ty wi­dzia­łeś, jak on się na tej od­pra­wie prężył? - Max prych­nął, ko­pi­ąc mały ka­mień. - Jak­by był ka­pi­ta­nem NHL, a nie człon­kiem szkol­nej dru­ży­ny.

- On nie gra w ho­ke­ja, tyl­ko sprze­da­je wi­ze­ru­nek - rzu­ci­łem chłod­no. - A tre­ner to ku­pu­je jak de­bil.

- Ale la­ski też - wzru­szył ra­mio­na­mi. - W tym jego była.

Nie mu­siał mó­wić imie­nia. Wie­dzia­łem, o kogo cho­dzi.

- Kim nie jest już jego spra­wą - po­wie­dzia­łem, choć sam nie wie­dzia­łem, cze­mu w ogó­le to ko­men­tu­ję.

Max zmru­żył oczy.

- Co, bro­nisz jej? My­śla­łem, że nie masz sła­bo­ści do szkol­nych wie­dźm.

- Nie mam sła­bo­ści do ni­ko­go - uci­ąłem. - Po pro­stu nie zno­szę ty­pów, któ­rzy my­ślą, że są Bo­giem, bo po­tra­fią cel­nie ude­rzyć krążek.

Za­śmiał się, ale w jego śmie­chu było coś ner­wo­we­go.

- Spo­koj­nie, Si­mon, od­pu­ść. Cho­dźmy na piwo, to roz­ła­du­je­my na­pi­ęcie.

Za­ci­ągnąłem się chłod­nym po­wie­trzem i ru­szy­łem alej­ką w stro­nę aka­de­mi­ków.

Wte­dy ją zo­ba­czy­łem.

Kim.

Szła od stro­ny głów­ne­go gma­chu, gdzie znaj­do­wa­ła się re­dak­cja. Ra­mio­na na­pi­ęte, ple­cy wy­pro­sto­wa­ne, wzrok wbi­ty przed sie­bie. Za­wsze wy­gląda­ła na ko­goś, kto pró­bu­je być po­nad tym miej­scem, a wszy­scy wo­kół niej byli je­dy­nie tłem.

Max też ją za­uwa­żył i szturch­nął mnie ra­mie­niem.

- No pro­szę - mruk­nąłem. - Kró­lo­wa szkol­ne­go dra­ma­tu na wie­czor­nym pa­tro­lu.

Przy­ja­ciel zer­k­nął w jej stro­nę, a uśmiech roz­lał mu się po twa­rzy.

- Ona se­rio ma jaja, że po tym wszyst­kim jesz­cze tu spa­ce­ru­je. Gdy­bym był jej by­łym, już bym zmie­nił szko­łę.

Kim unio­sła gło­wę, a jej spoj­rze­nie było ostre jak szkło.

- A ja my­śla­łam, że sko­ńczy­li­ście już tre­ning - rzu­ci­ła. - Czy może za­mknęli lo­do­wi­sko z po­wo­du za­tru­cia te­sto­ste­ro­nem?

- Spo­koj­nie, nie ka­żdy może pra­co­wać umy­sło­wo jak ty. - Max kiw­nął w stro­nę re­dak­cji. - Ktoś musi ro­bić tam za mózg szko­ły.

- A ktoś inny za jej ego - do­da­ła spo­koj­nie. - W tej roli je­ste­ście nie­źli.

Unio­słem brew, pa­trząc na nią uwa­żnie.

- Uwa­żaj, Kim, bo jesz­cze ktoś po­my­śli, że masz oso­bo­wo­ść.

- Spo­koj­nie, Si­mon - uśmiech­nęła się krzy­wo. - Przy to­bie ka­żdy wy­gląda jak ge­niusz. Na­wet Max.

- Ej, halo, ja tu je­stem - obu­rzył się te­atral­nie. - I mam uczu­cia, wiesz?

- Nie za­uwa­ży­łam ich, pew­nie scho­wa­ły się pod za­pa­chem two­jej wody po go­le­niu. - od­pa­rła bez mru­gni­ęcia.

Było w niej coś nie­bez­piecz­nie po­ci­ąga­jące­go. Mia­ła ci­ęty język, ale ra­mio­na zdra­dza­ły na­pi­ęcie. Ka­żdy mi­ęsień mó­wił: ucie­kaj. Ka­żde zda­nie: nie dam się.

Zbli­ży­łem się o krok. Tyl­ko je­den. Chcia­łem zo­ba­czyć, czy się cof­nie. Nie cof­nęła się, ale jej pal­ce drgnęły.

- Na­dal ba­wisz się w ide­al­ną dziew­czy­nę Ja­re­da? - za­py­ta­łem, ce­lu­jąc w czu­ły punkt. - Czy te­raz je­steś już tyl­ko jego by­łym pro­ble­mem?

Na uła­mek se­kun­dy za­drża­ła. I to nie był gniew.

- Przy­naj­mniej nie mu­szę ni­ko­go ter­ro­ry­zo­wać spoj­rze­niem, żeby czuć się wa­żna - po­wie­dzia­ła chłod­no. - W prze­ci­wie­ństwie do cie­bie.

Max cmok­nął.

- Okej, robi się go­rąco. Może wy so­bie to wy­ja­śni­cie w ku­lu­arach?

- Nie po­trze­bu­ję wi­dow­ni - uci­ąłem. - Wy­star­czy ona.

Pa­trzy­ła na mnie wy­zy­wa­jąco, ale głębo­ko w tych oczach coś pęka­ło. Jak szkło pod na­ci­skiem.

W trak­cie roz­mo­wy zu­pe­łnie nie­świa­do­mie prze­su­nąłem dło­nią po jej ra­mie­niu, pró­bu­jąc od­su­nąć ją z dro­gi.

I wte­dy to się sta­ło.

Za­ma­rła.

Jej cia­ło ze­sztyw­nia­ło, spoj­rze­nie ucie­kło gdzieś poza mnie. Od­dech stał się nie­rów­ny, krót­ki. Sar­kazm znik­nął. Ma­skę szlag tra­fił, a ona na­gle wró­ci­ła do cze­goś, cze­go nie chcia­ła pa­mi­ętać.

Cof­nąłem rękę na­tych­miast.

- Hej... - mruk­nąłem. - Wszyst­ko okej?

Za szyb­ko jed­nak od­zy­ska­ła kon­tro­lę i zbyt per­fek­cyj­nie.

- Nie do­ty­kaj mnie - po­wie­dzia­ła ci­cho, ale twar­do. - Ni­g­dy.

Max prze­stał się śmiać. To było aż za bar­dzo wi­docz­ne.

- Se­rio, Kim, co to było? - za­py­tał już bez drwi­ny. - Jak­byś zo­ba­czy­ła du­cha.

Prze­szy­ła go spoj­rze­niem.

- Zaj­mij się sobą, Max.

A po­tem po­pa­trzy­ła na mnie zno­wu. I nie było już tyl­ko sar­ka­zmu. Były stal i lęk. I coś, co tak głębo­ko we­szło mi pod skó­rę.

Zro­bi­łem krok w tył. Nie dla­te­go, że mnie po­ko­na­ła, ale dla­te­go, że nie wie­dzia­łem, co z tym zro­bić.

- Masz pro­blem z do­ty­kiem - stwier­dzi­łem.

- Masz pro­blem z prze­kra­cza­niem gra­nic - od­bi­ła bez za­wa­ha­nia.

Cho­le­ra.

Pa­trzy­łem, jak od­cho­dzi, znów pro­stu­jąc ra­mio­na i za­kła­da­jąc swo­ją we­wnętrz­ną zbro­ję. Sil­na i ostra. Nie­do­stęp­na. Ale ja już wi­dzia­łem mo­ment, w któ­rym ta zbro­ja pękła. I choć od mie­si­ęcy trzy­ma­łem wszyst­kich na dy­stans, po raz pierw­szy po­czu­łem coś nie­po­ko­jące­go. Zdzi­wie­nie, a za­ra­zem za­in­te­re­so­wa­nie. I cho­ler­ną chęć zro­zu­mie­nia, co ją zła­ma­ło.

To był pro­blem, bo ja ni­g­dy nie chcia­łem ni­ko­go ro­zu­mieć.

Wró­ci­li­śmy do aka­de­mi­ka w ci­szy, jak­by lo­do­wa­te po­wie­trze z ze­wnątrz wpe­łzło z nami do środ­ka i za­gnie­ździ­ło się mi­ędzy że­bra­mi. Max przez całą dro­gę był nie­na­tu­ral­nie mil­czący. To za­wsze ozna­cza­ło jed­no - coś go gry­zło, tyl­ko jesz­cze nie wie­dział, w kogo po­wi­nien wbić zęby.

- Po­wiem ci jed­no - mruk­nął w ko­ńcu, kie­dy wspi­na­li­śmy się po scho­dach. - Ta dziew­czy­na ma coś z gło­wą. Albo ty masz i za­czy­nasz to za­uwa­żać.

Zmru­ży­łem oczy.

- Za­mknij się, Max.

Par­sk­nął, ale nie ci­ągnął te­ma­tu. I do­brze.

Drzwi do mo­je­go po­ko­ju skrzyp­nęły ci­cho, gdy je otwo­rzy­łem. Było tak jak za­wsze - lek­ki pó­łm­rok, za­pach de­ter­gen­tów i chłod­nej po­ście­li. Nor­mal­no­ść. Ru­ty­na. Bez­piecz­na nuda, któ­rej zwy­kle na­wet nie za­uwa­ża­łem.

Tym ra­zem jed­nak coś było nie tak.

Na moim łó­żku le­ża­ła czer­wo­na ko­per­ta. Ide­al­nie gład­ka, jak­by ktoś po­ło­żył ją z na­masz­cze­niem. Na środ­ku, gdzie nie spo­sób jej prze­oczyć. Pa­pier był gru­by, ma­to­wy, nie­mal luk­su­so­wy. A na nim, czar­nym, pre­cy­zyj­nym dru­kiem:

THE DO­MI­NIUM PRO­JECT

Za­ma­rłem.

Max zro­bił krok do przo­du, a po­tem dru­gi, wol­niej­szy.

- Nie... - par­sk­nął ner­wo­wym śmie­chem. - To chy­ba ja­kiś je­ba­ny żart.

Nie od­po­wie­dzia­łem. Pa­trzy­łem tyl­ko na ko­per­tę, jak­by była czy­mś, co może się po­ru­szyć, je­śli spu­ści się z niej wzrok.

- Mó­wi­li, że to urban le­gend - do­dał już ci­szej. - Ja­kaś po­je­ba­na hi­sto­ria star­szych rocz­ni­ków. Że dy­rek­tor­ka ma ob­se­sję na punk­cie psy­cho­lo­gii eks­tre­mal­nej, że w piw­ni­cy szko­ły są ja­kieś sale bez okien, że wy­bie­ra­ją uczniów...

- Prze­stań - wark­nąłem, ale nie dla­te­go, że go nie słu­cha­łem. Wręcz prze­ciw­nie.

Sły­sza­łem to wszyst­ko już wcze­śniej. Na ko­ry­ta­rzach. Szep­tem. Pó­łżar­tem. Pó­łse­rio.

O eks­pe­ry­men­tach.

O prze­kra­cza­niu gra­nic.

O ła­ma­niu stra­chu.

O ćwi­cze­niach, któ­re mia­ły znisz­czyć albo uczy­nić nie­ty­kal­nym.

Mó­wi­li, że po tym pro­gra­mie wy­cho­dzi­ło się in­nym czło­wie­kiem. Sil­niej­szym. Tward­szym. Go­to­wym na pod­bój świa­ta.

A jed­no­cze­śnie mó­wi­li o tych, któ­rzy "znik­nęli na chwi­lę".

O tych, któ­rzy wra­ca­li cich­si.

Albo nie­zro­zu­mia­le spo­koj­ni.

Ja ni­g­dy nie chcia­łem mieć z tym nic wspól­ne­go. Nie fa­scy­no­wa­ło mnie to. Nie kręci­ło.

W prze­ci­wie­ństwie do Lily.

Ona żyła tymi plot­ka­mi. Zna­ła ka­żde na­zwi­sko, któ­re rze­ko­mo "zo­sta­ło wy­bra­ne". Twier­dzi­ła, że to szan­sa, pre­stiż, że to coś wi­ęcej niż zwy­kła szko­ła. Ma­rzy­ła o tej ko­per­cie jak o bi­le­cie do lep­sze­go świa­ta. I ni­g­dy jej nie do­sta­ła.

Za to ja pa­trzy­łem te­raz na jed­ną... na swo­im łó­żku.

- Si­mon... - Max spoj­rzał na mnie z boku, już bez iro­nii. - Czy­li to wszyst­ko jest praw­dą?

Po­wo­li ski­nąłem gło­wą, choć wca­le nie by­łem tego pe­wien. Mój in­stynkt krzy­czał, że to nie prank czy głu­pi nu­mer, ani za­ba­wa znu­dzo­nych li­ce­ali­stów.

Pod­sze­dłem bli­żej. Ka­żdy krok był jak wcho­dze­nie w coś, cze­go kon­se­kwen­cji nie dało się cof­nąć. Pal­ce za­wa­ha­ły się na se­kun­dę, za­nim chwy­ci­łem ko­per­tę. Sam jej ci­ężar wy­star­czył, że­bym po­czuł nie­po­kój.

- Nie otwie­raj jej, je­śli nie chcesz - rzu­cił Max. - Bo wiesz, że jak to prze­czy­tasz, już nie będzie od­wro­tu.

Spoj­rza­łem na nie­go krót­ko.

- Już nie ma.

Roz­da­rłem pa­pier po­wo­li. W środ­ku był je­dy­nie ar­kusz i kar­ta z na­dru­kiem tej sa­mej na­zwy. Tre­ść była la­ko­nicz­na, nie­mal chłod­na.

"Zo­sta­łeś wy­bra­ny do udzia­łu w Pro­gra­mie Do­mi­nium.

Uczest­nic­two jest przy­wi­le­jem.

Two­ja obec­no­ść wy­ma­ga­na jest ju­tro o 22:00. We­jście przez po­ziom -1.

Dys­kre­cja obo­wi­ąz­ko­wa".

I nic wi­ęcej.

Żad­nych wy­ja­śnień.

Żad­nych obiet­nic.

Żad­nych ostrze­żeń.

Tyl­ko roz­kaz ubra­ny w ele­ganc­ką for­mę za­pro­sze­nia.

Max prze­chy­lił gło­wę.

- Kur­wa... - wy­du­sił. - Oni se­rio ist­nie­ją.

Za­ci­snąłem szczękę.

Nie chcia­łem tego.

Nie pro­si­łem o to.

Nie in­te­re­so­wa­ło mnie to.

A jed­nak ko­per­ta le­ża­ła u mnie, a nie u Lily. Nie u ja­kie­goś nad­gor­li­we­go pry­mu­sa czy dzie­cia­ka pra­gnące­go udo­wod­nić świa­tu swo­ją wiel­ko­ść. Ale u mnie.

I to było naj­bar­dziej nie­po­ko­jące.

***

Max wy­sze­dł kil­ka mi­nut pó­źniej. Rzu­cił jesz­cze z lękiem ostat­nie spoj­rze­nie na ko­per­tę i za­mknął za sobą drzwi. Zo­sta­łem sam.

Ci­sza w po­ko­ju była inna niż zwy­kle. Gęst­sza i ci­ęższa. Jak­by po­wie­trze wie­dzia­ło coś, cze­go ja jesz­cze nie zdąży­łem po­jąć.

Usia­dłem na łó­żku, obok miej­sca, gdzie jesz­cze przed chwi­lą le­ża­ła ko­per­ta. Trzy­ma­łem ją te­raz w dło­niach, ob­ra­ca­jąc po­wo­li, prze­śli­zgu­jąc pal­cem po wy­tło­czo­nych li­te­rach. The Do­mi­nium Pro­ject. Brzmia­ło jak na­zwa kor­po­ra­cji, któ­ra przej­mu­je nie fir­my, a lu­dzi.

Po­wi­nie­nem my­śleć o tym. O piw­ni­cach. O dy­rek­tor­ce. O eks­pe­ry­men­tach. O tym, że ju­tro o dwu­dzie­stej dru­giej mam sta­nąć twa­rzą w twarz z czy­mś, co do­tąd ist­nia­ło tyl­ko jako szept. A jed­nak moje my­śli upar­cie skręca­ły gdzie in­dziej.

Do niej.

Do spo­so­bu, w jaki ze­sztyw­nia­ła, gdy ją do­tknąłem.

Do jej spoj­rze­nia, gdy po­wie­dzia­ła: "Nie do­ty­kaj mnie. Ni­g­dy".

Do tej jed­nej szcze­li­ny w ide­al­nie wy­ćwi­czo­nej ma­sce.

Kim­ber­ly.

Zmarsz­czy­łem brwi, po­iry­to­wa­ny wła­sną re­ak­cją. To było cho­re. Nie­nor­mal­ne. Przez ostat­ni rok moje my­śli na­le­ża­ły do blon­dyn­ki. Do jej śmie­chu. Do jej gło­su. Do wspo­mnień, któ­re nie chcia­ły wy­blak­nąć, na­wet gdy bar­dzo pró­bo­wa­łem.

Dziew­czy­ny? Ow­szem. Były. Na im­pre­zach. W ciem­nych po­ko­jach. Na tyl­nych sie­dze­niach sa­mo­cho­dów. Cia­ła cie­płe i chęt­ne, usta, któ­re nie za­da­wa­ły py­tań.

Seks. Tyl­ko seks. Bez imion, bez zo­bo­wi­ązań, bez ran.

Trzy­ma­łem je na dy­stans. Wszyst­kie. Bo żad­na nie mia­ła pra­wa zbli­żyć się do miej­sca, któ­re kie­dyś na­le­ża­ło do Lily. A te­raz ja­kaś py­ska­ta, iry­tu­jąco mądra i dum­na dziew­czy­na z re­dak­cji wśli­zgi­wa­ła się do mo­ich my­śli, jak­by ni­g­dy nie było mi­ędzy nami tej nie­wi­dzial­nej gra­ni­cy.

Zi­ry­to­wa­łem się. Wsta­łem, pod­sze­dłem do okna, opie­ra­jąc czo­ło o zim­ną szy­bę. Na dzie­dzi­ńcu było pu­sto, la­tar­nie rzu­ca­ły bla­de kręgi świa­tła na mo­kry as­falt. Nor­mal­ny wi­dok. Nor­mal­ny wie­czór. A jed­nak wszyst­ko wy­da­wa­ło się prze­su­ni­ęte o pół tonu.

"Nie masz nad nią żad­nej wła­dzy" - prze­mknęło mi przez myśl. I wła­śnie to bo­la­ło naj­bar­dziej.

Wró­ci­łem na łó­żko, znów kie­ru­jąc spoj­rze­nie na ko­per­tę. Na moje na­zwi­sko. Na de­cy­zję, któ­rej nie po­dej­mo­wa­łem.

Nie chcia­łem tej cie­ka­wo­ści. Nie chcia­łem tego nie­po­ko­jące­go przy­ci­ąga­nia. Nie chcia­łem jej. A mimo to coś we mnie bu­dzi­ło się z ka­żdym od­de­chem, ci­che i nie­ustępli­we - jak za­po­wie­dź bu­rzy wi­szącej nad ho­ry­zon­tem. Czu­łem, że ju­trzej­szy wie­czór będzie po­cząt­kiem ko­ńca wszyst­kie­go, co do­tąd trzy­ma­ło nas w ry­zach. Roz­pad­ną się gra­ni­ce, któ­re wy­da­wa­ły się nie­na­ru­szal­ne, opad­ną ma­ski, za któ­ry­mi ukry­wa­li­śmy praw­dę, a lęki, tłu­mio­ne przez tyle cza­su, wresz­cie znaj­dą dro­gę na po­wierzch­nię.

I mia­łem cho­ler­ną pew­no­ść, że je­śli ten pro­jekt na­praw­dę po­le­ga na ła­ma­niu czło­wie­ka, to Kim­ber­ly i ja prze­sta­nie­my być tyl­ko ob­ser­wa­to­ra­mi.