Moja Żydówka, zamiast spieprzać ile sił, zabrała się do poprawiania fryzury. Wiedziałem, że coś jest nie tak, i naprawdę się wystraszyłem. O nią, kurwa, przecież nie o siebie! Szkopy waliły kolbami w dechy zamykające wejście do bunkra od strony Dzikiej, ich wrzaski niosły się korytarzami, potęgując panikę. Esesmani darli te swoje germańskie gęby, rycząc coś w plugawym narzeczu. Rozwaliłbym im wypełnione pomyjami ryje, gdyby trzymał mnie w garści prawdziwy polski wojak. Niestety, tkwiłem w damskiej torebce.
Chyba to sam szatan, pogrążony w śmierdzącej otchłani ojciec wszystkich kurew i bydlaków, przeklął mnie i napiętnował. Nie wiem, czym mu podpadłem, wszak byłem zwykłym potępieńcem, tacy jak ja kłębili się w piekle niczym larwy w padlinie. Chyba że to ten drugi, ten ważniejszy, miał taki kaprys i dla zabawy wcisnął mnie w ręce słodkiej ślicznotki o krągłej dupci i uśmiechu, od którego każdemu facetowi sztywniało w portkach. Przeklinam ich obu, tego na wysokościach i tego na samym dole. Wcale nie wydawało mi się to zabawne.
- Rusz tyłek, głupia, bo zaraz wpadną tu te skurwysyny! - ryknąłem.
Basia jeszcze raz zerknęła w pęknięte lustro, które jakiś żartowniś powiesił w ciasnym korytarzu pod kamienicą na Miłej 18, przerobioną na bunkier Żydowskiej Organizacji Bojowej. Wokół panowała panika w pełnej krasie, durne parchy dały się zupełnie zaskoczyć. Nie spodziewali się, że Niemcy prędzej czy później ich namierzą. Bystrzachy z moich śmierdzących czosnkiem miłośników macy. Powinni się szarpać za pejsy i walić Talmudami po łbach. Całe getto stało w ogniu, kamienice padały jedna po drugiej w tumanach kurzu i pyłu, esesmani z miotaczami ognia demolowali zamkniętą dzielnicę, wykurzając Żydów niczym lisy z nor. Co za zaskoczenie, że zauważyli podejrzany ruch przy najwyższym budynku na Miłej, najludniejszej, centralnej ulicy getta. Prawdziwa niespodzianka, że wreszcie otoczyli dom, tkwiący w morzu ruin niczym pal w dupie, i postanowili przetrząsnąć go jak najdokładniej.
Żydowiny, jak przystało na szczurzy naród, wykazały swoje wrodzone umiejętności i wykopały pod kamienicą prawdziwy labirynt. W piwnicach budynku znajdowała się siedziba czompów, złodziejskiego mojżeszowego gangu, która rozrosła się w solidną podziemną fortecę. Jewreje ryli pod ziemią od jesieni czterdziestego drugiego aż do dnia likwidacji getta. Wpierw ukrywali tu łupy i trefny towar, po wybuchu powstania pozwolili przejąć swoje lochy pejsatym bojownikom. Teraz twierdza została otoczona, a większość nor do niej prowadzących obstawili esesmani.
- Możemy zdążyć do wejścia od Prostej, dalej pójdzie jak po maśle - mówiłem do Basi.
Nie reagowała. Stała przed lustrem i poprawiała swoje blond pukle. Jej oczy były puste, pozbawione życia. Zrozumiałem, że coś w niej pękło, załamała się, poddała.
- Rusz się, żydowska pindo! - ryknąłem. - Na co, kurwa, jeszcze czekasz? Aż cholerne szkopy tu przyjdą i cię po kolei przelecą?! Biegiem, w korytarz po prawej, tam jest jeszcze luźno. Biegnij, na litość boską, wyprowadzę cię, uciekniemy!
Basia położyła dłoń na mojej rękojeści. Poczułem jej ciepłą, delikatną skórę. Moja stal natychmiast się rozgrzała. Byłem gotów zabijać.
- Zostajemy - powiedziała.
° ° °
Zaczęło się oczywiście latem trzydziestego dziewiątego. Spoczywałem sobie zawinięty w natłuszczone płótno, opieczętowane okultystycznymi znakami tłumiącymi. Nie wiedziałem przez to, co dzieje się na zewnątrz, uśpiony, pogrążony w mętnych snach o potędze, chwale i walce. Czekałem, by trafić do rąk polskiego oficera, by wesprzeć go w boju o świętą Ojczyznę. Kiedy jakieś ręce zaczęły mnie odwijać z izolatora i gdy pękały kolejne pieczęcie mocy, aż drżałem z niecierpliwości, tak pragnąłem poznać swego pana i podopiecznego jednocześnie. Moją duszę wtłoczono w zimną stal, by zamienić zwykły pistolet vis w potężny artefakt, broń niosącą niechybną i okrutną śmierć wrogom Rzeczpospolitej. Dygotałem więc i pociłem się olejem, gotów zaśpiewać bitewną pieśń. Czekałem, by dotknęły mnie dłonie wojownika, z którym zwiążę się pętami mocy.
Omal nie wystrzeliłem, gdy poczułem gładką, delikatną skórę kobiety, nienawykłą do broni, nieznającą krwi i walki. Moja lufa błysnęła w słońcu czarno oksydowaną stalą, drobna rączka dziewczęcia z trudem uniosła mnie w górę, prezentując światu. Z rosnącym zdumieniem smakowałem ciało mojej wojowniczki, wnikałem do jej duszy, a pieczęcie z zaklęciami łączyły nas na wieczność.
Szok był tak potężny, że odebrało mi mowę. Na jakiś czas zupełnie straciłem rezon, mówiąc wprost - zamurowało mnie na amen.
Moja wojowniczka wcale nie była polskim bohaterem, oficerem potężnej armii Rzeczpospolitej, szykującym się do śmiertelnego boju. W jej żyłach nie płynęła święta krew chrześcijańskiego woja, nie czułem w niej sarmackiego dziedzictwa, a jej dusza nie śpiewała prasłowiańskimi pieśniami. Śmierdziała czosnkiem. Migotała hebrajskimi znakami i zawodzeniem rabinów. Trafiłem do rąk Żydówki.
Pusty śmiech. Ponury żart, druzgoczący wszystko, w co wierzyłem za życia i co wpojono mi po śmierci, po tym jak wyciągnięto mnie z piekła, bym dalej służył Ojczyźnie. Marzyłem, by znów zapłonąć ogniami otchłani, stoczyć się do pustki, w kłębowisko potępionych dusz. Dlaczego ukarano mnie w ten sposób?
Rozległy się brawa. Żydówka wymachiwała mną nad głową, śmiejąc się głośno. Była pijana, może nie kompletnie, ale mocno wstawiona. Chichotała jak szalona, tańcząc boso na trawie. Po chwili dołączyła do niej dziewczyna w jej wieku, śniada brunetka z warkoczem, trzymająca fajkę w zębach. Gdzie ja, kurwa, trafiłem? Co tu się działo?
Powoli otrząsałem się z szoku i zacząłem badać otoczenie. Znajdowaliśmy się na łące, przechodzącej w niewielką piaszczystą plażę, nad niepozorną rzeczką. Było słoneczne, wczesne popołudnie, chyba niedziela. Dwie dziewczyny pląsały ze śmiechem w rytm skocznej melodii wygrywanej na akordeonie przez kolesia w ułańskich bryczesach. Na trawie rozłożono kilka koców i białych prześcieradeł, które zastawiono wiktuałami i butelkami z wódką. Było tu całkiem sporo ludzi. Dzieciaki z rozpędem skakały do wody, kilku wyrostków rżnęło w karty pod drzewem. W pikniku uczestniczyło kilkanaście młodych osób, mężczyźni w białych, odświętnych koszulach i dziewczyny w letnich, kusych sukienkach. Klaskali do rytmu, śmiali się, ktoś zaczął śpiewać. Pieprzona sielanka.
- Sto lat, Basiu! - Chudy Żyd w rozchełstanej koszuli ucałował moją właścicielkę w policzek ciepłymi, śmierdzącymi alkoholem ustami.
Miałem ochotę rozwalić mu tę parchatą mordę. Pozabijałbym ich wszystkich.
Do tańca próbowało dołączyć kilku przystojniaków, ale dziewczyny padły sobie w ramiona i wirowały jako para, odpychając adoratorów. Basia Sylman, Żydówka o błękitnych oczach i burzy blond loków, w których błyszczało słońce, i Wandzia Wierzchowska, smagła Polka z czarnym warkoczem, obijającym się o pupę i furkoczącym wściekle w sierpniowym, gorącym powietrzu. Przez parę chwil dziewczęta niemal unosiły się nad ziemią, ich gołe stopy poruszały się obłędnie szybko, z młodzieńczą werwą i lekkością.
Z każdą chwilą wiedziałem coraz więcej, penetrowałem środowisko i umysły zgromadzonych ludzi. Widziałem pożądliwe spojrzenia młodych mężczyzn, czułem podniecenie i radość dziewcząt, świadomych swej urody i tego, że tu i teraz są w centrum uwagi. Alkohol szumiał zgromadzonym w żyłach, uwalniał ukryte emocje i żądze. Dwie najpiękniejsze kobiety w miasteczku jaśniały szczęściem i radością. Po chwili dziewczęta rozdzieliły się, by wpaść w ramiona swoich chłopców. Basia przytuliła się do piersi Emusa Nulmana, a Wandzia pozwoliła objąć się Stefkowi Chłoście.
Wszyscy bawiący się nad brzegiem Utraty pracowali w pobliskiej cukrowni Józefów. Robotnicy z małego miasteczka wymieszali się ze sobą, Polacy i Żydzi, pili i bawili się ramię w ramię. Ohyda, nie mogłem tego znieść. To wbrew temu, w co wierzyłem. Element syjonistyczny zatruwał naszą Ojczyznę od setek lat, a ja poświęciłem życie walce z tymi podstępnymi parchami. Nie minęło kilkanaście lat od mojej śmierci, a nic się nie zmieniło. Prosty lud pozwalał ogłupiać się Żydom i bratał się z nimi w biały dzień!
Basia ciągle ściskała moją rękojeść, jej palec zacisnął się na spuście. Byłem zabezpieczony, ale czy to problem? Zwolniłem blokadę i wystrzeliłem. Huk przerwał zabawę.
Pozwoliłem, by pocisk pomknął swobodnie i trafił w pudło akordeonu, wyrwał dziurę w drewnie i rykoszetem poszybował w niebo. Basia pisnęła z przerażenia. Muzyka umilkła, dzieciaki przestały wrzeszczeć, ktoś zaklął ze strachu.
Emus rozejrzał się czujnie i widząc, że nikt nie oberwał, roześmiał się głośno, a potem wyjął visa z dłoni dziewczyny. Przesunął dźwignię bezpiecznika na miejsce. Dygotałem, czując jego żydowskie łapy na rękojeści. Z dwojga złego wolałem, by dotykała mnie Basia. Nie mógł długo utrzymać mnie w ręku, zmusiłem go, by natychmiast oddał mnie dziewczynie.
- Uważaj, to nie zabawka - powiedział. - Schowaj go lepiej.
Żydek czuł palący wstyd i niepewność. Nie wiedział, czy dobrze zrobił, oddając mnie jako urodzinowy prezent. Zajrzałem w głąb umysłu Emusa. Udało mi się dojrzeć kilka obrazów w jego pamięci. Jakieś tajne zebranie, składanie przysięgi, migawki ze spotkań w ciemnych zaułkach Warszawy i jaśniejących blaskiem restauracjach, szemrane interesy, przemowy na walnych zebraniach i marsz w żydowskie święto. Wreszcie pieniądze płacone jakiemuś cwaniakowi, który przytargał skrzynię opatrzoną wojskowym numerem i okultystyczną pieczęcią. A więc to tak! Broń o specjalnym przeznaczeniu została skradziona z wojskowego magazynu i sprzedana Żydom. Mogłem się tego spodziewać. Ten kraj toczy piętno zepsucia i zdrady. Zostałem zdradzony za życia i teraz, po śmierci, gdy wróciłem, by po raz kolejny stanąć do boju za Ojczyznę. Hańba!
Basiu, weź mnie w ręce i pozwól jeszcze raz wystrzelić. Rozwalę łeb temu żydowskiemu sukinsynowi...
Nie słyszała. Zawinęła mnie niedbale w płótno i rzuciła na koc, między butelki wódki i kiełbasę. Zerwane pieczęcie nadal działały, wytłumiając moją moc. Zacząłem zasypiać. Czułem promienie słońca ślizgające się po odsłoniętej rękojeści, słyszałem śmiechy i śpiewy. Nie mogłem jednak nic zrobić. Leżałem tam bezsilnie, pogrążony w ponurych rozmyślaniach o straconej szansie na zbawienie. Jakiś głupi żydowski złodziej, niemający bladego pojęcia, czym jestem, podarował mnie na dziewiętnaste urodziny swojej dziewczynie. Młodej robotnicy z cukrowni gdzieś na mazowieckim zadupiu. I co teraz?
Muszę ją zmusić do posłuszeństwa. Może da się jeszcze przerwać czar? Może nie wszystko stracone?
° ° °
Okazja nadarzyła się już pierwszej nocy. Popołudniem Basia wróciła na Jesołówkę, niewielką żydowską kolonię, tkwiącą za rzeką, po drugiej stronie cukrowni. Przed snem przypomniała sobie o mnie i odwinęła z płótna, które cisnęła w kuchni na kupę ze szmatami. Visa wpakowała do torebki i tak wylądowałem między portmonetką a notesikiem. Ocierałem się o puderniczkę z lusterkiem i szminkę, marząc, by wreszcie rzucić się na to głupie dziewczę i zepchnąć je na kolana. Czekałem cierpliwie na dogodny moment. Spokojnie. Najlepiej zaatakować z zaskoczenia, gdy ofiara jest najsłabsza.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.