Rozdział 1
Ciężkie drewniane drzwi liceum Enskilda otworzyły się i wybiegło z nich dwadzieścioro pięcioro żywiołowych, świeżo upieczonych maturzystów w białych ubraniach. Krzyczeli i machali czapkami, a Emelie stanęła na palcach, żeby wypatrzyć wśród nich swoją córkę. Udało jej się bez trudu - Linn była jedyną osobą z czarnymi kręconymi włosami i ciemną skórą. Emelie zobaczyła, że się śmieje, i przypomniała sobie własne zakończenie liceum, kiedy wszystko było możliwe i nie miała absolutnie żadnych problemów. Nie tak jak teraz. Westchnęła i uśmiechnęła się do stojącej obok Sary.
- I co, będziesz się wzruszać? Twoja najstarsza skończyła liceum. - rzuciła Sara.
Emelie skinęła głową z uśmiechem. Tak, to kamień milowy, nie dało się zaprzeczyć.
- Mamo, mamo, widzisz Linn?
Obok niej Linnea podskakiwała w górę i w dół, żeby choć przez chwilę móc coś zobaczyć. Nie było to łatwe dla siedmiolatki, więc Emelie poniosła ją i wskazała Linn tańczącą i śpiewającą z przyjaciółmi. Linnea zaczęła machać i wołać starszą siostrę.
- Liv, mogłabyś trochę wyżej podnieść tabliczkę, żeby Linn zobaczyła, gdzie stoimy? Bo może sobie pomyśli, że wystawiłyśmy ją do wiatru - zwróciła się Emelie do średniej córki, która uniosła tabliczkę tak wysoko, jak tylko mogła.
Chwilę później cała rodzina wraz z matką chrzestną Sarą zebrała się na rynku. Ściskały Linn i śmiały się. Linn była pod lekkim wpływem szampana wypitego do śniadania ze znajomymi i na zmianę to śmiała się, to płakała. Liv i Linnea patrzyły na siostrę wielkimi oczami. Miała rozpuszczone włosy, które jak chmura unosiły jej się wokół twarzy. Rozświetlacz lśnił na wysokich kościach policzkowych, a brązowe oczy obramowane były długimi czarnymi rzęsami. W oczach młodszych sióstr była najfajniejsza na świecie. Emelie chwyciła najstarszą córkę w ramiona i mocno przytuliła.
- I jak się ma moja mistrzyni piekarska? Fajnie było?
Linn skinęła głową, ale nie była w stanie skupić się na stojących wokół niej bliskich. Wzrokiem poszukiwała przyjaciół oraz platformy, na której za chwilę mieli zatańczyć, objeżdżając całe Växjö
. Emelie i Sara uśmiechnęły się do siebie. Doskonale rozumiały, jak to jest. Stanie z dwiema młodszymi siostrami, mamą i jej koleżanką nie było teraz najatrakcyjniejszym zajęciem. Sara objęła Linn.
- Gratulacje, kochana córko chrzestna, jesteś absolutnie wspaniała. Dostałaś pracę sezonową? W piekarni, tak jak chciałaś?
Linn uspokoiła się na chwilę i skupiła wzrok na Sarze.
- Tak, jestem umówiona w pracy mamy. Będzie super. Ale tam stoją Olivia i Julia. Muszę spadać. Całuski, mamo! Sara, Liv, Linnea, kocham was!
Pobiegła i po chwili wpadła w ramiona swoich dwóch najlepszych przyjaciółek. Pognały dokądś objęte, tak jak to robiły, kiedy były małe. Emelie westchnęła i spojrzała na młodsze dzieci.
- No dobrze, czy ktoś ma ochotę na lody?
***
W domu, w szeregowcu przy Parkvägen panował spokój. Liv i Linnea poszły do koleżanek. Miały już wakacje i w zasadzie mogły robić, co chcą. Za kilka dni zaczynały świetlicę, do której miały chodzić przez dwa tygodnie, zanim Emelie dostanie urlop. Sara i Emelie mogły wreszcie usiąść i odetchnąć po uroczystym zakończeniu szkoły odbywającym się w centrum miasta.
- Nie mogę się doczekać urlopu. Ten rok w pracy był cholernie trudny. Tyle zmian personalnych, no i szef: nagle się zwolnił, a dopóki nie przyszedł nowy... To nie było fajne - powiedziała Emelie, nalewając wina do dwóch kieliszków.
Usiadły w ogródku. Rabaty były przerośnięte, tak że Emelie miała wyrzuty sumienia od samego patrzenia na zaniedbany trawnik. Od kilku lat zamierzała się tym zająć. Wciąż piastowała marzenie o zielonej trawie, ale nie miała siły. Sara wyprostowała się.
- Wczoraj postanowiliśmy, że jedziemy na wycieczkę do Włoch - uśmiechnęła się z zadowoleniem.
- Och, gdyby tylko było mnie stać. Ale samotna matka trójki dzieci nie ma szans na podróże do Włoch. Muszę się zadowolić czymś bardziej lokalnym - odparła Emelie.
I dodała:
- To też nie będzie złe.
Słyszała, jak zawadiacko i mało prawdopodobnie to zabrzmiało. Pewnie, że chętniej pojechałaby do Włoch, żeby do woli korzystać ze słońca i kąpieli, pić dobre wino i jeść makaron. Sara uśmiechnęła się do niej.
- Jasne, że nie. My chcemy pojechać znów do Toskanii, naprawdę się nam spodobała. Ale nawiasem mówiąc, nadal nie masz wiadomości od Ousmana?
Emelie pokręciła głową. Trzy lata temu wróciła z pracy i na stole kuchennym znalazła list od ojca swoich dzieci, w którym napisał, że je zostawia. Nie daje już rady i wraca do Gambii. Od tego czasu nie odezwał się do niej, a życie stało się, delikatnie mówiąc, chaotyczne. Samotna opieka nad trójką dzieci i wszystko, co się z tym wiązało, czyli odwożenie i przywożenie, zakatarzone nosy i poranione kolana. Nie było łatwo. Poza tym musiała odpowiadać na pytania, dlaczego taty nagle nie ma w domu. A wiedziała na ten temat równie mało co dzieci. To ją wykańczało.
- Nie, myślę, że już nie wróci.
- Tak sądzisz? Ale przecież chyba chciałby spotkać się z dziewczynkami?
Emelie ze sceptyczną miną upiła łyk cierpkiego wina.
- Skoro potrafił wyjechać i się nie odezwać do nich ani razu przez trzy lata, nie sądzę, żeby się zbytnio przejmował.
Sara westchnęła.
- Mężczyźni to czasem świnie, niezależnie od kontynentu, na którym mieszkają. - Poklepała Emelie po ramieniu.
Siedziały przez chwilę, wpatrując się w przerośnięty ogródek i brązowo-żółty trawnik, po czym stwierdziły, że życie toczy się dalej, dzieci urosły i nie jest łatwo, do cholery, ale i tak jest całkiem nieźle.
- to duża ulga, że nie musisz urządzać w domu imprezy dla maturzystki? - spytała Sara.
- Niezupełnie. To naprawdę przykre, że Linn nie będzie miała rodzinnego świętowania, ale impreza byłaby byle jaka. Ja, ty, Liv, Linnea, babcia, dziadek. Tyle. Tak to jest, kiedy połowa rodziny jest w Gambii, a druga połowa od początku nie była zbyt duża.
Sara wyjrzała za płot, gdzie sąsiad pochylał się nad nową kosiarką robotem. W jednej ręce trzymał instrukcję obsługi, a drugą drapał się po siwych kosmykach pozostałych na prawie łysej czaszce. Potrząsnął głową.
- Mali chłopcy, małe zabawki, duzi chłopcy, duże zabawki. Ale słuchaj, a propos małej rodziny, nie było ci nudno być jedynaczką?
- Tak, jak diabli. Dlatego postanowiłam mieć więcej dzieci z Ousmanem. Nie chciałam, żeby miały tak jak ja. Samotne zabawy, żadnej siostry czy brata, żeby się chociaż pobić. Zawsze zazdrościłam ci brata.
Sara prychnęła.
- E tam, Per był strasznie wkurzający. Nie chciałabyś mieć takiego brata - zaśmiała się.
- Ale Ousman też chciał mieć dużo dzieci, tak jest w Gambii. To, że mamy trójkę, było w jego oczach okropnym niedoborem. Ale i tak dał nogę...
Wypiła ostatni łyk i wzięła oba kieliszki, żeby dolać wina z pudełka w lodówce. Na stole kuchennym leżała poczta. Ostatnio nawet na nią nie spoglądała, tylko odkładała na kupkę. Nie miała siły na kolejne rachunki. Praca kierowniczki w Hotelu Miejskim nie była świetnie płatna. Dało się przeżyć, ale przykro było nigdy nie móc zrobić czegoś ekstra z dziewczynkami. Jak na przykład pojechać do Włoch. Zresztą nie musiałoby to być coś aż tak ekstrawaganckiego, wystarczyłaby wycieczka do Kolm?rden albo do Liseberg
, ale gdyby policzyć wszystkie trzy dziewczynki, i tak wyszłoby drogo. Teraz, kiedy Linn zdobyła zawód piekarza cukiernika i wkraczała w dorosłe życie, miało się to szansę zmienić, ale na razie jeszcze mieszkała z nimi i była prawdziwą domatorką. Często gdy dwie młodsze szły spać, siadywały razem na kanapie i oglądały seriale telewizyjne albo omawiały, w kim Linn jest aktualnie zakochana. Linn próbowała namówić mamę, żeby założyła konto na Tinderze i rozwinęła skrzydła miłości, ale Emelie na razie odmawiała. Nie chciała znów dać się oszukać. Zresztą nie miała na to czasu. I tak była wystarczająco zestresowana rzeczywistością. List na samym wierzchu kupki miał w rogu logo loterii pocztowej. Nie zamierzała brać w niej udziału, więc przesunęła go podstawką od kieliszka i wtedy zauważyła białą kopertę bez okienka. Z tyłu był napis. Eleganckie litery układały się w napis: "Kancelaria adwokacka Bertelson i Bart".
Odstawiła kieliszek i otworzyła kopertę. Zamknęła oczy, modląc się w duchu, żeby to nie miało związku z Ousmanem. Nie było to bardzo prawdopodobne, jako że nie mieli ślubu, a właścicielką domu była ona, ale z nim nigdy nic nie wiadomo. Rozwinęła gruby papier i na samej górze ponownie ujrzała logo z nazwą firmy. Przeczytała zawartość i odetchnęła. W każdym razie nie chodziło o Ousmana. Wzięła list, pełne kieliszki i wróciła do Sary.
- Nie chciałabyś poznać kogoś nowego? No wiesz, skoro nie wierzysz, że Ousman wróci? - spytała Sara.
Emelie podała jej kieliszek i opadła na krzesło obok.
- Zdecydowanie nie chcę, żeby wracał. Jak mogłabym mu znowu zaufać? I nie, nie mam ochoty się z nikim spotykać. Jeszcze nie. Nie mam odwagi. A co, jeśli on też mnie zostawi? Nie zniosłabym tego.
Sara wzruszyła ramionami.
- Myślę, że byś zniosła, ale rozumiem, że jesteś nieco wstrzemięźliwa i ostrożna.
Emelie podała jej kopertę z logotypem.
- Popatrz, chyba coś odziedziczyłam...
Sara upiła trochę wina i spojrzała z nadzieją.
- Co? Czyżbyś miała jakiegoś starego krewnego, o którym nic nie wiedziałaś, a który umarł? Przecież to istne marzenie! Odziedziczyć kupę forsy po kimś, kogo się nawet nie znało, więc nie musi się żałować jego śmierci. To najlepsze, co może być. Ze Stefanem snuliśmy tego typu fantazje mnóstwo razy. Kto to?
Emelie pokręciła głową.
- Nie wiem. Z tego, co się orientuję, nie mam krewnych, których bym nie znała, ale tutaj jest napisane, że umarła jakaś Astrid Svensson i zostawiła mi spadek.
- Ale kto to?
- Nie mam pojęcia! To musi być ktoś ze strony taty, skoro nazywa się Svensson. Coś mi się kojarzy, że gdzieś tam powinna istnieć stara ciotka.
- Piszą, co dostałaś?
Sara oparła rękę na podłokietniku, sięgnęła po list i przeczytała:
- Zapraszamy panią do kancelarii adwokackiej Bertelson i Bart w poniedziałek, siódmego czerwca o godzinie jedenastej. Hej, to ten poniedziałek! O rany, ale ekscytujące! Jechać z tobą? Chociaż nie, cholera, nie mogę. Mamy wtedy spotkanie kierowników. Musisz do mnie zadzwonić zaraz po wizycie.
Głos Sary przeszedł niemal w falset, tak była podekscytowana. Emelie roześmiała się i uniosła swoje wino.
- Tak, kto wie? Może jestem milionerką. Wypijmy za to!
Wyciągnęła kieliszek do Sary, która, śmiejąc się, brzęknęła o niego swoim.
- A może odziedziczyłaś starego psa i szczypce do cukru. Zdrówko!