Rozdział pierwszy.Dom w Campuac
Od uśmiechu świtu po rozbłysk południa, od wieczornego spokoju po radosny spoczynek nocy, walc płynących godzin wpisuje w czas radość samego Boga2. Od ciszy ukrytych kryształów po drżenie niedosięgłych gwiazd, od tańca cząstek w atomie po bezkresny korowód galaktyk w przestrzeni, od jednego bieguna po drugi, wszędzie na ziemi i we wszechświecie, od początku aż po należące do Boga "dzisiaj", wszystko wyraża radość Stwórcy, przypomina ją i promieniuje nią. Trzeba, byśmy szybko ukształtowali w sobie dusze kontemplatyków! Potrzebujemy tego, by uciszyć w sobie rodzący smutek głos Oskarżyciela, który zbyt często każe nam widzieć, że to czy owo nie jest takie, jakie być powinno - aby dziękować Bogu w imię naszej wiary, śpiewając Pieśń słoneczną. Ponieważ w świecie, który stworzył, wszystko jest ikoną Jego radości... Radość nie jest ludzkim wynalazkiem, ale emanacją Boga. Nie można jej wytworzyć - jest nam dana. Trzeba raczej umieć się na nią zgodzić, niż jej poszukiwać. Jest czymś, co się przyjmuje, a nie kultywuje, chroni czy buduje. O radości trudno dyskutować, ona po prostu jest. Jej podstawą jest pewność obecności. Obecności Zbawiciela, który bez ustanku przychodzi, każąc nam zachować odwagę, bo jest z nami aż do skończenia świata3.
Jak wyrazić niewyrażalne4? Bóstwo Chrystusa nie jest dla mnie przede wszystkim prawdą, w którą uwierzyłem, ale rzeczywistością, która od początku pochwyciła mnie całego. Można powiedzieć, że wpadłem w nią, kiedy byłem bardzo mały. A może jeszcze wcześniej. Zostałem nią nasączony i naznaczony na dalszy ciąg mojej historii. Jakiej historii?
Urodziłem się na południu Francji, w południe pewnego grudniowego dnia, w godzinie - mówiła mi matka - kiedy dzwoniono na Anioł Pański. Pierwszym dźwiękiem pochwyconym przez moje uszy był więc odgłos kościelnego dzwonu przypominający ziemi o wcieleniu Słowa. Cztery dni potem, nie napotykając oporu, chrzest uczynił ze mnie syna Bożego, powołanego do wiary w Chrystusa. W ten sposób, chociaż zupełnie bez mojej wiedzy, złożona we mnie została jakby wrodzona orientacja na bóstwo Tego, do którego wszyscy wokół mnie się modlili, nazywając Go imieniem Jezus.
Nie było potrzeby zastanawiać się, czy jest Bogiem, ani stawiać sobie pytania, czy Bóg w ogóle istnieje. Wszystko, co widziałem, słyszałem, czułem i przeżywałem, mówiło o tym. Jak mógłbym wątpić? Widziałem przecież, że na sam dźwięk tego imienia rozjaśniała się twarz mojej matki. Że sposób bycia ojca stawał się łagodny i poważny. Że każdej niedzieli w kościele, gdzie gromadziło się tylu ludzi - wyglądających jakby spełniali poważny obowiązek i obchodzili rodzinne święto - coś się dokonywało. Właśnie w imię Jezusa. Coś, co swą intensywnością i starannością przewyższało wszystko, co się działo gdzie indziej. Tam tato w meloniku, mama w futrze z karakułów, dziadek w swojej chłopskiej bluzie i babcia w ciasno związanym fartuchu z czarnej bawełny patrzyli z wszystkimi innymi w tę samą stronę. Lampka tabernakulum! Nikt się nie niecierpliwił i nie czekał, kiedy czerwone zmieni się w zielone. Nikt się nie poruszał. Żadne z pięciorga moich braci i sióstr, od najstarszego do najmłodszego, nie drgnęłoby za skarby świata. Nie było mowy o tym, żeby przed Jezusem się wiercić albo źle zachowywać.
Co z tego, że przy słowach Credo, śpiewanego pełnym głosem przez wszystkich, dogmatyczne subtelności mogły umykać mej dziecięcej duszy. Niezależnie od przejęzyczeń i kalamburów, do jakich dawały okazję owe "zrodzony, a nie stworzony" oraz "z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami", było przecież jasne, że "Jezus Chrystus, Syn Boży Jednorodzony" jest "Bogiem prawdziwym z Boga prawdziwego". Niech ktoś spróbuje to wytłumaczyć! Tylko po co tłumaczyć coś, czego oczywistą prawdziwość ukazywało wszystko? Z Jego, Jezusa, powodu żyło się w radości i pokoju. Coś niewyrażalnego. Dla Niego poświęcano czas. Z Nim smakowano szczęśliwe chwile. Najwyraźniej w Jego obecności nie mierzono czasu. Takich rzeczy się nie zapomina. Zamieszkują potem serce. Naznaczają duszę. Inkrustują wiarą głębię ludzkiego wnętrza lepiej niż wszystkie lekcje katechizmu i wykłady z teologii. Patrząc wstecz, człowiek mówi sobie, że "ten Jezus" naprawdę musi być żywy, żeby mówić tak prawdziwie i mocno, nawet nie dając się zobaczyć. Żeby pozostawić w sercach ślad owych "racji, których rozum nie zna". I w ten sposób wiara w bóstwo Słowa wpisała się od najmłodszych lat w moją dziecięcą duszę. Człowiek pozostaje nią naznaczony w dalszych latach, kiedy przychodzi czas wielkich "dlaczego".
*
Pierre Delfieux z rodzeństwem. Stoją od lewej: Jehanne, François, Pierre, Annie. Rok 1938. Pierre to imię autora nadane na chrzcie. Dopiero po założeniu MWJ stał się bratem Pierre-Marie
Monastyczne Wspólnoty Jerozolimskie
Kiedy zbliżały się święta Bożego Narodzenia, Wielkanocy lub Wniebowzięcia, można było oglądać osobliwy widok. Prawie całe miasteczko wędrowało w stronę kościoła. Kościoła, w którym ksiądz proboszcz kazał ogłosić, że w takich a takich godzinach "będzie obecny" oraz "będzie udzielać sakramentu spowiedzi". Kobiety sunęły powoli już od bladego świtu, zaś mężczyźni zmierzali tam ciężkim krokiem mroczną wieczorną godziną. Zasięgnąwszy informacji u mamy, zrozumiałem, że również to tajemnicze i poważne zachowanie miało związek z Jezusem. Tym, do którego można było zawsze pójść i zwyczajnie poprosić o przebaczenie swoich grzechów. Sądząc z wyglądu wszystkich tych roześmianych pań i wracających z lekkim sercem wąsaczy, rzeczywiście musiał mieć władzę ich odpuszczania. No cóż, są oznaki, które nie kłamią. Doświadczenia, których się nie zapomina. Wyraźnie widziałem, że mama i siostry były jeszcze ładniejsze, kiedy wracały po spowiedzi. I że radość, która promieniowała wtedy z serc, po uroczystej mszy poprzedzonej tym zanurzeniem się w skruchę, musiała mieć swoje źródło gdzieś w okolicach nieba. Tego nieba, do którego "wstąpił", po tym jak "zmartwychwstał trzeciego dnia", aby tam zasiąść "po prawicy Ojca". I stamtąd przebacza grzechy świata!
*
Siostra Maria od Kalwarii, staruszka, chodziła mocno pochylona. Jej twarz była poznaczona tysiącem zmarszczek. W całej szkole na pewno nikt by nie powiedział, że jest ładna! Ale kiedy w Wielki Piątek wyjaśniała nam stacje drogi krzyżowej i widzieliśmy, jak cicho płacze przy szóstej, gdy "Weronika ociera twarz Jezusowi" (tym gorzej dla egzegezy!), można było tylko sobie powiedzieć, że to, co Jezus przecierpiał kiedyś dla nas na krzyżu, to nie było byle co.
Czy nie trzeba było być kimś więcej niż człowiekiem, żeby tak umrzeć, mówiąc o swoich katach: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią"? W każdym razie jedno było pewne: że "zmartwychwstał trzeciego dnia", skoro całe miasteczko przybierało wówczas odświętny wygląd, który nie mógł kłamać - z blaskiem świec udekorowanych kwiatami, biciem dzwonów na błękitnym niebie i zapachem pierwszych lilii. Ten cud nie mógł kłamać.
*
Bardzo dobrze pamiętam5. Był Wielki Czwartek. Miałem sześć lat. Tego wieczoru miałem przyjąć Pierwszą Komunię Świętą. Spośród wszystkich moich wspomnień z dzieciństwa z pewnością to właśnie pozostaje najżywsze. Słońce świeciło przez okno jadalni. Na zewnątrz dzwony dźwięczały z całej mocy. Była pora wychodzić do przybranego kwiatami kościoła. Białe podkolanówki, marynarski kołnierzyk, wypastowane buty. Od wielu dni ten, którego z uszanowaniem, lecz bez namaszczenia nazywano "proboszczem Trémouille", przygotowywał, najlepiej, jak potrafił, swoją grupkę chłopców, którzy "osiągnęli wiek rozumny".
Poprzedniego dnia z bijącym sercem odbyłem spowiedź, wdychając przez drewniane kratki niewymowny zapach pierwszego przebaczenia zmieszany z wonią kapuścianej zupy, którą przeniknięte było wszystko, co miało jakikolwiek związek z plebanią. Czułem się gotowy słuchać Jezusa, którego miałem spotkać.
Spotkanie rzeczywiście się dokonało. Bardziej realne, żywe i przejmujące, niż kiedykolwiek będę w stanie wypowiedzieć. Z wszystkiego, co tłumaczyła mi matka, zapamiętałem tylko to: "Przyjmiesz małego Jezusa!". Nie walczyłbym dzisiaj w obronie teologicznej poprawności tego rodzaju formuły, ale po dziesiątkach lat wiem, że od tamtej chwili nie dowiedziałem się niczego więcej o istocie tajemnicy Eucharystii.
Nie było żadnego uniesienia ani oświecenia, ani ekstazy. Lecz nagle Ktoś stał się obecny. Po raz pierwszy w życiu przyjąłem konsekrowaną Hostię. Jezus! Był tam, "rzeczywiście obecny". Żadnych słów ani wizji. Ale pewność, pewność czyjejś obecności. Wewnętrznej, namacalnej, niewysłowionej. Ktoś był we mnie, ktoś inny niż ja, przez kogo czułem się jakby w bezpośredniej komunii z Życiem. Nie był to jeden z tych momentów żarliwości czy głębokiej kontemplacji, jakie mogą się niekiedy zdarzyć, ale prawdziwe pochwycenie, opanowanie przez łaskę. Nieodparte w swej sile, a jakże czułe i pełne szacunku. "Mały Jezus" przekraczał możliwości rozumienia. Przychodząca z góry i podnosząca się z głębi duszy Boża obecność wypełniała moje dziecięce ciało, rozświetlała umysł nieporównaną jasnością, napełniała serce uczuciem, którego nie można nazwać, i dosłownie porywała moją duszę. "Pan mój i Bóg mój!" Otoczenie nie miało znaczenia, wszystko było wewnątrz. Czas także nie - byłem poza nim. Obecność. Adoracja. Komunia. Cóż jeszcze powiedzieć? Bóg był obecny, po prostu, ponad wszystkim, co mogłem pojąć, wyobrazić sobie, czy czego mogłem oczekiwać. Moje serce obejmowało Tego, którego wszechświat nie może pomieścić. W wieku sześciu lat, niech ktoś mi to wytłumaczy.
Miałem potem wiele okazji, żeby się zastanawiać nad tamtym "momentem". Analizować to "spotkanie". Rozmawiać o nim ze specjalistami od nauk humanistycznych. Próbować relatywizować. Zapomnieć. Daremny wysiłek. Niemożliwa introspekcja. Wspomnienie tamtego zdarzenia zostało we mnie wpisane niczym pamiątka, ślad łaski, który się nie zaciera. Kiedy Bóg dotyka duszy ogniem swej miłości, wypalony w ten sposób ślad pozostaje w niej jak nieusuwalna pieczęć. Ciągle nie wiem, dlaczego. Nie potrafię też powiedzieć jak. Wiem jednak, całą moją wiarą, że to nie była projekcja, konfabulacja ani dziecięce złudzenie, ale że tamtego dnia, w sposób najbardziej bezdyskusyjny i jasny Bóg z czystej łaskawości powiedział mi po prostu, bez jednego słowa, lecz z głębi mego wnętrza: "To Ja". Nigdy tego nie zapomniałem. I od tamtej chwili powtórzyłem już tysiąc razy: "Jezu, jak bardzo to było prawdziwe. Jak bardzo jesteś prawdziwy!".