Rozdział 1
Wehikuł czasu jest sferą wypełnioną
mlecznym płynem. Podróżnik w gumowym kombinezonie unosi się w niej,
oddychając przez maskę połączoną przewodem ze ścianą pojazdu.
Sfera pęka podczas lądowania, a płyn wycieka na pyliste podłoże i szybko
w nie wsiąka. Wehikuł toczy się, podskakując na kamieniach tkwiących w jałowej ziemi.
O Jezu! O Boże!
O Jezu! O Boże!
O Jezu! O Boże!
O Jezu! O Boże!
Chryste! Co się ze mną dzieje?!
Koniec, przejebane.
To kurestwo nie działa.
O Jezu! O Boże! Kiedy to gówno przestanie się telepać?!
Wyciekła większość płynu i Karl Glogauer instynktownie się kuli. Osiada
na wyściółce plastikowej sfery, która ugina się pod jego ciężarem.
Tajemnicze, do niczego niepodobne instrumenty wehikułu są ciche i nieruchome. Sfera zatrzymuje się, kołysze i przetacza jeszcze kawałek;
ostatki płynu skapują ze szczeliny.
Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego to zrobiłem?
Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego to zrobiłem?
Glogauer nagle otwiera oczy. Zaraz je zamyka, rozwierając usta, jakby
ziewał. Język drży, a bolesny jęk przechodzi w zawodzenie.
Słyszy siebie i bezwiednie rozpoznaje ten dźwięk: glosolalia, język
nieświadomości... Nie wie jednak, co właściwie mówi.
Syk powietrza. Plastikowa wyściółka sfery wiotczeje i ciało podróżnika
osiada teraz na twardym metalu. Glogauer milknie, otwiera oczy i spogląda przez pęknięcie na zewnątrz; robi to jednak bez ciekawości.
Usiłuje się poruszyć, ale nic z tego - cały zdrętwiał. Drży, gdy chłodne
powietrze napływa do sfery. Wydaje się, że na zewnątrz panuje noc.
Podróż była niełatwa i nawet płyn nie zabezpieczył go całkowicie, bez
tej ochrony jednak nigdy nie dotarłby tutaj żywy. I tak
najprawdopodobniej złamał kilka żeber.
Zaraz po tej refleksji pojawia się ból. Karl stwierdza, że mimo wszystko
może wyprostować ręce i nogi.
Zaczyna się czołgać po śliskim plastiku ku pęknięciu. Ciężko łapie
powietrze, nieruchomieje, znowu się czołga.
Mdleje. Gdy odzyskuje przytomność, powietrze jest już cieplejsze. Przez
szczelinę sączy się blask słońca, widzi lśniące jak stal niebo.
Przeciska się do połowy i zamyka oczy, gdy słońce atakuje go z całą
siłą. Mdleje ponownie.
Gwiazdka 1949
Miał wtedy dziewięć lat - urodził się dwa lata po tym, jak ojcu udało
się wydostać z Austrii i dotrzeć do Anglii.
Dzieci bawiły się na pokrytym szarym żwirem szkolnym boisku, śmiejąc się
i pokrzykując. Pod ścianami piętrzyły się sterty brudnego lodu, za
ogrodzeniem na tle mroźnego zimowego nieba czerniały ponure budynki
Londynu Południowego.
Zabawa zaczęła się dość poważnie i Karl nieco nerwowo wybrał dla siebie
rolę. Przez jakiś czas cieszyło go, że jest ośrodkiem uwagi, w końcu
jednak się rozpłakał.
- Zdejmijcie mnie! Mervyn, przestań, proszę!
Wisiał z rozpostartymi rękami przywiązany do drucianej siatki
ogrodzenia, które mocno się już wygięło pod jego ciężarem. Jeden ze
słupków mógł w każdej chwili runąć. Karl spróbował uwolnić stopy.
- Zdejmijcie mnie!
Rumiany Mervyn Williams, który zaproponował tę zabawę, zaczął trząść
słupkiem i Karlem miotało tam i z powrotem.
- Przestań! Pomocy!
Odpowiedział mu śmiech. Jego krzyki tylko dodawały zachęty
prześladowcom, zacisnął więc zęby. Po twarzy popłynęły mu łzy; czuł się
zdradzony, zdezorientowany. Zwykle uważał ich przecież za przyjaciół,
niejednemu pomagał w lekcjach, czasem kupował słodycze, współczuł, gdy
byli nieszczęśliwi. Przywykł myśleć, że go lubią, nawet podziwiają, a teraz wszyscy obrócili się przeciwko niemu, nawet Molly, która nieraz
wyznawała mu swoje sekrety. Dlaczego?
- Proszę! - krzyknął. - Tego nie było w umowie!
- Ale już jest! - odparł ze śmiechem Mervyn. Twarz poczerwieniała mu
jeszcze bardziej, lśniły oczy. Znów zatrząsł słupkiem.
Karl znosił to jeszcze przez chwilę, po czym obwisł, udając, że zemdlał.
Robił to już nieraz, szantażując matkę, od której zresztą nauczył się
tej sztuczki.
Szkolne krawaty, którymi go związano, wpiły mu się boleśnie w nadgarstki. Dzieci ucichły.
- Co mu jest? - wyszeptała Molly Turner. - Chyba nie umarł, co...?
- Nie bądź głupia - odpowiedział niepewnie Williams. - On nas nabiera.
- Tak czy siak, lepiej go zdejmijmy. - Karl rozpoznał głos Iana
Thompsona. - Jakby co, nieźle nam się dostanie...
Karl poczuł, że go odwiązują, nieporadnie szarpiąc węzły palcami.
- Nie mogę sobie z tym poradzić...
- Mam scyzoryk...
- Nie przetnę go, to mój krawat. Ojciec...
- Pośpiesz się, Brian!
Karl zwisł na jednej ręce; oczy wciąż miał zamknięte.
- Dawaj scyzoryk, przetnę!
Gdy ostatni supeł puścił, Karl opadł na kolana, kalecząc je na twardym
gruncie, i jakby z wahaniem osunął się bezwładnie na ziemię.
- Blimey, on naprawdę...
- Nie bądź głupia. Oddycha. Zemdlał tylko.
Ich zaniepokojone głosy dobiegały do Karla jak z oddali; tak bardzo
wczuł się w rolę, że naprawdę niewiele brakowało, by zemdlał.
Williams potrząsnął nim.
- Obudź się, Karl. Przestań nas nabierać.
- Idę po pana Matsona - powiedziała Molly Turner.
- Nie...
- Mam dość tej zabawy.
- Wracaj, Molly!
Karl czuł, jak kamyki wbijają się mu w lewy policzek - na pewno zostaną
mu po nich ślady. Nie było to przyjemne, nie przeszkadzało jednak
ignorować potrząsających nim rąk, nie zmuszało do otwarcia oczu.
Stopniowo tracił poczucie czasu i rzeczywistości. Trwał tak aż do
chwili, gdy usłyszał nad sobą głęboki, sardoniczny i jak zwykle
niewzruszony głos pana Matsona. Głos ten wzbił się ponad ogólny harmider
i zapadła cisza.
- Na jaki to genialny pomysł wpadłeś tym razem, Williams?
- To nic takiego, sir, tylko zabawa. Karl sam ją zaproponował,
przynajmniej częściowo.
Ciężkie męskie dłonie odwróciły Karla; mimo to nie uniósł powiek.
- To on wymyślił tę zabawę, sir - odezwał się Ian Thompson. - W Jezusa.
On robił za Jezusa. Już się w to kiedyś bawiliśmy. Przywiązaliśmy go do
ogrodzenia. To był jego pomysł, sir.
- Trochę nierozsądnie - mruknął pan Matson, westchnął i położył dłoń na
czole Karla.
- Ale to była tylko zabawa, sir - powtórzył Mervyn Williams.
Pan Matson sprawdzał puls Karla.
- Powinieneś mieć więcej oleju w głowie, Williams. Glogauer to niezbyt
silny dzieciak.
- Przykro mi, sir. - Williams był bliski płaczu.
- Zabiorę go do pielęgniarki. Módl się, Williams, żeby to nie było nic
poważnego. I chciałbym, żebyś po lekcjach przyszedł do pokoju
nauczycielskiego.
Karl poczuł, jak pan Matson go podnosi.
Był usatysfakcjonowany.
Niesiono go.
Głowa i tułów bolały tak bardzo, że zbierało mu się na wymioty. Na
dodatek nie wiedział, dokąd właściwie zaniósł go wehikuł czasu, i nie
było najmniejszej szansy, aby to teraz ustalić. Zdołał jedynie wykręcić
głowę na tyle, by zerknąć na idącego po prawej mężczyznę w brudnej
kamizeli z owczej skóry i bawełnianej przepasce biodrowej, co wskazywało
na Bliski Wschód.
Pierwotnie Karl zamierzał się znaleźć w roku 29 na pustkowiu ciągnącym
się za Jerozolimą w stronę Betlejem. Czyżby nieśli go właśnie do
Jerozolimy?
Nosze, na których go niesiono, sporządzone były ze skór zwierzęcych, a to oznaczało dość odległą przeszłość. Na dodatek skóry były kiepsko
wyprawione. Pomyślał jednak, że równie dobrze może być inaczej. Swego
czasu dość długo błąkał się wśród małych plemion Bliskiego Wschodu, by
wiedzieć, że nadal żyją tam ludzie, którzy nie zmienili obyczajów od
czasów Mahometa. Pozostało mu żywić nadzieję, że nie połamał sobie żeber
na darmo.
Dwaj mężczyźni dźwigali nosze na ramionach, dwaj inni szli po bokach.
Wszyscy byli brodaci, o śniadej cerze, wszyscy nosili sandały. Niemal
każdy miał laskę. Karl czuł zapach ich potu zmieszany z wonią sadła i jeszcze czegoś butwiejącego, czego nie potrafił rozpoznać. Gromadka
zmierzała ku odległej jeszcze linii wzgórz. Nikt nie zauważył, że
Glogauer się ocknął.
Słońce nie prażyło już tak niemiłosiernie jak wtedy, gdy wydostał się z wehikułu; miało się widocznie ku wieczorowi. Okolica była niegościnna -
pustkowie usiane kamieniami w jednym odcieniu szarości; nawet wzgórza w oddali były szare.
Nosze się przechyliły i popękane żebra zabolały mocniej. Karl skrzywił
się, jęknął i zemdlał ponownie.
"Ojcze nasz, któryś jest w niebie..."
Wychowywano go tak jak większość, wbijając do głowy frazesy
chrześcijańskich modlitw. Modlitwa co rano w szkole. Dwie modlitwy
wieczorem. Jedna to Ojcze nasz, a druga: "Boże, pobłogosław mamę.
Boże, pobłogosław tatę. Boże, pobłogosław siostry moje i braci, i wszystkich ludzi dobrych, którzy są wokół mnie, i Boże, pobłogosław
mnie. Amen". Nauczyła go jej kobieta, która opiekowała się nim, gdy
matka była w pracy. Do tej modlitwy dodał jeszcze listę "podziękowań"
("Dzięki za piękny dzień, dzięki za to dobre pytanie z historii...") i "przeprosin" ("Przepraszam, że byłem nieuprzejmy wobec Molly Turner,
przepraszam, że nie powiedziałem panu Matsonowi prawdy..."). Dopiero gdy
miał siedemnaście lat, nauczył się zasypiać bez wszystkich tych
rytualnych modlitw, a kres ich klepaniu położyła wreszcie żarliwie
uprawiana masturbacja.
"Ojcze nasz, któryś jest w niebie..."
Ostatnie wspomnienie o ojcu zachował z wakacji nad morzem. Miał cztery
albo pięć lat. Trwała wojna, pociągi zapchane były żołnierzami i zatrzymywały się pod byle semaforem, ciągle trzeba się było przesiadać.
Pamiętał, jak przechodzili przez tory na inny peron. Pytał, co jest w przetaczanych w pobliżu wagonach. Żar lał się z nieba, ale co właściwie
odpowiedział mu ojciec? Rzucił jakiś żart? Coś o żyrafach?
Karl zapamiętał ojca jako mężczyznę wysokiego, mocno zbudowanego. Głos
miał łagodny, może trochę smutny, a w jego oczach zawsze malowała się
dziwna melancholia.
Potem dowiedział się, że rodzice postanowili się rozejść i te wakacje
nad morzem były ostatnimi, które matka pozwoliła ojcu spędzić z synem.
Czy to było w Devon czy w Kornwalii? Urwane obrazy - klify, skały i plaże - zdawały się pasować do zachodniego wybrzeża, które widział
kiedyś, później, w telewizji.
Bawił się w sadzie, w którym kręciło się mnóstwo kotów, a ośrodkiem
zabaw był stary ford zarosły od wewnątrz trawą. Farma, na której się
zatrzymali, pełna była kotów; całe ich stada okupowały dom, wylegując
się na wszystkich krzesłach, stołach i kredensach.
Na plażach leżały zwoje drutu kolczastego, Karlowi jednak nie psuło to
scenerii. On miał mosty i posągi wyrzeźbione w skałach przez wiatr i wodę, miał tajemnicze jaskinie, z których spływały strumyki.
Było to jego niemal najwcześniejsze, a na pewno najszczęśliwsze
wspomnienie z dzieciństwa.
Nigdy już nie ujrzał ojca.
"Boże, pobłogosław mamę, Boże, pobłogosław tatę..."
Jakie to głupie. Nie miał przecież ojca, nie miał żadnych braci ani
sióstr.
Stara kobieta wyjaśniła mu, że jego ojciec gdzieś tam żyje i że wszyscy
ludzie są braćmi.
Uwierzył jej.
Jestem sam, myślał, zupełnie sam. Obudził się i przez chwilę wydawało mu
się, że znalazł się w schronie Andersona o ścianach z rdzewiejącej
blachy falistej i pryczach obitych drucianą siatką. Kryli się tam
podczas nocnych nalotów. Kochał związane z tym schronem poczucie
bezpieczeństwa. Poza tym zabawnie się do niego wchodziło.
Jednak ludzie, których słyszał, mówili w obcym języku. Było bardzo
ciemno, chyba więc zapadła noc. Nigdzie już nie szli. Leżał i było mu
gorąco. Sprawdził, na czym go złożono. Słoma. Musnął palcami suche
źdźbła i z jakiegoś powodu poczuł ulgę. Zasnął.
Krzyk. Ostry.
Matka wrzeszczała na pana George'a. Pan George z żoną wynajmował dwa
pokoje na tyłach domu.
Karl zawołał matkę - głośno, by usłyszała go na piętrze:
- Mamo! Mamo!
- Co jest?! - odkrzyknęła histerycznie.
- Muszę cię zobaczyć!
Chciał, żeby się uspokoiła.
- Co jest, Karl?! Obudziłeś dziecko!
Pojawiła się na podeście. Teatralnie wsparła się na poręczy i ciaśniej
otuliła szlafrokiem.
- Co się dzieje, mamo?
Zamarła na chwilę, jakby się namyślała, po czym wolno stoczyła się ze
schodów. Znieruchomiała na wytartym dywanie przy najniższym stopniu.
Karl dopadł jej z płaczem i spróbował podnieść za ramiona, ale była dla
niego za ciężka.
Ogarnęła go panika.
- Mamusiu!
Pan George zszedł ciężko po schodach.
- Do diabła - powiedział zrezygnowany. - Greta!
Karl spojrzał na niego.
Pan George popatrzył na Karla i pokręcił głową.
- W porządku, synu, nic jej nie jest. Dalej, Greta, ocknij się!
Karl stanął między panem George'em a matką. Pan George wzruszył
ramionami i odepchnąwszy go na bok, pochylił się i postawił matkę Karla
na nogi. Ciemne włosy opadły jej na piękną, znękaną twarz. Otworzyła
oczy i nawet Karl zdumiał się, jak szybko wróciła do przytomności.
- Gdzie jestem? - odezwała się.
- Daj spokój, Greta. Już wszystko w porządku - odrzekł pan George i poprowadził ją z powrotem na piętro.
- A co z Karlem? - spytała.
- Nie martw się o niego.
Zniknęli.
Dom pogrążył się w ciszy. Karl poszedł do kuchni, w której na desce do
prasowania stało żelazko, coś gotowało się na piecyku. To coś nie
pachniało zbyt przyjemnie - zapewne to pani George zabrała się do
robienia obiadu.
Usłyszał, że ktoś idzie w dół po schodach, i uciekł kuchennymi drzwiami
do ogrodu.
Płakał. Miał siedem lat.
Rozdział 2
A w one dni przyszedł Jan Chrzciciel, każąc na pustyni judzkiej i mówiąc: Upamiętajcie się, albowiem przybliżyło się Królestwo Niebios.
Albowiem ten ci to jest, o którym Izajasz prorok mówił, wypowiadając te
słowa: Głos wołającego na pustyni: Gotujcie drogę Pańską, prostujcie
ścieżki jego. A sam Jan miał odzienie z sierści wielbłądziej i pas
skórzany wokół bioder swoich, a za pokarm miał szarańczę i miód leśny.
Wtedy wychodziła do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica
nadjordańska. I byli chrzczeni przezeń w rzece Jordanie, wyznając
grzechy swoje.
Mateusz 3:1-611
Myli go.
Czuł spływającą po nagim ciele zimną wodę. Bardzo zimną. Zdołali jakoś
zdjąć z niego kombinezon; na prawym boku miał gruby okład z owczej skóry
umocowany rzemieniami.
Bolało mniej, było mu jednak gorąco, czuł się słabo. Nie pojmował do
końca, co się właściwie z nim dzieje. Zamieszanie kilku ostatnich
tygodni poprzedzających wejście do wehikułu czasu, sama podróż i trawiąca go obecnie gorączka utrudniały myślenie, na dodatek wszystko
teraz wyglądało jak dziwny sen. Wciąż nie mógł uwierzyć w istnienie
wehikułu czasu. A może tylko się czymś naszprycował i jest na haju?
Nigdy nie mógł powiedzieć o sobie, że wiele go wiąże z realnym światem i właściwym dla niego odczuwaniem - od niepowodzeń i wynikających z nich
katastrof chronił go tylko rozwinięty instynkt. Niemniej ta lejąca się
na niego woda, owcza skóra usztywniająca żebra, słoma pod plecami były
bardziej realne niż wszystko, co pamiętał od wczesnego dzieciństwa.
Był w jakimś domu albo jaskini - było zbyt ciemno, żeby to stwierdzić.
Słoma przesiąkła już wodą z glinianych dzbanów, którą zlewali go dwaj
mężczyźni w sandałach i przepaskach biodrowych. Jeden był ponadto w odrzuconym na ramiona powłóczystym bawełnianym płaszczu. Obaj mieli
długie brody, duże ciemne oczy i śniadą cerę, obaj wyglądali na Semitów.
Ich twarze, nawet gdy na niego spoglądali, były bez wyrazu. Przerwali
mycie i zastygli z dzbankami przytulonymi do owłosionych piersi.
Glogauer znał całkiem dobrze aramejski pisany, nie był jednak pewien,
czy potrafi się zrozumiale wypowiedzieć w tym języku. Może lepiej
najpierw spróbować angielskiego? Mogło przecież być i tak, że nie
przemieścił się w czasie, a wtedy odezwanie się w tej archaicznej mowie
do współczesnych Izraelitów czy Arabów mogłoby wzbudzić niejakie
podejrzenia.
- Do you speak English? - Zabrzmiało to dość słabo.
Mężczyźni spojrzeli na siebie, a ten w bawełnianym płaszczu uśmiechnął
się, powiedział kilka słów do towarzysza i roześmiał się głośno. Drugi
zmarszczył brwi i odpowiedział coś poważnie.
Glogauerowi wydało się, że rozróżnia niektóre słowa, i skrzywił się w duchu. Mężczyźni posługiwali się dawną odmianą aramejskiego, tego mógł
już być pewien, nie wiedział tylko, czy sam zdoła sklecić choć jedno
zrozumiałe dla nich zdanie.
Odchrząknął, zwilżył wargi.
- Gdzie... być... to... miejsce? - zapytał.
Obaj mężczyźni zmarszczyli brwi, pokręcili głowami i odstawili dzbany na
ziemię.
Glogauer czuł, że opuszczają go siły.
- Szukam... Nazarejczyka... Jezusa... - zadał pospiesznie jeszcze jedno
pytanie.
- Nazarejczyk, Jezus - powtórzył wyższy z mężczyzn, jakby te dźwięki nic
dla niego nie znaczyły, i wzruszył ramionami.
Drugi jednak zareagował na słowo "Nazarejczyk": powtórzył je wolno, z zastanowieniem, najwyraźniej coś w nim odnajdując i z czymś je kojarząc.
Wreszcie mruknął niezrozumiale do towarzysza i zniknął z pola widzenia.
Glogauer spróbował usiąść i gestami nawiązać kontakt z tym, który
został, a teraz spoglądał na obcego z nieskrywanym zdumieniem.
- Który... rok - powiedział wolno Karl - rzymski... imperator... zasiada... w Rzymie?
Nie było to jednak najszczęśliwiej sformułowane pytanie. Chrystus został
ukrzyżowany w piętnastym roku panowania Tyberiusza, tego więc należało
się trzymać. Ujął to prościej:
- Ile... lat... rządzi Tyberiusz?
- Tyberiusz! - Mężczyzna zmarszczył brwi.
Glogauer zaczynał się już oswajać z melodią tej mowy i starał się ją
naśladować.
- Tyberiusz. Imperator Rzymian. Ile lat już rządzi?
- Ile? - Mężczyzna pokręcił głową. - Nie wiem.
Nareszcie został zrozumiany. Sześć miesięcy nauki aramejskiego w British
Museum nie poszło na marne. Dialekt, którym się tu posługiwano, był
wprawdzie odmienny i bardziej przypominał hebrajski - w końcu dzieliło
je dwa tysiące lat - ale i tak zadziwiająco łatwo udało się porozumieć z tymi ludźmi. Nie tylko to zresztą było zdumiewające. Przypomniał sobie,
jak szybko zaczął swego czasu przyswajać zasady i słownictwo tego
języka, jakby nie miał gnębiących go od dzieciństwa kłopotów z nauką
jakiejkolwiek obcej mowy. Kilkoro co dowcipniejszych przyjaciół
sugerowało, że to zasługa rozwiniętej pamięci rasowej; czasem, z braku
innych wyjaśnień, Glogauer gotów był w to uwierzyć.
- Gdzie jesteśmy?
Mężczyzna wyglądał na zdziwionego.
- No, na pustyni - odrzekł. - Pod Macherontem. Czyżbyś tego nie
wiedział?
W czasach biblijnych Macheront był sporym miastem leżącym na południowy
wschód od Jerozolimy, po drugiej stronie Morza Martwego. Wznosił się na
zboczu góry, pod osłoną wieńczącej ją wspaniałej twierdzy pałacowej,
dzieła Heroda Antypasa. To było to! Przecież w dwudziestym wieku
niewielu słyszało o Macheroncie, a co dopiero traktowało go jako punkt
odniesienia.
Nie było już prawie żadnych wątpliwości - trafił do przeszłości, i to za
panowania Tyberiusza. Szkoda tylko, że spotkał kompletnego ignoranta,
który nie wiedział nawet, kim jest Tyberiusz.
A jeśli się spóźnił? Jeśli jest już po Ukrzyżowaniu?
Jeśli tak, to co robić? Wehikuł nie nadawał się zapewne do naprawy.
Opadł na słomę i zamknął oczy. Znowu ogarnęła go aż za dobrze znana
depresja.
Po raz pierwszy usiłował popełnić samobójstwo, gdy miał piętnaście lat.
Zrobił stryczek ze sznurka i przywiązał go do haka w ścianie szkolnej
szatni. Nałożył pętlę na szyję i zeskoczył z ławki.
Hak nie wytrzymał i wyleciał ze ściany, a na Glogauera posypał się tynk.
Kark bolał go do wieczora.
Drugi mężczyzna wrócił, kogoś ze sobą prowadząc.
Obaj głośno stukali sandałami po kamieniach.
Glogauer spojrzał na nowo przybyłego.
Był to mężczyzna gigantycznych rozmiarów, poruszający się w mroku jak
kot. Miał wielkie, brązowe, świdrujące oczy, spaloną słońcem skórę,
pokryte gęstym włosem wspaniale umięśnione ramiona. Wielką muskularną
pierś okrywała kozia skóra zwieszająca się aż do ud. W prawej ręce
dzierżył gruby kij służący mu za laskę. Czarne kędzierzawe włosy opadały
mu na twarz. Przez brodę ledwie można było dojrzeć usta.
Wyglądał na zmęczonego.
Wsparł się na lasce i z namysłem spojrzał na Glogauera.
Karl odwzajemnił spojrzenie, zdumiony rozmiarami przybysza i godnością
jego ruchów.
Gdy mężczyzna się odezwał, okazało się, że głos ma niski, mówił jednak
zbyt szybko, by Glogauer mógł go zrozumieć.
- Proszę... mów... wolniej - powiedział, kręcąc głową.
Olbrzym przykucnął przy wiązce słomy.
- Kimże jesteś?
Glogauer zawahał się. Nie mógł oczywiście wyznać olbrzymowi prawdy.
Owszem, ułożył sobie zawczasu odpowiednią historyjkę, okoliczności
jednak nie pozwalały jej wykorzystać - nie sądził, że sprawy tak się
potoczą. Miał zamiar wylądować niezauważenie gdzieś na uboczu i podać
się za zmierzającego z Syrii podróżnika. Uznał, że lokalne zróżnicowanie
dialektów ukryje jego kłopoty z posługiwaniem się tutejszą mową.
- Skąd przybywasz? - cierpliwie spytał mężczyzna.
- Z północy - rozważnie odpowiedział Glogauer.
- Z północy. Nie z Egiptu? - Olbrzym popatrzył na Glogauera wyczekująco,
niemal z nadzieją.
Karl pomyślał, że skoro wielkoludowi tak na tym zależy, może potwierdzić
jego domysły, co z kolei w przyszłości pozwoli uniknąć wielu
komplikacji.
- Egipt opuściłem dwa lata temu.
Olbrzym skinął głową, najwyraźniej usatysfakcjonowany.
- A zatem jesteś z Egiptu. Tak myślałem. I bez wątpienia jesteś magiem,
skoro tak dziwnie się ubierasz i podróżujesz w żelaznym rydwanie
ciągnionym przez duchy. Dobrze. Powiedziano mi, że nazywasz się Jezus i jesteś Nazarejczykiem.
Stawało się oczywiste, że pierwsza wymiana zdań zaowocowała pomyłką.
Glogauer uśmiechnął się i przecząco pokręcił głową.
- Ja poszukuję Jezusa Nazarejczyka - sprostował.
Mężczyzna spojrzał na niego z naganą.
- A zatem jak się nazywasz? - zapytał.
Nad tym też trzeba było się zastanowić. Jego imię brzmiałoby tutaj obco,
nie pasowało przecież do czasów biblijnych, postanowił zatem użyć
imienia ojca:
- Emmanuel.
- Emmanuel... - Mężczyzna kiwnął głową, znów zadowolony. Potarł palcem
wargi i zapatrzył się w ziemię. - Emmanuel... tak...
Glogauer był zdumiony: wyglądało na to, że pomylono go z kimś, kogo ten
olbrzym spodziewał się spotkać, a dotychczasowe pytania upewniły właśnie
gospodarza, że oczekiwanie dobiegło kresu. Zastanowił się, czy wybór
imienia był odpowiedni do okoliczności, ostatecznie Emmanuel znaczyło w hebrajskim, "Bóg z nami" i z pewnością miało dla pytającego jakieś
znaczenie mistyczne.
Glogauer poczuł się nieswojo. Nasuwało się tyle pytań, tyle rzeczy
należało ustalić, na dodatek nie podobała mu się wcale ta enigmatyczna
rola, którą nieświadomie zaczął odgrywać. W obecnym stanie nie mógł
nigdzie pójść, nie było też wskazane narażanie się gospodarzowi.
Niech tam, przynajmniej ci ludzie nie są wrogo nastawieni. Ale czego
właściwie od niego oczekują?
- Musisz się skoncentrować na pracy, Glogauer.
- Marzyciel z ciebie, Glogauer. Ciągle chodzisz z głową w chmurach.
Teraz...
- Zostaniesz po lekcjach, Glogauer...
- Dlaczego próbowałeś uciec, Glogauer? Źle ci tutaj? Dlaczego?
- Musisz postarać się mnie zrozumieć, wyjść mi naprzeciw, jeśli mamy...
- Chyba poproszę twoją matkę, by zabrała cię z tej szkoły...
- Może i próbujesz, ale za słabo. Wiele sobie po tobie obiecywałem,
Glogauer, gdy zjawiłeś się tu po raz pierwszy. W ostatnim półroczu
radziłeś sobie wspaniale, ale teraz...
- W iluż to szkołach byłeś, zanim przyszedłeś do nas? Co? Wielki Boże!
- Jestem przekonany, że sprowokowano cię do tego, Glogauer, że ktoś cię
sprowadził na złą drogę, nie będę więc tym razem dla ciebie zbyt surowy...
- Nie patrz tak smutno, synu, na pewno dasz sobie radę, potrafisz
przecież.
- Słuchaj mnie, Glogauer. Choć raz uważaj, na miłość boską, choć raz...
- Rozum to ty masz, młody człowieku, żebyś jeszcze wiedział, jak go
używać...
- Przepraszam? Przepraszam to za mało. Musisz uważać...
- Oczekujemy, że w następnym półroczu bardziej się przyłożysz.
- A jak ty się nazywasz? - spytał Glogauer.
Olbrzym wyprostował się i spojrzał na Glogauera z góry.
- Nie znasz mnie?
Glogauer pokręcił głową.
- Nie słyszałeś o Janie zwanym Chrzcicielem?
Glogauer usiłował ukryć zaskoczenie, ale Jan zwany Chrzcicielem i tak
zauważył, że jego imię jest przybyszowi znane. Skinął głową.
- Widzę, że słyszałeś o mnie - stwierdził.
Glogauer poczuł wielką ulgę. Wedle Nowego Testamentu Jan Chrzciciel
został zabity krótko przed ukrzyżowaniem Chrystusa. Ale przecież spośród
wszystkich ludzi przede wszystkim on powinien był słyszeć o Jezusie
Nazarejczyku. Czy miałoby to oznaczać, że Chrystus w ogóle nie istniał?
Jan przeczesał brodę palcami.
- A teraz, magu, musimy podjąć decyzję.
Zajęty własnymi myślami Glogauer spojrzał na niego nieprzytomnie.
- Jaką decyzję?
- Czy jesteś tym, o którym mówią proroctwa, czy też samozwańcem, przed
którym ostrzegał nas Adonai.
Glogauer zdenerwował się.
- Za nikogo się nie podawałem. Jestem po prostu podróżnikiem, obcym w waszym kraju...
Chrzciciel się roześmiał.
- Tak, podróżnikiem. W magicznym rydwanie. Moi bracia widzieli twe
przybycie. Rozległ się huk jak od pioruna, zajaśniało jak podczas burzy
i w jednej chwili twój rydwan wyłonił się z pustki i potoczył po ziemi.
Moi bracia widzieli już wiele cudów, ale żaden nie mógłby się równać z twoim.
- Ten rydwan nie jest magiczny - rzucił pospiesznie Glogauer,
natychmiast jednak zdał sobie sprawę, że Chrzciciel i tak nie zrozumie
wyjaśnień. - To jest... urządzenie napędowe. Rzymianie mają takie rzeczy.
Musiałeś o nich słyszeć. Budują je normalni ludzie, żadni czarownicy...
Chrzciciel powoli skinął głową.
- Tak... lubisz Rzymian. Rzymianie wydaliby mnie w ręce moich wrogów, w ręce dzieci Heroda.
Glogauer sporo wiedział o politycznych zawiłościach tych czasów, spytał
jednak:
- A to dlaczego?
- Powinieneś to wiedzieć. Czyż nie przemawiam przeciwko Rzymianom,
którzy niewolą Judeę? Czyż nie przemawiam przeciwko nieprawościom, jakie
czyni Herod? Czy nie przepowiadam czasu, kiedy to wszyscy nieprawomyślni
zostaną wygubieni i jak głoszą stare proroctwa, królestwo Adonai odrodzi
się na Ziemi? Mówię ludowi: Bądźcie gotowi na ten dzień, gdy przyjdzie
wam sięgnąć po broń, by wypełnić wolę Adonai. Wszyscy nieprawi wiedzą,
że dzień ten oznaczać będzie ich zgubę i przez to pragną mnie zabić.
Chociaż wypowiedziane z żarliwością, słowa te nie były słowami szaleńca.
Ton był rzeczowy, przez twarz olbrzyma nie przemknął nawet cień
fanatyzmu; podobnie spokojne było całe jego zachowanie. W tej chwili Jan
kojarzył się Karlowi z anglikańskim wikarym czytającym kazanie napisane
już tak dawno, że nawet dla autora uleciało zeń wszelkie znaczenie.
- Podburzasz zatem ludzi, by oczyścili ten kraj z Rzymian, tak?
- Tak... z Rzymian i tego potwora Heroda.
- A kogo widzisz na jego miejsce?
- Prawowitego króla Judei.
- Kto nim jest?
Jan zmarszczył brwi i spojrzał na Karla z ukosa.
- Adonai nam go wskaże. Da nam znak, gdy król nadejdzie.
- Jaki to będzie znak?
- Dowiem się, gdy go otrzymam.
- A zatem proroctwa?
- Tak, mamy pewne proroctwa...
Powiązanie tego rewolucyjnego planu z Adonai (tak brzmiało jedno z wypowiadanych głośno w mowie potocznej imion Jahwe, znaczące tyle co
Pan) nadawało sprawie, przynajmniej w oczach Glogauera, szczególną wagę.
W świecie, w którym religia i polityka zawsze szły w parze, a tak działo
się przecież nawet na Zachodzie, konieczne było dodanie do każdego
ambitnego planu jakiegoś elementu, który sugerowałby jego nadnaturalne
pochodzenie.
W istocie, myślał Karl, wygląda na to, że Jan naprawdę wierzy, iż pomysł
buntu pochodzi od Boga. Tak, a po drugiej stronie Morza Śródziemnego
Grecy jeszcze nie zakończyli dysputy, czy myśli rodzą się w człowieku
same, czy są w jego umyśle inspirowane przez bogów.
To, że Jan szybko uznał go za egipskiego maga, nie było niczym dziwnym.
Okoliczności jego przybycia na pustkowie musiały rzeczywiście nosić
pozory wielkiego cudu i tym samym były łatwiejsze do przyjęcia. Ci
ludzie mieli wiele lat na to, by przywyknąć do cudów, i pochopnie nie
dziwili się byle czemu.
Jan skierował się do wyjścia.
- Muszę pomedytować. I pomodlić się. Poczekasz tutaj, aż zostanie
zesłany znak.
Wyszedł, stawiając długie kroki.
Glogauer opadł na mokrą słomę. Jego pojawienie się w tym miejscu
wyraźnie nawiązywało do oczekiwań Chrzciciela. A przynajmniej Chrzciciel
pragnął tak to widzieć, interpretując wszystko w kategoriach biblijnych
i tak dalej. Co można było zrobić? Zupełna bezradność. Do czego
Chrzciciel chciałby go wykorzystać? A może uzna, że Karl jest szkodliwym
pomiotem i zabije go? A jeśli zdecyduje się ujrzeć w nim proroka i będzie żądać przepowiedni, których przecież nie otrzyma?
Glogauer westchnął i dotknął ściany.
Była z wapienia. A więc jednak jaskinia! Czy to znaczy, że Jan i jego
ludzie ukrywają się ścigani przez Rzymian i żołnierzy Heroda jak zwykli
bandyci? Jeśli tak, to groziło mu tu jeszcze jedno niebezpieczeństwo,
gdyby schronienie Jana zostało odkryte.
Powietrze w jaskini było zdumiewająco wilgotne.
Na zewnątrz musiało być bardzo gorąco.
Karl czuł się senny.
Obóz letni, wyspa Wight, 1950
Zaraz pierwszego wieczoru imbryk z gorącą herbatą przewrócił się tak
nieszczęśliwie, że płyn poparzył mu prawe udo. Bolało straszliwie,
niemal natychmiast wyskoczyły bąble.
- Bądź mężczyzną, Glogauer! - powiedział pan Patrick, rumianolicy
wychowawca, kierownik obozu. - Bądź mężczyzną!
Karl starał się nie płakać, gdy niezgrabnie nakładano mu opatrunek z waty.
Jego śpiwór był tuż przy mrowisku. Leżał w nim, podczas gdy pozostałe
dzieci się bawiły.
Następnego dnia pan Patrick obwieścił dzieciom, że muszą "zarobić"
pieniądze, które ich rodzice wpłacili na kieszonkowe.
- Zobaczymy, które z was jest odważne, a które bez charakteru -
powiedział, gdy już zgromadził wszystkich na placyku między namiotami,
machając trzcinką. Dzieci stały w dwóch długich kolejkach - w jednej
chłopcy, w drugiej dziewczynki.
- Do kolejki, Glogauer! - krzyknął pan Patrick. - Trzy pensy za
uderzenie w dłoń, sześć pensów za uderzenie w pośladek. Nie bądź
tchórzem, Glogauer!
Karl z wahaniem stanął w ogonku.
Trzcinka podnosiła się i opadała; pan Patrick ciężko oddychał.
- Sześć uderzeń w pośladki to trzy szylingi - podał pieniądze
dziewczynce.
Kolejne razy, kolejna wypłata.
Im bliżej Karl był początku kolejki, tym bardziej się denerwował.
W końcu wyszedł z niej i ruszył do namiotu.
- Glogauer! A gdzie twoja odwaga?! Nie chcesz kieszonkowego?! - dogonił
go chrapliwy głos pana Patricka.
Glogauer pokręcił głową. Zbierało mu się na płacz.
Wszedł do namiotu i łkając, zakopał się w śpiworze.
Pan Patrick wciąż się wydzierał.
Karl wziął papeterię i długopis. Łzy kapały na papier, gdy pisał list do
matki.
Z zewnątrz dobiegał odgłos trzcinki smagającej dziecięce ciała.
Następnego dnia udo go bolało jeszcze bardziej, na dodatek był
ignorowany zarówno przez wychowawców, jak i dzieci. Nawet kobieta, która
miała tu być "pielęgniarką" (żona Patricka), kazała mu nie zawracać
głowy takim lekkim oparzeniem.
Kolejne dwa dni dzielące Karla od przyjazdu matki były najgorszymi,
jakie zdarzyło mu się przeżyć.
Tuż przed jej przybyciem pan Patrick próbował go uleczyć, przecinając
scyzorykiem pęcherze po oparzeniu, by nie wyglądały zbyt tragicznie.
Matka zabrała go do domu, a potem listownie zażądała od pana Patricka
zwrotu pieniędzy, uzasadniając to skandalicznym sposobem prowadzenia
obozu.
Wychowawca odpowiedział, że nie odda jej pieniędzy, a jeśli już chce
wiedzieć, to jej syn jest słabeuszem. Ponadto, jak przeczytał Karl,
który także w końcu rzucił okiem na list, pan Patrick był zdania, że z Karla jest "kawał pedała".
Parę lat później pan Patrick z żoną oraz ich współpracownicy zostali
skazani i osadzeni w więzieniu. Powodem było udowodnione oskarżenie o rozmaite akty sadyzmu popełniane podczas obozów letnich, które
organizowali na wyspie Wight.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wszystkie cytaty z Pisma Świętego za Biblią Warszawską Towarzystwa Biblijnego w Polsce, http://biblia-online.pl/Biblia/Warszawska. [wróć]