I tak człowiek trafił na psa - Konrad Lorenz

-
Proszę czekać

Jak mogło być w rzeczywistości

Przez wy­so­kie, ste­po­we tra­wy suną lu­dzie; nie­wiel­ka gro­ma­da dzi­kich, na­gich po­sta­ci. W ręku nio­są oście­nie, nie­któ­rzy mają na­wet łuki i strza­ły. Fi­zycz­nie przy­po­mi­na­ją wpraw­dzie dzi­siej­sze­go czło­wie­ka, lecz z za­cho­wa­nia do zwie­rząt są ra­czej po­dob­ni: ciem­ne ich oczy po­zie­ra­ją nie­spo­koj­nie, trwoż­li­wie, zu­peł­nie jak oczy spło­szo­nej zwie­rzy­ny, co ma się sta­le na bacz­no­ści. Nie są to jesz­cze lu­dzie wol­ni, pa­no­wie two­rze­nia, jeno isto­ty prze­śla­do­wa­ne, co w każ­dym gąsz­czu szu­ka­ją kry­jów­ki.

Przy­gnę­bie­ni. Sil­niej­sze szcze­py zmu­si­ły ich nie­daw­no do po­rzu­ce­nia te­re­nów ło­wiec­kich i usu­nię­cia się da­le­ko na za­chód - w ste­py, w nie­zna­ne oko­li­ce, gdzie znacz­nie wię­cej jest dra­pież­ców ani­że­li w ro­dzin­nych stro­nach. Na do­miar złe­go przed paru ty­go­dnia­mi sta­ry, do­świad­czo­ny łow­ca, przo­dow­nik, co ich pro­wa­dził, padł ofia­rą kłów ty­gry­sich. Nie było w tym nie­szczę­ściu po­cie­chą, że i ra­buś zgi­nął po­tem od cio­su włócz­ni. Naj­bar­dziej da­wał się hor­dzie we zna­ki brak snu. W daw­nych swych bro­nach sy­pia­li wszy­scy przy ogniu, któ­ry sze­ro­kim ko­li­skiem ota­cza­ły też w bez­piecz­nej od­le­gło­ści uprzy­krzo­ne sza­ka­le zło­ci­ste. Oszczę­dza­ło to lu­dziom czu­wa­nia, bo sza­ka­le za­po­wia­da­ły już z da­le­ka zbli­ża­ją­ce­go się dra­pież­cę. Oczy­wi­ście lu­dzie pier­wot­ni nie zda­wa­li so­bie spra­wy z owe­go po­żyt­ku. Na­wet je­że­li nie trwo­ni­li strzał, to choć ka­mie­niem od­pę­dza­li pie­cze­nia­rza, co się do ognia za­pę­dzał.

Tak tedy cią­gną ste­pem, znu­że­ni i mil­czą­cy. Nie­ba­wem za­pad­nie noc, a hor­da nie zna­la­zła do­tych­czas miej­sca od­po­wied­nie­go na noc­leg, by wresz­cie upiec ską­pą zdo­bycz dnia - ka­wał pie­cze­ni z dzi­ka: reszt­ki uczty ty­gry­siej.

Na­gle, ni­czym sar­ny wie­trzą­ce wro­ga, wszy­scy w na­pię­ciu zwra­ca­ją gło­wy w tę samą stro­nę: usły­sze­li ja­kiś dźwięk. Mógł po­cho­dzić je­dy­nie od zwie­rzę­cia na­pa­stli­we­go, bo prze­śla­do­wa­ne do­brze się już na­uczy­ły za­cho­wy­wać mil­cze­nie. Tak: to sza­kal się tam od­zy­wa! Hor­da stoi, dziw­nie prze­ję­ta, na­słu­chu­jąc tego po­zdro­wie­nia z lep­szych i mniej nie­bez­piecz­nych cza­sów. A po­tem mło­dy przo­dow­nik gro­ma­dy, ma­ją­cy wy­so­kie czo­ło, czy­ni coś nie­zro­zu­mia­łe­go dla resz­ty: od­kra­wa kęs zdo­by­czy i rzu­ca na zie­mię. Moż­li­we, że iry­tu­je tym in­nych, bo osta­tecz­nie nie żyją aż w ta­kim do­bro­by­cie, żeby trwo­nić pie­czeń, roz­rzu­ca­jąc mię­so po ste­pie. Mło­dy praw­do­po­dob­nie sam nie wie, dla­cze­go to zro­bił; dzia­łał wi­docz­nie pod wpły­wem uczu­cia, może chciał mieć sza­ka­le bli­żej. W każ­dym ra­zie kil­ka­krot­nie jesz­cze kładł po ka­wał­ku dzi­cze­go mię­sa na tro­pach. Zro­zu­mia­łe, że resz­ta wzię­ła to za głu­pi ka­wał, i przo­dow­nik z tru­dem jeno mógł się obro­nić przed gnie­wem zgłod­nia­łej hor­dy.

***

Wresz­cie wszy­scy sie­dzą jed­nak koło ognia i wraz z sy­to­ścią spły­nął znów spo­kój na po­draż­nio­ną tłusz­czę.

Na­raz roz­legł się sko­wyt sza­ka­li. Zna­la­zły rzu­co­ne ochła­py i po śla­dach zbli­ża­ją się ku obo­zo­wi­sku. Wte­dy któ­ryś z lu­dzi, spoj­rzaw­szy py­ta­ją­co na przo­dow­ni­ka, wsta­je i w pew­nej od­le­gło­ści, na sa­mej gra­ni­cy świa­tła ogni­ska, skła­da na zie­mi ogryz­ki. Waż­ne zda­rze­nie: pierw­szy raz czło­wiek kar­mi po­ży­tecz­ne zwie­rzę. Dziś hor­da może spać spo­koj­nie, bo sza­ka­le snu­ją się wo­ko­ło obo­zu, a to od­po­wie­dzial­ni war­tow­ni­cy. I gdy na­za­jutrz wscho­dzi słoń­ce, hor­da jest wy­po­czę­ta i za­do­wo­lo­na. Od tego dnia nie ma już rzu­ca­nia ka­mie­nia­mi w sza­ka­la.

Mi­nę­ło wie­le lat, wie­le po­ko­leń. Sza­ka­le są śmiel­sze, bar­dziej oswo­jo­ne. Ota­cza­ją więk­szym sta­dem sie­dzi­by lu­dzi, któ­rzy po­lu­ją już na­wet na dzi­kie ko­nie i je­le­nie. Sza­ka­le zmie­ni­ły tak­że tryb ży­cia: pod­czas gdy pier­wot­nie po­ru­sza­ły się je­dy­nie nocą, we dnie zaś wy­po­czy­wa­ły, scho­wa­ne głę­bo­ko w gę­stwi­nie, te­raz naj­sil­niej­sze i naj­mą­drzej­sze, sta­ły się zwie­rzę­ta­mi dzien­ny­mi i cho­dzą za czło­wie­kiem pod­czas wy­praw ło­wiec­kich.

Mo­gło się więc kie­dyś zda­rzyć, że hor­da ru­szy­ła po tro­pach cię­żar­nej dzi­kiej kla­czy, któ­rej uciecz­kę utrud­nia rana od oszcze­pu. Łow­cy są bar­dzo prze­ję­ci, bo od daw­na kru­cho z żyw­no­ścią. To­też i sza­ka­le idą w ślad za nimi, bar­dziej niż zwy­kle zgłod­nia­łe, bo przy po­sił­ku lu­dzi prze­waż­nie nic nie do­sta­wa­ły.

Klacz, osła­bio­na przez brze­mię i utra­tę krwi, chwy­ta się pra­sta­re­go wy­bie­gu, wła­ści­we­go jej ga­tun­ko­wi: sto­su­je prze­ciw­ny bieg, czy­li wra­ca po swo­ich tro­pach ki­lo­metr, po czym skrę­ca w ja­kimś za­ro­słym chasz­cza­mi miej­scu na­gle w pra­wo. Nie­raz już ten in­stynk­tow­ny for­tel po­zba­wiał my­śliw­ców zwie­rzy­ny. Oto i te­raz łow­cy sta­nę­li bez­rad­ni tam, gdzie koń­czy się trop na twar­dej, ste­po­wej gle­bie.

Sza­ka­le suną za ludź­mi w przy­zwo­itej od­le­gło­ści, bo jesz­cze nie mają od­wa­gi zbli­żać się do ha­ła­śli­wych, pod­nie­co­nych łow­ców. Zresz­tą idą śla­da­mi lu­dzi, nie zaś zwie­rzy­ny. Rzecz zro­zu­mia­ła: nie ma po­wo­du, by sza­kal tro­pił dzi­ką klacz, któ­ra nie wcho­dzi dla nie­go w ra­chu­bę jako zdo­bycz. Ale te sza­ka­le do­sta­wa­ły prze­cież nie­raz od lu­dzi czę­ści gru­be­go zwie­rza, tedy za­pach jego na­brał dla nich no­we­go zna­cze­nia: zdą­ży­ły utwo­rzyć so­bie sta­łą więź po­ję­cio­wą mię­dzy krwa­wym tro­pem a na­dzie­ją ry­chłej zdo­by­czy.

Tym ra­zem są szcze­gól­nie wy­głod­nia­łe, a trop - świe­ży. Za­cho­dzi więc coś no­we­go w sto­sun­kach mię­dzy czło­wie­kiem a jego tra­ban­tem. Sta­ra, osi­wia­ła suka, du­cho­wa prze­wod­nicz­ka sta­da, do­strze­ga to, co prze­oczy­li lu­dzie: mia­no­wi­cie roz­dwo­je­nie się krwa­we­go tro­pu. Zwie­rzę­ta skrę­ca­ją więc w tym miej­scu i roz­po­czy­na­ją sa­mo­dziel­ne tro­pie­nie. Przez ten czas lu­dzie po­ję­li już, że zwie­rzę szło prze­ciw­nym bie­giem, i za­wró­ci­li. Do­tarł­szy do roz­ga­łę­zie­nia śla­dów, sły­szą gdzieś z boku uja­da­nie sza­ka­li. Szyb­ko od­naj­du­ją te­raz kie­ru­nek, a na­stęp­nie - śla­dy, zo­sta­wio­ne w ste­po­wej tra­wie przez tyle zwie­rząt. I oto po raz pierw­szy usta­no­wił się po­rzą­dek, w ja­kim od owe­go dnia czło­wiek i pies tro­pią zwie­rzy­nę: naj­pierw pies, po­tem my­śli­wy. Szyb­ciej od łow­ców sza­ka­le do­pa­da­ją i wy­ba­wia­ją dzi­ką klacz. Kie­dy psy wy­ba­wia­ją gru­be­go zwie­rza, od­gry­wa bo­daj do­nio­słą rolę na­stę­pu­ją­cy me­cha­nizm psy­cho­lo­gicz­ny: go­nio­ny je­leń, niedź­wiedź czy ody­niec, któ­ry wpraw­dzie ucie­ka przed czło­wie­kiem, ale nie­wąt­pli­wie wal­czył­by z psem, naj­wi­docz­niej w gnie­wie na zbli­ża­ją­cych się ma­łych, zu­chwa­łych wro­gów za­po­mi­na o znacz­nie groź­niej­szym prze­śla­dow­cy. Zgo­nio­ny dzi­ki koń, któ­ry zna sza­ka­la zło­ci­ste­go tyl­ko jako ja­zgo­tli­we­go tchó­rza, za­czy­na się bro­nić z pa­sją, gwał­tow­nie ko­pie przed­nim ko­py­tem ta­kie­go, co się zbyt bli­sko za­pę­dził. Dy­sząc cięż­ko drep­ce w kół­ko, ale nie po­dej­mu­je uciecz­ki. Lu­dzie sły­szą ha­łas do­cho­dzą­cy wciąż z tego sa­me­go miej­sca; przo­dow­nik daje znak, łow­cy bez­sze­lest­nie się roz­pra­sza­ją i okrą­ża­ją zdo­bycz. Przez mgnie­nie moż­na są­dzić, że sza­ka­le się roz­bie­gną, ale znów się uspo­ko­iły, bo na nie nikt nie pa­trzy. Mała prze­wod­nicz­ka sta­da za­po­mnia­ła cał­kiem o stra­chu i wście­kle ob­szcze­ku­je dzi­ką klacz, a gdy ta wali się wresz­cie, prze­szy­ta włócz­nią, suka za­ta­pia chci­wie kły w szyi ofia­ry. Do­pie­ro kie­dy przo­dow­nik ludz­kiej hor­dy po­chy­la się nad mar­twym zwie­rzę­ciem, sza­kal cofa się o kil­ka kro­ków. A czło­wiek - może pra­pra­praw­nuk tam­te­go, co pierw­szy rzu­cił sza­ka­lom zło­ci­stym ochłap zdo­by­czy - roz­pru­wa brzuch drga­ją­cej jesz­cze kla­czy, i wy­szarp­nąw­szy ka­wał je­lit, od­ci­na go, po czym, nie pa­trząc wprost na sza­ka­la - gest naj­wyż­sze­go in­tu­icyj­ne­go tak­tu - ci­ska mię­so - znów tak­tow­nie - nie bez­po­śred­nio w sza­ka­la, lecz nie­co da­lej w bok. Sza­ra prze­wod­nicz­ka spło­szo­na od­ska­ku­je w tył, ale gdy czło­wiek nie czy­ni groź­nych ru­chów, tyl­ko wy­da­je przy­ja­zny ton, jaki sza­ka­le sły­sza­ły już nie­raz na gra­ni­cy świa­tła przy obo­zo­wym ogni­sku, rzu­ca się gwał­tow­nie na kisz­kę. I kie­dy, wy­co­fu­jąc się spiesz­nie i żu­jąc już trzy­ma­ną w zę­bach zdo­bycz, raz jesz­cze bo­jaź­li­wie po­zie­ra na czło­wie­ka, ogon jej po­ru­sza się drob­nym, szyb­kim ryt­mem na boki. Pierw­szy raz sza­kal po­mer­dał czło­wie­ko­wi ogo­nem: oto na­stęp­ny krok w stro­nę do­mo­we­go psa.

Zwie­rzę­ta, na­wet tak mą­dre jak dra­pież­cy z ga­tun­ku psa, nig­dy nie na­bie­ra­ją zu­peł­nie no­we­go spo­so­bu za­cho­wa­nia się dro­gą na­głe­go olśnie­nia, lecz po­przez ciąg sko­ja­rzeń my­ślo­wych, two­rzą­cy się do­pie­ro po wie­lo­krot­nym po­wtó­rze­niu ja­kiejś sy­tu­acji. Mo­gły prze­mi­nąć mie­sią­ce, za­nim owa suka sza­ka­la znów bie­gła, po­prze­dza­jąc my­śli­wych śla­dem ran­ne­go pod­czas ło­wów, klu­czą­ce­go zwie­rzę­cia. Może do­pie­ro jej da­le­ki po­to­mek po­pro­wa­dził łow­ców - re­gu­lar­nie, świa­do­mie, i bę­dzie im wy­sta­wiał zwie­rzy­nę.

***

Na gra­ni­cy star­szej i młod­szej epo­ki ka­mien­nej czło­wiek stał się po­noć isto­tą osia­dłą. Pierw­sze domy, ja­kie zna­my, to bu­dow­le pa­lo­we, któ­re ze wzglę­du na bez­pie­czeń­stwo bu­do­wa­no na płyt­kich wo­dach rzek i je­zior, a na­wet na Bał­ty­ku. Wia­do­mo, że w owym cza­sie pies był już zwie­rzę­ciem do­mo­wym. Szpic ko­pal­ny, mały pies po­dob­ny do szpi­ca, któ­re­go czasz­kę zna­le­zio­no pierw­szą w szcząt­kach nad­bał­tyc­kich osie­dli pa­lo­wych, wy­ka­zu­je jesz­cze wpraw­dzie wy­raź­ne po­cho­dze­nie od sza­ka­la zło­ci­ste­go, lecz nie­po­dob­na prze­oczyć oznak praw­dzi­wej do­me­sty­fi­ka­cji. Na­le­ży za­zna­czyć, iż wte­dy w stre­fie nad­bał­tyc­kiej nie było już dzi­kich sza­ka­li zło­ci­stych, któ­re w star­szej epo­ce dy­lu­wial­nej żyły na szer­szych ob­sza­rach niż obec­nie. Czło­wiek, po­su­wa­jąc się na za­chód i pół­noc, mu­siał prze­to z pew­no­ścią przy­pro­wa­dzić tam ze sobą na poły oswo­jo­ne sta­da sza­ka­li, po­dą­ża­ją­cych za jego obo­zem, a być może - na­wet znacz­nie już oswo­jo­ne psy.

Kie­dy czło­wiek jął na­stęp­nie bu­do­wać swo­je pa­lo­we sie­dzi­by, a tak­że wy­na­lazł czół­no, za­szła bez wąt­pie­nia ko­niecz­ność zmian w jego sto­sun­kach z czwo­ro­noż­ny­mi tra­ban­ta­mi, gdyż te nie mo­gły już ze wszyst­kich stron ob­le­gać ludz­kich do­mów. Na­le­ży za­tem przy­pusz­czać, że wła­śnie wte­dy, wraz z przej­ściem do bu­dow­li pa­lo­wej, lu­dzie wzię­li ze sobą naj­bar­dziej oswo­jo­ne, przy­dat­ne na ło­wach, a przez to cen­ne eg­zem­pla­rze świe­żo ob­ła­ska­wio­nych sza­ka­li zło­ci­stych, czy­niąc z nich tym spo­so­bem do­słow­nie "zwie­rzę­ta do­mo­we".

Dziś jesz­cze mo­że­my twier­dzić u róż­nych lu­dów róż­ne typy ho­dow­li psa. Naj­wcze­śniej­szy jest ten, gdy więk­sza licz­ba psów, po­zo­sta­ją­cych w luź­nym sto­sun­ku do czło­wie­ka, ota­cza ludz­ką sie­dzi­bę. Inny znaj­du­je­my w każ­dej eu­ro­pej­skiej wsi: kil­ka psów na­le­ży do okre­ślo­ne­go domu i pod­le­ga okre­ślo­ne­mu panu. Jest moż­li­we, iż ten typ roz­wi­nął się wraz z bu­dow­lą pa­lo­wą. Zmniej­szo­na licz­ba psów, jaką moż­na po­mie­ścić w bu­dow­li pa­lo­wej, po­cią­gnę­ła za sobą oczy­wi­ście ho­dow­lę w po­kre­wień­stwie, co sprzy­ja­ło tym dzie­dzicz­nym zmia­nom, któ­re czy­nią zwie­rzę two­rze­niem na­praw­dę do­mo­wym. Za taką hi­po­te­zą prze­ma­wia­ją dwa fak­ty. Po pierw­sze - szpic ko­pal­ny o wyż­szym skle­pie­niu czasz­ki i krót­szym no­sie sta­no­wi bez wąt­pie­nia od­mia­nę już do­mo­wą sza­ka­la zło­ci­ste­go, a po dru­gie - ko­ści tego ga­tun­ku zna­le­zio­no wy­łącz­nie wła­śnie w szcząt­kach bu­dow­li pa­lo­wych. Psy chło­pów w okre­sie bu­dow­li pa­lo­wych mu­sia­ły być o tyle oswo­jo­ne, by moż­na je było skło­nić albo do wej­ścia do czół­na, albo do prze­by­cia wpław dzie­lą­cej wody i wdra­pa­nia się na po­most. Ja­kiś na wpół oswo­jo­ny, snu­ją­cy się wo­kół obo­zu kun­del, nie od­wa­żył­by się za nic na coś po­dob­ne­go; ba, na­wet mło­de­go psa z mo­jej wła­snej ho­dow­li mu­szę cier­pli­wie na­ma­wiać, nim wsią­dzie pierw­szy raz do mo­je­go ka­ja­ka albo wej­dzie na sto­pień wa­go­nu ko­le­jo­we­go. Być może, iż ob­ła­ska­wie­nie psa było już osią­gnię­te, gdy lu­dzie bu­do­wa­li pa­la­fi­ty, albo też na­stą­pi­ło do­pie­ro w owym cza­sie. Moż­na so­bie wy­obra­zić, iż pew­ne­go razu ja­kaś ko­bie­ta lub "ba­wią­ca się lal­ka­mi" dziew­czyn­ka wy­ho­do­wa­ła osie­ro­co­ne szcze­nię w krę­gu ro­dzin­nym lu­dzi. Może to małe było je­dy­nym po­zo­sta­łym przy ży­ciu psem z mio­tu po­rwa­ne­go przez ty­gry­sa. Szcze­nię pła­cze, lecz nikt się o to nie trosz­czy, bo lu­dzie mie­li jesz­cze wów­czas sil­ne ner­wy. Ale pod­czas gdy do­ro­śli męż­czyź­ni po­lu­ją w la­sach, a ko­bie­ty za­ję­te są po­ło­wem ryb, ja­kaś mała có­recz­ka ta­kie­go wie­śnia­ka z osa­dy pa­lo­wej idzie za dźwię­kiem pła­czu i znaj­du­je wresz­cie w ja­kimś wy­kro­cie szcze­nię, któ­re bez trwo­gi to­czy się ku niej i za­czy­na ob­li­zy­wać i ssać jej wy­cią­gnię­te dło­nie.

Okrą­głe, mięk­kie, pu­szy­ste zwie­rząt­ko bu­dzi­ło nie­wąt­pli­wie już w dziew­czyn­ce wcze­snej epo­ki ka­mien­nej pra­gnie­nie wzię­cia go na ręce, tu­le­nia i ob­no­sze­nia bez koń­ca, nie in­a­czej niż w dziew­czyn­ce na­szej epo­ki. Al­bo­wiem in­stynk­ty ma­cie­rzyń­skie, z któ­rych taki od­ruch po­wsta­je, są od­wiecz­ne. Więc i mała có­recz­ka epo­ki ka­mien­nej, zra­zu na­śla­du­jąc w za­ba­wie to, co ro­bią star­sze ko­bie­ty, da­wa­ła psu jeść, a żar­łocz­ność, z jaką szcze­nię po­chła­nia­ło wszyst­ko, co mu pod­su­nę­ła, cie­szy­ła ją nie mniej niż na­sze mat­ki i żony, kie­dy go­ściom sma­ku­je je­dze­nie. Sło­wem za­chwyt był wiel­ki, a gdy wró­ci­li ro­dzi­ce, za­sta­li - zdzi­wie­ni wpraw­dzie, ale by­najm­niej nie ocza­ro­wa­ni - ma­łe­go, ob­żar­te­go sza­ka­la. Na­tu­ral­nie bru­tal­ny wo­jow­nik chce od razu szcze­nię wrzu­cić do wody. Ale cór­ka pła­cze i szlo­cha­jąc, uwie­sza się oj­cow­skie­go ko­la­na, tak że ten, po­tknąw­szy się, upusz­cza pie­ska. Gdy chce go po­now­nie schwy­cić, zwie­rząt­ko jest już w ra­mio­nach cór­ki, któ­ra, drżą­ca, za­la­na łza­mi stoi w naj­dal­szym ką­cie. Po­nie­waż oj­ciec z epo­ki ka­mien­nej nie miał nig­dy ka­mien­ne­go ser­ca dla swo­ich có­re­czek - szcze­nię­ciu wol­no zo­stać.

Dzię­ki ob­fi­te­mu po­ży­wie­niu wy­ra­sta nie­ba­wem na nie­prze­cięt­nie duże i sil­ne zwie­rzę. Zra­zu z dzie­cin­nym przy­wią­za­niem bie­ga wszę­dzie wier­nie za cór­ką, ale od cza­su jego cie­le­snej i du­cho­wej doj­rza­ło­ści daje się do­strzec zmia­na w jego za­cho­wa­niu: choć oj­ciec, przy­wód­ca gro­ma­dy, pra­wie się o psa nie trosz­czy, ten stop­nio­wo co­raz bar­dziej lgnie do nie­go, a nie do dziec­ka. Gdyż nad­szedł wła­śnie czas, gdy zwie­rzę, gdy­by żyło na wol­no­ści, odłą­czy­ło­by się od mat­ki. o ile cór­ka od­gry­wa­ła do­tych­czas rolę mat­ki w ży­ciu szcze­nię­cia, obec­nie ojcu ro­dzi­ny przy­pa­dła rola przo­dow­ni­ka sta­da, a wo­bec tego jemu wy­łącz­nie na­le­ży się po­słuch do­ro­słe­go dzi­kie­go psa. Po­cząt­ko­wo przy­wią­za­nie to wy­da­je się męż­czyź­nie uciąż­li­we, lecz nie­ba­wem uzna­je, że ten cał­kiem oswo­jo­ny kun­del znacz­nie jest uży­tecz­niej­szy na ło­wach niż pół­dzi­kie sza­ka­le, któ­re snu­ją się po wy­brze­żu przed osa­dą, wciąż jesz­cze boją się łow­ców, a czę­sto umy­ka­ją wte­dy wła­śnie, kie­dy mia­ły wie­trzyć i wy­sta­wiać zwie­rzy­nę. Ale i w tym pies jest zręcz­niej­szy od swo­ich nie­oswo­jo­nych to­wa­rzy­szy, bo jego ży­wot, bez­piecz­ny w pa­la­fi­tach, wol­ny jest od gorz­kie­go do­świad­cze­nia z wiel­ki­mi dra­pież­ca­mi. Tak tedy sta­je się on wkrót­ce ulu­bień­cem przy­wód­cy, ku wiel­kie­mu zmar­twie­niu ma­łej, któ­ra rzad­ko wi­du­je te­raz swe­go daw­ne­go to­wa­rzy­sza za­baw: tyl­ko wów­czas, kie­dy oj­ciec prze­by­wa w domu; a oj­co­wie z epo­ki ka­mien­nej zwy­kli czę­sto i dłu­go prze­by­wać poza do­mem.

Ale na wio­snę, w po­rze kie­dy sza­ka­le się szcze­nią, oj­ciec wra­ca któ­re­goś wie­czo­ra do domu z fu­trza­nym wo­rem, w któ­rym coś się sza­mo­ce i pisz­czy. A kie­dy go otwie­ra - cór­ka krzy­czy gło­śno z ra­do­ści, bo do jej stóp to­czą się czte­ry weł­ni­ste kłę­busz­ki. Tyl­ko mat­ka spo­glą­da po­waż­nie i wy­ra­ża opi­nię, że i dwa by też wy­star­czy­ły...

Czy wszyst­ko tak się wła­śnie dzia­ło? No cóż, nikt z nas przy tym nie był... Ale we­dług tego, co wie­my - owszem: mo­gło tak być. Wie­my bądź co bądź bar­dzo nie­wie­le; nie da się ukryć, że nie wie­my zu­peł­nie na pew­no bo­daj tego, czy je­dy­nie sza­kal zło­ci­sty przy­stał do czło­wie­ka w wy­żej opi­sa­ny spo­sób. Jest na­wet cał­kiem praw­do­po­dob­ne, iż w róż­nych miej­scach Zie­mi róż­ne więk­sze, wil­ko­wa­te od­mia­ny sza­ka­la ta­kim czy in­nym spo­so­bem sta­ły się zwie­rzę­ta­mi do­mo­wy­mi, a póź­niej łą­czy­ły się tak­że mię­dzy sobą - jak w ogó­le bar­dzo dużo stwo­rzeń do­mo­wych po­cho­dzi nie od jed­ne­go, ale od kil­kor­ga przod­ków w sta­nie dzi­kim. Z całą jed­nak pew­no­ścią nie wilk pół­noc­ny jest pra­oj­cem więk­szo­ści na­szych psów, jak to daw­niej po­wszech­nie twier­dzo­no. Ist­nie­je mia­no­wi­cie za­le­d­wie kil­ka psich ras, ma­ją­cych w so­bie - je­że­li nie wy­łącz­nie, to głów­nie - krew wil­czą. Te wła­śnie jed­nak przez swo­ją od­ręb­ność sta­no­wią nie­zbi­ty do­wód, że inne rasy od wil­ka nie po­cho­dzą. Owe nie tyl­ko ze­wnętrz­nie, lecz w swo­jej isto­cie wil­ko­wa­te psie rasy: hu­sky, psy in­diań­skie, sa­mo­je­dy, ro­syj­skie łaj­ki, chow-chow oraz kil­ka in­nych, są wszyst­kie z da­le­kiej pół­no­cy. Żad­ne z nich nie są wszak­że czy­stej krwi wil­czej: moż­na są­dzić z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem, iż lu­dzie, po­su­wa­jąc się co­raz da­lej na pół­noc, mie­li już ze sobą oswo­jo­ne psy z rasy sza­ka­la, z któ­rych na­stęp­nie, przez cią­głe krzy­żów­ki z wil­ka­mi, po­wsta­ły wy­mie­nio­ne rasy. o du­cho­wych wła­ści­wo­ściach psów wil­czej krwi będę miał jesz­cze wie­le do po­wie­dze­nia!

Źródła psiej wierności

Przy­wią­za­nie psa wy­wo­dzi się z dwu zu­peł­nie róż­nych źró­deł bodź­co­wych. Prze­waż­nie, zwłasz­cza u na­szych ras eu­ro­pej­skich, jest ono skut­kiem ta­kiej wię­zi, jaka łą­czy mło­de psy w sta­nie dzi­kim z ich ro­dzi­ca­mi, a u psa do­mo­we­go zo­sta­je na za­wsze jako część zja­wi­ska ogól­nej mło­dzień­czo­ści.

Dru­gie źró­dło przy­wią­za­nia bie­rze się z pod­dań­czej wier­no­ści, jaką ma pies dzi­ki dla przo­dow­ni­ka sta­da, ale też z mi­ło­ści nie­ja­ko pry­wat­nej, łą­czą­cej człon­ków sta­da mię­dzy sobą.

To dru­gie źró­dło jest sil­niej­sze u wszyst­kich po­tom­ków wil­ka, ani­że­li u po­cho­dzą­cych od sza­ka­la, jako że w wil­czym ży­ciu zwar­tość sta­da od­gry­wa do­nio­ślej­szą rolę.

Je­że­li wziąć do domu i wy­cho­wać w krę­gu ro­dzin­nym szcze­nię ja­kiej­kol­wiek rasy dzi­kiej, moż­na się ła­two prze­ko­nać, iż mło­dzień­cze przy­wią­za­nie dzi­kie­go zwie­rzę­cia jest iden­tycz­ne ze związ­ka­mi trzy­ma­ją­cy­mi więk­szość na­szych psów przez całe ży­cie przy ich panu. Taki mło­dy wilk jest wpraw­dzie pło­chli­wy, woli kryć się po ciem­nych ką­tach, ma za­ha­mo­wa­nia, prze­by­wa­jąc od­sło­nię­tą przej­rzeń, ła­two może schwy­cić zę­ba­mi, gdy ktoś obcy chce go po­gła­skać - bo prze­cież to od uro­dze­nia "gry­zoń ze stra­chu" - lecz wo­bec wła­sne­go pana za­cho­wu­je się pod każ­dym wzglę­dem, nie wy­łą­cza­jąc przy­wią­za­nia, zu­peł­nie jak mło­dy pies. Je­że­li bę­dzie to sa­mi­ca, któ­ra w sta­nie dzi­kim uzna­je prze­cież przo­dow­ni­ka wil­cze­go sta­da za "oso­bi­stość nad­rzęd­ną", wów­czas może się uta­len­to­wa­ne­mu wy­cho­waw­cy nie­kie­dy udać, że zaj­mie to miej­sce i zjed­na jej przy­wią­za­nie na sta­łe. Ale je­że­li to sa­miec, wów­czas jego pan prze­ży­wać bę­dzie re­gu­lar­nie gorz­kie roz­cza­ro­wa­nia.

Za­le­d­wie bo­wiem zwie­rzę do­ro­śnie, znie­nac­ka wy­po­wia­da swe­mu czło­wie­ko­wi po­słu­szeń­stwo i sta­je się nie­za­leż­ne. Nie za­cho­wu­je się wpraw­dzie zło­śli­wie wo­bec do­tych­cza­so­we­go pana, lecz trak­tu­je go po przy­ja­ciel­sku, nie zaś jako wzbu­dza­ją­ce­go po­strach wład­cę. Owszem, może na­wet pró­bo­wać ujarz­mić swe­go pana, by się wy­su­nąć na czo­ło i zo­stać wil­kiem przo­dow­ni­kiem. A wo­bec nie­bez­piecz­ne­go wil­cze­go uzę­bie­nia nie za­wsze ma to prze­bieg cał­kiem bez­kr­wa­wy.

Po­dob­ne do­świad­cze­nia prze­ży­łem z moim din­go. Za­pew­ne: nie był krnąbr­ny, nie pró­bo­wał też mnie ką­sać, ale osią­gnąw­szy cał­ko­wi­tą doj­rza­łość, wy­na­lazł wiel­ce oso­bli­wy spo­sób od­ma­wia­nia mi po­słu­szeń­stwa. W mło­dym wie­ku ni­czym nie róż­nił się po­stę­po­wa­niem od psa do­mo­we­go. Kie­dy coś zbro­ił i zo­stał za to skar­co­ny, po­znać było po nim, że ma nie­czy­ste su­mie­nie; sta­rał się prze­jed­nać roz­gnie­wa­ne­go czło­wie­ka i wy­że­brać piesz­czo­tę. Kie­dy jed­nak miał już mniej wię­cej pół­to­ra roku, przyj­mo­wał wpraw­dzie jesz­cze każ­dą karę bez sprze­ci­wu, to zna­czy bez war­cze­nia lub opo­ru, ale sko­ro tyl­ko spra­wa była skoń­czo­na, otrzą­sał się, uprzej­mie mer­dał do mnie ogo­nem i chciał się ba­wić; sło­wem kara nie wpły­wa­ła w naj­mniej­szej mie­rze na jego na­strój i by­najm­niej nie od­wo­dzi­ła go na przy­kład od na­stęp­nej pró­by udu­sze­nia jed­nej z mo­ich pięk­nych ka­czek.

W tym wie­ku wła­śnie stra­cił też zu­peł­nie ocho­tę, by to­wa­rzy­szyć mi w co­dzien­nym spa­ce­rze: po pro­stu biegł so­bie precz, nie ba­cząc na moje przy­wo­ły­wa­nia. Był przy tym - by jesz­cze raz to pod­kre­ślić - uspo­so­bio­ny do mnie bar­dzo przy­jaź­nie, ile­kroć też spo­ty­ka­li­śmy się, wi­tał mnie ra­do­śnie z ca­łym ce­re­mo­nia­łem wła­ści­wym psie­mu po­wi­ta­niu. Nig­dy się bo­wiem nie na­le­ży spo­dzie­wać, że dzi­kie zwie­rzę bę­dzie się od­no­si­ło do za­przy­jaź­nio­ne­go czło­wie­ka in­a­czej niż do przed­sta­wi­cie­li wła­sne­go ga­tun­ku. Ów din­go miał dla mnie na pew­no ser­decz­ne uczu­cia, ja­kie do­ro­słe zwie­rzę zwy­kło ży­wić wo­bec dru­gie­go zwie­rzę­cia, tyl­ko że nie było w nich uni­żo­no­ści ani po­słu­szeń­stwa. W prze­ci­wień­stwie do psów dzi­kich, wszyst­kie bar­dziej zdo­me­sty­fi­ko­wa­ne, bę­dą­ce, jak zo­ba­czy­my, prze­waż­nie krwi sza­ka­la zło­ci­ste­go, od­no­szą się przez całe ży­cie do swo­je­go czło­wie­ka tak, jak mło­de sza­ka­le do star­sze­go.

Jak wszel­kie mniej wię­cej ce­chy cha­rak­te­ru, rów­nież utrzy­mu­ją­ca się dzie­cin­ność bywa za­le­tą albo wadą. Psy po­zba­wio­ne jej zu­peł­nie mogą być w swo­jej nie­za­leż­no­ści cie­ka­we z punk­tu wi­dze­nia psy­cho­lo­gii zwie­rząt, ale ich pan nie­wie­le bę­dzie miał po­cie­chy z tych "włó­czy­ki­jów". W póź­niej­szym wie­ku mogą w pew­nych wa­run­kach stać się też na­der nie­bez­piecz­ne. Po­nie­waż bo­wiem brak im ty­po­wej ule­gło­ści, po pro­stu "nie wi­dzą nic złe­go" w tym, aby rów­nie moc­no po­gryźć czło­wie­ka i po­trzą­snąć nim, jak rów­nym so­bie. Cho­ciaż - jako się rze­kło - wła­ści­wym źró­dłem wier­no­ści jest u więk­szo­ści psów do­mo­wych za­cho­wa­ne z mło­do­ści przy­wią­za­nie do pana, krań­co­wa prze­sa­da może do­pro­wa­dzić do wręcz prze­ciw­ne­go skut­ku. Ta­kie psy lgną wpraw­dzie nie­za­prze­czal­nie do swe­go pana - ale i do każ­de­go in­ne­go czło­wie­ka! Po­rów­ny­wa­łem kie­dyś taki psi cha­rak­ter do po­nie­któ­rych roz­piesz­czo­nych dzie­ci, któ­re do każ­de­go mó­wią "wuj­ku" i w cał­ko­wi­tym spo­ufa­le­niu na­przy­krza­ją się każ­de­mu ob­ce­mu swo­imi do­wo­da­mi uczu­cia. Nie ozna­cza to zresz­tą wca­le, że ta­kie zwie­rzę nie roz­róż­nia swe­go pana, nie: ser­decz­nie się cie­szy, kie­dy go zo­ba­czy, lecz bez­po­śred­nio po­tem go­to­we pójść z każ­dym, kto do nie­go mile za­ga­da czy się z nim po­ba­wi. Jako dziec­ko do­sta­łem kie­dyś od ko­goś z ko­cha­ją­cych krew­nych, kto jed­nak sła­bo ro­zu­miał zwie­rzę­ta, jam­ni­ka, bę­dą­ce­go ist­ną ka­ry­ka­tu­rą psa! Kro­ki, gdyż tak się na­zy­wał ze wzglę­du na naj­więk­sze bo­daj ze wszyst­kich kup­nych ży­wych istot po­do­bień­stwo do kro­ko­dy­la, któ­re­go do­sta­łem przed­tem, ale nie mo­głem ho­do­wać w domu z bra­ku nie­zbęd­nej apa­ra­tu­ry ogrze­wa­ją­cej, otóż Kro­ki opę­ta­ny był wy­lew­ną, wszech­ogar­nia­ją­cą mi­ło­ścią do lu­dzi; nie­ste­ty było mu naj­zu­peł­niej obo­jęt­ne, kto w da­nej chwi­li tę ludz­kość re­pre­zen­to­wał. Po­cząt­ko­wo raz po raz od­bie­ra­li­śmy nie­wier­ne­go by­dla­ka z naj­roz­ma­it­szych do­mów, do­kąd la­tał, po­tem zaś wresz­cie zre­zy­gno­wa­ni prze­ka­za­li­śmy Kro­kie­go ko­cha­ją­cej psy ku­zyn­ce, któ­ra miesz­ka­ła na Grin­zin­gu. Tam wiódł Kro­ki dzi­wacz­ny, nie psi ży­wot: sy­piał raz u tej, raz u in­nej ro­dzi­ny, by­wał kra­dzio­ny i od­prze­da­wa­ny (moż­li­we, że za­wsze przez tego sa­me­go zło­dzie­ja, któ­re­mu po­ma­gał swo­im umi­ło­wa­niem ludz­ko­ści w nie­złym za­rob­ku), sło­wem, kto tyl­ko dzier­żył dru­gi ko­niec smy­czy, był uko­cha­nym wład­cą...

Inną kar­tę sta­no­wi przy­wią­za­nie i wier­ność tych ras, w któ­rych ży­łach pły­nie krew wil­cza. Za­miast upo­rczy­we­go przy­wią­za­nia mło­do­ści, ja­kim na­ce­cho­wa­ne są przede wszyst­kich na­sze po­ży­tecz­ne psy do­mo­we wio­dą­ce ród od sza­ka­la zło­ci­ste­go, wy­stę­pu­je w nich wier­ność "dru­ży­nie". Pod­czas gdy sza­kal za­sad­ni­czo po­lu­je sam, ży­jąc głów­nie jako po­że­racz pa­dli­ny, wilk jest pra­wie czy­stym dra­pież­cą i ło­wiąc zdo­bycz (a przy­najm­niej gru­be­go zwie­rza), zda­ny jest bez­wa­run­ko­wo na po­moc sta­da. Sta­do wil­cze musi dla za­spo­ko­je­nia swych znacz­nych po­trzeb prze­by­wać wiel­kie przej­rze­nie. Pod­czas tych wę­dró­wek musi być zwar­te, by móc upo­lo­wać więk­szą sztu­kę zwie­rzy­ny. Kar­na or­ga­ni­za­cja spo­łecz­na, wier­ne trzy­ma­nie się przo­dow­ni­ka sta­da i bez­wa­run­ko­wa so­li­dar­ność we wspól­nej wal­ce z nie­bez­piecz­ną zdo­by­czą de­cy­du­ją o po­wo­dze­niu w uci­śnio­nym by­cie tych zwie­rząt. Tym wła­śnie tłu­ma­czy się oma­wia­na tu róż­ni­ca mię­dzy cha­rak­te­rem psów sza­ka­lo­po­chod­nych a wil­ko­po­chod­nych. Pierw­sze wi­dzą w swo­im panu zwie­rzę ro­dzi­cie­la, dru­gie zaś - wil­ka przo­dow­ni­ka. Pierw­sze są dzie­cin­nie od­da­ne, dru­gie zaś oka­zu­ją, by tak rzec, mę­ską lo­jal­ność.

Rzecz oso­bli­wa, jak two­rzy się więź mło­de­go psa wil­ko­po­chod­ne­go z pew­nym okre­ślo­nym czło­wie­kiem. Przej­ście od dzie­cię­ce­go przy­wią­za­nia do ro­dzi­cie­la, ku lo­jal­no­ści do­ro­słe­go osob­ni­ka, za­zna­cza się do­bit­nie na­wet wów­czas, gdy pies, cho­wa­ny w ludz­kiej ro­dzi­nie, izo­lo­wa­ny jest od wła­sne­go ga­tun­ku, a za­tem wów­czas, gdy za­rów­no "ro­dzi­cie­la", jak i "przo­dow­ni­ka" ucie­le­śnia ta sama ludz­ka oso­ba. Zmia­na ta przy­po­mi­na moc­no wy­zwo­le­nie się mło­de­go, doj­rze­wa­ją­ce­go czło­wie­ka z krę­gu ro­dzin­ne­go w po­szu­ki­wa­niu wła­snych dróg i wła­snych ide­ałów. Bo i u lu­dzi zwią­za­nie się z no­wy­mi ide­ała­mi jest zja­wi­skiem jed­no­ra­zo­wym. Bia­da mło­de­mu, któ­ry w tym do­nio­słym okre­sie otwo­rzy ser­ce fał­szy­wym bo­gom! U psa wil­ko­po­chod­ne­go okres zwią­za­nia się na sta­łe z jed­nym pa­nem przy­pa­da mniej wię­cej na pią­ty mie­siąc ży­cia. Kie­dyś, nie wie­dząc o tym jesz­cze, za­pła­ci­łem cięż­kie fry­co­we. Na­sza pierw­sza suka chow-chow prze­zna­czo­na była dla mo­jej żony, jako pre­zent uro­dzi­no­wy. Aby nie po­psuć nie­spo­dzian­ki, po­wie­rzy­łem ją tym­cza­sem na­szej krew­nej. Nie­ocze­ki­wa­nie jed­nak w cią­gu ty­go­dnia po­by­tu pół­rocz­ne za­le­d­wie zwie­rząt­ko zdą­ży­ło już skon­cen­tro­wać swo­ją wier­ność na owej ku­zyn­ce, skut­kiem cze­go upo­mi­nek znacz­nie stra­cił na war­to­ści. Choć bo­wiem owa pani rzad­ko nas od­wie­dza­ła, jed­nak mała, peł­na tem­pe­ra­men­tu sucz­ka naj­wy­raź­niej ją wła­śnie, nie zaś moją żonę, uwa­ża­ła za swo­ją wła­ści­wą pa­nią. Jesz­cze po la­tach by­ła­by go­to­wa opu­ścić nas i do­bro­wol­nie po­dą­żyć za na­szą ku­zyn­ką. Sucz­ka Sta­si, jed­na z mo­ich krzy­żó­wek owczar­ka z chow-chow, szczę­śli­wie łą­czy­ła w sto­sun­ku do mnie moc­ne przy­wią­za­nie mło­dzień­cze po­tom­ka sza­ka­li zło­ci­stych z wy­łącz­ną wier­no­ścią swych wil­czych pra­oj­ców wo­bec wo­dza.

Sta­si mia­ła sie­dem mie­się­cy - uro­dzi­ła się na przed­wio­śniu 1940 roku - gdy wy­braw­szy ją na swe­go psa, roz­po­czą­łem tre­su­rę. W wy­glą­dzie jej i cha­rak­te­rze zla­ły się ce­chy owczar­ka nie­miec­kie­go i chow-chow. Ostrym wil­czym pyszcz­kiem, sze­ro­ki­mi ko­ść­mi po­licz­ko­wy­mi, sko­śnym uba­wie­niem oczu, krót­ki­mi, gę­sto za­ro­śnię­ty­mi usza­mi, krót­ką, pro­stą jak świe­ca, okry­tą wspa­nia­łym fu­trem kitą, a przede wszyst­kim ela­stycz­no­ścią ru­chów przy­po­mi­na­ła małą wil­czy­cę. Na­to­miast w pło­mien­nym czer­wo­nym zło­cie jej sier­ści wy­cho­dził na jaw spa­dek po sza­ka­lach zło­ci­stych. Ale praw­dzi­wym zło­tem był jej cha­rak­ter. Za­sa­dy psie­go wy­cho­wa­nia, jak cho­dze­nie na smy­czy, przy no­dze, wa­ro­wa­nie, przy­swo­iła so­bie w zdu­mie­wa­ją­co krót­kim cza­sie. Czy­stość w miesz­ka­niu oraz wstrze­mięź­li­wość wo­bec dro­biu mia­ła nie­ja­ko w na­tu­rze, tak że wca­le nie trze­ba było jej tego wpa­jać.

Mój zwią­zek ze Sta­si prze­rwa­ny zo­stał rów­no po dwu mie­sią­cach przez to, że wzią­łem wy­kła­dy z psy­cho­lo­gii na uni­wer­sy­te­cie w Kró­lew­cu. Kie­dy na Boże Na­ro­dze­nie wró­ci­łem na krót­ki urlop do domu, Sta­si przy­ję­ła mnie upo­jo­na ra­do­ścią i oka­za­ła się nie­zmien­na w swo­jej wiel­kiej mi­ło­ści dla mnie. Umia­ła wszyst­ko, cze­go ją na­uczy­łem, sło­wem była tym sa­mym grzecz­nym psem, któ­re­go opu­ści­łem przed trze­ma mie­sią­ca­mi.

Ale wręcz tra­gicz­ne sce­ny ro­ze­gra­ły się, kie­dy mu­sia­łem je­chać z po­wro­tem. Jesz­cze nim się za­czę­ło pa­ko­wa­nie, Sta­si była wy­raź­nie przy­gnę­bio­na i nie od­stę­po­wa­ła mnie ani na chwi­lę. Kie­dym wy­cho­dził z po­ko­ju, zry­wa­ła się ner­wo­wo i chcia­ła to­wa­rzy­szyć mi na­wet do ubi­ka­cji. Gdy wa­liz­ki były już spa­ko­wa­ne, zmar­twie­nie Sta­si spo­tę­go­wa­ło się aż do neu­ro­zy. Nie ja­dła, od­dech mia­ła płyt­ki i nie­spo­koj­ny, prze­ry­wa­ny cięż­ki­mi wes­tchnie­nia­mi. W dniu wy­jaz­du chcie­li­śmy ją za­mknąć, aby prze­szko­dzić to­wa­rzy­sze­niu mi na siłę. Ale Sta­si wy­co­fa­ła się do ogro­du, i ten naj­po­słusz­niej­szy ze wszyst­kich psów - nie usłu­chał mo­je­go wo­ła­nia! Wszel­kie pró­by zło­wie­nia jej za­wio­dły.

Kie­dy wresz­cie zwy­kła ka­ra­wa­na: dzie­ci, wó­zek ręcz­ny i wa­liz­ki - ru­szy­ła z miej­sca, w od­le­gło­ści mniej wię­cej dwu­dzie­stu me­trów szedł za nią dziw­nie wy­glą­da­ją­cy pies: ze spusz­czo­ną kitą, na­stro­szo­ną sier­ścią i błęd­nym wzro­kiem. Na dwor­cu ostat­ni raz spró­bo­wa­łem ją zła­pać - da­rem­nie. Jesz­cze gdym wsia­dał do po­cią­gu, Sta­si sta­ła w bez­piecz­nej od­le­gło­ści, w groź­nej po­sta­wie zbun­to­wa­ne­go psa, i nie spusz­cza­ła ze mnie oczu. Po­ciąg ru­szył, Sta­si nadal tkwi­ła w bez­ru­chu, do­pie­ro gdy za­czął na­bie­rać tem­pa, bły­ska­wicz­nie po­mknę­ła wzdłuż wa­go­nów i wsko­czy­ła na sto­pień trzy wa­go­ny od tego, na któ­re­go stop­niu sta­łem sam, by jej prze­szko­dzić w do­sta­niu się do po­cią­gu. Szyb­ko po­bie­głem do przo­du, chwy­ci­łem ją za kark i krzy­że i wy­rzu­ci­łem z po­cią­gu. Sta­si zręcz­nie spa­dła na łapy, nie prze­wra­ca­jąc się. Po­tem sta­nę­ła, już nie w za­cza­jo­nej po­sta­wie, i pa­trzy­ła za po­cią­giem, jak dłu­go mo­gła go do­strzec.

W Kró­lew­cu do­szła mnie nie­ba­wem nie­po­ko­ją­ca wia­do­mość: Sta­si po­za­bi­ja­ła kil­ka kur u są­sia­dów, włó­czy się bez wy­tchnie­nia po oko­li­cy, za­nie­cha­ła schlud­no­ści w miesz­ka­niu, ni­ko­go już nie słu­cha i dla­te­go mu­szą ją trzy­mać w za­mknię­ciu.

Sie­dzia­ła tedy w ża­ło­bie i sa­mot­no­ści na ta­ra­sie li­po­wym. Mó­wiąc o sa­mot­no­ści, mam na my­śli je­dy­nie to­wa­rzy­stwo lu­dzi, gdyż dzie­li­ła swój ele­ganc­ki wy­bieg z sam­cem din­go, o któ­rym już wspo­mi­na­łem. W koń­cu czerw­ca wró­ci­łem do Al­ten­ber­gu. Pierw­sze kro­ki skie­ro­wa­łem do Sta­si. Gdy wstę­po­wa­łem po schod­kach na ta­ras, oby­dwa psy rzu­ci­ły się na mnie wście­kle, jak tyl­ko mogą być roz­wście­czo­ne psy trzy­ma­ne w za­mknię­tym wy­bie­gu lub na uwię­zi. Sta­ną­łem na naj­wyż­szym schod­ku bez ru­chu. Zwie­rzę­ta raz po raz szar­pa­ły się ku mnie, uja­da­jąc i war­cząc. Cie­kaw by­łem, kie­dy mnie po­zna­ją - czy­sto optycz­nie, bo wiatr był w moją stro­nę, tak że nie mo­gły mnie zwę­szyć. Ale psy nie po­zna­wa­ły mnie. Po chwi­li Sta­si zwie­trzy­ła mnie znie­nac­ka i wśród ata­ko­wa­nia sta­nę­ła jak wry­ta. Grzy­wa je­ży­ła się jesz­cze, ogon był spusz­czo­ny, uszy spłasz­czo­ne w tył - tyl­ko noz­drza roz­war­ły się na­gle bar­dzo sze­ro­ko i chło­nę­ły chci­wie nie­sio­ne przez wiatr prze­sła­nie. Grzy­wa się po­ło­ży­ła, drże­nie prze­bie­gło cia­ło, uszy sta­nę­ły sztor­cem. Ocze­ki­wa­łem, że suka rzu­ci się ku mnie z ra­do­ścią, lecz to nie na­stą­pi­ło. Ból jej du­szy, tak wiel­ki, że zła­mał jej oso­bo­wość i tej naj­grzecz­niej­szej ze wszyst­kich psów ka­zał na całe mie­sią­ce za­po­mnieć o do­brych oby­cza­jach i za­sa­dach, taki ból nie mógł się w parę se­kund ulot­nić! Sta­si przy­sia­dła na­gle na za­dzie, gło­wę unio­sła w górę no­sem ku nie­bu, w gar­dle jej za­gra­ło i męka du­cho­wa zna­la­zła uj­ście w tak strasz­li­wych, a tak przej­mu­ją­co pięk­nych za­ra­zem to­nach wil­cze­go wy­cia.

Wyła dłu­go, a po­tem jak bu­rza rzu­ci­ła się na mnie, by­łem nie­ja­ko owi­nię­ty wi­rem osza­la­łej psiej ra­do­ści. Sta­si ska­ka­ła mi aż do ra­mion, nie­mal zdar­ła ze mnie odzież - ona, ta po­wścią­gli­wa, opa­no­wa­na, któ­rej po­wi­ta­nie ogra­ni­cza­ło się za­zwy­czaj do paru mach­nięć ogo­nem, a naj­sil­niej­szym wy­ra­zem czu­ło­ści było po­ło­że­nie mi łba na ko­la­nie, ta ci­cha Sta­si wy­da­wa­ła te­raz z prze­ję­cia świ­sty jak lo­ko­mo­ty­wa, krzy­cza­ła naj­wyż­szym gło­sem, gło­śniej, niż przed­tem wyła. Na­gle od­bie­gła, sta­nę­ła przy drzwiach wy­bie­gu i obej­rzaw­szy się na mnie, mer­da­jąc kitą, za­żą­da­ła wy­pusz­cze­nia. Uzna­ła za na­tu­ral­ne, że z moim po­wro­tem koń­czy się jej nie­wo­la, i prze­szła do po­rząd­ku dzien­ne­go. Szczę­śli­we two­rze­nie! God­na za­zdro­ści siła sys­te­mu ner­wo­we­go! Przej­ścia psy­chicz­ne, po usu­nię­ciu po­wo­du, nie po­zo­sta­wi­ły skut­ków, któ­rym nie da­ło­by rady pół mi­nu­ty wy­cia i jed­no­mi­nu­to­wy ra­do­sny ta­niec, ra­dy­kal­nie zmia­ta­jąc je ze świa­ta.

Żona zo­ba­czy­ła, że nad­cho­dzę ze Sta­si. "Na mi­łość bo­ską, kury!", wy­krzyk­nę­ła prze­stra­szo­na. Ale Sta­si nie za­szczy­ci­ła ani jed­nej kury bo­daj spoj­rze­niem. I kie­dy wie­czo­rem wzią­łem ją do po­ko­ju, była schlud­na jak zwy­kle. Sta­si umia­ła wszyst­ko, cze­go ją kie­dy­kol­wiek uczy­łem; przez mie­sią­ce naj­głęb­szej nie­do­li, jaka może spo­tkać psa, prze­cho­wa­ła wier­nie wszyst­ko. Gdy wresz­cie znów zbli­żał się czas pa­ko­wa­nia wa­li­zek, Sta­si sta­ła się ci­cha i zgnę­bio­na i już nie od­cho­dzi­ła ode mnie. Bied­ne zwie­rzę prze­ży­ło cięż­kie dni, bo prze­cież nie ro­zu­mia­ło ludz­kiej mowy: oczy­wi­ście tym ra­zem po­sta­no­wi­łem ją za­brać.

Tuż przed moim od­jaz­dem suka, jak za pierw­szym ra­zem, po­szła do ogro­du, naj­wi­docz­niej w za­mia­rze to­wa­rzy­sze­nia mi wbrew mo­jej woli. Po­zwo­li­łem jej na to i do­pie­ro wy­cho­dząc z domu za­wo­ła­łem ją tak jak zwy­kle, kie­dy chcia­łem, żeby po­szła ze mną. Wte­dy na­gle zro­zu­mia­ła stan rze­czy i jęła tań­czyć do­ko­ła mnie w naj­wyż­szej ra­do­ści.

Jed­nak tyl­ko przez kil­ka mie­się­cy dane jej było prze­by­wać przy swo­im panu, bo już dzie­sią­te­go paź­dzier­ni­ka 1941 roku zo­sta­łem po­wo­ła­ny do woj­ska. Po­wtó­rzy­ła się ta sama tra­ge­dia, jaka ro­ze­gra­ła się rok wcze­śniej w Al­ten­ber­gu; róż­ni­ca po­le­ga­ła na tym tyl­ko, że tym ra­zem Sta­si wy­mknę­ła się cał­ko­wi­cie i prze­szło dwa mie­sią­ce gra­so­wa­ła po oko­li­cy Kró­lew­ca jako dzi­kie zwie­rzę, wy­rzą­dza­jąc jed­ną szko­dę po dru­giej. Nie­wąt­pli­wie ona to była owym za­gad­ko­wym "li­sem", któ­ry w Cäci­lie­nal­lee splą­dro­wał kró­li­kar­nię mo­je­go czci­god­ne­go ko­le­gi. Do­pie­ro po Bo­żym Na­ro­dze­niu Sta­si wró­ci­ła do mo­jej żony, zu­peł­nie wy­cień­czo­na i z cięż­kim rop­nym za­pa­le­niem oczu i nosa.

Kie­dy wy­zdro­wia­ła, umiesz­czo­no ją, po­nie­waż nie było in­ne­go spo­so­bu, w ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym, gdzie sko­ja­rzo­no ją z ogrom­nym pół­noc­no­sy­be­ryj­skim wil­kiem. Nie­ste­ty mał­żeń­stwo to po­zo­sta­ło bez­dziet­ne. Po mie­sią­cach - by­łem wów­czas neu­ro­lo­giem w la­za­re­cie w Po­zna­niu - wzią­łem ją znów do sie­bie. Ale kie­dy mnie - w czerw­cu 1944 - znów prze­nie­sio­no na front, od­da­li­śmy Sta­si wraz z sze­ścior­giem jej mło­dych do ogro­du zoo­lo­gicz­ne­go w Schön­brun­nie. Tam, tuż przed koń­cem woj­ny, pa­dła ofia­rą wy­bu­chu bom­by. Ale jed­no z jej szcze­niąt do­sta­ło się do na­szych zna­jo­mych w Al­ten­ber­gu; od tego psa po­cho­dzą wszyst­kie psy na­sze­go cho­wu. Sta­si spę­dzi­ła mniej niż po­ło­wę swe­go nie­speł­na sze­ścio­let­nie­go ży­wo­ta wraz ze swo­im pa­nem, lecz była sta­now­czo naj­wier­niej­szym psem, ja­kie­go zda­rzy­ło mi się w ży­ciu wi­dzieć.