I tak człowiek trafił na psa - Konrad Lorenz

Reflow text when sidebars are open.
Przez wysokie, stepowe trawy suną ludzie; niewielka gromada dzikich, nagich postaci. W ręku niosą ościenie, niektórzy mają nawet łuki i strzały. Fizycznie przypominają wprawdzie dzisiejszego człowieka, lecz z zachowania do zwierząt są raczej podobni: ciemne ich oczy pozierają niespokojnie, trwożliwie, zupełnie jak oczy spłoszonej zwierzyny, co ma się stale na baczności. Nie są to jeszcze ludzie wolni, panowie tworzenia, jeno istoty prześladowane, co w każdym gąszczu szukają kryjówki.
Przygnębieni. Silniejsze szczepy zmusiły ich niedawno do porzucenia terenów łowieckich i usunięcia się daleko na zachód - w stepy, w nieznane okolice, gdzie znacznie więcej jest drapieżców aniżeli w rodzinnych stronach. Na domiar złego przed paru tygodniami stary, doświadczony łowca, przodownik, co ich prowadził, padł ofiarą kłów tygrysich. Nie było w tym nieszczęściu pociechą, że i rabuś zginął potem od ciosu włóczni. Najbardziej dawał się hordzie we znaki brak snu. W dawnych swych bronach sypiali wszyscy przy ogniu, który szerokim koliskiem otaczały też w bezpiecznej odległości uprzykrzone szakale złociste. Oszczędzało to ludziom czuwania, bo szakale zapowiadały już z daleka zbliżającego się drapieżcę. Oczywiście ludzie pierwotni nie zdawali sobie sprawy z owego pożytku. Nawet jeżeli nie trwonili strzał, to choć kamieniem odpędzali pieczeniarza, co się do ognia zapędzał.
Tak tedy ciągną stepem, znużeni i milczący. Niebawem zapadnie noc, a horda nie znalazła dotychczas miejsca odpowiedniego na nocleg, by wreszcie upiec skąpą zdobycz dnia - kawał pieczeni z dzika: resztki uczty tygrysiej.
Nagle, niczym sarny wietrzące wroga, wszyscy w napięciu zwracają głowy w tę samą stronę: usłyszeli jakiś dźwięk. Mógł pochodzić jedynie od zwierzęcia napastliwego, bo prześladowane dobrze się już nauczyły zachowywać milczenie. Tak: to szakal się tam odzywa! Horda stoi, dziwnie przejęta, nasłuchując tego pozdrowienia z lepszych i mniej niebezpiecznych czasów. A potem młody przodownik gromady, mający wysokie czoło, czyni coś niezrozumiałego dla reszty: odkrawa kęs zdobyczy i rzuca na ziemię. Możliwe, że irytuje tym innych, bo ostatecznie nie żyją aż w takim dobrobycie, żeby trwonić pieczeń, rozrzucając mięso po stepie. Młody prawdopodobnie sam nie wie, dlaczego to zrobił; działał widocznie pod wpływem uczucia, może chciał mieć szakale bliżej. W każdym razie kilkakrotnie jeszcze kładł po kawałku dziczego mięsa na tropach. Zrozumiałe, że reszta wzięła to za głupi kawał, i przodownik z trudem jeno mógł się obronić przed gniewem zgłodniałej hordy.
***
Wreszcie wszyscy siedzą jednak koło ognia i wraz z sytością spłynął znów spokój na podrażnioną tłuszczę.
Naraz rozległ się skowyt szakali. Znalazły rzucone ochłapy i po śladach zbliżają się ku obozowisku. Wtedy któryś z ludzi, spojrzawszy pytająco na przodownika, wstaje i w pewnej odległości, na samej granicy światła ogniska, składa na ziemi ogryzki. Ważne zdarzenie: pierwszy raz człowiek karmi pożyteczne zwierzę. Dziś horda może spać spokojnie, bo szakale snują się wokoło obozu, a to odpowiedzialni wartownicy. I gdy nazajutrz wschodzi słońce, horda jest wypoczęta i zadowolona. Od tego dnia nie ma już rzucania kamieniami w szakala.
Minęło wiele lat, wiele pokoleń. Szakale są śmielsze, bardziej oswojone. Otaczają większym stadem siedziby ludzi, którzy polują już nawet na dzikie konie i jelenie. Szakale zmieniły także tryb życia: podczas gdy pierwotnie poruszały się jedynie nocą, we dnie zaś wypoczywały, schowane głęboko w gęstwinie, teraz najsilniejsze i najmądrzejsze, stały się zwierzętami dziennymi i chodzą za człowiekiem podczas wypraw łowieckich.
Mogło się więc kiedyś zdarzyć, że horda ruszyła po tropach ciężarnej dzikiej klaczy, której ucieczkę utrudnia rana od oszczepu. Łowcy są bardzo przejęci, bo od dawna krucho z żywnością. Toteż i szakale idą w ślad za nimi, bardziej niż zwykle zgłodniałe, bo przy posiłku ludzi przeważnie nic nie dostawały.
Klacz, osłabiona przez brzemię i utratę krwi, chwyta się prastarego wybiegu, właściwego jej gatunkowi: stosuje przeciwny bieg, czyli wraca po swoich tropach kilometr, po czym skręca w jakimś zarosłym chaszczami miejscu nagle w prawo. Nieraz już ten instynktowny fortel pozbawiał myśliwców zwierzyny. Oto i teraz łowcy stanęli bezradni tam, gdzie kończy się trop na twardej, stepowej glebie.
Szakale suną za ludźmi w przyzwoitej odległości, bo jeszcze nie mają odwagi zbliżać się do hałaśliwych, podnieconych łowców. Zresztą idą śladami ludzi, nie zaś zwierzyny. Rzecz zrozumiała: nie ma powodu, by szakal tropił dziką klacz, która nie wchodzi dla niego w rachubę jako zdobycz. Ale te szakale dostawały przecież nieraz od ludzi części grubego zwierza, tedy zapach jego nabrał dla nich nowego znaczenia: zdążyły utworzyć sobie stałą więź pojęciową między krwawym tropem a nadzieją rychłej zdobyczy.
Tym razem są szczególnie wygłodniałe, a trop - świeży. Zachodzi więc coś nowego w stosunkach między człowiekiem a jego trabantem. Stara, osiwiała suka, duchowa przewodniczka stada, dostrzega to, co przeoczyli ludzie: mianowicie rozdwojenie się krwawego tropu. Zwierzęta skręcają więc w tym miejscu i rozpoczynają samodzielne tropienie. Przez ten czas ludzie pojęli już, że zwierzę szło przeciwnym biegiem, i zawrócili. Dotarłszy do rozgałęzienia śladów, słyszą gdzieś z boku ujadanie szakali. Szybko odnajdują teraz kierunek, a następnie - ślady, zostawione w stepowej trawie przez tyle zwierząt. I oto po raz pierwszy ustanowił się porządek, w jakim od owego dnia człowiek i pies tropią zwierzynę: najpierw pies, potem myśliwy. Szybciej od łowców szakale dopadają i wybawiają dziką klacz. Kiedy psy wybawiają grubego zwierza, odgrywa bodaj doniosłą rolę następujący mechanizm psychologiczny: goniony jeleń, niedźwiedź czy odyniec, który wprawdzie ucieka przed człowiekiem, ale niewątpliwie walczyłby z psem, najwidoczniej w gniewie na zbliżających się małych, zuchwałych wrogów zapomina o znacznie groźniejszym prześladowcy. Zgoniony dziki koń, który zna szakala złocistego tylko jako jazgotliwego tchórza, zaczyna się bronić z pasją, gwałtownie kopie przednim kopytem takiego, co się zbyt blisko zapędził. Dysząc ciężko drepce w kółko, ale nie podejmuje ucieczki. Ludzie słyszą hałas dochodzący wciąż z tego samego miejsca; przodownik daje znak, łowcy bezszelestnie się rozpraszają i okrążają zdobycz. Przez mgnienie można sądzić, że szakale się rozbiegną, ale znów się uspokoiły, bo na nie nikt nie patrzy. Mała przewodniczka stada zapomniała całkiem o strachu i wściekle obszczekuje dziką klacz, a gdy ta wali się wreszcie, przeszyta włócznią, suka zatapia chciwie kły w szyi ofiary. Dopiero kiedy przodownik ludzkiej hordy pochyla się nad martwym zwierzęciem, szakal cofa się o kilka kroków. A człowiek - może prapraprawnuk tamtego, co pierwszy rzucił szakalom złocistym ochłap zdobyczy - rozpruwa brzuch drgającej jeszcze klaczy, i wyszarpnąwszy kawał jelit, odcina go, po czym, nie patrząc wprost na szakala - gest najwyższego intuicyjnego taktu - ciska mięso - znów taktownie - nie bezpośrednio w szakala, lecz nieco dalej w bok. Szara przewodniczka spłoszona odskakuje w tył, ale gdy człowiek nie czyni groźnych ruchów, tylko wydaje przyjazny ton, jaki szakale słyszały już nieraz na granicy światła przy obozowym ognisku, rzuca się gwałtownie na kiszkę. I kiedy, wycofując się spiesznie i żując już trzymaną w zębach zdobycz, raz jeszcze bojaźliwie poziera na człowieka, ogon jej porusza się drobnym, szybkim rytmem na boki. Pierwszy raz szakal pomerdał człowiekowi ogonem: oto następny krok w stronę domowego psa.
Zwierzęta, nawet tak mądre jak drapieżcy z gatunku psa, nigdy nie nabierają zupełnie nowego sposobu zachowania się drogą nagłego olśnienia, lecz poprzez ciąg skojarzeń myślowych, tworzący się dopiero po wielokrotnym powtórzeniu jakiejś sytuacji. Mogły przeminąć miesiące, zanim owa suka szakala znów biegła, poprzedzając myśliwych śladem rannego podczas łowów, kluczącego zwierzęcia. Może dopiero jej daleki potomek poprowadził łowców - regularnie, świadomie, i będzie im wystawiał zwierzynę.
***
Na granicy starszej i młodszej epoki kamiennej człowiek stał się ponoć istotą osiadłą. Pierwsze domy, jakie znamy, to budowle palowe, które ze względu na bezpieczeństwo budowano na płytkich wodach rzek i jezior, a nawet na Bałtyku. Wiadomo, że w owym czasie pies był już zwierzęciem domowym. Szpic kopalny, mały pies podobny do szpica, którego czaszkę znaleziono pierwszą w szczątkach nadbałtyckich osiedli palowych, wykazuje jeszcze wprawdzie wyraźne pochodzenie od szakala złocistego, lecz niepodobna przeoczyć oznak prawdziwej domestyfikacji. Należy zaznaczyć, iż wtedy w strefie nadbałtyckiej nie było już dzikich szakali złocistych, które w starszej epoce dyluwialnej żyły na szerszych obszarach niż obecnie. Człowiek, posuwając się na zachód i północ, musiał przeto z pewnością przyprowadzić tam ze sobą na poły oswojone stada szakali, podążających za jego obozem, a być może - nawet znacznie już oswojone psy.
Kiedy człowiek jął następnie budować swoje palowe siedziby, a także wynalazł czółno, zaszła bez wątpienia konieczność zmian w jego stosunkach z czworonożnymi trabantami, gdyż te nie mogły już ze wszystkich stron oblegać ludzkich domów. Należy zatem przypuszczać, że właśnie wtedy, wraz z przejściem do budowli palowej, ludzie wzięli ze sobą najbardziej oswojone, przydatne na łowach, a przez to cenne egzemplarze świeżo obłaskawionych szakali złocistych, czyniąc z nich tym sposobem dosłownie "zwierzęta domowe".
Dziś jeszcze możemy twierdzić u różnych ludów różne typy hodowli psa. Najwcześniejszy jest ten, gdy większa liczba psów, pozostających w luźnym stosunku do człowieka, otacza ludzką siedzibę. Inny znajdujemy w każdej europejskiej wsi: kilka psów należy do określonego domu i podlega określonemu panu. Jest możliwe, iż ten typ rozwinął się wraz z budowlą palową. Zmniejszona liczba psów, jaką można pomieścić w budowli palowej, pociągnęła za sobą oczywiście hodowlę w pokrewieństwie, co sprzyjało tym dziedzicznym zmianom, które czynią zwierzę tworzeniem naprawdę domowym. Za taką hipotezą przemawiają dwa fakty. Po pierwsze - szpic kopalny o wyższym sklepieniu czaszki i krótszym nosie stanowi bez wątpienia odmianę już domową szakala złocistego, a po drugie - kości tego gatunku znaleziono wyłącznie właśnie w szczątkach budowli palowych. Psy chłopów w okresie budowli palowych musiały być o tyle oswojone, by można je było skłonić albo do wejścia do czółna, albo do przebycia wpław dzielącej wody i wdrapania się na pomost. Jakiś na wpół oswojony, snujący się wokół obozu kundel, nie odważyłby się za nic na coś podobnego; ba, nawet młodego psa z mojej własnej hodowli muszę cierpliwie namawiać, nim wsiądzie pierwszy raz do mojego kajaka albo wejdzie na stopień wagonu kolejowego. Być może, iż obłaskawienie psa było już osiągnięte, gdy ludzie budowali palafity, albo też nastąpiło dopiero w owym czasie. Można sobie wyobrazić, iż pewnego razu jakaś kobieta lub "bawiąca się lalkami" dziewczynka wyhodowała osierocone szczenię w kręgu rodzinnym ludzi. Może to małe było jedynym pozostałym przy życiu psem z miotu porwanego przez tygrysa. Szczenię płacze, lecz nikt się o to nie troszczy, bo ludzie mieli jeszcze wówczas silne nerwy. Ale podczas gdy dorośli mężczyźni polują w lasach, a kobiety zajęte są połowem ryb, jakaś mała córeczka takiego wieśniaka z osady palowej idzie za dźwiękiem płaczu i znajduje wreszcie w jakimś wykrocie szczenię, które bez trwogi toczy się ku niej i zaczyna oblizywać i ssać jej wyciągnięte dłonie.
Okrągłe, miękkie, puszyste zwierzątko budziło niewątpliwie już w dziewczynce wczesnej epoki kamiennej pragnienie wzięcia go na ręce, tulenia i obnoszenia bez końca, nie inaczej niż w dziewczynce naszej epoki. Albowiem instynkty macierzyńskie, z których taki odruch powstaje, są odwieczne. Więc i mała córeczka epoki kamiennej, zrazu naśladując w zabawie to, co robią starsze kobiety, dawała psu jeść, a żarłoczność, z jaką szczenię pochłaniało wszystko, co mu podsunęła, cieszyła ją nie mniej niż nasze matki i żony, kiedy gościom smakuje jedzenie. Słowem zachwyt był wielki, a gdy wrócili rodzice, zastali - zdziwieni wprawdzie, ale bynajmniej nie oczarowani - małego, obżartego szakala. Naturalnie brutalny wojownik chce od razu szczenię wrzucić do wody. Ale córka płacze i szlochając, uwiesza się ojcowskiego kolana, tak że ten, potknąwszy się, upuszcza pieska. Gdy chce go ponownie schwycić, zwierzątko jest już w ramionach córki, która, drżąca, zalana łzami stoi w najdalszym kącie. Ponieważ ojciec z epoki kamiennej nie miał nigdy kamiennego serca dla swoich córeczek - szczenięciu wolno zostać.
Dzięki obfitemu pożywieniu wyrasta niebawem na nieprzeciętnie duże i silne zwierzę. Zrazu z dziecinnym przywiązaniem biega wszędzie wiernie za córką, ale od czasu jego cielesnej i duchowej dojrzałości daje się dostrzec zmiana w jego zachowaniu: choć ojciec, przywódca gromady, prawie się o psa nie troszczy, ten stopniowo coraz bardziej lgnie do niego, a nie do dziecka. Gdyż nadszedł właśnie czas, gdy zwierzę, gdyby żyło na wolności, odłączyłoby się od matki. o ile córka odgrywała dotychczas rolę matki w życiu szczenięcia, obecnie ojcu rodziny przypadła rola przodownika stada, a wobec tego jemu wyłącznie należy się posłuch dorosłego dzikiego psa. Początkowo przywiązanie to wydaje się mężczyźnie uciążliwe, lecz niebawem uznaje, że ten całkiem oswojony kundel znacznie jest użyteczniejszy na łowach niż półdzikie szakale, które snują się po wybrzeżu przed osadą, wciąż jeszcze boją się łowców, a często umykają wtedy właśnie, kiedy miały wietrzyć i wystawiać zwierzynę. Ale i w tym pies jest zręczniejszy od swoich nieoswojonych towarzyszy, bo jego żywot, bezpieczny w palafitach, wolny jest od gorzkiego doświadczenia z wielkimi drapieżcami. Tak tedy staje się on wkrótce ulubieńcem przywódcy, ku wielkiemu zmartwieniu małej, która rzadko widuje teraz swego dawnego towarzysza zabaw: tylko wówczas, kiedy ojciec przebywa w domu; a ojcowie z epoki kamiennej zwykli często i długo przebywać poza domem.
Ale na wiosnę, w porze kiedy szakale się szczenią, ojciec wraca któregoś wieczora do domu z futrzanym worem, w którym coś się szamoce i piszczy. A kiedy go otwiera - córka krzyczy głośno z radości, bo do jej stóp toczą się cztery wełniste kłębuszki. Tylko matka spogląda poważnie i wyraża opinię, że i dwa by też wystarczyły...
Czy wszystko tak się właśnie działo? No cóż, nikt z nas przy tym nie był... Ale według tego, co wiemy - owszem: mogło tak być. Wiemy bądź co bądź bardzo niewiele; nie da się ukryć, że nie wiemy zupełnie na pewno bodaj tego, czy jedynie szakal złocisty przystał do człowieka w wyżej opisany sposób. Jest nawet całkiem prawdopodobne, iż w różnych miejscach Ziemi różne większe, wilkowate odmiany szakala takim czy innym sposobem stały się zwierzętami domowymi, a później łączyły się także między sobą - jak w ogóle bardzo dużo stworzeń domowych pochodzi nie od jednego, ale od kilkorga przodków w stanie dzikim. Z całą jednak pewnością nie wilk północny jest praojcem większości naszych psów, jak to dawniej powszechnie twierdzono. Istnieje mianowicie zaledwie kilka psich ras, mających w sobie - jeżeli nie wyłącznie, to głównie - krew wilczą. Te właśnie jednak przez swoją odrębność stanowią niezbity dowód, że inne rasy od wilka nie pochodzą. Owe nie tylko zewnętrznie, lecz w swojej istocie wilkowate psie rasy: husky, psy indiańskie, samojedy, rosyjskie łajki, chow-chow oraz kilka innych, są wszystkie z dalekiej północy. Żadne z nich nie są wszakże czystej krwi wilczej: można sądzić z dużym prawdopodobieństwem, iż ludzie, posuwając się coraz dalej na północ, mieli już ze sobą oswojone psy z rasy szakala, z których następnie, przez ciągłe krzyżówki z wilkami, powstały wymienione rasy. o duchowych właściwościach psów wilczej krwi będę miał jeszcze wiele do powiedzenia!
Przywiązanie psa wywodzi się z dwu zupełnie różnych źródeł bodźcowych. Przeważnie, zwłaszcza u naszych ras europejskich, jest ono skutkiem takiej więzi, jaka łączy młode psy w stanie dzikim z ich rodzicami, a u psa domowego zostaje na zawsze jako część zjawiska ogólnej młodzieńczości.
Drugie źródło przywiązania bierze się z poddańczej wierności, jaką ma pies dziki dla przodownika stada, ale też z miłości niejako prywatnej, łączącej członków stada między sobą.
To drugie źródło jest silniejsze u wszystkich potomków wilka, aniżeli u pochodzących od szakala, jako że w wilczym życiu zwartość stada odgrywa donioślejszą rolę.
Jeżeli wziąć do domu i wychować w kręgu rodzinnym szczenię jakiejkolwiek rasy dzikiej, można się łatwo przekonać, iż młodzieńcze przywiązanie dzikiego zwierzęcia jest identyczne ze związkami trzymającymi większość naszych psów przez całe życie przy ich panu. Taki młody wilk jest wprawdzie płochliwy, woli kryć się po ciemnych kątach, ma zahamowania, przebywając odsłoniętą przejrzeń, łatwo może schwycić zębami, gdy ktoś obcy chce go pogłaskać - bo przecież to od urodzenia "gryzoń ze strachu" - lecz wobec własnego pana zachowuje się pod każdym względem, nie wyłączając przywiązania, zupełnie jak młody pies. Jeżeli będzie to samica, która w stanie dzikim uznaje przecież przodownika wilczego stada za "osobistość nadrzędną", wówczas może się utalentowanemu wychowawcy niekiedy udać, że zajmie to miejsce i zjedna jej przywiązanie na stałe. Ale jeżeli to samiec, wówczas jego pan przeżywać będzie regularnie gorzkie rozczarowania.
Zaledwie bowiem zwierzę dorośnie, znienacka wypowiada swemu człowiekowi posłuszeństwo i staje się niezależne. Nie zachowuje się wprawdzie złośliwie wobec dotychczasowego pana, lecz traktuje go po przyjacielsku, nie zaś jako wzbudzającego postrach władcę. Owszem, może nawet próbować ujarzmić swego pana, by się wysunąć na czoło i zostać wilkiem przodownikiem. A wobec niebezpiecznego wilczego uzębienia nie zawsze ma to przebieg całkiem bezkrwawy.
Podobne doświadczenia przeżyłem z moim dingo. Zapewne: nie był krnąbrny, nie próbował też mnie kąsać, ale osiągnąwszy całkowitą dojrzałość, wynalazł wielce osobliwy sposób odmawiania mi posłuszeństwa. W młodym wieku niczym nie różnił się postępowaniem od psa domowego. Kiedy coś zbroił i został za to skarcony, poznać było po nim, że ma nieczyste sumienie; starał się przejednać rozgniewanego człowieka i wyżebrać pieszczotę. Kiedy jednak miał już mniej więcej półtora roku, przyjmował wprawdzie jeszcze każdą karę bez sprzeciwu, to znaczy bez warczenia lub oporu, ale skoro tylko sprawa była skończona, otrząsał się, uprzejmie merdał do mnie ogonem i chciał się bawić; słowem kara nie wpływała w najmniejszej mierze na jego nastrój i bynajmniej nie odwodziła go na przykład od następnej próby uduszenia jednej z moich pięknych kaczek.
W tym wieku właśnie stracił też zupełnie ochotę, by towarzyszyć mi w codziennym spacerze: po prostu biegł sobie precz, nie bacząc na moje przywoływania. Był przy tym - by jeszcze raz to podkreślić - usposobiony do mnie bardzo przyjaźnie, ilekroć też spotykaliśmy się, witał mnie radośnie z całym ceremoniałem właściwym psiemu powitaniu. Nigdy się bowiem nie należy spodziewać, że dzikie zwierzę będzie się odnosiło do zaprzyjaźnionego człowieka inaczej niż do przedstawicieli własnego gatunku. Ów dingo miał dla mnie na pewno serdeczne uczucia, jakie dorosłe zwierzę zwykło żywić wobec drugiego zwierzęcia, tylko że nie było w nich uniżoności ani posłuszeństwa. W przeciwieństwie do psów dzikich, wszystkie bardziej zdomestyfikowane, będące, jak zobaczymy, przeważnie krwi szakala złocistego, odnoszą się przez całe życie do swojego człowieka tak, jak młode szakale do starszego.
Jak wszelkie mniej więcej cechy charakteru, również utrzymująca się dziecinność bywa zaletą albo wadą. Psy pozbawione jej zupełnie mogą być w swojej niezależności ciekawe z punktu widzenia psychologii zwierząt, ale ich pan niewiele będzie miał pociechy z tych "włóczykijów". W późniejszym wieku mogą w pewnych warunkach stać się też nader niebezpieczne. Ponieważ bowiem brak im typowej uległości, po prostu "nie widzą nic złego" w tym, aby równie mocno pogryźć człowieka i potrząsnąć nim, jak równym sobie. Chociaż - jako się rzekło - właściwym źródłem wierności jest u większości psów domowych zachowane z młodości przywiązanie do pana, krańcowa przesada może doprowadzić do wręcz przeciwnego skutku. Takie psy lgną wprawdzie niezaprzeczalnie do swego pana - ale i do każdego innego człowieka! Porównywałem kiedyś taki psi charakter do poniektórych rozpieszczonych dzieci, które do każdego mówią "wujku" i w całkowitym spoufaleniu naprzykrzają się każdemu obcemu swoimi dowodami uczucia. Nie oznacza to zresztą wcale, że takie zwierzę nie rozróżnia swego pana, nie: serdecznie się cieszy, kiedy go zobaczy, lecz bezpośrednio potem gotowe pójść z każdym, kto do niego mile zagada czy się z nim pobawi. Jako dziecko dostałem kiedyś od kogoś z kochających krewnych, kto jednak słabo rozumiał zwierzęta, jamnika, będącego istną karykaturą psa! Kroki, gdyż tak się nazywał ze względu na największe bodaj ze wszystkich kupnych żywych istot podobieństwo do krokodyla, którego dostałem przedtem, ale nie mogłem hodować w domu z braku niezbędnej aparatury ogrzewającej, otóż Kroki opętany był wylewną, wszechogarniającą miłością do ludzi; niestety było mu najzupełniej obojętne, kto w danej chwili tę ludzkość reprezentował. Początkowo raz po raz odbieraliśmy niewiernego bydlaka z najrozmaitszych domów, dokąd latał, potem zaś wreszcie zrezygnowani przekazaliśmy Krokiego kochającej psy kuzynce, która mieszkała na Grinzingu. Tam wiódł Kroki dziwaczny, nie psi żywot: sypiał raz u tej, raz u innej rodziny, bywał kradziony i odprzedawany (możliwe, że zawsze przez tego samego złodzieja, któremu pomagał swoim umiłowaniem ludzkości w niezłym zarobku), słowem, kto tylko dzierżył drugi koniec smyczy, był ukochanym władcą...
Inną kartę stanowi przywiązanie i wierność tych ras, w których żyłach płynie krew wilcza. Zamiast uporczywego przywiązania młodości, jakim nacechowane są przede wszystkich nasze pożyteczne psy domowe wiodące ród od szakala złocistego, występuje w nich wierność "drużynie". Podczas gdy szakal zasadniczo poluje sam, żyjąc głównie jako pożeracz padliny, wilk jest prawie czystym drapieżcą i łowiąc zdobycz (a przynajmniej grubego zwierza), zdany jest bezwarunkowo na pomoc stada. Stado wilcze musi dla zaspokojenia swych znacznych potrzeb przebywać wielkie przejrzenie. Podczas tych wędrówek musi być zwarte, by móc upolować większą sztukę zwierzyny. Karna organizacja społeczna, wierne trzymanie się przodownika stada i bezwarunkowa solidarność we wspólnej walce z niebezpieczną zdobyczą decydują o powodzeniu w uciśnionym bycie tych zwierząt. Tym właśnie tłumaczy się omawiana tu różnica między charakterem psów szakalopochodnych a wilkopochodnych. Pierwsze widzą w swoim panu zwierzę rodziciela, drugie zaś - wilka przodownika. Pierwsze są dziecinnie oddane, drugie zaś okazują, by tak rzec, męską lojalność.
Rzecz osobliwa, jak tworzy się więź młodego psa wilkopochodnego z pewnym określonym człowiekiem. Przejście od dziecięcego przywiązania do rodziciela, ku lojalności dorosłego osobnika, zaznacza się dobitnie nawet wówczas, gdy pies, chowany w ludzkiej rodzinie, izolowany jest od własnego gatunku, a zatem wówczas, gdy zarówno "rodziciela", jak i "przodownika" ucieleśnia ta sama ludzka osoba. Zmiana ta przypomina mocno wyzwolenie się młodego, dojrzewającego człowieka z kręgu rodzinnego w poszukiwaniu własnych dróg i własnych ideałów. Bo i u ludzi związanie się z nowymi ideałami jest zjawiskiem jednorazowym. Biada młodemu, który w tym doniosłym okresie otworzy serce fałszywym bogom! U psa wilkopochodnego okres związania się na stałe z jednym panem przypada mniej więcej na piąty miesiąc życia. Kiedyś, nie wiedząc o tym jeszcze, zapłaciłem ciężkie frycowe. Nasza pierwsza suka chow-chow przeznaczona była dla mojej żony, jako prezent urodzinowy. Aby nie popsuć niespodzianki, powierzyłem ją tymczasem naszej krewnej. Nieoczekiwanie jednak w ciągu tygodnia pobytu półroczne zaledwie zwierzątko zdążyło już skoncentrować swoją wierność na owej kuzynce, skutkiem czego upominek znacznie stracił na wartości. Choć bowiem owa pani rzadko nas odwiedzała, jednak mała, pełna temperamentu suczka najwyraźniej ją właśnie, nie zaś moją żonę, uważała za swoją właściwą panią. Jeszcze po latach byłaby gotowa opuścić nas i dobrowolnie podążyć za naszą kuzynką. Suczka Stasi, jedna z moich krzyżówek owczarka z chow-chow, szczęśliwie łączyła w stosunku do mnie mocne przywiązanie młodzieńcze potomka szakali złocistych z wyłączną wiernością swych wilczych praojców wobec wodza.
Stasi miała siedem miesięcy - urodziła się na przedwiośniu 1940 roku - gdy wybrawszy ją na swego psa, rozpocząłem tresurę. W wyglądzie jej i charakterze zlały się cechy owczarka niemieckiego i chow-chow. Ostrym wilczym pyszczkiem, szerokimi kośćmi policzkowymi, skośnym ubawieniem oczu, krótkimi, gęsto zarośniętymi uszami, krótką, prostą jak świeca, okrytą wspaniałym futrem kitą, a przede wszystkim elastycznością ruchów przypominała małą wilczycę. Natomiast w płomiennym czerwonym złocie jej sierści wychodził na jaw spadek po szakalach złocistych. Ale prawdziwym złotem był jej charakter. Zasady psiego wychowania, jak chodzenie na smyczy, przy nodze, warowanie, przyswoiła sobie w zdumiewająco krótkim czasie. Czystość w mieszkaniu oraz wstrzemięźliwość wobec drobiu miała niejako w naturze, tak że wcale nie trzeba było jej tego wpajać.
Mój związek ze Stasi przerwany został równo po dwu miesiącach przez to, że wziąłem wykłady z psychologii na uniwersytecie w Królewcu. Kiedy na Boże Narodzenie wróciłem na krótki urlop do domu, Stasi przyjęła mnie upojona radością i okazała się niezmienna w swojej wielkiej miłości dla mnie. Umiała wszystko, czego ją nauczyłem, słowem była tym samym grzecznym psem, którego opuściłem przed trzema miesiącami.
Ale wręcz tragiczne sceny rozegrały się, kiedy musiałem jechać z powrotem. Jeszcze nim się zaczęło pakowanie, Stasi była wyraźnie przygnębiona i nie odstępowała mnie ani na chwilę. Kiedym wychodził z pokoju, zrywała się nerwowo i chciała towarzyszyć mi nawet do ubikacji. Gdy walizki były już spakowane, zmartwienie Stasi spotęgowało się aż do neurozy. Nie jadła, oddech miała płytki i niespokojny, przerywany ciężkimi westchnieniami. W dniu wyjazdu chcieliśmy ją zamknąć, aby przeszkodzić towarzyszeniu mi na siłę. Ale Stasi wycofała się do ogrodu, i ten najposłuszniejszy ze wszystkich psów - nie usłuchał mojego wołania! Wszelkie próby złowienia jej zawiodły.
Kiedy wreszcie zwykła karawana: dzieci, wózek ręczny i walizki - ruszyła z miejsca, w odległości mniej więcej dwudziestu metrów szedł za nią dziwnie wyglądający pies: ze spuszczoną kitą, nastroszoną sierścią i błędnym wzrokiem. Na dworcu ostatni raz spróbowałem ją złapać - daremnie. Jeszcze gdym wsiadał do pociągu, Stasi stała w bezpiecznej odległości, w groźnej postawie zbuntowanego psa, i nie spuszczała ze mnie oczu. Pociąg ruszył, Stasi nadal tkwiła w bezruchu, dopiero gdy zaczął nabierać tempa, błyskawicznie pomknęła wzdłuż wagonów i wskoczyła na stopień trzy wagony od tego, na którego stopniu stałem sam, by jej przeszkodzić w dostaniu się do pociągu. Szybko pobiegłem do przodu, chwyciłem ją za kark i krzyże i wyrzuciłem z pociągu. Stasi zręcznie spadła na łapy, nie przewracając się. Potem stanęła, już nie w zaczajonej postawie, i patrzyła za pociągiem, jak długo mogła go dostrzec.
W Królewcu doszła mnie niebawem niepokojąca wiadomość: Stasi pozabijała kilka kur u sąsiadów, włóczy się bez wytchnienia po okolicy, zaniechała schludności w mieszkaniu, nikogo już nie słucha i dlatego muszą ją trzymać w zamknięciu.
Siedziała tedy w żałobie i samotności na tarasie lipowym. Mówiąc o samotności, mam na myśli jedynie towarzystwo ludzi, gdyż dzieliła swój elegancki wybieg z samcem dingo, o którym już wspominałem. W końcu czerwca wróciłem do Altenbergu. Pierwsze kroki skierowałem do Stasi. Gdy wstępowałem po schodkach na taras, obydwa psy rzuciły się na mnie wściekle, jak tylko mogą być rozwścieczone psy trzymane w zamkniętym wybiegu lub na uwięzi. Stanąłem na najwyższym schodku bez ruchu. Zwierzęta raz po raz szarpały się ku mnie, ujadając i warcząc. Ciekaw byłem, kiedy mnie poznają - czysto optycznie, bo wiatr był w moją stronę, tak że nie mogły mnie zwęszyć. Ale psy nie poznawały mnie. Po chwili Stasi zwietrzyła mnie znienacka i wśród atakowania stanęła jak wryta. Grzywa jeżyła się jeszcze, ogon był spuszczony, uszy spłaszczone w tył - tylko nozdrza rozwarły się nagle bardzo szeroko i chłonęły chciwie niesione przez wiatr przesłanie. Grzywa się położyła, drżenie przebiegło ciało, uszy stanęły sztorcem. Oczekiwałem, że suka rzuci się ku mnie z radością, lecz to nie nastąpiło. Ból jej duszy, tak wielki, że złamał jej osobowość i tej najgrzeczniejszej ze wszystkich psów kazał na całe miesiące zapomnieć o dobrych obyczajach i zasadach, taki ból nie mógł się w parę sekund ulotnić! Stasi przysiadła nagle na zadzie, głowę uniosła w górę nosem ku niebu, w gardle jej zagrało i męka duchowa znalazła ujście w tak straszliwych, a tak przejmująco pięknych zarazem tonach wilczego wycia.
Wyła długo, a potem jak burza rzuciła się na mnie, byłem niejako owinięty wirem oszalałej psiej radości. Stasi skakała mi aż do ramion, niemal zdarła ze mnie odzież - ona, ta powściągliwa, opanowana, której powitanie ograniczało się zazwyczaj do paru machnięć ogonem, a najsilniejszym wyrazem czułości było położenie mi łba na kolanie, ta cicha Stasi wydawała teraz z przejęcia świsty jak lokomotywa, krzyczała najwyższym głosem, głośniej, niż przedtem wyła. Nagle odbiegła, stanęła przy drzwiach wybiegu i obejrzawszy się na mnie, merdając kitą, zażądała wypuszczenia. Uznała za naturalne, że z moim powrotem kończy się jej niewola, i przeszła do porządku dziennego. Szczęśliwe tworzenie! Godna zazdrości siła systemu nerwowego! Przejścia psychiczne, po usunięciu powodu, nie pozostawiły skutków, którym nie dałoby rady pół minuty wycia i jednominutowy radosny taniec, radykalnie zmiatając je ze świata.
Żona zobaczyła, że nadchodzę ze Stasi. "Na miłość boską, kury!", wykrzyknęła przestraszona. Ale Stasi nie zaszczyciła ani jednej kury bodaj spojrzeniem. I kiedy wieczorem wziąłem ją do pokoju, była schludna jak zwykle. Stasi umiała wszystko, czego ją kiedykolwiek uczyłem; przez miesiące najgłębszej niedoli, jaka może spotkać psa, przechowała wiernie wszystko. Gdy wreszcie znów zbliżał się czas pakowania walizek, Stasi stała się cicha i zgnębiona i już nie odchodziła ode mnie. Biedne zwierzę przeżyło ciężkie dni, bo przecież nie rozumiało ludzkiej mowy: oczywiście tym razem postanowiłem ją zabrać.
Tuż przed moim odjazdem suka, jak za pierwszym razem, poszła do ogrodu, najwidoczniej w zamiarze towarzyszenia mi wbrew mojej woli. Pozwoliłem jej na to i dopiero wychodząc z domu zawołałem ją tak jak zwykle, kiedy chciałem, żeby poszła ze mną. Wtedy nagle zrozumiała stan rzeczy i jęła tańczyć dokoła mnie w najwyższej radości.
Jednak tylko przez kilka miesięcy dane jej było przebywać przy swoim panu, bo już dziesiątego października 1941 roku zostałem powołany do wojska. Powtórzyła się ta sama tragedia, jaka rozegrała się rok wcześniej w Altenbergu; różnica polegała na tym tylko, że tym razem Stasi wymknęła się całkowicie i przeszło dwa miesiące grasowała po okolicy Królewca jako dzikie zwierzę, wyrządzając jedną szkodę po drugiej. Niewątpliwie ona to była owym zagadkowym "lisem", który w Cäcilienallee splądrował królikarnię mojego czcigodnego kolegi. Dopiero po Bożym Narodzeniu Stasi wróciła do mojej żony, zupełnie wycieńczona i z ciężkim ropnym zapaleniem oczu i nosa.
Kiedy wyzdrowiała, umieszczono ją, ponieważ nie było innego sposobu, w ogrodzie zoologicznym, gdzie skojarzono ją z ogromnym północnosyberyjskim wilkiem. Niestety małżeństwo to pozostało bezdzietne. Po miesiącach - byłem wówczas neurologiem w lazarecie w Poznaniu - wziąłem ją znów do siebie. Ale kiedy mnie - w czerwcu 1944 - znów przeniesiono na front, oddaliśmy Stasi wraz z sześciorgiem jej młodych do ogrodu zoologicznego w Schönbrunnie. Tam, tuż przed końcem wojny, padła ofiarą wybuchu bomby. Ale jedno z jej szczeniąt dostało się do naszych znajomych w Altenbergu; od tego psa pochodzą wszystkie psy naszego chowu. Stasi spędziła mniej niż połowę swego niespełna sześcioletniego żywota wraz ze swoim panem, lecz była stanowczo najwierniejszym psem, jakiego zdarzyło mi się w życiu widzieć.