piosenki i wiersze odwleczone
Uwaga! Jest to nie tyle zbiór moich starych tekstów, ale również zawiera się w nim cały pierwszy tomik pt. PIOSENKI NA PRZETRWANIE, który jest namacalny, (nawet nie w bibliotekach) jako biały kruk, ale w domach tych, na których drodze wówczas stanąłem. Albo inaczej, którą to drogę, ktoś kiedyś krokami swymi umyślnie lub nie, przeciął.
Gdy piszę ten wstęp, jestem w Chrystusowym wieku, a niektóre z tych wierszo-piosenek sięgają nawet roku 2008! Czyli moje lat 16! Które? A około pierwszych 50.
Gdy wówczas nie myślałem, że kiedy przyjdzie mi choćby taki wstęp pisać, będę po 12 wydanych pozycjach książkowych. Ale za co, ci z otwartą głową wprost kochają życie? Właśnie za jego nieprzewidywalność...
Lat 16. Wakacje. Pamiętam, że był to czas, kiedy postanowiłem, że będę pisał poważnie. Po tylu latach, przed ukazaniem się tejże książki, mógłbym przecież te teksty, (w których za niezbędną zmianę, uznaję choćby dostawienie, lub usunięcie przecinka) podrasować, jak się to mówi. Ale, jak się już zapewne Państwo domyślacie, robić tego nie chcę.
Zostawiam swoją młodość na pokładzie tych kartek, sens i bezsens, urok tamtych lat, naiwność, przyjmowanie świata, beztroskość, chęć bycia dorosłym, w pełni dojrzałym. Smakującym młode lata, nie doceniając czasami ich smaku, za czym to dziś, każdy z nas, z wiekiem, coraz bardziej tęskni. Czas delikatnie popycha nas przez doświadczenia, zmarszczki, przez trudy życia już tam, gdziekolwiek w tej drodze byśmy nie szukali, nie odnajdziemy już tej wibracji młodości. Ona przepadała wraz z usamodzielnieniem. Rozjazdem na wszystkie świata strony naszych kolegów i koleżanek. Wraz z założeniem przez większość rodzin. Wraz z przyjęciem schematu świata.
Zawsze jest prościej, kiedy coś jednak przyjmiesz. Schemat obdaruje Cię naznaczając, żeś kolejnym w jego szeregach. Ale czy on daje Ci wtedy gwarancję opieki na całe życie? Nigdy! Jedynie na początku. A później na jakiekolwiek z Twoich zmartwień, ktoś nawet nie kładąc Ci ręki na ramieniu powie: "Cóż, życie...". Skoro tak? To dlaczego nie spróbować w drugą stronę? To dlaczego by nie mieć odwagi żyć (póki co przynajmniej) w pojedynkę i poznać wszystko to, co jest dla Ciebie przeznaczone? Ale Ty sam dokonujesz wyboru za młodu. Nie powiedziałbym, że to inni dokonują go za Ciebie. Nawet rodzicom, możesz powiedzieć: NIE. Skoro sobie możesz? Ale ulegasz, bo nie masz tyle odwagi? Sił? Bo mówisz sobie: jakoś to będzie.
Znam to. Tylko ja, wypowiadałem to już wiedząc, kim jestem, kim chcę być, do czego dążyć, i wierzyłem zawsze w ten pytajnik życia, w który do dziś mocno wierzę. Miałem już wtedy otwartą głowę, i odrzucałem wszystkie ukierunkowania, bo wiedziałem w którą stronę rwie się serce. W stronę życia, byle była w nim muzyka i słowo. Zawsze byłem gotów rzucić się w życie. Podziwiam więc tych, którzy uczynili to samo. Dla mnie, to są osoby godne uwagi. A Ty, co wysiadasz nagle z samochodu swej poprawności, cóż mi możesz rzec? Jakie piękno mi wskażesz, które zbliża do Boga?
Rozwój, to wyjście poza swój własny nawias, któremu Ty sam dałeś przyzwolenie, aby ograniczył pole Twojego widzenia.
A ja dziś na pokładzie tych kartek, które moje, stwierdzam wprost, że niczego nie żałuję i jakże cieszę się z wyboru swojej drogi! Bo indywidualność jest w stanie pojąć schemat, ale schemat nigdy indywidualności nie pojmie. Tam zawsze była zazdrość. Bo w indywidualności jest polot, wolność, spontaniczność, i ta jeszcze choćby namiastka beztroski, którą można sobie zafundować.
Dlatego ludzie w dni wolne od ciągłej pracy, zajęć, tak lgną, jak dzieci do tej piaskownicy. Tylko zamiast foremek często to używki, zamiast uroczej infantylności, naiwności, strach i nieufność.
A miłość?
2.
27 marca, 2025, 08:27
3.
Niegdyś wieczorem
Uskrzydliło mnie stado błędów
Popełnionych z szybkością dźwięku
Wśród strachu, niepewności, w lęku
Trzymałem się wąskich zakrętów
Dawne czyny w ramach zemsty
W rzeczywistości mej ugrzęzły
Uparcie wciąż kradnąc mi powietrze
Zdeptały uświęcone wnętrze
I przez mgłę nogi swe toczyłem
Za pokutę lśniły takie chwile
Czułem niewyobrażalną siłę
W roztargnionych myślach tkwiłem
Co się stanie gdy utracę
Nagły przypływ Bożych sił
Co się stanie gdy zatracę
Całkowicie siebie w nim
Co mnie czeka kiedy skończę
Odkupywać grzechy swe
Które już nie mają wspomnień
Z których ktoś oczyścił mnie
To Ty, jednak Ty
Przed oczyma widzę postać Twoją
Jak nikt, abym żył
Prowadzisz dłonią powrotną drogą
I na nowo słowa moje się wznowią
Obiecane Ci niegdyś wieczorem
Że już na zawsze będę z Tobą
I nie opuszczę pod żadnym pozorem
A nasza miłość nakryje się wzorem
Co umocni szczegóły jej trwania
I choć wbity zostanie w nią kolec
Nie ma drogi do jej załamania
4.
Gwiazdozbiory
Są ludzie a w nich puste pola
Na których nie wyrośnie nic
Te twarze rozrzucone po kątach
Chwilami ukazują wstyd
Są ślady niezmytych wspomnień z lat
I mnóstwo wewnętrznych prób
Tyle marzeń zgłodniały rozwiał wiatr
I serce ucichło już
Zlewane w ciszę łzy nie pomogły trwać
W szeregu nowych dni, na pejzażu spraw
Gwiazdozbiory z istnień wciąż na niebie są
Objęte okiem wszystkie zabarwiają noc
Szeroko rozciągniętą przez wyraźny wpływ
Nurt spojrzeń jak zaklęty, a w nim płyniemy my
Uwalniam łeb od prądu zdarzeń
I w nurty rzek posyłam swe obycie
W sobie chowam się przed światem
By móc spróbować raz jeszcze pojąć życie
W którym to zdradziłem nasze wspólne kocham
Bo nigdy nie patrzyłem dogłębnie na te słowa
Przyszyte trwałą nicią do naszych serc oddanych
Które tworzą miłość ponad wszelkie miary
Idę sam jedną z własnych dróg
Moja twarz czuje nagły chłód
Przed krokiem mrok, a za nim szary tłum
Dojrzałem stąd, że w tłumie tym jest Bóg!
On wskaże mi jedyną drogę
Wyjaśni to, co niewiadome
Podpowie, jak uleczyć słowem
I pięknie śnić w te dni deszczowe
Które przy mnie są nie od teraz
I tak niewinnie krople swoje zbieram
I w świetle tła rozkwitam sam
Gdy widzę Ciebie w gwiazdozbiorze barw!
Przy gwieździstym niebie
na skraju niszczących mą duszę słabości
stoję
stoję i widzę
że nikt w moją stronę nie idzie
a chciałbym aby przyszedł
we dwóch lepiej dyszeć
idąc przed siebie
do Ciebie
na wprost
przed nocą oddech złapać
nad swoich życiem płakać
siedząc przed sobą
nie mogąc
już iść
przy gwieździstym niebie
poczuć cząstkę siebie
spijać z ust rozmowę
po pół
po pół na połowę
z nieznajomą duszą
gdzie iskry serce kruszą
przy ognistym kole
by mniej
by mniej mogło boleć
na brzegu niszczącej me ciało zazdrości
stoję
stoję i krzyczę
że wokół miłości mej nie widzę
a chciałbym ją znów widzieć
dokładnie jej się przyjrzeć
idąc przed siebie
do Ciebie
przez most
przed nocą oddech złapać
i nigdy już nie płakać
siedząc przed Tobą
nie mogąc
już iść
przy gwieździstym niebie
poczuć cząstkę Ciebie
spijać z ust rozmowę
po pół
po pół na połowę
z Twoim sercem wzruszyć
mały fragment w duszy
przy ognistym kole
by mniej
by mniej mogło boleć
W naturze
W naturze byłem nieruchomym pniem
Matkę swą broniłem przed najgorszym złem
Na środku pola stałem przez miniony wiek
Schodziła ze mnie kora i spływała krew
Za ból krzyczałem, aż rzucił mnie na wiatr
Ciało me stwardniałe, mapy Twojej szlak
Spojrzeń w oczy brakło, gdy towarzysz skrzat
Zbierał ze mną światło, by zła odnaleźć kwiat
Dantejskie sceny miast przyciągały wzrok
Ludzi zjadał wrzask i wchłaniał słodko mrok
Czułem, że te zmiany w głębi szczerych cech
Zbudziły się tym samym wywołując gniew
Rozszalała noc, pod wpływem prostych słów
Na proch miażdżyła to, co nam stworzył Bóg
Strach na wróble ożył i stał się łowcą głów
Nadszedł ów Sąd Boży i wstąpił we mnie duch
Wiatr pochwycił drzewa, które ja objąłem
Śmierć głośniej śpiewa ponad moim czołem
Na mój sygnał czeka chmura toksyn moczu
I wybuchła rzeka wulkan moich oczu!
Świtu ciągle brak w tę czerwoną noc
O jeden proszę znak, choć tak daleki stąd
Wiem, że widzisz mnie, rozpostartego w łzach
Jak na błękitnym tle, gdzie jeszcze nie ma nas
Chciałbym bardzo znaleźć na swej drodze sens
Jak mam spotkać wiarę, aby pewność mieć
Gdzie ta droga wiedzie, którą wskaże z bram
Nic nie widzę, przecież w piekle nie ma dnia
Nie stój tak nade mną, boję się Twych rąk
Czemu badasz tętno? Smutny wbijasz wzrok
Patrząc tak niewinnie w głębię rannych ciał
Stoisz już nie przy mnie, dusze krwawią z ran
Zatrzymując potok, płaczem wzruszasz mnie
Łez zerwany potok sprytnie w Ciebie mknie
Objąć pragniesz wszystkie, popełnić srogi błąd
Chwycić przed urwiskiem, by zdjęły Cię na dno
Teraz błagam Panie wybacz proszę jej
Za nią życie daję, proszę tylko chciej
Pomóc mi jedynie w ogrodzie ją znaleźć
Tę, która nie minie, a zawsze zostanie
Cud, że mnie usłuchał miłosierny Pan
Życie w okruchach oddałem mu sam
Z wielu wspólnych prób utworzyłem dzieło
Które z biednych słów niegdyś się poczęło
Choć wcześniej trwanie dał Tobie, a nie mi
Nie wprowadzał zmian, nie krzyżował dni
Wręcz przeciwnie, patrzył na drogi naszych serc
Przewrotny teatrzyk w którym brakło miejsc
Ze sceny piekielnej, gdzie grany jest dzień
Skruszony, niewierny, znów szedłem po tlen
Będąc gdzieś w przejściu, usłyszałem jej głos
Odchodź w odejściu i chodź do mnie chodź
Szedłem więc do niej, a w plecy pchał wiatr
Gniewny za mną płomień napędzał na strach
A ja wciąż myślałem o Twoich blond włosach
I spotkać Cię chciałem na wiecznych niebiosach
I wreszcie spotkałem te oczy niebieskie
Na złotej polanie tańczące szelestnie
Jedno ich zdanie po ustach spływało:
Gdzie byłeś kochanie? Co się z Tobą działo?
Raz ją tulę
raz ją tulę, bo wiem, jak bardzo to lubi
nieraz czule przez sen w mych ramionach się gubi
czasami mnie prosi, abym tulił ją mocno
swe serce w nad rajską unosił owocność!
a gdy wstają nad ranem te jej dreszcze kochane
oto ja z zapałem, przykrywając ją swym ciałem
kocem wełnianym się staję
bo dreszcze te ma z zimna
nad ranem je przynosi
piąta godzina słynna
co słońce w oknie wznosi
ona śpi jeszcze taka niewinna
i tą niewinnością mnie urzeka
obok mnie leży miłość nieczynna
i z nią na mnie tutaj czeka
znalazłem już ciepło z wnętrza bijące
kuszące piekło i stopy kuszące
to ciepły początek na ciepłej drodze
by znaleźć w niej wątek idąc po nodze
w gładkości przecudnej, triumfującej stale
na wyspie bezludnej w całości wytrwale
wytrwałem, przeżyłem, choć piekło to strome
między wyspę trafiłem, a wzgórza ruchome!
z ust wody nalałem i tak wypłynąłem
na sam drażliwy szczyt jednakowych wzgórz
stamtąd wzleciałem i sam śnić zacząłem
wiedziałem, że do niej niedaleko już
żądza nacięła oddech mój ciepły
który to zwilżył wargi jej suche
teraz ciała do siebie się zbiegły
a duch mój z jej kochał się duchem
Kiedy mknę do Ciebie nocą
Moje myśli gdzieś daleko
Wchłaniają resztki świata
A ja patrzę, patrzę w niebo
I bardzo chciałbym latać
Płynąć niebem, jak latawiec
Rzucony na przestworza
Ty mi zostań w tej zabawie
Ciszą wiatru, szumem morza
Kiedy mknę do Ciebie nocą
Po najwyższych górach świata
Szczyty pięknie mi się złocą
Jak Twe włosy w pełni lata
Dosyć nie mam tego płaczu
Który rano jest mi dany
Łzy dla Ciebie nic nie znaczą
Przecież to ja, Twój kochany...
Tak mnie w całość koloruje
Nocna tęcza ów wieczności
Śnieg mi szlaki zasypuje
A ja brnę ku Twej miłości
Płynę niebem jak latawiec
Rzucony na przestworza
Ty mi zostań w tej zabawie
Szumem wiatru, ciszą morza
Kiedy mknę do Ciebie nocą
Poprzez śnieżne nawałnice
Powiedz słowo moim oczom
Moja zjawo, moje życie!
Dosyć nie mam wciąż cierpienia
Które nocą do snu tulę
Już niczego nie chcę zmieniać
Tylko proszę wznieś mnie w górę!
Wspomnienie najpiękniejszych godzin
Chciałem upaść na kolana
Tuż przed Tobą w nocy
Chciałem uciec stąd kochana
W inną bajkę skoczyć
Wtedy jednak nie upadłem
Chociaż bardzo chciałem
Zawrzeć pakt miłosny z diabłem
By Cię mieć na stałe
Miałem w planie przenieść pokój
W punkt co jest nieznany
Meble, łóżko stół, a Bogu
Pozostawić ściany
Przecież miałbym moc piekielną
I przeklętą władzę
Ciebie jedną obok wierną
Choć na duszy sadzę
Stałem jednak wbity w ścianę
Tobą tak wzruszony
Za oknami nastał ranek
Tuląc się w zasłony
Byłaś piękna śniąc w tej ciszy
Poza rannym zgiełkiem
Byłem Ciebie coraz bliżej
Chcąc przywitać pięknie
Wtenczas jeszcze lśniąc z radości
Wszedłem w rozkosz głębiej
Wszystko było niby prościej
Wszystko jakby piękniej
Napawając się stosunkiem
I zapachów rojem
Wszedłem jeszcze pocałunkiem
W ciepłe usta Twoje
Tak żegnając już wspomnienie
Najpiękniejszych godzin
Wszedłem nowo w zapomnienie
W którym miłość brodzi
Pożegnałem jednak z trwogą
Ciepłe chwile końca
Jeszcze spałaś, a ja drogą
Szedłem w stronę słońca
Redaktor Mateusz Nocek
Korektor Mateusz Nocek
W Y D A N I E I
Moja strona nocekmateusz.wordpress.com
Zerknij tu czasem, a będzie mi miło youtube.com/@MateuszNocek
Sam w to nie wierzę, ale mam tiktok.com/@mateusz_nocek
IG instagram.com/mateusznoocek
FB facebook.com/matteusznocek
RIDERO ridero.eu/pl/author/nocek_mateusz_wwzci
NA KANAPIE nakanapie.pl/autorzy/mateusz-nocek
Fotografie - 5, 7, 8, 9 Monika Kędzierska
Fotografie - 1, 2, 3, 4, 6, 10, 11, 12 z prywatnego archiwum autora
Fotografia na okładce Mateusz Nocek
PISANE W LATACH 2 0 0 8 - 2 0 1 2
5. SKĄDINĄD
6. SKĄDINĄD
8. Z UWAGI NA TEKST
10. EMOCJE NIEPOKORNE ALBO ŚCIĄGA W RAZIE ZAPOMNIENIA
11. NIC DLA POTOMNYCH
PROZA
7. POCIĄG WYKOLEJEŃCÓW
9. WRZASKLIWOŚĆ
12. MOMENTY KRÓTKIE & 9 STANÓW DNIA
ISBN 978-83-8414-633-0
Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero