"Niech się skarży zielona wierzbina, Niechaj płacze tam w polu kalina,
I wiatr niech zapłacze!
Niech się skarżą ptaki - tułacze...
Niech się skarżą spracowane barki,
Niechaj płaczą tam w polu fujarki,
I pieśń niech zapłacze!
(Henryk Skirmunt, Poezye).
Dwóch braci było w jednej rodzinie, a dwie siostry w
drugiej. Rodziny przyjaźniły się ze sobą, dzieci znały się i lubiły
od lat bardzo wczesnych. Pomiędzy chłopcami w szkolnych mundurkach
i dziewczętami w krótkich sukniach zawiązała się przyjaźń, która w
miarę upływającego czasu nabierała coraz więcej zaprawy erotyzmu.
Już w latach uniwersyteckich młodzieńców, a pensyonarskich
panien, przyszły związek małżeński pomiędzy Jerzym a Krystyną
niewątpliwym wydawał się wszystkim, którzy z blizka patrzali na tę
parę młodziutką, mającą charaktery spokojne, marzenia skromne,
uczucia więcej głębokie niż gwałtowne.
Daleko trudniej było przewidzieć przyszłość Czesława i
Janiny, którzy o pierwszych brzaskach życia poczęli wiele od życia
wymagać, marzeniami, chodząc po drogach wysokich i tem tylko tę
górnowzroczność swą usprawiedliwiając, że w umysłach posiadali
zdolności niepospolite, a w charakterach również niepospolitą
energię i przedsiębiorczość. Co do strony uczuciowej, ta zdawała
się być w nich przygłuszoną przez ogromną ciekawość umysłową i
wytężone umysłowe zajęcia; jednak i ona niekiedy wybuchała z
gwałtem niespodziewanym i wielkim w postaci żalów, zachwytów,
przywiązań lub wstrętów, uszczęśliwienia lub rozpaczy. I to w nich
było jeszcze niezwykłem, że nie częste, lecz w zamian gwałtowne
wybuchy ich uczuć spowodowane bywały nietylko przez zjawiska świata
dotykalnego, nietylko przez zdarzenia, w ich osobistem życiu
zachodzące, lecz również, a może i częściej jeszcze, przez te,
które istnieją lub zachodzą w niewidzialnej sferze myśli, idei,
rzeczy wogóle bezosobistych, niejako napowietrznych, niejako
obejmujących ziemię atmosferą duchową. Były to natury ambitne,
namiętne i zarazem lotne, w sferze abstrakcyi przebywać umiejące,
jakich to natur przeznaczeniem najczęstszem bywają szczyty wysokie
i niedole wielkie. I ta tylko pomiędzy nimi, od lat prawie
dziecięcych, zachodziła różnica, że Janina była od Czesława
cichszą, tkliwszą, litościwszą i daleko więcej skłonną do
zapominania o sobie na rzecz innych.
Obaj bracia, na wsi urodzeni i na wsi przepędzający czasy
szkolnych i uniwersyteckich wakacyi, posiadali w sobie zdolność do
ukochania natury stron rodzinnych, lecz każdy z nich ukochał ją na
sposób inny. Czesław szukał i znajdował w niej dla siebie źródło
chwilowych odpoczynków i rozkoszy, od wszelkich zresztą upodobań i
marzeń sielskich oddalony nieskończenie; dla Jerzego zaś była ona
przedmiotem spostrzeżeń najulubieńszym i tłem, na którem
najchętniej rozwijał plany przyszłej swej pracy i wogóle swej
przyszłości. Bo w upodobaniach skromny, ciszę nad gwar i samotność
nad zgiełk przekładający, z sumieniem przebudzonem wcześnie, Jerzy
nie lubił miast wielkich, uciech, których dostarczać mogą, nie
pragnął, a w nurtujących je żądzach, współubieganiach się,
namiętnościach, dostrzegał pierwiastki bolów, krzywd, nadewszystko
upadków ludzkich, na które szczególnie był tkliwy. Cichy, skromny,
niewiele o sobie rozumiejący, miał przecież głębokie i silne
poczucie godności i obowiązków człowieka. Jak gronostaj, nie znosił
na sobie plam; dusza jego jak liść czułkowatej rośliny, dotknięty
szorstką ręką, zwijała się boleśnie, ilekroć dotknął ją widok
ludzkich błędów i przemocy z jednej strony, a krzywd i cierpień z
innej.
Więc też w chwili, gdy o przyszłości rozstrzygać mu
przyszło, wybrał sobie skromny, lecz ściśle z naturą związany zawód
leśnika i po kilku latach odpowiednich studyów naukowych rychło
pole do pracy znalazł w wielkich i własnością wielkopańską będących
lasach. Pole to było tak szerokie, jak ogromna przestrzeń, którą
okrywał jeden z najwspanialszych tworów natury i jak długi przeciąg
czasu, w którym twór ten pozostawiony był samemu sobie, bez
umiejętnej pieczy nad jego bogactwem i pięknością. Praca to była
duża, często mozolna, a wynagradzana skromnie i nieobiecująca w
przyszłości żadnych obfitych zdobyczy, lecz bogactwa i zaszczytów
Jerzy nie pożądał i puszczać się po nie w strony dalekie nie
chciał. Miał dla swej ziemi rodzinnej coś z przywiązania
synowskiego i coś z tkliwości kochanka, pragnął drobną jej część
przynajmniej w ręku swych piastować i pomyślności jej czy wzrostowi
służyć. Takiemi były pobudki, które osiedliły go w niedużym, choć
znowu i niezbyt małym domu leśnym, stojącym zdala od miast wielkich
i od tych dróg dalekich, które człowieka prowadzić mogą do pewnego
rodzaju wielkości.
Wkrótce potem nie był już w domu tym sam jeden:
zamieszkała w nim także, jako żona jego, mała, zgrabna, jasnowłosa,
różowa, wesoła i wiecznie czynna Krysia. Niedawno śmierć zabrała
jej ojca i Jerzy, tak jak nad kawałkiem ziemi rodzinnej, zapragnął
roztoczyć opiekę nad ukochaną kobietą, myśli o rozłączeniu się z
tą, tak jak z tamtą, znieść ani nawet przypuścić nie mogąc.
Nic więc w człowieku tym nie było osobliwego,
olśniewającego, nic z tego, co wyobraźnię zaciekawia lub zachwyca,
i jeżeli cośkolwiek zbawić go mogło od zarzutu pospolitości,
czynionego zazwyczaj ludziom skromnym, czystym, uczciwym i
pracowitym, była to chyba głębokość jego uczuć, czystość pożądań,
odraza do zdobyczy nieuczciwych, oraz gatunek pracy, w której, obok
biegłości fachowca, mieścił się rzut oka na naturę kochanka i
artysty.
Inaczej wcale stało się z Czesławem, dla którego wszystko
w świecie wiedzy i pojęć było z łatwością dostępnem, a w świecie
rozkoszy i chluby namiętnie pożądanem. Namiętnie pożądał on
wszelkich bogactw świata, od tych, które polegają na zdobyczach
nauki, na wzruszeniach, sprawianych przez sztukę, na tworzeniu
dzieł wysokiej myśli, aż do tych, w których taje i płonie z
upojenia i rozkoszy zmysłowa natura człowieka.
Niezwykłą urodą męską obdarzony, wymowny, płonący
tajemniczym ogniem tysiąca żądz, tysiąca myśli i tysiąca wciąż
rozedrganych strun wrażliwości, wcześnie zachwycać, podbijać zaczął
szerokie koła towarzyskie i liczne niewieście serca. Wcześnie
stawać się zaczął ulubieńcem wszystkich, którzy go znali zblizka i
przedmiotem najpiękniejszych ich nadziei. Nikt nie wątpił, że czeka
go przyszłość wielka, co znakomicie wspierało własną jego w nią
wiarę. Zarówno w dziedzinie nauki, jak w dziedzinie szczęścia,
hasłem jego zdawało się być: posiąść wszystko! Niepodobna byłoby
nikomu przewyższyć go w zapale i wytrzymałości, z któremi oddawał
się pracy naukowej. Nie jedną dziedzinę wiedzy usiłował brać we
władanie swe, ale i te również, z któremi tamtą łączyło sąsiedztwo
lub pokrewieństwo, a że nauki wszystkie prawie są sobie pokrewne i
blizkie, więc jedną, z łatwością niepospolicie zdolnego umysłu,
podbijając, ciekawą myślą przebiegał w kierunkach różnych szerokie
niwy innych. Wchłaniał w siebie najpotężniejsze z tchnień i
najwybitniejsze z widoków całej krainy ludzkiego umysłu i może z
tej przyczyny, jak również i dlatego, że w naturze swej miał więcej
wrażliwości niż hartu i więcej namiętnych popędów, aniżeli silnej
woli, jego wiary i niewiary, jego tak zwane zasady i przekonania,
posiadały nietrwałość gmachu, zbudowanego ozdobnie, lecz którego
ściany kruszą się pod uderzeniami wichrów, przylatujących ze
wszystkich stron świata.
W gmach pojęć Czesława uderzały, oprócz zewnętrznych,
wichry podnoszące się z własnej jego duszy, która była podobna
harfie mającej złote, lecz w zgodny akord niesharmonizowane,
struny.
Najsłabszą stała się wkrótce struna uczuciowa.
Przez prace umysłowe, przez myśl o samym sobie, o swych
prawach, żądaniach, nadziejach pochłonięty, z radością rzucający
się we wcześnie przed nim otwarty świat blasku i użycia, mało miał
czasu i chęci do spostrzegania ludzkich losów i cierpień, do
uczuwania względem ludzi i ich czynów trwałych pociągów lub odraz.
Tyle energii zużywał na polach tamtych, że na to, z którego
wyrastają miłość i litość, przywiązanie i współczucie, cześć i
potępienie, mógł jej przynosić niewiele. Ci, którzy jeszcze
niedawno byli świadkami gwałtownych czasem uniesień jego natury
uczuciowej, zdumiewali się teraz na widok zobojętnienia, które
okazywał budzącym je niegdyś ludziom i rzeczom. Dla wszystkich
zresztą stało się wkrótce pewnością, że o ile brat młodszy w
postępkach i postanowieniach swych przeważnie rządził się uczuciem,
o tyle nad starszym rządy coraz wyłączniejsze obejmował rozum.
Wielu cieszyło się szczerze z takiego skierowywania się młodzieńca,
powszechnie lubionego, i uciecha ta byłaby słuszną, gdyby nad
rozumem nie brał czasem przewagi samolubny, praktyczny rozsądek i
gdyby nie wyrastały z niego niekiedy pewne zgniłe owoce, znane pod
imieniem sofizmatów.
Jakkolwiek bądź, Czesław, w miarę wzrastania w wiedzę, w
powodzenie wśród ludzi, w myśl o własnej przyszłości i tych
świetnościach różnorodnych, które ją pozłocić i wybrylantować
miały, obojętniał dla rodziny, dla wszystkiego, co rodzinne i dla
dziewczyny, o której wszyscy niedawno myśleli, że jest mu drogą, że
jest nawet wybraną, przyszłą towarzyszką jego życia.
Ona, Janina, małomówna i skromna, tak samo przytem jak
Czesław, pracę umysłową lubiącą, zdolna do niej i nią zajęta,
zdawała się tego zobojętnienia dla niej przyjaciela lat dziecięcych
i młodzieńczych nie spostrzegać lub o nie się nie troszczyć. Że
jednak spostrzegała i troszczyła się, zdradzały to jej coraz
częstsze, smutne zamyślenia i długie, uważne spojrzenia, które
zatapiała w jego twarzy, ilekroć on tego widzieć, ani spostrzegać
nie mógł. Zdawać się wtedy mogło, że oczy tej dziewiętnastoletniej
dziewczyny nie miały siły oderwać się od rysów tego o lat kilka
starszego od niej młodzieńca i że serce jej pragnęło oczyma dotrzeć
do głębi jego serca.
Zresztą, ku niemu również wracały niekiedy dawne pociągi i
wzruszenia. Zbliżał się wtedy do Janiny, i zdarzały się pomiędzy
nimi momenty, podobne do motyli, muskających lekkiemi skrzydły
wpółrozwinięte kwiaty. Lecz były to tylko momenty, i po ich
przejściu nie rozwierały koron swych na słońce radości
wpółrozwinięte uczucia. Jej dziewicza skromność i duma, jego
powściągliwość oględna i wewnętrzny uśmiech lekceważenia dla
wszystkiego, co było sentymentem i nierozważnem puszczaniem się na
rzekę czułości, powstrzymywały na ustach obojga słowa wyraźne i
szczere, gasiły iskrę natychmiast, gdy zagroziła rozpaleniem się w
płomień.
I stało się, że dnia pewnego, Czesław uwiadomił swych
blizkich o wkrótce nastąpić mającym wyjeździe swym w okolice gór
Uralskich, kędy niezwykłe zdolności jego i zręczność, z jaką
stosunki wśród ludzi wpływowych zawiązać potrafił, wyjednały mu
stanowisko nadspodziewanie wysokie i w rozmaite korzyści bogate.
Otworzyły się przed nim wrota karyery świetnej, dla ludzi rodu jego
bardzo rzadko dostępnej; wstępuje więc w nie bez wahania i namysłu.
Nikt postanowienia tego odmienić nie próbował, bo jedni
byli olśnieni i cieszyli się, a drudzy przekonani byli o
nadaremności wszelkich w tym kierunku usiłowań. Ludzi widok rzeczy
błyszczącej często olśniewa w ten sposób, że stają się ślepymi na
wszystko, co nią nie jest i cieszą się ogromnie. Potem, przychodzi
moment, że ślepota ich przemija i wtedy znowu, biedacy! ogromnie
się martwią.
Jerzego świetny los brata nie olśnił, ale po krótkich
próbach, zaprzestał odwracać go od drogi wybranej, bo zrozumiał
dobrze, jak słabą w obec siły namiętności musi być siła
najwymowniejszego choćby słowa. Czesław zaś łudził się, myśląc, że
postępuje za wskazaniami rozumu; w świat szeroki gnały go
namiętności, przeciw którym Jerzy czuł się bezsilnym i tylko, w
jakiejś przedostatniej chwili nie mógł tego przenieść na sobie, aby
kilku słowy nie wspomnieć bratu o Janinie. Wtedy piękne oczy
Czesława zamigotały niespokojnie, lecz wnet niepokój ten zastąpiła
wesołość żartobliwa.
- Panna Janina! Cóż? Śliczna to osóbka, dla której od
dzieciństwa prawie miał sympatyę i na zawsze zachowa przyjaźń. Ale
rzeczy tego rzędu, co sympatya, przyjaźń etc., człowieka z jasnym
poglądem na świat i życie do niczego zobowiązywać nie mogą. Tak
zaraz, u samego początku drogi krępować się więzami, byłoby
szaleństwem, w które człowiekowi rozumnemu popaść niepodobna. On
Czesław, wie dobrze, czego chce, do czego dąży; nie wstępuje w
życie jak ślepiec, dający się prowadzić lada podanej ręce. Trzyma
przed sobą dobrze narysowany plan swej przyszłości, od linii jego
nie odrywa oczu i widzi jasno, że dla marzeń, dla przesądów
nierozsądnych miejsca w nim niema. Musi on, a nawet powinien
wyzyskać dla swej indywidualności wszystkie siły, któremi obdarzyła
go natura i wszystkie pomyślne wypadki, które, daleko więcej niż
losowi, zawdzięcza własnemu rozumowi swemu i własnej zręczności.
Dlatego właśnie wypadki te znalazły się na jego drodze, że uwolnił
się od przesądów, mocno w społeczeństwie jego zakorzenionych.
Przesądem jest, że człowiek przez miłość dla ziemi, czy dla
kobiety, czy dla jakiejś grupy ludzi, wyrzekać się powinien
doprowadzenia swego indywidualnego wzrostu do miary możliwie
najwyższej, i zdobywania w mierze najwyższej tego, w czem upatruje
swoje szczęście. Uszczęśliwianie siebie jest uszczęśliwianiem
jednego z członków ludzkości; gdyby wszyscy na ziemi ludzie umieli
uszczęśliwiać samych siebie, cała ludzkość byłaby szczęśliwą. Jego
zaś szczęście nie może być drobną gwiazdką, która smutnie i drżąco
świeci nad skrawkiem ziemi, powleczonej szarzyzną i zmrokiem. Jego
szczęście musi być tarczą słoneczną, gorejącą nad przestrzeniami
szerokiemi, przyświecającą gmachom wysokim i potężnym.
Jego praca, mająca być głównym składnikiem jego szczęścia,
nie może chadzać wązkimi szlakami ścieżyn i trzeba jej dróg
szerokich, dalekich, bijących zdrojami myśli, bogatych w różnorodną
radość życia, z której myśl pije swą trwałość, swą moc, swój rozpęd
wszerz i w górę. Tu wzrastać mogą gatunki nadziei tylko nikłe i
blade, jego zaś nadzieje wzrostem i płomiennością dorównywują
wzrostowi jego uzdolnień i płomienności jego potrzeb, duchowych
zarówno jak fizycznych. Bo na żadną część swojej istoty, swojej
odrębnej od innych indywidualności, na żadną część fizycznej
zarówno jak duchowej swej natury nie chce i nie zamierza on
nakładać sztucznych hamulców i tłumików, ale, przeciwnie, chce i
zamierza dać im wszystkim pełen bieg, pełen rozwój, pełne
zadośćuczynienie, aby wszystkie razem, zadowolone, wyćwiczone,
doświadczone, zharmonizowane, wytworzyły z niego typ, czy wzór, w
pełni rozwiniętego, silnego i szczęśliwego człowieka.
Kędyż w takim planie życia mogłoby znaleźć się miejsce dla
tak uroczej, lecz zwykłej istotki, jaką jest panna Janina, i jakąż
czynność spełniaćby ona mogła we wznoszeniu budowy życia, tak
wysokiej i skomplikowanej? Nie przeczy temu, że rozłącza się z nią
z niejakim żalem i że pozostanie w nim wspomnienie o niej na zawsze
przyjazne, a przez czas jakiś może nawet nieco tęskne, ale trudno!
Człowiek zdążający drogą pełną przeszkód do celu dalekiego i mający
silne postanowienie stanięcia u celu nie może oglądać się za
wyrastającym u brzegu drogi kwiatem, ani czasu tracić na jego
zrywanie, ani zajmować sobie dłoni jego niesieniem... Nakoniec,
pewnym jest, bo z własnych ust jej nieraz słyszał, że panna Janina
nie podziela wszystkich przekonań jego i na wszystkie jego dążności
nie przystaje. Czy Jerzy zaprzeczyć temu może?
Jerzy nie mógł temu zaprzeczyć. Owszem, posiadał również
pewność, że w tej młodej dziewczynie, wytwarzał się i już się nawet
wytworzył, pogląd na świat i życie, na wielu punktach niepodobny do
tego, którym kierował się i kierować się zawsze postanowił Czesław.
- Widzisz więc, Jurku, że byłby to, zamiast harmonii,
zgrzyt!
I tem zakończeniem rozmowy zabawiony, na nutę żartobliwą
wyśpiewał:
Idźmy każdy w swoją drogę, Ja cię wiecznie będę... wspominać
Ale twoim... być nie mogę.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.