I niechaj cisza wznieci wojnę - Dariusz Domagalski

Reflow text when sidebars are open.
Balista - wielki łuk wzmocniony w łożu, miotający pociski kamienne o ciężarze do 100 kilogramów, strzały i okute belki na odległość 250 metrów.
Balleja - jednostka podziału terytorialnego w zakonie, nadrzędna w stosunku do komturii.
Barć - komora wydrążona wewnątrz pnia drzewa w celu hodowli pszczół. Czasami wykorzystywano naturalne dziuple, ale częściej otwory były specjalnie drążone. Dzianie barci odbywało się wiosną, w średniowieczu drążono je bardzo wysoko. Wierzchołek drzewa obcinano dla ograniczenia naporu wiatru i na powstały ocios wkładano nakrywkę chroniącą przed deszczem. Otwór barci zakrywano tak zwaną płaszczką, w której wycinano otwór.
Berdysz - ciężki topór o zakrzywionym ostrzu, osadzony na długim drzewcu.
Bojar - przedstawiciel drobnej i średniej szlachty na terenie Wielkiego Księstwa Litwy.
Bombarda - pierwsze prymitywne odprzodowe działo artyleryjskie miotające kamienie, zwane "burzycielem murów", bo jak sama nazwa wskazuje, głównie do tego bombard używano. Jednak były bardzo drogie w użytkowaniu. Do kosztów związanych z produkcją należało dodać opłaty dla ludwisarzy, kowali, kamieniarzy, puszkarzy oraz za transport. Do przewiezienia bombardy ważącej 1,5 tony potrzebny był zaprzęg złożony z tuzina koni. Z obliczeń wynikało, że jeden strzał kosztował 3,5 grzywny, co było równowartością czterech krów. A należy pamiętać, że wtedy bombarda mogła oddać najwyżej dwa strzały dziennie.
Buzdygan - nazywany również "maczugą rycerską". Broń o drewnianym lub metalowym trzonku, na którym osadzano żelazną głowicę podzieloną na 6-8 pionowych, kanciastych piór. Buzdygan oprócz tego, że był groźną bronią bojową, w Polsce stał się oznaką godności dowódcy, symbolem wojskowej władzy.
Carole - średniowieczny taniec francuski wywodzący się z pogańskich obrzędów związanych z zimowym przesileniem. Tańczy się go w kole, trzymając za ręce, poruszając się w prawo lub lewo. Czasami koło pęka i tworzy się wówczas korowód.
Ciwustwo - Żmudź dzieliła się na okręgi zwane ciwustwami, które obejmowały pewną liczbę osad i dworów. Zarządzali nimi ciwunowie (lit. tejunas, tiewunas - zarządca, od tiewos - ojciec) wybierani wśród znaczniejszych osób. Ciwustwa przekształciły się później w powiaty.
Chorągiew - podstawowa jednostka organizacyjna jazdy rycerskiej w średniowieczu. Tworzyło ją kilkanaście lub kilkadziesiąt kopii. Chorągwie zazwyczaj formowane były na zasadzie terytorialnej i skupiały w swoich szeregach ogół zbrojnych wystawionych z terenu jednego komturstwa, wójtostwa, miasta. Często występowały również chorągwie rodowe, skupiające w swoich szeregach rycerzy z jednego rodu, oraz chorągwie nadworne.
Drzewo Życia - jest mistycznym organizmem, który odpowiada całości bytu. Ukazane w schematycznym diagramie, obrazuje powstanie i budowę wszechświata, jak również atrybuty Boga. Znajduje się na nim dziesięć Sefir (czasami występuje jeszcze jedenasta Daat - Wiedza, mediująca między Chokhmah i Binah). Sefiry przejmują światło kolejnej wyższej Emanacji i przesyłają je niżej za pomocą dwudziestu dwóch ścieżek spinających całe Drzewo. Najniższa z nich, Malkuth, odbija blask i posyła go z powrotem w górę.
SEFIRA 1 KETHER (Korona, Jedność)
Boskie Imię: Jestem, Który Jestem
Ścieżka: środkowa - równowagi
Jest źródłem całego światła przepływającego przez Drzewo Życia, czystą, niepodzielną istotą, wolą Stwórcy. Pierwsza Sefira zawiera wszystko, co było, jest i będzie. Nazywana bywa nicością, bo zawiera tajemnicę stworzenia z niczego.
SEFIRA 2 CHOKHMAH (Mądrość, Miłość, Moc)
Boskie Imię: Jah
Ścieżka: prawa - męska
Pierwotna, czysto męska zasada aktywności w świecie. Jednym z jej tytułów jest Abba - Ojciec. Aktywna Sefira ukryta za wszystkim, co pozytywne, dynamiczne, napierające. Jest wszędzie tam, gdzie obserwujemy zmiany i ruch. Stanowi impuls dający początek działaniu.
SEFIRA 3 BINAH (Zrozumienie, Życie, Forma)
Boskie Imię: Jahwe
Ścieżka: lewa - żeńska
Pierwotna, czysto żeńska zasada bierności w świecie. Jednym z jej tytułów jest Aima - Matka. Jest intelektem w jego biernym i refleksyjnym charakterze. Jej cechą jest bierność i czułość, znajdujące się u podłoża wszystkiego, co potencjalne, nierzeczywiste i stałe.
SEFIRA 4 CHESED (Łaska, Miłosierdzie)
Boskie Imię: El
Ścieżka: prawa - męska
Jest siłą nadającą kształt rzeczom, wprowadza porządek, odpowiada za świadomość zmian i różnic. Odpowiedzialna za tworzenie form, jakie ma przyjmować energia. To łaska opatrzności, która obdarza wszystkim, co potrzebne.
SEFIRA 5 GEBURAH (Srogość, Sprawiedliwość, Surowość, Siła, Lęk)
Boskie Imię: Eloah
Ścieżka: lewa - żeńska
To surowy osąd boży, równoważący twórczą aktywność Chesed aktywnością destrukcyjną. Odpowiada za świadomość zmian i różnic, ale w przeciwieństwie do Chesed odpowiedzialna jest za zniszczenie form, jakie przyjmować może energia.
SEFIRA 6 TIPHERETH (Piękno, Harmonia, Ozdoba)
Boskie Imię: Elohim
Ścieżka: środkowa - równowagi
Reprezentuje stan harmonii pomiędzy Sefirami. Z jednej strony promieniuje ciepłem na ludzi, zwierzęta i uprawy łaskawością Chesed, ale z drugiej smaga je i niszczy srogością Geburah.
SEFIRA 7 NETZACH (Zwycięstwo, Wieczność)
Boskie Imię: JHVH Cewaot
Ścieżka: prawa - męska
Jest wytrzymałością, hartem ducha i nieustającą cierpliwością Boga. Reprezentuje energię nieposiadającą formy, rozkwitanie mimo przeciwności. Jest mocą przyciągania i spójności świata. Ta Sefira to zwycięstwo płynące z doświadczenia. Jest to świadomość człowieka, który uczy się lekcji fizycznego świata, zwracając się ku temu, co samo się ku niemu zwraca.
SEFIRA 8 HOD (Chwała, Odbicie, Majestat)
Boskie Imię: Elohim Cewaot
Ścieżka: lewa - żeńska
Symbolizuje wyższe zdolności umysłowe, wnikliwość, wyobraźnię, rozum, logikę i ograniczenia narzucone umysłowi przez wykształcenie i wychowanie. Reprezentuje świadomość form, jakie przyjmuje energia. Odpowiada za tworzenie w świadomości uporządkowanych obrazów świata materialnego. W przeciwieństwie do Netzach, reprezentującej świadomość czystej energii, Hod musi się zamanifestować w rzeczywistości.
SEFIRA 9 YESOD (Fundament, Podstawa, Roztropność)
Boskie Imię: Szadaj
Ścieżka: środkowa - równowagi
Miejsce łączenia wszystkich aktywnych sił. Często utożsamiana z księżycem, ponieważ odbija światło wszystkich innych Sefir w Malkuth. Jest początkiem samoświadomości, tu zacierają się granice pomiędzy "ja" i "nie ja".
SEFIRA 10 MALKUTH (Królestwo, Panowanie)
Boskie Imię: Adonaj
Ścieżka: środkowa - równowagi
Oznacza materię bądź obecność Boga w świecie materialnym. Jest sferą ziemi i królestwem fizyczności, koncentruje się na człowieku. Ostatnie naczynie Boga i środek, dzięki któremu pozostałe Sefiry urzeczywistniają swój potencjał. Jest uwiecznieniem Emanacji i całego procesu stwarzania świata. Dzieła średniowieczne odbierają jej pierwotny sakralny charakter i opisują jako Sefirę upadłą, skażoną materią. Natomiast kabała luriańska umieszcza Malkuth w centrum stworzenia.
Farandola - średniowieczny taniec pochodzący z Prowansji, tańczony w korowodzie w metrum 6/8.
Gonfanon - rodzaj chorągwi w kształcie prostokątnej płachty z wyciętymi trójkątnymi "ogonami" i godłem umieszczonym prostopadle do drzewca.
Hakownica - broń ręczna, palna, służąca najczęściej do rażenia wroga z murów twierdz.
Holk - średniowieczny żaglowiec, używany do celów handlowych na Bałtyku i Morzu Północnym. Wywodził się z mniejszej kogi, które w XV wieku holki ostatecznie wyparły. Początkowo okręt jednomasztowy, potem dwu- i trzymasztowy. Posiadał przedni i tylny kasztel.
Hufiec - jednostka organizacyjna jazdy zwana również batalią. Kilka połączonych ze sobą chorągwi. Jeźdźcy i włócznie powinny w hufcu znajdować się tak blisko siebie, aby rzucona rękawiczka, jabłko albo śliwka nie spadły na ziemię, ale na pionowo wzniesione włócznie. Stratedzy średniowieczni powiadali, że między włóczniami nie powinien przelatywać wiatr.
Hufnica - mniejsza bombarda. Początkowo hufnice transportowano na wozach, później na lawetach. Działa polowe służące do wspierania ogniem poczynań własnych wojsk.
Jaka - modny w XIV i na początku XV wieku kaftan męski do bioder. Krojony z czterech jednolitych części, charakterystycznie uwypuklony na piersiach z owalnie podkrojonymi pachami. Szyto je z miękkich tkanin jedwabnych, aksamitu i sukna. Pod jaki jedwabne dodawano spody filcowe lub pikowane z kilku warstw płótna i waty, ułatwiające modelowanie aktualnie modnej formy. Jaki rycerskie typu ochronnego miały spody zbrojone metalowymi płytami bądź kolczugi wszywane pomiędzy warstwy płótna i waty.
Kapalin - hełm otwarty o dzwonie otoczonym szerokim, nachylonym w dół rondem. Kształtem przypominał stalowy kapelusz. Znany już w starożytności, a powszechny w piechocie średniowiecznej. Według odnalezionych rachunków zbrojowni miejskich kapaliny kupowano po kilka lub nawet kilkadziesiąt, z czego można wysnuć wniosek, że nosiło je szeregowe rycerstwo, wójtowie oraz sołtysi zobowiązani do służby wojskowej. Przez cały okres średniowiecza ulegał ewolucji poprzez pogłębienie dzwonu i poszerzenie krezy ochraniającej twarz ze szczeliną wzrokową, co doprowadziło w XV wieku do powstania salady.
Koga - duży żaglowiec handlowy dostosowany do celów wojennych, dominujący na morzach od XII do XV wieku. Okręt mało zwrotny, posiadający zazwyczaj jeden duży, prostokątny żagiel.
Kolczuga - zbroja zbudowana z kilkunastu tysięcy niewielkich żelaznych kółek splecionych ze sobą. Im mniejsze były kółeczka, tym było ich więcej i gęściej, co czyniło kolczugę bardziej odporną na przecięcie lub przebicie. Niestety, również pracy przy jej produkcji było więcej, bo należało każde z tych kółeczek przyciąć, zwinąć oraz znitować. Kolczuga przypominała współczesną koszulkę z rękawkami, jednak, jak możemy się domyślać, o wiele masywniejszą. Z czasem kolczugi ulegały wydłużeniu i w wieku XI potrafiły sięgać prawie do ziemi. W późniejszych czasach występowały w połączeniu z elementami płytowymi, a także zakładano je pod zbroję płytową. Z uwagi na jej elastyczność, w miarę dobrą osłonę przy niewielkim ciężarze, w XVII wieku używały jej formacje ciężkiej jazdy. Natomiast w roku 1920 w Polsce w ramach 5. Pułku Ułanów sformowano pluton ułanów pancernych, spośród których 20 wyposażono w kolczugi.
Kopia - najmniejsza jednostka organizacyjna konnicy rycerskiej w ówczesnej Europie łacińskiej. W jej skład wchodził rycerz-kopijnik, zazwyczaj okryty lepszym pancerzem niż pozostali, wyspecjalizowany w walce wręcz przy użyciu długiej broni drzewcowej (kopia). Towarzyszyli mu lżej zbrojni strzelcy, posługujący się bronią zasięgową (łuki bądź kusze). Przyjmowało się, że na kopię składało się trzech wojowników: jeden kopijnik i dwóch strzelców, ale najnowsze badania dowodzą czegoś innego. Dla kopii krzyżackich przyjmuje się skład dziewięcioosobowy. Każdemu rycerzowi-zakonnikowi towarzyszyło ośmiu pocztowych sług uzbrojonych w broń strzelecką. Natomiast wśród rycerstwa pełniącego na rzecz zakonu służbę wojskową z tytułu posiadania ziemi skład kopii wahał się od jednego do kilku zbrojnych pachołków.
Krajer - jednomasztowy okręt używany do żeglugi handlowej na Bałtyku w XV- XVI wieku.
Kropierz - kapa okrywająca całego wierzchowca, mająca zapewnić jego ochronę. Kropierze wykonywano z różnych tkanin, skór, wzmacniano kolczą plecionką lub pikowano. Ze względu na swoje rozmiary idealnie nadawały się do umieszczania na nich herbów, jednak w bitwie nie stanowiły wystarczającej ochrony.
Kruchta - dawniej zwana babińcem. W kościołach przedsionek usytuowany przed głównym wejściem.
Krzyk - na Żmudzi coś na wzór polskiego pospolitego ruszenia. Na "krzyk" woje mieli stawić się ze zbroją i żywnością.
Labry - chusta przykrywająca hełm, chroniąca przed przegrzaniem. Z czasem labry straciły swoje użytkowe znaczenie i stały się symbolicznymi ozdobami. W XIV wieku miały postać prostych wstęg.
Ladry - metalowe osłony nakładane na głowę, pierś i zad wierzchowca.
Ledianin - bałkańskie określenie Polaka.
Mizerykordia - wąski ozdobny sztylet o długiej klindze, służący do dobijania konającego przeciwnika. Z łacińskiego misericordia, czyli miłosierdzie. Popularna w późnym średniowieczu, gdy do użytku weszły zbroje płytowe. Dzięki wąskiemu ostrzu mizerykordia umożliwiała zadanie ciosu pomiędzy płytami pancerza lub nawet jego przebicie. Rycerze nosili ją u prawego boku.
Nadziak - nazywany również "młotem rycerskim", był bronią często używaną w późnym średniowieczu. Z jednej jego strony znajdowała się stalowa głowica, z drugiej zaś zaostrzony kolec zwany dziobem. Można go było używać jako broni obuchowej, służył również do przebijania zbroi przeciwnika.
Nogawica - rodzaj długich sukiennych pończoch przywiązywanych do spodniej jopuli. W XIV wieku noszone z gacnikiem, następnie zszyte z tyłu w rodzaj nogawico-spodni.
Opiekadlnik - rządca, szafarz, opiekun, tutor.
Otrok - młodzieniec.
Pancernik - rzemieślnik wyrabiający kolczugi, ale także wytwarzający uzbrojenia z plecionki kolczej: kołnierze, szorce i rękawice. Do zakresu prac pancerników należało również wyrabianie niektórych części uzupełniających zbroję płytową, ponadto kapturów i czepców kolczych przymocowanych do hełmów, które z kolei były domeną płatnerzy czy hełmiarzy. Wykonanie pancerza kolczego było zajęciem niezwykle żmudnym i czasochłonnym, gdyż poszczególne ogniwa należało połączyć ze sobą w taki sposób, aby otrzymać elastyczną i w miarę dopasowaną do wojownika powłokę. Wydajność jednego warsztatu wynosiła około 25-30 egzemplarzy rocznie. Pancerników powoli zastępowali płatnerze, ale jeszcze w połowie XV wieku stanowili nieliczną grupę zawodową, wchodzącą w skład cechu kowali.
Periera - krótkolufowe działo okrętowe strzelające kamiennymi kulami używane od XV do połowy XVII wieku.
Puginał - broń krótka służąca do zadawania ciosów kłutych. Noszony przymocowany do pasa na wysokości prawego biodra. Bywał niezwykle skuteczny w walce na bliską odległość; ciosy puginałem zadawano w głowę rycerza przez szparę wzrokową w hełmie garnczkowym lub w kark jeźdźca pochylonego ku przodowi.
Przyłbica - rodzaj hełmu stosowany od XIV do XVI wieku powstały z łebki, do której dodano ruchomą część chroniącą twarz, zwaną zasłoną. Posiadała ona szczeliny wzrokowe i otwory wentylacyjne, można było również ją podnosić lub całkowicie ściągać. Pod koniec XIV wieku zasłonie zaczęto nadawać kształt zbliżony do spiczastej mordy zwierza w celu wzbudzenia grozy w przeciwniku. Do tej odmiany przyłbicy przylgnęła nazwa "psi pysk". W porównaniu z innymi hełmami przyłbice były niezwykle drogie, gdyż jedna sztuka kosztowała około 1 grzywny, za co można było kupić prawie półtorej krowy, a czasem nawet dochodziły do 4 grzywien. Współcześnie często błędnie przyłbicą nazywa się samą zasłonę. Należy pamiętać, że przyłbica to hełm z ruchomą zasłoną, a nie sama zasłona.
Przysiółek - skupisko kilku gospodarstw położonych poza osadą.
Refektarz - w budynkach klasztornych duże pomieszczenie służące jako jadalnia.
Rejza - wyprawa łupieżcza (od niemieckiego Reise) na Litwę i Żmudź, dokonywana przez zakonników oraz zaproszonych krzyżackich gości.
Reling - na okrętach bariera pionowa zabezpieczająca ludzi znajdujących się na pokładzie przed wypadnięciem za burtę.
Rumpel - drążek sterowy, najprostsze urządzenie do poruszania sterem okrętu. Zazwyczaj prosty, lekko wyprofilowany drążek wykonany z drewna.
Serpentyna - działo o długiej lufie, rodzaj kolubryny.
Staje - staropolska miara długości. Około 893 metrów.
Spahisi - feudalne oddziały nieregularnej ciężkiej jazdy tureckiej. Odpowiednik europejskiego rycerstwa. Znakomicie wyszkoleni w jeździectwie i walce wręcz. Byli kastą wojowników i wojnie poświęcali całe swoje życie. Uzbrojeni zazwyczaj byli w krótkie spisy oraz szable.
Szłom - hełm otwarty, stożkowany, zwany również łebką. Najczęściej używany przez średniowiecznych wojowników. Dobrze chronił głowę, nie zacierając jej kształtu, a co najważniejsze, nie ograniczał pola widzenia. Często pod niego zakładano kaptur kolczy, stanowiący dodatkową osłonę karku i szyi rycerza. Nosili je władcy, wielmoże, drobne rycerstwo i oddziały miejskie.
Szuba - okrycie z rękawami wykonane z kosztownych złotolitych tkanin, podszyte futrem, z dużym futrzanym kołnierzem, noszone przez mężczyzn i kobiety w XIV i XV wieku.
Śniot - wałek dębowy przecięty wzdłuż na pół, zakładany dla ochrony barci przed szkodnikami (np. dzięciołami).
Towarzystwo Jaszczurcze - tajna organizacja szlachty chełmińskiej założona w 1397 roku w celu ochrony własnych interesów przed zakonem krzyżackim. Jeśli chodzi o nazwę, nawiązuje ona do zwinnych ruchów i uników, które kojarzą się z jaszczurką. Krzyżacy traktowali Prusy jako własną kolonię i ograniczali udział miejscowych we władzy. Szlachta ziemiańska żądała więcej praw i dopuszczenia do współdecydowania. Organizacja była podstawą powstania Związku Pruskiego.
Trebusz - machina miotająca pociski stromotorowo, wykorzystująca zasadę dźwigni z przeciwwagą. Używana od starożytności, charakteryzowała się dużą celnością przy niewielkim zasięgu. W średniowieczu używana najczęściej do ostrzeliwania bram lub miotania płonących pocisków do wnętrza twierdz.
Zawisza Czarny z Garbowa - herbu Sulima. Najsłynniejszy polski rycerz, niepokonany w turniejowych szrankach, uosobienie cnót rycerskich. Wielokrotnie brał udział w wyprawach przeciwko Turkom. Przez lata silnie związany z dworem króla Węgier Zygmunta Luksemburskiego. Na wieść o rozprawie z zakonem krzyżackim wrócił do Polski. Światły dyplomata, jeden z najbardziej zaufanych ludzi króla Władysława Jagiełły. Uczestnik bitwy pod Grunwaldem. Po wojnie wrócił na służbę do Zygmunta Luksemburskiego. Walczył po stronie króla Węgier przeciw husytom. W 1428 roku, gdy osłaniał odwrót Zygmunta Luksemburskiego spod Gołębca, król przysłał po niego łódź, lecz rycerz postanowił pozostać na polu bitwy wraz z towarzyszami. Został otoczony przez wroga i wzięty do tureckiej niewoli. Według legendy dwaj janczarzy pokłócili się o to, czyim jeńcem jest Zawisza, wówczas jeden z nich jataganem obciął mu głowę. Jego symboliczny pogrzeb odbył się w listopadzie 1428 roku w kościele Franciszkanów w Krakowie. Zawisza Czarny jest symbolem odwagi, lojalności i słowności. Nie na darmo się mówi: "polegać jak na Zawiszy".
Jan Farurej z Garbowa - herbu Sulima. Starosta spiski i stolnik krakowski. Jeden z najznamienitszych polskich rycerzy, przedchorągiewny chorągwi krakowskiej w bitwie pod Grunwaldem, zwycięzca wielu turniejów rycerskich. Niestety, w historii pozostaje w cieniu swojego słynnego brata.
Janusz Brzozogłowy - herbu Grzymała. Podobnie jak inni polscy znamienici rycerze przez długi czas przebywał na dworze Zygmunta Luksemburskiego, gdzie uczył się sztuki wojennej i w 1410 roku wrócił do Polski na wieść o zbliżającej się wojnie z zakonem. Został starostą bydgoskim i odegrał dużą rolę w planach wojennych Jagiełły, markując uderzenie na Kujawy. Działania militarne, jakie podejmował w latach swojego urzędowania, były dla Krzyżaków wielce dotkliwe, tak bardzo, że domagali się od króla jego odwołania. Często dokonywał śmiałych wypadów na ziemie krzyżackie.
Skarbek z Gór - herbu Habdank. Rycerz w służbie króla węgierskiego Zygmunta Luksemburskiego. Od roku 1410 w służbie Jagiełły. Odznaczył się męstwem w wojnie z zakonem krzyżackim. W roku 1415 poseł króla polskiego do Turcji.
Zygmunt Luksemburski (1368-1437) - margrabia brandenburski od 1378, król Węgier od 1387, król Niemiec od 1410, książę Luksemburga i król Czech od 1419, król Włoch od 1431 i cesarz rzymsko-niemiecki od 1433. Nietuzinkowy władca o wielkiej inteligencji, niezwykle energiczny i ambitny. Ocena jego rządów nadal pozostaje gorącym tematem dyskusji historyków. Z jednej strony obrońca chrześcijaństwa, próbujący zjednoczyć narody Europy przeciw muzułmańskiemu zagrożeniu, podejmujący krucjaty przeciw Turkom otomańskim, z drugiej zaś wykorzystywał instrumenty religijne do realizacji własnych dynastycznych planów. Polityka Zygmunta prowadziła do licznych wojen i w znacznej mierze przyczyniła się do osłabienia rządzonych przez niego państw. Nielubiany na Węgrzech, nałożył wysokie podatki, które doprowadziły do buntów chłopskich w Transylwanii. Nielubiany również przez Czechów, którzy ostro protestowali przeciw objęciu przez niego tronu po zmarłym bracie Wacławie IV. Powodem było jego przewrotne postępowanie w sprawie Jana Husa, którego spalono na stosie. Doprowadził do wybuchu wojen husyckich. Planował rozbiór Polski w 1392, ale wtedy sprzeciwili się temu Krzyżacy. Jednak w roku 1410, po wybuchu wielkiej wojny, bardzo chętnie widzieli go w swoim obozie.
Michał Küchmeister von Sternberg (1370-1423) - wstąpił do zakonu w wieku młodzieńczym i rozpoczął swoją służbę w Bałdze, a następnie został komturem na zamku w Rhein. W 1400 roku został szafarzem elbląskim, a później w Królewcu sprawował urząd wielkiego szafarza. Od 1404 roku był wójtem Żmudzi, a od 1410 roku wójtem Nowej Marchii. Tam właśnie zebrał rycerzy najemnych, którzy ruszyli w październiku 1410 roku na pomoc zakonowi krzyżackiemu. Dowodził armią zakonu w bitwie pod Koronowem. Po wojnie odsunął od władzy von Plauena i 7 stycznia 1414 roku został wielkim mistrzem. Złagodził politykę wewnętrzną państwa krzyżackiego, współpracując z Towarzystwem Jaszczurczym. Zobowiązał się ukrócić nadużycia państwowych urzędników. Był zwolennikiem rozwiązań pokojowych w konflikcie z Polską. W marcu 1422 roku złożył rezygnację z urzędu wielkiego mistrza.
Arnold von Baden - wójt krzyżacki Nowej Marchii, później komtur człuchowski.
Ulryk von Jungingen (1360-1410) - komtur Bałgi w latach 1396-1404, później wielki marszałek i komtur Królewca. W roku 1407, po śmierci swojego brata Konrada, został wielkim mistrzem zakonu krzyżackiego. W przeciwieństwie do brata, który był zwolennikiem ekspansji zakonu na północ, uczynienia z niego potęgi morskiej, Ulryk dążył do konfrontacji z unią polsko-litewską. Za bezcen oddał królowej Małgorzacie Gotlandię i wszystkie siły skupił na wojnie z Jagiełłą. Miłośnik słodyczy, specjalnie dla niego sprowadzano cukierki anyżowe drogą morską.
Hieronim Jan Silvanus z Pragi - mnich, kameduła, od 1394 roku przebywał na dworze Władysława Jagiełły, później zbyt gorliwie szerzył chrześcijaństwo na Żmudzi, wywołując negatywne reakcje ludności i konflikt z wielkim księciem Witoldem.
Piotr des Ruaux - wielki mistrz zakonu Rycerzy Świętego Łazarza w latach 1413-1454.
Werner von Tettingen - wielki szpitalnik, odpowiedzialny za opiekę medyczną nad rycerzami zakonu, i jednocześnie komtur elbląski. Krzyżacki dyplomata. Jako jeden z niewielu uratował się z bitwy pod Grunwaldem.
Arnold von Winkelried - bohater szwajcarski. W bitwie pod Sempach w 1386 roku ruszył do boju z okrzykiem: "Droga dla wolności" i skierował na siebie główne uderzenie wroga. Dzięki temu piechurzy szwajcarscy mogli dokonać wyłomu i pokonać wojska habsburskie. Arnold von Winkelried uważany jest za symbol poświęcenia własnego życia dla dobra ojczyzny. Postać ta wspomniana jest przez Juliusza Słowackiego w "Kordianie". Główny bohater, wygłaszając monolog na górze Mont Blanc, rzecze: "Polska Winkelriedem narodów".
Henryk von Plauen (1370-1429) - od 1407 roku komtur Świecia. Nie brał udziału w bitwie pod Grunwaldem. Na wieść o klęsce zakonu przybył do Malborka, żeby zorganizować obronę. Jego energicznej postawie Krzyżacy zawdzięczają ocalenie stolicy. Za zasługi podczas obrony zamku kapituła obrała go wielkim mistrzem, pomijając dostojników stojących od niego wyżej w hierarchii zakonnej. Był człowiekiem porywczym i okrutnym, zwolennikiem rządów twardej ręki. Dlatego nie cieszył się poważaniem konfratrów. Zwalczył opozycję miast pruskich i Związek Jaszczurczy, rozkazał ściąć Mikołaja Ryńskiego za współpracę z Polakami. W roku 1413 za sprawą Michała Küchmeistera został obalony i uwięziony. Odzyskał wolność w 1422 roku po śmierci Küchmeistera, został prokuratorem Lochstädt, gdzie zmarł siedem lat później.
Tomasz Kalski z Kałów - herbu Poraj (Róża). Rycerską sławę zyskał w służbie Zygmunta Luksemburskiego, w którego wojskach walczył między innymi pod Nikopolis w 1396 roku. Jako jeden z wielu polskich rycerzy w przededniu wojny z zakonem opuścił króla Węgier, by oddać swój miecz pod rozkazy Jagiełły. Wyróżnił się w bitwie pod Koronowem. Szlachetnie urodzony, ale nieposiadający wpływów na dworze królewskim związał swoją karierę z Gniewoszem z Dalewic. Tomasz Kalski zasłynął z brawurowego porwania Elżbiety Warszówny.
Gniewosz z Dalewic - herbu Strzegomia. W publikacjach często jest mylony z ojcem, również Gniewoszem, który oskarżał królową Jadwigę, a później Annę o cudzołóstwo. Młodszy Gniewosz w bitwie pod Grunwaldem wystawił swoją własną chorągiew złożoną z najemnych rycerzy ze Śląska, Czech i Moraw. Podstoli krakowski, dworzanin króla Jagiełły.
Ulryk von Plauen - brat wielkiego mistrza Henryka von Plauena, który w roku 1414 przybył do Jagiełły prosić go o schronienie i pomoc dla uwięzionego brata. Podczas wojny głodowej służył w polskim wojsku, w chorągwi nadwornej, i jak pisze Długosz: "Odpłacał się Ulryk królowi wierną posługą w licznych przeciw Krzyżakom wyprawach". W opowiadaniu "I niechaj cisza wznieci wojnę" połączyłem dwie postacie w jedną: Ulryka von Plauena i Henryka von Plauena, komtura gdańskiego, który na rozkaz Michała Küchmeistera również został osadzony w więzieniu. Imię Henryk w rodzinie von Plauenów było bardzo popularne i miał je zarówno wielki mistrz, jak i brat jego, komtur z Gdańska.
Aleksander Brückner. Starożytna Litwa - Ludy i bogi, Wydawnictwo Pojezierskie, Olsztyn 1984.
Marek Derwich, Marek Cetwiński. Herby, legendy, dawne mity, KAW, Warszawa 1989.
Jan Długosz. Bitwa grunwaldzka, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2003.
Marian Głosek. Znaki i napisy na mieczach średniowiecznych w Polsce, Wydawnictwo Polskiej Akademii Nauk, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1973.
Paweł Jasienica. Polska Jagiellonów, Prószyński i S-ka, Warszawa 2007.
Andrzej Klein, Piotr Nowakowski. Bandera Apud Grunwald - Chorągwie krzyżackie pod Grunwaldem, Alexander, Łódź 2000.
Andrzej Klein, Nicholas Sekunda, Konrad A. Czernielewski. Bandera Apud Grunwald - Chorągwie polskie pod Grunwaldem - Alexander, Łódź 2000.
Stefan Kuczyński. Wielka wojna z zakonem krzyżackim w latach 1409-1411, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1980.
Zdzisław Kuksewicz. Zarys filozofii średniowiecznej, PWN, Warszawa 1973.
Eugeniusz Koczorowski. Pogrom krzyżackiej armady, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2003.
Marceli Kosman. Litwa pierwotna. Mity, legendy i fakty, Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 1989.
---. Władysław Jagiełło, Książka i Wiedza, Warszawa 1968.
Władysław Łoziński. Życie polskie w dawnych wiekach, Wydawnictwo Literackie Kraków, Kraków 1978.
Witold Mikołajczak. Grunwald 1410. Krok od klęski, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2007.
---. Wojny polsko-krzyżackie, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2009.
Andrzej Nadolski. Grunwald 1410, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2003.
---. Uzbrojenie w Polsce średniowiecznej 1350-1450, Polska Akademia Nauk - Instytut Historii Kultury Materialnej, Łódź 1990.
---. Broń i strój rycerstwa polskiego w średniowieczu, Ossolineum, Wrocław -Warszawa -Kraków - Gdańsk, 1979.
Andrzej Nowakowski. Wojskowość w średniowiecznej Polsce, Muzeum Zamkowe w Malborku 2004.
Dariusz Piwowarczyk. Obyczaj rycerski w Polsce późnośredniowiecznej (XIV-XV), Wydawnictwo DiG, Warszawa 2006.
---. Poczet rycerzy polskich XIV i XV wieku, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2004.
---. Słynni rycerze Europy - Rycerze Chrystusa, ISKRY, Warszawa 2007.
---. Słynni rycerze Europy - Rycerze w służbie dam i dworu, ISKRY, Warszawa 2009.
Leonard Ratajczyk. Historia wojskowości, Wydawnictwo MON, Warszawa 1980.
Zdzisław Skrok. Świat piratów morskich, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1982.
Krystyna Turska. Ubiór dworski w Polsce w dobie pierwszych Jagiellonów, Wydawnictwo Polskiej Akademii Nauk, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1987.
Praca zbiorowa pod redakcją Andrzeja Nadolskiego. Polska technika wojskowa do 1500 roku, Oficyna Naukowa, Warszawa 1994.
Studia Grunwaldzkie, tom I i II, Polska Akademia Nauk Społecznych, Ośrodek Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie, Olsztyn 1991.
COPYRIGHT ? BY Dariusz DomagalskiCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2011
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-485-9
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba
GRAFIKA NA OKŁADCE Dominik Broniek, Paweł Zaręba
ILUSTRACJE Dominik Broniek
REDAKCJA Rafał Dębski
KOREKTA Barbara Caban, Celina Nikolska
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWE
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
Poranną ciszę rozdarł potężny huk. Przeleciał po otulonej mgłą dolinie i bystrym nurcie rzeki Bosny, odbił się echem od zielonych wzgórz otaczających miasto. Kamienna kula wystrzelona z bombardy skruszyła spory kawał obronnego muru. Rozpoczął się kolejny dzień oblężenia bośniackiej twierdzy Dobor.
Skrzypnęły naciągane liny katapult, w górę wystrzeliły beczki z płonącą smołą. Zapłonęły strzechy chat. Główna brama trzeszczała pod naporem ciskanych przez trebusze ogromnych głazów i wydawało się, że lada chwila rozsypie się w drzazgi. Hufnice plunęły ogniem i szary dym zasnuł okolicę, wdzierając się w nozdrza gotowych do szturmu zbrojnych, żołdaków o ponurych twarzach, ledwo widocznych spod nasuniętych głęboko na czoło kapalinów. Przeważali Węgrzy, sporo było Słowaków i Szeklerów uważających się za potomków walecznych Hunów. W milczeniu, poprawiając przytwierdzone do ramion tarcze, z obnażonymi mieczami czekali na znak setników. Niespieszno im było do śmierci, wierzyli, że i tym razem los będzie dla nich łaskawy, pozwoli wyjść z boju bez szwanku, za to z bogatym łupem po zdobyciu twierdzy.
Nagle umilkły armaty. Zagrały kotły i trąby. Zafalowały sztandary i w niebo wzbił się ryk tysiąca gardeł. Piechota ruszyła na mury. Najpierw pachołkowie niosący wiklinę do zasypania fosy, za nimi zbrojni ciągnący olbrzymie wieże i drabiny.
Zaraz w ich stronę poleciały okute bełty wystrzelone z potężnych kusz, miotane z balisty kamienie i metalowe kule, które odbijając się od ziemi, miażdżyły szturmujących oraz urywały im kończyny. Ukryci za blankami obrońcy szyli z łuków, a strzały z łatwością przebijały skórzane, pikowane kaftany Węgrów. Ale oni szli naprzód, po trupach towarzyszy, nie bacząc na tryskającą wokół krew i wszechobecną śmierć.
Wreszcie dotarli pod mury twierdzy. Dostawili drabiny i drewniane szopy z pomostami, taranem uderzyli o nadwerężoną już bramę. Mieli nadzieję, że tym razem wedrą się wreszcie do środka, wytną w pień Bośniaków i zdołają pojmać ich króla. Zygmunt Luksemburski złotem zapłaci za głowę Tverdka.
Naraz posypały się na nich kamienie i nabijane kolcami kłody drewna. Z murów polał się wrzątek, smoła, rozgrzany piasek wdzierający się za kolczugi. Rozniósł się smród palonej skóry i wrzaski umierających. Bośniacy zarzucili płonącymi szczapami szopy, które choć obłożone mokrymi skórami, i tak zajęły się ogniem.
Tymczasem pod osłoną pawęży pod mury Doboru podeszli puszkarze. Spokojnie wbili w ziemię skrócone berdysze, opierając na nich lufy hakownic, i przyłożyli do panewek rozżarzone kawałki węgla. Huknęło. Pierwsza salwa zmiotła prawie dwie dziesiątki obrońców. Wybuchła panika. Ludzie porzucali stanowiska, szukając osłony za blankami lub chowając się w basztach.
Węgrzy krzyknęli radośnie i przystąpili do szturmu. Wdzierali się na mury w uczynione przez kule wyłomy i rzucali na przerażonych Bośniaków, którzy poczuli pierwszy powiew zwątpienia. Było pewne, że lada chwila ustąpią.
A gdy żołdacy wyłamią bramę i wkroczą do środka, zacznie się rzeź. Ulice spłyną posoką, zapłoną ograbione domostwa, rozkrzyżowane niewiasty będą modliły się o rychłą śmierć, a król Tverdko zostanie rzucony do stóp władcy Węgier. Padnie ostatni bastion wolnych Bośniaków.
I nagle, gdy już wydawało się, że wszystko stracone, powietrze zadrżało od potężnego ryku surm, a z gęstwiny lasu wypadły dwie setki zbrojnych. Brodaci, poznaczeni bliznami woje, odziani jedynie w przeszywanice, z furią rzucili się na Węgrów. Cięli tasakami po twarzach, buzdyganami rozłupywali czaszki, w gardła wbijali puginały. W obrońców wstąpiła nowa nadzieja. Ruszyli niesieni bitewnym zapałem na znienawidzonego wroga.
W oczach szturmujących pojawił się strach. Nawet waleczni Szeklerzy, którzy nigdy nie ustępowali pola, uciekli, nie mogąc wytrzymać naporu Bośniaków. Setnicy zarządzili odwrót i węgierskie wojsko wycofało się, zbierając z pola rannych.
Mogłoby wydawać się, że w ten letni, słoneczny poranek rozpętało się piekło i świat pogrążył się w cierpieniu. A przecież był to zaledwie jeden szturm, jedna bitwa, o której za kilka stuleci nikt już nie będzie pamiętał. Tylko krew wsiąknie w wyschniętą glebę, krew tych, co walczyli o wolność, i tych, którzy wolność chcieli odebrać.
Zawisza Czarny z Garbowa herbu Sulima, rycerz o czarnych jak pióra kruka włosach i miodowych oczach, uśmiechnął się krzywo na widok węgierskich wojsk wycofujących się po kolejnym nieudanym szturmie. Od dwóch miesięcy Zygmunt Luksemburski próbował zdobyć Dobor, dzień w dzień posyłał wojska, ale twierdza wciąż trwała w oporze.
- Obawiam się, przyjacielu, iż rychło ta wojna się nie skończy - westchnął ciężko stojący obok Janusz Brzozogłowy. Otrzymał taki przydomek, bo włosy siwiały mu kępkami, tak że jego głowa przypominała korę brzozy. - Jak długo Tverdko będzie stawiał opór, tak długo nadzieja w sercach Bośniaków tlić się będzie.
Sulimczyk zmarszczył czoło i spojrzał w dół. Obóz węgierski, w którym się znajdowali, założono na lekkim wzniesieniu i doskonale widać z niego było całą okolicę.
- Mężowie tutaj twardzi niczym skała, silniejsi niźli tury i jak lwy waleczni - mówił dalej Janusz. - Nawet białki kamienie z murów ciskają, a dziatwa z proc i łuków szyje.
- Dziwisz się? Ci ludzie walczą o wolność.
- A my im tę wolność odbieramy - prychnął gniewnie Brzozogłowy. - Wyruszaliśmy na krucjatę przeciwko niewiernym. Turka mieliśmy bić, a nie tych biednych ludzi, co jeno kraj swój chcą odzyskać.
- Zważ, iż to heretycy.
- W takiego samego Boga wierzą jako i my, jeno nad materię ducha przedkładają. Że świątyń nie stawiają? Ojciec w niebiesiech tak samo wysłucha modlitwy prostego chłopa pod otwartym niebem, jak i biskupa w katedrze. A że klechów nie mają, to i dobrze, bo ci jeno o swoją chudobę dbają, nie zaś o zbawienie powierzonych im duszyczek.
Machiny miotające i armaty ponownie rozpoczęły ostrzał. Zawisza spojrzał na przyjaciela. Łagodne oczy starszego z rycerzy przywodziły na myśl raczej mnicha niż wojownika.
- Jednakże twierdzą, że świat to dzieło Szatana.
Janusz Brzozogłowy zmarszczył czoło i spojrzał na zasłane ciałami przedpole Doboru, gdzie krew mieszała się z kroplami porannej rosy.
- Kto wie czy nie mają racji. Zbyt wiele cierpienia w życiu widziałem, żeby nadal wierzyć, że to wszystko - wskazał brodą Dobor - jest dziełem miłosiernego Boga. Powiadam ci, świat bardziej przedsionek piekła przypomina niźli nieba.
- Tyle samo w nim znajdziesz zła, ile dobra. Człek natomiast dokonuje wyboru.
- Między dobrem a złem?
- Tak.
- A my? - zapytał Brzozogłowy. - Jakiej teraz sprawie służymy?
- Nie wiem - odparł szczerze Sulimczyk. - Nie zawżdy wszystko jest proste.
Milczeli chwilę, patrząc, jak płonące pociski katapult wzniecają pożary wewnątrz twierdzy, kule z bombard kruszą mury, a zbrojni wracają po nieudanym szturmie.
- Tu, w Bośni, powiadają, że wojna to piąta pora roku.
- Na świecie zawsze toczy się jakaś wojna.
- Jednakże niektóre są sprawiedliwe, inne nie.
- Nie nam, zwykłym rycerzom, o tym rozstrzygać. Czynimy tylko to, co nam każą. - Rycerz z Garbowa uważnie spojrzał na towarzysza. - Król Władysław posłał nas do Luksemburczyka, abyśmy rzemiosła wojennego podpatrzyli, a przy okazji baczenie na niego mieli. Zygmunt na złoto jest łasy i w wojnie z zakonem gotów wraz z Krzyżakami na nas uderzyć.
- Przecież pokój między naszymi krajami trwać ma jeszcze pięć lat!
- Luksemburczyk tak samo łatwo pakty zawiera, jak je zrywa. Ongiś pomógł Tverdkowi sięgnąć po koronę Bośni, teraz chce mu ją odebrać i ponownie oddać Stefanowi Ostoi. Bośnia stanie się częścią Węgier, a nowy król będzie jak marionetka w rękach kuglarza.
Janusz Brzozogłowy roześmiał się i kilku Węgrów spojrzało na niego surowo. Ich wojska po raz kolejny zostały odparte, a Polacy bawili się w najlepsze.
- Gdyby Zygmunt dowiedział się, iż do kuglarza go przyrównujesz, toby cię kazał obwiesić.
- Niechby spróbował. - Zawisza Czarny poklepał rękojeść miecza. - Potrzebowałby do tego chyba całej chorągwi.
Teraz obaj się śmiali, a tymczasem pobite węgierskie oddziały dotarły do obozu. Zbrojni odkładali broń, zrzucali pancerze i kładli się na trawę. Medycy chodzili między nimi, opatrując rany, nastawiając zwichnięte kończyny, rozdając wodę oraz jadło.
- Obrzydła mi już służba dla Zygmunta. - Rycerz z Garbowa spoważniał. - Z bratem moim postanowiliśmy do Polski wracać. Wojna z Zakonem tuż-tuż i nasze miejsce przy królu Władysławie. Luksemburczyk już o tym wie. Daliśmy mu tylko słowo, że pozostaniemy do zakończenia tej kampanii.
Janusz skinął głową.
- I ja pojadę z wami.
Podszedł do nich wysoki mężczyzna. Płowe, długie włosy nieporządnie wystawały mu spod szłomu, na pancerz kolczy narzucił białą jakę. Z daleka widać było czerwony znak ze srebrną łękawicą. Skarbek z Gór herbu Habdank, podobnie jak Zawisza Czarny i Janusz Brzozogłowy, był przygotowany do boju. Mimo że nie brali bezpośredniego udziału w szturmie, nosili pełen rynsztunek, stanowili bowiem straż przyboczną króla Węgier. Zygmunt Luksemburski dobrze wiedział, że żaden z jego rycerzy nie mógł równać się z Polakami.
- Widzieliście już, kogo gościmy w obozie? - zagadnął Skarbek. Spojrzeli w stronę największego namiotu, nad którym powiewał królewski sztandar. Dwudziestu zbrojnych rozkulbaczało konie. Na ich szarych okryciach widniał czarny półkrzyż.
- Słudzy zakonu. - Zawisza zmrużył oczy. - Co oni tu robią?
- Przybyli w sile dwóch kopii - rzekł Skarbek. - Wiem jeno tyle, iż jakiś dostojnik krzyżacki przyjechał i Zygmunt kazał go zaraz do namiotu prosić.
- Ja wiem, z jaką sprawą tu przybył...
Michał Küchmeister von Sternberg, wygodnie rozparty na siedzisku, bawił się kielichem wyśmienitego bałkańskiego wina i z drwiącym uśmiechem spoglądał na drepczącego między ścianami namiotu wzburzonego Zygmunta Luksemburskiego. Król Węgier ledwie rozpoczął czterdziesty rok życia, a już rudawe włosy i brodę przetykała mu siwizna, zgarbiona zaś postawa sprawiała, że wyglądał na starca. Tylko niebieskie oczy były żywe i drapieżne, a teraz dodatkowo skrzyły się złością.
- Niechaj piekło pochłonie tych przeklętych Bośniaków! - zdawało się, że jego krzyk przebije płótno namiotu i samą furią zburzy mury Doboru. - Już drugi miesiąc dobywamy zamku, a obrońców zamiast ubywać, ciągle przybywa. Bojownicy zdążają tu z Vrhbosny, Tuzly, Visoko, kryją się po lasach i niczym zjawy atakują znienacka. Jak zbrodzienie, którymi zresztą są, ośmielając się przeciw naszej osobie rebelię wszczynać.
- Tak bardzo zależy wam, miłościwy panie, na tej krainie? - spytał dostojnik krzyżacki. - To jeno kupa kamieni, ozdobiona gdzieniegdzie rzekami. Ziemie tutaj ubogie, mało żyzne, nie to, co w Polsce...
Król zatrzymał się i usiadł. Gestem odesłał służbę i gdy zostali sami, spojrzał uważnie na swego gościa, bawiąc się przy tym guzem przy złotolitej szubie.
- Z czym właściwie przybywasz, zakonniku?
- Wielki mistrz zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego, Ulryk von Jungingen - rzekł oficjalnie Küchmeister - przysłał mnie do waszej miłości z propozycją przymierza zaczepno-obronnego przeciwko Polsce.
- Chcecie, abyśmy wystąpili przeciw Jagielle? - Zygmunt uniósł lekko brew. - Wiedz, że gdy przed siedmiu laty szlachta węgierska uwięziła naszą królewską osobę i ofiarowała tron Władysławowi, ten odmówił. Co więcej, doprowadził wówczas do naszego uwolnienia. I teraz mielibyśmy stanąć przeciwko niemu?
- Jagiełło to schizmatyk i fałszywy chrześcijanin - prychnął Krzyżak. - Sprzymierzył się z tym litewskim psem Witoldem i tylko patrzeć, jak zaczną kościoły palić, by miast nich pogańskie świątynie stawiać. Wy, królu, który z takim zapałem bronicie chrześcijaństwa, walczyliście pod Nikopolis, prowadzicie krucjatę przeciw bogomiłom...
- Milcz! - Zygmunt podniósł głos i powietrze wypełniła trudna do uchwycenia aura mocy. - Zapominasz, że przemawiasz do Przebudzonego! Bajdy praw baronom, książętom i królom, których chcecie dla swojej sprawy pozyskać, a którzy nie pojmują zasad rządzących światem.
- Wybacz, wasza królewska mość - wyszeptał pobladły Küchmeister.
- A może myślałeś, zakonniku, że skoro Emanacja Binah, której służysz, znajduje się wyżej na Drzewie Życia niźli Geburah, czyni cię to bardziej wtajemniczonym?
- Nie.
- Powinniśmy cię śmiercią ukarać za bezczelność. - Władca przyglądał się, jak z oblicza rozmówcy znikają najmniejsze nawet ślady pychy i pojawia się strach. - Jednakże uczynimy wyjątek - westchnął ciężko. - Ponoć znamienity z ciebie rycerz i szkoda, byś dał głowę. Ponadto niewielu Przebudzonych służy obecnie w zakonie i gdybyśmy was uśmiercili, Ulryk von Jungingen wielce byłby zasmucony. A tego nie chcemy.
Michał Küchmeister z ulgą wypuścił powietrze. Nie bał się śmierci, obcował z nią niemal od dziecka. Nieraz przyszło mu narażać życie w bitwach, w pierwszym szeregu prowadził do boju chorągwie, a jego ciało znaczyły liczne blizny. Ale teraz służył sprawie ważniejszej niż życie i nie mógł sobie pozwolić na błąd. Tymczasem pomylił się już na samym początku. Zlekceważył Zygmunta Luksemburskiego.
Mimo że wyczuwał od niego aurę Przebudzonego w świetle Sefiry Geburah, rzeczywiście założył, że każda z Emanacji znajdująca się niżej na Drzewie Życia otrzymuje mniejszą moc, a ich Przebudzeni mniejsze zrozumienie. A przecież światło pochodzące od samego Stwórcy przekazywane jest wszędzie tak samo intensywnie.
Jednakże pomylił się i król węgierski, twierdząc, że w zakonie jest mało Przebudzonych. Sefira Binah, która reprezentuje matczyną miłość Boga, namaściła wielu spośród wyższych rangą dostojników i teraz każdy z komturów, a nawet wójtów był świadom prawdziwego Oblicza Stwórcy. Binah rosła w siłę, a zakon stał się jej zbrojnym ramieniem.
Przybywający na malborski zamek goście, mijając umieszczoną nad bramą wjazdową płaskorzeźbę Dziewicy z Dzieciątkiem, nie zdawali sobie sprawy z prawdziwego jej znaczenia. Widzieli miłosierną matkę, orędowniczkę życia i nie przypuszczali, że to Binah, która emanuje w świat realny w tej właśnie formie. Upodobała sobie rycerzy krzyżackich, obdarzając ich mocą i pokładając w nich nadzieję. Michał Küchmeister, jej wierny sługa, nie mógł zawieść.
- Co Ulryk von Jungingen oferuje za owo przymierze? - spytał Zygmunt. - Pustymi ideami mamić może swoich gości, co na rejzy przeciw Żmudzi i Litwie się zjeżdżają, ale nie nas. Czy ci głupcy nadal wierzą, że z niewiernymi walczą?
- My ich w tym względzie z błędu nie wyprowadzamy. - Krzyżak uśmiechnął się samymi kącikami ust. - Zakon ze swej strony gotów jest waszej wysokości wypłacić pewną sumę...
- Ile?
- Trzysta tysięcy dukatów.
Oczy Luksemburczyka błysnęły, usta lekko drgnęły, ale chociaż jego serce mocniej zabiło, nic więcej nie dał po sobie poznać.
- Czego w zamian oczekujecie?
- Po rozpoczęciu wojny wasza królewska mość uderzy na Polskę od południa jak największymi siłami...
- Jak największymi siłami? - skrzywił się Zygmunt. - Przecież widzicie, jak moje wojska wykrwawiają się w Bośni. Na nowe zaciągi potrzebne złoto, rycerze zaciężni każą sobie słono płacić, a królewski skarbiec świeci pustkami...
Zawiesił głos i zaczął się gładzić po brodzie, uważnie przypatrując się zakonnikowi. Ten przeklął w duchu skąpstwo i chciwość króla Węgier.
- Zakon gotów jest opłacić wystawienie przez waszą miłość pięciu tysięcy kopii.
- Z takim wojskiem to można jeno po granicy hasać i wilki straszyć, a nie na Polaków się zamierzać - prychnął król. - Potrzebuję dwa razy tyle, i to najprzedniejszych rycerzy wraz z pocztami. A tacy sporo kosztują.
- Zgoda - westchnął ciężko Küchmeister. - Niechaj będzie dziesięć tysięcy. Jednakże zakon nie zapłaci więcej niźli dwadzieścia cztery dukaty od kopii.
- Za tyle to najwyżej Węgrzy i Szeklerzy pójdą.
- Wystarczająca to siła - mruknął zakonnik. - Najznamienitsi z polskich rycerzy ruszą na wojnę z zakonem, a w domach pozostaną jeno starcy, niewiasty i dziatwa. A z tymi nawet wasi żołdacy łacno sobie poradzą.
Zygmunt Luksemburski zmrużył oczy i zapatrzył się na płachtę namiotu, ale jego wzrok podążał dalej, w przyszłość. Wiedział, że tam, gdzie dwóch się bije, trzeci może skorzystać, a on chciał uszczknąć jak najwięcej.
- Jak mniemamy, na tym oferta wielkiego mistrza się nie kończy?
- Oczywiście. - Michał Küchmeister miał dziką ochotę wyciągnąć zza pasa mizerykordię i wbić ją prosto w gardło tego chciwego szubrawca. Niestety, zakon był jeszcze zbyt słaby, żeby samodzielnie rozprawić się z potęgą Polski i Litwy. Za kilka lat przyjdzie czas i na Luksemburczyka. Dzisiaj jednak trzeba dać mu wszystko, czego żąda. - Po zwycięskiej wojnie zakon zabierze Litwę, Żmudź, ziemię dobrzyńską i Kujawy, wasza miłość zaś otrzyma Ruś, Podole i Mołdawię. Czy taki układ was zadowala?
Król nie odpowiedział od razu. Zamyślił się, gładząc brodę.
- Tym oto sposobem dokonaliśmy rozbioru kraju, zanim go jeszcze zdobyliśmy A przecież Polska jeszcze jest potęgą. Nie będzie łacno. To bitny i dumny naród, niewoli nie zniesie.
- Tak jak Bośniacy. A przecież ich, panie, ujarzmiliście.
- Jak widać, nie do końca. - Na czole Zygmunta pojawiła się głęboka bruzda. - Nadzieja w nich jeszcze się tli, a ją najtrudniej zniszczyć. Jeńcy powiadają, iż na południu, niedaleko grodu Visoko, stoi wzgórze zwane Visočica. Na szczycie wznosi się twierdza, w której ukrywa się ich przywódca religijny. To on podburza lud, gromadzi zbrojnych i posyła ich z pomocą oblężonemu Tverdkowi. Zwą go djed i legenda głosi, że dopóki on żyw będzie, Bośnia nie zginie. Jest ich ostatnią nadzieją. A żeby naród ujarzmić, trzeba mu tę nadzieję odebrać.
Zamilkł i wydawał się teraz całkowicie pogrążony w swoich myślach. Küchmeister dolał sobie wina i czekał cierpliwie, nie chcąc ponownie narazić się na gniew króla. Jednak, kiedy milczenie przeciągało się, chrząknął, a widząc, że Luksemburczyk nie zwraca na niego uwagi, zagadnął wprost:
- Nie odpowiedzieliście na pytanie. Czy mogę jechać do Malborka i rzec wielkiemu mistrzowi, że układ podpiszecie?
- Przedstawione tutaj warunki nas zadowalają. - Dopiero teraz Zygmunt spojrzał na wysłannika krzyżackiego. - Jednakże żądam jeszcze jednej rzeczy.
- Jakiej?
- Głowy djeda.
Siedmiu rycerzy w milczeniu jechało traktem na południe. Z przodu na rączej kasztance Vladko z Vrhbosny, jeden z niewielu Bośniaków służących w szeregach wojsk Zygmunta Luksemburskiego, uważnie rozglądał się po okolicy. Ciemnolicy zwiadowca miał sokoli wzrok, słuch niczym nietoperz z górskich jaskiń i czujność dzikiego kota. Potrafił zwietrzyć niebezpieczeństwo, zanim je ujrzał.
Tuż za nim podążali Zawisza Czarny i Jan Farurej, jego brat. Ponoć ci dwaj nie mieli sobie równych w całej Europie, zarówno w walce na kopie, jak i na ubitej ziemi. Z każdego turnieju wracali z laurami, a podczas bitew rzucali się w największy zamęt i zawsze wychodzili bez szwanku. Na królewskich i książęcych dworach byli miłymi gośćmi, bo na równi w sztuce wojennej i w dworności byli biegli.
Dalej jechał rudowłosy Tomasz Kalski, który na śnieżnobiałej jace miał wyhaftowaną szkarłatną różę. Chwalił się wszem i wobec, że uczyniła to swoimi delikatnymi dłońmi nadobna Anna, córka Jana Ligęzy, która była mu przyrzeczona. Potrafił godzinami rozprawiać o jej wdziękach i wyzywał na pojedynek każdego, kto wątpił, iż wybranka jest najpiękniejsza na świecie. Nie przeszkadzało mu to wdawać się w romanse. Trudno zliczyć, ilu węgierskim i bośniackim niewiastom serce złamał.
Skarbek z Gór, zwykle skory do żartów, w milczeniu prowadził karego holsztyńskiego ogiera i czujnie rozglądał się po okolicy. Zdawał sobie sprawę, że w każdej chwili mogą spotkać buntowników prowadzących wojnę podjazdową z węgierskim okupantem.
Janusz Brzozogłowy też nie był w najlepszym nastroju. Nie podobała mu się ta wyprawa. Nie rozumiał, dlaczego Luksemburczyk właśnie ich wybrał do tej misji i oddał pod komendę krzyżackiego dostojnika, ale podejrzewał, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Odwrócił się w siodle i spojrzał na jadącego na końcu Michała Küchmeistera.
Ten otulony w biały płaszcz z czarnym krzyżem jechał spokojnie, rozbawiony sytuacją. Właściwie powinien być wściekły, że błąka się po bezdrożach tej zapomnianej przez Boga krainy, zamiast być w Malborku i przy krużach przedniego wina snuć plany wojenne, przepijając do braci-rycerzy. Zakonnik chciał ruszyć na wyprawę z dwiema kopiami swoich ludzi, ale przebiegły Luksemburczyk miał inny koncept. Umyślił sobie, że pojedzie tylko siedmiu rycerzy, bo niewielkiej grupie łatwiej będzie przemknąć przez pogrążony w wojennej zawierusze kraj. Gdyby djed dowiedział się, że ku jego kryjówce zmierza zbrojny oddział, zbiegłby zapewne i ukrył się tak, że przez następne kilka lat nikt by go nie znalazł.
Küchmeister jechał więc z bośniackim przewodnikiem, wiernym poddanym Stefana Ostoi, i pięcioma Polakami, z których Zygmunt okrutnie przecież zadrwił. Krzyżak uśmiechnął się pod nosem, biedacy nie zdawali sobie sprawy, że wypełniając zadanie, wyrządzają szkodę swojej ojczyźnie. Dzięki śmierci djeda zakon zyska w Luksemburczyku sojusznika w wojnie przeciw Polsce.
Jechali już drugi dzień przez urzekające lasy, mijali czyste jak łza rzeki, jeziora mieniące się wszelkimi odcieniami turkusu i zieleni, wyłaniające się nagle skaliste szczyty gór i wodospady spływające kaskadą w ciche, spokojne doliny. Tutaj niebo nasycone było niesamowitym odcieniem błękitu, spotykanym tylko na południu Europy. Trudno było uwierzyć, że ten cudowny kraj pogrążony jest w wiecznej wojnie. Wśród tych cudów przyrody mijali osady, w których nie wygasały pogorzeliska, nie cichł płacz niewiast, a dzieci włóczyły się przy trakcie, wyciągając ręce po jałmużnę. Na gościńcach szubienice stały częściej niż krzyże, a kałuże krwi wolno wsiąkały w wypaloną słońcem ziemię. W pięknych, brązowych oczach mijanych kobiet tliła się nienawiść. Zhańbione przez węgierskich żołdaków niewiasty zamiast namiętności nosiły w sercach wściekłość, zamiast łagodności - gniew. Tutaj, na Bałkanach, piękno i cierpienie stanowiły nierozłączną parę.
Właśnie dojeżdżali do osady w dolinie otoczonej lesistymi wzgórzami, gdy zauważyli dym i usłyszeli krzyki. Küchmeister wstrzymał konia i chciał nakazać odwrót, ale już ich zauważono. Tuzin wąsatych knechtów w kolczugach i przeszywanicach wyłonił się spomiędzy zgliszcz chat i stanął na drodze, uważnie się przyglądając konnym. Krzyżak odetchnął z ulgą. Węgrzy.
- Witajcie! - Wzniósł rękę. - Jam jest Michał Küchmeister i wraz z tymi oto rycerzami wypełniam królewską misję.
Knechci schowali miecze, nie ze względu na krzyżackiego dostojnika, ale na widok polskich rycerzy, o których na całych Węgrzech było głośno. Budzili podziw wojów Zygmunta Luksemburskiego, przy obozowych ogniskach rozprawiano o ich kunszcie wojennym.
Siódemka rycerzy wolno przejeżdżała przez spaloną osadę, spoglądając na pokrwawione ciała tych, którzy próbowali się bronić, prowizoryczne szubienice z wisielcami, półnagie kobiety z poderżniętymi gardłami. Węgrzy z zapałem wykonywali rozkaz równania z ziemią każdej osady pomagającej buntownikom. Jednak im większy terror wprowadzał Luksemburczyk, tym opór był większy i rebeliantów z każdym dniem przybywało.
Vladko z Vrhbosny splunął z pogardą, widząc, jak knechci znoszą łupy w jedno miejsce. Na wojnie można się było nieźle obłowić. Bośniak opuścił głowę i zacisnął dłonie na wodzach. Nie pierwszy raz widział swoich rodaków mordowanych, ograbianych z całego dobytku i za każdym razem powtarzał sobie, że dla dobra ogółu poświęcić trzeba jednostki. Wierzył, że gdy po władzę sięgnie Stefan Ostoja, wynagrodzi ludziom wszystko. Wojska węgierskie odejdą, a nowy władca rządzić będzie uczciwie i sprawiedliwie. Jednak z dnia na dzień zwątpienie mrocznym welonem oplatało jego serce.
Zawisza Czarny gniewnie spoglądał na żołdaków, którzy stojąc na zgliszczach, śmiali się i żartowali. Wyciągnęli bukłak z winem i raczyli się nim nad ciałami pomordowanych. Rycerz nie mógł uwierzyć, że to ludzie służący tej samej sprawie, temu samemu władcy co on.
Nagle usłyszał ciche łkanie. Spojrzał w stronę, skąd dochodziło, jednak wśród szarego dymu dostrzegł jedynie zwalone, tlące się jeszcze belki domu. Zatrzymał się i zeskoczył z konia.
- Dokąd?! - syknął wściekle Küchmeister.
Zawisza bez słowa ruszył w kierunku zgliszcz. Obszedł rumowisko, przebijając się przez gryzącą ścianę dymu, i stanął niczym słup soli.
Nie mogła mieć więcej niż jedenaście wiosen, dziecko jeszcze. Naga, rozciągnięta na ziemi pomiędzy czterema palikami, do których przywiązano ją za ręce i nogi, płakała cicho, a łzy ciekły po umorusanej sadzą twarzy. Na niewielkie, ledwie wykształcone piersi opadały dwa czarne warkocze, sarnie oczy wypełniało przerażenie, na bladych udach rozmazana była krew.
Polski rycerz doskoczył do niej, wyciągnął zza pasa puginał i sięgnął do więzów.
- To nasza branka - usłyszał za sobą nieprzyjemny, chrapliwy głos.
Nie obejrzał się. Rozciął rzemienie i pomógł dziewczynce wstać. Patrzyła na niego, kuląc się ze strachu. Cóż chce uczynić z nią ten mężczyzna? Nie wiedziała, czy to koniec jej cierpień, czy dopiero początek. Nagle wyrwała mu się i zaczęła uciekać. Sulimczyk chciał za nią pobiec, ale w tym momencie usłyszał świst przy uchu i dziewczynka upadła. W jej plecach tkwił bełt.
Odwrócił się powoli. Jego pobladła, nieruchoma twarz wyglądała jak karnawałowa maska, którą kiedyś przywiózł z Wenecji dla żony.
- Już nie ucieknie. - Żołdak stał z opuszczoną kuszą, szczerząc w uśmiechu spróchniałe zęby. Przeniósł spojrzenie na Polaka i w jednej chwili jego uśmiech zgasł. Naraz Węgrowi zdało się, że kroczy ku niemu demon. Chciał uciec, ale przerażenie trzymało go w miejscu jak spętanego zaklęciem.
Zawisza z tamtej chwili pamiętał tylko furię. Ciało ogarnęła gorączka, czerwona mgła zasnuła oczy i już nic oprócz zabijania nie miało znaczenia.
Wyrwał żołdakowi kuszę i zdzielił go w głowę. Łuczysko wbiło się w skroń, krew trysnęła fontanną, obryzgując rycerza, który teraz, z twarzą umazaną szkarłatem, rzeczywiście wyglądał jak piekielna zjawa. Odwrócił się ku pozostałym knechtom, w osłupieniu przyglądającym się zajściu. Zanim zdołali wyciągnąć miecze, Zawisza był przy nich. Pierwszy dostał opancerzoną pięścią w twarz i zwalił się na ziemię ze złamaną szczęką. Drugiego rycerz chwycił za głowę i gwałtownie skręcił. Chrupnęło i knecht padł martwy, a jego szłom poturlał się pod nogi kolejnego, który chwycił za miecz, ale zaraz został rozpłatany niemal na pół przez ostrze Tomasza Kalskiego.
Polscy rycerze widzieli z daleka mord na dziewczynce i po tym, co zastali w osadzie, była to kropla przelewająca czarę. Gniew musiał znaleźć ujście. Spadli na Węgrów jak nawałnica, ścigali ich pomiędzy zgliszczami, cięli po plecach, rozłupywali czaszki, tratowali końmi. To nie była walka, lecz rzeź. Knechci mimo przewagi liczebnej nie mieli szans. Tego dnia żaden z nich nie miał prawa ujść z życiem.
Michał Küchmeister z niedowierzaniem patrzył na to, co się dzieje. Ujrzał, jak Zawisza Czarny niczym sama Śmierć kroczy wśród tlących się jeszcze zgliszcz, zwalonych belek i znika we wzbitej przez wiatr chmurze popiołu. Po chwili rozległy się stamtąd krzyki umierających.
Tymczasem oczy Vladka z Vrhbosny błysnęły złowrogo, powieka mu kilkakrotnie zadrżała i naraz coś w nim pękło. Ryknął na całe gardło, spiął konia i dołączył do Polaków, z jeszcze większą niż oni furią rąbiąc Węgrów.
Wściekły Küchmeister krzyknął za nim, ale widząc, że nie zdoła go zatrzymać, zaklął tylko i z zaciśniętymi zębami czekał, aż to szaleństwo dobiegnie końca. Zastanawiał się, co za przeklęta moc tkwiła w tej krainie, zagrzebana w ziemi lub unosząca się w powietrzu, że ludzie przeistaczają się tu w bestie? Tutaj krew przelewano częściej niż wodę. Nie było dnia bez wojny, bez masakry i śmierci... W Bośni zawsze tak było, jest i będzie na długo po tym, gdy oni staną się tylko imionami na kartach historii. Wojna jest tu naturalna niczym następujące po sobie pory roku.
Po chwili ustały krzyki, szczęk oręża i tylko gdzieniegdzie słychać było zduszone jęki umierających. Dokonało się. Obryzgani krwią polscy rycerze wrócili na trakt. Milczeli. Nie patrzyli sobie w oczy, ale też nie próbowali nic tłumaczyć. Z otulonych dymem zgliszczy jako ostatni wyszedł Zawisza. Podszedł do konia, wsunął stopę w strzemię i płynnym ruchem wskoczył na siodło.
Michał Küchmeister gniewnie zmrużył oczy i już miał krzyknąć, że bez jego rozkazu nikt nie miał prawa sięgnąć po miecz, kiedy poczuł ciężką dłoń na ramieniu.
Odwrócił się i ujrzał twarz Janusza Brzozogłowego.
- Nie dzisiaj, zakonniku - usłyszał. - Dzisiaj byś zginął.
Krzyżak spojrzał w płonące źrenice Zawiszy Czarnego i dostrzegł furię, jakiej dotąd nie widział, choć w niejednej bitwie brał udział i nieraz miał do czynienia z wrogiem ogarniętym bitewnym szałem. Przeszedł go lodowaty dreszcz, instynkt podpowiadał, by ten jeden jedyny raz powściągnąć dumę.
- Jedźmy już - rzekł tylko.
Na czarnym niczym smoła niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, księżyc wznosił się nad horyzontem między wzgórzami, na niewielkiej polanie płonęło ognisko, szkarłatnym blaskiem oświetlając twarze mężczyzn. Zmęczeni podróżą i walką, siedzieli w milczeniu, odpoczywając przed czekającą ich ciężką przeprawą przez góry. Tomasz Kalski z lekkim uśmiechem wpatrywał się w rozgwieżdżone niebo, wspominając ukochaną Annę. Skarbek z uwagą doglądał rożna, na którym piekły się dwa zające. Janusz Brzozogłowy leżał na trawie z siodłem pod głową, nasunął szłom na oczy i słychać było jego pochrapywanie. Jan Farurej, Küchmeister i Vladko ostrzyli miecze.
Zawisza wpatrzony w buchające z ogniska iskry rozpamiętywał wydarzenia w wiosce. Wiedział, że postąpił właściwie, przecież żaden sąd nie wymierzyłby zbrodniarzom odpowiedniej kary. Zemsta - biblijne oko za oko, ząb za ząb. Wierzył, że w przyszłości to się zmieni i prawo ludzi do życia będzie przestrzegane. Nie będzie narodów lepszych ani gorszych, a władcy będą bronić poddanych, a nie posyłać na nich wojsko. Na razie jednak w świecie, w którym żył, obowiązywało prawo miecza.
- Nad czym tak dumasz, Ledianinie? - Vladko zwrócił się do Zawiszy.
- Dlaczego służysz najeźdźcy? - odparł Polak pytaniem. - Przecież Węgrzy ziomków twych mordują, niewiasty hańbią, a dzieci... sam widziałeś.
Bośniak odłożył miecz i spojrzał na niego ponuro.
- Mówisz teraz jak Tverdkowi ludzie, co wzrokiem sięgają jeno do dnia następnego, a nie dostrzegają tego, co niechybnie przyjdzie za rok, może dwa. - Spojrzał na południe, gdzie w ciemności majaczyły masywy górskie. - Turcy stoją już u naszych granic, lada chwila zielone sztandary załopoczą nad naszymi głowami, wojownicy z zakrzywionymi szablami zaleją nasze ziemie, zburzą kościoły - w ich miejsce postawią meczety, a zamiast krzyży będziemy oglądać półksiężyce. Tylko Luksemburczyk może to powstrzymać. Lepiej być w niewoli chrześcijańskiego władcy niż Saracena.
- Są jeszcze inni...
- Inni? - prychnął Bośniak. - Może Anglicy i Francuzi, co od niepamiętnych czasów wojnę ze sobą toczą i nic więcej ich nie zajmuje? Może Małgorzata rządząca Danią, Szwecją i Norwegią, chroniona przed Turkiem przez szmat ziemi i morze? A może wasz król, Ledianinie, przybędzie z pomocą lub mistrz zakonu krzyżackiego?
Küchmeister spojrzał spode łba na rycerza z Vrhbosny.
- Pierwej się sami za łby wezmą - roześmiał się Bośniak. - A gdy nową wojnę w Europie będą wszczynać, w jej progach stać już będą sułtańskie wojska. A my na Bałkanach pozostaniemy sami, jak przed dziewiętnastu laty, w dniu świętego Wita...
- Byłeś tam? - spytał Zawisza. - Na Kosowym Polu?
Vladko kiwnął głową, jego oczy posmutniały.
- Otrokiem jeszcze byłem, gdy sułtan Murad wysłał do serbskiego kniazia Łazarza Hrebeljanowicza list z żądaniem wydania kluczy otwierających wszystkie serbskie miasta oraz zapłacenia podatku za okres siedmiu lat. Pisał, że nie może tak być, by jedna ziemia posiadała dwóch panów i albo kniaź spełni żądania, albo niechaj się ze swoją armią na równinach Kosowa stawi, żeby spór szabla rozsądziła. Ludzie powiadali, że gdy Łazarz przeczytał list, zamknął się w swoim białym zamku w Krusevać i zalał się rzewnymi łzami.
Rycerz z Vrhbosny zamilkł, dorzucił drewna do ognia. Wszyscy czekali na dalszy ciąg opowieści. Nawet Küchmeister odłożył miecz i zaciekawiony wpatrywał się w pochmurne oblicze Bośniaka.
- Kniaź na pole bitwy przyprowadził niewiele ponad dziesięć tysięcy wojów, a byli wśród nich Serbowie, Chorwaci, Wołosi, najemni Albańczycy i my, garstka rycerzy z Bośni. Musicie wiedzieć, że wtenczas nasz król, dziad obecnie panującego, był sprzymierzeńcem Łazarza. Stanęliśmy na Kosowym Polu pierwsi, tuż przed wschodem słońca. Turcy nie kazali na siebie długo czekać, a kiedy się pojawili, poczerniał widnokrąg. Było ich całe mrowie. Wyborowe pułki janczarskie słynące z nieustępliwości, łucznicy, genueńscy najemnicy i straszliwi spahisi, którzy mogli się równać opancerzonym rycerzom. Zdawało się, że oto nadszedł nie tylko kres naszego życia, ale również naszych narodów, bo cóż mogło powstrzymać taką potęgę?
Zapatrzył się w ogień. Wspomnienia sprzed blisko dwudziestu lat były żywe, jakby wszystko wydarzyło się zaledwie wczoraj.
- Hrebeljanowicz, chcąc rozstrzygnąć bitwę szarżą ciężkiej jazdy, ustawił główne siły pośrodku. Za nimi stanęła piechota mająca ubezpieczać tyły. Na prawej flance umieścił lekką jazdę Vuka Brankovicia, pana na Kosowym Polu. Na lewej chorągwie chorwackie, serbskie i bośniackie, w tym i mój oddział. Mieliśmy za zadanie związać walką tureckie skrzydła i nie dopuścić do okrążenia naszych sił. Z samego rana, zanim słońce zdążyło wspiąć się na niebo, zaczęło się...
- Prawda to, iż Łazarz wpierw lekką jazdę do walki pchnął? - spytał Skarbek.
Słyszał o bitwie od swojego stryja, który ponoć stawał na Kosowym Polu. Stryj był jednak wyśmienitym łgarzem i w jego opowieściach zwykle więcej było przechwałek niż prawdy.
- Tak - potwierdził Vladko. - Rozpoczął bój od szarży na flankach, wierząc, że sułtan, chcąc zmienić szyk swoich wojsk, rozpocznie manewry, a w on czas miała uderzyć ciężka jazda.
- Nieźle to sobie umyślił.
- Pomimo silnego ostrzału łuczników Vuko Brankovic ze swoimi jeźdźcami doszedł wroga i rozbił jego piechotę. Zaraz potem ruszyło nasze skrzydło w szalonej szarży wprost na zakrzywione janczarskie miecze.
Vladko ciężko westchnął, opuścił głowę i teraz mówił szeptem.
- Niewiele pamiętam z tamtych chwil, jakby dobry Bóg chciał mi oszczędzić wspomnień. Najpierw czułem powiew wiatru na twarzy, radosne podniecenie walką, słyszałem bojowy okrzyk z tysiąca gardeł, a potem był tylko szczęk oręża, wrzaski umierających i strach. Potworny strach. Liczyłem jeno siedemnaście wiosen i choć wcześniej zabijałem ludzi, to jeszcze nigdy nie uczestniczyłem w takiej rzezi. Wokół lała się krew, w ścisku ludzie miażdżyli się nawzajem, gruchotały kości, pod nogami walały się odrąbane ręce, turlały głowy. Teraz to dla mnie zwykłe, żołnierskie rzemiosło, wtedy to było piekło.
- Wojna nigdy nie powinna być czymś zwyczajnym - mruknął Zawisza.
- Tutaj jest.
- Opowiadaj dalej - niecierpliwił się Skarbek. - Jak to było z tym Miłoszem Obiliczem?
- Wszystko w swoim czasie - uśmiechnął się Vladko. - Nagle runął na nas hufiec lekkiej jazdy tureckiej prowadzonej przez syna sułtana, Jakuba. Wstrzymał impet naszej szarży i rozpoczęły się pojedyncze starcia. Dzięki bożej opatrzności i mojej sile zwyciężałem jednego wroga po drugim, gdy nagle stanąłem oko w oko z bogato odzianym w zieleń i purpurę wojownikiem. Jego biały turban zbryzgany był krwią, w ręku dzierżył zakrzywiony miecz i dosiadał cudownej urody rumaka. Po pierwszej wymianie ciosów zrozumiałem, że mam do czynienia z nie lada szermierzem i nie zdzierżę. Mogłem się jeno bronić i myślałem już, że przyjdzie mi zginąć. Wtenczas zdarzył się cud.
Bośniak zamilkł i ponownie zapatrzył się w ogień.
- No mówże! - krzyknął płowowłosy rycerz. Pochłonięty historią zupełnie zapomniał o piekących się na rożnie zającach, które już poczerniały.
- Dobrze ułożony koń nie potknie się na polu walki, nie zmyli kroku, a nie wątpiłem, że taki był ów wierzchowiec Turka. Jednakże to się stało. Nie wiem, czy to był przypadek, czy łaska Boga? Zaskoczony przeciwnik opuścił broń tylko na chwilę, ale to mi wystarczyło. Uderzyłem go między oczy. Po bitwie powiadali, iż w zamęcie bitewnym poległ Jakub, sułtański syn...
- Chcesz powiedzieć, iż ty go ubiłeś? - spytał Zawisza.
- Nie wiem - pokręcił głową Bośniak. - Jeśli to był ów Jakub, to bardziej pech przyczyną jego śmierci niźli moja biegłość.
- Toś nam teraz historię opowiedział - klasnął w dłonie Tomasz Kalski.
- Jeszcze nie skończyłem.
- Właśnie - wtrącił Skarbek. - Opowiedz o Miłoszu.
- Niestety, fortel Łazarza się nie powiódł i środek sułtańskiej armii nadal stał niewzruszony. W dodatku z pola bitwy zbiegł Vuko Branković ze swoimi oddziałami, a Miłosz Obilicz, najbardziej zaufany rycerz kniazia, oddał się do niewoli. Powiedział Turkom, że chce do nich przystać, ale najbardziej pragnie przyjąć wiarę w Proroka w obecności samego sułtana. Zaprowadzono go zatem do namiotu Murada, a tam podczas pokłonu rzekomy zdrajca rzucił się na sułtana i przebił mu gardło zatrutym sztyletem.
- A zatem to prawda, co stryj rzekł. Miłosz ubił Murada, nie bacząc, że rozsiecze go sułtańska straż i zamęt wywołał w szeregach wroga. - Skarbek pomyślał, czy nazbyt surowo nie osądzał swojego stryja. Może ów zacny rycerz naprawdę był we wszystkich miejscach, o których opowiadał?
- Tak - odparł Bośniak. - Jednakże nasze szczęście nie trwało długo. Drugi syn sułtana, Bajazyd, nie bez racji zwany Błyskawicą, w mig sięgnął po władzę i przywrócił porządek w tureckich szeregach.
- A co w tym czasie czynił Łazarz?
- Kniaź osobiście poprowadził natarcie ciężkiej jazdy w sam środek islamskich sił. Później mówili, iż to było istne szaleństwo. Możliwe. W moje serce jednak spłynęła nadzieja. Rzuciliśmy się na wroga jeszcze zacieklej, walczyliśmy do upadłego. W Kosowe Pole wsiąkło morze krwi. Przeklęte to miejsce, nad którym jeszcze przez wieki będą unosić się upiory wojny.
- Czyim zwycięstwem zakończyła się bitwa? - do rozmowy wtrącił się Michał Küchmeister. - Gdyż różnie powiadają.
- Trudno rzec - westchnął Vladko. - Jam nie doczekał. Dostałem szablą przez łeb i padłem nieprzytomny. Na szczęście ostrze ześlizgnęło się tylko po czerepie i jeno mi się blizna ostała.
Bośniak odgarnął włosy i pokazał szramę biegnącą przez pół głowy.
- Ponoć wojska były tak wyczerpane, iż obie armie się wycofały. Turcy stracili swojego sułtana i jednego z jego synów, my zaś wielu walecznych rycerzy, w tym Miłosza Obilicza i samego kniazia Łazarza.
- Zostali męczennikami za wiarę - rzekł Tomasz.
- Ludziska powiadają, że w noc poprzedzającą bitwę kniaź ujrzał anioła, który dał mu do wyboru - potęgę doczesną lub miejsce w Królestwie Niebieskim. To drugie jednak oznaczało męczeńską śmierć za wiarę. Łazarz wybrał. Oby więcej było takich jak on, gotowych stawić czoło niewiernym, zanim nas wszystkich pochłoną.
Zamilkł i siedzący przy ognisku mężczyźni pogrążyli się w myślach. Słychać było tylko pohukiwania sowy w oddali, trzask iskier i chrapanie Janusza Brzozogłowego.
- Psiakrew! - Skarbek z Gór dopadł rożna i spalonych na węgiel zajęcy. - Przyjdzie nam dzisiaj kłaść się bez wieczerzy.
Szlak wiódł wśród skalistych, kaleczących niebo gór, olbrzymich głazów porośniętych mchem, potoków i strumyków, wprost na przełęcz, za którą rozciągały się łagodne, lesiste wzgórza Visoko. Niebo było bezchmurne i słońce, które wznosiło się nad granią, paliło niemiłosiernie. Podejście stawało się coraz bardziej strome, więc rycerze musieli zsiąść z koni i teraz prowadzili je za uzdy. Pot zrosił czoła mężczyzn, ich ciężkie oddechy zlewały się ze stukotem kopyt na kamiennej ścieżce.
Rozglądali się czujnie w obawie, że zza skał wyskoczą bośniaccy powstańcy, którzy w górach mieli swoje kryjówki. Czasami zdawało im się, że widzą sylwetki przyczajone za wyłomami skalnymi, i już sięgali do mieczy, ale okazywało się, że to tylko gra cieni. Od czasu do czasu odwieczną ciszę gór przerywał dźwięk osuwających się kamieni. Wtedy z niepokojem spoglądali w górę, jednak dostrzegali tylko kozice na grzbietach wzniesień.
- Miejcie oczy szeroko otwarte - rzekł Küchmeister. - Teren doskonały na zasadzkę. Zauważyliście coś?
- Nic - pokręcił głową Tomasz. - Jeno skały i skały.
- To Bośnia - rzekł Vladko. - W tej krainie skały jest więcej niźli ziemi. Powiadają, że gdy Bóg zstępował z gwiazd, na plecach niósł dwa worki. W jednym była ziemia, zaś w drugim kamienie. Z tego budulca miał ulepić nasz świat. Jednakże Szatan, który zawsze i wszędzie Panu szyki pragnie pomieszać, uczynił dziurę w worku z głazami. Te zaś wysypały się i tam, gdzie spadły, zrodziła się Bośnia.
Rycerze roześmieli się.
- Piękną nam historię rzekłeś - rzekł Skarbek. - Zatem już od zarania dziejów kraj ten okrutnie przez los jest doświadczany.
- Tak to już bywa - mruknął Bośniak.
- Nie frasuj się. Zapewne kiedyś to się odmieni.
Vladko pokręcił ponuro głową.
- Bośnia zawsze naznaczona będzie piętnem wojny. Spójrzcie tam - wskazał na zachód. Rycerze przystanęli i korzystając z chwilowego odpoczynku, sięgnęli po bukłaki z wodą. Próbowali coś dostrzec pomiędzy szczytami, ale widzieli tyko kolejne łańcuchy gór. - Tam znajduje się Vrhbosna, moja rodzinna osada. Położona w rozległej dolinie otoczonej lesistymi wzgórzami, które jesienią przybierają kolor szkarłatu i brązu. Zimą okrywają się białym puchem, skrzą w słońcu i wtedy mogłoby się wydawać, iż tu właśnie znajduje się Królestwo Niebieskie. Wiosną zaś drzewa cieszą oczy soczystą zielenią.
Bośniak zamilkł zapatrzony w dal, na jego twarzy pojawiły się bruzdy.
- Wieszczka rzekła, że ledwie połowa wieku minie, najadą nas niewierni i z niewielkiej osady uczynią olbrzymie miasto. Turcy nazywać je będą Sarajewo, co w ich języku oznacza dwór na równinie. Słynne będzie na cały świat, ale nigdy nie zazna spokoju. Zawsze unosić się będą nad nim dymy z pogorzelisk, krew będzie spływała ulicami. A kiedy w Europie zapanuje pokój, bo ponoć takie czasy nadejdą, gdy umilkną bombardy i szczęk oręża, tam zawsze będzie trwała wojna...
- Bzdury! - warknął Küchmeister. - Obłąkane staruchy bajdy opowiadają. Nie można dawać wiary ich słowom.
- Nie lekceważ tego. Bóg przemawia przez ich usta...
- Cóż one mogą wiedzieć o Bogu? - rzekł gniewnie Krzyżak. - Nie mają pojęcia o Jego istocie, a co dopiero o zamierzeniach. Wszyscy macie bielma na oczach i jako ślepcy ciemność jeno widzicie. Stwórca nielicznych tylko obdarzył światłem, darem wiedzy, uchylił rąbka tajemnicy...
Zawahał się, zdając sobie sprawę, że powiedział zbyt wiele.
- Na pewno nie są nimi te nieszczęsne niewiasty - powiedział już spokojnie, próbując się uśmiechać. - Idźmy już. Czasu nie mitrężmy.
Pociągnął za uzdę konia i ruszył ścieżką. Rycerze spojrzeli po sobie trochę zdziwieni tak nagłym wybuchem, ale nic nie mówiąc, poszli za nim.
- Poczekaj. - Zawisza przytrzymał za ramię Brzozogłowego. - Co o nim myślisz?
Janusz zmarszczył czoło wpatrzony w oddalającego się Küchmeistera.
- Nie podoba mi się ta misja.
- Jak nam wszystkim. Nie o to pytałem.
- Co mam ci rzec? - Spojrzał w miodowe oczy Zawiszy. - To przecież Krzyżak. Dzisiaj wędruje z nami, jutro będzie naszym wrogiem. Nie wiem, czemu Zygmunt go z nami posłał ani dlaczego ten przyjął misję, ale powiadam ci, tu chodzi o coś więcej niźli głowa tego nieszczęsnego djeda.
- Też tak sądzę. Miej na niego baczenie.
- Zawsze będę tuż za jego plecami.
Gotlandia na zawsze stracona, pomyślał z goryczą Arnold von Baden, okrywając się szczelnie białym płaszczem z czarnym krzyżem po lewej stronie. Mimo że początek maja był pogodny, wręcz upalny, poranna bryza jak zwykle przyniosła chłodniejsze powietrze znad morza. Nagły podmuch wiatru targnął konarami niewielkich, karłowatych drzew, wzbił w górę piasek z wydm, chłoszcząc kamienne mury miasta Visby. Drobne ziarenka wciskały się w szczeliny ścian, bezskutecznie próbując wedrzeć się do środka twierdzy. Sosny pochyliły się, trzeszcząc złowieszczo, i zdawało się, że zaraz runą na mizerne domy żeglarzy i rzemieślników na podzamczu.
Stojący na blankach murów były wójt Gotlandii spoglądał ze smutkiem na odbijające od kei krzyżackie okręty. Wyładowane towarami i ludźmi kogi o wysokich kasztelach, olbrzymie dwumasztowe holki oraz niewielkie krajery z charakterystycznym marsem na topie masztów rozwinęły szare żagle i odpływały na południe do portów w Gdańsku, Elblągu, Lubece, żeby już nigdy tu nie powrócić. Dzisiaj ostatni z rycerzy zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego opuści wyspę. I będzie nim on sam, Arnold von Baden.
Wsiądzie na ostatni okręt, dotrze do Gdańska i ruszy na zachód, gdzie czeka już na niego urząd wójta Nowej Marchii. Powinien być zadowolony z tak znacznego awansu, otwierającego drogę do własnego komturstwa, którego tak pragnął, jednakże na jego twarzy malował się smutek, a usta zacisnął w wąską linię.
Dobrze pamiętał, ile wysiłku i złota kosztowało zakon zdobycie, a później utrzymanie wyspy. A ten głupiec, Ulryk von Jungingen, który zaledwie przed dwoma laty został wielkim mistrzem, roztrwonił to, co z takim trudem zdołał wywalczyć jego brat, Konrad. Mimo wygnania witalijczyków z Visby, zwycięstw nad wojskami szwedzkimi i flotą duńską, rozpoczętych prac fortyfikacyjnych, zgodził się na sprzedanie wyspy królowej Małgorzacie za jedyne dziesięć tysięcy dukatów - cenę niższą od tej, za którą ją nabyli.
Przypomniał sobie, jak rok temu, spacerując po krużgankach zamku w Malborku, von Jungingen tłumaczył konieczność opuszczenia Gotlandii...
- Rozumiem twój ból, bracie - wielki mistrz przemawiał czule niczym do największego przyjaciela, a nie mało znaczącego wójta. - Jednakże nie mogę ciskać rękawicy Polsce, mając zatarg z unią kalmarską. Doprawdy nie pojmuję, jak ta suka Małgorzata sprawiła, że Dania, Szwecja i Norwegia mówią jednym głosem.
- Toż to samo uczynili Polacy i Litwini.
- Prawdę rzekłeś... - Ulryk von Jungingen przystanął i w zamyśleniu pogładził się po bujnej brodzie. - Ale ich za mordy trzyma Jagiełło i choć to wróg nienawistny, lis szczwany, który mnogo już zła uczynił zakonowi, przyznać mu trzeba, iż przeciwnik zeń godny. A tu białka, co wnuki powinna niańczyć, nie za politykę się brać, mąt nam czyni.
Spurpurowiał na twarzy. Nie było tajemnicą, że niezwykle porywczy z niego człowiek i gdyby w tej chwili stanęła przed nim królowa Danii, niechybnie by ją udusił.
- Wasza dostojność... - rozpoczął nieśmiało von Baden. - Czy nie ma już nadziei na utrzymanie Gotlandii? Wszak port w Visby jest głównym ośrodkiem handlu i przybywają do niego kupcy z całego świata. Stamtąd odchodzą na zachód nasze statki wypełnione po brzegi zbożem, drewnem, bursztynem...
- Dość! - gniewnie uciął rozmowę Ulryk von Jungingen. - Wojna z Polską i Litwą niedługo się rozpocznie. Możemy skutecznie oprzeć się jednemu wrogowi, ale nie dwóm. Obaj mają ziemie większe i ludne, a i w wojnie są wprawieni.
Arnold von Baden stał w milczeniu. Nie podobał mu się pomysł wojny z Polską i podobnie jak zmarły Konrad von Jungingen uważał, że zakon powinien wzrok swój kierować ku północy, rozbudować flotę i stać się potęgą morską. Niestety, obecny mistrz był innego zdania.
- W tej chwili najważniejsze jest zniszczenie polsko-litewskiej unii, która niczym Hydra łeb swój podnosi, trza nam go ściąć i okutym butem przydeptać. Tego schizmatyka Jagiełłę, co śmie zwać się królem, do najgłębszego lochu wtrącić, żeby światła słonecznego już nie ujrzał. A Witolda od razu życia pozbawić! Gdzie wiatr dmuchnie, tam książę Litwy niczym sztandar na wietrze się zwraca. Nynie z Polakami się sprzymierzył, a wprzódy chrzest z rąk naszych przyjął i zakonowi wiernie służył. Nawet sam na czele wojsk krzyżackich Żmudź najeżdżał.
Żmudź - na jej wspomnienie Arnold von Baden zbladł. Ta niegościnna kraina porośnięta gęstą, nieprzebytą puszczą, gdzie na każdym kroku można natknąć się na pełne tajemniczej mocy święte gaje, przerażające posągi dawno zapomnianych bóstw i zagubione pomiędzy matecznikami osady, wzbudzała w jego sercu strach. Minęło prawie dwadzieścia lat, ale nie mógł wymazać z pamięci tego, co go tam spotkało. Przybył na Żmudź jako pełen zapału młody rycerz zakonny, gotowy mieczem szerzyć wiarę chrześcijańską wśród zacofanego ludu hołdującego starym pogańskim obyczajom. Zaledwie po trzydziestu dniach wyjeżdżał stamtąd jako złamany, posiwiały człowiek. Trzydzieści dni szaleństwa, trzydzieści dni koszmaru, trzydzieści dni, które odmieniły jego życie. Obiecał sobie nigdy więcej tam nie wracać.
- Nie frasuj się, bracie. - Oblicze Ulryka von Jungingena wypogodziło się. - Rychło rozprawimy się z Polakami i tedy wzrok nasz zwrócimy ponownie ku północy. Odzyskamy Gotlandię, a nasze wojska wylądują na plażach Danii, Szwecji i Norwegii.
- Dufam, iż tak się stanie. - Arnold von Baden ukłonił się nisko.
- Zmiażdżymy ich naszą potęgą.
- Zaiste, nikt i nic nie jest w stanie oprzeć się sile naszych mieczy.
Wielki mistrz zmrużył oczy i dłuższą chwilę wpatrywał się w stojącą na dziedzińcu studnię z żurawiem.
- W tej walce nie oręż będzie stanowił o naszej potędze. Ta siła dopiero się rodzi, kiełkuje, żeby zakwitnąć w odpowiednim momencie - odparł nabożnym szeptem. - Uwierz mi, są rzeczy, których rozumem jeszcze nie ogarniasz, ale już wkrótce zostaną ci objawione.
Wójt Gotlandii spojrzał zaskoczony. Jakaż potężna musiała być moc, o której największy dostojnik zakonu, wódz uważany za najodważniejszego i najbieglejszego w wojennym rzemiośle, wyrażał się z taką czcią? Co chciał mu powiedzieć? Jaką tajemnicę przed nim skrywał? Tyle pytań cisnęło mu się na usta, a jednak milczał, pokornie czekając.
- Dość już o polityce! - zawołał von Jungingen, szeroko się uśmiechając. Spojrzał w bezchmurne niebo. - Widzę, że sokoły w górę się wzbiły i rozpoczęło się polowanie. Pospieszajmy, bo ominie nas dobra zabawa.
Arnold von Baden podążył za spojrzeniem wielkiego mistrza i ujrzał szybujące w powietrzu ptaki...
Mewy krążyły nad murami i basztami Visby, wypatrując pożywienia. Od czasu do czasu pikowały ostro w dół, ale nie czyniły tego z tak drapieżną gracją jak sokoły. Gdzież im do najpiękniejszych ptaków na świecie? Krzyżak uśmiechnął się do siebie. W Nowej Marchii będzie mógł przynajmniej porządnie zapolować, bo tu, na wyspie, nie było odpowiednich terenów ani zwierzyny.
Spojrzał w stronę portu, gdzie przy kei stał już tylko jeden okręt. Była to najokazalsza w krzyżackiej flocie koga. Do jej budowy użyto dębiny, buku i wiązu z lasów wybrzeża gdańskiego, które w obfitości rodzajnych gatunków drewna nie miały sobie równych. Na okręcie wznosiły się wysokie kasztele, otoczone przypominającym zęby rekina krenelażem, a w ich wnętrzu mogło pomieścić się nawet trzydziestu zbrojnych. Oczywiście koga wyposażona została w moździerze, serpentyny, periery, działa relingowe, ale na razie liczebność załogi i siła oręża decydowały o zwycięstwie lub porażce w bitwach morskich.
Arnold von Baden wierzył, że w przyszłości na pokładach będą montowane potężne bombardy gotowe niszczyć kadłuby okrętów wroga, robić w nich wyrwy i posyłać na dno. Lecz na razie armaty robiły tylko dużo huku i dymu, a rezultaty były mizerne. Więcej zamieszania czyniły płonące bełty kusz lub głazy ciskane z marsów przez marynarzy.
Po raz kolejny zachwycił się pięknym kształtem kogi, doskonale wyprofilowanym bukszprytem i rozpiętym na rei olbrzymim, falującym żaglem. Okręt był gotowy do drogi. On też. Zabierze ze sobą smutek i żal. Przez te lata zdążył pokochać nadbałtyckie plaże, szum morza i krzyk mew budzący go każdego poranka. Teraz miał to wszystko utracić.
Na widnokręgu dostrzegł już duńskie okręty. Wiatr wybrzuszył ich żagle, wiosła miarowo uderzały o taflę wody. Zaraz dobiją do nabrzeża i na ląd wylegną zbrojni odziani w pancerze kolcze, z kapalinami na głowach, ściskający berdysze i halabardy. Padną rozkazy w dziwnej, bełkotliwej mowie, a na basztach i wieżach Visby załopocą czerwone sztandary z białym krzyżem.
- Panie? - usłyszał za sobą głos. Odwrócił się i ujrzał półbrata w szarej jace z czarnym, niepełnym krzyżem na piersiach. - Możecie sposobić się do drogi.
Arnold skinął głową. Raz jeszcze spojrzał na sosny otaczające miasto, na majaczące w oddali łąki, na rybackie łodzie na plaży i po raz drugi w blisko czterdziestoletnim życiu łzy popłynęły mu po twarzy. Pierwszy raz miało to miejsce, gdy opuszczał Żmudź. Jednakże wtedy były to łzy szczęścia i ulgi, teraz - żalu.
Już czas.
Sen, jak to zwykle bywa, nie nadchodził właśnie wtedy, kiedy von Baden najbardziej tego pragnął. W ciasnym pomieszczeniu wydzielonym dla gości na rufie okrętu zgasła już ostatnia świeca i zapanowała ciemność. Leżał na wypchanym słomą sienniku pod ciepłą derką i wsłuchiwał się w skrzypienie desek na pokładzie, chrapanie, ściszone szepty żołnierzy i urywane śmiechy marynarzy. Noc zastała ich na morzu, ale wpatrzony w gwiazdy sternik kierował łódź wprost na południe.
Arnold von Baden, choć uwielbiał morze i godzinami mógł przyglądać się falom podmywającym strome brzegi klifów, mknącym po wodzie okrętom z rozpostartymi żaglami, samego żeglowania nie znosił. Nie mógł wytrzymać ciągłego bujania oraz kołysania i zbierało mu się na mdłości. Sytuację pogarszał wszechobecny zapach przemokniętego drewna i smród spoconych ciał. Przezornie przez cały dzień nic nie jadł, ale nie na wiele się to zdało. Mógłby pójść o zakład, że już zwrócił całą zawartość żołądka, a trzewia wciąż płonęły mu ogniem, jakby diabły krzesały w nich iskry.
Przewrócił się na drugi bok, podciągnął kolana pod brodę i zaczął modlić się o sen. Błagał już nie tylko Ojca Najwyższego w niebiesiech, Syna Jego i Maryję, patronkę zakonu, ale również wszystkich znanych mu świętych. Niestety, modlitwa nie dała żadnych rezultatów i rycerz zaczął liczyć barany, co - jak zapewniała go piastunka - było najpewniejszym sposobem na sen. O ile w dzieciństwie zasypiał zaledwie po dwóch dziesiątkach, teraz nie wystarczyło kilku setek, a gdy kończyła się jego znajomość algebry, zaczynał liczyć od nowa, ale tym razem konie. I biegły w szalonym pędzie rosłe wierzchowce holsztyńskie, wysokie angielskie rumaki, meklemburskie klacze, siwki, kasztanki i czarne ogiery...
...uderzone mocno rycerskimi ostrogami przeskoczyły ostrokół, wspięły się na niewielki, usypany w celach obronnych nasyp i już dwa tuziny jeźdźców znalazły się w osadzie. Nieśli płonące pochodnie, których blask oświetlał okrutne, szalone oblicza. Przy akompaniamencie dzikiego, triumfalnego wrzasku zapłonęły prymitywne chaty z bierwion. Czerwone języki ognia sięgnęły nocnego nieba, dym uniósł się w zimowe powietrze, wiatr rozniósł po okolicy smród palonych ciał.
Przerażeni ludzie wylegli przed domostwa, kobiety łkały, dzieci krzyczały, mężczyźni próbowali bronić się oszczepami, widłami, siekierami, wszystkim, co mieli pod ręką. Na próżno. Rycerze bez trudu radzili sobie z prostymi chłopami. Siekli mieczami po twarzach, odcinali ręce wznoszone w błagalnym geście, zabijali bez cienia litości. Poganie nie byli godni życia. Na białym śniegu pojawiły się plamy krwi.
- Ma'ra! - krzyknęła przerażona kobieta, dostrzegając na płaszczach najeźdźców czarny krzyż.
Tak nazywali Żmudzini pozbawioną uczuć, bezwzględną boginię śmierci, której nie dało się przebłagać, obłaskawić szczodrymi ofiarami ani przekupić. Perkunowi wystarczyło ogień palić, Matergabii ofiarować pierwszy placek z domowych wypieków, a dla Dejwesa zarżnąć dorodnego prosiaka. Jednak z Ma'rą nijak nie dało się ułożyć, bo jak ze Śmiercią można targi czynić?
Starzy Żmudzini powiadali, że gdzieś daleko, za puszczami i matecznikami, stoi olbrzymi kamienny gród, Malborkiem zwany. To stamtąd przybywają ciemiężcy - wojownicy, którzy na ich ziemię przynieśli krzyż i miecz, krew i ogień. Ponoć wykuli we wschodniej ścianie swojego zamku wnękę, w której umieścili skrzący się wszystkimi kolorami tęczy, wysoki na pięciu chłopa posąg bogini Ma'ry. Na ręku trzyma dzieciątko i wydaje się uosobieniem macierzyństwa i miłosierdzia. Nic bardziej mylnego, żadna bowiem miłosierna matka nie wyśle swoich synów, żeby czynili zło z jej imieniem na ustach. A oni mordowali, palili, wycinali święte gaje, a w ich miejsce stawiali krzyże. Krzyże, które według nich były symbolem miłości, a dla Żmudzinów jedynie cierpienia. Krzyżacy gasili ognie płonące od wieków na wzgórzach, łączące ziemię i niebo, ogrzewające serca bogów, aby zawsze były ludziom przychylne. Powiadają, że Ma'ra nie pragnie ognia, bo zamiast serca ma bryłę lodu, a przyjemność czerpie z ludzkich katuszy. Jakże spaczona musi być ta bogini, a jej miłość zaborcza i zła. Straszliwe oczy malborskiego posągu skierowane są na wschód, na Żmudzinów, którzy jako jedyni nie chcą przyjąć chrztu i poddać się jej woli. Stąd niszczycielskie rejzy panów pruskich wprowadzających chrześcijaństwo mieczem i pożogą.
Kobieta wykrzykująca imię okrutnej bogini próbowała uciekać w stronę płonącej chaty. Widziała, jak mąż padł pod ciosami krzyżackich mieczy. Bronił się dzielnie, ale nie sprostał zakutym w stal rycerzom. Ona musiała przeżyć, dla dzieci. Uratować je, wyprowadzić z tego piekła daleko w puszczę. Tam, ukryta w gąszczu, doczeka świtu, wróci na pogorzelisko i pochowa męża.
Gdy była przy progu i widziała już przestraszone oczy dwuletniej córeczki i czteroletniego synka, poczuła ból w kręgosłupie. Potężny kopniak powalił ją na ziemię. Uderzyła głową o zwaloną drewnianą belkę i oczy zaszły jej mgłą. Próbowała się jeszcze podnieść, dotrzeć do czekających dzieci, jednakże przetrącony kręgosłup pozwolił jej tylko czołgać się. Po chwili zabrakło sił, myślała, że to koniec, że okrutna bogini Ma'ra zabierze ją do siebie. Przynajmniej skończą się cierpienia, pomyślała. Ale koszmar dopiero się zaczynał. Krzyżacki żołdak, który powalił ją kopniakiem, zeskoczył z konia, śmiejąc się obleśnie. Zdarł z niej giezło, rozsunął szeroko bezwładne nogi.
Żmudzinka nic nie czuła. Wpatrywała się tylko z rozpaczą w swoje dzieci, które widząc matkę na ziemi, cicho płakały, a ona, mając je na wyciągnięcie ręki, nie mogła przytulić, uspokoić, ukochać. Wiedziała, że widzi je po raz ostatni. Kiedy było po wszystkim, żołdak sięgnął do lewego boku po mizerykordię. Sprawnym, szybkim ruchem poderżnął kobiecie gardło, aż krew opryskała mu twarz. Teraz w łunie pożaru wyglądał jak demon z najgłębszego dna piekieł. A może był nim w rzeczywistości? Na jego ustach pojawił się okrutny uśmiech, ruszył w stronę chaty...
Obudził się zlany potem, przerażony, chwilę trwało, zanim przypomniał sobie, gdzie jest. Odetchnął z ulgą, czując bujanie okrętu i słysząc skrzypienie pokładowych desek. Dlaczego wydarzenia, które dawno powinien zatrzeć czas, zapłonęły w nim nowym ogniem? Wspomnienia wdzierały się do snów, niczym kokon oplatały myśli i dręczyły koszmarem sprzed dwudziestu lat. Zamykał oczy i widział je nadal. Twarze kompanów umazane krwią, oczy płonące żądzą mordu, piana na wykrzywionych wściekle ustach, zmasakrowane zwłoki kmiotków, zwęglone ciała dzieci, okaleczone nagie kobiety i stada psów rozszarpujących poległych, których nie było komu chować.
Wiatr szarpnął żagiel, naprężyły się szoty i okręt przechylił się mocniej niż zwykle. Kapitan krzyknął tubalnym głosem i zaraz na pokładzie rozległ się tupot dziesiątek stóp. Marynarze, którzy schowani za kasztelami grali w kości i opowiadali sprośne żarty posłyszane w portowych tawernach, wylegli na zewnątrz. Na morzu nie ma miejsca na lenistwo. Tutaj życie zależy od szybkości i sprawności działania całej grupy.
Zupełnie jak podczas bitwy, pomyślał von Baden. Szarżując na wroga, nie można złamać szyku, nie można wyjść przed szereg ani zostać w tyle. Bok w bok, strzemię przy strzemieniu, kopia przy kopii. Z kłusu równocześnie przejść w galop i do ostatniej chwili trzymać zwartość szyku, zaś po skruszeniu "drzewa" walczyć ramię w ramię z ludźmi, którzy w tej chwili znaczą więcej niż bracia.
Takimi towarzyszami broni byli dla niego druhowie z rejzy sprzed dwudziestu lat. Wraz z nimi znosił trudy dnia codziennego, przedzierał się przez knieje i mateczniki, palił, zabijał, łupił. Tak wyglądało ich życie, byli wojownikami służącymi wojnie. Gdy po raz pierwszy zatopił miecz w ciele bezbronnego kmiotka, targnęły nim wyrzuty sumienia. Gdy po raz pierwszy rzucił płonącą żagiew na słomiany dach, słysząc straszliwy wrzask palonych żywcem, ogarnęła go groza. Gdy po raz pierwszy posiadł siłą kobietę na zgliszczach jej domostwa, poczuł do siebie wstręt. Jednakże każdy kolejny dzień przynosił coraz większą obojętność, rodzącą się w sercu litość tłumił w zarodku w jeszcze większym rozlewie krwi. Z imieniem Jezusa Chrystusa na ustach dopuszczał się najgorszych okrucieństw, najstraszliwszych zbrodni i w końcu zachwiało to jego wiarę w Boga miłosiernego, którego zaczął postrzegać jako zdziwaczałego, krwawego szaleńca.
Inni bracia zakonni i rycerze-goście, którzy przybyli w tamtych dniach na wschód, zwabieni gładkimi słówkami o chwalebnej misji tępienia pogaństwa, zatracili się w szaleństwie. Znaleźli radość w zabijaniu, prześcigali się w wymyślaniu coraz to okrutniejszych tortur, wzniecali pożary, które wcale nie koiły ich wściekłości, a jeszcze bardziej rozpalały żądzę mordu. Ale jego sumienie nie chciało polec i nie zdołał całkiem pogrążyć się w obłędzie, nie potrafił oddać duszy we władanie mroku. Zaczął się więc modlić. Było już jednak za późno.
Ze wspomnień wyrwał go kolejny przechył okrętu. W szczelinie ściany dojrzał, jak olbrzymia fala uderza w burtę i kaskadą wody opada na pokład. Marynarze wdrapali się na maszt i pospiesznie, ponaglani przekleństwami kapitana, zaczęli klarować żagiel. Gdy Arnold von Baden usłyszał krople deszczu coraz silniej uderzające o deski kasztelu, już wiedział, że czeka ich sztorm.
Nie lękał się śmierci. Przez lata służby brał udział w dziesiątkach bitew i setkach pomniejszych starć, widział tysiące umierających wrogów i pochował wielu przyjaciół, więc zdołał się z nią oswoić. Uczynił jednak znak krzyża i modląc się bezgłośnie, polecił duszę patronce zakonu, Najświętszej Marii Pannie. Błagał, żeby wstawiła się za nim u Ojca Najwyższego. Wiedział, że za zbrodnie, których dopuścił się względem bliźnich, bramy Królestwa Niebieskiego są dla niego zatrzaśnięte. Nie oszukiwał się jak inni bracia-rycerze i wiedział, że jeśli stanie na Sądzie Ostatecznym, krzywdy wyrządzone poganom nie będą wliczone w poczet zasług, a wręcz przeciwnie, staną się powodem wtrącenia go w najgłębsze czeluści piekła.
Ale na razie piekło szykowało mu morze.
- Wszyscy na pokład! - krzyczał kapitan i chociaż dotyczyło to zwykłych marynarzy, Arnold zrzucił płaszcz i w samej koszuli oraz nogawicach wyskoczył ze swojej prowizorycznej kajuty.
Od razu potężny podmuch wiatru rzucił go na burtę. Uderzył plecami o reling, skrzywił się z bólu, ale mocno zaparł się nogami, chwycił najbliższy czerpak i wraz z marynarzami zaczął wylewać wodę. Kątem oka dostrzegł, że za jego przykładem poszli również zbrojni knechci. W obliczu zagrożenia i na widok dostojnika zakonu pracującego wespół z załogą chwycili za czerpaki, wiadra, a nawet kielnie.
Woda nieprzerwanie wdzierała się przez wysokie burty, wiatr świszczał nad głowami, a deszcz chłostał twarze niczym bicz plecy niepokornego sługi. W ciemności widać było zarysy olbrzymich, spienionych fal nieubłaganie zdążających w stronę statku. Bałwany morskie przypominały wyniosłe szczyty gór i wydawało się, że zaraz wynurzy się z nich lewiatan, potwór morski o kilku głowach, postrach zabobonnych żeglarzy. Ponoć przed tysiącem lat stwór ten został ujarzmiony przez papieża Sylwestra I i uwięziony w podziemiach Lateranu, a teraz tylko czekał okazji, żeby się wydostać i pochłonąć świat. Przepowiednie mówiły, że nastąpi to w roku tysięcznym, za pontyfikatu papieża Sylwestra II. Mówiono nawet, że jeden Sylwester smoka uwięził, a drugi go wypuści. Na szczęście w Nowy Rok katastrofa nie nastąpiła, świat ocalał i euforia ogarnęła lud. Bawiono się i tańczono do rana. Od tego czasu w ostatni dzień roku urządza się huczne sylwestrowe zabawy. Jednakże starzy żeglarze powiadają: "Co się odwlecze, to nie uciecze" i gdy morze jest wzburzone, z lękiem spoglądają na nieprzebraną toń i wypatrują lewiatana.
Mimo ciężkiej pracy na pokładzie statek nabierał wody, a sternik nie był w stanie utrzymać obranego kursu. Znosiło ich ku piaszczystym plażom wschodniego brzegu Bałtyku. Wiatr z każdą chwilą przybierał na sile, sunęły na nich ściany wody, olbrzymie niczym mury malborskiego zamku, serca zarówno knechtów, jak i doświadczonych marynarzy ogarnął strach. Opuścili czerpaki, porzucili mocowanie ładunków i padli na kolana w pokorze przed żywiołem. Przerażeni modlili się żarliwie jak nigdy w całym swoim życiu, bo teraz naprawdę chodziło o ich marne żywoty. Nagle zdali sobie sprawę, jak kruchymi są istotami, uwięzionymi na niewielkiej łupinie wśród szalejącego sztormu. Po policzkach płynęły im łzy zmieszane ze słoną wodą.
Przemoczony von Baden przywarł do relingu, chwycił mocno drewniane ozdoby i spoglądał bezradnie, jak kolejna fala przewala się przez pokład, zabierając kilku marynarzy. Ich krzyki zlały się w jedno z potężnym rykiem wiatru, trzaskiem pękających wręgów statku, łamanych desek poszycia, a oni na zawsze zniknęli pod powierzchnią wody. Nie dane im będzie spocząć w ziemi, jak na prawdziwego chrześcijanina przystało, ich trumną na wieki pozostanie dno morza i tafla wody zamknie się nad nimi jak wieko.
Odwrócił głowę i dostrzegł, że sternik walczy jeszcze, próbując za pomocą długiego rumpla nakierować kogę na właściwy kurs. Pamiętał tego starego wilka morskiego jeszcze z czasów wyprawy na witalijczyków, gdy dzielnie prowadził krzyżacki okręt flagowy podczas bitwy morskiej u wyspy Helgoland. To właśnie wtedy ujęto słynnego Klausa Störtebekera, największego z piratów, jakich nosiła ziemia, wraz z siedemdziesięcioma jego ludźmi. Wszyscy zostali skazani na ścięcie.
Wśród żeglarzy krążyła opowieść, że Störtebeker miał prosić o łaskę dla tylu jego ludzi, obok ilu po ścięciu zdoła jeszcze przebiec po egzekucji. I ponoć bezgłowy pirat biegł szpalerem skazańców, a gdy minął już pięciu, przerażony kat rzucił mu pod nogi katowski pieniek, wtedy dopiero potknął się i upadł. Oczywiście tych pięciu piratów również zostało zgładzonych, bo zbyt wiele krwi bracia witalijscy napsuli możnym tego świata i nikt nie mógł odejść bez kary. Ale legenda przetrwała.
Nagle naprężony do granic rumpel złamał się wpół i sternik nadział się na ostro zakończone drzewce. Zawisł bezwładnie, a wiatr targał jego umierającym ciałem. Trzewia z przebitego brzucha wylały się na zewnątrz, a spojrzenie starego wilka morskiego mętniało z każdą chwilą. Arnold von Baden odepchnął się od burty i ruszył na pomoc. Walcząc z napierającą wodą, widział wokół umierających ludzi, miażdżonych przez źle zamocowane beczki i skrzynie, porywanych przez wiatr i roztrzaskiwanych o drewniane kasztele.
Czyżby sama Śmierć zawitała na okręt? Krzyżakowi wydawało się, że widzi ją na rufie, otuloną czarnym płaszczem, w narzuconym na czerep kapturze, jak rechocząc złośliwie, tnie kosą powietrze razem z ludzkimi istnieniami. Nie miał śmiałości spojrzeć w jej ziejące pustką oczy i zatrzymał się w pół kroku. A ona wyciągnęła w jego kierunku kościsty palec.
Krzyżak usłyszał trzask łamanego masztu, a potem ogarnęła go ciemność.
Słońce zaledwie wzniosło się nad horyzont, ciepłem budząc do życia kwiaty, które rozchylały kolorowe płatki, leśne zwierzęta zagrzebane w legowiskach i ptaki w gniazdach. Jasne promienie przegoniły resztki snu z powiek Butryna. Chłopiec ziewnął szeroko, piąstkami potarł wielkie, brązowe oczy i spojrzał na ożywiający się świat. Uśmiechnął się, dziękując Żeminie za dary ziemi, drzewo, pod którym się skrył, i owoce, oraz Matergabii za opiekę i ogień, który odegnał nocny chłód. Największe jednak podziękowania złożył Perkunowi za ochronę przed wiatrem, który całą noc szalał na wybrzeżu.
Podniósł się, otrzepał z piasku koszulę i spodnie - jedyne, jakie posiadał - i raźno ruszył leśną ścieżką. Niemal biegł, by jak najszybciej dotrzeć do plaży. Po sztormach morze wyrzucało na brzeg mnóstwo płonących kamieni. Butryn uwielbiał je zbierać, godzinami mógł grzebać patykiem w piasku, by je znaleźć. Wolał to od nauk ojca o pszczołach. Drążenie barci w pniach drzew, zakładanie śniotów chroniących przed dzięciołami i doglądanie rojów nudziło go okropnie. Wraz ze starszym bratem od małego przyuczany był do bartnictwa. Wiedział, jak wspinać się po pniu przy użyciu powrozów, podkurzać pszczoły za pomocą fajek dymnych, żeby łatwiej wyjąć z barci plastry miodu. Niestety, Butryn bał się pszczół, ich użądlenia powodowały u niego duszności i straszną opuchliznę. Cóż z tego? Nikogo to nie obchodziło. Bartnictwo było przecież dziedziczone, pradziad był bartnikiem, dziad, ojciec i on sam powinien nim zostać.
Ale jemu w głowie były tylko płonące kamienie, mieniące się odcieniami czerwieni i złota, jakby pochwyciły i zamknęły w swoim wnętrzu słońce. Zdarzało się czasem, że chłopak dostrzegał w środku zastygłe drobne muszki, mrówki i inne owady, których na próżno było szukać na łąkach. Butryn miał przeczucie, że pochodzą sprzed wieków i jakimś magicznym sposobem zostały zaklęte w kamieniu.
Przyspieszył kroku, wiedząc, że inni mieszkańcy okolicznych osad również słyszeli sztorm na Bałtyku i zapewne też zdążają na wybrzeże w poszukiwaniu skarbu. Żmudzini nazywali go jantarem od żywicy morskiej, którą w rzeczywistości był, Niemcy bursztynem, Szwedzi rafem, a jeden stary rybak powiadał, że to skamieniały mocz rysia. Butryn jednak wiedział swoje i twierdził, że to łzy bogini słońca, które spadając na ziemię, zmieniają się w płonące kamienie.
Wczorajszego wieczoru, widząc, że zbiera się na sztorm, wymknął się z chaty, aby dotrzeć do plaży przed innymi i cały wyrzucony przez morze skarb mieć dla siebie. Potrzebnych mu było wiele płonących kamieni, które potem w pocie czoła oszlifuje i wyrzeźbi z nich figurki zwierząt, ptaków i ludzi. W mniejszych zrobi otworki, nawlecze na rzemień i powstaną naszyjniki godne królowych, którymi obdaruje swoją matulę oraz trzy siostry. Od czasu do czasu sprzedawał swoje wyroby kupcom, których spotykał na trakcie do Memla, i wtedy cała rodzina przez tydzień miała co włożyć do miski, czasem starczało nawet na nowe giezło i buty. Duma nie pozwoliła ojcu przyznać, że to syn utrzymuje rodzinę, i nadal widział jego przyszłość w bartnictwie. Przymykał jednak oczy na wypady chłopaka nad morze i nie gonił do pracy tak jak drugiego syna.
Butryn wyszedł z lasu, minął ostatnie, pojedyncze sosny i od razu wiatr zmierzwił jego czarną czuprynę. Idąc między ogromnymi wydmami, wsłuchiwał się w szum morza. Ucieszył się, gdyż nikogo nie dostrzegł na plaży. Inni pewnie dopiero wyszli ze swoich osad ukrytych głęboko w żmudzkiej puszczy.
Zapomniał o całym świecie i z nosem przy ziemi zabrał się do poszukiwań. Po dobrym kwadransie natrafił na podmywane przez fale połamane deski i belki, ale nie zwrócił na nie uwagi, podobnie jak na postrzępioną białą szmatę z wymalowanym czarnym krzyżem. Dopiero gdy niemal potknął się o kawał drewnianego kasztelu i leżącego na nim człowieka, krzyknął przestraszony. Pierwszym odruchem była ucieczka, nawet odbiegł kawałek, ale chłopięca ciekawość wzięła górę.
Ostrożnie zbliżył się do leżącego. Był to postawny mężczyzna w średnim wieku, w bogato haftowanym odzieniu. Miał siwe, krótko ścięte włosy, oblicze poznaczone bliznami i coś mówiło chłopakowi, że to wojownik, choć pasa z mieczem u niego nie zauważył. Oczy miał przymknięte, ale klatka piersiowa rytmicznie się poruszała, co znaczyło, że wciąż żyje. Dopiero teraz Butryn rozejrzał się i zobaczył leżące wokół szczątki okrętu na przestrzeni co najmniej stai. Czy wśród rozbitych beczek, strzaskanych drewnianych belek byli jeszcze inni żywi ludzie? Ale chłopiec nie zdążył tego sprawdzić. Nagle usłyszał tętent końskich kopyt i w dali spostrzegł jeźdźców w białych i szarych płaszczach. Krzyżacy!
Ogarnął go strach i biegiem puścił się w stronę lasu, gubiąc sakiewkę z uzbieranymi bursztynami. Nawet nie przyszło mu na myśl, żeby po nią wrócić. Znał okrucieństwo panów pruskich i nie wątpił, że gdyby go schwytali, zawisłby na najbliższym drzewie. Uciekł więc, nie oglądając się na nieprzytomnego mężczyznę. Nie mógł wiedzieć, że to krzyżacki dostojnik i że ich drogi jeszcze się zejdą, ponieważ...
...każdy z ludzi posiada własną ścieżkę, którą zmierza do celu. Nieraz jest ona prosta, łatwa i zrozumiała, innym razem biegnie krętymi meandrami, klucząc pomiędzy radością a cierpieniem, chwałą a upadkiem. W jednej chwili jest się zwycięzcą, bez trwogi stającym twarzą w twarz z niebezpieczeństwem, wyzywającym śmierć, w następnej człowiekiem złamanym. W jednym dniu wyrzyna się tuziny ludzi, pali dziesiątki domostw, w następnym jest się ściganym niczym wilk przez sforę psów myśliwskich.
Jechali gęsiego, pochyleni w siodłach, zmarznięci i głodni. Zapadał mrok, niebo poszarzało, a oni nie zatrzymywali się, chcąc uciec pogoni. Niewielu ich już zostało - z tych, co najechali ziemię miednicką, łupiąc i paląc, w pysze wierząc w swą bezkarność. Teraz dumni i niezwyciężeni bracia-rycerze zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie niczym ostatni maruderzy uchodzili przed zwykłymi kmiotkami, uzbrojonymi jedynie w zwykłe maczugi, topory i noże.
Żmudzini, którzy podczas rejz krzyżackich uciekali głęboko w las do przygotowanych kryjówek i wracali, gdy fala nieprzyjaciela ustępowała i dogasały zgliszcza domostw, tym razem postanowili stawić opór. Przelała się czara goryczy, w sercach zapłonął gniew i choć nie mieli przywódcy, a jedynie rzeszę pomniejszych bojarów, zdołali skrzyknąć się i gdy okrutny komtur Memla z wójtem sambijskim najechali ich ziemię, stanęli murem.
Arnold von Baden, wtedy jeszcze mający czarne jak noc włosy i niebieskie, wesołe oczy, które niejednej niewieście zawróciły w głowie, spojrzał za siebie. Na szczęście nikt za nimi nie jechał, a oni, przebijając się przez olbrzymie zaspy śnieżne, zagłębiali się w las. Coraz trudniej było przeciskać się przez knieje i musieli zsiąść z koni. Szli tak długo jak się dało i dopiero gdy zrobiło się zupełnie ciemno, przystanęli znużeni. W nikłym świetle gwiazd spostrzegli, że znajdują się na zamarzniętych moczarach. Panowała zupełna cisza, nawet karłowate wierzby, pochylone upiornie nad bagnami, nie wydawały szmeru i choć wiatr kołysał gałęziami, rycerze nie słyszeli szumu.
W ich serca, dotąd nieznające trwogi, wdarł się strach. Czyżby znaleźli się na uroczysku? A może ten ciemny, chłodny, szary świat należał do zmarłych? Słońce tam nie dochodziło, kolory blakły, a wszelkie głosy milkły. Tak właśnie wygląda dziedzina duchów - welów, jak ich tutaj nazywano. Ponoć gdy Żmudzin umrze, ciało jego jest palone, duch zaś uchodzi do przodków, którzy otwierają mu wrota krainy śmierci, sadzają na ławie i serdecznie goszczą. Ale welowie żyją również w lasach i na uroczyskach, a zdarza się nawet, że będąc niewidzialnymi, wpraszają się do chat śmiertelników. Siedzą wtedy przy stołach, biorąc udział w ucztach, i baczą, czy ktoś ich czci nie uchybia, bo mogą się zemścić nieurodzajem, sprowadzić zarazę lub pomór bydła. Dlatego biesiadujący odlewają im napoju i nie podnoszą kawałków jedzenia, które spadły na ziemię, twierdząc, że welowie się nimi pożywią.
Siedmiu rycerzy, bo tylu ich tylko zostało z całego oddziału, zbliżyło się do siebie i trwożnie rozglądało, próbując przebić wzrokiem ciemność. Może lepiej było wyjść na gościniec i stawić czoło prześladowcom? Umrzeć jak na prawdziwego woja przystało, z orężem w ręku, a nie na cuchnących moczarach. Oczyma wyobraźni widzieli, jak otaczają ich ożywione trupy, podchodzą, powłócząc nogami, wyciągają gnijące palce, by zadusić lub porwać w bagnistą toń. Niemal słyszeli w ciemności dziwne chrząknięcia, szydercze śmiechy, szepty i pomruki.
Arnold von Baden zawsze wierzył tylko w to, co ujrzał na własne oczy, oprócz - rzecz jasna - Boga Najwyższego, którego wyznawał, mimo że spotkać miał Go dopiero podczas Sądu Ostatecznego. Teraz jednak był pewien, że ktoś kryje się w mroku, obserwuje go, i ten jeden jedyny raz uwierzył w bajania dziadów. Czuł już na karku cuchnące oddechy istot, które wypełzły z otchłani piekieł, żeby pazurami i zębami zerwać kruche ludzkie istnienie. Bał się jak nigdy dotąd, ale nie wiedział, że już niedługo bać się będzie po stokroć bardziej.
Nagle w oddali posłyszeli głuchy trzask, jakby złamała się przydepnięta gałązka. Ten dźwięk nie był już wytworem imaginacji. Wyciągnęli miecze, gotowi siec i kłuć wroga, choćby okazał się samym Lucyferem przychodzącym po ich nieszczęsne dusze. Wokół rycerzy zakonnych rozbłysły pochodnie, jedna po drugiej, i po chwili były ich już setki. Ujrzeli pałające nienawiścią oczy i ponure, brodate oblicza...
Chciał się podnieść i zerwać do ucieczki, ale silne ręce mocno go przytrzymały.
- Spokojnie, bracie - rzekł z troską w głosie pochylający się nad nim brodaty mężczyzna. - Nic ci nie grozi.
Arnold, mimo bólu rozrywającego mu płuca, uniósł się lekko i rozejrzał wokół.
Znajdował się na plaży, a nieopodal stało kilkunastu zbrojnych knechtów oraz dwóch rycerzy. Mrużąc oczy, próbował dojrzeć herby na ich jakach, by wiedzieć, w czyich rękach się znalazł. Odetchnął z ulgą, gdy spostrzegł czarne krzyże na płaszczach.
Dopiero teraz przypomniał sobie wydarzenia poprzedniej nocy, straszliwy sztorm, spadającą reję, uderzenie w głowę i lodowatą wodę. Później walczył z morzem, próbując dopłynąć do oddalającego się okrętu, ale po chwili krzyżacka koga była tylko niewielkim punktem na tle czarnej otchłani morza. Wokół niego dryfowały resztki strzaskanej rufy i udało mu się wspiąć na oderwany duży fragment kasztelu. Nie miał siły na nic więcej i pogodzony ze śmiercią zapadł w głęboki sen.
- Pić - wyszeptał spierzchniętymi wargami. Usiadł, ale nadal czuł, jak jest słaby i obolały.
Jeden z knechtów podszedł do konia, zdjął bukłak i podał go von Badenowi.
- Uważajcie, bracie, to wino. - Brodaty rycerz roześmiał się rubasznie, widząc, jak rozbitek łapczywie opróżnia bukłak. - Jeszcze wam do głowy uderzy.
- Dobrze, żem was, bracie, poznał. Spotkaliśmy się przed rokiem w Malborku. Nie wiem, czy mnie sobie przypominacie? - powiedział drugi zakonnik, chudy mężczyzna o zimnych, strasznych oczach. - Jam jest Hinze Ronow, prokurator z Memla. A ten nieokrzesaniec, co z was sobie dworuje, to Otto von Biendorf. Przybył z Ragnety i trzeci miesiąc u nas gości. Dufam, iż nasz komtur wreszcie go wygna, bo musicie wiedzieć, że to wielki żarłok i opój. Wnet nam wszystek szpek ze spiżarni wyżre i beczki wyżłopie.
- Nie frasuj się, Hinze - odparł Otto ze śmiechem. - Wonczas pozostaną jeszcze okoliczne białki, w których tak się lubujecie.
Nie było tajemnicą, że mimo ślubów czystości zakonnicy nie stronią od niewiast i nawet się z tym nie kryją. Obcowali cieleśnie z nierządnicami w zamtuzach, dziewkami służebnymi i zwykłymi wieśniaczkami. Te ostatnie często brali siłą, nie bacząc na krzywdy, które im wyrządzali. Memelski prokurator prychnął gniewnie. Nie był mu w smak żart towarzysza.
- Ponadto - kontynuował niezrażony Krzyżak z Ragnety - morskie powietrze wielce mi służy.
Arnold zaspokoił pragnienie i dopiero teraz mógł skupić się na tym, co usłyszał. Był pewien, że jeden z braci wymienił nazwę Memel i poczuł lodowate zimno w sercu.
- Gdzie... - mówienie przychodziło mu z trudem. - Gdzie ja jestem?
Biendorf spoważniał i spojrzał na niego smutno.
- Miałeś nieliche szczęście - rzekł. - Na plaży na wiele staj rozrzucone są szczątki okrętu, a wśród nich nie znaleźliśmy nikogo żywego. Wychodzi na to, że jesteś jedynym ocalałym.
- Gdzie? - powtórzył przez zaciśnięte zęby.
- Opodal Połągi. Na Żmudzi.
Jechali ku północy. W dali majaczyły już zielone lasy Połągi, drewniane chaty rybaków, portowa keja i stojące przy niej krajery, belingery, szkuty, szniki, bordynki oraz niewielkie łodzie wiosłowe. Na drodze spotykali coraz więcej ludzi, którzy raczej z przestrachem niż zaciekawieniem przyglądali się krzyżackiemu oddziałowi. Dobrze wiedzieli, że rycerze z krzyżem na płaszczach nie przyjechali tutaj z przyjacielską wizytą.
Połąga była jedynym portem Litwy. Na południu ciągnęły się ziemie zakonu krzyżackiego, na północy zaś leżały Inflanty, należące do zakonu Kawalerów Mieczowych. Dzięki temu panowie pruscy kontrolowali i utrudniali jak tylko mogli litewski handel morski.
Osłabiony von Baden, jadąc na kasztanowej klaczy, trzymał się kurczowo łęku. Na szczęście Krzyżacy zawsze zabierali w podróż luzaki i żaden z knechtów nie musiał oddawać swojego wierzchowca. Gdy tylko znalazł się w siodle, chciał udać się do Memla, jednakże dwaj bracia zakonni kategorycznie się temu sprzeciwili, twierdząc, że na traktach jest niebezpiecznie i bandy rabusiów tylko czyhają na samotnych podróżnych. Przekonali go, że z Połągi równie szybko znajdzie statek do Gdańska, a im w podróży będzie raźniej, bo swojego towarzystwa mieli już serdecznie dość. Tak więc zdążał na Żmudź, której bał się bardziej niż piekła.
- A w jakiej to ważnej sprawie zdążacie do Połągi? - zapytał, gdy zwolnili i konie z kłusu przeszły w stęp.
- Wywiadowcy donieśli, że od kilku dni przebywa tam jakowyś rycerz, który codziennie do portu chadza i o statki przybyłe z Polski się wypytuje - odparł Biendorf.
- Otto! - Memelski prokurator wściekle spojrzał na swojego towarzysza. - Powściągnij język.
- Od kiedy to mamy tajemnice przed naszymi braćmi? - oburzył się brodaty Krzyżak. - Jeśli przestaniemy sobie ufać nawzajem, niechybnie skończy się to intrygami i bratobójczym rozlewem krwi.
- Nieraz już w zakonie bywało, że brat brata puginałem dźgnął - skrzywił się szyderczo Hinze Ronow.
- Musisz, bracie Arnoldzie, wybaczyć mojemu towarzyszowi - rzekł niezbity z tropu Otto von Biendorf. - Zbyt wiele lat piastuje urząd prokuratora i wszędy węszy jeno spiski. A choć jest obdarzony przednim rozumem, to w parze z wielką przenikliwością idzie u niego wielka podejrzliwość.
- Wybaczam - roześmiał się von Baden. - I poniekąd rozumiem obawy naszego brata. Wszelako ciekawym, jakie zagrożenie dla zakonu może stanowić jeden zaledwie człek?
Prokurator zmrużył oczy, spoglądając daleko przed siebie, i dopiero po dłuższej chwili odezwał się:
- Niechybnie szpieg to króla Władysława.
- Skąd ta pewność?
- Zaledwie przed kilkoma dniami na polecenie wielkiego mistrza zajęliśmy dwadzieścia statków ze zbożem, które Jagiełło wysłał jako pomoc dla głodującej Litwy. Jak należało się spodziewać, pod ziarnami znaleźliśmy broń. Ów człowiek miał dopilnować, żeby transport trafił w odpowiednie ręce.
- Czyje?
- To oczywiste! - zakrzyknął Otto. - Do buntowników! A przecie Żmudź zgodnie z prawem należy się zakonowi. Już wielokrotnie odstępowali ją uroczyście i na wieki Jagiełło, Witold i Świdrygiełło. A teraz sami mąt czynią i do buntu tych biedaków podżegają. Żmudzini na "krzyk" zbierają się w zbrojne kupy, ognie na wzgórzach palą i tylko patrzeć dnia, gdy niczym psy zaczną gryźć rękę, która ich karmi.
Arnold von Baden uśmiechnął się gorzko, gdyż wiedział, że hojne dary rozdawane przez Krzyżaków wśród żmudzkiego ludu istniały wyłącznie w listach słanych do papieża wraz z pomyślnymi wieściami o postępującej chrystianizacji tego surowego kraju. Tak naprawdę Żmudzini zamiast odzienia dostawali ból, zamiast butów ogień, zamiast pożywienia ostrza mieczy.
- Musimy ująć tego człowieka - włączył się do rozmowy prokurator z Memla. - Na mękach wyjawi wszystko. A przede wszystkim wyzna, gdzie znajdziemy tego jednookiego przywódcę buntu.
- Jednookiego? - wyszeptał pobladły von Baden. Czuł, jak strach wypełza z zakamarków serca, paraliżuje. Z trudem zdołał się opanować. - Jak brzmi jego imię?
- Zowią go Thel...
...walczyli jak szaleni, walczyli o życie. Wiedzieli, że nikt nie okaże im litości. W chrześcijańskim świecie na polach bitew można liczyć na kodeks rycerski, miłosierdzie lub chciwość zwycięzcy, który za obietnicę sowitego okupu okaże pokonanemu łaskę. Żmudzini nie znali pełnych kurtuazji zasad wojowania, nie wierzyli w Boga prawdziwego, więc i sumienia nie posiadali, a na złocie im nie zależało. Ponadto ich serca wypełnione były nienawiścią.
Wśród nich był człowiek imieniem Korkuć, który miał niegdyś bardzo piękną córkę. Porwali ją bracia zakonni i folgowali z nią sobie na wszelkie sposoby. Jej brat był świadkiem, jak ją bezcześcili, i nie mogąc zdzierżyć, przebił jednego z Krzyżaków mieczem. Korkuć już nigdy nie ujrzał syna ani córki.
Wyssygynowi, znakomitego urodzenia bojarowi, zawlekli żonę z dziećmi do Fredeburga. Przebywać tam mieli tak długo, aż ruchawki na Żmudzi ustaną, żeby panowie pruscy mieli pewność, że Wyssygyn do buntu się nie przyłączy. Ale zaraz następnego dnia wszystkich wymordowali. Nie oszczędzili nawet dwuletniej córeczki, którą bojar uwielbiał ponad wszystko.
Brata niejakiego Sągajły Krzyżacy żywcem nawlekli na pal za polowanie w memelskich lasach. Nie miał biedak nic na swoje usprawiedliwienie oprócz tego, że nie jadł od przeszło tygodnia. Ponoć śmierć przyjął jako wybawienie od podłego życia.
Rodzice Mindowga spłonęli żywcem, gdy córek swoich nie chcieli wydać na łup żołdakom. On tego nie widział, bo tego dnia wybrał się do bartnika po miód. Gdy wrócił, znalazł pogorzelisko i zwęglone ciała ojca i matki. Sióstr miał już nigdy nie spotkać, uprowadzone zakończyły żywot zaledwie po dwóch latach w podrzędnym zamtuzie dla knechtów. Tuż przed śmiercią skórę miały pokrytą bolesnymi wrzodami, z których sączyła się ropa. Chociaż ich ciała zostały zbrukane, dusze pozostały czyste i jako wele powróciły do żmudzkich lasów.
Byli tam mężowie pohańbionych żon, ojcowie uprowadzonych dzieci, którym nie pozostało już nic prócz zemsty. Tak więc rycerzy krzyżackich otaczali ludzie z krwi i kości, a nie upiory - jak w pierwszej chwili myślał von Baden.
Zaatakowali w milczeniu, wściekle tnąc kordami, tasakami o szerokiej głowni, rąbiąc siekierami na oślep, byle trafić znienawidzonego wroga. Zakonnicy bronili się mieczami, kładąc trupem rzesze słabo opancerzonych napastników. Natomiast żmudzkie sztychy zatrzymywały się na kolczugach, cięcia na tarczach i mogłoby się wydawać, że podczas tej nocnej walki najeźdźcy będą górą. Jednakże Żmudzini parli naprzód, nie bacząc na umierających towarzyszy i ciężkie rany. Na miejscu poległych pojawiali się nowi, a rycerze coraz wolniej parowali ciosy i po jakimś czasie na zamarzniętych moczarach pozostało tylko dwóch - krwawiący z wielu ran komtur z Memla i on, Arnold von Baden.
Nie padli na kolana, błagając o litość, tylko przywarli do siebie plecami, gotowi bronić się do ostatniego tchu. Tak nakazywał im rycerski honor i niemiecka duma. Pochodzili z najzamożniejszych rodów Rzeszy i przybyli tu jako zdobywcy, władcy, pyszni panowie. Wznieśli miecze do ostatniego, jak im się wydawało, starcia, gotowi na śmierć, na spotkanie z Bogiem, który ich osądzi według zasług dokonanych na tym padole. Memelski komtur nie miał wątpliwości, że zasiądzie w niebiosach, po prawicy Ojca Najwyższego, za gorliwe nawracanie pogan. Arnold von Baden wiedział, że za to samo będzie się smażył w piekle.
Ale nie dane im było wtedy umrzeć, choć obu przyszło potem tego żałować. Szeregi wroga rozstąpiły się i wyszedł przed nie rosły mężczyzna o długich, kruczoczarnych włosach spływających kaskadą na ramiona. Jego oblicze było pokryte bliznami, a na lewym oku nosił przepaskę. To był Thel, słynny żmudzki przywódca, który w swoim czasie miał nawet przegonić samego Ulryka von Jungingena z ziemi miednickiej. Przyglądał się im wnikliwie jedynym okiem, w którym odbijało się szkarłatne światło pochodni, czyniąc jego widok upiornym.
- Żywcem ich brać - rzekł tubalnym głosem. - Bogowie żądają ofiary...
Na niewielkiej polanie, w samym środku świętego dla Żmudzinów gaju, zebrali się co znaczniejsi bojarzy. Zasiedli na zimnych kamieniach, które niewiadomym sposobem znalazły się pośrodku lasu, na spróchniałych zwalonych drzewach, których pod żadnym pozorem nie wolno było ruszać z miejsca, na trawie wśród jeleni, dzików i saren, które nie płoszyły się, wiedząc, że w świętym miejscu nic im nie grozi.
Thel spojrzał w brodate oblicza bojarów i ujrzał w nich lata cierpień, upokorzeń i bólu. Niczego innego w swoim życiu nie zaznali i choć byli wolnymi ludźmi, prawdziwej wolności nigdy nie zakosztowali. Panowie pruscy każdego dnia deptali ich godność, orężem wymuszali posłuszeństwo, torturami posłuch. Thel był świadom, że w sercach Żmudzinów płonie gniew, nie wiedział tylko, czy uda się go przekuć w czyn.
- Nie będę języka strzępić i gadać po próżnicy - rozpoczął i wszyscy z szacunkiem spojrzeli w jego naznaczoną zmarszczkami twarz. Mimo że miał już ponad pięćdziesiąt lat, włosy mu nie siwiały, mięśnie nadal były twarde jak głaz i nie było na całej Żmudzi męża, który dałby mu radę. - Domyślacie się wszyscy, po co was zebrałem?
Bojarzy pokiwali głowami.
- Ci, którzy krzyż na odzieniu noszą, ziemię naszą bezczeszczą - zaczął cicho, ale w miarę mówienia jego głos rozbrzmiewał coraz głośniej, grzmiąc echem po lesie. - Nie szanują praw naszych, święte dęby wycinają, ołtarze wniwecz obracają i ognie na wzgórzach bogom poświęcane gaszą. W ich miejsce stawiają świątynie, które wysokimi wieżami niebo nad naszymi głowami ranią.
- Prawda! - krzyknęli chórem.
- Chcą nas zniewolić - mówił dalej, widząc, że jego przemowa porwała słuchaczy. - Wszystkie płody naszego kraju panowie pruscy zabrali, odjęli nam polowanie i rybołówstwo, zabronili handlu z sąsiadami. Chudobę odebrali, z domostw zostawili zgliszcza, nasze siostry i córy gwałtem uwlekli, co roku dzieci nasze na zakładników wywozili! Kajdany nam zakładają, a my przecie ludźmi jesteśmy, nie zwierzętami, co je można darować albo sprzedać. Jesteśmy ludem wolnym!
Wielu bojarów podniosło się z miejsc i przeklinając, pięściami wygrażali. Złorzeczyli Krzyżakom i ich potężnej bogini Ma'rze. Kilku z nich już zapragnęło na Malbork ruszać i straszną figurę rozbić, bo według krążącej legendy dopiero gdy posąg zostanie wniwecz obrócony, zginie na zawsze zakon krzyżacki.
- Prawdę gada - wybił się głos jednego z bojarów.
- Trza nam wojnę obwołać! - krzyknął inny.
- Rad jestem z waszych słów - rzekł Thel. - Niechże na "krzyk" woje ze wszystkich ciwustw w Miednikach się stawią. Zbrojnie i z żywnością na dwie niedziele. Z Troków ciągną ku nam hufce kniazia Witolda, który wspomóc naszą sprawę przyobiecał. Idzie z tuzinem armat, co kamienie wyrzucają wielkości ludzkiej głowy. Stawimy czoło ciemiężycielom! Staniemy jak nasi przodkowie pod Durben i jak oni zadamy klęskę panom pruskim.
Zdrowe oko buntownika zapłonęło dziwnym ogniem, który widuje się u ludzi czynu, gotowych porwać za sobą tłumy. Pełen zapału, wiary, ale również fanatyzmu. Rozbłysnął niczym pochodnia, rozświetlając źrenicę, następnie z szybkością huraganu przeniósł się na ludzkie serca, rozpalając je do czerwoności. Teraz już wszyscy wznosili gromkie okrzyki, wymachiwali dobytym orężem, gotowi stanąć do walki z wrogiem choćby natychmiast. Gorliwie zapewniali swojego przywódcę, że wici do każdej z osad roześlą i jak tylko zbiorą hufce, zaraz się w Miednikach stawią.
Wsiedli na małe, ale rącze konie pozostawione na skraju lasu i rozjechali się w cztery strony świata. Dotrą do każdego z ciwustw, najodleglejszych wsi, niedostępnych, ukrytych w lasach gospodarstw, wzywając wszystkich wolnych i czynszowników bojarskich pod broń.
Nie minęły dwa pacierze, a na polanie zaległa cisza, przerywana jedynie wdzięcznym śpiewem ptaków. Tylko Thel stał pośrodku smutny i zasępiony. Po raz kolejny udało mu się wzniecić zapał w tych prostych ludziach, porwał ich słowami, jak czynił to od przeszło dwudziestu lat. Widział jednak, że gdy ochłoną, ogień wygaśnie i słowa o wolności przestaną rozbrzmiewać w ich sercach, wtulą się w ciepłe ramiona żon i minie im chęć do walki. Stwierdzą, że życie cenią sobie bardziej niż wolność, że więcej mają do stracenia niż zyskania, i znów pogodzą się z losem niewolników. W Miednikach zaś pojawi się garstka tych, którzy stracili wszystko, i oni poszukają ukojenia w śmierci. Jak zawsze.
A może tym razem będzie inaczej? Czara goryczy, która wydawała się przepastna jak morze, w końcu się przelała. Żmudzini obdarci z godności przynależnej każdej istocie ludzkiej wreszcie podniosą głowy, hardo spojrzą w oczy oprawców i orężem odbiorą to, co im się należy - wolność i szacunek. Miał nadzieję, że tak się stanie.
Promienie słońca stojącego w zenicie smagały liście i przebijając się między gałęziami drzew, utworzyły niezwykłą mozaikę utkaną ze światła i cienia. Pośrodku pojawiła się dziwna postać w czerni, ale równie dobrze mogła być to tylko zwalona, spróchniała gałąź lub zwykłe złudzenie. Zebrane na polanie zwierzęta nagle podniosły głowy, raczej zaciekawione niż zaniepokojone. Czyżby to zbłąkany wel, szukający ludzkiego towarzystwa, tudzież Łajma w drodze nad strumyk, gdzie przez całe popołudnie będzie podziwiać swoją urodę? A może to sama bogini Żemina doglądająca, czy świętego gaju nikt nie bezcześci?
Thel w swoim życiu wiele już widział i przeżył. Niestraszni mu byli umarli, bo wiedział, że to żywi dopuszczają się największych okrucieństw. Nie bał się również bóstw, których w lesie nie brakowało. Chrześcijańscy misjonarze twierdzili, że to wierutne bzdury, bajdy opowiadane przez proszalnych dziadów, ale on niejedną noc spędził w lesie i dobrze wiedział, kto zamieszkuje nieprzebytą żmudzką puszczę.
Czekał więc bez trwogi, obserwując, jak istota zbliża się do niego, a czyniła to tak lekko i wdzięcznie, że wydawało się, iż płynie w powietrzu, nie dotykając ziemi. Czarne jak noc włosy muskał wiatr, mocniejszy powiew targnął szatą, odsłaniając blade uda, jędrne piersi. Nie była to jednak zjawa ani bogini, choć Thelowi zdawała się istotą nie z tego świata. Stanęła przed nim kobieta z krwi i kości.
- Aldona... - wyszeptał.