Stałam pośrodku niczego. Moje bose stopy tonęły w miękkim białym piasku. Jasnoniebieska sukienka, dokładnie ta sama, która pasowała na mnie jakieś pięć kilo temu, falowała wokół kolan niczym lekki welon. Kosmyki włosów przykleiły mi się do wilgotnego czoła, a powietrze pachniało solą i jodem. Do moich uszu docierał znajomy szum. Nie słyszałam go od dawna i dopiero teraz zrozumiałam, jak bardzo za nim tęskniłam. Ten dźwięk rozlał po moim wnętrzu ciepło, a ciało przeszył przyjemny dreszcz.
Przede mną roztaczał się widok na rozległe wydmy. Stałam na jednej z nich, tej najwyższej, i patrzyłam, jak białe mewy urządzają sobie podniebne wyścigi. Dźwięk fal uderzających o brzeg idealnie współgrał z ciepłym wiatrem, otulającym moje ramiona. Kiedy spojrzałam przez ramię, gdzieś w dole dostrzegłam plażę oraz spokojne morze.
Woda ciągnęła się aż po horyzont. Równa linia odcinała niebieską taflę od niesamowicie różowego nieba. Taką paletę kolorów widziałam dotychczas tylko na obrazach lub fotografiach mocno przerobionych w programach graficznych. To był zachwycający widok i żałowałam, że nie miałam przy sobie aparatu.
Plaża była niemal pusta. Na piasku niedaleko falochronów odpoczywały dwa łabędzie. Kompletnie nie zwracały uwagi na kobietę, która powoli szła brzegiem, pozwalając, by fale co chwilę obmywały jej stopy. Wyglądała zjawiskowo w jasnej, letniej sukience oraz włosach, które tańczyły na wietrze. Była niczym zjawa. Duch, ale nie taki przerażający, którym straszy się małe dzieci. Przypominała anioła.
Coś mnie ukłuło w klatce piersiowej. Odwróciłam się przodem do morza. Uniosłam rękę, chcąc pozdrowić kobietę, ale w jej twarzy dostrzegłam coś dziwnego.
Była smutna.
Zatrzymała się i spojrzała wprost na mnie. Chociaż była daleko, wiedziałam, że jej twarz jest wykrzywiona cierpieniem. Nie potrafiłam określić, skąd to wiedziałam, ale byłam tego pewna. I to sprawiło, że po moich plecach przebiegł nieprzyjemny dreszcz.
Nagle krajobraz zaczął się zmieniać. Na różowe niebo powoli wpływały ciemne, burzowe chmury. Sunęły niczym ogromne statki, a długie błyskawice układały się w coś, co przypominało setki wielkich pęknięć. Deszcz lunął tak gwałtownie i niespodziewanie, że kiedy krople uderzyły w moją głowę, wywołały ból. Chciałam się gdzieś schronić, jednak nie potrafiłam oderwać oczu od kobiety.
- Mamo! - zawołałam. - Mamo, schowaj się!
Nie odpowiedziała. Stała przez chwilę w miejscu, pozwalając, by morze coraz bardziej zamykało się wokół jej nóg. Spojrzała w stronę horyzontu.
- Mamo? - zapytałam niepewnie.
Ruszyła powoli we wzburzoną, niebezpieczną wodę.
- Co...? - Chciałam ruszyć jej na pomoc, ale coś mnie trzymało. - Mamo! - wrzasnęłam.
Szarpnęłam ręką. Dopiero wtedy poczułam, że coś mocno ściska mój nadgarstek i nie pozwala ruszyć do przodu. Spojrzałam w dół, gdzie blada dłoń zaciskała palce wokół mojej ręki niczym imadło. Moje serce zabiło mocniej i ponownie szarpnęłam ręką.
- Zostań ze mną - usłyszałam głos.
Męski, dobrze mi znany. Jęknęłam, kiedy z bladej dłoni długimi cieniami zaczęło się kształtować coś, co przypominało człowieka. Z ciemnych taśm utworzyły się ramiona, klatka piersiowa i w końcu twarz.
Dokładnie ta sama, którą pragnęłam zapomnieć.
- Puść mnie - wydusiłam, czując łzy na policzkach. - Muszę ją ratować.
- Jestem tu. Zostań - mówił. Jego głos odbijał się echem. Był głośny, jakby przemawiał przez mikrofon lub co najmniej megafon.
- Puszczaj! - krzyknęłam i znowu szarpnęłam.
Robert przyciągnął mnie do siebie i oparł swoje czoło o moje. Niby wyglądał tak samo, ale było w nim coś dziwnego. Obcego i nienaturalnego. Patrzył mi prosto w oczy, a bliskość jego ciała przyprawiała mnie o mdłości.
- Zostań - wycedził przez zęby.
Nie chciałam tutaj być. Pragnęłam pobiec na dół, w morze, ratować mamę. Ale Robert był zbyt silny. Chociaż próbowałam się wyswobodzić, on nawet na sekundę nie poluzował uścisku. Trzymał mnie blisko, niczym swój własny talizman, który bał się zgubić. Jakbym była jego własnością. Naparł czołem na moją głowę i zaczął się zmieniać. Blond włosy zaczęły ciemnieć. Twarz wydłużyła się, oczy rozszerzyły, a szerokie ramiona nieco zwęziły.
To już nie był Robert. Teraz stał przede mną Tomasz. Uśmiechał się upiornie ze złowrogim błyskiem w oku.
- I co, maleńka? - zapytał. - Zostaliśmy sami.
Chwycił mnie stanowczo za ramiona i odwrócił w stronę morza. W panice rozglądałam się za mamą, ale plaża świeciła pustkami.
Teresa przepadła.
Otworzyłam oczy zlana zimnym potem. Krzyk ugrzązł gdzieś w gardle i w pierwszej chwili ogarnęła mnie panika. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Świat był zamazaną, wirującą karuzelą, przez którą zrobiło mi się niedobrze. Powietrze było ciężkie i pachniało czymś sterylnym. Dopiero po kilku sekundach jasność umysłu zaczęła wracać i zrozumiałam. Byłam w szpitalu.
Wspomnienia uderzyły we mnie niczym rozpędzony pociąg. Napad, babcia, jej słowa o tym, że mama zaginęła. Niewidzialna siła przygniotła moją klatkę piersiową, a żal rozpłynął się po całym ciele nieprzyjemnym prądem.
Mama.
Tak zaciekle walczyła z napastnikami. Mimo tego, co jej zrobiłam, jak bardzo ją skrzywdziłam, chciała mnie chronić. Wyrywała im się, kopała, drapała tylko po to, by dotrzeć do mnie. I nawet jeśli wiedziała, że nie miała żadnych szans w tym starciu, dalej próbowała.
Oczy mnie zapiekły, a na policzki wypłynęło kilka łez.
Mama.
Co się z nią stało? Dokąd ją zabrali?
Przetarłam oczy drżącymi dłońmi i powoli usiadłam na łóżku. Moja głowa nadal pulsowała bólem, ale strach o mamę był silniejszy niż dolegliwości fizyczne. W sali panował półmrok, który rozświetlał blask ulicznej latarni za oknem. Rozejrzałam się dookoła. Leżałam na łóżku ustawionym pod ścianą, tuż obok okna. Przy parapecie ustawiono niewielki stolik, a przy nim krzesło. Sąsiednie łóżko świeciło pustkami.
Spojrzałam na ścianę tuż przy mojej głowie. Znajdowało się tam kilka kontaktów, a do jednego ktoś wpiął ładowarkę od mojego telefonu. Komórka leżała na stoliku, nadal podłączona do kabla, ale jej ekran świecił czernią. Poniżej kontaktów znajdowało się kilka przycisków, jednak wolałam nie sprawdzać, do czego służą. Drżącą ręką chwyciłam telefon i łatwo go uruchomiłam.
Jasność ekranu sprawiła, że moją głowę przeszyła fala ostrego bólu. Niepewnie dotknęłam skroni i dopiero teraz zrozumiałam, że moja głowa została obandażowana. Pamiętałam, że uderzyłam o coś w trakcie szarpaniny z napastnikiem. A potem... potem nie pamiętałam już nic.
Przesunęłam palcami po bandażu. Ból był dotkliwszy z tyłu, na potylicy i tam wyczułam pod bandażem coś grubszego. Chyba jakiś opatrunek. Bolała mnie też prawa dłoń, ale w nikłym świetle wpadającym przez okno nie byłam w stanie ocenić, czy była posiniaczona lub opuchnięta.
Z powrotem spojrzałam na ekran komórki. Widniało na nim mnóstwo powiadomień. Wiadomości od Sary, nieodebranych połączeń, SMS-ów od szefowej. Moja przyjaciółka umierała z niepokoju, więc nie bacząc na późną godzinę, zadzwoniłam do niej.
- Jezu, Lotte! - zawołała, kiedy odebrała. - Niemal zeszłam na zawał, jak twoja babcia powiedziała mi, co się stało! Jak się czujesz? Wiesz, co to za gnoje?! Z samego rana jadę do ciebie! - zasypywała mnie pytaniami i informacjami, jakby strzelała z pistoletu.
Rozmasowałam sobie skroń, aby jakoś uporządkować myśli.
- Głowa mi pęka - przyznałam zgodnie z prawdą. - I jestem rozbita. Nie rozumiem, co się stało.
Sara westchnęła.
- Twoja babcia mówiła, że policja nie ma żadnych tropów. Liczą na twoje zeznania. Wiesz, kto to był? Czego chciał?
Zmarszczyłam brwi, próbując sobie przypomnieć moment napadu. Trzech napastników. Żadnych słów. W trakcie szarpaniny żaden z nich nic nie powiedział. Nawet nie jęknęli.
- Nie wiem - wyjąkałam. - Po prostu zajechali nam drogę i... - urwałam, bo dalsze mówienie stało się zbyt ciężkie.
- Boże! - W głosie Sary brzmiało przerażenie. - A Tomek? Przecież jako policjant na pewno ma jakiś pomysł. Albo chociażby niewielkie przypuszczenie, dlaczego was napadnięto.
Zamknęłam oczy.
Sara nie miała pojęcia o tym, co się wydarzyło między mamą, mną i Tomkiem. Nie wiedziała, że od kilku tygodni Tomasz z nami nie mieszkał. Ani o tym, że nie rozmawiałam z nim od tamtego okropnego wieczoru.
- Nie rozmawiałam z nim - wyjaśniłam wymijająco. - Dopiero zaczynam dochodzić do siebie. Tak naprawdę nie rozmawiałam z nikim oprócz babci.
- Jezu... - Coś w słuchawce stuknęło. - Jutro u ciebie będę. Potrzebujesz czegoś? Jakichś ubrań? Czegokolwiek?
Potrzebowałam mamy. Pragnęłam zobaczyć ją całą i zdrową. Chciałam, by weszła do sali i usiadła na pustym krześle. Mogłaby się do mnie nie odzywać już do końca świata, ale jedyne, czego na ten moment chciałam, to wyłącznie Teresy.
- Chyba nie - wyjąkałam, czując bolesną gulę w gardle.
Sara coś odpowiedziała, ale kompletnie jej nie słyszałam. Moją uwagę przykuł dziwny cień, który pojawił się przy drzwiach. Coś - a raczej ktoś - przysłonił łunę światła przedostającą się pod drzwiami do sali. Osoba po drugiej stronie stała przez chwilę bez ruchu, jakby nasłuchiwała dźwięków wewnątrz. To mógł być każdy - pielęgniarka, a może lekarz, ale coś w środku mnie zaczęło bić na alarm. Zaczęłam szybciej oddychać i jak w transie powiedziałam do Sary:
- Przepraszam, ale głowa mi pęka. Położę się, okej? Do zobaczenia jutro.
Zakończyłam połączenie, zanim dziewczyna odpowiedziała.
Patrzyłam na cień przy drzwiach. Czy jeśli ten ktoś będzie chciał mnie skrzywdzić, mój krzyk zwabi tutaj pielęgniarkę?
Ale kimkolwiek była osoba na korytarzu, nie zamierzała wchodzić. Coś zaszeleściło cicho i pod drzwiami pojawiła się biała, niewielka koperta. Cień stał jeszcze przez kilka sekund w miejscu, a potem pchnął kopertę tak mocno, że prześlizgnęła się po podłodze i uderzyła w nogę sąsiedniego łóżka. Potem odszedł równie cicho, jak się pojawił.
Moje plecy przeszył nieprzyjemny dreszcz. Powoli odrzuciłam kołdrę i niepewnie opuściłam nogi na podłogę. Do mojej żyły nadal była podłączona jakaś kroplówka, ale wężyka starczyło, abym mogła przejść kilka kroków. Wstałam, ignorując ból głowy, i podeszłam do łóżka. Sięgnęłam po kopertę i wróciłam na posłanie, bo moje kolana drżały niebezpiecznie. Usiadłam, zbliżyłam kopertę do okna, aby mieć lepsze światło, i otworzyłam ją.
W środku było zdjęcie. Jedna fotografia, która sprawiła, że żołądek podjechał mi do gardła. W panice obejrzałam kopertę, ale nie było na niej ani słowa. Więc odwróciłam fotografię. I niemal zjechałam z łóżka na podłogę.
Na zdjęciu widniało moje liceum. Przedstawiało parking szkolny wypełniony samochodami, szeroko otwarte drzwi do budynku i uczniów, którzy wchodzili do środka. A na odwrocie ktoś napisał wielkimi literami kilka słów. I już wiedziałam, że to, co się wydarzyło, nie było przypadkiem. Że koszmar sprzed trzech lat nie zakończył się tamtego dnia w mieszkaniu Roberta. On przez ten cały czas trwał. Czekał uśpiony w cieniu, a teraz wyszedł na światło dziennie w całej swojej upiornej okazałości.
Zsunęłam się na kolana, czytając raz po raz:
ZAWSZE JESTEM BLISKO