Następnego dnia, w niedzielę, wstałam później niż zwykle. Kiedy zeszłam na dół, na drzwiach od lodówki zastałam przyklejoną kartkę z napisem:
Przepraszam za wczoraj. Musiałam jechać do Akademii, kryzysowa sytuacja. Kocham Cię
Tia, kocha...
Wczoraj byłam winna rozpadu jej związku, a dzisiaj mnie kochała.
Wzięłam sobie z lodówki jogurt i ponownie spróbowałam dodzwonić się do mojej przyjaciółki, Sary, ale jak na złość nie odbierała. Przeklinając zarówno ją, jak i Roberta, poszłam do łazienki i zaczęłam się przygotowywać do wyjścia.
Nigdy nie sądziłam, że Sara mogłaby tak łatwo ze mnie zrezygnować. Wystarczyła jedna rozmowa między mną a Robertem. Jedna konwersacja, którą zresztą moja przyjaciółka podsłuchała i ot tak ze mnie zrezygnowała. Po prostu stwierdziła, że skoro Kulczycki nie życzył sobie, abym się z nią przyjaźniła, to ja na to przystanę.
Nie było takiej opcji!
Dlatego ubrałam pierwsze, co w mi wpadło w ręce, a potem zaczęłam szybko rozczesywać włosy. Musiałam porozmawiać z Sarą. Wytłumaczyć jej, że owszem, Robert był dla mnie ważny, ale równie ważna była ona. Kochałam ją i potrzebowałam jej w swoim życiu. Chociaż była postrzelona na milion sposobów, miała niewyparzony język i zakochała się w swoim przyrodnim bracie. Mogła być nawet trędowata, a ja i tak chciałabym ją mieć przy sobie. Bo zwyczajnie, tak prawdziwie, uważałam ją za swoją przyjaciółkę.
Odłożyłam szczotkę i chwyciłam gumkę do włosów. Chciałam zrobić warkocz, jednak kiedy podzieliłam włosy na trzy części, dostrzegłam coś dziwnego.
W jednym miejscu znalazłam pasemko znacznie krótsze niż reszta włosów. To było zaskakujące, bo mimo wszystko moje włosy były zdrowe, nie łamały się i nie rozdwajały. A brakowało mi ich z dobrych kilka centrymetrów. Jakby ktoś je obciął nożyczkami. Zamarłam zdziwiona. Przecież ich nie obcinałam. Zwłaszcza w takim miejscu, zupełnie z przodu, gdzie krótsze pasmo wyraźnie się teraz odznaczało.
- Co, do licha? - zapytałam sama siebie.
Przez chwilę próbowałam zrozumieć, co się wydarzyło, ale nie mogłam na nic wpaść. Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem mogło być to, że ktoś mi zwyczajnie obciął włosy, kiedy tego nie zauważyłam. Na przykład w szkole, podczas lekcji. I nawet miałam podejrzenie, kto mógłby to zrobić.
Cholerna, zazdrosna o Kulczyckiego, Ilona.
Obiecując sobie, że porozmawiam z tą idiotką, związałam włosy, a potem wyszłam z domu. Oczywiście od razu obrałam kierunek do mojej przyjaciółki, ale już w centrum mój zamiar diabli wzięli. A wszystko dlatego, że zobaczyłam coś bardzo, ale to bardzo zadziwiającego. Otóż pod centrum handlowym stał nie kto inny, tylko Bartek Snochowski. Chudy, rudy, lekko piegowaty chłopak chodził ze mną do klasy. I może nic nadzwyczajnego by w tym nie było, gdyby nie to, że miał ze sobą wózek, w którym siedziało - tak na oko - ośmiomiesięczne dziecko. Maleństwo, całe czerwone na buźce, wrzeszczało ile sił w płucach, a biedny Bartek najwyraźniej nie wiedział, co powinien zrobić. Bujał tym wózkiem na prawo i lewo, a im bardziej bujał, tym głośniej dziecko krzyczało. W końcu załamał ręce i usiadł na ławce, chowając twarz w dłoniach.
No naprawdę, postawa godna ojca. Bez kitu!
Rozejrzałam się, czy żaden upierdliwy kierowca nie postanowi mnie przejechać i szybko przebiegłam przez ulicę, starając się nie wybuchnąć śmiechem.
- Siema! - zawołałam do Bartka, który na dźwięk mojego głosu poderwał się na równe nogi. Normalnie jakbym jakimś jego dowódcą była. - Nie wiedziałam, że masz dziecko. - Pochyliłam się nad wózkiem i uśmiechnęłam do malucha. - Cześć, bąbel, strasznie dzisiaj krzyczysz.
- To nie moje - zaprzeczył szybko chłopak. - Ula jest mojego brata.
Zaskoczona spojrzałam na rudzielca.
- Masz brata? - zapytałam, a ten kiwnął twierdząco głową.
- Tak - rzekł. - Ale kiepski z niego ojciec. Siedzi i gra w grę, a ja robię za niańkę.
No tak. Dziecko-wpadka i oto rezultaty.
- Mogę? - zapytałam, wskazując na maleństwo, a Bartek wzruszył lekko ramionami.
Wzięłam Ulę na ręce, a dziewczynka przyglądała mi się wielkimi, ciemnymi oczami.
- Nie mogę jej uspokoić - jęknął chłopak.
- Bo trzeba ją przewinąć - odpowiedziałam, krzywiąc się lekko. Tak, zdecydowanie temu maleństwu było potrzebne pogotowie pieluchowe.
Ula położyła swoją małą, pulchną rączkę na moim nosie i zaczęła go ściskać, jakby z gumy był lub coś w tym rodzaju.
- To może ja ją wezmę do domu - zaproponował. - Ale chyba cię polubiła.
- Odprowadzę was - rzekłam i nie czekając na chłopaka, ruszyłam przodem, tak jakbym wiedziała, gdzie mieszkał.
- Charlotte? - Usłyszałam za sobą jego głos i odwróciłam się, zerkając pytająco na kolegę. - W drugą stronę. - Uśmiechnął się, wskazując głową przeciwny kierunek.
Och... Charlotte chciała zabłysnąć i normalnie błysnęła jaśniej niż słońce... ale głupotą. Przybrałam najbardziej poważną minę, na jaką w tamtej chwili było mnie stać i ignorując małą rączkę, która z jakiegoś powodu zainteresowała się moim nosem, ruszyłam za Bartkiem w stronę jego mieszkania, domu, czy w czym on tam mieszkał.
- Umiesz się zajmować dziećmi? - zapytał po chwili, rzucając mi krótkie spojrzenie.
- W USA pracowałam jako opiekunka u sąsiadów, ale jeżeli zostawisz mnie teraz, na środku ulicy z twoją bratanicą, to przysięgam, że cię uduszę.
Zaśmiał się i puścił do mnie oczko.
- Więc rzucam ten pomysł w niepamięć - zażartował.
- Tak właściwie, to co robisz o tej porze poza domem? - zapytałam, jakby to była późna noc.
Mój Boże, spraw, aby ziemia się pode mną rozstąpiła - pomyślałam. Chłopak wskazał dłonią koszyk pod wózkiem Ulki i zauważyłam tam kilka siatek i dwie rolki świątecznego papieru do zawijania prezentów.
- Święta idą - rzekł. - Kupowałem upominki dla rodziny.
Że też o tym nie pomyślałam?! Przecież zostały dwa tygodnie do Bożego Narodzenia, a ja nie miałam nawet pomysłu, co kupić mamie, ojcu... a Robertowi?
- Och, jakiś ty dobry. - Uśmiechnęłam się w stronę rudzielca. - A ja co dostanę?
- Zobaczysz. - Ponownie puścił mi oczko i przez moment nie wiedziałam, jak mam to odebrać, ale stwierdziłam, że to taki dowcip.
Bartek mieszkał przy ulicy Dworcowej, która w naszym mieście nie szczyciła się dobrą sławą. Ogólnie znajdowały się tam stare kamienice, w których mieszkały rodziny bardzo biedne lub patologiczne. Oczywiście wiedziałam, że mój kolega nie należał do najbogatszych i w ogóle do tych najbardziej "cool", ale nie byłam świadoma, że pochodził akurat z takiego miejsca.
Weszliśmy do niewielkiej kamienicy, zbudowanej z czerwonej cegły, gdzie klatka schodowa była zadziwiająco ciepła i zadbana. Podłogą, co prawda, był szary beton, ale ściany pokrywała śnieżnobiała farba, schody były proste, drewniane i czyste, a wszędzie unosił się zapach jakiegoś płynu do prania. Bartek postawił wózek pod schodami, wyjął z niego wszystkie swoje zakupy i z wyraźnym zmieszaniem na twarzy poprowadził mnie na piętro przed podrapane, drewniane drzwi.
- Charlotte - powiedział dość niepewnie i spojrzał na mnie jakoś tak dziwnie - mogłabyś nikomu nie mówić o tym, co tu zobaczysz?
Normalnie gały wyleciały mi z orbit. Dlaczego miałabym coś komukolwiek mówić?
- Jasne, że nic nie powiem - obiecałam, a chłopak przygryzł na chwilę dolną wargę, po czym z wyraźnym wahaniem otworzył drzwi i przepuścił mnie przodem.
Mieszkanie było... małe. Chyba jeszcze mniejsze niż to Roberta. Na prawo niewielki pokój z zielonymi ścianami, dwoma łóżkami ustawionymi naprzeciw siebie, a pod oknem biurko z komputerem, przy którym siedział ciemnowłosy chłopak, uderzająco podobny do Bartka. Obok był kolejny pokój, równie mały, co ten poprzedni, z białymi, krzywymi ścianami. Po prawej stronie stała stara, siwa meblościanka, naprzeciwko kanapa, przed nią stolik - na którym zresztą walały się puste butle po alkoholu, brudne talerzyki oraz chusteczki - i dwa pufy. Na jednym z nich siedział otyły mężczyzna o czarnych włosach i gęstym wąsie. Gdy mnie zobaczył, uważnie zmierzył całą moją osobę ciemnym spojrzeniem i popił łyk piwa, o dziwo z puszki.
- Gdzie matka?! - zagrzmiał grubas, a jego głos przyprawił mnie o ciarki.
- Nie wiem - odpowiedział chłodno Bartek i wszedł do pokoju, który prawdopodobnie dzielił z bratem.
- A ty, kurwa, gdzie się szlajasz?! - mężczyzna wstał i chwiejnie wyszedł do przedpokoju. - Miałeś iść do warsztatu!
- Jest niedziela! - krzyknął Bartek.
- Chuj mnie to obchodzi - warknął ten dziwny człowiek. - Masz zarobić na siebie, ja nie będę harował na darmozjada!
- Dobra, weź wypieprzaj do siebie - powiedział ze złością chłopak, objął mnie ramieniem, wepchnął do swojego pokoju i zamknął drzwi przed nosem swojego, jak podejrzewałam, ojca.
- Sorry za niego - powiedział.
- W porządku - wybąkałam tylko, nadal zszokowana.
Wziął ode mnie Ulę, posadził ją na łóżku i zerknął na swojego brata.
- Może byś się łaskawie swoją córką zaopiekował?! - syknął w jego stronę, rozpinając dziecku kurteczkę.
- Zajęty jestem - odpowiedział, nawet nie spoglądając w naszą stronę.
Bartek przymknął na chwilę oczy, tak jakby szukał w sobie cierpliwości.
- Ja to zrobię - odezwałam się, podeszłam do Uli i zaczęłam ją rozbierać.
Dopiero kiedy zdjęłam różową czapeczkę, mogłam dokładniej przyjrzeć się dziewczynce. Miała ciemne, krótkie włoski, duże ciemne oczy i okrągłe, różowe policzki. Była po prostu urocza.
- Kurwa mać! - zawołał Bartek i odwrócił brata w swoją stronę. - Zajmiesz się w końcu tym dzieckiem czy nie?!
- Mówiłem już, że jestem zajęty! - krzyknął.
Na moje oko mógł mieć jakieś dziewiętnaście lat i był dokładną kopią mojego kolegi z klasy. Te same rysy twarzy, oczy, a nawet mimika. Jedynie kolor włosów się nie zgadzał.
W rogu łóżka zauważyłam kilka zabawek, więc wcisnęłam jedną z nich dziewczynce w małe, śliczne rączki.
- Gra jest dla ciebie ważniejsza?! - Bartek chwycił chłopaka za skrawek jego czarnej bluzy i szarpnął nim kilka razy. - To po cholerę sobie dzieciaka robiłeś?!
- Odpierdol się! - wrzasnął chłopak i odepchnął brata. Wybiegł z pokoju, trzaskając drzwiami. Do tamtej pory uważałam, że to ja miałam dom wariatów, ale zmieniłam zdanie.
Bartek opadł na miejsce, gdzie przed chwilą siedział jego brat, i westchnął ciężko.
- Sorry - bąknął po chwili. - Nie powinnaś tego widzieć.
- Nie przejmuj się. - Posłałam chłopakowi uśmiech. - Fajny z ciebie wujek, skoro się tak troszczysz.
Bartek spojrzał na mnie wyraźnie zaskoczony.
- Skoro Mati ma w dupie, to ja muszę się zainteresować - rzekł. - Zresztą, sama widzisz, jak to wygląda. Ojciec chleje, ile wlezie, matka pracuje, gdzie może, a Mateusza interesują tylko gierki. Karola też nie jest lepsza. Co prawda mała jest zawsze nakarmiona i czysta, ale nie jestem pewien, czy daje jej wystarczająco dużo troski. Więcej zajmują się nią jej rodzice.
Zerknęłam na dziewczynkę, która bawiła się niebieskim słonikiem.
- Karola? - zapytałam, nie bardzo rozumiejąc.
- Mama Uli. Taki typ nowobogackiej. Interesują ją tylko ciuchy, pieniądze i świecidełka. Kiedy poznała Mateusza, nie wiedziała, jaką patologią jesteśmy, a kiedy się zorientowała, była już w ciąży.
- Przecież nie jesteście patologią - zauważyłam. - Może macie kilka kłopotów, ale bez przesady. - Podałam Uli grzechotkę, a dziewczynka natychmiast wsadziła ją sobie do ust.
- A co jest dla ciebie patologią? - zapytał i wyprostował nogi, krzyżując je w kostkach.
- Bo ja wiem? - Wzruszyłam lekko ramionami. - Wydaje mi się, że patologia jest wtedy, kiedy rodzice w ogóle się nie interesują dziećmi, które chodzą brudne i głodne. Albo kiedy ojciec znęca się nad rodziną, a matka na to pozwala i nie robi nic, aby chronić swoje dzieci. Ale u was patologii nie ma.
- MOPS twierdzi inaczej - mruknął. - Przychodzą tutaj i wiecznie się czepiają.
Och... Nie miałam pojęcia, że sprawy rodzinne Bartka były aż tak poważne.
- Nie przejmuj się - powiedziałam. - Ja i tak cię lubię.
Uśmiechnął się lekko pod nosem. Zerknął na Ulę i zagdakał tak śmiesznie w jej stronę, aż dziewczynka roześmiała się wesoło.
- Masz jakieś pampersy? - zapytałam, przypominając sobie o tym nieprzyjemnym zapachu.
Oj, matka ze mnie byłaby kiepska, bo moje dziecko prawdopodobnie chodziłoby obsrane, obrzygane i obsikane tak długo, aż samo by sobie pieluchy nie zmieniło.
Bartek wstał i wyciągnął spod biurka paczkę pampersów oraz nawilżone chusteczki i podał mi je. Kiedy brałam je od niego, nasze palce dosłownie na sekundę się zetknęły, ale mimo to poczułam, jak dłoń siedemnastolatka drgnęła. Spojrzał na mnie, lekko czerwieniejąc na twarzy, jednak ja - jako dobra koleżanka - udałam, że nic nie zauważyłam i zaczęłam przewijać tego uroczego małego bąbla.
- Charlotte, mogę cię o coś zapytać? - odezwał się po chwili.
- Jasne. - Uśmiechnęłam się do Bartka. - Pytaj, o co chcesz.
- Chodzi o twojego chłopaka - rzekł dosyć niepewnie, a ja zaalarmowana spojrzałam na kolegę.
- Tak? - Starałam się brzmieć normalnie, ale obudziła się we mnie jakaś nieuzasadniona obawa, iż Bartek domyślał się, kto był moim chłopakiem, facetem, czy jak to tam jeszcze nazwać.
- Chodzisz z Kulczyckim?
Moje serce stanęło. Nie, to nie możliwe, aby rudzielec się domyślił!
- Skąd ten pomysł? - zapytałam zbyt nerwowo.
Cholera, cholera, cholera! Szybko włożyłam Uli nowego pampersa i spojrzałam z niepokojem na kolegę.
- Po prostu widzę, jak na niego patrzysz. - Wzruszył lekko ramionami.
- Przecież normalnie na niego patrzę - rzekłam, a Bartek uśmiechnął się blado.
- Nie musisz kłamać, Lotte. Nie martw się, ja nic nikomu nie powiem. - Przeszył mnie swoim spojrzeniem na wylot. - Widzę też, jak on na ciebie patrzy. Poza tym sam mi to zasugerował, więc...
Zamarłam, przyswajając słowa chłopaka.
- Co?! - zapytałam.
Robert ZASUGEROWAŁ Bartkowi, że byliśmy parą? Kiedy? Jak? PO CO?!
Mój kolega jednak nie zamierzał rozwijać tematu. Machnął lekceważąco ręką.
- Raz rozmawialiśmy. Nic specjalnego. Ale pojąłem wtedy, że nie jesteś mu obojętna i ja go rozumiem. I rozumiem też ciebie. Jest dojrzały, wszystkie dziewczyny na niego lecą. Nawet trochę szkoda, że wybrałaś akurat jego. W porównaniu z Kulczyckim nie mam nawet najmniejszych szans u ciebie.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, co padło z jego ust. Wzięłam głębszy oddech. Wiedziałam, że podobałam się Bartkowi, ale nie sądziłam, że aż tak bardzo. I w sumie, gdyby nie Robert, gdyby nie te indywidualne zajęcia i to, co poczułam do mojego nauczyciela, to być może spotykałabym się z nim. Z tym cichym, spokojnym rudzielcem.
- Serce nie sługa - odpowiedziałam cicho.
- A czy jest jakaś taka niewielka szansa... - zaczął dosyć niepewnie i jeszcze bardziej się zaczerwienił.
- Mhmm? - mruknęłam, nie bardzo wiedząc, o co mu chodzi.
- Jest chociaż cień szansy, że gdyby tobie i Kulczyckiemu nie wyszło...
Zrozumiałam. Dlatego podniosłam rękę, dając mu znak, że nie musi kontynuować.
- Jasne - odpowiedziałam szybko. - Gdyby mi i Kulczyckiemu nie wyszło, masz u mnie bardzo dużą szansę.
W odpowiedzi siedemnastolatek rozpromienił się i uśmiechnął szeroko w moją stronę.
###
Gdy wróciłam do domu, w środku zastałam tak grobową atmosferę, że aż nie było czym oddychać. Na sofie siedziała moja matka z chusteczką w dłoni, a obok niej Camila, o dziwo też zapłakana, a na fotelu, jak gdyby nigdy nic, Tomasz.
Zamrugałam kilka razy, patrząc na ten obrazek. Czyżby Tomasz wybaczył mojej matce? Poza tym, co tu robiła Camila? A gdzie James?
- Jakieś kółko zwierzeń macie? - zapytałam, wchodząc do salonu.
Tomasz spojrzał na mnie, a jego twarz była... pełna współczucia, litości i... i chyba troski, ale nie miałam pewności.
Mama podniosła się z kanapy, niespodziewanie podeszła do mnie i mocno przytuliła.
- Charlotte - wyszeptała, tuląc mnie do siebie jak małe dziecko. - Moja mała córeczka.
- Naćpałaś się czegoś? - zapytałam i odsunęłam od Teresy.
Nie wiedziałam, co tej kobiecie odbiło i chyba nawet nie chciałam wiedzieć.
- To straszne - wyjąkała po angielsku Camila i pociągnęła nosem. - To niesprawiedliwe.
Zmarszczyłam ze zdziwienia brwi. Były dwie możliwości:
a) albo ci ludzie się czegoś nawciągali;
b) albo coś się stało.
Zerknęłam pytająco na Tomasza, ale ten spuścił tylko głowę, zupełnie nic nie mówiąc. Mama natomiast ponownie mnie przytuliła, a Camila zaniosła się tak żałosnym płaczem, że zapragnęłam ją kopnąć.
- Na litość boską, udusisz mnie! - zawołałam i odskoczyłam od Teresy. - Możecie mi wyjaśnić, co tu się dzieje?
Matka Teresa zaczęła wyć na cały głos i w połączeniu z płaczem Camilii miałam w domu istny koncert wrzeszczących kotów. Były - a może obecny? - partner mojej matki westchnął ciężko i oparł łokcie o uda.
- Usiądź, Charlotte - powiedział po chwili i spojrzał na mnie tak, jakby zaraz miał mi powiedzieć coś bardzo ważnego.
Zrobiłam więc, o co prosił i klapnęłam na sofę, a mama niemal natychmiast znalazła się obok mnie i chwyciła mocno za rękę. Spojrzałam na nią, potem na tego starego babsztyla i znów na Tomasza zupełnie zdezorientowana.
- Tomuś, błagam cię, powiedz, co się dzieje, bo zaraz dostanę jakiegoś szału - jęknęłam.
Mężczyzna wziął głębszy oddech i spojrzał prosto w moje oczy.
- Charlotte, twój ojciec... - przerwał na chwilę i nerwowo przeczesał dłonią włosy.
Ojciec? Co ojciec? Wyjechał? Znów spojrzałam na mamę. Nie, na pewno nie wyjechał.
- Co z nim? - zapytałam dosyć zdawkowo, bo w sumie niewiele mnie obchodził los Jamesa.
Teresa mocniej ścisnęła moją dłoń.
- Twoja mama dostała telefon - zaczął bardzo grobowym tonem. - Twój ojciec... Lotte, twój ojciec nie żyje.
Zamrugałam jak idiotka. Mój ojciec co? Zerknęłam na mamę, ale ta ponownie wycierała oczy chusteczką. Jak to James nie żyje? Przecież jeszcze w piątek był cały i zdrowy!
- Fajny żart - skwitowałam ze śmiechem. - Naprawdę, możecie w kabarecie robić.
- Charlotte. - Tomek niespodziewanie chwycił moją dłoń. - Twój ojciec nie żyje - powtórzył cicho. - Miał zawał.
Nie. To nie może być prawda. Jak to nie żyje? Umarł sobie i już? Nie ma go? Może nasze relacje nie były jakoś superbliskie, ale to mój ojciec. Człowiek, który mnie spłodził i nagle go nie ma? Postanowił sobie, że będzie miał zawał i tyle? Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że wstałam z kanapy. Tomek również się podniósł, patrząc na mnie ze współczuciem.
- Mamo? - zapytałam. - Powiedz, że to nieprawda.
Nie odpowiedziała. Mężczyzna natomiast przyciągnął mnie do siebie i przytulił do swojej klatki piersiowej, pachnącej jakąś wodą kolońską.
- Tak mi przykro - mówił cicho, a jedną dłonią zaczął gładzić moje włosy. - Pamiętaj, że gdybyś czegoś potrzebowała, to śmiało możesz do mnie przyjść.
Nie płakałam. Nie wylewałam łez tak jak Teresa czy Camila. Jedynie ogarnął mnie szok i niedowierzanie. Jeszcze wczoraj miałam obojga rodziców - rozwiedzionych, wiecznie awanturujących się i zupełnie nierozumiejących moich potrzeb, ale byli oboje. Dzień później zostałam sama z mamą, bo los nagle postanowił odebrać mi ojca.
Odsunęłam się od Tomka i w jakimś transie poszłam do kuchni. Wlałam wodę do czajnika, wyjęłam z szafki kubek i włożyłam do niego torebkę z czarną herbatą.
James nie żyje. Mój tata umarł i już nigdy więcej nie stanie w drzwiach naszego domu. Już nigdy mnie nie zdenerwuje, nigdy nie poczuję tej irytacji na jego widok. Niespodziewanie z moich oczu potoczyły się łzy. James może nie był jakimś idealnym mężem i ojcem, ale z całą pewnością nie zasłużył na śmierć. Już wolałabym, aby mieszkał w Stanach, nie odzywał się do mnie i miał mnie w dupie, niż żeby miało go nie być w ogóle.
Świadomość, że ojciec gdzieś tam żyje, była lepsza niż fakt, iż leżał dwa metry pod ziemią. Ale niestety, moje życie nie zamierzało mnie oszczędzać i dawać mi tych "lepszych" scenariuszy. Bowiem mój ojciec był już martwy.