Monica
Czy już wspominałam, że piątek dziesiątego maja to dzień, w którym uwierzyłabym w każdą teorię spiskową? Bo jak miałam nie pomyśleć, że ostatnie szczepionki przeciwko COVID-owi nie zawierały mikroskopijnych chipów, skoro ludzie ze szkoły zachowywali się jak jakieś laboratoryjne małpy poddawane eksperymentom i lobotomii? Owszem, sama się wściekałam przez najnowsze zarządzenie rady szkolnej mówiące, że na tegoroczny bal nie można przyjść solo, ale zachowałam resztki rozumu i nie biegałam po budynku, jakbym miała zatrucie pokarmowe i leciała do toalety.
Panujący na korytarzach chaos przytłaczał do tego stopnia, że postanowiłam umknąć w spokojniejsze miejsce. Na szczęście sala, w której zaczynałam lekcje, była otwarta, więc natychmiast zajęłam swoje stałe miejsce w jednej z ławek.
Do rozpoczęcia zajęć został niecały kwadrans, a ponieważ panna Darwood miała tendencję do spóźniania się, pewnie w ciągu najbliższych kilkunastu minut nikt więcej się nie zjawi.
Wyciągnęłam z torby zeszyt i wyrwałam z niego kartkę. Kręciłam ołówkiem między palcami i zastanawiałam się, kogo zaprosić na bal. Chciałam na niego pójść, nie mogłam zrezygnować przez taką błahostkę jak brak partnera.
Może powinnam uderzyć do Cole'a? Po pierwsze potrafi tańczyć, i to naprawdę dobrze, co automatycznie oznaczało, że świetnie bym się bawiła. Po drugie raczej nie odmówi swojej ulubionej - jedynej i niepowtarzalnej - siostrzenicy.
Nawet nie rozpatrywałam opcji zaproszenia kogoś ze szkoły, bo wiedziałam, że Jesse nie kłamie. Faceci bali się nawiązywać ze mną bliższe kontakty ze względu na moich wujków, a szczególnie Josha - policjanta.
Mimo że usilnie starałam się nie dopuszczać do siebie wizji Chandlera, cały czas pojawiał się w mojej głowie. Wpełzał do niej niechciany, jakby znał każdą szczelinę, przez którą mógł się przecisnąć, a później nie potrafił wyjść. Jak upierdliwa mucha, która wpadnie przez uchylone okno, ale przez otwarte na oścież już nie potrafi wylecieć.
Wkurzał mnie tym, że nie potrafiłam przestać o nim myśleć. Szczególnie po dzisiejszym poranku. Zaczynałam się martwić, że przez upojenie alkoholowe wyrządzi sobie krzywdę na ulicy. Może powinnam powiedzieć o tym jego ojcu, żeby zabronił mu dziś się ścigać?
Pokręciłam głową na samą siebie i swoje głupie pomysły. Przecież Chandler był dorosły i nie miał zamiaru słuchać ojca w tego typu kwestiach.
Została mi jeszcze jedna opcja - nakablować Joshowi o zaistniałej sytuacji. Zazwyczaj i tak był delegowany na służbie do pilnowania porządku podczas wyścigów. Mógłby zrobić wyrywkową kontrolę trzeźwości i skonfiskować Chandlerowi kluczyki do motocykla.
Właśnie przerabiałam w myślach wszystkie za i przeciw, gdy do klasy wpadła Nancy.
- Nica! Nica! Nica! Wiesz, co się właśnie wydarzyło?! - zapiszczała podniecona i z takim impetem dopadła do swojego krzesła, że niemal się przewróciła. Z godnością utrzymała jednak równowagę, wbijając w moją twarz te swoje roziskrzone niebieskie oczy. - Jesse zaprosił mnie na bal! Myślałam, że to się nigdy nie stanie.
Skrzywiłam się w duchu. Nie od dziś wiedziałam, że Nancy jest w nim zauroczona, lecz on raczej nie odwzajemniał jej uczuć. Chciał iść na bal i potrzebował partnerki. Poszedł po linii najmniejszego oporu, wybierając ze wszystkich uczennic właśnie ją. Jeśli ten idiota złamie jej serce, osobiście będę podrzucać mu do śniadania środki przeczyszczające.
Przyjaciółka w kółko powtarzała, jak bardzo się cieszy. Aż podskakiwała rozemocjonowana na krześle, które chyba było już na skraju wytrzymałości. Jeszcze kilka radosnych podskoków, a Nancy skończy z obitym tyłkiem na podłodze.
- A ty co się tak cieszysz? - zapytał Harry, wchodząc do pomieszczenia razem z Beccą.
Może jednak ten dzień nie był totalnie beznadziejny. Ich pojawienie się uchroniło mnie przed udawaniem radości ze szczęścia Nancy.
- Idę na bal z Jessem!
Brwi chłopaka powędrowały pod samą linię brązowych włosów. Wlepił wzrok we mnie, a ja jedynie niezręcznie wzruszyłam ramionami. Wychodziło na to, że nie tylko mnie przerażał taki obrót sprawy. Ale co mogłam zrobić? Najwyżej suszyć głowę wujaszkowi, żeby nie dawał mojej przyjaciółce złudnych nadziei.
- Musimy skoczyć po sukienkę. - Entuzjazm Nancy nie opadł ani odrobinkę. Nie zmąciło go nawet ostre, głośne wciągnięcie powietrza do płuc przez Beccę. - Może dziś po szkole?
- W ciągu ostatnich trzech miesięcy kupiłaś pięć sukienek! - warknęła Becca, siadając w ławce przed nami, a Harry stanął przy dziewczynie. W sumie go podsiadła, bo to jego miejsce, a ona przecież nie miała z nami literatury i powinna iść na fizykę.
- No ale...
- Nie. Musisz się nauczyć zarządzania pieniędzmi, inaczej umrzesz na studiach. - Becca weszła w rolę starszej siostry. Zgromiła Nancy nie tylko słowem, ale również spojrzeniem. - Wydasz wszystko pierwszego dnia, i to zapewne na rzeczy totalnie zbędne.
Dziewczyny prowadziły zażartą przepychankę słowną, w której nie zamierzałam brać udziału. Co jak co, ale nastawiałam się na spotkanie z wiedźmą, więc nie potrzebowałam tego dnia więcej dramatów. Miałam dopiero siedemnaście lat - dobrze, prawie osiemnaście - i nie chciałam zacząć w tym wieku siwieć.
Harry też nie był zainteresowany kłótnią. Podszedł do mojej ławki i usiadł na jej skraju.
- Z kim idziesz na bal? - zapytał z zaciekawieniem wymalowanym na twarzy.
Wydęłam wargi i poruszałam nimi na boki, kończąc teatralnym westchnieniem.
- Zaprosiłabym ciebie, gdybyś nie miał dziewczyny - zażartowałam.
- Przecież nie mam dziewczyny - odparł podniesionym tonem.
Prychnęłam i przesunęłam wzrok na Rebeccę. Nie dość, że wyczuła na sobie moje spojrzenie, to jeszcze usłyszała, co powiedziałam do Harry'ego.
- Monica! - Wysyczała moje pełne imię, więc musiała się mocno wkurzyć. - Ile razy mamy powtarzać, że nie jesteśmy parą, tylko przyjaciółmi!? - oburzyła się totalnie niesłusznie.
Nawet Nancy ją wyśmiała, nie przejmując się zabójczym spojrzeniem, jakie posłali jej nasi przyjaciele.
- Na bal idziecie razem, prawda? - zapytałam, wymownie akcentując każde słowo. Tym razem to we mnie strzelili wzburzonym wzrokiem.
- Idziemy razem, bo jakbyś zapomniała, nie można iść samemu. - Becca wstała i ruszyła w stronę drzwi. Tak, najłatwiej uciąć temat.
Harry usiadł na swoim miejscu, nawet nie zerkając na mnie ani na Nancy.
- Wiesz... - odezwałam się cicho. - Nie mówimy wam tego na złość, po prostu chcemy, żebyście w końcu zrozumieli, że już od jakiegoś czasu czujecie do siebie coś więcej. Chyba żadne z was nie chce się do tego przyznać, bo się boicie, że wszystko zepsujecie wyznaniem miłości.
Nancy pokiwała głową, a Harry mruknął coś niezrozumiałego, ale najwidoczniej nie miał ochoty ciągnąć tej rozmowy. Dlatego zwróciłam się do przyjaciółki:
- Pomysł z kupnem kolejnej sukienki naprawdę jest bezsensowny, ale możemy po szkole gdzieś razem wyskoczyć. Im później wrócę do domu, tym lepiej. Candice przyjeżdża na weekend, dlatego sama rozumiesz...
Skwasiła minę, ale po chwili rozpromieniła się tak bardzo, że gdyby trwała noc, dziewczyna rozświetliłaby pomieszczenie jaśniej niż słońce.
- A Jesse do nas dołączy? - zagadnęła, wachlując długimi rzęsami i zaplatając na palec pukiel jasnych włosów.
Nie zdążyłam nawet rozchylić ust, bo nagle uderzyła się otwartą dłonią w czoło, a po sali rozniosło się echo plaśnięcia.
- Jejku, przez to wszystko zapomniałam, że dziś piątek i wyścigi - powiedziała przepraszającym tonem, przez co nabrałam pewności, że ze wspólnego popołudnia nici. - Muszę się przyszykować, więc może jutro gdzieś wyskoczymy? Bo chyba nie wybierasz się na...
- Nie wybieram się - burknęłam i przycisnęłam plecy do oparcia krzesła.
- Ej, ale w sumie mogłabyś zaprosić Lewisa.
Spojrzałam na nią jak Mufasa na Skazę, gdy ten drugi zrzucił pierwszego ze skały. I ona przeciwko mnie? Taka zdrada? Sztylet wbity w serce przez przyjaciółkę zdawał się wyciągać moje chęci do życia. Czemu wszystko i wszyscy zmówili się przeciwko mnie? Ktoś musiał rzucić dziś klątwę. Jak nic, to wiedźma Candice - przecież mnie nie lubiła najbardziej.
Aż dziwne, że ten przeklęty piątek nie był piątkiem trzynastego.
* * *
Opuściliśmy z Jessem szkolny parking jako ostatni. Pogrążyłam się tak głęboko w natarczywych myślach, że nie byłam w stanie nawet rozpocząć tyrady na temat Nancy. Każda wizyta Candice łączyła się z kłótnią, bierną agresją i wypominaniem rzekomych błędów moich dziadków oraz mamy. Według ciotki matka powinna mnie usunąć lub - w ostateczności - oddać do adopcji. Nie powiem, jej słowa zawsze bolały, mimo że nigdy, ale to nigdy, nawet przez ułamek sekundy nie poczułam, żeby mama żałowała urodzenia mnie.
Gdy znaleźliśmy się pod domem, nie miałam najmniejszej ochoty wysiadać z samochodu.
- No to co, młoda? Gotowa na spotkanie z wcieleniem zła?
- Na to nigdy nie będę gotowa - wymamrotałam. - Może się gdzieś zaszyjemy i wrócimy w niedzielę wieczorem? - zapytałam z nadzieją, że właśnie to zrobimy.
Ale wtedy nie mogłabym nazwać tego dnia przeklętym, prawda?
- Nie chcę zostawiać reszty na pożarcie tej żądnej krwi karykatury.
Wzięłam głęboki wdech i kiwnęłam głową, przyznając mu rację. Wysiedliśmy i z nietęgimi minami ruszyliśmy do drzwi. Porsche Candice zajmowało znaczną część podjazdu. I to nie tak, że było z tych większych. Ona po prostu nie umiała parkować. Co więcej, nie wiem nawet, kto jej dał prawo jazdy - stawiam samego szatana, ona nie ma innych znajomych oprócz tych z piekła.
Tuż przed wejściem do domu Jesse znów przeżegnał się lewą ręką, a ja poprawiłam kołnierz koszuli.
- Czas na przedstawienie - burknął i nacisnął klamkę.
- Raczej tragedię w pięciu aktach.
Wkroczyliśmy do środka i niczym za dotknięciem magicznej różdżki - choć adekwatniejszym porównaniem byłoby: jak za pstryknięciem palcami w rękawicy z kamieniami nieskończoności - powietrze naszej pięknej rezydencji stało się toksycznymi oparami wywołującymi duszności, nudności i palpitacje serca.
Nie zdążyliśmy jeszcze wejść w głąb domu, a do naszych uszu dotarł skrzek, od którego na ciele pojawiała się gęsia skórka - ta nieprzyjemna, oznaczająca, że obserwuje nas jakaś siła nieczysta i czym prędzej trzeba wezwać braci Winchester*. I... cholera, przed wyjazdem do szkoły mogłam obsypać rezydencję solą koszerną, może wtedy Candice nie przekroczyłaby progu.
- Ale tu nie ma o czym dyskutować. Albo wypłata dla zarządu będzie wyższa, albo sprzedam swoje udziały, ale na pewno nie tobie.
Przymknęłam powieki i ostatkiem sił powstrzymałam się przed zawróceniem. Naprawdę musiała znów rzucać się o pieniądze? Nie dość, że nic nie robiła - dziadek trzymał wszystko w ryzach, rozwijał firmę bez jej najmniejszej pomocy - to jeszcze uważała, że cokolwiek jej się należy.
- Dzień dobry, ukochana cioteczko! - krzyknął Jesse głosem pełnym ironii, której Candice nie zrozumie, ale dzięki której może zmieni temat.
- Dla kogo dobry, dla tego dobry - odparła, patrząc na chłopaka. Po chwili przeniosła na mnie zimne jak lód, obrzydliwe spojrzenie. - A ty? W żałobie raczej nie jesteś, więc w czarnych ubraniach pewnie próbujesz zatuszować nadwagę.
Dziadek zazgrzytał zębami, wpatrując się w siostrę z wściekłością. Babcia była na skraju - doskonale widziałam, jak szybko faluje jej klatka piersiowa. Mama zaciskała pięści, a Josh, Shawn i Cole napięli mięśnie, jakby byli gotowi do ataku i rozszarpania Candice gołymi rękami. Mimo że moja dusza cieszyłaby się na widok rozczłonkowanego ciała znienawidzonej ciotki, nie chciałam się stać kością niezgody w tym sporze. Skoro i tak według niej to ja byłam tą najgorszą, niech już tak zostanie.
- Ubrałam się tak specjalnie dla ciebie. Czy twoja wizyta nie ma na celu poinformowania nas, że umierasz, bo zatrułaś się własnym jadem? - rzekłam milutkim głosem.
Nie spodziewałam się żadnej reprymendy ani od dziadków, ani tym bardziej od mamy. Oczywiście, uczyli nas szacunku do innych, ale też podkreślali, że należy się on tym, którzy i nas szanują.
- Więc jestem już gotowa na twój pogrzeb. - Wymusiłam szeroki uśmiech i podeszłam do stołu. Zaraz za mną dreptał Jesse, chrumkając cicho. Chyba powstrzymywał się od śmiechu.
Zajęłam miejsce najbardziej oddalone od Candice, licząc na to, że nie dosięgnie mnie jej trujący oddech. Choć wciągnęła powietrze i nie wypuszczała go przez kilka chwil, niemal purpurowiejąc na twarzy.
- Mówiłam, że ten niewychowany bachor nie powinien nosić naszego nazwiska! - wypluła z nienawiścią, ale niczym nowym mnie nie zaskoczyła. - Tylko wstyd przynosi naszej rodzinie.
Fakt, znów poczułam ukłucie bólu, zresztą już kolejne - pierwsze było przy stwierdzeniu o mojej rzekomej nadwadze ukrywanej pod ubraniami. Może i nie nosiłam rozmiaru zero, jak ciotka przez większość lat młodości, lecz byłam w miarę szczupła. Mimo to jej słowa bolały, a ja natychmiast zaczęłam się zastanawiać, czy wystarczyłoby zrezygnować z pączków, żeby trochę schudnąć.
Ktoś uderzył pięścią w stół, ktoś inny wydał z siebie warknięcie pełne agresji, a jeszcze ktoś syknął złowrogo. Nie przyglądałam się, kto i co dokładnie robił - siedziałam z przymkniętymi powiekami i starałam się zapanować nad oddechem.
- Jeszcze raz odezwiesz się w ten sposób do mojej wnuczki, a opuścisz ten dom i nigdy więcej do niego nie wejdziesz - zagrzmiał groźnie dziadek. Nigdy nie użył takiego tonu w stosunku do mnie, babci ani pozostałych. Jakby ten cholernie chłodny i zdystansowany głos był przeznaczony wyłącznie dla Candice.
Ciotka prychnęła i teatralnie odwróciła głowę. Teraz co najwyżej zaczną się bierna agresja z jej strony lub dwuznaczne komplementy. Albo jedno i drugie.
Przez dobrych kilka minut jednak przy stole panowała zupełna cisza. Nikt nie był w humorze do rozmowy, a dodatkowo... o czym można dyskutować przy Candice?
Josh podniósł się z krzesła i ruszył do kuchni, a za nim zerwała się z siedzenia babcia.
- Z obiadem powinna pomagać Monica, nie Joshua. Jeśli nie nauczy się gotować, zostanie starą panną.
Zacisnęłam usta i zwinęłam dłonie w pięści. Ta kobieta wyzwalała we mnie mordercze zapędy.
- Mówisz ze swojego doświadczenia, ciociu? - zapytał z rozbawieniem Shawn. - Ach nie, ty potrafisz gotować, taka chudziutka jesteś, ale i tak nie znalazłaś męża. - Zacmokał arogancko. - Więc lepiej nie dawaj rad sercowych, bo nikt nie chce mieć takiego życia miłosnego jak twoje.
Pomieszczenie wypełnił dźwięk zbiorowego śmiechu, a Candice znów się zapowietrzyła. Gdyby nie zepsuty humor, pewnie chichotałabym razem z nimi, ale jedyne, co umiałam wtedy zrobić, to unieść kąciki ust.
W takich chwilach jeszcze bardziej doceniałam moją wspaniałą rodzinkę - ciotki nie zaliczałam do rodziny, przynajmniej nie tej najbliższej.
- Och, Shawn, lepiej będzie, jeśli Monica pójdzie w moje ślady, inaczej skończy jako nastoletnia matka, która nawet nie zna imienia tego, co jej zrobił bachora.
- Josh! - wrzasnął Cole, z impetem podnosząc się z krzesła. - Jak ją uciszę siłą, to będziesz musiał mnie zamknąć?!
Dziadek nawet nie drgnął. Candice za to niemal wtopiła plecy w oparcie, a jej jasne oczy błysnęły przerażeniem.
- Nie! Nie jestem na służbie. Nic nie widzę, nic nie słyszę! W razie czego kajdanki są w kieszeni w kurtce!
- Eric! - pisnęła ciotka. - Chyba nie pozwolisz swoim synom tak mnie traktować?!
Ojej, najbardziej poszkodowana, taka uciśniona biedaczka. Może w innych okolicznościach byłoby mi jej żal...
Nie, obojętnie, jakie okoliczności by zaistniały. Nie będę jej współczuć.
- Ostrzegałem - mruknął dziadek. - Jeżeli zjawiłaś się tu tylko po to, żeby nas obrażać, to możesz już wracać tam, skąd przyszłaś.
- Do piekła. - Jesse próbował zatuszować kaszlnięciem to, co powiedział, ale średnio mu wyszło.
Candice tego nie skomentowała, bo akurat Jesse'ego lubiła. O ile wiedźma jest zdolna kogoś darzyć sympatią. Może lepszym określeniem byłoby: Jesse'ego nienawidziła najmniej.
- Mona! Chodź na momencik, proszę! - zawołała mama z kuchni, a ja z ulgą odeszłam od stołu. Przynajmniej przez krótką chwilę będę mogła oddychać w miarę czystym powietrzem.
Stanęłam w progu, oparłam się biodrem o wyspę i spojrzałam na mamę.
- Co tam? W czymś wam pomóc? - zapytałam. Na twarzy mamity pojawił się tajemniczy uśmieszek.
Przysunęła w moją stronę siatkę z pudełkami do przechowywania jedzenia i już wiedziałam...
- Zaniesiesz to do Lewisów, dobrze? Możesz nawet posiedzieć trochę z Chandlerem. Unikniesz obiadu z ciotką i przy okazji porozmawiasz z nim o balu.
Fuknęłam i skrzyżowałam ramiona na piersi, starając się ukryć rozżalenie, ale też... ekscytację? Radość? Nie wiedziałam, co tak naprawdę czułam w tym momencie. Chciałam móc nazywać Chandlera przyjacielem, naprawdę niewyobrażalnie za nim tęskniłam. Jednak... A co, jeśli zobaczę w jego oczach nienawiść? Jeśli to będzie dla mnie za dużo? Bolały mnie jego obojętność i traktowanie jak powietrze, ale to chyba lepsze niż ziejące z jego spojrzenia wrogość i obrzydzenie.
- A nie mogą tego zrobić Jesse albo Cole? - burknęłam. - Nie zamierzam zapraszać go na bal. Czemu w ogóle...
- Kochanie, najwyższy czas, żebyście zakopali topór wojenny. Wiem, jak bardzo chcesz iść na bal, i wiem, że musisz mieć osobę towarzyszącą, więc bez ociągania się. - Podetknęła mi reklamówkę niemal pod nos. - Proszę, idź do niego.
A może właśnie powinnam zanieść ten cholerny obiad? Może potrzebuję oficjalnego zakończenia naszej znajomości, by ruszyć dalej?
Skoro ten dzień zaczął się tragicznie i przebiegał koszmarnie, to powinien się zakończyć spektakularnie źle.
Uśmiechnęłam się krzywo do mamy, chwyciłam foliówkę i ruszyłam na spotkanie z Chandlerem - niegdyś najbliższym mi człowiekiem - Lewisem.
* Bracia Winchester - bohaterowie serialu Nie z tego świata zajmujący się polowaniem na istoty paranormalne, demony itp. (wszystkie przypisy pochodzą od autorki).