Wstęp
Jeśli kiedykolwiek miałeś przyjemność spotkać na imprezie
psychoterapeutę (a w każdym razie dobrego psychoterapeutę), zapewne
zauważyłeś, że jesteśmy bardzo uważni. Staramy się pilnie słuchać. Nie
po to, by znaleźć dowody na wszystkie twoje niecne postępki, dostrzec w tobie coś, czego wolałbyś nie ujawniać, ani po to, by powiązać jakieś
cechy twojej osobowości z problemami wyniesionymi z domu. Nie zaglądamy
w najmroczniejsze zakamarki twojego umysłu, nie czytamy w twoich myślach
ani nie wykrywamy kłamstw. Jesteśmy uważni, bo lubimy słuchać. Tego nas
nauczono.
Kiedy w gabinecie albo przy innej okazji pytamy: "I jak się z tym
czujesz?", to dlatego, że naprawdę chcemy wiedzieć. Jesteśmy ciekawi.
Zaintrygowani. Chcemy zrozumieć.
Tak jak projektantowi wnętrz, który nie może się powstrzymać od
analizowania każdego pomieszczenia, w jakim się znajdzie, albo
budowniczemu pukającemu w ścianę czyjejś konstrukcji, terapeucie często
trudno się oderwać od codziennej pracy. Zwłaszcza gdy jest to praca,
która w dużej mierze określa jego tożsamość. Zauważyłem, że wiele osób
czuje się niekomfortowo, gdy opowiadam o swoim zawodzie w sytuacjach
towarzyskich. Najpierw ich mowa ciała sugeruje przejście do defensywy, a chwilę potem pada zadane półżartem pytanie: "Czy to znaczy, że mnie
teraz analizujesz?". Rozumiem tę rezerwę i jako wykwalifikowany i doświadczony terapeuta mogę cię zapewnić, że to żartobliwe oskarżenie
nie odbiega zbyt daleko od prawdy. Ale moja zawodowa ciekawość nie
przejawia się inwazyjną psychoanalizą, której wiele osób początkowo się
obawia. Wynika ona ze współczucia, pozytywnego zaciekawienia i nawyku.
Co więcej, kiedy my, terapeuci, słuchamy, nawet na imprezie albo podczas
rodzinnego spotkania, trudno jest się nam odciąć od wielu lat nauki i od
półek uginających się pod książkami z teoriami poradnictwa,
zawierającymi wiele wskazówek dotyczących rozwiązywania problemów
psychologicznych. Umysł każdego człowieka chętnie czerpie z własnej
biblioteki odniesień i nie inaczej jest u terapeutów, lecz nie oznacza
to, że zawsze działamy zgodnie z sugestiami podsuwanymi przez mózg lub
że je przyjmujemy. Często chcielibyśmy, aby ta część naszych szarych
komórek wyłączała się, gdy nie pracujemy, zwłaszcza jeśli staramy się
odprężyć przed telewizorem przy lampce wina.
Należy pamiętać, że terapeuci są ludźmi tak samo jak wszyscy inni i można ich postrzegać przez pryzmat człowieczeństwa, zarówno w gabinecie
terapeutycznym, jak i poza nim. Nie wszystko rozpracowaliśmy. Mamy swoje
wady, mamy grzeszki i stale pracujemy nad osobistymi problemami. W tej
książce przekonasz się, jak ludzcy możemy być, na podstawie
przytaczanych przeze mnie przykładów własnych słabości, niedoskonałości,
niepokojów i wewnętrznych rozterek. Ujawniłem je nie po to, by zhańbić
swój zawód, lecz by pomóc ludziom uzmysłowić sobie, że terapeuci nie są
tacy straszni, a już na pewno nie są świętsi od ciebie, czego być może
się obawiasz.
Przyrzekam, że po drugiej stronie drzwi gabinetu terapeutycznego nie
czeka na ciebie wszechwiedzący, wszystko znający byt, gotowy rzucić się
na ciebie przy pierwszej okazji, by cię osądzić lub zawstydzić. Osobą,
którą tam spotkasz, jest w idealnym przypadku ktoś, kto chce cię
wysłuchać i przez krótką chwilę pobyć sumiennym, nieoceniającym gościem
w twoim świecie, wiedząc, że możecie się bezpiecznie rozstać, aż
nadejdzie moment, gdy znów zdecydujesz się zapukać do tych samych drzwi.
Mam nadzieję, że właśnie tak myślą moi klienci o mnie i o mojej
praktyce.
Jestem psychoterapeutą specjalizującym się w stanach lękowych i bardzo
lubię swoją pracę. Lęk jest czymś, z czym każdy z nas w ten czy inny
sposób się zetknął, a zarazem zjawiskiem, z którym sam miałem ogromne
problemy w przeszłości. Nie pozbyłem się go całkowicie do dziś. Ale
dzięki odmieniającej życie terapii i psychoedukacji mogę śmiało
powiedzieć, że jestem szczęśliwy i spełniony -?i tego samego życzę
wszystkim moim klientom. W mojej pracy terapeutycznej motywuje mnie
pomaganie im w osiągnięciu równie korzystnego stanu. Niepokój może być
dla wielu z nas paraliżujący, lecz za każdym razem, gdy widzę, jak jeden
z moich klientów najpierw pogrąża się w niepewności, by potem stawić
czoło swoim lękom, napawa mnie to najwyższym podziwem. Ci ludzie nie są
"uszkodzeni". Ani ty nie jesteś.
Jako społeczeństwo poczyniliśmy ostatnio spore postępy w sposobie
mówienia o zdrowiu psychicznym, lecz czeka nas jeszcze długa droga.
Hasztagi na Instagramie i korporacyjne dni dobrego samopoczucia
niewątpliwie robią dobrą robotę, ale bardzo wiele osób wciąż uważa, że
trudne emocje najlepiej trzymać w sekrecie, bo są powodem do zażenowania
i wstydu. Wierzę, że na pewnym etapie życia psychoterapia może pomóc
prawie każdemu, lecz uważam też, że proces terapeutyczny jest źródłem
wielu nieporozumień. W tej książce chciałbym rozwiać niektóre
niejasności i mity, aby cię zapewnić, że rozmowa o zdrowiu psychicznym z profesjonalistą nie musi wiązać się z przerażającą bezbronnością ani z wiecznym pobłażaniem sobie.
Książka I jak się z tym czujesz? opiera się na czterech studiach
przypadków moich klientów. Czytając te słowa, większość terapeutów tylko
westchnie: "Na litość boską, toż to herezja! A co z tajemnicą
zawodową?!". Spieszę z zapewnieniem, że choć niniejsza książka
przedstawia prawdę o zawodzie terapeuty, poufność informacji
przekazywanych mi przez klientów pozostaje moim absolutnym priorytetem.
Z tego względu wszystkie cechy opisanych osób, ich relacje, daty i wydarzenia zostały przemieszane i zanonimizowane w sposób
uniemożliwiający wszelką identyfikację. Proces ten zweryfikowano w ramach rygorystycznego nadzoru klinicznego i poddano konsultacjom
prawnym.
Ta książka jest moim wkładem w zachęcanie do większej otwartości w kwestii dobrostanu psychicznego, a zarazem zapewnia wgląd w dziedzinę,
która często pozostaje owiana tajemnicą. Czytając I jak się z tym
czujesz?, dowiesz się, jak to jest być terapeutą, a zarazem
najprawdziwszą i pełną wad istotą ludzką. Przytoczyłem w niej pikantne
historie o konfliktach, dramatach i błędach. Uwzględniłem sprawy całkiem
realne, o których niewielu terapeutów ośmiela się opowiadać, jak również
takie, których zamieszczenie na jej kartach u mnie samego budziło
wątpliwości. Ale jeśli choć niewielka część z was po odłożeniu tej
książki pomyśli, że psychoterapia jest jakby trochę bardziej atrakcyjna
lub choćby mniej przerażająca, bądź zechce wspomnieć o własnej terapii
podczas zwykłej rozmowy, to główny cel przyświecający mi w trakcie jej
pisania zostanie osiągnięty.
Harry
Portal, czerwiec 2008 roku
Josh: To był najgorszy mecz mojego życia.
Mój młodszy brat tylko przewrócił oczami.
Harry: Zdarzało ci się grać gorzej.
Josh: Daję głowę, że ta gra jest
ustawiona. A może to kwestia naszego łącza internetowego.
Harry: Nie... po prostu jesteś do bani w Halo.
Zerknąłem przez ramię i nadziałem się na jego bezczelny uśmiech. Nie
pozostało mi nic innego, jak też się roześmiać. Odłożyłem kontroler na
biurko w poczuciu porażki.
Harry: Chcesz zagrać w coś innego? W ubiegłym tygodniu mama kupiła mi Portal 2.
Josh: Portal 2? Nigdy o tym nie
słyszałem i nie grałem w pierwszą część. Poza tym mam już trochę dość
grania.
Harry: Daj spokój! Spodoba ci się. To
kanapowa gra kooperacyjna.
Josh: Faktycznie lubię takie. A jest w niej jakaś nieuzasadniona przemoc, która nie spodobałaby się mamie?
Harry: Tam się w ogóle nie walczy. To gra
logiczna.
Josh: To ja odpadam.
Harry zrobił rozczarowaną minę. A ja nie lubiłem, gdy się smucił.
Josh: No dobra... daj mi kontroler.
Harry: Myślę, że naprawdę ci się spodoba.
Rozwiązywanie zagadek i przechodzenie poziomów wymaga współpracy.
Ekran się rozjaśnił. Podjechaliśmy na krzesłach bliżej i ustawiliśmy się
obok siebie, w naszych typowych miejscach do grania. Ale zanim
zaczęliśmy, do pokoju wpadła mama.
Mama: Dlaczego mnie nie dziwi, że w kuchni wciąż leżą brudne naczynia? Czyja była dzisiaj kolej na zmywanie?
Harry i ja jednocześnie wskazaliśmy się nawzajem.
Harry: Ale ja wyszedłem z psem!
Mama przeniosła wzrok na mnie, czekając na wymówkę.
Josh: A ja... ja... Cholera...
Mama: Joshua!
Harry: A możemy najpierw trochę pograć w Portal? Proooszę, mamo. Zaraz będę musiał zbierać się do taty.
Josh: Tak, mamo, to Portal 2! Od lat
czekaliśmy na drugą część!
Mama posłała mi piorunujące spojrzenie. Harry zdusił śmiech.
Mama: Gdy tylko ojciec go odbierze...
naczynia!
Josh: Jasne, przepraszam.
Mama zeszła po schodach, a Harry uruchomił grę.
Josh: Dobra. To jak się w to gra?
Harry: Każdy z nas ma specjalną broń,
która może tworzyć dwa różne portale. Wejściowy i wyjściowy.
Harry nacisnął przycisk i na ekranie pojawił się żółty owal.
Harry: Żółty portal to ten wejściowy...
Wystrzelił z broni po raz drugi. Następny owal był niebieski.
Harry: A to jest portal wyjściowy. Jeśli
wskoczysz do żółtego, pojawisz się tam, gdzie znajduje się niebieski.
Postać Harry'ego przeskoczyła przez żółty portal i teleportowała się na
drugą stronę ekranu. Podszedłem swoją postacią do żółtego portalu.
Josh: Łał. Widzę cię przez portal. Ale
fajne!
Harry przesunął postać, tak że stanęła naprzeciwko portalu wyjściowego.
Nasi bohaterowie stali i patrzyli na siebie na wprost. Wyglądaliśmy jak
dwa animowane portrety.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wewnętrzne głosy terapeuty
Chciałbym teraz zapoznać cię z moimi wewnętrznymi głosami -?bardzo
wygadanymi postaciami, które zajmują poczesne miejsce w tej książce.
Szkolenie psychoterapeutyczne, a także własne przejścia związane z terapią pomogły mi osiągnąć dużą samoświadomość. Jednym z aspektów
mojego rozwoju emocjonalnego, obejmującego wyzdrowienie ze stanów
lękowych, było dostrzeganie różnych myśli i głosów, które umysł podsuwał
mi każdego dnia. Któregoś ranka sięgnąłem po długopis i postanowiłem je
opisywać w miarę upływu tygodnia. Z biegiem czasu zacząłem sobie
wyobrażać te głosy jako postacie siedzące przy dużym, okrągłym stole -
każdy z nich sprzecza się, debatuje i walczy o uwagę w moim umyśle.
Oto głosy, które napotkasz w moim wewnętrznym dialogu podczas sesji
terapeutycznych:
ANALITYK. Postrzeganie sprawy z perspektywy teorii psychoterapii.
LĘK. Głos niepokoju, który skupia się na zagrożeniach i mało
prawdopodobnych katastrofach.
BIOLOGIA. Głód, zmęczenie, ból, dyskomfort, wydalanie, temperatura i tak dalej.
WSPÓŁCZUCIE. Chęć zrozumienia i pomocy.
KRYTYK. Karcący głos osądu.
DETEKTYW. Poszukiwacz wskazówek i znaczeń.
EMPATIA. Próba wyobrażenia sobie i doświadczenia czyichś uczuć.
ESKAPISTA. Głos zachęcający do unikania trudnych emocji.
INTUICJA. Podszept przeczuć, wykraczający poza racjonalność i zdrowy
rozsądek.
SZYDERCA. Dziwne i nieoczekiwane myśli, które niekiedy zakradają się do
gab inetu terapeutycznego.
ZBAWICIEL. Chęć wybawienia danej osoby, wychodząca poza sferę
obowiązków zawodowych.
WYZWALACZ. Bodźce budzące zazdrość, niepokój, złość, defensywność i przeżyte traumy.
WOLA. Interwencja metapoznawcza... a w mniej technicznych słowach -
decyzja o wysłuchaniu głosu bardziej odpowiedniego niż ten, który
początkowo się pojawia.
Daphne
Zerknąłem na zegarek w chwili, gdy Tony umilkł i zaczął zastanawiać się
nad tym, o czym mi właśnie opowiedział. Dzisiejsza sesja okazała się
przełomem, bo dotąd razem z Tonym ciężko pracowaliśmy nad odkrywaniem,
skąd bierze się jego niepokój w czasie, kiedy zostaje sam. Ale głęboko
terapeutyczny wydźwięk tego momentu został obrócony wniwecz przez moją
głupią decyzję o wypiciu potężnej kawy americano podjętą tuż przed tym,
jak zapukał do moich drzwi.
BIOLOGIA: Posikasz się.
KRYTYK: Idiota. Powinieneś był pójść
się odlać, zanim zacząłeś.
LĘK: Wiesz, że trzymanie tego w sobie
jest niezdrowe dla prostaty?
Niezdarnie poprawiłem się na krześle, próbując uciszyć dyskomfort. Nie
ma nic złego w powiedzeniu, że musisz zrobić przerwę, żeby sobie ulżyć,
lecz mając perspektywę czterech minut do końca sesji, i to w tak
decydującej chwili, nie mogłem sobie pozwolić na to, by przerwać
przełomowy moment. Nie odrywałem wzroku od Tony'ego i starałem się
towarzyszyć mu najlepiej, jak umiałem.
Tony: Od jakiegoś czasu nabiera to dla
mnie sensu. Patrząc wstecz, uświadamiam sobie, że mam bardzo niewiele
szczęśliwych skojarzeń związanych z samotnością. Kiedy badamy uczucia
towarzyszące naszej pracy z ekspozycją na bodźce, przychodzą mi na myśl
wspomnienia rozwodu. Siedzenia w mieszkaniu mojego brata. Zapach
papierosów i wilgotnego prania...
Przerwał i spojrzał mi w oczy.
Tony: Nawet kiedy byłem mały, jeśli już
uciekałem w samotność, to zwykle po to, by uniknąć kłótni. Ciągłego
konfliktu piętro niżej. Albo po to, żeby uciec przed prześladowcami w szkole. Biegłem na tyły hali sportowej, żeby znaleźć odrobinę spokoju.
Samotność oznacza dla mnie ucieczkę przed niebezpieczeństwem, ale płacę
za to cenę smutku.
Josh: Może teraz uciekasz nie od poczucia
zagrożenia, ale od samego smutku?
Tony: Tak... Czuję się trochę tak, jakbym
zawsze planował z wyprzedzeniem, żeby nigdy nie być sam, na wypadek
gdybym znów poczuł smutek. Lubię swoje życie, ale mam wrażenie, że wciąż
osacza mnie ten sam stary, silny strach. Zaczynam rozumieć, dlaczego
boję się zostawać sam choćby przez pięć minut.
Josh: Jak w tym układzie widzisz swoją
pracę domową?
Tony: To proste. Poćwiczyć bycie samemu.
Josh: Dlaczego?
Tony: Bo chcę zmienić skojarzenia z samotnością. Chcę cieszyć się chwilami spędzanymi z samym sobą i nie
musieć się bać za każdym razem, gdy Helen jedzie się spotkać z siostrą.
Nie chcę odliczać sekund do czasu, aż dzieci wrócą ze szkoły i przestanę
być sam. Ech, aż dziwnie mi to sobie wyobrażać.
INTUICJA: Przypomnij mu definicje,
które omawialiście.
Josh: Pamiętasz, jak mówiliśmy, że jest
duża różnica między byciem samotnym a byciem samemu? Moim zdaniem to
znakomity temat pracy domowej, którą możesz odrobić.
Tony uśmiechnął się nerwowo, ale wyczuwałem otaczającą go aurę
determinacji.
WSPÓŁCZUCIE: Dobrze sobie radzi.
EMPATIA: Ta praca domowa będzie
trudna, ale wie, że to krok we właściwą stronę.
BIOLOGIA: Posikasz się na sto pro.
ESKAPISTA: Musisz jak najszybciej
zakończyć tę sesję.
Na zakończenie sesji wyciągnąłem z rękawa jeden z najstarszych
terapeutycznych trików.
Josh: Spoglądam na zegarek, Tony.
Zbliżamy się do końca naszej sesji. Widzimy się za tydzień o tej samej
porze? Może będzie okazja porozmawiać o twojej pracy domowej, jeśli
zechcesz.
Odprawiłem Tony'ego szybciej, niżbym chciał, lecz byłem zdesperowany.
Gdy wsiadał do windy, posłałem mu uśmiech przez zamykające się drzwi.
Niczym koń wyścigowy, tylko z pęcherzem wielkości arbuza, pogalopowałem
korytarzem i zaatakowałem ramieniem drzwi toalety. Wewnątrz z przerażeniem odkryłem, że kabina jest zajęta, a jedyny pisuar przejął we
władanie doktor Patel, lekarz rodzinny z piętra niżej. To zdumiewające,
jak doskonale wyostrzają się zmysły, gdy rozpaczliwie pragniemy oddać
mocz, bo z dźwięków dochodzących ze spodni doktora Patela
wywnioskowałem, że raczej rozpina zamek, niż go zapina. Po jasną cholerę
wchodził na górę, żeby skorzystać z tej toalety?
Czułem ból w całym ciele. Nie mogłem czekać. Zerknąłem na umywalkę i wziąłem głęboki wdech. "Przepraszam, doktorze, ale to nagły wypadek" -
powiedziałem. A potem to zrobiłem. Wysikałem się do umywalki. Widok w wiszącym nad nią dużym lustrze był karą za moje czyny, bo nie mogłem
patrzeć nigdzie indziej jak tylko na siebie.
BIOLOGIA: Dziękuję.
KRYTYK: Doktor Patel uważa cię za
gbura.
WSPÓŁCZUCIE: Czasami trzeba znaleźć
najlepsze wyjście z trudnej sytuacji.
Usłyszałem, jak doktor Patel natychmiast zapina suwak.
Wróciłem do swojego gabinetu, odpędzając natrętne myśli o dzieciach
myjących rączki w umywalce, którą właśnie zbezcześciłem. Co prawda
umyłem wszystko i zdezynfekowałem, ale wstyd pozostał.
WOLA: Nie rozpamiętuj tego. Wracaj do
roboty.
Typowy czas trwania sesji z psychoterapeutą to "godzina terapeutyczna",
którą większość specjalistów skraca do pięćdziesięciu minut. Daje to
chwilę oddechu między spotkaniami i czas potrzebny na odzyskanie gruntu
pod nogami, spisanie notatek albo wysikanie się do umywalki. Zwykle
spędzam tę dziesięciominutową przerwę, robiąc kilka uważnych oddechów i zastanawiając się nad przebiegiem poprzedniej sesji albo bezmyślnie
przewijając memy na Reddicie. Po powrocie do gabinetu sprawdziłem w planie dnia, kto ma być moim następnym klientem. Ze sporządzonego
ołówkiem wpisu wynikało, że to niejaka Daphne. Nazwiska brak. Sesja
mająca się rozpocząć za dwie minuty to wstępna konsultacja. Zostało mi
ledwie kilka chwil na osiągnięcie pełnej gotowości.
WYZWALACZ: Zaskoczy cię
nieprzygotowanego. Hochsztapler!
LĘK: Wyglądasz jak niechluj. A jeśli
Daphne uzna, że jesteś nieprofesjonalny?
Podbiegłem do biurka i wyciągnąłem z szuflady szczotkę, żeby przeczesać
włosy. Następnie włączyłem przedni aparat w smartfonie i użyłem go jako
lustra, aby sprawdzić, czy wyglądam jako tako reprezentacyjnie.
KRYTYK: Mogłeś się ogolić, stary.
ANALITYK: Nadal oceniasz siebie na
podstawie powierzchowności. Powinieneś to później przemyśleć.
Pamiętałem rozmowę telefoniczną z Daphne, a zwłaszcza to, jak
podkreślała chęć pozostania anonimową, co nie jest niczym niezwykłym w przypadku klientów dbających o swoją prywatność. Intryguje mnie
spotkanie z każdym nowym klientem, ale jeśli mam być szczery,
szczególnie ekscytują mnie ci, którzy upierają się przy anonimizacji.
SZYDERCA: Zastanawiam się, ile osób ta
Daphne ma na sumieniu...
Zegar tykał nieubłaganie i wskazywał już pięć minut po umówionej
godzinie. Daphne wciąż się nie zjawiała. Zacząłem nerwowo chodzić po
gabinecie i upewniać się, że wszystko wygląda schludnie -?poprawiłem
poduszki, doprowadziłem rośliny do ładu i raz jeszcze sprawdziłem, czy
mój prywatny telefon aby na pewno jest wyciszony. A potem usiadłem i czekałem. Wpatrywałem się w drzwi jak pies oczekujący powrotu
właściciela. Minęło osiem minut. Daphne ani widu.
KRYTYK: Co ty sobie, do cholery,
myślisz, Daphne? To nieuprzejme. Czas to pieniądz.
EMPATIA: A jeśli to jej pierwsza sesja
terapeutyczna? Może się boi? Daj jej szansę. Pamiętasz, jak sam
przechodziłeś terapię?
LĘK: A jeśli w drodze tutaj potrącił
ją autobus?
SZYDERCA: Wyobraź sobie raczej, że to
ona napadła na autobus. "Giń, przepadnij, przebrzydły autobusie!".
ANALITYK: Irytujesz się, ponieważ
jesteś podminowany.
BIOLOGIA: Uaktywnił się twój
współczulny układ nerwowy.
WSPÓŁCZUCIE: W takich chwilach można
być niespokojnym. W byciu niespokojnym nie ma nic złego.
DETEKTYW: Dowody wskazują na to, że
się nie pojawi.
KRYTYK: Naprawdę lubisz łamać sobie
głowę, chłopie.
WOLA: Zamierzam skoncentrować się na
oddechu i dźwiękach dochodzących z zewnątrz.
WSPÓŁCZUCIE: Dobry pomysł.
Po dwudziestu minutach czekania doszedłem do wniosku, że Daphne nie
przyjdzie. Nie ma w tym nic dziwnego; to się zdarza (nie tylko mnie, ale
wszystkim terapeutom). Nazywamy to frustrującym niestawieniem się na
sesję. Jeśli kiedykolwiek wyrolujesz w ten sposób swojego terapeutę,
wiedz, że w pierwszym odruchu będzie się o ciebie martwił. Będzie miał
nadzieję, że nie stało ci się nic złego, a potem w głębi duszy
wymamrocze przekleństwo, żeby dać upust swojej nienawiści. Oczywiście
żartuję; nienawiść zachowujemy dla siebie. Niestawienia się są
irytujące, lecz autentyczna troska o ciebie prawie zawsze przeważa nad
przejściową frustracją.
Aby wypełnić dziurę w kształcie Daphne, która powstała w moim gabinecie,
obejrzałem na YouTubie kilka śmiesznych filmików z psami i wzruszające
sceny z filmu Hook, a potem zamknąłem laptop i zacząłem się pakować
przed wyjściem do domu. Nacisnąłem przycisk windy i patrzyłem, jak
rośnie podświetlony numer piętra. Drzwi windy otworzyły się i... szczęka
opadła mi na podłogę.
Odsłonięta niczym nagroda w teleturnieju z lat dziewięćdziesiątych, moim
oczom ukazała się osoba o niezwykle charakterystycznym, uderzającym
wyglądzie. Rozpoznawalna w mgnieniu oka. Postać z hollywoodzkiej
śmietanki, celebrytka, wielokrotnie nagradzana aktorka, która zagrała w kilku moich ulubionych filmach i występowała w programach telewizyjnych.
Była to... no cóż, tego nie mogę zdradzić. Żałuję, lecz nie mogę
powiedzieć, kto przemieszczał się windami i korytarzami w biurowcu w Salford. Ze względu na kwestie tajemnicy zawodowej osoba ta będzie
występowała tutaj jako Daphne. Tylko co ona tu, do diabła, robiła i dlaczego znalazła się na moim piętrze?
Daphne: Cześć, Josh. Bardzo przepraszam
za spóźnienie. Miałam umówione spotkanie z tobą, które chyba kompletnie
wyleciało mi z głowy.
ANALITYK: Kurwa.
LĘK: Kurwa.
BIOLOGIA: Kurwa.
WSPÓŁCZUCIE: Kurwa.
KRYTYK: Kurwa.
DETEKTYW: Kurwa.
EMPATIA: Kurwa.
INTUICJA: Kurwa.
SZYDERCA: Ale jaja.
ZBAWICIEL: Kurwa.
WYZWALACZ: Kurwa.
WOLA: Kurwa.
Źródła lęku
Często słyszę pytania, skąd moim zdaniem "bierze się" lęk. Lęk jest
reakcją organizmu na zagrożenie; to potężny nadrzędny mechanizm, który
uaktywnia tryby walki, ucieczki lub zamrożenia, na wypadek gdyby
zagrożenie okazało się nieuchronne. Rodzaj zagrożenia jest kwestią
indywidualną. Może to być niebezpieczeństwo w ścisłym znaczeniu tego
słowa, takie jak biegnący w naszą stronę szaleniec z tasakiem. Może
chodzić o zagrożenie dla samooceny, jakim jest na przykład nieudana
prezentacja albo oblany egzamin. Może to być także zagrożenie o charakterze społecznym, takie jak strach przed pominięciem, odrzuceniem
lub upokorzeniem. Może też chodzić o światowej sławy aktorkę, która
zjawia się przed moim gabinetem znienacka, spóźniona na sesję o prawie
czterdzieści pięć minut. Bez względu na rodzaj zagrożenia niespokojny
umysł stara się o nas troszczyć, napełniając nas przytłaczającym
uczuciem zwątpienia. A kiedy wątpimy, przerywamy to, co właśnie
robiliśmy, i skupiamy uwagę na niebezpiecznym problemie, aby móc go
zaatakować, rozwiązać lub uniknąć.
Omawiany mechanizm reakcji na zagrożenie oddawał nieocenione usługi
naszym pradawnym przodkom. Naprawdę bardzo go potrzebowali. Bez niego
mieliby przekichane. Nasi protoplaści żyli wśród drapieżników, takich
jak lwy czy wilki. A ponieważ nie byli stworzeni do walki z nimi jeden
na jednego, powielili zachowania surykatki, rozwijając reakcję, która
uprzedza zagrożenie. Tak jak surykatka, przekierowali tę reakcję na
obserwowanie otoczenia pod kątem niebezpieczeństw. Dzięki temu mogli
dostrzec drapieżnika jako pierwsi i wykorzystać przewagę w postaci
możliwości przejęcia inicjatywy. Nasi przodkowie mogli zdecydować się na
obejście stada lwów szerokim łukiem, tak by ich nie sprowokować, bądź
skonstruować włócznie, podkraść się i zgromadzić zapasy na wieczornego
grilla z motywem Króla lwa. Na podobnej zasadzie, jeśli praludzie
podejrzewali, że z jaskini może wyskoczyć coś groźnego i się na nich
rzucić, ich reakcja na niebezpieczeństwo uruchamiała mechanizm
wątpliwości -?czy też ograniczonego zaufania -?który skłaniał ich do
bacznego obserwowania wejścia do pieczary, gdy przechodzili obok. Lepiej
wyprzedzać rozwój zdarzeń, prawda?
Uważam za zdumiewające, że pomimo ogromu zmian, jakie zaszły w naszym
stylu życia do współczesności, ta część ludzkiego mózgu nie ewoluowała.
Do dziś funkcjonują w niej te same reakcje na zagrożenia co dawniej.
Oczywiście na świecie wciąż są drapieżne zwierzęta i grożą nam inne
niebezpieczeństwa, lecz zasadniczo żyjemy w stosunkowo bezpiecznym
otoczeniu, w którym nasza niespokojna uwaga skupia się na sprawach
bardziej abstrakcyjnych. Lwy zastąpiło zamartwianie się dążeniem do
sukcesu, bycie niewystarczająco dobrym, obłaskawianie innych ludzi i dbanie o własny wygląd. Jaskinią, którą bacznie obserwowali nasi
przodkowie, stały się relacje międzyludzkie, dobrostan, nasze kariery
zawodowe lub miejsce, gdzie lokujemy samych siebie na egzystencjalnej
mapie myśli. Mechanizmy w mózgu pozostały bez zmian, tylko zagrożenia są
inne.
Powstała też teoria, zgodnie z którą krytyczny osąd innych ludzi budzi w nas taki lęk dlatego, że odtrącenie, ostracyzm i porzucenie stanowiły
dla naszych przodków bardzo realne zagrożenia dla życia. Dobre układy z innymi ludźmi na łonie plemienia były niezbędne, aby móc pozostać w społeczności, której poszczególni członkowie polegali na sobie nawzajem.
Bezpieczeństwo wynikało z przynależności do kolektywu. W związku z tym
warto było mieć na uwadze to, co myśli i czuje przywódca plemienia, na
wypadek gdyby miał się na nas rozeźlić tak bardzo, że przegnałby nas na
cztery wiatry i pozbawił poczucia bezpieczeństwa płynącego z członkostwa
w grupie. Dziś mechanizm ten nadal działa u każdego z nas, lecz
szczególnie często daje o sobie znać w biurze, gdy próbujemy
przewidzieć, co odpisze nam szef; w domu, gdy nie umiemy się
zrelaksować, oraz w sytuacjach, w których trudno jest nam powiedzieć
"nie". Reakcja na zagrożenie nie tylko przygotowuje nas więc do radzenia
sobie z dużymi, budzącymi grozę niebezpieczeństwami, lecz także odgrywa
pewną rolę w kontaktach społecznych.
Levi
Drzwi windy się rozsunęły i potężny, onieśmielający samym swoim wyglądem
mężczyzna wyciągnął do mnie rękę na przywitanie. Uścisnąłem mu dłoń,
pozwalając, by sprasował moje kości i ścięgna tak, że ich atomy nie
miały się gdzie podziać. Starałem się nie okazywać bólu -?to kwestia
mojego starego wstydu, wynikającego z dorastania w środowisku ceniącym
sobie pozbawioną emocji "męskość".
Levi: Witam, kolego. Levi.
NIEPOKÓJ: Ten facet jest straszny.
Josh: Cześć, Levi. Zapraszam do mojego
gabinetu. Chodź, pokażę ci, w którym pokoju urzęduję.
Idąc korytarzem obok tego olbrzyma, zwróciłem uwagę na kilka tatuaży na
przedramieniu i szyi. Niektóre były wyblakłe, ale jeden z nich, ten na
przedramieniu właśnie, wciąż pysznił się świeżością i był nawet pokryty
folią ochronną. W krokach Leviego wyczuwałem autorytet, lecz otaczała go
aura rezygnacji w rodzaju "cóż, chyba nie mam innego wyjścia", niczym u bramkarza podchodzącego do młodego chłopaka, którego trzeba wyprosić z pubu.
ANALITYK: Widzę, że zaciska i rozluźnia pięści.
KRYTYK: Zajmuje tyle przestrzeni, że
wprasuje cię w ścianę.
EMPATIA: Pewnie jest zdenerwowany, a ludzie okazują stres na różne sposoby. To nic osobistego.
Po wejściu do mojego gabinetu zachęciłem Leviego gestem, żeby usiadł.
Levi: A gdzie ty zwykle siadasz?
Josh: Na ogół przy oknie, ale nie krępuj
się i usiądź tam, gdzie masz ochotę.
Levi: Myślę, że zajmę twoje miejsce.
ANALITYK: Odważna decyzja.
DETEKTYW: Czuje się zagrożony.
Josh: Jasne, nie ma sprawy. Jeśli chcesz,
weź sobie jakieś poduszki. Czuj się jak u siebie w domu.
Levi opadł na moje krzesło i osunął się na nim tak nisko, że prawie
leżał. Splótł dłonie na brzuchu i odwrócił głowę, by wyjrzeć przez okno.
Był wyraźnie spięty, ale starał się jak mógł zakomunikować mi, że nie
czuje się w najmniejszym stopniu zagrożony.
Levi: To kiedy zaczniesz czytać w moich
myślach? Powiesz mi, że moje wszystkie problemy wynikają z tego, że
tatuś mnie nie przytulał?
Josh (chichocząc cicho): To nie do
końca tak działa. Niestety nie umiem czytać w myślach. Głównym zadaniem
terapeuty jest wysłuchanie drugiego człowieka i zapewnienie mu
bezpiecznej przestrzeni.
SZYDERCA: Zawsze chodzi o rodziców.
ANALITYK: Niewykluczone.
DETEKTYW: Możecie się zamknąć? Musimy
dowiedzieć się czegoś więcej.
Levi wstał i zaczął spacerować po gabinecie. Podszedł do wielkiego
regału z IKEA i wyjmując z niego poszczególne przedmioty, przyglądał się
im pod światło.
Levi: Co to jest?
Josh: To mała rzeźba bawołu, którą
kupiłem w Zambii. Stare dzieje.
Levi: Po co ją tu trzymasz? Chcesz się
pochwalić wojażami po studiach?
DETEKTYW: Próbuje cię zastraszyć.
ESKAPISTA: Bardzo chcę się z tego
wymigać.
WSPÓŁCZUCIE: Dasz radę, po prostu
ciągnij temat.
Josh: To raczej przypomnienie, że udało
mi się podjąć wyzwania i pokonać własne lęki.
Zerknął na mnie, unosząc brwi i obracając rzeźbę w dłoniach.
Levi (z uśmiechem): Może, ale założę
się, że pomyślałeś sobie, że to będzie dobrze się prezentowało w tym
eleganckim pokoju. Potrafię przejrzeć pozerstwo.
ANALITYK: Wykorzystaj to jako wstęp do
rozpoczęcia osobistej rozmowy.
Josh: Jesteś dobry w dostrzeganiu
pozerstwa?
Levi: W robocie takiej jak moja stykasz
się z nim każdej nocy. Widać je w mowie ciała, słychać w bzdurach, jakie
wygadują ludzie, gdy podchodzą do drzwi. Naćpani, w pożyczonych
ubraniach, wynajętych autach. Bez trudu umiem odróżnić tych z forsą od
tych, którzy jadą na kredycie.
Usiadł.
Levi: Jestem szefem ochrony w Senece.
Największym i najstarszym klubie nocnym w północnej dzielnicy. Osławiony
wykidajło. Bramkarz nad bramkarzami.
Wyjrzał przez okno.
Levi: Robię tam od czternastu lat. Nie
uwierzyłbyś w to, co widywałem.
Josh: Nieźle znam to miejsce. Chodziłem
tam wieczorami jeszcze na studiach.
Levi: Cóż, nie kojarzę cię. Nie wymagaj
tego ode mnie. Każdego tygodnia widzę tysiące twarzy. Tysiące pijanych,
odurzonych twarzy. Wywalili cię kiedyś za drzwi?
Josh: Na szczęście mnie to nie spotkało.
Levi: To dobrze... Teraz już tego nie
robimy, ale lata temu zabieraliśmy nieodpowiednio zachowujących się
klientów do takiej alejki obok, zwłaszcza jeśli robili problemy.
Nazywaliśmy ją Betonowym Sądem. Tak naprawdę był to osłonięty, ciemny
zaułek za kilkoma śmietnikami, gdzie wymierzaliśmy sprawcom szybką
sprawiedliwość. Poza tym konfiskowaliśmy nielegalne substancje w imię...
jak by to powiedzieć, bezpieczeństwa publicznego.
DETEKTYW: Coś mi mówi, że te narkotyki
nie były przekazywane policji.
Josh: Wygląda na to, że ciąży na tobie
spora odpowiedzialność.
Levi: Przy obecnej czujności
obywatelskiej i tak zwanej równości wiele z tych numerów już nie
przejdzie. Nowe pokolenie jest właściwie nietykalne. Kiedyś było tak, że
wystarczyło krótko doprowadzić do pionu jakiegoś zawadiakę i od tego
momentu koleś zaczynał się pilnować. A teraz każdego wieczoru i każdej
nocy to my jesteśmy na celowniku. Osądzają nas media społecznościowe.
Wszystko przez to, że na przykład nie użyliśmy cholernego prawidłowego
zaimka, prosząc o dowód tożsamości! Nie da się już zwrócić do nikogo
"kochanie", żeby nie dostać etykietki... jak to się nazywa? A, mizogina.
Levi umilkł. Pomimo wewnętrznego poczucia niepokoju zdecydowałem się
przyjąć zrelaksowaną postawę ciała z nadzieją, że ją odzwierciedli. Ku
mojemu zaskoczeniu zadziałało. Levi wziął głęboki wdech.
Levi: W takim razie jak to działa? Ta
cała terapia?
EMPATIA: Trudno opuścić gardę w poczuciu zagrożenia.
WSPÓŁCZUCIE: Dobra robota, Levi.
NIEPOKÓJ: Wciąż robię w gacie,
kolego.
Josh: Tak naprawdę to zależy od klienta.
Zawsze sugeruję wykorzystanie pierwszej sesji na zapoznanie się i dowiedzenie, jakiego rodzaju wsparcia potrzebuje. Razem -?i tylko jeśli
tego zechcesz -?możemy naszkicować obraz tego, co się w tobie dzieje, i wspólnie popracować nad wytyczeniem dalszego kierunku. Wszystko w bezpiecznej, poufnej przestrzeni.
Levi spojrzał na mnie wzrokiem, w którym zaintrygowanie mieszało się z frustracją. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, wybuchł.
Levi: No pewnie, że bezpiecznej. Jak
mogłaby nie być bezpieczna? Przecież się na mnie nie rzucisz, do kurwy...
Urwał i natychmiast przekierował agresję na działanie -?wstał i podszedł
do okna. Westchnął i spojrzał na ulicę poniżej.
Levi: Ja... tego, nie chciałem kląć. Nie
cierpię przeklinać.
EMPATIA: Pewnie słyszy to bez
przerwy.
Josh: Nic się nie stało. Pewnie słyszysz
to bez przerwy.
Levi: Zgadza się. To jak zaraza.
Zauważyłem, że im dłużej rozmawiam z Levim, tym staję się spokojniejszy.
Ze względu na pierwiastek nieznanego niepokój w obecności każdego nowego
klienta jest zupełnie naturalny. Wciąż czułem się nieswojo, lecz w miarę
obserwowania go i słuchania coraz wyraźniej dostrzegałem w Levim
człowieka przytłoczonego wewnętrznym konfliktem. Szanowałem go za
przyjście tu i chęć zmierzenia się z nim.
INTUICJA: Zostaw trochę przestrzeni na
ciszę.
Zamyślony Levi po chwili wyglądania przez okno odwrócił się ode mnie i podszedł do mojego biurka. Pozostałem na swoim miejscu, cierpliwie
czekając, aż znów włączy się do rozmowy. Zdawał się spokojniejszy. Mimo
to nadal budził we mnie podskórny lęk. Pochylił się nad biurkiem i zaczął poprawiać folię chroniącą świeży tatuaż.
Levi: Masz jakieś tatuaże?
Josh: Tylko jeden.
Levi: Co to takiego?
Josh: Zdanie w irlandzkim gaelickim,
które oznacza "oddanie bliźniego pod ochronę bogów".
Levi: Jesteś religijny?
Josh: Nieszczególnie.
Levi: To dlaczego wytatuowałeś sobie
religijne przesłanie?
Josh: Bo miałem wtedy osiemnaście lat i wydawało mi się fajne. Poza tym podobało się babci, która była zagorzałą
katoliczką.
ANALITYK: Uważaj, żeby nie mówić za
dużo o sobie. Jesteś tu dla niego, a nie dla siebie.
INTUICJA: Pociągnij temat. Przecież
sam zapytał.
Levi wciąż stał przed biurkiem, odwrócony do mnie tyłem.
Levi: Ta nowa dziara podoba mi się
najbardziej ze wszystkich. Mój tatuażysta, Mal, odwalił kawał dobrej
roboty.
Josh: Zauważyłem ją od razu, gdy się tu
zjawiłeś. Co przedstawia?
Levi: To Gaunab. Uosobienie śmierci.
Ucieleśnienie zła. Pochodzi z mitologii Afryki Południowo-Zachodniej.
Umilkł na chwilę i spojrzał na swoje uniesione ramię.
Levi: Cieniowanie wyszło mu perfekt.
DETEKTYW: Ciekawe, dlaczego te jego
tatuaże są takie ponure.
ANALITYK: Tatuaże nie zawsze muszą
mieć głębokie znaczenie.
SZYDERCA: A pamiętasz napis "carpe
diem" wytatuowany na ciele tej dziewczyny ze studiów?
Josh: Coś się za nim kryje?
Levi opuścił rękę i utkwił wzrok w lampce biurkowej. Nadal stał tyłem.
Milczałem i choć może to dziwne, prawie słyszałem wirujące trybiki w jego głowie. Wydawało się, że zabiłem mu niezłego ćwieka.
Levi: Ja... to znaczy ten... Spodobał mi się
ten symbol...
Nagle, zupełnie nie wiadomo skąd, usłyszałem cichusieńkie stukanie w biurko, ale Levi trzymał ręce przy sobie. Widziałem jedynie jego plecy,
które wykonywały delikatne, konwulsyjne ruchy. Wtedy to do mnie dotarło.
Za stukanie nie były odpowiedzialne palce, lecz spadające łzy. Levi
płakał. Ten wielki, straszny mężczyzna, który wyłonił się z windy, teraz
cicho szlochał.
WSPÓŁCZUCIE: Sporo się w nim dzieje.
Żal mi go.
ZBAWICIEL: Dowiem się, co go dręczy, i go od tego wybawię.
Levi nawet nie próbował ocierać łez; pozwalał im spływać po twarzy, a ja
nie interweniowałem. Wydawał się potrzebować tej przestrzeni, a ja nie
zamierzałem w nią ingerować.
Wieczorna prezentacja w szkole średniej
Kiedy zostajesz psychoterapeutą piszącym książki, niektórzy mogą
postrzegać cię jako kogoś, kto "odniósł sukces", a inni jako tanią lub -
bądźmy szczerzy -?darmową alternatywę dla bulenia pieniędzy za mówcę
motywacyjnego w jego dawnej szkole średniej. Gdy stanąłem na mównicy w auli, spojrzało na mnie morze niezwykle znudzonych oczu. Mój dawny
dyrektor wciąż piastował swoją funkcję, niepomiernie zdumiony moimi
osiągnięciami i odpowiedzialnością, zwłaszcza w świetle tego, że kiedyś
zawiesił mnie w prawach ucznia za sprzedaż papierosów przez okno w klasie. Był też specyficznie dumny z tego, że znów mnie widzi -?jako
człowieka, który dobrze radzi sobie w życiu. Zupełnie jakby moje
pojawienie się tam ponownie rozpaliło w nim dawno wygasły optymizm co do
sprawiających kłopoty chłopaków, którzy jednak jakoś wychodzą na prostą
-?jakby rzeczywiście miał na nich jakiś wpływ. A jeśli mam być szczery,
miał.
Celne zdanie wybrane na początek wykładu zostało zakłócone przez
gwałtowny kaszel rodzica siedzącego mniej więcej w czwartym rzędzie, co
tylko podsyciło niepokój, który i tak już odczuwałem na widok pustych
twarzy przede mną. Tydzień wcześniej dostałem sowitą wypłatę za
wystąpienie na imprezie firmowej, której wielu uczestników znało i czytało moje poradniki. Po tamtej prelekcji zasypano mnie
entuzjastycznymi pytaniami i komplementami, po czym zafundowano mi
posiłek podlany dużą liczbą koktajli. Chciałbym móc powiedzieć, że
odmawiałem.
Wygłaszanie wykładu w moim dawnym liceum, gdzie prawie nikogo nie
interesowało, kim jestem i co mogę powiedzieć, zakrawało na tym tle na
ironię.
Zająknąłem się, niezdarnie poprawiłem mikrofon, po czym zebrałem się w sobie. "Dobry wieczór wszystkim, nazywam się Joshua Fletcher i kiedyś
się tutaj uczyłem. Dorastałem dosłownie za rogiem, na osiedlu Abbey
Lane. Bardzo się cieszę, że mogę gościć na dzisiejszej prezentacji".
Głowy podniosły się z zaciekawieniem. Kaszel ustał. Wzmianka o osiedlu
Abbey Lane nigdy nie zawodzi. Moja stara szkoła średnia znajduje się
pośrodku dwóch wielkich osiedli komunalnych -?jednym z nich jest Abbey
Lane. Zyskałem ich zainteresowanie. Byłem jednym z nich. Kimś więcej niż
kolesiem w garniturze z Primarka, który to garnitur widział więcej
pogrzebów niż radosnych zdarzeń. Byłem gotowy przekazać niewygodne, acz
inspirujące prawdy godne każdego konta premium na LinkedIn. Niech zatem
zaczną się igrzyska.
Wysmażyłem gadkę o tym, jak to zaczynałem od zera i udało mi się do
czegoś dojść. Standardowe teksty. Wicedyrektor już wcześniej kazał mi
obiecać, że nie będę wspominać o moim zachowaniu w szkole, co było
zrozumiałe, bo oczywiście nie chciał dopuścić do powstania skojarzeń, że
łamanie szkolnych zasad prowadzi do dostatniego i spełnionego życia.
Taktycznie pominąłem więc historie o kradzieży i podrobieniu szkolnego
klucza, "pożyczaniu" sprzętu naukowego, piciu piwa w zagajniku,
pobieraniu nagich zdjęć, bójkach i ściąganiu na egzaminach. Cała prawda
była tu po prostu niepotrzebna. Zamiast tego opowiedziałem o tym, jak
twarde realia życia w szkole ogólnokształcącej nauczyły mnie
współczucia, wiary w siebie, kodeksu moralnego i zdrowego rozsądku, co
akurat wyszło znakomicie. Niestety Ofsted1 nie prowadziła
wówczas badań pozwalających oceniać tego rodzaju aspekty edukacji,
dlatego moje liceum często było publicznie krytykowane i niedoceniane.
Ja jednak nie zapomniałem jego zasług. Niektóre sprawy wykraczają poza
program nauczania i kryją się w sercach troskliwych ludzi, którzy
prowadzą szkołę.
Dziwne poczucie obowiązku ściągnęło mnie z powrotem do rodzinnego
miasta. Poczułem, że powinienem dokończyć historię młodego człowieka z problemami, który wyrósł na tragicznego może, lecz szlachetnego
terapeutę, umiejącego dotrzeć do dzieci słowami.
Na koniec mojego szkolnego wystąpienia na scenę wszedł rozentuzjazmowany
nastoletni chłopak. Wręczył mi pierwszą stronę ulotki z opisem
wydarzenia, na której widniał napis: "Gość specjalny: Joshua Fletcher,
psychoterapeuta i pisarz", ale z własnymi przeróbkami. Chłopiec sprytnie
wydedukował, że po dodaniu dwóch najzwyklejszych ukośników między
literami słowo psychotherapist da się rozdzielić na frazę
psycho/the/rapist, co można obrazowo przetłumaczyć jako
"psychogwałciciel". Dumny ze swojego dzieła, chciał mi je tylko pokazać.
Nie miało to nic wspólnego z moją przemową. Ani z inspirującymi słowami.
Zagrał uczciwie. W tej przelotnej chwili poczułem, że dobrze jest
czasami wrócić do domu.
Zahra
Moja pierwsza sesja z Zahrą rozpoczęła się dramatycznie. Kobieta w mniej
więcej moim wieku podczołgała się na czworakach do sofy w gabinecie, a jej długie ciemne włosy prawie omiatały podłogę. Zirytowana matka
próbowała mi wyjaśnić sytuację:
Faiza: Jak widzisz, ma ataki paniki.
Takie jak ten. Od miesięcy właściwie nie wychodzi z domu. Musiałam ją tu
zaciągnąć siłą! Ona... ona jest taka na co dzień.
Zahra w końcu dotarła do sofy, a potem oparła się o nią, łapiąc oddech.
Łzy spływały jej po twarzy i wyraźnie była czymś głęboko przerażona.
Przykucnąłem zwrócony w jej stronę i próbowałem spojrzeć jej w oczy,
choć było to o tyle utrudnione, że ciągle odwracała głowę w stronę
siedziska.
WSPÓŁCZUCIE: Postępuj jak
najdelikatniej, ona cierpi.
Josh: Cześć, Zahro. Mam na imię Josh.
Widzę, że zjada cię panika, ale tu nic złego się nie dzieje. Jesteś
bezpieczna. Twoje ciało niedługo się uspokoi. Wiem, że to takie uczucie,
jakby działo się coś potwor...
Nagle ku mojemu zaskoczeniu rzuciła się przed siebie.
Zahra: Dlaczego to uczucie sobie nie
pójdzie?! Proszę, niech to się skończy... Ja... chyba trzeba wezwać karetkę!
Faiza (poirytowana): Wiele razy
wzywaliśmy karetkę, Zahro. Nic ci nie jest.
Zahra: Łatwo ci mówić, mamo! Aaa...! Niech
to się skończy!
Matka spojrzała na mnie przepraszająco. Zahra podniosła się, usiadła na
sofie i zaczęła gwałtownie oddychać. Hiperwentylacja. Położyła jedną
dłoń na piersiach, drugą na czole. Nogi się jej trzęsły; dyszała ciężko,
próbując nabrać powietrza.
Faiza: Przepraszam. Zwykle nie jest aż
tak źle. Co się z nią dzieje?
Josh: Zahro, czy masz jakieś schorzenia,
o których powinienem wiedzieć?
Zahra (próbując złapać oddech): Nie...
Teoretycznie jestem lekarzem... ale sama nie wiem, co się ze mną dzieje.
Robiłam badania krwi i echo serca... Myślę, że... chyba rozwaliłam sobie
mózg. Boże, chyba tracę nad sobą kontrolę... jak nic wsadzą mnie do
wariatkowa. Boże, pomóż mi, proszę. Niech to się skończy!
ANALITYK: Tak, to wygląda jak atak
paniki.
INTUICJA: Odwróć jej uwagę od uczuć i doznań.
ANALITYK: Może utknęła w pętli
paniki?
Faiza: Szukaliśmy w internecie
specjalistów w obszarze stanów lękowych i natknęliśmy się na ciebie.
Możesz jej pomóc? Pieniądze nie grają roli. Proszę, pomóż mojej córce.
Zahra nadal gwałtownie nabierała powietrza między szlochami. Widać było,
że walczy. Spojrzała na mnie z błagalną miną. Zdesperowaną.
EMPATIA: Chce, żebyś ją od tego
wszystkiego uwolnił.
ZBAWICIEL: Ja chcę ją od tego
wszystkiego uwolnić!
Josh: Wszystko jest w porządku. Nic się
nie dzieje. Już tłumaczę, co zamierzam... Zahro, spróbuj na mnie spojrzeć.
Jest okej. Nie musisz nic robić. Zapewniam cię, że to uczucie minie.
Twoje przeżycia niczym ci nie grożą. To bardzo normalny stan organizmu.
Nie musisz robić nic innego, tylko najlepiej jak potrafisz skupić swoją
uwagę na mnie albo na czymkolwiek, co znajduje się w tym pokoju.
Zahra kiwnęła głową i położyła dłonie na podłodze, żeby się podeprzeć.
Spojrzałem na jej matkę.
Josh: Jest dobrze. Wszystko będzie w porządku. Byłoby najlepiej, gdybyś wróciła pod koniec sesji.
Faiza niechętnie przytaknęła i spojrzawszy z niepokojem na córkę,
ruszyła w stronę drzwi. Zahra nadal gwałtownie oddychała, ale zdawała
się nieco bardziej opanowana. Kiedy matka delikatnie zamknęła za sobą
drzwi, wreszcie odważyła się na mnie spojrzeć.
Zahra: Jestem... Przepraszam. Jestem w rozsypce.
Josh: Nie masz za co przepraszać.
Dziękuję, że poświęciłaś dziś czas na spotkanie ze mną. Chcesz się napić
wody? Nie martw się, ten skok adrenaliny szybko minie.
KRYTYK: Mówienie komuś, kto ma atak
paniki, żeby się nie martwił... A to ci się udało, Joshy.
Zahra: Skąd wiesz, że to minie? A jeśli
już tak mi zostanie? A jeśli zwariuję?
EMPATIA: Ech, świetnie pamiętam te
odczucia.
INTUICJA: W takim razie je
wykorzystaj. Ale nie skupiaj się na sobie. Postępuj mądrze.
ANALITYK: Wyglądasz na spokojnego, to
powinno pomóc.
Josh: Nie sprawiasz wrażenia osoby
szalonej. Miewałaś już częściej myśli w rodzaju "a jeśli"?
Zahra roześmiała się nerwowo i podniosła poduszkę, żeby ją ścisnąć.
Zahra: Hmm... Właściwie mam je codziennie.
Josh: Wesoło.
ANALITYK: Ryzykowne...
SZYDERCA: Doskonałe!
Zahra (uśmiechając się lekko): O tak, w moim domu codziennie było bardzo wesoło. Jestem na stażu lekarskim
dopiero od czterech miesięcy, a już trafiłam na ławkę rezerwowych. I nie, nie podpisywałam własnego zwolnienia lekarskiego.
Podałem Zahrze szklankę z wodą, z której drżąc, upiła łyk.
Zahra: Czy to normalne, że tak się czuję?
Słyszę bicie własnego serca, a mój mózg pędzi na złamanie karku.
Przecież to nie może być norma. Pytałam moich kolegów lekarzy. Niektórzy
zrobili mi nawet badania i stwierdzili, że wszystko jest w porządku, ale
jak może być, skoro nie jest? To nie może być normalne. Nie jestem
normalna. Wreszcie to sobie uświadomiłam. Doprowadziłam się do
szaleństwa. To musiało w końcu nastąpić.
Josh: Nie powiedziałbym, że panika jest
czymś nienormalnym. Wydajesz mi się całkiem rozsądna.
Zahra: Całkiem rozsądna?
Josh: Nie mogę w tej chwili stwierdzić z całą pewnością, że jesteś w pełni zdrowa na umyśle. Widzisz... mogłabyś na
przykład ukraść mi kwiatki doniczkowe albo coś w tym rodzaju.
Spojrzała na mnie w kompletnym osłupieniu.
ANALITYK: Zaczyna kierować uwagę
bardziej na zewnątrz. Byle tak dalej, to działa.
DETEKTYW: Jej zaciekawienie przenosi
się z badania objawów na badanie ciebie.
Zahra: Przeczytałam w pewnym artykule, że
zostałeś psychoterapeutą, bo doświadczałeś ataków paniki. To prawda? Po
tym, jak przydarzyło ci się jakieś nieszczęście.
Josh: Tak, to prawda.
Zahra: A skąd wiesz, że to, czego
doświadczam, to właśnie panika? To nie tak, że siedzisz w mojej głowie
albo możesz mnie przejrzeć na wylot.
Josh: Dobre pytanie. Może sporządzimy
magiczną listę kontrolną objawów paniki?
Zahra: Co w niej magicznego?
Josh: Nic, to taka sama przesada jak te,
które tak lubią stany lękowe. Warto się dowiedzieć, z czym się mierzysz,
i posłużyć się bronią wroga.
Mam w gabinecie dużą, przenośną tablicę suchościeralną na kółkach.
Marzenie każdego nauczyciela na zastępstwie. Wstałem z entuzjazmem i przysunąłem tablicę bliżej, próbując w ten sposób odwrócić uwagę Zahry
od jej objawów i przerwać cykl paniki. Zacząłem bazgrać swoje uwagi na
tablicy -?nawyk, którego nabyłem, będąc nauczycielem.
Josh: Ataki paniki, czy też lęki
napadowe, pojawiają się, gdy bardzo często doświadczamy paniki, wskutek
czego zaczynamy bać się samych ataków. W ten sposób zaczyna się "cykl
strachu"...
Zahra: Kto by pomyślał, że tłumaczyzm
będzie lekiem na moje przypadłości.
Josh (chichocząc): Wytrwaj jeszcze
chwilę, proszę. Powiedziałaś mi, że zdarza ci się to właściwie
codziennie, podejrzewam więc, że znajdujesz się w tak zwanym cyklu
paniki czy też w "pętli ostrych stanów lękowych".
Narysowałem na tablicy niezgrabny schemat pętli.
Josh: Zawsze zaczyna się od pierwotnego
ataku paniki, tego "zasadniczego". Tego, podczas którego często odnosimy
wrażenie, że za chwilę stracimy poczucie kontroli. W takich chwilach
zwykle dochodzi do dysocjacji, odłączenia się. Pojawia się mnóstwo
objawów fizycznych, a mózg zdaje się pędzić na oślep. Przeraża nas to
tak bardzo, że nie chcemy, aby się powtórzyło. Pamiętasz swój pierwszy
atak paniki?
Zahra: Tak. Doszło do niego na
konferencji lekarskiej. Zostałam poproszona o przedstawienie wyników
moich badań i...
W jej oczach zalśniły łzy.
Zahra: Po prostu wyszłam. Uciekłam do
domu jak tchórz. Sala konferencyjna zaczęła sprawiać na mnie dziwne
wrażenie. Nagle zrobiło mi się gorąco i poczułam się oderwana od
rzeczywistości. Każda komórka mojego ciała kazała mi uciekać. I tak
właśnie zrobiłam. Wybiegłam na zewnątrz i zadzwoniłam do mamy.
Przyjechała po mnie błyskawicznie i zabrała, ale od tamtej pory nie
przestaje się o mnie zamartwiać. Musiałam się z powrotem do niej
przeprowadzić, bo nie dawałam sobie rady sama.
Josh: Wygląda na to, że bardzo jej na
tobie zależy.
Zahra: Bo tak jest. Wiele przeszła.
Jestem na siebie zła, że dokładam jej problemów.
Josh: Jest z wami ojciec?
ANALITYK: Daleko idące
przypuszczenie.
KRYTYK: Idiota.
Zahra odwróciła wzrok, nadal trzymając poduszkę.
Zahra: Nie.
DETEKTYW: Porzucił je? Umarł?
INTUICJA: Skup się. To nie było
konieczne.
WSPÓŁCZUCIE: To jej historia i może
się nią podzielić, jeśli zechce.
Zahra: Przypuszczam, że to był mój
"pierwotny" atak paniki. Od tamtej pory nie jestem sobą. Czułam, że po
prostu nie dam rady tego zrobić, wiesz? Miałam mnóstwo spraw na głowie i nie chciałam się zbłaźnić przed kolegami ze stażu i lekarzami.
Josh: Mhm.
Zahra: To żałosne. Mam być niby tą osobą,
która pomaga ludziom i leczy. A nie potrafię nawet wyleczyć się sama. I na dokładkę przysparzam trosk innym, co na pewno nie sprzyja ich
zdrowiu.
Sądząc po mowie ciała Zahry, która przyjęła trochę swobodniejszą
pozycję, kobieta zdawała się rozluźniać. Poza tym wyglądała na zmęczoną.
Adrenalina spadała. Jej lęk przemienił się w niemal namacalny smutek.
Josh: Nic nie wskazuje na to, że ataki
paniki będą ci towarzyszyć już zawsze. Nawet teraz widzę, że twój lęk
powoli ustępuje. Zauważyłaś to?
Zahra: Tak, trochę się uspokoiłam. Choć
wciąż mam ochotę wybiec za drzwi i krzyczeć.
Josh: Może to zabrzmi trochę
protekcjonalnie, ale bardzo dobrze uporałaś się ze złymi myślami i doznaniami. Zostałaś tu i rozmawiasz ze mną. Doceniam to. Zwróciłaś
uwagę na to, że twój niepokój zmalał, mimo że nie uciekłaś?
Zahra: To prawda. Ale później znowu
wróci. Zawsze wraca. Czuję się... bezsilna. Czuję się chora.
Josh: Żywię nadzieję, że każdy, kto
wchodzi do tego pokoju, po jakimś czasie osiągnie efekt, na którym mu
zależy. Poza tym nie uważam ataków paniki za oznakę choroby.
Zahra: Cóż, według piątego wydania
podręcznika The Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders
zespół lęku napadowego jest chorobą.
SZYDERCA: Ha! Prztyczek w nos od
lekarza!
Josh: To fakt. Ale badania sugerują, że
przy prawidłowym postępowaniu rokowania powrotu do zdrowia w przypadku
tego zespołu są bardzo dobre. Osobiście uważam go za rodzaj fobii.
Strach przed samym strachem. Właśnie dlatego nie postrzegam go stricte
jako choroby.
Zahra umilkła na chwilę, jakby próbowała ubrać w słowa jakąś myśl. Coś,
co powiedziałem, poruszyło w niej czułe struny. Wygładziła poduszkę
leżącą na jej kolanach i lekko pochyliła się w moją stronę. Spojrzała na
diagram cyklu paniki na tablicy i zmrużyła oczy w zamyśleniu.
Zahra: Rozumiem. Czyli boję się, że
wpadnę w taką panikę jak na tamtej konferencji, tak?
Nie skomentowałem.
Zahra: Bo rzeczywiście spanikowałam i uciekłam. Wróciłam do domu, żeby wszystko przepracować i poczuć się
lepiej. Ale nic się nie polepszyło. Panikowałam każdego dnia, a zarazem
boję się ataków paniki. Cały czas ich wypatruję.
Josh: Mówi się o tym jako o monitorowaniu
zagrożeń, a ściślej rzecz biorąc, "monitorowaniu zagrożeń wewnętrznych".
Zrobiłem w powietrzu gest symbolizujący cudzysłów.
Zahra: Ten proces trwa u mnie przez cały
czas. Budzę się i robię przegląd sytuacji, sprawdzam objawy, ciśnienie,
saturację krwi. Bez przerwy szukam oznak paniki.
ANALITYK: Rozwija metapoznawczą
świadomość myśli i zachowań związanych z fobią na punkcie paniki.
EMPATIA: Wydaje się, że to krok we
właściwą stronę, ale pamiętaj, że uświadomienie sobie tego może być dla
niej przytłaczające.
Josh: Jak często unikasz robienia czegoś
na wszelki wypadek, byle nie wpaść w panikę?
Zahra: Codziennie. Wszystko kręci się
wokół lęku.
Josh: A jak często starasz się wymyślić
jakiś sposób na wyjście ze stanu lękowego?
Zahra: Codziennie!
Josh: Próbując wygrać los na loterii
lęku, jak często błędnie interpretujesz objawy fizyczne jako oznakę
bliskiej śmierci?
Zahra: O Boże. Mimo trzech badań i opinii
znajomego specjalisty jestem przekonana, że moje kołatanie serca jest
oznaką jakiejś wady. A szumy w uszach interpretuję jako symptom raka
nadnerczy.
Spojrzała na mnie z zaciekawieniem. Zyskałem jej pełną uwagę, czemu
niewątpliwie pomogło ustąpienie ataku paniki.
Josh: Odnosisz wrażenie, że niepokój albo
zamartwianie się stanami paniki stały się głównym motywem twojego życia?
Uwzględniasz te odczucia przy robieniu planów? Bierzesz je pod uwagę we
wszystkich zamierzeniach, zanim podejmiesz jakąś decyzję?
Zahra: Zupełnie jakbyś czytał moją notkę
autobiograficzną. Nie przestaję o tym myśleć od dwóch miesięcy.
Josh: W takim razie możemy zakończyć
naszą magiczną listę. Gratulacje, wygląda na to, że zmagasz się z zespołem lęku napadowego.
Zahra: Nadal nie rozumiem, co w tej
liście jest takiego magicznego, ale pociesza mnie, że moje myśli i odczucia są czymś, co spotyka innych ludzi. Nie to, że życzę komuś
cierpienia; po prostu czuję się mniej samotna. Możesz mi jakoś pomóc?
EMPATIA: Dobrze pamiętam te odczucia.
ZBAWICIEL: Chcę ją ocalić. Chcę pomóc
innej osobie w walce ze stanami lękowymi.
Spoglądała na mnie z nadzieją. Z wyczekiwaniem.
WYZWALACZ: Odpowiedzialność!
BIOLOGIA: Zamierzam niezwłocznie
wydzielić dużą ilość kortyzolu.
KRYTYK: Gówno, nie odpowiedzialność,
obłudniku.
WSPÓŁCZUCIE: Nie słuchaj go. Robisz
naprawdę wartościowe rzeczy.
KRYTYK: Serio? Ta kobieta jest
lekarzem. A ty kim niby jesteś?!
INTUICJA: Do gabinetu, ale to już! Nie
chodzi o ciebie.
Josh: Mogę spróbować pomóc ci, abyś ty
mogła pomóc sama sobie. Psychoedukacja jest bardzo ważna w przypadku
każdego stanu lękowego. Mogę nauczyć cię tego, co sam umiem, i wesprzeć
cię, ale ostatecznie to ty będziesz musiała wykonać ciężką pracę nad
powstrzymaniem ataków paniki i powrotem na właściwą drogę. Myślisz, że
mogłabyś podjąć się ze mną takiego zadania?
Zahra: Tak. Działajmy.
Wojny na metody terapeutyczne
Jedyna różnica między psychoterapeutą (ang. psychotherapist) a doradcą
psychologicznym (ang. counsellor) polega na tym, że w języku
angielskim ta pierwsza nazwa ma pięć sylab i o wiele fajniej brzmi. Nie
bez powodu na mojej stronie internetowej wszędzie, gdzie się dało,
wcisnąłem słowo "psychoterapeuta" zamiast jakiegoś tam marnego
"doradcy". Tak czy inaczej, przedstawicieli obu profesji można nazwać
terapeutami, więc gdy następnym razem spotkasz się z kimś, kto nazywa
się psychoterapeutą, wiedz, że jest tak samo pretensjonalny jak ja.
Terapeuci są jednymi z najbardziej niesamowitych ludzi, jakich znam,
zarówno pod względem towarzyskim, jak i zawodowym. Bywają jednak do bólu
irytujący i zarozumiali. W świecie terapeutów jest wiele spraw, o których ogół społeczeństwa nie ma większego pojęcia. Można jednak
powiedzieć, że jest nas wielu, często zrzeszonych w jakichś
organizacjach. Poza tym zwykle impulsywnie wydajemy pieniądze (których
nie mamy) na nowe szkolenia, a przy tym staramy się za bardzo nie
"terapeutyzować" relacji z najbliższymi. Pozwól, że zaproszę cię do
tajemniczego branżowego pokoju, w którym się spotykamy, palimy cygara i knujemy przeciwko naszym klientom (tak naprawdę tego nie robimy, a palenie szkodzi).
Zanim wejdziesz do owego pokoju, dobrze, byś wiedział, że terapeuta
powinien przejść szkolenie w zakresie co najmniej jednej metody
terapeutycznej, aby móc w ogóle nazywać siebie terapeutą. Metoda
terapeutyczna to określona szkoła myślenia lub podejście, które
praktykują adepci psychoterapii, by po ukończeniu renomowanego kursu
uzyskać tytuł terapeuty, a w wielu krajach także pozwolenie na
prowadzenie prywatnej praktyki. Istnieje wiele metod terapeutycznych, a co za tym idzie -?wiele typów terapeutów. Możesz na przykład być
specjalistą przeszkolonym w zakresie terapii poznawczo-behawioralnej
(CBT, od ang. cognitive behavioural therapy) albo terapii
skoncentrowanej na osobie (PC, od ang. person-centred), należącej do
tak zwanego poradnictwa humanistycznego, terapeutą psychodynamicznym (tu
możesz wyobrazić sobie Freuda), terapeutą specjalizującym się w analizie
transakcyjnej (TA, od ang. transactional analysis), terapeutą
metakognitywnym (MCT, od ang. metacognitive therapist) i tak dalej.
Ponieważ wszystko to jest diabelnie niezrozumiałe dla ogółu
społeczeństwa, moim zdaniem jedną z największych katastrof w świecie
zdrowia psychicznego jest założenie, że wszyscy "terapeuci" wiedzą, co
robią. A to nieprawda. Każdy z nich może jedynie posługiwać się metodą,
w której zakresie się szkolił. Ich wiedza jest ograniczona. Czasami
metoda działa, kiedy indziej nie. Moim zdaniem forma terapii i relacja z terapeutą muszą współbrzmieć. Ale gdybym dostawał pensa za każdym razem,
gdy słyszę: "Próbowałem terapii, ale to nic nie dało", miałbym dziś ze
dwadzieścia funtów. Znajdujemy się w obliczu globalnego kryzysu zdrowia
psychicznego, a niestety pierwsze próby terapii kończą się dla wielu
osób rozczarowaniem. Powyższe stwierdzenie jest w moim odczuciu
równoważne powiedzeniu, że "próbowałem uprawiać sport, ale mi się nie
spodobało", gdy grało się tylko w kręgle. Raz. Większość społeczeństwa
nie jest świadoma, że świat terapii oferuje ogromny wybór podejść i metod terapeutycznych, co jest o tyle niefortunne, że już samo podjęcie
decyzji o zwróceniu się o pomoc wymaga dużo wysiłku i odwagi, a nie ma
żadnej gwarancji, że pierwsza wybrana metoda będzie tą właściwą.
W społecznych ramach da się zwykle zaobserwować naturalny dryf ludzi w stronę określonego "plemienia". Plemienność tę najlepiej widać na
meczach piłki nożnej, w środowisku biurowym, w polityce albo w kłótniach
w internecie. Daje ona o sobie znać także w świecie terapii. Szkolenie w tej dziedzinie wymaga ogromnych starań. Szanuję każdego, kto przeszedł
jego rygorystyczny program. Wymaga on stawiania sobie wyzwań i podważania własnych przekonań, a cały ten proces przenika do życia
osobistego, tak że nie sposób się od niego odgrodzić. Studia
terapeutyczne testują odporność, kwestionując fundamenty twojej
tożsamości, co może być przerażające! Jeśli jesteś terapeutą i czytasz
te słowa, przekazuję ci szczere słowa: "Dobra robota". Dokonałeś tego.
Szkolenie w zakresie dowolnej metody terapeutycznej wymaga poświęcenia
się danemu podejściu, a zarazem może rodzić liczne dysonanse poznawcze
związane z próbami spojrzenia na świat w inny niż dotąd sposób,
zwłaszcza przez pryzmat odmiennej metody leczenia. Wiele centrów
szkoleniowych jest prowadzonych przez pełnych pasji i inspirujących
"purystów" danego podejścia, którzy wierzą, że większość problemów
psychologicznych da się rozwiązać przy użyciu tylko jednej metody -?tej,
w której się specjalizują i w którą są emocjonalnie zaangażowani. Na
przykład ktoś przeszkolony w zakresie podejścia psychodynamicznego może
opierać się na pracach Carla Junga i Melanie Klein w celu badania
nieświadomych procesów leżących u podstaw danego zachowania ("przestań
traktować rodziców jako obiekty seksualne"). Z kolei terapeuci
specjalizujący się w opracowanym przez Carla Rogersa podejściu
skoncentrowanym na osobie uważają, że głównym celem terapii jest
sprzyjanie zdolności do samorealizacji klienta ("będę tu siedzieć i milczeć, dopóki czegoś nie powiesz"). Terapia poznawczo-behawioralna
(Beckian i tak zwana trzecia fala CBT) stanowi silny kontrast z podejściem skoncentrowanym na osobie i proponuje radzenie sobie z problemami poprzez skupianie się na bieżących myślach, uczuciach i wzorcach zachowań ("ujmijmy twoje cierpienie w liczby, którymi nakarmimy
komputer"). Z kolei analiza transakcyjna przygląda się zapatrywaniom na
intymność i konflikt ("moje wewnętrzne dziecko chce mlecznego shake'a").
Nie należy też zapominać o tak zwanym podejściu świadomym traumy,
którego przedstawiciele lubią bawić się w detektywów i zrzucać wszystko
na karb niejasnego pojęcia traumy, wykraczającego poza definicję zespołu
stresu pourazowego (PTSD), bo kiedyś przeczytali książkę Strach
ucieleśniony Bessela van der Kolka. Tę listę można wydłużać.
Naprawdę nie można od nikogo oczekiwać, że ogarnie rozumem cały wachlarz
dostępnych technik terapeutycznych, nawet jeśli jest w pełni władz
umysłowych, że nie wspomnę nawet o osobach, które cierpią na
paraliżujące umysł problemy ze zdrowiem psychicznym. Komuś, kto w końcu
zbierze się na odwagę i postanowi zgłosić się na terapię, pozostaje
zdanie się na łut szczęścia, rzut kostką. Mogę jedynie zgadywać, jakie
podejście wybierze. Często zależy to także od samego terapeuty i praktykowanej przez niego metody leczenia. Czasami podejście okazuje się
skuteczne. Czasami nie. Ale wszystkie metody zakładają pomoc w walce ze
stanami lękowymi, gniewem i depresją. Przygnębiające jest to, że gdy
konkretna forma terapii się nie sprawdzi, klient często ma poczucie, że
to jego wina albo że jest w stanie, z którym nie da się nic zrobić.
Dobry terapeuta to taki, który zdaje sobie sprawę z granic własnej
wiedzy oraz możliwości obranego podejścia, nie jest ślepym wyznawcą
swojej metody jako jedynego słusznego rozwiązania wszelkich problemów i na tyle wierzy w swoje umiejętności, by zrozumieć, że brak postępów
klienta niekoniecznie wynika z jego niezaangażowania. Jest wielu tego
typu terapeutów i są to znakomici specjaliści. Skłamałbym jednak,
mówiąc, że każdy jest taki.
Jeśli zajrzysz przez otwarte drzwi wspomnianego branżowego pokoju,
zmrużysz oczy i przyjrzysz się nam uważnie, dostrzeżesz, że pomimo
przylepionych uśmiechów wszyscy skrycie sobą gardzimy. No dobrze,
przesadzam, aż tak źle nie jest. Ale przykładamy dużą wagę do tego, ile
zainwestowaliśmy we własną drogę do zostania terapeutami. Do tego
stopnia, że raz do roku wszyscy spotykamy się w plenerze, przywdziewamy
barwy naszych podejść terapeutycznych i walczymy na śmierć i życie -
nazywamy to freudowiskiem próżności. Ostatnia pozostała na placu boju
metoda jest ogłaszana jedyną słuszną. W ubiegłym roku wygrała
hipnoterapia, a jeśli miałbym obstawiać przyszłego zwycięzcę,
postawiłbym na terapię świadomą traumy.
Być może zastanawiasz się teraz, którą metodę terapeutyczną reprezentuje
Josh. Otóż sprawa jest trochę skomplikowana.
Nie każdy terapeuta bierze udział we freudowisku próżności. Oglądanie
rzezi na polu bitwy o najlepszą terapię jest przywilejem kasty wyższej.
Ważnych ludzi. Nazywa się ich terapeutami integracyjnymi i są to
terapeuci najbardziej zadufani w sobie ze wszystkich. Oczywiście jestem
jednym z nich. Jak dotąd ukończyłem szkolenia w zakresie poradnictwa
humanistycznego oraz terapii poznawczo-behawioralnej i z niecierpliwością wypatruję możliwości dalszego pogłębiania wiedzy.
Ponieważ terapeuci integracyjni są przeszkoleni w zakresie kilku podejść
terapeutycznych, teoretycznie mogą je łączyć i dopasowywać tak, aby jak
najlepiej odpowiadały klientowi. Uważają się za lepszych od purystów
stosujących tylko jedną metodę, gdyż -?nie oszukujmy się -?tak jest w istocie. Spoglądają z wysokości naszych złotych tronów na innych
terapeutów, którzy mogą im najwyżej kielichy napełniać albo odgrywać
role podnóżków.
A tak na poważnie: jeśli szukasz terapeuty lub już teraz bierzesz udział
w sesjach, zapytaj go, w zakresie jakiego nurtu (lub jakich nurtów) się
szkolił. (Niektórych nie trzeba pytać, mówią o tym wprost). Zadaj też
pytanie o cel terapii oraz o działanie wybranej metody. W ten sposób
możesz sprawdzić, czy dane podejście wpisuje się w twoje cele
terapeutyczne. W każdej gałęzi psychoterapii można spotkać wielu
znakomitych specjalistów, powinieneś jedynie się upewnić, że dane
podejście ci odpowiada.