Hydropolis. Walcz. Tom 2 - Zygmunt Miłoszewski

-
Proszę czekać

Część 1

Co więcej, ja też czasem się nie przejmuję. A gdybym tak zrobił się jak inni i przestał się troszczyć. Co by się z nami stało?

Ralf do Prosiaczka we Władcy much Williama Goldinga (tłum. Wacław Niepokólczycki)

***

Nie mam wyboru. Muszę prowadzić ten idiotyczny dziennik (na co totalnie nie mam ochoty) albo wyląduję w strefie kontroli. Podobno pamiętniczek ma mi pomóc przyjrzeć się mojemu zachowaniu z boku i poradzić sobie z emocjami. Ponieważ dziennik ma być szczery, więc napiszę szczerze, że nie mam żadnego problemu ze swoimi emocjami i doskonale widzę się zarówno od środka, jak i z boku, z góry, z dołu, i jak kto chce. Jedyny mój problem jest taki, że widzę, jak zepsute, chore i krzywdzące jest to miejsce, i wierzcie mi, drodzy czytający, nie ma takiego dziennika i takiej terapii, która pomoże mi się z tym pogodzić. Robię to, ponieważ podejrzewam, że skoro wasze zepsute umysły stworzyły rzeczywistość naszej kolonii, to strach wyobrażać sobie, jak wymyśliliście "strefę kontroli". Już sama urocza nazwa wiele mówi o tym miejscu. Ta nazwa jest taka jak wy - pozornie zwyczajna, a tak naprawdę skrywa okrucieństwo i przemoc. Nie mam co do tego wątpliwości.

Dlatego spróbuję odwlec nieuchronne i będę rzetelnie zapisywać, co o tym wszystkim sądzę, wkładając wiele wysiłku w to, żeby was obrazić, zelżyć i sprawić przykrość, moi niekochani Starsi. Bo w wasze zrozumienie i waszą zmianę totalnie nie wierzę. Żryjcie piach z dna oceanu i się nim udławcie.

Dziś jest czwartek, 18 stycznia 134 roku Po Katastrofie, ja mam na imię Emma (nazywają mnie też inaczej, ale nie chcę teraz o tym pisać), mam dwanaście lat, mieszkam w Czwartej Kolonii Podwodnej Hydropolis i mam was gdzieś.

Tyle chyba wystarczy na początek, co nie?

Piątek, 19 stycznia 134 roku Po Katastrofie

Właściwie to te wydarzenia nie dzieją się dziś, ale muszę się cofnąć, żeby było jasne, dlaczego dziś, w piąteczek, muszę pisać pamiętniczek. Bo, jak napisałam wczoraj, jeśli nie będę pisać, to płynę szybciutko do strefy kontroli.

A więc piszę.

Dziesięć dni temu, jak co roku, dla wszystkich, którzy skończyli osiem lat - czyli po prostu dla wszystkich w naszej kolonii - rozpoczęła się ceremonia Czterech Śmierci. To znaczy oficjalnie nazywa się to Symulacją Ostatecznego Zagrożenia, ale słyszałam, że nawet Starsi mówią o Czterech Śmierciach, a między nami to już w ogóle nikt tych radosnych chwil inaczej nie nazywa.

Z niejasnych powodów Cztery Śmierci to wyjątkowe święto, jakby mroczny i pokręcony odpowiednik urodzin. Czekasz na to, rozmawiasz o tym, przygotowujesz się, wiesz, że na pewno nadejdzie, tylko że zamiast radości jest strach. Wszystkiego hydropolisowego najlepszego! Ale będzie fajnie! Znowu spróbujemy was zabić!

Teoretycznie Cztery Śmierci mają nas właśnie przed śmiercią uchronić. Oduczyć beztroski i ryzyka, pokazując, że niebezpieczeństwo to coś namacalnego, przerażającego, że czekającej w każdym podwodnym bąblu śmierci doświadczymy całymi sobą, każdą komórką ciała. Teoretycznie. W praktyce jest to okrutny rytuał, którego musimy doświadczyć WSZYSCY sześć razy, po raz pierwszy, kiedy pojawiamy się tutaj w wieku ośmiu lat, a potem rokrocznie aż do Przeprowadzki w wieku lat czternastu.

Łatwo obliczyć, że w tym roku miałam go doświadczyć po raz piąty, już jako weteranka, mogłoby się wydawać, że nie powinno to zrobić na mnie wrażenia, ziew i w ogóle. Ale Cztery Śmierci nigdy NIE MOGĄ przestać robić wrażenia. Więc bałam się jak wszyscy, nawet bardziej niż pierwszacy, bo wiedziałam, co mnie czeka. Dodatkowo szalałam i wyłam, bo przejście przez Śmierci oznacza dla mnie takie nasilenie moich objawów (nie chcę jeszcze o tym pisać), że potem cierpię tygodniami. Szalałam i wyłam W ŚRODKU, oczywiście, a nie tak naprawdę, żeby bez sensu zwracać na siebie uwagę. Ale nie to spowodowało w tym roku, że oprócz tradycyjnie towarzyszących Śmierciom rozpaczy i beznadziei zaczęła we mnie rosnąć wściekła, gryząca, szarpiąca boleśnie duszę niezgoda.

Powodem stała się Gilda.

Gilda przyszła do domu z hodowli kilka miesięcy temu, przerażona jak wszystkie maluchy, wtedy pierwszy raz ją zobaczyłam, bo przyszła z piątki, a ja jestem z trójki. Nie obchodziło mnie to totalnie, na powitanie Gildy przyszłam tylko dlatego, że musiałam, jak wszyscy. Stałam sobie w cieniu, włosy zaczesałam na twarz, idealnie nie rzucałam się w oczy i czekałam, aż skończy się ta przykra konieczność obcowania z innymi osobami.

Ale dopóki stałam, to patrzyłam. Na zaskakująco zdrową, śliczną i normalnie wyglądającą Gildę.

Sto trzydzieści cztery lata życia pod wodą, w nienaturalnym środowisku, bez światła i przestrzeni, do której ludzie byli przyzwyczajeni na powierzchni, sprawiło, że wszyscy jesteśmy mniej lub bardziej chorzy. Czasami to jest bardzo widoczne, bo ktoś tam czegoś nie ma, coś komuś szwankuje, jakaś część ciała jest zdeformowana, o moich przypadłościach nie wspominając. Albo nawet jeśli ktoś wygląda normalnie, to przynajmniej opowiada o terapiach, lata w kółko do kliniki na zabiegi albo połyka garściami kolorowe pigułki.

Tymczasem Gilda na pierwszy rzut oka wyglądała na idealnie zdrową, może cokolwiek chudą ośmiolatkę z grzywką popielatych włosów spadającą na ogromne czarne, przestraszone oczy. Przypominała trochę postać z japońskich bajek, duże lśniące ślipia w małej trójkątnej twarzyczce. Kiedy Starsi odbębnili formułki ceremonii i uwolnili nas od swojego towarzystwa, stała nieruchomo przy śluzie i nawet nie płakała. Schowana strachliwie między ramionami głowa i wielkie oko, łypiące czujnie spod szarych kosmyków.

Zerknęłam na nią znudzona ze swojego kąta (to znaczy wiadomo, że w bąblach nie ma kątów, ale chodzi o to, że jak zwykle starałam się być niewidoczna) i się dziwiłam. Dziwiłam się, że nikt jej nie zabiera do nowego bąbla, i dziwiłam się, że zalewa mnie fala ciepłych uczuć, jakby coś mi się kazało małą zaopiekować, pomóc jej, żeby nie była taka samotna i bezbronna. Ruszyłam z wolna w jej stronę, na szczęście, zanim dotarłam gdziekolwiek, otoczyły ją przygłupy z Trójki domowej, czyli mroczny Eryk, sepleniąca Matylda i szczebiotliwa Meg. Piszę "Trójki", ale wiadomo, że władczyni (Meg) jest tylko jedna. Matylda jedynie jej potakuje w nadziei, że wszyscy ją polubią, a Eryk milczy, pochmurnie patrząc w dal i licząc na to, że dzięki temu nikt nie spostrzeże, jakim jest idiotą. Żeby było jasne: totalnie szanuję jego strategię i uważam, że to najlepsza strategia przetrwania, kiedy się jest idiotą.

Uznałam, że to znak, żeby się nie mieszać w nie swoje sprawy, i dałam sobie spokój, ponieważ sytuacja niebezpiecznie dryfowała w stronę kontaktów z innymi żywymi istotami, które to kontakty zwykle kończyły się dla mnie w ten sam sposób: źle. Wzruszyłam ramionami i wróciłam do swojego bąbla, żeby zapomnieć o sprawie.

Cóż, chcesz rozśmieszyć świat, opowiedz mu o swoich planach. Leżałam sobie w swoim pokoju w bąblu, samotna i szczęśliwa, kiedy syknęła śluza oddzielająca podwójnymi drzwiami nasz bąbel od korytarza kolonii. Jeszcze zanim się otworzyły drzwi z naszej strony, rozpoznałam modulowany szum jako szczebiotanie Meg.

- ...twój dom. Widzisz, to taki sam bąbelek jak w hodowli, tylko nie ma tutaj nikogo ze Starszych, a jedynie trzy superdziewczyny i jeden superchłopak. I będziesz miała swój własny pokój.

Czyli mała ma mieszkać u mnie, spoko. Rok temu Tommy się wprowadził i wiedziałam, co to może oznaczać: trzy miesiące płaczów i szlochów co noc. W stalowym bąblu, w którym nie ma żadnych drzwi między pomieszczeniami. Świetnie. Tak sobie mówiłam w myślach, a jednocześnie dziwnie się ucieszyłam, że mała właśnie u mnie będzie mieszkać.

- Każdy bąbelek ma swojego Pierwszego, zazwyczaj to najstarsze dziecko, i u was Pierwszą jest Zuzanna, na którą wszyscy mówią Zuzu, która zaraz przyjdzie i wszystko ci pokaże. Zuzu jest kochana i wspaniała, ma trzynaście lat i myślę, że dla ciebie będzie idealnym połączeniem Starszego i przyjaciółki. Po co wybierać, skoro można mieć wszystko, prawda?

Nowa dziewczynka nie odpowiadała, a ja siedziałam cicho w nadziei, że ominie mnie konieczność życia towarzyskiego.

Na próżno.

- O, cześć, Emma, co się nie odzywasz! - krzyknęła Meg, zaglądając do mojego pokoju. - Chodź, poznasz Glidę. Glido, to jest Emma, Emmo, to jest Glida.

- Gilda - poprawiła ją cicho dziewczynka.

- Słucham?

- Gilda. Mam na imię Gilda, a nie Glida.

- To dobrze - mruknęłam.

- Dlaczego dobrze?

- Glida brzmi beznadziejnie, zaraz by do ciebie zaczęli mówić "glizda".

- Przestań się wyśmiewać z imienia tej małej! - warknął Eryk.

- Z imienia, którego nie ma? - zapytałam.

Popatrzył nad moim ramieniem, jakby spodziewał się znaleźć tam ripostę. Poszukiwania nie przyniosły rezultatów.

- Chodź, Em, pokażemy małej jej pokój - rzuciła, po czym zwróciła się do Gildy: - Jeszcze nie przywieźli twoich rzeczy, ale dziś na pewno wszystko tutaj będzie.

Nie komentowałam, bo czułam, że coś poszło nie tak. Zwykle ceremonia powitania wyglądała w ten sposób, że Trójka przyprowadzała dziecko do bąbla, gdzie czekał już wyszykowany pokój i rzeczy osobiste z hodowli, czekał tort i w ogóle starano się maluchom jakoś osłodzić tę bolesną zmianę.

Dlaczego Gilda wylądowała tutaj? Coś się musiało wydarzyć. Spojrzałam pytająco na Meg, ale pokręciła przecząco głową, dając mi do zrozumienia, żebym nie drążyła.

Nie drążyłam.

Weszliśmy do pustego pokoju, do którego zgodnie z planem ktoś miał się wprowadzić dopiero po Czterech Śmierciach. Wyglądało to niestety dość smętnie - gołe stalowe ściany z lekko zardzewiałymi główkami nitów, okno na ocean o wyjątkowo tego dnia sinej barwie, łóżko z materacem bez pościeli, szafa i biurko z obrotowym krzesłem. Materac i obicie krzesła strasznie obskubane, ponieważ poprzedni lokator nerwowo skubał wszystko, co miał w zasięgu ręki. Obraz nędzy, smutku i rozpaczy nawet dla mnie, a co dopiero dla tej małej. Serce się kroiło od patrzenia, jak próbuje być dzielna. Ze spuszczoną głową, żebyśmy nie widzieli łez, podeszła do krzesła, żeby na nim usiąść, ale zamiast tego klapnęła na podłogę. Meg tylko się zdziwiła, ale Matylda parsknęła śmiechem.

- Co ty, mała, siadać się jeszcze nie nauczyłaś?

Mała się rozryczała, trudno się dziwić.

- Em, ogarniesz? - spytała mnie cicho Meg. - My się zajmiemy jej rzeczami i w ogóle.

Zrozumiałam, że mam nie dopytywać i nie wchodzić w szczegóły. Potaknęłam i pomogłam małej wstać i usiąść na łóżku. Trójka szybko wyśluzowała się na korytarz i zostałyśmy same.

- Może pójdziemy do mnie? - zaproponowałam po chwili milczenia. - Jest trochę przytulniej.

Kluczowe w poprzednim zdaniu jest słowo "trochę". Żałowałam, że Zuzu gdzieś zniknęła, ona miała taki idealny dziewczyński pokój z kolorowymi poduszkami, rysunkami na ścianie i rozkosznym bałaganem. Ja ostatnio pod wpływem mojej ulubionej Starszej, czyli naszej pani od osiędbania (oraz żeby trenować płuca z myślą o zawodach w studni), wkręciłam się w jogę i medytację i wszystkie przeszkadzajki zaczęły mnie wkurzać. Więc mój wyjątkowo skromny pokój wyglądał niewiele przytulniej od koszmarnie pustej celi Gildy. Ale miałam pościel, koc, na półce trochę przetrzymanych z biblioteki w naświetlarni książek. Zawsze lepiej, więc poszłyśmy do mnie.

Gilda rozejrzała się uważnie po moim lokum.

- W hodowli nie mieliśmy swoich pokoi - powiedziała.

- Wiem, u mnie były cztery osoby na piętrowych łóżkach. A u ciebie?

- Też. Zawsze chciałam mieć swój pokój, a teraz to już nie wiem. Trochę strasznie.

Nie wiedziałam, jak to skomentować, pewnie powinnam ją jakoś pocieszyć, ale nie byłam w tym dobra. Siedziałam więc cicho, a Gilda dalej oglądała to, co było do oglądania.

- Skąd to masz? - zapytała, pokazując przyklejone do ściany zdjęcie.

Jakiś czas temu uznałam, że kłamstwo nie ma żadnego sensu, zwłaszcza na dłuższą metę. Jedyną osobą, którą oszukujemy w czasie kłamstwa, jesteśmy tak naprawdę my sami, ukrywając przed innymi, jacy jesteśmy naprawdę. A potem czujemy się poszkodowani i jesteśmy bardzo zdziwieni, że ktoś nas postrzega i traktuje jako inną osobę niż ta, którą w istocie jesteśmy. No przez kłamstwo nie daliśmy im szansy. A ponieważ nie lubię, kiedy ktoś mnie traktuje jak inną osobę - nie kłamię. A że ciężko żyć bez kłamstwa - prawie z nikim się nie zadaję i prawie nic nie mówię.

- Wycięłam z albumu w bibliotece w naświetlarni, tak żeby nie było śladu - powiedziałam zgodnie z prawdą.

- A jak przykleiłaś do ściany?

- Dawali wam w hodowli taki słodki zielonkawy budyń na deser?

- Aha.

- Jak wyschnie, to można nim przykleić wszystko do wszystkiego. Trzyma, tylko na początku dziwnie pachnie.

W czarnym oku pojawił się błysk uznania.

- A dlaczego akurat ten obrazek?

Zaskoczyła mnie, zazwyczaj wszyscy tylko kwitowali, że ładny. Nikt nie pytał, dlaczego go powiesiłam.

Przypatrzyłam się zdjęciu, które przedstawiało stadko owiec przed drewnianą chatką, otoczoną górskimi szczytami. Chatka stała pośród traw, kwiatów i drzew. Drzewa rzucały długie cienie od niewidocznego na zdjęciu słońca, z tyłu las zamieniał się w skaliste zbocza, a w końcu w pokryte śniegiem szczyty na tle nieba, pokrytego długimi, układającymi się jak wachlarz chmurami.

- Jest tutaj od niedawna taka młodsza Starsza, ma na imię Alicja - powiedziałam w końcu. - Bardzo fajna.

- Twoja przyjaciółka?

- Nie wiem, chyba nie, to jednak Starsza. Poza tym ja nie mam jakoś dużo przyjaciółek.

- Czy to dlatego, że... no wiesz.

- Trochę. Trochę lubię być sama. Nieważne. Alicja opowiadała o swoim młodszym bracie, który został w innej kolonii.

- Hodowli?

- Nie, w ogóle w innej kolonii. Ma na imię Leonard, ale podobno wszyscy mówią do niego Elek. Kiedy Alicja oglądała ze mną album i zobaczyła to zdjęcie, powiedziała, że jej Elek miał zawsze takie marzenie, żeby raz w życiu zobaczyć miejsce, gdzie wzrok się nie zatrzymuje, tylko leci i leci, i leci, i nie ma tam żadnej ściany, korytarza, śluzy ani wody. Tylko powietrze i przestrzeń. I że to jest takie miejsce, i gdyby Elek je zobaczył, to byłby najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. I poszła, a ja wycięłam to zdjęcie, bo rozumiem, o co chodzi z tym, żeby się wzrok nie zatrzymywał. Kiedyś zobaczę takie miejsce.

Czarne oczy Gildy, i tak nienaturalnie wielkie, zrobiły się jeszcze większe.

- Chcesz wyjść na powierzchnię? Przecież to niemożliwe.

Jasne, mała, pomyślałam, powiedz mi coś, czego nie wiem.

- Podobno inżynierowie organizują czasami wyprawy. Jestem dobra w szkole; jeśli po Przeprowadzce zostanę inżynierką albo naukowczynią, to może zobaczę świat na powierzchni.

Gilda przygryzła wargę, jakby bardzo nie chciała mi zdradzić jakiejś tajemnicy.

- Ale, Emma, wiesz, że tego wszystkiego nie ma! - wypaliła w końcu. - Tych zwierzątek i domków, i kwiatków, i w ogóle. Tylko jest gorąco. I trzeba mieć kombinezony i maski, i w ogóle.

Wzruszyłam ramionami.

- Ale nie ma ścian. I drzwi. I wody. I wzrok się nie zatrzymuje. Chcę to zobaczyć.

- Emma, musisz mi o tym opowiedzieć! Będziemy duże, będziemy razem mieszkać w innej kolonii, ja będę nauczycielką, bo ja bardzo chcę być nauczycielką, a ty będziesz odważną naukowczynią i będziesz mi wszystko opowiadać. To ja w takim razie będę twoją przyjaciółką, dobrze?

Nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć, ale nie musiałam nic mówić, bo Gilda z radości wykręciła piruet, ale zrobiła to tak niezdarnie, że wyrżnęła o moje biurko, przewróciła się na podłogę i rozpłakała.

Podniosłam ją, przytuliłam, otarłam łzy. I stało się. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia. No, od drugiego. To znaczy nie zakochałam w sensie "zakochałam", ale to jest takie uczucie, że nagle rozumiecie, po prostu wiecie, że ten ktoś jest dla was ważny, i chcecie, żeby ten ktoś był szczęśliwy, i musicie się tym kimś zaopiekować i już. I że będziecie się o tego kogoś troszczyć, i to będzie wasze najważniejsze zadanie, i to jest coś, co wam mówi całe wasze ciało. Nie byłam nigdy zakochana w nikim, ale tak to sobie właśnie wyobrażam, że to jest to samo uczucie, ale wzajemne i takie bardziej równe. Gildę pokochałam jak siostrzyczkę, od pierwszego wejrzenia.

No, od drugiego.

Niedziela, 21.01.134

Nie miałam czasu na pamiętniczek przez dwa dni, więc napiszę, że BARDZO MI PRZYKRO, na wypadek gdybyście, niedrodzy Starsi, uznali, że zapomniałam o umowie. Ale chyba wiecie lepiej od innych, że cały weekend mieliśmy polowania i zajęcia w studni, więc może dajcie spokój.

Przeczytałam to, co napisałam w piątek, o pierwszym spotkaniu z Gildą, i się zadumałam, że nie ma co, szybko przeszłam drogę od cokolwiek cichej, ale jednak prymuski, marzącej o zostaniu organizującą eksploratorskie wyprawy na powierzchnię uczoną, po osobę wykluczoną, która musi się starać, żeby nie dostać biletu w jedną stronę do strefy kontroli. Ciekawe, czy mogę jakoś odkupić swoje winy, czy też moje życie jest już przekreślone do końca, a z ewentualnych karier zostało mi smażenie glonów na wiecznej stołówkowej wachcie albo mycie sufitu w naświetlarni.

Zapytam kogoś przy okazji.

Tymczasem wrócę do Gildy. Zadomowiła się w naszym bąblu dość szybko. Nie tylko dlatego, że okręciła sobie mnie wokół palca jako starszą siostrę. To jest po prostu normalny bąbel, zamieszkany przez normalne, nierzucające się w oczy osoby, które się przyjaźnią, lubią ze sobą spędzać czas i dużo się śmieją bez powodu. I Zuzu jest spoko Pierwszą, mimo że nie zawsze się z nią zgadzam, ale mało mówi i zawsze wiadomo, o co jej chodzi. Można trafić znacznie gorzej. Mamy w kolonii Pierwszych, którzy uważają swoją funkcję za zaproszenie do dyktatorskich rządów i każą się traktować jak książęta. Mamy też takich, którzy chcą wszystkich wysłuchać, zrozumieć i wszystkim wszystko wyjaśnić (to dopiero koszmar), przez co nikt nie wie, o co im chodzi. Więc my trafiliśmy w swoim bąbelku całkiem nieźle.

Co nie oznacza, że dla Gildy przenosiny z hodowli do naszej kolonii wyglądały jak bajka o wesołych różowych króliczkach. Po chwili namysłu stwierdzam, że tutaj NIC NIGDY, nawet w najjaśniejsze i najweselsze dni, nie wygląda jak bajka o króliczkach.

Gilda była niezdarą.

To znaczy Gilda cierpiała na niezdarność. Głupio brzmi, jak to zapisuję, ale jej upadki pierwszego dnia nie wynikały z gapiostwa czy nieogarnięcia, lecz stanowiły objawy choroby. Jakiś błąd w jej mózgu sprawiał, że co prawda wszystko dobrze widziała i wszystko dobrze słyszała, lecz jej ciało traktowało ludzi i przedmioty tak, jakby były w trochę innym miejscu, niż je widziała i słyszała. Siadała obok krzesła, stawiała kubek obok blatu, nie trafiała łyżką do ust, nie potrafiła narysować prosto kreski. Czasami zabawne, czasami totalnie niebezpieczne, na przykład w czasie schodzenia ze schodów prowadzących do naświetlarni albo w czasie śluzowań, kiedy musisz wiedzieć, gdzie DOKŁADNIE zasuwają się ważące kilkanaście ton stalowe drzwi.

A wiecie, co jest w tym najgorsze? Kompletnie tego nie widać. Jak ktoś używa protezy, nagle zaczyna krwawić z nosa albo wygląda tak jak ja - jasna sytuacja. Ale, proszę państwa, oto Gilda - okaz zdrowia, śliczna czarnooka dziewczynka, ozdoba całego domu, nie tak jak reszta tej schorowanej, pokiereszowanej bandy. Gdy po raz pierwszy upuści talerz z zupą, to jest rozczulające. Za drugim razem zabawne. Za czwartym się wkurzasz. Za piątym szukasz innego miejsca w stołówce. Za dziesiątym, jak widzisz w progu niezdarę, to od razu warczysz, żeby szła robić syf do kąta koło kibla.

I tak ze wszystkim. Na stołówce: wynocha, bo mnie oblejesz. W szkole: wynocha, bo upuścisz. W sporcie: wynocha, bo przegramy. W bąblu: do siebie, bo zniszczysz. A na korytarzu: trzymaj się z daleka, bo nie chcę się o ciebie potykać, niezdaro.

Nie minął miesiąc, a moja czarnooka siostrzyczka stała się samotną i nieszczęśliwą małą dziewczynką, od której wszyscy wolą się trzymać z daleka.

Wtedy zaczęły się też moje kłopoty.

O, teraz na przykład. Piszę i słyszę "Emma! Emma!" i może nie tupot nóg, bo Gilda boi się biegać, ale szybkie szuranie, bo łatwiej jej chodzić bez potykania, kiedy nie odrywa nóg od podłogi. Cieszę się, jasne, ale od razu się rozglądam, komputer przesuwam w głąb biurka, kabel ładnie chowam z tyłu, najważniejsze, żeby pousuwać kubki i talerze z czymś płynnym, bo to najtrudniej się sprząta. Chyba wszystko gotowe.

- Emma!

Kochmcdknshniuveskjvh

cbvhacjsvbhjygc

eiwuhcgvbkj snioxa

,.,.;'][.';

Piszę to pół godziny później, kiedy już posprzątałam. Gilda krzyknęła, że mnie kocha, potem krzyknęła: "Chrupki krewetkowe! Uwielbiam chrupki krewetkowe!", rzuciła się do chrupek, potknęła się, walnęła w miseczkę, wysypała je na klawiaturę, a potem - próbując delikatnie zebrać - wtarła z całej siły w klawisze, stąd powyższa poezja.

A wtedy, jeszcze przed Czterema Śmierciami, moje kłopoty zaczęły się od tego, że przez Gildę wyszłam z cienia. Ukochanego cienia, w którym wcześniej przyjemnie sobie istniałam, poza spojrzeniami, poza pytaniami, poza zainteresowaniem. Czasami jakaś niemiła szydera, czasami jakaś miła ostrożna znajomość, ale w sumie nie miałam wielu przyjaciół, nie miałam też wrogów. Emma - jedna z tych osób, co to muszą być tłem dla innych.

Wszystko się zmieniło za sprawą Gildy pewnego niepięknego popołudnia. W centrum wszelkiego młodzieńczego zła i patologii, czyli na kolonijnej stołówce. A działo się to mniej więcej w połowie czasu między przybyciem Gildy a Śmierciami, jakieś cztery tygodnie temu.

Nauczyłyśmy się siedzieć z Gildą z boku, w moim ulubiony cieniu. W miejscu, do którego od punktu wydawania posiłków można było dotrzeć, omijając tłumy, i gdzie szansa na to, że Gilda wyrzuci komuś tacę z jedzeniem na głowę, była najmniejsza. Zresztą nauczyłyśmy się już, że nie może tego nosić sama, i to ja przynosiłam żarcie dla siebie i dla niej. Trochę się wtedy naturalnie ustaliło, że to ja jestem opiekunką i asystentką Gildy, poszłam z nią nawet do bąbla medycznego na terapię. Spodziewałam się dziwnych zabiegów, ale terapia Gildy składała się z masażu i różnych zabawnych ćwiczeń w rodzaju śpiewania, stojąc na jednej nodze. Starsza Anna zapytała, czy jesteśmy przyjaciółkami, na co Gilda zaczęła potakiwać z takim podnieceniem, że od razu walnęła na tyłek na podłogę. Cóż było robić, też przytaknęłam, nie będę przecież tłumaczyć, że to nie było tak naprawdę poczucie przyjaźni, tylko siostrzanej troski i opieki. Właściwie nie wiem, czy to tak naprawdę są różne uczucia. No więc przytaknęłam, na co Starsza Anna powiedziała, że to bardzo dobrze, że Gilda większość ćwiczeń może i powinna robić sama, tylko trzeba jej pomóc i przypilnować. Powiedziałam, że nie ma sprawy, na co Gilda rzuciła mi się na szyję, ale nie trafiła i zamiast tego walnęła mnie w nos. Bolało mnie potem przez kilka dni. No tak to wyglądało z Gildą.

Czyli siedzimy sobie i jemy, kiedy Gilda (która przecież ma osiem lat) dostaje nagłej, niepowstrzymanej dziecięcej jazdy, że ona załatwi drugi deser. Spoko, przyznaję, że po długiej przerwie bez słodyczy, kiedy czekaliśmy na przetworzenie nowego zbioru wodorostów, dostaliśmy w końcu coś słodkiego i wszystkim nam się rzuciło na mózgi, buzowało na tej stołówce jak nigdy. Odruchowo powiedziałam, że ja pójdę, ale Gilda przekonała mnie, że nikomu nie dają dokładek, ale jak ona pójdzie i się rozbeczy, że upuściła, to jej uwierzą i z litości dostanie drugą porcję.

Miało to sens.

Poszła, postrzelała mokrymi czarnymi oczętami, dostała wielką michę zielonkawego, słodkiego do porzygania, przepysznego, cieplutkiego, ciągnącego się, kleistego budyniu. Tego samego, z którego robi się świetny klej.

Nawet nie można powiedzieć, że nikt nie spodziewał się katastrofy, bo wszyscy się spodziewali. Potem myślałam, że jestem idiotką, mogłam tam iść razem z nią, zaczekać, aż wyprosi, i przejąć miskę, zanim będzie za późno. Może mnie też ten cukier otumanił.

Wylądował ten budyń najgorzej - lecąc pięknym łukiem ponad głowami jedzących - na Robercie, który jest Pierwszym jednego z bąbli. Z nieznanych przyczyn Robert jest uważany za najważniejszego Pierwszego, kompletnie bezsensownie, bo wszystkie bąble są równe, ale tak jest. Moim zdaniem nie jest to zasługa ani jego wyjątkowej charyzmy, ani mądrości, ani dobrego serca, bo na tych polach się jakoś specjalnie nie wyróżnia, ale urody. Robert przez ostatnie pół roku z chłopca zmienił się w przystojniaka, po prostu. Wyższego, mężniejszego i ładniejszego, więc automatycznie uznano go w naszej kolonii za najpierwszego ze wszystkich dwunastu Pierwszych i było dość jasne, że w najbliższych wyborach wejdzie do Trójki. Ponieważ z boku widać więcej (zwłaszcza gdy się jest niezauważalną), z ciekawością obserwowałam, jak Robert najpierw jest zdumiony i speszony okazywaną mu uwagą, potem akceptuje to jako naturalny stan rzeczy, a w końcu wierzy, że mu się to należy, bo taki los, że jest lepszy od innych.

Właśnie na tym etapie świeżo ugruntowanego zachwytu swoją własną wspaniałą osobą na włosach Roberta wylądowało kilka garści budyniu. Co stanowiło zaledwie przygrywkę. Zanim ktokolwiek miał szansę zareagować, spanikowana Gilda rzuciła się sprzątać bałagan, energicznie wsmarowując ten budyń w głowę Roberta, ze szczególnym uwzględnieniem włosów, uszu i dziurek od nosa.

Katastrofa.

Odepchnięta gwałtownie Gilda szlochała, Robert klął potwornie, zlecieli się inni Pierwsi (Pierwsze zwłaszcza), żeby fukać na winowajczynię i pomagać swojemu bożyszczu wydłubywać budyń z blond loków, co oczywiście tylko pogarszało sprawę. Gość potrzebował prysznica, a nie grzebienia czy czułych paluszków. Zerwałam się, żeby ratować i pocieszać Gildę, ale choć serce chciało, wygrały nogi. Nogi Emmy, która NIGDY nie pakuje się w centrum uwagi. Wkleiłam się w cień pod ścianą, zarzuciłam włosy na twarz i czekałam, aż Gilda sama wpadnie na to, żeby się zmyć.

- Jako Pierwszy - krzyknął cokolwiek piskliwie Robert, kiedy na tyle oczyścił oczy, że widział, co się wokół dzieje - wymierzam ci karę jednego dnia izolatki!

Parsknęłam śmiechem, na szczęście w rozgardiaszu nikt tego nie usłyszał. Robert gadał od rzeczy. Po pierwsze kara izolatki była idiotycznie surowa, trzeba naprawdę się postarać, żeby tam trafić, coś niszcząc albo krzywdząc kogoś umyślnie. Po drugie przyjęło się, że nie stosuje się takiej kary wobec pierwszorocznych i drugorocznych. Po trzecie Robert mógł karać tylko dzieci ze swojego bąbla. Czekałam, aż wszyscy go wyśmieją, ale zamiast tego jego budyniowe fryzjerki zaczęły głośno potakiwać, a potem melodyjnie skandować iiii-zo-latka, iiii-zo-latka, dla niez-dary iiii-zo-latka.

- Cicho!!! - zagrzmiał Robert. - Cicho!

Odetchnęłam, widząc, że poszedł po rozum do głowy. Ale on zaczekał, aż jedynym słyszalnym dźwiękiem stało się chlipanie Gildy, po czym władczym gestem wskazał drzwi śluzy.

- Oddal się do miejsca odosobnienia i powiedz Starszym, że Pierwszy Robert skazał cię na jeden dzień izolatki.

Gilda, szurając nogami, ruszyła w tamtą stronę, a ja, cóż, odkleiłam się od ściany.

- Nie - powiedziałam.

Wszyscy na mnie spojrzeli. Odczułam to fizycznie. Zabolało.

- Co powiedziałaś? - zdziwił się Robert.

- Ona nigdzie nie idzie, opanuj się. To był wypadek, ona ma osiem lat, a karę może jej dać tylko Zuzu. Masz trochę cukru we włosach, przestań histeryzować, idź się umyj i zostaw w spokoju dziewczynkę.

Gilda przyszurała do mnie, przytuliła się, schowała twarz w mojej bluzie i tam sobie płakała.

Nikt nic nie mówił, więc po prostu ruszyłam w stronę śluzy prowadzącej do części kolonii z naszym bąblem.

- Stój! - krzyknął Robert. - Nie pozwalam!

Jego zachowanie nie miało żadnego sensu, ja to wiedziałam, wszyscy to wiedzieli. Nawet fryzjerki odsunęły się o krok. Robert nie miał prawa niczego mi zabraniać, a nawet gdyby jakimś cudem Zuzu i Trójka go poparły, to i tak Starsi by mu nie pozwolili zamknąć Gildy w izolatce.

Stał tam wysmarowany budyniem i robił z siebie idiotę.

- Ja tego tak nie zostawię!

Gdybym była mądrzejsza, może zrozumiałabym wtedy, że Robert uznaje mnie za sprawczynię swojego upokorzenia i że robię sobie wroga. Rzuciłabym jakiś żart, rozmasowała atmosferę. Ale ja już tylko chciałam wydostać się z tej potwornej sytuacji, kiedy oczy wszystkich skierowane były na mnie. Paliły mnie te spojrzenia i parzyły, miałam łzy w oczach, bo wiedziałam, że moje ciało zemści się na mnie za to napięcie, że za kilka dni nie będzie takiego cienia, w którym mogłabym się schować. Więc szłam bez słowa, z uwieszoną na mnie, upapraną zielonym budyniem Gildą, do śluzy. Jak na złość drzwi od naszej strony były zamknięte, wcisnęłam guzik i musiałyśmy czekać, aż najpierw zamkną się wrota od strony korytarza, a potem otworzą nasze.

Za moimi plecami zaczął się ruch, szmery i rozmowy, wszyscy uznali przedstawienie za zakończone. Odetchnęłam z ulgą, drzwi od naszej strony zaczęły się już otwierać.

Okazało się, że prawie wszyscy uznali przedstawienie za zakończone.

- Wiesz co? Ja przynajmniej mogę się umyć! - rzucił Robert głośno do moich pleców, a wtedy znowu wszyscy ucichli, czekając, czy coś się wydarzy. - Ja przynajmniej mogę się umyć, w przeciwieństwie do ciebie, obleśny grzybie.

Salwa śmiechu wepchnęła mnie i Gildę do śluzy.

Nie odwróciłam się.