Huragan - Wacław Gąsiorowski

Kup ebooka

5.21 zł
4.32 zł (4,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

I

Wieczór zapadał. Na drodze ciągnącej się odBrzezin ku Rawie wlókł się mały, węgierski wózek, zaprzężony w paręgniadych mierzynków. Droga była ciężka, miejscami wąska, wypukła,zawalona kamieniami, to znów rozlewająca się w szeroki, piaszczystygościniec. Wózek co chwila to zapadał w głęboko żłobione koleje,brzuchem swym muskając ziemię, to wspinał się z grudy, na grudę, zkamienia na kamień. Konie ustawały. Stary, skulony furman zachęcał jegłosem, szarpał z lekka lejcami lub smagał batem. Lecz i to przestałoskutkować. Gniadosze rozwarły szeroko chrapy, najeżyły krótko strzyżonegrzywy i zatrzymały się nagle dysząc ciężko.

Furman zeskoczył z wózka, a za nim siedząca obokniego baba. Z tylnego siedzenia zerwał się młody człowiek, zbudzonywidocznie. i chwycił machinalnie za ukrytą w zanadrzu krócicę.

- Maciej! - zakrzyknął. - A tam co? !

- Ustały, panie poruczniku!

- Bo tyś zdarzony akurat do powożenia! masz...

- odezwała się baba. - Gnałeś... gnałeś... to i

- Jasia, nie gadaj - upomniał babę furman.

- Nie gadaj i nie gadaj! - przedrzeźniała dalej baba. - A teraz konie wyłóż i ciągnij...

- Nie poradzi! - odparł flegmatycznie furman, rozwiązując postronki uprzęży.

- A też to skaranie boskie z tym chłopem.Młody człowiek nie zważał na dogadywania baby. rękę do kaszkietuprzyłożył i rozglądał się po okolicy. Wreszcie rzekł półgłosem jakby dosiebie:

- Nie widać! Może lepiej wózek porzucić. Na przełaj mila mniej...

Baba. rozpostarła ręce szeroko i podchwyciła żywo:

- Na przełaj? A toż byłoby dopiero! Animyśli! Szkapiny się wydychają krzynkę!... O... jak to parska! Zdrów! Idowleczem się. Gdzieżbym, ja to panicza mego puściła na piechtę. Juściniejeden kraj się przemaszerowało, ale gdzie tu... samotrzeć!... Włóczysię różnego zbójectwa. A nie uszliśmy to już z dziesięć razyrozmaitym?... Ja tam siadam na wózek i czekam! No, stary, czegoś gębęrozdziawił, dajże obroku! Taki to, panie poruczniku, ciemięga, a dostrzelców konnych iść się napierał!...

Porucznik, zasypany potokiem wyrazów, uśmiechnął się smutnie.

- Dobrze mówicie, Żubrowa. Tylko czypoczciwe koniska wytrzymają, czy nie omdleją? Nie jestem tu obcy,papierów nie ma co okazywać... Sześć mil jednym tchem prawieprzebiegły, a... ile jeszcze?

- Do Rawy, wedle rozkazu, będzie jedna, a potem, w bok, z półtorej.

- Wedle rozkazu! Wedle rozkazu! - powtórzyła z przekąsem baba. - Niby to pan porucznik kazał, żeby tyla jeszcze było!

- Jasia, nie gadaj - mruknął po swojemu furman.

- I to... zrobili podoficerem jeszcze! - gderała dalej baba.

- Ano trudno - przerwał porucznik. - Wysypim resztę obroku. Niechaj wypoczną. Noc zapada. Podjedziemy do miasta.Żubrowa skoczy potem cichaczem na rogatki. A nie macie tam czego wtorbach?...

- Et, nie ma strachu! Markietanka głowę nakarku może ma lepszą niż niejeden podoficer pierwszej legii, pierwszegobatalionu, drugiej kompanii!...

Na potwierdzenie tych słów baba skoczyła dowózka i jęła wydobywać zeń prowianty i gą-siorek z wódką. Porucznikprzysiadł nad rowem i zabrał się ochoczo do jadła, przepijając zesmakiem.

- Gdańska! - zauważył z ukontentowaniem. - Pijcie i wy. Baba chwyciła za flaszkę i pociągnęła mocno raz i drugi.

- Co nasze, to nasze! Aż gorącość w człekawstępuje a żywość. Lepsze niż te italskie napoje, co choć gębę zesłodyczy sklejają, a jeno ckliwość po nich ostaje i zgaga. Stary, maszi ty, a folguj, bo mi się spijesz!... Już to głowę masz na nic.Widzisz, stary, nawet kule cię mijały, słusznie mądrzejszych łepetynszukając... Pod tym Holindem...

- Hohenlinden! - poprawił porucznik.

- Kto by tam spamiętał - pod Holindemjuż-już leciała na niego jedna, ale jak ci nie zobaczy z bliska tejkapuścianej głowy, tak dalej w bok, ledwie mu pogardliwie koło uchagwizdnęła i przebiła porucznikowi Dziurbasowi kaszkiet!... Albo choćbyw bitwie nad Adygą. Stoję sobie przy ambulansie, a tu nieprzyjacielplunął na przywitanie rotowym ogniem; patrzę, w drugiej kompanii, nalewo, kiwnęła się czapka - myślę, nareszcie mój dryblas się doczekał!"Jesteś wdową, madame1Żubrowa". Chwytam za manierkę, aby mu się dać napić na drogę żywotawiecznego i wciskam się między szeregi... Aż tu mój stary gryzie sobienajspokojniej ładunek! A kapral Michał Zadera leży jak długi i anizipnie! Poczciwe było człeczysko. Nieraz, bywało, jeść nie ma co, ażzatyka. A tu Zadera naraz się zjawia. "Pani Żubrowa - powiada - bydlakasobie zjemy! Co?!" Ja mu na to zła: "Juści bydlaka się zachciewa - apomidorów z oliwą nie łaska?" A ten aby białkami łypnie i patrzę, a jużz kieszeni ciągnie przepiórkę, niby psa za ogon! Dobre było chłopisko...

Baba urwała, rękawem oczy przetarła i naglezamyśliła się. Porucznik odwrócił głowę i zapatrzył się w zapadającemroki nocy. Żubr jął opatrywać konie, które ostygły i potrząsały jużochoczo uzdami.

Nagle stary podoficer drgnął i zacząłnadsłuchiwać. Na drodze, od strony Brzezin, rozległ się miarowy tętent.Żubr podskoczył ku porucznikowi.

- Melduję pokornie, iż ktoś za nami nadjeżdża! Porucznik zerwał się z miejsca i skoczył do wózka.

- Siadać żywo i ruszajmy.

Żubrowi nie trzeba było rozkazu powtarzać. Nakarmione mierzynki pomknęły żwawo.

Podróżni jechali przez chwilę w milczeniu.Turkot wózka śród nocnej głuszy rozlegał się dokoła. Aż oto czujne uchofurmana pochwyciło nowy odgłos, bo zaciął silnie mierzynki i szepnął,nachylając się wpół ku porucznikowi:

- Melduję pokornie, że nas gonią!

Jakby na potwierdzenie tych słów, gdy wózekwjechał w piaszczystą kolej, a turkot jego ucichł, równocześnie nadrodze, w oddali, rozległ się już przyśpieszony tętent kopyt końskich.

- Ilu może być?

- Czterech... pięciu!

- Mądrala - mruknęła baba.

- Zwolnić - zakomenderował porucznik. -Żubrowa na moje miejsce! Nie ujdziemy! Broń opatrzyć! Uważać! Jakbywięcej... to pójdziemy w pole!

Rozkaz wykonano natychmiast. Mierzynki przeszłyna spokojnego truchta. Baba rozsiadła się wygodnie w tyle. Poruczniknasunął kaszkiet na oczy i zajął miejsce obok furmana.

Tymczasem pogoń zbliżała się coraz szybciej, wreszcie, gdy przysunęła się na odległość strzału, dał się słyszeć donośny głos:

- Hej, tam! Stać w miejscu! Wózek zatrzymał się.

- Prusacy! - szepnął porucznik pochwyciwszy w lot znany mu dobrze akcent.

Baba nie straciła rezonu, wykręciła się na siedzeniu ku nadjeżdżającym i zakrzyknęła tonem sprawiedliwego zniecierpliwienia:

- No więc stoję! I cóż?... Czego towaćpanom potrzeba? Jezdni otoczyli wózek. Jeden z nich wysunął sięnaprzód i łamaną polszczyzną zaczął:

- Dokąd? I skąd?!

- A to pan nie widzi, że na drodze do Rawy! Olaboga, cóż to? Do domu wracać nie wolno?!...

- Ci ludzie z wami?

- Ci ludzie? Znać, że waćpan nietutejszy, adyć to ten pijak, mój furman, niedołęga, a ten drugi... pociotek...

Jeździec, snadź nie mogąc rozeznać podróżnych w ciemności, zakomenderował sucho:

- Wózek w środek i marsz!

- Niby jak to? - odezwała się Żubrowa.

- Papiery macie?

- A czy to bez papierów kto jeździ?!

- Tym lepiej dla was. Zobaczy się Rawie.

- Niech będzie w Rawie! Albo to pana starosty nie znam!! Oho!

- Starosty! - zaśmiał się ironicznie jezdny. - Zobaczysz ty starostę, że aż landrata popamiętasz! Hans, naprzód!

Wóz, otoczony jezdnymi, ruszył powoli z miejsca.

Milczenie zaległo wózek. Żołnierze konwoju przyciszoną jęli prowadzić rozmowę.

Baba nie mogła wytrzymać długo i szturchnęła w plecy furmana - szepcząc przez zęby:

- Słyszysz, stary, jak szwargoczą? Tyle drogi i u brzegu przyjdzie ugrząźć.

- Nie gadaj! - wycedził dobitnie Żubr.

Porucznik tymczasem rozglądał się dokoła, próżnousiłując przeniknąć ciemności. Żubr ze swej strony, jakby odgadującmyśli porucznika, wzrok wytężał, a wykręcał się nieznacznie. W końcunachylił się i rzekł uroczyście:

- Pokornie melduję, że sześciu.

Potężny kułak w plecy był mu odpowiedzią.

- Widzisz - ozwała się Żubrowa, korzystającz tego, że wózek wjechał na wyboisty kawałek drogi i jął dzwonićłańcuchami i trzaskać - widzisz, niedołęgo, a mówiłeś, że czterech!Kapuściana głowa! Skaranie z tym chłopem!...

Żubr ani drgnął, oczy wytrzeszczył i głowę ku jadącemu obok wózka nachylił. Badanie było długie.

- Melduję pokornie - żółte huzary.

W tejże chwili spoza chmur wysunął się rąbekksiężyca. Światło jego padło na twarz jadącego tuż obok wózka. StaryŻubr zadrżał i chwycił machinalnie porucznika za ramię tłumiącdobywający się z piersi okrzyk.

- Schmidt! - rzucił przez gardło.

Huzar poruszył się na siodle i zawołał groźnie:

- Hej! Co tam za szepty! Cicho być!... Mieć ich na oku!...

Porucznika zimny dreszcz przeszedł. Tak, to byłgłos Schmidta! I w jednej chwili cała przeszłość stanęła mu przedoczyma. Było to dwanaście lat temu, gdy służył w kawalerii podMadalińskim, brygadierem. Nakazano zmniejszyć regimenty, kasować pułki;Madaliński, a z nim jemu oddana drużyna nie chciała się rozstać zmundurem. Brygadier poprowadził. Rozpoczęto walkę na swoją rękę. I tu,w Rawie, napadnięto dwudziestu piechoty i piętnastu huzarów. Jednemu znich, właśnie porucznikowi Schmidtowi, on sam głowę rozpłatał pałaszem.Ktoś usłużny z rawian wskazał jego nazwisko. Zrobił się gwałt zanapaść. Na usługach pruskich będące sądy odsądziły go od czci i wiary.Po Maciejowicach, gdy chciał wracać do stron rodzinnych - tu, podRawę... nie mógł. I powlókł się oto na tułaczkę w świat. Dziś mniemał,że nie poznany przez obecnych, prześliźnie się do domu i dalej, doWarszawy, spokojnie dotrze... gdy oto spotyka znów tego samegoSchmidta! A może go nie pozna? Ryzyko zbyt wielkie. Boć nie o jegożycie tu szło tylko, lecz o papiery; o ekspedycję do księcia!Dotychczas porucznik szczęśliwie unikał bliższych indagacji; paszporty,legalizowane w Berlinie, otwierały mu wszędzie szlabany od Poznania ażdo Konina i Kutna, tu jednak sprawa mogła być cięższa. Najmniejszepodejrzenie wtrąciłoby go do więzienia, a cóż dopiero oskarżenieSchmidta!

Porucznik sięgnął w zanadrze i trącił z lekkaŻubra. Stary podoficer zrozumiał znak, bo, przerzuciwszy lejce do lewejręki, prawą opatrywał pistolet.

- Żubrowa! - szepnął porucznik zwracając się ku babie. - W łeb.

- Tego z tyłu? Już go ściągnę!

Nastąpiła krótka pauza, a po niej ostry głos porucznika:

- Pal!

Trzy strzały padły równocześnie i trzechjadących najbliżej wózka huzarów stoczyło się z koni na ziemię.Pozostali osłupieli na razie, lecz nie tracąc przytomności, podskoczylido wózka z podniesionymi w górę pałaszami. Baba i furman zdążyli umknąćna ziemię, nad głową porucznika zawisło ostrze pałasza. Lecz szybkimruchem zdołał uchylić się na bok i uniknął cięcia. Rozwścieczony huzarzamierzył się po raz wtóry, lecz równocześnie znalazł się w żelaznymuścisku starego Żubra. Drugi huzar nawrócił konia i usuwającego sięporucznika zawadził po ramieniu końcem szabli, lecz w tejże chwili padłmowy strzał i kula przeszyła plecy huzara. Piąty chciał natrzeć zdrugiej strony na porucznika, lecz widząc czterech towarzyszówrozciągniętych na ziemi, spiął konia ostrogami i pomknął ku Rawie. Żubrtymczasem cisnął coraz gwałtowniej swego przeciwnika. Próżno huzar wiłsię i starał chwycić podoficera za gardło. Siły go opuszczały, mdlałprawie w stalowym uścisku, wypuściwszy z rąk cugle, i słaniał siębezwładnie. Naraz Żubr jęknął przeciągle. Baba, która właśnie w tejchwili położyła trupem huzara, podbiegła do walczących.

- Jeszcze się z tym robakiem mordujesz?! - zakrzyknęła.

- Gryzie! - jęknął z bólu Żubr.

- Poczekaj! Nakarmię ja go zaraz.

To mówiąc, sięgnęła do olster huzara, wyciągnęła krócicę i strzeliła huzarowi prosto w usta.

Żubr odetchnął swobodniej. Otarł zimnym potem zroszone czoło, sięgnął ramienia i syknął przeciągle.

- Co ci to, Macieju?! Skaleczył?... - pytał niespokojnie porucznik, gramoląc się z drugiej strony wózka.

- Głupstwo! - wtrąciła Żubrowa. - ŻePrusacy na świninę łasi, o tym nie powiadam, ale żeby ich brała chęćtakie obrzydliwe mięsisko kosztować - nadziwić się nie mogę!... Nochodź, stary, nie bocz się! Naści tu bandaża i szarpi. Zawiąż, apóźniej zobaczymy! A pan porucznik?

- Draśnięty! No, czasu nie tracić, bo namtu szwadron cały tych kanarków spaść może na głowę. Zabrać im pistoletyi w konie!...

Porucznik podbiegł do wózka, wydobył zeń małąszkatułkę i ukrył na piersiach. Żubr siadł na huzarskiego konia, którybył się w opadłych cuglach spętał, i pokłusował w pole szukaćrozbiegłych koni. W kilka chwil wrócił z dwoma. Porucznik wskoczył nasiodło, baba wgramoliła się także razem z wielką, skórzaną torbą iruszono z kopyta w bok przez pola, pozostawiając na łasce losu wózek,parę mierzynków i pięciu dogorywających huzarów.

1  M a d a m e (franc.) - pani.

II

W obszernej jadalni gotartowickiego dworupanowała głęboka cisza. Pani Jadwiga Gotartowska w milczeniu krzątałasię koło zastawy do wieczerzy, wyręczając się od czasu do czasudorastającą córką, jasnowłosą panną Urszulą, i spoglądając z niepokojemw stronę kominka, przy którym zgarbiony starzec gwarzył półgłosem zosiemnastoletnim wyrostkiem. Rozmowa snadź zaciekawiała mocnomłodzieńca, bo oczy mu się iskrzyły, żywe rumieńce paliły twarzdelikatną, białą. Starzec niemniej był przejęty, ręce mu drżały, głosniekiedy łamał się i ginął w zapadłej piersi.

Panią Jadwigę zniecierpliwiła w końcu ta konferencja, bo ozwała się znienacka:

- Dziaduniu! Wieczerza na stole! Marcelekwie o tym, słyszał nieraz. A młodemu to się tylko w głowie mroczy i Bógwie czego się zachciewa.

- A, moja pani synowo! - odparł staruszekurażonym nieco tonem. - Chłopak rośnie, trzeba, żeby o tym i o owym siędowiedział, poznał sprawy publiczne... a suponować śmiem, że niejednegojeszcze od dziada nauczyć się może!

- Nie neguję - rzekła pani Jadwiga. - Jenouważam, iż Marcelka zbyt wielka ochota do wojaczki ogarnia. I na co?Gdzie znajdzie upust dla swoich zapałów? Maż jak Florian przepadać poświecie i tułać się? Nie dośćże łez wylałam? Józef zmarniał naWołoszczyźnie z konfederatami. Od lat trzynastu z górą ani słychu onim. Czterech dochowałam się synów i cóż? Mamże pomoc z nich, wyrękę?Florek zaawanturował się z Madalińskim, Staszek aż drży, aby jeno swojeamory zakończyć i przy rodzicach Marysieńki osiąść. Któż zostanie?Marcel-kowi do palestry1 pora, a Fabian w konwikcie2.

Staruszek obruszył się i spojrzał ostro na swego słuchacza.

- Tak! Dobrze pani matka mówi. Palestra,mości panie, i basta. Jać też nie powiadam, broń Boże, aby ci jaka myślniedorzeczna w głowie miała postać. Widzisz, to były czasy inne.Zakonotować3sobie niejedno nie wadzi, ale reszta... Ponoć praca na roli, wurzędzie, dla publicznego dobra owocniejszą bywa od hajdamaczyzny. Igdzie tu jeszcze z motyką na słońce... Phi! Prawią tam ludziska o tymwaszym Napolionie. Koszałki opałki, mości panie. Nie wierzę ja w waszeHannibale. Nie pora dziś na Cezary i Aleksandry Macedońskie.

- A książę Józef - podchwycił szybko młodzieniec, rad wielce, że rozmowa znów na ulubione weszła tory.

- Hm! Jak to książę. Wychuchany, wymuskany,wypieszczony. Zabawy w głowie!... Żeby to miał choć inny przykład! Ba!Właśnie podsędek Psarski, jak tu wstępował, wracając z Warszawy,powiadał mi o nim. Uciechy jeno, z Prusakami co możniejszymi za panbrat! Mizerne paniątko, zepsute, i tyle!

Marcelek się zamyślił. Pani Jadwiga wmieszała się znowu:

- Dosyć! Dosyć. Niech dziaduś jegomośćusiądzie. Urszulo, idź przywołać Staszka. Do obór pewno poszedł naobchód. Może i Lewandowskiego w drodze gdzie napotkasz.

Urszula wysunęła się cicho z jadalni.

Dziaduś powoli zajął miejsce przy synowej.Nadszedł wkrótce i Staszek z Urszulą, a później zjawił sięniepostrzeżenie stary ekonom Lewandowski.

Wieczerza się zaczęła, lecz szła niesporo. Misyschodziły prawie nietknięte. Pani Jadwiga zachęcała do jadła, leczkażdy się wymawiał. A i ją samą odeszła też ochota. Smutne myśli jąnapastowały. Los synów trwożył. Jeden już poszedł, drugi, Staszek, ladadzień wyrwie się za narzeczoną... a i ten jeszcze!... - westchnęłagłęboko a ciężko.

Stary dziaduś także się zasępił. Słowa synowejobudziły w nim przykre refleksje. Może i racja? Marcelek coś nadto siędopytuje. Gorąca krew, gotów polecieć... Bóg wie gdzie! Chłopak możezmarnieć jak ojciec, biedak... A i kto wówczas ucieszy starego dziada?

W tejże chwili Marcelek, widząc zamyślenie starego, ozwał się chytrze:

- Dziaduś jegomość skończyli na oblężeniu króla Leszczyńskiego w Gdańsku...

- Właśnie - zaczął żywo staruszek, lecz wtejże chwili spostrzegł się, nasunął siwych krzaczastych brwi i żachnąłsię ostro:

- Dość, mospanie! Później się dowiesz! Alwar4 wziąć do ręki, wokabuły5 przepowiadać, byś wstydu pijarom nie przyniósł. Głupstwa asanowi w głowie, i tyle.

Marcelek się zasmucił i nadąsał. Staruszkowi żal się zrobiło chłopca, więc dodał łagodniej:

- Piękna to rzecz rycerstwo, ale przede wszystkim statek i pomiarkowanie. Z każdej opowieści zdrowe trzeba wyciągnąć sensum. I nie o junakerii, awanturach a dziwacznych przygodach myśleć!

Pani Jadwiga na tę naukę skinęła twierdząco głową i rzekła po chwili:

- Mości Lewandowski! Ponoć wydano znów nakazy o ściąganiu rekruta?

- Tak jest, proszę waszej miłości! Z rana zajeżdżał urzędnik z Kriegskamery6 i zapisywał dymy. Jeno patrzeć, a co lepszych parobków nam wybiorą.

- Smutne czasy! - zauważyła pani Jadwiga. - W Krakowskiem, pod Austriakiem nielepiej.

- Czy prawda, że Marcelek do palestry ma pójść? - zapytał Staszek.

- Trzeba, żeby szedł - odpowiedziała pani Jadwiga. - Niech trochę ludzi pozna, zaprawi się. Na rolę czas mu jeszcze.

-Zapewne, pani matko! Tylko gdzie on tę palestrę znajdzie? Sądy zniesione, inne prawa i język obcy. Nasze Volumina legum7 zamieniono na Landrecht8, a trybunały na Justizkomi-sje 9 i Kreisgerychty...10

- Szelmy, rządzą się jak u siebie - szepnął dziaduś.

- Co robić! - rzekła pani Jadwiga. - Marcelek wzrasta. W domu trzymać? Niech język łamie, gdy inaczej nie można.

- Lewandowski mówił - ozwał się Staszek - że podobno przyszły słuchy o wielkich bitwach z Francuzami.

- Ba-ba! Czego ludziska nie mówili! żeNapolion wojnę Austriakowi wydał i że się koronować królem naszymzamyśla... Pani synowo, my tam nic podobnego już nie doczekamy!

- Oj, pewno! - przyznała smutnie paniJadwiga. - Niechby już raz pokój jaki nastał alboli ład przynajmniej...Nie wiadomo, co począć, jak się rządzić?! W którą stronę się zwrócić?

- Tu źle, mospanie, i tam niedobrze.Niemców zewsząd niby mrowie naszło. Grunwald im pachnie. Radź tu terazze smykiem takim! Ot, za mojej pamięci chłopiec szedł na pański dwór...a nawet i do palestry!... Ale palestra była szkołą, mospanie,największych statystów11. Tam człek młody zaprawiał się do pracy publicznej, tam poznawał prawo, tam...

Starowina uciął nagle i pogrążył się w zadumie.Szkliste jego oczy mgłą zaszły. Zebrani nie śmieli przerywać milczenia.Tylko świece łojowe skwierczały hałaśliwie w lichtarzach.

Nagle, poza oknami, dał się słyszeć stłumionyzgiełk, a potem gwar w sieniach dworu. Zanim ekonom Lewandowski zdołałwybiec, aby zapytać się o przyczynę hałasu, do jadalni wpadł jak kulastajenny pachołek.

- Panicz przyjechali! - zakrzyknął.

Pani Jadwiga zerwała się z miejsca, za niąruszyli od stołu wszyscy. Tymczasem w progu ukazał się młody mężczyznasilnej budowy, ogorzały, w podróżnej, zniszczonej odzieży. Stał takprzez chwilę w niemym wzruszeniu, wreszcie rzucił się naprzód i padł dokolan pani Jadwigi.

- Florek! - zawołała ta ostatnia, chyląc się do głowy syna.

- Tyżeś to, mój synu drogi!

W jednej chwili rodzeństwo otoczyło zwartymkołem powracającego brata, chwytając go kolejno w ramiona. Dziaduś ażtrząsł się z radości, śmiał się, dygotał jak w febrze, a łzy jak grochspływały mu z oczu.

Gdy pierwsze powitania przeszły, zasadzonoFloriana do posiłku i zarzucono pytaniami, nie bacząc, iż we drzwiachdo sieni gromadka ciekawych przypatrywała się tej scenie. Dziaduś ichdostrzegł.

- Dalej! - zawołał. - Powitać, mospanie, panicza!

Czeladź rzuciła się za nogi go ściskać, a porękach całować. W ciżbie a tłoku powstałym nikt na razie nie zauważyłwyprostowanego na uboczu chłopa i przysadzistej obok niego baby.Dopiero gdy pani Jadwiga dała znak czeladzi, aby odeszła, dostrzegładwie marsowe figury i zapytała niespokojnie:

- A to kto taki?

- Maciej Żubr, podoficer pierwszej legii, pierwszego batalionu, drugiej kompanii! - odparł chłop wyciągając się jak struna.

- Joanna Żubrowa, markietanka pierwszej legii, pierwszego batalionu - zawtórowała baba.

- Ha, ha! Zapomniałem mamie dobrodziejcesprezentować moich towarzyszów. Maciej, dzielny chłop... przystał byłjeszcze do naszego regimentu pod Madalińskim i tak tułaliśmy sięrazem... a Madejowa przywędrowała za mężem spod Zamościa doLombardii... Zabraliśmy ją także do legionów. Teraz, gdym do krajujechać musiał, a generał Dąbrowski towarzyszy szukać mi radził,zabrałem ich. Przyjmijcie ich, pani matko, całym sercem. Warci tegooboje. Et, gdyby nie Żubr... nie Żubrowa, nie raz, ale dziesięć razyjuż bym was tu nie oglądał!...

- Siadajcie z nami - zakonkludowała paniJadwiga, choć marsowa twarz baby dziwną jej się wydawała. - I do jadła!Urszulko, każ miodu utoczyć.

Podoficer z markietanką zajęli miejsca i rozmowaposzła gwarna, bezładna, gorączkowa. I opowiadał Florian, jak porozbiciu Madalińskiego i osadzeniu go w więzieniu berlińskim poszedł wświat niemal o żebraczym chlebie, jak w Heidelbergu natrafił narodaków, którzy go wspomogli i do Paryża wyprawili, jak w stolicyFrancji, Barssa, dawnego Rzeczypospolitej agenta, poznał i przez niegoznalazł zasiłek u pana Józefa Wybickiego i pana de la Roche, jak byłświadkiem rządów porewolucyjnego Dyrektoriatu, jak potem wyjechał zagenerałem Dąbrowskim do Mediolanu. I snuł dalej jeden nieskończonyobraz bitew, potyczek, rekonesansów, nocnych wycieczek, nędzy, głodu inieszczęścia. Z ust Floriana wyrywały się niekiedy westchnienia, czasemw oku jego zatliły się iskry, a pięść kurczyła się, zaciskała.

Słuchano go z zapartym oddechem.

Chwilami głos porucznika drżał i łamał się zewzruszenia, zwłaszcza wspominając męstwo Kniaziewicza; a gdy wymówił poraz pierwszy imię "Bonaparte", słowa uwięzły mu w gardle i umilkł.

Dziadkowi na pergaminowej twarzy wystąpiłyceglaste wypieki. Starego konfederata paliła ciekawość. Chwycił wnukaza ramię i cisnąc je z wysiłkiem, szeptał z przejęciem:

- Florku! Powiadaj mi o nim!...

- Napoleon! - zaczął wolno Florian. Żubr i Żubrowa powstali z miejsc.

- Było to pod Marengo - mówił cichoporucznik - druga kompania pierwszego batalionu została odkomenderowanadla uzupełnienia gwardii grenadierów konsularnych. Zajmowaliśmystanowisko pomiędzy rzeką Bormidą i wsią Marengo. O świcie Austriacyzaczęli kanonadę; było ich czterdzieści tysięcy, nas zaledwiedwadzieścia. Pierwszy natarł generał Victor, lecz go rozbito, Lannesmusiał się cofnąć. Nas ustawiono na prawym skrzydle. Austriacki generałZach rusza w pięć tysięcy starych grenadierów. Z daleka już widzimybiałe mundury... jeszcze chwila, a spadnie na nas grad kul i lasnajeżonych bagnetów. Wtem, jak grom, przed czołem naszej kolumny stajeon... Bonaparte! Koń pianą okryty. W zielonym surducie, w otoczeniusztabu i Mameluków12.

Spojrzał wzrokiem sokolim, rękę ku nam wyciągnął przyjaźnie i zawołał:

"Żołnierze! Nie zapominajcie, że mamy zwyczaj noc na polu bitwy przepędzać!"

Odpowiedzieliśmy okrzykiem pełnym zapału.Skinął. Gwardia poszła... Dwie godziny stawialiśmy opór czterykroćliczniejszemu nieprzyjacielowi. Sześć natarć wytrwaliśmy z bronią wręku, sześć razy Austriacy musieli się cofać. Gwardziści walczyli jaklwy, umierając z imieniem Bonapartego na ustach. Nastąpił atak siódmy,straszny, zażarty. Kolumna się zachwiała. Generał Desaix pada rażonykulą. Dobywamy resztek sił, gdy naraz młody Keller-man uderza kawaleriąz boku na lewe skrzydło, łamie je, rozprasza i wrzyna się w środekkolumny Zacha. Austriacy się mieszają i rzucają do ucieczki, nasi zanimi!... Pięć tysięcy poległych i dziesięć rannych, i tyleż niewolnika.Zmierzchało się. Bonaparte objeżdżał plac boju. Ja byłem ranny lekko,opatrywał mnie medyk. Wtem... nadjechał na to miejsce właśnie zadiutantem. Spojrzał na pobojowisko, gdzie ziemia niebieszczyła się odmundurów gwardyj-skich, i rzekł smutnie:

"Tu leżą bohaterowie!"

Wpadłem mu w oko, zoczył moje amarantowe wyłogi i rzekł:

"Polak?"

"Tak jest, generale" - odpowiedziałem.

"Jesteś podporucznikiem legii?! Będziesz porucznikiem gwardii konsularnej".

"Generale - ozwałem się - pozwól mi zostać w legii między swoimi".

Adiutant się zmarszczył.

Napoleon atoli uśmiechnął się dobrotliwie.

"Zuch! - mówi. - Oni wszyscy tacy! Przypomnij mi o nim".

Odjechał.

- A ty, biedaku? - zagadnęła żywo pani Jadwiga.

- Et! Nic. Lekka kontuzja. W tydzieńwyszedłem z ambulansu. Potem było Hohenlinden, Salzburg, przejścieSalzy. Później nas rozdzielono. Generał Jabłonowski wyjechał z częściąna San Domingo... ja za generałem Dąbrowskim wstąpiłem na służbęneapolitańską. Tam przetrwałem lat kilka, obawiając się wracać dokraju. Bonapartego obwołano cesarzem. Wynikł zatarg z Prusakami.Generał przywołał mnie i powiada:

"Jedziesz, Gotartowski, ze mną?"

"Jadę!" - odpowiadam.

W przebraniu, udając Włochów, ruszyliśmy doFrancji. Żubr z żoną napierali się. Zabrałem ich także. Armia francuskastała nad Renem. Cesarz wypowiedział wojnę Prusom. Dwanaście dni temubyła bitwa pod Jeną. Prusacy rozbici. Napoleon w Berlinie. Mnie generałwysłał do Warszawy.

Florian urwał w tym miejscu, znużony. Słuchaczesiedzieli w niemym osłupieniu; ten Napoleon, druzgoczący królestwa,wywracający trony, znoszący armie, jeszcze niedawno oficer, a dziścesarz wszechwładny, na skinienie którego drżał Egipt, korzył się Rzym- wydawał się mitem jakimś, legendowym bohaterem.

Pierwszy otrząsnął się z wrażenia dziaduś.

- Prusakom wytatarował skórę - powiadasz?A, mości panie, to mi się podoba! Bo, że tam różne Lombardy, Wenecjanyzawojował, że wszelkiej włoszczyzny Austriaka pozbawił, a Anglikowi zapazury zalazł, no toć jego francuska w tym sprawa, lecz kiedy mimówisz, że aż w Berlinie siedzi... w to mi graj, mospanie! Przyszłakryska na Matyska! Dobrze im tak! Uściskałbym go! Dalipan, po trzykroćuściskał! Niech mają!

Korzystając z przerwy w opowiadaniu, Żubrzbliżył się do Floriana i szepnął mu coś na ucho. Ten ostatni powstał irzekł poważnie:

- Pani matko! Kilka słów proszę naosobności. Pani Jadwiga drgnęła, złym przeczuciem wiedziona, i wyszłaprowadząc syna do alkierza.

Tymczasem rozochocony dziaduś skinął na Żubrowąi Żubra, posadził ich przy sobie, nalał im po szklanicy miodu i -"mówcie" - zachęcał.

- Wedle rozkazu! - odrzekł uroczyście Żubr i umilkł.

Żubrowa pośpieszyła mu z pomocą.

- Już to, WMPanie, mój stary do gadaniawcale nie jest zdarzony, bo co głowę, to miał zawsze słabą, a od tegozadawania się z rozmaitymi narodami, to mu język do cna skołkowaciał.

-  Hic mulier13! - zauważył śmiejąc się staruszek. - Być Napolionem nie sztuka, jak citakie ma Amazonki. Dużo takiego regimentu niewieściego było?...

- Jeden pułkownik w batalionie i jedna markietanka. Trzy bataliony w legii, więc i trzy markietanki - odparła Żubrowa.

- I cóżeś to waćpani robiła? - zagadnąłstaruszek chcąc babę pociągnąć za język. - Gdyż, chociaż sięgampamięcią w czasy odległe, takiego babskiego urzędu uprzytomnić sobie non possum14?...

- I pewnie. U nas dawniej bo, WMPanie,bywała prawie sama kawaleria, a dopiero gdy nasze wojsko zaczęło napiechotę po różnych krajach wędrować, bez markietanek ani rusz!...Służba ciężka. Markietanka niby ma wiktuałami handlować przy wojsku...ale gdzie tam! Na wymarszu to i owo zakupić można, a potem głodem sięhandluje a nędzą. A gdy i dźwiga się co w wózku, toć kupić nie mają zaco, a dać trzeba. Bitwa - trudno się markietance pod ko-rzec schować,temu i owemu ranę opatrzyć trza, boć i medyk nie nastarczy! Niekiedyumierającego dobrym słowem pożegnać przyjdzie albo i samej za karabinchwycić.

- Florian sprawiał się dobrze. Co? Hęę? !

- Wielmożny panie, co wielki oficer, towielki, że nie łżę, to niech mnie kula nie minie. Bywało, majorPokrzywnicki przyjedzie przed front do naszego kapitana Komorowskiego ipowiada: "Florka mi - niby naszego panicza - strzeż, bo to oficerpierwszej wody, takiego porucznika między generałami byś nieznalazł!..." Przedni miodek, tylko ty, stary, nie pij, bo masz głowę nanic. Oddaj mi, niech sobie zwilżę! Ho! ho! Nasz porucznik srogi wefroncie! A sam pierwszy wszędzie. Kompanią głodna, toć i on głodny.Piechurowi buty z nóg spadają, i jego nielepsze. Ma swoje, co muwydzielą, to temu zaraz furażerkę, innemu mundur albo i płaszcz kupi idaje. Wielmożni państwo spoglądają na te nasze podarte łachmany idworują sobie... Trudno, mundury trzeba było zrzucić. Między Prusakaminiesporo.

- Aśćka też w mundurze chodzisz?

- To dobre! A jakże! Mundur jak się patrzy, z wyłogami, kokarda francuska u czapki, tylko różnica, że bez hajdawerów.

- Nie gadaj, Jasia, wedle rozkazu - wtrącił nieśmiało Żubr, nabierając po miodzie rezonu.

Baba aż skurczyła się na ławie.

- Macieju! Śmiesz mi jeszcze dogadywać.Poczekaj! Popamiętasz!... Ale jest jeszcze sprawiedliwość. Ugryzł cięPrusak, poczekaj, ugryzie inny lepiej!...

Dziaduś, a za nim Staszek, Urszula, Marcel i ekonom aż pokładali się ze śmiechu, słuchając wynurzeń Żubrowej.

Naraz drzwi alkierzyka się otworzyły i wyszłapani Jadwiga blada, znękana, z oczyma zaczerwienionymi, za nią szedłFlorian. Zasiedli przy stole. Obecni spojrzeli po sobie, wesołośćznikła.

Pani Jadwiga wodziła smutnie oczami po twarzachsynów. Jeden w drugiego mężczyźni piękni, o włosach jasnych, oczachdużych, niebieskich, rysach twarzy kształtnych. Widziała ich terazrazem, obok siebie siedzących, a jutro?...

Florian wstał nagle i jął się rozglądać niepewnie.

- Komu w drogę, temu czas! - rzekł siląc się na spokój. Dziaduś spojrzał nań zdziwiony.

- Co pleciesz, mospanie? Florian schylił się do ręki starca.

- Służba! Muszę ruszać dalej natychmiast.Chwili jednej stracić mi nie wolno. Za tydzień, dwa, może da Bóg,zajadę na dłużej...

- Florku! - ozwał się poruszony staruszek.- Dziesięć lat nie byłeś... pacholęciem z domu wyszedłeś i podziesięciu latach...

Ręce pani Jadwigi drżeć febrycznie zaczęły. Florian pasował się sam ze sobą.

- Wiem ci ja o tym! Wiem! Ciężko mi, ale trzeba...

- Nie poraż by odpocząć po tylu latach? ! - upominał staruszek.

- Oj, nie pora! - wyrzekł smutnie Florian.- Kto raz się służbie publicznej poświęci, temu nie wolno ustawać!...Co tam! - dodał weselej. - Obaczymy się wkrótce. A tymczasem zostawięwam tu załogę! Żubr i wy, Żubrowa, zostaniecie tutaj.

- Wedle rozkazu!

- Pana porucznika samego mamy puścić?

- Tak trzeba. Dawno marzyliście o tym, żebygdzie kąt znaleźć spokojny. Więc go macie. W drodze was nie potrzebuję.Pojedzie ze mną chłopak stajenny, zresztą, po ostatnim wypadku,moglibyśmy łacniej wpaść w ręce Prusaków. Do Warszawy już niedaleko.

Pani Jadwiga przywołała ekonoma i wydała mu jakieś ciche rozkazy.

Florek żegnał się kolejno ze wszystkimi. Dziaduśrozpłakał się jak dziecko i znakiem krzyża błogosławił wnuka. PaniJadwiga słów znaleźć nie mogła. Tuliła głowę syna do piersi i łkałacicho.

Ekonom dał znać, że konie gotowe. Porucznik wskoczył na najbliżej stojącego.

Pachołek siadł na drugiego, trzy nadto luzem prowadząc na długiej lejcy.

- Bywajcie! - zawołał Florian i spiął konia.

Głuchy jęk był mu odpowiedzią.

2  K o n w i k t - szkoła z internatem.

3  Z a k o n o t o w a ć - zapamiętać, zapisać.

4  A l w a r - używany dawniej podręcznik gramatyki łacińskiej (nazwany tak od nazwiska autora).

5  W o k a b u ł y - wyrazy w języku obcym do nauczenia się na pamięć.

6  K r i e g s k a m e r a (niem. Kriegskammer) - dawna nazwa niemieckiego urzędu wojskowego przeprowadzającego pobór do wojska.

7  V o l u m i n a l e g u m (łac.) - księgi praw (mowa o zbiorze praw obowiązujących w

9  J u s t i z k o m i s j a (niem. Justizkommission) - komisja sprawiedliwości.

10  K r e i s g e r y c h t (niem. Kreisgericht) - sąd powiatowy.

11 

12 

13 

14  N o n p o s s u m (łac.) - nie mogę.

III

Florian wjeżdżał do Warszawy w pobożnymskupieniu. Tyle lat na tułaczce spędził, tyle razy tracił nadzieję jejoglądania. Tu nareszcie przyjmą go z otwartymi rękoma, sercem. A brakłomu, jak wszystkim zresztą legionistom, bratniego uścisku. W Warszawienie będą go już pytali, jak tam, u brzegów Adriatyku - dlaczegodobrowolnie skazał się na trudy wojenne, dlaczego w dali od swego krajuprzelewał krew dla spraw cudzych, interesów obcych, honoru i sławy nieswojej.

Byłopołudnie. Mieszkańcy Warszawy, korzystając z pogodnego dnia, tłumniewylegli na ulice. Florian z trudem przeciskał się przez ciągnące wewszystkie strony sznury wozów, bryk i kałamaszek szlacheckich. Niekiedyz bocznej ulicy wypadła szeroka karoca poszóstna, w oknie którejmignęła twarz posępna, surowa, pańska. Bokami szedł pstry, różnobarwnytłum, przedstawiający dziwną mieszaninę strojów i epok. Kontusze iżupany ocierały się o francuskie fraki i bufiaste żaboty, wielkiecylindry filcowe i obwisłe surduty Dyrektoriatu z olbrzymimi klapami ihalsztukiem bratały się z kaszkietami pruskich żołdaków. Podgoloneczupryny,harcapy , białe faliste peruki, czaple pióra, trójgraniaste kapelusze,rogatywki, kubraki, długie czarne opończe, karabele i szpady, krótkiemieczyki a puginały, żółte i czerwone buty, atłasowe pantofle, paloneczarne cholewy i hałaśliwe chodaki - wszystko to razem składało się nastrój mieszkańców Warszawy.

Florian skierował konia na Podwale,postanowiwszy zajechać do dalekiej krewnej matki, do paniDziewanowskiej, wdowy po Michale Dziewanowskim, pułkowniku gwardiikrólewskiej. Pani Dziewanowska zajmowała małe mieszkanko na trzecimpięterku, utrzymując się wraz z córką ze skromnego kapitaliku, jaki jejz dawnej fortuny pozostał. Przyjazdem Floriana ucieszyła sięserdecznie. Porucznik, rozejrzawszy się w ubożuchnych a szczupłychpokoikach, chciał do zajazdu iść pod Zamek i noclegu szukać, atoli paniDziewanowska słyszeć o tym nie chciała.

- Ani mi się waż despektu takiego czynić -mówiła rezolutnie. - Nie salony u mnie, nie pańskie pokoje, ale kątwolny się znajdzie. Gdzieżbym pozwolić mogła! Jedniście wy dla mnie naświecie prawie, bo prócz was i bratanka po mężu - wszystko wymarło.

Florian jął się wymawiać. Pani Dziewanowska nie dała mu przyjść do słowa.

- Bez wykrętów. Wiem, żeś zamorskichgrzeczności a dworskich ceregieli świadom. Ale ze mną to na nic. Prostajestem szlachcianka, szczera a otwarta. Zresztą, mój kochany, ze mnąmniejsza, lecz co z moją Zosią, to nie poradzę. Ona by mi tego nigdynie darowała. Wyszła właśnie na targ przy piątku to i owo zakupić, boćto Wszystkich Świętych mamy w poniedziałek. No, rozgość się, proszę.Patrz, tu jest na lewo jej komnatka. Chłopiec z końmi niech przejdziena Piekiełko, zaraz kilka kroków stąd, około Piekarskiej, są stajnie,tam pomieszczenie i obrok za kilka dytków znajdzie.

Porucznik chciał dziękować.

- Wiem, wiem, co mi chcesz powiedzieć.Przede wszystkim zdrożonyś. Masz tu wodę na misce. Ogarnij się, a jasię zakrzątnę około obiadu. A potem pogadamy.

I nie czekając na odpowiedź Floriana, wyszła z pokoiku, zostawiając go samego.

Porucznik rozejrzał się po izdebce ciekawie.Przedstawiała ona dziwną mieszaninę zamożności i ubóstwa, skromności izbytku. Sosnowy, ledwie ogładzony stół był okryty kosztowną tkaniną; naczerwono malowanej szafie stał zegar gdańskiej roboty, cyzelowany abłyszczący grubą pozłotą, stołki zwyczajne i ławy dwie nikły podkilimkami tureckimi. Na ścianach wisiały portrety, a tuż ponad białozasłanym łóżkiem ołtarzyk srebrny, roztwierany, z Matką Boską. Podołtarzykiem palma, a z nią skrzyżowana, w jaszczur oprawna karabela idwie krócice.

Florian rozwinął zabrane z domu zawiniątko.Doprowadził odzież do porządku i orzeźwił się wodą. Właśnie kończył sięwycierać, gdy drzwi z hałasem się otwarły i stanęła w nich wiotkapostać młodej dziewczyny. Porucznik rzucił się w tył, okrywając siępośpiesznie ręcznikiem, dziewczyna zarumieniła się z lekka, niewiedząc, co począć. Stali tak chwilę naprzeciw siebie, zaambarasowani,onieśmieleni.

Dziewczyna pierwsza, zapanowała nad sobą i,cofnąwszy się raptownie, znikła za drzwiami, spoza których doszła uszuFloriana przeciągła kaskada serdecznego śmiechu. Porucznik zarzucił nasiebie pośpiesznie zwierzchnie ubranie, a spakowawszy zawiniątko ipogładziwszy wąsa, wyszedł do drugiego pokoju.

Dziewczyna stała obrócona plecami, a oparłszy głowę o szybę okna, dusiła się ze śmiechu.

- Daruje waćpanna, to niefortunne... -zaczął poważnie Florian, lecz nowy wybuch śmiechu dziewczyny przerwałmu wątek myśli.

Porucznik zagryzł wargi, śmiech ten go drażnił.

18

- Przepraszam - rzekł chmurnie - iż stałemsię mimowolnym dystrakcji ... powodem!... Odchodzę tymczasem, nie chcącprzeszkadzać jej wesołości... Powrócę później, aby czołobitność mojąpani Dziewanowskiej złożyć za gościnę.

To mówiąc, chwycił za kaszkiet i szedł kuwyjściu. Dziewczyna nagle skoczyła i zastąpiła mu drogę, mierząc goostrym, przenikliwym spojrzeniem.

- Hola! Waszmość! - rzuciła gwałtownie. -Nie mam honoru znać waćpana, ale skoro przez matkę moją w dom przyjętyzostałeś, suponuję śmiele, że mam zacnego przed sobą kawalera, coniewinnego śmiechu za obrazę mi nie poczyta.

Na te słowa Florian stanął jak wryty. Nie wiedział, czy zgrabność wysłowienia bardziej podziwiać, czy urodę dziewczyny.

Próżno szukał słów na odpowiedź, dawna pewność siebie go odbiegła, stał jak żak, mnąc machinalnie kaszkiet w ręku.

Dziewczynie na widok bezradnej miny Florianaznowu na śmiech się zbierało. W tejże chwili weszła pani Dziewanowska,spojrzała po twarzach młodych ludzi i zagaiła wesoło:

- A cóż to na siebie tak spozieracie?...Zośka, toć przecież krewniak nasz, Florek Gotar-towski! Dalej,przywitajże się po bożemu, boście nie obcy. Siadaj że za stół, a ty,Zośka, bierz się do zastawy. Widzisz, że zmęczony. Siła drogiprzebiegł... a blade to, znużone, ledwo pewno się trzyma.

Zośka w milczeniu jęła stół okrywać serwetą anaczynia z jadłem znosić. Pani Dziewanowska, pomagając córce, zarzucałaFloriana pytaniami o rodzinie, wojnach, a w końcu o przyczynie takgwałtownej podróży.

Porucznik dawał krótkie odpowiedzi, tając jeno właściwy powód swego przyjazdu.

- Powiadasz wiele - ozwała się nagle paniDziewanowska - lecz ani rusz nie mogę zmiarkować, po coś ty do Warszawyzjechał. Może urzędu szukasz, stopnia - wybij sobie to z głowy. Mało tomój bratanek nadreptał, a nakłaniał się Prusakom? Nie wezmą dziś,choćbyś im duszę zaprzedał, oni samych Niemców tysiącami ściągają istarostwa, a po ichniemu "amty"1rozdają... Ehe! Przyznaj no się, może ty o hipotece przemyślasz? Świeży grosz ci pachnie?

- Gdzie tam! - potrząsnął przecząco głową porucznik. - Do księcia Józefa chciałem, pokłonić się wypada... służyłem pod nim.

- Toć wiem! Ale co wy tam w nim widzicie takiego, dalipan, nie rozumiem.

- Matuchno! Wszak rycerz to a wódz, krew królewska - wtrąciła Zośka.

- Et! Bajesz! Twoja taka sama królewska. Szlachcic, i dość.

- Wielkiego serca, żołnierz całą duszą! - ozwał się Florian.

- Na dwoje babka wróżyła. Czy to ja niewiem? Nie Mokronowskam z domu? Nie był to świętej pamięci Michałpułkownikiem?... Wszystko mu daruję, jeno nie onej dworszczyzny arzucania się. Żołnierka to zawód honorowy, jednej zawdy pani swojejsłużyć należy. A tenci pułkownikował najpierw Austriakom i aż krew wwojnie z Turkiem przelewał za nich, później ucierał się pod Dubienką,to znów wyleciał w obce kraje i licho wie komu przewodził, a potemkrewniakowi memu, Mokronowskiemu, był przydany. No i teraz lata, jakopętany, z Jabłonnej Pod Blachę i z powrotem, a z Prusakami się zadaje.Pewnie i im jaki regiment wy-musztruje. Może nieprawda? Florian pokiwałniedowierzająco głową i rzekł:

- Pani dobrodziejko! Ciężkim zarzutemobrzucacie księcia. Ma on niechętnych sobie wielu, i któż ich nie ma?Lecz jam patrzył na niego, jam go widział, gdy na czele oddziałukawalerii szarżował na góry szwedzkie, obsadzone pod Marymontem przezPrusaków...

- Za co go potem zdrajcą ogłoszono... -przerwała z impetem pani Dziewanowska. - I gdyby nie dzielnośćDąbrowskiego, Warszawa już wtedy byłaby zdobyta.

- Być może! Niemniej klęska nie księcia była winą - upierał się porucznik.

- Ot, ludzkie języki i nic więcej! - zauważyła rezolutnie Zośka.

- A ty znów swoje! Powiadam waćpanu, czasemwytrzymać ciężko z tą dziewczyną. Nie mówię waćpan, małej jesteśjeszcze rangi oficerem, ale co o wojskowych rzeczach pojęcie miećmusisz... lecz ona!... Ubrdało się jej widzieć w księciu bohatera i aniwybić tego z głowy!...

Florian zaczął się zbierać do wyjścia, tłumacząc chęcią udania się na pokoje do księcia. Pani Dziewanowska wstrzymywała go:

- Jakże to waćpan myślisz? Tak, w tej odzieży?... Boż cię przyjmie?... A wieszże, gdzie go znaleźć?

- Droga na końcu języka u żołnierza, a strój, bacząc na podróż, jaką odbyłem, książę daruje.

- Ja bym mogła wskazać drogę panu porucznikowi - odezwała się niespodzianie Zośka.

- Ty! - podchwyciła pani Dziewanowska. - Co wygadujesz! A znaszże waćpan miasto?

- Ot... ledwie sobie przypominam cokolwiek - odrzekł Florian spoglądając na zarumienioną twarzyczkę pułkownikówny.

- Hm! To niedobrze. Widzisz waćpan, u nasniebezpiecznie wygadać się, że z legionów wracasz... Łatwo by cię mogłaspotkać jaka przygoda. Z Prusakami żartów nie ma. Już będę pewniejsza,jak cię ona przeprowadzi...

Zośka wdziała spiesznie kontusik granatowy ikołpaczek i wyszli. Porucznik podał z galanterią ramię pułkownikównie izawrócił raźno w stronę Zamku.

Gdy doszli do pałacyku pod Zamkiem, Zośkachciała wracać do domu, porucznik ją zatrzymał, wnioskując zzapuszczonych firanek a zasłoniętych okiennic, że księcia w domu niema. Jakoż przypuszczenia go nie zawiodły. Pałacyk Pod Blachą byłzamknięty. Krążąc dokoła zabudowań, po długich rozpytywaniachdowiedział się od książęcego pacholika, że przed trzema dniami dwórwyjechał do Jabłonnej na wielkie polowanie i że przed świętami pewnonie powróci.

Wiadomość ta wielce zaniepokoiła Floriana.Rozkaz był wyraźny. Jechać co koń wyskoczy, byle jak najprędzej księciadopaść. Tymczasem porucznik, ufając, że u celu podróży stanął, i takjuż sporo czasu był zbałamucił. Jasne czoło Floriana zaszło chmurą.

Zośka jęła wnet nalegać o powód nagłegozasępienia. Porucznik wymawiał się, jak mógł, a wykręcał. Dziewczynaatoli tak zręcznie na niego napadła, że Florian ani się obejrzał, jakwygadał się z całą prawdą. Dopiero gdy pod wpływem jego słów twarzyczkapułkownikówny spoważniała - opamiętał się i chwycił ją gorączkowo zarękę.

- Waćpanno - rzekł z mocą. - Posiadłaś mimomej woli tajemnicę! Zachowajże ją, przez miły Bóg, bo nie o mnie tuchodzi, lecz o sprawę całego narodu.

- Mości poruczniku - odparła Zośka, a głosjej lekko drżał. - Choćby mnie krajano, słowa nie pisnę! Ale - dodałapo cichu z uśmiechem - waść do trzymania tajemnic niespory - dobrze,żeś na Prusaczkę jaką nie trafił.

- Słuszną waćpanna czynisz mi uwagę. Nieżołnierska to rzecz wygadać się tak, jako smyk pierwszy lepszy. Bogiemsię świadczę, że nigdy mi się to nie zdarzyło, choć przez... rozmaiteosoby nieraz o to i owo byłem nagabywany!... Niech się dzieje co chce!Zdało mi się, że przed tobą zełgać nie godzi mi się'... Wracajmy -rzekł porucznik. - Mnie czas w drogę. Dziś na noc do Jabłonnej muszę.Trzeba.

- Trzeba - szepnęła pułkownikówka i zamyśliła się smutnie.

Nagle twarz jej zadrgała życiem.

- Nie! Waćpan zostanie.

- Jak to? - zapytał Florian z żartobliwym zdziwieniem.

- Posłuchaj waćpan! Drogi nie znasz...szczęśliwieś się prześliznął przez straże pruskie... teraz znowu chceszryzykować? Gdy ryzyko jest tu niepotrzebne zgoła a niebezpiecznie...

- Lecz, mościa panno... toć są słowapróżne. Każdej chwili, minuty straconej bezczynnie w Warszawie, możeskądinąd drogiej, żałować, jako służbista, muszę! Mam czekać dni kilkana księcia, gdy jest tuż, o parę mil zaledwie? Papiery doręczone musząbyć dzisiaj...

- Waćpan jechać nie możesz! - upierała sięZośka. - Nocą straże na rogatce zdwojone. Waćpanu sprawy publicznejlekceważyć nie wolno. I co z tego, że życie swoje narazisz?

- Ot! Nie bój się waćpanna. Wyjadę zdrów izdrów wrócę. Nie taki czart straszny. Zresztą - dorzucił - dwoje nastylko posiada tajemnicę... więc albo ja, albo waćpanna! Ha! Ha!

Pułkownikówna potrząsnęła energicznie główką.

- Jakbyś wiedział waćpan, że pojadę!... WJabłonnej mieszka moja chrzestna, pani Grodzicka, mąż jej był dawniejmurgrabią u księcia, dziś, chorobą powalony, jest na łaskawym chlebie.

- Oj, oj! Pali się w główce waćpanny!...

- Mówię, że pojadę, to pojadę! - powtarzałaz uporem Zośka. - I bądź waszmość pewien, że żaden Prusak nawet palcana mnie nie zakrzywi...

- Ba! Ba! Pewnie. Gdzieżby śmiał! - potakiwał porucznik w żart rozmowę obracając.

Pułkownikówna nie dała się zbić z tropu i napierała na Floriana coraz gwałtowniej.

Po długich ceregielach sprawa stanęła na tym, żeporucznik dotąd nie ruszy z Warszawy, dopóki nie zasięgnie wiadomościod Jana Dziewanowskiego, stryjecznego Zośki, znającego Warszawę nawylot, oraz że przed nocą nie wyjedzie, bo choć straże bywają zdwojone,lecz zawsze łacniej się przemknąć a bodaj przemocą wyrwać.

Pani Dziewanowska przyjęła młodą parę potokiemwymówek, które na wieść o niefortunnym zakończeniu wyprawy spotęgowałysię jeszcze.

- No, no! Tożeście się zasiedzieli! Ja myślałam, żeście chyba już ze dwa podwieczorki u waszego księcia zjedli.

Florian ucałował rękę Dziewanowskiej i poszedłopatrywać ostrożnie węzełek, a potem zbiegł na dół do chłopcastajennego, nakazując mu, aby konie miał opatrzone i gotowe do drogi.Ruchy te nie uszły bacznego oka Zośki. Lecz słowa nie rzekła. Jęła siętylko naprzykrzać matce, aby po Janka Dziewanowskiego słać i na wieczórgo poprosić. Pani Dziewanow-ska wzruszyła ramionami na to natarczywe aniespodziewane napieranie się córki, lecz, przypisując to jejkapryśnemu charakterowi, uległa prośbie. Nim atoli zdążyła wyprawićdziewkę służebną - najniespodziewaniej wszedł Jan Dziewanowski.

- O wilku mowa, a wilk tu! - zakrzyknęła pułkownikowa.

- Miałam po ciebie słać. Zośka mi sięnapierała ciebie zobaczyć. Bacz, że gościa mamy! Florek Gotartowski...spadł dziś niespodziewanie! Wraca z legionów! - dodała ciszej.

- Z legionów! Gdzież on? - przerwał porywczo Jan. - Niech go zobaczę!... Toż gość dopiero!

Wszedł Florian. Młodzi ludzie podali sobie ręce.Spojrzeli sobie wzajem w oczy i ponowili uścisk dłoni. Za Florianemwsunęła się po cichu Zośka. Dostrzegł ją wnet Jan.

- Tuś mi, siostrzyczko! Jakiejż to łaskawości szczególnej mam przypisać, że o mnie pamiętałaś?

- Nic ważnego! - rzekła rezolutniepułkownikówna. - Gościa mamy - ze stron dalekich. Sądziłam, że radbędziesz niejednego się dowiedzieć, a i on ciekaw, co u nas słychać -myśmy go pouczyć nie mogły dokładnie.

- Co u nas słychać? - powtórzył marszczącbrwi Jan i dźwignął desperacko swe olbrzymie ramiona. - I źle, idobrze. Według "Gazetki" naszej ponoć Prusacy klęskę pod Auerstadtponieśli nie lada.

- Pod Jeną także! - zauważył porucznik.

- Możeż to być?... Nie błędneż to wieści?...

- Jadę stamtąd. Dwie bitwy stoczonorównocześnie, ledwie o cztery godziny drogi od siebie... Siedemdziesiątchorągwi i trzysta armat zdobyli Francuzi, ścieląc trupem pola...Cesarz w Berlinie.

Dziewanowski aż porwał się z miejsca.

- Pewneż to? W Berlinie jest! Anim śmiałsuponować. Dziś właśnie gruchnęła w mieście wiadomość, że wskutekzbliżania się wojny do brzegów Wisły, kasa wymiany biletów skarbowychprzeniesioną zostaje do Królewca!

- W imię Ojca i Syna! Wojna tu, do nas, znów! - zawołała pani Dziewanowska.

- Pani stryjenko - upominał Jan - mogłoż się stać inaczej?

- Waćpanowi bitewki w głowie, a tu kraj cały znów na nowe zniszczenie skazany.

20

- Mogłoż się stać inaczej?... Ho! Ho!Prusacy czuj duch! Od dziś wojsko skonsygnowane stoi pod bronią gotowedo wymarszu. Nowe prawo wydane dla tych, którzy by do nieposłuszeństwapobudzali... sąd wojenny i kula w łeb w dwadzieścia cztery godzin.

- Wojsko skonsygnowane, powiadasz?! - wmieszała się pułkownikówna spoglądając znacząco na Floriana.

- Tak, tak. Pono spodziewają się, może niebez kozery, dezercji ochotników... Miasto mieli dziś naokół wojskiemobstawić, a waszmość jakżeś zdołał się przedostać do nas?

- Prosto na rogatki, pod Wolą. Ani mnie nikt nie zagadnął.

- Dziw-dziw! Szczęśliwie bardzo! Niedalejjak wczoraj dwóch pod Mokotowem schwytali i rozstrzelali na miejscu.Dowiedzieć się nawet nie można, kto byli zacz.

Florian się zamyślił. Wypieki czerwone wystąpiły na twarz pułkownikówny. Jan Dziewanowski ciągnął dalej:

- W Jabłonnej polowanie miało być wielkie.Kohler się na nie z całym sztabem wybierał -dziś powiadali, żezaniechano wyjazdu. Może im dalej jechać przyjdzie. Ale co tam Kohler inasza bieda - waść wracasz z szerokiego świata - mówcie nam, bośmy tujak deskami zabici. Co nasi? Co legiony? Co cesarz?...

Florian jął opowiadać, z początku siląc się nazebranie myśli, lecz powoli zapalił się własnymi słowami i nie pytanysnuł obraz napoleońskiej epopei. W czasie opowiadania, którego wskupieniu słuchała pani Dziewanowska, a z czcią Jan - Zośka podniosłasię niepostrzeżenie zza stołu, wyszła na chwilę do swej izdebki,przywdziała kontusik i kołpaczek i zniknęła za drzwiami.

Zmierzchać się dobrze zaczynało. Dziewka służebna wniosła zapalone świece, Florian urwał nagle opowiadanie.

- Ot! Mówiłoby się tak i dzień, i noc!... A komu w drogę, temu czas!...

- Co też ty mówisz? Gdzie tobie?

- Służba, pani dobrodziejko!

- Nielepiej po dniu? - zauważył Jan, który rad by rok cały słuchać tych krwawych relacyj.

- Jak wypadnie. Sądziłem był z łaskawej gościny skorzystać... ale nie mogę.

- Ot czasy! - westchnęła pani Dziewanowska. - Zdrożony, wymizerowany, ledwie się na nogachtrzyma! Gdzie tu myśleć o podróży, chyba do Morfeuszowa !... Skorojednak tak się upierasz... Zatrzymywać nie śmiem. Córkam żołnierza iżona... Lecz głodnego cię nie puszczę! Zośka! A gdzież ona?...

Pani Dziewanowska obejrzała się - córki niebyło. Młodzi ludzie teraz dopiero wspomnieli, że od dłuższego czasuznikła im z oczu. Pułkownikowa skoczyła do dziewki służebnej i wróciłauspokojona.

- Wyszła niedawno. Pewnie nadejdzie. Już tam coś wymyśliła i trojniaku nam może z gospody przyniesie.

Floriana coś tknęło. Podniósł się i wyszedł dosąsiedniej izdebki, gdzie był zostawił tłumo-czek. Po chwili wróciłblady i poprosił panią Dziewanowską o światło. Sprawdził po kilka-kroćzawartość tłumoczka, oglądał się po izdebce... Szkatułka z papieramizniknęła.

Myśl straszna powstała mu w głowie. Schwycił zakaszkiet i, nic nie mówiąc do poruszonej jego dziwnym zachowaniem siępani Dziewanowskiej, pobiegł co tchu do zajazdu, kędy chłopca z końmiulokował, lecz ani koni, ani pacholika nie było.

IV

Florian był w rozpaczy. Wyrzucał sobielekkomyślność, z jaką zwierzył dziewczynie tajemnicę swegoposłannictwa. Cóż powie teraz generałowi? Czym usprawiedliwi tęnierozwagę? Miał dotąd opinię nieposzlakowaną, ufano mubezgranicznie... Tymczasem tu, wobec tak ważnej ekspedycji, dał siępodejść dzierlatce... I co jej w głowie? Zgubić może i siebie, iksięcia, i jego razem!

Gdy porucznik powrócił do mieszkania paniDziewanowskiej z wyrazem bezsilnego rozdrażnienia na twarzy - paniDziewanowska, a za nią Jan, jęli pytać o przyczynę alteracji1.Florian, nie widząc powodu ukrywania przed nimi całej sprawy, którąuważał za straconą, opowiedział urywanym głosem wszystko, jak było.

Pani Dziewanowska łzami się zalała.

- Co jej w głowie! O ja nieszczęśliwa!Jedną na świecie miałam! Prawda, zawsze to było zawadiackie, dufającesobie! Czym się jednak mogła spodziewać? W nocy, z pacholikiem... idokąd jeszcze? Skąd jej przyszło? Skąd jej się to wzięło?!

Dziewanowski chciał pocieszać strapioną matkę, lecz ta smutnie potrząsnęła głową i rzekła:

- Daj spokój, stało się nieszczęście!...Może Matka Przenajświętsza mnie poratuje, sierotę taką opuszczoną! Ktowie? Zośka przytomna dziewka. Zjeść się w kaszy nie da. A co na koniu,to sprawna niby stary dragon.

Porucznik podczas tego ręce łamał a pięści zaciskał, czując się bezwładnym.

- Panie Florianie - ozwał się poważnieDziewanowski. - Sam żołnierzem jestem i rozumiem dobrze waścinądesperację... chociaż nie wiem, czyja troska większa: czy matki, którażycie swej córki widzi na szwank narażonym, czy oficera, co takniesfornego znalazł ordy-nansa! Tym się, mości poruczniku, pocieszaj,żeś trafił na lepszego zastępcę, niż ci się zdawać może - bo jeżeli onanie trafi do księcia - to byś tam także nie dotarł! Dzielna todziewczyna i rezolut nie lada!

Pani Dziewanowska jęknęła całą piersią i wyszłado drugiej komnatki w łzach a modlitwie szukać pociechy. Mężczyźnizostali sami. Jan Dziewanowski, po długiej pauzie, pierwszy przerwałmilczenie:

- Panie Florianie! Otrząśnij się waść. Stało się.

- Jadę do Jabłonnej! - wyrzekł z mocą porucznik, wstając z miej sca.

Dziewanowski pokręcił głową z nieukontentowaniem.

- Co z tego? Jej nie pomożesz. Samwpadniesz w ręce Prusaków, a jeżeli i dostaniesz się szczęśliwie, co mupowiesz? Panie Florianie! Rozkazów tajnych jam nieciekaw, lecz mnie wciemię nie bito. Cesarz z armią się zbliża... Nie wiem ja, co tamksiążę myśli, lecz to, co waść wiesz, winieneś natychmiast generałowiWojczyńskiemu przedstawić... U niego zbiera się co dzień wszystko, co wnaszej Warszawie godności narodowej nie utraciło.