Huncwot, gdzieś ty polazł! Bajki mają moc - Urszula Młodnicka

-
Proszę czekać

Huncwot, gdzieś Ty polazł!

Myślisz, że on wróci? - Lila usia­dła przy stole w kuchni i oparła smutną twarz na łok­ciach. Był ponie­dzia­łek rano i dziew­czynka szy­ko­wała się do szkoły.

- Nie wiem - odparł tata. - Mam nadzieję, że tak.

- A co będzie, jak nie wróci? - W oczach Lili poja­wiły się łzy.

- Wróci, zoba­czysz, zawsze prze­cież przy­cho­dzi - odpo­wie­dział z pew­no­ścią w gło­sie tata.

- A jak nie?

Lila pomy­ślała, że to byłaby naj­gor­sza rzecz na całym świe­cie, gdyby Hun­cwot nie wró­cił. Hun­cwot, czyli kot. Jej uko­chany kot. Pamięta, że wzięli go od pew­nej star­szej pani, która zna­la­zła cały miot kocia­ków w piw­nicy jakie­goś opusz­czo­nego budynku. Dokar­miała regu­lar­nie wszyst­kie koty z oko­licy i pew­nego dnia odkryła, że jedna kotka z jej pod­opiecz­nych oko­ciła się wła­śnie w tej piw­nicy. Pani wzięła pięć kot­ków do sie­bie. Lila pamięta jesz­cze, że mama zna­la­zła ogło­sze­nie w inter­ne­cie. Umie­ściła je jej kole­żanka, która poma­gała star­szej pani zna­leźć nowych wła­ści­cieli kocia­ków. Lila od dłuż­szego czasu marzyła o wła­snym kocie. Uwiel­biała koty. Zawsze, gdy spo­ty­kała jakie­goś na ulicy, sta­rała się go pogła­skać. Kucała wtedy, wycią­gała dłoń w jego kie­runku i sta­rała się wzbu­dzić zaufa­nie. Wołała: "Kici, kici, no chodź", a gdy ten pod­cho­dził do niej, łasił się i dawał się pogła­skać, Lila była naj­szczę­śliw­szą dziew­czynką na świe­cie. Mama mówiła wtedy, że jest kocią zakli­naczką i że ma serce do zwie­rząt. To prawda, Lila też tak o sobie myśli. A kiedy będzie doro­sła, na pewno będzie miała dom, w któ­rym będzie miesz­kać z kotami. Koniecz­nie z wiel­kim ogro­dem, tak żeby miały gdzie wycho­dzić i czuły się wolne.

Hun­cwot to było prze­zna­cze­nie. Tak uważa Lila. Bo kiedy przy­je­chali do star­szej pani, oka­zało się, że z całego miotu został tylko on. Mały czarny kotek z białą plamką na pra­wej łapce i z wiel­kimi uszami. Wszy­scy mówili, że wygląda jak nie­to­perz. Padła nawet pro­po­zy­cja, żeby nazwać go Bat­man, ale Lila od razu wie­działa, że to będzie Hun­cwot. I już. Kot Hun­cwot - nawet się rymuje. O matko, jaki on był śmieszny. To zna­czy nie tak od razu, bo gdy przy­je­chali z nim do domu, to scho­wał się na sofie za podusz­kami. Prze­sie­dział tak kilka godzin, zanim powoli, bar­dzo ostroż­nie zaczął zwie­dzać oko­licę. Oko­licę, czyli resztę sofy. Poru­szał się bar­dzo nie­pew­nie na przy­kur­czo­nych łap­kach, tak jakby chciał być nie­wi­dzialny. Lila pamięta, że dała mu nawet jedze­nie w miseczce wła­śnie na sofę, żeby w końcu coś zjadł i żeby go nie stre­so­wać. Mama nie była tym zachwy­cona, ale w dro­dze wyjątku się zgo­dziła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki