Rozdział I
I
Na królewskim zamku w stolicy saskiej jakby
wszystko wymarło, cicho było, ponuro i smutno. Noc była jesienna, ale w końcu sierpnia zaledwie gdzieniegdzie liść żółknie na drzewach i rzadko
wieją wiatry chłodne, i dni bywają weselsze jeszcze, i noce jasne i ciepłe...
Tego wieczora jednak dęło z północy i chmury czarne, poszarpane, długie
wlokły się jedna za drugą, a na ołowianym tle, jeśli mignęła gdzie
gwiazdka na chwilę, gasła wnet w gęstych obłokach. U Georgenthor, w bramach zamkowych, na dziedzińcach przechadzały się straże milczące.
Zwykle jasne okna królewskich mieszkań, z których światła i muzyka
buchały ochoczo, stały czarne i zamknięte. A była to rzecz niezwykła za
panowania Augusta zwanego Mocnym, bo pan to był mocny do wszystkiego:
łamał podkowy i ludzi, smutek i złą fortunę, a jego nic złamać nie
mogło. W całych Niemczech, ba, w całej Europie słynął świetny dwór
królewski, przy którym gasły wszystkie inne; nikt go wspaniałością,
smakiem wytwornym i rozrzutnością pańską nie przeszedł, nikt mu nawet
nie dorównał.
W tym roku wszakże August doznał klęski. Szwed mu wydarł elekcyjną
polską koronę. Król, zrzucony niemal z tronu, wygnany z królestwa,
wrócił na kurfirstowskie gniazdo opłakiwać swe straty, wysypane próżno
miliony i srogą niewdzięczność Polaków. Sasi nie mogli pojąć, by tak
szlachetnego i miłego pana można było nie uwielbiać i nie dać się zań
zabijać.
August mniej to jeszcze od nich rozumiał. Wyraz "niewdzięczność"
nieodstępnie towarzyszył każdemu Polski wspomnieniu. Wreszcie unikano
już nawet mowy o niej, o królu Szwecji i o tych wypadkach, które August
Mocny poprawić kiedyś obiecywał sobie.
Drezno po powrocie Augusta już się nawet bawić zaczynało, ażeby swego
pana rozweselić; tylko tego wieczora tak dziwna cisza zapanowała w zamku. Dlaczego, nikt nie wiedział. Król przecież do żadnego ze swych
zamków nie odjechał, w Lipsku jeszcze się jarmark nie rozpoczął; mówiono
nawet w mieście i na dworze, że na przekór Szwedowi August nakaże bale,
karuzele i maskarady, aby mu dowieść, że swej chwilowej przegranej nie
brał tak bardzo do serca...
Rzadcy przechodnie przesuwający się około zamku ulicami spoglądali na
okna i dziwili się, iż tak wcześnie cisza i ciemność zapanowały u króla.
Kto by wszakże, minąwszy bramę wielką i pierwsze podwórze, mógł się
wcisnąć na drugie, przekonałby się, że zamek spał tylko jednym bokiem, a we wnętrzu jego wrzało jeszcze życie.
Straże tu nie wpuszczały nikogo.
Na pierwszym piętrze, mimo wichru, okna były szeroko poodmykane. Zza
osłon, którymi na pół tylko były okryte, rzęsiste światło jarzące
migało, odbite mnóstwem zwierciadeł, a chwilami dobywał się śmiech
homeryczny z wnętrza sali, leciał w dziedziniec, przestraszając chodzącą
wartę, która słuchać go stawała, i obiwszy się o szare mury, powoli
słabym obumierał echem.
Śmiechom tym towarzyszyły gwary to słabsze, to silniejsze, rosnące,
przechodzące w mruczenie i milczenie... Nagle, jakby po przebrzmiałej
mowie, zrywały się znowu oklaski i znowu huczał śmiech homeryczny,
królewski, rozłożysty, purpurowy, śmiech istoty, która się nie lęka, by
ją kto posłyszał i drugim, szyderczym odpowiedział śmiechem. Za każdym
wybuchem straż, która z halabardą chodziła pod oknami, stawała, żołnierz
podnosił oczy do góry, wzdychał i spuszczał je na ziemię.
Strasznego coś było w tej uczcie nocnej, wśród zamku śpiącego, wśród
burzliwego wichru i milczącej stolicy.
Tam król się weselił.
Od powrotu z Polski takie uczty wieczorne, nietłumne, w gronie kilku
poufałych ludzi - nazwijmy ich przyjaciółmi - bywały częstsze niż
dawniej; August Mocny, zwyciężony przez dziwacznego, półgłówkiem zwanego
Karola XII, wstydził się oczu pokazywać w licznych zebraniach, zabawy i roztargnienia potrzebował, zbierał więc około siebie ulubieńców kilku.
Naówczas przynoszono węgrzyna złocistego, po którego umyślnie słano na
Węgry co roku, ustawiano puchary i pili tak aż do dnia, aż do snu, aż do
chwili, gdy wszyscy z krzeseł pospadali, a króla Hoffmann, pod rękę,
śmiejącego się, do łoża odprowadzał.
Do tego grona wybranych kapłanów Bachusa magiarskiego niewiele osób było
przypuszczonych: poufali tylko i zaufani a ulubieni Augustowi, gdyż król
po kilku pucharach dla tych, których nie cierpiał, mówiono, był
niebezpiecznym. Siłę miał herkulesową, gniew - olimpijski, a władzę -
nieograniczoną. W dni powszednie, z rana, gdy się pogniewał, oblicze mu
tylko zaszło jakby krwawą łuną na chwilę i oczy błysły, i wargi
zadrżały, i odwracał się, nie patrząc na tego, co go tak rozpłomienił;
ale po kielichu... niejeden wyleciał oknem i na kamieniach dziedzińca
padł, by nie wstać.
Tak ludzie mówili. Gniew jego był rzadki, ale jak piorun straszny. W zwykłym życiu nie było łagodniejszego pana ani słodszego, ani
łaskawszego dla wszystkich. Uważano nawet, że im kogo mniej znosił, tym
dlań uśmiech miał milszy, a w przededniu zaprowadzenia na Königstein,
gdzie często dziesiątkami lat faworyci siadywali, August ściskał ich
jeszcze jak najlepszych przyjaciół. Tak szlachetna to była natura,
pragnąca ludziom los ich osłodzić.
A bawić się toć przecie panu potrzeba było koniecznie. Cóż dziwnego, że
czasem do zabaw sprowadzano dwa głodne niedźwiedzie, żeby się jadły, lub
podpijano dwóch zawziętych nieprzyjaciół, żeby się z sobą gryźli? Ten
rodzaj rozrywki najmilszym był panu, a gdy się dwóch Vitzthumów,
Friesenów lub Hoymów zawzięło jeść z sobą po kielichach, śmiał się do
rozpuku. Niewinne to było roztargnienie.
Królowi poróżnić ich ze sobą przychodziło bardzo łatwo, bo wiedział
wszystko: kto się w kim kochał, kto kogo nienawidził; ile mu z kasy
wzięto niedozwolonym sposobem, nawet co zamyślał który z dworaków; jeśli
nie wiedział, to odgadł. Kto mu to szeptał, donosił, kto zdradzał,
próżno sobie łamano głowy; kończyło się na tym, że nikt tu już nikomu
nie wierzył, że się brat obawiał brata, że mąż się krył przed żoną, że
ojciec lękał się syna... a król August Mocny śmiał się z tego motłochu!
Patrzył z góry na komedię życia, nie gardząc w niej olimpijską rolą
Jowisza, Herkulesa i Apollina, wieczorami zaś Bachusa.
Tego wieczora właśnie król się tak czuł smutny i znudzony, iż wszystkich
ministrów, ulubieńców i dworzan postanowił poić i spowiadać, aby się
choć trochę rozchmurzyć.
Pośrodku oświeconej sali, której jedną ścianę zajmował srebrem i pucharami jaśniejący bufet, z królującą srebrną o złotych obręczach
baryłą, długi stół obsiedli towarzysze wybrani królewskich zabaw:
przybyli właśnie z Rzymu hrabia Taparel Lagnasco, z Wiednia -
Wackerbarth, wreszcie domowi, Watzdorf, którego zwano chłopem z Mansfeldu, Fürstenberg, Imhoff, Friesen, Vitzthum i Hoym, i niezrównany
w żartach, niewyczerpanego dowcipu, zawsze surowy i poważny, a umiejący
rozśmieszyć, choćby się na płacz zbierało, Fryderyk Wilhelm baron Kyan.
Król siedział z rozpiętą na piersiach suknią i kamizelą, podparty na
łokciu i smutny. Piękną jego twarz, zwykle jasną, oblekała jakby mgła
nadchodzącego smutku. Wypróżniony kielich stał przed nim. Kilka flasz
próżnych świadczyło, że biesiadować nie teraz dopiero poczęto, przecież
na twarzy króla nie widać było skutku boskiego napoju. Bursztynowy płyn
nie rozzłocił mu ponurych myśli.
Dworzanie baraszkowali między sobą, harcując słowy, aby pana rozbawić;
nic to nie pomagało: August siedział zamyślony, jakby nie słuchał. A był
to stan rzadki u niego, bo chciał roztargnienia i szukał rozrywki. Z ukosa spoglądali nań niespokojni towarzysze.
W drugim końcu stołu siedział niepozorny, posępny Kyan i jakby króla
prześladować chciał, także się na łokciu wsparł, nogi wyciągnął i w sufit patrząc, wzdychał. Był tak smutny, że się wydawał śmieszny.
- Słuchaj - szepnął Fürstenberg, trącając łokciem Wackerbartha (obaj
byli już dobrze podchmieleni) - widzisz ty Najjaśniejszego Pana? Źle
jest, nie może go dziś nic rozweselić... jedenasta godzina, do tej pory
powinien już być w różowym humorze. Nasza wina...
- Jam tu gość - odparł Wackerbarth, ruszając ramionami - to nie moja
rzecz. Wyście, znając go lepiej, środki skuteczniejsze obmyślić powinni.
- Znudził się Lubomirską, oczywista rzecz - dodał z boku Taparel.
- Nie, bo przyznam ci się, że i tych Szwedów strawić trudno - szepnął po
cichuteńku Wackerbarth. - Ja mu się nie dziwię.
- Eh, eh! Szwedów! Zapomnieliśmy tymczasem, pobije ich tam za nas kto
inny, mamy pewność, że przyjedziem tylko zbierać owoce - począł,
trącając w kielich, Fürstenberg. - Nie Szwedy go gryzą, ale już
Lubomirskiej ma dosyć... trzeba mu inną znaleźć.
- Czyż o to trudno? - szepnął, ramionami ruszając, Wackerbarth.
- A! No, trzeba wam było znowu w Wiedniu drugą Esterlę wyszukać -
roześmiał się Lagnasco.
I poczęli szeptać tak cicho, że ich już słychać nie było, bo król zdawał
się przebudzać jakby ze snu i wodził oczyma po swych towarzyszach, aż
wzrok jego padł na tragicznie rozpartego barona Kyan i król parsknął
homerycznym śmiechem. Nie potrzeba było więcej, żeby cała sala za nim
powtórzyła śmiech echem, choć połowa z współbiesiadników wcale nie
wiedziała, z czego Najjaśniejszy Pan roześmiać się raczył.
Jeden Kyan się nie ruszył, nie drgnął.
- Kyan! - krzyknął król. - Co ci jest? Czy cię kochanka zdradziła? Czyś
goły, czy ci nieprzyjaciel wpił się do boku? Wyglądasz jak Prometeusz,
któremu niewidzialny sęp szarpie wątrobę!
Kyan odwrócił się jak drewniana lalka i westchnął straszliwie. Stojący
koło niego kandelabr o sześciu świecach do połowy zgasł od tego
westchnienia i dym świec rozszedł się po sali.
- Kyan, co ci jest? - zapytał król.
- Najjaśniejszy Panie - odparł baron - osobiście nie jest mi nic. Nie
jestem ani głodny, ani zakochany, ani dłużny, ani zazdrosny, ale rozpacz
mnie morduje.
- Cóż się stało? Mów! - począł król.
- Nad nieszczęśliwym losem najukochańszego naszego monarchy boleję! -
odparł poważnie Kyan. - Tak jest! Urodzony do szczęścia, z bożym
obliczem, z herkulesową siłą, z sercem wspaniałym, z męstwem niezłomnym,
stworzony, aby świat ci, u stóp leżąc, służył... nie masz nic.
- Tak, to prawda - rzekł August, chmurząc brew.
- Piętnastu nas tu siedzi i rozbawić cię nie umiemy; kochanki cię
zdradzają i starzeją się, wino kwaśnieje, pieniądze ci kradną, a gdy
wieczorem rad byś odetchnąć w wesołym kółku, przynoszą ci wierni poddani
twarze grobowe. Nie powinnaż mnie, co cię kocham, rozpacz porywać?!
August się uśmiechnął, ręką drżącą pochwycił puchar i stuknął nim o stół. Zza kredensu wybiegły dwa karły jak jeden i stanęły przed królem.
- Słuchaj, Tramm - zawołał August - każ podać gąsior ambrozji! Kyana
robię podczaszym. Wino, któreśmy pili, podprawione było wodą.
Ambrozją zwał się węgrzyn królewski, który Zichy sam dla Augusta z najlepszych winogron nie wyciskanych robić kazał; było to wino nad wina,
niby syrop ciągnące się, zdradziecko słodkie i łagodne, a mogące powalić
olbrzyma.
Tramm z towarzyszem znikli, a po chwili ukazał się czarny Murzyn we
wschodniej odzieży, na srebrnej tacy niosący gąsior ogromny. Wszyscy
wstali i witali go pokłonem, król spoglądał.
- Kyan, gospodaruj! - zawołał.
Kyan wstał. Karły niosły na drugiej tacy kieliszki, ale te się nie
podobały podczaszemu; szepnął im coś i małymi kroczkami za bufet
pobiegli, a po chwilce zjawili się z nowym szkłem różnego kalibru.
Z powagą urzędnika, który zna ważność zleconych sobie obowiązków, Kyan
jął się ustawiać kielichy.
W środku stał piękny, smukły, przyzwoitej objętości królewski; dokoła
wieńcem otaczały go nieco mniejsze ministerialne kielichy, poza nimi
drobniejszych rozmiarów, jak na żart, niby naparstki w znacznej liczbie
cisnęły się kieliszeczki śmieszne.
Wszyscy patrzyli ciekawie.
Kyan powoli ujął gąsior ogromny, aby w nim nie poruszyć osadów, i ostrożnie nalewać zaczął. Napełnił najprzód wszystkie drobne. Niewiele
one na pozór brały, ale ich był lik tak znaczny, że nim wszystkie
ponalewał, gąsior się bardzo opróżnił. Kolej szła na ministerialne.
Wśród powszechnego milczenia podczaszy sumiennie i te wszystkie nalał do
pełna. W gąsiorze ubywało, ubywało i gdy przyszło nalać kielich
królewski - wina zabrakło. Kilka kropel z mętami wlał Kyan do niego,
stanął i spojrzał na Augusta.
- A! Dobry z waćpana podczaszy! - Król się roześmiał. - Dla ciebie ja
jestem ostatnim. Cóż to ma znaczyć?
Śmiali się otaczający.
- Najjaśniejszy Panie - odezwał się, stawiając opróżniony gąsior na
stole, Kyan, który wcale nie stracił przytomności i humoru - jest to
przecie nie nowina, ale rzecz powszednia: com ja tu zrobił z winem, twoi
ministrowie robią co dzień z dochodami państwa. Najprzód sobie każdy
mały urzędniczek swoją kieszeń nalewa, potem starszyzna o sobie pamięta,
a gdy przyjdzie królewski puchar - tylko męty pozostały.
Król uderzył w dłonie, patrząc szyderczo po przytomnych.
- Kyan! Twoje zdrowie! Przypowieść Ezopa godna. Ale niechże dla mnie
drugi gąsior podadzą.
Murzyn niósł już na tacy ambrozją. Śmiali się wszyscy, bo król się
śmiał, ale jakoś kwaśno; z ukosa spoglądano na Kyana, który najmniejszy
kieliszeczek wziął i zdrowie Herkulesa saskiego okrzyknął.
Padli wszyscy podchmieleni na kolana... hałas powstał ogromny, kielichy
podniosły się do góry.
Król swój kielich ku baronowi wypił i postawił.
- Mówmy o czym innym! - zawołał.
Fürstenberg wstał.
- Najjaśniejszy Panie - rzekł - godzina nadchodzi, w której o niczym
innym mówić się nie godzi, tylko o tym, co dniowi i nocy króluje: o kobietach.
- Doskonale - poparł król - każdy niech swoją kochankę opisze...
Fürstenberg zaczyna.
Szyderczo uśmiechając się, wymówił król te słowa. Po twarzy Fürstenberga
przebiegł grymas dziwny.
- Dane mi pierwszeństwo - odezwał się młody towarzysz króla i ulubieniec
- dowodzi tylko, że przed okiem argusowym naszego Najmiłościwszego Pana
nic się ukryć nie zdoła. Zna mnie, kłamać mu nie potrafię, i wystawia na
upokorzenie. Najjaśniejszy Panie! - dodał Fürstenberg, składając ręce. -
Proszę o uwolnienie mnie od wizerunku kochanki.
- Nie, nie! - poczęto dokoła. - Portret być może bez podpisu, jeśli
osoba ukrytą być musi, ale rozkaz Pana święty i nieodwołalny. Maluj,
Fürstenberg.
Wszyscy po trosze wiedzieli, dlaczego tak nieochoczo brał się do opisu
młodzieniec. Była to chwila krytyczna w jego życiu, udawał bowiem wielką
miłość dla przeszło czterdziestoletniej wdowy po jednym z Friesenów,
która słynęła z tego, że spod różu i bielidła twarzy jej widać nie było.
Wdowa była bogata, Fürstenberg właśnie grosza potrzebny, wszyscy
wiedzieli, że się z nią nie ożeni, a jednak na balach dworskich, na
maskaradach, w przejażdżkach ciągnęła go za swym wozem.
Gdy się Fürstenberg ociągał, naglić tak i tupać poczęto, iż król nakazać
musiał milczenie i wskazując na Fürstenberga, powtórzył:
- Nie ma litości, maluj tę malowaną kochankę, której palisz ofiary.
Dla nabrania odwagi młody roztrzepaniec wychylił swój kielich do dna.
- Kochanka moja jest najpiękniejsza w świecie! - zawołał. - Może mi kto
zaprzeczyć, wie kto, co się ukrywa pod tą maską, którą dla śmiertelników
oczu nakłada? Moja kochanka należy do bóstwa, bo jej jednej nie zagraża
to, co wszystkim innym! Piękność jej dojrzała, jaką jest, pozostanie na
zawsze. Ząb czasu skruszy się o marmurowe jej kształty...
Śmiech mu przerwał.
Obok niego siedział Adolf Hoym. Mężczyzna był pięknie zbudowany, ale
twarzy niemiłego wyrazu. Małe jego oczka, świdrujące, gdy się w człowieka wpatrywał, cechowała przenikliwość jakaś trwożna. Zbladły i wyżółkły... w tej chwili dopiero po ambrozji nieco rumieńca nabierał. Hoym
słynął z donżuaństwa, ale jego miłostki od lat kilku były tak tajemnicze
i skryte, że już myślano, iż się ustatkował. Chodziły wieści, że się
ożenił, ale żona jego nie pokazywała się nigdzie, nie widział jej nikt.
Siedziała podobno na wsi.
Hoym, który miał słabszą od innych głowę, a był już zmęczony przez dni
kilka, dotrzymując królowi w nocnych jego biesiadach, widocznie był
mocno pijany. Poznać to było łatwo po mimowolnych głowy jego ruchach, po
wysiłku, z jakim dźwigał ręce ociężałe, po uśmiechu ust krzywym, po
przymykających się powiekach i całej postawie zdradzającej, że sobą
władać przestał.
Była to najmilsza gratka dla króla i jego towarzyszów, ministra od
akcyzy schwytać w takim stanie ubłogosławionym, gdy rozum języka
powstrzymać nie może.
- Kolej na Hoyma! - rzekł król. - Hoym - dodał - znasz mnie, nie ma
wymówki. Wiemy wszyscy, żeś wielkim znawcą i wielbicielem wdzięków
niewieścich, że bez miłości żyć nie możesz; poza te ściany nie wychodzi
nic. Spowiadaj się!
Hoym głową na wszystkie strony wykręcał, a ręką z próżnym bawił się
kielichem.
- Hę! hę! - zaśmiał się.
Z cicha nalał mu wina Kyan.
Minister machinalnie podniósł kielich do ust i wypił z tą bezrozumną
chciwością właściwą już pijanym, których szatańskie pali pragnienie.
Lice mu zaszło purpurą.
- Hę! hę! - począł, bełkocząc. - Chcecie wiedzieć, jak wygląda moja
kochanka... ale ja, mili panowie, nie mam i nie potrzebuję mieć kochanki,
bo mam za żonę boginię!
Roześmiali się wszyscy chórem, król tylko ciekawie, poważnie wpatrując
się w niego, słuchał.
- Śmiejcie się - mówił Hoym - kto jej nie widział, ten nie widział
Wenery, a myślę, że i Wenus obok niej wydałaby się praczką z przedmieścia. Mogę ja ją opisać? W jednym jej oku czarnym jest tyle
potęgi i wdzięku, iż żaden śmiertelny oprzeć mu się nie potrafi. Postać
jej Praksytelesa dłuto by zawstydziła. Na jej uśmiech nie ma wyrazu, ale
to bóstwo surowe i straszne i ten uśmiech nie rozkwita co dzień.
Kiwali głowami przytomni niedowierzająco, Hoym chciał przerwać, król
uderzył o stół.
- Opiszże ją lepiej: to są westchnienia, nie obrazy.
- Któż opisze doskonałość - dodał Hoym z podniesionymi w sufit oczyma. -
Wszystkie piękności ma, a żadnej wady.
- Gotówem uwierzyć, że piękna - zawołał Lagnasco - jeśli niestały Hoym
od trzech lat się w niej kocha i po cudzych kniejach nie poluje.
- Przesadza! Pijany jest! - przerwał Fürstenberg. - Jak to? Piękniejsza
od księżnej Teschen?
Hoym ruszył ramionami, trwożliwym okiem mierząc króla, ale król rzekł
spokojnie:
- Tu nie ma innych względów nad prawdę. Piękniejsza od Lubomirskiej?
- Najjaśniejszy Panie - krzyknął, unosząc się, Hoym - księżna jest
kobietą piękną, a moja żona jest boginią. Na całym dworze, w całym
mieście, w całej Saksonii, w Europie drugiej takiej nie ma!
Śmiechem ogromnym, olbrzymim, szalonym zabrzmiała sala.
- Jaki zabawny Hoym pijany!
- Jaka pocieszna akcyza pijana!
- Co za nieoszacowany człowiek...
Król się nie śmiał, Hoym widocznie był pod wpływem ambrozji i zapominał
się, gdzie był i przed kim to mówił.
- Śmiejcie się! - zawołał. - Znacie mnie przecie wszyscy: sami mnie
donżuanem nazywacie. Oddajecie mi tę sprawiedliwość, że na piękności
niewieściej nikt się lepiej nie zna ode mnie. Dlaczegóż bym miał kłamać?
To bóstwo, nie kobieta! Dość jednego jej oka, aby w najzimniejszym łonie
pożar zapaliło; jej uśmiech...
To mówiąc, spojrzał mimowolnie na króla. Wyraz twarzy Augusta chciwie
słuchającego wykrzykników i śledzącego każde jego słowo przeraził go
tak, że niemal się z trwogi wytrzeźwił. Rad by był się cofnął, lecz nie
mógł sobie zadać kłamu i jak stężały zamilkł, pobladłszy. Próżno
śmiechami i wywoływaniami starano się go zmusić, by szedł dalej. Hoym ze
strachu oprzytomniał, ręka jego machinalnie obejmowała kielich, ale oczy
trzymał wlepione w ziemię i zamyślił się dziwnie.
Na znak króla Kyan nalał mu ambrozji, stuknięto w kielichy.
- Piliśmy boskiego naszego Herkulesa zdrowie! - zawołał Fürstenberg. -
Teraz zdrowie Najjaśniejszego Apollina naszego.
Niektórzy pili na klęczkach, inni stojąc. Hoym wstał, chwiejąc się, i musiał oprzeć się o stół. Skutek wina, który na chwilę trwoga zawiesiła,
powracał. W głowie mu się kręciło, wypił duszkiem.
Poza krzesłem królewskim stał Fürstenberg, którego król Fürstchenem
przez pieszczotę nazywał i w swych miłosnych wycieczkach zwykle za
towarzysza miewał. Apollo odwrócił się ku niemu.
- Fürstchen - rzekł cicho - akcyza nie kłamie; od lat kilku zamyka i tai
się ze swym skarbem. Trzeba go zmusić, aby nam ją pokazał. Użyj takich
środków, jakich chcesz, niech kosztuje najdrożej, ale ją trzeba widzieć.
Fürst się uśmiechnął, szło to bardzo i jemu, i innym na rękę. Panująca
dotąd królewska kochanka, en titre, księżna Teschen, miała przeciwko
sobie wszystkich przyjaciół obalonego przez nią wielkiego kanclerza
Beichlinga, po którego upadku pałac na Pirnajskiej ulicy odziedziczyła,
a Fürstenberg, choć w swoim czasie służył Lubomirskiej przeciwko innym
paniom dobijającym się serca króla, gotów był Augustowi służyć przeciw
wszystkim w świecie. Piękność Lubomirskiej niezbyt świetna, nieco
przekwitająca, jej pańskie obejście się i ton zaczynały nudzić króla,
który wolał rezolutniejsze, śmielsze, żywsze charaktery w kochankach...
Fürstenberg odgadł to wszystko z wejrzenia i mowy króla. W jednej chwili
odskoczył od jego krzesła i znalazł się poufale wsparty o poręcz Hoyma,
nachylony do jego ucha.
- Kochana akcyzo! - zawołał głośno. - Wstyd mi za ciebie, kłamałaś
bezwstydnie, i to wobec Króla Jegomości, żartowałaś sobie z nas i z niego. Przypuszczam chętnie, że żona takiego łotra jak ty i kobieciarza
nie może być koczkodanem, ale do Wenery i bogini, a nawet do księżnej
Teschen ją porównywać, to były żarty!
Hoymowi znowu wino grało w głowie.
- Com mówił - rzekł z gniewem - to była prawda! Tausend Donnerwetter!
Potz und Blitz!
Śmiano się z rubasznego wykrzyku, ale przy biesiadzie poufałej król
wszystko przebaczał. Po pijanemu prości śmiertelnicy chwytali go za
szyję i całowali, nie lękając się, by ich Goliat zdusił w objęciach.
- Stawię tysiąc dukatów w zakład - krzyknął Fürstenberg - że żona twoja
od innych dam dworu piękniejszą być nie może!
Hoymowi dolewano wina, akcyza piła z rozpaczy.
- Trzymam zakład! - Zgrzytnął zębami blady i pijany. - Trzymam...
- Sędzią... ja będę sędzią! - rzekł August, wyciągając rękę. - A sądu
zwlekać się nie godzi. Hoym natychmiast sprowadzi tu żonę i na pierwszym
balu u królowej ją przedstawi.
- Hoym, pisz! Kurier królewski powiezie list do Laubegast - dodał ktoś z boku.
- Pisz list natychmiast! - zaczęto znowu wołać ze wszystkich stron.
W jednej chwili podsunięto mu papier, Fürstenberg gwałtem wcisnął pióro,
król wzrokiem naglił do wykonania. Nieszczęśliwy Hoym, w którym chwilami
odzywała się trwoga mężowska i pamięć zalotności królewskiej, sam nie
wiedział, jak dyktowany mu rozkaz przybycia do Drezna żonie napisał, i w mgnieniu oka wyrwano mu go z rąk. Ktoś po schodach zbiegł w dziedzińce,
aby królewski posłaniec natychmiast z nim do Laubegast wyruszył.
- Fürstenberg - szepnął August - ja widzę po Hoymie, że jeśli się
wytrzeźwi dziś, rozkaz odwoła; trzeba go spoić na śmierć, by nogą ani
ręką nie ruszył.
- Jest już tak pijany, że się o życie jego lękam - dodał książę.
- A ja nie - spokojnie rzekł król - czyżby już Hoyma nikt w świecie
zastąpić nie był w stanie? A taki byśmy mu pyszny z mnóstwem palm i wieńców pogrzeb sprawili...
Uśmieszek króla tak podziałał, iż koło Hoyma kółko się skupiło z kielichami. Wyzywano go, wymyślano toasty, dolewano ambrozję różnymi, z flaszek podstawianych kryjomo dobywanymi płynami i w pół godziny Hoym
blady jak trup, z głową zwieszoną, z ustami okropnie otwartymi spał,
leżąc na stole. Hajducy królewscy na dany znak ponieśli go do łóżka. Dla
ostrożności wszakże raczej niż z troskliwości o zdrowie, zamiast w lektyce odnieść go do domu na Pirnajską ulicę, położono go w jednym z gabinetów królewskich i dodano na wartę Cojanusa olbrzyma, który miał
rozkaz nie puszczać go do domu, gdyby się obudził. Hoym jednak, wcale
się nie przebudziwszy i stękając tylko przez sen ciężko, nieprzytomny
przeleżał do rana. Na sali po wyniesieniu tego trupa rozpoczęła się
dopiero bachanalia; przy zamkniętych drzwiach, w ciaśniejszym kółku,
której świadkami były tylko zwierciadła sali.
Król był w najpiękniejszym humorze, a promienistość tego oblicza
odbijała się na twarzach dworzan jego. Już się miało dobrze na brzask,
gdy dwaj hajducy nareszcie ostatniego ze wszystkich i Augusta Mocnego
jak dziecię do łóżka zanieśli.
Zarzucicie mi przesadę w obrazie! Niestety - wszystkie jego rysy aż do
najdrobniejszego są prawdziwe...
Fürstenberg został sam na ruinach, prawie zupełnie trzeźwy, zdjął
perukę, tylko aby ochłodzić głowę, i zamyślił się głęboko, mówiąc do
siebie:
- Będziemy tedy mieli nowe panowanie. Lubomirska nadto się też wdawała w politykę, mogła opanować króla... Na co mu rozumna kochanka? Niech go
tylko bawi i kocha! To jej powołanie. Zobaczymy Hoymową...
Rozdział II
II
Laubegast leży nad samym Elby brzegiem, o dobrych parę godzin od Drezna. Mała wioseczka już naówczas miała kilka
domków, widocznie przez możniejszych postawionych i panujących okolicy.
Kryły się one w starych lipach i bukach, w czarnych sosen i jodeł
gałęziach.
Pałacyk Hoyma, do którego on się czasami z domu swojego wykradał, aby tu
spędzić wieczory i część dnia, a czasem nawet całe pod niebytność króla
tygodnie, wyglądał jak wszystkie owego czasu z wysokim dachem i poddaszami na sposób francuski, z wyginanymi ozdobami i floresami po
murach. Sprowadzeni ze stolicy murarze ukrasili go jak najstaranniej i na ile znieść mogły skromne pałacyku rozmiary. Znać było wielką
troskliwość pana o upiększenie miejsca tego. Mały dziedzińczyk opasywała
krata żelazna w słupach murowanych, na których stały piękne wazony
kamienne, na wznioślejszych nieco, przy bramie, grupy aniołków trzymały
latarnie. Wchód do domu, z galerią kamienną przybraną w wazony i figurki, okrywały piękne kwiaty. Dom wyglądał pańsko zza drzew, ale
smutno jak klasztor, jak pustkowie.
Nie było tu życia ani licznych sług, ni ruchliwego dworu. Dwóch starych
kamerdynerów, kilkoro czeladzi pokazywało się czasem około pałacyku, a nad wieczorem niekiedy z książką w ręku wychodziła z niego postać,
której cała ludność Laubegastu zza płotów i krzaków z trwogą i podziwem
się przypatrywała. Było to w istocie dziwne w tym zapadłym kącie
zjawisko, któremu właściwszym pobytem zdawała się sama stolica.
Nikt nie widział tu nic podobnego, ani mógł marzyć o takiej piękności.
Młodziuchna kobieta wysokiej i szlachetnej postawy, biała jak marmur, z czarnymi, jasnymi, bystrymi oczyma, gdy szła ulicą w majestacie swej
młodości, piękności i dumy... mimowolnie trwoga ogarniała patrzących na
nią nawet ukradkiem, takiego coś w sobie miała królewskiego i rozkazującego. Chciało się na twarz padać przed nią.
A była smutna przy tej powadze jak żałobny posąg zdjęty z grobowca.
Nigdy się nie uśmiechnęło jej oko ni usta, nigdy nie spojrzała weselej w niebo. Spoglądała na ziemię czarną, na szare Elby wody, na kwiatki,
których ani zrywała, ani się poiła ich wonią. Zdawała się nieszczęśliwa,
może była tylko znudzona. Wiedziano, że od lat kilku siedziała tu tak
zamknięta, nie widując prawie nikogo oprócz siostry Hoyma, Vitzthumowej,
której brat też rzadko przystępu do żony dozwalał. Wiedział zapewne, że
i ona chwilowo miała szczęście być w łaskach u króla, a nadzieję
pozostania w nich dłużej, która się nie ziściła. Strzegąc żony od wpływu
dworu i intryg jego, własną nawet siostrę od niej odsuwał. Vitzthumowa
ruszała ramionami pogardliwie i wszystko było jej jedno.
Ale bratowa śmiertelnie się nudziła. Całą jej zabawą były książki
pobożne marzycieli protestanckich, które czytała skwapliwie, i ustronne
przechadzki pod nadzorem starego kamerdynera.
Życie to było jednostajne i ciche jak grób, ale za to namiętności w nim
nie wywoływały burzy. Hoym zrazu bardzo czuły, z natury bałamut i bałamuctwem dworu podżegany, znużył się żoną i zapomniał już o niej.
Kochał ją jednak po swojemu, zazdrośnie i chciał ten skarb mieć
zatajonym przed oczyma ludzkimi. Tylko gdy króla i dworu nie było w Dreźnie, pani Hoym miała pozwolenie na krótko przybyć się rozerwać w stolicy, która naówczas śmiertelnie nudna była.
To kilkuletnie zamknięcie napoiło ją dumą, żółcią, goryczą, smutnymi
myślami, pogardą dla świata i ascetyzmem dziwacznym. Wystawiała sobie
życie swe jako skończone, zamknięte... jako wyczekiwanie równie samotnego
zgonu, a była jak anioł piękna, nie miała jeszcze skończonych lat
dwudziestu czterech i ci, co ją z dala widzieli, nie daliby jej z twarzy
dziecinnej niemal ani osiemnastu, tak dziwnie wyglądała młodo.
Panią Vitzthum, która w gorętszym życiu postradała świeżość i część
młodego wdzięku, ta nieśmiertelna dziewiczość bratowej gniewała.
Gniewały ją i inne jeszcze w niej przymioty: szlachetna duma cnoty,
oburzenie na zepsucie, pogarda, intrygi i kłamstwa, królewski majestat,
z jakim z góry swej potęgi spoglądała na ruchliwą, śmiejącą się, pełną
fałszu bratową. Gdyby nie była bratową, może by jej nawet życzyła upadku
i upokorzenia. Hoymowa nie lubiła jej wzajemnie, wstręt ku niej czując
instynktowy. Dla męża okazywała teraz niemal chłodną pogardę. Przez samą
panią Vitzthum, po cichu szepczącą nieraz tajemne skandaliki, wiedziała
Anna Hoym, że mąż nie był jej wierny. Mogła go łatwo jednym czulszym
wejrzeniem u stóp swych położyć, znała swą potęgę, była jej pewna; nie
chciała. Wydał się jej już zbyt nikczemną istotą, aby się o niego starać
było warto. Przyjmowała go zimno, odprawiała obojętnie; Hoym się burzył,
ale z żoną, gdy przyszło do otwartej kłótni, czuł się tak słaby, że
zwycięstwa szukał w ucieczce.
Tak płynęły smutne i długie dnie w Laubegast. Nieraz Annie przychodziły
myśli słomianą wdową powrócić nazad do Holsztynu, do Brockdorf, do
rodziny. Lecz rodzina nie była jej bardzo przychylna, ojca i matki nie
miała od dawna, a księżna Brunswicka, z domu Holsztein Plön, czyby ją
znowu na dwór przyjęła? Głośne tam było i pamiętne znalezienie się
szesnastoletniej jeszcze Anny, którą książę Ludwik Rudolf w zapale
uwielbienia dla jej piękności cudnej chciał pocałować i... dostał
publicznie prawie policzek. Nie miała się więc gdzie podziać biedna a piękna Anna.
Pomimo zepsucia dworu i sąsiedztwa Drezna, w którym trudno było ukryć
przed oczyma ludzi taką gwiazdę pierwszej piękności, kilka lat
przechadzając się po nad brzegami Elby, nad którymi nieustannie
krzyżowały się dworskie powozy, kawalerowie konni, wojskowi i cała
próżniacza czereda otaczająca panującego, Anna tak się umiała przysłonić
w tym swym ustroniu, że ją żadne niemal nie postrzegło oko.
Oprócz jednego...
Tym jednym był młody Polak, który raczej wisiał, niż trzymał się na
dworze króla Augusta, a dostał się nań prawie mimo woli i mimo woli tu
dość nudne wiódł życie.
Gdy August Mocny po raz pierwszy jechał do Polski i przy biesiadzie w oczach zdumionych panów, co na jego wyruszyli spotkanie, srebrne gniótł
w ręku puchary, łamał talary i kruszył podkowy; przy obiedzie w Piekarach, po odbytej ceremonii przed cudownym obrazem, na widok tych
popisów siły pańskiej, źle jakoś wróżyć się zdającej przyszłości
Rzeczypospolitej, ozwał się z niechcenia pono ksiądz biskup kujawski, iż
jednego młodego chłopaka znał, który niemal tak samo mógł dokazywać.
Piknęło to króla jegomości, zarumienił się, acz tego po sobie nie dał
znać, zwłaszcza że to były dopiero początki jego w Polsce, i rzekł
tylko, iż ciekawy był widzieć współzawodnika w sile, bo go jako żywo
nigdy w życiu jeszcze nie spotkał. Obiecał ksiądz kujawski ubogiego
onego szlachetkę pochodzącego bodaj z wielkiej, a niegdyś bardzo możnej
rodziny Zaklików królowi, gdy przybędą do Krakowa po koronacji
przedstawić. Ale rzecz przy tylu innych ważniejszych poszła w zapomnienie i biskup by jej nie wznawiał, postrzegłszy się, iż
niezręcznie z tą paralelą wystąpił, gdyby sam król nie naparł się i nie
przypomniał, a nie wymagał natarczywie, aby mu owego pana Rajmunda
Zaklikę koniecznie na oczy pokazano.
Chłopak dopiero co szkoły jako tako u Jezuitów dokończył, wałęsał się,
sam nie wiedząc, co począć z sobą. Do wojska by był rad szedł, ale
pocztu sobie za co kupić nie miał, a inaczej staremu szlachcicowi nie
wypadało. Po długich więc poszukiwaniach w mieście udało się Zaklikę
odkopać gdzieś po niewoli pasującego się z piórem przy kancelarii. Gdy
przyszło go stawić przed królem jegomością, nie było ani przyodziewku
dostatecznego, ani szabelki, ani pasika. Biskup go marszałkowi dworu rad
nierad musiał kazać oporządzić od stóp do głów i dopiero sam
obejrzawszy, że mu wstydu nie zrobi, trzymał w pogotowiu. Król
najczęściej z tą siłą przy ucztowaniu występował, gdy był dobrej myśli.
Znowu tedy dnia jednego dzbany miętosił i podkowy sobie przynosić kazał,
które dworscy zawsze na ten eksperyment w pogotowiu trzymali. Siedział
biskup cicho, aż król do niego znowu: "A gdzież wasz siłacz, mój
ojcze?". Począł nalegać; sprowadzono Zaklikę.
Chłopak był wyrosły jak dębczak, smukły, rumiany, hoży, skromny jak
dziewczyna i nie wydawał się wcale takim herkulesem. August, spojrzawszy
nań, począł się uśmiechać. Że był szlachcic, przypuszczono go do
ucałowania ręki pańskiej. Rozmówić się z nim inaczej jak po łacinie było
trudno, bo po niemiecku ani po francusku słowa jeszcze wówczas nie
rozumiał. Szczęściem tu słów nie było potrzeba. Stały dwa puchary
srebrne jednakowiusieńkie przed królem, wziął August jeden w szeroką
dłoń, palcami objął, pocisnął i jak liść zgiął i zdusił. Było na dnie
wino: trysnęło wierzchem.
Szyderczo się uśmiechając, podsunął sam drugi Zaklice i rzekł:
- Próbuj; jeśli puchar zgnieciesz, twój będzie.
Nieśmiało zbliżył się chłopak do pańskiego stołu, garść nastawił i objął
blachę twardą; chwilkę niby się ważyło, co będzie, krew mu uderzyła do
głowy... i puchar poszedł w kawałki. Na twarzy królewskiej odmalowało się
niezmierne zdumienie, ale żywsze jeszcze nieukontentowanie, które i we
wzroku na biskupa rzuconym znać było. Panowie przytomni jęli dowodzić,
że puchar z cieńszej był blachy albo nadkruszony.
Wziął król podkowy łamać jak obwarzanki, kazano Zaklice, i kruszył je
leciuchno, nie wysilając się. Dobył August talara bitego, zmocował go w dwóch rękach i złamał też. Dano Zaklice bodaj grubszego hiszpańskiego,
trochę się chłopak namyślał; ale już się też i rozpalił, a to mu sił
dodało: przepołowił i talara.
Chmura popłynęła królowi po czole i markotny się stał dwór pański, że do
takich nieprzyzwoitych zapasów przyszło. Kazał król Zaklikę nagrodzić,
oba puchary mu darował, a potem, namyśliwszy się, powiedział, żeby go do
dworu wzięto. Dano mu jakiś urzędzik przy dworze, ale nazajutrz na ucho
szepnął ochmistrz, aby się nigdy nie ważył z siłą popisywać ni chwalić,
aby z nim nie było źle, bo to rzecz zakazana.
Uwisł tak przy dworze ów niebożątko Zaklika, dano mu kilkaset talarów
pensji, barwę co się zowie wspaniałą, żadnej roboty, wiele swobody, ale
za królem, gdzie się on ruszył, jeździć musiał. A że to było, jak mówi
przysłowie, pokorne cielę, dobrze mu było. Król wprawdzie słowa nigdy
doń nie przemówił, ale o nim pamiętał, pytał i nakazywał, by mu na
niczym nie zbywało. Swobody miał chłopiec dosyć, a że wśród tego
szwargotu niemieckiego wciąż musiał siedzieć lub francuszczyzny słuchać,
jął się obojga języków uczyć bystro i w dwa lata już nimi dobrze w gębie
obracał. Ano, z tego próżnowania i że żyć nie bardzo z szołdrami lubił,
bo tak ich zwał, salva reverentia dla króla jegomości, gdy pora była
po temu, około Drezna pieszo schodził wszystkie wioski i laski. Natura
była ciekawa, drapał się i po górach na drugim brzegu Elby tak
urwistych, że z nich spojrzawszy, abyssus vocat. Nigdy jednak szwanku
nie poniósł.
W jednej to z tych przechadzek trafił Rajmuś Zaklika do Laubegastu i znalazłszy pod bezpańską lipą chłodek, rozłożył się tam obozem na swoje
nieszczęście. Właśnie o tej godzinie wyszła Anna hrabina Hoym na swą
samotną przechadzkę. Gdy ją chłopak ujrzał, od razu zamarł z admiracji,
tchu mu w piersi zabrakło. Oczy tarł, myśląc, że mu się śni i że taka
istota chyba istnieć nie może. Siedział w miejscu biedaczysko do nocy,
patrząc a patrząc i napatrzyć się nie mogąc. Zdawało mu się, że się
oczyma napasie do syta, a im dłużej patrzył, tym więcej widzieć pragnął.
Zrodziła się w duszy tęsknota czy szał, dosyć, że do Laubegastu jak
opętany latać zaczął, w głowie mu się wszystko przewróciło.
A że się nikomu nie zwierzał, nie było mu też komu poradzić, iż na taką
chorobę jedno jest tylko lekarstwo: w ogień samemu nie iść, ale z ognia
uciekać.
Tak się chłopaczysko rozmiłowało, że wychudło i zgłupiało. Kobiety
służące u dworu u pani Hoymowej, które wyszpiegowały go i domyśliły się
pewno, co mu jest, jęły w śmiechy z niego, powiedziały o tym i pani.
Śmiała się i ona i zobaczyła go niewidziana, a może się jej go i żal
zrobiło, ale kazała do siebie przywołać i surowo go zgromiła, że się tu
niepotrzebnie włóczył, a zakazała, aby więcej nogą około dworu nie
postał.
Że przy tej rozmowie nikogo nie było, a chłopca głupota jego znać
ośmielała, odpowiedział na to, że przecież patrząc, nie grzeszy, i że
oprócz widzenia pani nic nie żąda; a dodał, iż choćby go tam i ukamienować miano, musi przyjść, gdyż mu srodze tęskno.
Nagniewała się, tupiąc nóżką, pani Hoymowa, grożąc, iż na niego mężowi
naskarży, a nic go to nie nastraszyło. Potem się kilka tygodni z tej
strony, z której ją widzieć mógł, nie pokazywała. Chodziła do Elby, póki
raz nie postrzegła, że Zaklika, po szyję w wodę się schowawszy, mimo
zimnej rzeki stał tak ukryty, aby tylko ją zobaczył. Rozgniewała się
tedy strasznie i poczęła wołać na ludzi, aż Rajmuś nurka dał i zniknął.
O mało naówczas nie utonął, bo go skurcze porwały i odzież mu namokła
ciężyła, ale się wyratował. I jakoś go nie było widać, ano nieprawda, bo
sobie inną obrawszy kryjówkę, oczy trucizną tej piękności pasł i pasł.
Już czy jejmość o tym wiedziała, czy nie, nie było słychu, a nie mówiono
więcej o Zaklice. Że zaś we dworze mało się o niego troszczono i król by
był może nawet rad, żeby gdzie karku nadkręcił, nikt o chłopcu nie
słyszał. Robił i chodził, jak chciał.
Raz tylko zawezwano go do dworu, bo król był dużemu koniowi z wielkiego
gniewu, w jaki wpadł, głowę jednym cięciem odrąbał. Chciał tedy okazać
August Mocny, iż tego ów nawet sławny Zaklika nie dokaże. Przyprowadzono
szkapę starą spod dragona, twardokościstą. Dawano po cichu do
zrozumienia Zaklice zawczasu, aby jeśli mu łaska pańska miła, koniowi
dał pokój lub nie tak bardzo się zamachiwał. Temu było wszystko jedno, a gdy raz na siłę szło i pot poczuł - jak to mówiono - nikt go nie
pohamował. Wobec tedy króla, panów i wielkiej ciżby osób, popróbowawszy
tylko żelaza i dobrawszy klingi, koniowi łeb zwalił jak brzytwą. Mówił,
że go potem tydzień ręka bolała w ramieniu, ale nic. Król, słowa nie
rzekłszy, ramionami ruszył tylko i zapito konfuzję. Na Zaklikę nikt i nie spojrzał już, a dworscy słudzy, których miał przyjaźniejszych,
szeptali mu, że mógłby się wynosić gdzie cichaczem, bo go przy lada
małym czym spotka ciupa na Königsteinie.
Rajmuś ramionami ruszył, a wcale się tego nie zląkł. Królewskiego tyle
było zwycięstwa, że koniecznie chciał go jeszcze próbować, wiele wina
strzyma; ten zaś czystą wodę tylko pijał, czasem szklankę piwa, wina
kieliszeczek, dalej nie mogąc. Więc próżne było przykazywanie
królewskie, pij a pij. Gwałtem prawie wlali mu puchar węgrzyna, od
którego jak padł, tydzień odchorował, i o mało go z tego świata nie
wzięła gorączka. Ano potem do siebie przyszedł i bodaj do ogromniejszej
jeszcze siły, na którą się z nim nikt próbować już nie śmiał.
I znowu chodził na wyglądanie owo dziecinne pod ogród w Laubegaście. A miłość ta uczyniła go innym człowiekiem: spoważniał bardzo, uczyć się
począł i powierzchownie nawet odmienił... Anna hrabina Hoymowa, która o wszystkim mówiła mężowi i jego siostrze, o nim nigdy nie wspomniała,
zdając się go już nie widzieć ani wiedzieć o nim.
W Laubegaście kończył się dzień zawczasu, z mrokiem zamykano bramy i drzwi na klucze i drągi, jak było w zwyczaju naówczas; psy spuszczano na
podwórza z łańcuchów, słudzy szli z kurami spać, a pani choćby dłużej
przy świetle czas nudny spędziła nad książką, nikt o tym nie wiedział.
Tej nocy właśnie, gdy rozpustowano na zamku, a w odkrytych polach
jesienny wiatr bujał, w Laubegast tak go słychać było, łamiącego drzew
gałęzie i miotającego lipami, iż o śnie ani było myśleć.
Piękna Anna, rozebrawszy się, czytała Biblię, bo to jej było czytanie
najulubieńsze, zwłaszcza Apokalipsa i listy Świętego Pawła. Toż myślała
a rozmyślała nad nimi, często płacząc nawet.
Było już późno w noc i druga świeca jarząca dopalała się w jej pokoju,
gdy tętent się dał słyszeć za domem, a potem jakby kto bramą żelazną
targał i psy ujadać zaczęły tak straszliwie, iż nieulęknionego ducha
pani poczuła się strwożoną. Rzadkie były już wówczas napaści na dwory,
zwłaszcza pod stolicą, ale się przecie trafiały. Rozpuszczone żołdactwo,
połapani gwałtem żołnierze, którzy później zbiegali i po górach się
kryli, tułając, dopuszczali się czasem gwałtów, choć je szyją później
płacić im przyszło, gdy na nich obławy zwołano.
Poczęła więc dzwonić Anna i cały dwór się pobudził, ale mimo to brama
nie przestała dźwięczeć ani psy ujadać. Poszli tedy ludzie z bronią w dziedziniec i dopiero zobaczyli, że tam się ze dworu królewskiego
posłaniec miotał a krzyczał i tuż za nim sześciokonny powóz stał z lokajami i służbą. Psy wzięto na łańcuchy, wrota otwarto, posłaniec list
oddał.
Gdy go jej przyniesiono wśród nocy, sądziła zrazu Anna, iż coś złego
stać się musiało. Pobladła nieco. Poznawszy jednak rękę męża, choć
zmienioną na liście, uspokoiła się. Przyszedł jej tylko na myśl los
kanclerza Beichlinga, który nagle ze szczytu łaski poszedł jednej nocy
do Königsteinu i zabrano mu wszystko, co miał. Sam Hoym nieraz po cichu
spowiadał się jej z tego, iż królowi nie wierzy i nie będzie się nigdy
czuł bezpieczny, dopóki majątku i głowy za granicę nie wyniesie.
Dowiedzioną to było rzeczą, iż król, gdy najczulszy się okazywał,
najwięcej się go obawiać było potrzeba, uśpić bowiem pragnął, nim ofiarę
swą strącił ze szczytu, i lubował się, patrząc na tragiczną fortuny
zmianę. Myślała więc Anna, azali los kanclerza nie spotkał jej męża,
którego kraj cały nienawidził za wprowadzenie akcyzy i nieprzyjaciele
nań szczuli ze wszech stron.
Zdziwiła się niezmiernie, postrzegłszy na bilecie męża ręką, acz
widocznie zmienioną i pospieszną, kreślony rozkaz, aby natychmiast
przybyła posłanym po nią powozem. Ani się było podobna opierać dla oczu
ludzkich, a i ciekawość też wiodła. Kazała więc sługom czynić
natychmiast przygotowania do podróży i nie upłynęła godzina, gdy już w powozie siedziała i wrota cichego dworu w Laubegast na zawsze się za nią
zamknęły.
Myśli dziwne w drodze ją opanowały. Czuła się przejęta jakimś strachem i smutna tak, że się jej na łzy zbierało. Nie wiedziała, co jej groziło i czy jej co zagrażało, trwożyła się wszakże. O powrocie króla i dworu po
kilkuletniej niebytności wiedziano wszędzie. Z nimi razem powracały do
Drezna intrygi, podstępy, wyścigi o łaski i znaczenie, w których się
różnymi środkami posługiwano. Działy się tam rzeczy na pozór lekkie i wesołe, a w istocie tragiczne.
W chwili gdy ofiary z jękiem padały w lochy i ciemne przepaści, balowa
muzyka przygrywała weselu tych, co zwyciężyli. Nieraz z dala patrzała
Anna na siną górę Königsteinu, pełną tajemnic i ofiar.
Noc była ciemna bardzo, lecz powóz poprzedzały pochodnie dworskie i konie pędziły. Ani opatrzono się, jak stanęła kareta na bruku u domu
przy Pirnajskiej ulicy. Toteż choć ministra oczekiwano, ludzie się
pospali i nierychło się ich było można dobudzić. W domu tym, w którym
Hoym zajmował pierwsze piętro, pokojów nawet swoich Anna nie miała. Były
tylko dla przyjęcia klientów naznaczone i sypialnia pańska, która wstręt
wzbudzała w Annie... Zresztą kancelarie i całe izby papierów. Gabinet
ministra przytykał do ogromnej sali, ozdobnej wprawdzie, ale ciemnej,
ponurej i smutnej. Nie zastawszy męża w domu, tym więcej się zdziwiła
hrabina Anna; ale słudzy ją upewnili, iż to była "noc królewska" i że
przy tej zabawie zwykle przeciągał się pobyt na zamku do dnia białego i dłużej. Zmuszona szukać przytułku i odpoczynku, hrabina musiała dziś po
raz pierwszy w tym domu męża, w którym nigdy prawie nie bywała, znaleźć
sobie jakiś kątek. Obrała gabinet z drugiej strony kancelarii ministra
położony, oddzielony od innych pokojów, i tu sobie prawdziwe łóżeczko
obozowe usłać kazawszy, zaryglowawszy się ze sługą, próbowała usnąć
nieco. Ale sen nie spłynął na powieki znużone, drzemała tylko
chorobliwie, budząc się i zrywając za najmniejszym szelestem.
Dzień już był biały, gdy usnąwszy głęboko na chwilę, przebudziła się,
słysząc w gabinecie otwierające się drzwi i stąpanie. Sądziła zrazu, iż
to był chód męża, i w cichości co najprędzej poczęła się z pomocą sługi
ubierać.
Ubiór to był poranny, zaniedbany, który jej jeszcze wdzięku dodawał.
Znużenie podróżą, niepokój, gorączka podniosły królewski wdzięk i blask
urody zachwycającej. Z niecierpliwością odryglowała drzwi, które ją
dzieliły od gabinetu, otwarła je i stanęła w progu.
Naprzeciw niej zamiast męża stał człowiek zupełnie jej nieznajomy,
którego postawa i twarz wielkie na niej uczyniły wrażenie.
Był to mężczyzna w czarnej, długiej sukni protestanckiego duchownego,
niemłody, z głową wypełzłą i błyszczącą, około której nieco siwych
włosów rozwianych jakby aureolę wiązało. Zżółkła skóra przylegała do
kości jego czoła, tak iż żyły rysowały się wszędzie wypukło. Siwe oczy
głęboko wpadłe, usta uśmiechnięte goryczą, spokojna pogarda świata,
pogoda i powaga przy tym nadawały tej twarzy ani pięknej zresztą, ani
znaczącej, coś tak wybitnego i zatrzymującego oczy zdumione, iż mimo
woli oderwać ich od niej nie było można.
Patrzała nań Anna, ale i on jakby zjawiskiem tej kobiety przerażony,
stał nieruchomy z wlepionymi w nią oczyma, w których mimowolne malowało
się uwielbienie dla cudownego boskiego tworu, podobnego aniołom. Stał i usta mu drżały i ręce się podniosły zdumieniem na pół, na pół jakimś
ruchem niezrozumiałym, który i odpychać mógł, i błogosławić.
Dwie te istoty zupełnie sobie nieznane badały się tak chwilę oczyma.
Duchowny cofał się z wolna. Anna oglądała się, szukając oczyma męża. Już
miała nazad wstąpić za próg gabinetu, gdy duchowny, spojrzawszy na nią
wzrokiem litości pełnym, zapytał:
- Kto ty jesteś?
Rozdział III
III
Ja bym tu prędzej was mogła spytać, kto wy
jesteście i co tu w domu moim robicie?
- W domu waszym? - powtórzył zdumiony duchowny. - Jak to? Więc żoną
jesteście pana ministra?
Anna głową dumnie dała znak potwierdzający. Duchowny spojrzał na nią
wzrokiem pełnym najwyrazistszej litości, patrzył długo i dwie łzy
zakręciły mu się pod zmarszczonymi powiekami, złożył ręce jakby z rozpaczy i zwątpienia.
Anna spoglądała nań z ciekawością. Niepozorna ta postać, zszarzana,
zmęczona, życiem złamana, zdawała się odżywiać, wyszlachetniać, uczuciem
jakimś wielkim wyrastać: stała się poważna i majestatyczna. Dumna pani
czuła się przy niej onieśmielona, mała, zdziecinniała, niemal pokorna.
Milczący starzec promieniał jakimś natchnieniem wewnętrznym. Nagle
oprzytomniał, obejrzał się strwożony i krok postąpił naprzód.
- Dlaczegóż ty, którą Wszechmogący stworzył dla chwały swej, jako piękne
cnoty naczynie, ty, pełna blasku istoto, podobna aniołom, nie
otrząśniesz pyłu z nóg twych skalanych dotknięciem nieczystego Babilonu
i nie uciekniesz, rozdarłszy szaty białe, z tego ogniska zepsucia i rozpusty? - zawołał, jakby nagle rozogniony miłosierdziem. - Dlaczego ty
tu w tym ogniu trwasz? Kto cię weń wrzucił? Kto był tym niegodziwym, co
tak piękne dziecię boże cisnął w ten świat plugawy? Czemu nie uciekasz?
Dlaczego stoisz niestrwożona, a może niewiedząca o niebezpieczeństwie?
Dawno tu jesteś?
Anna zrazu osłupiała, słuchając go, lecz głos starego takie na niej
czynił wrażenie, iż uczuła się, może pierwszy raz w życiu, podbita i onieśmielona. Oburzał ją ten ton duchownego, a nie mogła się zań
pogniewać. Nim otworzyła usta, on mówił dalej:
- A wiesz ty, gdzie jesteś? A wiesz, że ta ziemia, na której stoisz,
chwieje się pod stopami twymi? Że te ściany się otwierają na rozkazy,
ludzie nikną, gdy są zawadą, że tu życie człowieka nie waży nic... dla
kropli rozkoszy?
- Cóż za przestraszające obrazy kreślisz, mój ojcze - odezwała się
wreszcie Hoymowa - i dlaczego mnie nimi chcesz zatrwożyć?
- Bo z czystego czoła i oczu twych, dziecko moje - rzekł duchowny -
widzę, żeś bezpieczna, niewinna i nieświadoma tego, co cię otacza. Tyś
chyba tu niedawno?
- Od kilku godzin - odpowiedziała Hoymowa, uśmiechając się.
- I nie tu przeżyłaś dzieciństwo i młodość twoją, bobyś tak nie
wyglądała - uśmiechnął się boleśnie stary - nieprawdaż?
- Dzieciństwo spędziłam w Holsztynie. Od lat kilku jestem żoną Hoyma,
ale mnie trzymał odosobnioną na wsi. Ledwiem z dala widziała Drezno.
- A nic chyba nie słyszała o nim... - dodał stary i wstrząsł się. -
Wszystko, co mi mówisz, przeczytałem na czole twym, w wejrzeniu - rzekł
smutnie. - Bóg mi czasem daje zajrzeć głęboko w duszę ludzką... Niezmierną
litością zostałem zdjęty, widząc cię, piękna pani; zdało mi się, że
patrzę na lilię białą, rozkwitłą w ustroniu, którą stado rozhukanego
bydła ma podeptać. Było ci kwitnąć, gdzieś wzrosła, i wonieć pustyni a Bogu.
Zamyślił się głęboko. Anna postąpiła przejęta kilka kroków ku niemu. W jej oczach i postawie widać było wzruszenie.
- Ojcze mój - rzekła - ty kto jesteś?
Stary zdawał się nie słyszeć, tak się zadumał głęboko. Powtórzyła
pytanie.
- Kto ja jestem? - odparł. - Kto ja jestem? Nędzna istota grzeszna i wzgardzona, na którą nikt nie patrzy lub się z niej wszyscy śmieją. Jam
głos wołającego na puszczy... Jam ten, który przepowiada upadek,
zniszczenie, dni pokuty i niedoli... Kto ja jestem? Naczynie w ręku Bożym,
przez które czasem przechodzi głos z góry potężny, aby go ludzie nie
słyszeli lub ośmieli. Jam ten, za którego czarną suknią biegają
ulicznicy, rzucając na nią błotem, ten, którego proroctw nikt nie
słucha. Nędzarz wśród bogaczy, ale praw i czysty przed Panem...
I zamilkł, ostatnie słowa wymówiwszy głosem gasnącym. Spuścił głowę.
- Dziwne zrządzenie - odezwała się Anna, nie odstępując od niego. - Po
kilku latach spokoju na wsi, w ciągu których mnie szmer ledwie od
stolicy dochodził, przybywam nagle powołana przez męża i w progu
spotykam was jakby przestrogę i oznajmienie. Nie jestże to palec boży? -
Dreszcz przebiegł ją całą. - Zaprawdę dziwne! - powtórzyła.
- Opatrzne - rzekł stary - a biada tym, co litościwej bożej nie słuchają
przestrogi. Chcesz wiedzieć, kto ja jestem? Nikt! Ubogi kaznodzieja od
kościoła, który coś zgrzeszył na kazalnicy i którego pomsta panów
ziemskich ściga. Zowię się Schramm. Hrabia Hoym znał mnie niegdyś w dzieciństwie, przybyłem go prosić o przemówienie za mną. Grożą mi. I oto, jak się tu dziś znalazłem. Ale kto was tu sprowadził? Kto wam tu
przybyć dozwolił?
- Własny mąż! - rzekła Anna.
- Proś go, niech cię uwolni - szepnął duchowny, oglądając się
trwożliwie. - Widziałem piękności tego dworu, bo je tu ludowi na ulicach
pokazują jak lalki. Tyś nad nie wszystkie piękniejsza stokroć. Więc
biada ci, jeśli tu pozostaniesz. Okolą cię siecią intryg, osnują
jadowitymi pajęczynami, uśpią, upoją. Zawrócą głowę melodią pieśni,
ukołyszą serce bajaniem, złudzą oczy bezwstydem. Oswoją ze sromotą, aż
jednego dnia, spojona, znużona, osłabła, polecisz w przepaść.
Anna Hoym zmarszczyła brwi.
- Nie! - zawołała. - Nie jestem tak słaba, jak sądzicie, ani tak
zasadzek nieświadoma, ani tak spragniona życia... Nie, świat ten mi się
nie uśmiecha, patrzę nań z góry, niżej on ode mnie.
- Aleś go oczyma duszy tylko i przeczuć widziała - odparł Schramm - nie
wierz sobie, uciekaj z tego piekła. Królewskie w nim posągi popaliły się
na węgiel i obrukały sadzami. Idź stąd, idź, idź, szkoda ciebie i białej
niewinnej duszy twojej.
To mówiąc, ręce wyciągał, jakby ją chciał wygnać i przyspieszyć
odejście. Ale Anna stała niezatrwożona, szyderczy zarazem i litości
pełen uśmiech błąkał się po jej ustach.
- A gdzież ucieknę? - zawołała. - Los mój połączony jest z losem tego
człowieka, oderwać go odeń nie w mocy mojej. Ja wierzę w przeznaczenie,
stanie się, co mi wyznaczono. Tylko nie śpiącą i nie pijaną owładną mną,
nie osłabłą i zwyciężoną, ale ja chyba im panować będę.
Schramm strwożony spojrzał: stała pełna dumy i siły, uśmiechnięta
szyderczo i królująca.
W tej chwili otwarły się drzwi i hrabia Adolf Magnus Hoym wszedł
zmieszany, powoli, w progu wahając się jeszcze, do własnego gabinetu.
Za stołem wśród świetnego towarzystwa wczorajszego niekorzystnie się już
wydawał; dziś po białym dniu, po nocnej gorączce i zmęczeniu wyglądał
gorzej jeszcze. Mężczyzna był ogromnego wzrostu, barczysty, silny a niezgrabny. Nic szlachetnego nie nadawało mu wdzięku, twarz pospolita
odznaczała się tylko błyskawicznymi zmianami konwulsyjnie po niej
przebiegających wyrazów z sobą najsprzeczniejszych. Oczy szare to ginęły
w powiekach, to wyskakiwały, ogniem tryskając, usta śmiały się i krzywiły, czoło marszczyło i wypogadzało, jakby potajemna władza targała
we wnętrzu sznurami, które całą postać zmieniały. I w tej chwili,
ujrzawszy żonę, zdawał się być pod wrażeniem najsprzeczniejszych jakichś
uczuć. Uśmiechnął się i w chwilę, jakby gniewem chciał buchnąć,
nasrożył, ale się zwyciężył i zawahawszy się, wsunął żywo do gabinetu.
Na widok Schramma ściągnęły mu się brwi gwałtownie i złość wystąpiła na
twarz.
- Szaleńcze, fanatyku, komediancie przebrzydły! - zawołał, nie witając
się nawet z żoną. - Znowuś nabroił, znowu do mnie przychodzisz, abym cię
wyciągnął z topieli? Ha? Nieprawda? Wiem wszystko, pójdziesz precz od
kościoła, na wieś, tam, na pustynię, do prostaczków, w góry.
Wskazał ręką.
- Ja ani chcę, ani myślę cię bronić! - dodał, zapalając się. - Podziękuj
Bogu, jeśli cię dwóch dragonów odprowadzi gdzie do kąta, bo tu by cię
dalej co gorszego spotkać jeszcze mogło. Ha, myślicie! - ciągnął dalej,
zapalając się, minister, który przystąpił do Schramma tuż, jakby go już
sam miał porwać za kołnierz. - Myślicie, że tu na dworze wolno wszystko
i że to, co wy nazywacie słowem bożym, nieocukrowane, możecie podawać
ustom do słodyczy nawykłym? Że wy tu możecie grać rolę natchnionych
apostołów nawracających pogan? Schramm, mówiłem ci sto razy, ja ciebie
nie ocalę, gubisz się sam.
Duchowny niezachwiany bynajmniej, spokojny stał, patrząc ministrowi w oczy.
- Ale ja jestem kapłanem bożym - rzekł - jam poprzysięgał dawać
świadectwo prawdzie, a każą mi być męczennikiem dla niej. Niech się
stanie...
- Męczennikiem! - roześmiał się Hoym. - To by było za wiele szczęścia;
dadzą ci pięścią w plecy i oplwawszy, wyświecą.
- Więc pójdę - odezwał się Schramm - ale dopókim tu jest, ust nie
zamknę.
- I kazać będziesz głuchym! - dodał szyderczo minister, ruszając
ramionami. - No, dosyć tego, rób, co chcesz. Ratować cię nie mogę i nie
myślę; tu dobrze, gdy każdy ocali siebie. Jam ci to przepowiadał,
Schramm. Milczeć trzeba umieć, umieć pochlebiać lub ginąć podeptanym.
Cóż chcesz, przyszły takie czasy: Sodoma i Gomora... Bywaj mi zdrów, bo
czasu nie mam.
W milczeniu pokłonił się Schramm, popatrzył na żonę Hoyma z politowaniem, na niego z milczącym zdziwieniem i skierował się ku
drzwiom. Hoym od żony, na którą także spojrzał, oderwał wzrok ku niemu.
- Żal mi cię - burknął krótko - idź, zrobię, co mogę, ale zatop się w Biblii i trzymaj język za zębami. Ostatni raz ci to radzę.
Schramm, prawie nie słuchając, wyszedł. Małżonkowie zostali z sobą sam
na sam.
Hoym nawet nie przywitał się z Anną, od dawna źle z sobą byli. Widocznie
nie wiedział, od czego począć rozmowę. Zakłopotany stał i zły. Chwycił
rękami dwa końce peruki swej i targał.
- Po cóżeś hrabia kazał mi tu przybyć tak nagle? - zapytała Anna z wymówką i dumą.
- Po co? - podnosząc oczy, zawołał Hoym, zaczynając wzdłuż i wszerz
biegać po gabinecie jak opętany. - Po co? Bom był szalony! Bo mnie ci
niegodziwcy spoili, bo nie wiedziałem, com robił! Bom głupi, bom
nieszczęśliwy! Bom wariat! Tak, wariat! - powtórzył.
- Więc mogę nazad powrócić? - spytała Anna.
- Z piekła się nie powraca! - zaśmiał się Hoym. - A waćpani z łaski
mojej w piekle jesteś: to istne piekło!
Rozerwał na piersiach kamizelkę, jakby go dusiła, i padł na krzesło.
- A, tak! Istotnie oszaleć przyjdzie - mruknął - lecz z królem nie ma
wojny.
- Jak to? Król?
- Król! Fürstenberg! Wszyscy! Wszyscy! Nawet Vitzthum, kto wie, własna
może siostra... spiknięci na mnie. Dowiedzieli się, żeś ty piękna, żem ja
głupi, i kazali mi panią pokazać!
- Któż im o mnie powiedział? - zapytała ciągle spokojna Hoymowa.
Minister nie mógł się przyznać przed nią, iż sam popełnił tę winę, za
którą przychodziła pokuta, zgrzytnął zębami, tupnął nogami i zerwał się
z krzesełka. Złość jego ustąpiła nagle wcale odmiennemu usposobieniu,
pobladł, stał się zimny i szyderczy.
- Dość tego - rzekł cicho, zniżając głos - mówmy rozsądnie. Co się
stało, tego naprawić nie potrafię. Wezwałem panią, bom musiał ją tu
ściągnąć, król chciał, a Jowisz piorunuje tych, co mu się śmią
sprzeciwiać. Dla jego zabawki musi służyć wszystko, królewskimi stopami
depcze skarby cudze i rzuca je w śmiecisko... - Zniżył głos i umilkł,
jakby słuchał, czy się kto nie odezwie. I począł znowu z wolna chodzić
po pokoju. - Założyłem się z księciem Fürstenbergiem, że pani jesteś
najpiękniejszą kobietą ze wszystkich tych, które tu z profesji pięknych
role grają. Nieprawdaż, żem był głupi? Pozwalam, byś mi to pani
powiedziała. Najjaśniejszy nasz Pan ma być zakładu naszego sędzią... i wygram tysiąc dukatów.
Anna zmarszczyła brew, odskoczyła z najwyższą wzgardą, odwracając się od
niego.
- Nikczemny waćpan jesteś, panie hrabio! - krzyknęła w gniewie. - Jak
to? Wy! Wy, coście mnie jak niewolnicę trzymali zamkniętą, skąpiąc mi
powietrza i światła, wyprowadzacie mnie teraz jak komediantkę na scenę,
abym wam wygrywała zakłady blaskiem oczu i uśmiechami? To najwyższa
podłość!
- Nie szczędź, pani, wyrazów, mów, co chcesz - rzekł Hoym z boleścią -
wart jestem, zasłużyłem. Wszystkiego za mało na potępienie mnie! Miałem
najpiękniejszą istotę w świecie, która kwitła i uśmiechała się dla mnie
samego tylko, byłem dumny i szczęśliwy. Szatan mi kazał w kielichu wina
rozum utopić.
Załamał ręce. Anna zamilkła i patrzyła.
- Ja jadę do domu - rzekła - ja tu nie pozostanę, wstydziłabym się sama
siebie... Koni! Powóz!
Rzuciła się ku drzwiom. Hoym stał, uśmiechając się gorzko.
- Koni! Powozu! - powtórzył. - Ale waćpani nie wiesz chyba, gdzie jesteś
i co cię otacza? Jesteś niewolnicą, nie możesz stąpić kroku; nie ręczę,
żeby straż nie stała u drzwi domu. Gdybyś ośmieliła się wymknąć, dragoni
pójdą złapać cię i odprowadzić. Nikt nie odważy się wieźć, nikt nie
uzuchwali ratować. Waćpani nie wiesz, gdzie jesteś?
Hrabina załamała ręce z rozpaczą, Hoym patrzył na nią z jakimś uczuciem
niewysłowionej zazdrości, żalu, bólu, szyderstwa i niepokoju.
- Nie - rzekł, dotykając z lekka jej ręki - posłuchaj mnie, pani; nie
jest jeszcze może tak źle, jak ja mówię, jak przeczuwam. Mówmy z flegmą
i rozsądnie. Giną tu ci, co chcą być zgubieni. Pani możesz nie być
piękną, gdy zapragniesz, możesz się stać odstręczającą, surową,
straszną, możesz dla ocalenia mnie i siebie przybrać postawę odrażającą.
- Tu zniżył głos. - Znasz pani historię naszego Najmiłościwszego Pana a Króla, Augusta? - zapytał z dziwnym uśmiechem. - Pan to wspaniały,
hojny, sypiący złotem, które moja akcyza ze spleśniałego chleba ubogich
wyciska. Nie ma drugiego tak wspaniałomyślnego monarchy, nie ma, który
by potrzebował bawić się drożej, nieustanniej i dziwaczniej. Łamie
podkowy i kobiety i rzuca je na ziemię; kanclerzy, których ściskał
wczoraj, zamyka na Königsteinie. Dobry i łaskawy pan, uśmiecha ci się do
ostatniej godziny, aby rusztowanie osłodził. Serce ma najlitościwsze,
tylko mu się sprzeciwiać nie trzeba.
Mówił coraz ciszej, a trwożliwymi oczyma biegał dokoła.
- Znasz pani historię jego! A! Ciekawa bardzo - szeptał dalej - lubi
kobiety coraz świeże, coraz świeże, jak smok ów w bajce żyje dziewicami,
które mu przerażeni mieszkańcy do jego jaskini wiodą, a on je pożera.
Któż jego ofiary policzy? Waćpani może słyszałaś ich imiona, ale obok
znajomych trzykroć tyle zapomnianych. Król ma dziwne smaki i upodobania:
kocha się dwa dni w atłasach, a gdy mu się one znudzą, gotów na łachmany
polować. Ludzie wiedzą o trzech królowych z lewej ręki, ja bym ich
naliczył dwadzieścia. Königsmarck jest jeszcze piękna, Spiegel nie jest
wcale stara, księżna Teschen w łaskach, ale już wszystkie go znudziły.
Szuka, kogo by pożarł! Dobry pan! Łaskawy pan! - dodał, śmiejąc się. -
Wszakże zabawić się musi, wszak dlatego na świat przyszedł, aby mu
służyło wszystko; piękny jak Apollo, silny jak Herkules, lubieżny jak
Satyr, a straszny jak Jupiter.
- Dlaczegóż mi to waćpan rozpowiadasz! - wybuchnęła oburzona Anna. -
Maszże mnie za tak nisko upadłą, bym na skinienie pańskie dała się
sprowadzić z drogi honoru?! Waćpan mnie nie znasz! To obelga!
Hoym patrzał z politowaniem na nią.
- Znam moją Annę - rzekł z uśmiechem - lecz znam dwór, pana, ludzi, co
nas otaczają, i urok, jaki ich otacza. Gdybyś pani kochała mnie, byłbym
spokojnym...
- Alem przysięgała wam, to dosyć - odezwała się z dumą kobieta - nie
pozyskałeś serca, ale masz słowo. Takie kobiety jak ja nie łamią
przysięgi...
- Łamały i takie dla blasku korony - rzekł Hoym. - Księżna Teschen jest
wielką i dumną panią.
Anna ruszyła ramionami z pogardą.
- Mogę być żoną, nie chcę być kochanką - zawołała - sromu na czole nosić
nie umiem!
- Srom! - rzekł Hoym. - A! To piecze tylko chwilę, goi się rana i nie
boli, choć piętno zostaje na wieki.
- Waćpan jesteś obrzydliwy - przerwała kobieta z gniewem. - Sprowadzasz
mnie tutaj sam i karmisz takimi groźbami.
Wzruszenie nie dozwoliło jej mówić dłużej. Hoym się zbliżył z pokorą.
- Daruj mi - odezwał się - głowę straciłem, nie wiem, co czynię i co
mówię... To dzikie domysły i strachy. Jutro jest bal na dworze. Król pan
rozkazał ci być na nim, zostaniesz przedstawiona królowej. Mnie się
zdaje - z cicha począł, spuszczając oczy - waćpani możesz, co zechcesz,
nawet nie być piękną. Ja chętnie zakład przegram. Będzie ci łatwo stać
się śmieszną, niezgrabną. U króla wiele waży elegancja, dowcip, żywość...
cóż łatwiejszego, jak okazać się zaniedbaną, niezręczną, milczącą,
roztargnioną i tępą? Rysy twarzy to nic jeszcze. Drezno pełne jest
pięknych kucharek. August jest wytwornym znawcą, wymaga wiele. Pani mnie
rozumiesz?
Anna odwróciła się od niego w milczeniu wzgardliwym, postępując ku oknu.
- Każesz mi więc grać komedię dla ocalenia swojego honoru! - zawołała z uśmiechem ironicznym. - Ale ja nie cierpię fałszu. Waćpana honorowi nic
nie grozi. Anna Konstancja Brockdorf nie jest jedną z tych kobiet, co
się na łaskę pańską biorą i dają spodlić dla garści brylantów. Nie masz
się czego obawiać, bądź spokojny. Litość mnie bierze nad wami! Ja na tym
balu nie będę.
Hoym zamilkł i pobladł.
- Pani na balu tym być musisz - rzekł głosem stłumionym - tu nie idzie
już o żadne dziecinne niebezpieczeństwo, ale o głowę i fortunę, o przyszłość moją. Król kazał...
- A ja nie chcę! - odparła Anna.
- Sprzeciwisz się jemu? - spytał Hoym.
- Dlaczegóż nie, panem jest wszystkiego, oprócz domu i rodziny, które do
Boga należą. Cóż mi uczyni?
- A! Wam nic - rzekł niespokojnie minister - nadto dla pięknych pań jest
grzeczny; ale ja pójdę na Königstein, majątki nasze zabierze fiskus,
rozdrapią faworyci: nędza, śmierć. - Zakrył sobie oczy rękami. - Wy go
nie znacie - szeptał cicho - on się uśmiecha i jaśnieje jak Apollo, ale
jak bóg piorunów straszny... Nie przebaczył nigdy nikomu, kto śmiał
zwątpić, że jest wszechmocny. Pani będziesz na tym balu lub ja zginę...
- A sądzisz pan, hrabio Hoym - odparła Anna - iż ta groźba waszej zguby
jest dla mnie tak straszną?
Ruszyła ramionami i poszła znowu do okna. Hoym posunął się za nią blady.
- Na miłość bożą, o sprzeciwieniu się woli króla mowy być nie może,
zaklinam was!
Kończył te słowa, gdy do drzwi zapukano żywo i służący wpadł,
zatrzymując się w progu. Minister brwi ściągnął i nasrożył się.
- Hrabina Reuss i Vitzthum!
Ściągnąwszy usta z gniewu, Hoym pospieszył do progu; chciał służącego
wysłać z odpowiedzią odmowną, gdy poza nim postrzegł piękną,
wypogodzoną, arystokratycznych rysów twarz hrabiny, a poza nią żywo
szpiegujące go oczy siostry. Zdawało mu się, że o wczorajszym wypadku i o przybyciu żony jego nikt jeszcze w mieście nie wiedział; odwiedziny
dwóch tych pań przekonywały go na nieszczęście, iż popełniony po
pijanemu błąd, którego sobie darować nie mógł, już się musiał stać
pośmiewiskiem powszechnym. Hrabina Reuss nie byłaby się pewnie inaczej
ruszyła, by wdowi dom ministra odwiedzić.
Zmieszany nad wyraz, dał znak słudze, który odstąpił, a cała postać
majestatyczna hrabiny, która się była wstrzymała w progu, pokazała się w czarnych sukniach koronkami okrytych. Hrabina Reuss biała, świeża,
rumiana, form nieco pełnych, ale bardzo wdzięcznych, z uśmiechem
łagodnym na różowych usteczkach, nie miała w sobie nic przerażającego.
Przecież na widok jej blada już twarz Hoyma zdawała się blednąć jeszcze:
zmieszał się, jakby w niej groźbę zobaczył.
Siostra jego, pani Vitzthum, towarzysząca hrabinie Reuss mogła to łatwo
dostrzec w oczach brata. Na obu jednak kobiecych twarzach wykwitły tylko
w zamian dwa uprzejme uśmiechy.
- Hoym! Doprawdy mogłabym się gniewać na ciebie - ozwała się słodkim,
wdzięcznym, melodyjnym głosem hrabina Reuss. - Jakże to być może! Żona
twoja przybywa nam tu do stolicy, a ja nic nie wiem... a ja przypadkiem od
Hülchen dopiero dowiaduję się o tym.
- Jak to? - krzyknął minister, nie posiadając się ze zniecierpliwienia.
- I Hülchen już wie o tym?
- A! - zawołała, wchodząc, pani Reuss. - I ona, i cały świat, i wszyscy
o tym tylko mówią, że nareszcie masz rozum i biednej kobiecie za kratami
więdnąć nie dasz.
To mówiąc, posunęła się ku Annie, badając ją oczyma, rozpatrując się w niej, jak znawca pięknych koni patrzyłby na zwierzę na targ
wyprowadzone.
- Jak się masz, droga hrabino? - rzekła, wyciągając ku niej obie ręce. -
Jakżem rada, że cię tu powitać mogę, gdzie jest właściwe miejsce twoje.
Pierwsza się tu zjawiam, ale wierz mi, że nie ciekawość mnie tu
sprowadza, tylko chęć usłużenia ci. Jesteś jutro na balu u królowej,
pustelnico moja śliczna, przybywasz dziś, nie znasz Drezna. Każże mi
sobie pomóc. Ja i Vitzthum niepokoiłyśmy się zawczasu o ciebie. Biedna
ty nasza strwożona ptaszyno!
W czasie tego przemówienia ta, którą hrabina Reuss nazwała spłoszoną
ptaszyną, stała tak dumna i jaśniejąca siłą, wcale nie zatrwożona, jakby
tu panowała od dawna.
- Dziękuję wam pięknie - odezwała się spokojnie - właśnie mąż mi
powiedział, że mam być na balu. Lecz jestże to koniecznością? Czy nie
mam prawa zachorować choćby ze strachu, że mnie tak nadzwyczajne
szczęście spotyka?
- Nie życzyłabym ci tego pretekstu używać - odpowiedziała hrabina Reuss,
którą Hoym ze swojego gabinetu, podawszy jej rękę, przeprowadzał właśnie
do ponurej sali audiencjonalnej - nikt nie uwierzy w chorobę,
popatrzywszy na ciebie, co wyglądasz jak Juno, pełna blasku zdrowia i siły, nikt nie da wiary przestrachowi, boś nieulękniona.
Vitzthumowa wzięła pod rękę Annę i korzystając z tego, że ją brat
wyprzedzał nieco, szepnęła na ucho:
- Kochana Anno! Nie masz się zaprawdę ani czego trwożyć, ani wymawiać;
raz przecie wyjdziesz z tej niewoli, którą dla ciebie opłakiwałam.
Zobaczysz dwór, króla, świetność naszą, której równej nie ma w Europie.
Ja ci pierwsza winszuję. Jestem przekonana, że los najszczęśliwszy cię
czeka...
- Jam tak do mojego więzienia i ciszy nawykła - cicho rzekła Anna - iż
mi już nad nie nic więcej nie było potrzeba.
- Hoym mój - dodała Vitzthumowa - spali się z zazdrości!
I śmiać się poczęła do rozpuku.
Trzy panie, którym towarzyszył pomieszany minister, stały w sali
jeszcze, gdy służący odwołał Hoyma, za którym się drzwi gabinetu
zamknęły. Hrabina Reuss pierwsza usiadła, pochylając się ku pięknej
gospodyni.
- Droga moja - szepnęła - bardzom rada, że pierwsza cię witam
rozpoczynającą życie nowe. Wierz mi, mogę ci się przydać na co. Hoym
niechcący podstawił ci pod nogi podnóżek, po którym wejść możesz wysoko.
Jak anioł jesteś piękna!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki