Hrabina Charny część II - Aleksander Dumas (ojciec)

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II

WIEŻA NA MOŚCIE W VARENNES.

Wśród tych nieszczęśliwych, zatrzymanych na gościńcu, zagrożonych niebezpieczeństwem nieznanem, a strasznem, panowało przez chwilę niewysłowione zgnębienie. Izydor otrząsnął się pierwszy. - Najjaśniejszy panie - rzekł - czy brat mój żyje czy umarł, nie myślmy o nim, lecz o Waszej królewskiej mości. Niema chwili do stracenia; pocztyljoni wiedzą, gdzie hotel Wielkiego Monarchy. Galopem, dalej! Ale pocztyljoni nie ruszają z miejsca. - Nie słyszeliście? - pyta Izydor. - Owszem. - A więc czemu nie jedziecie? - Bo pan Drouet zakazał. - Jakto! pan Drouet zakazał? Kiedy król rozkazuje, wy słuchacie pana Drouet? - Słuchamy narodu. - Dalej, panowie!.. rzecze Izydor do swoich dwóch towarzyszy - w niektórych chwilach nic życie ludzkie nie znaczy; niech każdy z was załatwi się z jednym z tych ludzi; ja podejmuję się tego; będziemy sami powozić. I biorąc za kołnierz najbliższego z pocztyljonów, opiera mu ostrze noża na piersi. Królowa widząc błyskające noże, wydaje okrzyk: - Panowie!... mówi - panowie! przez litość! Potem do pocztyljonów odzywa się: - Przyjaciele, pięćdziesięcioma luidorami podzielicie się zaraz a pięćset franków rocznej pensji każdemu z was, jeżeli ocalicie króla. Pocztyljoni, bądź przestraszeni zamiarami trzech młodych ludzi, bądź ujęci ofiarą, poganiają konie. Pan de Prefontaine wraca do siebie i zamyka się. Izydor galopuje przed karetą. Idzie o to aby przebyć miasto i most, stamtąd w pięć minut stanąć można w hotelu pod Wielkim Monarchą. Powóz jedzie brzegiem dolnego miasta. Ale, przybywszy do sklepienia na moście pod wieżą zastają połowę bramy przymkniętą. Otwierają tę połowę; kilka bryczek tamuje przejazd na moście. - Do mnie, panowie!.. woła Izydor, zeskakując z konia i usuwając bryczki. W tej chwili dały się słyszeć pierwsze uderzenia bębna i dzwony na alarm. Drouet dopełnia dzieła. - A! nędzniku! woła Izydor, zgrzytając zębami - jeśli cię odnajdę... I niespodzianym wysiłkiem usuwa na bok jednę z bryczek, kiedy panowie de Malden i de Valory usuwają drugą. Trzecia została jeszcze. - Mniejsza o trzecią! - rzecze Izydor. Jednocześnie powóz wjeżdża pod sklepienie. Nagle za trzecią bryczką ukazują się lufy karabinów. - Panowie, ani kroku dalej, lub zginiecie!.. mówi głos jakiś. - Panowie, panowie!.. rzecze król, wychylając głowę - nie próbujcie przemocy, zakazuję wam. Oficerowie i Izydor cofają się o krok w tył. - Czego chcecie od nas? - pyta król. W tej chwili w karecie zabrzmiał okrzyk przerażenia. Oprócz ludzi, zagradzających drogę na moście, kilku z nich wślizgnęło się za powóz i we drzwiczki wsunęły lufy karabinów. Jeden z nich skierowano ku piersi królowej. Izydor wszystko widział; rzuca się i usuwa karabin. - Ognia! ognia! - woła kilka głosów. Jeden z ludzi usłuchał; na szczęście broń jego spudłowała. Izydor podnosi rękę i nożem myśliwskim chce zasztyletować tego człowieka; królowa ramię jego wstrzymuje. - A! Najjaśniejsza pani - woła Izydor wściekły - na miłość Boską pozwól mi pozbyć się tego podłego motłochu! - Nie, panie - rzecze królowa - broń do pochwy! czy słyszysz pan? Izydor usłuchał w połowie; opuścił nóż, ale go do pochwy nie schował. - A! jeżeli spotkam Droueta! - szepnął. - O! jego - rzekła królowa, ściskając mu rękę z niezwykłą siłą - jego ci oddaję. - Ależ, moi panowie - powtórzył król, czego właściwie żądacie? - Chcemy obejrzeć paszporta - odparły trzy głosy. - Paszporta? Dobrze! - rzekł król. Niech przyjdą urzędnicy miejscy, to pokażemy. - O! doprawdy, za wiele robimy ceremonji - zawołał, mierząc strzelbą królowi w twarz, człowiek, którego broń spudłowała. Ale dwaj oficerowie rzucili się ku niemu i przygnietli. W walce broń wystrzeliła, ale kula nie dosięgła nikogo. - Hola! - zawołał głos jakiś - kto strzelił?... Człowiek, leżący na ziemi, u stóp dwóch oficerów przybocznej straży, ryknął, wołając: - Do mnie! ratunku! Kilku innych ludzi uzbrojonych, przybiegło mu na pomoc. Oficerowie dobyli swych noży myśliwskich, gotowi do walki. Król i królowa czynili bezskuteczne usiłowania, aby powstrzymać i jednych i drugich; miała rozpocząć się walka zacięta, straszna, śmiertelna. W tej chwili dwóch ludzi rzuciło się w środek tego zamieszania. Jeden przepasany trójkolorową szarfą, drugi w mundurze. Pierwszy był to prokurator gminy Sausse. Drugim, w mundurze, dowódzca gwardji narodowej Hannonet. Za nimi, przy świetle dwóch pochodni, błyszczało kilkadziesiąt strzelb. Król pojął, że ci dwaj ludzie, jeśli nie byli pomocą, to przynajmniej opieką. - Panowie - rzekł - gotów jestem oddać się wam, jak i osoby, towarzyszące mi; ale brońcie nas od brutalstwa tych ludzi. I wskazał uzbrojonych obywateli. - Opuścić broń. panowie! - zawołał Hannonet. Usłuchano go, pomrukując. - Pan nam wybaczysz - rzekł do króla prokurator gminy - ale rozeszła się pogłoska, że Jego królewska mość Ludwik XVI, ucieka, i obowiązkiem naszym jest przekonać się, czy to prawda. - Przekonać się, czy to prawda? - zawołał Izydor. - Jeżeli prawda i w powozie tym siedzi król, to powinniście być u stóp króla; jeżeli przeciwnie, jest to osoba prywatna, jakiem ją prawem zatrzymujecie? - Panie - rzekł Sausse, zwracając się do króla - do was mówię; czy zechcecie mi zrobić zaszczyt i odpowiedzieć?... - Najjaśniejszy Panie - szepnął Izydor pocichu - zyskuj Wasza królewska mość na czasie; pan de Damas i jego dragoni przybędą niezawodnie. - Masz słuszność - rzekł król. I odpowiadając panu Sausse. - A jeśli nasze paszporta są w porządku - rzekł - czy dozwolicie nam puścić się w dalszą drogę? - Bezwątpienia - odparł Sausse. - A więc, pani baronowo - rzekł król, zwracając się do pani de Tourzel - bądź tak dobrą, poszukaj pani paszportu i oddaj go tym panom. Pani de Tourzel pojęła, co król chciał wyrazić, mówiąc: - Bądź pani łaskawa poszukać paszportu. Zaczęła szukać w rzeczy samej, ale tam gdzie go nie było. - Ej - rzekł głos jakiś groźny i niecierpliwy - widzicie, że wcale nie mają paszportu! - Owszem, panowie - powiedziała królowa - mamy go; ale, nie wiedząc, że go żądać będą, pani baronowa Korff gdzieś go zarzuciła. Wycie jakieś ozwało się w tłumie, dowodzące, że nie da się omamić. - Oto rzecz najprostsza - rzekł Sausse - pocztyljoni! wieźcie powóz do mojego sklepu; tam ci państwo wysiądą i wszystko się wyjaśni. Pocztyljoni, naprzód! Panowie gwardja narodowa, eskortujcie powóz. Zakrawało to zbyt na rozkaz, aby się ktokolwiek próbował opierać. Żresztą dzwoniono ciągle na gwałt, bito w bęben, a tłum, otaczający powóz, wzrastał z każdą chwilą. Powóz ruszył. - O! pan de Damas! pan de Damas! - szepnął król - niechajby przybył, zanim do tego przeklętego domu dojedziemy. Królowa nic nie mówiła; myślała o Charnym, tłumiła westchnienia i powstrzymywała łzy. Przybyli do sklepu pana Sausse, nic o panu de Damas nie słysząc. Co się stało z nim? co przeszkadzało szlachcicowi, którego poświęcenie znano, wypełnić rozkazy króla? Powiemy to w dwóch słowach, aby raz wyszedł na jaw każdy ciemny punkt tej strasznej historji. Pan de Dames miał wraz z wojskiem udać się za królem. W tejże chwili, gdy wyjmował z biurka pieniądze i papiery, których ani z sobą wziąć, ani tu zostawić nie chciał, zajęty tem, nie uważał jak kilku członków rady miejskiej weszło do pokoju. Jeden z nich zbliżył się do hrabiego: - Czego pan chcesz? - spytał tenże, zdziwiony niespodziewaną wizytą i prostując się, aby ukryć parę pistoletów na kominku. - Panie hrabio - odparł jeden z odwiedzających grzecznie ale stanowczo - chcemy wiedzieć, czemu odjeżdżasz o tej godzinie? Pan de Damas spojrzał zdziwiony na tego, który pozwalał sobie zadać podobne pytanie wyższemu oficerowi armji królewskiej. - Ależ - odpowiedział - to rzecz bardzo prosta; jadę o tej godzinie, bo odebrałem rozkaz. - W jakim celu jedziesz, panie pułkowniku? - nalegał pytający. Pan de Dames utkwił w nim wzrok zdziwiony. - W jakim celu jadę?.. Sam nie wiem, a gdybym nawet wiedział, to nie wambym wyjawił. Deputaci municypalności zachęcali się, i ten, który już do pana de Damas przemawiał, ciągnął dalej: - Panowie - rzekł - życzeniem municypalności w Clermont jest, abyś pan wyjechał jutro rano, nie dziś wieczorem. Pan de Damas uśmiechnął się, uśmiechem żołnierza, od którego żądają bądź przez nieświadomość, bądź z chęcią onieśmielenia, czegoś, co się z prawami karności nie zgadza. - A! - rzekł - życzeniem municypalności jest, abym został do jutra rana? - Tak. - A więc, powiedz pan, municypalności Clermonckiej, że nadzwyczaj żałuję, iż jej życzeniu odmówić muszę, ponieważ żadne znane mi prawo nie upoważnia municypalności, aby tamowała przechód wojska. Ja zaś odbieram rozkazy od mego wodza wojskowego i oto rozkaz wyjazdu. Mówiąc to, pan de Damas pokazał rozkaz swój deputatom municypalności. Ten, który stał najbliżej hrabiego, wziął go do rąk i oddał swym towarzyszom; pan de Damas tymczasem zdjął z kominka pistolety, dotąd jego osobą zasłonięte. Obejrzawszy wraz z towarzyszami podany mu papier: - Panie - rzekł członek municypalności, który już był przemawiał - im pilniejszym jest ten rozkaz, tembardziej sprzeciwiać mu się musimy, bo zapewne nakazuje on rzecz niezgodną z interesem Francji. Oświadczam więc, że w imieniu narodu aresztuję pana. - A ja panowie - rzekł hrabia, ukazując pistolety i zwracając je do najbliższych członków municypalności - oświadczam wam, że jadę. Członkowie municypalności nie spodziewali się takiej pogróżki; pod pierwszem wrażeniem strachu, czy zdziwienia, usunęli się przed panem de Damas. Ten przeskoczył próg salonu, rzucił się przez drzwi przedpokoju, które na dwa spusty zamknął, znalazł konia przed progiem, a przybywszy pędem na plac, gdzie zastał swój pułk gotowy, rzekł do jednego ze swych oficerów, pana de Floirac: - Musimy się wywinąć stąd, jak będzie można, ale najważniejsze to, że król ocalony. Dla pana de Damas, który nie wiedział o wyjeździe Droueta z Sainte-Menehould i o buncie w Clermont, król był ocalony, bo minął Clermont i jechał do Varennes, gdzie stali huzarzy pod dowództwem panów Juljusza de Bouille i de Raigecourt. Ale dla większej ostrożności zwrócił się do kwatermistrza pułku, który jeden z pierwszych przybył na plac ze swymi dragonami: - Panie Remy - rzekł mu pocichu - jedź; udaj się drogą do Varennes, i co koń wyskoczy goń za powozami, które jadą tamtędy; odpowiesz mi za nie swoją głową! Kwatermistrz pojechał z kilkoma huzarami, ale zaraz za Clermont, przybywszy na rozstajne drogi, udał się w przeciwną stronę i zabłądził. Wszystko wzięło fatalny obrót w tej fatalnej nocy! Na placu wojsko zbierało się powoli. Członkowie municypalności, zamknięci u pana de Damas, wyszli z łatwością, drzwi wyważywszy; podniecali naród i gwardję narodową zbierającą się daleko chętniej i gorliwiej od dragonów. Za każdem poruszeniem swojem, pan de Damas widział, że wzięty był na cel przez kilka karabinów. Widział zafrasowanych żołnierzy, przebiegając szeregi, chciał ożywić poświęcenie dla króla, ale żołnierze spuszczali głowy. Jakkolwiek nie wszyscy się jeszcze zebrali, sądził, że wielki czas już jechać; wydał rozkaz wymarszu, ale nikt się nie ruszył. Tymczasem oficerowie miejscy wołali: - Dragoni! wasi oficerowie są zdrajcy! wiodą was na rzeź. Dragoni są patrjoci!.. Niech żyją dragoni! Do ludu i gwardji narodowej wołali; - Niech żyje naród! Pan de Damas głośniej rozkaz swój powtórzył, ale, odwróciwszy się ujrzał, jak dragoni z drugiego szeregu zeskoczyli z koni i bratali się z ludem. Odtąd pojął, że niczego po ludziach swych spodziewać się nie może. Zebrał koło siebie oficerów w mgnieniu oka: - Panowie - rzekł - żołnierze zdradzają króla... Odwołuje się do szlachty: kto mnie kocha, za mną! Do Varennes! I zagłębiając ostrogi w boku konia, rzucił się w tłum; za nim pan de Floirac i trzej inni oficerowie, a raczej podoficerowie. Kilku wiernych dragonów poszło w ślady pana de Damas. Kilka kul świsnęło za uciekającymi, ale bez skutku. Takim to sposobem pan de Damas i jego dragoni nie znaleźli się w obronie króla, kiedy król, zatrzymany przy wieży w Varennes, musiał się udać do domu prokuratora gminy, pana Sausse.

I

JAN BAPTYSTA DROUET.

Słowa króla. Zasięgniemy tu objaśnień , tłomaczyły się tem, że po prawej stronie drogi, stały dwa lub trzy domki, jak wysunięte naprzód szyldwachy miasta górnego.

Jeden nawet z nich, bliższy, na turkot kół otworzono, i światło przeciskało się przez szczelinę. Królowa wysiadła, a ująwszy pod rękę pana de Malden, podeszła do tegoż domu. Ale za ich zbliżeniem, drzwi zamknięto. Jednakże zanim te drzwi zdążyły się zamknąć, pan de Malden, spostrzegłszy niegościnne zamiary gospodarza, zdołał pochwycić je i zatrzymać. Pod naciskiem pana de Malden drzwi otworzono. Za drzwiami stał człowiek, mogący mieć lat pięćdziesiąt, w szlafroku i w pantoflach. Nie bez zdziwienia uczuł się pokonanym w swoim własnym domu a zdziwienie jego było tem większe, gdy spostrzegł nieznajomego a za nim kobietę. Człowiek w szlafroku spojrzał na królowę, na którą padało światło, jakie trzymał w ręku i zadrżał. - Czego pan chcesz? - zapytał pana de Malden. - Panie... odparł oficer - nie znamy miasta Varennes, i prosimy cię, abyś był łaskaw wskazać nam drogę do Stenay. - A jeżeli to podstęp - powiedział nieznajomy - będę zgubiony? - A! panie!... rzekł pan de Malden - czy możesz się narażać na coś podobnego, oddając przysługę kobiecie, która się znajduje w niebezpiecznem położeniu. - Panie, odpowiedział człowiek w szlafroku - osoba, która za tobą stoi, to niezwykła kobieta... A nachylając się do ucha pana de Malden, dodał cicho: - To królowa! - Panie! - Poznałem ją. Królowa, która słyszała, czy odgadła co mówiono, pociągnęła w tył pana de Malden. - Zanim co nastąpi, rzekła - uprzedź pan króla, że jestem poznaną. Pan de Malden, w sekundę polecenie to spełnił. - Ha! więc - rzekł król - niech ten człowiek przyjdzie do mnie. Pan de Malden wrócił, a sądząc, że nie potrzebuje nic ukrywać, powiedział: - Król chce mówić z panem. Człowiek ów westchnął, a zrzuciwszy pantofle, ażeby najmniej hałasu robić, zbliżył się do drzwiczek powozu. - Pańskie nazwisko? - spytał król najprzód. - De Prefontaine, Najjaśniejszy Panie - odparł z wahaniem. - Czem pan jesteś? - Majorem kawalerji, kawalerem orderu Świętego Ludwika. - Podwójnie jako major i jako kawaler orderu, wykonałeś mi pan przysięgę na wierność, obowiązkiem więc twoim jest dopomóc mi w kłopocie. - Zapewne, wyjąknął major - ale błagam Waszą królewską mość o pośpiech; mogliby mnie zobaczyć. - Ej! panie!... rzekł pan de Malden - gdyby was widziano, tem lepiej! nigdy nie nadarzy ci się tak piękna sposobność spełnienia swego obowiązku! Major, który zdania tego nie podzielał, westchnął głęboko. Królowa litościwie wzruszała ramionami, a nogą tupała z niecierpliwości. Król dał jej znak, a zwracając się do majora, podjął: - Czy nie słyszałeś pan czasem o koniach, czekających tu na powóz i o huzarach, którzy tu mają stać od wczoraj? - Owszem, Najjaśniejszy Panie, konie i huzarzy stoją z drugiej strony miasta; konie w hotelu Wielkiego-Monarchy, huzarzy w koszarach zapewne. - Dziękuję, panu... Wróć do siebie, nikt cię nie widział. - Najjaśniejszy Panie! Król nie słuchając już więcej, podał rękę królowej, która wsiadła do powozu, a do oficerów straży przybocznej, rzekł: - Panowie na miejsca, i do Wielkiego-Monarchy! Oficerowie skoczyli na kozioł i zawołali do pocztyljonów: - Do Wielkiego-Monarchy! Ale w tejże chwili, jakiś cień na koniu, jakiś jeździec fantastyczny wypadł z lasu, a przecinając drogę poprzecznie: - Pocztyljoni! - zawołał - ani kroku dalej!... - Dlaczego? - spytali zdziwieni pocztyljoni. - Bo wieziecie króla, który ucieka... Otóż w imię narodu, zakazuję wam ruszyć się z miejsca! Pocztyljoni, którzy już mieli puścić powóz, zatrzymali się, pomrukując: - Król! Ludwik XVI widział, że chwila była stanowczą. - Kto pan jesteś?... zawołał. - Jakiem prawem wydajesz rozkazy? - Prosty obywatel.. ale reprezentuję prawo i przemawiam w imieniu narodu. Pocztyljoni, ani kroku, rozkazuję po raz drugi! Znacie mnie dobrze: jestem Jan Baptysta Drouet, syn pocztmistrza z Sainte-Menehould. - O! nieszczęsny! - zawołali oficerowie dobywając noży, i zeskakując z kozła, to on! Ale zanim stanęli na ziemi, Drouet wbiegł w ulicę dolnego miasta. - A! Charny! Charny!... szeptała królowa - co się z nim stało?... I rzuciła się w tył powozu, prawie obojętna na to, co zajść miało. Co się stało z Charnym, i jak z rąk jego wymknął się Drouet? Zawsze fatalność! Koń pana Dandonis dobrze biegł, ale Drouet wyprzedził o dwadzieścia minut hrabiego. Trzeba było te dwadzieścia minut powetować. Charny zagłębił ostrogi w boki konia, koń poskoczył, wypuścił parę z nozdrzy, i puścił się pędem. Drouet nie wiedząc, że jest ścigany, jechał co koń wyskoczy. Ale Drouet jechał na koniu pocztowym, a Charny miał rasowego. Tym sposobem, ujechawszy milę, Charny zyskał trzecią część drogi. Wtedy Drouet spostrzegłszy pogoń, podwoił usiłowań, aby umknąć temu, który go chciał prześcignąć. Przy końcu drugiej mili, Charny na przestrzeni zyskiwał w tym samym stosunku, a Drouet częściej oglądał się ze wzrastającym niepokojem. Drouet odjechał tak prędko, że nie wziął z sobą broni. Młody patrjota nie bał się śmierci, dowiódł tego późni ale obawiał się, aby go nie zatrzymano, obawiał się, aby nie ominęła go fatalna sposobność wsławienia nazwiska. Miał jeszcze dwie mile do Clermontu, a było prawie pewne, że będzie prześcignionym na pierwszej z nich, czyli na trzeciej od Sainte-Menehould. A dla podwojenia gorliwości niejako czuł przed sobą powóz królewski. Mówimy czuł; bo jakkolwiek było około wpół do dziesiątej wieczór, i w najdłuższych dniach roku, noc jednak już zapadła. Drouet podwoił razy szpicruty i popędzał konia ostrogą. Na trzy-czwarte mili od Clermont, Charny był tylko o dwieście kroków od niego. A ponieważ Drouet wiedział, że niema poczty w Varennes, bezwątpienia więc, król pojedzie drogą do Verdun. Drouet począł rozpaczać, zanim dopędzi króla, sam będzie dogoniony. O pół mili od Clermontu, słyszał galopującego konia za sobą, a koń Oliviera odpowiadał rżeniem pocztowemu wierzchowcowi. Trzeba było zrzec się pogoni, i stawić czoło przeciwnikowi; ale do odporu, Drouet nie miał broni. Nagle gdy Charny jest zaledwie o pięćdziesiąt kroków od niego, pocztyljoni, wracający z końmi krzyżują się z Drouetem. Drouet poznaje, że jechali z powozem króla. - A!... rzecze - to wy... Drogą do Verdun, nieprawda? - Co drogą do Verdun? - pytają pocztyljoni. - Mówię, powtarza Drouet - że powozy z któremiście jechali, udały się drogą do Verdun. I mija ich, ostatnim wysiłkiem swojego konia. - Nie!... wołają doń pocztyljoni - drogą do Varennes. Drouet ryknął z radości. Ocalony jest, a król zgubiony! Gdyby król jechał drogą do Verdun, Drouet musiałby także jechać prosto z Sainte-Menehould do Verdun. Ale król wybrał drogę do Varennes; droga ta skręca w lewo prawie pod kątem ostrym. Drouet rzuca się ku lasom Argońskim, których zna wszystkie zakręty, przerzynające las, kwadrans drogi zyska nad królem; a nadto osłonią go ciemności. Charny znający położenie okolicy, czuje, że Drouet mu się wymyka i wydaje okrzyk gniewu. Prawie jednocześnie z Drouetem wpada na niewielką płaszczyznę, oddzielającą las od drogi, wołając: - Stój! Stój! Ale Drouet nie odpowiada, schyla się nad szyją konia, podniecając go ostrogą, szpicrutą i głosem. Niech dosięgnie lasu, a będzie ocalony! Dosięgnie lasu, tylko musi przelecieć o dziesięć kroków od Oliviera. Charny wyjmuje pistolet, bierze go na cel: - Stój! - woła - lub zginiesz! Drouet schyla się na szyję konia, i bardziej jeszcze go nagli. Charny strzela, ale tylko iskry błysnęły w ciemności. Charny wściekły rzuca pistoletem na Droueta, bierze drugi, pędzi w las, a ujrzawszy uciekającego między drzewami, strzela doń; ale jak za pierwszym razem, jego pistolet pali na panewce! Wtedy to przypomina sobie, że pan Dandoins wołał coś, czego nie zrozumiał. - A! - myśli - omyliłem się zapewne i wziąłem jego konia, tym sposobem pistolety nie nabite. Mniejsza o to, dogonię tego nędznika, a jeśli trzeba, zduszę rękami! I goni dalej cień, który spostrzega w ciemności. Ale zaledwie sto kroków w nieznanym lesie ujechał, gdy koń jego pada w rów. Charny leci mu przez głowę, wstaje, skacze na siodło, ale Drouet już zniknął! Takim sposobem Drouet wymknął się Olivierowi, i przeleciał gościńcem, podobny do ducha groźnego, rozkazując pocztyljonom, wiozącym króla, aby nie ruszali się z miejsca. Pocztyljoni zatrzymali się, bo Drouet zaklął ich w imię narodu, które zaczyna być potężniejsze nad imię króla. Zaledwie Drouet zniknął w mieście, gdy usłyszano cwał zbliżającego się konia. Tą samą ulicą którą pobiegł Drouet, wracał Izydor. Daje on te same objaśnienia, jakich pan de Prefontaine udzielił: Konie pana de Choiseul, panowie de Bouille i de Raigecourt, są w hotelu Wielkiego Monarchy. Trzeci oficer pan de Rohrig, znajduje się z huzarami w koszarach. Chłopiec z kawiarni, który zakład zamykał, udzielił mu tych objaśnień. Ale zamiast radości, którą mniemał, że przynosi dostojnym podróżnym, widzi ich w najgłębszem osłupieniu pogrążonych. Pan de Prefontaine lamentuje; oficerowie grożą czemuś nieznanemu i niewidzialnemu.\ Izydor wstrzymuje się w opowiadaniu. - Co się stało, panowie? - pyta. - Czy nie widziałeś pan w tej ulicy pędzącego galopem człowieka? - pyta go król. - Owszem, Najjaśniejszy panie - rzecze Izydor. - Tym człowiekiem jest Drouet - powiada król. - Drouet!... woła Izydor z sercem rozdartem. - Więc brat mój nie żyje! Królowa krzyknęła i twarz ukryła w dłoniach.