Hrabina Charny część I - Aleksander Dumas (ojciec)

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II

MISTRZ GAMAIN.

Ślusarz podniósł kieliszek do wysokości oka i z upodobaniem przyglądał się napojowi.

Potem, kosztując go z zadowoleniem: - I owszem - powiedział - są ślusarze w Paryżu. Są nawet mistrze. Czy wy należycie do naszego cechu? - Prawie. Płatnerzem jestem... - Macie tu jaką swoją robotę? - Zobaczcie tę strzelbę. Ślusarz wziął strzelbę z rąk nieznajomego, przyjrzał się jej bacznie, przeczytał nazwisko na lufie i na kolbie: - Leclerc? - rzekł. - Niepodobna, kolego! Leclerc ma najwyżej lat dwadzieścia osiem, a my obaj zbliżany się do pięćdziesiątki, niech to was nie obraża. - To prawda... odparł nieznajomy - ja też nie jestem Leclerc, ale nakształt tego... Jestem jego nauczycielem. - A! doskonale! - zawołał śmiejąc się ślusarz, to tak jak gdybym powiedział: "nie jestem królem, ale nakształt tego". Jestem bowiem jego nauczycielem. - Oho! - odezwał się nieznajomy, miałżebym zaszczyt mówić z panem Gamainem? - W jego własnej osobie. - Do licha! odezwał się nieznajomy, nie wiedziałem, że mam do czynienia z człowiekiem tak znacznym. Niełatwa to rzecz, zapewne, być nauczycielem królewskim? Trzeba ciągle być w rękawiczkach... - Ależ nie!... Co do tego, była z nim prawdziwa rozkosz, bo to w gruncie, widzicie, bardzo poczciwy człowiek. Kiedy stanął w kuźni, fartuch zapasał, rękawy od koszuli zawinął, niktby nie powiedział, że to starszy syn Ludwika Świętego, jak go nazywają. Kiedy przyszedł do kuźni, nie trzeba było go wcale tytułować. Ja mu mówiłem jegomość, a on mnie nazywał Gamainem, tyle tylko, że mówiłem doń przez wy, a on do mnie przez ty. - Tak; ale jak nadeszła pora śniadania, albo obiadu, to posyłano Gamaina do oficyny, ze służbą. - Co nie, to nie! przepraszam, król nigdy tego nie uczynił; przeciwnie, kazał zawsze przynosić stół zastawiony do kuźni. Człowiek ten najprzyjemniej przepędzał czas w kuźni albo w swym gabinecie geograficznym, ze mną lub z bibljotekarzem; zdaje mi się nawet, ze wolał mnie. - Jakkolwiekbądź, zawsze to niezabawne być mistrzem złego ucznia. - Złego ucznia? - zawołał Gamain. - Bynajmniej: tego powiedzieć nie można. On nigdy nie będzie dobrym królem, on na to za poczciwy, a byłby doskonałym ślusarzem. - Ale powiedzcie-no prawdę.... Musiało to być z wielką dla was korzyścią, mieć ucznia takiego kalibru? - Właśnie że nie - i dlatego mam nawet urazę do tego waszego Ludwika XVI. Ludzie myślą, żem bogaty jak Krezus, a ja jestem jak Job biedny. - Biedny jesteście? A cóż on robił z pieniędzmi? - A no ba!... Połowę rozdawał ubogim, a drugą bogatym, tak, że nigdy nie miał grosza przy duszy. Panowie Coigny, Vaudreuil, Polignac toczyli go, biednego człowieka! - Tak, ale kiedy pracujecie z królem razem, zawsze się coś okroi?... - Alboż ja z nim teraz pracuję? Nasamprzod toby mnie skopromitowało! Od wzięcia Bastyli noga moja nie postała w pałacu. Raz czy dwa spotkałem się z nim. Za pierwszym razem było dosyć ludzi na ulicy, więc poprzestał na pozdrowieniu mnie; za drugim razem, było to na drodze do Sartory, byliśmy sami, kazał więc zatrzymać powóz... Przywitał się, zapytał o zdrowie żony i dzieci, a potem zaczął przetrząsać wszystkie kieszenie i zebrał dziewięć dukatów. - Oto wszystko, co mam przy duszy, mój poczciwy Gamainie - rzekł - wstyd mi, że nie mogę zdobyć się na lepszy podarek. - I przyznacie, że to istotnie wstyd nielada: król, który koledze, przyjacielowi, ofiaruje kiepskie dziewięć dukatów!... - A jak pomyślę - mówił dalej - że miał w piwnicach swoich przeszło dziesięć tysięcy butelek wina, że nigdy nie powiedział lokajowi: weź kosz wina i odnieś mojemu przyjacielowi Gamainowi, to doprawdy, że mnie ostatnia pasja porywa. Wolał wszystko lać w gardło swej straży przybocznej, Szwajcarom i żołnierzom z pułku flamdryjskiego! O, na dobre mu też to wyszło! - Co chcecie!... - rzekł nieznajomy potrosze wypróżniając kieliszek, tacy to są panowie, niewdzięcznicy! Ale cicho! już nie jesteśmy sami. Jakoż trzy osoby weszły do karczmy: dwaj mężczyźni z ludu i jedna rybaczka. Usiedli naprzeciwko stołu, przy którym nieznajomy z majstrem Gamainem kończyli drugą butelkę. Ślusarz rzucił na nich okiem i przypatrywał im się z uwagą. Z dwóch mężczyzn, jeden był krzywonogi i wyglądał na karła; wzrostem dochodził zaledwie do pięciu stóp. Drugi, wyglądał jak czapla na szczudłach. Podobieństwo jego z tym ptakiem było tem większe, że będąc garbatym, głowę utopił pomiędzy ramiona, tak, iż z niej nic prawie nie było widać, prócz dwojga oczu, wyglądających jak dwie plamy krwi, i nosa długiego a spiczastego nakształt dzioba. Trzeci, czy trzecia, jak chcecie, było to stworzenie dwoiste, u którego można było rozeznać gatunek, ale z trudnością płeć. Był to mężczyzna, czy była to kobieta lat trzydziestu kilku, w wykwintnym stroju rybaczki z łańcuchami i kolczykami złotymi, w chustce koronkowej. Rysy jej, o ile można było rozeznać poprzez warstwę bielidła i różu, były zlekka zatarte, jak u plemion zwyrodniałych. Głos zakrawał na sopran. - Znacie ich?... - zapytał Gamain. - Z widzenia - odpowiedział nieznajomy. A wy? - Zdaje mi się, że tę kobietę gdzieś widziałem. Jeżeli ich znacie, powiedzcie, kto oni są. - Ten koślawy, to Jan Paweł Marat, a ten garbaty - to Prosper Verrieres, a ta rybaczka - to książę d'Aiguillon. Dosłyszawszy nazwisko, rybaczka zadrżała i obejrzała się jednocześnie z dwoma mężczyznami. Wszyscy troje zrobili ruch, jakby chcieli powstać z krzeseł, dla okazania swego uszanowania. Ale nieznajomy położył palec na ustach i przeszedł obok nich spokojnie. Gamain udał się za nim, sądząc, że mu się śni to wszystko. Przy drzwiach potrącił go ktoś, zdający się uciekać, przed ludźmi, krzyczącym: - Kędziernik królowej!... kędziernik królowej!... Pośród tych ludzi biegnących i krzyczących, byli dwaj, którzy nieśli głowy, zasadzone na pikach. Były to głowy dwóch nieszczęśliwych ze straży przybocznej: Vauricourt'a i Deshuttes'a, odcięte od szyi i na ostrza pik zatknięte. Głowy te należały do oddaiału goniącego na nieszczęśliwym: do oddziału, który potrącił Gamaina. - A!... to pan Leonard, rzekł tenże. - Cicho!... - zawołał kędziernik wpadając do karczmy. - Czego oni chcą od niego?... - zapytał ślusarz nieznajomego. - Kto ich tam wie?... odpowiedział tenże, może chcą, ażeby uczesał głowy tych biedaków. I zmieszał się z tłumem, porzucając Gamaina, z którego musiał zapewne wydobyć wszystko co chciał.

I

KARCZMA PRZY MOŚCIE SEWRSKIM.

Przypomnijmy sobie niektóre wypadki z powieści "Anioł Pitoux", opisane w rozdziale zatytułowanym "Noc z piątego na szósty października" , i posłuchajmy, co się dalej stało.

Przed drzwiami, prowadzącemi do karczmy mostu Sewrskiego, stał podczas tej okropnej nocy człowiek lat czterdziestu pięciu do czterdziestu ośmiu, wyglądający <na robotnika, ubrany w spodnie aksamitne, osłonięte fartuchem z kieszeniami, nakształt tych, jakie noszą kowale lub ślusarze. Człowiek ten miał pod ręką dubeltówkę, bogato złotem wysadzaną, na lufie zaś tej dubeltówki wypisane nazwisko Leclerc, płatnerza, poczynającego nabywać wielkiej sławy pomiędzy arystokracją myśliwych paryskich. Człowiek ten przed godziną prawie przybył z Wersalu, i snać wiedział dobrze co się tam działo; bo na zapytanie karczmarza, podającego mu butelkę wina, której nawet nie rozpoczął, odpowiedział: Że królowa przybywa z królem i delfinem; Że wyjechali około południa; Że się wreszcie zdecydowali zamieszkać w pałacu Tuileryjskim. Potem dodał, że oczekuje tu dla zobaczenia orszaku. Po kilku chwilach, człowiek, ubrany prawie tak jak on i zdający się zajmować podobnem jemu rzemiosłem, zarysował się na wzgórku, ograniczającym poziom drogi. Człowiek ten szedł krokiem ociężałym, jak podróżny, który długą już odbył drogę. Oko nieznajomego zwróciło się ciekawie na zbliżającego się robotnika... Kiedy robotnik ten był o jakieś dwadzieścia kroków od karczmy, nieznajomy wszedł do karczmy, nalał z butelki wina i znowu powrócił do drzwi. - Hej!... kolego!.... - zawołał - pora chłodna, droga długa; nie zawadzi kropla wina na rozgrzewkę i wzmocnienie.. Robotnik, idący z Paryża spojrzał dokoła: - Czy do mnie mówicie?... - zapytał. - A do kogożby, skoro niema nikogo?... - I mnie częstujecie kieliszkiem wina?... - Czemużby nie?... - Aha!.... - Toć, bodaj, jednegośmy rzemiosła ludzie. Robotnik poraz drugi spojrzał na nieznajomego. - Wszyscy - rzekł - mogą być jednego rzemiosła; chodzi o to, czy kto w tem rzemiośle czeladnikiem jest, czy majstrem. - Zobaczymy to przy kieliszku i gawędce. - Niechże i tak będzie - powiedział robotnik, ku drzwiom się ubliżając. Nieznajomy ukazał mu stół i kieliszek. Wypili. - Cóż tutaj porabiacie?... - zapytał robotnik. - Przybywam z Wersalu, jak widzicie, i czekam na orszak królewski, który z królem, królową i delfinem powraca do Paryża. - Więc król zdecydował się przybyć do Paryża?... Domyśliłem się tego - rzekł robotnik, tej nocy o godzinie trzeciej z rana, kiedym musiał opuścić Wersal i udać się do Paryża na robotę. - Więc tak pilną robotę mieliście w Paryżu?... - Pilnie i dobrze płatną - odparł robotnik. - Zapewne trudna była robota?... Zamek tajemny, hę?!... - Nie. Drzwi ukryte... Dom w domu; jakby kto chciał się w nim ukrywać, nieprawdaż? Drzwi żelazne, rozumiecie, wepchnięte w mur jak w pudełko. Przeciągną po tem wszystkiem warstwę starego dębu i ani podobna będzie odróżnić drzewo od żelaza. - A gdzieżeście to u djabła robili? - Otóż w tem rzecz, że nie wiem. - Więc wam zawiązano oczy? - Właśnie! Czekano na mnie z powozem przy rogatce. Wsiadłem. Zawiązano mi oczy, powóz jechał z pół godziny, potem otwarła się brama, ogromna brama! trąciłem o pierwszy stopień podjazdu, zstąpiłem po dziesięciu stopniach i wszedłem do przedsionka. Zastałem tam służącego niemca. Ten zdjął mi przepaskę i pokazał, co jest do zrobienia. Wziąłem się do pracy, jak przystało na dobrego robotnika. W godzinę rzecz była skończona. Zapłacono mi pięknemi luidorami, zawiązano znów oczy, wsadzono do powozu, wysadzono na miejscu poprzedniem, pożegnano życzeniem szczęśliwej drogi, i oto jestem! - I nic nie widzieliście, nic a nic?... - Prawie nic! - Więc nie poznalibyście tego domu? - Nie - rzekł ślusarz. Nieznajomy wyglądał na dość zadowolonego z tego upewnienia. - Ależ - odezwał się nagle, jakby przechodząc do innego porządku myśli - czyż to już niema ślusarzy w Paryżu, że po ludzi, którzy urządzają drzwi skryte, muszą posyłać do Wersalu? I jednocześnie nalał pełen kieliszek wina towarzyszowi, uderzając o stół butelką próżną, by gospodarz ukazał się z pełną.