Ślusarz podniósł kieliszek do
wysokości oka i z upodobaniem przyglądał się napojowi.
Potem, kosztując go z zadowoleniem:
- I owszem - powiedział - są ślusarze w Paryżu. Są nawet
mistrze. Czy wy należycie do naszego cechu?
- Prawie. Płatnerzem jestem...
- Macie tu jaką swoją robotę?
- Zobaczcie tę strzelbę.
Ślusarz wziął strzelbę z rąk nieznajomego, przyjrzał się jej
bacznie, przeczytał nazwisko na lufie i na kolbie:
- Leclerc? - rzekł. - Niepodobna, kolego! Leclerc ma
najwyżej lat dwadzieścia osiem, a my obaj zbliżany się do
pięćdziesiątki, niech to was nie obraża.
- To prawda... odparł nieznajomy - ja też nie jestem
Leclerc, ale nakształt tego... Jestem jego nauczycielem.
- A! doskonale! - zawołał śmiejąc się ślusarz, to tak jak
gdybym powiedział: "nie jestem królem, ale nakształt tego". Jestem
bowiem jego nauczycielem.
- Oho! - odezwał się nieznajomy, miałżebym zaszczyt mówić z
panem Gamainem?
- W jego własnej osobie.
- Do licha! odezwał się nieznajomy, nie wiedziałem, że mam
do czynienia z człowiekiem tak znacznym. Niełatwa to rzecz,
zapewne, być nauczycielem królewskim? Trzeba ciągle być w
rękawiczkach...
- Ależ nie!... Co do tego, była z nim prawdziwa rozkosz, bo
to w gruncie, widzicie, bardzo poczciwy człowiek. Kiedy stanął w
kuźni, fartuch zapasał, rękawy od koszuli zawinął, niktby nie
powiedział, że to starszy syn Ludwika Świętego, jak go nazywają.
Kiedy przyszedł do kuźni, nie trzeba było go wcale tytułować. Ja mu
mówiłem jegomość, a on mnie nazywał Gamainem, tyle tylko, że
mówiłem doń przez wy, a on do mnie przez ty.
- Tak; ale jak nadeszła pora śniadania, albo obiadu, to
posyłano Gamaina do oficyny, ze służbą.
- Co nie, to nie! przepraszam, król nigdy tego nie uczynił;
przeciwnie, kazał zawsze przynosić stół zastawiony do kuźni.
Człowiek ten najprzyjemniej przepędzał czas w kuźni albo w swym
gabinecie geograficznym, ze mną lub z bibljotekarzem; zdaje mi się
nawet, ze wolał mnie.
- Jakkolwiekbądź, zawsze to niezabawne być mistrzem złego
ucznia.
- Złego ucznia? - zawołał Gamain. - Bynajmniej: tego
powiedzieć nie można. On nigdy nie będzie dobrym królem, on na to
za poczciwy, a byłby doskonałym ślusarzem.
- Ale powiedzcie-no prawdę.... Musiało to być z wielką dla
was korzyścią, mieć ucznia takiego kalibru?
- Właśnie że nie - i dlatego mam nawet urazę do tego waszego
Ludwika XVI. Ludzie myślą, żem bogaty jak Krezus, a ja jestem jak
Job biedny.
- Biedny jesteście? A cóż on robił z pieniędzmi?
- A no ba!... Połowę rozdawał ubogim, a drugą bogatym, tak,
że nigdy nie miał grosza przy duszy. Panowie Coigny, Vaudreuil,
Polignac toczyli go, biednego człowieka!
- Tak, ale kiedy pracujecie z królem razem, zawsze się coś
okroi?...
- Alboż ja z nim teraz pracuję? Nasamprzod toby mnie
skopromitowało! Od wzięcia Bastyli noga moja nie postała w pałacu.
Raz czy dwa spotkałem się z nim. Za pierwszym razem było dosyć
ludzi na ulicy, więc poprzestał na pozdrowieniu mnie; za drugim
razem, było to na drodze do Sartory, byliśmy sami, kazał więc
zatrzymać powóz... Przywitał się, zapytał o zdrowie żony i dzieci,
a potem zaczął przetrząsać wszystkie kieszenie i zebrał dziewięć
dukatów.
- Oto wszystko, co mam przy duszy, mój poczciwy Gamainie -
rzekł - wstyd mi, że nie mogę zdobyć się na lepszy podarek.
- I przyznacie, że to istotnie wstyd nielada: król, który
koledze, przyjacielowi, ofiaruje kiepskie dziewięć dukatów!...
- A jak pomyślę - mówił dalej - że miał w piwnicach swoich
przeszło dziesięć tysięcy butelek wina, że nigdy nie powiedział
lokajowi: weź kosz wina i odnieś mojemu przyjacielowi Gamainowi, to
doprawdy, że mnie ostatnia pasja porywa. Wolał wszystko lać w
gardło swej straży przybocznej, Szwajcarom i żołnierzom z pułku
flamdryjskiego! O, na dobre mu też to wyszło!
- Co chcecie!... - rzekł nieznajomy potrosze wypróżniając
kieliszek, tacy to są panowie, niewdzięcznicy! Ale cicho! już nie
jesteśmy sami.
Jakoż trzy osoby weszły do karczmy: dwaj mężczyźni z ludu i
jedna rybaczka. Usiedli naprzeciwko stołu, przy którym nieznajomy z
majstrem Gamainem kończyli drugą butelkę.
Ślusarz rzucił na nich okiem i przypatrywał im się z uwagą.
Z dwóch mężczyzn, jeden był krzywonogi i wyglądał na karła;
wzrostem dochodził zaledwie do pięciu stóp.
Drugi, wyglądał jak czapla na szczudłach. Podobieństwo jego
z tym ptakiem było tem większe, że będąc garbatym, głowę utopił
pomiędzy ramiona, tak, iż z niej nic prawie nie było widać, prócz
dwojga oczu, wyglądających jak dwie plamy krwi, i nosa długiego a
spiczastego nakształt dzioba.
Trzeci, czy trzecia, jak chcecie, było to stworzenie
dwoiste, u którego można było rozeznać gatunek, ale z trudnością
płeć. Był to mężczyzna, czy była to kobieta lat trzydziestu kilku,
w wykwintnym stroju rybaczki z łańcuchami i kolczykami złotymi, w
chustce koronkowej. Rysy jej, o ile można było rozeznać poprzez
warstwę bielidła i różu, były zlekka zatarte, jak u plemion
zwyrodniałych. Głos zakrawał na sopran.
- Znacie ich?... - zapytał Gamain.
- Z widzenia - odpowiedział nieznajomy. A wy?
- Zdaje mi się, że tę kobietę gdzieś widziałem. Jeżeli ich
znacie, powiedzcie, kto oni są.
- Ten koślawy, to Jan Paweł Marat, a ten garbaty - to
Prosper Verrieres, a ta rybaczka - to książę d'Aiguillon.
Dosłyszawszy nazwisko, rybaczka zadrżała i obejrzała się
jednocześnie z dwoma mężczyznami.
Wszyscy troje zrobili ruch, jakby chcieli powstać z krzeseł,
dla okazania swego uszanowania. Ale nieznajomy położył palec na
ustach i przeszedł obok nich spokojnie.
Gamain udał się za nim, sądząc, że mu się śni to wszystko.
Przy drzwiach potrącił go ktoś, zdający się uciekać, przed
ludźmi, krzyczącym:
- Kędziernik królowej!... kędziernik królowej!...
Pośród tych ludzi biegnących i krzyczących, byli dwaj,
którzy nieśli głowy, zasadzone na pikach.
Były to głowy dwóch nieszczęśliwych ze straży przybocznej:
Vauricourt'a i Deshuttes'a, odcięte od szyi i na ostrza pik
zatknięte.
Głowy te należały do oddaiału goniącego na nieszczęśliwym:
do oddziału, który potrącił Gamaina.
- A!... to pan Leonard, rzekł tenże.
- Cicho!... - zawołał kędziernik wpadając do karczmy.
- Czego oni chcą od niego?... - zapytał ślusarz
nieznajomego.
- Kto ich tam wie?... odpowiedział tenże, może chcą, ażeby
uczesał głowy tych biedaków.
I zmieszał się z tłumem, porzucając Gamaina, z którego
musiał zapewne wydobyć wszystko co chciał.