1
Redakcja nie była duża, prezentowała się raczej skromnie: jedno większe
pomieszczenie mieszczące stanowiska pracy kilku dziennikarzy, czyli dwa
długie stoły, na których wśród mnóstwa szpargałów stały komputery,
ponadto odgrodzony przeszkloną ścianką gabinet naczelnego plus salka
konferencyjna, gdzie na co dzień można było jeść i parzyć sobie kawę.
Oprócz tego pokoiki administracji przy dość ciemnym, wąskim korytarzu,
na którego końcu znajdowała się miniaturowa toaleta. Eryk Morski,
przyzwyczajony do standardów stolicy, był trochę zaskoczony, ale nawet
mile: spodobało mu się tutaj. Przytulne kameralne wnętrze, luz oraz
atmosfera twórczej pracy zdawały się czymś odświeżającym, jakże
odmiennym od jego dotychczasowych doświadczeń. Gdy pierwszego dnia
pojawił się tu po południu, by dopełnić formalności i obejrzeć biuro,
nie było już większości dziennikarzy, nowi koledzy jednak - ci, którzy
się zasiedzieli - przyjęli go życzliwie, oprowadzili, opowiedzieli kilka
anegdotek z życia "Przeglądu Pomorskiego", a także bez oporów
odpowiedzieli na pytania. Morski dowiedział się na przykład, że od
pandemii redakcja mocno się skurczyła, przynajmniej stacjonarnie, gdyż
wydawca postawił na wersję internetową gazety i gros żurnalistów,
podobnie jak graficy czy korektorzy, pracuje teraz zdalnie. I że
przypuszczalnie on też dołączy do tego grona, bo jego działka raczej nie
wymaga stałej obecności za biurkiem, tyle że na początku naczelny woli
mieć na nowego pracownika oko.
- Bo to ty masz się zajmować tym, no wiesz... tym naszym Archiwum X, tak?
- upewnił się wysoki blondynek w okularach i flanelowej koszuli.
- Archiwum X? - zdziwił się Morski. - Tak to nazywacie?
- Nieoficjalnie! - parsknął rozmówca. - Tylko między sobą. Rozumiesz. Że
niby tam się grzebie w starych sprawach kryminalnych i tak dalej.
Niewyjaśnionych.
Eryk wzruszył ramionami.
- Mam się zajmować zagadkami historycznymi - odparł. - Można to nazwać
Archiwum X, czemu nie? - Uśmiechnął się. - Dzięki za wprowadzenie,
chłopaki. Miło było, ale czas na mnie.
- No to do jutra, stary. Czekaj, odprowadzę cię, bo pewnie już zamknęli
główne wejście. - Niski, łysy trzydziestolatek podniósł się zza biurka.
- Czyli będziesz pracował razem z Niną? - dodał po drodze.
- Podobno z... - Morski grzebał w pamięci, by wydobyć z jej czeluści imię
i nazwisko swojej nowej partnerki. - Chyba Nina, ale nazwiska nie mogę
sobie przypomnieć, takie nietypowe, jakby arystokratyczne...
- Nina Kiryłło - pomógł mu łysol. - No, no, stary... Z jednej strony można
ci pozazdrościć, a z drugiej współczuć. - Zaśmiał się pod nosem.
- Aż tak? Bo? - Morski przystanął.
- E, co ja ci będę gadał... jutro sam się przekonasz. To nasza gwiazda,
tyle ci mogę zdradzić. Była w ekipie, która zakładała tę gazetę. A wasza
kanciapa jest po tych schodkach w dół. Obok archiwum - wyjaśnił. - Żaden
tam luksus, ciasna klitka, ale przynajmniej nie na widoku.
- Tyle wiem. Jeszcze raz dzięki...
Kilka godzin wcześniej
- Musiałaś? - Z pretensją w głosie Nina zaatakowała szefową. - Serio?
Dobrze wiesz, że poradziłabym sobie sama... na tym zesłaniu.
Siedziały w boksie (szumnie zwanym gabinetem) zastępcy redaktora
naczelnego. Funkcję tę pełniła od lat Marzanna Kowalska, poniekąd stara
przyjaciółka Niny Kiryłło, a zarazem jej osobista przeciwniczka. Nina
nie do końca potrafiła się zdecydować, co bardziej. Obie przed laty
zakładały tę gazetę, były tutaj od zawsze. Kowalską nazywano duchem
"Przeglądu", to ona nadawała mu kształt i charakter, dla zespołu zawsze
była i pozostanie "naczelną". Kiryłło robiła za jego legendę i trochę za
szarą eminencję. Była znana, ceniona, cieszyła się szacunkiem i podziwem. Nawet mimo swoich dziwactw. Formalny naczelny gościł tutaj
rzadko i głównie w celach kontrolnych, oficjalnie natomiast urzędował w siedzibie wydawcy, a przynajmniej było tak, od kiedy zmuszone zostały
sprzedać tytuł międzynarodowej korporacji. Na szczęście nie wtrącał się
zanadto w politykę tygodnika. Interesowały go przede wszystkim reklamy i od czasu do czasu teksty sponsorowane. Z tego powodu Kiryłło wiedziała,
że decyzja o przeniesieniu jej do nowo utworzonej komórki - nieco
prześmiewczo nazywanej przez dziennikarzy Archiwum X - należała do
Kowalskiej. A teraz się okazało, że ma pracować z jakimś dupkiem z Warszawki...
- Na jakim zesłaniu, nie dramatyzuj! - odparła oburzona Marzanna. -
Dostałaś samodzielny dział, jeszcze ci źle?
- Jestem dziennikarką śledczą. Moją działką zawsze były sprawy
kryminalne. Kryminalne, a nie jakieś pierdy z odmętów historii! - Nina
ze złością zaanektowała kubek z kawą, który stał obok komputera
szefowej.
- Chcesz kawy? - zapytała Kowalska spokojnie.
- Ta mi wystarczy. Zrób sobie nową.
- Dzięki, kochana, bardzo jesteś łaskawa. A teraz posłuchaj. Nadal
zajmujesz się sprawami kryminalnymi, tyle że tymi, których policji nie
udało się rozwiązać. Rezygnujemy ze śledztw dziennikarskich i dobrze
wiesz dlaczego...
- Uważasz, że już się do tego nie nadaję? Wypaliłam się? A może chcesz
mnie wysłać na emeryturę?
Marzanna pokręciła głową z dezaprobatą i ostentacyjnie wypuściła
powietrze z płuc.
- Nie bądź kretynką - powiedziała. - Ciebie nikt nie zmusi do przejścia
na emeryturę, a jeśli o mnie chodzi, to możesz tu sobie siedzieć do
grobowej deski. Rzecz w tym, że podczas twojej ostatniej sprawy gangusy
groziły ci śmiercią, a redakcji podłożeniem bomby. Wydawca się wreszcie
zbuntował. Rzadko nam cokolwiek narzucają, ale tym razem wyrazili się
jasno: koniec z tym. Dlatego tylko zagadki z przeszłości. Ale przecież
nie chodzi o jakieś średniowiecze! Choć czemu by nie, wtedy też bywało
ciekawie. - Wzruszyła ramionami i włączyła ekspres.
Nina parsknęła szyderczym śmiechem.
- Jasne. Będę śledzić duchy, co mi tam! Tylko dlaczego w towarzystwie?
- Nowy ma cię wspomagać. Na początek, bo nawet nie wiadomo, jak długo u nas zostanie. Wbrew pozorom będziecie mieli sporo roboty. On podobno
jest dobry. Daj mu szansę, to naprawdę miły gość. Kulturalny, spokojny,
ambitny, zrównoważony. Twoje przeciwieństwo. Taki miś...
- Miś? Czyli kretyn! No to pięknie mnie urządziłaś. Mam jeszcze niańczyć
misia. Wydawca nam go nasłał?
- Fakt, prosili, żeby go przyjąć. - Naczelna nalała sobie świeżej kawy
do drugiego kubka. - Nie mogłam odmówić. Nina, proszę, nie rób mi pod
górkę...
- Jaki on jest? Tylko konkretnie. Na razie wiem tyle, że przypomina ci
misia. W dupie mam misie, nigdy się nimi nie bawiłam. Wolałam
samochodziki. - Kiryłło dopiła duszkiem zimną kawę szefowej i z trudem
się powstrzymała przed sięgnięciem po papierosa. Nie mogła aż tak
prowokować. Za szybą pracowało sporo młodych dziennikarzy.
Marzanna westchnęła.
- Po czterdziestce, raczej przystojny, szatyn, bródka, samotny,
flegmatyk - wyliczyła. - Ale mówili, że pracowity. I z osiągnięciami...
- Fascynujące! - zakpiła Nina. - Co takiego osiągnął? Poza plecami u naszego wydawcy?
- Jest historykiem.
- Co?!
- Do niedawna pracował w redakcji pewnego ogólnopolskiego miesięcznika
historycznego. Co prawda w dziale historii najnowszej, ale na
średniowieczu też się zna, zapewne lepiej od ciebie - zażartowała. -
Przyda ci się jego wiedza. Więcej nic nie powiem. Zresztą jutro się
poznacie...
Nazajutrz
Miał przyjść na jedenastą, więc starał się być punktualny, stawił się
nawet kilka minut przed czasem. Po przywitaniu z nowymi kolegami i koleżankami - tych drugich było w redakcji znacznie mniej, bo zaledwie
dwie kobiety siedziały przed laptopami, nie licząc szefowej i... no
właśnie, nie licząc jego partnerki z dwuosobowego zespołu - od razu
skierował się na dół, do ich kanciapy. Przed drzwiami się zawahał i na
wszelki wypadek zapukał, po czym - nie słysząc odpowiedzi - uchylił
drzwi i zajrzał. Za biurkiem pod oknem siedziała kobieta pochylona nad
papierami, częściowo przysłonięta ekranem komputera.
- Dzień dobry... cześć... - zagaił Morski lekko speszony brakiem reakcji.
Po chwili nieznajoma podniosła głowę, mierząc go krytycznym wzrokiem.
- Jesteś za wcześnie - stwierdziła zamiast powitania.
Eryk jeszcze bardziej się speszył.
- Tak? Może rzeczywiście... parę minut - odparł niepewnie.
- Wejdź i zamknij za sobą te cholerne drzwi - poleciła zniecierpliwiona.
- Chciałam mieć czas na przejrzenie w spokoju dokumentacji, ale póki co
słabo z nią. Nie gap się tak, tylko siadaj. Twoje biurko jest pod
ścianą. Zajęłam lepsze, bo byłam tu pierwsza, poza tym
jestem szefową tego działu i lepiej, żeby to było jasne od samego
początku. Czy się rozumiemy? - Uniosła brwi.
- Oczywiście - zgodził się, lustrując pobieżnie stanowisko pracy. Musiał
zapalić lampkę, ponieważ mimo przedpołudniowej pory w pomieszczeniu było
ciemno, a dzienne światło z jedynego tutaj, wąskiego okna padało niemal
wyłącznie na pulpit biurka kobiety. Usiadł za swoim biurkiem, zauważając
z ulgą, że przynajmniej nowoczesne obrotowe krzesło jest wygodne.
- To dobrze - ciągnęła. - Jestem Nina. A ty to pewnie...
- Eryk - przedstawił się. - Eryk Morski.
- Ten miś... - kontynuowała, nie przejmując się jego słowami. - Nawet to
do ciebie pasuje. Okej, misiu. Mam gdzieś, że przyjechałeś ze stolicy,
teraz stolica jest tutaj. Nie wchodź mi w drogę, a będzie nam się lepiej
pracowało. - Siorbnęła z czarnego kubka ozdobionego srebrną trupią
czaszką. - Jeśli chcesz kawy albo herbaty, to musisz ją sobie przynieść
z domu. Na początek możesz pożyczyć moją, słoik stoi obok czajnika na
parapecie. Kto przyjdzie pierwszy, ten napełnia go wodą. Tyle w temacie.
Masz jakieś pytania?
Teraz wreszcie mógł się jej przyjrzeć. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to fakt, że była piękną kobietą, choć w nieokreślonym wieku. Już
wczoraj usłyszał od kogoś, że nikt nie wie, ile lat ma Kiryłło, i że
lepiej o to nie pytać. Tlenione włosy nosiła upięte z tyłu głowy w ciasny węzeł, fryzura podkreślała ostre, szlachetne rysy twarzy. Duże
ciemne oczy spoglądały przenikliwie. Zdecydowanie brakowało jej
uśmiechu. Był w niej jakiś mrok, który zarówno odpychał, jak i przyciągał. Jego zaciekawił. Gdy wstała, by włączyć czajnik, zwrócił
uwagę na jej drobną, lecz wysportowaną sylwetkę. Ubrana w sprane dżinsy
i koszulkę, figurą mogłaby przypominać nawet nastolatkę.
- Mam pytanie - odezwał się. - Nie jestem nastawiony na konflikt. Ale co
to znaczy, żeby ci nie wchodzić w drogę, skoro mamy razem pracować?
Nie zmieszała się, choć na to liczył.
- To znaczy, że dzielimy obowiązki - odpowiedziała ostro. - Jestem
reporterką śledczą, więc to ja rozdzielam zadania. Ty jesteś podobno
historykiem?
- Jestem też dziennikarzem...
- Wiem, pracowałeś w redakcji historycznego czegoś tam. Dlatego bierzesz
na siebie źródła, biblioteki, archiwa i tak dalej. Pasuje?
- Pasuje. Choć myślę, że i tak wszystko wyjdzie w praniu.
- Nie myśl za dużo, na razie nikt tego od ciebie nie wymaga. - Wreszcie
się uśmiechnęła, choć trochę krzywo. - Pranie też zostaw w spokoju.
Jeśli będzie trzeba kogoś sprać, to obawiam się, że pierwszy dasz nogę.
- Bardzo zabawne - skonstatował. - Może i tak. Aczkolwiek trochę
trenuję. Chyba jednak rzeczywiście wolę myśleć, niż kogoś prać.
- To widać, misiu.
Morski już bez słowa włączył komputer zabezpieczony hasłem, które dostał
od naczelnej. Nina w tym czasie zajęła się parzeniem kawy. Ponieważ nie
przyniósł do pracy własnego kubka - zapomniał o nim - pożyczyła mu swój
zapasowy, wyszczerbiony, z wymalowanym tańczącym szkieletem.
- Dzięki. Fajne kubki.
- To prezenty. - Wzruszyła ramionami.
- Miłe gadżety. Mamy już jakąś sprawę? - zapytał.
- Nic nie mamy. Musimy ją sobie sami znaleźć, chyba że coś nam spadnie z nieba. Dlatego zaczynamy od szukania w sieci. Najlepiej, żeby było to
coś związanego z regionem. A może masz jakiś pomysł, panie historyku?
Wzruszył ramionami.
- Nie mam. Ale na jutro mogę ci dostarczyć całą listę tematów.
- No, no. - Nina uniosła brwi. - Nie miś, a prawdziwy niedźwiedź z ciebie. Zuch! Tak trzymaj, a będzie ci ze mną dobrze.
Uśmiechnął się w odpowiedzi i zaczął się zastanawiać, czy już powinien
wyłączyć komputer (pomyślał, że propozycje tematów może przygotować w domu), lecz go powstrzymała:
- Ale zaczynamy od razu - oznajmiła.
Dwie godziny później
Pracowali w milczeniu, każde przy swoim stanowisku, z jedną tylko
przerwą na drugą kawę. Wreszcie Morski oderwał wzrok od ekranu i się
przeciągnął. Miał już kilka interesujących historii, chciał chwilę
odsapnąć. Zerknął na partnerkę i... spotkał się z jej skupionym
spojrzeniem, o dziwo, jakby łagodniejszym, a przynajmniej mniej
osądzającym.
- Masz coś godnego uwagi? - zapytała.
- Nawet sporo - odparł. - I w sumie wszystko jest ciekawe. Mieliście w końcu kawał historii na tych terenach...
- Ale nie ze średniowiecza, mam nadzieję? - weszła mu w słowo.
Eryk się zaśmiał.
- Nie, skąd ci to przyszło do głowy? Szukałem od dwudziestolecia
międzywojennego. A chcesz też starsze?
- Niekoniecznie - mruknęła, uciekając wzrokiem. - Aż tak odległe czasy
raczej nie są moją mocną stroną.
Przez chwilę znów panowała cisza. Morski powrócił do przeszukiwania
sieci, gdy odezwała się służbowa komórka Niny. Reporterka zamieniła z kimś kilka zdawkowych słów, po czym się rozłączyła.
- To naczelna - wyjaśniła. - Pytała, jak mija nam pierwszy wspólny dzień
pracy. Więc jak ci mija?
- Mnie? Jest okej. - Wzruszył ramionami.
- Dlaczego uciekłeś z Warszawy?
- Słucham?
- No, dlaczego się tutaj przeniosłeś? Z jakiego powodu?
Morski się zmieszał. Nie był przygotowany na osobiste pytania, doszedł
jednak do wniosku, że nie ma nic do ukrycia, a warto zadbać o dobre
stosunki w tak małym zespole.
- Moja dotychczasowa redakcja postanowiła zmienić profil - wyjaśnił. - I poszła za bardzo, jak na mój gust, w kierunku komercji. Postawili na
młodych, którzy wolą oglądać obrazki, niż czytać dłuższe teksty. Nie
odnajdywałem się w tym. A że akurat... w moim życiu prywatnym też
nastąpiły zmiany, postanowiłem zmienić w nim wszystko... - Urwał, czując,
że trochę się zaplątał. - Za jednym zamachem - dokończył.
- Nie mów, jeśli nie chcesz. - Nina nadal przyglądała mu się badawczo.
- Po prostu nie chcę cię zanudzać swoimi sprawami - wybrnął. - No cóż,
rozpadło się moje małżeństwo. Zostałem na lodzie, tylko z bagażem
wspomnień. Wtedy się dowiedziałem od naszego wspólnego wydawcy, że tutaj
tworzycie taki dział, zainteresowałem się i złożyłem ofertę. Po kilku
dniach dostałem pozytywną odpowiedź. Nie zastanawiałem się długo. Lubię
morze. - Rozłożył ręce, uśmiechając się z zakłopotaniem. - Wynająłem
kawalerkę, na razie na rok, a jeśli zdecydowałbym się tu zostać na
stałe, to może kupię coś za kasę z podziału mieszkania w Warszawie.
Wiem, że to trochę za późno na rozpoczynanie życia od nowa, ale nie mam
za bardzo wyboru. Nie mogłem i nie chciałem tam zostać.
- Za późno? - Kiryłło machnęła ręką. - Daj spokój. Młody jesteś... -
Zamyśliła się. - Macie dzieci?
- Córkę. Ale jest już w zasadzie dorosła, w tym roku zdała maturę,
wyjeżdża na studia za granicę.
- Dogadujecie się?
- Z córką? Jako tako. Kama jest... Trzyma raczej stronę matki. Choć to ona
mnie zostawiła. Ale wiesz, tamten jest bogatszy. Biznesmen. Zapewni im
lepsze życie. - Eryk zauważył, że ręce mu drżą, oderwał więc dłonie od
klawiatury.
- To trochę smutne, nie? - stwierdziła Nina. - Kobiety czasem też się
gubią.
- Tak bywa. - Zbył te słowa udawaną beztroską. - A ty? - zdobył się na
odwagę.
- Co ja?
- Opowiedziałem ci o sobie. Teraz twoja kolej. Masz męża, dzieci? - Sam
się dziwił swojej śmiałości, trochę się obawiał wybuchu lub kolejnych
złośliwości, nic takiego się jednak nie wydarzyło.
Reporterka zabębniła palcami po blacie. Zauważył, że nie ma pomalowanych
paznokci, tylko naturalne, krótkie, obcięte po męsku. Makijażu chyba
także nie nosiła, ale nie musiała: pod oczami i w kącikach ust widać
było trochę zmarszczek - raczej mimicznych - lecz cerę miała wciąż
zdrową, jędrną. Mimo swego wieku, którego nawet nie starała się ukryć,
była naprawdę atrakcyjną kobietą. Nieudającą niczego.
- Nie ma o czym gadać. Ja nie mam prywatnego życia - rzuciła w końcu.
Nie zamierzał się poddać.
- Każdy je ma - zaprotestował. - Mniej czy bardziej udane, ale każdy ma
jakieś życie prywatne ...
Kiryłło odchyliła się na oparcie krzesła i przez dłuższą chwilę myślała.
- Nie masz żadnej astmy czy coś? - zapytała znienacka.
- Astmy? Nie, a dlaczego?
- Bo muszę zajarać. Otworzę okno, jest ciepło.
- Wolno tu palić?
Wzruszyła ramionami.
- Nie pytałam. I nie zamierzam. Co to kogo obchodzi? Oprócz nas i tak
nikt tu nie przychodzi.
- Ja nie palę, ale nie przeszkadza mi, kiedy inni palą. - Wstał i uchylił okno.
Nina wygrzebała z szafki słoik po kawie, który po chwili wykorzystała w charakterze popielniczki.
- Zadajesz trudne pytania, no to cierp. - Wydmuchała dym nosem. - Ale
fakt, odpowiedź ci się należy. No więc nie mam męża, nie mam dzieci.
Nikogo nie mam i nikogo nie potrzebuję. Moje życie prywatne, jak je
nazywasz, polega na tym, że po dniu pracy wracam wieczorami do pustego
mieszkania, otwieram sobie browara albo nalewam szklaneczkę whisky i siedzę w ciszy, aż zachce mi się spać. Potem idę w kimę, chyba że nie
mogę zasnąć, wtedy coś czytam. Zadowolony?
- A co czytasz?
- Lubię stare kryminały.
- Ja też je lubię.
- No to mamy jednak coś ze sobą wspólnego, misiu. - Westchnęła.
Morski się żachnął:
- Skończ już z tym misiem, dobrze? Po co te złośliwości?
- Ale to nie są złośliwości! - Nina zrobiła wielkie oczy. - To czysta
sympatia. To określenie pasuje do ciebie.
- Bo co, jestem gruby, niezdarny?
- Nie. No, może trochę okrąglutki, ale całkiem miły. - Tym razem
uśmiechnęła się zupełnie szczerze i jej twarz od razu pojaśniała. - Jak
pluszowy miś.
- Dzięki. - Musiał się roześmiać. - Dobra, to nie będę się czepiał.
Fakt, trochę mi się ostatnio przytyło, stres i za mało ruchu. Czyli
takie życie, mam na myśli życie tylko pracą, odpowiada ci?
- Nie jestem towarzyska.
- Rozumiem. I... zawsze tak żyłaś? - Ponownie zaryzykował, a Nina ponownie
wzruszyła ramionami.
- Kiedyś miałam męża - rzuciła od niechcenia, gasząc niedopalonego
papierosa w słoiku po kawie. - Ale to było dawno temu i nie trwało
długo. Był żeglarzem. Utonął na Mazurach podczas białego szkwału.
Erykowi zrobiło się głupio.
- Wybacz - bąknął. - Tak mi przykro...
- Niepotrzebnie - odparła twardo. - Był dupkiem. A do tego idiotą.
Głupio żył i zginął na własne życzenie.
- Rozumiem, że nie składasz kwiatów na jego grobie.
- On nie ma grobu. Nie wyłowili go. Raz pojechałam nad tamto jezioro i wrzuciłam do wody stokrotkę.
- Nie kochałaś go? - wyrwało mu się, po czym natychmiast umilkł
zmieszany.
Kiryłło zapaliła drugiego papierosa.
- Nie wiem - odpowiedziała w końcu. - Może i tak? Byłam wtedy młoda i durna.
- A jednak nie wyszłaś drugi raz za mąż.
- O nie, ten jeden raz mi w zupełności wystarczył! - parsknęła. - Potem
zmądrzałam. Wolę odpowiadać tylko za siebie. No, dosyć tych ckliwych
zwierzeń. Wiemy już o sobie całkiem dużo. Zamykaj tego kompa i zawijaj
się na chatę. Listę tematów dokończysz w domu - zarządziła.
- A ty?
- Ja tu jeszcze trochę posiedzę. Za godzinę mam spotkanie z naczelną.
Muszę coś jej przygotować, żeby wiedziała, że ciężko pracowaliśmy. Aha,
te dotychczasowe mi jeszcze przed wyjściem wydrukuj, akurat się nadadzą.
Morski zrobił to, wyłączył komputer i sprawdził temperaturę na
staroświeckim termometrze okiennym: było ciepłe czerwcowe popołudnie.
Przyda się trochę wolnego dnia, bo jeszcze się do końca nie rozpakował.
Nagle, gdy stał już pod drzwiami, coś mu przyszło do głowy.
- Wiesz co, Nina... - powiedział. - Nikogo tu jeszcze nie znam i też lubię
wypić browarka przed snem. Może czasem moglibyśmy wypić go razem?
Kiryłło oderwała wzrok od komputera i uniosła wysoko brwi.
- Flirtujesz ze mną, misiu? - Zaśmiała się. - Uspokój się, dla mnie
jesteś za młody. I o wiele za poczciwy.
- No wiesz co, to przecież nie flirt! - obruszył się. - Jesteśmy
zespołem, siłą rzeczy będziemy spędzać mnóstwo czasu razem...
- Czyli uznałeś, że warto zacieśniać więzi?
- Pomyślałem, że warto się zaprzyjaźnić.
- Do przyjaźni nam jeszcze daleko, misiu. - Uśmiechnęła się lekko. - Bo
kto to widział, żeby tak od razu odwiedzać się w domu...
- Jak uważasz. - Morski się spiął. - Przepraszam za przedwczesną
propozycję, zapomnijmy o niej. Cześć.
Nacisnął klamkę.
- Żartuję przecież, wyluzuj. - Nina ponownie głośno się roześmiała, a śmiała się zaraźliwie. - Nie jestem aż taka staroświecka. Możemy się od
czasu do czasu napić, czemu nie. Ale pogadamy o tym innym razem, teraz
mam robotę.
Kilka godzin później
ERYK
Wieczór nadchodził powoli, w końcu jednak zapadł zmierzch. Eryk zszedł z balkonu, z którego usiłował dojrzeć morze, ponieważ o zmroku zrobiło się
chłodniej, aż poczuł dreszcz. Zamknął drzwi balkonowe i - potykając się
o kartony - poszedł do kuchni. Przyrządził sobie kanapkę z pasztetem
drobiowym i wyjął z małej lodówki puszkę piwa. Pociągając z niej,
napisał esemesa do córki z pytaniem, co słychać, ale od razu odpisała,
że jest teraz na koncercie. Dał więc sobie spokój, dziewczyna ma własne
towarzystwo, nie będzie zawracał jej głowy.
Na stoliku kuchennym otworzył laptopa i przejrzał listę tematów,
następnie wszedł do sieci z zamiarem dalszych poszukiwań. Ale od razu
pomyślał o Ninie Kiryłło. Miał wobec niej mieszane uczucia. Z jednej
strony drażniła go i odpychała, z drugiej - no właśnie... nie tylko
intrygowała. Bo to też. Czuł jednak także do niej - wbrew sobie - jakąś
przedziwną sympatię. Jak gdyby nić porozumienia. Z pozoru wszystko ich
różniło, byli zupełnie inni. On spokojny, opanowany, skłonny do
kompromisu, wyrozumiały. Uważał się za stoika. Ona porywcza, nawet lekko
szalona, szorstka i złośliwa. Może trochę zgorzkniała, stąd cynizm i agresja na pokaz. Ale mimo wszystko coś ich łączyło. Samotność?
Wyobcowanie? "Tak, ale nie tylko to", uznał. Nadawali na tych samych
falach, prawie od samego początku. To przecież coś znaczy...
Do tego Nina mu się podobała. Nie jako kobieta, to znaczy to również,
ale nie jako potencjalna kochanka. Nie w tym sensie. Była zresztą od
niego znacznie starsza. Spodobała mu się jako człowiek: jej myśląca
twarz, przepastne oczy, uśmiech, głos. Charakter? Sposób myślenia?
Zdecydowanie mogła uchodzić za charyzmatyczną osobowość. I - z tego, co
zdążył się już zorientować - za taką ją uważano. Już wiedział, że
przyjaźń z nią to zaszczyt, trudny zaszczyt. Rzadko się do kogoś
zbliżała, a i codzienne kontakty z taką osobą do łatwych z pewnością nie
należą...
Morski chciał spróbować. I nie zamierzał się szybko poddać. Skoro los
przywiódł go tutaj, na Wybrzeże, to widocznie po coś. Nina Kiryłło była
częścią tego czegoś. Tak czuł, a intuicja rzadko go zawodziła. Czuł też,
że otwiera się przed nim nowy rozdział życia. Ważny rozdział, choć w sumie każdy jest
ważny.
Dopił piwo, myśląc, że do lustra jednak gorzej smakuje, zaparzył sobie
mocnej kawy i zabrał się do pracy...
NINA
Wróciła do swojego niedużego mieszkania na osiedlu Żabianka dopiero
wieczorem. Jak zwykle zasiedziała się w redakcji, najpierw na długiej
rozmowie z Marzanną Kowalską, która wypytywała ją przede wszystkim o "nowego", a potem po prostu... przy pracy. Choć na razie nie mieli jeszcze
konkretnych zadań, trzeba jednak przygotować jakiś plan, przejrzeć
zebrane przez partnera tematy... no i tak zleciało. Byleby tylko jak
najmniej czasu spędzić w pustych czterech ścianach.
Kiryłło nie lubiła ani tego osiedla, ani swojego mieszkania, prawdę
mówiąc, nie lubiła w ogóle swojego życia. Czuła, jakby przeciekło jej
przez palce, nie wiadomo jak i kiedy. Jeszcze całkiem niedawno - tak się
jej zdawało - była młoda i świat do niej należał, wszystko miała przed
sobą. A później nagle obudziła się z ręką w nocniku i zrozumiała, że
więcej już za nią niż przed nią, że nic nie wróci, zwłaszcza stracone
lata. Wszystkim, co miała, była praca. Nie "kariera" - bo co to niby za
kariera! - lecz właśnie praca, w której topiła swoje smutki i rozczarowania. Owszem, kochała to, co robiła przez niemal całe swoje
życie, nawet nie odczuwała braku rodziny. Dopiero gdy w końcu
uświadomiła sobie, że w ten sposób uciekły nie dni, tygodnie, miesiące,
ale lata, dziesiątki lat, zrozumiała, że coś jej przeszło koło nosa.
W domu się nudziła. Dlatego zazwyczaj dalej pracowała. Tego dnia jednak
zrzuciła adidasy, przebrała się w miękki welurowy dres i nie włączyła
komputera, tylko nastawiła muzykę w tradycyjnym odtwarzaczu. Wracając z redakcji, zatrzymała się po drodze na kebab, nie była więc teraz głodna.
Przyrządziła sobie tylko burbona z lodem i wyciągnęła się w fotelu,
dając ujście myślom.
Musiała przyznać sama przed sobą, że cieszy ją współpraca z Morskim.
Odmiana, być może nawet twórcza odmiana. Zakładała, że warszawiak będzie
ją wkurzał, tymczasem polubiła gościa niemal od razu. Okazał się
naturalny, nie wyczuwała w nim żadnej fałszywej nuty. Z dystansem do
siebie, a to rzadkość. Do tego pracowity. I też dostał od życia w dupę,
może nie tak jak ona, ale jednak, a takie doświadczenia łączą. Zrobiło
jej się odrobinę niewyraźnie, kiedy sobie przypomniała, jak paskudnie go
przyjęła. Dobrze, że facet z miejsca nie uciekł. Mało tego, udało mu się
nawet przywrócić jej coś w rodzaju dobrego humoru.
Nina parsknęła, pociągając łyk whisky. Najbardziej zszokowana była chyba
Kowalska, kiedy przyjaciółka zaczęła rozmowę od pochwał pod adresem
nowego partnera... Cóż, Kiryłło też była tym zdumiona. Dlatego później
odrobinę przystopowała, żeby Marzanna nie była pewna, kiedy Nina mówi
serio, a kiedy robi sobie jaja. To jej się udało. Jak zwykle.
Westchnęła. Właściwie chętnie by zaprosiła chłopa na szklaneczkę
whiskacza, ale to by było za szybko. Nie, nie chodziło o względy
przyzwoitości - ostatecznie gdyby się bardzo postarała, mógłby być jej
synem. No, może przesada. Nieważne. Nie powinien za dużo sobie
wyobrażać. Eryk to całkiem przystojny miś. Tacy faceci bywają pewni
siebie. Ona tymczasem przywykła do tego, że w pracy wiedzie prym.
Wprawdzie w tej robocie zależności nie są tak oczywiste jak na przykład
w jakimś normalnym biurze, ale jednak... Kiryłło wolała najpierw
ugruntować swoją pozycję w tym duecie.
Zapaliła papierosa, ostatniego tego dnia, zresztą kończyła jej się
paczka. Następnie wstała, by wywietrzyć swoją niemal pustą dziuplę.
Położyła się na wersalce. Dopiła drinka, rozmyślając o tym, jak będzie
wyglądała ich współpraca, aż zrobiła się senna. Zasypiając, uśmiechnęła
się do uparcie powracającego brodatego oblicza z dobrotliwym
spojrzeniem, po raz pierwszy od dawna odczuwając coś w rodzaju wspólnoty
z drugim człowiekiem...
2
Kilka tygodni później
Oboje musieli przyznać, że dobrze im się razem pracowało, i to niemal od
samego początku. Nawet nie musieli się za bardzo docierać. Już po kilku
dniach rozumieli się w zasadzie bez słów i idealnie się uzupełniali.
Praca stała się źródłem przyjemności oraz zaspokajała ambicje, odnieśli
też pierwszy sukces: ich "historyczny" reportaż o nawiedzonym domu w pewnej pomorskiej wsi cieszył się popularnością. Sprytnie podzielili się
obowiązkami: Morski przekopał archiwa i czytelnie, Nina rozmawiała z ludźmi, nawet pisali z podziałem na role: on opracował część
historyczną, ona współczesną, czyli "akcję", wywiady i opisy, zdjęcia
robili na zmianę, oboje to potrafili, nie musieli ciągnąć ze sobą
fotografa. Całe dnie spędzali w redakcji lub w terenie, wieczorami
spotykali się często "na browarka", u niej lub u niego w domu -
mieszkali blisko, na sąsiednich osiedlach - i wtedy urządzali sobie
zazwyczaj burze mózgów. Obecnie przygotowywali się do kolejnego tematu -
kradzieży obrazu z Muzeum Narodowego w Gdańsku. Większą część kwerendy
mieli już praktycznie za sobą, pozostało tylko zrobić z tego dobry
tekst...
Kiedy jednak tego dnia Eryk wszedł do kanciapy, zastał tam Ninę
(zazwyczaj przychodziła przed nim) zdenerwowaną, co od razu zauważył.
- Co się dzieje? - zapytał, wieszając na gwoździu w ścianie ortalionową
bluzę, gdyż akurat się rozpadało.
- Cholera, szlag mnie od rana trafia! - wybuchła. - Siadaj, bo zaraz
padniesz. Nie uwierzysz!
- Zaczekaj, włączę czajnik...
- Masz kawę przy komputerze - odparła zniecierpliwiona. - Nawet z cukrem, tak jak lubisz. Chyba jeszcze nie wystygła.
- Jeśli chodzi o te poprawki, to się nie wkurzaj, zaraz je naniosę,
wczoraj sobie darowałem, bo późno się zrobiło...
- Jakie poprawki?... A, daj sobie spokój z poprawkami! Dobrze, że nie
zrobiłeś. Bo już nie ma takiej potrzeby. - Skrzywiła się, zapalając
papierosa.
Morski uchylił okno.
- Jak to? Co się stało? - zdziwił się. - O co chodzi? Coś skopaliśmy?
Nina machnęła ręką.
- My? Skąd! My niczego nie skopaliśmy, po prostu wydawca ma kaprysy -
prychnęła. - Dziś od rana alarmowali naczelną. Mamy rzucać, co robimy, i zająć się tematem, którego oni sobie zażyczyli. Bo jakaś rocznica czy
coś, nie wiem. - Wzruszyła ramionami, głośno wydmuchując dym.
Morski usiadł za biurkiem i napił się kawy.
- Co to za temat? - zapytał rzeczowo.
- Morderstwo jakiejś dzianej damulki z lat dziewięćdziesiątych.
Nierozwiązana sprawa kryminalna, podobno w swoim czasie budziła emocje.
Coś nawet pamiętam, choć wtedy jeszcze nie zajmowałam się
dziennikarstwem śledczym.
- Morderstwo? Czemu my?
- Przecież jesteśmy Archiwum X, nie? - rzuciła z przekąsem. - Mogą nam w związku z tym podłożyć każdą świnię. I nieważne, że harujemy jak te
woły, podnosimy statystyki, nasz temat idzie się właśnie bujać. Pan
chce, sługa musi.
- Ale to jeszcze nie historia... wiesz, co mam na myśli. My jesteśmy
działem historycznym. Możesz coś więcej?...
- Masz wszystko w mailu od Marzanny. Zdaje się, że to nie było takie
zwykłe zabójstwo, ale co ja ci będę gadać, sam przeczytaj. I musimy brać
się ostro do roboty, bo chcą zdążyć przed przedawnieniem. Będzie o tym
znowu głośno w mediach i naczelna życzy sobie, rzecz jasna, żebyśmy byli
pierwsi. Czuję, że to będzie straszna nuda. Lubię zagadki kryminalne, od
lat w tym robię, no ale... nie tego typu... Jakieś brudy elit?... Sorry. I nie
cierpię, kiedy mi się coś narzuca! - Nina ze złością stuknęła kubkiem o blat biurka, po czym, ciągle jeszcze złorzecząc pod nosem, poszła dolać
sobie kawy.
Eryk bez słowa włączył komputer i otworzył pocztę...
Kiryłło obserwowała go ukradkiem, choć wcale nie musiała się z tym kryć,
bo cała uwaga Morskiego skupiła się na ekranie. Czytał dość długo i uważnie, marszcząc przy tym brwi i szukając czegoś w sieci.
- No i co sądzisz? - przerwała w końcu milczenie, zauważywszy, że
oderwał się wreszcie od laptopa i w zamyśleniu zerkał za okno, skubiąc
bródkę.
Drgnął z lekka.
- Ależ to ciekawa historia! - wykrzyknął z roziskrzonym wzrokiem. -
Nina, nie narzekaj, to serio może być hit!
- A kradzież w muzeum?
- Nie ten sam kaliber. - Zamachał dłonią. - Tamto wałkowano już milion
razy, właściwie jasne, że obraz został zwinięty na zlecenie
komunistycznych służb, tymczasem tu mamy prawdziwą zagadkę...
- Mówię ci przecież, że ta sprawa też była w swoim czasie dosyć głośna -
przypomniała mu Kiryłło.
- Nie do tego stopnia. W Internecie wcale nie ma o niej dużo.
Podejrzewam raczej, że wręcz ją wyciszono.
- Możliwe. To wszystko dotyczyło ówczesnych elit. - Wzruszyła ramionami.
- Wprawdzie nie było już komuny, ale wciąż żyły i działały peerelowskie
szychy. Czyli, jak rozumiem, ciebie cieszy ta zmiana planów?
Eryk się zastanowił, pociągając łyk zimnej kawy.
- Wiesz, oczywiście wolałbym dokończyć najpierw jedno, a potem dopiero
zaczynać drugie, ale skoro nalegają...
- Okej. - Nina dała za wygraną. - I tak nie mamy wyjścia, bierzmy się
więc do tego cholerstwa. Choć nadal nie kumam, co cię tak podnieca w tej
historii. W grę musiały wchodzić albo rabunek, albo jakieś porachunki,
kobieta była bogata po mężu nieboszczyku, partyjnym dygnitarzu... -
przerwała, widząc po jego minie i charakterystycznym błysku w oku, że
Morski i tak za chwilę wszedłby jej w słowo.
I się nie myliła.
- Ano właśnie! - wydał z siebie triumfalny okrzyk. - A którą kobietę
masz konkretnie na myśli?
- Co? - Nie zrozumiała.
- Obawiam się, że ta sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Zwróć
uwagę, że wmieszane w nią są co najmniej dwie kobiety.
- Tę, która została zamordowana. Dokonano wtedy włamania i zabójstwa.
Nie rozumiem, o co ci chodzi.
- To weź przeczytaj sobie artykuł, który ci zaraz podeślę. Tam jest
streszczenie całej historii. I z niego wynika, że zaledwie dwa lata
wcześniej wydarzyło się coś jeszcze...
- Dawaj. - Westchnęła z rezygnacją. - Przeczytam, bo chyba mi coś
umknęło. Musimy zacząć od dokładnego obgadania sprawy. Uporządkowania
faktów, chronologii i tak dalej. - Kiryłło wstała, żeby włączyć czajnik.
- To zrobimy wieczorem, u mnie w domu. Mam już w lodówce twojego
ulubionego portera. Na razie ty sobie czytaj, a ja będę szukać dalej,
może znajdę coś więcej w zdigitalizowanych archiwach...
Wieczorem
Nina wyciągnęła się wygodnie w fotelu, z nogami opartymi o krzesło,
podczas gdy Eryk krzątał się w miniaturowej kuchence wynajmowanej
kawalerki. Znajdowali się w falowcu przy ulicy Piastowskiej.
- Mam nadzieję, że nie przyjechałaś samochodem? - Morski pojawił się w pokoju, niosąc tacę zastawioną szkłem.
- No coś ty. Przyszłam z buta. To raptem piętnaście minut spacerowym
krokiem.
- To dobrze, bo ten porter lekki nie jest. Że też lubisz takie
paskudztwa...
- A ty co będziesz pił?
- Zwykłego browarka. - Otworzył butelki i rozlał napoje do wysokich
szklanek, które Nina kupiła mu na coś w rodzaju parapetówki. Spędzili ją
we dwoje, kiedy Eryk rozpakował swoje rzeczy. Inna sprawa, że do dziś
prawie nie miał tu mebli. Jedyny fotel, dwa wysłużone krzesła oraz szafa
ze sklejki należały do właścicieli mieszkania. Dziennikarz spał na
materacu, a jako stolik służyła mu skrzynka po owocach nakryta serwetką.
Mimo tego ascetyzmu Nina lubiła tu przebywać.
- No to zdrowie! - Nina uniosła swoją szklankę. - I do roboty. Co wiemy?
Podsumujesz?
- Jasne. Z grubsza, bo szczegóły wysłałem ci na maila. Jakby co,
dopytuj.
- Okej. Zapalić można? - Stale o to pytała w nadziei, że kiedyś
zmięknie, choć dobrze znała odpowiedź.
- Na balkonie. Dobra, to zaczynam. Rok tysiąc dziewięćset
dziewięćdziesiąty piąty, marzec. Zaledwie kilka lat po transformacji.
Dżungla prawna, lewe biznesy, układy, mafie, gangi, raj dla przestępców
wszelkiej maści. Korupcja kwitła na każdym szczeblu władzy. Mówię o tym
nie dlatego, że ma to jakiś bezpośredni związek ze sprawą, ale takie
było tło. Wykrywalność zbrodni praktycznie zerowa, nikt się niczym nie
przejmował, wszystko, co niewygodne, dało się zatuszować. Możliwe, że i w tym przypadku tak było.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki