2.
Oto wyjątek z pewnej bogatej korespondencji marsjańskiej:
- Jakimż wzruszeniem przejął mnie ciepły blask Merkurego. Każdego dnia zbliżaliśmy się doń niepostrzeżenie - pisał w listach do znajomych marsjańskich Sir Frizgull. I dalej: - W mych obserwacjach teleskopowych z rufy statku Ziemia i Wenus znajdowały się po przeciwległej stronie Słońca. Błyszczały w oddali jak odległe perły na wygwieżdżonym kobiercu świetlnych skarbów. Według dokładnych wyliczeń jego książęcej houlotyńskości, Sir Hrotema, naruszone naszym aparatusem modulacyjnym zniekształcenia eterowe zainstalowane w przestrzeni okołosłonecznej przez istoty gwiezdne Shetti - powinny były wepchnąć nas siłą sprężystą odśrodkowego oddziaływania aż pod orbitę Wenus. Nic jednak nie zapowiadało zmiany uzyskanego kursu i w zagadkowej niemocy silników zaczęliśmy się poważnie dopatrywać celowego telekinetycznego uszkodzenia mechanicznego. Zastanawialiśmy się nad konsekwencjami lądowania na Merkurym. Znając z opowieści klienteli wenusjańskiej nienawiść, z jaką traktują tam obcych przybyszów wątpiłem, czy lądując zaraz po śniadaniu dożyjemy tam obiadu.
Na powierzchni przeważały góry. Obserwowaliśmy wielką liczbę zgasłych wulkanów. Ich stożki szły w tysiące. Na powierzchni tych wyniosłości zauważyliśmy warstwy lawy mieszające się na przemian z warstwami osadowymi będące dowodem długiego trwania wybuchów i jeszcze dłuższego panowania wód. Wnioskując z kolorystyki, bezsprzecznie dochodziło tam do mieszania się antygrawitacyjnych gruntów, czyli przeważała drogocenna ruda - wydobywająca się wraz z lawą z samego geometrycznego jądra planety - gdzie zero dla owej wszechmocnej siły było częstokroć osiągalne i impregnowało centralnie umieszczony materiał skalny.
Znów w przedziwnej, samoistnej pętli mijaliśmy planetę. Wtem z ogromnym oszołomieniem ujrzeliśmy błyski na powierzchni, jakby alfabetu lustrzanego i w niespełna godzinę później dostrzegaliśmy idący po zawietrznej wspaniały pocisk wenusjański, nieustający w nadawaniu sygnałów. Wkrótce skoncentrował się na próbach manewru dokowania - tak pewny był naszej akceptacji manewrowej. Widziałem na oszklonym dziobie pojazdu majtka sygnałowego, a jego próby nawiązania z nami korespondencji flagowej wprost oszołomiły mnie nadawczą precyzją. Poza tym uspokoiły mnie całkowicie co do pokojowych intencji nadchodzącej jednostki. Nie wiedzieli zapewne załoganci wenusjańscy, co myśleć, widząc takie cacko sztuki międzygwiezdnej idące tylko na rozpędzie. Po prostu technologia Kotłów Tentralnych była im jeszcze nazbyt obcą i widziana na dystansach astronomicznych - straszną. Zbliżali się więc, dyplomatycznie mierząc z najtęższego działa umieszczonego na dziobie, a już parującego od krążków rozgrzewających spiżową lufę.
Z bliska pocisk ów mierzył około kilometra. Wytworny i międzyplanetarny błyszczał srebrem iluminatorów, mosiądzem ożebrowania i heraldyką najznamienitszych rodów, których symbole w sposób uporządkowany umieszczono na jego korpusie. Poczułem biegnącą po plecach strużkę lodowatego potu. Bałem się napotkać tam zamiast dżentelmenów nieludzkie stwory lub, co gorsza, czarnych, zdziczałych niewolników z Afrikonu, których nadmiar promieniowania uczynił istotami myślącymi. Przecież nieraz opowiadano mi mrożące krew historie o nieszczęśnikach próbujących kolonizacji tej merkuriańskiej, suchej planety. Pamiętałem balonowe kontrabandy poczynione w sprawach o wydobycie i zawłaszczenie każdego antykilograma antygrawitacyjnych kruszców.
Z wielką ulgą powitałem jednak ludzi. Rozciągnęli długi, oszklony pancernie trap pomiędzy naszymi pokładami i przeszli po nim z wielką ostrożnością. Na pokładzie Plourogha poruszali się z namysłem, badając każdy kąt zegarowymi instrumentami pomiarowymi.
Inspektujących było trzech. Każdy schludnie ubrany w palto kosmiczne ściągnięte kilkoma pasami skórzanymi o elastycznych naprężnicach i wielodziurkowym automacie uszczelniającym. Wyposażony w parę rękawiczek i butów z kolcami żwirowymi inspektor mógł się poczuć na takim luksusowym pokładzie intruzem.
Pierwszy chodził i kręcił się nienagabywany.
W komplecie wyposażenia kosmicznego u nowo przybyłych znajdowały się przeźroczyste hełmy, jak się okazało potem będące stopem metalu z miękkim plastikiem. Ich podstawa szyjna szczelnie przywierała do ciała. Jakimś sposobem - być może sprawiał to wrażenie ruch przeźroczystej powłoki podczas akcji oddechowej - przypominały stale nadmuchiwany balon, do którego napływało powietrze z zasobników umieszczonych w sterczącym kołnierzu. Jak się okazało poniewczasie, niewiele się pomyliłem w moich rezolutnych domysłach. Dysponowali w onych koloratkach wysokiej wydajności filtrami eteru kosmicznego o wartości kilkunastu tysięcy guldenów wenusjańskich.
Podobno w ośrodku międzyplanetarnym tuż przy Słońcu przeważało zerodowane przez milionlecia, a skradzione planetarne powietrze, tak lekkomyślnie przetrwonione przez gwiezdne i planetarne atmosfery.
Wszyscy jak na komendę zdjęli nagle hełmy i umieścili wojskowym sposobem pod lewym ramieniem. Zasalutowali.
Najstarszy szarżą stanął przede mną i pokłonił się godnie, w sposób zgodny z etykietą wenusjańską. Opanowało mnie do tego stopnia wzruszenie, że nie potrafi-łem wydobyć słowa. Wysoki oficjel uściskał nas z Hrotemem serdecznie i radośnie. Po czym obszedł pokład, zaglądając do każdego kąta. Oglądał też sygnety barona Vanhalgera, z którymi książę obnosił się na dłoni jakby były jego własnością. Dodatkowo otwierał podarowane pudełka. Wskazywał oficjelowi jubilerski sznyt zdobienia i centralne klejnoty. Pęczniał od dumy i prawie podskakiwał; za co od razu go znienawidziłem. Najpewniej posiadał owe jubilerstwo podarowane lub skradzione. Nie mogły być szczerą podzięką, bo kto oddaje obcemu złoto kilogramami?
Dwaj inni przyglądali się nam w ciągłym skupieniu. Chyba nigdy nie wyściubili nosa poza orbitę planet wewnętrznych, stąd nie znali zupełnie obcych światów. U Hrotema próbowali odnaleźć źródło błękitnego światła wydobywającego się z na poły obnażonego jaszczurzego torsu. Czyżby dopatrywali się w nim szpiegowskich sztab pamięci tak popularnych podczas wojen kamienistych z Merkurym?
List się kończył zamaszystym podpisem:
Sir Frizgull Ochramur
PS. Przy okazji naszej prywatności starałem się z Hrotema wyciągnąć to i owo. A że głowę miał tęgą - łasił się tylko na wysokoprocentowe najszlachetniejsze wino, którego butelkę mi nasz nieszczęśnik baron powierzył jeszcze w marsjańskiej jaskini z uwagi na brak miejsca w swoim plecaku. Był tam też krążek znakomitego sera robionego przez czarną kucharkę Mygor. Pokrojony w grube plastry, zagryzany do wina pasował wybornie. Houlotee nigdy nie schodził w politykę, nie zdradził planów swych mocodawców, ani słowa nie dał z siebie wydobyć na temat militari. Po pijanemu zwykle opowiadał o posiadanych w licznych schowkach bankowych klejnotach i gotówce w przeróżnej walucie. Raz jedyny szepnął mi nieco o swych kontaktach z Vanhalgerem i plutonarchańskich darowiznach, jakich podobno inżynier mu nie poskąpił. Sam byłem pijany, ale widoku nabitego gadżetami książęcego podniebienia nigdy nie zapomnę. Bo się przede mną dumnie rozdziawił i świetlnym piórem to i owo z dobra odziedziczonego po pewnym bogatym samobójcy oświetlił. Także jego marudzenie techniczne spisałem i w odpowiednim momencie przy świadkach o jego autentyczności, jeśli potrzeba, zaświadczę.
***
Oficjele towarzyszący szybko oprzytomnieli. Służbiście zażądali informacji od Hrotema, co do wyporności jednostki, ładunku i przepisowo wypełnionej książki kursowej. Ale starszy natychmiast uciszył głupców i jednym ruchem ręki poskromił. Kazał im stanąć na baczność w kącie i tam kornie oczekiwać dalszych komend.
- Pozwolą panowie, że się przedstawię: Sir Edmund Penney - i jegomość strzelił przed gospodarzem obcasami, jednocześnie na krótko pochylając głowę. - Jestem nadmanewrowym w służbie floty ich rządowych mości Planety Wenus, a w placówkach merkuriańskich ambasadorem zwyczajnym - przedstawił się krótko, patrząc na obu międzyplanetarnych gości z przysługującą ich randze uwagą. - Mam nadzieję, że dobrze mnie pan słyszy, Sir Hrotem?
Houlotee zaniemówił z wrażenia. Czuł się oczywiście zaskoczony tym nagłym zwrotem osobistym. Dziwne, że w tak odległym świecie ktokolwiek go rozpoznawał, a nawet z uprzejmą nutą w głosie potrafił przywitać.
- Wygląda pan na wzburzonego - zagadnął oficer. - Proszę pozwolić sobie wyjaśnić zaistniałą sytuację.
- Dobrze - zgodził się Houlotee. - Wobec tego przejdźmy do stołu i wygodnych krzeseł w palarni - zaproponował. - Każ przyjacielu pomadkowemu przynieść chłodnych trunków, przyjacielu - zwrócił się uprzejmym tonem do Marsjanina.
Wkrótce wszyscy zasiedli za wykonanym z najdroższego żeliwa meblowego stołem akromańskim. Stały tu wielkie popielnice, pudło z cygarami alonbijskimi i kandelabry z ogniem. W szkatule gość odważnie przebierał. Zatrzymywał się przy co dziwaczniejszych markach i szczegółowo je poobwąchiwał. Nie omieszkał zakosztować też landrynki inveryjskiej - idealnej na posmaki potytoniowe.
- Pozwoli pan, że będę kontynuował? - zaproponował nadmanewrowy, zapaliwszy najdroższą renomę.
- Proszę - wyraził zgodę gospodarz, zasiadając obok otyłego Marsjanina.
- Spodziewając się niejakich problemów natury komunikacyjnej, będę się starał nadmiernie nie komplikować języka mówionego i tym samym niepotrzebnie nie przedłużać mojej wypowiedzi.
Gospodarze ujmująco się uśmiechnęli. Dla obu niezrozumienie werbalne było pewnym novum. Niejako z automatu słuchało się myśli. Poza tym Houlotee nie obnosił się za bardzo ze znajomością uniwersalnego telepatycznego, więc szmer telekinetyczny wydał mu się równie intrygujący. Wiele odkrywał, szczególnych tajemnic osobistych.
- Może pan mówić. Wszystko rozumiem.
- Doprawdy?
- Przecież zanim sformułuje pan wypowiedź powstanie jej obraz w jaźni?
- W rzeczy samej, mój panie, w rzeczy samej.
- Wobec tego, słucham i podpatruję.
- Otóż nie dalej niż tydzień temu - mówił gość nieco zaniepokojony ostatnią uwagą - otrzymaliśmy dziwną, radiową notyfikację nadchodzącą do nas w szumie trzasków z Marsa. Udało nam się ustalić, iż w zerodowanych porcjach radiowej fali przedostawał się z powierzchni globu komunikat. Natychmiast zidentyfikowaliśmy nadawców. Do transmisji wykorzystali oni przebudowany przez barona Vanhalgera mobilny aparat podsłuchu.
Houlotee roześmiał się szczerze ubawiony. Zdał sobie raptem sprawę, że zwrócił za pokwitowaniem tajnym służbom alonbijskim silnie zalterowany sprzęt szpiegowski. Oj, będą się mieli z pyszna - myślał ze złośliwą satysfakcją. Nadoficer obserwował go czujnie i podejrzewając chęć wypowiedzi, natychmiast przerwał relację.
Ale ten nie miał zamiaru zmieniać swej roli postronnego słuchacza:
- Dalej, proszę - uspokoił go ruchem ręki Hrotem.
- Pan Ashley B. Brownhole, bo on to był we własnej osobie - obwieszczał światom podwenusjańskim bliskie swoje przybycie na pokładzie międzyplanetarnego motorowca kominowego uprowadzonego z parku maszynowego potężnej floty alonbijskiej. Upraszał stanowczo w eterze o powstrzymanie ognia i po obejrzeniu certyfikatów potraktowanie pojazdu ze wszelkimi należnymi mu honorami. Mówił, że Manewrowy w statusie Księcia posiada szczególnie ważne plany tentralnych, które pozwolą na kontynuowanie dalszej wojny z Rybostworami już na równych sobie płaszczyznach dżentelmeńskich. - Rozejrzał się wkoło, jakby coś sobie przypominając i pozwolił sobie na krótką uwagę: - W sytuacji nieobecności rzeczonych osób pozwolą panowie, że zapytam: Gdzie podziali się obaj panowie? Czy przypadkiem ich skrycie nie więzicie?
Tutaj książę houlotański energicznie zaprzeczył ruchem wielkiej głowy.
- Podczas przeładunku na orbicie marsjańskiej trójpokładowiec pociskowy został skutecznie ostrzelany. Rozpadł się na fragmenty i nie znam dalszych losów Sir Ashleya i barona - wyjaśnił bezzwłocznie Houlotee. - Żywię obawy, co do ich życia. Obserwując zagładę, spodziewam się najgorszego. Jestem jednak przeświadczony, że jeśli ten pełen poświęcenia i empatii człowiek znowu umknął śmierci, wkrótce na nowo zagości na kartach naszej historii.
- Niechybnie zginął w eksplozji - wtrącił Marsjanin z żalem.
- Wiem, że tuż przedtem pośpieszył mu z pomocą niezłomny baron - kontynuował usprawiedliwienia z bolesnym wyrazem twarzy Hrotem. - My sami na usilne prośby jego szlachetności pana Vanhalgera, który samodzielnie przeprowadził na pokład kotła dziesiątki rannych ludzi, zdecydowaliśmy się na natychmiastowe oddalenie. Oczekiwaliśmy na obu panów, obserwując teren z bezpiecznego dystansu. Dopiero kiedy eksplozja rozrzuciła resztki pojazdu i potworny ogień paliwowy rozlał się na kilometry uznaliśmy dalsze oczekiwanie bezsensownym. A widząc nadchodzącą flotę alonbijską, dokonaliśmy skoku w przestrzeń podtentralną.
- Czy nie postąpił pan nazbyt pochopnie, decydując się na opuszczenie niewątpliwych bohaterów w potrzebie? - zainteresował się ciągle nieprzekonany nadmanewrowy.
- Wie pan, ciągle nie jestem pewny, czy podjąłem słuszną decyzję, opuszczając może przedwcześnie plac boju - przyznał cierpiącym tonem książę. - Uznaję swój błąd. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że w podobnym wypadku nie ma się co łudzić. Szanse uratowania kogokolwiek z pożogi eterowej są minimalne. Przyznam szczerze, że satysfakcjonuje mnie nasz manewr, w związku z którym udało się zgodnie z wolą panów dżentelmenów utorować drogę ku wolności nie tylko grupie powierzonych mi ludzi, ale również bezcennej zdobyczy technologicznej niezbędnej w dalszej wojnie z siłami inwazyjnymi.
- No dobrze, a w sprawie naszej komunikacji - zastanawiał się nowo przybyły - czy przypadkiem nie posługuje się pan szperliwością? Widzi pan, jest ona na terenach przywenusjańskich zabroniona. A ja jednak odnoszę wrażenie, że mnie pan prześwietla.
Książę zrobił frasobliwą minę.
- Czy wy tak wszyscy? Widzę w pana słowach ślady obecności bezzasadnych obaw Sir Ashleya. Onegdaj opowiadał mi o zniekształceniach woli, jakich jakoby doznawał w alonbijskim towarzystwie arystokratycznym. Nie wątpię, że i te sprawy państwu przybliżył podczas owych przesławnych transmisji - wyjaśniał książę. - Alonbee zazwyczaj porozumiewają się w języku Shilgru. Zdawałoby się, że jest to bezsensowne ćwierkanie, jednak przybliża się do sposobu w jaki porozumiewają się ptaki, na przykład...
Tu szukał w pamięci odpowiedniej nazwy.
- Wrony i kruki?
- Otóż niech będą i takie, chociaż nazwy niewiele mi mówią.
- Są to dość popularne gatunki ptaków.
- Domyślam się proszę pana. Nazwa nie sprawia praktycznej różnicy w galaktycznym spektrum środowiskowym. A cechuje je uniformizacja. Dziwne, prawda? Woda, powietrze, ląd i podziemia wymuszają przystosowanie. Tam, gdzie można, natura formuje prawidłowe akcesorium ożywione. Siłą rzeczy powstają identyczne przystosowania.
- A zatem?
- Zapewne zauważył pan, że większość ptaków reprezentuje zachowanie społeczne. Posiada potomstwo i potrafi dbać o rodzinę. Również każdy ptasi samiec ma pojęcie o punkcie honoru i lojalności. Ptaki siedzące w sporej od siebie odległości, a związane w gromadzie dżentelmeńskiej, porozumiewają się w prostszej odmianie Shilgru. Otóż każdy wydany przez nie dźwięk odnajduje w małym mózgu odpowiednik obrazu. Mógłby pan podejrzewać ptaki o telepatię, ale niestety nie potrafią one poddać myśli tak skomplikowanej obróbce, jak się to dzieje na przykładzie ludzkim, gdzie ta ostatnia jest możliwa. Jednak to wystarczy, aby spektrum komunikacji było w niektórych przypadkach szersze niż to znane panu z mowy potocznej, gdzie należy czasem sekwencje powtarzać i wielokrotnie różnymi sposobami łachudrom niewykształconym przybliżać. Widzi pan, człowiek od tysięcy czy milionów lat przestawił się na werbalizację, na utylizacje obrazu w postać swego rodzaju mózgowego pisma, wyrazopodobnego strumienia myśli, która odcięła was od dostępu do potencjałów przez naturę w komunikacji społecznej hojnie rozdysponowanych. Niektóre rasy jednak potrafiły wrócić do pierwocin i tym sposobem z łatwością transmitują całe obrazy, filmy nawet. Nic dziwnego, że czcigodny Sir Ashley wziął ptakopodobny, tłumny śpiew alonbijski za agresywną hipnozę i myśli podglądanie.
- Czyli przyznaje pan, że słowami pan się nie posługujesz, a raczej ćwierkaniem? Czyżby coś czego w pana mowie nie rozpoznaję potrafiłoby w moim mózgu namieszać?
Książę pomimo wykazanej nerwowości nie okazał braku cierpliwości, wprost przeciwnie:
- Pan stara się zwerbalizować wizję i mi ją przekazać, prawda?
- Tak.
- Jaka będzie różnica, jeśli ja ją wyświetlę natychmiast bez werbalizacji i bez pomocy ośrodka akustycznego? Hę?
- Może pan wykrzywić moją interpretację - obawiał się manewrowy.
- Mogę werbalizować i jednocześnie kłamać, zupełnie się nie czerwieniąc. Mogę pana zbałamucić i okręcić zwyczajną słowną propagandą. Zareklamować coś, co pan kupi. - Tutaj się nieco wzburzył: - Znajduje się pan pod wpływem mojej prezentacji materialno-duchowej, więc nie są to tylko poglądy, ale i szlachetna postawa i dżentelmeńskie maniery. Jest pan wojskowym, więc bez większego problemu przekonam pana do siebie zaledwie tymi dwoma ostatnimi cechami, bo musztra robi swoje i wie pan jak idealnie zadziała niezłomny charakter w obliczu wyzwań dnia codziennego. Dajmy spokój, panie...
- Penney...
- Panie oficerze Penney, dajmy spokój tym małostkowym bzdurom. Nie potrzeba panom używać żeliwnych translatorów, aby mnie zrozumieć. Tylko jegomościom Vanhalgerowi i Ashleyowi wmówiono konieczność translacji gwizdkowej w zasadzie wykorzystywanej wyłącznie do komend w zmechanizowanej konnicy zbrojnej. Nie mogę pojąć, ile się pechowcy w swojej głupocie wycierpieli. No cóż, wszystko to zawdzięczają innej alonbijskiej żmii, z którą i ja mam na pieńku. Ale wróćmy do sprawy...
Tu Houlotee wstał i okręcając się na pięcie, wyciągnął z szuflad stojącej przy ścianie komody przygotowane wcześniej teczki.
- Wciąż nie wiem, o jakim projekcie pan mówi, panie Hrotem? Wynosząc z pańskiej miny, niezłych pan się spodziewa po tym interesie profitów - zagadnął Penney, wczytując się w odpisy rulonów wykonanych w technicznym żargonie marsjańskim, nie akceptowanym w środowisku wenusjańskiej kadry oficerskiej, co nie musiało być znane Houlotee. Przez moment rozkładane schematy przysłoniły twarz oficera i wtedy Hrotem miał okazję ukryć rumień czoła, sygnalizujący zawstydzenie. Sprytnie unikając odpowiedzi na pytanie drugie, powiedział:
- Pan Brownhole bezwzględnie uważał, że powinni się projektem modulatorów zainteresować najwyżsi rangą członkowie rządu wenusjańskiego i admiralicja. Ja miałem zamiar zaproponować współpracę w dziedzinie kosmicznej. Może znajdzie się armator, który natychmiast wyłoży pieniądze na ekspedycję w rejon katastrofy i być może zapewni honorowy pochówek bohaterom? Ja postaram się wysiłek wspomóc ze wszech sił.
Parowozowy otworzył usta ze zdumienia. Tutaj książę mu zaimponował. Tymczasem zamieszany Penney ripostował:
- Bardzo wątpię, czy pójdzie tak łatwo. Przypuśćmy, że się kapitaliści zainteresują. W końcu to inwestycje liczone w żywej gotówce i złocie sztabowym.
- Częścią planu jest stworzenie gremium konstrukcyjnego o szczególnym doborze inteligencji, zatrudniającego najwyższej klasy fachowców eterowych i hutników. Potrzebuję też grupy ochotniczej zdecydowanej na niewielką i siłą rzeczy eksperymentalną protetyką mózgu. Rozkład i dokładne dane wszczepionych elementów chciałbym pozostawić do tajemnicy własnej, gdyż niestety są to detale chronione patentami galaktycznymi i jestem zobowiązany do ochrony tych ścisłych tajemnic technologicznych.
Nadmanewrowy zauważył wykręt. Poczuł się nieswojo, więc prędko zapytał:
- Uważa pan, że człowiek w swym obecnym stanie biologicznej komplikacji nigdy nie osiągnie aż takich wyżyn talentów technologicznych?
Hrotem wyglądał na nieco zamieszanego, ale wybrnął z sytuacji.
- Dla pana prywatnej wiadomości... Człowiek jest tworem ograniczonym przez przypadkowy pęd ewolucyjny zarówno pod względem przestrzennym ścisłej niszy, jak również i konstrukcyjnym. Spoglądając na człowieka pod kątem użytych materiałów i wyjątkowych dla gatunku procesów automatyki fizjologicznej, nie spodziewam się wiele. Poza tym, pomimo swojej genialnej złożoności, pewnych progów podobna przypadkowa maszyna biologiczna nigdy nie przekroczy. Podróżując po Galaktyce, napotkałem setki, jeśli nie tysiące podobnych ras. Każda nosiła niezmywalne piętno ewolucyjnych ograniczeń.
- Uważa nas pan za gorszych z braku protez? - nagabywał oficjel.
- Środowisko wytłacza na umyśle niezmywalną pieczęć przynależności do danej niszy ekologicznej. Wszystkie okazy napotkanych ras na pewnym etapie rozwojowym ulegają zawieszeniu funkcjonalnemu z braku koniecznej energii innowacyjnej. Po prostu gatunek jako taki wyczerpuje swój limit dostosowawczy i poznawczy. Wzrasta duma z wyjątkowości i na jej podstawie powstaje nieuzasadniona pewność siebie. I wtedy następuje krach. Nagły zanik lub śmierć samobójcza. Nasze protezy pozwalają na konieczne rozszerzenia horyzontów. Są one wytworem uzupełniającym, sztucznym i wygenerowanym na podstawie wyników badań teoretycznych.
- Rozumiem.
- Wobec powyższego proszę o jak najszybsze oddelegowanie naszej kompanii do stolicy planety Wenus.
- Pozwolą panowie, że prześlę władzom na drodze radiowej wstępny projekt naszego porozumienia.
- Myślę, że będzie to postępowanie najwłaściwsze.
- I jeszcze jedno - rzucił nadmanewrowy z czarującym uśmiechem. - Dysponujemy na Wenus wyborną wyrocznią humidzką. Hrabianka wybitnie zdolna, nie tylko że tytuły zawdzięcza sławie, to jeszcze potrafi być nieomylna.
- A dlaczego pan szanowny o niej wspomina?
- Żeby wszystko stało się dla nas wszystkich tu obecnych jasne. Sir Ashley i baron wciąż żyją i są we władzy przeklętego alonbijskiego wielmoży.
- Nie może być, przecież sam widziałem potworną destrukcję...
- Wytyczyła kierunek i wartości na zestawie magnesowym zanurzonym w silnych roztworach solnych. A wiadomo jak się zachowują w nich magnesy pokryte antygrawitacyjnym pudrem. Natychmiast wytyczyła wektory dochodzące do misy pobudzonych pól własnych.
- Jakich pól, pan powiedziałeś?
- No przecież podarowano im jakoweś urządzenia psychiczne? Kopiujące świadomość projektory?
- Ach tak. Coś podobnego, że też sam na to nie wpadłem? To znaczy, że żyją i mają się dobrze, a pan przez cały czas trwania rozmowy tylko mnie słowem podpuszczałeś?
- Tak jest książę, podpuszczałem. Ale może dlatego widzę sens w misji tworzenia naszej floty.