Hrabia Monte Christo (elegancka edycja) - Aleksander Dumas

Kup ebooka

99.00 zł
82.17 zł (69,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Powrót do Marsylii

Był dwu­dzie­sty czwarty lutego 1815 roku, gdy straż­nik dał z wieży Notre Dame de la Garde sygnał, zapo­wia­da­jąc przy­by­cie trój­masz­towca "Faraon", powra­ca­ją­cego ze Smyrny przez Triest i Neapol.

Jak to zazwy­czaj bywa w takich razach, z portu natych­miast wyru­szył pilot i opły­nąw­szy zamek If, przy­bił do burty statku pomię­dzy przy­ląd­kiem Mor­gion i wyspą Rion. I jak to się znów z reguły dzieje, tak i tego dnia wały twier­dzy Świę­tego Jana zaro­iły się od gapiów; przy­by­cie bowiem statku jest w Mar­sy­lii zawsze wiel­kim wyda­rze­niem, a co dopiero takiego statku jak "Faraon" - zbu­do­wa­nego, ota­klo­wa­nego i zała­do­wa­nego w stocz­niach sta­ro­żyt­nej Focei, a nade wszystko nale­żą­cego do jed­nego z miej­sco­wych arma­to­rów.

A sta­tek zbli­żał się tym­cza­sem; prze­był już szczę­śli­wie cie­śninę pomię­dzy wyspami Cala­sa­re­igne i Jaros, powstałą na sku­tek wstrzą­sów wul­ka­nicz­nych, minął Pom?gue, i choć posu­wał się pod roz­pię­tymi mar­slami, kliw­rem i beza­nem, szedł tak wolno i tak posępny nastrój wokół roz­ta­czał, że nie­któ­rzy wśród widzów, wie­dzeni samym prze­czu­ciem, zasta­na­wiali się, co za nie­szczę­ście mogło ów sta­tek dotknąć. Mimo to ludzie rozu­mie­jący się na nawi­ga­cji twier­dzili, że jeśli się coś złego przy­tra­fiło, to pew­nie nie stat­kowi. Bo cho­ciaż pły­nął wolno, ale w naj­lep­szym porządku, jak sta­tek pod zna­ko­mi­tym dowódz­twem. Kotwica była przy­go­to­wana, zlu­zo­wano wanty buksz­prytu, a obok pilota, który był gotów, aby wpro­wa­dzić żaglo­wiec w wąskie gar­dło mar­syl­skiego portu, stał młody czło­wiek, o ener­gicz­nym zacho­wa­niu i bystrym spoj­rze­niu; bacz­nie czu­wał nad każ­dym ruchem statku i powta­rzał każdy roz­kaz pilota.

Wśród tłumu widzów, na twa­rzach któ­rych malo­wał się ów nie­okre­ślony nie­po­kój, jeden czło­wiek szcze­gól­nie zda­wał się nie­po­koić i nie­cier­pli­wić; nie mogąc się docze­kać przy­by­cia statku do portu, wsko­czył prędko do małej łódki i kazał pły­nąć naprze­ciw "Fara­ona"; przy­bił doń na wyso­ko­ści zatoczki Réserve.

Na widok owego czło­wieka młody mary­narz opu­ścił swoje sta­no­wi­sko przy pilo­cie i z kape­lu­szem w ręku przy­stą­pił do burty statku.

Był to mło­dzie­niec liczący zale­d­wie osiem­na­ście do dwu­dzie­stu lat, słusz­nego wzro­stu, smu­kły, kru­czo­włosy, o pięk­nych czar­nych oczach. W całej jego postaci malo­wały się spo­kój i ener­gia, wła­ściwa ludziom, któ­rzy od dzie­ciń­stwa przy­wy­kli wal­czyć z nie­bez­pie­czeń­stwami.

- Ach! To pan, panie Edmun­dzie! - wykrzyk­nął męż­czy­zna z łódki. - Cóż się stało? Skąd ten smu­tek, który panuje na pokła­dzie?

- Nie­szczę­ście, wiel­kie nie­szczę­ście na nas spa­dło, panie Mor­rel - odrzekł mło­dzie­niec. - Nie­szczę­ście, które srogo mnie dotknęło. Tuż pod Civi­ta­vec­chia stra­ci­li­śmy naszego zacnego kapi­tana Lecl?re'a.

- A ładu­nek? - zawo­łał nie­spo­koj­nie wła­ści­ciel okrętu.

- Nie­tknięty, przy­wieź­li­śmy go w naj­lep­szym porządku; sądzę, że jeśli o to idzie, będziesz pan zupeł­nie kon­tent. Ale biedny kapi­tan Lecl?re...

- Cóż mu się stało? - spy­tał wła­ści­ciel tonem wyraź­nie spo­koj­niej­szym. - Cóż się stało zacnemu kapi­ta­nowi?

- Nie żyje.

- Czyżby uto­nął?

- O nie, panie Mor­rel, umarł na zapa­le­nie mózgu wśród naj­okrop­niej­szych cier­pień.

Po czym Edmund zwró­cił się do swo­ich ludzi:

- Hej! - zawo­łał. - Wszy­scy na sta­no­wi­ska, rzu­camy kotwicę!

Załoga speł­niła roz­kaz i ośmiu czy dzie­wię­ciu mary­na­rzy, któ­rzy się na nią skła­dali, rzu­ciło się w mgnie­niu oka do szo­tów, bra­sów, fałów, want i szta­gów.

Młody mary­narz, rzu­ciw­szy okiem na począ­tek manewru i prze­ko­naw­szy się, że roz­kazy są nale­ży­cie speł­niane, powró­cił do pana Mor­rela.

- Jakże doszło do tego nie­szczę­ścia? - spy­tał arma­tor, nawią­zu­jąc do prze­rwa­nego wątku roz­mowy.

- Ach, mój Boże, ni­gdy byśmy się nie spo­dzie­wali. Po dłu­giej roz­mo­wie z komen­dan­tem portu w Neapolu kapi­tan Lecl?re opu­ścił mia­sto bar­dzo wzru­szony: nie minęła doba, a dostał nad­zwy­czaj moc­nej gorączki i w trzy dni póź­niej już umie­rał... Wypra­wi­li­śmy mu pogrzeb jak należy; przy­wią­za­li­śmy mu do stóp i do głowy dwu­dzie­sto­sze­ścio­fun­towe kule i spo­czywa teraz owi­nięty w hamak nie­da­leko wyspy El Giglio. Wdo­wie po nim wie­ziemy jego Krzyż Legii Hono­ro­wej i szpadę. Smutne to - cią­gnął mło­dzie­niec z melan­cho­lij­nym uśmie­chem - wal­czyć z Angli­kami lat dzie­sięć, żeby potem umrzeć taką śmier­cią, jak lada kto umiera - we wła­snym łóżku.

- Cóż chcesz, do dia­bła, drogi panie Edmun­dzie - odpo­wie­dział arma­tor, który wyglą­dał na nie­mal zupeł­nie pocie­szo­nego po tej stra­cie. - Wszy­scy jeste­śmy śmier­telni, a trzeba prze­cież, żeby sta­rzy ustę­po­wali miej­sca mło­dym, ina­czej trudno byłoby mówić o postę­pie; ale skoro powia­dasz mi, że ładu­nek jest...

- W dosko­na­łym sta­nie, ręczę za to, panie Mor­rel. Ten rejs przy­nie­sie panu zapewne dwa­dzie­ścia pięć tysięcy fran­ków zysku.

Sta­tek mijał wła­śnie Basztę Okrą­głą.

- Goto­wać się do zwi­ja­nia mar­sli, kliwra i bezan­ża­gla! - zawo­łał młody żeglarz. - Żywo!

Roz­kaz speł­niono z taką szyb­ko­ścią jak na okrę­cie wojen­nym.

- Luzuj i zwi­jaj!

Na tę komendę wszyst­kie żagle opa­dły nagle, a sta­tek jął posu­wać się do przodu z wolna, popy­chany samą już tylko siłą roz­pędu.

- Teraz, panie Mor­rel, racz wejść na pokład - rzekł Dant?s, widząc nie­cier­pli­wość wła­ści­ciela. - Oto wycho­dzi z kajuty pań­ski buchal­ter, pan Dan­glars. Udzieli panu wszel­kich obja­śnień, jakich byś pan nie zażą­dał. Co do mnie, muszę dopil­no­wać kotwi­cze­nia i wywie­sić znaki żałoby.

Arma­tor nie kazał sobie powta­rzać dwa razy, uchwy­cił linę okrę­tową, którą mu rzu­cił Dant?s i z nad­zwy­czajną zręcz­no­ścią, która nie przy­nio­słaby wstydu naj­wy­traw­niej­szemu majt­kowi, wspiął się na pokład po szcze­blach umo­co­wa­nych na zewnętrz­nej ścia­nie pęka­tego kadłuba. Dant?s tym­cza­sem wró­cił na swoje dawne miej­sce, aby nie prze­szka­dzać roz­mo­wie arma­tora i pana Dan­glarsa, owego człeka, który wyszedł z kajuty na spo­tka­nie pana Mor­rela.

Nowo przy­były wyglą­dał na dwa­dzie­ścia pięć do dwu­dzie­stu sze­ściu lat. Obłudna jego fizys zdra­dzała, że płasz­czył się w obej­ściu ze zwierzch­ni­kami, zaś cierpko trak­to­wał pod­wład­nych. Pia­sto­wał sta­no­wi­sko agenta kaso­wego, a że sama ta funk­cja budzi wstręt wśród mary­na­rzy, dla­tego zapewne cała załoga oka­zy­wała mu tyleż nie­chęci, co sym­pa­tii wobec Edmunda Dant?sa.

- I cóż, wie pan już zapewne - roz­po­czął Dan­glars - o nie­szczę­ściu?

- Wiem już, wiem. Biedny kapi­tan Lecl?re, dzielny to był i zacny czło­wiek.

- A nade wszystko dosko­nały mary­narz, zesta­rzał się, patrząc tylko na niebo i morze, jak przy­stoi czło­wie­kowi, w któ­rego ręce zło­żone były inte­resy tak zna­ko­mi­tej firmy jak Dom Han­dlowy Mor­rel i Syn - odrzekł Dan­glars.

- Zdaje mi się jed­nak - rzekł arma­tor, śle­dząc wzro­kiem Dant?sa - że nie­ko­niecz­nie trzeba być sta­rym wil­kiem mor­skim, jak pan twier­dzisz, aby znać dobrze swoje rze­mio­sło. Oto na przy­kład nasz drogi Edmund bie­rze się do dowo­dze­nia, tak jakby nie potrze­bo­wał niczy­jej pomocy.

- Zapewne - rzekł Dan­glars, spo­glą­da­jąc na Dant?sa z ukosa, a w oku bły­snęła mu nie­na­wiść. - Tak, nie pod­lega to żad­nej wąt­pli­wo­ści, młode to i pewne sie­bie... Led­wie kapi­tan zamknął oczy, on natych­miast objął dowódz­two bez niczy­jej rady, i zamiast udać się pro­stą drogą do Mar­sy­lii, pół­tora dnia stał ze stat­kiem na Elbie.

- Miał prawo i obo­wią­zek objąć dowódz­two statku jako drugi co do stop­nia po zmar­łym; że zaś stra­cił pół­tora dnia na Elbie, to źle, chyba że sta­tek potrze­bo­wał jakiejś naprawy.

- "Faraon" miał się tak dobrze jak ja, a życzę panu z całego serca takiego zdro­wia jak moje, panie Mor­rel; stra­ci­li­śmy pół­tora dnia, bo po pro­stu zachciało mu się pobyć tro­chę na lądzie i nic wię­cej.

- Dant?s, pozwól pan tu do nas na chwilę! - zawo­łał do mło­dzieńca arma­tor.

- Pro­szę wyba­czyć - odpo­wie­dział Dant?s - za chwilę będę mógł panu słu­żyć.

Po czym zwró­cił się do załogi:

- Rzu­caj!

Kotwica spa­dła, łań­cuch osu­nął się z brzę­kiem. Cho­ciaż pilot był na­dal obecny, Dant?s pozo­stał na sta­no­wi­sku, póki ten ostatni manewr nie został ukoń­czony, po czym krzyk­nął:

- Pro­por­czyk do połowy masztu, spu­ścić flagę! Skrzy­żo­wać reje!

- Uwa­żaj pan - rzekł Dan­glars. - Słowo daję, on ma się już za kapi­tana.

- Bo i jest nim - odpo­wie­dział wła­ści­ciel.

- Tak, brak tylko pod­pisu pana, panie Mor­rel, i pań­skiego wspól­nika.

- Do dia­bła, dla­cze­góż nie mie­li­by­śmy go zatrzy­mać na tym sta­no­wi­sku? Prawda, że młody, ale to chło­pak na swoim miej­scu i widzę, że doświad­czony z niego żeglarz.

Dan­glars spo­chmur­niał na moment.

- Prze­pra­szam, panie Mor­rel - rzekł Dant?s, pod­cho­dząc do nich. - Racz mi wyba­czyć; kiedy sta­tek jest już na kotwicy, jestem na pań­skie roz­kazy. Zda­wało mi się, żeś mnie pan wzy­wał.

Dan­glars cof­nął się o krok.

- Chcia­łem cię zapy­tać, dla­czego zatrzy­ma­łeś się na Elbie.

- Wła­ści­wie nie wiem. Chcia­łem tylko wypeł­nić ostat­nią wolę kapi­tana Lecl?re'a, który umie­ra­jąc, wrę­czył mi paku­nek dla mar­szałka Ber­tranda.

- I cóż? Widzia­łeś go, Edmun­dzie?

- Kogo?

- Mar­szałka.

- Widzia­łem.

Rozej­rzaw­szy się nie­spo­koj­nie wkoło, Mor­rel odpro­wa­dził Dant?sa na stronę.

- Jakże się ma cesarz? - zapy­tał z oży­wie­niem.

- Dobrze, jeśli mogę sądzić z tego, co sam widzia­łem.

- Widzia­łeś więc i cesa­rza?

- Wszedł, kie­dym był u mar­szałka.

- Mówi­łeś z nim?

- On raczej ze mną roz­ma­wiał - uśmiech­nął się Dant?s.

- I cóż ci rzekł?

- Zapy­tał, kiedy nasz sta­tek wyru­szył z Mar­sy­lii, jaką pły­nął drogą, jaki ma ładu­nek. Wywnio­sko­wa­łem, że gdyby był bez ładunku i nale­żał do mnie, cesarz chęt­nie by go kupił. Ale powie­dzia­łem, że jestem tylko zastępcą kapi­tana, sta­tek zaś jest wła­sno­ścią Domu Mor­rel i Syn. "Aha! - zawo­łał natych­miast - znam tę firmę. Mor­relowie to z dziada pra­dziada wła­ści­ciele stat­ków; jakiś Mor­rel słu­żył w tym samym pułku co i ja w gar­ni­zo­nie w Walen­cji".

- To prawda, jak Boga kocham! - wykrzyk­nął ura­do­wany arma­tor. - Wszak to Poli­karp Mor­rel, mój rodzony wuj, który dochra­pał się stop­nia kapi­tana. Edmun­dzie, jeśli tylko powiesz pan wujowi, że cesarz go sobie przy­po­mniał, poczciwy stary zrzęda roz­pła­cze się z rado­ści, zoba­czysz. - Dobrze - cią­gnął dalej, kle­piąc mło­dzieńca po ramie­niu - słusz­nie zro­bi­łeś, żeś speł­nił roz­kazy kapi­tana Lecl?re'a i zatrzy­mał się na Elbie, cho­ciaż gdyby wie­dziano, że zano­si­łeś jakąś paczuszkę do mar­szałka i mówi­łeś z cesa­rzem, mogłoby cię to nara­zić na podej­rze­nia.

- Ale z jakiej przy­czyny, panie Mor­rel? - spy­tał Dant?s. - Czyż ja wiem, co było w tym pakunku? Cesarz zaś mógł zadać takie same pyta­nia pierw­szemu lep­szemu mary­na­rzowi. Ale prze­pra­szam pana raz jesz­cze - rzekł nagle Dant?s - zbli­żają się do nas służba sani­tarna i cel­nicy, pan pozwoli...?

- Dobrze, mój drogi Edmun­dzie, rób, co trzeba.

Mło­dzie­niec odda­lił się, a na jego miej­sce przy­bli­żył się Dan­glars.

- I cóż? - zapy­tał. - Zdaje się, że musiał się dobrze tłu­ma­czyć z postoju w Por­to­fer­raio?

- Ow­szem, podał naj­istot­niej­sze powody, kochany panie Dan­glars.

- O, tym lepiej. Nie uwie­rzy pan, jak przy­kro myśleć, że kolega nie speł­nia swych obo­wiąz­ków.

- Dant?s wyko­nał to, co do niego nale­żało - odpo­wie­dział arma­tor. - Nie mam mu nic do zarzu­ce­nia. Postój miał miej­sce na pole­ce­nie kapi­tana Lecl?re'a.

- Jeśli już mowa o kapi­ta­nie, czy Dant?s nie oddał ci od niego żad­nego listu?

- Mnie? Nie. Miał więc jakiś list?

- Zda­wało mi się, że prócz paczki kapi­tan wrę­czył mu list.

- O jakiejże to paczuszce mówisz, panie Dan­glars?

- Ależ o tej, którą Dant?s oddał w Por­to­fer­raio.

- Skąd pan wiesz, że miał tam oddać jakąś paczkę?

Dan­glars zaru­mie­nił się.

- Prze­cho­dzi­łem wła­śnie obok kajuty kapi­tana i przez pół­u­chy­lone drzwi zauwa­ży­łem, jak odda­wał Dant?sowi paku­nek i list.

- O liście nic mi nie mówił - odrzekł wła­ści­ciel. - A jeśli ma dla mnie jakąś wia­do­mość, z pew­no­ścią mi ją dorę­czy.

Dan­glars zamy­ślił się na chwilę.

- Panie Mor­rel, bar­dzo pana pro­szę, abyś mu o tym nie wspo­mi­nał; prze­cież mogłem się pomy­lić.

W tejże chwili nad­szedł Dant?s, a Dan­glars znowu się odda­lił.

- Cóż, Dant?s, wszystko już zała­twione? - zapy­tał Mor­rel.

- Tak, panie Mor­rel.

- Jakoś nie­długo trwały te for­mal­no­ści.

- A nie. Odda­łem cel­ni­kom spis naszych towa­rów, a z komory cel­nej przy­słano do nas czło­wieka, który przy­je­chał razem z pilo­tem. Wrę­czy­łem mu nasze doku­menty.

- Więc jesteś już pan wolny?

Dant?s obej­rzał się wokół.

- Tak, wszystko jest w porządku.

- No to może zjesz pan z nami dziś obiad?

- Pro­szę mi daro­wać, panie Mor­rel, ale choć to dla mnie ogromny zaszczyt, muszę naj­pierw powi­tać ojca.

- Słusz­nie, moje dziecko. Zna­łem cię zawsze jako dobrego syna.

- A mój ojciec... - zapy­tał Dant?s z pew­nym waha­niem - nie wie pan, jak on się miewa?

- Myślę, że dobrze, cho­ciaż przy­znam ci się, mój Edmun­dzie, żem go dawno nie widział.

- A tak, on nie wycho­dzi pra­wie ze swego poko­iku.

- To dowo­dzi, że mu nic nie bra­ko­wało w cza­sie two­jej nie­obec­no­ści.

Dant?s uśmiech­nął się.

- Mój ojciec jest tak dumny, że gdyby nawet nic już nie miał, nikogo by w świe­cie nie popro­sił o pomoc, chyba Boga jed­nego.

- Dobrze, ale potem możemy się spo­dzie­wać, że przyj­dziesz?

- Och, znów pro­szę pana o wyba­cze­nie. Po tych odwie­dzi­nach muszę jesz­cze do kogoś pójść, i tam rów­nież serce mi się wyrywa.

- Ach, prawda! Prawda. Zapo­mnia­łem na śmierć, że w wio­sce kata­loń­skiej pewna osoba ocze­kuje na pana z taką jak pań­ski ojciec nie­cier­pli­wo­ścią, śliczna Mer­ce­des...

Dant?s uśmiech­nął się.

- Ach, nie dzi­wię się teraz - rzekł pan Mor­rel - dla­czego tu przy­cho­dziła pytać ze trzy razy, czy nie ma wia­do­mo­ści o "Fara­onie". Tam, do dia­bła! Powo­dzi się panu, drogi Edmun­dzie, piękną masz kochankę!

- To nie moja kochanka - odpo­wie­dział z powagą Dant?s - ale narze­czona.

- Wszystko to jedno, kochanka, narze­czona - uśmiech­nął się wła­ści­ciel statku.

- Dla nas nie, panie Mor­rel.

- Dobrze, idź już, idź, kochany Edmun­dzie, nie zatrzy­muję cię dłu­żej. Dosyć się napil­no­wa­łeś moich inte­re­sów, zała­twiajże teraz swoje sprawy. Może ci trzeba pie­nię­dzy?

- Nie, dzię­kuję, oszczę­dzi­łem sobie dosyć w cza­sie podróży, mam całą trzy­mie­sięczną gażę.

- Jesteś porząd­nym chłop­cem, Edmun­dzie.

- Pan wie, że mój ojciec jest ubogi - odpo­wie­dział Dant?s.

- O, wiem, wiem, żeś dobry syn jak rzadko, spie­szże więc do ojca. Ja także mam syna i nie był­bym bar­dzo zobo­wią­zany temu, kto by go chciał zatrzy­mać z dala ode mnie po trzy­mie­sięcz­nej podróży.

- Żegnam więc pana - odrzekł mło­dzie­niec, kła­nia­jąc się.

- Bywaj zdrów - jeśli mi nic wię­cej nie masz do powie­dze­nia.

- Nie.

- Kapi­tan Lecl?re nie poru­czył ci przed śmier­cią żad­nego listu do mnie?

- Nie był już w sta­nie nic pisać, ale... Ach, dobrze, że nie zapo­mnia­łem. Chcia­łem pro­sić pana o dwa tygo­dnie urlopu.

- Chcesz się zapewne żenić?

- Tak... a potem muszę wyje­chać do Paryża.

- Dobrze, dobrze! Jedź pan na tyle, na ile zechcesz! Wyła­do­wa­nie statku zabie­rze naj­mniej sześć tygo­dni, więc dopiero za trzy mie­siące będzie mógł wyjść w morze... Ale trzeba, żebyś pan był z powro­tem przed upły­wem tego czasu. "Faraon" - dodał, kła­dąc dłoń na ramie­niu mło­dego żegla­rza - nie może wypły­nąć bez kapi­tana.

- Bez kapi­tana! - zawo­łał Dant?s i oczy zaiskrzyły mu się rado­ścią. - Na Boga, zważ pan dobrze na to, coś wyrzekł, bo zdaje mi się, że odga­du­jesz moje naj­skryt­sze marze­nia. Czyżby miał pan rze­czy­wi­ście zamiar mia­no­wać mnie kapi­ta­nem "Fara­ona"?

- Gdyby to ode mnie samego zale­żało, podał­bym ci rękę, mój drogi Edmun­dzie i powie­dział: "Jesteś kapi­ta­nem". Ale mam wspól­nika, a znasz wło­skie przy­sło­wie: "Kto ma wspól­nika, ma naczel­nika". Ale połowa drogi już za nami, albo­wiem z dwóch potrzeb­nych gło­sów jeden już masz. Spuść się zresztą na mnie, jeżeli cho­dzi o drugi, posta­ram się zro­bić wszystko, abyś go uzy­skał.

- O! Panie Mor­rel! - zawo­łał młody mary­narz, ze łzami w oczach ści­ska­jąc ręce arma­tora. - Dzię­kuję panu w imie­niu mojego ojca i Mer­ce­des.

- Spo­koj­nie, drogi Edmun­dzie! Dobry Bóg na nie­bie od tego jest, do dia­bła, aby trzy­mać w swej opiece zacnych ludzi! Bie­gnij już do ojca, do swo­jej Mer­ce­des, a potem zajdź i do mnie.

- Pozwoli pan, bym go odwiózł na ląd?

- Nie potrzeba, dzię­kuję; zostanę tutaj, żeby roz­li­czyć się z Dan­glar­sem. Czy byłeś pan z niego kon­tent w cza­sie podróży?

- Zależy, co pan przez to pyta­nie poj­muje. Jako towa­rzysz... hm... nie byłem zado­wo­lony, wiem, że mnie nie lubi, szcze­gól­nie od chwili, kiedy po jakiejś małej sprzeczce popeł­ni­łem wielką nie­do­rzecz­ność i zapro­po­no­wa­łem krótki postój na wyspie Monte Chri­sto, aby tam w ciągu dzie­się­ciu minut zakoń­czyć w spo­sób osta­teczny nasz spór. Głup­stwo zro­bi­łem, żem go wyzwał, on zaś postą­pił jak naj­słusz­niej, sprze­ci­wia­jąc się temu. Jeśli nato­miast pytasz pan, co sądzę o nim jako o buchal­te­rze, myślę, że będziesz pan kon­tent z jego pracy, pełni swoje obo­wiązki nad­zwy­czaj gor­li­wie.

- Ale powiedz mi - pytał dalej arma­tor - gdy­byś został kapi­ta­nem statku, zatrzy­mał­byś chęt­nie Dan­glarsa?

- Zarówno jako kapi­tan, jak i jego zastępca umiał­bym sza­no­wać każ­dego, kto posiada zaufa­nie moich prze­ło­żo­nych.

- Dosko­nale, Edmun­dzie, widzę, żeś pod każ­dym wzglę­dem prawy czło­wiek. Nie zatrzy­muję cię dłu­żej, idź, bo widzę, że sto­isz jak na roz­ża­rzo­nych węglach.

- Jak więc będzie z moim urlo­pem?

- Ależ jedź sobie, powta­rzam.

- Czy poży­czy mi pan łódkę?

- Bierz.

- Do widze­nia, panie Mor­rel, tysiąc­kroć dzię­kuję.

- Do widze­nia, drogi Edmun­dzie, wszyst­kiego dobrego!

Mary­narz wsko­czył do łodzi, siadł na rufie i roz­ka­zał pły­nąć do Cannebi?re. Dwaj majt­ko­wie rzu­cili się natych­miast do wio­seł i łódź pomknęła tak prędko, jak to tylko było moż­liwe w wąskiej uliczce, którą two­rzyły dwa sze­regi stat­ków, pro­wa­dzą­cej od wej­ścia do portu aż do nabrzeża orle­ań­skiego, a zapcha­nej gęsto nie­zli­czoną liczbą barek.

Mor­rel z uśmie­chem na ustach odpro­wa­dził Dant?sa oczyma aż do brzegu; widział go jesz­cze, jak przy­bił do brzegu, wysko­czył na kamienne płyty nabrzeża i znikł natych­miast w barw­nym tłu­mie. Od pią­tej rano do dzie­wią­tej wie­czór mrowi się na tej słyn­nej ulicy Cannebi?re, z któ­rej tak są dumni dzi­siejsi Focej­czycy, że powia­dają o niej z naj­zim­niej­szą krwią i owym spe­cy­ficz­nym akcen­tem, nada­ją­cym tak wyjąt­kowy cha­rak­ter ich mowie, że "gdyby Paryż miał swoją Cannebi?re, mógłby się zwać małą Mar­sy­lią".

Odwró­ciw­szy się, arma­tor spo­strzegł sto­ją­cego obok Dan­glarsa, który z pozoru zda­wał się ocze­ki­wać na jego roz­kazy, a w rze­czy­wi­sto­ści sam śle­dził wzro­kiem mło­dego mary­na­rza.

Jakże wielka była róż­nica w wyra­zie oczu tych dwóch ludzi, spo­glą­da­ją­cych na tego samego czło­wieka.

10. Gabinecik w Tuileriach

Zostawmy Vil­le­forta na trak­cie do Paryża, po któ­rym pędził jak strzała, pła­cąc za potrójne zaprzęgi i wejdźmy, mija­jąc kilka więk­szych salo­nów, do owego słyn­nego gabi­ne­ciku z łuko­wa­tym oknem: upodo­bali go sobie Napo­leon I, następ­nie Ludwik XVIII, a dziś Ludwik Filip. W tym to gabi­ne­cie król Ludwik XVIII, sie­dząc przy orze­cho­wym sto­liku, który sobie spro­wa­dził z Har­twell - a lubił go nie­zmier­nie (było to jedno z dzi­wactw, jakie zda­rzają się wiel­kim tego świata) - słu­chał dość nie­uważ­nie słów pięć­dzie­się­cio­let­niego męż­czy­zny o siwych wło­sach, szla­chet­nej posta­wie i nie­na­gan­nie ubra­nego i noto­wał coś na mar­gi­ne­sie tomu Hora­cego (w nie­zbyt popraw­nym, choć cenio­nym wyda­niu Gry­phiusa), który miał swój udział w for­mu­ło­wa­nych przez króla prze­ni­kli­wych uwa­gach filo­zo­ficz­nych.

- Mówisz więc pan... - rzekł król.

- Że jestem bar­dzo nie­spo­kojny, Naj­ja­śniej­szy Panie.

- Doprawdy? Widzia­łeś więc pan we śnie sie­dem krów tłu­stych i sie­dem chu­dych?

- Nie, Naj­ja­śniej­szy Panie, bo to zapo­wia­da­łoby tylko sie­dem lat żyznych, a sie­dem głodu, a za pano­wa­nia tak prze­wi­du­ją­cego króla, jak Naj­ja­śniej­szy Pan, nie musimy lękać się głodu.

- Jakaż więc inna czeka nas plaga, kochany panie Bla­cas?

- Naj­ja­śniej­szy Panie, sądzę... i mam wszel­kie prawo, aby tak sądzić, że od połu­dnia zbiera się burza...

- No, mój kochany hra­bio - odrzekł Ludwik XVIII - widzę, że źle pana poin­for­mo­wano, bo ja wiem z całą pew­no­ścią, że tam teraz pogoda naj­pięk­niej­sza pod słoń­cem.

Jak­kol­wiek Ludwik XVIII był czło­wie­kiem dow­cip­nym, lubił banalne żar­ciki.

- Czy Naj­ja­śniej­szy Pan nie raczyłby posłać, ot tak - aby uspo­koić wier­nego sługę, kilku zaufa­nych ludzi do Lan­gwe­do­cji, Pro­wan­sji i Del­fi­natu, aby prze­ko­nali się o nastro­jach wśród tam­tej­szej lud­no­ści?

- Cani­mus sur­dis - odrzekł król, nie prze­sta­jąc robić nota­tek na mar­gi­ne­sie Hora­cego.

- Sire - odpo­wie­dział dwo­rak z uśmie­chem, uda­jąc, że zro­zu­miał hemi­stych poety z Wenu­zji. - Wasza Kró­lew­ska Mość ma zapewne słusz­ność, pole­ga­jąc na pod­da­nych, ale oba­wiam się, że nie mylę się cał­kiem, spo­dzie­wa­jąc się jakichś roz­pacz­li­wych prób...

- Z czy­jej strony?

- Ze strony Bona­par­tego, a przy­naj­mniej jego stron­ni­ków.

- Kochany Bla­cas, z pań­skimi oba­wami nie dajesz mi pan pra­co­wać.

- A spo­kój Naj­ja­śniej­szego Pana nie daje mi zasnąć.

- Chwi­leczkę, hra­bio. Przy­szła mi do głowy wspa­niała myśl na temat Pastor quum tra­he­ret, niech tylko skoń­czę, a będziesz pan mówił dalej.

Nastała chwila mil­cze­nia, w cza­sie któ­rej Ludwik XVIII zapi­sał macz­kiem nową uwagę na mar­gi­ne­sie Hora­cego; po czym rzekł:

- Mów teraz, drogi hra­bio. - I powstał z zado­wo­loną miną czło­wieka, który sądzi, że wpadł na nową myśl, a nie na komen­tarz do cudzej idei. - Mów dalej, słu­cham.

- Naj­ja­śniej­szy Panie - rzekł Bla­cas, który miał przez chwilę nadzieję, że przej­mie dla sie­bie pro­fit z wie­ści przy­nie­sio­nych przez Vil­le­forta. - Muszę uprze­dzić Waszą wyso­kość, że to nie­zwy­czajne, nie­oparte na niczym pogło­ski, gada­nie na wiatr, które mnie zanie­po­ko­iło. Wła­śnie przy­był pocz­to­wymi końmi czło­wiek roz­sądny, godny zaufa­nia, któ­remu powie­rzy­łem czu­wa­nie nad połu­dniową czę­ścią kraju - (hra­bia wymó­wił te słowa z pewną trud­no­ścią). - Przy­był po to, aby powie­dzieć mi: "Kró­lowi grozi wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo". Dla­tego przy­bie­głem co sił, sire.

- Mala ducis avi domum - czy­tał Ludwik XVIII, notu­jąc dalej.

- Czy Wasza Kró­lew­ska Mość zaka­zuje mi nasta­wać dłu­żej na ten temat?

- By­naj­mniej, kochany hra­bio. Ale się­gnij pan ręką na lewo...

- Tu, sire?

- Mówię panu na lewo, a pan szuka na prawo! Mia­łem na myśli: na lewo ode mnie. Brawo, tra­fi­łeś pan. Musi tam być raport mini­stra poli­cji z wczo­raj­szą datą... O, ale pro­szę, oto i pan Dandré we wła­snej oso­bie... Powie­dzia­łeś wszak, że to pan Dandré? - zwró­cił się król do kamer­dy­nera, który wła­śnie zaanon­so­wał mini­stra poli­cji.

- Tak, Naj­ja­śniej­szy Panie, pan baron Dandré - powtó­rzył kamer­dy­ner.

- Słusz­nie, baron - pod­jął Ludwik z nie­mal nie­do­strze­gal­nym uśmie­chem. - Niech pan wej­dzie, baro­nie, i opo­wie hra­biemu wszystko, co tylko wiesz nowego o panu Bona­par­tem. Nie kryj nic przed nami, choćby sytu­acja była naj­cięż­sza. Prze­ko­najmy się, czy wyspa Elba jest wul­ka­nem, z któ­rego wybuch­nie wojna gorąca i sroga: bella, hor­rida bella?

Pan Dandré zako­ły­sał się z gra­cją, wsparty dłońmi o opar­cie fotela.

- Czy Naj­ja­śniej­szy Pan - rzekł - czy raczył przej­rzeć raport wczo­raj­szy?

- Tak, ale powtórz pan to sam hra­biemu, co tam było, bo go nie może zna­leźć. Opo­wiedz mu, co uzur­pa­tor robi na wyspie.

- Panie hra­bio - rzekł baron. - Wszy­scy wierni słu­dzy Jego Kró­lew­skiej Mości powinni się cie­szyć z naj­śwież­szych nowin docho­dzą­cych z Elby. Bona­parte...

Tu spoj­rzał na Ludwika XVIII, który zajęty swo­imi notat­kami ani się obej­rzał.

- Bona­parte - mówił dalej baron - nudzi się śmier­tel­nie; spę­dza całe dni na doglą­da­niu pracy gór­ni­ków w Porto Lon­gone.

- I co rusz się dra­pie, aby się tro­chę roze­rwać - rzekł król.

- Dra­pie się - zdu­miał się hra­bia. - Co Naj­ja­śniej­szy Pan ma na myśli?

- Ależ tak, drogi hra­bio. Czyżby zapo­mniał pan, że ten wielki czło­wiek, ten heros, ten pół­bóg jest dotknięty cho­robą, która go wprost pożera, zwaną pru­rigo?

- Powiem wię­cej, panie hra­bio - dorzu­cił mini­ster poli­cji - jeste­śmy pra­wie pewni, że uzur­pa­to­rowi wkrótce pomie­sza się rozum.

- Pomie­sza się rozum?

- I to zupeł­nie. Już teraz bzi­kuje. Cza­sem pła­cze gorą­cymi łzami, to znowu śmieje się na całe gar­dło; cza­sem całe godziny spę­dza nad brze­giem morza, pusz­cza­jąc kaczki, a kiedy kamyk odbije się pięć lub sześć razy, kon­tent jest tak, jakby wygrał znowu bitwę pod Marengo lub Auster­litz; czyż to nie są wyraźne symp­tomy sza­leń­stwa?

- Albo też mądro­ści, panie baro­nie, może mądro­ści - rzekł Ludwik XVIII, śmie­jąc się. - Bo prze­cież kaczki pusz­czali z upodo­ba­niem wielcy wodzo­wie sta­ro­żyt­no­ści. Prze­czy­taj pan u Plu­tar­cha życie Scy­piona Afry­kań­skiego.

Pan de Bla­cas popadł w głę­boką zadumę nad nie­fra­so­bli­wo­ścią tych dwóch oso­bi­sto­ści. Vil­le­fort nie powie­dział mu wpraw­dzie wszyst­kiego, nie chcąc pozwo­lić, by kto inny sko­rzy­stał na jego nowi­nach, ale wyja­wił jed­nak dość, aby zanie­po­koić mini­stra.

- Tyle wystar­czy, panie baro­nie - ode­zwał się Ludwik XVIII - widzisz prze­cież, że pan Bla­cas nie chce się dać prze­ko­nać. Lepiej powiedz, jak tam z nawró­ce­niem uzur­pa­tora?

- Nawró­ce­nie uzur­pa­tora? - szep­nął hra­bia, patrząc to na króla, to na pana Dandré, któ­rzy roz­ma­wiali w tak nie­rze­czy­wi­sty spo­sób, jak sie­lan­kowi paste­rze Wergi­liu­sza.

- Tak, panie hra­bio! - odparł mini­ster z naj­po­waż­niej­szą w świe­cie miną. - Napo­leon doko­ny­wał ostat­nio prze­glądu wojsk i gdy kilku wia­ru­sów, jak ich sam nazywa, zdra­dziło się z chę­cią powrotu do Fran­cji, zwol­nił ich ze służby i przy­po­mniał, aby słu­żyli pra­wo­wi­temu kró­lowi. Tak powie­dział, panie hra­bio, jestem tego cał­ko­wi­cie pewien.

- I cóż pan o tym myśli, Bla­cas? - zapy­tał trium­fu­jąco król, porzu­ca­jąc na chwilę wer­to­wa­nie gru­bego tomu komen­ta­rzy, który leżał przed nim.

- Myślę, Naj­ja­śniej­szy Panie, że albo mini­ster poli­cji myli się, albo mylę się ja. Ponie­waż jed­nak jest nie­moż­liwe, aby pan mini­ster poli­cji, strze­gący bez­pie­czeń­stwa i honoru Waszej Kró­lew­skiej Mości, mógł być w błę­dzie, to ja zapewne się omy­li­łem. Prze­cież, będąc na miej­scu Waszej Kró­lew­skiej Mości, wyba­dał­bym osobę, o któ­rej wspo­mnia­łem; a ja będę nawet nale­gał, aby Wasza Kró­lew­ska Mość wyświad­czył jej tę łaskę.

- Bar­dzo chęt­nie, hra­bio; za pań­skim wsta­wien­nic­twem przyjmę, kogo zechcesz, ale chcę przy­jąć go z orę­żem w ręku. Panie mini­strze, czy nie masz pan now­szego raportu, bo ten jest z dwu­dzie­stego lutego, a dziś mamy czwarty marca.

- Nie mam, Naj­ja­śniej­szy Panie, ale ocze­kuję go lada moment. Wysze­dłem rano; być może w cza­sie mojej nie­obec­no­ści coś przy­szło.

- Idź więc pan do pre­fek­tury, a jeśli nie ma raportu... to cóż... - mówił dalej z uśmie­chem Ludwik XVIII. - To go pan wysmaż, prze­cież tak to się u was robi?

- O, Naj­ja­śniej­szy Panie - zaopo­no­wał mini­ster. - Dzięki Bogu nie potrze­bu­jemy tu nic wymy­ślać; co dzień nasze biurka usłane są szcze­gó­ło­wymi denun­cja­cjami, które są dzie­łem całego tłumu hoły­szów, liczą­cych na wdzięcz­ność za usługi, któ­rych naprawdę nie oddają, ale które pra­gnę­liby odda­wać. Mówią coś na chy­bił tra­fił i mają nadzieję, że pew­nego dnia ich prze­po­wied­nie nagle się urze­czy­wist­nią.

- Idź więc, mój panie - rzekł Ludwik XVIII - i pamię­taj, że cze­kam tu na cie­bie.

- Pójdę, Naj­ja­śniej­szy Panie, i za dzie­sięć minut wra­cam.

- A ja, sire - rzekł Bla­cas - idę po mojego wysłan­nika.

- Ale nie spiesz się tak pan, nie spiesz - rzekł król. - Doprawdy, chyba muszę zmie­nić panu herb. Dam panu orła z roz­po­star­tymi skrzy­dłami trzy­ma­ją­cego w szpo­nach ofiarę, która na próżno usi­łuje uciec.

- Słu­cham, Naj­ja­śniej­szy Panie - rzekł Bla­cas, gry­ząc z nie­cier­pli­wo­ści palce.

- Chciał­bym się pana pora­dzić w tym miej­scu: Molli fugies anhe­litu. Wiesz pan natu­ral­nie, że tu cho­dzi o jele­nia ści­ga­nego przez wilka. Prze­cież jest pan myśli­wym i wiel­kim łow­czym? Co pan myśli o tym molli anhe­litu?

- To wyborne, Naj­ja­śniej­szy Panie. Ale pozwolę sobie zauwa­żyć, że podobny do owego rączego jele­nia jest mój wysłan­nik, bo zro­bił dwie­ście mil drogi dyli­żan­sem pocz­to­wym, i to zale­d­wie w trzy dni!

- Tyle tru­dów i sta­rań, mój kochany hra­bio; a czy nie mamy tele­grafu, który w kilka godzin udziela wia­do­mo­ści, i przy tym wcale się nie zmę­czy?

- Naj­ja­śniej­szy Panie, czy tak nagra­dzasz czło­wieka, który przy­bywa z tak daleka i z takim poświę­ce­niem, aby ci prze­ka­zać poży­teczną infor­ma­cję? Racz go, Naj­ja­śniej­szy Panie, przy­jąć, choćby przez wzgląd na pana de Salvieux, który mi go pole­cił.

- Pan de Salvieux, szam­be­lan mego brata?

- Ten sam.

- Rze­czy­wi­ście, prze­cież mieszka w Mar­sy­lii.

- Wła­śnie stam­tąd pisze do mnie.

- Czy wspo­mina ci coś o tym spi­sku?

- Nie, poleca tylko moim wzglę­dom pana de Vil­le­forta i prosi, abym mu wyjed­nał audien­cję u Waszej Kró­lew­skiej Mości.

- Pan de Vil­le­fort! - zawo­łał król. - Ten wysłan­nik nazywa się Vil­le­fort?

- Tak, sire.

- Cze­mu­żeś mi od razu nie wymie­nił jego nazwi­ska? - spy­tał król, oka­zu­jąc po raz pierw­szy nie­po­kój.

- Sire, nie myśla­łem, że to nazwi­sko jest zna­jome Naj­ja­śniej­szemu Panu.

- O, tak, znam go dobrze, kochany Bla­cas, to czło­wiek poważny, kształ­cony, a nade wszystko ambitny; i, do licha, znasz pan prze­cież jego ojca!

- Jego ojca?

- Tak, to Noir­tier.

- Noir­tier żyron­dy­sta? Noir­tier sena­tor?

- Ten sam.

- I Wasza Kró­lew­ska Mość przy­jął na swe usługi syna takiego czło­wieka?

- Kochany hra­bio, mówi­łem, że Vil­le­fort to karie­ro­wicz; aby dopiąć celu, poświęci wła­snego ojca.

- A więc mam go wpro­wa­dzić?

- Natych­miast, hra­bio. Gdzież on jest?

- Czeka na mnie zapewne na dole, w moim powo­zie.

Hra­bia wyszedł żywo jak mło­dzie­niec, zapał, z jakim speł­niał swoje obo­wiązki wobec monar­chii, zda­wał się ujmo­wać mu z dwa­dzie­ścia lat.

Ludwik XVIII pozo­stał sam, a prze­no­sząc wzrok na otwarty tom Hora­cego, wyszep­tał:

- Iustum et tena­cem pro­po­siti virum.

Pan Bla­cas wró­cił z tą samą szyb­ko­ścią, z jaką wypadł z gabi­netu; ale w przed­po­koju zmu­szony był powo­łać się na auto­ry­tet kró­lew­ski. Zaku­rzone ubra­nie Vil­le­forta, ubra­nie, w któ­rym nie było nic, co zga­dza­łoby się z wymo­gami ety­kiety, zde­ner­wo­wało pana de Brézé, zdzi­wio­nego, że ten młody czło­wiek miał zamiar sta­nąć przed kró­lem w takim stroju. Hra­bia usu­nął wszyst­kie te trud­no­ści, rze­kł­szy tylko: "Roz­kaz króla" i pomimo kilku jesz­cze zastrze­żeń, jakie wysu­wał mistrz cere­mo­nii, Vil­le­fort został wpro­wa­dzony.

Król sie­dział na tym samym miej­scu, gdzie go zosta­wił hra­bia. Otwarł­szy drzwi, Vil­le­fort sta­nął naprze­ciw króla i ule­ga­jąc pierw­szemu odru­chowi, zatrzy­mał się.

- Niech pan wej­dzie, panie de Vil­le­fort - rzekł król.

Vil­le­fort skło­nił się i postą­pił kilka kro­ków, cze­ka­jąc, aż król ode­zwie się pierw­szy.

- Panie de Vil­le­fort - cią­gnął Ludwik XVIII - hra­bia de Bla­cas mi donosi, że pan masz mi coś waż­nego do powie­dze­nia.

- Naj­ja­śniej­szy Panie, hra­bia ma słusz­ność, i mam nadzieję, że Wasza Kró­lew­ska Mość sam to przy­zna.

- Przede wszyst­kim, czy zło jest pań­skim zda­niem tak wiel­kie, jak mi je przed­sta­wiano?

- Naj­ja­śniej­szy Panie, sądzę, że jest bli­skie, ale mam nadzieję, że dzięki mojemu pośpie­chowi uda się mu zapo­biec.

- Opo­wiedz mi pan wszystko dokład­nie - rzekł król, zaczy­na­jąc ule­gać wzbu­rze­niu, które tak zmie­niło twarz pana de Bla­casa i czy­niło drżą­cym głos Vil­le­forta. - Mów, a przede wszyst­kim pro­szę cię, zaczy­naj ab ovo; lubię, aby wszę­dzie pano­wał porzą­dek.

- Naj­ja­śniej­szy Panie, przed­sta­wię wierne spra­woz­da­nie z całej sprawy, ale pro­szę Waszej Kró­lew­skiej Mości o pobłaż­li­wość, jeśli moje słowa wyda­dzą się cza­sem nie­ja­sne, co spo­wo­do­wane będzie jedy­nie onie­śmie­le­niem, w jakim się znaj­duję.

Vil­le­fort spraw­dził jed­nym rzu­tem oka, że to zręczne pochleb­stwo zapew­niło mu przy­chyl­ność zna­ko­mi­tego słu­cha­cza i mówił dalej:

- Naj­ja­śniej­szy Panie, przy­by­łem do Paryża, jak mogłem naj­prę­dzej, aby powia­do­mić Waszą Kró­lew­ską Mość, że w ramach moich czyn­no­ści urzę­do­wych odkry­łem zamach, zamach praw­dziwy - nie jeden z owych zwy­czaj­nych spi­sków bez następstw, jakie codzien­nie knują motłoch albo wyrzutki z armii - ale praw­dziwa burza zagra­ża­jąca tro­nowi Waszej Kró­lew­skiej Mości! Naj­ja­śniej­szy Panie, uzur­pa­tor uzbroił trzy okręty; ma jakiś plan, być może zupeł­nie absur­dalny, ale nie­mniej przez to strasz­liwy. W tej chwili opu­ścił już zapewne Elbę i zmie­rza, nie wiem, gdzie - ale będzie na pewno chciał wylą­do­wać albo w Neapolu, albo w Toska­nii, albo nawet we Fran­cji. Wasza Kró­lew­ska Mość wie z pew­no­ścią, że pan Elby utrzy­muje na­dal sto­sunki z Wło­chami i Fran­cją?

- O, wiem, mój panie, wiem - rzekł król, wyraź­nie poru­szony. - Nie­dawno donie­siono mi, że na ulicy Saint-Jacques odby­wają się zebra­nia bona­par­ty­stów. Mów pan jed­nak dalej, skąd masz te wszyst­kie szcze­góły?

- Naj­ja­śniej­szy Panie, zebra­łem te infor­ma­cje, prze­słu­chu­jąc pew­nego miesz­kańca Mar­sy­lii, któ­rego kaza­łem śle­dzić już od dłuż­szego czasu i któ­rego aresz­to­wa­łem w dniu mojego wyjazdu; czło­wiek ten, mary­narz i nie­spo­kojny duch, podej­rzany dawno o bona­par­tyzm, był pota­jem­nie na Elbie. Widział się z mar­szał­kiem, ode­brał od niego ustne zle­ce­nie do jakie­goś bona­par­ty­sty w Paryżu, któ­rego nazwi­ska nie mogłem od niego w żaden spo­sób wycią­gnąć. Treść tej wia­do­mo­ści zale­cała przy­go­to­wy­wać umy­sły na pewny i rychły (Naj­ja­śniej­szy Pan zwróci uwagę, że są to słowa oskar­żo­nego) powrót Napo­le­ona.

- Gdzież jest ten czło­wiek? - zapy­tał Ludwik XVIII.

- W wię­zie­niu, Naj­ja­śniej­szy panie.

- Uwa­żasz więc pan tę sprawę za poważną?

- Tak poważną, sire, że choć dowie­dzia­łem się o tym zda­rze­niu pod­czas rodzin­nej uro­czy­sto­ści, w dzień moich zarę­czyn, porzu­ci­łem wszystko, narze­czoną, przy­ja­ciół, odło­ży­łem wszystko na póź­niej, aby zło­żyć Waszej Kró­lew­skiej Mości świa­dec­two moich obaw i dowód praw­dzi­wego odda­nia.

- Prawda - odrzekł Ludwik XVIII. - Wszak podobno pro­jek­to­wano pań­skie mał­żeń­stwo z panną de Saint-Méran?

- Córką naj­wier­niej­szego sługi Waszej Kró­lew­skiej Mości.

- Tak, tak, ale wróćmy do spi­sku.

- Naj­ja­śniej­szy Panie, oba­wiam się, że to nie spi­sek - to praw­dziwe sprzy­się­że­nie.

- Zamach w tym cza­sie - rzekł Ludwik XVIII z uśmie­chem - łatwo zapla­no­wać, ale trud­niej dopro­wa­dzić do skutku, choćby dla­tego tylko, że odzy­skaw­szy nie­malże wczo­raj tron naszych przod­ków, czuj­nym okiem spo­glą­damy zarówno na prze­szłość, jak na teraź­niej­szość i przy­szłość. Od dzie­się­ciu mie­sięcy moi mini­stro­wie wzmac­niają straż nad brze­gami Morza Śród­ziem­nego. Gdyby Bona­parte wylą­do­wał w Neapolu, cała Koali­cja zerwa­łaby się na równe nogi, zanim by doszedł do Piom­bino; gdyby wylą­do­wał w Toska­nii, wysiadłby na wrogą mu zie­mię, gdyby zaś wylą­do­wał we Fran­cji, miałby prze­cież tylko garstkę ludzi i łatwo byśmy go poko­nali, skoro jest tak znie­na­wi­dzony przez lud­ność. Prze­stań się więc pan tra­pić, ale pamię­taj, że możesz i tak liczyć na naszą wdzięcz­ność.

- Ach! Otóż i mini­ster poli­cji! - zawo­łał hra­bia Bla­cas.

I rze­czy­wi­ście, w tejże chwili uka­zał się na progu mini­ster poli­cji, blady i drżący; mru­żył powieki, jakby pora­ziło go nagłe świa­tło. Vil­le­fort postą­pił ku drzwiom, ale zatrzy­mał go pan de Bla­cas, ści­ska­jąc zna­cząco za rękę.

11. Potwór korsykański

Na widok tak wzbu­rzo­nego mini­stra Ludwik XVIII ode­pchnął gwał­tow­nie stół, za któ­rym sie­dział.

- Cóż się z panem dzieje, baro­nie? - zawo­łał. - Wyda­jesz się strasz­li­wie poru­szony! Czyżby twoje nie­po­kój i pomie­sza­nie miały jakiś zwią­zek z tym, co mi mówił pan de Bla­cas, a co wła­śnie potwier­dził pan de Vil­le­fort?

Pan de Bla­cas pod­biegł także do barona, ale lęk, jaki odczu­wał, będąc dwo­ra­kiem, nie pozwa­lał mu na radość z triumfu wła­snych racji; w takich oko­licz­no­ściach wolałby bez wąt­pie­nia dać się upo­ko­rzyć pre­fek­towi poli­cji ani­żeli go zgnę­bić.

- Sire... - wyją­kał baron.

- No i cóż, mów pan - ode­zwał się Ludwik.

Mini­ster poli­cji rzu­cił się w roz­pa­czy do stóp monar­chy, który marsz­cząc brew, cof­nął się o krok.

- Ach, Naj­ja­śniej­szy Panie! Okropne nie­szczę­ście! Zasłu­guję tylko na poli­to­wa­nie!

- Mój panie - rzekł Ludwik XVIII - mów pan wresz­cie!

- Otóż, Naj­ja­śniej­szy Panie, uzur­pa­tor dwu­dzie­stego szó­stego lutego opu­ścił Elbę, a pierw­szego marca wylą­do­wał.

- Gdzie? - zagad­nął żywo król.

- We Fran­cji, Naj­ja­śniej­szy Panie, w małym por­cie nie­da­leko Anti­bes, w zatoce Juan.

- Pierw­szego marca uzur­pa­tor ląduje we Fran­cji, nie­da­leko Anti­bes, w zatoce Juan, o dwie­ście pięć­dzie­siąt mil od Paryża, a pan otrzy­mu­jesz tę wia­do­mość dopiero trze­ciego marca! Ech, panie, to co mi pan tu mówisz, to nie­moż­liwe, albo ci dostar­czono fał­szywy raport, alboś pan osza­lał.

- Nie­stety, Naj­ja­śniej­szy Panie, to wszystko prawda.

Ludwik XVIII zerwał się z trud­nym do opi­sa­nia gnie­wem i prze­stra­chem, jakby ten nie­spo­dziany cios ugo­dził go razem w serce i w poli­czek.

- We Fran­cji! Uzur­pa­tor we Fran­cji! Więc nie pil­no­wano wcale tego czło­wieka? Albo też kto wie, może mu sprzy­jano?

- Ach, Naj­ja­śniej­szy Panie! - zawo­łał hra­bia de Bal­cas. - Pan mini­ster nie jest kimś, kogo można by posą­dzać o zdradę. My wszy­scy, Naj­ja­śniej­szy Panie, byli­śmy ślepi, a on podzie­lił tylko to ogólne zaśle­pie­nie, i ot, cały powód.

- Ale... - rzekł Vil­le­fort, potem nagle wstrzy­mał się i dodał: - Ach, Naj­ja­śniej­szy Panie, prze­bacz mi zbyt­nią gor­li­wość, Niech mi Wasza Kró­lew­ska Mość daruje.

- Mów pan, mów śmiało - rzekł Ludwik XVIII. - Ty jeden uprze­dzi­łeś nas o nie­szczę­ściu, pomóż więc teraz mu zara­dzić.

- Naj­ja­śniej­szy Panie - rzekł Vil­le­fort. - Uzur­pa­tora nie­na­wi­dzą na Połu­dniu, zdaje mi się zatem, że jeżeli odważy się zapu­ścić wła­śnie na Połu­dnie, łatwo będziemy mogli poru­szyć prze­ciw niemu Pro­wan­sję i Lan­gwe­do­cję.

- Tak, oczy­wi­ście - wtrą­cił mini­ster. - Ale on postę­puje od Gap i Siste­ron.

- Postę­puje, postę­puje! - obru­szył się Ludwik XVIII. - A więc idzie pro­sto na Paryż?

Mini­ster poli­cji umilkł i to mil­cze­nie rów­nało się potwier­dze­niu.

- A Del­fi­nat? - zapy­tał król Vil­le­forta. - Sądzisz pan, że będzie można go pod­bu­rzyć tak jak Pro­wan­sję?

- Nie­chęt­nie wyznam Waszej Kró­lew­skiej Mości okrutną prawdę, ale uspo­so­bie­nie w Del­fi­na­cie różni się cał­kiem od ducha panu­ją­cego w Pro­wan­sji i Lan­gwe­do­cji. Górale są żar­li­wymi bona­par­ty­stami.

- A więc - mruk­nął ze zło­ścią Ludwik XVIII - dobre miał infor­ma­cje. Ileż ma z sobą ludzi?

- Nie wiem, Naj­ja­śniej­szy Panie - odrzekł mini­ster poli­cji.

- Jak to nie wiesz! Zapo­mnia­łeś pan dowie­dzieć się o ten szcze­gół! Ale prawda, to rzecz o nie­wiel­kim zna­cze­niu - dodał z iro­nicz­nym uśmie­chem.

- Naj­ja­śniej­szy Panie, depe­sza obej­mo­wała tylko tę krótką wia­do­mość i drogę, jaką obrał uzur­pa­tor.

- A w jaki spo­sób otrzy­ma­łeś tę depe­szę? - zapy­tał król.

Mini­ster spu­ścił głowę, żywy rumie­niec wystą­pił mu na twarz.

- Przez tele­graf, Naj­ja­śniej­szy Panie.

Ludwik XVIII postą­pił krok naprzód i skrzy­żo­wał ręce, tak jak to zwykł czy­nić Napo­leon.

- A więc - rzekł, bled­nąc ze zło­ści - sie­dem sprzy­się­żo­nych armii poko­nało tego czło­wieka; cud boski zwró­cił mi tron moich ojców po dwu­dzie­stu pię­ciu latach wygna­nia; przez te dwa­dzie­ścia pięć lat stu­dio­wa­łem, bada­łem, zgłę­bia­łem ludzi i sprawy Fran­cji, ziemi, która była mi obie­cana, aby w jed­nej chwili, kiedy już osią­gną­łem cel moich pra­gnień, ta siła, którą już dzier­ży­łem w ręku, wybu­chła i roze­rwała mnie na strzępy!

- Naj­ja­śniej­szy Panie, to fatum - szep­nął mini­ster.

- A więc to prawda, co mówią o nas nasi wro­go­wie: nic nie nauczyć się, to i nic nie zapo­mnieć! Pocie­szył­bym się jesz­cze, gdy­bym został zdra­dzony, tak jak on. Ale być oto­czo­nym przez ludzi, któ­rych sam wynio­słem na ich sta­no­wi­ska, któ­rzy powinni strzec mnie jak źre­nicy oka, bo mój los sta­nowi o ich losie, i zgi­nąć mar­nie przez ich brak umie­jęt­no­ści, przez ich głu­potę! O, tak, masz pan rację, to fatum.

Mini­ster stał, pochy­la­jąc się coraz niżej pod tym strasz­li­wym oskar­że­niem. Pan de Bla­cas ocie­rał czoło z potu. Vil­le­fort uśmie­chał się w duchu, czu­jąc, jak wzra­sta jego zna­cze­nie.

- Upaść! - mówił dalej Ludwik XVIII, który bły­ska­wicz­nie pojął, w jak głę­boką prze­paść sta­czała się monar­chia - upaść! I dowie­dzieć się o tym przez tele­graf. Och! Wolał­bym zgi­nąć jak mój brat Ludwik XVI na sza­fo­cie, niż tak scho­dzić po scho­dach Tuile­riów, wysta­wiony na pośmie­wi­sko. Nie wiesz pan, co zna­czy nara­zić się na śmiesz­ność we Fran­cji?

- Sire, sire, przez litość! - szep­tał mini­ster.

- Zbliż się pan - rzekł król, zwra­ca­jąc się do Vil­le­forta sto­ją­cego nie­ru­chomo z boku. - Zbliż się pan i wyja­śnij panu Dandré, że można było jed­nak dowie­dzieć się o tym, o czym on nie wie­dział.

- Naj­ja­śniej­szy Panie, nie­moż­liwe było dociec, jakie miał zamiary ów czło­wiek, ukry­wał je przed całym świa­tem.

- Nie­moż­liwe! Oto wiel­kie słowo, pro­szę pana! Nie­stety widzę, że wiel­kie słowa bywają jak wielcy ludzie, dobrze pozna­łem jedno i dru­gie. Naprawdę było to nie­moż­liwe dla mini­stra, który ma w swoim ręku cały apa­rat admini­stracyjny, biura, agen­tów, szpicli i szpie­gów, i pół­tora miliona taj­nego fun­du­szu, dowie­dzieć się, co się dzieje o sześć­dzie­siąt mil od brzegu Fran­cji? A więc patrz pan: oto czło­wiek, który nie miał do dys­po­zy­cji żad­nego z tych środ­ków, oto pro­sty sądow­nik, który wię­cej wie­dział niż pan z całą swoją poli­cją, i który, gdyby tak jak pan miał pod swoją wła­dzą tele­graf, byłby oca­lił moją koronę.

Wzrok mini­stra, w któ­rym malo­wała się głę­boka nie­chęć, padł na Vil­le­forta, który pochy­lił głowę ze skrom­no­ścią trium­fa­tora.

- Nie mówię tego do pana, kochany Bla­cas - mówił dalej Ludwik XVIII - bo cho­ciaż sam nic nie odkry­łeś, upie­ra­łeś się przy podej­rze­niach, oka­zu­jąc w tym wiele zdro­wego roz­sądku; ktoś inny może uwa­żałby rewe­la­cje pana de Vil­le­forta za nic nie­zna­czące lub dyk­to­wane pra­gnie­niem zysku.

Była to przy­mówka do tego, co mini­ster poli­cji jesz­cze przed godziną mówił z taką pew­no­ścią.

Vil­le­fort zro­zu­miał grę króla. Ktoś inny dałby się może uwieść i odu­rzyć nek­ta­rem pochwał, on jed­nak, domy­śla­jąc się, że pan Dandré traci sta­no­wi­sko, lękał się zyskać w mini­strze poli­cji śmier­tel­nego nie­przy­ja­ciela. Prze­cież ten sam mini­ster, który będąc u szczytu potęgi, nie umiał prze­nik­nąć tajem­nicy Napo­le­ona, mógłby jesz­cze w ago­nii odkryć tajem­nicę Vil­le­forta: wystar­czy­łoby wziąć na prze­słu­cha­nie Dant?sa. Zamiast więc pognę­bić do reszty mini­stra, przy­szedł mu na pomoc.

- Naj­ja­śniej­szy Panie - rzekł Vil­le­fort. - Szyb­kość, z jaką roz­gry­wają się te wypadki, dowo­dzi, że tylko sam Bóg mógł powstrzy­mać te plany. A co Wasza Kró­lew­ska Mość uważa za moją prze­ni­kli­wość, jest po pro­stu czy­stym przy­pad­kiem. A ja tylko, jako wierny sługa tronu, sko­rzy­sta­łem z tego przy­padku. Niech Wasza Kró­lew­ska Mość nie przy­pi­suje mi wię­cej, niż zasłu­ży­łem.

Mini­ster poli­cji podzię­ko­wał wymow­nym spoj­rze­niem mło­demu czło­wie­kowi, a Vil­le­fort zro­zu­miał, że jego zamiary powio­dły się: nie tra­cił nic z wdzięcz­no­ści króla i zyski­wał jed­no­cze­śnie przy­ja­ciela, na któ­rego w razie potrzeby mógłby liczyć.

- Dobrze już - rzekł król. - A teraz, moi pano­wie - zwró­cił się do pana de Bla­casa i mini­stra - może­cie już odejść, nie potrze­buję was; resztą zaj­mie się mini­ster wojny.

- Szczę­ściem - ozwał się pan de Bla­cas - możemy liczyć na woj­sko. Wasza Kró­lew­ska Mość wie, że wszyst­kie raporty odma­lo­wują jego odda­nie dla Naj­ja­śniej­szego Pana.

- Nie wspo­mi­naj pan o rapor­tach, wiem już, jaką można do nich przy­wią­zy­wać wagę. Ale, mówiąc o rapor­tach, panie baro­nie, czego się pan dowie­dział o afe­rze z ulicy Saint-Jacques?

- O afe­rze z ulicy Saint-Jacques! - zawo­łał Vil­le­fort, nie mogąc się powstrzy­mać.

Lecz nagle urwał i dodał:

- Pro­szę mi daro­wać, moje odda­nie dla Waszej Kró­lew­skiej Mości spra­wia, że zapo­mi­nam cią­gle nie tyle o czci dla Naj­ja­śniej­szego Pana, bo ten sza­cu­nek wyryty jest w moim sercu, ile o pra­wi­dłach ety­kiety.

- Panie de Vil­le­fort, niech się pan nie kło­po­cze - rzekł Ludwik XVIII. - Dzi­siaj zyska­łeś prawo do sta­wia­nia pytań.

- Sire - ode­zwał się mini­ster poli­cji. - Wła­śnie mia­łem udzie­lić Naj­ja­śniej­szemu Panu nowych infor­ma­cji otrzy­ma­nych na ten temat, gdy okropna histo­ria z zatoką Juan odwró­ciła uwagę Naj­ja­śniej­szego Pana. Ale teraz te wia­do­mo­ści nie zacie­ka­wi­łyby króla.

- Prze­ciw­nie, prze­ciw­nie, mój panie - rzekł Ludwik XVIII. - Wydaje mi się, że ta afera pozo­staje w ści­słym związku z kata­strofą, o któ­rej mówimy, a śmierć gene­rała Quesnela odkryje nam być może ślad wiel­kiego spi­sku wewnątrz kraju.

Vil­le­fort zadrżał na wzmiankę o gene­rale Quesnelu.

- W samej rze­czy, każe nam sądzić - odpo­wie­dział mini­ster poli­cji - że śmierć ta nie jest skut­kiem samo­bój­stwa, jak z początku mnie­mano, ale mor­der­stwa. Wygląda, że gene­rał Quesnel znik­nął zaraz po wyj­ściu z klubu bona­par­ty­stów. Rano przy­szedł do niego jakiś nie­zna­jomy i wyzna­czył mu spo­tka­nie przy ulicy Saint-Jacques. Nie­szczę­ściem lokaj gene­rała, który go cze­sał w chwili, kiedy wpro­wa­dzono tego nie­zna­jo­mego do goto­walni, usły­szał dokład­nie, że spo­tka­nie miało się odbyć na ulicy Saint-Jacques, ale nie pamięta numeru domu.

W miarę jak mini­ster poli­cji obja­śniał ów wypa­dek, Vil­le­fort, który zda­wał się wpa­trzony w każdy ruch jego warg, czer­wie­nił się i bladł na prze­mian.

A król zwró­cił się do niego:

- Panie de Vil­le­fort, wszak jesteś tego samego zda­nia co i ja, że gene­rał, któ­rego uwa­żano za stron­nika uzur­pa­tora, a który był w rze­czy­wi­sto­ści oddany mi cał­ko­wi­cie, padł ofiarą jakie­goś bona­par­ty­sty?

- Bar­dzo moż­liwe - odpo­wie­dział Vil­le­fort - ale czy nic wię­cej nie wia­domo?

- Poli­cja jest na tro­pie tego nie­zna­jo­mego, który wyzna­czył spo­tka­nie.

- Na tro­pie nie­zna­jo­mego? - powtó­rzył Vil­le­fort machi­nal­nie.

- Tak jest, słu­żący podał jego ryso­pis: ma to być męż­czy­zna lat od pięć­dzie­się­ciu do pięć­dzie­się­ciu dwóch, bru­net o czar­nych oczach, z gęstymi brwiami i wąsaty. Ubrany był w gra­na­towy sur­dut, w kla­pie miał wstą­żeczkę ofi­cer­skiego krzyża Legii Hono­ro­wej. Wczo­raj wła­śnie śle­dzono takiego osob­nika, podob­nego jak kro­pla wody do tego ryso­pisu, ale stra­ci­li­śmy jego ślad na rogu ulicy La Jus­sienne i Coq-Héron.

Vil­le­fort wsparł się o poręcz krze­sła; im dłu­żej mówił mini­ster poli­cji, tym wyraź­niej pod­pro­ku­ra­tor czuł, jak ugi­nają się pod nim nogi; usły­szaw­szy jed­nak, że ów nie­zna­jomy zdo­łał umknąć śle­dzą­cemu go poli­cjan­towi, ode­tchnął z ulgą.

- Odszuka pan tego czło­wieka - rzekł król - bo jeśli jest tak, jak myślę, że gene­rał Quesnel padł ofiarą mor­der­stwa, chcę, aby mor­derca, kim­kol­wiek jest - bona­par­ty­stą czy też nie, był uka­rany bez lito­ści.

Vil­le­fort wezwał na pomoc całą swą zimną krew, aby nie zdra­dzić trwogi, jaką go napeł­nił ten roz­kaz kró­lew­ski.

- Dziwna rzecz - mówił dalej Ludwik XVIII w odru­chu gniewu. - Poli­cja myśli, że powie­działa wszystko, mówiąc: "Zostało popeł­nione mor­der­stwo", i że zro­biła wszystko, gdy doda: "Tra­fi­li­śmy na ślad wino­waj­ców".

- Mam nadzieję, że przy­naj­mniej pod tym wzglę­dem Naj­ja­śniej­szy Pan będzie zado­wo­lony.

- Zoba­czymy. Nie zatrzy­muję cię, baro­nie. Panie de Vil­le­fort, zapewne jesteś znu­żony po odby­ciu tak dłu­giej podróży, idź pan odpo­cząć. Zatrzy­ma­łeś się zapewne u ojca?

Vil­le­for­towi pociem­niało w oczach.

- Nie, Naj­ja­śniej­szy Panie - rzekł - sta­ną­łem w hotelu Madryc­kim; przy ulicy Tour­non.

- Ale zapewne widzia­łeś się z nim?

- Naj­ja­śniej­szy Panie, uda­łem się natych­miast do hra­biego de Bla­casa.

- Ale się z nim zoba­czysz?

- Nie sądzę, Naj­ja­śniej­szy Panie.

- Prawda! - rzekł Ludwik XVIII z uśmie­chem, który zdra­dzał, że wszyst­kie te pyta­nia nie były zada­wane bez ubocz­nego celu. - Zapo­mnia­łem, że jesteś pan poróż­niony z panem Noir­tier, a to nowe poświę­ce­nie dla sprawy monar­chii zasłu­guje na hojne wyna­gro­dze­nie.

- Dobroć, jaką oka­zuje mi Wasza Kró­lew­ska Mość, jest nagrodą prze­cho­dzącą moje naj­śmiel­sze nadzieje, tak więc nie mogę już o nic pro­sić Naj­ja­śniej­szego Pana.

- Mniej­sza o to, już my o panu nie zapo­mnimy, bądź pewien. - Tu król odpiął krzyż Legii Hono­ro­wej, który zwykł nosić na błę­kit­nym fraku obok Orderu Świę­tego Ludwika, i wrę­cza­jąc go Vil­le­for­towi, rzekł: - Przyj­mij pan tym­cza­sem ten krzyż.

- Sire, Naj­ja­śniej­szy Pan się zapewne pomy­lił - rzekł Vil­le­fort. - To krzyż ofi­cer­ski.

- No, bierz pan taki, jaki jest - rzekł Ludwik XVIII. - Nie mam czasu wołać, aby mi przy­nie­siono inny. Panie de Bla­cas, zechcesz dopil­no­wać, aby przy­go­to­wano dyplom dla pana de Vil­le­forta.

Oczy Vil­le­forta napeł­niły się łzami dumy i rado­ści; wziął krzyż i uca­ło­wał go.

- Jakimi teraz roz­ka­zami raczy mnie zaszczy­cić Wasza Kró­lew­ska Mość?

- Odpocz­nij, bo potrze­bu­jesz tego, i pamię­taj, że tu w Paryżu nie był­byś w sta­nie mi dopo­móc, w Mar­sy­lii zaś możesz mi oddać usługi naj­wyż­szej wagi.

- Naj­ja­śniej­szy Panie - skło­nił się Vil­le­fort - za godzinę opusz­czam Paryż.

- Bywaj zdrów, panie Vil­le­fort - rzekł król. - Gdy­bym zapo­mniał o tobie - bo pamięć kró­lów jest krótka - nie wahaj się o sobie przy­po­mnieć... Panie baro­nie, roz­każ pan, aby tu przy­szedł mini­ster wojny. A pan, Bla­cas, niech tu zosta­nie.

- Ach, panie pro­ku­ra­to­rze - rzekł mini­ster poli­cji do Vil­le­forta, kiedy wycho­dzili z Tuile­riów. - Dobrze pan zaczyna i drzwi do pań­skiej kariery już otwarte.

- Ale czy długo będzie trwała? - szep­nął Vil­le­fort, żegna­jąc ukło­nem mini­stra, który karierę już zakoń­czył; i poszu­kał wzro­kiem dorożki, aby się dostać do hotelu.

Dorożka aku­rat prze­jeż­dżała bul­wa­rami; gdy Vil­le­fort dał znak, fia­kier pod­je­chał bli­żej. Pod­pro­ku­ra­tor podał adres i siadł w głębi, odda­jąc się ambit­nym marze­niom.

Po dzie­się­ciu minu­tach był już u sie­bie. Kazał, aby konie były gotowe za dwie godziny, popro­sił także o śnia­da­nie. Miał wła­śnie usiąść do stołu, gdy przy drzwiach zabrzmiał dźwięk dzwonka, szarp­nię­tego pewną i śmiałą ręką. Poko­jo­wiec otwo­rzył i Vil­le­fort usły­szał nagle swoje nazwi­sko.

- I któż może wie­dzieć już, że jestem tutaj? - zdzi­wił się.

W tej chwili wszedł lokaj.

- I co tam? - rzekł Vil­le­fort. - Kto dzwo­nił? Kto do mnie przy­szedł?

- Jakiś nie­zna­jomy, nie chce wymie­nić swego nazwi­ska.

- Jak to? Nie­zna­jomy, i nie chce podać nazwi­ska? Czego ode mnie chce?

- Chce pomó­wić z panem.

- I wymó­wił moje nazwi­sko?

- Tak.

- Jak wygląda?

- Ma, pro­szę pana, z pięć­dzie­siątkę.

- Wysoki? Niski?

- Mniej wię­cej pań­skiego wzro­stu. Bru­net o ciem­nej cerze, czar­nych wło­sach, oczach i brwiach.

- Jak ubrany? - spy­tał żywo Vil­le­fort. - Jak ubrany?

- W gra­na­tową świtkę, od góry do dołu zapiętą, ozdo­bioną krzy­żem Legii Hono­ro­wej.

- To on - szep­nął Vil­le­fort, bled­nąc.

- Cóż u dia­bła - rzekł ów osob­nik, któ­rego ryso­pis już dwa razy poda­li­śmy, uka­zu­jąc się we drzwiach. - To dopiero maniery! Syn każe wysta­wać ojcu w przed­po­koju! To chyba jakiś zwy­czaj mar­syl­ski!

- Ojcze! - krzyk­nął Vil­le­fort. - Więc się nie pomy­li­łem... Tak myśla­łem, że to ty.

- Jeżeli się domy­śli­łeś, że to ja - rzekł gość, kła­dąc kape­lusz na krze­śle i laskę w kącie - to pozwól sobie powie­dzieć, kochany Gerar­dzie, że to nie­ład­nie kazać mi tak cze­kać.

- Zostaw nas, Ger­main - rzekł Vil­le­fort.

Słu­żący odszedł, oka­zu­jąc wyraźne zdzi­wie­nie.

12. Ojciec i syn

Pan Noir­tier, on to bowiem wszedł wła­śnie do Vil­le­forta, odpro­wa­dził wzro­kiem słu­żą­cego aż do drzwi; potem zapewne z obawy, żeby nie pod­słu­chi­wał z przed­po­koju, wyj­rzał za nim: prze­zor­ność ta nie była zby­teczna, a pośpiech, z jakim imć Ger­main się wyco­fał, dowo­dził, że czę­sto dopusz­czał się grze­chu, który zgu­bił naszych pierw­szych rodzi­ców. Następ­nie pan Noir­tier sam zamknął drzwi w przed­po­koju, a zamknąw­szy zasuwkę w sypialni, podał w końcu rękę Vil­le­for­towi, który wciąż w osłu­pie­niu przy­pa­try­wał się tym nad­zwy­czaj­nym poczy­na­niom.

- Wiesz, kochany Gerar­dzie - rzekł pan Noir­tier, spo­glą­da­jąc na syna z zagad­ko­wym uśmie­chem - nie bar­dzo wyglą­dasz na zachwy­co­nego moim przy­by­ciem.

- Skądże - odparł Vil­le­fort - rad jestem nie­zmier­nie. Ale nie spo­dzie­wa­łem się two­jej wizyty i bar­dzo mnie to zmie­szało.

- Ależ dro­gie dziecko - rzekł Noir­tier, roz­sia­da­jąc się. - Mógł­bym prze­cież powie­dzieć ci to samo. Bo jak­żeż? Dono­sisz mi, że twoje zarę­czyny odbędą się dwu­dzie­stego ósmego lutego w Mar­sy­lii, a czwar­tego marca poja­wiasz się w Paryżu?

- Nie wyrzu­caj mi mojego przy­jazdu, ojcze, bo jeśli tu jestem, to dla cie­bie i być może zdo­łam cię oca­lić.

- Ach, doprawdy? - rzekł pan Noir­tier, roz­pie­ra­jąc się wygod­nie w fotelu. - Dla mnie? Wytłu­macz się jaśniej, mój ty panie praw­niku, to może być cie­kawe.

- Ojcze, czy sły­sza­łeś o pew­nym klu­bie bona­par­ty­stów, który ma sie­dzibę przy ulicy Saint-Jacques?

- Pod nume­rem pięć­dzie­sią­tym trze­cim? A tak, jestem tam wice­pre­ze­sem.

- Ojcze, twoja zimna krew przej­muje mnie dresz­czem.

- Cóż chcesz, mój drogi. Kiedy ktoś był wygnany przez górali, ucie­kał z Paryża ukryty w furze siana, tro­piły go na wrzo­so­wi­skach pod Bor­de­aux psy goń­cze Robe­spierre'a, może się zahar­to­wać. Mów zatem, co się stało w tym klu­bie?

- To się stało, że ścią­gnięto tam gene­rała Quesnela, że gene­rał wyszedł z domu o dzie­sią­tej wie­czo­rem, a naza­jutrz rano zna­le­ziono go w Sekwa­nie.

- Któż ci opo­wia­dał tę piękną histo­rię?

- Sam król.

- Dobrze, w zamian za to i ja ci także powiem nowinę - rzekł pan Noir­tier.

- Ojcze, ja chyba już wiem, co mi chcesz powie­dzieć.

- Aha, zapewne wiesz już o wylą­do­wa­niu Jego Cesar­skiej Mości.

- Ciszej, ojcze, bła­gam przede wszyst­kim ze względu na cie­bie, a potem i na mnie. Tak, wiem o tym, a nawet wie­dzia­łem o tym przed tobą. Trzy dni pędzi­łem z Mar­sy­lii do Paryża, wście­kły, że nie mogę posłać myślą przez te dwie­ście mil tej wie­ści, od któ­rej pło­nęła mi głowa.

- Trzy dni! Chy­baś osza­lał? Przed trzema dniami cesarz jesz­cze nie wylą­do­wał.

- Cóż z tego, wie­dzia­łem o tych zamia­rach.

- Jakim spo­so­bem?

- Dzięki listowi z Elby, pisa­nemu do cie­bie, ojcze. Zna­la­złem go w kie­szeni wysłan­nika. Gdyby ten list wpadł w inne ręce, już byś był roz­strze­lany, mój ojcze.

Noir­tier roze­śmiał się.

- No, no, popa­trz­cie - rzekł. - Restau­ra­cja nauczyła się od cesar­stwa szyb­kiego zała­twia­nia inte­re­sów... Roz­strze­lany! Ależ, kocha­siu, czemu ci tak pilno? I gdzież jest ten list? Znam cię tak dobrze, że jestem pewien, żeś go nie rzu­cił ni­gdzie w kąt.

- Spa­li­łem go, żeby ani śladu po nim nie zostało. Ten list był dla cie­bie wyro­kiem śmierci.

- I zgubą dla two­jej kariery - dodał zimno pan Noir­tier. - Tak, dobrze to rozu­miem, ale nie mam się czego oba­wiać, bo ty mnie osła­niasz.

- Wię­cej zro­bi­łem dla cie­bie: oca­li­łem ci życie.

- O, do dia­bła, sprawa staje się coraz bar­dziej dra­ma­tyczna. Mów jaśniej!

- Wrócę więc do sprawy klubu przy ulicy Saint-Jacques.

- O, zdaje się, że ten klub naprawdę leży na wątro­bie panom z poli­cji. Ale dla­czego nie szu­kają lepiej? Na pewno by go już zna­leźli.

- Jesz­cze go nie odkryli, ale wpa­dli na ślad.

- To słowa sakra­men­talne; znam je dobrze. Kiedy poli­cja nic nie wie, to powiada, że tra­fiła na ślad, a rząd spo­koj­nie czeka, aż mu ci głupcy powie­dzą, z uszami po sobie, że go stra­cili.

- Ale zna­le­ziono trupa. Gene­rał został zabity, a na całym świe­cie nazywa się to mor­der­stwem.

- Mor­der­stwo, mówisz? Ale prze­cież nic nie dowo­dzi, że gene­rał został zamor­do­wany; co dzień znaj­du­jemy tylu ludzi w Sekwa­nie, któ­rych tam albo roz­pacz rzu­ciła, albo uto­nęli, nie umie­jąc pły­wać...

- Ojcze, wiesz dobrze, że gene­rał nie uto­pił się z roz­pa­czy i że w stycz­niu nikt nie kąpie się prze­cież w Sekwa­nie. Nie, nie, nie łudź się, ta śmierć jest słusz­nie kwa­li­fi­ko­wana jako mor­der­stwo.

- I któż ją tak zakwa­li­fi­ko­wał?

- Sam król.

- Król! Sądzi­łem, że jest filo­zo­fem na tyle, aby rozu­mieć, że w poli­tyce nie ma mor­derstw. W poli­tyce, wiesz to rów­nie dobrze jak ja, nie ma ludzi, tylko idee, nie ma uczuć, a tylko inte­resy. W poli­tyce nie mówi się, że zabito czło­wieka, ale że usu­nięto prze­szkodę. Mam ci powie­dzieć, jak było? Posłu­chaj: Myśle­li­śmy, że można liczyć na gene­rała Quesnela, bo pole­cono go nam z Elby. Jeden z naszych idzie do niego i zapra­sza na spo­tka­nie do klubu, gdzie spo­tka przy­ja­ciół. Przy­cho­dzi, odkry­wamy mu cały plan, ucieczkę z Elby, zamie­rzone lądo­wa­nie. A potem, kiedy wszyst­kiego wysłu­chał, wszystko zro­zu­miał i kiedy nic już nie mie­li­śmy przed nim do ukry­cia, on oświad­cza, że jest roja­li­stą. Wszy­scy­śmy spoj­rzeli po sobie; żądamy, aby przy­siągł, przy­sięga, ale tak nie­chęt­nie, że doprawdy była to obraza boska, a nie przy­sięga; i mimo to pusz­czamy gene­rała bez prze­szkód, wyszedł wolny. A że nie wró­cił do domu, cóż chcesz? Wyszedł od nas i pew­nie pomy­lił drogę, nic wię­cej. Gdzie tu mor­derstwo! Doprawdy, zaska­ku­jesz mnie: ty, zastępca pro­ku­ra­tora kró­lew­skiego, opie­rasz oskar­że­nie na tak mar­nych dowo­dach! A czy ja kie­dy­kol­wiek odwa­ży­łem się powie­dzieć ci, kiedy peł­nisz obo­wiązki wier­nego roja­li­sty i ści­nasz głowę któ­re­muś z naszych: "Mój synu, popeł­ni­łeś mor­derstwo"? O nie! Powie­dział­bym: "Bar­dzo dobrze, wygra­łeś pan bitwę, jutro rewanż".

- Ale strzeż się, ojcze, bo kiedy my się weź­miemy za rewanż, będzie on strasz­liwy.

- Nie rozu­miem cię.

- Ojcze, liczysz na powrót uzur­pa­tora?

- Ow­szem.

- Ale się mylisz; on nie przej­dzie we Fran­cji dzie­się­ciu mil, jak go dości­gną, osa­czą i pojmą jak dzi­kie zwie­rzę.

- Przy­ja­cielu, cesarz jest w tej chwili na dro­dze do Gre­no­ble. Dzie­sią­tego albo dwu­na­stego będzie w Lyonie, dwu­dzie­stego lub dwu­dzie­stego pią­tego w Paryżu.

- Cały naród powsta­nie...

- Aby mu iść z pomocą.

- On ma przy sobie garstkę, a tu całą armię wyślą prze­ciw niemu.

- Która sta­no­wić będzie orszak towa­rzy­szący mu do sto­licy. W isto­cie, mój Gerar­dzie, wielki z cie­bie dzie­ciak. Myślisz, że masz dosko­nałe infor­ma­cje, kiedy trzy dni po wylą­do­wa­niu tele­graf ci donosi: "Uzur­pa­tor wylą­do­wał w Can­nes z kilku ludźmi i wysłano za nim pogoń". Ale gdzie jest? Co robi? O tym nie wie­cie zgoła nic. To tylko wie­cie, że go ści­gają, i to prawda, ści­gać go tak będą bez jed­nego wystrzału aż do samego Paryża.

- Gre­no­ble i Lyon to wierne mia­sta, sta­wią mu nie­prze­byty opór.

- Gre­no­ble z unie­sie­niem otwo­rzy mu swoje bramy, cały Lyon wyj­dzie na jego spo­tka­nie. Wierz mi, że i my mamy dobre wia­do­mo­ści i nasza poli­cja warta jest waszej. Chcesz na to dowodu? Ukry­wasz przede mną swój przy­jazd, a ja w pół godziny po tym, jak prze­je­cha­łeś rogatki, już o tym wie­dzia­łem. Adres powie­dzia­łeś tylko pocz­ty­lio­nowi, a ja, jak widzisz, znam go: naj­lep­szy dowód, że przy­cho­dzę do cie­bie w chwili, gdy sia­dasz do stołu; zadzwoń i każ dać dru­gie nakry­cie, zjemy obiad razem.

- Przy­znaję - odpo­wie­dział Vil­le­fort, spo­glą­da­jąc ze zdzi­wie­niem na ojca - że wyda­jesz mi się dosko­nale poin­for­mo­wany.

- Mój Boże! Rzecz jest pro­sta: wy, któ­rzy jeste­ście teraz u wła­dzy, macie tylko te środki, które daje pie­niądz; my zaś, któ­rzy cze­kamy na Napo­le­ona, mamy te środki, które biorą się z poświę­ce­nia i odda­nia.

- Odda­nia? - rzekł ze śmie­chem Vil­le­fort.

- Tak, odda­nia; to szla­chetna nazwa ambi­cji, która oddy­cha nadzieją.

I pan Noir­tier się­gnął po dzwo­nek, aby wezwać słu­żą­cego, któ­rego Vil­le­fort nie miał jakoś chęci przy­wo­łać. Gerard chwy­cił go za rękę.

- Pocze­kaj chwilę - rzekł. - Jesz­cze słówko...

- Tak?

- Choć poli­cja kró­lew­ska jest tak fatalna, zna jed­nak jeden strasz­liwy fakt.

- Jaki?

- Ryso­pis czło­wieka, który ran­kiem, tego dnia, gdy znik­nął gene­rał Quesnel, był u niego w domu.

- A więc zna jego ryso­pis ta zacna poli­cja? I jakże on brzmi?

- Cera śniada, włosy, brwi, fawo­ryty czarne, sur­dut gra­na­towy, zapięty pod szyję, roze­tka krzyża Legii Hono­ro­wej w kla­pie, kape­lusz z sze­ro­kim ron­dem i laska trzci­nowa.

- Ho, ho, wie­dzą to wszystko - rzekł Noir­tier. - I cze­muż w takim razie nie schwy­tali go natych­miast?

- Ponie­waż wczo­raj lub przedwczo­raj stra­cili jego ślad na ulicy Coq-Héron.

- A nie mówi­łem ci, że wasza poli­cja to banda dur­niów?

- Tak, ale dziś lub jutro mogą go zna­leźć.

- Tak - rzekł Noir­tier, roz­glą­da­jąc się bez­tro­sko wokół. - Tak, jeżeli nikt tego czło­wieka nie ostrzegł, ale on wie o wszyst­kim - dodał z uśmie­chem - i zmieni natych­miast twarz i ubiór.

To mówiąc, pod­niósł się, zdjął sur­dut i halsz­tuk, poszedł do stołu, gdzie leżały przy­bory toa­le­towe syna, wziął brzy­twę, namy­dlił twarz i wprawną ręką zgo­lił owe kom­pro­mi­tu­jące fawo­ryty, tak cenny dowód dla poli­cji.

Vil­le­fort patrzył na to z prze­stra­chem, który gra­ni­czył z podzi­wem.

Zgo­liw­szy fawo­ryty, Noir­tier zmie­nił fry­zurę i zawią­zał sobie zamiast czar­nego halsz­tuka kolo­rowy, który zna­lazł w walizce; zamiast gra­na­to­wego sur­duta pod szyję zapi­na­nego, wło­żył luźny brą­zowy sur­dut Vil­le­forta; przy­mie­rzył przed lustrem cylin­der syna i kon­tent ze swego wyglądu posta­wił w kącie, tuż przy kominku trzci­nową laskę, chwy­ta­jąc za to lekką bam­bu­sową laseczkę syna, którą mach­nął kil­ka­krot­nie w powie­trzu, prze­ci­na­jąc je ze świ­stem.

- No i co? - zwró­cił się do syna oszo­ło­mio­nego wido­kiem tej cał­ko­wi­tej prze­miany. I co, myślisz, że twoja poli­cja pozna mnie teraz?

- Nie, ojcze - bąk­nął Vil­le­fort. - Mam przy­naj­mniej nadzieję, że nie.

- A teraz, kochany Gerar­dzie, zdaję się na twoją ostroż­ność - zniszcz wszyst­kie te szmaty, które zosta­wiam pod twoją opieką.

- O! Bądź spo­kojny, ojcze - rzekł Vil­le­fort.

- Tak, tak, teraz przy­znaję, że masz słusz­ność i że może rze­czy­wi­ście oca­li­łeś mi życie. Ręczę ci jed­nak, że ci się za to wkrótce odwdzię­czę.

Vil­le­fort potrzą­snął głową.

- Wąt­pisz?

- Mam tylko nadzieję, że się łudzisz.

- Będziesz jesz­cze widział króla?

- Być może.

- Chciał­byś ujść w jego oczach za pro­roka?

- Źle przyj­mują na dwo­rze pro­ro­ków nie­szczęść, ojcze.

- To prawda, ale prę­dzej czy póź­niej taki pro­rok wycho­dzi na swoje, a jeśli zało­żymy, że będzie druga Restau­ra­cja, możesz ujść wów­czas za wiel­kiego czło­wieka.

- Ale co w końcu miał­bym powie­dzieć kró­lowi?

- Powiedz mu tak: "Waszą Kró­lew­ską Mość oszu­kują co do sto­sun­ków we Fran­cji, opi­nii miast i ducha panu­ją­cego w woj­sku. Ten, któ­rego w Paryżu nazy­wa­cie potwo­rem kor­sy­kań­skim, w Nevers nazywa się jesz­cze uzur­pa­to­rem, ale już w Lyonie nosi imię Bona­par­tego, a w Gre­no­ble - cesa­rza. Wasza Kró­lew­ska Mość sądzi, że on jest oto­czony, ści­gany, że ucieka, ale nie! Jego marsz jest szybki jak lot orła, tego, który figu­ruje na jego godle. Jego żoł­nie­rze, któ­rzy, jak sądzi­cie, umie­rają z głodu, są znu­żeni i gotowi do dezer­cji, rosną w liczbę jak tocząca się kula śniegu. Wyjeż­dżaj, Naj­ja­śniej­szy Panie, oddaj Fran­cję praw­dzi­wemu jej panu, temu, który ją zdo­był, a nie kupił, wyjeż­dżaj nie dla­tego, abyś miał być wysta­wiony na nie­bez­pie­czeń­stwo; prze­ciw­nik twój jest na tyle silny, że może cię ochro­nić swoją łaską, ale ty - wnuk Świę­tego Ludwika - nie powi­nie­neś w tak upo­ka­rza­jący spo­sób zawdzię­czać życia zwy­cięzcy spod Arcole, Marengo i Auster­litz". Powiedz mu to, Gerar­dzie, albo... nie, nic mu nie mów. Nikomu nie zdra­dzaj, żeś wyjeż­dżał, nie chwal się z tego, po coś przy­był do Paryża, wsia­daj z powro­tem do dyli­żansu. W tę stronę gna­łeś co koń wysko­czy, teraz wra­caj co tchu, wjedź do Mar­sy­lii nocą, wejdź do sie­bie tyl­nymi drzwiami i zacho­wuj się cichutko, pokor­nie i dys­kret­nie, a nade wszystko neu­tral­nie; bo tym razem, przy­się­gam, będziemy dzia­łać ener­gicz­nie i znamy dosko­nale naszych wro­gów. Jedź, synu, jedź, kochany Gerar­dzie, i jeśli zasto­su­jesz się do tego, czy przez posłu­szeń­stwo dla roz­ka­zów ojca, czy przez wzgląd na przy­ja­ciel­ską radę, nie wyrzu­cimy cię ze sta­no­wi­ska. Dzięki temu - dodał Noir­tier, uśmie­cha­jąc się - będziesz mógł oca­lić mnie po raz drugi, jeżeli kie­dyś szala poli­tyczna wznie­sie cię w górę, a mnie pogrąży w dół. Bądź zdrów, kochany, jeśli­byś znowu przy­je­chał do Paryża, zatrzy­maj się u mnie.

I Noir­tier wyszedł, zacho­wu­jąc spo­kój, który go nie opusz­czał ani na chwilę pod­czas tej tak trud­nej roz­mowy.

Vil­le­fort, blady i poru­szony, pod­biegł do okna, odsu­nął firankę i ujrzał, jak ojciec, spo­kojny i nie­wzru­szony, prze­cho­dził koło kilku męż­czyzn o podej­rza­nym wyglą­dzie, zacza­jo­nych tu i ówdzie na ulicy, któ­rych posta­wiono tam zapewne po to, by zatrzy­mali czło­wieka z czar­nymi fawo­ry­tami, w gra­na­to­wym sur­du­cie i w kape­lu­szu z sze­ro­kim ron­dem.

Vil­le­fort stał tak, nie­mal nie oddy­cha­jąc, póki ojciec nie znik­nął mu z oczu, skrę­ca­jąc w ulicę Bussy. Potem rzu­cił się ku pozo­sta­wio­nej odzieży, ukrył czarny halsz­tuk i gra­na­towy sur­dut na dnie walizki, wło­żył podróżną czapkę, zawo­łał na słu­żą­cego, wzro­kiem powstrzy­mał wszyst­kie pyta­nia, jakie tam­ten miał ochotę zadać, zapła­cił rachu­nek hote­lowy, wsiadł do zaprzę­żo­nej już karety, w Lyonie dowie­dział się, że Bona­parte wkro­czył do Gre­no­ble i wśród powszech­nego poru­sze­nia, które towa­rzy­szyło mu przez całą drogę, przy­był do Mar­sy­lii mio­tany nie­po­ko­jem, który zakrada się do serca czło­wieka z ambi­cjami przy pierw­szym uśmie­chu kariery.

13. Sto dni

Pan Noir­tier był dosko­na­łym pro­ro­kiem, rze­czy postę­po­wały tak szybko, jak prze­po­wie­dział. Któż nie zna powrotu z Elby, powrotu nad­zwy­czaj­nego, cudow­nego, bez­przy­kład­nego w dzie­jach, a nie­moż­li­wego zapewne do powtó­rze­nia w przy­szło­ści! Ludwik XVIII sta­wił nad­zwy­czaj słaby opór wobec tak cięż­kiego ciosu; nie­uf­ność wobec ludzi odjęła mu wszelką wiarę w pomyślny prze­bieg wypad­ków. Kró­le­stwo, albo raczej monar­chia, zale­d­wie odbu­do­wana, zadrżała na jesz­cze sła­bych swych pod­sta­wach i jedno ski­nie­nie cesa­rza zwa­liło ten gmach bez­kształtny, skle­cony ze sta­rych prze­są­dów i z nowych idei. Wdzięcz­ność kró­lew­ska nie tylko nie mogła być uży­teczna dla Vil­le­forta, ale nawet w tej chwili nie­bez­pieczna; ponadto otrzy­mał od króla jedy­nie krzyż Legii Hono­ro­wej, któ­rego wie­dziony roz­sąd­kiem nie przy­pi­nał, cho­ciaż pan de Bla­cas sto­sow­nie do kró­lew­skiego pole­ce­nia przy­słał mu natych­miast dyplom. Napo­leon nie­wąt­pli­wie zło­żyłby z urzędu Vil­le­forta, gdyby nie pro­tek­cja pana Noir­tiera, wszech­moc­nego w cza­sie stu­dnio­wego pano­wa­nia, już to dla prze­by­tych nie­bez­pie­czeństw, już to dla wyświad­czo­nych usług. Tak więc, zgod­nie z obiet­nicą, żyron­dy­sta z 1793 roku, a sena­tor z 1806 wspie­rał tego, który mu poprzed­nio oca­lił życie, w cza­sie owego na chwilę wskrze­szo­nego cesar­stwa, któ­rego drugi upa­dek łatwo można było prze­wi­dzieć, Vil­le­fort zaś użył całej swej wła­dzy na zatar­cie śla­dów tajem­nicy, którą mógłby zdra­dzić Dant?s.

Jedy­nie pro­ku­ra­tor kró­lew­ski został zło­żony z urzędu jako podej­rzany o chłodne podej­ście do sprawy napo­le­oń­skiej.

Tym­cza­sem zale­d­wie wła­dza cesar­ska ugrun­to­wała się na nowo, to jest zale­d­wie cesarz wszedł do pałacu Tuile­ries, tylko co opusz­czo­nego przez Ludwika, zale­d­wie posy­pały się na wszyst­kie strony liczne i roz­ma­ite roz­kazy z owego małego gabi­ne­ciku, gdzie z przy­czyny Vil­le­forta wpro­wa­dzi­li­śmy czy­tel­nika, i w któ­rym cesarz zna­lazł na orze­cho­wym sto­liku otwartą i pełną do połowy taba­kierkę Ludwika XVIII, gdy w Mar­sy­lii, pomimo postawy tam­tej­szych sądow­ni­ków, powstał znów fer­ment wojny domo­wej, wciąż żarzą­cej się na Połu­dniu. Nie­wiele bra­ko­wało, aby repre­sje roz­wi­nęły się na sze­roką skalę, choć skoń­czyło się osta­tecz­nie na urzą­dza­niu kociej muzyki pod zaba­ry­ka­do­wa­nymi domami roja­li­stów i publicz­nym upo­ka­rza­niu tych, co ważyli się wymknąć na ulicę. Natu­ralną koleją rze­czy, arma­tor, o któ­rym wspo­mnie­li­śmy jako o stron­niku "par­tii ludo­wej", teraz wystą­pił na scenę. Stał się obec­nie osobą, nie powiemy wszech­mocną, bo pan Mor­rel był czło­wie­kiem ostroż­nym i nie­zbyt śmia­łym jak każdy, co długo i pra­co­wi­cie docho­dzi do majątku na dro­dze han­dlo­wej, ale tak zna­czącą (cho­ciaż zeloci bona­par­ty­zmu posą­dzali go o umiar­ko­wa­nie), że mógł pod­nieść wobec władz sprawę, jak łatwo możemy odgad­nąć, Edmunda Dant?sa.

Vil­le­fort, pomimo upadku swo­jego zwierzch­nika, utrzy­mał się na powierzchni, ślub zaś odło­żono do szczę­śliw­szych cza­sów. Gdyby cesarz utrzy­mał się na tro­nie, potrze­bo­wałby korzyst­niej­szej par­tii, a ojciec z pew­no­ścią by się dla niego o taką posta­rał. Gdyby zaś nastała druga Restau­ra­cja i Ludwik XVIII wró­cił do Fran­cji, wpływy pań­stwa de Saint-Méranów powięk­szy­łyby się jesz­cze i pla­no­wany mariaż przed­sta­wiałby sobą nie­rów­nie wię­cej korzy­ści. Pod­pro­ku­ra­tor kró­lew­ski był zatem tym­cza­sowo naj­wyż­szym rangą sądow­ni­kiem w Mar­sy­lii, gdy pew­nego dnia otwarły się drzwi i zaanon­so­wano wizytę pana Mor­rela.

Kto inny pospie­szyłby na spo­tka­nie boga­tego kupca i tym spo­so­bem zdra­dził swe słabe poło­że­nie. Vil­le­fort był jed­nak czło­wie­kiem nad­zwy­czaj opa­no­wa­nym, który umiał kie­ro­wać się dosko­nale, jeśli nie doświad­cze­niem, to instynk­tem. Naka­zał, aby pan Mor­rel zacze­kał w przed­po­koju, tak samo jak by zro­bił za monar­chii, choć nikogo w tej chwili nie przyj­mo­wał; kie­ro­wał się jed­nak zasadą, że według zwy­czaju należy anty­szam­bro­wać u kró­lew­skiego pod­pro­ku­ra­tora. Po kwa­dran­sie, który poświę­cił na prze­glą­da­nie kilku gazet o róż­nej wymo­wie poli­tycz­nej, kazał wpro­wa­dzić arma­tora.

Pan Mor­rel spo­dzie­wał się, że zasta­nie Vil­le­forta w przy­gnę­bie­niu, ujrzał go jed­nak takiego, jak przed sze­ścioma tygo­dniami: spo­koj­nego, sta­now­czego i peł­nego tej chłod­nej grzecz­no­ści, która sta­nowi zaporę naj­trud­niej­szą do poko­na­nia spo­śród wszyst­kich, które dzielą ludzi wykształ­co­nych od plebsu.

Wszedł do gabi­netu Vil­le­forta w prze­ko­na­niu, że dygni­tarz zadrży na jego widok, gdy tym­cza­sem prze­ciw­nie, sam arma­tor drżał ze zmie­sza­nia przed tą oso­bi­sto­ścią o badaw­czym spoj­rze­niu, która ocze­ki­wała go, wsparł­szy pod­bró­dek na dłoni, a łokieć na biurku.

Zatrzy­mał się w drzwiach. Vil­le­fort zmie­rzył go wzro­kiem, jakby nie mógł sobie od razu przy­po­mnieć. Na koniec, przy­pa­trzyw­szy się dokład­nie arma­to­rowi, który mię­to­sił w ręku kape­lusz, Vil­le­fort ode­zwał się:

- Zdaje mi się, że... czy pan Mor­rel?

- Tak, pro­szę pana - odpo­wie­dział kupiec.

- Pro­szę się zbli­żyć - rzekł urzęd­nik, zapra­sza­jąc pro­tek­cjo­nal­nym gestem arma­tora - i powie­dzieć, jakiej oko­licz­no­ści winien jestem ten zaszczyt.

- Pan się nie domy­śla? - zapy­tał Mor­rel.

- Nie, wcale, to jed­nak nie prze­szka­dza, abym nie chciał panu udzie­lić pomocy, o ile będzie to w mojej mocy.

- Rzecz ta zależy wyłącz­nie od pana - rzekł pan Mor­rel.

- Pro­szę mówić.

- Panie pro­ku­ra­to­rze - roz­po­czął kupiec, odzy­sku­jąc coraz wię­cej pew­no­ści sie­bie, prze­ko­nany, że broni słusz­nej sprawy, a jego pozy­cja nie może teraz budzić żad­nych zastrze­żeń. - Zapewne przy­po­mina pan sobie, że kilka dni przed wylą­do­wa­niem Jego Cesar­skiej Mości przy­cho­dzi­łem do pana, pro­sząc o względy dla pew­nego nie­szczę­śli­wego mło­dzieńca, mary­na­rza, zastępcy kapi­tana na moim statku. Był on, o ile pan sobie przy­po­mina, oskar­żony o kon­takty z Elbą, co w owym cza­sie było zbrod­nią, a dziś jest źró­dłem szcze­gól­nych łask. Słu­ży­łeś pan wten­czas Ludwi­kowi XVIII i nie oszczę­dzi­łeś go pan, był to pań­ski obo­wią­zek; teraz słu­żysz pan Napo­le­onowi i winie­neś oto­czyć opieką tego mło­dzieńca, to także twój obo­wią­zek. Przy­cho­dzę więc dowie­dzieć się, co się z tym nie­bo­ra­kiem stało.

Vil­le­fort użył wszyst­kich swo­ich sił, aby zapa­no­wać nad sobą.

- Jak się ten czło­wiek nazywa? - zapy­tał. - Pro­szę wymie­nić nazwi­sko.

- Edmund Dant?s.

Vil­le­fort wolałby nara­zić się na strzał prze­ciw­nika w poje­dynku na dwa­dzie­ścia pięć kro­ków, niż usły­szeć, jak grom z jasnego nieba, to nazwi­sko; tym­cza­sem nawet nie mru­gnął.

Tym spo­so­bem - mówił sobie w duchu - nie będzie można mnie obwi­niać, że uwię­zi­łem tego mło­dzieńca z pobu­dek czy­sto oso­bi­stych.

- Dant?s? - powtó­rzył. - Edmund Dant?s, powia­dasz pan?

- Tak.

Vil­le­fort wziął z kar­to­teki gruby rejestr, spoj­rzał na spis, następ­nie prze­rzu­cił kilka akt i zwró­cił się do arma­tora:

- Czy jesteś pan pewien, że się nie mylisz? - zapy­tał tonem cał­ko­wi­cie natu­ral­nym.

Gdyby pan Mor­rel był bystrzej­szy lub znał się lepiej na tych spra­wach, uznałby za rzecz dziwną, że pod­pro­ku­ra­tor kró­lew­ski raczy mu odpo­wia­dać w kwe­stiach, które nie pod­le­gały jego resor­towi; zasta­no­wiłby się może, czemu Vil­le­fort nie odsyła go do reje­strów wię­zien­nych, do zarządu wię­zień czy pre­fekta depar­ta­mentu. Ale Mor­rel, nie znaj­du­jąc u Vil­le­forta żad­nych oznak lęku, widział w nim już tylko jego uprzej­mość: Vil­le­fort zagrał dosko­nale.

- O nie, panie pro­ku­ra­to­rze - rzekł Mor­rel. - Nie mylę się, zresztą znam prze­cież tego bie­daka od dzie­się­ciu lat, a od czte­rech pozo­staje u mnie na służ­bie. Byłem już u pana, przy­po­mina pan sobie? Pół­tora mie­siąca temu, pro­sić dla niego o łaskę, jak teraz przy­sze­dłem pro­sić o spra­wie­dli­wość; przy­ją­łeś mnie pan wtedy dość nie­chęt­nie i odpo­wia­da­łeś mi wielce nie­za­do­wo­lony. O, roja­li­ści byli wów­czas twar­dzi wobec bona­par­ty­stów!

- Pro­szę pana - odrzekł Vil­le­fort, odpo­wia­da­jąc z wro­dzoną sobie zręcz­no­ścią i zimną krwią. - Byłem roja­li­stą, gdy myśla­łem, że Bur­bo­no­wie nie tylko są pra­wo­wi­tymi dzie­dzi­cami tronu, ale i wybrań­cami narodu. Cudowny powrót, któ­rego byli­śmy świad­kami, dowiódł mi, że byłem w błę­dzie. Zwy­cię­żył geniusz Napo­le­ona: pra­wo­wi­tym władcą jest ten, który jest kochany przez wszyst­kich.

- Brawo! - zawo­łał Mor­rel z rubaszną otwar­to­ścią. - Cie­szę się, sły­sząc, że pan tak mówi, to dobra wróżba dla losu Dant?sa.

- Pocze­kajże pan - rzekł Vil­le­fort, prze­glą­da­jąc inny rejestr. - Aha... to był mary­narz, prawda? Miał się żenić z Kata­lonką? Tak, tak, przy­po­mi­nam sobie teraz: to była poważna sprawa.

- Jak to?

- Wiesz pan pew­nie, że kiedy wyszedł ode mnie z prze­słu­cha­nia, został zapro­wa­dzony do wię­zie­nia obok sądu.

- Tak, no i?

- No więc napi­sa­łem o tym raport do Paryża, ode­sła­łem zna­le­zione przy nim papiery. Tak powi­nie­nem był uczy­nić, cóż robić... i w osiem dni po aresz­to­wa­niu wię­zień został stam­tąd zabrany.

- Zabrany? - wykrzyk­nął Mor­rel. - Cóż oni mogli z tym bie­da­kiem zro­bić?

- Ach, uspo­kój się pan, może go prze­trans­por­to­wano do Fene­strelle, Pigne­rol albo na Wyspę Świę­tej Mał­go­rzaty, to jest, mówiąc języ­kiem admi­ni­stra­cyj­nym, "prze­sie­dlono" z kraju. Zoba­czysz pan, że pew­nego pięk­nego ranka nagle wróci, aby objąć dowódz­two pań­skiego statku.

- Niech wraca, kiedy chce, ja mu to sta­no­wi­sko zacho­wam. Ale czemu dotąd nie powró­cił? Wydaje mi się, że sądy napo­le­oń­skie powinny zająć się na pierw­szym miej­scu oswo­bo­dze­niem tych, któ­rzy zostali uwię­zieni za poprzed­nich rzą­dów.

- Nie oskar­żaj pan tak lek­ko­myśl­nie - odpo­wie­dział Vil­le­fort. - Trzeba we wszyst­kim postę­po­wać legal­nie. Roz­kaz uwię­zie­nia przy­szedł z góry, roz­kaz uwol­nie­nia też musi przyjść z góry. Napo­leon powró­cił zale­d­wie dwa tygo­dnie temu, zatem roz­kazy uma­rza­jące kary są roze­słane dopiero co.

- Ale - zapy­tał Mor­rel - czy nie da się przy­spie­szyć tych for­mal­no­ści, teraz, gdy nasza sprawa jest górą? Mam tro­chę przy­ja­ciół i wpły­wów rów­nież, mógł­bym uzy­skać umo­rze­nie wyroku.

- Nie było wyroku w tej spra­wie.

- Wobec tego skre­śle­nie z reje­stru więź­niów.

- W spra­wach poli­tycz­nych nie ma cze­goś takiego jak reje­stry więź­niów. Cza­sem wła­dzy zależy na tym, aby wię­zień znik­nął, tak aby nawet ślad po nim nie został: rejestr więź­niów uła­twiłby poszu­ki­wa­nia.

- Tak może było za Bur­bo­nów, ale teraz...

- Tak było wszę­dzie i zawsze, kochany panie Mor­rel; rządy nastę­pują jedne po dru­gich i wszyst­kie są do sie­bie podobne. Apa­rat karny powstały za Ludwika XIV działa dotąd, z wyjąt­kiem Basty­lii. A cesarz był zawsze daleko więk­szym rygo­ry­stą, jeśli cho­dzi o wię­zie­nia, niż Król Słońce, a liczba ska­za­nych, po któ­rych nie ma ani śladu w reje­strach, jest olbrzy­mia.

Tyle dowo­dów życz­li­wo­ści mogłoby wypro­wa­dzić w pole osobę cał­ko­wi­cie pewną swo­ich racji i pan Mor­rel nie wąt­pił w ani jedno słowo pro­ku­ra­tora.

- Panie Vil­le­fort, jaką dał­byś mi pan radę, aby przy­spie­szyć powrót bied­nego Dant?sa?

- Jest jeden spo­sób: wnieś pan poda­nie do mini­stra spra­wie­dli­wo­ści.

- Ach, pro­szę pana, czyż nie wiemy dobrze, jak to się dzieje z poda­niami; mini­ster odbiera ich ze dwie­ście na dzień, a nie prze­czyta nawet i czte­rech.

- To prawda - odpo­wie­dział Vil­le­fort. - Ale prze­czyta prośbę, którą ja zare­ko­men­duję, zaadre­suję i wyślę.

- I pan zająłby się tym?

- Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią. Dant?s mógł być wtedy win­nym, ale dziś jest nie­winny; moim zatem obo­wiąz­kiem jest zwró­cić mu wol­ność, tak jak przed­tem powi­nie­nem był go zamknąć w wię­zie­niu.

W taki spo­sób Vil­le­fort zabez­pie­czał się przed nie­bez­pie­czeń­stwem - wpraw­dzie mało praw­do­po­dob­nym, ale moż­li­wym - śledz­twa, które zgu­bi­łoby go cał­ko­wi­cie.

- Ale jak trzeba pisać takie poda­nie do mini­stra?

- Sia­daj pan na moim miej­scu, pro­szę, ja panu podyk­tuję. Nie mamy czasu, i tak już dosyć go stra­ci­li­śmy.

- Prawda, pomyślmy tylko, że ten biedny chło­pak czeka tam, cierpi i może roz­pa­cza.

Vil­le­fort zadrżał na myśl o tym więź­niu, który zło­rze­czy mu tam w ciszy i ciem­no­ści; ale zaszedł zbyt daleko, aby się cof­nąć. Dant?s musiał zostać zmiaż­dżony w try­bach jego ambi­cji.

Vil­le­fort podyk­to­wał prośbę, w któ­rej uwy­dat­nił prze­sad­nie (z całą pew­no­ścią z naj­lep­szych pobu­dek) patrio­tyzm Dant?sa i usługi wyświad­czone spra­wie bona­par­ty­stów. W tym poda­niu Dant?s sta­wał się jed­nym z naj­ak­tyw­niej­szych zwo­len­ni­ków powrotu Napo­le­ona. Było oczy­wi­ste, że wobec takiego dowodu mini­ster zała­twiłby rzecz spra­wiedliwie, jeśli spra­wiedliwości jesz­cze nie stało się zadość.

Skoń­czyw­szy dyk­to­wać, Vil­le­fort odczy­tał gło­śno pety­cję.

- Jest napi­sana tak jak trzeba - rzekł - a teraz spuść się pan na mnie.

- Jak prędko zosta­nie wysłana?

- Dziś jesz­cze.

- I pan ją zare­ko­men­du­jesz?

- Tak i naj­lep­szą reko­men­da­cją będzie potwier­dze­nie praw­dzi­wo­ści wszyst­kiego, co pan w tej proś­bie wyra­żasz.

Vil­le­fort usiadł i z boku pety­cji napi­sał poświad­cze­nie.

- Cóż teraz trzeba robić dalej? - zapy­tał pan Mor­rel.

- Cze­kać - odpo­wie­dział Vil­le­fort. - Ja odpo­wia­dam za wszystko.

Zapew­nie­nie to wró­ciło panu Mor­re­lowi nadzieję; wyszedł od pro­ku­ra­tora ocza­ro­wany nim zupeł­nie i pospie­szył do sta­rego Dant?sa z wie­ścią, że wkrótce zoba­czy syna.

Vil­le­fort zaś, zamiast ode­słać pety­cję do Paryża, scho­wał ją tro­skli­wie, ponie­waż pety­cja, która dziś mogła oca­lić Dant?sa, w przy­szło­ści kom­pro­mi­to­wa­łaby go strasz­li­wie, zakła­da­jąc, że bieg wypad­ków w Euro­pie zapo­wia­dał nadej­ście nowej Restau­ra­cji.

Dant?s pozo­stał zatem w wię­zie­niu: pogrą­żony w otchła­niach lochu, nie usły­szał wcale strasz­li­wego huku, jaki wywo­łał upa­dek tronu Ludwika XVIII ani jesz­cze strasz­liw­szego - gdy w gruzy waliło się cesar­stwo.

Vil­le­fort zaś wszystko obser­wo­wał czuj­nym okiem, wszystko pochwy­cił uważ­nym uchem. W cza­sie owych Stu dni - jak nazwano ten krótki okres powrotu cesar­stwa, Mor­rel dwu­krot­nie przy­cho­dził doma­gać się wol­no­ści dla Dant?sa i dwu­krot­nie Vil­le­fort zbył go naj­uro­czyst­szymi obiet­ni­cami; aż w końcu przy­szło Water­loo. Mor­rel nie poka­zał się wię­cej u Vil­le­forta. Zro­bił dla mło­dego przy­ja­ciela wszystko, co tylko było moż­liwe. Dal­sze próby za pano­wa­nia dru­giej Restau­ra­cji skom­pro­mi­to­wa­łyby go tylko nie­po­trzeb­nie.

Ludwik XVIII powró­cił na tron. Vil­le­fort, dla któ­rego Mar­sy­lia stała się źró­dłem przy­krych wspo­mnień, prze­kształ­ca­ją­cych się w wyrzuty sumie­nia, popro­sił o waku­jące miej­sce pro­ku­ra­tora kró­lew­skiego w Tulu­zie. W dwa tygo­dnie po prze­nie­sie­niu się do nowej sie­dziby poślu­bił pannę Renatę, któ­rej ojciec zyskał na dwo­rze wię­cej niż kie­dy­kol­wiek wpły­wów.

Takim to spo­so­bem Dant?s, zarówno w cza­sie Stu dni, jak i potem, tkwił za kra­tami wię­zie­nia, zapo­mniany - jeśli nie przez ludzi, to z pew­no­ścią przez Boga.

Dan­glars pojął całą donio­słość ciosu, jaki zadał Dant?sowi, widząc powrót Napo­le­ona do Fran­cji. Jego denun­cja­cja tra­fiła w samo sedno. Jak każdy zatem czło­wiek mier­nych zdol­no­ści w życiu codzien­nym, a z pewną skłon­no­ścią do występku, nazwał ten dziwny zbieg wypad­ków "wyro­kiem Opatrz­no­ści".

Ale gdy Napo­leon wró­cił do Paryża, a głos jego cesar­skiej potęgi zabrzmiał na nowo, Dan­glarsa zdjął strach. Spo­dzie­wał się w każ­dej chwili powrotu Dant?sa, który wie o wszyst­kim, Dant?sa groź­nego i goto­wego do okrut­nej zemsty. Oświad­czył więc panu Mor­re­lowi, że pra­gnie opu­ścić służbę w han­dlu mor­skim i pole­cony przez niego, został w końcu marca, to jest w dzie­sięć czy dwa­na­ście dni po wej­ściu Napo­leona do Tuile­riów, buchal­te­rem u pew­nego kupca hisz­pań­skiego. Poje­chał do Madrytu i słuch o nim zagi­nął.

Fer­nand zaś nic nie poj­mo­wał. Pozbył się Dant?sa, to wszystko, czego potrze­bo­wał. Co się z nim stało? - nie chciał nawet wie­dzieć. Zyskany w ten spo­sób dla sie­bie czas spę­dzał na okła­my­wa­niu Mer­ce­des i przed­sta­wia­niu jej zmy­ślo­nych przy­czyn nie­obec­no­ści Edmunda lub medy­to­wa­niu nad wyjaz­dem do obcych kra­jów i porwa­niem dziew­czyny. Nie­kiedy, a były to posępne chwile w jego życiu, sia­dał na wierz­chołku przy­lądka Faro, skąd widać jed­no­cze­śnie Mar­sy­lię i wio­skę Kata­loń­czy­ków, i smutny, nie­ru­chomy jak ptak dra­pieżny na cza­tach, wypa­try­wał, czy nie ujrzy na dro­dze pięk­nego mło­dzieńca, idą­cego swo­bod­nym kro­kiem, z unie­sioną głową - zwia­stuna strasz­li­wej zemsty. W takim razie Fer­nand wie­dział już, co ma robić: wypali Dant?sowi w głowę, a potem sam się zabije - mówił sobie, pra­gnąc uczy­nić to mor­der­stwo szla­chet­niej­szym. Ale tu Fer­nand sam sie­bie oszu­ki­wał, jeśli ktoś żywi wciąż nadzieję, ni­gdy nie popełni samo­bój­stwa.

W mię­dzy­cza­sie cesar­ski rząd obwo­łał pospo­lite rusze­nie, więc wszy­scy, któ­rzy tylko byli zdolni nosić broń, pospie­szyli poza gra­nice Fran­cji na grzmiący głos cesa­rza. Fer­nand poszedł wraz z innymi, opu­ścił chatę i Mer­ce­des, drę­czony okropną myślą, że jego rywal powróci i ożeni się z jego uko­chaną.

Gdyby Fer­nand miał kie­dy­kol­wiek zdo­być się na samo­bój­stwo, uczy­niłby to po roz­sta­niu z Mer­ce­des.

Względy, jakimi oto­czył dziew­czynę, współ­czu­cie, jakie oka­zy­wał jej w nie­szczę­ściu, sta­ra­nia, które uprze­dzały jej naj­mniej­sze życze­nia, wywarły taki sku­tek, jaki wywie­rają zazwy­czaj na każ­dym szla­chet­nym sercu dowody przy­wią­za­nia. Mer­ce­des kochała zawsze Fer­nanda jak przy­ja­ciela; przy­jaźń ta powięk­szyła się teraz o nowe uczu­cie - wdzięcz­ność.

- Bra­cie - rze­kła, mocu­jąc mu na ple­cach żoł­nier­ski tor­ni­ster. - Bra­cie, mój jedyny przy­ja­cielu, nie pozwól się zabić, nie zosta­wiaj mnie samej na świe­cie. Będę pła­kać, zostanę sama, jeśli nie wró­cisz.

Słowa te, wyrze­czone w chwili poże­gna­nia, obu­dziły nadzieję w Fer­nan­dzie. Gdyby Dant?s nie wró­cił, Mer­ce­des zosta­nie może jego żoną.

Mer­ce­des pozo­stała sama na tej nagiej ziemi, która ni­gdy do tej pory nie wydała się jej aż tak jałowa; prócz niej widać było tylko morze, aż po hory­zont. Wciąż zapła­kana, błą­kała się jak owa sza­lona, o któ­rej roz­pacz­li­wej doli nam tyle opo­wia­dano, wokół osady Kata­loń­czy­ków; nie­kiedy zatrzy­my­wała się nagle pod palą­cym słoń­cem Połu­dnia, i wypro­sto­wana, nie­ru­choma, niema jak posąg wle­piała wzrok w Mar­sy­lię; albo sia­dała na brzegu i wsłu­chi­wała się w szum morza, wieczny jak jej boleść, zada­jąc sobie wciąż to samo pyta­nie: czy nie lepiej byłoby pochy­lić się i osu­nąć całym cię­ża­rem ciała w prze­paść, która otwo­rzy się przed nią i pochło­nie ją, niż tak cier­pieć strasz­li­wie bez nadziei i bez końca.

Nie bra­ko­wało Mer­ce­des odwagi do speł­nie­nia zamiaru, ale wiara przy­szła jej z pomocą i oca­liła od samo­bój­stwa.

Cade­ro­usse podob­nie jak Fer­nand został powo­łany, ale że miał osiem lat wię­cej niż Kata­loń­czyk i był żonaty, został wcie­lony do woj­ska dopiero pod­czas trze­ciej mobi­li­za­cji i wysłano go na wybrzeże.

Stary Dant?s, utrzy­my­wany przy życiu już tylko nadzieją, po upadku Napo­le­ona utra­cił ją zupeł­nie.

Dokład­nie pięć mie­sięcy po roz­sta­niu z synem, nie­mal o tej samej godzi­nie, o któ­rej aresz­to­wano Edmunda, oddał ducha w ramio­nach Mer­ce­des. Pan Mor­rel wypra­wił mu pogrzeb na swój koszt i spła­cił drobne, żało­sne długi, które sta­rzec zacią­gnął pod­czas cho­roby. Czyn ten był nie tylko dowo­dem szla­chet­no­ści, ale i odwagi. Połu­dnie wrzało i wspie­rać, nawet na łożu śmierci, ojca tak nie­bez­piecz­nego bona­par­ty­sty jak Dant?s ucho­dziło za zbrod­nię.

14. Więzień oszalały i więzień obłąkany

Mniej wię­cej rok po powro­cie Ludwika XVIII na tron pan inspek­tor gene­ralny wizy­to­wał wię­zie­nia.

Dant?s sły­szał z głębi lochu dud­nie­nia i zgrzy­ta­nia - odgłosy przy­go­to­wań na przy­ję­cie inspek­tora; na górze tak hała­śliwe, na dole były sły­szalne jedy­nie dla ucha więź­nia nawy­kłego wśród ciszy noc­nej do słu­cha­nia, jak pająk snuje swą sieć i jak jed­no­staj­nie kro­pla wody spada ze skle­pie­nia, gdzie two­rzy się przez godzinę.

Domy­ślił się, że na górze, wśród żywych dzieje się coś nie­zwy­kłego - tak długo zamiesz­ki­wał już ten grób, że mógł się liczyć do umar­łych.

W samej rze­czy, inspek­tor wizy­to­wał kolejno wszyst­kie izby, cele i lochy; roz­ma­wiał z wie­loma więź­niami: z tymi mia­no­wi­cie, któ­rych łagod­ność lub głu­pota zyski­wała im u admi­ni­stra­cji wię­zien­nej jakieś względy; inspek­tor wypy­ty­wał, jak są żywieni, jakie mają żąda­nia, które by chcieli przed­sta­wić. Odpo­wia­dali jed­no­gło­śnie, że jedze­nie jest obrzy­dliwe i że żądają, aby wypusz­czono ich na wol­ność. Inspek­tor spy­tał, czy nie doma­gają się cze­goś innego.

Potrzą­sali gło­wami. Jakie­goż innego dobra, prócz wol­no­ści, mogą pra­gnąć więź­nio­wie?

Inspek­tor odwró­cił się od nich z uśmie­chem i rzekł do komen­danta:

- Nie wiem, po co nam każą robić te bez­u­ży­teczne obchody. Kto widział jed­nego więź­nia, to tak, jakby widział stu, wysłu­chać jed­nego - to jak wysłu­chać tysiąca. Zawsze jedna śpiewka: złe mają jedze­nie i są nie­winni. Nie masz pan innych więź­niów?

- O, tak, ale są oni nie­bez­pieczni lub cier­pią na pomie­sza­nie zmy­słów, tych trzy­mamy w lochach.

- Zobaczmy i tych - rzekł inspek­tor z miną czło­wieka znu­żo­nego. - Speł­nijmy do końca nasz obo­wią­zek i chodźmy do lochów.

- Niech pan zaczeka - powstrzy­mał go komen­dant. - Przy­wo­łam choć ze dwóch ludzi. Zda­rza się, że więź­nio­wie mając dość takiego życia i pra­gnąc, aby ich ska­zano na śmierć, doko­nują absur­dal­nych czy­nów roz­pa­czy. Mógł­byś pan stać się ofiarą takiego czynu.

- Rób pan to, co dyk­tuje ostroż­ność - rzekł inspek­tor.

Posłano rze­czy­wi­ście po dwóch żoł­nie­rzy, a gdy przy­szli, pusz­czono się w dół po scho­dach tak cuch­ną­cych, nie­czy­stych i poro­słych mchem, że samo przej­ście po nich raziło wzrok i powo­nie­nie, a i oddy­chać było ciężko.

- Fuj! A kogóż tu, do dia­bła, trzy­ma­cie? - zapy­tał inspek­tor, zatrzy­mu­jąc się w poło­wie drogi.

- Spi­skowca, jed­nego z naj­nie­bez­piecz­niej­szych; uprze­dzono nas, że to czło­wiek gotów na wszystko.

- Sam jeden sie­dzi?

- Natu­ral­nie.

- Od jak dawna?

- Od roku chyba.

- I sie­dzi w lochu od początku?

- Nie, panie, od chwili, gdy chciał zabić dozorcę, który mu przy­no­sił codzien­nie żyw­ność.

- Chciał zabić dozorcę?

- Tak, pro­szę pana, tego tutaj, który oświe­tla nam drogę. Nie tak, Antoni?

- Pew­nie, że chciał mnie zabić - odpo­wie­dział dozorca.

- Coś takiego! Więc to jakiś sza­le­niec?

- Gorzej, pro­szę pana - odpo­wie­dział dozorca. - To dia­beł, a nie czło­wiek.

- Czy chce pan, abym przed­sta­wił na niego skargę? - zapy­tał inspek­tor komen­danta.

- Nie ma potrzeby, już jest dosyć za to uka­rany; zresztą nie­długo osza­leje, a doświad­cze­nie, jakie mamy z obser­wa­cji, mówi nam, że nim upły­nie rok, popad­nie zupeł­nie w obłęd.

- A to tym lepiej dla niego - rzekł inspek­tor. - Jak osza­leje zupeł­nie, mniej będzie cier­piał.

Jak widzimy, inspek­tor był czło­wie­kiem peł­nym ludz­kich uczuć i god­nym powie­rzo­nych mu filan­tro­pij­nych obo­wiąz­ków.

- Masz pan słusz­ność - odparł komen­dant. - Uwaga pań­ska dowo­dzi, że grun­tow­nie prze­stu­dio­wał pan ten przed­miot. Mamy tu wła­śnie w jed­nym lochu, o trzy­dzie­ści kro­ków od tego, do któ­rego dosta­niemy się po innych scho­dach, sta­rego księ­dza, nie­gdyś przy­wódcę jed­nego z wło­skich stron­nictw; sie­dzi tu od 1811 roku, a zwa­rio­wał około 1813; od tego czasu jest nie do pozna­nia: przed­tem pła­kał, teraz się śmieje, chudł, teraz tyje. Może wolisz pan raczej zoba­czyć tam­tego? Jego sza­leń­stwo raczej bawi, niż zasmuca.

- Zoba­czę jed­nego i dru­giego - posta­no­wił inspek­tor. - Trzeba sumien­nie dopeł­niać swo­ich obo­wiąz­ków.

Inspek­tor pierw­szy raz wizy­to­wał wię­zie­nia i chciał, aby jego wła­dze miały o nim dobre wyobra­że­nie.

- Chodźmy naj­pierw do spi­skowca - rzekł inspek­tor.

- Bar­dzo chęt­nie - odpo­wie­dział komen­dant.

Dał znak dozorcy, by otwo­rzył drzwi.

Dant?s, sku­lony w kącie, rado­wał się nie­wy­po­wie­dzia­nie drob­nym pro­my­kiem słońca, który prze­nik­nął przez wąskie zakra­to­wane okienko. Sły­sząc zgrzyt­nię­cie olbrzy­mich zam­ków i skrzy­pie­nie zardze­wia­łych zawia­sów, pod­niósł głowę. Ujrzaw­szy nie­zna­jo­mego, któ­remu towa­rzy­szyło dwóch dozor­ców z pochod­niami i dwóch żoł­nie­rzy oraz samego komen­danta z kape­lu­szem w ręku - wię­zień odgadł cel odwie­dzin; wresz­cie nada­rzyła się oka­zja, aby bła­gać wyso­kiego urzęd­nika; i rzu­cił się ku niemu ze zło­żo­nymi dłońmi.

Żoł­nie­rze natych­miast skrzy­żo­wali bagnety, sądząc, że wię­zień pode­rwał się w złych zamia­rach.

Sam inspek­tor cof­nął się o krok.

Dant?s zro­zu­miał, że przed­sta­wiono go jako nie­bez­piecz­nego czło­wieka.

Zebrał więc w spoj­rze­niu całą łagod­ność i pokorę, jakie tylko mogą mie­ścić się w czło­wieku, i prze­ma­wia­jąc sło­wami uro­czy­stymi, a wręcz naboż­nymi, usi­ło­wał tra­fić inspek­to­rowi do serca. Inspek­tor wysłu­chał do końca Dant?sa, a potem, zwra­ca­jąc się do komen­danta, rzekł pół­gło­sem:

- Zwróci się w stronę reli­gii, już jest pełen łagod­niej­szych uczuć. Widzi pan, jaki wpływ ma na niego strach: cof­nął się na widok bagne­tów, wariat zaś nie cofa się ni­gdy. Bar­dzo cie­kawe spo­strze­że­nia poczy­ni­łem w tym zakre­sie w Cha­ren­ton.

Potem zwró­cił się do więź­nia i zapy­tał:

- Krótko mówiąc, czego wła­ści­wie chce­cie?

- Chcę dowie­dzieć się, jaką popeł­ni­łem zbrod­nię; chcę, aby mnie posta­wiono przed sądem; chcę, aby wzno­wiono docho­dze­nie; chcę na koniec, aby mnie roz­strze­lano, jeżeli jestem winny, lub uwol­niono - jeżeli jestem nie­winny.

- Dobrze was tu żywią? - zapy­tał inspek­tor.

- Tak, chyba tak, sam nie wiem... I mniej­sza o to; naj­waż­niej­sze jest, i nie tylko dla mnie, ale i dla urzęd­ni­ków wymie­rza­ją­cych spra­wie­dli­wość, a nawet dla króla, który nami rzą­dzi, aby nie­winny nie padał ofiarą pod­łego donosu i nie umie­rał za kra­tami, zło­rze­cząc swoim katom.

- Jakoś dziś jesteś bar­dzo łagodny - rzekł komen­dant. - Nie zawsze taki byłeś, przy­ja­cielu, mówi­łeś kie­dyś cał­kiem ina­czej, tego dnia, kiedy to chcia­łeś zatłuc dozorcę.

- To prawda, pro­szę pana - rzekł Dant?s. - Prze­pra­szam naj­po­kor­niej tego czło­wieka, który był zawsze dla mnie dobry... ale cóż chcieć! Byłem wtedy sza­lony, wpa­dłem w szał.

- A teraz nie jesteś sza­lony?

- Nie, pro­szę pana, wię­zie­nie ugięło mnie, zła­mało, uni­ce­stwiło. Już tak długo tu jestem...!

- Długo? Kiedy was zatrzy­mano? - zapy­tał inspek­tor.

- Dwu­dzie­stego ósmego lutego 1815 roku, o godzi­nie dru­giej po połu­dniu.

Inspek­tor jął liczyć.

- Dziś mamy trzy­dzie­stego czerwca 1816 roku; i cóż wy mówi­cie? Sie­dzi­cie w wię­zie­niu dopiero sie­dem­na­ście mie­sięcy.

- Sie­dem­na­ście mie­sięcy! - zakrzyk­nął Dant?s. - Ach, pro­szę pana, czy pan wie, ile zna­czy sie­dem­na­ście mie­sięcy w wię­zie­niu? To sie­dem­na­ście lat, sie­dem­na­ście wie­ków dla czło­wieka, który jak ja był tak bli­ski wiel­kiego szczę­ścia, który miał poślu­bić uko­chaną kobietę, który widział przed sobą zaszczytną karierę, a który wszystko utra­cił. Czło­wiek ten w dniu naj­pięk­niej­szym w życiu wpadł w naj­czar­niej­szą noc, jego przy­szłość jest znisz­czona, nie wie, czy ta, którą kochał, kocha go jesz­cze, nie wie, czy jego stary ojciec żyje jesz­cze, czy umarł. Sie­dem­na­ście mie­sięcy wię­zie­nia dla czło­wieka nawy­kłego do mor­skiego powie­trza, mary­nar­skiej swo­body, do prze­strzeni, ogromu, nie­skoń­czo­no­ści - sie­dem­na­ście mie­sięcy wię­zie­nia dla takiego czło­wieka, pro­szę pana, to kara cięż­sza, niż zasłu­gują na to wszel­kie występki, któ­rych ohydne imiona może wymie­nić język ludzki. Miej pan nade mną litość i żądaj dla mnie nie pobła­ża­nia, ale suro­wo­ści, nie łaski, ale sądu; sędziów, pro­szę pana, ja doma­gam się tylko sędziów. Czyż można odmó­wić oskar­żo­nemu prawa do sta­wa­nia przed sądem?

- Dobrze - rzekł inspek­tor. - Zoba­czymy.

I zwró­cił się do komen­danta:

- Doprawdy, ten bie­dak napeł­nił mnie lito­ścią. Jak wró­cimy na górę, poka­żesz mi pan jego akta.

- Oczy­wi­ście - odparł komen­dant. - Ale zdaje mi się, że on tam ma naj­gor­szą opi­nię.

- Pro­szę pana - cią­gnął Dant?s - ja wiem, że sam nie możesz mnie pan stąd uwol­nić, ale możesz moją prośbę przed­sta­wić wła­dzom, możesz wyjed­nać roz­po­czę­cie śledz­twa, możesz mnie kazać oddać pod sąd. Pra­gnę sta­nąć przed sądem i nic wię­cej, niech wiem, jaką popeł­ni­łem zbrod­nię i na jaką jestem ska­zany karę, bo nie­pew­ność gor­sza jest od wszyst­kich tor­tur.

- Pro­szę mówić jaśniej - rzekł inspek­tor.

- Pro­szę pana - zawo­łał Dant?s - sły­chać z pań­skiego głosu, żeś wzru­szony, panie! Pro­szę, niech pan powie, że mogę mieć nadzieję.

- Nie mogę tego powie­dzieć - odrzekł inspek­tor. - Mogę tylko przy­rzec, że przej­rzę twoją sprawę.

- O! To już jestem wolny, jestem oca­lony!

- Kto kazał was aresz­to­wać? - zapy­tał inspek­tor.

- Pan de Vil­le­fort - odpo­wie­dział Dant?s - Niech się pan z nim zoba­czy i poroz­ma­wia.

- Pan de Vil­le­fort wyje­chał z Mar­sy­lii rok temu. Jest w Tulu­zie.

- A więc się nie dzi­wię - szep­nął Dant?s. - Jedyny mój pro­tek­tor wyje­chał.

- Czy pan de Vil­le­fort miał jakiś powód, aby was nie­na­wi­dzić? - zapy­tał inspek­tor.

- Żad­nego, był dla mnie bar­dzo życz­liwy.

- Mogę więc pole­gać na jego adno­ta­cjach lub na tym, co mi powie?

- Naj­zu­peł­niej, pro­szę pana.

- Dobrze. Bądź­cie cier­pliwi.

Dant?s upadł na kolana, wzno­sząc ręce do nieba, i w modli­twie, którą szep­tał, pole­cał Bogu tego, co wstą­pił do jego wię­zie­nia jak Zba­wi­ciel uwal­nia­jący z pie­kieł dusze.

Drzwi się zamknęły, ale nadzieja, która poja­wiła się tu razem z inspek­to­rem, pozo­stała w celi Edmunda.

- Czy pan chce przej­rzeć rejestr wię­zienny natych­miast - zapy­tał komen­dant - czy też przej­dzie pan naj­pierw do celi księ­dza?

- Skończmy naj­pierw z lochami - odrzekł inspek­tor. - Jeśli wrócę na świa­tło dzienne, może mi już zabrak­nąć odwagi, aby dokoń­czyć tej smut­nej misji.

- Ach, ten wię­zień jest zupeł­nie inny, jego sza­leń­stwo jest mniej przy­gnę­bia­jące niż zdrowy rozum jego sąsiada.

- A jak się prze­ja­wia jego obłęd?

- O, to dziwne sza­leń­stwo! Ksiądz ma się za posia­da­cza nie­zmier­nych skar­bów. W pierw­szym roku uwię­zie­nia ofia­ro­wał rzą­dowi milion za uwol­nie­nie, dru­giego roku dwa miliony, trze­ciego - trzy i tak dalej. Już piąty rok u nas sie­dzi, nie­za­wod­nie więc będzie chciał pomó­wić z panem na osob­no­ści i ofia­ruje pięć milio­nów.

- No, no, a to rze­czy­wi­ście cie­kawa histo­ria - rzekł inspek­tor. - Jakże się nazywa ten milio­ner?

- Ksiądz Faria.

- Numer dwu­dzie­sty siódmy - prze­czy­tał inspek­tor.

- To tu, Antoni, otwórz.

Dozorca otwo­rzył drzwi i zacie­ka­wione spoj­rze­nie inspek­tora wpa­dło do lochu stuk­nię­tego księ­dza.

Tak bowiem zwy­kle nazy­wano tego więź­nia.

Na środku celi, w kole zakre­ślo­nym kawał­kiem wapna ode­rwa­nego od muru, leżał czło­wiek, nie­mal nagi, jego odzie­nie zwi­sało w strzę­pach. W kole tym kre­ślił wyraźne linie geo­me­tryczne i zda­wał się nie mniej zajęty roz­wią­za­niem swego zada­nia jak Archi­me­des, gdy poniósł śmierć z rąk żoł­nie­rza Mar­cel­lusa. Nie poru­szył się więc nawet na dźwięk otwie­ra­nych drzwi i wyrwał się z zamy­śle­nia, dopiero gdy świa­tło pochodni oświe­tliło nie­co­dzien­nym bla­skiem wil­gotną pod­łogę, na któ­rej pra­co­wał. Odwró­cił się więc i zdzi­wiony spoj­rzał na ludzi, któ­rzy tak licz­nie poja­wili się w jego lochu.

Powstał żywo z ziemi, pochwy­cił z bar­łogu koł­drę i szybko okrył się nią, aby uka­zać się nieco przy­stoj­niej oczom obcych ludzi.

- Czego potrze­bu­je­cie? - zapy­tał inspek­tor, nie zmie­nia­jąc swej sakra­men­tal­nej for­muły.

- Ja? - zdzi­wił się ksiądz - Ja nic nie potrze­buję!

- Nie rozu­mie­cie mnie - rzekł inspek­tor. - Jestem wysłan­ni­kiem rządu, mam za zada­nie inspek­cję wszyst­kich wię­zień, wysłu­chuję życzeń i zaża­leń więź­niów.

- A, to co innego! - zawo­łał żywo ksiądz. - Mam nadzieję, że się doga­damy.

- Widzi pan - rzekł cicho komen­dant - czyż nie zaczyna się, tak jak panu zapo­wia­da­łem?

- Pro­szę pana - rzekł wię­zień. - Nazy­wam się Faria, jestem księ­dzem. Uro­dzi­łem się w Rzy­mie. Dwa­na­ście lat byłem sekre­ta­rzem kar­dy­nała Rospi­glio­siego; zosta­łem uwię­ziony, ale nie wiem nawet dobrze za co, na początku 1811. Odtąd zano­szę cią­głe prośby o wypusz­cze­nie mnie na wol­ność do rzą­dów fran­cu­skiego i wło­skiego.

- Z jakiej racji do fran­cu­skiego? - zapy­tał komen­dant.

- Ponie­waż aresz­to­wano mnie w Piom­bino, a sądzę, że tak jak Medio­lan i Flo­ren­cja, rów­nież Piom­bino zostało sto­licą jakie­goś depar­ta­mentu fran­cu­skiego.

Inspek­tor i komen­dant spoj­rzeli po sobie i roze­śmiali się.

- Do licha! - rzekł inspek­tor - wia­do­mo­ści, jakie ksiądz ma o Wło­szech, nie są zbyt świeże.

- Pocho­dzą z dnia, w któ­rym zosta­łem zatrzy­many - odrzekł ksiądz - że zaś Jego Cesar­ska Mość utwo­rzył kró­le­stwo rzym­skie dla syna, któ­rym go niebo obda­ro­wało, domy­ślam się, że doko­naw­szy dal­szych pod­bo­jów, speł­nił sny Machia­vel­lego i Cezara Bor­gii - zjed­no­czył całe Wło­chy w jedno kró­le­stwo.

- Pro­szę księ­dza, Opatrz­ność na szczę­ście nanio­sła nieco popra­wek do tego gigan­tycz­nego planu, któ­rego zda­jesz się być dość żar­li­wym stron­ni­kiem.

- To jedyny spo­sób, aby uczy­nić z Włoch pań­stwo silne, nie­za­leżne i szczę­śliwe - odpo­wie­dział ksiądz.

- Być może - odparł inspek­tor - ale nie przy­sze­dłem tu, aby roz­pra­wiać o poli­tyce ultra­mon­tań­skiej, ale po to, aby zapy­tać, czy nie macie jakich zaża­leń co do wiktu i pomiesz­cze­nia.

- Jadło jak w każ­dym wię­zie­niu - jest fatalne. Co do miesz­ka­nia, to widzi pan, że jest wil­gotne i nie­zdrowe, jed­nak jak na loch cał­kiem przy­zwo­ite. Ale nie o to teraz idzie; chcę uczy­nić rzą­dowi nie­zmier­nie ważną i szcze­gól­nie godną uwagi pro­po­zy­cję.

- Ot, i jeste­śmy w domu - szep­nął komen­dant do inspek­tora.

- I wła­śnie dla­tego cie­szę się, że pana widzę, cho­ciaż prze­szko­dzi­łeś mi nieco w bar­dzo waż­nych obli­cze­niach, które, jeśli się powiodą, mogą zmie­nić sys­tem New­tona. Czy możesz mi pan udzie­lić posłu­cha­nia na osob­no­ści?

- A co, nie mówi­łem? - rzekł komen­dant do inspek­tora.

- Znasz pan dobrze swo­jego pen­sjo­na­riu­sza, jak widzę - odrzekł inspek­tor z uśmie­chem, po czym zwró­cił się do Farii:

- Żąda pan ode mnie rze­czy nie­moż­li­wej.

- A jed­nak, gdyby cho­dziło o pozy­ska­nie dla rządu nie­zmier­nej sumy, na przy­kład pię­ciu milio­nów...?

- Słowo daję - rzekł inspek­tor, obra­ca­jąc się do komen­danta. - Prze­po­wie­dzia­łeś pan wszystko, nawet sumę.

- Zresztą - zawo­łał szybko ksiądz, widząc, że inspek­tor zbiera się do odej­ścia. - Nie musimy koniecz­nie być sam na sam; pan komen­dant może być obecny przy naszej roz­mo­wie.

- Na nie­szczę­ście, drogi księże - rzekł komen­dant - znamy już na pamięć, co chcesz powie­dzieć. Wszak cho­dzi o skarby, prawda?

Faria spoj­rzał na szy­dercę takim wzro­kiem, że bez­stronny widz dostrzegłby w nim z pew­no­ścią błysk prawdy i roz­sądku.

- Oczy­wi­ście - rzekł. - A o czymże miał­bym mówić, jeśli nie o tym?

- Panie inspek­to­rze - prze­rwał komen­dant. - Mogę opo­wie­dzieć całą tę histo­rię z naj­drob­niej­szymi szcze­gó­łami tak dobrze jak sam ksiądz, bo od czte­rech czy pię­ciu lat uszy mi od tego puchną.

- To dowo­dzi - rzekł ksiądz do komen­danta - że jesteś pan jak owi ludzie, o któ­rych Pismo Święte mówi, że mają oczy, a nie widzą, mają uszy, a nie sły­szą.

- Kochany księże - wtrą­cił inspek­tor. - Rząd nasz, dzięki Bogu, jest zamożny i nie potrze­buje two­ich milio­nów; zacho­waj je sobie, przy­da­dzą się księ­dzu, kiedy wyj­dziesz z wię­zie­nia.

Oczy księ­dza roz­pło­mie­niły się; porwał inspek­tora za rękę.

- A jeżeli nie wyjdę z wię­zie­nia - rzekł - jeżeli wbrew wszel­kiej spra­wie­dli­wo­ści będę musiał tu pozo­stać, jeżeli umrę i nie zdążę nikomu odkryć tajem­nicy i skarb prze­pad­nie? Czyż nie lepiej, aby i rząd z niego sko­rzy­stał, i ja także? Dam sześć milio­nów, tak, zre­zy­gnuję z sze­ściu milio­nów, i poprze­stanę na resz­cie, jeżeli tylko wyjdę na wol­ność!

- Na honor - rzekł inspek­tor pół­gło­sem. - Gdy­bym nie wie­dział, że to wariat, uwie­rzył­bym, że mówi prawdę, tyle w jego gło­sie prze­ko­na­nia.

- Nie jestem waria­tem, mówię czy­stą prawdę - odparł Faria, chwy­ta­jąc (dzięki wyostrzo­nemu słu­chowi, wła­ści­wemu dla wszyst­kich więź­niów) każde słowo inspek­tora. - Skarb, o któ­rym mówię, ist­nieje naprawdę. Pro­po­nuję, aby pod­pi­sał pan ze mną umowę, na pod­sta­wie któ­rej zawie­ziesz mnie pan w miej­sce, które wyzna­czę: na naszych oczach roz­ko­pie się zie­mię, a jeżeli kła­mię, jeżeli nic nie znaj­dziemy, jeżeli jestem waria­tem, jak powia­da­cie, cóż... Weź­mie­cie mnie na powrót do lochu, zostanę tu na wieki, umrę tu i nic już od was nie będę żądać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

2. Ojciec i syn

Nie­chaj Dan­glars wysila swój geniusz zawi­ści; nie będziemy słu­chać jego zło­śli­wych pod­szep­tów, któ­rych jedy­nym celem jest oczer­nić towa­rzy­sza przed arma­to­rem, i udajmy się za Dant?sem. Prze­biegł już całą Cannebi?re i skrę­ciw­szy w ulicę Noail­les, wpadł do nie­po­zor­nego domu po pra­wej stro­nie Alej Meil­hań­skich, prze­biegł szybko cztery pię­tra po ciem­nych scho­dach i trzy­ma­jąc się jedną ręką porę­czy, a drugą przy­ci­ska­jąc do piersi, aby stłu­mić ude­rze­nia serca, sta­nął przed drzwiami uchy­lo­nymi, tak że można było zaj­rzeć w głąb małej izdebki.

W tym poko­iku miesz­kał ojciec Dant?sa.

Wia­do­mość o przy­by­ciu "Fara­ona" nie doszła jesz­cze do starca, który sto­jąc na krze­śle, drżącą ręką pod­pie­rał wła­śnie patycz­kami pędy nastur­cji i powoju, wijące się pomię­dzy kra­tami.

Wtem uczuł, że ktoś go ujął wpół i z tyłu ozwał się zna­jomy głos:

- Ojcze, ojcze kochany!

Sta­rzec krzyk­nął i odwró­cił się nagle, a zoba­czyw­szy syna, osu­nął się w jego obję­cia drżący i blady.

- Co ci, ojcze? - zawo­łał mło­dzie­niec zatrwo­żony. - Czyś chory?

- Nie, nie, mój kochany Edmun­dzie, mój synu, moje dzie­cię, ale nie spo­dzie­wa­łem się cie­bie... To radość, wzru­sze­nie, żem cię zoba­czył tak nie­spo­dzie­wa­nie. Ach! Boże wielki, zdaje mi się, że umrę...

- Ale uspo­kój się, ojcze, przyjdź do sie­bie, to ja, naprawdę ja! Mówi się, że radość nikomu nie może zaszko­dzić, to dla­tego tu wsze­dłem bez uprze­dze­nia. No, ojcze kochany, uśmiech­nij się i nie patrz takim obłą­ka­nym wzro­kiem. Wró­ci­łem i od tej pory będziemy żyć razem szczę­śliwi.

- Ach, cudow­nie, mój chłop­cze - odrzekł sta­rzec. - Ale jakoż to będziemy żyć w szczę­ściu? Nie opu­ścisz mnie już wię­cej? Powiedz, jakież to szczę­ście?

- Oby mi prze­ba­czył Bóg wszech­mocny, że cie­szę się szczę­ściem oku­pio­nym żałobą innej rodziny, ale ten sam Bóg mi świad­kiem, że nie pra­gną­łem tego. Ot, samo przy­szło i nie mogę go odtrą­cić. Umarł dzielny kapi­tan Lecl?re, ojcze, a ja, za wsta­wien­nic­twem pana Mor­rela obejmę naj­praw­do­po­dob­niej jego miej­sce... Ojcze, rozu­miesz? Być kapi­tanem w dwu­dzie­stym roku życia! Mieć sto ludwi­ków pen­sji i udział w docho­dach! Czyż mary­narz tak biedny jak ja mógł kie­dy­kol­wiek spo­dzie­wać się takiego losu?

- Prawda to, syneczku, prawda - rzekł sta­rzec. - To rze­czy­wi­ście wspa­niała odmiana.

- Chciał­bym za pierw­sze pie­nią­dze, które odbiorę, urzą­dzić ci mały domek z ogród­kiem, żebyś sobie sadził swoje powoje, nastur­cje i kapry­fo­lium... Ale cóż ci jest, mój ojcze? Wyglą­dasz, jakby ci słabo było?

- Bądź spo­kojny, to przej­dzie.

Star­cowi zabra­kło jed­nak sił i zachwiał się.

- Dali­bóg! - zawo­łał mło­dzie­niec. - Wypij szklankę wina, to cię pokrzepi. Gdzie cho­wasz wino?

- Dzię­kuję ci, nie szu­kaj, nie chcę - odrzekł sta­rzec, usi­łu­jąc powstrzy­mać syna.

- Ależ tak, pozwól mi, pokaż tylko, gdzie jest.

I jął otwie­rać szafy.

- Próżno szu­kasz - wyszep­tał sta­rzec - wina nie ma.

- Jak to? Nie masz wina? - zawo­łał Edmund, bled­nąc i wpa­tru­jąc się to w zapa­dłe i blade niczym wosk policzki ojca, to w puste szafy. - Jak to, nie ma ani kro­pli? Czy ci zabra­kło pie­nię­dzy?

- Nic, nic mi już nie bra­kuje, mam wszystko, bo mam cie­bie, mój synu.

- Prze­cież trzy mie­siące temu, przed wyjaz­dem, zosta­wi­łem ci dwie­ście fran­ków - wyją­kał mło­dzie­niec, ocie­ra­jąc pot z czoła.

- Tak, to prawda, Edmun­dzie. Zapo­mnia­łeś jed­nak, odjeż­dża­jąc, spła­cić małego długu sąsia­dowi Cade­ro­usse'owi. Upo­mniał się o niego, doda­jąc, że jeśli nie zapłacę, uda się do pana Mor­rela. Poj­mu­jesz więc, że z obawy, aby ci to nie zaszko­dziło, zapła­ci­łem, cóżem miał zro­bić?

- Ach, mój Boże, byłem mu winien sto czter­dzie­ści fran­ków! - zawo­łał Dant?s - i mając wszyst­kiego dwie­ście fran­ków, które ci zosta­wi­łem, odda­łeś sto czter­dzie­ści?

Sta­rzec ski­nął głową.

- Tym spo­so­bem, mając tylko sześć­dzie­siąt fran­ków, żyłeś przez trzy mie­siące - wyszep­tał Dant?s.

- Wszak wiesz, jak mało potrze­buję - odrzekł sta­rzec.

- Ach, Boże, Boże! Ojcze, daruj mi, prze­bacz! - rzu­ca­jąc się do nóg ojca, zawo­łał Dant?s.

- Cóż ty wypra­wiasz?

- Ach! Roz­dar­łeś mi serce.

- Nic to, prze­cie jesteś tu, ze mną - rzekł sta­rzec, uśmie­cha­jąc się łagod­nie. - Teraz możemy o tym zapo­mnieć, bo wszystko dobrze się skoń­czyło.

- Tak, jestem przy tobie - rzekł mło­dzie­niec. - Jestem przy tobie i mam przed sobą piękną przy­szłość, i nawet tro­chę pie­nię­dzy. Patrz, ojcze, masz, weź je i poślij prędko kogoś po wszystko, czego ci trzeba.

To mówiąc, wysy­pał na stół z kie­szeni ze dwa­na­ście ludwi­ków, sześć zło­tych pię­cio­fran­kó­wek i tro­chę drob­nych monet.

Twarz starca roz­ja­śniła się.

- I czy­jeż to? - spy­tał.

- Ależ moje...! Twoje...! Nasze...! Weź, każ kupić żyw­no­ści, bądź szczę­śliwy, jutro znaj­dzie się ich wię­cej.

- Powoli, powoli - rzekł sta­rzec i łagodny uśmiech uka­zał mu się na twa­rzy. - Jeśli pozwo­lisz, będę się ostroż­nie obcho­dził z twoją kiesą. Gdyby zoba­czono, że tak wiele naraz rze­czy kupuję, powie­dziano by nie­za­wod­nie, że musia­łem cze­kać z kup­nem na twój powrót...

- Rób więc, jak chcesz, ojcze. Przede wszyst­kim jed­nak przyj­mij sobie słu­żącą, nie chcę dłu­żej, żebyś tu sam tak żył. Mam w skrzy­neczce na dnie statku tro­chę prze­my­co­nej kawy i wybor­nego tyto­niu - jutro ci przy­niosę. Ale pst! Ktoś nad­cho­dzi!

- To Cade­ro­usse, musiał się już dowie­dzieć, żeś przy­je­chał i przy­cho­dzi zapewne pogra­tu­lo­wać ci szczę­śli­wego powrotu.

- Dosko­nale! Znowu czło­wiek, który co innego ma na ustach, a co innego w sercu - szep­nął Edmund. - Ale mniej­sza o to, wszak to nasz sąsiad, który nam kie­dyś pomógł w potrze­bie, trzeba go dobrze przy­jąć.

Istot­nie, kiedy Edmund koń­czył z cicha mówić te słowa, w drzwiach wio­dą­cych na schody uka­zała się czar­niawa i bro­data twarz Cade­ro­usse'a. Był to czło­wiek mniej wię­cej dwu­dzie­sto­pię­cio­letni i trud­nił się kra­wiec­twem; trzy­mał wła­śnie w ręku kawał sukna, który zamie­rzał skroić na klapę sur­duta.

- Ejże, wró­ci­łeś więc, Edmun­dzie? - zawo­łał z czy­sto mar­syl­skim akcen­tem, uka­zu­jąc w sze­ro­kim uśmie­chu zęby białe niby kość sło­niowa.

- Jak widzisz, sąsie­dzie, i gotów jestem ci usłu­żyć, w czym roz­ka­żesz - rzekł Dant?s, nie­zręcz­nie ukry­wa­jąc pod pozo­rami uprzej­mo­ści wyraźną nie­chęć.

- Dzię­kuję, dzię­kuję! Chwała Bogu, nic mi nie trzeba, a za to inni cza­sem potrze­bują cze­goś ode mnie.

Dant?s drgnął, a Cade­ro­usse cią­gnął dalej.

- Nie odno­szę tego do cie­bie, mój kawa­le­rze; poży­czy­łem ci pie­nią­dze, tyś mi oddał; to się zda­rza mię­dzy dobrymi sąsia­dami, a my jeste­śmy kwita.

- Ni­gdy nie jeste­śmy skwi­to­wani wobec tych, któ­rzy nam wyświad­czają przy­sługę, bo jeśli nawet prze­sta­li­śmy być im dłużni pie­nią­dze, należy im się jesz­cze wdzięcz­ność.

- Po co tu o tym gadać? Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Ot, pomówmy lepiej o twej podróży. Wybra­łem się wła­śnie do portu, aby zaopa­trzyć się w brą­zowe sukno, wtem spo­ty­kam kocha­nego Dan­glarsa.

- A ty, co tu robisz w Mar­sy­lii? - spy­ta­łem go.

- Ano, jestem już - odpo­wie­dział mi.

- Myśla­łem, żeś w Smyr­nie?

- Dobrześ myślał, wła­śnie stam­tąd wra­cam.

- A gdzie nasz młody Edmund?

- Ależ z pew­no­ścią u ojca - odpo­wie­dział Dan­glars.

- Więc przy­sze­dłem natych­miast - kon­ty­nu­ował Cade­ro­usse - aby uści­skać rękę dobrego przy­ja­ciela.

- Poczciwy Cade­ro­usse! - rzekł sta­rzec. - Jakże jest do nas przy­wią­zany!

- Pew­nie, że jestem do was przy­wią­zany, a co wię­cej, wielce was sza­nuję, bo to teraz rzadko można spo­tkać uczci­wych ludzi... Hm! Widzę, żeś nam powró­cił bogaty, chłop­cze - paplał dalej kra­wiec, rzu­ca­jąc z ukosa spoj­rze­nie na złote i srebrne monety roz­rzu­cone przez Dant?sa na stół.

Mło­dzie­niec dostrzegł w czar­nych oczach sąsiada błysk chci­wo­ści.

- Ach, mój Boże - rzekł nie­dbale. - To nie moje pie­nią­dze. Mówi­łem wła­śnie ojcu, że bałem się, czy mu cze­goś nie bra­kło w cza­sie mojej nie­obec­no­ści, a on, aby mnie uspo­koić, wysy­pał zawar­tość swo­jej sakiewki na stół. Mój ojcze, scho­waj to do mieszka, chyba że nasz sąsiad Cade­ro­usse potrze­buje pie­nię­dzy, w takim przy­padku chęt­nie mu pomo­żemy.

- Ucho­waj Boże, chłop­cze - rzekł Cade­ro­usse - nie potrze­buję niczego; Bogu dzięki rze­mieśl­ni­cza pro­fe­sja potrafi wyży­wić czło­wieka. Scho­waj sobie pie­nią­dze, tego ni­gdy nie można mieć za wiele. A swoją drogą, bar­dzo ci dzię­kuję za pro­po­zy­cję, i czuję się tak zobo­wią­zany, jak­bym z niej sko­rzy­stał.

- To było ze szcze­rego serca - rzekł Dant?s.

- Nie wąt­pię. I jak tam, jesteś podobno na dobrej sto­pie z panem Mor­re­lem, filu­cie?

- Pan Mor­rel był dla mnie zawsze szcze­gól­nie życz­liwy.

- W takim razie nie mia­łeś racji, nie przyj­mu­jąc zapro­sze­nia na obiad.

- Jak to? Odmó­wi­łeś zapro­sze­nia? - wtrą­cił stary Dant?s. - Zapra­szał cię na obiad?

- Zapra­szał - odpo­wie­dział Edmund z uśmie­chem, uba­wiony, że ojca tak mocno zdu­miał zaszczyt, jaki go spo­tkał.

- Synu, i dla­czego odmó­wi­łeś? - zapy­tał sta­rzec.

- Bo pra­gną­łem jak naj­prę­dzej cię zoba­czyć, ojcze - odrzekł mło­dzie­niec. - Do cie­bie się spie­szy­łem.

- Mogło to spra­wić przy­krość panu Mor­re­lowi, on taki poczciwy - dorzu­cił Cade­ro­usse - a kiedy ktoś pra­gnie zostać kapi­ta­nem, czyni wiel­kie głup­stwo, jeśli się w czymś sprze­ci­wia arma­to­rowi.

- Wyja­śni­łem mu przy­czynę odmowy i zro­zu­miał to, jak sądzę.

- Ale jeśli masz zostać kapi­ta­nem, powi­nie­neś cza­sem pochle­biać swoim prze­ło­żo­nym.

- I bez tego spo­dzie­wam się nim zostać - odpo­wie­dział Dant?s.

- Tym lepiej, tym lepiej, wszy­scy twoi sta­rzy przy­ja­ciele będą się z tego ser­decz­nie cie­szyć, a znam też kogoś, kto mieszka za cyta­delą Świę­tego Miko­łaja, kto pew­nie się tym bar­dzo nie zmar­twi.

- Mer­ce­des - pod­po­wie­dział sta­rzec.

- Tak, ojcze - odpo­wie­dział Dant?s. - I za twoim pozwo­le­niem, kiedy cię już zoba­czy­łem i wiem, żeś zdrów i na niczym ci nie zbywa, chciał­bym ją odwie­dzić.

- Idź, moje dziecko, idź - rzekł stary Dant?s - i niech twoja żona będzie dla cie­bie takim bło­go­sła­wień­stwem bożym, jak ty dla mnie!

- Żona! - rzekł Cade­ro­usse. - Ojczulku, ależ ci spieszno! Wydaje mi się prze­cie, że Mer­ce­des nie jest jesz­cze jego żoną!

- Nie, ale wedle wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa - odrzekł Edmund - wkrótce nią będzie.

- Mniej­sza o to, w każ­dym razie dobrze robisz, że się spie­szysz, mój chłop­cze!

- A to czemu?

- Bo Mer­ce­des jest ładną dziew­czyną, a ład­nym dziew­czę­tom nie­trudno o aman­tów, szcze­gól­nie jej! Włó­czą się za nią tuzi­nami.

- Doprawdy? - zdzi­wił się Edmund i lekki nie­po­kój prze­bił się przez jego uśmiech.

- O, tak - odpo­wie­dział Cade­ro­usse. - I tra­fiały jej się nawet dosko­nałe par­tie; ale że ty wkrótce kapi­tan, nikt ci tak łatwo nie da kosza.

- Co zna­czy, że gdy­bym nie był kapi­ta­nem... - rzekł Dant?s z uśmie­chem, który źle skry­wał jego nie­po­kój.

- No, no! - mruk­nął zna­cząco Cade­ro­usse.

- Ale co tam! - rzekł Edmund. - Dajmy temu spo­kój; mam lep­sze wyobra­że­nie o kobie­tach w ogóle, a o Mer­ce­des w szcze­gól­no­ści, i jestem prze­ko­nany, że czy był­bym kapi­ta­nem, czy nie, ona docho­wa­łaby mi słowa.

- Tym lepiej - przy­tak­nął Cade­ro­usse. - Zaufa­nie to ważna rzecz, zwłasz­cza gdy kto chce się żenić. Co mi zresztą do tego; ale posłu­chaj, chłop­cze, nie trać czasu, idź do niej natych­miast zawia­do­mić o swoim powro­cie i nadzie­jach.

- Już idę - rzekł Edmund.

Uści­snął ojca, kiw­nię­ciem głowy poże­gnał Cade­ro­usse'a i wyszedł.

Cade­ro­usse zatrzy­mał się jesz­cze przez chwilę, a poże­gnaw­szy się ze sta­rym Dant?sem, udał się na spo­tka­nie z Dan­glar­sem, który cze­kał nań na rogu ulicy Senac.

- I co? Widzia­łeś go? - zagad­nął Dan­glars.

- Wła­śnie się roz­sta­li­śmy - odrzekł Cade­ro­usse.

- Mówił ci coś o tym, że zamie­rza zostać kapi­ta­nem?

- Mówi o tym, jakby już było po wszyst­kim.

- Cier­pli­wo­ści, chłop­cze! - rzekł Dan­glars. - Myślę, że się tro­chę za szybko wyrywa.

- Dia­bli go wie­dzą, zdaje się, że mu to przy­rzekł pan Mor­rel.

- I pew­nie jest bar­dzo rado­sny?

- Powiedz raczej: bez­czelny. Wyobraź sobie, że mi ofia­ro­wał swoją pomoc, jakby był jakąś wielką figurą. I chciał mi pie­nię­dzy poży­czyć niczym bogaty ban­kier.

- Nie przy­ją­łeś, natu­ral­nie.

- Ma się rozu­mieć, cho­ciaż wła­ści­wie mogłem je przy­jąć, zwa­żyw­szy, że ja pierw­szy dałem mu kilka sztuk sre­bra, któ­rymi zaczął obra­cać. Ale teraz imć pan Dant?s nie będzie już nikogo potrze­bo­wał, zosta­nie kapi­ta­nem.

- Ba! - obru­szył się Dan­glars. - Jesz­cze nim nie jest.

- Słowo daję, lepiej by było, żeby nie został - rzekł Cade­ro­usse - bo potem to nie da się do niego nawet przy­stą­pić.

- Jeśli tylko zechcemy - szep­nął Dan­glars - zosta­nie tym, czym jest dzi­siaj, a może nawet i to straci.

- Co ty opo­wia­dasz?

- Nic, ot, tak sam do sie­bie coś mówi­łem. A kocha się cią­gle w tej swo­jej Kata­lonce?

- Sza­le­nie! Wła­śnie do niej poszedł. Ale, jeśli się nie mylę, napyta sobie przez to biedy.

- Mów jaśniej.

- A po co?

- To waż­niej­sze, niż myślisz. Wszak nie lubisz Dant?sa, co?

- Nie cier­pię zaro­zu­mial­ców!

- Więc wła­śnie, powiedz mi, co wiesz o tej jego Kata­lonce.

- Nie znam żad­nych szcze­gó­łów, ale to, co widzia­łem, upo­waż­nia mnie do podej­rzeń, że naszego przy­szłego kapi­tana może spo­tkać jakaś przy­krość na dro­dze do Vie­il­les-Infir­me­ries.

- Cóżeś widział? Mów prędko.

- Widzia­łem na przy­kład, że ile razy Mer­ce­des wycho­dzi do mia­sta, towa­rzy­szy jej zawsze jakiś Kata­loń­czyk, chło­pi­sko jak byk, czar­no­oki, ogo­rzały od słońca, ciem­no­włosy i mocno w niej roz­ko­chany, a ona nazywa go kuzy­nem.

- Ach, doprawdy! I jak sądzisz, umi­zga się do niej ten kuzy­nek?

- Tak mi się zdaje. Bo cóż by robił dwu­dzie­sto­jed­no­letni chło­pak, łażąc za dziew­czyną sie­dem­na­sto­let­nią i do tego ładną?

- I powia­dasz, że Dant?s poszedł do Kata­loń­czy­ków?

- Wyszedł z domu tuż przede mną.

- Pójdźmy w tamtą stronę, posie­dzimy sobie tro­chę w karcz­mie u Pam­fila, pocze­kamy przy szkla­neczce malagi i zoba­czymy, co się dalej sta­nie.

- A któż nam o tym powie?

- Dant?s będzie tam­tędy wra­cał; zro­zu­miemy zaraz z jego miny, co się tam dzieje.

- Chodźmy więc - rzekł Cade­ro­usse - ale ty sta­wiasz?

- Oczy­wi­ście - odpo­wie­dział Dan­glars.

I udali się szybko na miej­sce, o któ­rym wspo­mi­nali. Przy­szedł­szy do karczmy, kazali sobie podać butelkę wina i dwie szklanki. Ojczu­lek Pam­fil widział, jak nie­spełna dzie­sięć minut wcze­śniej prze­cho­dził tam­tędy Dant?s. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że Dant?s jest u Kata­loń­czy­ków; nasi boha­te­ro­wie zasie­dli zatem w alta­nie, pod dachem z roz­wi­ja­ją­cych się list­ków pla­ta­nów i syko­mor; wśród gałęzi drzew stado rado­snych pta­sząt śpie­wało hymn na cześć jed­nego z pierw­szych dni nad­cho­dzą­cej wio­sny.

3. Katalończycy

O sto kro­ków od miej­sca, gdzie dwaj przy­ja­ciele, popi­ja­jąc musu­jącą malagę, wytę­żali czuj­nie wzrok i słuch, scho­wana za nagim wzgó­rzem, sma­ga­nym przez słońce i podmu­chy mistrala, leżała kata­loń­ska wio­seczka.

W cza­sie, któ­rego tu nie możemy dokład­nie ozna­czyć, tajem­ni­cza jakaś kom­pa­nia wyru­szyła z Hisz­pa­nii, wylą­do­wała na tym wąskim pasemku ziemi i pozo­stała tu po dziś dzień. Nie wia­domo, skąd przy­by­wali ci ludzie ani jakim języ­kiem mówili. Jeden z ich naczel­ni­ków, zna­jący język pro­wan­sal­ski, upro­sił mar­syl­ską gminę, aby oddała im ten nagi, jałowy przy­lą­dek, na któ­rego brzeg niczym sta­ro­żytni żegla­rze wycią­gnęli swoje łodzie. Przy­chy­lono się do jego prośby i trzy mie­siące póź­niej wokół dwu­na­stu czy pięt­na­stu łodzi, które przy­wio­zły tu tych noma­dów mor­skich, powstała nie­wielka osada.

Ową wio­skę, zbu­do­waną w dzi­waczny i malow­ni­czy zara­zem spo­sób, w stylu pół hisz­pań­skim, pół mau­re­tań­skim, po dziś dzień zamiesz­kują potom­ko­wie tych pierw­szych osad­ni­ków i mówią języ­kiem swo­ich ojców. Od trzech czy czte­rech wie­ków wierni są temu małemu przy­ląd­kowi, gdzie uwili swe gniazda jak gro­mada mor­skich pta­ków, nie mie­sza­jąc się do spraw lud­no­ści mar­syl­skiej, żeniąc się mię­dzy sobą tylko i prze­cho­wu­jąc oby­czaje i ubiór naro­dowy tak samo, jak zacho­wali ojczy­sty język.

Zapro­wadźmy czy­tel­nika, idąc wzdłuż jedy­nej uliczki w wio­sce, do jed­nego z tych domów, bar­wio­nych pro­mie­niami słońca na ów piękny odcień uschłych liści, wła­ściwy dla budyn­ków w tych oko­li­cach, a wewnątrz bie­lo­nych wap­nem; poza owym bia­łym tyn­kiem nie masz innej ozdoby w hisz­pań­skich dwor­kach.

Wewnątrz wsparta o ścianę stała piękna młoda dziew­czyna, o czar­nych wło­sach i aksa­mit­nych oczach gazeli, i mięła w pal­cach wysmu­kłych jak u antycz­nego posągu drob­niuchną gałązkę wrzosu, zry­wa­jąc z niej kwia­tuszki, któ­rych szczątki sypały się na zie­mię; ręce jej obna­żone po łok­cie, opa­lone, lecz foremne jak u Wenus z Arles, drżały z nie­cier­pli­wo­ści. Wąską stopą o wyso­kim pod­bi­ciu tupała, tak że można było dzięki owemu ruchowi doj­rzeć wspa­niałą, strze­li­stą linię nogi, obcią­gnię­tej w baweł­nianą, czer­woną poń­czoszkę z sza­ro­błę­kit­nymi kli­nami.

O trzy kroki od niej sie­dział, koły­sząc się ryt­micz­nie na krze­śle, oparty łok­ciem o sta­ro­świecką spróch­niałą komodę, wysoki mło­dzie­niec lat dwu­dzie­stu lub dwu­dzie­stu dwóch, i patrzył na dziew­czynę wzro­kiem, który wyra­żał nie­po­kój i żałość. W oczach malo­wało mu się zapy­ta­nie, ale dziew­czyna pano­wała nad towa­rzy­szem, spo­glą­da­jąc nań żywo i sta­now­czo.

- Popatrz, Mer­ce­des - mówił mło­dzie­niec. - Nad­cho­dzi Wiel­ka­noc. Naj­lep­szy czas, aby wypra­wić wesele, odpo­wiedz mi, pro­szę!

- Sto razy już ci mówi­łam, Fer­nan­dzie, i doprawdy sam sobie chyba źle życzysz, kiedy mnie znów o to samo pytasz.

- I cóż z tego! Powtórz raz jesz­cze, bła­gam, powtórz, może uda mi się uwie­rzyć. Powtórz raz setny, że odrzu­casz moją miłość, którą matka twoja widziała dobrym okiem; spraw, abym prze­ko­nał się, że igrasz z moim szczę­ściem, że nie obcho­dzi cię ani moje życie, ani śmierć. Ach, Boże mój, Boże wielki! Marzyć dzie­sięć lat, że będę mężem twoim, Mer­ce­des, i stra­cić całą tę nadzieję, która była jedy­nym celem mojego życia.

- Czyż pod­sy­ca­łam w jaki­kol­wiek spo­sób twoją nadzieję, Fer­nan­dzie? - zapy­tała Mer­ce­des. - Nie możesz mi zarzu­cić, bym cię choć raz kokie­to­wała. Nie­ustan­nie powta­rza­łam ci: "Kocham cię jak brata, ale nic oprócz tej miło­ści sio­strza­nej nie żądaj ode mnie, bo moje serce należy do kogo innego". Czyż nie powta­rza­łam ci tego, Fer­nan­dzie?

- Tak, Mer­ce­des, mówi­łaś - odpo­wie­dział mło­dzie­niec. - I za cnotę poczy­ta­łaś sobie trak­to­wa­nie mnie z okrutną szcze­ro­ścią. Czyż­byś jed­nak zapo­mniała, że według uświę­co­nego prawa Kata­lonka ma wycho­dzić za Kata­loń­czyka?

- Mylisz się, Fer­nan­dzie, to nie prawo, ale zwy­czaj tylko, nic wię­cej; i radzę ci - nie przy­zy­waj tego zwy­czaju na swoją korzyść. Fer­nan­dzie, zapadł na cie­bie wyrok w komi­sji pobo­ro­wej; jeśli dotąd posia­dasz tyle swo­body, to dzięki zwy­kłej pobłaż­li­wo­ści; nie dziś, to jutro możesz być powo­łany do woj­ska; zosta­niesz żoł­nie­rzem, i cóż się sta­nie ze mną, biedną dziew­czyną, sie­rotą, nie­szczę­śliwą, któ­rej całym mająt­kiem są mizerna chata waląca się w gruzy i kilka zuży­tych rybac­kich sieci: oto nędzne dzie­dzic­two zosta­wione matce w spadku po ojcu, a mnie po matce. Od jej śmierci minął już rok, a ja, pomyśl tylko, Fer­nan­dzie - utrzy­muję się nie­mal z żebra­nia! Twier­dzisz wpraw­dzie cza­sem, że ci jestem pomocna, jedy­nie dla­tego, abyś mógł ze mną dzie­lić połów. Nie odma­wiam ci, bo jesteś moim kuzy­nem, bośmy się razem wycho­wali, a przede wszyst­kim dla­tego, że wiem, jak by ci było przy­kro, gdy­bym odmó­wiła. Czuję prze­cież dobrze, że te ryby, które sprze­daję, i kono­pie, które kupuję za uzy­skane w ten spo­sób pie­nią­dze i przędę potem, czuję, powta­rzam ci, Fer­nan­dzie, że to tylko jał­mużna.

- Cóż to wszystko zna­czy, Mer­ce­des! Choć biedna i sie­rota, prze­no­szę cię nad córkę naj­znacz­niej­szego arma­tora czy naj­bo­gat­szego ban­kiera Mar­sy­lii! Bo cze­góż takim jak my potrzeba? Wier­nej żony i dobrej gospo­dyni. Gdzież znajdę dziew­czynę, która lepiej speł­nia­łaby te wyma­ga­nia?

- Fer­nan­dzie - rze­kła Mer­ce­des, potrzą­sa­jąc głową. - Kobieta łatwo może zostać kiep­ską gospo­dy­nią, kiedy nie kocha męża, ale innego męż­czy­znę, i trudno też zatem odpo­wia­dać za jej wier­ność. Poprze­stań na mojej przy­jaźni, bo tylko tyle mogę ci ofia­ro­wać, a przy­rze­kam tylko to, czego jestem pewna, że potra­fię dotrzy­mać.

- Ach, rozu­miem - powie­dział Fer­nand. - Cier­pli­wie zno­sisz wła­sną nędzę, ale lękasz się zno­sić biedę u mego boku. A więc, Mer­ce­des, gdy­bym posia­dał twoje serce, popró­bo­wał­bym szczę­ścia, ty byś mi je przy­nio­sła, zdo­był­bym for­tunę. Mógł­bym pra­co­wać jako komi­sant w jakiej fir­mie, sam mogę zostać kup­cem!

- Do niczego brać się nie możesz, Fer­nan­dzie, bo jesteś żoł­nie­rzem; jesteś teraz w domu dla­tego, że nie ma wojny; bądź, jak byłeś, ryba­kiem, nie przy­pusz­czaj do sie­bie marzeń, które uczy­nią ci rze­czy­wi­stość jesz­cze bar­dziej okrutną, poprze­stań na mojej przy­jaźni, bo nie jestem w sta­nie ofia­ro­wać ci nic innego.

- A więc dobrze, masz słusz­ność, Mer­ce­des, zostanę mary­na­rzem, zrzucę strój naszych ojców, bo ty nim gar­dzisz, a przy­wdzieję cera­tową czapkę, koszulę w paski i gra­na­tową bluzę z kotwicą na guzi­kach. Tak prze­cież trzeba się ubie­rać, aby ci się spodo­bać?

- Do czego zmie­rzasz? - zapy­tała Mer­ce­des, rzu­ca­jąc Fer­nan­dowi dumne spoj­rze­nie. - Cóż to ma zna­czyć, bo ja cię nie rozu­miem.

- To zna­czy, Mer­ce­des, że jesteś tak nie­ugięta i tak okrutna wobec mnie tylko dla­tego, że cze­kasz tu na kogoś, kto wła­śnie taki nosi strój. A może ten, na któ­rego cze­kasz, oka­zał się nie­sta­łym; a nawet jeśli byłoby ina­czej, to prze­cież morze jest kapry­śne wobec żegla­rzy.

- Fer­nan­dzie! - zawo­łała Mer­ce­des. - Myśla­łam, że jesteś dobrym czło­wie­kiem, ale myli­łam się! Masz złe serce, jeśli w zazdro­ści wzy­wasz gniewu boskiego! A więc dobrze, tak, to prawda, ja by­naj­mniej się z tym nie taję, cze­kam na tego, o któ­rym mówisz, i kocham go. A jeśli nie wróci, nie będę zło­rze­czyć kapry­śno­ści losu, którą ty wzy­wasz, powiem, że zgi­nął, kocha­jąc mnie.

Młody Kata­loń­czyk zadrżał z wście­kło­ści.

- Rozu­miem cię, Fer­nan­dzie: będziesz z nim szu­kał zaj­ścia, dla­tego że ja cię nie kocham, skrzy­żu­jesz swój kata­loń­ski nóż z jego szty­le­tem! I cóż ci to da? Jeśli prze­grasz, stra­cisz moją przy­jaźń; jeśli zwy­cię­żysz, zoba­czysz, jak moja przy­jaźń w nie­na­wiść się obraca. Uwierz, to zły spo­sób, jeśli ktoś, chcąc przy­po­do­bać się kobie­cie, szuka zaczepki z czło­wie­kiem, któ­rego ona kocha. O, Fer­nan­dzie, nie chcesz się pod­dać tak złym myślom. Nie możesz mnie poślu­bić, ale możesz mieć we mnie przy­ja­ciółkę i sio­strę. Zresztą - dodała, a w jej oczach poja­wiło się prze­ra­że­nie i po policz­kach spły­nęły łzy - cze­kaj jesz­cze, Fer­nan­dzie, cze­kaj; mówi­łeś przed chwilą, że morze jest zdra­dliwe, już cztery mie­siące upły­nęły, a on nie wraca; przez cztery mie­siące ileż burz nali­czy­łam!

Fer­nand nie oka­zał wzru­sze­nia, nie sta­rał się nawet otrzeć łez, pły­ną­cych po twa­rzy Mer­ce­des, a prze­cież za każdą jej łzę uto­czyłby sobie chęt­nie szklankę krwi; ale te łzy pły­nęły prze­cież za innym. Pod­niósł się, prze­szedł tam i z powro­tem po cha­cie z ponurą twa­rzą i zaci­śnię­tymi pię­ściami.

- Posłu­chaj, Mer­ce­des - rzekł. - Ostatni raz odpo­wiedz, czy nie zmie­nisz posta­no­wie­nia?

- Kocham Edmunda Dant?sa - odpo­wie­działa chłodno dziew­czyna - i nikt prócz Edmunda nie zosta­nie moim mężem!

- I będziesz go kochała zawsze?

- Póki życia.

Fer­nand spu­ścił głowę, odwaga zdaje się odstą­piła go zupeł­nie, wes­tchnął ciężko i jęk wydo­był mu się z piersi, potem, pod­no­sząc nagle czoło, zaci­ska­jąc zęby i roz­dy­ma­jąc noz­drza, ode­zwał się:

- A jeśli on nie żyje?

- Jeśli nie żyje, ja też umrę.

- Jeśli zapo­mniał o tobie?

- Mer­ce­des! - z pola dał się sły­szeć rado­sny głos - Mer­ce­des!

- Ach! - krzyk­nęła dziew­czyna, pro­mie­nie­jąc z rado­ści. - Widzisz, że o mnie nie zapo­mniał, jeśli wró­cił... - Pod­sko­czyła ku drzwiom, otwo­rzyła je i krzyk­nęła: - Chodź, tutaj jestem, Edmun­dzie!

Fer­nand blady i drżący cof­nął się nagle, jakby węża spo­strzegł i natra­fiw­szy na krze­sło, upadł na nie bez sił.

Edmund i Mer­ce­des stali, tuląc się w ramio­nach. Palące słońce Mar­sy­lii, któ­rego pro­mie­nie wpa­dły przez otwarte drzwi, oto­czyło ich falą świa­tła. Nie widzieli z początku nic, co się wokół nich działo; ogrom szczę­ścia wyrwał ich ze świata, i wymie­niali tylko ury­wane słowa, które są wyra­zem takiej rado­ści, że można by je wziąć za objaw bole­ści.

Wtem Edmund spo­strzegł pochmurną twarz Fer­nanda, która wyła­niała się z cie­nia blada i groźna. Młody Kata­loń­czyk wycią­gnął rękę - a był to ruch, z któ­rego sam nie zda­wał sobie sprawy - do noża wetknię­tego za pas.

- Ach! Pro­szę daro­wać - rzekł Dant?s, marsz­cząc brwi. - Nie zauwa­ży­łem, że jest nas tu troje.

Po czym zwró­cił się do Mer­ce­des:

- Kim jest ten pan?

- Ten pan będzie twoim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, Edmun­dzie, bo jest moim przy­ja­cie­lem; to kuzyn mój, mój brat, Fer­nand, to czło­wiek, któ­rego po tobie naj­bar­dziej kocham na świe­cie, nie pozna­jesz go?

- Rze­czy­wi­ście - odrzekł Edmund i tuląc w jed­nej dłoni rękę Mer­ce­des; drugą wycią­gnął ser­decz­nie do Kata­loń­czyka.

Fer­nand jed­nak stał mil­czący i nie­ru­chomy jak posąg, nie zamie­rza­jąc odpo­wie­dzieć na ten przy­ja­ciel­ski gest. Wów­czas Edmund spoj­rzał badaw­czym wzro­kiem na Mer­ce­des wzru­szoną i drżącą, i na Fer­nanda - zasę­pio­nego i groź­nego.

Zro­zu­miał wszystko w mgnie­niu oka.

Zmarsz­czył w gnie­wie czoło.

- Nie wie­dzia­łem, Mer­ce­des, spie­sząc się tak do cie­bie, że zastanę tu wroga.

- Wroga! - krzyk­nęła Mer­ce­des, rzu­ca­jąc pełne gniewu spoj­rze­nie na kuzyna. - Wróg w moim domu, mówisz, Edmun­dzie! Gdy­bym tak myślała, wzię­ła­bym cię za rękę i poje­chała z tobą do Mar­sy­lii, opusz­cza­jąc na zawsze mój dom.

Dziki pło­mień bły­snął w oczach Fer­nanda.

- A gdyby cię spo­tkało nie­szczę­ście, Edmun­dzie - dodała dziew­czyna z tym samym spo­ko­jem, który prze­ko­nał Fer­nanda, jak głę­boko zaj­rzała w jego naj­taj­niej­sze myśli - gdyby cię spo­tkało nie­szczę­ście, wyszła­bym na sam cypel Mor­gion i stam­tąd rzu­ci­ła­bym się głową w dół, na skały.

Fer­nand pobladł okrop­nie.

- Ale mylisz się, Edmun­dzie - cią­gnęła. - Nie masz tu nie­przy­ja­ciół; prze­cież to Fer­nand, mój brat, który uści­śnie ci rękę jak naj­bliż­szemu przy­ja­cie­lowi.

Mówiąc to, dziew­czyna zatrzy­mała naka­zu­jący wzrok na Fer­nan­dzie, który znie­wo­lony tym spoj­rze­niem pod­szedł powoli do Edmunda i podał mu rękę.

Nie­na­wiść jego, podobna bez­sil­nej, cho­ciaż wście­kłej fali, roz­biła się o cudowny wpływ, jaki nań wywie­rała ta kobieta. Ale zale­d­wie dotknął ręki Edmunda, poczuł, że na nic wię­cej zdo­być się nie zdoła - i wypadł jak strzała z chaty.

- Och! - wołał, bie­gnąc jak sza­le­niec i tar­ga­jąc się za włosy. - Och! Któż mnie uwolni od tego czło­wieka! O ja nie­szczę­śliwy!

- Hej, Kata­loń­czyku! Ej, Fer­nan­dzie! Gdzie pędzisz? - zawo­łał Cade­ro­usse.

Młody czło­wiek sta­nął jak wryty, rozej­rzał się wokół, aż spo­strzegł wresz­cie Cade­ro­usse'a i Dan­glarsa, sie­dzą­cych przy stole, w alta­nie osło­nię­tej liśćmi.

- Ejże, chodź do nas! - rzekł Cade­ro­usse. - Tak ci pilno, że nie możesz przy­wi­tać się z przy­ja­ciółmi?

- Zwłasz­cza kiedy przed nimi stoi pełna jesz­cze butelka wina? - dodał Dan­glars.

Fer­nand spoj­rzał na nich wzro­kiem osłu­pia­łym i nie odpo­wie­dział ani słowa.

- Zdaje się, że zupeł­nie zgłu­piał - rzekł Dan­glars, trą­ca­jąc kola­nem towa­rzy­sza. - Jak to! Czyż­by­śmy się zawie­dli? I wbrew naszym prze­czu­ciom Dant?s trium­fuje?

- Do licha, zoba­czymy - rzekł Cade­ro­usse i zwró­cił się do mło­dzieńca. - No i cóż, Kata­loń­czyku? Namy­śli­łeś się wresz­cie?

Fer­nand otarł pot z czoła i wszedł do altany, któ­rej cień zda­wał się nieco go uspo­ka­jać, a świeży chłód wzmac­niać siły jego wyczer­pa­nego ciała.

- Jak się macie - rzekł. - Woła­li­ście, prawda?

I zamiast usiąść, osu­nął się bez­wład­nie na ławkę.

- Woła­łem cię - rzekł, śmie­jąc się, Cade­ro­usse - boś leciał jak opę­tany, bałem się, żebyś się nie rzu­cił w morze. Do licha! Jak się ma przy­ja­ciół, to nie tylko po to, aby im sta­wiać szkla­neczkę, ale też po to, żeby im prze­szko­dzić, kiedy któ­remu przyj­dzie do głowy wychłep­tać kilka kwart wody.

Fer­nand wydał jęk podobny do łka­nia i głowa opa­dła mu na ręce skrzy­żo­wane na stole.

- Chcesz, żebym ci powie­dział, jaką masz minę? - rzekł Cade­ro­usse, zaga­ja­jąc z wła­ści­wym dla ludzi z gminu gru­biań­stwem, któ­rzy wszelką deli­kat­ność poświę­cają dla cie­ka­wo­ści. - Jak odpra­wiony z kwit­kiem kon­ku­rent!

Przy tym żar­cie wybuch­nął śmie­chem z całego gar­dła.

- No, no! - odrzekł Dan­glars. - Taki gracki chło­pak musi mieć szczę­ście w miło­ści! Kpisz sobie, Cade­ro­usse!

- Wcale nie - rzekł tam­ten - zauważ tylko, jak on wzdy­cha. No, no, głowa do góry, Fer­nan­dzie i odpo­wiedz. Prze­cież to nie przy­stoi nie odzy­wać się do przy­ja­ciół, któ­rzy pytają cię, jak się mie­wasz.

- Zdrów jestem - odrzekł Fer­nand, zaci­ska­jąc pię­ści, ale nie pod­no­sząc głowy.

- Ot, widzisz - powie­dział więc Cade­ro­usse, rzu­ca­jąc zna­czące spoj­rze­nie Dan­glar­sowi. - Rze­czy mają się tak: Fer­nand, któ­rego masz tu przed sobą, zacny i dzielny Kata­loń­czyk, naj­lep­szy rybak w Mar­sy­lii, zako­chał się w ład­nej dziew­czy­nie imie­niem Mer­ce­des; ale nie­stety to ładne dziew­czę kocha się nie w nim, ale podobno w zastępcy "Fara­ona", a ponie­waż sta­tek ten przy­był wła­śnie dziś do portu, poj­mu­jesz więc...

- Wła­śnie, że nie poj­muję - rzekł Dan­glars.

- Biedny Fer­nand posma­ko­wał czar­nej polewki.

- I cóż z tego - rzekł Fer­nand, pod­no­sząc głowę i spo­glą­da­jąc na Cade­ro­usse'a tak, jakby szu­kał kogoś, na kim mógłby gniew swój wywrzeć. - Mer­ce­des nie musi się przed nikim uspra­wie­dli­wiać, jest wolna, prawda? Może kochać każ­dego, który jej się podoba.

- Ha, jeśli w ten spo­sób to sobie tłu­ma­czysz - rzekł Cade­ro­usse - to co innego; myśla­łem, żeś ty praw­dziwy Kata­loń­czyk; a sły­sza­łem, że Kata­loń­czycy ni­gdy nie dadzą się podejść rywa­lom, i mówiono mi też, że Fer­nand potrafi mścić się jak nikt inny.

Fer­nand uśmiech­nął się z poli­to­wa­niem.

- Czło­wiek zako­chany nie potrafi być okrutny - rzekł.

- Bie­dak! - ode­zwał się Dan­glars, uda­jąc, że współ­czuje mło­dzień­cowi z głębi serca. - Cóż chcesz? Czyż Fer­nand spo­dzie­wał się, że Dant?s tak prędko powróci? Myślał może, że już nie żyje albo że się sprze­nie­wie­rzył uko­cha­nej, kto wie? Takie rze­czy odczu­wamy tym moc­niej, jeśli doty­kają nas nie­spo­dzie­wa­nie.

- Hm, słowo daję - ozwał się Cade­ro­usse, który popi­jał bez prze­rwy, i zda­wało się, że musu­jąca malaga coraz bar­dziej na niego dzia­łała. - W każ­dym razie nie­je­den tylko Fer­nand ucier­piał na szczę­śli­wym powro­cie Dant?sa, nie­praw­daż, Dan­glars?

- Ow­szem, i ośmie­lił­bym się rzec, że może mu to przy­nieść nie­szczę­ście.

- Baga­telka - rzekł Cade­ro­usse, nale­wa­jąc Fer­nan­dowi szklankę wina; napeł­nił jed­no­cze­śnie swoją po raz ósmy lub dzie­wiąty nawet, pod­czas gdy Dan­glars led­wie napo­czął kie­li­szek. - Cóż z tego? On tym­cza­sem ożeni się z Mer­ce­des, piękną Mer­ce­des, prze­cież po to powró­cił.

Tym­cza­sem Dan­glars spo­glą­dał prze­ni­kli­wie na mło­dzieńca, któ­rego słowa Cade­ro­usse'a paliły jak roz­to­piony ołów.

- I kie­dyż ślub? - zapy­tał.

- O, do ślubu jesz­cze daleko - mruk­nął Fer­nand.

- Daleko albo i nie, tak samo jak do mia­no­wa­nia Dant?sa kapi­ta­nem, prawda, Dan­glars?

Dan­glars zadrżał na ten nie­spo­dziany przy­tyk i spoj­rzał na Cade­ro­usse'a badaw­czym wzro­kiem, chcąc zba­dać, czy cios został zadany z pre­me­dy­ta­cją; ale na twa­rzy Cade­ro­usse'a, otę­pia­łej już od alko­holu, malo­wała się tylko głę­boka zawiść.

- Więc dobrze! - ode­zwał się, napeł­nia­jąc szklanki. - Wypijmy zdro­wie kapi­tana Edmunda Dant?sa, męża pięk­nej Kata­lonki.

Cade­ro­usse ocię­żałą już ręką pod­niósł szklankę i wychy­lił dusz­kiem. Fer­nand chwy­cił swoją i roz­trza­skał o zie­mię.

- O! O! Co ja widzę! - zawo­łał Cade­ro­usse. - Patrz­cie no, na wierz­cho­łek tego wzgó­rza, tam, gdzie wio­ska kata­loń­ska. Spoj­rzyj, Fer­nan­dzie, masz lep­sze oczy ode mnie; bo mnie zdaje się, że coś nie­wy­raź­nie widzę, wiesz, że wino jest zdra­dliwe... To chyba dwoje kochan­ków, idą obok sie­bie i trzy­mają się za rączki. Panie odpuść, toż oni myślą, że ich nikt nie widzi i pro­szę, jak się całują!

Dan­glars pil­nie baczył na cier­pie­nie malu­jące się na twa­rzy Fer­nanda.

- Panie Fer­nan­dzie, znasz ich?

- Znam - odpo­wie­dział gło­sem przy­tłu­mio­nym. - To pan Edmund i panna Mer­ce­des.

- Patrzaj­cież! - rzekł Cade­ro­usse. - A ja ich nie pozna­łem. Hej, Dant?s, słu­chaj no! Ślicz­notko, chodź­cież tu, powiedz­cie, kiedy wesele? Bo pan Fer­nand taki uparty, że nam nic nie chce powie­dzieć.

- Bądźże cicho! - rzekł Dan­glars, uda­jąc, że chce powstrzy­mać Cade­ro­usse'a, który wychy­lał się z pijac­kim upo­rem z altany. - Na nogach się nie trzy­masz, siedź i nie prze­szka­dzaj kochan­kom w piesz­czo­tach. Popatrz na pana Fer­nanda i bierz z niego przy­kład, spójrz, jak się roz­sąd­nie zacho­wuje.

Fer­nand, przy­wie­dziony pra­wie do osta­tecz­no­ści przez Dan­glarsa, który draż­nił go jak ban­de­ril­lero kłu­jący byka, już miał się rzu­cić na rywala - wstał bowiem i jakby zbie­rał się w sobie do skoku - gdy wtem Mer­ce­des, roze­śmiana, wypro­sto­wana jak trzcina, pod­nio­sła piękną główkę i ogar­nęła ich pro­mie­nie­ją­cym wzro­kiem. Fer­nand przy­po­mniał sobie jej groźbę: że się zabije, jeśliby Edmund zgi­nął - i opadł bez­silny na ławkę.

Dan­glars objął wzro­kiem tych dwóch ludzi, z któ­rych jeden był otu­ma­niony przez tru­nek, a dru­giego para­li­żo­wała miłość.

Nic tu nie pora­dzę z tymi głup­cami - szep­nął do sie­bie. - Aż mi wstyd sie­dzieć tu w towa­rzy­stwie pijaka i tchó­rza. Zawist­nik upija się winem zamiast wła­sną żół­cią; a ten nie­do­łęga, któ­remu zabie­rają sprzed nosa kochankę, pła­cze i żali się jak dziecko. A prze­cież w jego oczach bły­ska pło­mień jak u Hisz­pa­nów, Sycy­lij­czy­ków, Kala­bryj­czy­ków, co się tak dobrze mścić umieją; a pię­ści ma takie, że zdru­zgo­tałby głowę wołu z taką łatwo­ścią jak pałka rzeź­nika! Zde­cy­do­wa­nie, Edmund jest górą. Ożeni się z piękną dziew­czyną, zosta­nie kapi­ta­nem, a nas będzie miał w pogar­dzie. Chyba że... - i na ustach Dan­glarsa poja­wił się blady uśmiech - ja się do tego wmie­szam.

- Hola! - wołał znowu Cade­ro­usse, pod­no­sząc się i opie­ra­jąc o stół. - Hola, Edmun­dzie, nie widzisz przy­ja­ciół, czyś już taki pyszny, że z nami gadać nie chcesz?

- Nie, by­naj­mniej, kochany Cade­ro­usse - odpo­wie­dział Dant?s. - Nie jestem pyszny, ale za to szczę­śliwy, a szczę­ście bar­dziej zaśle­pia niż duma.

- I masz, wytłu­ma­czył się - rzekł Cade­ro­usse. - A jak się miewa pani Dant?s?

Mer­ce­des skło­niła się poważ­nie.

- Nie jest to jesz­cze moje nazwi­sko - rze­kła - a w naszym kraju mówią, że kiedy dziew­czynę wołają nazwi­skiem narze­czo­nego, może jej to przy­nieść nie­szczę­ście. Pro­szę, nazy­waj­cie mnie na­dal Mer­ce­des.

- Daruj Cade­ro­usse'owi, bo to dobry sąsiad - rzekł Dant?s - a i nie o wiele się pomy­lił.

- A więc, panie Dant?s, wkrótce już będziemy mieli wesele - rzekł Dan­glars, skło­niw­szy się mło­dej parze.

- Jak można naj­prę­dzej. Dziś wszystko uło­żymy u mojego ojca, a jutro lub poju­trze zrę­ko­winy, tutaj, w karcz­mie. Mam nadzieję, że przy­ja­ciele nie odmó­wią nam obec­no­ści na obie­dzie, to zna­czy pan, panie Dan­glars, i ma się rozu­mieć, ty, drogi Cade­ro­usse.

- A Fer­nand - zapy­tał Cade­ro­usse, śmie­jąc się chry­pli­wie - też jest zapro­szony?

- Brat mojej żony jest moim bra­tem - rzekł Edmund - i byłoby nam bar­dzo przy­kro, gdyby go z nami nie było w takiej chwili.

Fer­nand otwo­rzył usta, aby coś powie­dzieć, ale głos mu zamarł i nie mógł wyar­ty­ku­ło­wać ni słowa.

- Dziś przy­go­to­wa­nia, jutro lub poju­trze zrę­ko­winy, niech dia­bli biorą, nie tra­cisz czasu, kapi­ta­nie.

- Panie Dan­glars - odrzekł Edmund z uśmie­chem. - Powiem ci to, co przed chwilą Mer­ce­des Cade­ro­usse'owi - nie nada­waj mi tytułu, do któ­rego nie mam jesz­cze prawa, bo może to spro­wa­dzić nie­szczę­ście.

- Ach, prze­pra­szam - odparł Dan­glars. - Chcia­łem jedy­nie rzec, że bar­dzo ci pilno, a prze­cież, u dia­bła, mamy jesz­cze sporo czasu. "Faraon" wyj­dzie w morze nie prę­dzej jak za trzy mie­siące.

- Ech, każ­demu pilno do szczę­ścia, jeśli nawet trudno uwie­rzyć w szczę­ście, bo się wiele cier­piało. Ale nie popy­cha mnie do tego sam ego­izm, muszę natych­miast jechać do Paryża.

- O, aż do Paryża? Pierw­szy raz tam pan będziesz?

- Pierw­szy.

- W jakichś inte­re­sach?

- Nie w moich. Muszę wypeł­nić ostat­nie zle­ce­nie naszego bied­nego kapi­tana Lecl?re'a, poj­mu­jesz pan, że to mój święty obo­wią­zek. Ale bez obawy, zaj­mie mi to tylko czas potrzebny na drogę tam i z powro­tem.

- A, rozu­miem oczy­wi­ście - rzekł gło­śno Dan­glars. I szep­nął do sie­bie: Aha, do Paryża jedzie! Z pew­no­ścią po to, aby wrę­czyć list, który otrzy­mał od mar­szałka pod wska­zany adres. Do czorta, ten list nasuwa mi jedną myśl, wspa­niały pomysł! O, drogi panie Dant?s, jesz­cze nie zapi­sano cię w reje­strze "Fara­ona" pod nume­rem pierw­szym.

I zwró­cił się w stronę Edmunda, który już odcho­dził:

- Szczę­śli­wej podróży! - zawo­łał.

- Dzięki - odpo­wie­dział Edmund, odwra­ca­jąc się i pod­no­sząc w ser­decz­nym geście rękę. I kochan­ko­wie ruszyli w dal­szą drogę, spo­kojni i szczę­śliwi jak wybrańcy wstę­pu­jący do nieba.

4. Zmowa

Dan­glars odpro­wa­dził wzro­kiem Edmunda i Mer­ce­des aż do bramy Świę­tego Miko­łaja, a gdy odwró­cił się, zoba­czył, jak Fer­nand blady i drżący opadł na ławkę. Cade­ro­usse tym­cza­sem beł­ko­tał jakąś pijacką pio­senkę.

- Cóż, kochany panie Fer­nan­dzie - rzekł Dan­glars - to mał­żeń­stwo chyba nie wszyst­kim pój­dzie w smak.

- Mnie do roz­pa­czy dopro­wa­dza - jęk­nął Fer­nand.

- Pan kocha­łeś Mer­ce­des?

- Uwiel­bia­łem!

- Od jak dawna?

- Od kiedy się znamy.

- I zamiast szu­kać jakie­goś spo­sobu, żeby temu zapo­biec, wyry­wasz pan sobie tylko włosy z głowy? Do wszyst­kich dia­błów! Ina­czej sobie wyobra­ża­łem cha­rak­ter waszego narodu.

- Ale cóż ja mam zro­bić? - zapy­tał Fer­nand.

- Czyż ja wiem? Czy to do mnie należy? Prze­cież ja się nie kocham w pan­nie Mer­ce­des, tylko pan. "Szu­kaj­cie, a znaj­dzie­cie", mówi Ewan­ge­lia.

- Zda­wało mi się, żem zna­lazł spo­sób.

- Jaki?

- Chcia­łem go zaszty­le­to­wać; ale ona mi zapo­wie­działa, że jeśli jej narze­czo­nego spo­tka nie­szczę­ście, to się zabije.

- Ej, to tylko gada­nie.

- Nie znasz, mój panie, tej dziew­czyny, zro­bi­łaby tak, jak grozi.

- Głu­piec! - rzekł z cicha Dan­glars. - Niech się zabije; wszystko mi jedno, byle Dant?s nie został kapi­ta­nem.

- A nim Mer­ce­des umrze - cią­gnął Fer­nand z nie­wzru­szo­nym posta­no­wie­niem - pier­wej ja umrę.

- Oj, to dopiero miłość! - wtrą­cił Cade­ro­usse coraz bar­dziej nie­wy­raź­nym gło­sem. - Albo już w ogóle się na tym nie znam.

- No, no - rzekł Dan­glars. - Zda­jesz mi się dobrym chłop­cem, niech mnie dia­bli biorą, warto by cię wydo­być z nie­szczę­ścia, ale...

- Tak, warto - rzekł Cade­ro­usse.

- Mój kochany - odpo­wie­dział Dan­glars. - Jesteś już pijany w trzech czwar­tych, dokoń­czysz butelkę, a dogo­dzisz sobie do reszty. Pij więc i nie prze­szka­dzaj. Do naszych zamia­rów potrzeba trzeź­wej głowy.

- Ja, pijany? Też coś! Wypił­bym jesz­cze ze cztery takie bute­leczki, co wyglą­dają jak fla­ko­niki od koloń­skiej wody. Mości Pam­filu, wina!

I aby dowieść prawdy tego, co wyrzekł, stuk­nął co siły szklanką o stół.

- Mówi­łeś więc, panie Dan­glars - prze­rwał Fer­nand, ocze­ku­jąc chci­wie dal­szego ciągu prze­rwa­nej frazy.

- Co mówi­łem?... Już nie pamię­tam. Ten pija­czyna Cade­ro­usse prze­rwał mi i poplą­tał wątek.

- Pija­czyna? Jak tam sobie chcesz, tym gorzej dla tych, co się boją wina, bo widać, że mają w sercu jakieś złe myśli i lękają się, aby wino ich nie wyspo­wia­dało.

I Cade­ro­usse zaczął sobie nucić ostat­nie dwa wier­sze pio­senki bar­dzo naon­czas mod­nej:

Grzesz­nik naj­więk­szy, co wodę pije,

A czego dowód mamy w poto­pie.

- Mówi­łeś pan - rzekł Fer­nand - że chciał­byś bar­dzo wydo­być mnie z biedy, a na końcu rze­kłeś "ale"...

- A, prawda... aby wycią­gnąć cię z nie­szczę­ścia, wystar­czy tylko, żeby Dant?s nie oże­nił się z tą, którą kochasz, a prze­cież mał­żeń­stwo to może nie dojść do skutku nie tylko z powodu śmierci Dant?sa.

- Tylko śmierć ich roz­dzieli - rzekł Fer­nand.

- Rozu­mu­jesz jak głu­piec, mój przy­ja­cielu - rzekł Cade­ro­usse - a Dan­glars, ten spry­ciarz, ten frant, ten filut zaraz ci dowie­dzie, że ple­ciesz bzdury. Prze­ko­naj go, Dan­glars, nie roz­cza­ruj mnie; powiedz mu, że Dant?s nie­ko­niecz­nie musi zgi­nąć, a zresztą szkoda by go było, gdyby umarł, to miły chło­pak, ja go lubię. Za twoje zdro­wie, Dant?s.

Fer­nand wstał znie­cier­pli­wiony.

- Daj mu spo­kój - rzekł Dan­glars, wstrzy­mu­jąc mło­dzieńca - a choć pijany jak gąbka, wcale się tak bar­dzo nie myli. Nie­obec­ność rów­nie dobrze roz­dziela, jak i śmierć, a przy­puść na chwilę, że Edmunda i Mer­ce­des dzielą mury wię­zienne, byliby tak dobrze roz­łą­czeni, jakby to był gro­bowy kamień.

- Tak, ale z wię­zie­nia się wycho­dzi - rzekł Cade­ro­usse, który cze­piał się roz­mowy resztką przy­tom­no­ści. - A jak ktoś już wyj­dzie z wię­zie­nia, a jesz­cze nazywa się Dant?s, to potrafi się zemścić.

- Cóż z tego - mruk­nął Fer­nand.

- Zresztą - rzekł Cade­ro­usse - za co mie­liby Dant?sa wsa­dzić do kozy? Nikogo nie okradł, nie zabił, nie zamor­do­wał.

- Cicho bądź - rzekł Dan­glars.

- Nie będę cicho - rzekł Cade­ro­usse. - Muszę wie­dzieć, za co Dant?sa mają wsa­dzić do kozy. Ja kocham ser­decz­nie Dant?sa, zdro­wie twoje, Dant?sie. - I wlał w sie­bie jesz­cze jedną szklankę wina.

Dan­glars spoj­rzał na krawca, a widząc w jego męt­nych oczach postę­pu­jące coraz bar­dziej objawy zamro­cze­nia, odwró­cił się do Fer­nanda i mówił dalej:

- Rozu­miesz więc, że wcale nie trzeba go zabi­jać.

- A, tak! Jeśli, jak mówisz, uda­łoby się zapro­wa­dzić Dant?sa natych­miast za kraty. Ale w jakiż to spo­sób? Masz pan pomysł?

- Dobrze poszu­kaw­szy - rzekł Dan­glars - można by coś zna­leźć. Ale, ale, po co też mie­szam się do tego, co mnie nie doty­czy?

- Nie wiem, czy to pana doty­czy - odpo­wie­dział Fer­nand, chwy­ta­jąc go za rękę - ale wiem, że masz jakiś oso­bi­sty powód do nie­na­wi­ści wobec Dant?sa. Kto sam nie­na­wi­dzi, prze­czuwa nie­na­wiść w innych.

- Ja nie­na­wi­dzę Dant?sa? Słowo daję, nie mam naj­mniej­szego powodu! Widzę, żeś nie­szczę­śliwy i twoje nie­szczę­ście prze­jęło mnie współ­czu­ciem, ot i wszystko. Ale, mój panie, skoro myślisz, że dzia­łam z wła­snych pobu­dek, bądź zdrów i radź sobie sam jak chcesz.

To mówiąc - Dan­glars udał, że wstaje i chce odejść.

- Nie, nie odchodź - rzekł Fer­nand, powstrzy­mu­jąc go. - Nie obcho­dzi mnie wcale, czy masz coś do Dant?sa czy nie, wszystko mi jedno, ja mam i wyznaję to gło­śno! Znajdź spo­sób, a ja to wyko­nam, byleby nie szło o zabi­cie go, bo Mer­ce­des powie­działa, że zabije się, gdyby ktoś zamor­do­wał Dant?sa.

Cade­ro­usse, któ­remu głowa dawno opa­dła na stół, pod­niósł twarz i spo­glą­da­jąc błęd­nym wzro­kiem na Fer­nanda i Dan­glarsa, zawo­łał:

- Zabić Dant?sa? Kto tu mówi o zabi­ciu Dant?sa? Ja na to nie pozwolę, to mój przy­ja­ciel; on dziś rano chciał się podzie­lić ze mną pie­niędzmi, jak ja się z nim podzie­li­łem. Nie chcę, żeby go zabi­jano...!

- A któż to mówi, dur­niu, o zabi­ciu Dant?sa? - odrzekł Dan­glars. - Żar­tu­jemy sobie i nic wię­cej. Wypij jego zdro­wie - dodał, dole­wa­jąc Cade­ro­usse'owi do szklanki - i daj nam spo­kój.

- Tak, tak, zdro­wie Dant?sa - wystę­kał Cade­ro­usse, wychy­la­jąc szklankę do dna. - Zdro­wie Dant?sa! Zdro­wie przy­ja­ciela!

- Ale w jaki spo­sób? W jaki spo­sób, na Boga! - rzekł Fer­nand.

- I jesz­cze go pan nie wymy­śli­łeś?

- Nie, prze­cież to pan miał go zna­leźć.

- Prawda - rzekł Dan­glars. - Fran­cuzi mają tę wyż­szość nad Hisz­pa­nami, że potra­fią coś wymy­ślić, a Hisz­pa­nie umieją tylko roz­my­ślać.

- Wynajdź więc pan coś - rzekł nie­cier­pli­wie Fer­nand.

- Garçon! Pro­szę przy­nieść pióro, kała­marz i papier! - zawo­łał Dan­glars.

- Pióro, kała­marz i papier! - szep­nął Fer­nand.

Chło­pak wziął mate­riały do pisa­nia i poło­żył je na stole w alta­nie.

- Jak się dobrze zasta­no­wić - rzekł Cade­ro­usse, spusz­cza­jąc rękę na papier - to tym spo­so­bem łatwiej można zabić czło­wieka, niż zacza­iw­szy się w jakim ciem­nym lesie. Zawsze bałem się bar­dziej pióra, kała­ma­rza i kartki papieru niż szpady czy pisto­letu.

- A to urwis, nie jest tak pijany, jak by się zda­wało, nalej no mu, Fer­nan­dzie, jesz­cze jedną szklankę.

Fer­nand napeł­nił szklankę Cade­ro­us­sea, a ten, jak praw­dziwy opój, któ­rym zresztą był, ode­rwał rękę od papieru i chwy­cił za szklankę.

- A więc! - ode­zwał się Kata­loń­czyk, spo­strze­gł­szy, że po tej szklance resztki przy­tom­no­ści odstą­piły Cade­ro­usse'a.

- A więc - rzekł Dan­glars - gdyby ktoś doniósł pro­ku­ra­to­rowi kró­lew­skiemu, że Dant?s, który w swo­jej podróży zaha­czył o Neapol i Elbę, jest agen­tem bona­par­ty­stów...

- Ja go mogę oskar­żyć! - zawo­łał żywo mło­dzie­niec.

- Dobrze, ale tam każą ci zaraz pod­pi­sać zezna­nia i skon­fron­tują cię z tym, kogoś zade­nun­cjo­wał. Ow­szem, ja bym ci dostar­czył dowo­dów oskar­że­nia, ale cóż stąd? Dant?s nie zosta­nie prze­cież wiecz­nie w wię­zie­niu; uwol­nią go pew­nego dnia, a wów­czas biada temu, co go tam wtrą­cił!

- Jed­nej rze­czy tylko pra­gnę - rzekł Fer­nand. - Jed­nej - aby to on zaczął ze mną zwadę.

- Dobrze, a Mer­ce­des? Mer­ce­des, która by cię znie­na­wi­dziła, gdy­byś tylko zadra­snął jej uko­cha­nego Edmunda?

- Tak, masz słusz­ność.

- Otóż widzisz, nie tak się robi; jeże­liby ktoś się ważył na coś podob­nego, lepiej byłoby wziąć po pro­stu, tak jak ja oto biorę, pióro, zanu­rzyć je w atra­men­cie i napi­sać lewą ręką, aby nikt nie roz­po­znał cha­rak­teru, kró­ciu­teńką denun­cja­cję.

Jak powie­dział, tak i zro­bił: napi­sał lewą ręką pochy­lo­nymi lite­rami kilka lini­jek, cha­rak­te­rem zupeł­nie odmien­nym od zwy­czaj­nego i podał kartkę Fer­nan­dowi, który pół­gło­sem ją odczy­tał.

Wierny pod­dany tronu i reli­gii zawia­da­mia panu pro­ku­ra­to­rowi kró­lew­skiemu, że nie­jaki Edmund Dant?s, ofi­cer ze statku "Faraon", przy­były w dniu dzi­siej­szym ze Smyrny, zawi­taw­szy po dro­dze do Neapolu i Por­to­fer­raio, otrzy­mał list od Murata do uzur­pa­tora i od uzur­pa­tora do stron­nic­twa bona­par­ty­stow­skiego w Paryżu.

Można prze­ko­nać się o Dant?sa występku po aresz­to­wa­niu go, jako że list ów znaj­duje się albo przy nim, albo u jego ojca, albo w jego poko­iku na statku "Faraon".

- Ot i wszystko - ode­zwał się Dan­glars. - Tym spo­so­bem w two­jej zemście będzie jakiś sens, nikt nie będzie w sta­nie domy­ślić się, że to ty, a tym­cza­sem sprawa sama się poto­czy; teraz nie pozo­staje nic wię­cej, jak zło­żyć tę kartkę, tak jak ja to robię, i zaadre­so­wać: "Do pana pro­ku­ra­tora kró­lew­skiego", a wszystko byłoby zała­twione. - I niby w żar­tach Dan­glars napi­sał adres na kartce.

- Tak, byłoby zała­twione - ozwał się Cade­ro­usse, który w ostat­nim wysiłku swego umy­słu przy­słu­chi­wał się, jak czy­tano i samym instynk­tem pojął, jakie nie­szczę­ście mogłoby ścią­gnąć podobne donie­sie­nie. - Tak, wszystko byłoby zała­twione, ale to pod­łość! - i się­gnął po list.

- Natu­ral­nie, że pod­łość - rzekł Dan­glars, odsu­wa­jąc od niego list - toteż jest żar­tem wszystko, co tu mówię i robię, mnie pierw­szemu byłoby przy­kro, gdyby coś miało spo­tkać Dant?sa, naszego poczci­wego Dant?sa! Więc popatrz...

Wziął list, zmiął go i rzu­cił w kąt altany.

- Dosko­nale - wes­tchnął Cade­ro­usse. - Dant?s jest moim przy­ja­cie­lem i nie chcę, żeby mu się stała jaka krzywda.

- Kto tu, u dia­bła, zamie­rza wyrzą­dzać mu krzywdę! Nie ja prze­cież ani Fer­nand - rzekł Dan­glars i pod­niósł się, bacząc na Fer­nanda, który spo­glą­dał z ukosa na papier z denun­cja­cją rzu­cony w kąt.

- Kiedy tak - rzekł Cade­ro­usse - to daj­cie wina, wypiję zdro­wie Edmunda i pięk­nej Mer­ce­des!

- Piłeś już dosyć, opoju jeden - powie­dział Dan­glars. - Jeśli jesz­cze pocią­gniesz, będziesz tu chyba noco­wał, bo nie utrzy­masz się na nogach.

- Co, ja nie utrzy­mam się na nogach? Załóżmy się, że wyjdę sam na dzwon­nicę, i to bez żad­nej pomocy, i nawet się nie zachwieję!

- Dobrze, dobrze, nikt w to nie wątpi - rzekł Dan­glars. - Założę się, ale jutro, na dziś już dosyć, no, weź mnie pod rękę i chodźmy.

- Chodźmy - rzekł Cade­ro­usse - ale obejdę się bez two­jej ręki. Chodź z nami, Fer­nan­dzie. Wra­casz do Mar­sy­lii?

- Nie - odrzekł Fer­nand. - Wra­cam do swo­ich.

- Głu­piś! Chodź z nami do Mar­sy­lii, no chodźże.

- Nie mam po co, a zresztą wcale tam nie chcę iść.

- Jak powie­dzia­łeś? Nie chcesz, poczciw­cze? No to jak tam sobie wolisz, jestem za tym, żeby każdy robił, co mu się podoba, chodźmy, Dan­glars, a jego­mość niech sobie idzie do swo­jej osady, kiedy tak sobie życzy.

Dan­glars, korzy­sta­jąc z ustę­pli­wego chwi­lowo nastroju Cade­ro­usse'a, pocią­gnął go za sobą w stronę Mar­sy­lii; tylko, aby zosta­wić krót­szą drogę Fer­nan­dowi, zamiast iść bul­wa­rem Rive-Neuve, podą­żył do bramy Świę­tego Wik­tora. Cade­ro­usse, wsparty o jego ramię, szedł także, zata­cza­jąc się. Uszedł­szy ze dwa­dzie­ścia kro­ków, Dan­glars odwró­cił się i doj­rzał, jak Fer­nand rzu­cił się szybko na papier i scho­wał go do kie­szeni, po czym wybiegł z altany i puścił się jak strzała w stronę Pil­lon.

- A co to? Patrz no, gdzie on idzie - zdzi­wił się Cade­ro­usse. - Skła­mał nam, powie­dział, że pój­dzie do Kata­loń­czy­ków, a prze­cież idzie do mia­sta! Hej! Cze­kaj, Fer­nan­dzie, zbłą­dzi­łeś, nie tędy!

- To tobie się coś myli - rzekł Dan­glars. - Idzie pro­sto drogą Vie­il­les-Infir­me­ries.

- Prawda; a przy­siągł­bym, że poszedł na prawo. O! Wino to wielki zdrajca.

- No, no - szep­nął Dan­glars. - Zdaje się, że nie­źle pokie­ro­wa­łem sprawą, teraz wystar­czy ją zosta­wić, a poto­czy się sama.

5. Przyjęcie zaręczynowe

Naza­jutrz dzień był piękny. Słońce wznio­sło swoją czy­stą, błysz­czącą tar­czę, a pierw­sze pro­mie­nie pur­pu­ro­wej barwy roz­rzu­ciły rubi­nowe bla­ski po spie­nio­nych grzbie­tach fal.

Przy­ję­cie przy­go­to­wane było na pierw­szym pię­trze karczmy, z którą czy­tel­nik zawarł już zna­jo­mość. Była to wielka, piękna sala o pię­ciu czy sze­ściu oknach, nad każ­dym (kto zdoła, niech wytłu­ma­czy to zja­wi­sko!) wyryta była nazwa jed­nego z wiel­kich miast Fran­cji. Na zewnątrz bie­gła wzdłuż okien drew­niana gale­ryjka, opa­su­jąc cały dom.

Już od jede­na­stej gale­ryjka zapeł­niała się nie­cier­pli­wie prze­cha­dza­ją­cymi się gośćmi, cho­ciaż przy­ję­cie było ozna­czone dopiero na połu­dnie. Byli to znacz­niejsi rangą mary­na­rze z "Fara­ona" i kilku żoł­nie­rzy, przy­ja­ciół Dant?sa. Wszy­scy wystą­pili w naj­pa­rad­niej­szych stro­jach, na dowód sza­cunku dla narze­czo­nych. Mię­dzy zapro­szo­nymi roze­szła się cicha wieść, że sami nawet wła­ści­ciele "Fara­ona" uczczą swoją obec­no­ścią ucztę zarę­czy­nową, uwa­żano to jed­nak za taki zaszczyt dla Dant?sa, że mało kto dawał tej plotce wiarę. Tym­cza­sem Dan­glars przy­były wraz z Cade­ro­usse'em potwier­dził ją zupeł­nie. Widział bowiem z rana samego pana Mor­rela i sły­szał z wła­snych jego ust, że przy­bę­dzie na ucztę Dant?sa.

Jakoż nie­ba­wem uka­zał się w sali pan Mor­rel, a mary­na­rze z "Fara­ona" powi­tali go gło­śnym: "Hurra!". Obec­ność arma­tora była dla nich potwier­dze­niem pogło­ski o wynie­sie­niu Dant?sa na sto­pień kapi­tana, a ponie­waż na statku Dant?s był bar­dzo lubiany, dzielni ci ludzie podzię­ko­wali ser­decz­nie arma­to­rowi za to, że raz cho­ciaż przy­pa­dek tak zrzą­dził, iż wybór wła­ści­ciela zga­dzał się zupeł­nie z życze­niami pod­wład­nych. Zale­d­wie więc wszedł pan Mor­rel, dano znać Dan­glar­sowi i Cade­ro­usse'owi, a ci popę­dzili do narze­czo­nego, aby mu donieść o przy­by­ciu tak zna­ko­mi­tej osoby, któ­rej sam widok spra­wił na obec­nych tak nad­zwy­czajne wra­że­nie, i przy­spie­szyć począ­tek przy­ję­cia.

Dan­glars i Cade­ro­usse pobie­gli co żywo, ale zale­d­wie uszli sto kro­ków, zauwa­żyli w pobliżu pro­chowni mały orszak weselny.

Skła­dał się on z czte­rech dziew­cząt, Kata­lo­nek i przy­ja­ció­łek Mer­ce­des, towa­rzy­szą­cych narze­czo­nej, którą pro­wa­dził pod rękę Edmund. Obok kro­czył ojciec Dant?sa, za nimi zaś Fer­nand ze zło­wróżb­nym uśmie­chem na ustach. Ani Mer­ce­des, ani Edmund nie dostrze­gli tego uśmie­chu. Biedne dzieci w szczę­ściu swym nie widziały nikogo prócz sie­bie i czy­stego błę­kitu nieba, które zda­wało się im bło­go­sła­wić.

Dan­glars i Cade­ro­usse zdali sprawę ze swego posel­stwa i wymie­niw­szy mocny, przy­ja­ciel­ski uścisk ręki z Edmun­dem, zawró­cili. Dan­glars szedł przy Fer­nan­dzie, Cade­ro­usse zaś obok ojca Dant?sa, na któ­rym sku­piała się uwaga wszyst­kich.

Sta­rzec miał na sobie odzie­nie z kitajki angiel­skiej, spi­nane na haftki z dużymi sta­lo­wymi guzami w kwa­drat rżnię­tymi. Chude, ale musku­larne łydki oble­czone były w prze­pyszne, baweł­niane poń­czo­chy w kropki, na milę trą­cące angiel­ską kon­tra­bandą. Z trój­gra­nia­stego kape­lu­sza spa­dał pęk bia­łych i nie­bie­skich wstą­żek. Wspie­rał się na lasce z gię­tego drewna, o rączce, która przy­po­mi­nała antyczne pedum. Sło­wem, sta­ru­szek wyglą­dał jak jeden z fir­cy­ków, para­du­ją­cych w 1796 roku w Tuile­riach albo w świeżo otwar­tym Ogro­dzie Luk­sem­bur­skim.

Obok, jak już wspo­mnie­li­śmy, wci­snął się Cade­ro­usse, ów Cade­ro­usse, który mając nadzieję na dobrą bie­siadę, pogo­dził się już zupeł­nie z Dant?sem. W jego pamięci pozo­stało jesz­cze jakieś nie­wy­raźne wspo­mnie­nie tego, co się działo poprzed­niego dnia, tak jak to czę­sto po obu­dze­niu spo­ty­kamy we wspo­mnie­niu majaki, co nas w nocy napa­sto­wały. Dan­glars, pod­cho­dząc do Fer­nanda, spoj­rzał badaw­czo na wzgar­dzo­nego kochanka. Fer­nand szedł za przy­szłymi mał­żon­kami cał­kiem zapo­mniany przez Mer­ce­des, bo dziew­czyna w mło­dzień­czej swej rado­ści, aż do ego­izmu posu­nię­tej, i uro­cza w swym zako­cha­niu, widziała tylko Edmunda. Fer­nand to bladł, to czer­wie­niał, ale rumieńce na jego twa­rzy ustę­po­wały miej­sca coraz to bar­dziej rosną­cej bla­do­ści. Nie­kiedy spo­glą­dał w stronę Mar­sy­lii, wów­czas ner­wowy dreszcz przej­mo­wał mimo­wol­nie jego ciało. Zda­wał się ocze­ki­wać albo raczej prze­wi­dy­wać jakieś wiel­kie wyda­rze­nie.

Ubiór Dant?sa był skromny: jako ofi­cer mary­narki han­dlo­wej nosił strój, który miał coś i z woj­sko­wego mun­duru, i z cywil­nego ubra­nia; w stroju tym wyglą­dał zna­ko­mi­cie, a uroda i radość narze­czo­nej jesz­cze przy­da­wała mu wdzięku. Mer­ce­des przy­po­mi­nała z wyglądu grec­kie pięk­no­ści z Cypru lub Ceosu o czar­nych oczach i kora­lo­wych ustach. Stą­pała lekko i śmiało jak Arle­zjanki lub Anda­lu­zyjki. Dziew­czyna z mia­sta sta­ra­łaby się może ukry­wać swą radość pod lekką jaką zasłoną, albo przy­naj­mniej pod aksa­mi­tem powiek, ale Mer­ce­des uśmie­chała się i patrzyła na wszyst­kich, co ją ota­czali, a w jej spoj­rze­niu i uśmie­chu czy­tało się słowa, które mogłyby wyrzec jej usta: "Jeśli­ście moimi przy­ja­ciółmi, ciesz­cie się wraz ze mną, bo naprawdę jestem bar­dzo szczę­śliwa".

Gdy narze­czo­nych widać już było z orsza­kiem z samej karczmy, na ich spo­tka­nie wyszedł pan Mor­rel, a z nim razem podą­żyli majt­ko­wie i żoł­nie­rze, któ­rym powtó­rzył poprzed­nio uczy­nioną obiet­nicę, że Dant?s obej­mie miej­sce kapi­tana Lecl?re'a. Gdy Edmund go spo­strzegł, puścił rękę narze­czo­nej i wsu­nął jej dłoń pod ramię pana Mor­rela. Arma­tor wraz z dziew­czyną pierwsi weszli na drew­niane schody wio­dące do sali, w któ­rej miał być podany obiad - a schody jesz­cze przez pięć minut skrzy­piały pod cięż­kimi kro­kami gości.

- Mój ojcze - rze­kła Mer­ce­des, zatrzy­mu­jąc się przy stole. - Usiądź przy mnie po pra­wej stro­nie, chcia­ła­bym, aby z lewej siadł ten, co był mi bra­tem - dodała z taką ser­decz­no­ścią, że ta jak szty­let ukłuła Fer­nanda pro­sto w serce. Usta mu zbie­lały, ze śnia­dej twa­rzy, która spło­nęła naj­pierw łuną, odpły­nęła krew.

Dant?s tym­cza­sem rów­nież roz­sa­dzał bie­siad­ni­ków: posa­dził pana Mor­rela po swej pra­wej ręce, po lewej zaś ojca, następ­nie dał znak całej kom­pa­nii, że mogą zaj­mo­wać miej­sca według upodo­ba­nia.

Wokół stołu jęły krą­żyć kieł­basy z Arles, brą­zowe i aro­ma­tyczne, lan­gu­sty w błysz­czą­cych sko­ru­pach, śli­maki w różo­wych muszel­kach, mor­skie jeże, które wyglą­dają jak kasz­tany osło­nięte swoją kol­cza­stą łupiną, klo­wisy, które wedle sma­ko­szy z połu­dnia górują nad ostry­gami z mórz Pół­nocy, a wresz­cie wszyst­kie owe deli­katne przy­smaki, które fala zosta­wia na piasz­czy­stej plaży, a które wdzięczni rybacy zowią owo­cami morza.

- Jakaż tu cisza - rzekł sta­rzec, pró­bu­jąc ze sma­kiem żół­tego jak topaz wina, które sam stary Pam­fil posta­wił przed Mer­ce­des. - Kto by powie­dział, że jak tu nas jest trzy­dzie­ści osób, każdy czeka tylko oka­zji do śmie­chu.

- Ach, czło­wiek, który się żeni, nie zawsze jest rado­sny - rzekł Cade­ro­usse.

- Prawda jest taka - odparł Dant?s - że jestem zbyt szczę­śliwy, aby oddać się weso­ło­ści. Jeśli to w ten spo­sób rozu­miesz, sąsie­dzie, to masz rację; dziw­nie obja­wia się cza­sem radość, potrafi przy­gnieść jak cier­pie­nie.

Dan­glars zer­k­nął badaw­czo na Fer­nanda, na któ­rego wyra­zi­stej twa­rzy malo­wały się wszel­kie dozna­wane wzru­sze­nia.

- Ejże - rzekł do Edmunda. - Czyż­byś się cze­goś oba­wiał? Prze­cież, jak mi się zdaje, wszystko idzie po two­jej myśli.

- To mnie wła­śnie prze­raża, zdaje mi się, że czło­wie­kowi nie­do­zwo­lone jest tak łatwe i szyb­kie szczę­ście. Szczę­ście jest jak owe pałace na wyspach zacza­ro­wa­nych, w któ­rych strzegą bram smoki - kto chce je zdo­być, musi sta­nąć do walki, a ja w samej rze­czy nie wiem, czym zasłu­ży­łem na szczę­ście bycia mężem Mer­ce­des.

- Mężem! Mężem! - ode­zwał się ze śmie­chem Cade­ro­usse. - Jesz­cze nim nie jesteś, mój kapi­ta­nie; spró­buj no sko­rzy­stać choć tro­chę z przy­wi­le­jów męża, a zoba­czysz, jak cię przyjmą!

Mer­ce­des spło­nęła rumień­cem.

Fer­nand nie mógł usie­dzieć na krze­śle, wzdry­gał się, sły­sząc naj­mniej­szy szmer, i co chwila ocie­rał pot per­lący mu się obfi­cie na czole, jak pierw­sze kro­ple desz­czu w cza­sie burzy.

- Pro­szę cię, sąsie­dzie - odparł Dant?s. - Czyż to warto łapać mnie za słowa za tak małą nie­ści­słość? Prawda, Mer­ce­des nie jest jesz­cze moją żoną, ale - i tu spoj­rzał na zega­rek - za pół­to­rej godziny nią będzie.

Bie­siad­nicy, z wyjąt­kiem sta­rego Dant?sa, który poka­zał w sze­ro­kim uśmie­chu piękne, białe jesz­cze zęby, wydali okrzyk zdu­mie­nia. Mer­ce­des uśmie­chała się, ale tym razem nie zaru­mie­niła. Fer­nand porwał kon­wul­syj­nie ręko­jeść noża.

- Za godzinę! - rzekł Dan­glars i pobladł. - Jak to?

- Tak, moi przy­ja­ciele - odpo­wie­dział Dant?s. - Dzięki wpły­wom pana Mor­rela, któ­remu po ojcu naj­wię­cej zawdzię­czam w życiu, wszyst­kie trud­no­ści zostały usu­nięte. Dali­śmy na zapo­wie­dzi i o wpół do trze­ciej ocze­ki­wać nas będzie w ratu­szu mer Mar­sy­lii. A ponie­waż tylko co wybiło kwa­drans po pierw­szej, sądzę, że nie bar­dzo się omy­li­łem, mówiąc, że za pół­to­rej godziny Mer­ce­des będzie już panią Dant?s.

Fer­nand przy­mknął oczy, ogień palił mu od spodu powieki; aby nie upaść, chwy­cił się stołu i pomimo naj­więk­szych wysił­ków nie mógł powstrzy­mać głu­chego jęku, który prze­szedł nie­po­strze­żony w rado­snej wrza­wie śmie­chu i powin­szo­wań bie­siad­ni­ków.

- To dopiero zna­czy uwi­nąć się! - rzekł stary Dant?s. - A może myśli­cie, że tra­ci­li­śmy czas? Wczo­raj wró­cił, a dziś o trze­ciej się żeni! Jeśli kto umie brać się spraw­nie do rze­czy, to tylko mary­na­rze!

- A inne for­mal­no­ści - wtrą­cił nie­śmiało Dan­glars. - Akt ślubny, inter­cyza?...

- Inter­cyza - rzekł Dant?s, śmie­jąc się - inter­cyza jest gotowa: Mer­ce­des nie ma nic, ja także! Według prawa gminy złą­czy­li­śmy więc nasze for­tuny, to wszystko. Nie było wiele do spi­sa­nia i nie­wiele też będzie to kosz­to­wać.

Żart ten wywo­łał nowy wybuch śmie­chów i okla­sków.

- A więc to, co uwa­ża­li­śmy za zrę­ko­winy - ode­zwał się Dan­glars - jest po pro­stu wese­lem?

- Ależ nie - zaprze­czył Dant?s. - Nic na tym nie stra­ci­cie, bądź­cie spo­kojni. Jutro rano wyjeż­dżam do Paryża. Cztery dni drogi tam, cztery na powrót, jeden dzień na miej­scu, bym mógł wypeł­nić dane mi zle­ce­nie, pierw­szego więc marca będę tu z powro­tem, a dru­giego urzą­dzimy praw­dziwą ucztę weselną.

Per­spek­tywa nowej uczty tak roz­ocho­ciła bie­siad­ni­ków, że stary Dant?s, który na początku obiadu uskar­żał się na ciszę, teraz nie mógł, mimo szcze­rych wysił­ków, wznieść ogól­nego toa­stu za powo­dze­nie przy­szłych mał­żon­ków. Dant?s odgadł zamiar ojca i odpo­wie­dział mu uśmie­chem peł­nym miło­ści. W tej chwili Mer­ce­des spoj­rzała na zegar z kukułką i dała znak Edmun­dowi. Przy stole pano­wały hała­śliwa weso­łość i swo­boda, wła­ściwa dla ludzi niskiego stanu pod koniec uczty. Kto nie był kon­tent ze swego sąsiada, wsta­wał i szedł szu­kać innego. Wszy­scy mówili naraz, nikt nie sta­rał się śle­dzić toku myśli roz­mówcy, myśląc o wła­snych tylko spra­wach.

Bla­dość Fer­nanda udzie­liła się i Dan­glar­sowi, Fer­nand zda­wał się zupeł­nie zmar­twiały, przy­po­mi­nał potę­pieńca w ogniu pie­kiel­nym. Jako jeden z pierw­szych wstał od stołu i zaczął prze­cha­dzać się dużymi kro­kami wzdłuż i wszerz sali, chcąc uwol­nić się od wrzawy, śpie­wów i brzęku kie­lisz­ków. W chwili gdy Dan­glars, któ­rego Fer­nand zda­wał się uni­kać, dopadł go wresz­cie w kącie sali, zbli­żył się doń Cade­ro­usse.

- Przy­znaję - rzekł Cade­ro­usse, który dzięki dobremu winu sta­rego Pam­fila i uprzej­mo­ści Edmunda pozbył się uraz i nie­na­wi­ści, jaką nie­spo­dzie­wane szczę­ście Dant?sa zasiało w jego sercu - przy­znaję, że Dant?s jest bar­dzo miłym chłop­cem i kiedy go widzę u boku narze­czo­nej, myślę sobie, że była to wielka krzywda, gdy­by­ście przy­wie­dli do skutku żart, który wczo­raj uknu­li­ście.

- Widzia­łeś prze­cież - rzekł Dan­glars - że nie ma to żad­nych kon­se­kwen­cji. Biedny Fer­nand był wczo­raj tak wstrzą­śnięty, że mi go rze­czy­wi­ście było bar­dzo z początku żal; ale teraz, kiedy się tak dalece oswoił z losem, że został pierw­szym drużbą na weselu swego rywala, nie ma już o czym mówić.

Cade­ro­usse spoj­rzał na Fer­nanda - był blady jak trup.

- Ofiara tym więk­sza - mówił następ­nie Dan­glars - że dziew­czyna, którą traci, jest naprawdę śliczna. Do stu tysięcy dia­błów, co za szczę­ściarz, ten nasz przy­szły kapi­tan! Chciał­bym choć przez dwa­na­ście godzin być na jego miej­scu.

- Idziemy? - ode­zwał się słodki głos Mer­ce­des. - Wybiła już druga, a jeste­śmy umó­wieni pięt­na­ście po dru­giej.

- Tak, chodźmy już, chodźmy - rzekł Dant?s, pod­no­sząc się żywo.

W tejże chwili Dan­glars, który nie spusz­czał z oka Fer­nanda sie­dzą­cego przy oknie, spo­strzegł, jak ten otwo­rzył błędne oczy, zerwał się nagle jak pio­ru­nem rażony i upadł na powrót na para­pet. Jed­no­cze­śnie na scho­dach roz­legł się przy­głu­szony hałas i stuk pomie­szany z gło­sami i szczę­kiem broni; stłu­miły gwar na sali, jak­kol­wiek był on duży, zwra­ca­jąc powszechną uwagę: wśród bie­siad­ni­ków zapa­dło mil­cze­nie pełne nie­po­koju. Hałas się zbli­żył, na koniec dały się sły­szeć trzy mocne ude­rze­nia w drzwi; wszy­scy spoj­rzeli po sobie ze zdzi­wie­niem.

- W imie­niu prawa - ozwał się grzmiący głos, któ­remu nikt nie śmiał odpo­wie­dzieć.

Drzwi otwarły się natych­miast; wszedł komi­sarz przy­brany we wstęgę, a za nim czte­rech zbroj­nych żoł­nie­rzy z kapra­lem na czele. Nie­po­kój zamie­nił się w trwogę.

- O cóż to cho­dzi? - zapy­tał pan Mor­rel, przy­stę­pu­jąc do komi­sa­rza, któ­rego znał oso­bi­ście. - Nie­za­wod­nie jakaś pomyłka, panie komi­sa­rzu.

- Jeśli pomyłka, panie Mor­rel, bądź pan pewien, że natych­miast ją wyja­śnimy. Tym­cza­sem mam tu roz­kaz aresz­to­wa­nia i choć przy­kro mi, że muszę speł­nić takie zle­ce­nie, trzeba je jed­nak wyko­nać. Który z was, pano­wie, nazywa się Edmund Dant?s?

Wszy­scy zwró­cili spoj­rze­nia na mło­dzieńca, który choć mocno poru­szony, zacho­wał jed­nak god­ność i postą­pił krok naprzód:

- To ja. Czego pan sobie życzy?

- Edmun­dzie Dant?sie, aresz­tuję cię w imie­niu prawa.

- Aresz­tuje mnie pan! - rzekł Edmund i pobladł lekko. - Ale za co?

- Nie wiem, za co, ale na pierw­szym prze­słu­cha­niu dowiesz się pan nie­za­wod­nie.

Pan Mor­rel zro­zu­miał, że w takiej sytu­acji na nic zda się opór: komi­sarz prze­pa­sany urzę­dową wstęgą prze­staje być czło­wie­kiem, ale jest uoso­bie­niem prawa, zim­nym na wszystko, nie­mym i głu­chym. Stary Dant?s rzu­cił się tym­cza­sem na urzęd­nika z pła­czem i proś­bami; są rze­czy, któ­rych serce ojca czy matki ni­gdy nie zro­zu­mie. Łzy na nic się nie zdały, roz­pacz jego jed­nak była tak wielka, że wzru­szyła komi­sarza.

- Uspo­kój się pan - rzekł - być może syn twój nie dopeł­nił jakiejś for­mal­no­ści cel­nej lub sani­tar­nej, i wedle wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa, skoro tylko udzieli potrzeb­nych obja­śnień, uwol­nią go natych­miast.

- A cóż to wszystko zna­czy? - Cade­ro­usse, zmarsz­czyw­szy brwi, zapy­tał Dan­glarsa, który uda­wał zdu­mio­nego.

- Skąd mogę wie­dzieć? - odparł Dan­glars. - Tyle wiem, co ty; widzę, co się dzieje, nic nie rozu­miem i sam nie wiem, co mam na to powie­dzieć.

Cade­ro­usse poszu­kał wzro­kiem Fer­nanda, ale Fer­nanda już nie było.

I cała scena z poprzed­niego dnia przed­sta­wiła mu się nagle w prze­ra­ża­ją­cym świe­tle. Powie­dział­byś, że nie­szczę­ście to zdarło zasłonę, którą wczo­raj pijań­stwo nało­żyło na jego pamięć.

- Aha - rzekł chra­pli­wym gło­sem - a może to skutki żartu, o któ­rym wczo­raj mówi­łeś, panie Dan­glars? Jeśli tak, to biada temu, kto się nań powa­żył, bo to strasz­liwa psota!

- A skąd! - zawo­łał Dan­glars. - Wiesz prze­cież dobrze, że podar­łem papier w drobne kawałki.

- Nie podar­łeś go - rzekł Cade­ro­usse - tyl­koś go zmiął i rzu­cił w kąt, ot i tyle.

- Bądź cicho, nie widzia­łeś tego, byłeś pijany.

- A gdzie Fer­nand? - spy­tał Cade­ro­usse.

- Skąd mogę wie­dzieć? - odpo­wie­dział Dan­glars. - Poszedł pew­nie za swymi inte­re­sami. Ale dajmy spo­kój próż­nemu gada­niu, zaj­mijmy się raczej naszymi nie­szczę­śli­wymi przy­ja­ciółmi.

Dant?s tym­cza­sem poże­gnał każ­dego z przy­ja­ciół uści­skiem ręki i oddał się w ręce komi­sa­rza.

- Nie tro­skaj­cie się, wszystko się wyja­śni i może nie dojdę nawet do drzwi wię­zie­nia.

- O, z pew­no­ścią, głowę za to daję - rzekł Dan­glars, który w tej chwili zbli­żył się wła­śnie, jak już mówi­li­śmy, do Edmunda.

Dant?s zszedł po scho­dach, z komi­sa­rzem poli­cji na przo­dzie, a żoł­nie­rzami wokół. Karetka z otwar­tymi drzwicz­kami stała już gotowa. Dant?s wsiadł, a za nim komi­sarz i dwóch żoł­nie­rzy. Drzwiczki zamknięto i karetka skie­ro­wała się do Mar­sy­lii.

- Żegnaj, Edmun­dzie, żegnaj! - krzyk­nęła Mer­ce­des, wychy­la­jąc się za poręcz gale­ryjki.

Wię­zień usły­szał ten ostatni krzyk, który jak łka­nie wyrwał się z piersi narze­czo­nej, wychy­lił głowę przez drzwiczki i zawo­łał: "Do widze­nia, Mer­ce­des!" - po czym karetka zni­kła za rogiem twier­dzy Świę­tego Miko­łaja.

- Pocze­kaj­cie tu na mnie - rzekł pan Mor­rel. - Biorę natych­miast fia­kra, jadę co prę­dzej do Mar­sy­lii i dam wam znać natych­miast, co się stało.

- Jedź pan - zawo­łali wszy­scy razem. - Jedź i wra­caj co rychlej.

Po tym podwój­nym odjeź­dzie wszy­scy trwali jesz­cze przez chwilę w osłu­pie­niu. Sta­rzec i Mer­ce­des zda­wali się niemi, każde w swej bole­ści pogrą­żone. Na koniec spo­tkały się ich oczy, spoj­rzeli na sie­bie, jak ludzie jed­nym cio­sem ugo­dzeni, i rzu­cili się sobie w obję­cia. Tym­cza­sem Fer­nand wró­cił, nalał sobie szklankę wody, wypił i usiadł na krze­śle. Przy­pa­dek zrzą­dził, że na krze­sło obok opa­dła Mer­ce­des, wysu­nąw­szy się z objęć starca. Fer­nand odsu­nął się instynk­tow­nie.

- To on - rzekł Cade­ro­usse do Dan­glarsa, który nie spusz­czał z oka Kata­loń­czyka.

- Nie sądzę - odpo­wie­dział Dan­glars. - On zbyt głupi na takie rze­czy. W każ­dym razie, niech cios spad­nie na tego, co go spro­wa­dził.

- A o tym, co był doradcą, nic nie powiesz? - spy­tał Cade­ro­usse.

- Och, na litość boską! - rzekł Dan­glars. - Gdy­by­śmy byli odpo­wie­dzialni za każde słowo, które rzu­camy na wiatr...

- Tak, zwłasz­cza gdy słówko to powróci i ude­rzy obu­chem.

Tym­cza­sem całe towa­rzy­stwo roz­trzą­sało zda­rze­nie z róż­nych stron.

- A pan, panie Dan­glars, co myślisz o tym wypadku? - ozwał się ktoś.

- Mnie się zdaje - rzekł Dan­glars - że musiał pew­nie spro­wa­dzić kilka paczek kon­tra­bandy.

- Gdyby tak było, musiał­byś pan o tym wie­dzieć, jako agent kasowy.

- Prawda, ale powin­ni­ście pań­stwo wie­dzieć, że agent kasowy wie tylko o tym, co mu dekla­rują. Wiem tylko, że mamy wielki ładu­nek bawełny, żeśmy go wzięli od pana Pastreta w Alek­san­drii, a w Smyr­nie od pana Pas­cala, o wię­cej nie pytaj­cie.

- Ach! Przy­po­mi­nam sobie - wyszep­tał nie­szczę­sny ojciec, chwy­ta­jąc się tej wia­do­mo­ści jak zba­wie­nia. - Mówił mi wczo­raj, że ma dla mnie skrzynkę kawy i drugą tyto­niu.

- A widzi­cie? - rzekł Dan­glars. - To pew­nie o to cho­dzi; w cza­sie naszej nie­obec­no­ści cel­nicy musieli doko­nać rewi­zji statku i zna­leźli wszystko.

Mer­ce­des nie uwie­rzyła w to wszystko; trzy­ma­jąc do tej pory na wodzy swoją roz­pacz, teraz wybuch­nęła gło­śnym łka­niem.

- No, no, tro­chę nadziei - rzekł nie­zbyt jasno stary Dant?s.

- Nadziei - powtó­rzył Dan­glars.

- Nadziei - sta­rał się mruk­nąć Fer­nand, ale słowa uwię­zły mu w gar­dle, usta zadrżały i żaden dźwięk nie wydo­był się z piersi.

- Pano­wie! - zawo­łał któ­ryś z bie­siad­ni­ków posta­wiony na cza­tach na gale­ryjce. Pano­wie, widać powóz. Ach! To pan Mor­rel! Pan Mor­rel wraca, nie­za­wod­nie przy­nosi dobre nowiny.

Mer­ce­des i stary Dant?s pobie­gli na spo­tka­nie wła­ści­ciela statku; pan Mor­rel był bar­dzo blady.

- No i cóż? - zawo­łali jed­nym gło­sem.

- I cóż, moi przy­ja­ciele - odpo­wie­dział arma­tor. - Rzecz jest daleko poważ­niej­sza, niż myśle­li­śmy.

- Och, panie Mor­rel! - zawo­łała gwał­tow­nie Mer­ce­des. - On jest nie­winny!

- I ja tak myślę, ale go oskar­żają...

- O co? - zapy­tał stary Dant?s.

- Że jest agen­tem bona­par­ty­stów.

Czy­tel­nicy, któ­rzy prze­żyli czasy, w któ­rych roz­grywa się nasza histo­ria, przy­po­mną sobie zapewne, jak okrop­nym oskar­że­niem były wów­czas takie słowa. Mer­ce­des wydała tylko krzyk bole­sny, a sta­rzec upadł na krze­sło.

- Aha! - szep­nął Cade­ro­usse. - Oszu­kał mnie pan, panie Dan­glars, żart wasz nie był wcale tylko żar­tem. Ale ja nie pozwolę, aby ten sta­rzec i to dziew­czę umarli z roz­pa­czy, i wszystko im powiem.

- Milcz, nie­szczę­sny! - zawo­łał Dan­glars, chwy­ta­jąc Cade­ro­usse'a za rękę. - Albo drogo za to zapła­cisz. A któż ci powie­dział, że Dant?s nie jest rze­czy­wi­ście winny? Sta­tek zawi­nął na Elbę, Edmund wysiadł i bawił cały dzień w Por­to­fer­raio. Jeśli zna­le­ziono przy nim jakiś kom­pro­mi­tu­jący list, wszy­scy ci, co go zechcą bro­nić, zostaną posą­dzeni o wspól­nic­two.

Instynk­tem ego­isty Cade­ro­usse pojął natych­miast, jak praw­dziwe było to rozu­mo­wa­nie. Spoj­rzał na Dan­glarsa oczyma, które wyra­żały strach i roz­pacz i jak poprzed­nio postą­pił krok naprzód, tak teraz cof­nął się o dwa.

- A więc, pocze­kajmy - wyją­kał obrońca Dant?sa.

- Natu­ral­nie, pocze­kajmy jesz­cze - powtó­rzył Dan­glars. - Jeśli jest nie­winny, wypusz­czą go na wol­ność, jeśli zaś winny, po cóż byśmy się dla niego nara­żali.

- Chodźmy więc, ja tu dłu­żej ani chwili nie wytrzy­mam.

- Dobrze, chodźmy - rzekł Dan­glars, rad, że sam nie musi wycho­dzić. - Niech oni tu sobie radzą, jak mogą.

I wyszli. Fer­nand jako jedyny znów opie­kun Mer­ce­des, wziął ją pod rękę i odpro­wa­dził do wsi kata­loń­skiej; przy­ja­ciele Dant?sa zaś odpro­wa­dzili do domu na pół omdla­łego starca. Wkrótce pogło­ska, że Dant?sa uwię­ziono jako agenta bona­par­ty­stów, roze­szła się po całym mie­ście.

- Przy­pu­ścił­byś pan kie­dy­kol­wiek coś podob­nego, drogi panie Dan­glars - wysa­pał pan Mor­rel, doga­nia­jąc swo­jego agenta kaso­wego i Cade­ro­usse'a, bo sam spie­szył do mia­sta, chcąc dowie­dzieć się cze­goś o Edmun­dzie bez­po­śred­nio od zastępcy pro­ku­ra­tora, pana de Vil­le­forta, któ­rego cokol­wiek znał.

- Prze­cież mówi­łem - odpo­wie­dział Dan­glars. - Mówi­łem zaraz na początku, że Dant?s bez żad­nego powodu bawił cały dzień na Elbie i że ten postój wydał mi się nieco podej­rzany?

- Ale czy nie podzie­li­łeś się swo­imi domy­słami z kimś oprócz mnie?

- A niech Bóg broni! - powie­dział cicho Dan­glars. - Wie pan dobrze, że skoro wuj pań­ski, pan Poli­karp Mor­rel, słu­żył pod tam­tym i do tej pory nie tai swo­ich sym­pa­tii, pana rów­nież posą­dzają o przy­chyl­ność dla Napo­le­ona. Czyż mógł­bym nara­żać Edmunda i zara­zem pana? Są rze­czy, które win­ni­śmy z całą szcze­ro­ścią wyzna­wać naszym zwierzch­ni­kom, ale z któ­rymi musimy się kryć przed obcymi.

- Dobrze, drogi panie Dan­glars - rzekł arma­tor - jesteś zacnym chłop­cem, i dla­tego myśla­łem też o tobie, w wypadku gdyby ten biedny Edmund został kapi­ta­nem "Fara­ona".

- Jak to, pro­szę pana?

- Pyta­łem Dant?sa, jakie ma zda­nie o tobie i czy nie ma nic prze­ciw temu, abyś zatrzy­mał swoje sta­no­wi­sko; bo nie wiem czemu, ale mi się zda­wało, że jakoś dąsa­li­ście się na sie­bie.

- I cóż on na to odpo­wie­dział?

- Że w samej rze­czy zawi­nił wobec pana w oko­licz­no­ściach, o któ­rych nic mi nie rzekł; i dodał, że kto­kol­wiek posiada zaufa­nie arma­tora, może być pew­nym i jego zaufa­nia.

Obłud­nik! - mruk­nął do sie­bie Dan­glars.

- Biedny chło­pak - rzekł Cade­ro­usse. - To fakt, jest bar­dzo zacnym chłop­cem.

- Tak, ale tym­cza­sem - dodał pan Mor­rel - "Faraon" został bez kapi­tana.

- Och - ozwał się Dan­glars. - Trzeba mieć nadzieję, że nim będziemy mogli odpły­nąć, to jest nim upłyną trzy mie­siące, Dant?s będzie już wolny.

- Bez wąt­pie­nia, ale co zro­bić przez ten czas?

- Przez ten czas jestem do usług pań­skich, panie Mor­rel - rzekł Dan­glars. - Wiesz pan prze­cież, że na dowo­dze­niu stat­kiem znam się tak przy­naj­mniej jak pierw­szy z brzegu kapi­tan. Powie­rza­jąc mi to miej­sce, będziesz miał pan tę korzyść, że jak Dant?s wyj­dzie z wię­zie­nia, nie będziesz pan potrze­bo­wał nikogo zwal­niać, on obej­mie swoje miej­sce, a ja wrócę do wła­snego.

- Dzię­kuję! - rzekł arma­tor. - Oto dobra rada. Obej­mij więc zaraz dowódz­two, masz na to moje upo­waż­nie­nie i dopil­nuj wyła­dunku, bo nie­za­leż­nie od nie­szczęść, jakie mogą na nas spaść, nasze inte­resy nie powinny na tym tra­cić.

- Bądź pan spo­kojny... ale czy można by się przy­naj­mniej zoba­czyć z naszym bied­nym Edmun­dem?

- Dam ci o tym znać. Będę się sta­rał widzieć z panem de Vil­le­for­tem i ująć się przed nim za Dant?sem. Wiem wpraw­dzie, że to zapa­lony roja­li­sta, ale, u dia­bła, roja­li­sta, choćby był pro­ku­ra­to­rem kró­lew­skim, jest też prze­cież czło­wie­kiem, a pan de Vil­le­fort nie wydaje mi się naj­gor­szy.

- Tak, zapewne - rzekł Dan­glars - ale mówią o nim, że ambitny bar­dzo, a to pra­wie na jedno wycho­dzi.

- Zresztą zoba­czymy - dodał Mor­rel z wes­tchnie­niem. - Idź pan na sta­tek, zaraz sam tam przyjdę.

I udał się w stronę gma­chu sądo­wego.

- Widzisz - rzekł Dan­glars do Cade­ro­usse'a - jaki obrót biorą rze­czy, masz jesz­cze ochotę sta­wać po stro­nie Dant?sa?

- Natu­ral­nie, że nie; ale to okropne, aby żart mógł mieć tak straszne następ­stwa.

- Do pio­runa, któż go spła­tał? Ani ja, ani ty, nie­praw­daż, tylko Fer­nand. Wiesz dobrze, że ja rzu­ci­łem papier ten w kąt, zdaje mi się nawet, żem go podarł.

- O nie, nie, ręczę ci za to - rzekł Cade­ro­usse. - Co do tego, jestem pewny, jak­bym go widział w tej chwili, leży w kącie zmięty, zgnie­ciony; ależ bym chciał, żeby leżał jesz­cze tam, gdzie go widzę.

- Cóż począć? Fer­nand musiał go wziąć, prze­pi­sał lub kazał prze­pi­sać, może nawet nie chciało mu się tego uczy­nić. Ach, mój Boże! Jak pomy­ślę, że może posłał kartkę napi­saną przeze mnie! Szczę­ście, żem zmie­nił cha­rak­ter pisma.

- Ale wie­dzia­łeś, że Dant?s nale­żał do spi­sku?

- Nic a nic nie wie­dzia­łem, żar­to­wa­łem sobie tylko. I zdaje się, że w żar­tach powie­dzia­łem nie­chcący prawdę.

- Wszystko jedno - odpo­wie­dział Cade­ro­usse. - Dał­bym, nie wiem co, za to, żeby się to wszystko nie stało, albo przy­naj­mniej żebym ja nie był w to zamie­szany; zoba­czysz, że przy­nie­sie nam to nie­szczę­ście!

- Jeśli ma to komu przy­nieść nie­szczę­ście, to tylko praw­dzi­wemu wino­wajcy, a winny jest Fer­nand, nie my. I powiedz, cóż nam się może stać? Trzeba nam tylko sie­dzieć cicho i nie pisnąć nikomu ani słowa o tym, co zaszło, a burza przej­dzie i na nikogo grom nie spad­nie.

- Amen! - rzekł Cade­ro­usse, poże­gnał się z Dan­glar­sem i poszedł w stronę Alei Meil­hań­skich, potrzą­sa­jąc głową i mru­cząc sam do sie­bie, jak się to zda­rza ludziom mocno czymś prze­ję­tym.

To i dobrze - rzekł Dan­glars do sie­bie. - Rze­czy przy­bie­rają taki obrót, jaki prze­wi­dzia­łem: jestem tym­cza­sowo kapi­ta­nem, a jeśli ten głu­piec Cade­ro­usse będzie mil­czał, to nim zostanę naprawdę. Chyba że sąd uwol­niłby Dant?sa... ale spra­wie­dli­wość jest spra­wie­dli­wo­ścią i mogę na nią liczyć.

I wsko­czył do łodzi, każąc wieźć się na "Fara­ona", gdzie, jak pamię­tamy, arma­tor wyzna­czył mu spo­tka­nie.

6. Zastępca prokuratora królewskiego

Przy ulicy Grand Cours, naprze­ciw fon­tanny Meduz, w jed­nym z owych sta­rych domów o wytwor­nej archi­tek­tu­rze typo­wej dla Pugeta, tego samego dnia i o tej samej godzi­nie odby­wała się także uczta zarę­czy­nowa. Ale w miej­sce mary­na­rzy i żoł­nie­rzy zebrała się tam sama śmie­tanka towa­rzy­ska Mar­sy­lii: dawni sądow­nicy, któ­rzy wystą­pili ze służby za pano­wa­nia uzur­pa­tora; sta­rzy ofi­ce­ro­wie, któ­rzy zbie­gli z naszych sze­re­gów i prze­szli do armii Kon­de­usza; mło­dzieńcy, któ­rych rodziny oca­liły od służby woj­sko­wej, kupu­jąc im zastęp­ców, wycho­wani w nie­na­wi­ści do czło­wieka, któ­rego pięć lat wygna­nia miało uczy­nić w oczach Fran­cji męczen­ni­kiem, a pięt­na­ście lat Restau­ra­cji praw­dzi­wym bogiem.

Wszy­scy sie­dzieli przy stole, roz­mowa toczyła się żywo, pod­sy­cana wszyst­kimi namięt­no­ściami ówcze­snej epoki, tym strasz­niej­szymi i zacie­klej­szymi na Połu­dniu, że od pię­ciu wie­ków waśnie reli­gijne spla­tały się tam z nie­na­wi­ściami poli­tycz­nymi.

Cesarz, król wyspy Elby, ten, który był wcze­śniej panem jed­nej czę­ści świata, pano­wał dziś nad kil­koma tysią­cami dusz, choć sły­szał nie­dawno, jak sto dwa­dzie­ścia milio­nów pod­da­nych w dzie­wię­ciu róż­nych języ­kach wołało: "Niech żyje Napo­leon!"; i był wśród tych osób trak­to­wany jako czło­wiek, któ­rego Fran­cja na zawsze stra­ciła i który ni­gdy nie odzy­ska tronu. Praw­nicy roz­wa­żali jego błędy poli­tyczne, woj­skowi roz­ma­wiali o Moskwie i Lip­sku, kobiety o jego roz­wo­dzie z Józe­finą. Zda­wało się temu weso­łemu, trium­fu­ją­cemu gronu, z powodu nie tyle upadku jed­nego czło­wieka, ile z uni­ce­stwie­nia idei, że teraz nowe otwiera się dla nich życie i że ock­nęli się wresz­cie z okrop­nego snu.

Jakiś sta­rzec z Orde­rem Świę­tego Ludwika na piersi powstał i wzniósł zdro­wie króla Ludwika XVIII. Był to mar­kiz de Saint-Méran. Na ów toast, budzący tyle wspo­mnień, powstało wiel­kie poru­sze­nie, wszy­scy unie­śli szklanki w górę na spo­sób angiel­ski, kobiety odpięły bukie­ciki i zasłały nimi stół cały. Zapał nie­le­d­wie poetycki ogar­nął całe towa­rzy­stwo.

- Gdyby tu byli, musie­liby przy­znać - rze­kła mar­kiza Saint-Méran, kobieta o suro­wym wyra­zie oczu, wąskich ustach, która mimo wieku pięć­dzie­się­ciu już lat zacho­wała ary­sto­kra­tyczną i wykwintną postawę - musie­liby przy­znać ci wszy­scy rewo­lu­cjo­ni­ści, co nas wygnali, a któ­rym my teraz pozwa­lamy knuć spi­ski w naszych wła­snych pała­cach kupio­nych w cza­sie ter­ro­ry­zmu za wydarty kawa­łek chleba, że dali­śmy przy­kład praw­dzi­wego poświę­ce­nia, trzy­ma­jąc stronę upa­da­ją­cej monar­chii, pod­czas gdy oni witali wscho­dzące słońce i robili mają­tek, gdy my tra­ci­li­śmy nasze for­tuny. Przy­zna­liby, powta­rzam, że nasz król Ludwik XVIII jest nam rze­czy­wi­ście miło­ści­wie panu­ją­cym władcą, zaś ich uzur­pa­tor był dla nich tylko Napo­le­onem zło­wro­gim, czyż nie tak, panie de Vil­le­fort?

- Co pani raczyła powie­dzieć? Pro­szę daro­wać, nie uwa­ża­łem na bieg roz­mowy.

- Ech, daj pokój tym dzie­ciom, pani mar­kizo - rzekł sta­rzec. - Mają się pobrać, więc też co innego im w gło­wie, nie poli­tyka.

- Prze­pra­szam, mamo - rze­kła młoda, jasno­włosa dziew­czyna o aksa­mit­nych, błysz­czą­cych oczach. - Oddaję ci pana de Vil­le­forta, któ­rego zagar­nę­łam. Panie pro­ku­ra­to­rze, moja matka rze­kła coś do pana.

- Gotów jestem odpo­wie­dzieć pani mar­ki­zie, jeśli raczy zapy­tać ponow­nie, bo nie sły­sza­łem pyta­nia.

- Prze­ba­czam ci, Reniu - rze­kła mar­kiza i jej twarz roz­ja­śniła się uśmie­chem, który zadzi­wiał na tym oschłym obli­czu; bo w sercu kobiety, choć prze­sądy i prawa ety­kiety czy­nią go zim­nym i twar­dym, znaj­dzie się zawsze zaką­tek pełen czu­ło­ści i uśmie­chu, ten, który Stwórca prze­zna­czył na uczu­cia macie­rzyń­skie. - Mówi­łam wła­śnie panu de Vil­le­for­towi, że bona­par­ty­ści nie mieli ani takiej jak my wiary w słusz­ność idei, ani takiego entu­zja­zmu, ani takiego poświę­ce­nia.

- Tak, pani mar­kizo, ale jest w nich jed­nak cecha, która wszystko zastę­puje: fana­tyzm. Napo­leon to Maho­met Zachodu. Dla tych wszyst­kich pro­stych, lecz ambit­nych do naj­wyż­szego stop­nia ludzi, jest on nie tylko pra­wo­dawcą i panem, ale także wyra­zem i wcie­le­niem rów­no­ści.

- Rów­no­ści! - zawo­łała mar­kiza. - Napo­leon uoso­bie­niem rów­no­ści! A cóż wobec tego powiesz o panu Robe­spie­rze? Zdaje mi się, że krad­niesz mu pan pierw­szeń­stwo, przy­zna­jąc to Kor­sy­ka­ni­nowi, który prze­cież i tak sobie dużo przy­własz­czył?

- Nie, pani mar­kizo, zosta­wiam każ­dego z nich na wła­ści­wym mu pie­de­stale: Robe­spierre'a na sza­fo­cie zbu­do­wa­nym na placu Ludwika XV, Napo­le­ona na kolum­nie, na placu Vendôme; jeden stwo­rzył rów­ność, która poniża, drugi rów­ność, która wywyż­sza; jeden spro­wa­dził kró­lów do poziomu gilo­tyny, a drugi wyniósł lud aż na tron. To jed­nak nie prze­szka­dza - dodał Vil­le­fort, śmie­jąc się - aby obaj nie byli nik­czem­nymi rewo­lu­cjo­ni­stami i aby dzie­wią­tego ter­mi­dora oraz czwar­tegp kwiet­nia 1814 roku nie były dla Fran­cji dniami świę­tymi, god­nymi, aby zwo­len­nicy porządku i monar­chii obcho­dzili ich rocz­nicę jed­nakowo uro­czy­ście. Ale tłu­ma­czy też, dla­czego Napo­leon, choć upadł, aby - jak się spo­dzie­wam - ni­gdy się już nie pod­nieść, posiada na­dal stron­ni­ków. Cóż robić, pani mar­kizo? Crom­well, który nie miał nawet połowy geniu­szu Napo­le­ona, miał także swo­ich zwo­len­ni­ków.

- Wie pan co, panie de Vil­le­fort, wszystko, coś powie­dział, na milę trąci rewo­lu­cją. Prze­ba­czam to jed­nak panu, trudno, aby syn żyron­dy­sty pozbył się cał­ko­wi­cie ojcow­skich wad.

Mocny rumie­niec wystą­pił na twarz pana de Vil­le­forta.

- Prawda, że mój ojciec był żyron­dy­stą, ale mój ojciec nie gło­so­wał za śmier­cią króla, był ska­zany na wygna­nie za tego samego ter­roru, kiedy i pań­stwo byli wygnani z kraju, i nie­wiele bra­ko­wało, aby głowa jego spa­dła na tym samym sza­fo­cie, na któ­rym postra­dał życie ojciec pani.

- Tak - rze­kła mar­kiza, a to strasz­liwe wspo­mnie­nie nic nie zmie­niło w spo­koj­nym wyra­zie jej twa­rzy. - Ale cier­pieli oni za zupeł­nie odmienne poglądy poli­tyczne, czego dowo­dem jest to, że cała moja rodzina docho­wała wier­no­ści wygna­nym ksią­żę­tom, a pań­ski ojciec pospie­szył co prę­dzej z hoł­dem dla nowego rządu; gdy oby­wa­tel Noir­tier był żyron­dy­stą, hra­bia Noir­tier został sena­to­rem.

- Mamo, mamo - rze­kła Renata - prze­cież posta­no­wi­li­śmy nie wra­cać już do tych okrop­nych wspo­mnień.

- Łaskawa pani - dodał Vil­le­fort - dołą­czę moje prośby do próśb panny de Saint-Méran, abyś raczyła puścić w nie­pa­mięć moją prze­szłość. Po cóż obwi­niać się o rze­czy, wobec któ­rych sam Bóg jest bez­silny? Bóg może rzą­dzić przy­szło­ścią, nie może jed­nak zmie­nić prze­szło­ści. I cóż nam, zwy­kłym ludziom, pozo­staje? Możemy się wyprzeć prze­szło­ści lub przy­naj­mniej rzu­cić na nią zasłonę. Co do mnie, nie tylko wyznaję inne zasady od mego ojca, ale nawet noszę już inne nazwi­sko. Mój ojciec był, a może i dotąd jest, bona­par­ty­stą i nazywa się Noir­tier, ja zaś jestem roja­li­stą i nazy­wam się Vil­le­fort. Pro­szę pozwo­lić, aby resztki rewo­lu­cyj­nych soków zgi­nęły w tym spróch­nia­łym pniu; niech pani spo­gląda tylko na gałązkę owego pnia, która odchyla się od pnia, nie mogąc, a powiem nawet: nie chcąc się od niego cał­ko­wi­cie ode­rwać.

- Brawo, Vil­le­fort, brawo - rzekł mar­kiz. - Świet­nieś rzekł. Ileż razy bła­ga­łem żonę, aby zapo­mniała o prze­szło­ści - i zawsze bez skutku. Mam nadzieję, że będziesz miał pan wię­cej szczę­ścia.

- Dobrze - rze­kła mar­kiza - zapo­mnijmy o prze­szło­ści, niczego wię­cej nie żądam. Pra­gnę tylko, aby w przy­szło­ści pan de Vil­le­fort oka­zał się nie­ugięty. Niech pan nie zapo­mina, że odpo­wia­damy za pana przed Jego Kró­lew­ską Mością i Naj­ja­śniej­szy Pan za naszym wsta­wien­nic­twem raczył zapo­mnieć - (w tym miej­scu wycią­gnęła do Vil­le­forta rękę) - tak ja zapo­mnę na pań­ską prośbę. Ale pamię­taj, jeśli wpad­nie ci w ręce jaki spi­sko­wiec, że zwró­co­nych jest na cie­bie wiele bacz­nych oczu, nale­żysz bowiem do rodziny, która może utrzy­my­wać jakieś sto­sunki z kon­spi­ra­to­rami.

- Nie­stety, droga pani - odrzekł Vil­le­fort - mój urząd, szcze­gól­nie czasy, w któ­rych żyjemy, naka­zują mi suro­wość. Muszę być surowy. Kil­ka­krot­nie oskar­ża­łem już w spra­wach poli­tycz­nych i dowio­dłem pod tym wzglę­dem mej nie­ska­zi­tel­no­ści. Na nie­szczę­ście to jesz­cze nie koniec.

- Tak pan sądzi? - zdzi­wiła się mar­kiza.

- Oba­wiam się. Napo­leon, osa­dzony na Elbie, ma bli­sko do Fran­cji; jego obec­ność nie­mal widoczna z naszych brze­gów pod­trzy­muje nadzieje jego stron­ni­ków. W samej Mar­sy­lii jest mnó­stwo ofi­ce­rów na przy­mu­so­wej eme­ry­tu­rze, któ­rzy codzien­nie szu­kają pre­tek­stu do zwady z roja­li­stami; stąd biorą się poje­dynki pomię­dzy ludźmi z wyż­szych klas, stąd mor­der­stwa popeł­niane przez ludzi z gminu.

- Ale, ale - ode­zwał się hra­bia de Salvieux, stary przy­ja­ciel mar­kiza de Saint-Mérana i szam­be­lan hra­biego d'Artois. - Czy wie­cie, że Święte Przy­mie­rze posta­no­wiło go prze­nieść?

- A tak. Była o tym mowa, kie­dy­śmy wyjeż­dżali z Paryża - rzekł pan de Saint-Méran. - A gdzie chcą go wysłać?

- Na Świętą Helenę.

- Na Świętą Helenę! Cóż to takiego? - zapy­tała mar­kiza.

- Wyspa odda­lona o dwa tysiące mil, na połu­dnie od rów­nika - odpo­wie­dział hra­bia.

- Bogu dzięki! To była wielka nie­do­rzecz­ność, jak powiada Vil­le­fort, zosta­wiać takiego czło­wieka pomię­dzy Kor­syką, gdzie się uro­dził, i Neapo­lem, gdzie dotąd panuje jego szwa­gier, poza tym w takiej bli­sko­ści Włoch, które miały zostać kró­le­stwem jego syna!

- Nie­stety - rzekł Vil­le­fort. - Ist­nieje trak­tat z 1814 roku i nie wolno tknąć Napo­le­ona, nie zła­maw­szy jego zasad.

- No to się je zła­mie - rzekł pan de Salvieux. - Czy Napo­leon myślał o zasa­dach, kiedy kazał roz­strze­lać księ­cia d'Enghien?

- No - ode­zwała się mar­kiza - to posta­no­wione, Święte Przy­mie­rze uwolni Europę od Napo­le­ona, a Vil­le­fort Mar­sy­lię od jego stron­ni­ków. Król panuje albo nie, a jeśli panuje, to rządy jego powinny być silne, a urzęd­nicy nie­ugięci, to jedyny spo­sób, aby prze­ciw­dzia­łać złu.

- Nie­stety - rzekł, uśmie­cha­jąc się, Vil­le­fort. - Zastępca pro­ku­ra­tora kró­lew­skiego wzy­wany jest zawsze wtedy, gdy zło już się stało.

- Powi­nien je więc napra­wić.

- Mogę odpo­wie­dzieć pani mar­ki­zie otwar­cie, że my nie napra­wiamy zła, ale je karzemy i nic wię­cej.

- Ach! Panie de Vil­le­fort - wtrą­ciła młoda dziew­czyna, córka hra­biego de Salvieux i przy­ja­ciółka panny de Saint-Méran. - Zaproś nas pan na jakiś zaj­mu­jący pro­ces, póki jeste­śmy w Mar­sy­lii. Nie byłam jesz­cze ni­gdy w sądzie, a mówią, że to bar­dzo cie­kawe.

- Rze­czy­wi­ście, bar­dzo cie­kawe - zgo­dził się Vil­le­fort - bo zamiast sztucz­nej tra­ge­dii, jak na deskach sceny, widzimy dra­mat praw­dziwy; zamiast odgry­wa­nego cier­pie­nia widzimy roz­pacz rze­czy­wi­stą. Gdy tam zapad­nie kur­tyna, czło­wiek, któ­rego widzie­li­śmy na sce­nie, powraca do domu i spo­żywa spo­koj­nie obiad w gro­nie rodziny, po czym kła­dzie się spo­koj­nie spać, aby następ­nego dnia znów wystę­po­wać. Tym­cza­sem tutaj taki czło­wiek idzie do wię­zie­nia, gdzie czeka na niego kat. Widzisz więc, pani, że dla osób ner­wo­wych, szu­ka­ją­cych moc­nych wra­żeń, nic nie równa się z takim wido­wi­skiem. Zapew­niam, że jak tylko zda­rzy się oka­zja, nie omiesz­kam pani zapro­sić.

- On nas przej­muje zgrozą... a sam się zaśmiewa - rze­kła Renata, pobladł­szy zupeł­nie.

- Co robić! - odpo­wie­dział Vil­le­fort. - To poje­dy­nek... Już kilka razy żąda­łem kary śmierci dla poli­tycz­nych prze­stęp­ców i innych zbrod­nia­rzy... I teraz, kto wie, ile szty­le­tów ostrzy się na mnie gdzieś w ciem­no­ści, a ile już we mnie wymie­rzono?

- Ach, mój Boże! - rze­kła Renata, coraz bar­dziej posępna. - Czy pan mówi poważ­nie, panie de Vil­le­fort?

- Naj­zu­peł­niej - odrzekł młody urzęd­nik z uśmie­chem na ustach. - A takie piękne pro­cesy, któ­rych tak pożąda panna de Salvieux dla czy­stej cie­ka­wo­ści, a ja po to, by zadość­uczy­nić mojej ambi­cji, pogor­szą tylko moje poło­że­nie. Czyż ci żoł­nie­rze napo­le­oń­scy, któ­rzy przy­wy­kli rzu­cać się na oślep w bój, będą się wahać dłu­żej nad zabi­ciem czło­wieka, któ­rego mają za oso­bi­stego wroga, niżby się zawa­hali, uśmier­ca­jąc Rosja­nina, Austriaka czy Węgra, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie widzieli? Zresztą to konieczne, bez tych nie­bez­pie­czeństw nasz zawód nie miałby zasługi. Ja sam, kiedy widzę w oku oskar­żo­nego iskrzącą się wście­kłość, czuję w sobie wzra­sta­jącą odwagę i zapał; to już nie pro­ces, to walka! Nacie­ram na niego, on odpiera natar­cia, podwa­jam atak i walka koń­czy się jak każda inna, zwy­cię­stwem lub porażką. Oto jest zawód praw­nika! Nie­bez­pie­czeń­stwo budzi w nas umie­jęt­ność wymowy. Gdyby jakiś oskar­żony uśmiech­nął się po mojej replice, był­bym prze­ko­nany, że źle mówi­łem; że to, co powie­dzia­łem, było słabe, mierne i nie­wy­star­cza­jące. Pomyśl pani, jakiego uczu­cia dumy doświad­cza pro­ku­ra­tor kró­lew­ski prze­ko­nany o winie oskar­żo­nego, gdy wino­wajca bled­nie i drży pod cię­ża­rem dowo­dów i cio­sami elo­kwen­cji! Głowa jego pochyla się, aż w końcu spad­nie...

Renata wydała lekki okrzyk.

- Oto praw­dziwy mówca - rzekł jeden z bie­siad­ni­ków.

- Takich nam teraz trzeba ludzi - dodał drugi.

- Toteż - wtrą­cił trzeci - pod­czas ostat­niego pro­cesu byłeś pan wspa­niały. Wiesz pan, ten, co zabił wła­snego ojca; zabi­łeś go pan sło­wami, nim dotknął go kat.

- O, ojco­bójcy nie­wiele mnie obcho­dzą, nie znam kary god­nej takiego występku, ale ci nie­szczę­śliwi więź­nio­wie poli­tyczni...

- Ale tacy są jesz­cze gorsi, Renato, gdyż król jest ojcem narodu, chcieć więc oba­lić lub zabić króla, zna­czy chcieć zabić ojca trzy­dzie­stu milio­nów ludzi.

- Dajmy temu pokój, panie de Vil­le­fort - rze­kła Renata. - Przy­rzek­nie mi pan pobłaż­li­wość dla tych, za któ­rymi prze­mó­wię?

- Dobrze, pani - rzekł Vil­le­fort z cza­ru­ją­cym uśmie­chem - razem będziemy spo­rzą­dzać wnio­ski.

- Moja droga - rze­kła mar­kiza - zaj­muj się swo­imi ptasz­kami, spa­nie­lami i szmat­kami, a nie mie­szaj się do spraw urzę­do­wych swo­jego przy­szłego męża. Dziś broń odpo­czywa, a decy­duje toga, jest takie przy­sło­wie łaciń­skie, w któ­rym zawiera się głę­boka myśl.

- Cedant arma togae - rzekł, skło­niw­szy się Vil­le­fort.

- Nie śmia­łam ode­zwać się po łaci­nie - odpo­wie­działa mar­kiza.

- Wola­ła­bym, żebyś pan był leka­rzem - ode­zwała się Renata. - Anioł śmierci, nawet jeśli jest anio­łem, zawsze napeł­niał mnie trwogą.

- Moja kochana! - szep­nął Vil­le­fort, obej­mu­jąc dziew­czynę roz­ko­cha­nym spoj­rze­niem.

- Moja córko - rzekł mar­kiz - pan de Vil­le­fort będzie dla tej pro­win­cji leka­rzem zarówno pod wzglę­dem moral­nym, jak i poli­tycz­nym; wierz mi, że to piękna rola.

- I będzie mógł w ten spo­sób wyma­zać z pamięci ludz­kiej rolę, jaką ode­grał jego ojciec - dodała nie­po­prawna mar­kiza.

- Pani - rzekł Vil­le­fort i smutny uśmiech poja­wił się na jego twa­rzy - już mia­łem zaszczyt oświad­czyć pani, że mój ojciec, jak sądzę, wyrzekł się błę­dów prze­szło­ści i że jest dziś gor­li­wym sługą reli­gii i porządku, lep­szym może ode mnie roja­li­stą, gdyż powo­dują nim skru­cha, a mną tylko umi­ło­wa­nie zasad.

I po tym zgrab­nym fra­ze­sie Vil­le­fort poto­czył wzro­kiem po bie­siad­ni­kach, aby wyba­dać, jakie wra­że­nie spra­wiła na obec­nych jego elo­kwen­cja; w podobny spo­sób rozej­rzałby się po audy­to­rium, rzu­ciw­szy zza stołu w sądzie trafną replikę.

- Otóż to, mój drogi Vil­le­for­cie! - zawo­łał hra­bia de Salvieux. - Tak wła­śnie powie­dzia­łem wczo­raj mar­szał­kowi dworu w Tuile­riach, kiedy mnie spy­tał o ten dziwny zwią­zek syna żyron­dy­sty z córką emi­granta i ofi­cera armii Kon­de­usza; i mar­sza­łek zro­zu­miał to dosko­nale. Takie mariaże zga­dzają się wybor­nie ze spo­so­bem rzą­dze­nia Ludwika XVIII. A król prze­rwał nam wła­śnie wtedy (choć nawet nie przy­pusz­cza­li­śmy, że słu­chał naszej roz­mowy), mówiąc: "Vil­le­fort - pro­szę zwró­cić uwagę, że nie nazwał go wcale Noir­tier, ale prze­ciw­nie, kładł nacisk na nazwi­sko Vil­le­fort - wysoko zaj­dzie. To czło­wiek młody, ale już doj­rzały i należy do moich ludzi. Z przy­jem­no­ścią dowie­dzia­łem się, że pań­stwo de Saint-Méranowie przyj­mują go na zię­cia i sam nawet dora­dził­bym im ten zwią­zek, gdyby pierwsi nie zwró­cili się do mnie, pro­sząc o pozwo­le­nie".

- Król tak powie­dział, hra­bio? - zawo­łał ura­do­wany Vil­le­fort.

- Powta­rzam ci jego wła­sne słowa i jeśli mar­kiz zechce mówić szcze­rze, przy­zna, że to, co tu panu mówię, zga­dza się naj­zu­peł­niej z tym, co król rzekł do niego samego pół roku temu, kiedy mówił mu o pro­jek­cie tego mał­żeń­stwa.

- To prawda - rzekł mar­kiz.

- A więc wszystko będę zawdzię­czał temu szla­chet­nemu monar­sze! Cze­góż bym dla niego nie poświę­cił, aby mu słu­żyć?

- Brawo! - rze­kła mar­kiza. - Kocham cię czule, mój panie, skoro tak mówisz. Niech się tylko pokaże jakiś spi­sko­wiec, a dobrze go przyj­miesz.

- A ja, droga mamo - rze­kła Renata - pro­szę Boga, aby cię nie wysłu­chał i aby pan de Vil­le­fort miał do czy­nie­nia tylko ze zło­dzie­jasz­kami, z małymi ban­kru­tami i bojaź­li­wymi oszu­stami, tylko wtedy będę mogła zasnąć spo­koj­nie.

- To tak, jak­byś pani życzyła leka­rzowi - rzekł, uśmie­cha­jąc się Vil­le­fort - aby spo­ty­kał tylko pacjen­tów z migreną, odrą i poką­sa­nych przez osy, czyli tylko takie cho­roby, które doty­kają naskórka. Jeśli chcesz mnie kie­dyś widzieć pro­ku­ra­to­rem kró­lew­skim, powin­naś mi prze­cież życzyć naj­strasz­liw­szych cho­rób, takich, któ­rych wyle­cze­nie przy­nosi mu sławę.

W tejże chwili, jakby przy­pa­dek ocze­ki­wał tylko oka­zji, aby speł­nić życze­nia sądow­nika, wszedł lokaj i szep­nął Vil­le­for­towi na ucho kilka słów. Vil­le­fort odszedł od stołu, prze­pra­sza­jąc obec­nych, i w kilka chwil potem powró­cił, uśmiech­nięty, z roz­ja­śnioną twa­rzą.

Renata spoj­rzała nań z miło­ścią, bo też był to naprawdę piękny i wytworny mło­dzie­niec: miał nie­bie­skie oczy, matową płeć, twarz oka­lały mu czarne fawo­ryty. Dziew­czyna z całą uwagą i natę­że­niem przy­lgnęła wzro­kiem do ust narze­czo­nego, pra­gnąc poznać przy­czynę jego nagłego odej­ścia.

- I cóż, pani - ode­zwał się Vil­le­fort - chcia­łaś przed chwilą być żoną leka­rza. Otóż moje obo­wiązki w isto­cie przy­po­mi­nają obo­wiązki ele­wów Esku­lapa - (w 1815 roku jesz­cze tak mówiono) - że nie mogę roz­po­rzą­dzać moim cza­sem: prze­szka­dzają mi nawet w chwili, kiedy jestem przy pani, nawet w cza­sie zarę­czyn.

- I dla­cze­góż panu prze­szka­dzają? - zapy­tało piękne dziew­czę z lek­kim odcie­niem nie­po­koju w gło­sie.

- Nie­stety! Wołają mnie do cho­rego, a ów chory, jeśli mam wie­rzyć temu, co mi powie­dziano, jest bli­ski śmierci. To ciężki przy­pa­dek i pacjent może skoń­czyć na rusz­to­wa­niu.

- Ach, Boże wielki! - krzyk­nęła Renata, bled­nąc okrop­nie.

- Coś podob­nego! - zawo­łali goście.

- Zdaje się, że po pro­stu odkryto jakiś bona­par­ty­stow­ski spi­sek.

- Doprawdy? - zdzi­wiła się mar­kiza.

- Oto list z denun­cja­cją.

I Vil­le­fort prze­czy­tał:

Wierny pod­dany tronu i reli­gii zawia­da­mia panu pro­ku­ra­to­rowi kró­lew­skiemu, że nie­jaki Edmund Dant?s, ofi­cer ze statku "Faraon", przy­były w dniu dzi­siej­szym ze Smyrny, zawi­taw­szy po dro­dze do Neapolu i Por­to­fer­raio, otrzy­mał list od Murata do uzur­pa­tora i od uzur­pa­tora do stron­nic­twa bona­par­ty­stow­skiego w Paryżu.

Można prze­ko­nać się o Dant?sa występku po aresz­to­wa­niu go, jako że list ów znaj­duje się albo przy nim, albo u jego ojca, albo w jego poko­iku na statku "Faraon".

- Ale list ten - zapro­te­sto­wała Renata - jest tylko ano­ni­mem i zresztą adre­so­wany do pro­ku­ra­tora kró­lew­skiego, nie zaś do pana.

- Tak, ale pro­ku­ra­tor kró­lew­ski wyje­chał, i list ten dorę­czono jego sekre­ta­rzowi, który ma peł­no­moc­nic­two otwie­ra­nia listów. Otwo­rzył i ten, a potem posłał po mnie; nie zna­la­zł­szy mnie w domu, wydał nakaz aresz­to­wa­nia.

- Tym spo­so­bem wino­wajca sie­dzi już w aresz­cie? - rze­kła mar­kiza.

- Oskar­żony, mamo - spro­sto­wała Renata.

- Tak - rzekł Vil­le­fort - i jak mia­łem zaszczyt oświad­czyć pani przed chwilą, jeżeli list, o któ­rym tu mowa, się znaj­dzie, pacjent jest doprawdy w ostat­nim sta­dium.

- A gdzież jest ten nie­szczę­śliwy? - zapy­tała Renata.

- Czeka u mnie.

- Idź, drogi przy­ja­cielu - rzekł mar­kiz. - Nie opusz­czaj dla nas obo­wiąz­ków, tym bar­dziej gdy cię wzywa służba dla króla. Idź więc, gdzie cię wzy­wają obo­wiązki urzędu.

- Ach, panie Vil­le­fort - rze­kła Renata, skła­da­jąc ręce. - Bądź pan wyro­zu­miały, to dzień naszych zarę­czyn.

Vil­le­fort obszedł stół, zbli­żył się do krze­sła narze­czo­nej i oparł­szy się na porę­czy, rzekł:

- Zarę­czam, że będę robił wszystko, co tylko można, droga Renato, aby oszczę­dzić ci tro­ski; jeżeli jed­nak poszlaki okażą się pewne, a oskar­że­nie słuszne, trzeba będzie ściąć ten napo­le­oń­ski chwast.

Na ten wyraz "ściąć" Renata zadrżała, gdyż ów chwast, który nale­żało wyple­nić, posia­dał ludzką głowę.

- Ejże, panie Vil­le­fort, nie słu­chaj tego dzie­ciaka - wtrą­ciła mar­kiza - ona to kie­dyś zro­zu­mie.

To mówiąc, mar­kiza podała panu Vil­le­for­towi do poca­łunku szczu­płą rękę, którą pod­niósł do ust, spo­glą­da­jąc w tejże chwili na Renatę, jakby mówił: To twoją dłoń całuję, a przy­naj­mniej pra­gnął­bym uca­ło­wać.

- Smutna to wróżba! - szep­nęła Renata.

- Moja panno - rze­kła mar­kiza - jesteś roz­pacz­li­wie dzie­cinna. Powiedz mi, pro­szę, jaki mogą mieć zwią­zek losy kraju z two­imi sen­ty­men­tal­nymi kapry­sami i czu­łost­kami?

- Ach, mamo! - szep­nęła Renata.

- Pro­szę o łaskę, pani mar­kizo, dla swo­jej nie­wdzięcz­nej roja­listki - rzekł Vil­le­fort. - Przy­rze­kam, że speł­nię sumien­nie obo­wiązki zastępcy pro­ku­ra­tora kró­lew­skiego: będę surowy i bez­li­to­sny.

A gdy sądow­nik zwra­cał się w te słowa do mar­kizy, narze­czony ukrad­kiem spo­glą­dał na uko­chaną i w jego spoj­rze­niu można było wyczy­tać:

"Bądź spo­kojna, Renato, przez miłość do cie­bie będę pobłaż­liwy".

Renata przy­jęła to spoj­rze­nie naj­słod­szym uśmie­chem i Vil­le­fort wyszedł, czu­jąc się tak, jakby zawę­dro­wał do samego nieba.

7. Przesłuchanie

Zale­d­wie Vil­le­fort opu­ścił salę bie­siadną, zdjął maskę weso­ło­ści, a przy­brał pełen powagi wyraz, wła­ściwy dla czło­wieka powo­ła­nego do tego naj­wyż­szego obo­wiązku, jakim jest wyro­ko­wa­nie o życiu lub śmierci bliź­niego. Mimo jed­nak ruchli­wo­ści fizjo­no­mii Vil­le­forta, który opa­no­wał tę sztukę, ćwi­cząc godzi­nami przed lustrem, jak to czy­nią akto­rzy, tym razem musiał zadać sobie sporo trudu, by zmarsz­czyć brwi i nasę­pić czoło. I w samej rze­czy, pomi­ja­jąc pamięć o wybo­rach poli­tycz­nych wła­snego ojca, Gerard de Vil­le­fort był w tej chwili tak szczę­śliwy, jak tylko czło­wiek być może. Posia­dał swój wła­sny mają­tek, w dwu­dzie­stym siód­mym zale­d­wie roku życia pia­sto­wał wysoki urząd w sądow­nic­twie, a teraz miał poślu­bić młodą i piękną dziew­czynę, którą kochał - nawet jeśli nie była to wielka namięt­ność, a uczu­cie wyro­zu­mo­wane, takie wła­śnie, jakie wypa­dało żywić zastępcy pro­ku­ra­tora do przy­szłej mał­żonki - a co wię­cej, jego przy­szła żona, panna de Saint-Méran, dziew­czyna nie­zwy­kłej urody, pocho­dziła z rodziny jak naj­le­piej widzia­nej u dworu. Na koniec, narze­czona, jedyne dzie­cię swo­ich rodzi­ców, któ­rzy swych roz­le­głych wpły­wów użyją z pew­no­ścią na korzyść zię­cia, wno­siła mężowi w posagu pięć­dzie­siąt tysięcy duka­tów; posag ten, dzięki "nadzie­jom na spa­dek" - jeśli zacy­to­wać okropną for­mułę uży­waną przez zawo­do­wych swa­tów, mógł powięk­szyć się kie­dyś o dodat­kowe pół miliona. Wszystko to two­rzyło dla Vil­le­forta jedną całość, ośle­pia­jącą wizję wspa­nia­łego szczę­ścia, tak że zapa­trzony we wła­sne świetne życie prę­dzej dostrzegłby plamy na Słońcu.

U drzwi cze­kał na niego komi­sarz poli­cji. Widok tego czło­wieka odzia­nego w czerń strą­cił go od razu z siód­mego nieba na zie­mię; przy­brał więc sto­sowny wyraz twa­rzy i zbli­żył się do urzęd­nika spra­wie­dli­wo­ści.

- Oto jestem - rzekł doń. - Czy­ta­łem list; dobrześ pan zro­bił, aresz­tu­jąc tego czło­wieka, teraz pro­szę mi udzie­lić wszel­kich szcze­gó­łów, jakie zebra­łeś pan o oskar­żo­nym i spi­sku.

- O spi­sku nic jesz­cze nie wiemy. Wszyst­kie papiery, któ­re­śmy zna­leźli u niego, zło­ży­li­śmy w jedną paczkę, opie­czę­to­wa­li­śmy i jest już ona w pań­skiej kan­ce­la­rii. Co się tyczy aresz­to­wa­nego, jest to, jak się pan już dowie­dział z denun­cja­cji, nie­jaki Edmund Dant?s, porucz­nik trój­masz­towca "Faraon", han­dlu­ją­cego bawełną z Alek­san­drią i Smyrną, który jest wła­sno­ścią firmy Mor­rel i Syn z Mar­sy­lii.

- Czy nim wstą­pił do mary­narki han­dlo­wej, nie słu­żył przy­pad­kiem w mary­narce wojen­nej? - zapy­tał Vil­le­fort.

- O nie, panie pro­ku­ra­to­rze, to bar­dzo młody czło­wiek.

- W jakim wieku?

- Dzie­więt­na­ście, może dwa­dzie­ścia lat.

Gdy Vil­le­fort dotarł do skrzy­żo­wa­nia ulicy Głów­nej i Sądo­wej, zacze­pił go jakiś czło­wiek, który zda­wał się cze­kać tu na jego spo­tka­nie. Był to Mor­rel.

- Ach, panie de Vil­le­fort! - zawo­łał ten zacny kupiec, spo­strze­ga­jąc pod­pro­ku­ra­tora. Rad jestem bar­dzo, że pana tu spo­ty­kam. Wyobraź pan sobie, jaką pomyłkę popeł­niono, pomyłkę dzi­waczną i nie­sły­chaną: aresz­to­wano zastępcę kapi­tana mego statku, nie­ja­kiego Edmunda Dant?sa.

- Wiem o tym - rzekł Vil­le­fort. - Wła­śnie idę do domu na inda­ga­cję.

- Ach, panie pro­ku­ra­to­rze - cią­gnął pan Mor­rel, a słowa pod­po­wia­dała mu przy­jaźń do mło­dzieńca. - Nie zna pan tego, któ­rego oskar­żają, a ja go znam dosko­nale. Niech pan wie­rzy, że to czło­wiek naj­spo­koj­niej­szy, uczciwy jak mało kto i śmiem sądzić, naj­lep­szy pod słoń­cem mary­narz. Ach, panie Vil­le­fort, pole­cam go panu naj­szcze­rzej i z całego serca.

Vil­le­fort, jak to już widzie­li­śmy, nale­żał do mar­syl­skiej szlachty, Mor­rel zaś do plebsu; pierw­szy był zapa­lo­nym roja­li­stą, dru­giego posą­dzano o sym­pa­tie do bona­par­ty­zmu. Vil­le­fort spoj­rzał pogar­dli­wie na pana Mor­rela i odrzekł ozię­ble:

- Wiesz pan zapewne, że można być spo­koj­nym i cichym w życiu pry­wat­nym, uczci­wym w sto­sun­kach han­dlo­wych i znać świet­nie swój zawód, a jed­no­cze­śnie być wiel­kim prze­stępcą poli­tycz­nym; wszak zda­jesz pan sobie z tego sprawę, nie­praw­daż?

Urzęd­nik ostat­nie te słowa wymó­wił z naci­skiem, jakby je chciał zasto­so­wać do samego kupca, i jed­no­cze­śnie zapu­ścił badaw­czy wzrok w głąb serca tego zuchwalca, który ośmie­lał się wystę­po­wać w czy­jejś obro­nie, pod­czas gdy powi­nien wie­dzieć, że sam potrze­buje pobłaż­li­wo­ści władz.

Mor­rel zaru­mie­nił się, albo­wiem pod wzglę­dem poli­tycz­nym jego sumie­nie nie było zupeł­nie czy­ste; ponadto rela­cja Dant?sa z wizyty z mar­szał­kiem i z roz­mowy z cesa­rzem zakłó­cała mu nieco spo­kój ducha, mimo to dodał z wyra­zem naj­więk­szego prze­ję­cia:

- Bła­gam, panie Vil­le­fort, bądź pan spra­wie­dliwy, jak być powi­nie­neś, dobry jak zawsze jesteś i zwróć nam co prę­dzej tego bied­nego chłopca.

To "zwróć nam" zabrzmiało rewo­lu­cyj­nym dźwię­kiem w uchu pro­ku­ra­tora kró­lew­skiego.

Hm... - szep­nął do sie­bie. - Czyżby ten Dant?s miał nale­żeć do jakiejś loży kar­bo­na­ryj­skiej, kiedy jego pro­tek­tor używa tak machi­nal­nie liczby mno­giej? Zdaje mi się, że komi­sarz mi mówił, iż aresz­to­wano go w jakiejś karcz­mie, w licz­nym towa­rzy­stwie; coś w tym musi być.

Po czym rzekł gło­śno:

- Możesz pan być zupeł­nie spo­kojny, nie na próżno odwo­ła­łeś się do mojej spra­wie­dli­wo­ści, byle tylko oskar­żony był nie­winny; ale jeżeli jest winny - wiesz pan, w jak trud­nej epoce żyjemy, pobłaż­li­wość mogłaby stać się fatal­nym przy­kła­dem; w takim przy­padku będę więc zmu­szony speł­nić mój obo­wią­zek.

To powie­dziaw­szy, Vil­le­fort zatrzy­mał się u drzwi swo­jego domu, który przy­le­gał do sądu, i poże­gnaw­szy pana Mor­rela z zimną grzecz­no­ścią, wszedł maje­sta­tycz­nym kro­kiem do środka. Nie­szczę­śliwy kupiec został na miej­scu jak ska­mie­niały.

Przed­po­kój był wypeł­niony żan­dar­mami i poli­cjan­tami. Pośród nich, pil­nie strze­żony, stał spo­koj­nie i nie­ru­chomo wię­zień, nie bacząc na pełne nie­na­wi­ści spoj­rze­nia żan­dar­mów. Vil­le­fort, mija­jąc przed­po­kój, zer­k­nął z ukosa na Dant?sa. Odbie­ra­jąc paczkę papie­rów, które mu wrę­czył poli­cjant, znik­nął za drzwiami, mówiąc:

- Niech tu przy­pro­wa­dzą więź­nia.

Choć szyb­kie, to jedyne spoj­rze­nie pozwo­liło Vil­le­for­towi na wyro­bie­nie sobie opi­nii o czło­wieku, któ­rego miał wła­śnie prze­słu­chi­wać: w otwar­tym i sze­ro­kim czole prze­ja­wiała się inte­li­gen­cja, w sta­now­czym wyra­zie oczu i zmarsz­czo­nych brwiach - odwaga, a lekko roz­chy­lone usta, spoza któ­rych lśniły zęby białe jak kość sło­niowa, świad­czyły o szcze­ro­ści. Pierw­sze zatem wra­że­nie, jakie odniósł Vil­le­fort, było korzystne dla Dant?sa. Ale Vil­le­for­towi zbyt czę­sto powta­rzano, że nie można iść za pierw­szym odru­chem, jeżeli oczy­wi­ście był to odruch sym­pa­tii, stłu­mił więc owe przy­chylne instynkty, które zawład­nęły ser­cem, chcąc stam­tąd przy­pu­ścić szturm do roz­sądku. Spoj­rzał w lustro i przy­brał surowy wyraz twa­rzy, po czym - groźny i ponury - zasiadł za biur­kiem.

Po chwili wszedł Dant?s.

Był blady, ale spo­kojny i uśmiech­nięty. Skło­nił się sądow­ni­kowi uprzej­mie, a zara­zem swo­bod­nie, i powiódł wzro­kiem za wol­nym krze­słem, jakby się znaj­do­wał w salo­nie pana Mor­rela. Wów­czas dopiero natknął się na zimne spoj­rze­nie Vil­le­forta, zwy­kłe spoj­rze­nie sędziów, któ­rzy nie chcąc, by odga­dy­wano ich myśli nadają swemu oku wygląd mato­wego szkła. Ten wzrok przy­po­mniał mu, iż się znaj­duje przed obli­czem spra­wie­dli­wo­ści - pani zim­nej i nie­wzru­szo­nej.

- Kto pan jesteś i jak się nazy­wasz? - zapy­tał Vil­le­fort, wer­tu­jąc wrę­czone mu przez poli­cjanta papiery, które w ciągu jed­nej godziny roz­ro­sły się w plik znacz­nej gru­bo­ści.

- Nazy­wam się Edmund Dant?s - odpo­wie­dział dźwięcz­nym i spo­koj­nym gło­sem mło­dzie­niec. - Jestem zastępcą kapi­tana na statku "Faraon" nale­żą­cego do firmy Mor­rel i Syn.

- Pań­ski wiek? - pytał dalej Vil­le­fort.

- Dzie­więt­na­ście lat.

- Co pan robił w chwili, kiedy cię aresz­to­wano?

- Byłem na moich wła­snych zarę­czy­nach - rzekł Dant?s gło­sem zdra­dza­ją­cym wzru­sze­nie. Jakże bowiem bole­sny był kon­trast tych chwil wesela i rado­ści z posępną cere­mo­nią, która się teraz doko­ny­wała, a ponure obli­cze Vil­le­forta spra­wiało, że pro­mie­nie­jąca twarz Mer­ce­des tym jaśniej­szym biła bla­skiem!

- Byłeś pan na swo­ich zarę­czy­nach? - spy­tał pod­pro­ku­ra­tor, zadrżaw­szy mimo­wol­nie.

- Tak, panie; mam wła­śnie oże­nić się z dziew­czyną, którą kocham od lat trzech.

Choć Vil­le­fort zazwy­czaj nie dawał do sie­bie dostępu cie­plej­szym uczu­ciom, zasko­czył go ten szcze­gólny zbieg oko­licz­no­ści, a wzru­szony głos Dant?sa, któ­rego poj­mano w tak rado­snej chwili, obu­dził w głębi jego duszy współ­czu­cie dla obwi­nio­nego. Wszak i on miał się żenić, i on jest szczę­śliwy, i zakłó­cono mu szczę­ście wła­śnie po to, aby znisz­czył radość czło­wieka, który tak samo już miał swoje szczę­ście uchwy­cić! Ta filo­zo­ficzna wręcz ana­lo­gia - pomy­ślał - sprawi wiel­kie wra­że­nie, kiedy o niej opo­wiem, wró­ciw­szy do salonu pań­stwa de Saint-Méranów. I kiedy Dant?s ocze­ki­wał dal­szych zapy­tań, Vil­le­fort ukła­dał sobie w myśli sze­reg para­dok­sów, wyra­żeń, za pomocą któ­rych mówcy budują owe efek­towne fra­zesy, które zawsze zyskują aplauz, a cza­sem każą nam wie­rzyć w ora­tor­ski talent mówcy.

Gdy już był gotowy ów krótki spe­ech, Vil­le­fort uśmiech­nął się do sie­bie, myśląc o wra­że­niu, jakie sprawi wśród słu­cha­czy, i zwró­cił się do Dant?sa:

- Mów pan dalej.

- Co mam mówić?

- Udzie­lić sądowi wyja­śnień.

- Raczej niech sąd raczy mi wska­zać, jakich wyja­śnień ode mnie żąda, a ja powiem wszystko, co wiem. Jed­nak uprze­dzam - dorzu­cił z uśmie­chem - że nie wiem zbyt wiele.

- Czy słu­ży­łeś pan w armii uzur­pa­tora?

- Mia­łem wła­śnie być wcie­lony do mary­narki wojen­nej, kiedy nastą­pił jego upa­dek.

- Mówią, że masz pan skrajne poglądy poli­tyczne - rzekł Vil­le­fort, cho­ciaż mu nikt nie szep­nął ani słowa na ten temat; ale lubił ukła­dać pyta­nia tak, jakby miały być już oskar­że­niem.

- Moje poglądy poli­tyczne... Nie­stety! Wstyd mi wyznać, ale nie mia­łem ni­gdy żad­nych prze­ko­nań. Mam dopiero dzie­więt­na­ście lat, jak już mia­łem zaszczyt panu oświad­czyć; umiem nie­wiele, los nie wyzna­czył mi żad­nej waż­nej roli; wszystko, czym jestem i czym mogę zostać, jeśli otrzy­mam upra­gnione sta­no­wi­sko, zawdzię­czam panu Mor­re­lowi. Moje prze­ko­na­nia nie są poli­tyczne, ale pry­watne i ogra­ni­czają się do trzech uczuć: kocham mego ojca, sza­nuję pana Mor­rela i ubó­stwiam Mer­ce­des. To wszystko, co mogę wyznać przed sądem. Widzi pan, że to nie bar­dzo zaj­mu­jące dla wymiaru spra­wie­dli­wo­ści.

Przy­słu­chu­jąc się Dant?sowi, Vil­le­fort wpa­try­wał się w jego twarz, tak łagodną i szczerą, i przy­po­mi­nał sobie prośby Renaty, która nie zna­jąc prze­cież obwi­nio­nego, chciała dla niego pobłaż­li­wo­ści. Przy doświad­cze­niu, jakie posia­dał już pod­pro­ku­ra­tor kró­lew­ski, sty­ka­jąc się bez­u­stan­nie ze zbrod­nią i z prze­stęp­cami, widział on w każ­dym sło­wie Dant?sa prze­ko­nu­jący dowód jego nie­win­no­ści. W samej rze­czy, mło­dzie­niec ten, nie­mal jesz­cze dziecko, pro­sty, natu­ralny, mówiący to, co mu serce dyk­tuje - a szcze­rość taka nie przy­cho­dzi na zawo­ła­nie - ser­deczny dla wszyst­kich, bo szczę­śliwy, a szczę­ście złych nawet może uczy­nić dobrymi, udzie­lał i sędziemu swej łagod­no­ści, któ­rej miał tyle w sobie. Vil­le­fort był dla niego szorstki i surowy - zaś Edmund w każ­dym spoj­rze­niu, każ­dym geście, tonie głosu oka­zy­wał mu przy­jaźń.

Na Boga - rzekł do sie­bie Vil­le­fort - to dopiero uro­czy chło­pak, nie będę miał chyba nawet wiele kło­potu, aby speł­nia­jąc pierw­sze zle­ce­nie, jakie dała mi Renata, zasłu­żyć u niej na dobre przy­ję­cie. To mi może przy­nieść ser­deczny uścisk dłoni przy wszyst­kich, a gorący całus w kąciku.

W tej bło­giej nadziei twarz Vil­le­forta przy­brała tak rado­sny wyraz, że kiedy ode­rwał się od swo­ich myśli i spoj­rzał na Dant?sa, Edmund, który śle­dził każdą zmianę na obli­czu sędziego, jął uśmie­chać się tak ser­decz­nie, jak sędzia uśmie­chał się do sie­bie.

- Panie Dant?s - rzekł Vil­le­fort - nie masz pan przy­pad­kiem jakich wro­gów?

- Ja, wro­gów? - zdu­miał się Dant?s. - Tak mało na świe­cie zna­czę, że nie mogłem sobie ich do tej pory zdo­być. Wobec zaś moich pod­wład­nych sta­ra­łem się zawsze łago­dzić mój zbyt poryw­czy cha­rak­ter. Mam dzie­się­ciu czy dwu­na­stu mary­na­rzy pod roz­ka­zami; racz ich, panie, wyba­dać, a oni ci powie­dzą, że mnie sza­nują i kochają, nie tyle jak ojca, bom na to za młody, ale jak star­szego brata.

- Może, jeśli nie masz pan wro­gów, obu­dzi­łeś za to nie­chęć zazdro­snych? Masz zostać kapi­ta­nem w dzie­więt­na­stym roku życia, w twoim sta­nie to ranga bar­dzo wysoka. Masz się oże­nić z piękną panną, która cię kocha, a to jest także rzadko spo­ty­kane na świe­cie szczę­ście. Tyle uśmie­chów od losu mogło ci naro­bić zazdro­śni­ków.

- Tak, ma pan słusz­ność; znasz ludzi lepiej niż ja; to moż­liwe. Ale jeżeli ci zazdro­śnicy mie­liby przy­pad­kiem się tra­fić wśród moich przy­ja­ciół, wyznam szcze­rze, że wolał­bym ich nie znać, abym nie musiał zacząć ich nie­na­wi­dzić.

- Mylisz się pan; każdy powi­nien rozu­mieć, co się wokół niego dzieje. Prawdę mówiąc, zda­jesz mi się pan tak god­nym sza­cunku mło­dzień­cem, że odstą­pię dla cie­bie od zasad wymiaru spra­wie­dli­wo­ści, aby pomóc ci w roz­ja­śnie­niu mro­ków tej sprawy pokażę ci denun­cja­cję, którą mi przy­słano. To wła­śnie ów list: czy znasz to pismo?

Vil­le­fort wyjął list z kie­szeni i podał go Dant?sowi. Dant?s prze­czy­tał, zachmu­rzył się i rzekł:

- Nie, panie pro­ku­ra­to­rze, nie znam tego pisma, zdaje się, że cha­rak­ter jest zmie­niony, cho­ciaż bar­dzo śmiało to napi­sano. Widzę tu wprawną rękę. Jakież to szczę­ście dla mnie mieć do czy­nie­nia z takim jak pan czło­wie­kiem - i wzro­kiem peł­nym wdzięcz­no­ści spoj­rzał na Vil­le­forta. - Ale ten zazdro­śnik jest naprawdę moim strasz­li­wym wro­giem.

W bły­ska­wicy, która prze­mknęła w oczach mło­dzieńca, kiedy wyma­wiał te słowa, Vil­le­fort mógł dostrzec, ile gwał­tow­nej ener­gii skry­wało się pod tą pozorną łagod­no­ścią.

- Teraz więc pro­szę - rzekł pod­pro­ku­ra­tor - odpo­wia­daj mi pan szcze­rze, nie jak wino­wajca sędziemu, lecz jako czło­wiek roz­ma­wia­jący z tym, kogo jego los naprawdę obcho­dzi, ile jest prawdy w tym ano­ni­mie?

I rzu­cił z nie­sma­kiem na biurko list, który Dant?s wła­śnie mu zwró­cił.

- Wszystko tu praw­dziwe - i nic. Przy­się­gam na honor mary­na­rza, na miłość moją do Mer­ce­des, na życie ojca mojego, że to, co powiem, jest naj­czyst­szą prawdą.

- Mów pan - rzekł gło­śno Vil­le­fort i pomy­ślał: Ach, gdyby mogła mnie widzieć Renata; byłaby ze mnie zado­wo­lona i nie nazy­wa­łaby mnie już katem.

- A więc kie­dy­śmy opu­ścili Neapol, kapi­tan Lecl?re zapadł na zapa­le­nie mózgu, a ponie­waż nie mie­li­śmy leka­rza na statku, a kapi­tan nie chciał zatrzy­my­wać się ani chwili w żad­nym por­cie, spie­sząc się na Elbę, jego stan pogor­szył się, tak że pod koniec trze­ciego dnia, czu­jąc, że zbliża się śmierć, przy­wo­łał mnie do sie­bie. "Mój drogi Edmun­dzie - rzekł do mnie - przy­się­gnij mi na honor, że wyko­nasz, co ci powiem. Idzie tu o rzecz naj­wyż­szej wagi". "Przy­się­gam, kapi­tanie" - odpo­wie­dzia­łem. "Dobrze zatem; ponie­waż po mojej śmierci dowódz­two statku przej­dzie na cie­bie, każesz zawi­nąć na Elbę, wylą­du­jesz w Por­to­fer­raio, udasz się do wiel­kiego mar­szałka i oddasz mu ten list. Być może dadzą ci tam inny list lub jakieś zle­ce­nie, które ja miał­bym wyko­nać. Zle­ce­nie to, Edmun­dzie, wypeł­nisz za mnie, a zasługa i cześć spadną na cie­bie". "Dobrze, kapi­tanie, ale być może nie dostanę się tak łatwo do wiel­kiego mar­szałka, jak pan myśli". "Wów­czas każesz mu oddać ten pier­ścień, a wszel­kie trud­no­ści będą usu­nięte". To mówiąc, oddał mi pier­ścień. W kilka godzin póź­niej stra­cił przy­tom­ność, a naza­jutrz umarł.

- I co pan następ­nie uczy­nił?

- To, co każdy by zro­bił, będąc na moim miej­scu. Prośba umie­ra­ją­cego jest święta, a u mary­na­rzy prośba dowódcy jest roz­ka­zem, który należy wyko­nać. Kaza­łem więc wziąć kurs na Elbę, gdzie przy­by­li­śmy następ­nego dnia. Kaza­łem wszyst­kim zostać na pokła­dzie, a sam zsze­dłem na ląd. Dzięki pier­ście­niowi wszyst­kie drzwi sta­nęły przede mną otwo­rem. Mar­sza­łek przy­jął mnie, wypy­tał wzglę­dem śmierci kapi­tana Lecl?re'a i wrę­czył mi, jak prze­wi­dział kapi­tan, list, który pole­cił mi odwieźć oso­bi­ście do Paryża. Przy­rze­kłem, ponie­waż w ten spo­sób mogłem speł­nić ostat­nią wolę kapi­tana. Wró­ci­łem na sta­tek i kaza­łem pły­nąć do Mar­sy­lii, gdzie przy­by­li­śmy wczo­raj. Po zała­twie­niu wszyst­kich for­mal­no­ści por­to­wych pobie­głem do narze­czo­nej, którą zna­la­złem pięk­niej­szą i bar­dziej zako­chaną niż kie­dy­kol­wiek. Dzięki panu Mor­re­lowi omi­nę­li­śmy część for­mal­no­ści kościel­nych; po czym, jak to już panu wia­domo, byłem na swo­ich zarę­czy­nach, za godzinę mie­li­śmy się pobrać, a jutro chcia­łem wyje­chać do Paryża. I oto wsku­tek denun­cja­cji, którą pan rów­nie jak ja wyda­jesz się gar­dzić, zosta­łem aresz­to­wany.

- Tak, tak - mówił cicho Vil­le­fort - to wszystko wydaje mi się prawdą i jeże­liś pan w czym zawi­nił, to przez nie­roz­wagę; a nie­roz­waga ta uspra­wie­dli­wiona jest roz­ka­zem pań­skiego dowódcy. Dajże mi pan list, który ci wrę­czono na Elbie. I pro­szę mi jesz­cze zarę­czyć, że sta­wisz się na każde wezwa­nie, po czym możesz pójść do swo­ich przy­ja­ciół.

- Jestem więc wolny? - zawo­łał Dant?s, prze­peł­niony rado­ścią.

- Tak, daj mi pan tylko ten list.

- Jest on zapewne u pana na biurku, albo­wiem ode­brano mi go wraz z innymi papie­rami, a w tym pliku roz­po­znaję nie­które z moich doku­men­tów.

- Zaraz, zaraz - rzekł pod­pro­ku­ra­tor do Dant?sa, który się­gał już po ręka­wiczki i kape­lusz. - Do kogo list ten był adre­so­wany?

- Do pana Noir­tiera, przy ulicy Coq-Héron w Paryżu.

Grom z jasnego nieba nie pora­ziłby tak Vil­le­forta jak owe nie­spo­dzie­wane słowa. Opadł na fotel, skąd się wcze­śniej pod­niósł, aby zabrać plik papie­rzysk ode­bra­nych Dant?sowi, prze­rzu­ca­jąc go szybko, wydo­był ów fatalny list i spoj­rzał nań z nie­wy­mowną trwogą.

- Noir­tier, ulica Coq-Héron numer trzy­na­ście - prze­czy­tał szep­tem, bled­nąc coraz bar­dziej.

- Tak - odpo­wie­dział Dant?s zdzi­wiony. - Czy go pan zna?

- Nie - odrzekł żywo Vil­le­fort. - Wierny pod­dany króla nie może mieć zna­jo­mych wśród kon­spi­ra­to­rów.

- Więc cho­dzi o jakiś spi­sek? - wykrzyk­nął Dant?s, prze­jęty znów trwogą, po tym, jak już czuł się na wol­no­ści. - Tak czy ina­czej, powie­dzia­łem już panu, żem nie znał zupeł­nie tre­ści tego listu.

- Tak - odparł stłu­mio­nym gło­sem Vil­le­fort - ale znasz pan nazwi­sko tego, do któ­rego był adre­so­wany.

- Nie mogłem nie znać, bo jakże mógł­bym ina­czej oddać list.

- Nikomu tego listu nie poka­zy­wa­łeś? - pytał Vil­le­fort i w miarę jak odczy­ty­wał list, bladł coraz bar­dziej.

- Nikomu, ręczę sło­wem.

- I nikt nie wie, żeś miał u sie­bie list z Elby do pana Noir­tiera?

- Nikt, oprócz tego, który mi go dał.

- I to za wiele, za wiele - wyszep­tał Vil­le­fort.

Im bar­dziej zbli­żał się koniec listu, tym bar­dziej Vil­le­fort posęp­niał; jego zbie­lałe usta, drżące ręce i pała­jące oczy przej­mo­wały Dan­tesa naj­okrop­niej­szą obawą.

Prze­czy­taw­szy list, Vil­le­fort ukrył twarz w dło­niach i przy­gnę­biony trwał tak chwilę w odrę­twie­niu.

- Mój Boże, cóż ci jest, panie? - spy­tał nie­śmiało Dant?s.

Vil­le­fort nie odpo­wie­dział, ale po kilku chwi­lach pod­niósł głowę; twarz miał bladą i zmie­nioną... i odczy­tał raz jesz­cze list.

- Mówisz pan zatem, że nie wiesz, co zawiera ten list? - zapy­tał znów.

- Na honor, powta­rzam, że nie. Ale co panu jest? Mój Boże, pan zemdleje! Czy mam zadzwo­nić lub zawo­łać kogoś?

- Nie potrzeba! - zawo­łał Vil­le­fort, pod­no­sząc się żywo. - Nie ruszaj się pan i nie odzy­waj, ja tu roz­ka­zuję, nie pan.

- Pro­szę pana - zapro­te­sto­wał dotknięty Dant?s. - Chcia­łem zawo­łać o pomoc dla pana, to wszystko.

- Nikogo nie potrze­buję, to chwi­lowy zawrót głowy i nic wię­cej. Myśl pan raczej o sobie, nie o mnie - i mów.

Dant?s ocze­ki­wał na pyta­nia, które - jak by się mogło zda­wać - powinny się poja­wić po tym sta­now­czym żąda­niu, ale na próżno: Vil­le­fort opadł na fotel, otarł pot z czoła lodo­watą ręką, i jesz­cze raz zabrał się do czy­ta­nia listu.

A jeśli on zna treść listu - mówił sam do sie­bie. - Jeśli się jesz­cze dowie, że Noir­tier jest ojcem Vil­le­forta, jestem zgu­biony na zawsze!

I wpa­try­wał się w Edmunda, jakby chciał wzro­kiem prze­bić tę nie­wi­dzialną zasłonę, okry­wa­jącą w sercu tajem­nice, któ­rych nie chcą zdra­dzić usta.

- O! Nie można w to uwie­rzyć! - zawo­łał nagle.

- Ależ na Boga, panie pro­ku­ra­to­rze - wykrzyk­nął nie­szczę­śliwy mło­dzie­niec. - Jeżeli wątpi pan o mnie, jeżeli ma pan jakie­kol­wiek podej­rze­nie, niech mnie pan pyta, bada, gotów jestem na wszystko ci odpo­wie­dzieć.

Vil­le­fort prze­mógł się z tru­dem i rzekł tonem, któ­remu chciał nadać spo­kojne brzmie­nie:

- Naj­bar­dziej obcią­ża­jące dla pana rze­czy wyni­kły z tego prze­słu­cha­nia; nie mogę więc, jak się na początku spo­dzie­wa­łem, uwol­nić pana w tej chwili; nim wydam tę decy­zję, muszę nara­dzić się z sędzią śled­czym. A tym­cza­sem widzia­łeś pan, jak z panem postę­po­wa­łem, prawda?

- O tak, dzię­kuję, panie pro­ku­ra­to­rze - zawo­łał Dant?s - byłeś dla mnie raczej przy­ja­cie­lem niż sędzią.

- A więc muszę pana na jakiś czas zatrzy­mać jako więź­nia, tak krótko, jak to tylko będzie moż­liwe, a ów dowód, który cię naj­bar­dziej obciąża, ów list... patrz...

Vil­le­fort pod­szedł do kominka, rzu­cił list w ogień i patrzył nań, póki się nie zamie­nił w popiół.

- Widzisz pan - rzekł następ­nie - znisz­czy­łem go.

- O, panie! - zawo­łał Dant?s. - Jesteś pan nie tylko wcie­le­niem spra­wie­dli­wo­ści, jesteś samą dobro­cią!

- Ale słu­chaj; po tym, coś tu widział, powi­nie­neś wie­dzieć, że można mi zaufać, nie­praw­daż?

- Ach, niech pan roz­ka­zuje, a wyko­nam wszystko, co zechcesz.

- Nie - rzekł Vil­le­fort, pod­cho­dząc bli­żej. - Nie chcę panu roz­ka­zy­wać, rozu­miesz, ale tylko pora­dzić.

- Mów pan, a zasto­suję się do rad jak do roz­ka­zów.

- Dziś musisz pozo­stać w Pałacu Spra­wie­dli­wo­ści aż do wie­czora; być może kto inny prócz mnie będzie cię badać. Mów, tak jak tu do mnie mówi­łeś, ale o liście nie wspo­mi­naj ani słowa.

- Przy­rze­kam panu.

Vil­le­fort zda­wał się bła­gać, oskar­żony zaś uspo­ka­jać sędziego.

- Widzisz pan - rzekł Vil­le­fort, spo­glą­da­jąc na popioły, które jesz­cze zacho­wały kształt strzęp­ków listu i ula­ty­wały nad pło­mie­niami. - Teraz, gdy list został znisz­czony, ty i ja wiemy, że ist­niał; nikt ci go nie pokaże jako dowodu twej winy. Zaprze­czaj więc, gdyby ci o nim mówiono, zaprze­czaj śmiało, a będziesz oca­lony.

- Zaprze­czę, bądź pan spo­kojny - odpo­wie­dział Dant?s.

- Dobrze, pamię­taj - rzekł Vil­le­fort, się­ga­jąc po sznu­rek dzwonka; ale nie zadzwo­nił.

- Czy nie mia­łeś wię­cej żad­nego listu? - ode­zwał się.

- Żad­nego.

- Przy­się­gnij.

Dant?s wzniósł rękę na znak przy­sięgi.

- Przy­się­gam - rzekł.

Vil­le­fort zadzwo­nił.

Wszedł komi­sarz poli­cji.

Vil­le­fort pod­szedł do niego i powie­dział mu do ucha kilka słów. Komi­sarz odpowie­dział tylko ski­nie­niem głowy.

- Idź pan z komi­sa­rzem - rzekł Vil­le­fort do Dant?sa.

Dant?s skło­nił się, spoj­rzał po raz ostatni z wdzięcz­no­ścią na Vil­le­forta i wyszedł. Zale­d­wie drzwi zamknęły się za nim, Vil­le­forta opu­ściły do reszty siły i nie­mal zemdlony padł na krze­sło. Po dobrej chwili wyszep­tał:

- Ach, Boże wielki! Od czego zależą los i życie? Gdyby pro­ku­ra­tor kró­lew­ski był w Mar­sy­lii, gdyby przy­wo­łano zamiast mnie sędziego śled­czego, był­bym zgu­biony! Ten list, ten list fatalny, o mało nie strą­cił mnie w prze­paść! Ach, ojcze mój, czyż zawsze będziesz stał na zawa­dzie mojemu szczę­ściu? Zawsze będę musiał wal­czyć z twoją prze­szło­ścią?

I nagle, jakby świa­tło nie­spo­dzie­wane zabły­sło mu w gło­wie i roz­świe­tliło twarz; uśmiech zary­so­wał się na ustach, jesz­cze zaci­śnię­tych, oko błędne nabrało bystro­ści, zda­jąc się roz­pa­try­wać jakąś myśl.

- Ejże... Tak, ten sam list, co miał mnie zgu­bić, otwo­rzy mi może drogę do kariery. Dalej, Vil­le­fort, do dzieła!

I prze­ko­naw­szy się, że oskar­żony został już wypro­wa­dzony z przed­po­koju, pan pod­pro­ku­ra­tor kró­lew­ski wyszedł czym prę­dzej i skie­ro­wał się ku domowi narze­czo­nej.

8. Zamek If

Mija­jąc przed­po­kój, komi­sarz poli­cji ski­nął na żan­dar­mów, któ­rzy wzięli Dant?sa mię­dzy sie­bie. Otwarły się drzwi pro­wa­dzące z miesz­ka­nia pro­ku­ra­tora do Pałacu Spra­wie­dli­wo­ści i cała grupa weszła na jeden z tych posęp­nych kory­ta­rzy, które przej­mują dresz­czem tych, co po nim prze­cho­dzą, choćby się wcale nie czuli winni.

Podob­nie jak apar­ta­ment Vil­le­forta łączył się z Pała­cem Spra­wie­dli­wo­ści, tak Pałac Spra­wie­dli­wo­ści łączył się z ponu­rym gma­chem wię­zie­nia. Długo szli krę­tym kory­ta­rzem, aż na koniec Dant?s ujrzał przed sobą drzwi z okien­kiem i żela­zną zasuwą; komi­sarz poli­cji po trzy­kroć ude­rzył w nie żela­zną kołatką, a Dant?sowi wydało się, jakby te ude­rze­nia spa­dały na jego serce; drzwi się otwarły, żan­darmi popchnęli lekko więź­nia, który jesz­cze się wahał. Prze­stą­pił ten strasz­liwy próg i drzwi z łosko­tem same zatrza­snęły się za nim. Wcią­gnął w płuca powie­trze: inne było, smro­dliwe i cięż­kie; znaj­do­wał się w wię­zie­niu.

Wpro­wa­dzono go do celi dość czy­stej, ale opa­trzo­nej kra­tami w oknie i ryglami w drzwiach. Wygląd tego pomiesz­cze­nia nie nasu­wał Dant?sowi zbyt wiele obaw; zresztą, słowa, które pod­pro­ku­ra­tor wyrzekł gło­sem, jak mu się zda­wało peł­nym prze­ję­cia, brzmiały mu cią­gle w uchu echem słod­kiej obiet­nicy i nadziei. Kiedy go wpro­wa­dzono do tego poko­iku, docho­dziła czwarta. Był to, jak już wspo­mi­na­li­śmy, pierw­szy dzień marca, zatem wkrótce zapa­dła ciem­ność. Choć nic nie mógł już zoba­czyć, wyostrzył mu się za to słuch: zry­wał się na naj­mniej­szy szmer docho­dzący z zewnątrz, w prze­ko­na­niu, że oto idą go uwol­nić i biegł do drzwi. Wkrótce jed­nak hałas odda­lał się i nikł w innej stro­nie wię­zie­nia, a Dant?s znów wra­cał na zydel.

Na koniec, wie­czo­rem, około dzie­sią­tej, gdy Dant?s zaczął tra­cić wszelką nadzieję, dał się na nowo sły­szeć hałas, który tym razem zda­wał się przy­bli­żać ku drzwiom jego celi. Rze­czy­wi­ście, w kory­ta­rzu roz­le­gły się kroki i zatrzy­mały przed drzwiami; ktoś prze­krę­cił klucz w zamku, zgrzyt­nęły rygle i otwarły się masywne dębowe drzwi: do celi wdarł się nagle ośle­pia­jący blask dwóch pochodni. Przy ich świe­tle Dant?s zoba­czył poły­sku­jące w mroku sza­ble i kara­biny czte­rech żan­dar­mów. Postą­pił dwa kroki naprzód i sta­nął nie­ru­chomy, zdu­miony wido­kiem eskorty, liczeb­niej­szej niż poprzed­nio.

- Po mnie przy­szli­ście? - zapy­tał.

- Tak - odpo­wie­dział jeden z żan­dar­mów.

- Na roz­kaz pod­pro­ku­ra­tora kró­lew­skiego?

- Rozu­mie się.

- Dobrze - rzekł Dant?s. - Jestem gotów, idę za wami.

Pew­ność, że żan­darmi przy­szli na pole­ce­nie pana de Vil­le­forta, spra­wiała, że bie­dak nie oba­wiał się wcale. Uspo­ko­jony, bez­tro­ski, sam sta­nął pośrodku swo­jej straży.

U bramy cze­kała karetka, obok woź­nicy sie­dział na koźle ofi­cer poli­cji.

- Czy na mnie czeka ten powóz? - zapy­tał Dan­tes.

- Tak - odpo­wie­dział żan­darm. - Wsia­daj pan.

Dant?s chciał jesz­cze coś mówić, ale drzwiczki otwo­rzyły się i więź­nia popchnięto do środka. Ani nie mógł, ani zresztą nie chciał sta­wić oporu. W jed­nej chwili posa­dzono go pomię­dzy dwoma żan­dar­mami, dwaj inni usie­dli naprze­ciw i ciężki pojazd ruszył w drogę, tur­ko­cząc posęp­nie. Wię­zień spoj­rzał przez zakra­to­wane okienka i zro­zu­miał, że tylko zmie­nił rodzaj wię­zie­nia - róż­niło się o tyle, że obecna jego cela toczyła się naprzód, uno­sząc go w nie­zna­nym kie­runku. Patrząc przez kraty tak gęste, że nie­po­dobna było prze­ci­snąć ręki, Dant?s zorien­to­wał się, że jechali ulicą Cais­se­rie, a następ­nie Świę­tego Waw­rzyńca i Tama­ris, kie­ru­jąc się w stronę mor­skiego nabrzeża. Wkrótce ujrzał przez kraty karetki gmach, pod który zaje­chali, w oknach biur komory cel­nej jarzyły się świa­tła. Karetka zatrzy­mała się, ofi­cer wysiadł i poszedł na odwach; natych­miast wyszło ze dwu­na­stu żoł­nie­rzy i usta­wiło się w szpa­ler. Przy świe­tle latarń Dant?s ujrzał połysk bagne­tów. "Czy to dla mnie - pomy­ślał - urzą­dza się taką paradę zbrojną?".

Ofi­cer, otwie­ra­jąc drzwiczki zamknięte na klucz, choć nie wymó­wił ni słowa, odpo­wie­dział wyraź­nie na to nieme pyta­nie, wska­zu­jąc mu kory­tarz pomię­dzy dwoma sze­re­gami żoł­nie­rzy, zro­biony dlań od karetki aż do portu. Żan­darmi wysie­dli, a z nimi Dant?s, i razem prze­szli do łódki, którą mary­narz z komory uwią­zał łań­cu­chem do brzegu. Żoł­nie­rze przy­pa­try­wali się prze­cho­dzą­cemu Dant?sowi z głup­ko­watą cie­ka­wo­ścią. W jed­nej chwili Dant?s zna­lazł się na rufie łodzi, na­dal oto­czony czte­rema żan­dar­mami, a z przodu usiadł ofi­cer. Zachy­bo­taw­szy gwał­tow­nie, łódź ode­rwała się od brzegu i czte­rech wio­śla­rzy wzięło się do wio­seł. Na znak dany z łodzi opadł łań­cuch zamy­ka­jący basen por­towy i Dant?s zna­lazł się za redą.

Gdy poczuł się znowu na otwar­tej prze­strzeni, ura­do­wał się. Prze­strzeń to już pra­wie wol­ność. Wcią­gnął w piersi świeży powiew bryzy, która na swo­ich skrzy­dłach przy­nosi nie­znane wonie nocy i morza. Wkrótce jed­nak znów wes­tchnął ciężko, prze­pły­wali bowiem nie­da­leko karczmy, gdzie rano jesz­cze był tak szczę­śliwy.

Edmund zło­żył ręce, wzniósł oczy do nieba i jął się modlić. Łódź pły­nęła dalej; minęła już T?te de Mort i małą zatoczkę Faro i miała wła­śnie omi­nąć sta­no­wi­ska arty­le­rii por­to­wej - Dant?s nie mógł pojąć tego manewru.

- I gdzież to mnie wie­zie­cie? - zapy­tał Dant?s.

- Dowiesz się pan za chwilę.

- Ale prze­cież...

- Zaka­zano nam mówić.

Dant?s był sam po tro­sze żoł­nie­rzem, toteż wydało mu się rze­czą bez­ce­lową wypy­ty­wa­nie pod­wład­nych, któ­rym prze­ło­żeni naka­zali mil­cze­nie, zaprze­stał więc pytań.

A wtedy naj­dziw­niej­sze myśli zaczęły mu się snuć po gło­wie. Ponie­waż tak małą łódką nie można odbyć dłu­giej drogi, a nie widać było w pobliżu żad­nego statku na kotwicy, pomy­ślał więc, że go wywożą na jakiś odda­lony punkt wybrzeża, aby tam puścić wolno; nie był zwią­zany, nie oka­zy­wano zamiaru zaku­cia go w kaj­dany - wszystko to wyda­wało mu się dobrą wróżbą. A prze­cież i pod­pro­ku­ra­tor, tak życz­liwy czło­wiek, zapew­niał, że byle nie wymie­niał owego fatal­nego nazwi­ska Noir­tier, nie musi się niczego oba­wiać. I czyż ten sam pro­ku­ra­tor nie znisz­czył w jego obec­no­ści tego nie­bez­piecz­nego listu, jedy­nego dowodu jego winy? Cze­kał zatem w mil­czą­cym zamy­śle­niu, usi­łu­jąc prze­bić żeglar­skim, nawy­kłym do ciem­no­ści okiem mroki nocy. Minęli już na prawo wyspę Raton­neau, i pły­nąc wzdłuż brzegu, zna­leźli się na wyso­ko­ści Zatoki Kata­loń­skiej. Tu wię­zień jesz­cze moc­niej wytę­żył wzrok - tam była prze­cież Mer­ce­des. I w tej chwili wydało mu się, że widzi rysu­jącą się na ciem­nym tle wybrzeża zwiewną syl­wetkę kobiety. Czyżby prze­czu­cie mówiło Mer­ce­des, że jej uko­chany jest zale­d­wie o trzy­sta kro­ków od niej?

Jedno tylko świa­tełko paliło się w wio­sce kata­loń­skiej. Wpa­trzyw­szy się bli­żej, Dant?s uznał, że to świa­tełko pocho­dziło z poko­iku jego narze­czo­nej. Jedna Mer­ce­des czu­wała tej nocy we wsi. Gdyby tylko krzyk­nął gło­śno, na pewno by go usły­szała, ale powstrzy­mał go fał­szywy wstyd. Co by pomy­śleli strze­gący go ludzie, gdyby usły­szeli, że krzy­czy jak sza­le­niec?

Nie otwo­rzył więc nawet ust, i tylko natę­żył wzrok wpa­trzony w ten świetlny punkt. Łódź pły­nęła wciąż dalej, ale wię­zień zapo­mniał o tym, przy­wo­łu­jąc myślami Mer­ce­des.

Nagle jakieś wzgó­rze zasło­niło świa­tełko; Dant?s odwró­cił się i spo­strzegł, że wypły­wają na pełne morze. Pod­czas jego roz­my­ślań roz­wi­nięto żagle i łódź pły­nęła już teraz gnana wia­trem. Choć Dant?s wzdra­gał się na myśl, że będzie musiał znów wypy­ty­wać żan­darma, zbli­żył się jed­nak do niego i chwy­ta­jąc go za rękę, rzekł:

- Bra­cie, zakli­nam cię, jesteś prawy żoł­nierz, miej litość nade mną i odpo­wiedz mi! Nazy­wam się Dant?s, jestem kapi­ta­nem; i choć oskar­żono mnie o nie wie­dzieć, jaką zdradę, dobry ze mnie Fran­cuz. Gdzie mnie wie­zie­cie? Powiedz, a ręczę ci na honor mary­na­rza, że speł­nię moją powin­ność i pod­dam się losowi.

Żan­darm podra­pał się, spoj­rzał na towa­rzy­sza, jakby go pytał, co ma odpo­wie­dzieć, a tam­ten odpo­wie­dział gestem, który zda­wał się mówić, że nie ma co zacho­wy­wać tajem­nicy, jeśli dopły­nęli aż tutaj. I żan­darm zwró­cił się do Dant?sa:

- Jesteś z Mar­sy­lii i w dodatku jesteś mary­na­rzem... a pytasz mnie, gdzie pły­niemy?

- Tak, pytam, bo nie wiem, jak mi Bóg...

- I nie domy­ślasz się nawet?

- Nie.

- To nie­moż­liwe!

- Przy­się­gam ci na to, co mam naj­święt­szego w świe­cie. Mów, przez litość!

- A zakaz?

- Ale nie zaka­zano ci powie­dzieć mi tego, o czym za dzie­sięć minut sam będę wie­dział, za pół godziny może, za godzinę naj­da­lej. Oszczę­dził­byś mi tylko wie­ków nie­pew­no­ści i obawy. Pro­szę cię o to jak przy­ja­ciela, patrz, nie mam zamiaru bun­to­wać się ani ucie­kać, zresztą to nie­moż­liwe. Gdzież więc pły­niemy?

- Albo masz pan zaćmę na oczach, albo też ni­gdy nie wycho­dzi­łeś z portu mar­syl­skiego, że się niczego nie domy­ślasz.

- Nie.

- Więc obej­rzyj się pan wkoło.

Dant?s wstał, odru­chowo rzu­cił okiem w stronę, gdzie się kie­ro­wała łódź i ujrzał o sto sążni wynio­słą, czarną i stromą skałę, na któ­rej wzno­sił się niby jakaś narośl z krze­mie­nia posępny zamek If.

Kształt ów dzi­waczny, to wię­zie­nie owiane grozą, twier­dza, któ­rej posępną legendą żyje od lat trzy­stu Mar­sy­lia, która tak nagle uka­zała się oczom Dant?sa, co ani o niej nie pomy­ślał, spra­wiła na nim takie wra­że­nie jak widok sza­fotu na ska­zańcu.

- Ach, Boże mój! - zawo­łał. - Zamek If. I po cóż my tam pły­niemy?

Żan­darm się uśmiech­nął.

- Prze­cież nie chce­cie mnie uwię­zić. Zamek If jest wię­zie­niem stanu, prze­zna­czo­nym jedy­nie dla prze­stęp­ców poli­tycz­nych. A ja nie popeł­ni­łem żad­nej zbrodni. Czy są tam jaki sędzia śled­czy albo inny sądow­nik?

- Jak mi się zdaje, nie ma - odpo­wie­dział żan­darm. - Są tylko komen­dant, dozorcy, gar­ni­zon i grube mury. No, no, bra­cie, nie uda­waj tak bar­dzo zdzi­wio­nego, bo gotów jestem pomy­śleć, że za uprzej­mość odpła­casz mi szy­der­stwem.

Dant?s nie­mal zgniótł żan­dar­mowi rękę w uści­sku.

- Sądzisz więc pan, że mnie wiodą do zamku, aby mnie tam uwię­zić?

- To praw­do­po­dobne - rzekł żan­darm - ale, bratku, mimo to nie powi­nie­neś mi tak mocno ści­skać ręki.

- Bez śledz­twa i for­mal­no­ści?

- Śledz­two jest prze­pro­wa­dzone, a for­mal­no­ści wypeł­nione.

- Więc mimo obiet­nicy pana Vil­le­forta...

- Ja tam nie wiem, czy ci pan de Vil­le­fort przy­rzekł co, czy nie - rzekł żan­darm, wiem tylko, że pły­niemy do zamku If! Co to! Bra­cie, co robisz? Hej, do mnie!

Jed­nym nagłym jak bły­ska­wica ruchem Dant?s porwał się, aby sko­czyć do morza, ale wprawne oko żan­darma spo­strze­gło zawczasu ten ruch i cztery potężne dło­nie wstrzy­mały go w chwili, gdy odbił się już sto­pami z łodzi.

Upadł na dno ze wście­kłym jękiem.

- Dobrze! - zawo­łał żan­darm, przy­gnia­ta­jąc mu piersi kola­nami. - To tak dotrzy­mu­jesz mi pan słowa? Bądź grzecz­nym wobec oszu­sta! O, teraz, bratku, tylko się rusz, a wpa­kuję ci kulę w łeb. Zlek­ce­wa­ży­łem pierw­szy roz­kaz, ale ręczę ci, że za dru­gim razem nie zanie­dbam.

Zni­żył kara­bin i Dant?s poczuł na skroni chłód lufy.

Przez chwilę przy­szła mu myśl, aby uczy­nić wła­śnie zaka­zany gest, aby tym gwał­tow­nym spo­so­bem raz na zawsze poło­żyć kres nie­szczę­ściu, które tak jak sęp nie­spo­dzie­wa­nie spa­dło na niego i chwy­ciło go w szpony. Ale wła­śnie dla­tego że tak nagle, nie powinno trwać długo; Dant?s wspo­mniał także obiet­nice Vil­le­forta; ponadto, jeśli mamy i to przy­znać, śmierć na dnie łodzi z ręki żan­darma wydała mu się czymś hanieb­nym.

Opadł więc bez­silny na deski i jęcząc, gryzł sobie ręce z wście­kło­ści.

W tejże chwili łódką wstrzą­snęło gwał­towne ude­rze­nie. Jeden z wio­śla­rzy wysko­czył na skałę, o którą tył łodzi wła­śnie ude­rzył i Dant?s pojął, że znaj­dują się u celu podróży.

Stróże jego, trzy­ma­jąc go za ręce i koł­nierz, pod­nie­śli go i powle­kli po scho­dach do bramy cyta­deli, z tyłu zaś szedł ofi­cer uzbro­jony w kara­bi­nek z bagne­tem.

Dant?s nie opie­rał się, gdyż wszelki opór poszedłby na próżno. Jego powol­ność pocho­dziła raczej z iner­cji niż z chęci sprze­ciwu. Był zupeł­nie oszo­ło­miony i chwiał się jak pijany; czuł pod sto­pami schody, które zmu­szały go do pod­no­sze­nia nóg, widział, że prze­cho­dzi pod jakąś bramą i że ta brama zamknęła się za nim; wszystko to jed­nak reje­stro­wał machi­nal­nie, nie będąc w sta­nie, jakby przez mgłę gęstą, roz­róż­niać przed­mio­tów. Nie widział już nawet morza, okropna to boleść dla więź­nia, który spo­gląda w wodną prze­strzeń z tym drę­czą­cym uczu­ciem, że nie­po­dobna się do niej dostać. Sta­nęli na chwilę i Dant?s spró­bo­wał zebrać myśli, i spoj­rzał wokoło: znaj­do­wał się na obszer­nym kwa­dra­to­wym dzie­dzińcu opa­sa­nym murami; sły­chać było tu tylko powolne echa kro­ków szyl­dwa­chów, a kiedy prze­cho­dzili pod­czas tej wędrówki przez miej­sca, na które padało z okien zamku świa­tło, widać było lśnie­nie na lufach ich kara­bi­nów.

Cze­kano tu z dzie­sięć minut. Żan­darmi, pewni, że im już wię­zień nie uciek­nie, puścili go wolno. Cze­kali tylko, jak się zdaje, na roz­kazy - aż nade­szły.

- Gdzie wię­zień? - ode­zwał się głos jakiś.

- Tutaj - odrze­kli żan­darmi.

- Niech idzie za mną, zapro­wa­dzę go do celi.

- No, idźże - zawo­łali żan­darmi, popy­cha­jąc Dant?sa.

Wię­zień poszedł za prze­wod­ni­kiem; weszli do izby, która przy­po­mi­nała loch; jej ściany były nagie i wil­gotne - jakby od łez, co tam spły­wały. Usta­wiony na drew­nia­nym stołku kaga­nek, któ­rego knot pły­wał w tłu­stej, cuch­ną­cej mazi, oświe­tlał lśniące ściany tego strasz­li­wego przy­bytku i uka­zy­wał zara­zem Dant?sowi prze­wod­nika - był to dozorca niskiej rangi, obdarty i o nik­czem­nej fizjo­no­mii.

- Tu będziesz dziś pan spał - rzekł. - Już późno, pan komen­dant śpi; jutro, jak się obu­dzi i przej­rzy roz­kazy, może ci wyzna­czy inne pomiesz­cze­nie. Tym­cza­sem masz pan tu chleb, woda stoi w tym oto dzbanku, słoma jest w kącie - to wszystko, czego tylko wię­zień żądać może. Dobra­noc.

I nim Dant?s zdą­żył otwo­rzyć usta do odpo­wie­dzi, zanim obej­rzał się, gdzie jest ów chleb wska­zany mu przez dozorcę, zanim mógł zdać sobie sprawę, gdzie znaj­duje się dzba­nek z wodą i nim zauwa­żył, gdzie była słoma prze­zna­czona na posła­nie, dozorca wziął kaga­nek i zamknąw­szy drzwi, pozba­wił więź­nia ostat­niego pro­mie­nia świa­tła, któ­rego blask na chwilę roz­ja­śnił ocie­ka­jące mury.

Tak został sam, wśród ciem­no­ści i ciszy, posępny i mil­czący jak skle­pie­nie celi, któ­rej lodo­wate zimno zda­wało się chło­dzić jego roz­pa­lone czoło.

Z pierw­szymi pro­mie­niami dnia, które wpa­dły do lochu, wszedł dozorca i przy­niósł roz­kaz, że wię­zień ma pozo­stać w tej samej celi. Dant?s od wczo­raj nie zmie­nił miej­sca; jakaś żela­zna ręka przy­kuła go tam, gdzie sta­nął wczo­rajszego wie­czoru; stał w bez­ru­chu i patrzył w zie­mię.

Tak prze­trwał całą noc, nie zmru­żyw­szy ani na chwilę oka.

Dozorca zbli­żył się, obszedł go, ale zda­wało się, że Dant?s go nawet nie dostrze­gał.

Pokle­pał więc Edmunda po ramie­niu. Edmund zadrżał i potrzą­snął głową.

- Cóż to, nie spa­łeś pan wcale? - zapy­tał dozorca.

- Nie wiem - odpo­wie­dział Dant?s.

Dozorca spoj­rzał zdzi­wiony.

- Jeść się panu nie chce? - zapy­tał następ­nie.

- Nie wiem - odpo­wie­dział jesz­cze raz Dant?s.

- Może chcesz czego?

- Chciał­bym widzieć się z komen­dan­tem.

Dozorca wzru­szył ramio­nami i wyszedł. Dant?s odpro­wa­dził go wzro­kiem, wycią­gnął ręce ku drzwiom na wpół otwar­tym, ale drzwi się zamknęły.

Wów­czas z jego piersi wyrwał się szloch i zda­wać by się mogło, że pierś mu od niego pęk­nie. Łzy poto­czyły się z oczu stru­mie­niami. Padł na kolana, pochy­la­jąc czoło ku ziemi i modlił się długo, prze­cho­dząc myślą całe swoje życie i pytał sam sie­bie, jaki też mógł wystę­pek popeł­nić w tak mło­dym wieku, który zasłu­gi­wałby na tę ciężką karę!

I tak prze­szedł dzień. Nie­szczę­śnik zjadł zale­d­wie kilka kęsów chleba i zwil­żył usta wodą. To sia­dał i zagłę­biał się w myślach, to mio­tał się po celi jak dra­pieżne zwie­rzę zamknięte w żela­znej klatce.

W tym stra­pie­niu jedna go jesz­cze drę­czyła myśl: pod­czas prze­prawy, kiedy nie wie­dział jesz­cze, gdzie go pro­wa­dzą i zacho­wy­wał się spo­koj­nie i cicho, miał z dzie­sięć razy oka­zję rzu­cić się do morza. A skoro byłby już w wodzie, przy swo­ich umie­jęt­no­ściach, z któ­rych sły­nął jako naj­zręcz­niej­szy pły­wak w Mar­sy­lii, mógł był zanur­ko­wać, ujść straży, dostać się do brzegu, uciec i skryć się gdzieś w jakiejś odlud­nej zatoczce, pocze­kać na jakiś genu­eń­ski lub kata­loń­ski sta­tek, dotrzeć do Włoch lub Hisz­pa­nii i stam­tąd napi­sać do Mer­ce­des, aby do niego przy­je­chała. I potra­fiłby zaro­bić na życie, dokąd by go los nie rzu­cił, o to się nie mar­twił: doświad­czo­nych mary­na­rzy zawsze się potrze­buje; mówił zresztą po wło­sku jak Toskań­czyk, po hisz­pań­sku jak dzie­cię Kasty­lii. Żyłby sobie swo­bod­nie i szczę­śli­wie z Mer­ce­des, i z ojcem, bo ojciec musiałby także do niego przy­je­chać. A teraz oto jest więź­niem, zamknię­tym w zamku If - w tym nie­prze­by­tym gma­chu i nie wie, co się dzieje z Mer­ce­des i z ojcem, bo dał się omo­tać sło­wom Vil­le­forta. Można było od tego osza­leć - i Dant?s wił się i tarzał z wście­kło­ści na świe­żej sło­mie, którą przy­niósł dozorca.

Naza­jutrz o tej samej godzi­nie do celi wszedł dozorca.

- No i jak - zapy­tał. - Zmą­drza­łeś pan tro­chę od wczo­raj?

Dant?s nie odpo­wie­dział.

- No, no, nabierz pan tro­chę odwagi - cią­gnął dozorca. - Może potrze­bu­jesz cze­goś, coby ode mnie zale­żało. Mówże pan!

- Chcę roz­ma­wiać z komen­dan­tem.

- Ej - rzekł znie­cier­pli­wiony dozorca - jużem mówił, że to nie­moż­liwe...

- Dla­czego?

- Ponie­waż sto­sow­nie do regu­la­minu więź­niowi nie wolno o to pro­sić.

- A cóż wolno? - zapy­tał Dant?s.

- Jeśli się zapłaci, wolno żądać lep­szego jedze­nia, można też pójść na spa­cer, a cza­sem dostać książki.

- Ksią­żek nie potrze­buję, prze­cha­dzać się nie mam ochoty, a wikt, moim zda­niem, jest dobry; pra­gnę więc tylko jed­nej rze­czy: widzieć się z komen­dan­tem.

- Jak będziesz mnie pan tak nudził, powta­rza­jąc w kółko jedno i to samo, to prze­stanę przy­no­sić jedze­nie.

- Cóż - rzekł Dant?s. - Jak mi nie będziesz przy­no­sił jeść, to umrę z głodu i tyle.

Ton, jakim Dant?s wyrzekł te słowa, prze­ko­nał dozorcę, że jego wię­zień rad by umrzeć. A ponie­waż każdy wię­zień przy­nosi dozorcy przy­naj­mniej dzie­sięć sous na dzień, opie­kun Dant?sa obli­czył szybko, jaką stratę przy­nio­słaby mu jego śmierć i rzekł tonem łagod­niej­szym:

- Słu­chaj no pan; to, czego żądasz, jest nie­moż­liwe; niech pan wię­cej nie prosi, bo nie zda­rzyło się jesz­cze, aby komen­dant przy­cho­dził odwie­dzić więź­nia na jego żąda­nie. Ale jak będziesz pan zacho­wy­wał się spo­koj­nie, pozwolą panu wyjść na spa­cer, i być może kie­dyś spo­tkasz pan pod­czas spa­ceru komen­danta. Wtedy go zacze­pisz, jeśli zechce ci odpo­wie­dzieć - to jego sprawa.

- Jak długo miał­bym cze­kać - rzekł Dant?s - na taką oka­zję?

- Ha! Dia­bli wie­dzą - rzekł dozorca. - Może mie­siąc, trzy mie­siące, pół roku albo i rok.

- To za długo, chcę się z nim widzieć natych­miast.

- Ach, nie daj się pan tak owład­nąć jed­nemu żąda­niu, nie­moż­li­wemu do speł­nie­nia, bo za pięt­na­ście dni możesz osza­leć.

- Tak sądzisz? - rzekł Dant?s.

- Pew­nie, osza­le­jesz pan. To zawsze się tak zaczyna, mamy już jeden przy­kład. Jest tu ksiądz, który obie­cy­wał komen­dan­towi milion, żeby tylko go wypu­ścił, tak że w końcu mózg prze­wró­cił mu się zupeł­nie; miesz­kał tu wła­śnie, w tym pokoju, przed panem.

- A dawno stąd wyszedł?

- Dwa lata temu.

- Uwol­niono go?

- O nie, wpa­ko­wano do lochu.

- Słu­chaj! - rzekł Dant?s. - Ja nie jestem ani księ­dzem, ani waria­tem, chyba że zwa­riuję tutaj. Na moje nie­szczę­ście jestem jesz­cze przy zdro­wych zmy­słach. Chcę ci coś zapro­po­no­wać.

- Co takiego?

- Nie ofia­ruję ci miliona, bo nie był­bym w sta­nie ci go dać, ale dosta­niesz sto duka­tów, jeżeli tylko, kiedy będziesz w Mar­sy­lii, udasz się do osady Kata­loń­czy­ków i oddasz list pew­nej mło­dej panience imie­niem Mer­ce­des; to nawet nie list, dwie linijki.

- Gdy­bym odniósł ten list, nawet jeśli zawie­rałby tylko dwie linijki, a dowie­dziano by się o tym, stra­cił­bym miej­sce, które mi daje pen­sję tysiąca liw­rów na rok, nie licząc róż­nych dodat­ków i wiktu. Rozu­miesz pan, że był­bym wiel­kim głup­cem, gdy­bym nara­żał się na utratę tysiąca liw­rów, aby zyskać trzy­sta.

- A, jeśli tak, to słu­chaj i zapa­mię­taj sobie: jeśli nie oświad­czysz komen­dan­towi, że pro­szę o audien­cję, jeżeli nie odnie­siesz listu do Mer­ce­des albo nie zawia­do­misz jej, że jestem tutaj, to pew­nego dnia zaczaję się na cie­bie za drzwiami i kiedy wej­dziesz, tym stoł­kiem roz­trza­skam ci głowę.

- Gro­zisz pan! - wrza­snął dozorca, cofa­jąc się i przy­bie­ra­jąc obronną pozy­cję. - Wyraź­nie pomie­szało ci się w gło­wie! Ksiądz zaczy­nał tak samo, i za trzy dni odbije panu do reszty jak jemu, i będą ci musieli nało­żyć kaftan. Na szczę­ście my tu w zamku mamy nie­złe loszki!

Dant?s porwał sto­łek i zaczął nim wywi­jać nad głową.

- Dobrze, dobrze - rzekł dozorca. - Kiedy się pan tak upie­rasz, zawia­do­mimy komen­danta.

- Chwała Bogu - rzekł Dant?s, posta­wił sto­łek na ziemi i usiadł, spusz­cza­jąc głowę; oczy miał tak błędne, jakby rze­czy­wi­ście pomie­szały mu się zmy­sły.

Dozorca wyszedł i po chwili wró­cił z czte­rema żoł­nie­rzami i kapra­lem.

- Z roz­kazu komen­danta - rzekł - zej­dziesz pan o pię­tro niżej.

- Do lochu, czy tak? - upew­nił się kapral.

- Do lochu; wariaci powinni sie­dzieć z waria­tami.

Żoł­nie­rze chwy­cili Dant?sa, który wpadł w jakiś rodzaj odrę­twie­nia i poszedł bez oporu za nimi. Zeszli po scho­dach i otwarły się drzwi lochu. Dant?s wszedł, szep­cząc:

- Ma rację, wariaci powinni sie­dzieć z waria­tami.

Drzwi zatrza­snęły się, Dant?s wycią­gnął ręce i jął iść przed sie­bie, póki nie tra­fił na mur. Usiadł w kącie i tak pozo­stał w bez­ru­chu, a jego oczy przy­zwy­cza­jały się powoli do ciem­no­ści, aż wresz­cie zaczął roz­po­zna­wać przed­mioty wokół sie­bie.

Dozorca miał rację: nie­wiele bra­ko­wało, a Dant?s naprawdę by osza­lał.

9. Wieczór zaręczyn

Vil­le­fort, jak to już mówi­li­śmy, powró­cił do pań­stwa de Saint-Méranów, gdzie zastał bie­siad­ni­ków, któ­rych opu­ścił przy stole, w salo­nie, piją­cych kawę. Renata ocze­ki­wała go z nie­cier­pli­wo­ścią, wspólną zresztą całemu towa­rzy­stwu. Dla­tego też przy­jęto go z mie­sza­nymi okrzy­kami.

- I cóż, panie, co głowy ści­nasz, pod­poro kraju, Bru­tu­sie kró­lestw! - zawo­łał ktoś z towa­rzy­stwa. - Cóż się stało? Powiedz pan!

- Czy znów nam ter­ror zagraża? - zapy­tał drugi.

- A może potwór kor­sy­kań­ski wyszedł ze swo­jej jaskini? - dopy­ty­wał się trzeci.

- Pani mar­kizo! Racz pani wyba­czyć - rzekł Vil­le­fort, pod­cho­dząc do przy­szłej teścio­wej - jeśli w tak nagły spo­sób zmu­szony jestem panią opu­ścić... Panie mar­ki­zie, czy nie zechciałby pan zamie­nić ze mną kilka słów na osob­no­ści?

- Ach, widzę, że to rze­czy­wi­ście sprawa poważna - ozwała się mar­kiza, widząc zachmu­rzoną twarz Vil­le­forta.

- Tak poważna, że będę musiał poże­gnać pań­stwa na kilka dni. Widzi pani - dodał, zwra­ca­jąc się do Renaty - że to naprawdę rzecz naj­wyż­szej wagi.

- Jak to! Więc pan wyjeż­dżasz? - zawo­łała Renata, nie mogąc ukryć uczuć, jakie wzbu­dziła w niej ta nie­spo­dzie­wana nowina.

- Nie­stety - odpo­wie­dział Vil­le­roft. - Tak trzeba.

- I gdzież się uda­jesz? - zapy­tała mar­kiza.

- To już jest tajem­nicą urzę­dową, daruj, pani. Jeśli jed­nak ktoś z pań­stwa miałby jakie zle­ce­nie do Paryża, pro­szę powie­dzieć; jeden z moich przy­ja­ciół dziś wie­czór wła­śnie tam wyjeż­dża i chęt­nie to zała­twi.

Goście spoj­rzeli po sobie.

- Chcia­łeś ze mną mówić, panie de Vil­le­fort - przy­po­mniał mar­kiz.

- Tak. Przejdźmy, jeśli pan pozwoli, do pań­skiego gabi­netu.

Mar­kiz ujął Vil­le­forta pod ramię i razem wyszli.

- I co? - zapy­tał w gabi­ne­cie. - Cóż się dzieje? Mówże.

- Dzieją się rze­czy o, jak sądzę, nie­zwy­kłej donio­sło­ści, które zmu­szają mnie do natych­mia­sto­wego wyjazdu do Paryża. Teraz, panie mar­ki­zie, pro­szę daro­wać nie­dy­skretne i obce­sowe pyta­nie: czy masz pan rentę w jakichś papie­rach pań­stwo­wych?

- Cały mój mają­tek ulo­ko­wa­łem w obli­ga­cjach, będzie tego około sześć­set, może sie­dem­set tysięcy fran­ków.

- A więc niech pan je sprzeda, bo stra­cisz wszystko.

- Ależ jak mogę je tutaj sprze­dać?

- Ma pan swo­jego agenta gieł­do­wego, prawda?

- Mam.

- Niech pan mi da list do niego, w któ­rym zle­cisz pan, aby sprze­dał wszystko, nie tra­cąc ni chwili, ni sekundy. Zresztą i tak mogę przy­być za późno.

- Do dia­bła - zatro­skał się mar­kiz. - Nie traćmy więc czasu.

Siadł przy stole i napi­sał list do agenta gieł­do­wego, w któ­rym naka­zy­wał mu sprze­dać obli­ga­cje za każdą cenę.

- Teraz, gdy mam ten list - rzekł Vil­le­fort, skła­da­jąc go sta­ran­nie w port­felu - potrze­buję jesz­cze dru­giego.

- Do kogo?

- Do króla.

- Do króla?

- Tak.

- Ależ ja nie ośmielę się napi­sać tak do Naj­ja­śniej­szego Pana.

- Toteż nie wyma­gam tego wła­ści­wie od pana. Czy mógłby pan popro­sić o to pana de Salvieux? Potrzeba mi takiego listu, za pomocą któ­rego mógł­bym dostać się do króla, omi­ja­jąc wszel­kie for­mal­no­ści zwią­zane z prośbą o audien­cję i nie tra­cąc cen­nego czasu.

- A czy nie możesz pan zwró­cić się do mini­stra spra­wie­dli­wo­ści, który cią­gle bywa w Tuile­riach, i za któ­rego pośred­nic­twem można z łatwo­ścią widzieć się z kró­lem, czy w dzień, czy w nocy?

- Tak, natu­ral­nie, ale nie chciał­bym dzie­lić się z kimś zasługą, bo mam nie lada wia­do­mość. Pan mar­kiz rozu­mie? Mini­ster usu­nąłby mnie do dru­giego rzędu i zdmuch­nąłby mi sprzed nosa cały pro­fit. Powiem panu tylko jedno: mam zapew­nioną karierę, jeśli pierw­szy przy­będę do Tuile­ries, wyświad­czę bowiem taką przy­sługę kró­lowi, że mu to ni­gdy nie pozwoli o mnie zapo­mnieć.

- W takim razie, mój drogi, pakuj manatki, a ja zawo­łam Salvieux i każę mu napi­sać list, który ci otwo­rzy wszyst­kie drzwi.

- Dobrze, ale pro­szę o pośpiech, bo za kwa­drans muszę już być w dyli­żan­sie pocz­to­wym. Bądź pan uprzejmy wytłu­ma­czyć mnie przed panią mar­kizą i panną Renatą, że w takim dniu, choć z głę­bo­kim żalem, ale muszę je opu­ścić.

- Zasta­niesz je pan w moim gabi­ne­cie i możesz się sam z nimi poże­gnać.

- Dzięki sto­krotne. Pro­szę, niech się pan zaj­mie moim listem.

Mar­kiz zadzwo­nił, wszedł lokaj.

- Powiedz hra­biemu de Salvieux, że pro­szę go do sie­bie. A pan idź już - zwró­cił się do Vil­le­forta.

- Dobrze, idę i wra­cam za chwilę.

Vil­le­fort wybiegł; ale w drzwiach przy­szło mu do głowy, że gdyby ujrzano zastępcę pro­ku­ra­tora kró­lew­skiego, jak bie­gnie uli­cami, poru­szy­łoby to całe mia­sto. Poszedł więc dalej zwy­kłym urzę­dowo uro­czy­stym kro­kiem.

Przed drzwiami domu spo­strzegł jakąś postać, która cze­kała na niego w cie­niu jak białe, nie­ru­chome widzia­dło.

Była to piękna Kata­lonka, która nie wie­dząc, co się stało z Edmun­dem, wymknęła się o zmierz­chu z osady, aby dowie­dzieć się sama, dla­czego aresz­to­wano jej uko­cha­nego. Na widok Vil­le­forta ode­rwała się od ściany, o którą się opie­rała, i zastą­piła pro­ku­ra­to­rowi drogę. Dant?s mówił mu o swej narze­czo­nej i Vil­le­fort od razu domy­ślił się, kim jest dziew­czyna. Zdu­miały go jej uroda i dys­tynk­cja, a gdy zapy­tała, co się stało z jej narze­czo­nym, Vil­le­fortowi wydało się przez chwilę, jakby to on był oskar­żo­nym, a ona sędzią.

- Czło­wiek, o któ­rego mnie pytasz, pani, jest wiel­kim prze­stępcą - rzekł nie­cier­pli­wie Vil­le­fort. - Nic nie mogę dla niego zro­bić.

Mer­ce­des zapła­kała, ale gdy Vil­le­fort chciał przejść obok niej, na nowo zastą­piła mu drogę.

- Gdzież więc jest? Żebym mogła się choć dowie­dzieć, czy jesz­cze żyje?

- Nie wiem, nie zaj­muję się już tym - odburk­nął Vil­le­fort.

I zakło­po­tany prze­ni­kli­wym wzro­kiem Mer­ce­des i bła­galną postawą, ode­pchnął ją i wszedł do domu, zatrza­snąw­szy drzwi, jakby chciał zosta­wić za nimi cier­pie­nie, któ­rym tchnęła. Ale nie­ła­two ode­gnać czy­jąś boleść. Uno­simy ją ze sobą, jak czło­wiek zra­niony strzałą śmier­telną, co go dosię­gła. Vil­le­fort zamknął za sobą drzwi, ale przy­szedł­szy do salonu, zachwiał się, wes­tchnął - a raczej zaszlo­chał - i rzu­cił się na krze­sło.

Wtedy na dnie tego cho­rego serca zro­dził się zaczą­tek śmier­tel­nego wrzodu. Ów czło­wiek, któ­rego poświę­cał dla swo­jej ambi­cji, ów nie­winny, co miał ponieść karę za winy jego ojca, sta­nął mu przed oczyma blady i groźny, cią­gnąc za sobą wyrzuty sumie­nia, brzmiące jak dźwięk głu­chy i mono­tonny, wyrzuty, które tylko od czasu do czasu wymie­rzają cios w serce, zada­jąc ból strasz­liwy, a ból taki jątrzy się i pogłę­bia aż do śmierci.

Wów­czas Vil­le­fort zawa­hał się przez chwilę. Prze­cież tym razem ska­zał na doży­wot­nie wię­zie­nie czło­wieka nie­win­nego - nie­win­nego, który miał wkrótce dostą­pić szczę­ścia, i któ­remu odbie­rał więc nie tylko wol­ność, ale i szczę­ście: tym razem nie oka­zał się sędzią, ale katem. Myśląc o tym, czuł w sobie to nie­znane mu dotąd głu­che koła­ta­nie, które opi­sa­li­śmy powy­żej, a które roz­brzmie­wało gdzieś z głę­bin jego duszy i napeł­niało go nie­ja­snym lękiem.

Gdyby w tej chwili w uchu Vil­le­forta zabrzmiał łagodny głos Renaty, pro­szący go o łaskę; gdyby weszła piękna Mer­ce­des i rze­kła: "W imię Boga, który patrzy na nas i sądzi, zwróć mi narze­czo­nego", tak, to czoło pochy­lone pod cię­ża­rem obo­wiązku pochy­li­łoby się jesz­cze bar­dziej i zlo­do­wa­ciała dłoń wycią­gnę­łaby się, by pod­pi­sać roz­kaz uwol­nie­nia Dant?sa bez względu na wszel­kie kon­se­kwen­cje. Żaden jed­nak głos nie ode­zwał się w ciszy, a drzwi otwarły się po to tylko, by wpu­ścić lokaja, który przy­szedł dać znać, że konie pocz­towe już cze­kają.

Vil­le­fort powstał - a raczej zerwał się, jak ten, co zakoń­czył zwy­cię­sko wewnętrzną walkę, pod­biegł do sekre­ta­rzyka, zabrał do kie­szeni złoto z szu­fladki, przez chwilę krę­cił się jesz­cze spło­szony po pokoju, pocie­ra­jąc czoło i mam­ro­cząc coś bez związku; w końcu, gdy poczuł, że słu­żący nało­żył mu na ramiona płaszcz, wyszedł, wsko­czył do powozu i roz­ka­zał jechać na ulicę du Grand Cours, do pań­stwa de Saint-Méranów.

Na nie­szczę­snego Dant?sa zapadł wyrok.

Jak to obie­cał pan de Saint-Méran, Vil­le­fort zastał w gabi­ne­ciku mar­kizę i Renatę. Spo­strze­gł­szy dziew­czynę, zadrżał, bo bał się, że znowu bła­gać będzie go o uwol­nie­nie Dant?sa. Ale nie­stety! Przy­znajmy to, i niech wsty­dzą się ego­iści: piękna dziew­czyna myślała już tylko o wyjeź­dzie narze­czo­nego.

Kochała Vil­le­forta, a Vil­le­fort odjeż­dżał nie­mal w chwili, gdy miał zostać jej mężem, i nie mógł powie­dzieć, kiedy powróci; toteż Renata, zamiast żało­wać Dant?sa, prze­kli­nała w nim tego, który przez swoje zbrod­nie roz­łą­czał ją z uko­cha­nym.

A cóż mogłaby rzec Mer­ce­des!

Na rogu ulicy de La Loge biedna Mer­ce­des spo­tkała Fer­nanda, który na krok jej nie odstę­po­wał; wró­ciła do wio­ski i pół­żywa z roz­pa­czy rzu­ciła się na łóżko. Fer­nand padł przed łóż­kiem na kolana, a że Mer­ce­des nie reago­wała, mógł tulić i okry­wać gorą­cymi poca­łun­kami jej lodo­watą dłoń, gdyż wyda­wała się niczego nie odczu­wać.

Tak minęła noc, lampa zga­sła, gdy zabra­kło wresz­cie oliwy, a Mer­ce­des nie dostrze­gała ciem­no­ści, jak wcze­śniej nie widziała świa­tła; nad­szedł dzień, nie dostrze­gła i słońca. Cier­pie­nie rzu­ciło na jej oczy zasłonę, przez którą widziała tylko Edmunda.

- Ach, jesteś tu! - rze­kła w końcu, zwra­ca­jąc się do Fer­nanda.

- Od wczo­raj nie opusz­cza­łem cię na chwilę - odrzekł Fer­nand z bole­snym wes­tchnie­niem.

Pan Mor­rel zaś nie uwa­żał jesz­cze sprawy za prze­graną. Dowie­dziaw­szy się, że Dant?s został po prze­słu­cha­niu uwię­ziony, pobiegł do wszyst­kich przy­ja­ciół, był u wszyst­kich wpły­wo­wych oso­bi­sto­ści w Mar­sy­lii. Ale roze­szła się już pogło­ska, że mło­dzie­niec został aresz­to­wany jako agent napo­le­oń­ski, wszę­dzie przyj­mo­wano go ozię­ble, udzie­la­jąc wykręt­nych i lękli­wych odpo­wie­dzi lub odma­wia­jąc wprost wsta­wie­nia się za Edmun­dem, albo­wiem w tym cza­sie naj­zu­chwalsi uwa­żali wysiłki Napo­le­ona, pra­gną­cego powró­cić na tron, za sza­leń­cze marze­nia; i pan Mor­rel wró­cił do domu w roz­pa­czy, przy­zna­jąc sam przed sobą, że sprawa jest tak trudna, iż nikt nie zdoła jej zara­dzić.

Cade­ro­usse zda­wał się także nie­spo­kojny i udrę­czony. Zamiast wyjść jak pan Mor­rel, zamiast sta­rać się uczy­nić coś dla Dant?sa, któ­remu zresztą i tak nie­wiele mógłby pomóc, zamknął się w swo­jej izdebce z dwoma butel­kami wina z czar­nych porze­czek, chcąc uto­pić w trunku zmar­twie­nie. Ale w sta­nie ducha, w jakim się znaj­do­wał, dwie butel­czyny nie mogły uśpić mu jasno­ści rozu­mo­wa­nia. Pod­chmie­lił sobie na tyle, że nie mógł wyjść po wię­cej wina, ale za mało, aby to upo­je­nie zatarło wszyst­kie wspo­mnie­nia; sie­dział, wsparł­szy się łok­ciami o kulawy stół, naprze­ciw dwóch pustych bute­lek, i zda­wało mu się, że widzi wokół, jak plą­sają w mdłym bla­sku łojówki wszyst­kie widzia­dła, któ­rymi Hof­f­mann usiał niby czar­nym, fan­ta­stycz­nym kurzem stro­nice swo­ich manu­skryp­tów, wil­got­nych od pon­czu.

Dan­glars tylko nie drę­czył się o nic i nie mar­twił. Dan­glars był nawet wesoły, bo zemścił się na wrogu, zapew­nił sobie na statku sta­no­wi­sko, które już by utra­cił. Dan­glars nale­żał do tych ludzi wyra­cho­wa­nych, co rodzą się z pió­rem za uchem i kała­ma­rzem w miej­sce serca: wszystko na świe­cie spro­wa­dzało się dlań do mno­że­nia lub odej­mo­wa­nia; liczbę cenił wię­cej od czło­wieka, gdy ta liczba mogła powięk­szyć zysk, który czło­wiek był w sta­nie zmniej­szyć.

Dan­glars więc poło­żył się o zwy­kłej porze i spał spo­koj­nie.

Vil­le­fort, otrzy­maw­szy reko­men­da­cję od pana de Salvieux, uca­ło­wał policzki Renaty i dłoń mar­kizy, a także uści­snął rękę mar­kiza i ruszył do Paryża.

Ojciec Dant?sa nie­mal umie­rał z bole­ści i nie­po­koju.

Zaś co do Edmunda - wiemy, co się z nim działo.