1. Powrót do Marsylii
Był dwudziesty czwarty lutego 1815 roku, gdy strażnik dał z wieży Notre
Dame de la Garde sygnał, zapowiadając przybycie trójmasztowca "Faraon",
powracającego ze Smyrny przez Triest i Neapol.
Jak to zazwyczaj bywa w takich razach, z portu natychmiast wyruszył
pilot i opłynąwszy zamek If, przybił do burty statku pomiędzy
przylądkiem Morgion i wyspą Rion. I jak to się znów z reguły dzieje, tak
i tego dnia wały twierdzy Świętego Jana zaroiły się od gapiów; przybycie
bowiem statku jest w Marsylii zawsze wielkim wydarzeniem, a co dopiero
takiego statku jak "Faraon" - zbudowanego, otaklowanego i załadowanego w stoczniach starożytnej Focei, a nade wszystko należącego do jednego z miejscowych armatorów.
A statek zbliżał się tymczasem; przebył już szczęśliwie cieśninę
pomiędzy wyspami Calasareigne i Jaros, powstałą na skutek wstrząsów
wulkanicznych, minął Pom?gue, i choć posuwał się pod rozpiętymi
marslami, kliwrem i bezanem, szedł tak wolno i tak posępny nastrój wokół
roztaczał, że niektórzy wśród widzów, wiedzeni samym przeczuciem,
zastanawiali się, co za nieszczęście mogło ów statek dotknąć. Mimo to
ludzie rozumiejący się na nawigacji twierdzili, że jeśli się coś złego
przytrafiło, to pewnie nie statkowi. Bo chociaż płynął wolno, ale w najlepszym porządku, jak statek pod znakomitym dowództwem. Kotwica była
przygotowana, zluzowano wanty bukszprytu, a obok pilota, który był
gotów, aby wprowadzić żaglowiec w wąskie gardło marsylskiego portu, stał
młody człowiek, o energicznym zachowaniu i bystrym spojrzeniu; bacznie
czuwał nad każdym ruchem statku i powtarzał każdy rozkaz pilota.
Wśród tłumu widzów, na twarzach których malował się ów nieokreślony
niepokój, jeden człowiek szczególnie zdawał się niepokoić i niecierpliwić; nie mogąc się doczekać przybycia statku do portu,
wskoczył prędko do małej łódki i kazał płynąć naprzeciw "Faraona";
przybił doń na wysokości zatoczki Réserve.
Na widok owego człowieka młody marynarz opuścił swoje stanowisko przy
pilocie i z kapeluszem w ręku przystąpił do burty statku.
Był to młodzieniec liczący zaledwie osiemnaście do dwudziestu lat,
słusznego wzrostu, smukły, kruczowłosy, o pięknych czarnych oczach. W całej jego postaci malowały się spokój i energia, właściwa ludziom,
którzy od dzieciństwa przywykli walczyć z niebezpieczeństwami.
- Ach! To pan, panie Edmundzie! - wykrzyknął mężczyzna z łódki. - Cóż
się stało? Skąd ten smutek, który panuje na pokładzie?
- Nieszczęście, wielkie nieszczęście na nas spadło, panie Morrel -
odrzekł młodzieniec. - Nieszczęście, które srogo mnie dotknęło. Tuż pod
Civitavecchia straciliśmy naszego zacnego kapitana Lecl?re'a.
- A ładunek? - zawołał niespokojnie właściciel okrętu.
- Nietknięty, przywieźliśmy go w najlepszym porządku; sądzę, że jeśli o to idzie, będziesz pan zupełnie kontent. Ale biedny kapitan Lecl?re...
- Cóż mu się stało? - spytał właściciel tonem wyraźnie spokojniejszym. -
Cóż się stało zacnemu kapitanowi?
- Nie żyje.
- Czyżby utonął?
- O nie, panie Morrel, umarł na zapalenie mózgu wśród najokropniejszych
cierpień.
Po czym Edmund zwrócił się do swoich ludzi:
- Hej! - zawołał. - Wszyscy na stanowiska, rzucamy kotwicę!
Załoga spełniła rozkaz i ośmiu czy dziewięciu marynarzy, którzy się na
nią składali, rzuciło się w mgnieniu oka do szotów, brasów, fałów, want
i sztagów.
Młody marynarz, rzuciwszy okiem na początek manewru i przekonawszy się,
że rozkazy są należycie spełniane, powrócił do pana Morrela.
- Jakże doszło do tego nieszczęścia? - spytał armator, nawiązując do
przerwanego wątku rozmowy.
- Ach, mój Boże, nigdy byśmy się nie spodziewali. Po długiej rozmowie z komendantem portu w Neapolu kapitan Lecl?re opuścił miasto bardzo
wzruszony: nie minęła doba, a dostał nadzwyczaj mocnej gorączki i w trzy
dni później już umierał... Wyprawiliśmy mu pogrzeb jak należy;
przywiązaliśmy mu do stóp i do głowy dwudziestosześciofuntowe kule i spoczywa teraz owinięty w hamak niedaleko wyspy El Giglio. Wdowie po nim
wieziemy jego Krzyż Legii Honorowej i szpadę. Smutne to - ciągnął
młodzieniec z melancholijnym uśmiechem - walczyć z Anglikami lat
dziesięć, żeby potem umrzeć taką śmiercią, jak lada kto umiera - we
własnym łóżku.
- Cóż chcesz, do diabła, drogi panie Edmundzie - odpowiedział armator,
który wyglądał na niemal zupełnie pocieszonego po tej stracie. - Wszyscy
jesteśmy śmiertelni, a trzeba przecież, żeby starzy ustępowali miejsca
młodym, inaczej trudno byłoby mówić o postępie; ale skoro powiadasz mi,
że ładunek jest...
- W doskonałym stanie, ręczę za to, panie Morrel. Ten rejs przyniesie
panu zapewne dwadzieścia pięć tysięcy franków zysku.
Statek mijał właśnie Basztę Okrągłą.
- Gotować się do zwijania marsli, kliwra i bezanżagla! - zawołał młody
żeglarz. - Żywo!
Rozkaz spełniono z taką szybkością jak na okręcie wojennym.
- Luzuj i zwijaj!
Na tę komendę wszystkie żagle opadły nagle, a statek jął posuwać się do
przodu z wolna, popychany samą już tylko siłą rozpędu.
- Teraz, panie Morrel, racz wejść na pokład - rzekł Dant?s, widząc
niecierpliwość właściciela. - Oto wychodzi z kajuty pański buchalter,
pan Danglars. Udzieli panu wszelkich objaśnień, jakich byś pan nie
zażądał. Co do mnie, muszę dopilnować kotwiczenia i wywiesić znaki
żałoby.
Armator nie kazał sobie powtarzać dwa razy, uchwycił linę okrętową,
którą mu rzucił Dant?s i z nadzwyczajną zręcznością, która nie
przyniosłaby wstydu najwytrawniejszemu majtkowi, wspiął się na pokład po
szczeblach umocowanych na zewnętrznej ścianie pękatego kadłuba. Dant?s
tymczasem wrócił na swoje dawne miejsce, aby nie przeszkadzać rozmowie
armatora i pana Danglarsa, owego człeka, który wyszedł z kajuty na
spotkanie pana Morrela.
Nowo przybyły wyglądał na dwadzieścia pięć do dwudziestu sześciu lat.
Obłudna jego fizys zdradzała, że płaszczył się w obejściu ze
zwierzchnikami, zaś cierpko traktował podwładnych. Piastował stanowisko
agenta kasowego, a że sama ta funkcja budzi wstręt wśród marynarzy,
dlatego zapewne cała załoga okazywała mu tyleż niechęci, co sympatii
wobec Edmunda Dant?sa.
- I cóż, wie pan już zapewne - rozpoczął Danglars - o nieszczęściu?
- Wiem już, wiem. Biedny kapitan Lecl?re, dzielny to był i zacny
człowiek.
- A nade wszystko doskonały marynarz, zestarzał się, patrząc tylko na
niebo i morze, jak przystoi człowiekowi, w którego ręce złożone były
interesy tak znakomitej firmy jak Dom Handlowy Morrel i Syn - odrzekł
Danglars.
- Zdaje mi się jednak - rzekł armator, śledząc wzrokiem Dant?sa - że
niekoniecznie trzeba być starym wilkiem morskim, jak pan twierdzisz, aby
znać dobrze swoje rzemiosło. Oto na przykład nasz drogi Edmund bierze
się do dowodzenia, tak jakby nie potrzebował niczyjej pomocy.
- Zapewne - rzekł Danglars, spoglądając na Dant?sa z ukosa, a w oku
błysnęła mu nienawiść. - Tak, nie podlega to żadnej wątpliwości, młode
to i pewne siebie... Ledwie kapitan zamknął oczy, on natychmiast objął
dowództwo bez niczyjej rady, i zamiast udać się prostą drogą do
Marsylii, półtora dnia stał ze statkiem na Elbie.
- Miał prawo i obowiązek objąć dowództwo statku jako drugi co do stopnia
po zmarłym; że zaś stracił półtora dnia na Elbie, to źle, chyba że
statek potrzebował jakiejś naprawy.
- "Faraon" miał się tak dobrze jak ja, a życzę panu z całego serca
takiego zdrowia jak moje, panie Morrel; straciliśmy półtora dnia, bo po
prostu zachciało mu się pobyć trochę na lądzie i nic więcej.
- Dant?s, pozwól pan tu do nas na chwilę! - zawołał do młodzieńca
armator.
- Proszę wybaczyć - odpowiedział Dant?s - za chwilę będę mógł panu
służyć.
Po czym zwrócił się do załogi:
- Rzucaj!
Kotwica spadła, łańcuch osunął się z brzękiem. Chociaż pilot był nadal
obecny, Dant?s pozostał na stanowisku, póki ten ostatni manewr nie
został ukończony, po czym krzyknął:
- Proporczyk do połowy masztu, spuścić flagę! Skrzyżować reje!
- Uważaj pan - rzekł Danglars. - Słowo daję, on ma się już za kapitana.
- Bo i jest nim - odpowiedział właściciel.
- Tak, brak tylko podpisu pana, panie Morrel, i pańskiego wspólnika.
- Do diabła, dlaczegóż nie mielibyśmy go zatrzymać na tym stanowisku?
Prawda, że młody, ale to chłopak na swoim miejscu i widzę, że
doświadczony z niego żeglarz.
Danglars spochmurniał na moment.
- Przepraszam, panie Morrel - rzekł Dant?s, podchodząc do nich. - Racz
mi wybaczyć; kiedy statek jest już na kotwicy, jestem na pańskie
rozkazy. Zdawało mi się, żeś mnie pan wzywał.
Danglars cofnął się o krok.
- Chciałem cię zapytać, dlaczego zatrzymałeś się na Elbie.
- Właściwie nie wiem. Chciałem tylko wypełnić ostatnią wolę kapitana
Lecl?re'a, który umierając, wręczył mi pakunek dla marszałka Bertranda.
- I cóż? Widziałeś go, Edmundzie?
- Kogo?
- Marszałka.
- Widziałem.
Rozejrzawszy się niespokojnie wkoło, Morrel odprowadził Dant?sa na
stronę.
- Jakże się ma cesarz? - zapytał z ożywieniem.
- Dobrze, jeśli mogę sądzić z tego, co sam widziałem.
- Widziałeś więc i cesarza?
- Wszedł, kiedym był u marszałka.
- Mówiłeś z nim?
- On raczej ze mną rozmawiał - uśmiechnął się Dant?s.
- I cóż ci rzekł?
- Zapytał, kiedy nasz statek wyruszył z Marsylii, jaką płynął drogą,
jaki ma ładunek. Wywnioskowałem, że gdyby był bez ładunku i należał do
mnie, cesarz chętnie by go kupił. Ale powiedziałem, że jestem tylko
zastępcą kapitana, statek zaś jest własnością Domu Morrel i Syn. "Aha! -
zawołał natychmiast - znam tę firmę. Morrelowie to z dziada pradziada
właściciele statków; jakiś Morrel służył w tym samym pułku co i ja w garnizonie w Walencji".
- To prawda, jak Boga kocham! - wykrzyknął uradowany armator. - Wszak to
Polikarp Morrel, mój rodzony wuj, który dochrapał się stopnia kapitana.
Edmundzie, jeśli tylko powiesz pan wujowi, że cesarz go sobie
przypomniał, poczciwy stary zrzęda rozpłacze się z radości, zobaczysz. -
Dobrze - ciągnął dalej, klepiąc młodzieńca po ramieniu - słusznie
zrobiłeś, żeś spełnił rozkazy kapitana Lecl?re'a i zatrzymał się na
Elbie, chociaż gdyby wiedziano, że zanosiłeś jakąś paczuszkę do
marszałka i mówiłeś z cesarzem, mogłoby cię to narazić na podejrzenia.
- Ale z jakiej przyczyny, panie Morrel? - spytał Dant?s. - Czyż ja wiem,
co było w tym pakunku? Cesarz zaś mógł zadać takie same pytania
pierwszemu lepszemu marynarzowi. Ale przepraszam pana raz jeszcze -
rzekł nagle Dant?s - zbliżają się do nas służba sanitarna i celnicy, pan
pozwoli...?
- Dobrze, mój drogi Edmundzie, rób, co trzeba.
Młodzieniec oddalił się, a na jego miejsce przybliżył się Danglars.
- I cóż? - zapytał. - Zdaje się, że musiał się dobrze tłumaczyć z postoju w Portoferraio?
- Owszem, podał najistotniejsze powody, kochany panie Danglars.
- O, tym lepiej. Nie uwierzy pan, jak przykro myśleć, że kolega nie
spełnia swych obowiązków.
- Dant?s wykonał to, co do niego należało - odpowiedział armator. - Nie
mam mu nic do zarzucenia. Postój miał miejsce na polecenie kapitana
Lecl?re'a.
- Jeśli już mowa o kapitanie, czy Dant?s nie oddał ci od niego żadnego
listu?
- Mnie? Nie. Miał więc jakiś list?
- Zdawało mi się, że prócz paczki kapitan wręczył mu list.
- O jakiejże to paczuszce mówisz, panie Danglars?
- Ależ o tej, którą Dant?s oddał w Portoferraio.
- Skąd pan wiesz, że miał tam oddać jakąś paczkę?
Danglars zarumienił się.
- Przechodziłem właśnie obok kajuty kapitana i przez półuchylone drzwi
zauważyłem, jak oddawał Dant?sowi pakunek i list.
- O liście nic mi nie mówił - odrzekł właściciel. - A jeśli ma dla mnie
jakąś wiadomość, z pewnością mi ją doręczy.
Danglars zamyślił się na chwilę.
- Panie Morrel, bardzo pana proszę, abyś mu o tym nie wspominał;
przecież mogłem się pomylić.
W tejże chwili nadszedł Dant?s, a Danglars znowu się oddalił.
- Cóż, Dant?s, wszystko już załatwione? - zapytał Morrel.
- Tak, panie Morrel.
- Jakoś niedługo trwały te formalności.
- A nie. Oddałem celnikom spis naszych towarów, a z komory celnej
przysłano do nas człowieka, który przyjechał razem z pilotem. Wręczyłem
mu nasze dokumenty.
- Więc jesteś już pan wolny?
Dant?s obejrzał się wokół.
- Tak, wszystko jest w porządku.
- No to może zjesz pan z nami dziś obiad?
- Proszę mi darować, panie Morrel, ale choć to dla mnie ogromny
zaszczyt, muszę najpierw powitać ojca.
- Słusznie, moje dziecko. Znałem cię zawsze jako dobrego syna.
- A mój ojciec... - zapytał Dant?s z pewnym wahaniem - nie wie pan, jak on
się miewa?
- Myślę, że dobrze, chociaż przyznam ci się, mój Edmundzie, żem go dawno
nie widział.
- A tak, on nie wychodzi prawie ze swego pokoiku.
- To dowodzi, że mu nic nie brakowało w czasie twojej nieobecności.
Dant?s uśmiechnął się.
- Mój ojciec jest tak dumny, że gdyby nawet nic już nie miał, nikogo by
w świecie nie poprosił o pomoc, chyba Boga jednego.
- Dobrze, ale potem możemy się spodziewać, że przyjdziesz?
- Och, znów proszę pana o wybaczenie. Po tych odwiedzinach muszę jeszcze
do kogoś pójść, i tam również serce mi się wyrywa.
- Ach, prawda! Prawda. Zapomniałem na śmierć, że w wiosce katalońskiej
pewna osoba oczekuje na pana z taką jak pański ojciec niecierpliwością,
śliczna Mercedes...
Dant?s uśmiechnął się.
- Ach, nie dziwię się teraz - rzekł pan Morrel - dlaczego tu
przychodziła pytać ze trzy razy, czy nie ma wiadomości o "Faraonie".
Tam, do diabła! Powodzi się panu, drogi Edmundzie, piękną masz kochankę!
- To nie moja kochanka - odpowiedział z powagą Dant?s - ale narzeczona.
- Wszystko to jedno, kochanka, narzeczona - uśmiechnął się właściciel
statku.
- Dla nas nie, panie Morrel.
- Dobrze, idź już, idź, kochany Edmundzie, nie zatrzymuję cię dłużej.
Dosyć się napilnowałeś moich interesów, załatwiajże teraz swoje sprawy.
Może ci trzeba pieniędzy?
- Nie, dziękuję, oszczędziłem sobie dosyć w czasie podróży, mam całą
trzymiesięczną gażę.
- Jesteś porządnym chłopcem, Edmundzie.
- Pan wie, że mój ojciec jest ubogi - odpowiedział Dant?s.
- O, wiem, wiem, żeś dobry syn jak rzadko, spieszże więc do ojca. Ja
także mam syna i nie byłbym bardzo zobowiązany temu, kto by go chciał
zatrzymać z dala ode mnie po trzymiesięcznej podróży.
- Żegnam więc pana - odrzekł młodzieniec, kłaniając się.
- Bywaj zdrów - jeśli mi nic więcej nie masz do powiedzenia.
- Nie.
- Kapitan Lecl?re nie poruczył ci przed śmiercią żadnego listu do mnie?
- Nie był już w stanie nic pisać, ale... Ach, dobrze, że nie zapomniałem.
Chciałem prosić pana o dwa tygodnie urlopu.
- Chcesz się zapewne żenić?
- Tak... a potem muszę wyjechać do Paryża.
- Dobrze, dobrze! Jedź pan na tyle, na ile zechcesz! Wyładowanie statku
zabierze najmniej sześć tygodni, więc dopiero za trzy miesiące będzie
mógł wyjść w morze... Ale trzeba, żebyś pan był z powrotem przed upływem
tego czasu. "Faraon" - dodał, kładąc dłoń na ramieniu młodego żeglarza -
nie może wypłynąć bez kapitana.
- Bez kapitana! - zawołał Dant?s i oczy zaiskrzyły mu się radością. - Na
Boga, zważ pan dobrze na to, coś wyrzekł, bo zdaje mi się, że odgadujesz
moje najskrytsze marzenia. Czyżby miał pan rzeczywiście zamiar mianować
mnie kapitanem "Faraona"?
- Gdyby to ode mnie samego zależało, podałbym ci rękę, mój drogi
Edmundzie i powiedział: "Jesteś kapitanem". Ale mam wspólnika, a znasz
włoskie przysłowie: "Kto ma wspólnika, ma naczelnika". Ale połowa drogi
już za nami, albowiem z dwóch potrzebnych głosów jeden już masz. Spuść
się zresztą na mnie, jeżeli chodzi o drugi, postaram się zrobić
wszystko, abyś go uzyskał.
- O! Panie Morrel! - zawołał młody marynarz, ze łzami w oczach ściskając
ręce armatora. - Dziękuję panu w imieniu mojego ojca i Mercedes.
- Spokojnie, drogi Edmundzie! Dobry Bóg na niebie od tego jest, do
diabła, aby trzymać w swej opiece zacnych ludzi! Biegnij już do ojca, do
swojej Mercedes, a potem zajdź i do mnie.
- Pozwoli pan, bym go odwiózł na ląd?
- Nie potrzeba, dziękuję; zostanę tutaj, żeby rozliczyć się z Danglarsem. Czy byłeś pan z niego kontent w czasie podróży?
- Zależy, co pan przez to pytanie pojmuje. Jako towarzysz... hm... nie byłem
zadowolony, wiem, że mnie nie lubi, szczególnie od chwili, kiedy po
jakiejś małej sprzeczce popełniłem wielką niedorzeczność i zaproponowałem krótki postój na wyspie Monte Christo, aby tam w ciągu
dziesięciu minut zakończyć w sposób ostateczny nasz spór. Głupstwo
zrobiłem, żem go wyzwał, on zaś postąpił jak najsłuszniej, sprzeciwiając
się temu. Jeśli natomiast pytasz pan, co sądzę o nim jako o buchalterze,
myślę, że będziesz pan kontent z jego pracy, pełni swoje obowiązki
nadzwyczaj gorliwie.
- Ale powiedz mi - pytał dalej armator - gdybyś został kapitanem statku,
zatrzymałbyś chętnie Danglarsa?
- Zarówno jako kapitan, jak i jego zastępca umiałbym szanować każdego,
kto posiada zaufanie moich przełożonych.
- Doskonale, Edmundzie, widzę, żeś pod każdym względem prawy człowiek.
Nie zatrzymuję cię dłużej, idź, bo widzę, że stoisz jak na rozżarzonych
węglach.
- Jak więc będzie z moim urlopem?
- Ależ jedź sobie, powtarzam.
- Czy pożyczy mi pan łódkę?
- Bierz.
- Do widzenia, panie Morrel, tysiąckroć dziękuję.
- Do widzenia, drogi Edmundzie, wszystkiego dobrego!
Marynarz wskoczył do łodzi, siadł na rufie i rozkazał płynąć do
Cannebi?re. Dwaj majtkowie rzucili się natychmiast do wioseł i łódź
pomknęła tak prędko, jak to tylko było możliwe w wąskiej uliczce, którą
tworzyły dwa szeregi statków, prowadzącej od wejścia do portu aż do
nabrzeża orleańskiego, a zapchanej gęsto niezliczoną liczbą barek.
Morrel z uśmiechem na ustach odprowadził Dant?sa oczyma aż do brzegu;
widział go jeszcze, jak przybił do brzegu, wyskoczył na kamienne płyty
nabrzeża i znikł natychmiast w barwnym tłumie. Od piątej rano do
dziewiątej wieczór mrowi się na tej słynnej ulicy Cannebi?re, z której
tak są dumni dzisiejsi Focejczycy, że powiadają o niej z najzimniejszą
krwią i owym specyficznym akcentem, nadającym tak wyjątkowy charakter
ich mowie, że "gdyby Paryż miał swoją Cannebi?re, mógłby się zwać małą
Marsylią".
Odwróciwszy się, armator spostrzegł stojącego obok Danglarsa, który z pozoru zdawał się oczekiwać na jego rozkazy, a w rzeczywistości sam
śledził wzrokiem młodego marynarza.
Jakże wielka była różnica w wyrazie oczu tych dwóch ludzi,
spoglądających na tego samego człowieka.
10. Gabinecik w Tuileriach
Zostawmy Villeforta na trakcie do Paryża, po którym pędził jak strzała,
płacąc za potrójne zaprzęgi i wejdźmy, mijając kilka większych salonów,
do owego słynnego gabineciku z łukowatym oknem: upodobali go sobie
Napoleon I, następnie Ludwik XVIII, a dziś Ludwik Filip. W tym to
gabinecie król Ludwik XVIII, siedząc przy orzechowym stoliku, który
sobie sprowadził z Hartwell - a lubił go niezmiernie (było to jedno z dziwactw, jakie zdarzają się wielkim tego świata) - słuchał dość
nieuważnie słów pięćdziesięcioletniego mężczyzny o siwych włosach,
szlachetnej postawie i nienagannie ubranego i notował coś na marginesie
tomu Horacego (w niezbyt poprawnym, choć cenionym wydaniu Gryphiusa),
który miał swój udział w formułowanych przez króla przenikliwych uwagach
filozoficznych.
- Mówisz więc pan... - rzekł król.
- Że jestem bardzo niespokojny, Najjaśniejszy Panie.
- Doprawdy? Widziałeś więc pan we śnie siedem krów tłustych i siedem
chudych?
- Nie, Najjaśniejszy Panie, bo to zapowiadałoby tylko siedem lat
żyznych, a siedem głodu, a za panowania tak przewidującego króla, jak
Najjaśniejszy Pan, nie musimy lękać się głodu.
- Jakaż więc inna czeka nas plaga, kochany panie Blacas?
- Najjaśniejszy Panie, sądzę... i mam wszelkie prawo, aby tak sądzić, że
od południa zbiera się burza...
- No, mój kochany hrabio - odrzekł Ludwik XVIII - widzę, że źle pana
poinformowano, bo ja wiem z całą pewnością, że tam teraz pogoda
najpiękniejsza pod słońcem.
Jakkolwiek Ludwik XVIII był człowiekiem dowcipnym, lubił banalne
żarciki.
- Czy Najjaśniejszy Pan nie raczyłby posłać, ot tak - aby uspokoić
wiernego sługę, kilku zaufanych ludzi do Langwedocji, Prowansji i Delfinatu, aby przekonali się o nastrojach wśród tamtejszej ludności?
- Canimus surdis - odrzekł król, nie przestając robić notatek na
marginesie Horacego.
- Sire - odpowiedział dworak z uśmiechem, udając, że zrozumiał hemistych
poety z Wenuzji. - Wasza Królewska Mość ma zapewne słuszność, polegając
na poddanych, ale obawiam się, że nie mylę się całkiem, spodziewając się
jakichś rozpaczliwych prób...
- Z czyjej strony?
- Ze strony Bonapartego, a przynajmniej jego stronników.
- Kochany Blacas, z pańskimi obawami nie dajesz mi pan pracować.
- A spokój Najjaśniejszego Pana nie daje mi zasnąć.
- Chwileczkę, hrabio. Przyszła mi do głowy wspaniała myśl na temat
Pastor quum traheret, niech tylko skończę, a będziesz pan mówił dalej.
Nastała chwila milczenia, w czasie której Ludwik XVIII zapisał maczkiem
nową uwagę na marginesie Horacego; po czym rzekł:
- Mów teraz, drogi hrabio. - I powstał z zadowoloną miną człowieka,
który sądzi, że wpadł na nową myśl, a nie na komentarz do cudzej idei. -
Mów dalej, słucham.
- Najjaśniejszy Panie - rzekł Blacas, który miał przez chwilę nadzieję,
że przejmie dla siebie profit z wieści przyniesionych przez Villeforta.
- Muszę uprzedzić Waszą wysokość, że to niezwyczajne, nieoparte na
niczym pogłoski, gadanie na wiatr, które mnie zaniepokoiło. Właśnie
przybył pocztowymi końmi człowiek rozsądny, godny zaufania, któremu
powierzyłem czuwanie nad południową częścią kraju - (hrabia wymówił te
słowa z pewną trudnością). - Przybył po to, aby powiedzieć mi: "Królowi
grozi wielkie niebezpieczeństwo". Dlatego przybiegłem co sił, sire.
- Mala ducis avi domum - czytał Ludwik XVIII, notując dalej.
- Czy Wasza Królewska Mość zakazuje mi nastawać dłużej na ten temat?
- Bynajmniej, kochany hrabio. Ale sięgnij pan ręką na lewo...
- Tu, sire?
- Mówię panu na lewo, a pan szuka na prawo! Miałem na myśli: na lewo ode
mnie. Brawo, trafiłeś pan. Musi tam być raport ministra policji z wczorajszą datą... O, ale proszę, oto i pan Dandré we własnej osobie...
Powiedziałeś wszak, że to pan Dandré? - zwrócił się król do kamerdynera,
który właśnie zaanonsował ministra policji.
- Tak, Najjaśniejszy Panie, pan baron Dandré - powtórzył kamerdyner.
- Słusznie, baron - podjął Ludwik z niemal niedostrzegalnym uśmiechem. -
Niech pan wejdzie, baronie, i opowie hrabiemu wszystko, co tylko wiesz
nowego o panu Bonapartem. Nie kryj nic przed nami, choćby sytuacja była
najcięższa. Przekonajmy się, czy wyspa Elba jest wulkanem, z którego
wybuchnie wojna gorąca i sroga: bella, horrida bella?
Pan Dandré zakołysał się z gracją, wsparty dłońmi o oparcie fotela.
- Czy Najjaśniejszy Pan - rzekł - czy raczył przejrzeć raport
wczorajszy?
- Tak, ale powtórz pan to sam hrabiemu, co tam było, bo go nie może
znaleźć. Opowiedz mu, co uzurpator robi na wyspie.
- Panie hrabio - rzekł baron. - Wszyscy wierni słudzy Jego Królewskiej
Mości powinni się cieszyć z najświeższych nowin dochodzących z Elby.
Bonaparte...
Tu spojrzał na Ludwika XVIII, który zajęty swoimi notatkami ani się
obejrzał.
- Bonaparte - mówił dalej baron - nudzi się śmiertelnie; spędza całe dni
na doglądaniu pracy górników w Porto Longone.
- I co rusz się drapie, aby się trochę rozerwać - rzekł król.
- Drapie się - zdumiał się hrabia. - Co Najjaśniejszy Pan ma na myśli?
- Ależ tak, drogi hrabio. Czyżby zapomniał pan, że ten wielki człowiek,
ten heros, ten półbóg jest dotknięty chorobą, która go wprost pożera,
zwaną prurigo?
- Powiem więcej, panie hrabio - dorzucił minister policji - jesteśmy
prawie pewni, że uzurpatorowi wkrótce pomiesza się rozum.
- Pomiesza się rozum?
- I to zupełnie. Już teraz bzikuje. Czasem płacze gorącymi łzami, to
znowu śmieje się na całe gardło; czasem całe godziny spędza nad brzegiem
morza, puszczając kaczki, a kiedy kamyk odbije się pięć lub sześć razy,
kontent jest tak, jakby wygrał znowu bitwę pod Marengo lub Austerlitz;
czyż to nie są wyraźne symptomy szaleństwa?
- Albo też mądrości, panie baronie, może mądrości - rzekł Ludwik XVIII,
śmiejąc się. - Bo przecież kaczki puszczali z upodobaniem wielcy
wodzowie starożytności. Przeczytaj pan u Plutarcha życie Scypiona
Afrykańskiego.
Pan de Blacas popadł w głęboką zadumę nad niefrasobliwością tych dwóch
osobistości. Villefort nie powiedział mu wprawdzie wszystkiego, nie
chcąc pozwolić, by kto inny skorzystał na jego nowinach, ale wyjawił
jednak dość, aby zaniepokoić ministra.
- Tyle wystarczy, panie baronie - odezwał się Ludwik XVIII - widzisz
przecież, że pan Blacas nie chce się dać przekonać. Lepiej powiedz, jak
tam z nawróceniem uzurpatora?
- Nawrócenie uzurpatora? - szepnął hrabia, patrząc to na króla, to na
pana Dandré, którzy rozmawiali w tak nierzeczywisty sposób, jak
sielankowi pasterze Wergiliusza.
- Tak, panie hrabio! - odparł minister z najpoważniejszą w świecie miną.
- Napoleon dokonywał ostatnio przeglądu wojsk i gdy kilku wiarusów, jak
ich sam nazywa, zdradziło się z chęcią powrotu do Francji, zwolnił ich
ze służby i przypomniał, aby służyli prawowitemu królowi. Tak
powiedział, panie hrabio, jestem tego całkowicie pewien.
- I cóż pan o tym myśli, Blacas? - zapytał triumfująco król, porzucając
na chwilę wertowanie grubego tomu komentarzy, który leżał przed nim.
- Myślę, Najjaśniejszy Panie, że albo minister policji myli się, albo
mylę się ja. Ponieważ jednak jest niemożliwe, aby pan minister policji,
strzegący bezpieczeństwa i honoru Waszej Królewskiej Mości, mógł być w błędzie, to ja zapewne się omyliłem. Przecież, będąc na miejscu Waszej
Królewskiej Mości, wybadałbym osobę, o której wspomniałem; a ja będę
nawet nalegał, aby Wasza Królewska Mość wyświadczył jej tę łaskę.
- Bardzo chętnie, hrabio; za pańskim wstawiennictwem przyjmę, kogo
zechcesz, ale chcę przyjąć go z orężem w ręku. Panie ministrze, czy nie
masz pan nowszego raportu, bo ten jest z dwudziestego lutego, a dziś
mamy czwarty marca.
- Nie mam, Najjaśniejszy Panie, ale oczekuję go lada moment. Wyszedłem
rano; być może w czasie mojej nieobecności coś przyszło.
- Idź więc pan do prefektury, a jeśli nie ma raportu... to cóż... - mówił
dalej z uśmiechem Ludwik XVIII. - To go pan wysmaż, przecież tak to się
u was robi?
- O, Najjaśniejszy Panie - zaoponował minister. - Dzięki Bogu nie
potrzebujemy tu nic wymyślać; co dzień nasze biurka usłane są
szczegółowymi denuncjacjami, które są dziełem całego tłumu hołyszów,
liczących na wdzięczność za usługi, których naprawdę nie oddają, ale
które pragnęliby oddawać. Mówią coś na chybił trafił i mają nadzieję, że
pewnego dnia ich przepowiednie nagle się urzeczywistnią.
- Idź więc, mój panie - rzekł Ludwik XVIII - i pamiętaj, że czekam tu na
ciebie.
- Pójdę, Najjaśniejszy Panie, i za dziesięć minut wracam.
- A ja, sire - rzekł Blacas - idę po mojego wysłannika.
- Ale nie spiesz się tak pan, nie spiesz - rzekł król. - Doprawdy, chyba
muszę zmienić panu herb. Dam panu orła z rozpostartymi skrzydłami
trzymającego w szponach ofiarę, która na próżno usiłuje uciec.
- Słucham, Najjaśniejszy Panie - rzekł Blacas, gryząc z niecierpliwości
palce.
- Chciałbym się pana poradzić w tym miejscu: Molli fugies anhelitu.
Wiesz pan naturalnie, że tu chodzi o jelenia ściganego przez wilka.
Przecież jest pan myśliwym i wielkim łowczym? Co pan myśli o tym molli
anhelitu?
- To wyborne, Najjaśniejszy Panie. Ale pozwolę sobie zauważyć, że
podobny do owego rączego jelenia jest mój wysłannik, bo zrobił dwieście
mil drogi dyliżansem pocztowym, i to zaledwie w trzy dni!
- Tyle trudów i starań, mój kochany hrabio; a czy nie mamy telegrafu,
który w kilka godzin udziela wiadomości, i przy tym wcale się nie
zmęczy?
- Najjaśniejszy Panie, czy tak nagradzasz człowieka, który przybywa z tak daleka i z takim poświęceniem, aby ci przekazać pożyteczną
informację? Racz go, Najjaśniejszy Panie, przyjąć, choćby przez wzgląd
na pana de Salvieux, który mi go polecił.
- Pan de Salvieux, szambelan mego brata?
- Ten sam.
- Rzeczywiście, przecież mieszka w Marsylii.
- Właśnie stamtąd pisze do mnie.
- Czy wspomina ci coś o tym spisku?
- Nie, poleca tylko moim względom pana de Villeforta i prosi, abym mu
wyjednał audiencję u Waszej Królewskiej Mości.
- Pan de Villefort! - zawołał król. - Ten wysłannik nazywa się
Villefort?
- Tak, sire.
- Czemużeś mi od razu nie wymienił jego nazwiska? - spytał król,
okazując po raz pierwszy niepokój.
- Sire, nie myślałem, że to nazwisko jest znajome Najjaśniejszemu Panu.
- O, tak, znam go dobrze, kochany Blacas, to człowiek poważny,
kształcony, a nade wszystko ambitny; i, do licha, znasz pan przecież
jego ojca!
- Jego ojca?
- Tak, to Noirtier.
- Noirtier żyrondysta? Noirtier senator?
- Ten sam.
- I Wasza Królewska Mość przyjął na swe usługi syna takiego człowieka?
- Kochany hrabio, mówiłem, że Villefort to karierowicz; aby dopiąć celu,
poświęci własnego ojca.
- A więc mam go wprowadzić?
- Natychmiast, hrabio. Gdzież on jest?
- Czeka na mnie zapewne na dole, w moim powozie.
Hrabia wyszedł żywo jak młodzieniec, zapał, z jakim spełniał swoje
obowiązki wobec monarchii, zdawał się ujmować mu z dwadzieścia lat.
Ludwik XVIII pozostał sam, a przenosząc wzrok na otwarty tom Horacego,
wyszeptał:
- Iustum et tenacem propositi virum.
Pan Blacas wrócił z tą samą szybkością, z jaką wypadł z gabinetu; ale w przedpokoju zmuszony był powołać się na autorytet królewski. Zakurzone
ubranie Villeforta, ubranie, w którym nie było nic, co zgadzałoby się z wymogami etykiety, zdenerwowało pana de Brézé, zdziwionego, że ten młody
człowiek miał zamiar stanąć przed królem w takim stroju. Hrabia usunął
wszystkie te trudności, rzekłszy tylko: "Rozkaz króla" i pomimo kilku
jeszcze zastrzeżeń, jakie wysuwał mistrz ceremonii, Villefort został
wprowadzony.
Król siedział na tym samym miejscu, gdzie go zostawił hrabia. Otwarłszy
drzwi, Villefort stanął naprzeciw króla i ulegając pierwszemu odruchowi,
zatrzymał się.
- Niech pan wejdzie, panie de Villefort - rzekł król.
Villefort skłonił się i postąpił kilka kroków, czekając, aż król odezwie
się pierwszy.
- Panie de Villefort - ciągnął Ludwik XVIII - hrabia de Blacas mi
donosi, że pan masz mi coś ważnego do powiedzenia.
- Najjaśniejszy Panie, hrabia ma słuszność, i mam nadzieję, że Wasza
Królewska Mość sam to przyzna.
- Przede wszystkim, czy zło jest pańskim zdaniem tak wielkie, jak mi je
przedstawiano?
- Najjaśniejszy Panie, sądzę, że jest bliskie, ale mam nadzieję, że
dzięki mojemu pośpiechowi uda się mu zapobiec.
- Opowiedz mi pan wszystko dokładnie - rzekł król, zaczynając ulegać
wzburzeniu, które tak zmieniło twarz pana de Blacasa i czyniło drżącym
głos Villeforta. - Mów, a przede wszystkim proszę cię, zaczynaj ab
ovo; lubię, aby wszędzie panował porządek.
- Najjaśniejszy Panie, przedstawię wierne sprawozdanie z całej sprawy,
ale proszę Waszej Królewskiej Mości o pobłażliwość, jeśli moje słowa
wydadzą się czasem niejasne, co spowodowane będzie jedynie
onieśmieleniem, w jakim się znajduję.
Villefort sprawdził jednym rzutem oka, że to zręczne pochlebstwo
zapewniło mu przychylność znakomitego słuchacza i mówił dalej:
- Najjaśniejszy Panie, przybyłem do Paryża, jak mogłem najprędzej, aby
powiadomić Waszą Królewską Mość, że w ramach moich czynności urzędowych
odkryłem zamach, zamach prawdziwy - nie jeden z owych zwyczajnych
spisków bez następstw, jakie codziennie knują motłoch albo wyrzutki z armii - ale prawdziwa burza zagrażająca tronowi Waszej Królewskiej
Mości! Najjaśniejszy Panie, uzurpator uzbroił trzy okręty; ma jakiś
plan, być może zupełnie absurdalny, ale niemniej przez to straszliwy. W tej chwili opuścił już zapewne Elbę i zmierza, nie wiem, gdzie - ale
będzie na pewno chciał wylądować albo w Neapolu, albo w Toskanii, albo
nawet we Francji. Wasza Królewska Mość wie z pewnością, że pan Elby
utrzymuje nadal stosunki z Włochami i Francją?
- O, wiem, mój panie, wiem - rzekł król, wyraźnie poruszony. - Niedawno
doniesiono mi, że na ulicy Saint-Jacques odbywają się zebrania
bonapartystów. Mów pan jednak dalej, skąd masz te wszystkie szczegóły?
- Najjaśniejszy Panie, zebrałem te informacje, przesłuchując pewnego
mieszkańca Marsylii, którego kazałem śledzić już od dłuższego czasu i którego aresztowałem w dniu mojego wyjazdu; człowiek ten, marynarz i niespokojny duch, podejrzany dawno o bonapartyzm, był potajemnie na
Elbie. Widział się z marszałkiem, odebrał od niego ustne zlecenie do
jakiegoś bonapartysty w Paryżu, którego nazwiska nie mogłem od niego w żaden sposób wyciągnąć. Treść tej wiadomości zalecała przygotowywać
umysły na pewny i rychły (Najjaśniejszy Pan zwróci uwagę, że są to słowa
oskarżonego) powrót Napoleona.
- Gdzież jest ten człowiek? - zapytał Ludwik XVIII.
- W więzieniu, Najjaśniejszy panie.
- Uważasz więc pan tę sprawę za poważną?
- Tak poważną, sire, że choć dowiedziałem się o tym zdarzeniu podczas
rodzinnej uroczystości, w dzień moich zaręczyn, porzuciłem wszystko,
narzeczoną, przyjaciół, odłożyłem wszystko na później, aby złożyć Waszej
Królewskiej Mości świadectwo moich obaw i dowód prawdziwego oddania.
- Prawda - odrzekł Ludwik XVIII. - Wszak podobno projektowano pańskie
małżeństwo z panną de Saint-Méran?
- Córką najwierniejszego sługi Waszej Królewskiej Mości.
- Tak, tak, ale wróćmy do spisku.
- Najjaśniejszy Panie, obawiam się, że to nie spisek - to prawdziwe
sprzysiężenie.
- Zamach w tym czasie - rzekł Ludwik XVIII z uśmiechem - łatwo
zaplanować, ale trudniej doprowadzić do skutku, choćby dlatego tylko, że
odzyskawszy niemalże wczoraj tron naszych przodków, czujnym okiem
spoglądamy zarówno na przeszłość, jak na teraźniejszość i przyszłość. Od
dziesięciu miesięcy moi ministrowie wzmacniają straż nad brzegami Morza
Śródziemnego. Gdyby Bonaparte wylądował w Neapolu, cała Koalicja
zerwałaby się na równe nogi, zanim by doszedł do Piombino; gdyby
wylądował w Toskanii, wysiadłby na wrogą mu ziemię, gdyby zaś wylądował
we Francji, miałby przecież tylko garstkę ludzi i łatwo byśmy go
pokonali, skoro jest tak znienawidzony przez ludność. Przestań się więc
pan trapić, ale pamiętaj, że możesz i tak liczyć na naszą wdzięczność.
- Ach! Otóż i minister policji! - zawołał hrabia Blacas.
I rzeczywiście, w tejże chwili ukazał się na progu minister policji,
blady i drżący; mrużył powieki, jakby poraziło go nagłe światło.
Villefort postąpił ku drzwiom, ale zatrzymał go pan de Blacas, ściskając
znacząco za rękę.
11. Potwór korsykański
Na widok tak wzburzonego ministra Ludwik XVIII odepchnął gwałtownie
stół, za którym siedział.
- Cóż się z panem dzieje, baronie? - zawołał. - Wydajesz się straszliwie
poruszony! Czyżby twoje niepokój i pomieszanie miały jakiś związek z tym, co mi mówił pan de Blacas, a co właśnie potwierdził pan de
Villefort?
Pan de Blacas podbiegł także do barona, ale lęk, jaki odczuwał, będąc
dworakiem, nie pozwalał mu na radość z triumfu własnych racji; w takich
okolicznościach wolałby bez wątpienia dać się upokorzyć prefektowi
policji aniżeli go zgnębić.
- Sire... - wyjąkał baron.
- No i cóż, mów pan - odezwał się Ludwik.
Minister policji rzucił się w rozpaczy do stóp monarchy, który marszcząc
brew, cofnął się o krok.
- Ach, Najjaśniejszy Panie! Okropne nieszczęście! Zasługuję tylko na
politowanie!
- Mój panie - rzekł Ludwik XVIII - mów pan wreszcie!
- Otóż, Najjaśniejszy Panie, uzurpator dwudziestego szóstego lutego
opuścił Elbę, a pierwszego marca wylądował.
- Gdzie? - zagadnął żywo król.
- We Francji, Najjaśniejszy Panie, w małym porcie niedaleko Antibes, w zatoce Juan.
- Pierwszego marca uzurpator ląduje we Francji, niedaleko Antibes, w zatoce Juan, o dwieście pięćdziesiąt mil od Paryża, a pan otrzymujesz tę
wiadomość dopiero trzeciego marca! Ech, panie, to co mi pan tu mówisz,
to niemożliwe, albo ci dostarczono fałszywy raport, alboś pan oszalał.
- Niestety, Najjaśniejszy Panie, to wszystko prawda.
Ludwik XVIII zerwał się z trudnym do opisania gniewem i przestrachem,
jakby ten niespodziany cios ugodził go razem w serce i w policzek.
- We Francji! Uzurpator we Francji! Więc nie pilnowano wcale tego
człowieka? Albo też kto wie, może mu sprzyjano?
- Ach, Najjaśniejszy Panie! - zawołał hrabia de Balcas. - Pan minister
nie jest kimś, kogo można by posądzać o zdradę. My wszyscy,
Najjaśniejszy Panie, byliśmy ślepi, a on podzielił tylko to ogólne
zaślepienie, i ot, cały powód.
- Ale... - rzekł Villefort, potem nagle wstrzymał się i dodał: - Ach,
Najjaśniejszy Panie, przebacz mi zbytnią gorliwość, Niech mi Wasza
Królewska Mość daruje.
- Mów pan, mów śmiało - rzekł Ludwik XVIII. - Ty jeden uprzedziłeś nas o nieszczęściu, pomóż więc teraz mu zaradzić.
- Najjaśniejszy Panie - rzekł Villefort. - Uzurpatora nienawidzą na
Południu, zdaje mi się zatem, że jeżeli odważy się zapuścić właśnie na
Południe, łatwo będziemy mogli poruszyć przeciw niemu Prowansję i Langwedocję.
- Tak, oczywiście - wtrącił minister. - Ale on postępuje od Gap i Sisteron.
- Postępuje, postępuje! - obruszył się Ludwik XVIII. - A więc idzie
prosto na Paryż?
Minister policji umilkł i to milczenie równało się potwierdzeniu.
- A Delfinat? - zapytał król Villeforta. - Sądzisz pan, że będzie można
go podburzyć tak jak Prowansję?
- Niechętnie wyznam Waszej Królewskiej Mości okrutną prawdę, ale
usposobienie w Delfinacie różni się całkiem od ducha panującego w Prowansji i Langwedocji. Górale są żarliwymi bonapartystami.
- A więc - mruknął ze złością Ludwik XVIII - dobre miał informacje. Ileż
ma z sobą ludzi?
- Nie wiem, Najjaśniejszy Panie - odrzekł minister policji.
- Jak to nie wiesz! Zapomniałeś pan dowiedzieć się o ten szczegół! Ale
prawda, to rzecz o niewielkim znaczeniu - dodał z ironicznym uśmiechem.
- Najjaśniejszy Panie, depesza obejmowała tylko tę krótką wiadomość i drogę, jaką obrał uzurpator.
- A w jaki sposób otrzymałeś tę depeszę? - zapytał król.
Minister spuścił głowę, żywy rumieniec wystąpił mu na twarz.
- Przez telegraf, Najjaśniejszy Panie.
Ludwik XVIII postąpił krok naprzód i skrzyżował ręce, tak jak to zwykł
czynić Napoleon.
- A więc - rzekł, blednąc ze złości - siedem sprzysiężonych armii
pokonało tego człowieka; cud boski zwrócił mi tron moich ojców po
dwudziestu pięciu latach wygnania; przez te dwadzieścia pięć lat
studiowałem, badałem, zgłębiałem ludzi i sprawy Francji, ziemi, która
była mi obiecana, aby w jednej chwili, kiedy już osiągnąłem cel moich
pragnień, ta siła, którą już dzierżyłem w ręku, wybuchła i rozerwała
mnie na strzępy!
- Najjaśniejszy Panie, to fatum - szepnął minister.
- A więc to prawda, co mówią o nas nasi wrogowie: nic nie nauczyć się,
to i nic nie zapomnieć! Pocieszyłbym się jeszcze, gdybym został
zdradzony, tak jak on. Ale być otoczonym przez ludzi, których sam
wyniosłem na ich stanowiska, którzy powinni strzec mnie jak źrenicy oka,
bo mój los stanowi o ich losie, i zginąć marnie przez ich brak
umiejętności, przez ich głupotę! O, tak, masz pan rację, to fatum.
Minister stał, pochylając się coraz niżej pod tym straszliwym
oskarżeniem. Pan de Blacas ocierał czoło z potu. Villefort uśmiechał się
w duchu, czując, jak wzrasta jego znaczenie.
- Upaść! - mówił dalej Ludwik XVIII, który błyskawicznie pojął, w jak
głęboką przepaść staczała się monarchia - upaść! I dowiedzieć się o tym
przez telegraf. Och! Wolałbym zginąć jak mój brat Ludwik XVI na
szafocie, niż tak schodzić po schodach Tuileriów, wystawiony na
pośmiewisko. Nie wiesz pan, co znaczy narazić się na śmieszność we
Francji?
- Sire, sire, przez litość! - szeptał minister.
- Zbliż się pan - rzekł król, zwracając się do Villeforta stojącego
nieruchomo z boku. - Zbliż się pan i wyjaśnij panu Dandré, że można było
jednak dowiedzieć się o tym, o czym on nie wiedział.
- Najjaśniejszy Panie, niemożliwe było dociec, jakie miał zamiary ów
człowiek, ukrywał je przed całym światem.
- Niemożliwe! Oto wielkie słowo, proszę pana! Niestety widzę, że wielkie
słowa bywają jak wielcy ludzie, dobrze poznałem jedno i drugie. Naprawdę
było to niemożliwe dla ministra, który ma w swoim ręku cały aparat
administracyjny, biura, agentów, szpicli i szpiegów, i półtora miliona
tajnego funduszu, dowiedzieć się, co się dzieje o sześćdziesiąt mil od
brzegu Francji? A więc patrz pan: oto człowiek, który nie miał do
dyspozycji żadnego z tych środków, oto prosty sądownik, który więcej
wiedział niż pan z całą swoją policją, i który, gdyby tak jak pan miał
pod swoją władzą telegraf, byłby ocalił moją koronę.
Wzrok ministra, w którym malowała się głęboka niechęć, padł na
Villeforta, który pochylił głowę ze skromnością triumfatora.
- Nie mówię tego do pana, kochany Blacas - mówił dalej Ludwik XVIII - bo
chociaż sam nic nie odkryłeś, upierałeś się przy podejrzeniach, okazując
w tym wiele zdrowego rozsądku; ktoś inny może uważałby rewelacje pana de
Villeforta za nic nieznaczące lub dyktowane pragnieniem zysku.
Była to przymówka do tego, co minister policji jeszcze przed godziną
mówił z taką pewnością.
Villefort zrozumiał grę króla. Ktoś inny dałby się może uwieść i odurzyć
nektarem pochwał, on jednak, domyślając się, że pan Dandré traci
stanowisko, lękał się zyskać w ministrze policji śmiertelnego
nieprzyjaciela. Przecież ten sam minister, który będąc u szczytu potęgi,
nie umiał przeniknąć tajemnicy Napoleona, mógłby jeszcze w agonii odkryć
tajemnicę Villeforta: wystarczyłoby wziąć na przesłuchanie Dant?sa.
Zamiast więc pognębić do reszty ministra, przyszedł mu na pomoc.
- Najjaśniejszy Panie - rzekł Villefort. - Szybkość, z jaką rozgrywają
się te wypadki, dowodzi, że tylko sam Bóg mógł powstrzymać te plany. A co Wasza Królewska Mość uważa za moją przenikliwość, jest po prostu
czystym przypadkiem. A ja tylko, jako wierny sługa tronu, skorzystałem z tego przypadku. Niech Wasza Królewska Mość nie przypisuje mi więcej, niż
zasłużyłem.
Minister policji podziękował wymownym spojrzeniem młodemu człowiekowi, a Villefort zrozumiał, że jego zamiary powiodły się: nie tracił nic z wdzięczności króla i zyskiwał jednocześnie przyjaciela, na którego w razie potrzeby mógłby liczyć.
- Dobrze już - rzekł król. - A teraz, moi panowie - zwrócił się do pana
de Blacasa i ministra - możecie już odejść, nie potrzebuję was; resztą
zajmie się minister wojny.
- Szczęściem - ozwał się pan de Blacas - możemy liczyć na wojsko. Wasza
Królewska Mość wie, że wszystkie raporty odmalowują jego oddanie dla
Najjaśniejszego Pana.
- Nie wspominaj pan o raportach, wiem już, jaką można do nich
przywiązywać wagę. Ale, mówiąc o raportach, panie baronie, czego się pan
dowiedział o aferze z ulicy Saint-Jacques?
- O aferze z ulicy Saint-Jacques! - zawołał Villefort, nie mogąc się
powstrzymać.
Lecz nagle urwał i dodał:
- Proszę mi darować, moje oddanie dla Waszej Królewskiej Mości sprawia,
że zapominam ciągle nie tyle o czci dla Najjaśniejszego Pana, bo ten
szacunek wyryty jest w moim sercu, ile o prawidłach etykiety.
- Panie de Villefort, niech się pan nie kłopocze - rzekł Ludwik XVIII. -
Dzisiaj zyskałeś prawo do stawiania pytań.
- Sire - odezwał się minister policji. - Właśnie miałem udzielić
Najjaśniejszemu Panu nowych informacji otrzymanych na ten temat, gdy
okropna historia z zatoką Juan odwróciła uwagę Najjaśniejszego Pana. Ale
teraz te wiadomości nie zaciekawiłyby króla.
- Przeciwnie, przeciwnie, mój panie - rzekł Ludwik XVIII. - Wydaje mi
się, że ta afera pozostaje w ścisłym związku z katastrofą, o której
mówimy, a śmierć generała Quesnela odkryje nam być może ślad wielkiego
spisku wewnątrz kraju.
Villefort zadrżał na wzmiankę o generale Quesnelu.
- W samej rzeczy, każe nam sądzić - odpowiedział minister policji - że
śmierć ta nie jest skutkiem samobójstwa, jak z początku mniemano, ale
morderstwa. Wygląda, że generał Quesnel zniknął zaraz po wyjściu z klubu
bonapartystów. Rano przyszedł do niego jakiś nieznajomy i wyznaczył mu
spotkanie przy ulicy Saint-Jacques. Nieszczęściem lokaj generała, który
go czesał w chwili, kiedy wprowadzono tego nieznajomego do gotowalni,
usłyszał dokładnie, że spotkanie miało się odbyć na ulicy Saint-Jacques,
ale nie pamięta numeru domu.
W miarę jak minister policji objaśniał ów wypadek, Villefort, który
zdawał się wpatrzony w każdy ruch jego warg, czerwienił się i bladł na
przemian.
A król zwrócił się do niego:
- Panie de Villefort, wszak jesteś tego samego zdania co i ja, że
generał, którego uważano za stronnika uzurpatora, a który był w rzeczywistości oddany mi całkowicie, padł ofiarą jakiegoś bonapartysty?
- Bardzo możliwe - odpowiedział Villefort - ale czy nic więcej nie
wiadomo?
- Policja jest na tropie tego nieznajomego, który wyznaczył spotkanie.
- Na tropie nieznajomego? - powtórzył Villefort machinalnie.
- Tak jest, służący podał jego rysopis: ma to być mężczyzna lat od
pięćdziesięciu do pięćdziesięciu dwóch, brunet o czarnych oczach, z gęstymi brwiami i wąsaty. Ubrany był w granatowy surdut, w klapie miał
wstążeczkę oficerskiego krzyża Legii Honorowej. Wczoraj właśnie śledzono
takiego osobnika, podobnego jak kropla wody do tego rysopisu, ale
straciliśmy jego ślad na rogu ulicy La Jussienne i Coq-Héron.
Villefort wsparł się o poręcz krzesła; im dłużej mówił minister policji,
tym wyraźniej podprokurator czuł, jak uginają się pod nim nogi;
usłyszawszy jednak, że ów nieznajomy zdołał umknąć śledzącemu go
policjantowi, odetchnął z ulgą.
- Odszuka pan tego człowieka - rzekł król - bo jeśli jest tak, jak
myślę, że generał Quesnel padł ofiarą morderstwa, chcę, aby morderca,
kimkolwiek jest - bonapartystą czy też nie, był ukarany bez litości.
Villefort wezwał na pomoc całą swą zimną krew, aby nie zdradzić trwogi,
jaką go napełnił ten rozkaz królewski.
- Dziwna rzecz - mówił dalej Ludwik XVIII w odruchu gniewu. - Policja
myśli, że powiedziała wszystko, mówiąc: "Zostało popełnione morderstwo",
i że zrobiła wszystko, gdy doda: "Trafiliśmy na ślad winowajców".
- Mam nadzieję, że przynajmniej pod tym względem Najjaśniejszy Pan
będzie zadowolony.
- Zobaczymy. Nie zatrzymuję cię, baronie. Panie de Villefort, zapewne
jesteś znużony po odbyciu tak długiej podróży, idź pan odpocząć.
Zatrzymałeś się zapewne u ojca?
Villefortowi pociemniało w oczach.
- Nie, Najjaśniejszy Panie - rzekł - stanąłem w hotelu Madryckim; przy
ulicy Tournon.
- Ale zapewne widziałeś się z nim?
- Najjaśniejszy Panie, udałem się natychmiast do hrabiego de Blacasa.
- Ale się z nim zobaczysz?
- Nie sądzę, Najjaśniejszy Panie.
- Prawda! - rzekł Ludwik XVIII z uśmiechem, który zdradzał, że wszystkie
te pytania nie były zadawane bez ubocznego celu. - Zapomniałem, że
jesteś pan poróżniony z panem Noirtier, a to nowe poświęcenie dla sprawy
monarchii zasługuje na hojne wynagrodzenie.
- Dobroć, jaką okazuje mi Wasza Królewska Mość, jest nagrodą
przechodzącą moje najśmielsze nadzieje, tak więc nie mogę już o nic
prosić Najjaśniejszego Pana.
- Mniejsza o to, już my o panu nie zapomnimy, bądź pewien. - Tu król
odpiął krzyż Legii Honorowej, który zwykł nosić na błękitnym fraku obok
Orderu Świętego Ludwika, i wręczając go Villefortowi, rzekł: - Przyjmij
pan tymczasem ten krzyż.
- Sire, Najjaśniejszy Pan się zapewne pomylił - rzekł Villefort. - To
krzyż oficerski.
- No, bierz pan taki, jaki jest - rzekł Ludwik XVIII. - Nie mam czasu
wołać, aby mi przyniesiono inny. Panie de Blacas, zechcesz dopilnować,
aby przygotowano dyplom dla pana de Villeforta.
Oczy Villeforta napełniły się łzami dumy i radości; wziął krzyż i ucałował go.
- Jakimi teraz rozkazami raczy mnie zaszczycić Wasza Królewska Mość?
- Odpocznij, bo potrzebujesz tego, i pamiętaj, że tu w Paryżu nie byłbyś
w stanie mi dopomóc, w Marsylii zaś możesz mi oddać usługi najwyższej
wagi.
- Najjaśniejszy Panie - skłonił się Villefort - za godzinę opuszczam
Paryż.
- Bywaj zdrów, panie Villefort - rzekł król. - Gdybym zapomniał o tobie
- bo pamięć królów jest krótka - nie wahaj się o sobie przypomnieć...
Panie baronie, rozkaż pan, aby tu przyszedł minister wojny. A pan,
Blacas, niech tu zostanie.
- Ach, panie prokuratorze - rzekł minister policji do Villeforta, kiedy
wychodzili z Tuileriów. - Dobrze pan zaczyna i drzwi do pańskiej kariery
już otwarte.
- Ale czy długo będzie trwała? - szepnął Villefort, żegnając ukłonem
ministra, który karierę już zakończył; i poszukał wzrokiem dorożki, aby
się dostać do hotelu.
Dorożka akurat przejeżdżała bulwarami; gdy Villefort dał znak, fiakier
podjechał bliżej. Podprokurator podał adres i siadł w głębi, oddając się
ambitnym marzeniom.
Po dziesięciu minutach był już u siebie. Kazał, aby konie były gotowe za
dwie godziny, poprosił także o śniadanie. Miał właśnie usiąść do stołu,
gdy przy drzwiach zabrzmiał dźwięk dzwonka, szarpniętego pewną i śmiałą
ręką. Pokojowiec otworzył i Villefort usłyszał nagle swoje nazwisko.
- I któż może wiedzieć już, że jestem tutaj? - zdziwił się.
W tej chwili wszedł lokaj.
- I co tam? - rzekł Villefort. - Kto dzwonił? Kto do mnie przyszedł?
- Jakiś nieznajomy, nie chce wymienić swego nazwiska.
- Jak to? Nieznajomy, i nie chce podać nazwiska? Czego ode mnie chce?
- Chce pomówić z panem.
- I wymówił moje nazwisko?
- Tak.
- Jak wygląda?
- Ma, proszę pana, z pięćdziesiątkę.
- Wysoki? Niski?
- Mniej więcej pańskiego wzrostu. Brunet o ciemnej cerze, czarnych
włosach, oczach i brwiach.
- Jak ubrany? - spytał żywo Villefort. - Jak ubrany?
- W granatową świtkę, od góry do dołu zapiętą, ozdobioną krzyżem Legii
Honorowej.
- To on - szepnął Villefort, blednąc.
- Cóż u diabła - rzekł ów osobnik, którego rysopis już dwa razy
podaliśmy, ukazując się we drzwiach. - To dopiero maniery! Syn każe
wystawać ojcu w przedpokoju! To chyba jakiś zwyczaj marsylski!
- Ojcze! - krzyknął Villefort. - Więc się nie pomyliłem... Tak myślałem,
że to ty.
- Jeżeli się domyśliłeś, że to ja - rzekł gość, kładąc kapelusz na
krześle i laskę w kącie - to pozwól sobie powiedzieć, kochany Gerardzie,
że to nieładnie kazać mi tak czekać.
- Zostaw nas, Germain - rzekł Villefort.
Służący odszedł, okazując wyraźne zdziwienie.
12. Ojciec i syn
Pan Noirtier, on to bowiem wszedł właśnie do Villeforta, odprowadził
wzrokiem służącego aż do drzwi; potem zapewne z obawy, żeby nie
podsłuchiwał z przedpokoju, wyjrzał za nim: przezorność ta nie była
zbyteczna, a pośpiech, z jakim imć Germain się wycofał, dowodził, że
często dopuszczał się grzechu, który zgubił naszych pierwszych rodziców.
Następnie pan Noirtier sam zamknął drzwi w przedpokoju, a zamknąwszy
zasuwkę w sypialni, podał w końcu rękę Villefortowi, który wciąż w osłupieniu przypatrywał się tym nadzwyczajnym poczynaniom.
- Wiesz, kochany Gerardzie - rzekł pan Noirtier, spoglądając na syna z zagadkowym uśmiechem - nie bardzo wyglądasz na zachwyconego moim
przybyciem.
- Skądże - odparł Villefort - rad jestem niezmiernie. Ale nie
spodziewałem się twojej wizyty i bardzo mnie to zmieszało.
- Ależ drogie dziecko - rzekł Noirtier, rozsiadając się. - Mógłbym
przecież powiedzieć ci to samo. Bo jakżeż? Donosisz mi, że twoje
zaręczyny odbędą się dwudziestego ósmego lutego w Marsylii, a czwartego
marca pojawiasz się w Paryżu?
- Nie wyrzucaj mi mojego przyjazdu, ojcze, bo jeśli tu jestem, to dla
ciebie i być może zdołam cię ocalić.
- Ach, doprawdy? - rzekł pan Noirtier, rozpierając się wygodnie w fotelu. - Dla mnie? Wytłumacz się jaśniej, mój ty panie prawniku, to
może być ciekawe.
- Ojcze, czy słyszałeś o pewnym klubie bonapartystów, który ma siedzibę
przy ulicy Saint-Jacques?
- Pod numerem pięćdziesiątym trzecim? A tak, jestem tam wiceprezesem.
- Ojcze, twoja zimna krew przejmuje mnie dreszczem.
- Cóż chcesz, mój drogi. Kiedy ktoś był wygnany przez górali, uciekał z Paryża ukryty w furze siana, tropiły go na wrzosowiskach pod Bordeaux
psy gończe Robespierre'a, może się zahartować. Mów zatem, co się stało w tym klubie?
- To się stało, że ściągnięto tam generała Quesnela, że generał wyszedł
z domu o dziesiątej wieczorem, a nazajutrz rano znaleziono go w Sekwanie.
- Któż ci opowiadał tę piękną historię?
- Sam król.
- Dobrze, w zamian za to i ja ci także powiem nowinę - rzekł pan
Noirtier.
- Ojcze, ja chyba już wiem, co mi chcesz powiedzieć.
- Aha, zapewne wiesz już o wylądowaniu Jego Cesarskiej Mości.
- Ciszej, ojcze, błagam przede wszystkim ze względu na ciebie, a potem i na mnie. Tak, wiem o tym, a nawet wiedziałem o tym przed tobą. Trzy dni
pędziłem z Marsylii do Paryża, wściekły, że nie mogę posłać myślą przez
te dwieście mil tej wieści, od której płonęła mi głowa.
- Trzy dni! Chybaś oszalał? Przed trzema dniami cesarz jeszcze nie
wylądował.
- Cóż z tego, wiedziałem o tych zamiarach.
- Jakim sposobem?
- Dzięki listowi z Elby, pisanemu do ciebie, ojcze. Znalazłem go w kieszeni wysłannika. Gdyby ten list wpadł w inne ręce, już byś był
rozstrzelany, mój ojcze.
Noirtier roześmiał się.
- No, no, popatrzcie - rzekł. - Restauracja nauczyła się od cesarstwa
szybkiego załatwiania interesów... Rozstrzelany! Ależ, kochasiu, czemu ci
tak pilno? I gdzież jest ten list? Znam cię tak dobrze, że jestem
pewien, żeś go nie rzucił nigdzie w kąt.
- Spaliłem go, żeby ani śladu po nim nie zostało. Ten list był dla
ciebie wyrokiem śmierci.
- I zgubą dla twojej kariery - dodał zimno pan Noirtier. - Tak, dobrze
to rozumiem, ale nie mam się czego obawiać, bo ty mnie osłaniasz.
- Więcej zrobiłem dla ciebie: ocaliłem ci życie.
- O, do diabła, sprawa staje się coraz bardziej dramatyczna. Mów
jaśniej!
- Wrócę więc do sprawy klubu przy ulicy Saint-Jacques.
- O, zdaje się, że ten klub naprawdę leży na wątrobie panom z policji.
Ale dlaczego nie szukają lepiej? Na pewno by go już znaleźli.
- Jeszcze go nie odkryli, ale wpadli na ślad.
- To słowa sakramentalne; znam je dobrze. Kiedy policja nic nie wie, to
powiada, że trafiła na ślad, a rząd spokojnie czeka, aż mu ci głupcy
powiedzą, z uszami po sobie, że go stracili.
- Ale znaleziono trupa. Generał został zabity, a na całym świecie nazywa
się to morderstwem.
- Morderstwo, mówisz? Ale przecież nic nie dowodzi, że generał został
zamordowany; co dzień znajdujemy tylu ludzi w Sekwanie, których tam albo
rozpacz rzuciła, albo utonęli, nie umiejąc pływać...
- Ojcze, wiesz dobrze, że generał nie utopił się z rozpaczy i że w styczniu nikt nie kąpie się przecież w Sekwanie. Nie, nie, nie łudź się,
ta śmierć jest słusznie kwalifikowana jako morderstwo.
- I któż ją tak zakwalifikował?
- Sam król.
- Król! Sądziłem, że jest filozofem na tyle, aby rozumieć, że w polityce
nie ma morderstw. W polityce, wiesz to równie dobrze jak ja, nie ma
ludzi, tylko idee, nie ma uczuć, a tylko interesy. W polityce nie mówi
się, że zabito człowieka, ale że usunięto przeszkodę. Mam ci powiedzieć,
jak było? Posłuchaj: Myśleliśmy, że można liczyć na generała Quesnela,
bo polecono go nam z Elby. Jeden z naszych idzie do niego i zaprasza na
spotkanie do klubu, gdzie spotka przyjaciół. Przychodzi, odkrywamy mu
cały plan, ucieczkę z Elby, zamierzone lądowanie. A potem, kiedy
wszystkiego wysłuchał, wszystko zrozumiał i kiedy nic już nie mieliśmy
przed nim do ukrycia, on oświadcza, że jest rojalistą. Wszyscyśmy
spojrzeli po sobie; żądamy, aby przysiągł, przysięga, ale tak
niechętnie, że doprawdy była to obraza boska, a nie przysięga; i mimo to
puszczamy generała bez przeszkód, wyszedł wolny. A że nie wrócił do
domu, cóż chcesz? Wyszedł od nas i pewnie pomylił drogę, nic więcej.
Gdzie tu morderstwo! Doprawdy, zaskakujesz mnie: ty, zastępca
prokuratora królewskiego, opierasz oskarżenie na tak marnych dowodach! A czy ja kiedykolwiek odważyłem się powiedzieć ci, kiedy pełnisz obowiązki
wiernego rojalisty i ścinasz głowę któremuś z naszych: "Mój synu,
popełniłeś morderstwo"? O nie! Powiedziałbym: "Bardzo dobrze, wygrałeś
pan bitwę, jutro rewanż".
- Ale strzeż się, ojcze, bo kiedy my się weźmiemy za rewanż, będzie on
straszliwy.
- Nie rozumiem cię.
- Ojcze, liczysz na powrót uzurpatora?
- Owszem.
- Ale się mylisz; on nie przejdzie we Francji dziesięciu mil, jak go
dościgną, osaczą i pojmą jak dzikie zwierzę.
- Przyjacielu, cesarz jest w tej chwili na drodze do Grenoble.
Dziesiątego albo dwunastego będzie w Lyonie, dwudziestego lub
dwudziestego piątego w Paryżu.
- Cały naród powstanie...
- Aby mu iść z pomocą.
- On ma przy sobie garstkę, a tu całą armię wyślą przeciw niemu.
- Która stanowić będzie orszak towarzyszący mu do stolicy. W istocie,
mój Gerardzie, wielki z ciebie dzieciak. Myślisz, że masz doskonałe
informacje, kiedy trzy dni po wylądowaniu telegraf ci donosi: "Uzurpator
wylądował w Cannes z kilku ludźmi i wysłano za nim pogoń". Ale gdzie
jest? Co robi? O tym nie wiecie zgoła nic. To tylko wiecie, że go
ścigają, i to prawda, ścigać go tak będą bez jednego wystrzału aż do
samego Paryża.
- Grenoble i Lyon to wierne miasta, stawią mu nieprzebyty opór.
- Grenoble z uniesieniem otworzy mu swoje bramy, cały Lyon wyjdzie na
jego spotkanie. Wierz mi, że i my mamy dobre wiadomości i nasza policja
warta jest waszej. Chcesz na to dowodu? Ukrywasz przede mną swój
przyjazd, a ja w pół godziny po tym, jak przejechałeś rogatki, już o tym
wiedziałem. Adres powiedziałeś tylko pocztylionowi, a ja, jak widzisz,
znam go: najlepszy dowód, że przychodzę do ciebie w chwili, gdy siadasz
do stołu; zadzwoń i każ dać drugie nakrycie, zjemy obiad razem.
- Przyznaję - odpowiedział Villefort, spoglądając ze zdziwieniem na ojca
- że wydajesz mi się doskonale poinformowany.
- Mój Boże! Rzecz jest prosta: wy, którzy jesteście teraz u władzy,
macie tylko te środki, które daje pieniądz; my zaś, którzy czekamy na
Napoleona, mamy te środki, które biorą się z poświęcenia i oddania.
- Oddania? - rzekł ze śmiechem Villefort.
- Tak, oddania; to szlachetna nazwa ambicji, która oddycha nadzieją.
I pan Noirtier sięgnął po dzwonek, aby wezwać służącego, którego
Villefort nie miał jakoś chęci przywołać. Gerard chwycił go za rękę.
- Poczekaj chwilę - rzekł. - Jeszcze słówko...
- Tak?
- Choć policja królewska jest tak fatalna, zna jednak jeden straszliwy
fakt.
- Jaki?
- Rysopis człowieka, który rankiem, tego dnia, gdy zniknął generał
Quesnel, był u niego w domu.
- A więc zna jego rysopis ta zacna policja? I jakże on brzmi?
- Cera śniada, włosy, brwi, faworyty czarne, surdut granatowy, zapięty
pod szyję, rozetka krzyża Legii Honorowej w klapie, kapelusz z szerokim
rondem i laska trzcinowa.
- Ho, ho, wiedzą to wszystko - rzekł Noirtier. - I czemuż w takim razie
nie schwytali go natychmiast?
- Ponieważ wczoraj lub przedwczoraj stracili jego ślad na ulicy
Coq-Héron.
- A nie mówiłem ci, że wasza policja to banda durniów?
- Tak, ale dziś lub jutro mogą go znaleźć.
- Tak - rzekł Noirtier, rozglądając się beztrosko wokół. - Tak, jeżeli
nikt tego człowieka nie ostrzegł, ale on wie o wszystkim - dodał z uśmiechem - i zmieni natychmiast twarz i ubiór.
To mówiąc, podniósł się, zdjął surdut i halsztuk, poszedł do stołu,
gdzie leżały przybory toaletowe syna, wziął brzytwę, namydlił twarz i wprawną ręką zgolił owe kompromitujące faworyty, tak cenny dowód dla
policji.
Villefort patrzył na to z przestrachem, który graniczył z podziwem.
Zgoliwszy faworyty, Noirtier zmienił fryzurę i zawiązał sobie zamiast
czarnego halsztuka kolorowy, który znalazł w walizce; zamiast
granatowego surduta pod szyję zapinanego, włożył luźny brązowy surdut
Villeforta; przymierzył przed lustrem cylinder syna i kontent ze swego
wyglądu postawił w kącie, tuż przy kominku trzcinową laskę, chwytając za
to lekką bambusową laseczkę syna, którą machnął kilkakrotnie w powietrzu, przecinając je ze świstem.
- No i co? - zwrócił się do syna oszołomionego widokiem tej całkowitej
przemiany. I co, myślisz, że twoja policja pozna mnie teraz?
- Nie, ojcze - bąknął Villefort. - Mam przynajmniej nadzieję, że nie.
- A teraz, kochany Gerardzie, zdaję się na twoją ostrożność - zniszcz
wszystkie te szmaty, które zostawiam pod twoją opieką.
- O! Bądź spokojny, ojcze - rzekł Villefort.
- Tak, tak, teraz przyznaję, że masz słuszność i że może rzeczywiście
ocaliłeś mi życie. Ręczę ci jednak, że ci się za to wkrótce odwdzięczę.
Villefort potrząsnął głową.
- Wątpisz?
- Mam tylko nadzieję, że się łudzisz.
- Będziesz jeszcze widział króla?
- Być może.
- Chciałbyś ujść w jego oczach za proroka?
- Źle przyjmują na dworze proroków nieszczęść, ojcze.
- To prawda, ale prędzej czy później taki prorok wychodzi na swoje, a jeśli założymy, że będzie druga Restauracja, możesz ujść wówczas za
wielkiego człowieka.
- Ale co w końcu miałbym powiedzieć królowi?
- Powiedz mu tak: "Waszą Królewską Mość oszukują co do stosunków we
Francji, opinii miast i ducha panującego w wojsku. Ten, którego w Paryżu
nazywacie potworem korsykańskim, w Nevers nazywa się jeszcze
uzurpatorem, ale już w Lyonie nosi imię Bonapartego, a w Grenoble -
cesarza. Wasza Królewska Mość sądzi, że on jest otoczony, ścigany, że
ucieka, ale nie! Jego marsz jest szybki jak lot orła, tego, który
figuruje na jego godle. Jego żołnierze, którzy, jak sądzicie, umierają z głodu, są znużeni i gotowi do dezercji, rosną w liczbę jak tocząca się
kula śniegu. Wyjeżdżaj, Najjaśniejszy Panie, oddaj Francję prawdziwemu
jej panu, temu, który ją zdobył, a nie kupił, wyjeżdżaj nie dlatego,
abyś miał być wystawiony na niebezpieczeństwo; przeciwnik twój jest na
tyle silny, że może cię ochronić swoją łaską, ale ty - wnuk Świętego
Ludwika - nie powinieneś w tak upokarzający sposób zawdzięczać życia
zwycięzcy spod Arcole, Marengo i Austerlitz". Powiedz mu to, Gerardzie,
albo... nie, nic mu nie mów. Nikomu nie zdradzaj, żeś wyjeżdżał, nie chwal
się z tego, po coś przybył do Paryża, wsiadaj z powrotem do dyliżansu. W tę stronę gnałeś co koń wyskoczy, teraz wracaj co tchu, wjedź do
Marsylii nocą, wejdź do siebie tylnymi drzwiami i zachowuj się cichutko,
pokornie i dyskretnie, a nade wszystko neutralnie; bo tym razem,
przysięgam, będziemy działać energicznie i znamy doskonale naszych
wrogów. Jedź, synu, jedź, kochany Gerardzie, i jeśli zastosujesz się do
tego, czy przez posłuszeństwo dla rozkazów ojca, czy przez wzgląd na
przyjacielską radę, nie wyrzucimy cię ze stanowiska. Dzięki temu - dodał
Noirtier, uśmiechając się - będziesz mógł ocalić mnie po raz drugi,
jeżeli kiedyś szala polityczna wzniesie cię w górę, a mnie pogrąży w dół. Bądź zdrów, kochany, jeślibyś znowu przyjechał do Paryża, zatrzymaj
się u mnie.
I Noirtier wyszedł, zachowując spokój, który go nie opuszczał ani na
chwilę podczas tej tak trudnej rozmowy.
Villefort, blady i poruszony, podbiegł do okna, odsunął firankę i ujrzał, jak ojciec, spokojny i niewzruszony, przechodził koło kilku
mężczyzn o podejrzanym wyglądzie, zaczajonych tu i ówdzie na ulicy,
których postawiono tam zapewne po to, by zatrzymali człowieka z czarnymi
faworytami, w granatowym surducie i w kapeluszu z szerokim rondem.
Villefort stał tak, niemal nie oddychając, póki ojciec nie zniknął mu z oczu, skręcając w ulicę Bussy. Potem rzucił się ku pozostawionej
odzieży, ukrył czarny halsztuk i granatowy surdut na dnie walizki,
włożył podróżną czapkę, zawołał na służącego, wzrokiem powstrzymał
wszystkie pytania, jakie tamten miał ochotę zadać, zapłacił rachunek
hotelowy, wsiadł do zaprzężonej już karety, w Lyonie dowiedział się, że
Bonaparte wkroczył do Grenoble i wśród powszechnego poruszenia, które
towarzyszyło mu przez całą drogę, przybył do Marsylii miotany
niepokojem, który zakrada się do serca człowieka z ambicjami przy
pierwszym uśmiechu kariery.
13. Sto dni
Pan Noirtier był doskonałym prorokiem, rzeczy postępowały tak szybko,
jak przepowiedział. Któż nie zna powrotu z Elby, powrotu nadzwyczajnego,
cudownego, bezprzykładnego w dziejach, a niemożliwego zapewne do
powtórzenia w przyszłości! Ludwik XVIII stawił nadzwyczaj słaby opór
wobec tak ciężkiego ciosu; nieufność wobec ludzi odjęła mu wszelką wiarę
w pomyślny przebieg wypadków. Królestwo, albo raczej monarchia, zaledwie
odbudowana, zadrżała na jeszcze słabych swych podstawach i jedno
skinienie cesarza zwaliło ten gmach bezkształtny, sklecony ze starych
przesądów i z nowych idei. Wdzięczność królewska nie tylko nie mogła być
użyteczna dla Villeforta, ale nawet w tej chwili niebezpieczna; ponadto
otrzymał od króla jedynie krzyż Legii Honorowej, którego wiedziony
rozsądkiem nie przypinał, chociaż pan de Blacas stosownie do
królewskiego polecenia przysłał mu natychmiast dyplom. Napoleon
niewątpliwie złożyłby z urzędu Villeforta, gdyby nie protekcja pana
Noirtiera, wszechmocnego w czasie studniowego panowania, już to dla
przebytych niebezpieczeństw, już to dla wyświadczonych usług. Tak więc,
zgodnie z obietnicą, żyrondysta z 1793 roku, a senator z 1806 wspierał
tego, który mu poprzednio ocalił życie, w czasie owego na chwilę
wskrzeszonego cesarstwa, którego drugi upadek łatwo można było
przewidzieć, Villefort zaś użył całej swej władzy na zatarcie śladów
tajemnicy, którą mógłby zdradzić Dant?s.
Jedynie prokurator królewski został złożony z urzędu jako podejrzany o chłodne podejście do sprawy napoleońskiej.
Tymczasem zaledwie władza cesarska ugruntowała się na nowo, to jest
zaledwie cesarz wszedł do pałacu Tuileries, tylko co opuszczonego przez
Ludwika, zaledwie posypały się na wszystkie strony liczne i rozmaite
rozkazy z owego małego gabineciku, gdzie z przyczyny Villeforta
wprowadziliśmy czytelnika, i w którym cesarz znalazł na orzechowym
stoliku otwartą i pełną do połowy tabakierkę Ludwika XVIII, gdy w Marsylii, pomimo postawy tamtejszych sądowników, powstał znów ferment
wojny domowej, wciąż żarzącej się na Południu. Niewiele brakowało, aby
represje rozwinęły się na szeroką skalę, choć skończyło się ostatecznie
na urządzaniu kociej muzyki pod zabarykadowanymi domami rojalistów i publicznym upokarzaniu tych, co ważyli się wymknąć na ulicę. Naturalną
koleją rzeczy, armator, o którym wspomnieliśmy jako o stronniku "partii
ludowej", teraz wystąpił na scenę. Stał się obecnie osobą, nie powiemy
wszechmocną, bo pan Morrel był człowiekiem ostrożnym i niezbyt śmiałym
jak każdy, co długo i pracowicie dochodzi do majątku na drodze
handlowej, ale tak znaczącą (chociaż zeloci bonapartyzmu posądzali go o umiarkowanie), że mógł podnieść wobec władz sprawę, jak łatwo możemy
odgadnąć, Edmunda Dant?sa.
Villefort, pomimo upadku swojego zwierzchnika, utrzymał się na
powierzchni, ślub zaś odłożono do szczęśliwszych czasów. Gdyby cesarz
utrzymał się na tronie, potrzebowałby korzystniejszej partii, a ojciec z pewnością by się dla niego o taką postarał. Gdyby zaś nastała druga
Restauracja i Ludwik XVIII wrócił do Francji, wpływy państwa de
Saint-Méranów powiększyłyby się jeszcze i planowany mariaż
przedstawiałby sobą nierównie więcej korzyści. Podprokurator królewski
był zatem tymczasowo najwyższym rangą sądownikiem w Marsylii, gdy
pewnego dnia otwarły się drzwi i zaanonsowano wizytę pana Morrela.
Kto inny pospieszyłby na spotkanie bogatego kupca i tym sposobem
zdradził swe słabe położenie. Villefort był jednak człowiekiem
nadzwyczaj opanowanym, który umiał kierować się doskonale, jeśli nie
doświadczeniem, to instynktem. Nakazał, aby pan Morrel zaczekał w przedpokoju, tak samo jak by zrobił za monarchii, choć nikogo w tej
chwili nie przyjmował; kierował się jednak zasadą, że według zwyczaju
należy antyszambrować u królewskiego podprokuratora. Po kwadransie,
który poświęcił na przeglądanie kilku gazet o różnej wymowie
politycznej, kazał wprowadzić armatora.
Pan Morrel spodziewał się, że zastanie Villeforta w przygnębieniu,
ujrzał go jednak takiego, jak przed sześcioma tygodniami: spokojnego,
stanowczego i pełnego tej chłodnej grzeczności, która stanowi zaporę
najtrudniejszą do pokonania spośród wszystkich, które dzielą ludzi
wykształconych od plebsu.
Wszedł do gabinetu Villeforta w przekonaniu, że dygnitarz zadrży na jego
widok, gdy tymczasem przeciwnie, sam armator drżał ze zmieszania przed
tą osobistością o badawczym spojrzeniu, która oczekiwała go, wsparłszy
podbródek na dłoni, a łokieć na biurku.
Zatrzymał się w drzwiach. Villefort zmierzył go wzrokiem, jakby nie mógł
sobie od razu przypomnieć. Na koniec, przypatrzywszy się dokładnie
armatorowi, który miętosił w ręku kapelusz, Villefort odezwał się:
- Zdaje mi się, że... czy pan Morrel?
- Tak, proszę pana - odpowiedział kupiec.
- Proszę się zbliżyć - rzekł urzędnik, zapraszając protekcjonalnym
gestem armatora - i powiedzieć, jakiej okoliczności winien jestem ten
zaszczyt.
- Pan się nie domyśla? - zapytał Morrel.
- Nie, wcale, to jednak nie przeszkadza, abym nie chciał panu udzielić
pomocy, o ile będzie to w mojej mocy.
- Rzecz ta zależy wyłącznie od pana - rzekł pan Morrel.
- Proszę mówić.
- Panie prokuratorze - rozpoczął kupiec, odzyskując coraz więcej
pewności siebie, przekonany, że broni słusznej sprawy, a jego pozycja
nie może teraz budzić żadnych zastrzeżeń. - Zapewne przypomina pan
sobie, że kilka dni przed wylądowaniem Jego Cesarskiej Mości
przychodziłem do pana, prosząc o względy dla pewnego nieszczęśliwego
młodzieńca, marynarza, zastępcy kapitana na moim statku. Był on, o ile
pan sobie przypomina, oskarżony o kontakty z Elbą, co w owym czasie było
zbrodnią, a dziś jest źródłem szczególnych łask. Służyłeś pan wtenczas
Ludwikowi XVIII i nie oszczędziłeś go pan, był to pański obowiązek;
teraz służysz pan Napoleonowi i winieneś otoczyć opieką tego młodzieńca,
to także twój obowiązek. Przychodzę więc dowiedzieć się, co się z tym
nieborakiem stało.
Villefort użył wszystkich swoich sił, aby zapanować nad sobą.
- Jak się ten człowiek nazywa? - zapytał. - Proszę wymienić nazwisko.
- Edmund Dant?s.
Villefort wolałby narazić się na strzał przeciwnika w pojedynku na
dwadzieścia pięć kroków, niż usłyszeć, jak grom z jasnego nieba, to
nazwisko; tymczasem nawet nie mrugnął.
Tym sposobem - mówił sobie w duchu - nie będzie można mnie obwiniać, że
uwięziłem tego młodzieńca z pobudek czysto osobistych.
- Dant?s? - powtórzył. - Edmund Dant?s, powiadasz pan?
- Tak.
Villefort wziął z kartoteki gruby rejestr, spojrzał na spis, następnie
przerzucił kilka akt i zwrócił się do armatora:
- Czy jesteś pan pewien, że się nie mylisz? - zapytał tonem całkowicie
naturalnym.
Gdyby pan Morrel był bystrzejszy lub znał się lepiej na tych sprawach,
uznałby za rzecz dziwną, że podprokurator królewski raczy mu odpowiadać
w kwestiach, które nie podlegały jego resortowi; zastanowiłby się może,
czemu Villefort nie odsyła go do rejestrów więziennych, do zarządu
więzień czy prefekta departamentu. Ale Morrel, nie znajdując u Villeforta żadnych oznak lęku, widział w nim już tylko jego uprzejmość:
Villefort zagrał doskonale.
- O nie, panie prokuratorze - rzekł Morrel. - Nie mylę się, zresztą znam
przecież tego biedaka od dziesięciu lat, a od czterech pozostaje u mnie
na służbie. Byłem już u pana, przypomina pan sobie? Półtora miesiąca
temu, prosić dla niego o łaskę, jak teraz przyszedłem prosić o sprawiedliwość; przyjąłeś mnie pan wtedy dość niechętnie i odpowiadałeś
mi wielce niezadowolony. O, rojaliści byli wówczas twardzi wobec
bonapartystów!
- Proszę pana - odrzekł Villefort, odpowiadając z wrodzoną sobie
zręcznością i zimną krwią. - Byłem rojalistą, gdy myślałem, że
Burbonowie nie tylko są prawowitymi dziedzicami tronu, ale i wybrańcami
narodu. Cudowny powrót, którego byliśmy świadkami, dowiódł mi, że byłem
w błędzie. Zwyciężył geniusz Napoleona: prawowitym władcą jest ten,
który jest kochany przez wszystkich.
- Brawo! - zawołał Morrel z rubaszną otwartością. - Cieszę się, słysząc,
że pan tak mówi, to dobra wróżba dla losu Dant?sa.
- Poczekajże pan - rzekł Villefort, przeglądając inny rejestr. - Aha... to
był marynarz, prawda? Miał się żenić z Katalonką? Tak, tak, przypominam
sobie teraz: to była poważna sprawa.
- Jak to?
- Wiesz pan pewnie, że kiedy wyszedł ode mnie z przesłuchania, został
zaprowadzony do więzienia obok sądu.
- Tak, no i?
- No więc napisałem o tym raport do Paryża, odesłałem znalezione przy
nim papiery. Tak powinienem był uczynić, cóż robić... i w osiem dni po
aresztowaniu więzień został stamtąd zabrany.
- Zabrany? - wykrzyknął Morrel. - Cóż oni mogli z tym biedakiem zrobić?
- Ach, uspokój się pan, może go przetransportowano do Fenestrelle,
Pignerol albo na Wyspę Świętej Małgorzaty, to jest, mówiąc językiem
administracyjnym, "przesiedlono" z kraju. Zobaczysz pan, że pewnego
pięknego ranka nagle wróci, aby objąć dowództwo pańskiego statku.
- Niech wraca, kiedy chce, ja mu to stanowisko zachowam. Ale czemu dotąd
nie powrócił? Wydaje mi się, że sądy napoleońskie powinny zająć się na
pierwszym miejscu oswobodzeniem tych, którzy zostali uwięzieni za
poprzednich rządów.
- Nie oskarżaj pan tak lekkomyślnie - odpowiedział Villefort. - Trzeba
we wszystkim postępować legalnie. Rozkaz uwięzienia przyszedł z góry,
rozkaz uwolnienia też musi przyjść z góry. Napoleon powrócił zaledwie
dwa tygodnie temu, zatem rozkazy umarzające kary są rozesłane dopiero
co.
- Ale - zapytał Morrel - czy nie da się przyspieszyć tych formalności,
teraz, gdy nasza sprawa jest górą? Mam trochę przyjaciół i wpływów
również, mógłbym uzyskać umorzenie wyroku.
- Nie było wyroku w tej sprawie.
- Wobec tego skreślenie z rejestru więźniów.
- W sprawach politycznych nie ma czegoś takiego jak rejestry więźniów.
Czasem władzy zależy na tym, aby więzień zniknął, tak aby nawet ślad po
nim nie został: rejestr więźniów ułatwiłby poszukiwania.
- Tak może było za Burbonów, ale teraz...
- Tak było wszędzie i zawsze, kochany panie Morrel; rządy następują
jedne po drugich i wszystkie są do siebie podobne. Aparat karny powstały
za Ludwika XIV działa dotąd, z wyjątkiem Bastylii. A cesarz był zawsze
daleko większym rygorystą, jeśli chodzi o więzienia, niż Król Słońce, a liczba skazanych, po których nie ma ani śladu w rejestrach, jest
olbrzymia.
Tyle dowodów życzliwości mogłoby wyprowadzić w pole osobę całkowicie
pewną swoich racji i pan Morrel nie wątpił w ani jedno słowo
prokuratora.
- Panie Villefort, jaką dałbyś mi pan radę, aby przyspieszyć powrót
biednego Dant?sa?
- Jest jeden sposób: wnieś pan podanie do ministra sprawiedliwości.
- Ach, proszę pana, czyż nie wiemy dobrze, jak to się dzieje z podaniami; minister odbiera ich ze dwieście na dzień, a nie przeczyta
nawet i czterech.
- To prawda - odpowiedział Villefort. - Ale przeczyta prośbę, którą ja
zarekomenduję, zaadresuję i wyślę.
- I pan zająłby się tym?
- Z największą przyjemnością. Dant?s mógł być wtedy winnym, ale dziś
jest niewinny; moim zatem obowiązkiem jest zwrócić mu wolność, tak jak
przedtem powinienem był go zamknąć w więzieniu.
W taki sposób Villefort zabezpieczał się przed niebezpieczeństwem -
wprawdzie mało prawdopodobnym, ale możliwym - śledztwa, które zgubiłoby
go całkowicie.
- Ale jak trzeba pisać takie podanie do ministra?
- Siadaj pan na moim miejscu, proszę, ja panu podyktuję. Nie mamy czasu,
i tak już dosyć go straciliśmy.
- Prawda, pomyślmy tylko, że ten biedny chłopak czeka tam, cierpi i może
rozpacza.
Villefort zadrżał na myśl o tym więźniu, który złorzeczy mu tam w ciszy
i ciemności; ale zaszedł zbyt daleko, aby się cofnąć. Dant?s musiał
zostać zmiażdżony w trybach jego ambicji.
Villefort podyktował prośbę, w której uwydatnił przesadnie (z całą
pewnością z najlepszych pobudek) patriotyzm Dant?sa i usługi
wyświadczone sprawie bonapartystów. W tym podaniu Dant?s stawał się
jednym z najaktywniejszych zwolenników powrotu Napoleona. Było
oczywiste, że wobec takiego dowodu minister załatwiłby rzecz
sprawiedliwie, jeśli sprawiedliwości jeszcze nie stało się zadość.
Skończywszy dyktować, Villefort odczytał głośno petycję.
- Jest napisana tak jak trzeba - rzekł - a teraz spuść się pan na mnie.
- Jak prędko zostanie wysłana?
- Dziś jeszcze.
- I pan ją zarekomendujesz?
- Tak i najlepszą rekomendacją będzie potwierdzenie prawdziwości
wszystkiego, co pan w tej prośbie wyrażasz.
Villefort usiadł i z boku petycji napisał poświadczenie.
- Cóż teraz trzeba robić dalej? - zapytał pan Morrel.
- Czekać - odpowiedział Villefort. - Ja odpowiadam za wszystko.
Zapewnienie to wróciło panu Morrelowi nadzieję; wyszedł od prokuratora
oczarowany nim zupełnie i pospieszył do starego Dant?sa z wieścią, że
wkrótce zobaczy syna.
Villefort zaś, zamiast odesłać petycję do Paryża, schował ją troskliwie,
ponieważ petycja, która dziś mogła ocalić Dant?sa, w przyszłości
kompromitowałaby go straszliwie, zakładając, że bieg wypadków w Europie
zapowiadał nadejście nowej Restauracji.
Dant?s pozostał zatem w więzieniu: pogrążony w otchłaniach lochu, nie
usłyszał wcale straszliwego huku, jaki wywołał upadek tronu Ludwika
XVIII ani jeszcze straszliwszego - gdy w gruzy waliło się cesarstwo.
Villefort zaś wszystko obserwował czujnym okiem, wszystko pochwycił
uważnym uchem. W czasie owych Stu dni - jak nazwano ten krótki okres
powrotu cesarstwa, Morrel dwukrotnie przychodził domagać się wolności
dla Dant?sa i dwukrotnie Villefort zbył go najuroczystszymi obietnicami;
aż w końcu przyszło Waterloo. Morrel nie pokazał się więcej u Villeforta. Zrobił dla młodego przyjaciela wszystko, co tylko było
możliwe. Dalsze próby za panowania drugiej Restauracji skompromitowałyby
go tylko niepotrzebnie.
Ludwik XVIII powrócił na tron. Villefort, dla którego Marsylia stała się
źródłem przykrych wspomnień, przekształcających się w wyrzuty sumienia,
poprosił o wakujące miejsce prokuratora królewskiego w Tuluzie. W dwa
tygodnie po przeniesieniu się do nowej siedziby poślubił pannę Renatę,
której ojciec zyskał na dworze więcej niż kiedykolwiek wpływów.
Takim to sposobem Dant?s, zarówno w czasie Stu dni, jak i potem, tkwił
za kratami więzienia, zapomniany - jeśli nie przez ludzi, to z pewnością
przez Boga.
Danglars pojął całą doniosłość ciosu, jaki zadał Dant?sowi, widząc
powrót Napoleona do Francji. Jego denuncjacja trafiła w samo sedno. Jak
każdy zatem człowiek miernych zdolności w życiu codziennym, a z pewną
skłonnością do występku, nazwał ten dziwny zbieg wypadków "wyrokiem
Opatrzności".
Ale gdy Napoleon wrócił do Paryża, a głos jego cesarskiej potęgi
zabrzmiał na nowo, Danglarsa zdjął strach. Spodziewał się w każdej
chwili powrotu Dant?sa, który wie o wszystkim, Dant?sa groźnego i gotowego do okrutnej zemsty. Oświadczył więc panu Morrelowi, że pragnie
opuścić służbę w handlu morskim i polecony przez niego, został w końcu
marca, to jest w dziesięć czy dwanaście dni po wejściu Napoleona do
Tuileriów, buchalterem u pewnego kupca hiszpańskiego. Pojechał do
Madrytu i słuch o nim zaginął.
Fernand zaś nic nie pojmował. Pozbył się Dant?sa, to wszystko, czego
potrzebował. Co się z nim stało? - nie chciał nawet wiedzieć. Zyskany w ten sposób dla siebie czas spędzał na okłamywaniu Mercedes i przedstawianiu jej zmyślonych przyczyn nieobecności Edmunda lub
medytowaniu nad wyjazdem do obcych krajów i porwaniem dziewczyny.
Niekiedy, a były to posępne chwile w jego życiu, siadał na wierzchołku
przylądka Faro, skąd widać jednocześnie Marsylię i wioskę Katalończyków,
i smutny, nieruchomy jak ptak drapieżny na czatach, wypatrywał, czy nie
ujrzy na drodze pięknego młodzieńca, idącego swobodnym krokiem, z uniesioną głową - zwiastuna straszliwej zemsty. W takim razie Fernand
wiedział już, co ma robić: wypali Dant?sowi w głowę, a potem sam się
zabije - mówił sobie, pragnąc uczynić to morderstwo szlachetniejszym.
Ale tu Fernand sam siebie oszukiwał, jeśli ktoś żywi wciąż nadzieję,
nigdy nie popełni samobójstwa.
W międzyczasie cesarski rząd obwołał pospolite ruszenie, więc wszyscy,
którzy tylko byli zdolni nosić broń, pospieszyli poza granice Francji na
grzmiący głos cesarza. Fernand poszedł wraz z innymi, opuścił chatę i Mercedes, dręczony okropną myślą, że jego rywal powróci i ożeni się z jego ukochaną.
Gdyby Fernand miał kiedykolwiek zdobyć się na samobójstwo, uczyniłby to
po rozstaniu z Mercedes.
Względy, jakimi otoczył dziewczynę, współczucie, jakie okazywał jej w nieszczęściu, starania, które uprzedzały jej najmniejsze życzenia,
wywarły taki skutek, jaki wywierają zazwyczaj na każdym szlachetnym
sercu dowody przywiązania. Mercedes kochała zawsze Fernanda jak
przyjaciela; przyjaźń ta powiększyła się teraz o nowe uczucie -
wdzięczność.
- Bracie - rzekła, mocując mu na plecach żołnierski tornister. - Bracie,
mój jedyny przyjacielu, nie pozwól się zabić, nie zostawiaj mnie samej
na świecie. Będę płakać, zostanę sama, jeśli nie wrócisz.
Słowa te, wyrzeczone w chwili pożegnania, obudziły nadzieję w Fernandzie. Gdyby Dant?s nie wrócił, Mercedes zostanie może jego żoną.
Mercedes pozostała sama na tej nagiej ziemi, która nigdy do tej pory nie
wydała się jej aż tak jałowa; prócz niej widać było tylko morze, aż po
horyzont. Wciąż zapłakana, błąkała się jak owa szalona, o której
rozpaczliwej doli nam tyle opowiadano, wokół osady Katalończyków;
niekiedy zatrzymywała się nagle pod palącym słońcem Południa, i wyprostowana, nieruchoma, niema jak posąg wlepiała wzrok w Marsylię;
albo siadała na brzegu i wsłuchiwała się w szum morza, wieczny jak jej
boleść, zadając sobie wciąż to samo pytanie: czy nie lepiej byłoby
pochylić się i osunąć całym ciężarem ciała w przepaść, która otworzy się
przed nią i pochłonie ją, niż tak cierpieć straszliwie bez nadziei i bez
końca.
Nie brakowało Mercedes odwagi do spełnienia zamiaru, ale wiara przyszła
jej z pomocą i ocaliła od samobójstwa.
Caderousse podobnie jak Fernand został powołany, ale że miał osiem lat
więcej niż Katalończyk i był żonaty, został wcielony do wojska dopiero
podczas trzeciej mobilizacji i wysłano go na wybrzeże.
Stary Dant?s, utrzymywany przy życiu już tylko nadzieją, po upadku
Napoleona utracił ją zupełnie.
Dokładnie pięć miesięcy po rozstaniu z synem, niemal o tej samej
godzinie, o której aresztowano Edmunda, oddał ducha w ramionach
Mercedes. Pan Morrel wyprawił mu pogrzeb na swój koszt i spłacił drobne,
żałosne długi, które starzec zaciągnął podczas choroby. Czyn ten był nie
tylko dowodem szlachetności, ale i odwagi. Południe wrzało i wspierać,
nawet na łożu śmierci, ojca tak niebezpiecznego bonapartysty jak Dant?s
uchodziło za zbrodnię.
14. Więzień oszalały i więzień obłąkany
Mniej więcej rok po powrocie Ludwika XVIII na tron pan inspektor
generalny wizytował więzienia.
Dant?s słyszał z głębi lochu dudnienia i zgrzytania - odgłosy
przygotowań na przyjęcie inspektora; na górze tak hałaśliwe, na dole
były słyszalne jedynie dla ucha więźnia nawykłego wśród ciszy nocnej do
słuchania, jak pająk snuje swą sieć i jak jednostajnie kropla wody spada
ze sklepienia, gdzie tworzy się przez godzinę.
Domyślił się, że na górze, wśród żywych dzieje się coś niezwykłego - tak
długo zamieszkiwał już ten grób, że mógł się liczyć do umarłych.
W samej rzeczy, inspektor wizytował kolejno wszystkie izby, cele i lochy; rozmawiał z wieloma więźniami: z tymi mianowicie, których
łagodność lub głupota zyskiwała im u administracji więziennej jakieś
względy; inspektor wypytywał, jak są żywieni, jakie mają żądania, które
by chcieli przedstawić. Odpowiadali jednogłośnie, że jedzenie jest
obrzydliwe i że żądają, aby wypuszczono ich na wolność. Inspektor
spytał, czy nie domagają się czegoś innego.
Potrząsali głowami. Jakiegoż innego dobra, prócz wolności, mogą pragnąć
więźniowie?
Inspektor odwrócił się od nich z uśmiechem i rzekł do komendanta:
- Nie wiem, po co nam każą robić te bezużyteczne obchody. Kto widział
jednego więźnia, to tak, jakby widział stu, wysłuchać jednego - to jak
wysłuchać tysiąca. Zawsze jedna śpiewka: złe mają jedzenie i są
niewinni. Nie masz pan innych więźniów?
- O, tak, ale są oni niebezpieczni lub cierpią na pomieszanie zmysłów,
tych trzymamy w lochach.
- Zobaczmy i tych - rzekł inspektor z miną człowieka znużonego. -
Spełnijmy do końca nasz obowiązek i chodźmy do lochów.
- Niech pan zaczeka - powstrzymał go komendant. - Przywołam choć ze
dwóch ludzi. Zdarza się, że więźniowie mając dość takiego życia i pragnąc, aby ich skazano na śmierć, dokonują absurdalnych czynów
rozpaczy. Mógłbyś pan stać się ofiarą takiego czynu.
- Rób pan to, co dyktuje ostrożność - rzekł inspektor.
Posłano rzeczywiście po dwóch żołnierzy, a gdy przyszli, puszczono się w dół po schodach tak cuchnących, nieczystych i porosłych mchem, że samo
przejście po nich raziło wzrok i powonienie, a i oddychać było ciężko.
- Fuj! A kogóż tu, do diabła, trzymacie? - zapytał inspektor,
zatrzymując się w połowie drogi.
- Spiskowca, jednego z najniebezpieczniejszych; uprzedzono nas, że to
człowiek gotów na wszystko.
- Sam jeden siedzi?
- Naturalnie.
- Od jak dawna?
- Od roku chyba.
- I siedzi w lochu od początku?
- Nie, panie, od chwili, gdy chciał zabić dozorcę, który mu przynosił
codziennie żywność.
- Chciał zabić dozorcę?
- Tak, proszę pana, tego tutaj, który oświetla nam drogę. Nie tak,
Antoni?
- Pewnie, że chciał mnie zabić - odpowiedział dozorca.
- Coś takiego! Więc to jakiś szaleniec?
- Gorzej, proszę pana - odpowiedział dozorca. - To diabeł, a nie
człowiek.
- Czy chce pan, abym przedstawił na niego skargę? - zapytał inspektor
komendanta.
- Nie ma potrzeby, już jest dosyć za to ukarany; zresztą niedługo
oszaleje, a doświadczenie, jakie mamy z obserwacji, mówi nam, że nim
upłynie rok, popadnie zupełnie w obłęd.
- A to tym lepiej dla niego - rzekł inspektor. - Jak oszaleje zupełnie,
mniej będzie cierpiał.
Jak widzimy, inspektor był człowiekiem pełnym ludzkich uczuć i godnym
powierzonych mu filantropijnych obowiązków.
- Masz pan słuszność - odparł komendant. - Uwaga pańska dowodzi, że
gruntownie przestudiował pan ten przedmiot. Mamy tu właśnie w jednym
lochu, o trzydzieści kroków od tego, do którego dostaniemy się po innych
schodach, starego księdza, niegdyś przywódcę jednego z włoskich
stronnictw; siedzi tu od 1811 roku, a zwariował około 1813; od tego
czasu jest nie do poznania: przedtem płakał, teraz się śmieje, chudł,
teraz tyje. Może wolisz pan raczej zobaczyć tamtego? Jego szaleństwo
raczej bawi, niż zasmuca.
- Zobaczę jednego i drugiego - postanowił inspektor. - Trzeba sumiennie
dopełniać swoich obowiązków.
Inspektor pierwszy raz wizytował więzienia i chciał, aby jego władze
miały o nim dobre wyobrażenie.
- Chodźmy najpierw do spiskowca - rzekł inspektor.
- Bardzo chętnie - odpowiedział komendant.
Dał znak dozorcy, by otworzył drzwi.
Dant?s, skulony w kącie, radował się niewypowiedzianie drobnym promykiem
słońca, który przeniknął przez wąskie zakratowane okienko. Słysząc
zgrzytnięcie olbrzymich zamków i skrzypienie zardzewiałych zawiasów,
podniósł głowę. Ujrzawszy nieznajomego, któremu towarzyszyło dwóch
dozorców z pochodniami i dwóch żołnierzy oraz samego komendanta z kapeluszem w ręku - więzień odgadł cel odwiedzin; wreszcie nadarzyła się
okazja, aby błagać wysokiego urzędnika; i rzucił się ku niemu ze
złożonymi dłońmi.
Żołnierze natychmiast skrzyżowali bagnety, sądząc, że więzień poderwał
się w złych zamiarach.
Sam inspektor cofnął się o krok.
Dant?s zrozumiał, że przedstawiono go jako niebezpiecznego człowieka.
Zebrał więc w spojrzeniu całą łagodność i pokorę, jakie tylko mogą
mieścić się w człowieku, i przemawiając słowami uroczystymi, a wręcz
nabożnymi, usiłował trafić inspektorowi do serca. Inspektor wysłuchał do
końca Dant?sa, a potem, zwracając się do komendanta, rzekł półgłosem:
- Zwróci się w stronę religii, już jest pełen łagodniejszych uczuć.
Widzi pan, jaki wpływ ma na niego strach: cofnął się na widok bagnetów,
wariat zaś nie cofa się nigdy. Bardzo ciekawe spostrzeżenia poczyniłem w tym zakresie w Charenton.
Potem zwrócił się do więźnia i zapytał:
- Krótko mówiąc, czego właściwie chcecie?
- Chcę dowiedzieć się, jaką popełniłem zbrodnię; chcę, aby mnie
postawiono przed sądem; chcę, aby wznowiono dochodzenie; chcę na koniec,
aby mnie rozstrzelano, jeżeli jestem winny, lub uwolniono - jeżeli
jestem niewinny.
- Dobrze was tu żywią? - zapytał inspektor.
- Tak, chyba tak, sam nie wiem... I mniejsza o to; najważniejsze jest, i nie tylko dla mnie, ale i dla urzędników wymierzających sprawiedliwość,
a nawet dla króla, który nami rządzi, aby niewinny nie padał ofiarą
podłego donosu i nie umierał za kratami, złorzecząc swoim katom.
- Jakoś dziś jesteś bardzo łagodny - rzekł komendant. - Nie zawsze taki
byłeś, przyjacielu, mówiłeś kiedyś całkiem inaczej, tego dnia, kiedy to
chciałeś zatłuc dozorcę.
- To prawda, proszę pana - rzekł Dant?s. - Przepraszam najpokorniej tego
człowieka, który był zawsze dla mnie dobry... ale cóż chcieć! Byłem wtedy
szalony, wpadłem w szał.
- A teraz nie jesteś szalony?
- Nie, proszę pana, więzienie ugięło mnie, złamało, unicestwiło. Już tak
długo tu jestem...!
- Długo? Kiedy was zatrzymano? - zapytał inspektor.
- Dwudziestego ósmego lutego 1815 roku, o godzinie drugiej po południu.
Inspektor jął liczyć.
- Dziś mamy trzydziestego czerwca 1816 roku; i cóż wy mówicie? Siedzicie
w więzieniu dopiero siedemnaście miesięcy.
- Siedemnaście miesięcy! - zakrzyknął Dant?s. - Ach, proszę pana, czy
pan wie, ile znaczy siedemnaście miesięcy w więzieniu? To siedemnaście
lat, siedemnaście wieków dla człowieka, który jak ja był tak bliski
wielkiego szczęścia, który miał poślubić ukochaną kobietę, który widział
przed sobą zaszczytną karierę, a który wszystko utracił. Człowiek ten w dniu najpiękniejszym w życiu wpadł w najczarniejszą noc, jego przyszłość
jest zniszczona, nie wie, czy ta, którą kochał, kocha go jeszcze, nie
wie, czy jego stary ojciec żyje jeszcze, czy umarł. Siedemnaście
miesięcy więzienia dla człowieka nawykłego do morskiego powietrza,
marynarskiej swobody, do przestrzeni, ogromu, nieskończoności -
siedemnaście miesięcy więzienia dla takiego człowieka, proszę pana, to
kara cięższa, niż zasługują na to wszelkie występki, których ohydne
imiona może wymienić język ludzki. Miej pan nade mną litość i żądaj dla
mnie nie pobłażania, ale surowości, nie łaski, ale sądu; sędziów, proszę
pana, ja domagam się tylko sędziów. Czyż można odmówić oskarżonemu prawa
do stawania przed sądem?
- Dobrze - rzekł inspektor. - Zobaczymy.
I zwrócił się do komendanta:
- Doprawdy, ten biedak napełnił mnie litością. Jak wrócimy na górę,
pokażesz mi pan jego akta.
- Oczywiście - odparł komendant. - Ale zdaje mi się, że on tam ma
najgorszą opinię.
- Proszę pana - ciągnął Dant?s - ja wiem, że sam nie możesz mnie pan
stąd uwolnić, ale możesz moją prośbę przedstawić władzom, możesz
wyjednać rozpoczęcie śledztwa, możesz mnie kazać oddać pod sąd. Pragnę
stanąć przed sądem i nic więcej, niech wiem, jaką popełniłem zbrodnię i na jaką jestem skazany karę, bo niepewność gorsza jest od wszystkich
tortur.
- Proszę mówić jaśniej - rzekł inspektor.
- Proszę pana - zawołał Dant?s - słychać z pańskiego głosu, żeś
wzruszony, panie! Proszę, niech pan powie, że mogę mieć nadzieję.
- Nie mogę tego powiedzieć - odrzekł inspektor. - Mogę tylko przyrzec,
że przejrzę twoją sprawę.
- O! To już jestem wolny, jestem ocalony!
- Kto kazał was aresztować? - zapytał inspektor.
- Pan de Villefort - odpowiedział Dant?s - Niech się pan z nim zobaczy i porozmawia.
- Pan de Villefort wyjechał z Marsylii rok temu. Jest w Tuluzie.
- A więc się nie dziwię - szepnął Dant?s. - Jedyny mój protektor
wyjechał.
- Czy pan de Villefort miał jakiś powód, aby was nienawidzić? - zapytał
inspektor.
- Żadnego, był dla mnie bardzo życzliwy.
- Mogę więc polegać na jego adnotacjach lub na tym, co mi powie?
- Najzupełniej, proszę pana.
- Dobrze. Bądźcie cierpliwi.
Dant?s upadł na kolana, wznosząc ręce do nieba, i w modlitwie, którą
szeptał, polecał Bogu tego, co wstąpił do jego więzienia jak Zbawiciel
uwalniający z piekieł dusze.
Drzwi się zamknęły, ale nadzieja, która pojawiła się tu razem z inspektorem, pozostała w celi Edmunda.
- Czy pan chce przejrzeć rejestr więzienny natychmiast - zapytał
komendant - czy też przejdzie pan najpierw do celi księdza?
- Skończmy najpierw z lochami - odrzekł inspektor. - Jeśli wrócę na
światło dzienne, może mi już zabraknąć odwagi, aby dokończyć tej smutnej
misji.
- Ach, ten więzień jest zupełnie inny, jego szaleństwo jest mniej
przygnębiające niż zdrowy rozum jego sąsiada.
- A jak się przejawia jego obłęd?
- O, to dziwne szaleństwo! Ksiądz ma się za posiadacza niezmiernych
skarbów. W pierwszym roku uwięzienia ofiarował rządowi milion za
uwolnienie, drugiego roku dwa miliony, trzeciego - trzy i tak dalej. Już
piąty rok u nas siedzi, niezawodnie więc będzie chciał pomówić z panem
na osobności i ofiaruje pięć milionów.
- No, no, a to rzeczywiście ciekawa historia - rzekł inspektor. - Jakże
się nazywa ten milioner?
- Ksiądz Faria.
- Numer dwudziesty siódmy - przeczytał inspektor.
- To tu, Antoni, otwórz.
Dozorca otworzył drzwi i zaciekawione spojrzenie inspektora wpadło do
lochu stukniętego księdza.
Tak bowiem zwykle nazywano tego więźnia.
Na środku celi, w kole zakreślonym kawałkiem wapna oderwanego od muru,
leżał człowiek, niemal nagi, jego odzienie zwisało w strzępach. W kole
tym kreślił wyraźne linie geometryczne i zdawał się nie mniej zajęty
rozwiązaniem swego zadania jak Archimedes, gdy poniósł śmierć z rąk
żołnierza Marcellusa. Nie poruszył się więc nawet na dźwięk otwieranych
drzwi i wyrwał się z zamyślenia, dopiero gdy światło pochodni oświetliło
niecodziennym blaskiem wilgotną podłogę, na której pracował. Odwrócił
się więc i zdziwiony spojrzał na ludzi, którzy tak licznie pojawili się
w jego lochu.
Powstał żywo z ziemi, pochwycił z barłogu kołdrę i szybko okrył się nią,
aby ukazać się nieco przystojniej oczom obcych ludzi.
- Czego potrzebujecie? - zapytał inspektor, nie zmieniając swej
sakramentalnej formuły.
- Ja? - zdziwił się ksiądz - Ja nic nie potrzebuję!
- Nie rozumiecie mnie - rzekł inspektor. - Jestem wysłannikiem rządu,
mam za zadanie inspekcję wszystkich więzień, wysłuchuję życzeń i zażaleń
więźniów.
- A, to co innego! - zawołał żywo ksiądz. - Mam nadzieję, że się
dogadamy.
- Widzi pan - rzekł cicho komendant - czyż nie zaczyna się, tak jak panu
zapowiadałem?
- Proszę pana - rzekł więzień. - Nazywam się Faria, jestem księdzem.
Urodziłem się w Rzymie. Dwanaście lat byłem sekretarzem kardynała
Rospigliosiego; zostałem uwięziony, ale nie wiem nawet dobrze za co, na
początku 1811. Odtąd zanoszę ciągłe prośby o wypuszczenie mnie na
wolność do rządów francuskiego i włoskiego.
- Z jakiej racji do francuskiego? - zapytał komendant.
- Ponieważ aresztowano mnie w Piombino, a sądzę, że tak jak Mediolan i Florencja, również Piombino zostało stolicą jakiegoś departamentu
francuskiego.
Inspektor i komendant spojrzeli po sobie i roześmiali się.
- Do licha! - rzekł inspektor - wiadomości, jakie ksiądz ma o Włoszech,
nie są zbyt świeże.
- Pochodzą z dnia, w którym zostałem zatrzymany - odrzekł ksiądz - że
zaś Jego Cesarska Mość utworzył królestwo rzymskie dla syna, którym go
niebo obdarowało, domyślam się, że dokonawszy dalszych podbojów, spełnił
sny Machiavellego i Cezara Borgii - zjednoczył całe Włochy w jedno
królestwo.
- Proszę księdza, Opatrzność na szczęście naniosła nieco poprawek do
tego gigantycznego planu, którego zdajesz się być dość żarliwym
stronnikiem.
- To jedyny sposób, aby uczynić z Włoch państwo silne, niezależne i szczęśliwe - odpowiedział ksiądz.
- Być może - odparł inspektor - ale nie przyszedłem tu, aby rozprawiać o polityce ultramontańskiej, ale po to, aby zapytać, czy nie macie jakich
zażaleń co do wiktu i pomieszczenia.
- Jadło jak w każdym więzieniu - jest fatalne. Co do mieszkania, to
widzi pan, że jest wilgotne i niezdrowe, jednak jak na loch całkiem
przyzwoite. Ale nie o to teraz idzie; chcę uczynić rządowi niezmiernie
ważną i szczególnie godną uwagi propozycję.
- Ot, i jesteśmy w domu - szepnął komendant do inspektora.
- I właśnie dlatego cieszę się, że pana widzę, chociaż przeszkodziłeś mi
nieco w bardzo ważnych obliczeniach, które, jeśli się powiodą, mogą
zmienić system Newtona. Czy możesz mi pan udzielić posłuchania na
osobności?
- A co, nie mówiłem? - rzekł komendant do inspektora.
- Znasz pan dobrze swojego pensjonariusza, jak widzę - odrzekł inspektor
z uśmiechem, po czym zwrócił się do Farii:
- Żąda pan ode mnie rzeczy niemożliwej.
- A jednak, gdyby chodziło o pozyskanie dla rządu niezmiernej sumy, na
przykład pięciu milionów...?
- Słowo daję - rzekł inspektor, obracając się do komendanta. -
Przepowiedziałeś pan wszystko, nawet sumę.
- Zresztą - zawołał szybko ksiądz, widząc, że inspektor zbiera się do
odejścia. - Nie musimy koniecznie być sam na sam; pan komendant może być
obecny przy naszej rozmowie.
- Na nieszczęście, drogi księże - rzekł komendant - znamy już na pamięć,
co chcesz powiedzieć. Wszak chodzi o skarby, prawda?
Faria spojrzał na szydercę takim wzrokiem, że bezstronny widz
dostrzegłby w nim z pewnością błysk prawdy i rozsądku.
- Oczywiście - rzekł. - A o czymże miałbym mówić, jeśli nie o tym?
- Panie inspektorze - przerwał komendant. - Mogę opowiedzieć całą tę
historię z najdrobniejszymi szczegółami tak dobrze jak sam ksiądz, bo od
czterech czy pięciu lat uszy mi od tego puchną.
- To dowodzi - rzekł ksiądz do komendanta - że jesteś pan jak owi
ludzie, o których Pismo Święte mówi, że mają oczy, a nie widzą, mają
uszy, a nie słyszą.
- Kochany księże - wtrącił inspektor. - Rząd nasz, dzięki Bogu, jest
zamożny i nie potrzebuje twoich milionów; zachowaj je sobie, przydadzą
się księdzu, kiedy wyjdziesz z więzienia.
Oczy księdza rozpłomieniły się; porwał inspektora za rękę.
- A jeżeli nie wyjdę z więzienia - rzekł - jeżeli wbrew wszelkiej
sprawiedliwości będę musiał tu pozostać, jeżeli umrę i nie zdążę nikomu
odkryć tajemnicy i skarb przepadnie? Czyż nie lepiej, aby i rząd z niego
skorzystał, i ja także? Dam sześć milionów, tak, zrezygnuję z sześciu
milionów, i poprzestanę na reszcie, jeżeli tylko wyjdę na wolność!
- Na honor - rzekł inspektor półgłosem. - Gdybym nie wiedział, że to
wariat, uwierzyłbym, że mówi prawdę, tyle w jego głosie przekonania.
- Nie jestem wariatem, mówię czystą prawdę - odparł Faria, chwytając
(dzięki wyostrzonemu słuchowi, właściwemu dla wszystkich więźniów) każde
słowo inspektora. - Skarb, o którym mówię, istnieje naprawdę. Proponuję,
aby podpisał pan ze mną umowę, na podstawie której zawieziesz mnie pan w miejsce, które wyznaczę: na naszych oczach rozkopie się ziemię, a jeżeli
kłamię, jeżeli nic nie znajdziemy, jeżeli jestem wariatem, jak
powiadacie, cóż... Weźmiecie mnie na powrót do lochu, zostanę tu na wieki,
umrę tu i nic już od was nie będę żądać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
2. Ojciec i syn
Niechaj Danglars wysila swój geniusz zawiści; nie będziemy słuchać jego
złośliwych podszeptów, których jedynym celem jest oczernić towarzysza
przed armatorem, i udajmy się za Dant?sem. Przebiegł już całą Cannebi?re
i skręciwszy w ulicę Noailles, wpadł do niepozornego domu po prawej
stronie Alej Meilhańskich, przebiegł szybko cztery piętra po ciemnych
schodach i trzymając się jedną ręką poręczy, a drugą przyciskając do
piersi, aby stłumić uderzenia serca, stanął przed drzwiami uchylonymi,
tak że można było zajrzeć w głąb małej izdebki.
W tym pokoiku mieszkał ojciec Dant?sa.
Wiadomość o przybyciu "Faraona" nie doszła jeszcze do starca, który
stojąc na krześle, drżącą ręką podpierał właśnie patyczkami pędy
nasturcji i powoju, wijące się pomiędzy kratami.
Wtem uczuł, że ktoś go ujął wpół i z tyłu ozwał się znajomy głos:
- Ojcze, ojcze kochany!
Starzec krzyknął i odwrócił się nagle, a zobaczywszy syna, osunął się w jego objęcia drżący i blady.
- Co ci, ojcze? - zawołał młodzieniec zatrwożony. - Czyś chory?
- Nie, nie, mój kochany Edmundzie, mój synu, moje dziecię, ale nie
spodziewałem się ciebie... To radość, wzruszenie, żem cię zobaczył tak
niespodziewanie. Ach! Boże wielki, zdaje mi się, że umrę...
- Ale uspokój się, ojcze, przyjdź do siebie, to ja, naprawdę ja! Mówi
się, że radość nikomu nie może zaszkodzić, to dlatego tu wszedłem bez
uprzedzenia. No, ojcze kochany, uśmiechnij się i nie patrz takim
obłąkanym wzrokiem. Wróciłem i od tej pory będziemy żyć razem
szczęśliwi.
- Ach, cudownie, mój chłopcze - odrzekł starzec. - Ale jakoż to będziemy
żyć w szczęściu? Nie opuścisz mnie już więcej? Powiedz, jakież to
szczęście?
- Oby mi przebaczył Bóg wszechmocny, że cieszę się szczęściem okupionym
żałobą innej rodziny, ale ten sam Bóg mi świadkiem, że nie pragnąłem
tego. Ot, samo przyszło i nie mogę go odtrącić. Umarł dzielny kapitan
Lecl?re, ojcze, a ja, za wstawiennictwem pana Morrela obejmę
najprawdopodobniej jego miejsce... Ojcze, rozumiesz? Być kapitanem w dwudziestym roku życia! Mieć sto ludwików pensji i udział w dochodach!
Czyż marynarz tak biedny jak ja mógł kiedykolwiek spodziewać się takiego
losu?
- Prawda to, syneczku, prawda - rzekł starzec. - To rzeczywiście
wspaniała odmiana.
- Chciałbym za pierwsze pieniądze, które odbiorę, urządzić ci mały domek
z ogródkiem, żebyś sobie sadził swoje powoje, nasturcje i kapryfolium...
Ale cóż ci jest, mój ojcze? Wyglądasz, jakby ci słabo było?
- Bądź spokojny, to przejdzie.
Starcowi zabrakło jednak sił i zachwiał się.
- Dalibóg! - zawołał młodzieniec. - Wypij szklankę wina, to cię
pokrzepi. Gdzie chowasz wino?
- Dziękuję ci, nie szukaj, nie chcę - odrzekł starzec, usiłując
powstrzymać syna.
- Ależ tak, pozwól mi, pokaż tylko, gdzie jest.
I jął otwierać szafy.
- Próżno szukasz - wyszeptał starzec - wina nie ma.
- Jak to? Nie masz wina? - zawołał Edmund, blednąc i wpatrując się to w zapadłe i blade niczym wosk policzki ojca, to w puste szafy. - Jak to,
nie ma ani kropli? Czy ci zabrakło pieniędzy?
- Nic, nic mi już nie brakuje, mam wszystko, bo mam ciebie, mój synu.
- Przecież trzy miesiące temu, przed wyjazdem, zostawiłem ci dwieście
franków - wyjąkał młodzieniec, ocierając pot z czoła.
- Tak, to prawda, Edmundzie. Zapomniałeś jednak, odjeżdżając, spłacić
małego długu sąsiadowi Caderousse'owi. Upomniał się o niego, dodając, że
jeśli nie zapłacę, uda się do pana Morrela. Pojmujesz więc, że z obawy,
aby ci to nie zaszkodziło, zapłaciłem, cóżem miał zrobić?
- Ach, mój Boże, byłem mu winien sto czterdzieści franków! - zawołał
Dant?s - i mając wszystkiego dwieście franków, które ci zostawiłem,
oddałeś sto czterdzieści?
Starzec skinął głową.
- Tym sposobem, mając tylko sześćdziesiąt franków, żyłeś przez trzy
miesiące - wyszeptał Dant?s.
- Wszak wiesz, jak mało potrzebuję - odrzekł starzec.
- Ach, Boże, Boże! Ojcze, daruj mi, przebacz! - rzucając się do nóg
ojca, zawołał Dant?s.
- Cóż ty wyprawiasz?
- Ach! Rozdarłeś mi serce.
- Nic to, przecie jesteś tu, ze mną - rzekł starzec, uśmiechając się
łagodnie. - Teraz możemy o tym zapomnieć, bo wszystko dobrze się
skończyło.
- Tak, jestem przy tobie - rzekł młodzieniec. - Jestem przy tobie i mam
przed sobą piękną przyszłość, i nawet trochę pieniędzy. Patrz, ojcze,
masz, weź je i poślij prędko kogoś po wszystko, czego ci trzeba.
To mówiąc, wysypał na stół z kieszeni ze dwanaście ludwików, sześć
złotych pięciofrankówek i trochę drobnych monet.
Twarz starca rozjaśniła się.
- I czyjeż to? - spytał.
- Ależ moje...! Twoje...! Nasze...! Weź, każ kupić żywności, bądź szczęśliwy,
jutro znajdzie się ich więcej.
- Powoli, powoli - rzekł starzec i łagodny uśmiech ukazał mu się na
twarzy. - Jeśli pozwolisz, będę się ostrożnie obchodził z twoją kiesą.
Gdyby zobaczono, że tak wiele naraz rzeczy kupuję, powiedziano by
niezawodnie, że musiałem czekać z kupnem na twój powrót...
- Rób więc, jak chcesz, ojcze. Przede wszystkim jednak przyjmij sobie
służącą, nie chcę dłużej, żebyś tu sam tak żył. Mam w skrzyneczce na
dnie statku trochę przemyconej kawy i wybornego tytoniu - jutro ci
przyniosę. Ale pst! Ktoś nadchodzi!
- To Caderousse, musiał się już dowiedzieć, żeś przyjechał i przychodzi
zapewne pogratulować ci szczęśliwego powrotu.
- Doskonale! Znowu człowiek, który co innego ma na ustach, a co innego w sercu - szepnął Edmund. - Ale mniejsza o to, wszak to nasz sąsiad, który
nam kiedyś pomógł w potrzebie, trzeba go dobrze przyjąć.
Istotnie, kiedy Edmund kończył z cicha mówić te słowa, w drzwiach
wiodących na schody ukazała się czarniawa i brodata twarz Caderousse'a.
Był to człowiek mniej więcej dwudziestopięcioletni i trudnił się
krawiectwem; trzymał właśnie w ręku kawał sukna, który zamierzał skroić
na klapę surduta.
- Ejże, wróciłeś więc, Edmundzie? - zawołał z czysto marsylskim
akcentem, ukazując w szerokim uśmiechu zęby białe niby kość słoniowa.
- Jak widzisz, sąsiedzie, i gotów jestem ci usłużyć, w czym rozkażesz -
rzekł Dant?s, niezręcznie ukrywając pod pozorami uprzejmości wyraźną
niechęć.
- Dziękuję, dziękuję! Chwała Bogu, nic mi nie trzeba, a za to inni
czasem potrzebują czegoś ode mnie.
Dant?s drgnął, a Caderousse ciągnął dalej.
- Nie odnoszę tego do ciebie, mój kawalerze; pożyczyłem ci pieniądze,
tyś mi oddał; to się zdarza między dobrymi sąsiadami, a my jesteśmy
kwita.
- Nigdy nie jesteśmy skwitowani wobec tych, którzy nam wyświadczają
przysługę, bo jeśli nawet przestaliśmy być im dłużni pieniądze, należy
im się jeszcze wdzięczność.
- Po co tu o tym gadać? Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr.
Ot, pomówmy lepiej o twej podróży. Wybrałem się właśnie do portu, aby
zaopatrzyć się w brązowe sukno, wtem spotykam kochanego Danglarsa.
- A ty, co tu robisz w Marsylii? - spytałem go.
- Ano, jestem już - odpowiedział mi.
- Myślałem, żeś w Smyrnie?
- Dobrześ myślał, właśnie stamtąd wracam.
- A gdzie nasz młody Edmund?
- Ależ z pewnością u ojca - odpowiedział Danglars.
- Więc przyszedłem natychmiast - kontynuował Caderousse - aby uściskać
rękę dobrego przyjaciela.
- Poczciwy Caderousse! - rzekł starzec. - Jakże jest do nas przywiązany!
- Pewnie, że jestem do was przywiązany, a co więcej, wielce was szanuję,
bo to teraz rzadko można spotkać uczciwych ludzi... Hm! Widzę, żeś nam
powrócił bogaty, chłopcze - paplał dalej krawiec, rzucając z ukosa
spojrzenie na złote i srebrne monety rozrzucone przez Dant?sa na stół.
Młodzieniec dostrzegł w czarnych oczach sąsiada błysk chciwości.
- Ach, mój Boże - rzekł niedbale. - To nie moje pieniądze. Mówiłem
właśnie ojcu, że bałem się, czy mu czegoś nie brakło w czasie mojej
nieobecności, a on, aby mnie uspokoić, wysypał zawartość swojej sakiewki
na stół. Mój ojcze, schowaj to do mieszka, chyba że nasz sąsiad
Caderousse potrzebuje pieniędzy, w takim przypadku chętnie mu pomożemy.
- Uchowaj Boże, chłopcze - rzekł Caderousse - nie potrzebuję niczego;
Bogu dzięki rzemieślnicza profesja potrafi wyżywić człowieka. Schowaj
sobie pieniądze, tego nigdy nie można mieć za wiele. A swoją drogą,
bardzo ci dziękuję za propozycję, i czuję się tak zobowiązany, jakbym z niej skorzystał.
- To było ze szczerego serca - rzekł Dant?s.
- Nie wątpię. I jak tam, jesteś podobno na dobrej stopie z panem
Morrelem, filucie?
- Pan Morrel był dla mnie zawsze szczególnie życzliwy.
- W takim razie nie miałeś racji, nie przyjmując zaproszenia na obiad.
- Jak to? Odmówiłeś zaproszenia? - wtrącił stary Dant?s. - Zapraszał cię
na obiad?
- Zapraszał - odpowiedział Edmund z uśmiechem, ubawiony, że ojca tak
mocno zdumiał zaszczyt, jaki go spotkał.
- Synu, i dlaczego odmówiłeś? - zapytał starzec.
- Bo pragnąłem jak najprędzej cię zobaczyć, ojcze - odrzekł młodzieniec.
- Do ciebie się spieszyłem.
- Mogło to sprawić przykrość panu Morrelowi, on taki poczciwy - dorzucił
Caderousse - a kiedy ktoś pragnie zostać kapitanem, czyni wielkie
głupstwo, jeśli się w czymś sprzeciwia armatorowi.
- Wyjaśniłem mu przyczynę odmowy i zrozumiał to, jak sądzę.
- Ale jeśli masz zostać kapitanem, powinieneś czasem pochlebiać swoim
przełożonym.
- I bez tego spodziewam się nim zostać - odpowiedział Dant?s.
- Tym lepiej, tym lepiej, wszyscy twoi starzy przyjaciele będą się z tego serdecznie cieszyć, a znam też kogoś, kto mieszka za cytadelą
Świętego Mikołaja, kto pewnie się tym bardzo nie zmartwi.
- Mercedes - podpowiedział starzec.
- Tak, ojcze - odpowiedział Dant?s. - I za twoim pozwoleniem, kiedy cię
już zobaczyłem i wiem, żeś zdrów i na niczym ci nie zbywa, chciałbym ją
odwiedzić.
- Idź, moje dziecko, idź - rzekł stary Dant?s - i niech twoja żona
będzie dla ciebie takim błogosławieństwem bożym, jak ty dla mnie!
- Żona! - rzekł Caderousse. - Ojczulku, ależ ci spieszno! Wydaje mi się
przecie, że Mercedes nie jest jeszcze jego żoną!
- Nie, ale wedle wszelkiego prawdopodobieństwa - odrzekł Edmund -
wkrótce nią będzie.
- Mniejsza o to, w każdym razie dobrze robisz, że się spieszysz, mój
chłopcze!
- A to czemu?
- Bo Mercedes jest ładną dziewczyną, a ładnym dziewczętom nietrudno o amantów, szczególnie jej! Włóczą się za nią tuzinami.
- Doprawdy? - zdziwił się Edmund i lekki niepokój przebił się przez jego
uśmiech.
- O, tak - odpowiedział Caderousse. - I trafiały jej się nawet doskonałe
partie; ale że ty wkrótce kapitan, nikt ci tak łatwo nie da kosza.
- Co znaczy, że gdybym nie był kapitanem... - rzekł Dant?s z uśmiechem,
który źle skrywał jego niepokój.
- No, no! - mruknął znacząco Caderousse.
- Ale co tam! - rzekł Edmund. - Dajmy temu spokój; mam lepsze
wyobrażenie o kobietach w ogóle, a o Mercedes w szczególności, i jestem
przekonany, że czy byłbym kapitanem, czy nie, ona dochowałaby mi słowa.
- Tym lepiej - przytaknął Caderousse. - Zaufanie to ważna rzecz,
zwłaszcza gdy kto chce się żenić. Co mi zresztą do tego; ale posłuchaj,
chłopcze, nie trać czasu, idź do niej natychmiast zawiadomić o swoim
powrocie i nadziejach.
- Już idę - rzekł Edmund.
Uścisnął ojca, kiwnięciem głowy pożegnał Caderousse'a i wyszedł.
Caderousse zatrzymał się jeszcze przez chwilę, a pożegnawszy się ze
starym Dant?sem, udał się na spotkanie z Danglarsem, który czekał nań na
rogu ulicy Senac.
- I co? Widziałeś go? - zagadnął Danglars.
- Właśnie się rozstaliśmy - odrzekł Caderousse.
- Mówił ci coś o tym, że zamierza zostać kapitanem?
- Mówi o tym, jakby już było po wszystkim.
- Cierpliwości, chłopcze! - rzekł Danglars. - Myślę, że się trochę za
szybko wyrywa.
- Diabli go wiedzą, zdaje się, że mu to przyrzekł pan Morrel.
- I pewnie jest bardzo radosny?
- Powiedz raczej: bezczelny. Wyobraź sobie, że mi ofiarował swoją pomoc,
jakby był jakąś wielką figurą. I chciał mi pieniędzy pożyczyć niczym
bogaty bankier.
- Nie przyjąłeś, naturalnie.
- Ma się rozumieć, chociaż właściwie mogłem je przyjąć, zważywszy, że ja
pierwszy dałem mu kilka sztuk srebra, którymi zaczął obracać. Ale teraz
imć pan Dant?s nie będzie już nikogo potrzebował, zostanie kapitanem.
- Ba! - obruszył się Danglars. - Jeszcze nim nie jest.
- Słowo daję, lepiej by było, żeby nie został - rzekł Caderousse - bo
potem to nie da się do niego nawet przystąpić.
- Jeśli tylko zechcemy - szepnął Danglars - zostanie tym, czym jest
dzisiaj, a może nawet i to straci.
- Co ty opowiadasz?
- Nic, ot, tak sam do siebie coś mówiłem. A kocha się ciągle w tej
swojej Katalonce?
- Szalenie! Właśnie do niej poszedł. Ale, jeśli się nie mylę, napyta
sobie przez to biedy.
- Mów jaśniej.
- A po co?
- To ważniejsze, niż myślisz. Wszak nie lubisz Dant?sa, co?
- Nie cierpię zarozumialców!
- Więc właśnie, powiedz mi, co wiesz o tej jego Katalonce.
- Nie znam żadnych szczegółów, ale to, co widziałem, upoważnia mnie do
podejrzeń, że naszego przyszłego kapitana może spotkać jakaś przykrość
na drodze do Vieilles-Infirmeries.
- Cóżeś widział? Mów prędko.
- Widziałem na przykład, że ile razy Mercedes wychodzi do miasta,
towarzyszy jej zawsze jakiś Katalończyk, chłopisko jak byk, czarnooki,
ogorzały od słońca, ciemnowłosy i mocno w niej rozkochany, a ona nazywa
go kuzynem.
- Ach, doprawdy! I jak sądzisz, umizga się do niej ten kuzynek?
- Tak mi się zdaje. Bo cóż by robił dwudziestojednoletni chłopak, łażąc
za dziewczyną siedemnastoletnią i do tego ładną?
- I powiadasz, że Dant?s poszedł do Katalończyków?
- Wyszedł z domu tuż przede mną.
- Pójdźmy w tamtą stronę, posiedzimy sobie trochę w karczmie u Pamfila,
poczekamy przy szklaneczce malagi i zobaczymy, co się dalej stanie.
- A któż nam o tym powie?
- Dant?s będzie tamtędy wracał; zrozumiemy zaraz z jego miny, co się tam
dzieje.
- Chodźmy więc - rzekł Caderousse - ale ty stawiasz?
- Oczywiście - odpowiedział Danglars.
I udali się szybko na miejsce, o którym wspominali. Przyszedłszy do
karczmy, kazali sobie podać butelkę wina i dwie szklanki. Ojczulek
Pamfil widział, jak niespełna dziesięć minut wcześniej przechodził
tamtędy Dant?s. Nie ulegało wątpliwości, że Dant?s jest u Katalończyków;
nasi bohaterowie zasiedli zatem w altanie, pod dachem z rozwijających
się listków platanów i sykomor; wśród gałęzi drzew stado radosnych
ptasząt śpiewało hymn na cześć jednego z pierwszych dni nadchodzącej
wiosny.
3. Katalończycy
O sto kroków od miejsca, gdzie dwaj przyjaciele, popijając musującą
malagę, wytężali czujnie wzrok i słuch, schowana za nagim wzgórzem,
smaganym przez słońce i podmuchy mistrala, leżała katalońska wioseczka.
W czasie, którego tu nie możemy dokładnie oznaczyć, tajemnicza jakaś
kompania wyruszyła z Hiszpanii, wylądowała na tym wąskim pasemku ziemi i pozostała tu po dziś dzień. Nie wiadomo, skąd przybywali ci ludzie ani
jakim językiem mówili. Jeden z ich naczelników, znający język
prowansalski, uprosił marsylską gminę, aby oddała im ten nagi, jałowy
przylądek, na którego brzeg niczym starożytni żeglarze wyciągnęli swoje
łodzie. Przychylono się do jego prośby i trzy miesiące później wokół
dwunastu czy piętnastu łodzi, które przywiozły tu tych nomadów morskich,
powstała niewielka osada.
Ową wioskę, zbudowaną w dziwaczny i malowniczy zarazem sposób, w stylu
pół hiszpańskim, pół mauretańskim, po dziś dzień zamieszkują potomkowie
tych pierwszych osadników i mówią językiem swoich ojców. Od trzech czy
czterech wieków wierni są temu małemu przylądkowi, gdzie uwili swe
gniazda jak gromada morskich ptaków, nie mieszając się do spraw ludności
marsylskiej, żeniąc się między sobą tylko i przechowując obyczaje i ubiór narodowy tak samo, jak zachowali ojczysty język.
Zaprowadźmy czytelnika, idąc wzdłuż jedynej uliczki w wiosce, do jednego
z tych domów, barwionych promieniami słońca na ów piękny odcień uschłych
liści, właściwy dla budynków w tych okolicach, a wewnątrz bielonych
wapnem; poza owym białym tynkiem nie masz innej ozdoby w hiszpańskich
dworkach.
Wewnątrz wsparta o ścianę stała piękna młoda dziewczyna, o czarnych
włosach i aksamitnych oczach gazeli, i mięła w palcach wysmukłych jak u antycznego posągu drobniuchną gałązkę wrzosu, zrywając z niej
kwiatuszki, których szczątki sypały się na ziemię; ręce jej obnażone po
łokcie, opalone, lecz foremne jak u Wenus z Arles, drżały z niecierpliwości. Wąską stopą o wysokim podbiciu tupała, tak że można
było dzięki owemu ruchowi dojrzeć wspaniałą, strzelistą linię nogi,
obciągniętej w bawełnianą, czerwoną pończoszkę z szarobłękitnymi
klinami.
O trzy kroki od niej siedział, kołysząc się rytmicznie na krześle,
oparty łokciem o staroświecką spróchniałą komodę, wysoki młodzieniec lat
dwudziestu lub dwudziestu dwóch, i patrzył na dziewczynę wzrokiem, który
wyrażał niepokój i żałość. W oczach malowało mu się zapytanie, ale
dziewczyna panowała nad towarzyszem, spoglądając nań żywo i stanowczo.
- Popatrz, Mercedes - mówił młodzieniec. - Nadchodzi Wielkanoc.
Najlepszy czas, aby wyprawić wesele, odpowiedz mi, proszę!
- Sto razy już ci mówiłam, Fernandzie, i doprawdy sam sobie chyba źle
życzysz, kiedy mnie znów o to samo pytasz.
- I cóż z tego! Powtórz raz jeszcze, błagam, powtórz, może uda mi się
uwierzyć. Powtórz raz setny, że odrzucasz moją miłość, którą matka twoja
widziała dobrym okiem; spraw, abym przekonał się, że igrasz z moim
szczęściem, że nie obchodzi cię ani moje życie, ani śmierć. Ach, Boże
mój, Boże wielki! Marzyć dziesięć lat, że będę mężem twoim, Mercedes, i stracić całą tę nadzieję, która była jedynym celem mojego życia.
- Czyż podsycałam w jakikolwiek sposób twoją nadzieję, Fernandzie? -
zapytała Mercedes. - Nie możesz mi zarzucić, bym cię choć raz
kokietowała. Nieustannie powtarzałam ci: "Kocham cię jak brata, ale nic
oprócz tej miłości siostrzanej nie żądaj ode mnie, bo moje serce należy
do kogo innego". Czyż nie powtarzałam ci tego, Fernandzie?
- Tak, Mercedes, mówiłaś - odpowiedział młodzieniec. - I za cnotę
poczytałaś sobie traktowanie mnie z okrutną szczerością. Czyżbyś jednak
zapomniała, że według uświęconego prawa Katalonka ma wychodzić za
Katalończyka?
- Mylisz się, Fernandzie, to nie prawo, ale zwyczaj tylko, nic więcej; i radzę ci - nie przyzywaj tego zwyczaju na swoją korzyść. Fernandzie,
zapadł na ciebie wyrok w komisji poborowej; jeśli dotąd posiadasz tyle
swobody, to dzięki zwykłej pobłażliwości; nie dziś, to jutro możesz być
powołany do wojska; zostaniesz żołnierzem, i cóż się stanie ze mną,
biedną dziewczyną, sierotą, nieszczęśliwą, której całym majątkiem są
mizerna chata waląca się w gruzy i kilka zużytych rybackich sieci: oto
nędzne dziedzictwo zostawione matce w spadku po ojcu, a mnie po matce.
Od jej śmierci minął już rok, a ja, pomyśl tylko, Fernandzie - utrzymuję
się niemal z żebrania! Twierdzisz wprawdzie czasem, że ci jestem
pomocna, jedynie dlatego, abyś mógł ze mną dzielić połów. Nie odmawiam
ci, bo jesteś moim kuzynem, bośmy się razem wychowali, a przede
wszystkim dlatego, że wiem, jak by ci było przykro, gdybym odmówiła.
Czuję przecież dobrze, że te ryby, które sprzedaję, i konopie, które
kupuję za uzyskane w ten sposób pieniądze i przędę potem, czuję,
powtarzam ci, Fernandzie, że to tylko jałmużna.
- Cóż to wszystko znaczy, Mercedes! Choć biedna i sierota, przenoszę cię
nad córkę najznaczniejszego armatora czy najbogatszego bankiera
Marsylii! Bo czegóż takim jak my potrzeba? Wiernej żony i dobrej
gospodyni. Gdzież znajdę dziewczynę, która lepiej spełniałaby te
wymagania?
- Fernandzie - rzekła Mercedes, potrząsając głową. - Kobieta łatwo może
zostać kiepską gospodynią, kiedy nie kocha męża, ale innego mężczyznę, i trudno też zatem odpowiadać za jej wierność. Poprzestań na mojej
przyjaźni, bo tylko tyle mogę ci ofiarować, a przyrzekam tylko to, czego
jestem pewna, że potrafię dotrzymać.
- Ach, rozumiem - powiedział Fernand. - Cierpliwie znosisz własną nędzę,
ale lękasz się znosić biedę u mego boku. A więc, Mercedes, gdybym
posiadał twoje serce, popróbowałbym szczęścia, ty byś mi je przyniosła,
zdobyłbym fortunę. Mógłbym pracować jako komisant w jakiej firmie, sam
mogę zostać kupcem!
- Do niczego brać się nie możesz, Fernandzie, bo jesteś żołnierzem;
jesteś teraz w domu dlatego, że nie ma wojny; bądź, jak byłeś, rybakiem,
nie przypuszczaj do siebie marzeń, które uczynią ci rzeczywistość
jeszcze bardziej okrutną, poprzestań na mojej przyjaźni, bo nie jestem w stanie ofiarować ci nic innego.
- A więc dobrze, masz słuszność, Mercedes, zostanę marynarzem, zrzucę
strój naszych ojców, bo ty nim gardzisz, a przywdzieję ceratową czapkę,
koszulę w paski i granatową bluzę z kotwicą na guzikach. Tak przecież
trzeba się ubierać, aby ci się spodobać?
- Do czego zmierzasz? - zapytała Mercedes, rzucając Fernandowi dumne
spojrzenie. - Cóż to ma znaczyć, bo ja cię nie rozumiem.
- To znaczy, Mercedes, że jesteś tak nieugięta i tak okrutna wobec mnie
tylko dlatego, że czekasz tu na kogoś, kto właśnie taki nosi strój. A może ten, na którego czekasz, okazał się niestałym; a nawet jeśli byłoby
inaczej, to przecież morze jest kapryśne wobec żeglarzy.
- Fernandzie! - zawołała Mercedes. - Myślałam, że jesteś dobrym
człowiekiem, ale myliłam się! Masz złe serce, jeśli w zazdrości wzywasz
gniewu boskiego! A więc dobrze, tak, to prawda, ja bynajmniej się z tym
nie taję, czekam na tego, o którym mówisz, i kocham go. A jeśli nie
wróci, nie będę złorzeczyć kapryśności losu, którą ty wzywasz, powiem,
że zginął, kochając mnie.
Młody Katalończyk zadrżał z wściekłości.
- Rozumiem cię, Fernandzie: będziesz z nim szukał zajścia, dlatego że ja
cię nie kocham, skrzyżujesz swój kataloński nóż z jego sztyletem! I cóż
ci to da? Jeśli przegrasz, stracisz moją przyjaźń; jeśli zwyciężysz,
zobaczysz, jak moja przyjaźń w nienawiść się obraca. Uwierz, to zły
sposób, jeśli ktoś, chcąc przypodobać się kobiecie, szuka zaczepki z człowiekiem, którego ona kocha. O, Fernandzie, nie chcesz się poddać tak
złym myślom. Nie możesz mnie poślubić, ale możesz mieć we mnie
przyjaciółkę i siostrę. Zresztą - dodała, a w jej oczach pojawiło się
przerażenie i po policzkach spłynęły łzy - czekaj jeszcze, Fernandzie,
czekaj; mówiłeś przed chwilą, że morze jest zdradliwe, już cztery
miesiące upłynęły, a on nie wraca; przez cztery miesiące ileż burz
naliczyłam!
Fernand nie okazał wzruszenia, nie starał się nawet otrzeć łez,
płynących po twarzy Mercedes, a przecież za każdą jej łzę utoczyłby
sobie chętnie szklankę krwi; ale te łzy płynęły przecież za innym.
Podniósł się, przeszedł tam i z powrotem po chacie z ponurą twarzą i zaciśniętymi pięściami.
- Posłuchaj, Mercedes - rzekł. - Ostatni raz odpowiedz, czy nie zmienisz
postanowienia?
- Kocham Edmunda Dant?sa - odpowiedziała chłodno dziewczyna - i nikt
prócz Edmunda nie zostanie moim mężem!
- I będziesz go kochała zawsze?
- Póki życia.
Fernand spuścił głowę, odwaga zdaje się odstąpiła go zupełnie, westchnął
ciężko i jęk wydobył mu się z piersi, potem, podnosząc nagle czoło,
zaciskając zęby i rozdymając nozdrza, odezwał się:
- A jeśli on nie żyje?
- Jeśli nie żyje, ja też umrę.
- Jeśli zapomniał o tobie?
- Mercedes! - z pola dał się słyszeć radosny głos - Mercedes!
- Ach! - krzyknęła dziewczyna, promieniejąc z radości. - Widzisz, że o mnie nie zapomniał, jeśli wrócił... - Podskoczyła ku drzwiom, otworzyła je
i krzyknęła: - Chodź, tutaj jestem, Edmundzie!
Fernand blady i drżący cofnął się nagle, jakby węża spostrzegł i natrafiwszy na krzesło, upadł na nie bez sił.
Edmund i Mercedes stali, tuląc się w ramionach. Palące słońce Marsylii,
którego promienie wpadły przez otwarte drzwi, otoczyło ich falą światła.
Nie widzieli z początku nic, co się wokół nich działo; ogrom szczęścia
wyrwał ich ze świata, i wymieniali tylko urywane słowa, które są wyrazem
takiej radości, że można by je wziąć za objaw boleści.
Wtem Edmund spostrzegł pochmurną twarz Fernanda, która wyłaniała się z cienia blada i groźna. Młody Katalończyk wyciągnął rękę - a był to ruch,
z którego sam nie zdawał sobie sprawy - do noża wetkniętego za pas.
- Ach! Proszę darować - rzekł Dant?s, marszcząc brwi. - Nie zauważyłem,
że jest nas tu troje.
Po czym zwrócił się do Mercedes:
- Kim jest ten pan?
- Ten pan będzie twoim najlepszym przyjacielem, Edmundzie, bo jest moim
przyjacielem; to kuzyn mój, mój brat, Fernand, to człowiek, którego po
tobie najbardziej kocham na świecie, nie poznajesz go?
- Rzeczywiście - odrzekł Edmund i tuląc w jednej dłoni rękę Mercedes;
drugą wyciągnął serdecznie do Katalończyka.
Fernand jednak stał milczący i nieruchomy jak posąg, nie zamierzając
odpowiedzieć na ten przyjacielski gest. Wówczas Edmund spojrzał
badawczym wzrokiem na Mercedes wzruszoną i drżącą, i na Fernanda -
zasępionego i groźnego.
Zrozumiał wszystko w mgnieniu oka.
Zmarszczył w gniewie czoło.
- Nie wiedziałem, Mercedes, spiesząc się tak do ciebie, że zastanę tu
wroga.
- Wroga! - krzyknęła Mercedes, rzucając pełne gniewu spojrzenie na
kuzyna. - Wróg w moim domu, mówisz, Edmundzie! Gdybym tak myślała,
wzięłabym cię za rękę i pojechała z tobą do Marsylii, opuszczając na
zawsze mój dom.
Dziki płomień błysnął w oczach Fernanda.
- A gdyby cię spotkało nieszczęście, Edmundzie - dodała dziewczyna z tym
samym spokojem, który przekonał Fernanda, jak głęboko zajrzała w jego
najtajniejsze myśli - gdyby cię spotkało nieszczęście, wyszłabym na sam
cypel Morgion i stamtąd rzuciłabym się głową w dół, na skały.
Fernand pobladł okropnie.
- Ale mylisz się, Edmundzie - ciągnęła. - Nie masz tu nieprzyjaciół;
przecież to Fernand, mój brat, który uściśnie ci rękę jak najbliższemu
przyjacielowi.
Mówiąc to, dziewczyna zatrzymała nakazujący wzrok na Fernandzie, który
zniewolony tym spojrzeniem podszedł powoli do Edmunda i podał mu rękę.
Nienawiść jego, podobna bezsilnej, chociaż wściekłej fali, rozbiła się o cudowny wpływ, jaki nań wywierała ta kobieta. Ale zaledwie dotknął ręki
Edmunda, poczuł, że na nic więcej zdobyć się nie zdoła - i wypadł jak
strzała z chaty.
- Och! - wołał, biegnąc jak szaleniec i targając się za włosy. - Och!
Któż mnie uwolni od tego człowieka! O ja nieszczęśliwy!
- Hej, Katalończyku! Ej, Fernandzie! Gdzie pędzisz? - zawołał
Caderousse.
Młody człowiek stanął jak wryty, rozejrzał się wokół, aż spostrzegł
wreszcie Caderousse'a i Danglarsa, siedzących przy stole, w altanie
osłoniętej liśćmi.
- Ejże, chodź do nas! - rzekł Caderousse. - Tak ci pilno, że nie możesz
przywitać się z przyjaciółmi?
- Zwłaszcza kiedy przed nimi stoi pełna jeszcze butelka wina? - dodał
Danglars.
Fernand spojrzał na nich wzrokiem osłupiałym i nie odpowiedział ani
słowa.
- Zdaje się, że zupełnie zgłupiał - rzekł Danglars, trącając kolanem
towarzysza. - Jak to! Czyżbyśmy się zawiedli? I wbrew naszym przeczuciom
Dant?s triumfuje?
- Do licha, zobaczymy - rzekł Caderousse i zwrócił się do młodzieńca. -
No i cóż, Katalończyku? Namyśliłeś się wreszcie?
Fernand otarł pot z czoła i wszedł do altany, której cień zdawał się
nieco go uspokajać, a świeży chłód wzmacniać siły jego wyczerpanego
ciała.
- Jak się macie - rzekł. - Wołaliście, prawda?
I zamiast usiąść, osunął się bezwładnie na ławkę.
- Wołałem cię - rzekł, śmiejąc się, Caderousse - boś leciał jak opętany,
bałem się, żebyś się nie rzucił w morze. Do licha! Jak się ma
przyjaciół, to nie tylko po to, aby im stawiać szklaneczkę, ale też po
to, żeby im przeszkodzić, kiedy któremu przyjdzie do głowy wychłeptać
kilka kwart wody.
Fernand wydał jęk podobny do łkania i głowa opadła mu na ręce
skrzyżowane na stole.
- Chcesz, żebym ci powiedział, jaką masz minę? - rzekł Caderousse,
zagajając z właściwym dla ludzi z gminu grubiaństwem, którzy wszelką
delikatność poświęcają dla ciekawości. - Jak odprawiony z kwitkiem
konkurent!
Przy tym żarcie wybuchnął śmiechem z całego gardła.
- No, no! - odrzekł Danglars. - Taki gracki chłopak musi mieć szczęście
w miłości! Kpisz sobie, Caderousse!
- Wcale nie - rzekł tamten - zauważ tylko, jak on wzdycha. No, no, głowa
do góry, Fernandzie i odpowiedz. Przecież to nie przystoi nie odzywać
się do przyjaciół, którzy pytają cię, jak się miewasz.
- Zdrów jestem - odrzekł Fernand, zaciskając pięści, ale nie podnosząc
głowy.
- Ot, widzisz - powiedział więc Caderousse, rzucając znaczące spojrzenie
Danglarsowi. - Rzeczy mają się tak: Fernand, którego masz tu przed sobą,
zacny i dzielny Katalończyk, najlepszy rybak w Marsylii, zakochał się w ładnej dziewczynie imieniem Mercedes; ale niestety to ładne dziewczę
kocha się nie w nim, ale podobno w zastępcy "Faraona", a ponieważ statek
ten przybył właśnie dziś do portu, pojmujesz więc...
- Właśnie, że nie pojmuję - rzekł Danglars.
- Biedny Fernand posmakował czarnej polewki.
- I cóż z tego - rzekł Fernand, podnosząc głowę i spoglądając na
Caderousse'a tak, jakby szukał kogoś, na kim mógłby gniew swój wywrzeć.
- Mercedes nie musi się przed nikim usprawiedliwiać, jest wolna, prawda?
Może kochać każdego, który jej się podoba.
- Ha, jeśli w ten sposób to sobie tłumaczysz - rzekł Caderousse - to co
innego; myślałem, żeś ty prawdziwy Katalończyk; a słyszałem, że
Katalończycy nigdy nie dadzą się podejść rywalom, i mówiono mi też, że
Fernand potrafi mścić się jak nikt inny.
Fernand uśmiechnął się z politowaniem.
- Człowiek zakochany nie potrafi być okrutny - rzekł.
- Biedak! - odezwał się Danglars, udając, że współczuje młodzieńcowi z głębi serca. - Cóż chcesz? Czyż Fernand spodziewał się, że Dant?s tak
prędko powróci? Myślał może, że już nie żyje albo że się sprzeniewierzył
ukochanej, kto wie? Takie rzeczy odczuwamy tym mocniej, jeśli dotykają
nas niespodziewanie.
- Hm, słowo daję - ozwał się Caderousse, który popijał bez przerwy, i zdawało się, że musująca malaga coraz bardziej na niego działała. - W każdym razie niejeden tylko Fernand ucierpiał na szczęśliwym powrocie
Dant?sa, nieprawdaż, Danglars?
- Owszem, i ośmieliłbym się rzec, że może mu to przynieść nieszczęście.
- Bagatelka - rzekł Caderousse, nalewając Fernandowi szklankę wina;
napełnił jednocześnie swoją po raz ósmy lub dziewiąty nawet, podczas gdy
Danglars ledwie napoczął kieliszek. - Cóż z tego? On tymczasem ożeni się
z Mercedes, piękną Mercedes, przecież po to powrócił.
Tymczasem Danglars spoglądał przenikliwie na młodzieńca, którego słowa
Caderousse'a paliły jak roztopiony ołów.
- I kiedyż ślub? - zapytał.
- O, do ślubu jeszcze daleko - mruknął Fernand.
- Daleko albo i nie, tak samo jak do mianowania Dant?sa kapitanem,
prawda, Danglars?
Danglars zadrżał na ten niespodziany przytyk i spojrzał na Caderousse'a badawczym wzrokiem, chcąc zbadać, czy cios został zadany z premedytacją;
ale na twarzy Caderousse'a, otępiałej już od alkoholu, malowała się
tylko głęboka zawiść.
- Więc dobrze! - odezwał się, napełniając szklanki. - Wypijmy zdrowie
kapitana Edmunda Dant?sa, męża pięknej Katalonki.
Caderousse ociężałą już ręką podniósł szklankę i wychylił duszkiem.
Fernand chwycił swoją i roztrzaskał o ziemię.
- O! O! Co ja widzę! - zawołał Caderousse. - Patrzcie no, na wierzchołek
tego wzgórza, tam, gdzie wioska katalońska. Spojrzyj, Fernandzie, masz
lepsze oczy ode mnie; bo mnie zdaje się, że coś niewyraźnie widzę,
wiesz, że wino jest zdradliwe... To chyba dwoje kochanków, idą obok siebie
i trzymają się za rączki. Panie odpuść, toż oni myślą, że ich nikt nie
widzi i proszę, jak się całują!
Danglars pilnie baczył na cierpienie malujące się na twarzy Fernanda.
- Panie Fernandzie, znasz ich?
- Znam - odpowiedział głosem przytłumionym. - To pan Edmund i panna
Mercedes.
- Patrzajcież! - rzekł Caderousse. - A ja ich nie poznałem. Hej, Dant?s,
słuchaj no! Ślicznotko, chodźcież tu, powiedzcie, kiedy wesele? Bo pan
Fernand taki uparty, że nam nic nie chce powiedzieć.
- Bądźże cicho! - rzekł Danglars, udając, że chce powstrzymać
Caderousse'a, który wychylał się z pijackim uporem z altany. - Na nogach
się nie trzymasz, siedź i nie przeszkadzaj kochankom w pieszczotach.
Popatrz na pana Fernanda i bierz z niego przykład, spójrz, jak się
rozsądnie zachowuje.
Fernand, przywiedziony prawie do ostateczności przez Danglarsa, który
drażnił go jak banderillero kłujący byka, już miał się rzucić na
rywala - wstał bowiem i jakby zbierał się w sobie do skoku - gdy wtem
Mercedes, roześmiana, wyprostowana jak trzcina, podniosła piękną główkę
i ogarnęła ich promieniejącym wzrokiem. Fernand przypomniał sobie jej
groźbę: że się zabije, jeśliby Edmund zginął - i opadł bezsilny na
ławkę.
Danglars objął wzrokiem tych dwóch ludzi, z których jeden był otumaniony
przez trunek, a drugiego paraliżowała miłość.
Nic tu nie poradzę z tymi głupcami - szepnął do siebie. - Aż mi wstyd
siedzieć tu w towarzystwie pijaka i tchórza. Zawistnik upija się winem
zamiast własną żółcią; a ten niedołęga, któremu zabierają sprzed nosa
kochankę, płacze i żali się jak dziecko. A przecież w jego oczach błyska
płomień jak u Hiszpanów, Sycylijczyków, Kalabryjczyków, co się tak
dobrze mścić umieją; a pięści ma takie, że zdruzgotałby głowę wołu z taką łatwością jak pałka rzeźnika! Zdecydowanie, Edmund jest górą. Ożeni
się z piękną dziewczyną, zostanie kapitanem, a nas będzie miał w pogardzie. Chyba że... - i na ustach Danglarsa pojawił się blady uśmiech -
ja się do tego wmieszam.
- Hola! - wołał znowu Caderousse, podnosząc się i opierając o stół. -
Hola, Edmundzie, nie widzisz przyjaciół, czyś już taki pyszny, że z nami
gadać nie chcesz?
- Nie, bynajmniej, kochany Caderousse - odpowiedział Dant?s. - Nie
jestem pyszny, ale za to szczęśliwy, a szczęście bardziej zaślepia niż
duma.
- I masz, wytłumaczył się - rzekł Caderousse. - A jak się miewa pani
Dant?s?
Mercedes skłoniła się poważnie.
- Nie jest to jeszcze moje nazwisko - rzekła - a w naszym kraju mówią,
że kiedy dziewczynę wołają nazwiskiem narzeczonego, może jej to
przynieść nieszczęście. Proszę, nazywajcie mnie nadal Mercedes.
- Daruj Caderousse'owi, bo to dobry sąsiad - rzekł Dant?s - a i nie o wiele się pomylił.
- A więc, panie Dant?s, wkrótce już będziemy mieli wesele - rzekł
Danglars, skłoniwszy się młodej parze.
- Jak można najprędzej. Dziś wszystko ułożymy u mojego ojca, a jutro lub
pojutrze zrękowiny, tutaj, w karczmie. Mam nadzieję, że przyjaciele nie
odmówią nam obecności na obiedzie, to znaczy pan, panie Danglars, i ma
się rozumieć, ty, drogi Caderousse.
- A Fernand - zapytał Caderousse, śmiejąc się chrypliwie - też jest
zaproszony?
- Brat mojej żony jest moim bratem - rzekł Edmund - i byłoby nam bardzo
przykro, gdyby go z nami nie było w takiej chwili.
Fernand otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale głos mu zamarł i nie mógł
wyartykułować ni słowa.
- Dziś przygotowania, jutro lub pojutrze zrękowiny, niech diabli biorą,
nie tracisz czasu, kapitanie.
- Panie Danglars - odrzekł Edmund z uśmiechem. - Powiem ci to, co przed
chwilą Mercedes Caderousse'owi - nie nadawaj mi tytułu, do którego nie
mam jeszcze prawa, bo może to sprowadzić nieszczęście.
- Ach, przepraszam - odparł Danglars. - Chciałem jedynie rzec, że bardzo
ci pilno, a przecież, u diabła, mamy jeszcze sporo czasu. "Faraon"
wyjdzie w morze nie prędzej jak za trzy miesiące.
- Ech, każdemu pilno do szczęścia, jeśli nawet trudno uwierzyć w szczęście, bo się wiele cierpiało. Ale nie popycha mnie do tego sam
egoizm, muszę natychmiast jechać do Paryża.
- O, aż do Paryża? Pierwszy raz tam pan będziesz?
- Pierwszy.
- W jakichś interesach?
- Nie w moich. Muszę wypełnić ostatnie zlecenie naszego biednego
kapitana Lecl?re'a, pojmujesz pan, że to mój święty obowiązek. Ale bez
obawy, zajmie mi to tylko czas potrzebny na drogę tam i z powrotem.
- A, rozumiem oczywiście - rzekł głośno Danglars. I szepnął do siebie:
Aha, do Paryża jedzie! Z pewnością po to, aby wręczyć list, który
otrzymał od marszałka pod wskazany adres. Do czorta, ten list nasuwa mi
jedną myśl, wspaniały pomysł! O, drogi panie Dant?s, jeszcze nie
zapisano cię w rejestrze "Faraona" pod numerem pierwszym.
I zwrócił się w stronę Edmunda, który już odchodził:
- Szczęśliwej podróży! - zawołał.
- Dzięki - odpowiedział Edmund, odwracając się i podnosząc w serdecznym
geście rękę. I kochankowie ruszyli w dalszą drogę, spokojni i szczęśliwi
jak wybrańcy wstępujący do nieba.
4. Zmowa
Danglars odprowadził wzrokiem Edmunda i Mercedes aż do bramy Świętego
Mikołaja, a gdy odwrócił się, zobaczył, jak Fernand blady i drżący opadł
na ławkę. Caderousse tymczasem bełkotał jakąś pijacką piosenkę.
- Cóż, kochany panie Fernandzie - rzekł Danglars - to małżeństwo chyba
nie wszystkim pójdzie w smak.
- Mnie do rozpaczy doprowadza - jęknął Fernand.
- Pan kochałeś Mercedes?
- Uwielbiałem!
- Od jak dawna?
- Od kiedy się znamy.
- I zamiast szukać jakiegoś sposobu, żeby temu zapobiec, wyrywasz pan
sobie tylko włosy z głowy? Do wszystkich diabłów! Inaczej sobie
wyobrażałem charakter waszego narodu.
- Ale cóż ja mam zrobić? - zapytał Fernand.
- Czyż ja wiem? Czy to do mnie należy? Przecież ja się nie kocham w pannie Mercedes, tylko pan. "Szukajcie, a znajdziecie", mówi Ewangelia.
- Zdawało mi się, żem znalazł sposób.
- Jaki?
- Chciałem go zasztyletować; ale ona mi zapowiedziała, że jeśli jej
narzeczonego spotka nieszczęście, to się zabije.
- Ej, to tylko gadanie.
- Nie znasz, mój panie, tej dziewczyny, zrobiłaby tak, jak grozi.
- Głupiec! - rzekł z cicha Danglars. - Niech się zabije; wszystko mi
jedno, byle Dant?s nie został kapitanem.
- A nim Mercedes umrze - ciągnął Fernand z niewzruszonym postanowieniem
- pierwej ja umrę.
- Oj, to dopiero miłość! - wtrącił Caderousse coraz bardziej niewyraźnym
głosem. - Albo już w ogóle się na tym nie znam.
- No, no - rzekł Danglars. - Zdajesz mi się dobrym chłopcem, niech mnie
diabli biorą, warto by cię wydobyć z nieszczęścia, ale...
- Tak, warto - rzekł Caderousse.
- Mój kochany - odpowiedział Danglars. - Jesteś już pijany w trzech
czwartych, dokończysz butelkę, a dogodzisz sobie do reszty. Pij więc i nie przeszkadzaj. Do naszych zamiarów potrzeba trzeźwej głowy.
- Ja, pijany? Też coś! Wypiłbym jeszcze ze cztery takie buteleczki, co
wyglądają jak flakoniki od kolońskiej wody. Mości Pamfilu, wina!
I aby dowieść prawdy tego, co wyrzekł, stuknął co siły szklanką o stół.
- Mówiłeś więc, panie Danglars - przerwał Fernand, oczekując chciwie
dalszego ciągu przerwanej frazy.
- Co mówiłem?... Już nie pamiętam. Ten pijaczyna Caderousse przerwał mi i poplątał wątek.
- Pijaczyna? Jak tam sobie chcesz, tym gorzej dla tych, co się boją
wina, bo widać, że mają w sercu jakieś złe myśli i lękają się, aby wino
ich nie wyspowiadało.
I Caderousse zaczął sobie nucić ostatnie dwa wiersze piosenki bardzo
naonczas modnej:
Grzesznik największy, co wodę pije,
A czego dowód mamy w potopie.
- Mówiłeś pan - rzekł Fernand - że chciałbyś bardzo wydobyć mnie z biedy, a na końcu rzekłeś "ale"...
- A, prawda... aby wyciągnąć cię z nieszczęścia, wystarczy tylko, żeby
Dant?s nie ożenił się z tą, którą kochasz, a przecież małżeństwo to może
nie dojść do skutku nie tylko z powodu śmierci Dant?sa.
- Tylko śmierć ich rozdzieli - rzekł Fernand.
- Rozumujesz jak głupiec, mój przyjacielu - rzekł Caderousse - a Danglars, ten spryciarz, ten frant, ten filut zaraz ci dowiedzie, że
pleciesz bzdury. Przekonaj go, Danglars, nie rozczaruj mnie; powiedz mu,
że Dant?s niekoniecznie musi zginąć, a zresztą szkoda by go było, gdyby
umarł, to miły chłopak, ja go lubię. Za twoje zdrowie, Dant?s.
Fernand wstał zniecierpliwiony.
- Daj mu spokój - rzekł Danglars, wstrzymując młodzieńca - a choć pijany
jak gąbka, wcale się tak bardzo nie myli. Nieobecność równie dobrze
rozdziela, jak i śmierć, a przypuść na chwilę, że Edmunda i Mercedes
dzielą mury więzienne, byliby tak dobrze rozłączeni, jakby to był
grobowy kamień.
- Tak, ale z więzienia się wychodzi - rzekł Caderousse, który czepiał
się rozmowy resztką przytomności. - A jak ktoś już wyjdzie z więzienia,
a jeszcze nazywa się Dant?s, to potrafi się zemścić.
- Cóż z tego - mruknął Fernand.
- Zresztą - rzekł Caderousse - za co mieliby Dant?sa wsadzić do kozy?
Nikogo nie okradł, nie zabił, nie zamordował.
- Cicho bądź - rzekł Danglars.
- Nie będę cicho - rzekł Caderousse. - Muszę wiedzieć, za co Dant?sa
mają wsadzić do kozy. Ja kocham serdecznie Dant?sa, zdrowie twoje,
Dant?sie. - I wlał w siebie jeszcze jedną szklankę wina.
Danglars spojrzał na krawca, a widząc w jego mętnych oczach postępujące
coraz bardziej objawy zamroczenia, odwrócił się do Fernanda i mówił
dalej:
- Rozumiesz więc, że wcale nie trzeba go zabijać.
- A, tak! Jeśli, jak mówisz, udałoby się zaprowadzić Dant?sa natychmiast
za kraty. Ale w jakiż to sposób? Masz pan pomysł?
- Dobrze poszukawszy - rzekł Danglars - można by coś znaleźć. Ale, ale,
po co też mieszam się do tego, co mnie nie dotyczy?
- Nie wiem, czy to pana dotyczy - odpowiedział Fernand, chwytając go za
rękę - ale wiem, że masz jakiś osobisty powód do nienawiści wobec
Dant?sa. Kto sam nienawidzi, przeczuwa nienawiść w innych.
- Ja nienawidzę Dant?sa? Słowo daję, nie mam najmniejszego powodu!
Widzę, żeś nieszczęśliwy i twoje nieszczęście przejęło mnie
współczuciem, ot i wszystko. Ale, mój panie, skoro myślisz, że działam z własnych pobudek, bądź zdrów i radź sobie sam jak chcesz.
To mówiąc - Danglars udał, że wstaje i chce odejść.
- Nie, nie odchodź - rzekł Fernand, powstrzymując go. - Nie obchodzi
mnie wcale, czy masz coś do Dant?sa czy nie, wszystko mi jedno, ja mam i wyznaję to głośno! Znajdź sposób, a ja to wykonam, byleby nie szło o zabicie go, bo Mercedes powiedziała, że zabije się, gdyby ktoś
zamordował Dant?sa.
Caderousse, któremu głowa dawno opadła na stół, podniósł twarz i spoglądając błędnym wzrokiem na Fernanda i Danglarsa, zawołał:
- Zabić Dant?sa? Kto tu mówi o zabiciu Dant?sa? Ja na to nie pozwolę, to
mój przyjaciel; on dziś rano chciał się podzielić ze mną pieniędzmi, jak
ja się z nim podzieliłem. Nie chcę, żeby go zabijano...!
- A któż to mówi, durniu, o zabiciu Dant?sa? - odrzekł Danglars. -
Żartujemy sobie i nic więcej. Wypij jego zdrowie - dodał, dolewając
Caderousse'owi do szklanki - i daj nam spokój.
- Tak, tak, zdrowie Dant?sa - wystękał Caderousse, wychylając szklankę
do dna. - Zdrowie Dant?sa! Zdrowie przyjaciela!
- Ale w jaki sposób? W jaki sposób, na Boga! - rzekł Fernand.
- I jeszcze go pan nie wymyśliłeś?
- Nie, przecież to pan miał go znaleźć.
- Prawda - rzekł Danglars. - Francuzi mają tę wyższość nad Hiszpanami,
że potrafią coś wymyślić, a Hiszpanie umieją tylko rozmyślać.
- Wynajdź więc pan coś - rzekł niecierpliwie Fernand.
- Garçon! Proszę przynieść pióro, kałamarz i papier! - zawołał
Danglars.
- Pióro, kałamarz i papier! - szepnął Fernand.
Chłopak wziął materiały do pisania i położył je na stole w altanie.
- Jak się dobrze zastanowić - rzekł Caderousse, spuszczając rękę na
papier - to tym sposobem łatwiej można zabić człowieka, niż zaczaiwszy
się w jakim ciemnym lesie. Zawsze bałem się bardziej pióra, kałamarza i kartki papieru niż szpady czy pistoletu.
- A to urwis, nie jest tak pijany, jak by się zdawało, nalej no mu,
Fernandzie, jeszcze jedną szklankę.
Fernand napełnił szklankę Caderoussea, a ten, jak prawdziwy opój, którym
zresztą był, oderwał rękę od papieru i chwycił za szklankę.
- A więc! - odezwał się Katalończyk, spostrzegłszy, że po tej szklance
resztki przytomności odstąpiły Caderousse'a.
- A więc - rzekł Danglars - gdyby ktoś doniósł prokuratorowi
królewskiemu, że Dant?s, który w swojej podróży zahaczył o Neapol i Elbę, jest agentem bonapartystów...
- Ja go mogę oskarżyć! - zawołał żywo młodzieniec.
- Dobrze, ale tam każą ci zaraz podpisać zeznania i skonfrontują cię z tym, kogoś zadenuncjował. Owszem, ja bym ci dostarczył dowodów
oskarżenia, ale cóż stąd? Dant?s nie zostanie przecież wiecznie w więzieniu; uwolnią go pewnego dnia, a wówczas biada temu, co go tam
wtrącił!
- Jednej rzeczy tylko pragnę - rzekł Fernand. - Jednej - aby to on
zaczął ze mną zwadę.
- Dobrze, a Mercedes? Mercedes, która by cię znienawidziła, gdybyś tylko
zadrasnął jej ukochanego Edmunda?
- Tak, masz słuszność.
- Otóż widzisz, nie tak się robi; jeżeliby ktoś się ważył na coś
podobnego, lepiej byłoby wziąć po prostu, tak jak ja oto biorę, pióro,
zanurzyć je w atramencie i napisać lewą ręką, aby nikt nie rozpoznał
charakteru, króciuteńką denuncjację.
Jak powiedział, tak i zrobił: napisał lewą ręką pochylonymi literami
kilka linijek, charakterem zupełnie odmiennym od zwyczajnego i podał
kartkę Fernandowi, który półgłosem ją odczytał.
Wierny poddany tronu i religii zawiadamia panu prokuratorowi
królewskiemu, że niejaki Edmund Dant?s, oficer ze statku "Faraon",
przybyły w dniu dzisiejszym ze Smyrny, zawitawszy po drodze do Neapolu i Portoferraio, otrzymał list od Murata do uzurpatora i od uzurpatora do
stronnictwa bonapartystowskiego w Paryżu.
Można przekonać się o Dant?sa występku po aresztowaniu go, jako że list
ów znajduje się albo przy nim, albo u jego ojca, albo w jego pokoiku na
statku "Faraon".
- Ot i wszystko - odezwał się Danglars. - Tym sposobem w twojej zemście
będzie jakiś sens, nikt nie będzie w stanie domyślić się, że to ty, a tymczasem sprawa sama się potoczy; teraz nie pozostaje nic więcej, jak
złożyć tę kartkę, tak jak ja to robię, i zaadresować: "Do pana
prokuratora królewskiego", a wszystko byłoby załatwione. - I niby w żartach Danglars napisał adres na kartce.
- Tak, byłoby załatwione - ozwał się Caderousse, który w ostatnim
wysiłku swego umysłu przysłuchiwał się, jak czytano i samym instynktem
pojął, jakie nieszczęście mogłoby ściągnąć podobne doniesienie. - Tak,
wszystko byłoby załatwione, ale to podłość! - i sięgnął po list.
- Naturalnie, że podłość - rzekł Danglars, odsuwając od niego list -
toteż jest żartem wszystko, co tu mówię i robię, mnie pierwszemu byłoby
przykro, gdyby coś miało spotkać Dant?sa, naszego poczciwego Dant?sa!
Więc popatrz...
Wziął list, zmiął go i rzucił w kąt altany.
- Doskonale - westchnął Caderousse. - Dant?s jest moim przyjacielem i nie chcę, żeby mu się stała jaka krzywda.
- Kto tu, u diabła, zamierza wyrządzać mu krzywdę! Nie ja przecież ani
Fernand - rzekł Danglars i podniósł się, bacząc na Fernanda, który
spoglądał z ukosa na papier z denuncjacją rzucony w kąt.
- Kiedy tak - rzekł Caderousse - to dajcie wina, wypiję zdrowie Edmunda
i pięknej Mercedes!
- Piłeś już dosyć, opoju jeden - powiedział Danglars. - Jeśli jeszcze
pociągniesz, będziesz tu chyba nocował, bo nie utrzymasz się na nogach.
- Co, ja nie utrzymam się na nogach? Załóżmy się, że wyjdę sam na
dzwonnicę, i to bez żadnej pomocy, i nawet się nie zachwieję!
- Dobrze, dobrze, nikt w to nie wątpi - rzekł Danglars. - Założę się,
ale jutro, na dziś już dosyć, no, weź mnie pod rękę i chodźmy.
- Chodźmy - rzekł Caderousse - ale obejdę się bez twojej ręki. Chodź z nami, Fernandzie. Wracasz do Marsylii?
- Nie - odrzekł Fernand. - Wracam do swoich.
- Głupiś! Chodź z nami do Marsylii, no chodźże.
- Nie mam po co, a zresztą wcale tam nie chcę iść.
- Jak powiedziałeś? Nie chcesz, poczciwcze? No to jak tam sobie wolisz,
jestem za tym, żeby każdy robił, co mu się podoba, chodźmy, Danglars, a jegomość niech sobie idzie do swojej osady, kiedy tak sobie życzy.
Danglars, korzystając z ustępliwego chwilowo nastroju Caderousse'a,
pociągnął go za sobą w stronę Marsylii; tylko, aby zostawić krótszą
drogę Fernandowi, zamiast iść bulwarem Rive-Neuve, podążył do bramy
Świętego Wiktora. Caderousse, wsparty o jego ramię, szedł także,
zataczając się. Uszedłszy ze dwadzieścia kroków, Danglars odwrócił się i dojrzał, jak Fernand rzucił się szybko na papier i schował go do
kieszeni, po czym wybiegł z altany i puścił się jak strzała w stronę
Pillon.
- A co to? Patrz no, gdzie on idzie - zdziwił się Caderousse. - Skłamał
nam, powiedział, że pójdzie do Katalończyków, a przecież idzie do
miasta! Hej! Czekaj, Fernandzie, zbłądziłeś, nie tędy!
- To tobie się coś myli - rzekł Danglars. - Idzie prosto drogą
Vieilles-Infirmeries.
- Prawda; a przysiągłbym, że poszedł na prawo. O! Wino to wielki
zdrajca.
- No, no - szepnął Danglars. - Zdaje się, że nieźle pokierowałem sprawą,
teraz wystarczy ją zostawić, a potoczy się sama.
5. Przyjęcie zaręczynowe
Nazajutrz dzień był piękny. Słońce wzniosło swoją czystą, błyszczącą
tarczę, a pierwsze promienie purpurowej barwy rozrzuciły rubinowe blaski
po spienionych grzbietach fal.
Przyjęcie przygotowane było na pierwszym piętrze karczmy, z którą
czytelnik zawarł już znajomość. Była to wielka, piękna sala o pięciu czy
sześciu oknach, nad każdym (kto zdoła, niech wytłumaczy to zjawisko!)
wyryta była nazwa jednego z wielkich miast Francji. Na zewnątrz biegła
wzdłuż okien drewniana galeryjka, opasując cały dom.
Już od jedenastej galeryjka zapełniała się niecierpliwie
przechadzającymi się gośćmi, chociaż przyjęcie było oznaczone dopiero na
południe. Byli to znaczniejsi rangą marynarze z "Faraona" i kilku
żołnierzy, przyjaciół Dant?sa. Wszyscy wystąpili w najparadniejszych
strojach, na dowód szacunku dla narzeczonych. Między zaproszonymi
rozeszła się cicha wieść, że sami nawet właściciele "Faraona" uczczą
swoją obecnością ucztę zaręczynową, uważano to jednak za taki zaszczyt
dla Dant?sa, że mało kto dawał tej plotce wiarę. Tymczasem Danglars
przybyły wraz z Caderousse'em potwierdził ją zupełnie. Widział bowiem z rana samego pana Morrela i słyszał z własnych jego ust, że przybędzie na
ucztę Dant?sa.
Jakoż niebawem ukazał się w sali pan Morrel, a marynarze z "Faraona"
powitali go głośnym: "Hurra!". Obecność armatora była dla nich
potwierdzeniem pogłoski o wyniesieniu Dant?sa na stopień kapitana, a ponieważ na statku Dant?s był bardzo lubiany, dzielni ci ludzie
podziękowali serdecznie armatorowi za to, że raz chociaż przypadek tak
zrządził, iż wybór właściciela zgadzał się zupełnie z życzeniami
podwładnych. Zaledwie więc wszedł pan Morrel, dano znać Danglarsowi i Caderousse'owi, a ci popędzili do narzeczonego, aby mu donieść o przybyciu tak znakomitej osoby, której sam widok sprawił na obecnych tak
nadzwyczajne wrażenie, i przyspieszyć początek przyjęcia.
Danglars i Caderousse pobiegli co żywo, ale zaledwie uszli sto kroków,
zauważyli w pobliżu prochowni mały orszak weselny.
Składał się on z czterech dziewcząt, Katalonek i przyjaciółek Mercedes,
towarzyszących narzeczonej, którą prowadził pod rękę Edmund. Obok
kroczył ojciec Dant?sa, za nimi zaś Fernand ze złowróżbnym uśmiechem na
ustach. Ani Mercedes, ani Edmund nie dostrzegli tego uśmiechu. Biedne
dzieci w szczęściu swym nie widziały nikogo prócz siebie i czystego
błękitu nieba, które zdawało się im błogosławić.
Danglars i Caderousse zdali sprawę ze swego poselstwa i wymieniwszy
mocny, przyjacielski uścisk ręki z Edmundem, zawrócili. Danglars szedł
przy Fernandzie, Caderousse zaś obok ojca Dant?sa, na którym skupiała
się uwaga wszystkich.
Starzec miał na sobie odzienie z kitajki angielskiej, spinane na haftki
z dużymi stalowymi guzami w kwadrat rżniętymi. Chude, ale muskularne
łydki obleczone były w przepyszne, bawełniane pończochy w kropki, na
milę trącące angielską kontrabandą. Z trójgraniastego kapelusza spadał
pęk białych i niebieskich wstążek. Wspierał się na lasce z giętego
drewna, o rączce, która przypominała antyczne pedum. Słowem, staruszek
wyglądał jak jeden z fircyków, paradujących w 1796 roku w Tuileriach
albo w świeżo otwartym Ogrodzie Luksemburskim.
Obok, jak już wspomnieliśmy, wcisnął się Caderousse, ów Caderousse,
który mając nadzieję na dobrą biesiadę, pogodził się już zupełnie z Dant?sem. W jego pamięci pozostało jeszcze jakieś niewyraźne wspomnienie
tego, co się działo poprzedniego dnia, tak jak to często po obudzeniu
spotykamy we wspomnieniu majaki, co nas w nocy napastowały. Danglars,
podchodząc do Fernanda, spojrzał badawczo na wzgardzonego kochanka.
Fernand szedł za przyszłymi małżonkami całkiem zapomniany przez
Mercedes, bo dziewczyna w młodzieńczej swej radości, aż do egoizmu
posuniętej, i urocza w swym zakochaniu, widziała tylko Edmunda. Fernand
to bladł, to czerwieniał, ale rumieńce na jego twarzy ustępowały miejsca
coraz to bardziej rosnącej bladości. Niekiedy spoglądał w stronę
Marsylii, wówczas nerwowy dreszcz przejmował mimowolnie jego ciało.
Zdawał się oczekiwać albo raczej przewidywać jakieś wielkie wydarzenie.
Ubiór Dant?sa był skromny: jako oficer marynarki handlowej nosił strój,
który miał coś i z wojskowego munduru, i z cywilnego ubrania; w stroju
tym wyglądał znakomicie, a uroda i radość narzeczonej jeszcze przydawała
mu wdzięku. Mercedes przypominała z wyglądu greckie piękności z Cypru
lub Ceosu o czarnych oczach i koralowych ustach. Stąpała lekko i śmiało
jak Arlezjanki lub Andaluzyjki. Dziewczyna z miasta starałaby się może
ukrywać swą radość pod lekką jaką zasłoną, albo przynajmniej pod
aksamitem powiek, ale Mercedes uśmiechała się i patrzyła na wszystkich,
co ją otaczali, a w jej spojrzeniu i uśmiechu czytało się słowa, które
mogłyby wyrzec jej usta: "Jeśliście moimi przyjaciółmi, cieszcie się
wraz ze mną, bo naprawdę jestem bardzo szczęśliwa".
Gdy narzeczonych widać już było z orszakiem z samej karczmy, na ich
spotkanie wyszedł pan Morrel, a z nim razem podążyli majtkowie i żołnierze, którym powtórzył poprzednio uczynioną obietnicę, że Dant?s
obejmie miejsce kapitana Lecl?re'a. Gdy Edmund go spostrzegł, puścił
rękę narzeczonej i wsunął jej dłoń pod ramię pana Morrela. Armator wraz
z dziewczyną pierwsi weszli na drewniane schody wiodące do sali, w której miał być podany obiad - a schody jeszcze przez pięć minut
skrzypiały pod ciężkimi krokami gości.
- Mój ojcze - rzekła Mercedes, zatrzymując się przy stole. - Usiądź przy
mnie po prawej stronie, chciałabym, aby z lewej siadł ten, co był mi
bratem - dodała z taką serdecznością, że ta jak sztylet ukłuła Fernanda
prosto w serce. Usta mu zbielały, ze śniadej twarzy, która spłonęła
najpierw łuną, odpłynęła krew.
Dant?s tymczasem również rozsadzał biesiadników: posadził pana Morrela
po swej prawej ręce, po lewej zaś ojca, następnie dał znak całej
kompanii, że mogą zajmować miejsca według upodobania.
Wokół stołu jęły krążyć kiełbasy z Arles, brązowe i aromatyczne,
langusty w błyszczących skorupach, ślimaki w różowych muszelkach,
morskie jeże, które wyglądają jak kasztany osłonięte swoją kolczastą
łupiną, klowisy, które wedle smakoszy z południa górują nad ostrygami z mórz Północy, a wreszcie wszystkie owe delikatne przysmaki, które fala
zostawia na piaszczystej plaży, a które wdzięczni rybacy zowią owocami
morza.
- Jakaż tu cisza - rzekł starzec, próbując ze smakiem żółtego jak topaz
wina, które sam stary Pamfil postawił przed Mercedes. - Kto by
powiedział, że jak tu nas jest trzydzieści osób, każdy czeka tylko
okazji do śmiechu.
- Ach, człowiek, który się żeni, nie zawsze jest radosny - rzekł
Caderousse.
- Prawda jest taka - odparł Dant?s - że jestem zbyt szczęśliwy, aby
oddać się wesołości. Jeśli to w ten sposób rozumiesz, sąsiedzie, to masz
rację; dziwnie objawia się czasem radość, potrafi przygnieść jak
cierpienie.
Danglars zerknął badawczo na Fernanda, na którego wyrazistej twarzy
malowały się wszelkie doznawane wzruszenia.
- Ejże - rzekł do Edmunda. - Czyżbyś się czegoś obawiał? Przecież, jak
mi się zdaje, wszystko idzie po twojej myśli.
- To mnie właśnie przeraża, zdaje mi się, że człowiekowi niedozwolone
jest tak łatwe i szybkie szczęście. Szczęście jest jak owe pałace na
wyspach zaczarowanych, w których strzegą bram smoki - kto chce je
zdobyć, musi stanąć do walki, a ja w samej rzeczy nie wiem, czym
zasłużyłem na szczęście bycia mężem Mercedes.
- Mężem! Mężem! - odezwał się ze śmiechem Caderousse. - Jeszcze nim nie
jesteś, mój kapitanie; spróbuj no skorzystać choć trochę z przywilejów
męża, a zobaczysz, jak cię przyjmą!
Mercedes spłonęła rumieńcem.
Fernand nie mógł usiedzieć na krześle, wzdrygał się, słysząc najmniejszy
szmer, i co chwila ocierał pot perlący mu się obficie na czole, jak
pierwsze krople deszczu w czasie burzy.
- Proszę cię, sąsiedzie - odparł Dant?s. - Czyż to warto łapać mnie za
słowa za tak małą nieścisłość? Prawda, Mercedes nie jest jeszcze moją
żoną, ale - i tu spojrzał na zegarek - za półtorej godziny nią będzie.
Biesiadnicy, z wyjątkiem starego Dant?sa, który pokazał w szerokim
uśmiechu piękne, białe jeszcze zęby, wydali okrzyk zdumienia. Mercedes
uśmiechała się, ale tym razem nie zarumieniła. Fernand porwał
konwulsyjnie rękojeść noża.
- Za godzinę! - rzekł Danglars i pobladł. - Jak to?
- Tak, moi przyjaciele - odpowiedział Dant?s. - Dzięki wpływom pana
Morrela, któremu po ojcu najwięcej zawdzięczam w życiu, wszystkie
trudności zostały usunięte. Daliśmy na zapowiedzi i o wpół do trzeciej
oczekiwać nas będzie w ratuszu mer Marsylii. A ponieważ tylko co wybiło
kwadrans po pierwszej, sądzę, że nie bardzo się omyliłem, mówiąc, że za
półtorej godziny Mercedes będzie już panią Dant?s.
Fernand przymknął oczy, ogień palił mu od spodu powieki; aby nie upaść,
chwycił się stołu i pomimo największych wysiłków nie mógł powstrzymać
głuchego jęku, który przeszedł niepostrzeżony w radosnej wrzawie śmiechu
i powinszowań biesiadników.
- To dopiero znaczy uwinąć się! - rzekł stary Dant?s. - A może myślicie,
że traciliśmy czas? Wczoraj wrócił, a dziś o trzeciej się żeni! Jeśli
kto umie brać się sprawnie do rzeczy, to tylko marynarze!
- A inne formalności - wtrącił nieśmiało Danglars. - Akt ślubny,
intercyza?...
- Intercyza - rzekł Dant?s, śmiejąc się - intercyza jest gotowa:
Mercedes nie ma nic, ja także! Według prawa gminy złączyliśmy więc nasze
fortuny, to wszystko. Nie było wiele do spisania i niewiele też będzie
to kosztować.
Żart ten wywołał nowy wybuch śmiechów i oklasków.
- A więc to, co uważaliśmy za zrękowiny - odezwał się Danglars - jest po
prostu weselem?
- Ależ nie - zaprzeczył Dant?s. - Nic na tym nie stracicie, bądźcie
spokojni. Jutro rano wyjeżdżam do Paryża. Cztery dni drogi tam, cztery
na powrót, jeden dzień na miejscu, bym mógł wypełnić dane mi zlecenie,
pierwszego więc marca będę tu z powrotem, a drugiego urządzimy prawdziwą
ucztę weselną.
Perspektywa nowej uczty tak rozochociła biesiadników, że stary Dant?s,
który na początku obiadu uskarżał się na ciszę, teraz nie mógł, mimo
szczerych wysiłków, wznieść ogólnego toastu za powodzenie przyszłych
małżonków. Dant?s odgadł zamiar ojca i odpowiedział mu uśmiechem pełnym
miłości. W tej chwili Mercedes spojrzała na zegar z kukułką i dała znak
Edmundowi. Przy stole panowały hałaśliwa wesołość i swoboda, właściwa
dla ludzi niskiego stanu pod koniec uczty. Kto nie był kontent ze swego
sąsiada, wstawał i szedł szukać innego. Wszyscy mówili naraz, nikt nie
starał się śledzić toku myśli rozmówcy, myśląc o własnych tylko
sprawach.
Bladość Fernanda udzieliła się i Danglarsowi, Fernand zdawał się
zupełnie zmartwiały, przypominał potępieńca w ogniu piekielnym. Jako
jeden z pierwszych wstał od stołu i zaczął przechadzać się dużymi
krokami wzdłuż i wszerz sali, chcąc uwolnić się od wrzawy, śpiewów i brzęku kieliszków. W chwili gdy Danglars, którego Fernand zdawał się
unikać, dopadł go wreszcie w kącie sali, zbliżył się doń Caderousse.
- Przyznaję - rzekł Caderousse, który dzięki dobremu winu starego
Pamfila i uprzejmości Edmunda pozbył się uraz i nienawiści, jaką
niespodziewane szczęście Dant?sa zasiało w jego sercu - przyznaję, że
Dant?s jest bardzo miłym chłopcem i kiedy go widzę u boku narzeczonej,
myślę sobie, że była to wielka krzywda, gdybyście przywiedli do skutku
żart, który wczoraj uknuliście.
- Widziałeś przecież - rzekł Danglars - że nie ma to żadnych
konsekwencji. Biedny Fernand był wczoraj tak wstrząśnięty, że mi go
rzeczywiście było bardzo z początku żal; ale teraz, kiedy się tak dalece
oswoił z losem, że został pierwszym drużbą na weselu swego rywala, nie
ma już o czym mówić.
Caderousse spojrzał na Fernanda - był blady jak trup.
- Ofiara tym większa - mówił następnie Danglars - że dziewczyna, którą
traci, jest naprawdę śliczna. Do stu tysięcy diabłów, co za szczęściarz,
ten nasz przyszły kapitan! Chciałbym choć przez dwanaście godzin być na
jego miejscu.
- Idziemy? - odezwał się słodki głos Mercedes. - Wybiła już druga, a jesteśmy umówieni piętnaście po drugiej.
- Tak, chodźmy już, chodźmy - rzekł Dant?s, podnosząc się żywo.
W tejże chwili Danglars, który nie spuszczał z oka Fernanda siedzącego
przy oknie, spostrzegł, jak ten otworzył błędne oczy, zerwał się nagle
jak piorunem rażony i upadł na powrót na parapet. Jednocześnie na
schodach rozległ się przygłuszony hałas i stuk pomieszany z głosami i szczękiem broni; stłumiły gwar na sali, jakkolwiek był on duży,
zwracając powszechną uwagę: wśród biesiadników zapadło milczenie pełne
niepokoju. Hałas się zbliżył, na koniec dały się słyszeć trzy mocne
uderzenia w drzwi; wszyscy spojrzeli po sobie ze zdziwieniem.
- W imieniu prawa - ozwał się grzmiący głos, któremu nikt nie śmiał
odpowiedzieć.
Drzwi otwarły się natychmiast; wszedł komisarz przybrany we wstęgę, a za
nim czterech zbrojnych żołnierzy z kapralem na czele. Niepokój zamienił
się w trwogę.
- O cóż to chodzi? - zapytał pan Morrel, przystępując do komisarza,
którego znał osobiście. - Niezawodnie jakaś pomyłka, panie komisarzu.
- Jeśli pomyłka, panie Morrel, bądź pan pewien, że natychmiast ją
wyjaśnimy. Tymczasem mam tu rozkaz aresztowania i choć przykro mi, że
muszę spełnić takie zlecenie, trzeba je jednak wykonać. Który z was,
panowie, nazywa się Edmund Dant?s?
Wszyscy zwrócili spojrzenia na młodzieńca, który choć mocno poruszony,
zachował jednak godność i postąpił krok naprzód:
- To ja. Czego pan sobie życzy?
- Edmundzie Dant?sie, aresztuję cię w imieniu prawa.
- Aresztuje mnie pan! - rzekł Edmund i pobladł lekko. - Ale za co?
- Nie wiem, za co, ale na pierwszym przesłuchaniu dowiesz się pan
niezawodnie.
Pan Morrel zrozumiał, że w takiej sytuacji na nic zda się opór: komisarz
przepasany urzędową wstęgą przestaje być człowiekiem, ale jest
uosobieniem prawa, zimnym na wszystko, niemym i głuchym. Stary Dant?s
rzucił się tymczasem na urzędnika z płaczem i prośbami; są rzeczy,
których serce ojca czy matki nigdy nie zrozumie. Łzy na nic się nie
zdały, rozpacz jego jednak była tak wielka, że wzruszyła komisarza.
- Uspokój się pan - rzekł - być może syn twój nie dopełnił jakiejś
formalności celnej lub sanitarnej, i wedle wszelkiego
prawdopodobieństwa, skoro tylko udzieli potrzebnych objaśnień, uwolnią
go natychmiast.
- A cóż to wszystko znaczy? - Caderousse, zmarszczywszy brwi, zapytał
Danglarsa, który udawał zdumionego.
- Skąd mogę wiedzieć? - odparł Danglars. - Tyle wiem, co ty; widzę, co
się dzieje, nic nie rozumiem i sam nie wiem, co mam na to powiedzieć.
Caderousse poszukał wzrokiem Fernanda, ale Fernanda już nie było.
I cała scena z poprzedniego dnia przedstawiła mu się nagle w przerażającym świetle. Powiedziałbyś, że nieszczęście to zdarło zasłonę,
którą wczoraj pijaństwo nałożyło na jego pamięć.
- Aha - rzekł chrapliwym głosem - a może to skutki żartu, o którym
wczoraj mówiłeś, panie Danglars? Jeśli tak, to biada temu, kto się nań
poważył, bo to straszliwa psota!
- A skąd! - zawołał Danglars. - Wiesz przecież dobrze, że podarłem
papier w drobne kawałki.
- Nie podarłeś go - rzekł Caderousse - tylkoś go zmiął i rzucił w kąt,
ot i tyle.
- Bądź cicho, nie widziałeś tego, byłeś pijany.
- A gdzie Fernand? - spytał Caderousse.
- Skąd mogę wiedzieć? - odpowiedział Danglars. - Poszedł pewnie za swymi
interesami. Ale dajmy spokój próżnemu gadaniu, zajmijmy się raczej
naszymi nieszczęśliwymi przyjaciółmi.
Dant?s tymczasem pożegnał każdego z przyjaciół uściskiem ręki i oddał
się w ręce komisarza.
- Nie troskajcie się, wszystko się wyjaśni i może nie dojdę nawet do
drzwi więzienia.
- O, z pewnością, głowę za to daję - rzekł Danglars, który w tej chwili
zbliżył się właśnie, jak już mówiliśmy, do Edmunda.
Dant?s zszedł po schodach, z komisarzem policji na przodzie, a żołnierzami wokół. Karetka z otwartymi drzwiczkami stała już gotowa.
Dant?s wsiadł, a za nim komisarz i dwóch żołnierzy. Drzwiczki zamknięto
i karetka skierowała się do Marsylii.
- Żegnaj, Edmundzie, żegnaj! - krzyknęła Mercedes, wychylając się za
poręcz galeryjki.
Więzień usłyszał ten ostatni krzyk, który jak łkanie wyrwał się z piersi
narzeczonej, wychylił głowę przez drzwiczki i zawołał: "Do widzenia,
Mercedes!" - po czym karetka znikła za rogiem twierdzy Świętego
Mikołaja.
- Poczekajcie tu na mnie - rzekł pan Morrel. - Biorę natychmiast fiakra,
jadę co prędzej do Marsylii i dam wam znać natychmiast, co się stało.
- Jedź pan - zawołali wszyscy razem. - Jedź i wracaj co rychlej.
Po tym podwójnym odjeździe wszyscy trwali jeszcze przez chwilę w osłupieniu. Starzec i Mercedes zdawali się niemi, każde w swej boleści
pogrążone. Na koniec spotkały się ich oczy, spojrzeli na siebie, jak
ludzie jednym ciosem ugodzeni, i rzucili się sobie w objęcia. Tymczasem
Fernand wrócił, nalał sobie szklankę wody, wypił i usiadł na krześle.
Przypadek zrządził, że na krzesło obok opadła Mercedes, wysunąwszy się z objęć starca. Fernand odsunął się instynktownie.
- To on - rzekł Caderousse do Danglarsa, który nie spuszczał z oka
Katalończyka.
- Nie sądzę - odpowiedział Danglars. - On zbyt głupi na takie rzeczy. W każdym razie, niech cios spadnie na tego, co go sprowadził.
- A o tym, co był doradcą, nic nie powiesz? - spytał Caderousse.
- Och, na litość boską! - rzekł Danglars. - Gdybyśmy byli odpowiedzialni
za każde słowo, które rzucamy na wiatr...
- Tak, zwłaszcza gdy słówko to powróci i uderzy obuchem.
Tymczasem całe towarzystwo roztrząsało zdarzenie z różnych stron.
- A pan, panie Danglars, co myślisz o tym wypadku? - ozwał się ktoś.
- Mnie się zdaje - rzekł Danglars - że musiał pewnie sprowadzić kilka
paczek kontrabandy.
- Gdyby tak było, musiałbyś pan o tym wiedzieć, jako agent kasowy.
- Prawda, ale powinniście państwo wiedzieć, że agent kasowy wie tylko o tym, co mu deklarują. Wiem tylko, że mamy wielki ładunek bawełny, żeśmy
go wzięli od pana Pastreta w Aleksandrii, a w Smyrnie od pana Pascala, o więcej nie pytajcie.
- Ach! Przypominam sobie - wyszeptał nieszczęsny ojciec, chwytając się
tej wiadomości jak zbawienia. - Mówił mi wczoraj, że ma dla mnie
skrzynkę kawy i drugą tytoniu.
- A widzicie? - rzekł Danglars. - To pewnie o to chodzi; w czasie naszej
nieobecności celnicy musieli dokonać rewizji statku i znaleźli wszystko.
Mercedes nie uwierzyła w to wszystko; trzymając do tej pory na wodzy
swoją rozpacz, teraz wybuchnęła głośnym łkaniem.
- No, no, trochę nadziei - rzekł niezbyt jasno stary Dant?s.
- Nadziei - powtórzył Danglars.
- Nadziei - starał się mruknąć Fernand, ale słowa uwięzły mu w gardle,
usta zadrżały i żaden dźwięk nie wydobył się z piersi.
- Panowie! - zawołał któryś z biesiadników postawiony na czatach na
galeryjce. Panowie, widać powóz. Ach! To pan Morrel! Pan Morrel wraca,
niezawodnie przynosi dobre nowiny.
Mercedes i stary Dant?s pobiegli na spotkanie właściciela statku; pan
Morrel był bardzo blady.
- No i cóż? - zawołali jednym głosem.
- I cóż, moi przyjaciele - odpowiedział armator. - Rzecz jest daleko
poważniejsza, niż myśleliśmy.
- Och, panie Morrel! - zawołała gwałtownie Mercedes. - On jest niewinny!
- I ja tak myślę, ale go oskarżają...
- O co? - zapytał stary Dant?s.
- Że jest agentem bonapartystów.
Czytelnicy, którzy przeżyli czasy, w których rozgrywa się nasza
historia, przypomną sobie zapewne, jak okropnym oskarżeniem były wówczas
takie słowa. Mercedes wydała tylko krzyk bolesny, a starzec upadł na
krzesło.
- Aha! - szepnął Caderousse. - Oszukał mnie pan, panie Danglars, żart
wasz nie był wcale tylko żartem. Ale ja nie pozwolę, aby ten starzec i to dziewczę umarli z rozpaczy, i wszystko im powiem.
- Milcz, nieszczęsny! - zawołał Danglars, chwytając Caderousse'a za
rękę. - Albo drogo za to zapłacisz. A któż ci powiedział, że Dant?s nie
jest rzeczywiście winny? Statek zawinął na Elbę, Edmund wysiadł i bawił
cały dzień w Portoferraio. Jeśli znaleziono przy nim jakiś
kompromitujący list, wszyscy ci, co go zechcą bronić, zostaną posądzeni
o wspólnictwo.
Instynktem egoisty Caderousse pojął natychmiast, jak prawdziwe było to
rozumowanie. Spojrzał na Danglarsa oczyma, które wyrażały strach i rozpacz i jak poprzednio postąpił krok naprzód, tak teraz cofnął się o dwa.
- A więc, poczekajmy - wyjąkał obrońca Dant?sa.
- Naturalnie, poczekajmy jeszcze - powtórzył Danglars. - Jeśli jest
niewinny, wypuszczą go na wolność, jeśli zaś winny, po cóż byśmy się dla
niego narażali.
- Chodźmy więc, ja tu dłużej ani chwili nie wytrzymam.
- Dobrze, chodźmy - rzekł Danglars, rad, że sam nie musi wychodzić. -
Niech oni tu sobie radzą, jak mogą.
I wyszli. Fernand jako jedyny znów opiekun Mercedes, wziął ją pod rękę i odprowadził do wsi katalońskiej; przyjaciele Dant?sa zaś odprowadzili do
domu na pół omdlałego starca. Wkrótce pogłoska, że Dant?sa uwięziono
jako agenta bonapartystów, rozeszła się po całym mieście.
- Przypuściłbyś pan kiedykolwiek coś podobnego, drogi panie Danglars -
wysapał pan Morrel, doganiając swojego agenta kasowego i Caderousse'a,
bo sam spieszył do miasta, chcąc dowiedzieć się czegoś o Edmundzie
bezpośrednio od zastępcy prokuratora, pana de Villeforta, którego
cokolwiek znał.
- Przecież mówiłem - odpowiedział Danglars. - Mówiłem zaraz na początku,
że Dant?s bez żadnego powodu bawił cały dzień na Elbie i że ten postój
wydał mi się nieco podejrzany?
- Ale czy nie podzieliłeś się swoimi domysłami z kimś oprócz mnie?
- A niech Bóg broni! - powiedział cicho Danglars. - Wie pan dobrze, że
skoro wuj pański, pan Polikarp Morrel, służył pod tamtym i do tej pory
nie tai swoich sympatii, pana również posądzają o przychylność dla
Napoleona. Czyż mógłbym narażać Edmunda i zarazem pana? Są rzeczy, które
winniśmy z całą szczerością wyznawać naszym zwierzchnikom, ale z którymi
musimy się kryć przed obcymi.
- Dobrze, drogi panie Danglars - rzekł armator - jesteś zacnym chłopcem,
i dlatego myślałem też o tobie, w wypadku gdyby ten biedny Edmund został
kapitanem "Faraona".
- Jak to, proszę pana?
- Pytałem Dant?sa, jakie ma zdanie o tobie i czy nie ma nic przeciw
temu, abyś zatrzymał swoje stanowisko; bo nie wiem czemu, ale mi się
zdawało, że jakoś dąsaliście się na siebie.
- I cóż on na to odpowiedział?
- Że w samej rzeczy zawinił wobec pana w okolicznościach, o których nic
mi nie rzekł; i dodał, że ktokolwiek posiada zaufanie armatora, może być
pewnym i jego zaufania.
Obłudnik! - mruknął do siebie Danglars.
- Biedny chłopak - rzekł Caderousse. - To fakt, jest bardzo zacnym
chłopcem.
- Tak, ale tymczasem - dodał pan Morrel - "Faraon" został bez kapitana.
- Och - ozwał się Danglars. - Trzeba mieć nadzieję, że nim będziemy
mogli odpłynąć, to jest nim upłyną trzy miesiące, Dant?s będzie już
wolny.
- Bez wątpienia, ale co zrobić przez ten czas?
- Przez ten czas jestem do usług pańskich, panie Morrel - rzekł
Danglars. - Wiesz pan przecież, że na dowodzeniu statkiem znam się tak
przynajmniej jak pierwszy z brzegu kapitan. Powierzając mi to miejsce,
będziesz miał pan tę korzyść, że jak Dant?s wyjdzie z więzienia, nie
będziesz pan potrzebował nikogo zwalniać, on obejmie swoje miejsce, a ja
wrócę do własnego.
- Dziękuję! - rzekł armator. - Oto dobra rada. Obejmij więc zaraz
dowództwo, masz na to moje upoważnienie i dopilnuj wyładunku, bo
niezależnie od nieszczęść, jakie mogą na nas spaść, nasze interesy nie
powinny na tym tracić.
- Bądź pan spokojny... ale czy można by się przynajmniej zobaczyć z naszym
biednym Edmundem?
- Dam ci o tym znać. Będę się starał widzieć z panem de Villefortem i ująć się przed nim za Dant?sem. Wiem wprawdzie, że to zapalony
rojalista, ale, u diabła, rojalista, choćby był prokuratorem królewskim,
jest też przecież człowiekiem, a pan de Villefort nie wydaje mi się
najgorszy.
- Tak, zapewne - rzekł Danglars - ale mówią o nim, że ambitny bardzo, a to prawie na jedno wychodzi.
- Zresztą zobaczymy - dodał Morrel z westchnieniem. - Idź pan na statek,
zaraz sam tam przyjdę.
I udał się w stronę gmachu sądowego.
- Widzisz - rzekł Danglars do Caderousse'a - jaki obrót biorą rzeczy,
masz jeszcze ochotę stawać po stronie Dant?sa?
- Naturalnie, że nie; ale to okropne, aby żart mógł mieć tak straszne
następstwa.
- Do pioruna, któż go spłatał? Ani ja, ani ty, nieprawdaż, tylko
Fernand. Wiesz dobrze, że ja rzuciłem papier ten w kąt, zdaje mi się
nawet, żem go podarł.
- O nie, nie, ręczę ci za to - rzekł Caderousse. - Co do tego, jestem
pewny, jakbym go widział w tej chwili, leży w kącie zmięty, zgnieciony;
ależ bym chciał, żeby leżał jeszcze tam, gdzie go widzę.
- Cóż począć? Fernand musiał go wziąć, przepisał lub kazał przepisać,
może nawet nie chciało mu się tego uczynić. Ach, mój Boże! Jak pomyślę,
że może posłał kartkę napisaną przeze mnie! Szczęście, żem zmienił
charakter pisma.
- Ale wiedziałeś, że Dant?s należał do spisku?
- Nic a nic nie wiedziałem, żartowałem sobie tylko. I zdaje się, że w żartach powiedziałem niechcący prawdę.
- Wszystko jedno - odpowiedział Caderousse. - Dałbym, nie wiem co, za
to, żeby się to wszystko nie stało, albo przynajmniej żebym ja nie był w to zamieszany; zobaczysz, że przyniesie nam to nieszczęście!
- Jeśli ma to komu przynieść nieszczęście, to tylko prawdziwemu
winowajcy, a winny jest Fernand, nie my. I powiedz, cóż nam się może
stać? Trzeba nam tylko siedzieć cicho i nie pisnąć nikomu ani słowa o tym, co zaszło, a burza przejdzie i na nikogo grom nie spadnie.
- Amen! - rzekł Caderousse, pożegnał się z Danglarsem i poszedł w stronę
Alei Meilhańskich, potrząsając głową i mrucząc sam do siebie, jak się to
zdarza ludziom mocno czymś przejętym.
To i dobrze - rzekł Danglars do siebie. - Rzeczy przybierają taki obrót,
jaki przewidziałem: jestem tymczasowo kapitanem, a jeśli ten głupiec
Caderousse będzie milczał, to nim zostanę naprawdę. Chyba że sąd
uwolniłby Dant?sa... ale sprawiedliwość jest sprawiedliwością i mogę na
nią liczyć.
I wskoczył do łodzi, każąc wieźć się na "Faraona", gdzie, jak pamiętamy,
armator wyznaczył mu spotkanie.
6. Zastępca prokuratora królewskiego
Przy ulicy Grand Cours, naprzeciw fontanny Meduz, w jednym z owych
starych domów o wytwornej architekturze typowej dla Pugeta, tego samego
dnia i o tej samej godzinie odbywała się także uczta zaręczynowa. Ale w miejsce marynarzy i żołnierzy zebrała się tam sama śmietanka towarzyska
Marsylii: dawni sądownicy, którzy wystąpili ze służby za panowania
uzurpatora; starzy oficerowie, którzy zbiegli z naszych szeregów i przeszli do armii Kondeusza; młodzieńcy, których rodziny ocaliły od
służby wojskowej, kupując im zastępców, wychowani w nienawiści do
człowieka, którego pięć lat wygnania miało uczynić w oczach Francji
męczennikiem, a piętnaście lat Restauracji prawdziwym bogiem.
Wszyscy siedzieli przy stole, rozmowa toczyła się żywo, podsycana
wszystkimi namiętnościami ówczesnej epoki, tym straszniejszymi i zacieklejszymi na Południu, że od pięciu wieków waśnie religijne
splatały się tam z nienawiściami politycznymi.
Cesarz, król wyspy Elby, ten, który był wcześniej panem jednej części
świata, panował dziś nad kilkoma tysiącami dusz, choć słyszał niedawno,
jak sto dwadzieścia milionów poddanych w dziewięciu różnych językach
wołało: "Niech żyje Napoleon!"; i był wśród tych osób traktowany jako
człowiek, którego Francja na zawsze straciła i który nigdy nie odzyska
tronu. Prawnicy rozważali jego błędy polityczne, wojskowi rozmawiali o Moskwie i Lipsku, kobiety o jego rozwodzie z Józefiną. Zdawało się temu
wesołemu, triumfującemu gronu, z powodu nie tyle upadku jednego
człowieka, ile z unicestwienia idei, że teraz nowe otwiera się dla nich
życie i że ocknęli się wreszcie z okropnego snu.
Jakiś starzec z Orderem Świętego Ludwika na piersi powstał i wzniósł
zdrowie króla Ludwika XVIII. Był to markiz de Saint-Méran. Na ów toast,
budzący tyle wspomnień, powstało wielkie poruszenie, wszyscy unieśli
szklanki w górę na sposób angielski, kobiety odpięły bukieciki i zasłały
nimi stół cały. Zapał nieledwie poetycki ogarnął całe towarzystwo.
- Gdyby tu byli, musieliby przyznać - rzekła markiza Saint-Méran,
kobieta o surowym wyrazie oczu, wąskich ustach, która mimo wieku
pięćdziesięciu już lat zachowała arystokratyczną i wykwintną postawę -
musieliby przyznać ci wszyscy rewolucjoniści, co nas wygnali, a którym
my teraz pozwalamy knuć spiski w naszych własnych pałacach kupionych w czasie terroryzmu za wydarty kawałek chleba, że daliśmy przykład
prawdziwego poświęcenia, trzymając stronę upadającej monarchii, podczas
gdy oni witali wschodzące słońce i robili majątek, gdy my traciliśmy
nasze fortuny. Przyznaliby, powtarzam, że nasz król Ludwik XVIII jest
nam rzeczywiście miłościwie panującym władcą, zaś ich uzurpator był dla
nich tylko Napoleonem złowrogim, czyż nie tak, panie de Villefort?
- Co pani raczyła powiedzieć? Proszę darować, nie uważałem na bieg
rozmowy.
- Ech, daj pokój tym dzieciom, pani markizo - rzekł starzec. - Mają się
pobrać, więc też co innego im w głowie, nie polityka.
- Przepraszam, mamo - rzekła młoda, jasnowłosa dziewczyna o aksamitnych,
błyszczących oczach. - Oddaję ci pana de Villeforta, którego zagarnęłam.
Panie prokuratorze, moja matka rzekła coś do pana.
- Gotów jestem odpowiedzieć pani markizie, jeśli raczy zapytać ponownie,
bo nie słyszałem pytania.
- Przebaczam ci, Reniu - rzekła markiza i jej twarz rozjaśniła się
uśmiechem, który zadziwiał na tym oschłym obliczu; bo w sercu kobiety,
choć przesądy i prawa etykiety czynią go zimnym i twardym, znajdzie się
zawsze zakątek pełen czułości i uśmiechu, ten, który Stwórca przeznaczył
na uczucia macierzyńskie. - Mówiłam właśnie panu de Villefortowi, że
bonapartyści nie mieli ani takiej jak my wiary w słuszność idei, ani
takiego entuzjazmu, ani takiego poświęcenia.
- Tak, pani markizo, ale jest w nich jednak cecha, która wszystko
zastępuje: fanatyzm. Napoleon to Mahomet Zachodu. Dla tych wszystkich
prostych, lecz ambitnych do najwyższego stopnia ludzi, jest on nie tylko
prawodawcą i panem, ale także wyrazem i wcieleniem równości.
- Równości! - zawołała markiza. - Napoleon uosobieniem równości! A cóż
wobec tego powiesz o panu Robespierze? Zdaje mi się, że kradniesz mu pan
pierwszeństwo, przyznając to Korsykaninowi, który przecież i tak sobie
dużo przywłaszczył?
- Nie, pani markizo, zostawiam każdego z nich na właściwym mu
piedestale: Robespierre'a na szafocie zbudowanym na placu Ludwika XV,
Napoleona na kolumnie, na placu Vendôme; jeden stworzył równość, która
poniża, drugi równość, która wywyższa; jeden sprowadził królów do
poziomu gilotyny, a drugi wyniósł lud aż na tron. To jednak nie
przeszkadza - dodał Villefort, śmiejąc się - aby obaj nie byli
nikczemnymi rewolucjonistami i aby dziewiątego termidora oraz czwartegp
kwietnia 1814 roku nie były dla Francji dniami świętymi, godnymi, aby
zwolennicy porządku i monarchii obchodzili ich rocznicę jednakowo
uroczyście. Ale tłumaczy też, dlaczego Napoleon, choć upadł, aby - jak
się spodziewam - nigdy się już nie podnieść, posiada nadal stronników.
Cóż robić, pani markizo? Cromwell, który nie miał nawet połowy geniuszu
Napoleona, miał także swoich zwolenników.
- Wie pan co, panie de Villefort, wszystko, coś powiedział, na milę
trąci rewolucją. Przebaczam to jednak panu, trudno, aby syn żyrondysty
pozbył się całkowicie ojcowskich wad.
Mocny rumieniec wystąpił na twarz pana de Villeforta.
- Prawda, że mój ojciec był żyrondystą, ale mój ojciec nie głosował za
śmiercią króla, był skazany na wygnanie za tego samego terroru, kiedy i państwo byli wygnani z kraju, i niewiele brakowało, aby głowa jego
spadła na tym samym szafocie, na którym postradał życie ojciec pani.
- Tak - rzekła markiza, a to straszliwe wspomnienie nic nie zmieniło w spokojnym wyrazie jej twarzy. - Ale cierpieli oni za zupełnie odmienne
poglądy polityczne, czego dowodem jest to, że cała moja rodzina
dochowała wierności wygnanym książętom, a pański ojciec pospieszył co
prędzej z hołdem dla nowego rządu; gdy obywatel Noirtier był żyrondystą,
hrabia Noirtier został senatorem.
- Mamo, mamo - rzekła Renata - przecież postanowiliśmy nie wracać już do
tych okropnych wspomnień.
- Łaskawa pani - dodał Villefort - dołączę moje prośby do próśb panny de
Saint-Méran, abyś raczyła puścić w niepamięć moją przeszłość. Po cóż
obwiniać się o rzeczy, wobec których sam Bóg jest bezsilny? Bóg może
rządzić przyszłością, nie może jednak zmienić przeszłości. I cóż nam,
zwykłym ludziom, pozostaje? Możemy się wyprzeć przeszłości lub
przynajmniej rzucić na nią zasłonę. Co do mnie, nie tylko wyznaję inne
zasady od mego ojca, ale nawet noszę już inne nazwisko. Mój ojciec był,
a może i dotąd jest, bonapartystą i nazywa się Noirtier, ja zaś jestem
rojalistą i nazywam się Villefort. Proszę pozwolić, aby resztki
rewolucyjnych soków zginęły w tym spróchniałym pniu; niech pani spogląda
tylko na gałązkę owego pnia, która odchyla się od pnia, nie mogąc, a powiem nawet: nie chcąc się od niego całkowicie oderwać.
- Brawo, Villefort, brawo - rzekł markiz. - Świetnieś rzekł. Ileż razy
błagałem żonę, aby zapomniała o przeszłości - i zawsze bez skutku. Mam
nadzieję, że będziesz miał pan więcej szczęścia.
- Dobrze - rzekła markiza - zapomnijmy o przeszłości, niczego więcej nie
żądam. Pragnę tylko, aby w przyszłości pan de Villefort okazał się
nieugięty. Niech pan nie zapomina, że odpowiadamy za pana przed Jego
Królewską Mością i Najjaśniejszy Pan za naszym wstawiennictwem raczył
zapomnieć - (w tym miejscu wyciągnęła do Villeforta rękę) - tak ja
zapomnę na pańską prośbę. Ale pamiętaj, jeśli wpadnie ci w ręce jaki
spiskowiec, że zwróconych jest na ciebie wiele bacznych oczu, należysz
bowiem do rodziny, która może utrzymywać jakieś stosunki z konspiratorami.
- Niestety, droga pani - odrzekł Villefort - mój urząd, szczególnie
czasy, w których żyjemy, nakazują mi surowość. Muszę być surowy.
Kilkakrotnie oskarżałem już w sprawach politycznych i dowiodłem pod tym
względem mej nieskazitelności. Na nieszczęście to jeszcze nie koniec.
- Tak pan sądzi? - zdziwiła się markiza.
- Obawiam się. Napoleon, osadzony na Elbie, ma blisko do Francji; jego
obecność niemal widoczna z naszych brzegów podtrzymuje nadzieje jego
stronników. W samej Marsylii jest mnóstwo oficerów na przymusowej
emeryturze, którzy codziennie szukają pretekstu do zwady z rojalistami;
stąd biorą się pojedynki pomiędzy ludźmi z wyższych klas, stąd
morderstwa popełniane przez ludzi z gminu.
- Ale, ale - odezwał się hrabia de Salvieux, stary przyjaciel markiza de
Saint-Mérana i szambelan hrabiego d'Artois. - Czy wiecie, że Święte
Przymierze postanowiło go przenieść?
- A tak. Była o tym mowa, kiedyśmy wyjeżdżali z Paryża - rzekł pan de
Saint-Méran. - A gdzie chcą go wysłać?
- Na Świętą Helenę.
- Na Świętą Helenę! Cóż to takiego? - zapytała markiza.
- Wyspa oddalona o dwa tysiące mil, na południe od równika -
odpowiedział hrabia.
- Bogu dzięki! To była wielka niedorzeczność, jak powiada Villefort,
zostawiać takiego człowieka pomiędzy Korsyką, gdzie się urodził, i Neapolem, gdzie dotąd panuje jego szwagier, poza tym w takiej bliskości
Włoch, które miały zostać królestwem jego syna!
- Niestety - rzekł Villefort. - Istnieje traktat z 1814 roku i nie wolno
tknąć Napoleona, nie złamawszy jego zasad.
- No to się je złamie - rzekł pan de Salvieux. - Czy Napoleon myślał o zasadach, kiedy kazał rozstrzelać księcia d'Enghien?
- No - odezwała się markiza - to postanowione, Święte Przymierze uwolni
Europę od Napoleona, a Villefort Marsylię od jego stronników. Król
panuje albo nie, a jeśli panuje, to rządy jego powinny być silne, a urzędnicy nieugięci, to jedyny sposób, aby przeciwdziałać złu.
- Niestety - rzekł, uśmiechając się, Villefort. - Zastępca prokuratora
królewskiego wzywany jest zawsze wtedy, gdy zło już się stało.
- Powinien je więc naprawić.
- Mogę odpowiedzieć pani markizie otwarcie, że my nie naprawiamy zła,
ale je karzemy i nic więcej.
- Ach! Panie de Villefort - wtrąciła młoda dziewczyna, córka hrabiego de
Salvieux i przyjaciółka panny de Saint-Méran. - Zaproś nas pan na jakiś
zajmujący proces, póki jesteśmy w Marsylii. Nie byłam jeszcze nigdy w sądzie, a mówią, że to bardzo ciekawe.
- Rzeczywiście, bardzo ciekawe - zgodził się Villefort - bo zamiast
sztucznej tragedii, jak na deskach sceny, widzimy dramat prawdziwy;
zamiast odgrywanego cierpienia widzimy rozpacz rzeczywistą. Gdy tam
zapadnie kurtyna, człowiek, którego widzieliśmy na scenie, powraca do
domu i spożywa spokojnie obiad w gronie rodziny, po czym kładzie się
spokojnie spać, aby następnego dnia znów występować. Tymczasem tutaj
taki człowiek idzie do więzienia, gdzie czeka na niego kat. Widzisz
więc, pani, że dla osób nerwowych, szukających mocnych wrażeń, nic nie
równa się z takim widowiskiem. Zapewniam, że jak tylko zdarzy się
okazja, nie omieszkam pani zaprosić.
- On nas przejmuje zgrozą... a sam się zaśmiewa - rzekła Renata,
pobladłszy zupełnie.
- Co robić! - odpowiedział Villefort. - To pojedynek... Już kilka razy
żądałem kary śmierci dla politycznych przestępców i innych zbrodniarzy...
I teraz, kto wie, ile sztyletów ostrzy się na mnie gdzieś w ciemności, a ile już we mnie wymierzono?
- Ach, mój Boże! - rzekła Renata, coraz bardziej posępna. - Czy pan mówi
poważnie, panie de Villefort?
- Najzupełniej - odrzekł młody urzędnik z uśmiechem na ustach. - A takie
piękne procesy, których tak pożąda panna de Salvieux dla czystej
ciekawości, a ja po to, by zadośćuczynić mojej ambicji, pogorszą tylko
moje położenie. Czyż ci żołnierze napoleońscy, którzy przywykli rzucać
się na oślep w bój, będą się wahać dłużej nad zabiciem człowieka,
którego mają za osobistego wroga, niżby się zawahali, uśmiercając
Rosjanina, Austriaka czy Węgra, którego nigdy wcześniej nie widzieli?
Zresztą to konieczne, bez tych niebezpieczeństw nasz zawód nie miałby
zasługi. Ja sam, kiedy widzę w oku oskarżonego iskrzącą się wściekłość,
czuję w sobie wzrastającą odwagę i zapał; to już nie proces, to walka!
Nacieram na niego, on odpiera natarcia, podwajam atak i walka kończy się
jak każda inna, zwycięstwem lub porażką. Oto jest zawód prawnika!
Niebezpieczeństwo budzi w nas umiejętność wymowy. Gdyby jakiś oskarżony
uśmiechnął się po mojej replice, byłbym przekonany, że źle mówiłem; że
to, co powiedziałem, było słabe, mierne i niewystarczające. Pomyśl pani,
jakiego uczucia dumy doświadcza prokurator królewski przekonany o winie
oskarżonego, gdy winowajca blednie i drży pod ciężarem dowodów i ciosami
elokwencji! Głowa jego pochyla się, aż w końcu spadnie...
Renata wydała lekki okrzyk.
- Oto prawdziwy mówca - rzekł jeden z biesiadników.
- Takich nam teraz trzeba ludzi - dodał drugi.
- Toteż - wtrącił trzeci - podczas ostatniego procesu byłeś pan
wspaniały. Wiesz pan, ten, co zabił własnego ojca; zabiłeś go pan
słowami, nim dotknął go kat.
- O, ojcobójcy niewiele mnie obchodzą, nie znam kary godnej takiego
występku, ale ci nieszczęśliwi więźniowie polityczni...
- Ale tacy są jeszcze gorsi, Renato, gdyż król jest ojcem narodu, chcieć
więc obalić lub zabić króla, znaczy chcieć zabić ojca trzydziestu
milionów ludzi.
- Dajmy temu pokój, panie de Villefort - rzekła Renata. - Przyrzeknie mi
pan pobłażliwość dla tych, za którymi przemówię?
- Dobrze, pani - rzekł Villefort z czarującym uśmiechem - razem będziemy
sporządzać wnioski.
- Moja droga - rzekła markiza - zajmuj się swoimi ptaszkami, spanielami
i szmatkami, a nie mieszaj się do spraw urzędowych swojego przyszłego
męża. Dziś broń odpoczywa, a decyduje toga, jest takie przysłowie
łacińskie, w którym zawiera się głęboka myśl.
- Cedant arma togae - rzekł, skłoniwszy się Villefort.
- Nie śmiałam odezwać się po łacinie - odpowiedziała markiza.
- Wolałabym, żebyś pan był lekarzem - odezwała się Renata. - Anioł
śmierci, nawet jeśli jest aniołem, zawsze napełniał mnie trwogą.
- Moja kochana! - szepnął Villefort, obejmując dziewczynę rozkochanym
spojrzeniem.
- Moja córko - rzekł markiz - pan de Villefort będzie dla tej prowincji
lekarzem zarówno pod względem moralnym, jak i politycznym; wierz mi, że
to piękna rola.
- I będzie mógł w ten sposób wymazać z pamięci ludzkiej rolę, jaką
odegrał jego ojciec - dodała niepoprawna markiza.
- Pani - rzekł Villefort i smutny uśmiech pojawił się na jego twarzy -
już miałem zaszczyt oświadczyć pani, że mój ojciec, jak sądzę, wyrzekł
się błędów przeszłości i że jest dziś gorliwym sługą religii i porządku,
lepszym może ode mnie rojalistą, gdyż powodują nim skrucha, a mną tylko
umiłowanie zasad.
I po tym zgrabnym frazesie Villefort potoczył wzrokiem po biesiadnikach,
aby wybadać, jakie wrażenie sprawiła na obecnych jego elokwencja; w podobny sposób rozejrzałby się po audytorium, rzuciwszy zza stołu w sądzie trafną replikę.
- Otóż to, mój drogi Villeforcie! - zawołał hrabia de Salvieux. - Tak
właśnie powiedziałem wczoraj marszałkowi dworu w Tuileriach, kiedy mnie
spytał o ten dziwny związek syna żyrondysty z córką emigranta i oficera
armii Kondeusza; i marszałek zrozumiał to doskonale. Takie mariaże
zgadzają się wybornie ze sposobem rządzenia Ludwika XVIII. A król
przerwał nam właśnie wtedy (choć nawet nie przypuszczaliśmy, że słuchał
naszej rozmowy), mówiąc: "Villefort - proszę zwrócić uwagę, że nie
nazwał go wcale Noirtier, ale przeciwnie, kładł nacisk na nazwisko
Villefort - wysoko zajdzie. To człowiek młody, ale już dojrzały i należy
do moich ludzi. Z przyjemnością dowiedziałem się, że państwo de
Saint-Méranowie przyjmują go na zięcia i sam nawet doradziłbym im ten
związek, gdyby pierwsi nie zwrócili się do mnie, prosząc o pozwolenie".
- Król tak powiedział, hrabio? - zawołał uradowany Villefort.
- Powtarzam ci jego własne słowa i jeśli markiz zechce mówić szczerze,
przyzna, że to, co tu panu mówię, zgadza się najzupełniej z tym, co król
rzekł do niego samego pół roku temu, kiedy mówił mu o projekcie tego
małżeństwa.
- To prawda - rzekł markiz.
- A więc wszystko będę zawdzięczał temu szlachetnemu monarsze! Czegóż
bym dla niego nie poświęcił, aby mu służyć?
- Brawo! - rzekła markiza. - Kocham cię czule, mój panie, skoro tak
mówisz. Niech się tylko pokaże jakiś spiskowiec, a dobrze go przyjmiesz.
- A ja, droga mamo - rzekła Renata - proszę Boga, aby cię nie wysłuchał
i aby pan de Villefort miał do czynienia tylko ze złodziejaszkami, z małymi bankrutami i bojaźliwymi oszustami, tylko wtedy będę mogła zasnąć
spokojnie.
- To tak, jakbyś pani życzyła lekarzowi - rzekł, uśmiechając się
Villefort - aby spotykał tylko pacjentów z migreną, odrą i pokąsanych
przez osy, czyli tylko takie choroby, które dotykają naskórka. Jeśli
chcesz mnie kiedyś widzieć prokuratorem królewskim, powinnaś mi przecież
życzyć najstraszliwszych chorób, takich, których wyleczenie przynosi mu
sławę.
W tejże chwili, jakby przypadek oczekiwał tylko okazji, aby spełnić
życzenia sądownika, wszedł lokaj i szepnął Villefortowi na ucho kilka
słów. Villefort odszedł od stołu, przepraszając obecnych, i w kilka
chwil potem powrócił, uśmiechnięty, z rozjaśnioną twarzą.
Renata spojrzała nań z miłością, bo też był to naprawdę piękny i wytworny młodzieniec: miał niebieskie oczy, matową płeć, twarz okalały
mu czarne faworyty. Dziewczyna z całą uwagą i natężeniem przylgnęła
wzrokiem do ust narzeczonego, pragnąc poznać przyczynę jego nagłego
odejścia.
- I cóż, pani - odezwał się Villefort - chciałaś przed chwilą być żoną
lekarza. Otóż moje obowiązki w istocie przypominają obowiązki elewów
Eskulapa - (w 1815 roku jeszcze tak mówiono) - że nie mogę rozporządzać
moim czasem: przeszkadzają mi nawet w chwili, kiedy jestem przy pani,
nawet w czasie zaręczyn.
- I dlaczegóż panu przeszkadzają? - zapytało piękne dziewczę z lekkim
odcieniem niepokoju w głosie.
- Niestety! Wołają mnie do chorego, a ów chory, jeśli mam wierzyć temu,
co mi powiedziano, jest bliski śmierci. To ciężki przypadek i pacjent
może skończyć na rusztowaniu.
- Ach, Boże wielki! - krzyknęła Renata, blednąc okropnie.
- Coś podobnego! - zawołali goście.
- Zdaje się, że po prostu odkryto jakiś bonapartystowski spisek.
- Doprawdy? - zdziwiła się markiza.
- Oto list z denuncjacją.
I Villefort przeczytał:
Wierny poddany tronu i religii zawiadamia panu prokuratorowi
królewskiemu, że niejaki Edmund Dant?s, oficer ze statku "Faraon",
przybyły w dniu dzisiejszym ze Smyrny, zawitawszy po drodze do Neapolu i Portoferraio, otrzymał list od Murata do uzurpatora i od uzurpatora do
stronnictwa bonapartystowskiego w Paryżu.
Można przekonać się o Dant?sa występku po aresztowaniu go, jako że list
ów znajduje się albo przy nim, albo u jego ojca, albo w jego pokoiku na
statku "Faraon".
- Ale list ten - zaprotestowała Renata - jest tylko anonimem i zresztą
adresowany do prokuratora królewskiego, nie zaś do pana.
- Tak, ale prokurator królewski wyjechał, i list ten doręczono jego
sekretarzowi, który ma pełnomocnictwo otwierania listów. Otworzył i ten,
a potem posłał po mnie; nie znalazłszy mnie w domu, wydał nakaz
aresztowania.
- Tym sposobem winowajca siedzi już w areszcie? - rzekła markiza.
- Oskarżony, mamo - sprostowała Renata.
- Tak - rzekł Villefort - i jak miałem zaszczyt oświadczyć pani przed
chwilą, jeżeli list, o którym tu mowa, się znajdzie, pacjent jest
doprawdy w ostatnim stadium.
- A gdzież jest ten nieszczęśliwy? - zapytała Renata.
- Czeka u mnie.
- Idź, drogi przyjacielu - rzekł markiz. - Nie opuszczaj dla nas
obowiązków, tym bardziej gdy cię wzywa służba dla króla. Idź więc, gdzie
cię wzywają obowiązki urzędu.
- Ach, panie Villefort - rzekła Renata, składając ręce. - Bądź pan
wyrozumiały, to dzień naszych zaręczyn.
Villefort obszedł stół, zbliżył się do krzesła narzeczonej i oparłszy
się na poręczy, rzekł:
- Zaręczam, że będę robił wszystko, co tylko można, droga Renato, aby
oszczędzić ci troski; jeżeli jednak poszlaki okażą się pewne, a oskarżenie słuszne, trzeba będzie ściąć ten napoleoński chwast.
Na ten wyraz "ściąć" Renata zadrżała, gdyż ów chwast, który należało
wyplenić, posiadał ludzką głowę.
- Ejże, panie Villefort, nie słuchaj tego dzieciaka - wtrąciła markiza -
ona to kiedyś zrozumie.
To mówiąc, markiza podała panu Villefortowi do pocałunku szczupłą rękę,
którą podniósł do ust, spoglądając w tejże chwili na Renatę, jakby
mówił: To twoją dłoń całuję, a przynajmniej pragnąłbym ucałować.
- Smutna to wróżba! - szepnęła Renata.
- Moja panno - rzekła markiza - jesteś rozpaczliwie dziecinna. Powiedz
mi, proszę, jaki mogą mieć związek losy kraju z twoimi sentymentalnymi
kaprysami i czułostkami?
- Ach, mamo! - szepnęła Renata.
- Proszę o łaskę, pani markizo, dla swojej niewdzięcznej rojalistki -
rzekł Villefort. - Przyrzekam, że spełnię sumiennie obowiązki zastępcy
prokuratora królewskiego: będę surowy i bezlitosny.
A gdy sądownik zwracał się w te słowa do markizy, narzeczony ukradkiem
spoglądał na ukochaną i w jego spojrzeniu można było wyczytać:
"Bądź spokojna, Renato, przez miłość do ciebie będę pobłażliwy".
Renata przyjęła to spojrzenie najsłodszym uśmiechem i Villefort wyszedł,
czując się tak, jakby zawędrował do samego nieba.
7. Przesłuchanie
Zaledwie Villefort opuścił salę biesiadną, zdjął maskę wesołości, a przybrał pełen powagi wyraz, właściwy dla człowieka powołanego do tego
najwyższego obowiązku, jakim jest wyrokowanie o życiu lub śmierci
bliźniego. Mimo jednak ruchliwości fizjonomii Villeforta, który opanował
tę sztukę, ćwicząc godzinami przed lustrem, jak to czynią aktorzy, tym
razem musiał zadać sobie sporo trudu, by zmarszczyć brwi i nasępić
czoło. I w samej rzeczy, pomijając pamięć o wyborach politycznych
własnego ojca, Gerard de Villefort był w tej chwili tak szczęśliwy, jak
tylko człowiek być może. Posiadał swój własny majątek, w dwudziestym
siódmym zaledwie roku życia piastował wysoki urząd w sądownictwie, a teraz miał poślubić młodą i piękną dziewczynę, którą kochał - nawet
jeśli nie była to wielka namiętność, a uczucie wyrozumowane, takie
właśnie, jakie wypadało żywić zastępcy prokuratora do przyszłej małżonki
- a co więcej, jego przyszła żona, panna de Saint-Méran, dziewczyna
niezwykłej urody, pochodziła z rodziny jak najlepiej widzianej u dworu.
Na koniec, narzeczona, jedyne dziecię swoich rodziców, którzy swych
rozległych wpływów użyją z pewnością na korzyść zięcia, wnosiła mężowi w posagu pięćdziesiąt tysięcy dukatów; posag ten, dzięki "nadziejom na
spadek" - jeśli zacytować okropną formułę używaną przez zawodowych
swatów, mógł powiększyć się kiedyś o dodatkowe pół miliona. Wszystko to
tworzyło dla Villeforta jedną całość, oślepiającą wizję wspaniałego
szczęścia, tak że zapatrzony we własne świetne życie prędzej dostrzegłby
plamy na Słońcu.
U drzwi czekał na niego komisarz policji. Widok tego człowieka odzianego
w czerń strącił go od razu z siódmego nieba na ziemię; przybrał więc
stosowny wyraz twarzy i zbliżył się do urzędnika sprawiedliwości.
- Oto jestem - rzekł doń. - Czytałem list; dobrześ pan zrobił,
aresztując tego człowieka, teraz proszę mi udzielić wszelkich
szczegółów, jakie zebrałeś pan o oskarżonym i spisku.
- O spisku nic jeszcze nie wiemy. Wszystkie papiery, któreśmy znaleźli u niego, złożyliśmy w jedną paczkę, opieczętowaliśmy i jest już ona w pańskiej kancelarii. Co się tyczy aresztowanego, jest to, jak się pan
już dowiedział z denuncjacji, niejaki Edmund Dant?s, porucznik
trójmasztowca "Faraon", handlującego bawełną z Aleksandrią i Smyrną,
który jest własnością firmy Morrel i Syn z Marsylii.
- Czy nim wstąpił do marynarki handlowej, nie służył przypadkiem w marynarce wojennej? - zapytał Villefort.
- O nie, panie prokuratorze, to bardzo młody człowiek.
- W jakim wieku?
- Dziewiętnaście, może dwadzieścia lat.
Gdy Villefort dotarł do skrzyżowania ulicy Głównej i Sądowej, zaczepił
go jakiś człowiek, który zdawał się czekać tu na jego spotkanie. Był to
Morrel.
- Ach, panie de Villefort! - zawołał ten zacny kupiec, spostrzegając
podprokuratora. Rad jestem bardzo, że pana tu spotykam. Wyobraź pan
sobie, jaką pomyłkę popełniono, pomyłkę dziwaczną i niesłychaną:
aresztowano zastępcę kapitana mego statku, niejakiego Edmunda Dant?sa.
- Wiem o tym - rzekł Villefort. - Właśnie idę do domu na indagację.
- Ach, panie prokuratorze - ciągnął pan Morrel, a słowa podpowiadała mu
przyjaźń do młodzieńca. - Nie zna pan tego, którego oskarżają, a ja go
znam doskonale. Niech pan wierzy, że to człowiek najspokojniejszy,
uczciwy jak mało kto i śmiem sądzić, najlepszy pod słońcem marynarz.
Ach, panie Villefort, polecam go panu najszczerzej i z całego serca.
Villefort, jak to już widzieliśmy, należał do marsylskiej szlachty,
Morrel zaś do plebsu; pierwszy był zapalonym rojalistą, drugiego
posądzano o sympatie do bonapartyzmu. Villefort spojrzał pogardliwie na
pana Morrela i odrzekł ozięble:
- Wiesz pan zapewne, że można być spokojnym i cichym w życiu prywatnym,
uczciwym w stosunkach handlowych i znać świetnie swój zawód, a jednocześnie być wielkim przestępcą politycznym; wszak zdajesz pan sobie
z tego sprawę, nieprawdaż?
Urzędnik ostatnie te słowa wymówił z naciskiem, jakby je chciał
zastosować do samego kupca, i jednocześnie zapuścił badawczy wzrok w głąb serca tego zuchwalca, który ośmielał się występować w czyjejś
obronie, podczas gdy powinien wiedzieć, że sam potrzebuje pobłażliwości
władz.
Morrel zarumienił się, albowiem pod względem politycznym jego sumienie
nie było zupełnie czyste; ponadto relacja Dant?sa z wizyty z marszałkiem
i z rozmowy z cesarzem zakłócała mu nieco spokój ducha, mimo to dodał z wyrazem największego przejęcia:
- Błagam, panie Villefort, bądź pan sprawiedliwy, jak być powinieneś,
dobry jak zawsze jesteś i zwróć nam co prędzej tego biednego chłopca.
To "zwróć nam" zabrzmiało rewolucyjnym dźwiękiem w uchu prokuratora
królewskiego.
Hm... - szepnął do siebie. - Czyżby ten Dant?s miał należeć do jakiejś
loży karbonaryjskiej, kiedy jego protektor używa tak machinalnie liczby
mnogiej? Zdaje mi się, że komisarz mi mówił, iż aresztowano go w jakiejś
karczmie, w licznym towarzystwie; coś w tym musi być.
Po czym rzekł głośno:
- Możesz pan być zupełnie spokojny, nie na próżno odwołałeś się do mojej
sprawiedliwości, byle tylko oskarżony był niewinny; ale jeżeli jest
winny - wiesz pan, w jak trudnej epoce żyjemy, pobłażliwość mogłaby stać
się fatalnym przykładem; w takim przypadku będę więc zmuszony spełnić
mój obowiązek.
To powiedziawszy, Villefort zatrzymał się u drzwi swojego domu, który
przylegał do sądu, i pożegnawszy pana Morrela z zimną grzecznością,
wszedł majestatycznym krokiem do środka. Nieszczęśliwy kupiec został na
miejscu jak skamieniały.
Przedpokój był wypełniony żandarmami i policjantami. Pośród nich, pilnie
strzeżony, stał spokojnie i nieruchomo więzień, nie bacząc na pełne
nienawiści spojrzenia żandarmów. Villefort, mijając przedpokój, zerknął
z ukosa na Dant?sa. Odbierając paczkę papierów, które mu wręczył
policjant, zniknął za drzwiami, mówiąc:
- Niech tu przyprowadzą więźnia.
Choć szybkie, to jedyne spojrzenie pozwoliło Villefortowi na wyrobienie
sobie opinii o człowieku, którego miał właśnie przesłuchiwać: w otwartym
i szerokim czole przejawiała się inteligencja, w stanowczym wyrazie oczu
i zmarszczonych brwiach - odwaga, a lekko rozchylone usta, spoza których
lśniły zęby białe jak kość słoniowa, świadczyły o szczerości. Pierwsze
zatem wrażenie, jakie odniósł Villefort, było korzystne dla Dant?sa. Ale
Villefortowi zbyt często powtarzano, że nie można iść za pierwszym
odruchem, jeżeli oczywiście był to odruch sympatii, stłumił więc owe
przychylne instynkty, które zawładnęły sercem, chcąc stamtąd przypuścić
szturm do rozsądku. Spojrzał w lustro i przybrał surowy wyraz twarzy, po
czym - groźny i ponury - zasiadł za biurkiem.
Po chwili wszedł Dant?s.
Był blady, ale spokojny i uśmiechnięty. Skłonił się sądownikowi
uprzejmie, a zarazem swobodnie, i powiódł wzrokiem za wolnym krzesłem,
jakby się znajdował w salonie pana Morrela. Wówczas dopiero natknął się
na zimne spojrzenie Villeforta, zwykłe spojrzenie sędziów, którzy nie
chcąc, by odgadywano ich myśli nadają swemu oku wygląd matowego szkła.
Ten wzrok przypomniał mu, iż się znajduje przed obliczem sprawiedliwości
- pani zimnej i niewzruszonej.
- Kto pan jesteś i jak się nazywasz? - zapytał Villefort, wertując
wręczone mu przez policjanta papiery, które w ciągu jednej godziny
rozrosły się w plik znacznej grubości.
- Nazywam się Edmund Dant?s - odpowiedział dźwięcznym i spokojnym głosem
młodzieniec. - Jestem zastępcą kapitana na statku "Faraon" należącego do
firmy Morrel i Syn.
- Pański wiek? - pytał dalej Villefort.
- Dziewiętnaście lat.
- Co pan robił w chwili, kiedy cię aresztowano?
- Byłem na moich własnych zaręczynach - rzekł Dant?s głosem zdradzającym
wzruszenie. Jakże bowiem bolesny był kontrast tych chwil wesela i radości z posępną ceremonią, która się teraz dokonywała, a ponure
oblicze Villeforta sprawiało, że promieniejąca twarz Mercedes tym
jaśniejszym biła blaskiem!
- Byłeś pan na swoich zaręczynach? - spytał podprokurator, zadrżawszy
mimowolnie.
- Tak, panie; mam właśnie ożenić się z dziewczyną, którą kocham od lat
trzech.
Choć Villefort zazwyczaj nie dawał do siebie dostępu cieplejszym
uczuciom, zaskoczył go ten szczególny zbieg okoliczności, a wzruszony
głos Dant?sa, którego pojmano w tak radosnej chwili, obudził w głębi
jego duszy współczucie dla obwinionego. Wszak i on miał się żenić, i on
jest szczęśliwy, i zakłócono mu szczęście właśnie po to, aby zniszczył
radość człowieka, który tak samo już miał swoje szczęście uchwycić! Ta
filozoficzna wręcz analogia - pomyślał - sprawi wielkie wrażenie, kiedy
o niej opowiem, wróciwszy do salonu państwa de Saint-Méranów. I kiedy
Dant?s oczekiwał dalszych zapytań, Villefort układał sobie w myśli
szereg paradoksów, wyrażeń, za pomocą których mówcy budują owe efektowne
frazesy, które zawsze zyskują aplauz, a czasem każą nam wierzyć w oratorski talent mówcy.
Gdy już był gotowy ów krótki speech, Villefort uśmiechnął się do
siebie, myśląc o wrażeniu, jakie sprawi wśród słuchaczy, i zwrócił się
do Dant?sa:
- Mów pan dalej.
- Co mam mówić?
- Udzielić sądowi wyjaśnień.
- Raczej niech sąd raczy mi wskazać, jakich wyjaśnień ode mnie żąda, a ja powiem wszystko, co wiem. Jednak uprzedzam - dorzucił z uśmiechem -
że nie wiem zbyt wiele.
- Czy służyłeś pan w armii uzurpatora?
- Miałem właśnie być wcielony do marynarki wojennej, kiedy nastąpił jego
upadek.
- Mówią, że masz pan skrajne poglądy polityczne - rzekł Villefort,
chociaż mu nikt nie szepnął ani słowa na ten temat; ale lubił układać
pytania tak, jakby miały być już oskarżeniem.
- Moje poglądy polityczne... Niestety! Wstyd mi wyznać, ale nie miałem
nigdy żadnych przekonań. Mam dopiero dziewiętnaście lat, jak już miałem
zaszczyt panu oświadczyć; umiem niewiele, los nie wyznaczył mi żadnej
ważnej roli; wszystko, czym jestem i czym mogę zostać, jeśli otrzymam
upragnione stanowisko, zawdzięczam panu Morrelowi. Moje przekonania nie
są polityczne, ale prywatne i ograniczają się do trzech uczuć: kocham
mego ojca, szanuję pana Morrela i ubóstwiam Mercedes. To wszystko, co
mogę wyznać przed sądem. Widzi pan, że to nie bardzo zajmujące dla
wymiaru sprawiedliwości.
Przysłuchując się Dant?sowi, Villefort wpatrywał się w jego twarz, tak
łagodną i szczerą, i przypominał sobie prośby Renaty, która nie znając
przecież obwinionego, chciała dla niego pobłażliwości. Przy
doświadczeniu, jakie posiadał już podprokurator królewski, stykając się
bezustannie ze zbrodnią i z przestępcami, widział on w każdym słowie
Dant?sa przekonujący dowód jego niewinności. W samej rzeczy, młodzieniec
ten, niemal jeszcze dziecko, prosty, naturalny, mówiący to, co mu serce
dyktuje - a szczerość taka nie przychodzi na zawołanie - serdeczny dla
wszystkich, bo szczęśliwy, a szczęście złych nawet może uczynić dobrymi,
udzielał i sędziemu swej łagodności, której miał tyle w sobie. Villefort
był dla niego szorstki i surowy - zaś Edmund w każdym spojrzeniu, każdym
geście, tonie głosu okazywał mu przyjaźń.
Na Boga - rzekł do siebie Villefort - to dopiero uroczy chłopak, nie
będę miał chyba nawet wiele kłopotu, aby spełniając pierwsze zlecenie,
jakie dała mi Renata, zasłużyć u niej na dobre przyjęcie. To mi może
przynieść serdeczny uścisk dłoni przy wszystkich, a gorący całus w kąciku.
W tej błogiej nadziei twarz Villeforta przybrała tak radosny wyraz, że
kiedy oderwał się od swoich myśli i spojrzał na Dant?sa, Edmund, który
śledził każdą zmianę na obliczu sędziego, jął uśmiechać się tak
serdecznie, jak sędzia uśmiechał się do siebie.
- Panie Dant?s - rzekł Villefort - nie masz pan przypadkiem jakich
wrogów?
- Ja, wrogów? - zdumiał się Dant?s. - Tak mało na świecie znaczę, że nie
mogłem sobie ich do tej pory zdobyć. Wobec zaś moich podwładnych
starałem się zawsze łagodzić mój zbyt porywczy charakter. Mam dziesięciu
czy dwunastu marynarzy pod rozkazami; racz ich, panie, wybadać, a oni ci
powiedzą, że mnie szanują i kochają, nie tyle jak ojca, bom na to za
młody, ale jak starszego brata.
- Może, jeśli nie masz pan wrogów, obudziłeś za to niechęć zazdrosnych?
Masz zostać kapitanem w dziewiętnastym roku życia, w twoim stanie to
ranga bardzo wysoka. Masz się ożenić z piękną panną, która cię kocha, a to jest także rzadko spotykane na świecie szczęście. Tyle uśmiechów od
losu mogło ci narobić zazdrośników.
- Tak, ma pan słuszność; znasz ludzi lepiej niż ja; to możliwe. Ale
jeżeli ci zazdrośnicy mieliby przypadkiem się trafić wśród moich
przyjaciół, wyznam szczerze, że wolałbym ich nie znać, abym nie musiał
zacząć ich nienawidzić.
- Mylisz się pan; każdy powinien rozumieć, co się wokół niego dzieje.
Prawdę mówiąc, zdajesz mi się pan tak godnym szacunku młodzieńcem, że
odstąpię dla ciebie od zasad wymiaru sprawiedliwości, aby pomóc ci w rozjaśnieniu mroków tej sprawy pokażę ci denuncjację, którą mi
przysłano. To właśnie ów list: czy znasz to pismo?
Villefort wyjął list z kieszeni i podał go Dant?sowi. Dant?s przeczytał,
zachmurzył się i rzekł:
- Nie, panie prokuratorze, nie znam tego pisma, zdaje się, że charakter
jest zmieniony, chociaż bardzo śmiało to napisano. Widzę tu wprawną
rękę. Jakież to szczęście dla mnie mieć do czynienia z takim jak pan
człowiekiem - i wzrokiem pełnym wdzięczności spojrzał na Villeforta. -
Ale ten zazdrośnik jest naprawdę moim straszliwym wrogiem.
W błyskawicy, która przemknęła w oczach młodzieńca, kiedy wymawiał te
słowa, Villefort mógł dostrzec, ile gwałtownej energii skrywało się pod
tą pozorną łagodnością.
- Teraz więc proszę - rzekł podprokurator - odpowiadaj mi pan szczerze,
nie jak winowajca sędziemu, lecz jako człowiek rozmawiający z tym, kogo
jego los naprawdę obchodzi, ile jest prawdy w tym anonimie?
I rzucił z niesmakiem na biurko list, który Dant?s właśnie mu zwrócił.
- Wszystko tu prawdziwe - i nic. Przysięgam na honor marynarza, na
miłość moją do Mercedes, na życie ojca mojego, że to, co powiem, jest
najczystszą prawdą.
- Mów pan - rzekł głośno Villefort i pomyślał: Ach, gdyby mogła mnie
widzieć Renata; byłaby ze mnie zadowolona i nie nazywałaby mnie już
katem.
- A więc kiedyśmy opuścili Neapol, kapitan Lecl?re zapadł na zapalenie
mózgu, a ponieważ nie mieliśmy lekarza na statku, a kapitan nie chciał
zatrzymywać się ani chwili w żadnym porcie, spiesząc się na Elbę, jego
stan pogorszył się, tak że pod koniec trzeciego dnia, czując, że zbliża
się śmierć, przywołał mnie do siebie. "Mój drogi Edmundzie - rzekł do
mnie - przysięgnij mi na honor, że wykonasz, co ci powiem. Idzie tu o rzecz najwyższej wagi". "Przysięgam, kapitanie" - odpowiedziałem.
"Dobrze zatem; ponieważ po mojej śmierci dowództwo statku przejdzie na
ciebie, każesz zawinąć na Elbę, wylądujesz w Portoferraio, udasz się do
wielkiego marszałka i oddasz mu ten list. Być może dadzą ci tam inny
list lub jakieś zlecenie, które ja miałbym wykonać. Zlecenie to,
Edmundzie, wypełnisz za mnie, a zasługa i cześć spadną na ciebie".
"Dobrze, kapitanie, ale być może nie dostanę się tak łatwo do wielkiego
marszałka, jak pan myśli". "Wówczas każesz mu oddać ten pierścień, a wszelkie trudności będą usunięte". To mówiąc, oddał mi pierścień. W kilka godzin później stracił przytomność, a nazajutrz umarł.
- I co pan następnie uczynił?
- To, co każdy by zrobił, będąc na moim miejscu. Prośba umierającego
jest święta, a u marynarzy prośba dowódcy jest rozkazem, który należy
wykonać. Kazałem więc wziąć kurs na Elbę, gdzie przybyliśmy następnego
dnia. Kazałem wszystkim zostać na pokładzie, a sam zszedłem na ląd.
Dzięki pierścieniowi wszystkie drzwi stanęły przede mną otworem.
Marszałek przyjął mnie, wypytał względem śmierci kapitana Lecl?re'a i wręczył mi, jak przewidział kapitan, list, który polecił mi odwieźć
osobiście do Paryża. Przyrzekłem, ponieważ w ten sposób mogłem spełnić
ostatnią wolę kapitana. Wróciłem na statek i kazałem płynąć do Marsylii,
gdzie przybyliśmy wczoraj. Po załatwieniu wszystkich formalności
portowych pobiegłem do narzeczonej, którą znalazłem piękniejszą i bardziej zakochaną niż kiedykolwiek. Dzięki panu Morrelowi ominęliśmy
część formalności kościelnych; po czym, jak to już panu wiadomo, byłem
na swoich zaręczynach, za godzinę mieliśmy się pobrać, a jutro chciałem
wyjechać do Paryża. I oto wskutek denuncjacji, którą pan równie jak ja
wydajesz się gardzić, zostałem aresztowany.
- Tak, tak - mówił cicho Villefort - to wszystko wydaje mi się prawdą i jeżeliś pan w czym zawinił, to przez nierozwagę; a nierozwaga ta
usprawiedliwiona jest rozkazem pańskiego dowódcy. Dajże mi pan list,
który ci wręczono na Elbie. I proszę mi jeszcze zaręczyć, że stawisz się
na każde wezwanie, po czym możesz pójść do swoich przyjaciół.
- Jestem więc wolny? - zawołał Dant?s, przepełniony radością.
- Tak, daj mi pan tylko ten list.
- Jest on zapewne u pana na biurku, albowiem odebrano mi go wraz z innymi papierami, a w tym pliku rozpoznaję niektóre z moich dokumentów.
- Zaraz, zaraz - rzekł podprokurator do Dant?sa, który sięgał już po
rękawiczki i kapelusz. - Do kogo list ten był adresowany?
- Do pana Noirtiera, przy ulicy Coq-Héron w Paryżu.
Grom z jasnego nieba nie poraziłby tak Villeforta jak owe niespodziewane
słowa. Opadł na fotel, skąd się wcześniej podniósł, aby zabrać plik
papierzysk odebranych Dant?sowi, przerzucając go szybko, wydobył ów
fatalny list i spojrzał nań z niewymowną trwogą.
- Noirtier, ulica Coq-Héron numer trzynaście - przeczytał szeptem,
blednąc coraz bardziej.
- Tak - odpowiedział Dant?s zdziwiony. - Czy go pan zna?
- Nie - odrzekł żywo Villefort. - Wierny poddany króla nie może mieć
znajomych wśród konspiratorów.
- Więc chodzi o jakiś spisek? - wykrzyknął Dant?s, przejęty znów trwogą,
po tym, jak już czuł się na wolności. - Tak czy inaczej, powiedziałem
już panu, żem nie znał zupełnie treści tego listu.
- Tak - odparł stłumionym głosem Villefort - ale znasz pan nazwisko
tego, do którego był adresowany.
- Nie mogłem nie znać, bo jakże mógłbym inaczej oddać list.
- Nikomu tego listu nie pokazywałeś? - pytał Villefort i w miarę jak
odczytywał list, bladł coraz bardziej.
- Nikomu, ręczę słowem.
- I nikt nie wie, żeś miał u siebie list z Elby do pana Noirtiera?
- Nikt, oprócz tego, który mi go dał.
- I to za wiele, za wiele - wyszeptał Villefort.
Im bardziej zbliżał się koniec listu, tym bardziej Villefort posępniał;
jego zbielałe usta, drżące ręce i pałające oczy przejmowały Dantesa
najokropniejszą obawą.
Przeczytawszy list, Villefort ukrył twarz w dłoniach i przygnębiony
trwał tak chwilę w odrętwieniu.
- Mój Boże, cóż ci jest, panie? - spytał nieśmiało Dant?s.
Villefort nie odpowiedział, ale po kilku chwilach podniósł głowę; twarz
miał bladą i zmienioną... i odczytał raz jeszcze list.
- Mówisz pan zatem, że nie wiesz, co zawiera ten list? - zapytał znów.
- Na honor, powtarzam, że nie. Ale co panu jest? Mój Boże, pan zemdleje!
Czy mam zadzwonić lub zawołać kogoś?
- Nie potrzeba! - zawołał Villefort, podnosząc się żywo. - Nie ruszaj
się pan i nie odzywaj, ja tu rozkazuję, nie pan.
- Proszę pana - zaprotestował dotknięty Dant?s. - Chciałem zawołać o pomoc dla pana, to wszystko.
- Nikogo nie potrzebuję, to chwilowy zawrót głowy i nic więcej. Myśl pan
raczej o sobie, nie o mnie - i mów.
Dant?s oczekiwał na pytania, które - jak by się mogło zdawać - powinny
się pojawić po tym stanowczym żądaniu, ale na próżno: Villefort opadł na
fotel, otarł pot z czoła lodowatą ręką, i jeszcze raz zabrał się do
czytania listu.
A jeśli on zna treść listu - mówił sam do siebie. - Jeśli się jeszcze
dowie, że Noirtier jest ojcem Villeforta, jestem zgubiony na zawsze!
I wpatrywał się w Edmunda, jakby chciał wzrokiem przebić tę niewidzialną
zasłonę, okrywającą w sercu tajemnice, których nie chcą zdradzić usta.
- O! Nie można w to uwierzyć! - zawołał nagle.
- Ależ na Boga, panie prokuratorze - wykrzyknął nieszczęśliwy
młodzieniec. - Jeżeli wątpi pan o mnie, jeżeli ma pan jakiekolwiek
podejrzenie, niech mnie pan pyta, bada, gotów jestem na wszystko ci
odpowiedzieć.
Villefort przemógł się z trudem i rzekł tonem, któremu chciał nadać
spokojne brzmienie:
- Najbardziej obciążające dla pana rzeczy wynikły z tego przesłuchania;
nie mogę więc, jak się na początku spodziewałem, uwolnić pana w tej
chwili; nim wydam tę decyzję, muszę naradzić się z sędzią śledczym. A tymczasem widziałeś pan, jak z panem postępowałem, prawda?
- O tak, dziękuję, panie prokuratorze - zawołał Dant?s - byłeś dla mnie
raczej przyjacielem niż sędzią.
- A więc muszę pana na jakiś czas zatrzymać jako więźnia, tak krótko,
jak to tylko będzie możliwe, a ów dowód, który cię najbardziej obciąża,
ów list... patrz...
Villefort podszedł do kominka, rzucił list w ogień i patrzył nań, póki
się nie zamienił w popiół.
- Widzisz pan - rzekł następnie - zniszczyłem go.
- O, panie! - zawołał Dant?s. - Jesteś pan nie tylko wcieleniem
sprawiedliwości, jesteś samą dobrocią!
- Ale słuchaj; po tym, coś tu widział, powinieneś wiedzieć, że można mi
zaufać, nieprawdaż?
- Ach, niech pan rozkazuje, a wykonam wszystko, co zechcesz.
- Nie - rzekł Villefort, podchodząc bliżej. - Nie chcę panu rozkazywać,
rozumiesz, ale tylko poradzić.
- Mów pan, a zastosuję się do rad jak do rozkazów.
- Dziś musisz pozostać w Pałacu Sprawiedliwości aż do wieczora; być może
kto inny prócz mnie będzie cię badać. Mów, tak jak tu do mnie mówiłeś,
ale o liście nie wspominaj ani słowa.
- Przyrzekam panu.
Villefort zdawał się błagać, oskarżony zaś uspokajać sędziego.
- Widzisz pan - rzekł Villefort, spoglądając na popioły, które jeszcze
zachowały kształt strzępków listu i ulatywały nad płomieniami. - Teraz,
gdy list został zniszczony, ty i ja wiemy, że istniał; nikt ci go nie
pokaże jako dowodu twej winy. Zaprzeczaj więc, gdyby ci o nim mówiono,
zaprzeczaj śmiało, a będziesz ocalony.
- Zaprzeczę, bądź pan spokojny - odpowiedział Dant?s.
- Dobrze, pamiętaj - rzekł Villefort, sięgając po sznurek dzwonka; ale
nie zadzwonił.
- Czy nie miałeś więcej żadnego listu? - odezwał się.
- Żadnego.
- Przysięgnij.
Dant?s wzniósł rękę na znak przysięgi.
- Przysięgam - rzekł.
Villefort zadzwonił.
Wszedł komisarz policji.
Villefort podszedł do niego i powiedział mu do ucha kilka słów. Komisarz
odpowiedział tylko skinieniem głowy.
- Idź pan z komisarzem - rzekł Villefort do Dant?sa.
Dant?s skłonił się, spojrzał po raz ostatni z wdzięcznością na
Villeforta i wyszedł. Zaledwie drzwi zamknęły się za nim, Villeforta
opuściły do reszty siły i niemal zemdlony padł na krzesło. Po dobrej
chwili wyszeptał:
- Ach, Boże wielki! Od czego zależą los i życie? Gdyby prokurator
królewski był w Marsylii, gdyby przywołano zamiast mnie sędziego
śledczego, byłbym zgubiony! Ten list, ten list fatalny, o mało nie
strącił mnie w przepaść! Ach, ojcze mój, czyż zawsze będziesz stał na
zawadzie mojemu szczęściu? Zawsze będę musiał walczyć z twoją
przeszłością?
I nagle, jakby światło niespodziewane zabłysło mu w głowie i rozświetliło twarz; uśmiech zarysował się na ustach, jeszcze
zaciśniętych, oko błędne nabrało bystrości, zdając się rozpatrywać jakąś
myśl.
- Ejże... Tak, ten sam list, co miał mnie zgubić, otworzy mi może drogę do
kariery. Dalej, Villefort, do dzieła!
I przekonawszy się, że oskarżony został już wyprowadzony z przedpokoju,
pan podprokurator królewski wyszedł czym prędzej i skierował się ku
domowi narzeczonej.
8. Zamek If
Mijając przedpokój, komisarz policji skinął na żandarmów, którzy wzięli
Dant?sa między siebie. Otwarły się drzwi prowadzące z mieszkania
prokuratora do Pałacu Sprawiedliwości i cała grupa weszła na jeden z tych posępnych korytarzy, które przejmują dreszczem tych, co po nim
przechodzą, choćby się wcale nie czuli winni.
Podobnie jak apartament Villeforta łączył się z Pałacem Sprawiedliwości,
tak Pałac Sprawiedliwości łączył się z ponurym gmachem więzienia. Długo
szli krętym korytarzem, aż na koniec Dant?s ujrzał przed sobą drzwi z okienkiem i żelazną zasuwą; komisarz policji po trzykroć uderzył w nie
żelazną kołatką, a Dant?sowi wydało się, jakby te uderzenia spadały na
jego serce; drzwi się otwarły, żandarmi popchnęli lekko więźnia, który
jeszcze się wahał. Przestąpił ten straszliwy próg i drzwi z łoskotem
same zatrzasnęły się za nim. Wciągnął w płuca powietrze: inne było,
smrodliwe i ciężkie; znajdował się w więzieniu.
Wprowadzono go do celi dość czystej, ale opatrzonej kratami w oknie i ryglami w drzwiach. Wygląd tego pomieszczenia nie nasuwał Dant?sowi zbyt
wiele obaw; zresztą, słowa, które podprokurator wyrzekł głosem, jak mu
się zdawało pełnym przejęcia, brzmiały mu ciągle w uchu echem słodkiej
obietnicy i nadziei. Kiedy go wprowadzono do tego pokoiku, dochodziła
czwarta. Był to, jak już wspominaliśmy, pierwszy dzień marca, zatem
wkrótce zapadła ciemność. Choć nic nie mógł już zobaczyć, wyostrzył mu
się za to słuch: zrywał się na najmniejszy szmer dochodzący z zewnątrz,
w przekonaniu, że oto idą go uwolnić i biegł do drzwi. Wkrótce jednak
hałas oddalał się i nikł w innej stronie więzienia, a Dant?s znów wracał
na zydel.
Na koniec, wieczorem, około dziesiątej, gdy Dant?s zaczął tracić wszelką
nadzieję, dał się na nowo słyszeć hałas, który tym razem zdawał się
przybliżać ku drzwiom jego celi. Rzeczywiście, w korytarzu rozległy się
kroki i zatrzymały przed drzwiami; ktoś przekręcił klucz w zamku,
zgrzytnęły rygle i otwarły się masywne dębowe drzwi: do celi wdarł się
nagle oślepiający blask dwóch pochodni. Przy ich świetle Dant?s zobaczył
połyskujące w mroku szable i karabiny czterech żandarmów. Postąpił dwa
kroki naprzód i stanął nieruchomy, zdumiony widokiem eskorty,
liczebniejszej niż poprzednio.
- Po mnie przyszliście? - zapytał.
- Tak - odpowiedział jeden z żandarmów.
- Na rozkaz podprokuratora królewskiego?
- Rozumie się.
- Dobrze - rzekł Dant?s. - Jestem gotów, idę za wami.
Pewność, że żandarmi przyszli na polecenie pana de Villeforta,
sprawiała, że biedak nie obawiał się wcale. Uspokojony, beztroski, sam
stanął pośrodku swojej straży.
U bramy czekała karetka, obok woźnicy siedział na koźle oficer policji.
- Czy na mnie czeka ten powóz? - zapytał Dantes.
- Tak - odpowiedział żandarm. - Wsiadaj pan.
Dant?s chciał jeszcze coś mówić, ale drzwiczki otworzyły się i więźnia
popchnięto do środka. Ani nie mógł, ani zresztą nie chciał stawić oporu.
W jednej chwili posadzono go pomiędzy dwoma żandarmami, dwaj inni
usiedli naprzeciw i ciężki pojazd ruszył w drogę, turkocząc posępnie.
Więzień spojrzał przez zakratowane okienka i zrozumiał, że tylko zmienił
rodzaj więzienia - różniło się o tyle, że obecna jego cela toczyła się
naprzód, unosząc go w nieznanym kierunku. Patrząc przez kraty tak gęste,
że niepodobna było przecisnąć ręki, Dant?s zorientował się, że jechali
ulicą Caisserie, a następnie Świętego Wawrzyńca i Tamaris, kierując się
w stronę morskiego nabrzeża. Wkrótce ujrzał przez kraty karetki gmach,
pod który zajechali, w oknach biur komory celnej jarzyły się światła.
Karetka zatrzymała się, oficer wysiadł i poszedł na odwach; natychmiast
wyszło ze dwunastu żołnierzy i ustawiło się w szpaler. Przy świetle
latarń Dant?s ujrzał połysk bagnetów. "Czy to dla mnie - pomyślał -
urządza się taką paradę zbrojną?".
Oficer, otwierając drzwiczki zamknięte na klucz, choć nie wymówił ni
słowa, odpowiedział wyraźnie na to nieme pytanie, wskazując mu korytarz
pomiędzy dwoma szeregami żołnierzy, zrobiony dlań od karetki aż do
portu. Żandarmi wysiedli, a z nimi Dant?s, i razem przeszli do łódki,
którą marynarz z komory uwiązał łańcuchem do brzegu. Żołnierze
przypatrywali się przechodzącemu Dant?sowi z głupkowatą ciekawością. W jednej chwili Dant?s znalazł się na rufie łodzi, nadal otoczony czterema
żandarmami, a z przodu usiadł oficer. Zachybotawszy gwałtownie, łódź
oderwała się od brzegu i czterech wioślarzy wzięło się do wioseł. Na
znak dany z łodzi opadł łańcuch zamykający basen portowy i Dant?s
znalazł się za redą.
Gdy poczuł się znowu na otwartej przestrzeni, uradował się. Przestrzeń
to już prawie wolność. Wciągnął w piersi świeży powiew bryzy, która na
swoich skrzydłach przynosi nieznane wonie nocy i morza. Wkrótce jednak
znów westchnął ciężko, przepływali bowiem niedaleko karczmy, gdzie rano
jeszcze był tak szczęśliwy.
Edmund złożył ręce, wzniósł oczy do nieba i jął się modlić. Łódź płynęła
dalej; minęła już T?te de Mort i małą zatoczkę Faro i miała właśnie
ominąć stanowiska artylerii portowej - Dant?s nie mógł pojąć tego
manewru.
- I gdzież to mnie wieziecie? - zapytał Dant?s.
- Dowiesz się pan za chwilę.
- Ale przecież...
- Zakazano nam mówić.
Dant?s był sam po trosze żołnierzem, toteż wydało mu się rzeczą
bezcelową wypytywanie podwładnych, którym przełożeni nakazali milczenie,
zaprzestał więc pytań.
A wtedy najdziwniejsze myśli zaczęły mu się snuć po głowie. Ponieważ tak
małą łódką nie można odbyć długiej drogi, a nie widać było w pobliżu
żadnego statku na kotwicy, pomyślał więc, że go wywożą na jakiś oddalony
punkt wybrzeża, aby tam puścić wolno; nie był związany, nie okazywano
zamiaru zakucia go w kajdany - wszystko to wydawało mu się dobrą wróżbą.
A przecież i podprokurator, tak życzliwy człowiek, zapewniał, że byle
nie wymieniał owego fatalnego nazwiska Noirtier, nie musi się niczego
obawiać. I czyż ten sam prokurator nie zniszczył w jego obecności tego
niebezpiecznego listu, jedynego dowodu jego winy? Czekał zatem w milczącym zamyśleniu, usiłując przebić żeglarskim, nawykłym do ciemności
okiem mroki nocy. Minęli już na prawo wyspę Ratonneau, i płynąc wzdłuż
brzegu, znaleźli się na wysokości Zatoki Katalońskiej. Tu więzień
jeszcze mocniej wytężył wzrok - tam była przecież Mercedes. I w tej
chwili wydało mu się, że widzi rysującą się na ciemnym tle wybrzeża
zwiewną sylwetkę kobiety. Czyżby przeczucie mówiło Mercedes, że jej
ukochany jest zaledwie o trzysta kroków od niej?
Jedno tylko światełko paliło się w wiosce katalońskiej. Wpatrzywszy się
bliżej, Dant?s uznał, że to światełko pochodziło z pokoiku jego
narzeczonej. Jedna Mercedes czuwała tej nocy we wsi. Gdyby tylko
krzyknął głośno, na pewno by go usłyszała, ale powstrzymał go fałszywy
wstyd. Co by pomyśleli strzegący go ludzie, gdyby usłyszeli, że krzyczy
jak szaleniec?
Nie otworzył więc nawet ust, i tylko natężył wzrok wpatrzony w ten
świetlny punkt. Łódź płynęła wciąż dalej, ale więzień zapomniał o tym,
przywołując myślami Mercedes.
Nagle jakieś wzgórze zasłoniło światełko; Dant?s odwrócił się i spostrzegł, że wypływają na pełne morze. Podczas jego rozmyślań
rozwinięto żagle i łódź płynęła już teraz gnana wiatrem. Choć Dant?s
wzdragał się na myśl, że będzie musiał znów wypytywać żandarma, zbliżył
się jednak do niego i chwytając go za rękę, rzekł:
- Bracie, zaklinam cię, jesteś prawy żołnierz, miej litość nade mną i odpowiedz mi! Nazywam się Dant?s, jestem kapitanem; i choć oskarżono
mnie o nie wiedzieć, jaką zdradę, dobry ze mnie Francuz. Gdzie mnie
wieziecie? Powiedz, a ręczę ci na honor marynarza, że spełnię moją
powinność i poddam się losowi.
Żandarm podrapał się, spojrzał na towarzysza, jakby go pytał, co ma
odpowiedzieć, a tamten odpowiedział gestem, który zdawał się mówić, że
nie ma co zachowywać tajemnicy, jeśli dopłynęli aż tutaj. I żandarm
zwrócił się do Dant?sa:
- Jesteś z Marsylii i w dodatku jesteś marynarzem... a pytasz mnie, gdzie
płyniemy?
- Tak, pytam, bo nie wiem, jak mi Bóg...
- I nie domyślasz się nawet?
- Nie.
- To niemożliwe!
- Przysięgam ci na to, co mam najświętszego w świecie. Mów, przez
litość!
- A zakaz?
- Ale nie zakazano ci powiedzieć mi tego, o czym za dziesięć minut sam
będę wiedział, za pół godziny może, za godzinę najdalej. Oszczędziłbyś
mi tylko wieków niepewności i obawy. Proszę cię o to jak przyjaciela,
patrz, nie mam zamiaru buntować się ani uciekać, zresztą to niemożliwe.
Gdzież więc płyniemy?
- Albo masz pan zaćmę na oczach, albo też nigdy nie wychodziłeś z portu
marsylskiego, że się niczego nie domyślasz.
- Nie.
- Więc obejrzyj się pan wkoło.
Dant?s wstał, odruchowo rzucił okiem w stronę, gdzie się kierowała łódź
i ujrzał o sto sążni wyniosłą, czarną i stromą skałę, na której wznosił
się niby jakaś narośl z krzemienia posępny zamek If.
Kształt ów dziwaczny, to więzienie owiane grozą, twierdza, której
posępną legendą żyje od lat trzystu Marsylia, która tak nagle ukazała
się oczom Dant?sa, co ani o niej nie pomyślał, sprawiła na nim takie
wrażenie jak widok szafotu na skazańcu.
- Ach, Boże mój! - zawołał. - Zamek If. I po cóż my tam płyniemy?
Żandarm się uśmiechnął.
- Przecież nie chcecie mnie uwięzić. Zamek If jest więzieniem stanu,
przeznaczonym jedynie dla przestępców politycznych. A ja nie popełniłem
żadnej zbrodni. Czy są tam jaki sędzia śledczy albo inny sądownik?
- Jak mi się zdaje, nie ma - odpowiedział żandarm. - Są tylko komendant,
dozorcy, garnizon i grube mury. No, no, bracie, nie udawaj tak bardzo
zdziwionego, bo gotów jestem pomyśleć, że za uprzejmość odpłacasz mi
szyderstwem.
Dant?s niemal zgniótł żandarmowi rękę w uścisku.
- Sądzisz więc pan, że mnie wiodą do zamku, aby mnie tam uwięzić?
- To prawdopodobne - rzekł żandarm - ale, bratku, mimo to nie powinieneś
mi tak mocno ściskać ręki.
- Bez śledztwa i formalności?
- Śledztwo jest przeprowadzone, a formalności wypełnione.
- Więc mimo obietnicy pana Villeforta...
- Ja tam nie wiem, czy ci pan de Villefort przyrzekł co, czy nie - rzekł
żandarm, wiem tylko, że płyniemy do zamku If! Co to! Bracie, co robisz?
Hej, do mnie!
Jednym nagłym jak błyskawica ruchem Dant?s porwał się, aby skoczyć do
morza, ale wprawne oko żandarma spostrzegło zawczasu ten ruch i cztery
potężne dłonie wstrzymały go w chwili, gdy odbił się już stopami z łodzi.
Upadł na dno ze wściekłym jękiem.
- Dobrze! - zawołał żandarm, przygniatając mu piersi kolanami. - To tak
dotrzymujesz mi pan słowa? Bądź grzecznym wobec oszusta! O, teraz,
bratku, tylko się rusz, a wpakuję ci kulę w łeb. Zlekceważyłem pierwszy
rozkaz, ale ręczę ci, że za drugim razem nie zaniedbam.
Zniżył karabin i Dant?s poczuł na skroni chłód lufy.
Przez chwilę przyszła mu myśl, aby uczynić właśnie zakazany gest, aby
tym gwałtownym sposobem raz na zawsze położyć kres nieszczęściu, które
tak jak sęp niespodziewanie spadło na niego i chwyciło go w szpony. Ale
właśnie dlatego że tak nagle, nie powinno trwać długo; Dant?s wspomniał
także obietnice Villeforta; ponadto, jeśli mamy i to przyznać, śmierć na
dnie łodzi z ręki żandarma wydała mu się czymś haniebnym.
Opadł więc bezsilny na deski i jęcząc, gryzł sobie ręce z wściekłości.
W tejże chwili łódką wstrząsnęło gwałtowne uderzenie. Jeden z wioślarzy
wyskoczył na skałę, o którą tył łodzi właśnie uderzył i Dant?s pojął, że
znajdują się u celu podróży.
Stróże jego, trzymając go za ręce i kołnierz, podnieśli go i powlekli po
schodach do bramy cytadeli, z tyłu zaś szedł oficer uzbrojony w karabinek z bagnetem.
Dant?s nie opierał się, gdyż wszelki opór poszedłby na próżno. Jego
powolność pochodziła raczej z inercji niż z chęci sprzeciwu. Był
zupełnie oszołomiony i chwiał się jak pijany; czuł pod stopami schody,
które zmuszały go do podnoszenia nóg, widział, że przechodzi pod jakąś
bramą i że ta brama zamknęła się za nim; wszystko to jednak rejestrował
machinalnie, nie będąc w stanie, jakby przez mgłę gęstą, rozróżniać
przedmiotów. Nie widział już nawet morza, okropna to boleść dla więźnia,
który spogląda w wodną przestrzeń z tym dręczącym uczuciem, że
niepodobna się do niej dostać. Stanęli na chwilę i Dant?s spróbował
zebrać myśli, i spojrzał wokoło: znajdował się na obszernym kwadratowym
dziedzińcu opasanym murami; słychać było tu tylko powolne echa kroków
szyldwachów, a kiedy przechodzili podczas tej wędrówki przez miejsca, na
które padało z okien zamku światło, widać było lśnienie na lufach ich
karabinów.
Czekano tu z dziesięć minut. Żandarmi, pewni, że im już więzień nie
ucieknie, puścili go wolno. Czekali tylko, jak się zdaje, na rozkazy -
aż nadeszły.
- Gdzie więzień? - odezwał się głos jakiś.
- Tutaj - odrzekli żandarmi.
- Niech idzie za mną, zaprowadzę go do celi.
- No, idźże - zawołali żandarmi, popychając Dant?sa.
Więzień poszedł za przewodnikiem; weszli do izby, która przypominała
loch; jej ściany były nagie i wilgotne - jakby od łez, co tam spływały.
Ustawiony na drewnianym stołku kaganek, którego knot pływał w tłustej,
cuchnącej mazi, oświetlał lśniące ściany tego straszliwego przybytku i ukazywał zarazem Dant?sowi przewodnika - był to dozorca niskiej rangi,
obdarty i o nikczemnej fizjonomii.
- Tu będziesz dziś pan spał - rzekł. - Już późno, pan komendant śpi;
jutro, jak się obudzi i przejrzy rozkazy, może ci wyznaczy inne
pomieszczenie. Tymczasem masz pan tu chleb, woda stoi w tym oto dzbanku,
słoma jest w kącie - to wszystko, czego tylko więzień żądać może.
Dobranoc.
I nim Dant?s zdążył otworzyć usta do odpowiedzi, zanim obejrzał się,
gdzie jest ów chleb wskazany mu przez dozorcę, zanim mógł zdać sobie
sprawę, gdzie znajduje się dzbanek z wodą i nim zauważył, gdzie była
słoma przeznaczona na posłanie, dozorca wziął kaganek i zamknąwszy
drzwi, pozbawił więźnia ostatniego promienia światła, którego blask na
chwilę rozjaśnił ociekające mury.
Tak został sam, wśród ciemności i ciszy, posępny i milczący jak
sklepienie celi, której lodowate zimno zdawało się chłodzić jego
rozpalone czoło.
Z pierwszymi promieniami dnia, które wpadły do lochu, wszedł dozorca i przyniósł rozkaz, że więzień ma pozostać w tej samej celi. Dant?s od
wczoraj nie zmienił miejsca; jakaś żelazna ręka przykuła go tam, gdzie
stanął wczorajszego wieczoru; stał w bezruchu i patrzył w ziemię.
Tak przetrwał całą noc, nie zmrużywszy ani na chwilę oka.
Dozorca zbliżył się, obszedł go, ale zdawało się, że Dant?s go nawet nie
dostrzegał.
Poklepał więc Edmunda po ramieniu. Edmund zadrżał i potrząsnął głową.
- Cóż to, nie spałeś pan wcale? - zapytał dozorca.
- Nie wiem - odpowiedział Dant?s.
Dozorca spojrzał zdziwiony.
- Jeść się panu nie chce? - zapytał następnie.
- Nie wiem - odpowiedział jeszcze raz Dant?s.
- Może chcesz czego?
- Chciałbym widzieć się z komendantem.
Dozorca wzruszył ramionami i wyszedł. Dant?s odprowadził go wzrokiem,
wyciągnął ręce ku drzwiom na wpół otwartym, ale drzwi się zamknęły.
Wówczas z jego piersi wyrwał się szloch i zdawać by się mogło, że pierś
mu od niego pęknie. Łzy potoczyły się z oczu strumieniami. Padł na
kolana, pochylając czoło ku ziemi i modlił się długo, przechodząc myślą
całe swoje życie i pytał sam siebie, jaki też mógł występek popełnić w tak młodym wieku, który zasługiwałby na tę ciężką karę!
I tak przeszedł dzień. Nieszczęśnik zjadł zaledwie kilka kęsów chleba i zwilżył usta wodą. To siadał i zagłębiał się w myślach, to miotał się po
celi jak drapieżne zwierzę zamknięte w żelaznej klatce.
W tym strapieniu jedna go jeszcze dręczyła myśl: podczas przeprawy,
kiedy nie wiedział jeszcze, gdzie go prowadzą i zachowywał się spokojnie
i cicho, miał z dziesięć razy okazję rzucić się do morza. A skoro byłby
już w wodzie, przy swoich umiejętnościach, z których słynął jako
najzręczniejszy pływak w Marsylii, mógł był zanurkować, ujść straży,
dostać się do brzegu, uciec i skryć się gdzieś w jakiejś odludnej
zatoczce, poczekać na jakiś genueński lub kataloński statek, dotrzeć do
Włoch lub Hiszpanii i stamtąd napisać do Mercedes, aby do niego
przyjechała. I potrafiłby zarobić na życie, dokąd by go los nie rzucił,
o to się nie martwił: doświadczonych marynarzy zawsze się potrzebuje;
mówił zresztą po włosku jak Toskańczyk, po hiszpańsku jak dziecię
Kastylii. Żyłby sobie swobodnie i szczęśliwie z Mercedes, i z ojcem, bo
ojciec musiałby także do niego przyjechać. A teraz oto jest więźniem,
zamkniętym w zamku If - w tym nieprzebytym gmachu i nie wie, co się
dzieje z Mercedes i z ojcem, bo dał się omotać słowom Villeforta. Można
było od tego oszaleć - i Dant?s wił się i tarzał z wściekłości na
świeżej słomie, którą przyniósł dozorca.
Nazajutrz o tej samej godzinie do celi wszedł dozorca.
- No i jak - zapytał. - Zmądrzałeś pan trochę od wczoraj?
Dant?s nie odpowiedział.
- No, no, nabierz pan trochę odwagi - ciągnął dozorca. - Może
potrzebujesz czegoś, coby ode mnie zależało. Mówże pan!
- Chcę rozmawiać z komendantem.
- Ej - rzekł zniecierpliwiony dozorca - jużem mówił, że to niemożliwe...
- Dlaczego?
- Ponieważ stosownie do regulaminu więźniowi nie wolno o to prosić.
- A cóż wolno? - zapytał Dant?s.
- Jeśli się zapłaci, wolno żądać lepszego jedzenia, można też pójść na
spacer, a czasem dostać książki.
- Książek nie potrzebuję, przechadzać się nie mam ochoty, a wikt, moim
zdaniem, jest dobry; pragnę więc tylko jednej rzeczy: widzieć się z komendantem.
- Jak będziesz mnie pan tak nudził, powtarzając w kółko jedno i to samo,
to przestanę przynosić jedzenie.
- Cóż - rzekł Dant?s. - Jak mi nie będziesz przynosił jeść, to umrę z głodu i tyle.
Ton, jakim Dant?s wyrzekł te słowa, przekonał dozorcę, że jego więzień
rad by umrzeć. A ponieważ każdy więzień przynosi dozorcy przynajmniej
dziesięć sous na dzień, opiekun Dant?sa obliczył szybko, jaką stratę
przyniosłaby mu jego śmierć i rzekł tonem łagodniejszym:
- Słuchaj no pan; to, czego żądasz, jest niemożliwe; niech pan więcej
nie prosi, bo nie zdarzyło się jeszcze, aby komendant przychodził
odwiedzić więźnia na jego żądanie. Ale jak będziesz pan zachowywał się
spokojnie, pozwolą panu wyjść na spacer, i być może kiedyś spotkasz pan
podczas spaceru komendanta. Wtedy go zaczepisz, jeśli zechce ci
odpowiedzieć - to jego sprawa.
- Jak długo miałbym czekać - rzekł Dant?s - na taką okazję?
- Ha! Diabli wiedzą - rzekł dozorca. - Może miesiąc, trzy miesiące, pół
roku albo i rok.
- To za długo, chcę się z nim widzieć natychmiast.
- Ach, nie daj się pan tak owładnąć jednemu żądaniu, niemożliwemu do
spełnienia, bo za piętnaście dni możesz oszaleć.
- Tak sądzisz? - rzekł Dant?s.
- Pewnie, oszalejesz pan. To zawsze się tak zaczyna, mamy już jeden
przykład. Jest tu ksiądz, który obiecywał komendantowi milion, żeby
tylko go wypuścił, tak że w końcu mózg przewrócił mu się zupełnie;
mieszkał tu właśnie, w tym pokoju, przed panem.
- A dawno stąd wyszedł?
- Dwa lata temu.
- Uwolniono go?
- O nie, wpakowano do lochu.
- Słuchaj! - rzekł Dant?s. - Ja nie jestem ani księdzem, ani wariatem,
chyba że zwariuję tutaj. Na moje nieszczęście jestem jeszcze przy
zdrowych zmysłach. Chcę ci coś zaproponować.
- Co takiego?
- Nie ofiaruję ci miliona, bo nie byłbym w stanie ci go dać, ale
dostaniesz sto dukatów, jeżeli tylko, kiedy będziesz w Marsylii, udasz
się do osady Katalończyków i oddasz list pewnej młodej panience imieniem
Mercedes; to nawet nie list, dwie linijki.
- Gdybym odniósł ten list, nawet jeśli zawierałby tylko dwie linijki, a dowiedziano by się o tym, straciłbym miejsce, które mi daje pensję
tysiąca liwrów na rok, nie licząc różnych dodatków i wiktu. Rozumiesz
pan, że byłbym wielkim głupcem, gdybym narażał się na utratę tysiąca
liwrów, aby zyskać trzysta.
- A, jeśli tak, to słuchaj i zapamiętaj sobie: jeśli nie oświadczysz
komendantowi, że proszę o audiencję, jeżeli nie odniesiesz listu do
Mercedes albo nie zawiadomisz jej, że jestem tutaj, to pewnego dnia
zaczaję się na ciebie za drzwiami i kiedy wejdziesz, tym stołkiem
roztrzaskam ci głowę.
- Grozisz pan! - wrzasnął dozorca, cofając się i przybierając obronną
pozycję. - Wyraźnie pomieszało ci się w głowie! Ksiądz zaczynał tak
samo, i za trzy dni odbije panu do reszty jak jemu, i będą ci musieli
nałożyć kaftan. Na szczęście my tu w zamku mamy niezłe loszki!
Dant?s porwał stołek i zaczął nim wywijać nad głową.
- Dobrze, dobrze - rzekł dozorca. - Kiedy się pan tak upierasz,
zawiadomimy komendanta.
- Chwała Bogu - rzekł Dant?s, postawił stołek na ziemi i usiadł,
spuszczając głowę; oczy miał tak błędne, jakby rzeczywiście pomieszały
mu się zmysły.
Dozorca wyszedł i po chwili wrócił z czterema żołnierzami i kapralem.
- Z rozkazu komendanta - rzekł - zejdziesz pan o piętro niżej.
- Do lochu, czy tak? - upewnił się kapral.
- Do lochu; wariaci powinni siedzieć z wariatami.
Żołnierze chwycili Dant?sa, który wpadł w jakiś rodzaj odrętwienia i poszedł bez oporu za nimi. Zeszli po schodach i otwarły się drzwi lochu.
Dant?s wszedł, szepcząc:
- Ma rację, wariaci powinni siedzieć z wariatami.
Drzwi zatrzasnęły się, Dant?s wyciągnął ręce i jął iść przed siebie,
póki nie trafił na mur. Usiadł w kącie i tak pozostał w bezruchu, a jego
oczy przyzwyczajały się powoli do ciemności, aż wreszcie zaczął
rozpoznawać przedmioty wokół siebie.
Dozorca miał rację: niewiele brakowało, a Dant?s naprawdę by oszalał.
9. Wieczór zaręczyn
Villefort, jak to już mówiliśmy, powrócił do państwa de Saint-Méranów,
gdzie zastał biesiadników, których opuścił przy stole, w salonie,
pijących kawę. Renata oczekiwała go z niecierpliwością, wspólną zresztą
całemu towarzystwu. Dlatego też przyjęto go z mieszanymi okrzykami.
- I cóż, panie, co głowy ścinasz, podporo kraju, Brutusie królestw! -
zawołał ktoś z towarzystwa. - Cóż się stało? Powiedz pan!
- Czy znów nam terror zagraża? - zapytał drugi.
- A może potwór korsykański wyszedł ze swojej jaskini? - dopytywał się
trzeci.
- Pani markizo! Racz pani wybaczyć - rzekł Villefort, podchodząc do
przyszłej teściowej - jeśli w tak nagły sposób zmuszony jestem panią
opuścić... Panie markizie, czy nie zechciałby pan zamienić ze mną kilka
słów na osobności?
- Ach, widzę, że to rzeczywiście sprawa poważna - ozwała się markiza,
widząc zachmurzoną twarz Villeforta.
- Tak poważna, że będę musiał pożegnać państwa na kilka dni. Widzi pani
- dodał, zwracając się do Renaty - że to naprawdę rzecz najwyższej wagi.
- Jak to! Więc pan wyjeżdżasz? - zawołała Renata, nie mogąc ukryć uczuć,
jakie wzbudziła w niej ta niespodziewana nowina.
- Niestety - odpowiedział Villeroft. - Tak trzeba.
- I gdzież się udajesz? - zapytała markiza.
- To już jest tajemnicą urzędową, daruj, pani. Jeśli jednak ktoś z państwa miałby jakie zlecenie do Paryża, proszę powiedzieć; jeden z moich przyjaciół dziś wieczór właśnie tam wyjeżdża i chętnie to załatwi.
Goście spojrzeli po sobie.
- Chciałeś ze mną mówić, panie de Villefort - przypomniał markiz.
- Tak. Przejdźmy, jeśli pan pozwoli, do pańskiego gabinetu.
Markiz ujął Villeforta pod ramię i razem wyszli.
- I co? - zapytał w gabinecie. - Cóż się dzieje? Mówże.
- Dzieją się rzeczy o, jak sądzę, niezwykłej doniosłości, które zmuszają
mnie do natychmiastowego wyjazdu do Paryża. Teraz, panie markizie,
proszę darować niedyskretne i obcesowe pytanie: czy masz pan rentę w jakichś papierach państwowych?
- Cały mój majątek ulokowałem w obligacjach, będzie tego około sześćset,
może siedemset tysięcy franków.
- A więc niech pan je sprzeda, bo stracisz wszystko.
- Ależ jak mogę je tutaj sprzedać?
- Ma pan swojego agenta giełdowego, prawda?
- Mam.
- Niech pan mi da list do niego, w którym zlecisz pan, aby sprzedał
wszystko, nie tracąc ni chwili, ni sekundy. Zresztą i tak mogę przybyć
za późno.
- Do diabła - zatroskał się markiz. - Nie traćmy więc czasu.
Siadł przy stole i napisał list do agenta giełdowego, w którym nakazywał
mu sprzedać obligacje za każdą cenę.
- Teraz, gdy mam ten list - rzekł Villefort, składając go starannie w portfelu - potrzebuję jeszcze drugiego.
- Do kogo?
- Do króla.
- Do króla?
- Tak.
- Ależ ja nie ośmielę się napisać tak do Najjaśniejszego Pana.
- Toteż nie wymagam tego właściwie od pana. Czy mógłby pan poprosić o to
pana de Salvieux? Potrzeba mi takiego listu, za pomocą którego mógłbym
dostać się do króla, omijając wszelkie formalności związane z prośbą o audiencję i nie tracąc cennego czasu.
- A czy nie możesz pan zwrócić się do ministra sprawiedliwości, który
ciągle bywa w Tuileriach, i za którego pośrednictwem można z łatwością
widzieć się z królem, czy w dzień, czy w nocy?
- Tak, naturalnie, ale nie chciałbym dzielić się z kimś zasługą, bo mam
nie lada wiadomość. Pan markiz rozumie? Minister usunąłby mnie do
drugiego rzędu i zdmuchnąłby mi sprzed nosa cały profit. Powiem panu
tylko jedno: mam zapewnioną karierę, jeśli pierwszy przybędę do
Tuileries, wyświadczę bowiem taką przysługę królowi, że mu to nigdy nie
pozwoli o mnie zapomnieć.
- W takim razie, mój drogi, pakuj manatki, a ja zawołam Salvieux i każę
mu napisać list, który ci otworzy wszystkie drzwi.
- Dobrze, ale proszę o pośpiech, bo za kwadrans muszę już być w dyliżansie pocztowym. Bądź pan uprzejmy wytłumaczyć mnie przed panią
markizą i panną Renatą, że w takim dniu, choć z głębokim żalem, ale
muszę je opuścić.
- Zastaniesz je pan w moim gabinecie i możesz się sam z nimi pożegnać.
- Dzięki stokrotne. Proszę, niech się pan zajmie moim listem.
Markiz zadzwonił, wszedł lokaj.
- Powiedz hrabiemu de Salvieux, że proszę go do siebie. A pan idź już -
zwrócił się do Villeforta.
- Dobrze, idę i wracam za chwilę.
Villefort wybiegł; ale w drzwiach przyszło mu do głowy, że gdyby ujrzano
zastępcę prokuratora królewskiego, jak biegnie ulicami, poruszyłoby to
całe miasto. Poszedł więc dalej zwykłym urzędowo uroczystym krokiem.
Przed drzwiami domu spostrzegł jakąś postać, która czekała na niego w cieniu jak białe, nieruchome widziadło.
Była to piękna Katalonka, która nie wiedząc, co się stało z Edmundem,
wymknęła się o zmierzchu z osady, aby dowiedzieć się sama, dlaczego
aresztowano jej ukochanego. Na widok Villeforta oderwała się od ściany,
o którą się opierała, i zastąpiła prokuratorowi drogę. Dant?s mówił mu o swej narzeczonej i Villefort od razu domyślił się, kim jest dziewczyna.
Zdumiały go jej uroda i dystynkcja, a gdy zapytała, co się stało z jej
narzeczonym, Villefortowi wydało się przez chwilę, jakby to on był
oskarżonym, a ona sędzią.
- Człowiek, o którego mnie pytasz, pani, jest wielkim przestępcą - rzekł
niecierpliwie Villefort. - Nic nie mogę dla niego zrobić.
Mercedes zapłakała, ale gdy Villefort chciał przejść obok niej, na nowo
zastąpiła mu drogę.
- Gdzież więc jest? Żebym mogła się choć dowiedzieć, czy jeszcze żyje?
- Nie wiem, nie zajmuję się już tym - odburknął Villefort.
I zakłopotany przenikliwym wzrokiem Mercedes i błagalną postawą,
odepchnął ją i wszedł do domu, zatrzasnąwszy drzwi, jakby chciał
zostawić za nimi cierpienie, którym tchnęła. Ale niełatwo odegnać czyjąś
boleść. Unosimy ją ze sobą, jak człowiek zraniony strzałą śmiertelną, co
go dosięgła. Villefort zamknął za sobą drzwi, ale przyszedłszy do
salonu, zachwiał się, westchnął - a raczej zaszlochał - i rzucił się na
krzesło.
Wtedy na dnie tego chorego serca zrodził się zaczątek śmiertelnego
wrzodu. Ów człowiek, którego poświęcał dla swojej ambicji, ów niewinny,
co miał ponieść karę za winy jego ojca, stanął mu przed oczyma blady i groźny, ciągnąc za sobą wyrzuty sumienia, brzmiące jak dźwięk głuchy i monotonny, wyrzuty, które tylko od czasu do czasu wymierzają cios w serce, zadając ból straszliwy, a ból taki jątrzy się i pogłębia aż do
śmierci.
Wówczas Villefort zawahał się przez chwilę. Przecież tym razem skazał na
dożywotnie więzienie człowieka niewinnego - niewinnego, który miał
wkrótce dostąpić szczęścia, i któremu odbierał więc nie tylko wolność,
ale i szczęście: tym razem nie okazał się sędzią, ale katem. Myśląc o tym, czuł w sobie to nieznane mu dotąd głuche kołatanie, które
opisaliśmy powyżej, a które rozbrzmiewało gdzieś z głębin jego duszy i napełniało go niejasnym lękiem.
Gdyby w tej chwili w uchu Villeforta zabrzmiał łagodny głos Renaty,
proszący go o łaskę; gdyby weszła piękna Mercedes i rzekła: "W imię
Boga, który patrzy na nas i sądzi, zwróć mi narzeczonego", tak, to czoło
pochylone pod ciężarem obowiązku pochyliłoby się jeszcze bardziej i zlodowaciała dłoń wyciągnęłaby się, by podpisać rozkaz uwolnienia
Dant?sa bez względu na wszelkie konsekwencje. Żaden jednak głos nie
odezwał się w ciszy, a drzwi otwarły się po to tylko, by wpuścić lokaja,
który przyszedł dać znać, że konie pocztowe już czekają.
Villefort powstał - a raczej zerwał się, jak ten, co zakończył zwycięsko
wewnętrzną walkę, podbiegł do sekretarzyka, zabrał do kieszeni złoto z szufladki, przez chwilę kręcił się jeszcze spłoszony po pokoju,
pocierając czoło i mamrocząc coś bez związku; w końcu, gdy poczuł, że
służący nałożył mu na ramiona płaszcz, wyszedł, wskoczył do powozu i rozkazał jechać na ulicę du Grand Cours, do państwa de Saint-Méranów.
Na nieszczęsnego Dant?sa zapadł wyrok.
Jak to obiecał pan de Saint-Méran, Villefort zastał w gabineciku markizę
i Renatę. Spostrzegłszy dziewczynę, zadrżał, bo bał się, że znowu błagać
będzie go o uwolnienie Dant?sa. Ale niestety! Przyznajmy to, i niech
wstydzą się egoiści: piękna dziewczyna myślała już tylko o wyjeździe
narzeczonego.
Kochała Villeforta, a Villefort odjeżdżał niemal w chwili, gdy miał
zostać jej mężem, i nie mógł powiedzieć, kiedy powróci; toteż Renata,
zamiast żałować Dant?sa, przeklinała w nim tego, który przez swoje
zbrodnie rozłączał ją z ukochanym.
A cóż mogłaby rzec Mercedes!
Na rogu ulicy de La Loge biedna Mercedes spotkała Fernanda, który na
krok jej nie odstępował; wróciła do wioski i półżywa z rozpaczy rzuciła
się na łóżko. Fernand padł przed łóżkiem na kolana, a że Mercedes nie
reagowała, mógł tulić i okrywać gorącymi pocałunkami jej lodowatą dłoń,
gdyż wydawała się niczego nie odczuwać.
Tak minęła noc, lampa zgasła, gdy zabrakło wreszcie oliwy, a Mercedes
nie dostrzegała ciemności, jak wcześniej nie widziała światła; nadszedł
dzień, nie dostrzegła i słońca. Cierpienie rzuciło na jej oczy zasłonę,
przez którą widziała tylko Edmunda.
- Ach, jesteś tu! - rzekła w końcu, zwracając się do Fernanda.
- Od wczoraj nie opuszczałem cię na chwilę - odrzekł Fernand z bolesnym
westchnieniem.
Pan Morrel zaś nie uważał jeszcze sprawy za przegraną. Dowiedziawszy
się, że Dant?s został po przesłuchaniu uwięziony, pobiegł do wszystkich
przyjaciół, był u wszystkich wpływowych osobistości w Marsylii. Ale
rozeszła się już pogłoska, że młodzieniec został aresztowany jako agent
napoleoński, wszędzie przyjmowano go ozięble, udzielając wykrętnych i lękliwych odpowiedzi lub odmawiając wprost wstawienia się za Edmundem,
albowiem w tym czasie najzuchwalsi uważali wysiłki Napoleona, pragnącego
powrócić na tron, za szaleńcze marzenia; i pan Morrel wrócił do domu w rozpaczy, przyznając sam przed sobą, że sprawa jest tak trudna, iż nikt
nie zdoła jej zaradzić.
Caderousse zdawał się także niespokojny i udręczony. Zamiast wyjść jak
pan Morrel, zamiast starać się uczynić coś dla Dant?sa, któremu zresztą
i tak niewiele mógłby pomóc, zamknął się w swojej izdebce z dwoma
butelkami wina z czarnych porzeczek, chcąc utopić w trunku zmartwienie.
Ale w stanie ducha, w jakim się znajdował, dwie butelczyny nie mogły
uśpić mu jasności rozumowania. Podchmielił sobie na tyle, że nie mógł
wyjść po więcej wina, ale za mało, aby to upojenie zatarło wszystkie
wspomnienia; siedział, wsparłszy się łokciami o kulawy stół, naprzeciw
dwóch pustych butelek, i zdawało mu się, że widzi wokół, jak pląsają w mdłym blasku łojówki wszystkie widziadła, którymi Hoffmann usiał niby
czarnym, fantastycznym kurzem stronice swoich manuskryptów, wilgotnych
od ponczu.
Danglars tylko nie dręczył się o nic i nie martwił. Danglars był nawet
wesoły, bo zemścił się na wrogu, zapewnił sobie na statku stanowisko,
które już by utracił. Danglars należał do tych ludzi wyrachowanych, co
rodzą się z piórem za uchem i kałamarzem w miejsce serca: wszystko na
świecie sprowadzało się dlań do mnożenia lub odejmowania; liczbę cenił
więcej od człowieka, gdy ta liczba mogła powiększyć zysk, który człowiek
był w stanie zmniejszyć.
Danglars więc położył się o zwykłej porze i spał spokojnie.
Villefort, otrzymawszy rekomendację od pana de Salvieux, ucałował
policzki Renaty i dłoń markizy, a także uścisnął rękę markiza i ruszył
do Paryża.
Ojciec Dant?sa niemal umierał z boleści i niepokoju.
Zaś co do Edmunda - wiemy, co się z nim działo.